Newsy



:Aktualności
.Blog przechodzi obecnie renowację
.Już niebawem pojawią się nowości

:Pogoda
Obecna pora roku ~ Jesień
.Temperatura waha się między 10+ a 0- stopni Celcjusza
.Zmiana pory roku nastąpi 15.12.2022

Liczba wilków ~ 27
Wadery ~ 18 + 1 NPC
Basiory ~ 7 + 4 NPC
Szczeniaki ~ 1
Nieobecni: Brak

~Serdecznie zapraszamy♥~

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Dwie watahy jedna więź". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Dwie watahy jedna więź". Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 sierpnia 2022

Od Belief ~ "Dwie watahy, jedna więź" [Cz. 2]

Druga i ostatnia część opowiadania "Dwie watahy, jedna więź", a zarazem wstęp do trzyosobowego wątku, który niebawem rozpocznę :)

Dni w watasze Renesmee stawały się coraz wyraźniejsze, od kiedy uzmysłowiłam sobie, że mój ukochany braciszek odnalazł się, żyje i ma się dobrze. Zdarzało mi się odwiedzać go, ale bywało również że i on odwiedził mnie. Poznał moją przytulną norę nad jeziorem Lac de Cristal i przysiągł, że za tak piękny widok, dałby wiele, lecz ciągle spoglądał ze smutkiem w dal, twierdząc, że to nie takie proste. Uśmiechał się tak słodko, jak mój kochany brat, jednak coś powodowało, że nie był w pełni sobą. Jakby był uwięziony w czymś, owianym tajemnicą. Czy to na pewno była tylko obietnica, którą dał alphie tamtego stada? A może coś innego? Dziwne wrażenie potęgowało, gdy odwiedzałam brata w jego watasze i czułam się wręcz nachalnie podrywana przez ich alphę. Tym bardziej że Aries, zamiast mnie bronić, stał jak słup i wbiłam puste spojrzenie w ziemię, jakby miał związane łapy. To nie był już mój brat. Zawsze mnie bronił, a teraz? Musiał być jakiś mroczny sekret, o którym oczywiście musiałam się dowiedzieć. Nie byłabym sobą, gdybym nie próbowała, choć w małym stopniu dociec prawdy. Nie nazywałabym się Belief.

^^

Któregoś wieczora wyszłam późno z nory. Był to czas, na chwilę po porządnej ulewie. Wybiegłam daleko poza tereny stada i wpadłam z impetem w pobliską kałużę wypełnioną mulastym błotek. Wytytłałam się w nim porządnie, tak by ukryć białe futro, następnie wyszłam i otrzepałam się lekko. Podeszłam do kolejnej kałuży, by się zobaczyć.
- Idealnie! - rzekłam z wyraźnym zadowoleniem sama do siebie, widząc w odbiciu lustra brunatną wilczycę. Spojrzałam za siebie, a zaraz po tym przed siebie i z determinacją w oczach pobiegłam w dobrze znanym kierunku, do mojego braciszka na niezapowiedzianą wizytę. Żałowałam w myślach, że nie da się ukryć zieleni moich oczu, ponieważ to może zdradzić moje prawdziwe ja. Postanowiłam udawać przez jakiś czas samca. Nie było to dla mnie łatwe, ale postanowiłam spróbować, w ostateczności zawsze mogę jednak zostać odebrana jako ktoś niedorozwinięty. Przyspieszyłam, ale tylko na tyle, by nie stracić z siebie cennego błotnego kamuflażu. Gdy dobiegłam wystarczająco blisko terenów, przejrzałam się jeszcze raz w jakiejś kałuży i wzięłam głęboki oddech. - Teraz albo nigdy. - rzekłam sama do siebie, jakby dodając sobie otuchy. Po czym zwolniłam i wkroczyłam na tereny watahy. Była już noc, a pełnia księżyca rozświetlała leśną ścieżkę i polany, które raz po raz wyłaniały się z gęstwin.
Znałam kilka ich słabych punktów, więc zboczyłam ze ścieżki i kierowałam się lasem, tam, gdzie brakowało strażników. Przemknęłam niewidocznie pomiędzy kilkoma patrolami, brnąc w zaparte w stronę jaskini, w której podobno spał Aries, oraz kilka wilków wyższych, a w głębi ich alpha. W końcu dotarłam. Wskoczyłam bezszelestnie na kilka skał i położyłam się na jednej z półek, na której była mała dziurka do wewnątrz, przez którą mogłam co nieco zobaczyć, co dzieje się wewnątrz. Mój nowy kolor sierści idealnie skomponował się z otoczeniem, przez co byłam niemalże niewidzialna, jedynie mój zapach mógłby mnie w tym momencie zdradzić, jednakże i on pozostał wymieszany z błotem, a futro przesiąknięte wilgocią pachniało również bagniście, jak ziemia po deszczu i wszystko wokoło. Leżałam dość długo, prawie przysypiając, kiedy w końcu usłyszałam znajomy głos. Tak to był mój brat, wracał właśnie z patrolu w towarzystwie dwóch innych samców. Kiedy weszli do groty, otrzepali futra i zaczęli rozmawiać.
- No, dzisiaj wracam z pustymi łapami. - odezwał się rudy samiec.
- Jak to wytłumaczymy Osearowi?
Aries milczał, wyraźnie niezadowolony.
- Aries, Ty dzisiaj mu to powiesz.
Samiec spojrzał na rudego z błyskiem strachu w oczach. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że to jego kolej na łomot od szefa. Westchnął tylko i kiwnął głową. Wstał i przeszedł do kolejnej komnaty jaskini. Przesunęłam się lekko, do kolejnej szczeliny, by obserwować co się tam dzieje. Wewnątrz było coś w rodzaju legowiska, tronu. Jednak alphy w nim nie było. Osear (Osir), bo tak brzmiało imię czarnego samca, o białych łapach, najwyraźniej nie było w domu, albo skrywał się w miejscach, których nie mogłam dostrzec.
- Alpho, przynoszę dziś złe wieści. Wracamy z niczym. - oznajmił Aries, tonem poważnym, waląc prosto z mostu, wypuszczając jednocześnie powietrze ze świstem, jakby czekając na karę.
- Jak to z niczym? - w grocie rozległ się syczący głos, jakby alphą był wąż, a nie wilk. Aries z kolei zatrząsł się i skulił. - Jak śmiesz, wracać tutaj z niczym! - wrzasnął głos.
- Nie było możliwości....
Potworny krzyk przerwał mu wypowiedź.
- Nie ma czegoś takiego jak brak możliwości. Dobrze wiesz, że jeśli będziesz się dalej opierał, to zabiję Twoją siostrę albo zrobię z nią coś gorszego. Wiem gdzie mieszka, wiem gdzie leży wataha Renesmee. - znów rozniósł się głos.
- Proszę, mścij się na mnie, ale proszę, nie mieszaj to w Bel. - szepnął, jakby wiedział, że zostanie usłyszany.
- Dobrze wiesz, że nie możesz przede mną uciec Arrrries. - "R" jego imienia zadźwięczała mi w uszach, tak bardzo, jak nigdy wcześniej. Nagle dostrzegłam w mroku jaskini dwoje przerażających oczu. Świeciły się i mrugały ogniście niczym prosto z otchłani piekieł. W końcu do światła wyłoniła się cienista postać, a kłęby dymu ciągnęły się za nią, niczym cień śmierci. Postać owinęła się niczym wąż wokół ciała Ariesa i zacisnęła go, powodując okropny ból, bez wyraźnych śladów po przemocy na ciele skrzydlatego samca. Kiedy ból minął, postać rozpłynęła się w czarny dymek i szepnęła znowu:
- Jeśli nie znajdziecie tego w ciągu następnych kilku dni, rozkażę przyprowadzić tutaj Twoją śliczną siostrę i na Twoich oczach wezmę z nią ślub, a Ty będziesz cierpiał i patrzył, jak ona podpisuje nieświadomie zgodę na stanie się tym samym złem, co ja. - Aries, chciał mu przerwać, ale cień wyprzedził go i zacisnął mu się wokół pyska. - Ciiii... Nie martw się o to, czy ona będzie tego chciała, czy też nie. Mam moc, która sprawi, że nawet nie będzie wiedziała, kiedy się na to zgodzi. - po grocie rozległ się donośny śmiech. Cień zniknął w cieniu, a po chwili wyszedł na posłanie w formie tronu czarny samiec o białych łapach. Łypnął z uśmiechem na Ariesa i oblizał pysk.
- Możesz iść, ale pamiętaj, macie trzy dni. Następnym razem, gdy będzie Twoja kolej, lepiej byś wrócił z tym, co mi obiecałeś.
Aries fuknął pod nosem, odwrócił się i wyszedł. Widać było, że troszkę utykał. Był zupełnie zdruzgotany, jakby ktoś odebrał część jego samego, odseparował i zamknął gdzieś daleko. Obserwowałam jeszcze chwilę Oseara, który położył się na posłaniu i zdało się, że położył się do snu. Wyglądał teraz zupełnie normalnie, jak miły alpha ze stada brata, jednak okazał się taką poczwarą. Prawdopodobnie był to jeden z wilków-cieni. Są to wilcze zmory, które mają moc zmiany w cień i poruszania się znacznie szybciej. A zapach, który za sobą niesie, przypomina dym z wygasającego ogniska. Faktycznie, gdy odwiedzałam brata w jego stadzie, wciąż miałam w nosie dym ognia, i sprawdzałam ciągle, czy aby na pewno coś nie płonie w pobliżu. Teraz układa się wszystko w jedną logiczną całość. Przesunęłam znów ciało do poprzedniej groty i znów spojrzałam przez lufcik.
- Wściekł się?
Aries kiwnął głową i zakaszlał ciężko.
- To się musi skończyć, ten chory gość powinien się leczyć. Żeby codziennie wymagać od nas znalezienia czegoś, co nie istnieje? Jesteśmy tylko jego marionetkami.
- Zagroził, że przemieni moją siostrę w tą samą bestię, którą on stał się przed laty.
Rudy aż się podniósł i zaskomlał.
- Świnia!
- Hekhem. - Chłopaki, nie zapominajcie, że jestem tutaj. - Osear wyszedł do wilków i skierował się do wyjścia. - Schlebiasz mi rudzielcu, świnie są bardzo sprytnymi stworzonkami. - poczochrał go po czuprynie, niczym prawdziwy, dobry alpha, po czym wyszedł z groty. Rozejrzał się dookoła, a ja poczułam się nieswojo, bowiem miałam wrażenie, jakby mnie dostrzegł. Na szczęście jednak zobaczyłam, jak zmienia się w cień i oddala się w przeciwnym kierunku z bardzo dużą prędkością. Teraz już wiem, w jaki sposób mnie odnalazła, kiedy walczyłam ze stworzeniami, przed którymi mnie uratował. Może teraz będzie oczekiwał w zamian czegoś? Z pewnością o to mu chodzi, ale nie może tak po prostu wyrwać mnie z watahy Rene, należę przecież do Rene, a ona mnie nie odda. ~ A jeśli odda? ~ Pomyślałam, jednak potrząsnęłam głową, starając się odrzucić od siebie tę myśl.
- Poszedł. Dobra chłopaki. Jego córka zginęła kilka lat temu, jej ciało widział, wie, że nie żyje, więc dlaczego wciąż każe nam jej szukać żywej?
- Może to jest jakaś zagadka...
- Nie możemy go po prostu zabić? - warknął w końcu Aries. - Jest nas więcej.
- Niby jest nas więcej, ale on ma na skinienie łapy wszystkie te smoki, których się roi na naszych terenach, nie pozwalają nam odchodzić poza tereny, przecież wiesz, jesteśmy tu uwięzieni. Tylko Ty możesz się czasem wyrwać dzięki skrzydłom.
- To jakaś paranoja i chora gra. Słuchaj Aries, a gdybyś poprosił siostrę o wsparcie? Jeśli nie zaatakuje go ktoś z zewnątrz...
- Nie, nie mogę jej narażać.
- Ale... Aries przemyśl to, każda nasza próba buntu kończyła się dla nas prawie śmiercią. Każdy żyjący w naszym stadzie wilk wie, że nie może mu się postawić. I każdy wilk tutaj wesprze sprawę.
- Nie dam jej zginąć!
Pomyślałam, że to jest moment, w którym warto się ujawnić. Zeskoczyłam ze skał i weszłam do jaskini, przy czym natychmiast rzucił się na mnie drugi z wilków, szary samiec. Warczał głośno, aż ślina uciekała mu z pyska.
- Spokojnie, to ja Belief.
- Bel? - Aries nie krył zdumienia, a szary natychmiast odstąpił.
- Tak, musiałam Ar, wiedziałam, że coś przede mną ukrywasz.
Samiec wbił wzrok w ziemię.
- Chłopaki, pomogę wam.
- Nie, Belief, nie możesz.
- Nie mów mi co mam robić, sprowadzę wsparcie. Zaatakujemy Oseara i nim zdąży się zorientować, niech wilki tutejsze będą w pogotowiu i zaatakują smokowate poczwary, tak by nie mógł ich wezwać do pomocy, okey?
Pozostałe wilki wyglądały na zadowolone, gdy Belief wygłosiła swój pomysł.
- Zgoda.
- Aries? Schowaj choć raz ten honor i pozwól sobie pomóc, jesteście w beznadziejnym położeniu i Twoi przyjaciele mają rację. To jest psychol i tylko wilki z zewnątrz mogą wam pomóc. Przybędę drugiego dnia w nocy i mam nadzieję, że wyjdziemy z triumfem i zwłokami, waszego alphy. Z Bel się nie zadziera. - warknęłam donośnie. - a teraz muszę wracać do stada!.
- Dobrze Belief. Niech tak się stanie, tylko proszę Cię, uważaj na siebie. On potrafi przejąć kontrolę nad umysłem tylko jednego wilka, więc nie przychodź tutaj sama.
- W porządku. - przytuliła samca i wybiegła z groty. Rozejrzała się, czy aby na pewno jest sama. Nie dostrzegłszy zagrożenia, ruszyła tą samą drogą do domu. Do watahy Rene, do swojej nory, by odpocząć i przemyśleć sytuację oraz obmyślić plan.

C.D.N

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1704
Ilość zdobytych PD: 852 + 5% (43 PD)
Obecny stan: 1412

czwartek, 14 lipca 2022

Od Belief: Quest 11 ~ Będą kłopoty | "Dwie watahy, jedna więź" [Cz. 1]

Od kilku dni nie mając niczego w pysku, ponieważ polowanie nie należało do moich mocnych umiejętności. Marząc o soczystym kawałku mięsa, coś zaszeleściło w oddali. Natychmiast zastrzygłam uszyma i napięłam instynktownie mięśnie. Musiałam być w gotowości, ponieważ leżałam w swojej niewielkiej grocie zupełnie sama. Znałam już kilkoro wilków z watahy, ale wciąż nie czułam się jeszcze na tyle pewnie, by przebywać swobodnie z nimi i spać we wspólnych grotach. Wstałam i wychyliłam łeb zza kamieni, które otaczały moją norę. Było bardzo ciemno, a las wydawał się tak spokojny, jak zawsze. Zaburczało mi w brzuchu, westchnęłam więc i spojrzałam na dwie obgryzione do cna kostki, rzucone pod ścianą groty. Skarciłam się w myślach i wyszłam na zewnątrz. Kiszki marsza grały, więc pobiegłam w stronę granicy stada. W stronę, z której pierwszy raz przybyłam na te tereny. Tamta strona granicy była mi dobrze znana, ponieważ pałętałam się tam długo w samotności.

Kiedy byłam już blisko granicy watahy, poczułam zapach. Był to wspaniały zapach, na którego woń od razu zaczęła mi ciec ślinka. Poczułam mięso i świeżutką krew. Ugięłam łapy i sunęłam teraz bezszelestnie wzdłuż ścieżki, która zdawała się prowadzić mnie wprost na ciepły posiłek.
Zatrzymałam się i skuliłam, ponieważ zobaczyłam coś obrzydliwego. Śliniło się i wydawało skrzeczące dźwięki. Paszcza zasnuta kłami i kolce na grzbiecie aż po ogon. Jakby tego było mało, bestia posiadała jeszcze skrzydła, ale dość małe, więc pomyślałam, że to pewnie nielot. Zastanowiło mnie to przez moment, ale szybko wyrwał mnie z zamyślenia napływający zapach mięsa, które właśnie stwór oderwałby odwrócić się i połknąć, zadzierając łeb kilkakrotnie w górę niczym jakaś kura. Zaobserwowawszy sposób jedzenia, pomyślałam, że to jest moja szansa i natychmiast wystartowałam. Dopadłam spory kawałek mięsa i zaczęłam wiać ile sił w łapach. Odbiegłszy wystarczająco, położyłam mięso i zaczęłam szybko jeść, jak gdyby każdy połknięty kęs się liczył. I nie myliłam się. Zastrzygłam uszyma i usłyszałam, jak przez drzewa przedziera się skrzeczący wściekły potwór. Podniosłam mięso i znów odskoczyłam w zarośla, jedząc na raty po trochu posiłku i co chwila, uciekając stworowi. Stwór nie dawał za wygrana i uparcie węszył w każdym miejscu, w którym robiłam pauzę na jedzenie, by znów rzucić się w ślad za mną. Nie biegłam szablonowo wciąż naprzód, lecz zmieniałam dowolnie kierunki i bywało, że chwilami kręciłam się z nim w kółko. Z każdą chwilą ta zabawa zaczynała mi się podobać coraz bardziej, mimo iż nie miałam pojęcia, z czym tak naprawdę mam do czynienia. Wtem jednak mój posiłek się skończył, więc odbiegłam znów kawałek dalej. Nie miałam jednak czasu, by się rozeznać w terenie, ponieważ bez skradzionego mięsa, również byłam ściganą ofiarą. Chyba teraz to ja miałam stać się obiadem, ale czy na pewno?

Zdałam sobie sprawę z tego, że jestem w zupełnie nieznanym miejscu i choć początkowo wydawało się, że powrót do domu miał być prosty, to ja znów się zgubiłam i kolejny raz nie wiedziałam jak sobie z tym poradzić. Tym razem jednak nie miałam zbyt wiele czasu na przemyślenia, ponieważ mój trop miała wstrętna bestia, nie mając więc wyjścia, biegłam dalej. Przypominając sobie w drodze moją ostatnią wycieczkę tego typu, kiedy to spotkałam małego liska, uśmiechnęłam się na to wspomnienie. Miałam nadzieję, że gdy tylko wstanie dzień, odnajdę się bez problemu i wrócę do miejsca, które od jakiegoś czasu zaczęłam nazywać swoim domem.

Zwolniłam tępa, mając wrażenie, że nie słyszę już za sobą gadziego pocharkiwania, a jedynie świergot ptaków, które wskazywały na to, że niebawem nadejdzie świt i wszystkie moje problemy się rozwiążą. Jednakże nie sądziłam, że ten poranek przyniesie mi o wiele trudniejsze sytuacje niż za poprzednim razem, gdy byłam zgubiona. Szłam więc ze zniżoną szyją, węsząc w powietrzu własnego zapachu i próbowałam iść drogą powrotną. Uważnie trzeba było stawiać kroki, ponieważ w każdej chwili mógł wyskoczyć na mnie stwór. Może ta cisza to tylko przykrywka i tak naprawdę tylko czeka, aż zbliżę się odpowiednio i wpadnę w jego sidła. Myśli zajęły mi całą głowę, kiedy nagle coś przykuło całą moją uwagę. Zatrzymałam się jak wryta, widząc po drugiej stronie małej polany, na którą właśnie weszłam, całkowicie obcego wilka. Był cały czarny, jedynie łapy miał białe, co z początku wydawało mi się trochę dziwne, jak na wilka. Spoglądał na mnie w milczeniu więc i ja spojrzałam mu prosto w oczy czujnie i ostrożnie. Nastała cisza. Stojąc nieruchomo, nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, że zostałam otoczona przez całą watahę. Jednak zostawili mnie w spokoju z pozoru. Czarny wilk skinął łbem i zszedł mi z drogi, na co skinęłam lekko łbem i czym prędzej ruszyłam przed siebie. Długo nie musiałam czekać na to, aż potwierdzą się moje wcześniejsze obawy. Wpadłam wprost na bestię. Znowu! Leżała wśród traw i spała, jednak przez moją nierozwagę przydepnęłam jej ogon i zerwała się na równe nogi jak oparzona, parskając wstrętnie w moim kierunku. Szybko zorientowałam się, że bestia, która mnie ścigała nocą, wyglądała nieco inaczej. ~ A więc są dwie... no pięknie ~ A może i jeszcze więcej? Cofnęłam się kilka kroków, ale poczułam jak mój zad, styka się z czymś twardym i szorstkim. Tak to było drzewo. Nie wiedząc co robić, postanowiłam podjąć się walki. Tak też się stało, kiedy bestia wyskoczyła w moją stronę, wykonałam zgrabny unik i nim ta, zorientowała się, że nie trafiła, ja już gryzłam ją od bocznej strony, szamocząc jej małe skrzydło. Zawyła i odepchnęła mnie, ale miękko udało mi się uskoczyć na łapy. Zawarczałam, na co w odpowiedzi oberwałam jej ogonem. Padłam na ziemię i kiedy chciałam wstać, zobaczyłam innego wilka. Tego samego, który stał wcześniej i mi się przyglądał. Rzucił się na bestię, raniąc ją i przeganiając. Wstałam zdezorientowana.

- Chodź, nim przybędą następne! - usłyszałam miękki męski głos, w akompaniamencie emocji, które mu towarzyszyły. Posłusznie wstałam i odbiegłam kawałek razem z nieznajomym. Jednak oboje wpadliśmy na kolejne bestie, tym razem dwie sztuki. Zza pleców słyszałam powracającą ranną i jeszcze jedna w oddali. Tego było zbyt wiele. Czarny wilk bez wahania zawył na alarm, najgłośniej jak potrafił. Kiedy próbowaliśmy walczyć z potworami, dostrzegłam cień przemykający polanę. Wyglądał znajomo, ale teraz nie miałam czasu się temu przyjrzeć. Kiedy walka zdawała się już przegrana, ponieważ była tylko nasza dwójka i 3 okropne stworzenia, dołączyło do nich jeszcze jedno, czwarte. I wtedy to leżałam z obitą nieco głową w szoku kompletnym, zdawało mi się, że śnię lub odchodzę do krain śmierci, bowiem zobaczyłam swojego brata. Był taki piękny i dostojny, jak zawsze, kiedy go pamiętałam. Walczył zaciekle ze stworami wraz z potężną watahą wilków. Wspólnymi siłami udało im się wygrać i przegnać stworzenia. To było tak nierealne, że z tego wszystkiego położyłam łeb na ziemi i .... zemdlałam.



Obudził mnie dźwięk rozmów. Otworzyła najpierw jedno oko, potem drugie, powoli badając otoczenie. Leżałam w najciemniejszym miejscu wielkiej groty, w której krzątało się bardzo wiele wilków. Jedne rozmawiały, inne doglądały szczeniąt, jeszcze inne segregowały zioła. W oddali dostrzegłam również czarnego wilka o białych łapach. Siedział na najwyższej skale, jakby doglądając swoich braci. Nagle moje ciało drgnęło, pod delikatnym naciskiem malutkiej łapki. Podniosłam łeb i spojrzałam za siebie. Moje spojrzenie spotkało się z wilczym maleństwem. Dawno już nie widziałam szczenięcia i troszkę mnie to rozczuliło. Miało piękne zielone oczy, a futro całkiem brązowe. Zaśmiało się i przytuliło się do mnie. Poczułam się nieswojo. Nigdy nie miałam dzieci i nie znałam tego uczucia, więc nie było to dla mnie komfortowe i nie wiedziałam co zrobić, ani co powiedzieć.
Nim zdążyłam zrobić cokolwiek, malec pomaszerował do wilków zajmujących się ziołami i wesoło zawołało:
- Mamo, Tato! Obudziła się!
Wilki spojrzały w moją stronę, a ja skuliłam uszy. Serce mi zabiło, ponieważ nie znałam ich zamiarów.
- Wspaniale! Alpho! Obudziła się. - krzyknął jakiś samiec, który najwyraźniej zareagował na hasło "tato".
Czarny wilk o białych łapach spojrzał w dół w moją stronę i uśmiechnął się szeroko, po czym wstał i zeskoczył na dół. Podszedł do mnie i usiadł naprzeciw.
- Witaj. Było z Tobą kiepsko, ale już jest dobrze. - jego miękki głos wręcz rozpływał się po całej jaskini, niosąc ze sobą przyjemny dla uszu ton. - Nie obrażę się, jeśli będziesz chciała wrócić do domu, wyglądałaś na zagubioną. Ale gdybyś tylko chciała, nie obrażę się również, jeśli zostaniesz w moim stadzie na dłużej. - posłał jej szarmancki uśmiech i zamachał ogonem, widząc brązowe szczenie. - Naszą małą pociechę Iskrę już znasz, a Tobie jak na imię?
Spojrzałam na młodziutką wilczycę z uśmiechem.
- Belief Panie, nazywam się Belief i faktycznie się zgubiłam. Przybyła z watahy Rene, chciałabym wrócić, lecz nie znam drogi.
- Belief powiadasz. - samiec wydał się zaskoczony i spojrzał w górę na półkę skalną. Spojrzałam również w tamtym kierunku i zamarłam. To nie był sen. To naprawdę on.

PODKŁAD --> https://www.youtube.com/watch?v=dzNvk80XY9s
- ARIES!? - Wrzasnęłam, nie panując nad własnymi emocjami. - Czy to naprawdę Ty?
Szary samiec długo nie odpowiadał. Na jego pysku było widać zamyślenie i jednocześnie szeroki uśmiech. W końcu, bez słowa, wstał i rozpostarł skrzydła, by zaraz potem wzbić się w powietrze i opaść tuż przede mną, tuż obok swojego alphy.
- W całej okazałości Bel.
Zapiszczałam ze szczęścia.
- Tęskniłam! Szukałam Cię.
- Ja również Cię szukałem, ale... - spojrzał na alphę i skinął mu łbem - ale Kazani uratował mi życie i wierny mu byłem służyć w zamian za to.
- Ari dużo o Tobie opowiadał. - rzekł czarny z uśmiechem. - Miło w końcu Cię poznać. - samiec alpha wydawał się tak miękko do mnie mówić, że aż momentami czułam się dziwnie. Co najmniej, jak gdybym wyczuła zainteresowanie z jego strony. Jednak postanowiłam to zignorować, ponieważ to wszystko było zbyt dziwne i nowe dla mnie. Po tylu latach w końcu odnalazłam swojego ukochanego braciszka, ale jednocześnie dobrze wiedziałam, że nie mogę z nim zostać. A on nie może pójść ze mną. Choć nasz los był złączony za młodu, teraz nasze życia były splecione z dwoma różnymi stadami. Rozejrzałam się na około, wataha brata wyglądała na wesołą i pogodną. Choć czułam się tutaj dobrze, to tęskniłam za watahą Rene. Jednak zdążyłam już się tam zaaklimatyzować i polubić wilki oraz klimat tam panujący. Nie dało się zapomnieć o przygodzie z Biesem, podczas gdy poznała wilka imieniem Yneryth, a także wiele innych wspaniałych postaci. Nie mogłam sobie wyobrazić, żeby teraz ich tak po prostu opuścić.
- Dziękuję bardzo za pomoc. - ukłoniłam się delikatnie i z szacunkiem, co najwyraźniej zaimponowało alphie. - ale... muszę wrócić do swoich. - mówiąc to, patrzyłam głęboko w oczy brata. Jego wyraz pyska był smutny, lecz oczy wyrażały zrozumienie. On również pragnął znów zajmować się swoją młodszą siostrą, jednak honor samca mu na to nie pozwalał. Posłał mi jedynie ciepły uśmiech.
Pożegnaliśmy się. Alpha stada pozwolił Ariesowi, by odprowadził siostrę, czyli mnie do Rene. Tak też się stało. Szliśmy długo, a samiec co jakiś czas wzbijał się w powietrze ponad drzewa, by upewnić się, czy na pewno idziemy w dobrym kierunku. Teraz mieliśmy chwilę, by porozmawiać.
- Bel, moja mała słodka Bel. Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że Cię odnalazłem!
- Nie, to ja odnalazłam w końcu Ciebie! Żałuję jedynie, że nie odnaleźliśmy się wcześniej, może wtedy... no wiesz..
- Bylibyśmy w jednym stadzie. - dokończył brat.
Rozumieliśmy się doskonale niemal bez słów. Spojrzałam na niego i idąc, wślizgnęłam się pod jego skrzydło, tak jak za starych dobrych czasów i wtuliłam się mocno w jego sierść. Było mi tak okropnie smutno i przykro. Chciałam, żeby poszedł ze mną i został ze mną, wśród moich nowych przyjaciół. Czułam, że on też tego chce, tak samo mocno jak chciałby, abym ja została w jego stadzie. Zatrzymaliśmy się, a on przytulił mnie bardzo mocno, obejmując szczelnie swoimi wielkimi skrzydłami.
- Tego mi brakowało, braciszku. - szepnęłam z uśmiechem na pyszczku.
Wilk złożył skrzydła i ruszyliśmy ponownie, bok przy boku, idąc równym krokiem.
Z wolna zaczęłam poznawać tereny. Byliśmy zdecydowanie blisko granicy mojego stada. Podbiegłam radośnie do jednego z większych drzew i szczeknęłam radośnie. Odwróciłam się za siebie i spojrzałam na szarego. Stał w cieniu, dokładnie na linii naszych granic. Był smutny, bo nie mógł pozwolić sobie na ani jeden krok więcej.
- Bel, dzisiaj nie mogę przekroczyć tej granicy. - położył uszy po sobie wyraźnie rozgniewany, jakby sam na siebie, albo na coś, co nie pozwalało mu się ruszyć z miejsca.
- Dlaczego?
- Wyjaśnię Ci wszystko, ale dziś nie mogę. Odwiedzę Cię, jak tylko będę mógł. Z góry na pewno Cię odnajdę. Obiecuję siostrzyczko. - Mówiąc to, rozłożył skrzydła i zaczął się odwracać, jakby chciał wzbić się w powietrze. - Trzymaj się siostra i pozdrów swoje stado! - Po tych słowach wzbił się w górę i zniknął w koronach drzew, pozostawiając za sobą jedynie szum powietrza prześlizgującego się przez jego potężne skrzydła.
- Do widzenia braciszku. - rzekłam dość pewnie, jednak bardziej do siebie, wiedząc, że on już tego nie słyszał. Stałam przez chwilę wpatrzona w przestrzeń przede mną, po czym głęboko westchnęłam. Cóż, trzeba żyć dalej, wrócić do swojej groty, pokazać się stadu. Odwróciłam się i teraz już szłam w stronę polany, na której najczęściej spotkać można było stado. Szłam z uśmiechem na pysku. Wiedziałam, że na razie nie mogę nikomu nic powiedzieć. W moim sercu zapanował spokój, przynajmniej od tej chwili wiedziałam, że braciszek żyje i ma się dobrze, to dodawało mi otuchy, by się starać żyć jakoś dalej.

C.D.N.

PODSUMOWANIE 
Ilość napisanych słów: 2147
Ilość zdobytych PD: 1073 + 10% (107 PD)
Nagroda za Quest: 400 PD + 8 pkt kondycja, +6 pkt zwinność 
Obecny stan: 2676