Newsy



:Aktualności
.Blog przechodzi obecnie renowację
.Już niebawem pojawią się nowości

:Pogoda
Obecna pora roku ~ Lato
.Temperatura waha się między 15+ a 35+ stopni Celcjusza
.Zmiana pory roku nastąpi 1.09.2022

Liczba wilków ~ 25
Wadery ~ 11 + 1 NPC
Basiory ~ 10 + 3 NPC
Szczeniaki ~ 0
Nieobecni: Dusław

~Serdecznie zapraszamy♥~

wtorek, 9 sierpnia 2022

Od Naharys'a cd Mystic ~ Sen

 Naharys po raz ostatni zerknął w stronę ściany lasu, wznoszącej się po drugiej stronie doliny Haute Forêt. Północ zbliżała się drobnymi kroczkami - w tym czasie, sierść basiora przybierała mroczne, granatowe kolory, w oczach zaś błysnął złoty blask. Polowanie okazało się tym razem bezowocną stratą pięknego popołudnia, co też niezwykle popsuło basiorowi humor. Nieobecność dzieci w jaskini również nie poprawiło jego sytuacji, czuł, że ten dzień został skazany na porażkę... Z drugiej strony, Sininen, Shori i Ereden to jego dorosłe już latorośle, nauczył ich w miarę swych wszystkich możliwości, nauczyć radzić sobie w różnych sytuacjach, więc z kolei nie powinien się niczym martwić. 
Moc ognia zanikła wraz z nastaniem nocy, rozpalił więc ognisko w palenisku, za pomocą iskrownika - ot, tak nazwał proste uderzanie krzesiw o siebie. Kiedy w końcu płomień zatlił się w zgliszczach nadpalonego drewna, pobudził go delikatnym dmuchaniem, aby mógł po chwili przeistoczyć się w nie dość spore ognisko. Dołożył trochę chrustu i obserwował - lubił spoglądać w ogień, obserwować jego destrukcyjną moc, jednocześnie wyszukał sobie w tym sposób na uspokojenie, wyciszenie swych myśli. Zjadł pozostały po dzisiejszym obiedzie sarni udziec, po czym ułożył się do snu w blasku tańczących płomieni, momentalnie zapominając o dzisiejszym dniu.

*** 

Obudził się z dziwnym, nieodpartym wrażeniem, że ten czwartkowy poranek będzie dla niego niespodzianką - miłą, czy też nie, to już tajemnica, którą niebawem ukaże mu czas. Musiał mocno spać, gdyż nie usłyszał bowiem, jak jego dzieci wkradły się do jaskini, układając się do snu, zaraz obok niego. Sen też miał dziwny, dość dziwny, aby opisać go racjonalnymi słowami;
Gęsty mroczny las, w którym drzewa zostały brutalnie ogołocone ze swych koron, przypominały zaledwie grube, wetknięte głęboko w ziemię spalone filary. Niewyraźny szmer czyjegoś biegu dobijał się do jego uszu, starał się zlokalizować podejrzane znaki, lecz jedynie, co miał przed oczami, to mgła, gęsta niczym lukier. A w tle dobiegło go czyjeś rozpaczliwe wycie, pełne żalu i szaleńczej desperacji - Naharys sporo w życiu przeżył, lecz nigdy nie słyszał, aby jakikolwiek mógłby tak wyć. Obudził się bez zrywu, zlustrował szmaragdowym już wzrokiem wnętrze jaskini, po czym uspokoił się nieznacznie. ~ To był tylko sen - starał sobie tłumaczyć. 
Dzisiaj trening został odwołany, więc Naharys nie miał w planie nic innego, jak wykorzystać wolny czas z rodziną... 
Późnym porankiem zwrócił się w stronę lecznicy, aby tam odwiedzić swoją siostrę, Lonyę. 
Młoda medyczka siedziała w cieniu wysokiej, młodej wierzby, obserwując wypoczywających w spokoju natury pacjentów. Miała szorstką, połyskującą sierść koloru dojrzałej wiśni - Naharys wiedział, jakich specyfików używała jego przybrana siostra, aby utrzymywać włosie w dobrym stanie. Słyszała jego kroki, lecz nie odwróciła się, by upewnić się, że to on - podpowiedź znalazła w jego zapachu, który mknął wraz z delikatnym wiatrem. 
- Dzień dobry, bracie - przywitała się wesoło Lonya. 
- Witam - odparł basior. - Jak się miewają pacjenci? 
- Jak widzisz, jeszcze nikogo nie uśmierciłam. 
Basior zaśmiał się krótko, a Lonya podążyła jego śladem. Przywitał ją skromnym pocałunkiem w policzek, przycupnął w miejscu obok, obserwując jak druga mała medyczka, Itami, rozdaje chorym wilkom leki. Wilk nie tracił uśmiechu z pyska, umiał docenić mroczny humorek wadery, która była całym jej życiem. I światem. Pamięta ten moment, jakby to wydarzenie miało miejsce zaledwie wczoraj; powrót ojca do jaskini późną nocą, jego postać wręcz górowała nad wszystkimi - albo tak mu się wydawało, bowiem jeszcze był szczeniakiem - blask płomieni rozświetlał jego brązowe futro, wraz z brzoskwiniową kuleczką, którą delikatnie trzymał za futerko. Kiedy ujrzał przerażenie i łzy w złotych oczkach, pamiętał słowa, jakie wypowiedział owego dnia. 
- Czy to teraz moja siostra? 
Ojciec przytaknął, a matka zaś ze zdumienia uśmiechnęła się szeroko, aczkolwiek w jej oczach pojawił się pewien rodzaj zmartwienia. Tak samo, jak ojciec, zdawała sobie sprawę, że pod swoją odpowiedzialną opiekę przyjęli nowe życie. Mocne odczucie przywiązania i miłości sprawiło, że przytulił waderę do swego ramienia, na wzmiankę o tym wydarzeniu. Lonya westchnęła tylko zdziwiona. 
- Co Cię tak na emocje wzięło? 
- Wiesz, nawet taki skur**el, jak ja, też ma swoje uczucia. - odparł z uśmiechem basior. 
Ich śmiech rozniósł się po okolicy, jeszcze długo, zanim słońce usadowiło się na najwyższym punkcie nieba. Nastało południe. 

*** 
Przeczucie nie myliło go, ani na jotę. Rzeczywiście ten dzień, zgodnie z zasadą niespodziewanych wydarzeń, okazał się dla niego strzałem w serce. Owe przeczucia z tym związanym, wisiały nad nim już od początku jego przebudzenia. Od czasu, kiedy Naharys, na prośbę swojej siostry, wybrał się do lasu, by zgromadzić dzienny zapas ziół, w towarzystwie uroczej medyczki, zorientował się, że to jest właśnie ten moment. Kiedy nastał moment, że dwójka wilków rozdzieliła swe drogi poszukiwań, Naharys wyczuł czyjąś obecność - powietrze był wręcz przesycone wonią skrzydeł, obcością... 
Ktoś, lub coś, było niedaleko. Na dnie niewielkiego wykrotu, osłoniętego zewsząd krzewami dzikich malin, jego oczom ukazał się niewyraźny kształt... ciemny, idealnie wtapiający się w półmrok. Stał przez chwilę, wyczekując jakichkolwiek oznak, jednocześnie pilnując, aby nie zdradzić swojej pozycji. 
Wyraźnie wyczuwał strach, ten ktoś, mimo swej obecnej pozycji, nie opuścił swojej kryjówki, co więc oznacza, iż nie wiedział o obecności Naharys'a. Basior bezszelestnie przeniknął w grubą warstwę zarośli i wysokiej trawy, jednocześnie starając się, aby mieć na baczeniu resztę okolicy - kto wie, czy w pobliżu nie czaiło się jakieś niespodziewane zagrożenie? 
Był już blisko, podpowiadała mu owa woń - należała do młodego osobnika, bardzo młodego. Wyłonił głowę zza kurtyny krzewów i zdał sobie sprawę, że jego zmysły go nie myliły. W dole, skryty w gęstej zasłonie zieleni, spoglądały na niego dwa małe księżyce, na tle nocnego nieba... lecz to nie były księżyce, lecz źrenice młodego basiorka. Wyglądał na roczniaka. Nie mylił się też, co do niespodziewanego niebezpieczeństwa. Nim Naharys zdążył zająć młodego jakąkolwiek rozmową, z głębi wykrotu wyłonił się kwadratowy łeb żmii, Miała piaskowe ubarwienie łusek i ukoronowaną głowę w kilka drobnych rogów, które zakrzywione na szczytach, rozchodziły się na boki. Z tego też powodu, nadano jej nazwę "królewską". I ta sama żmija zmierzała ku malcowi, wlepiając w nim swe puste, głodne krwi pionowe oczy i wywijając językiem. Naharys widział, że młody nie miał najmniejszej świadomości z zaistniałego zagrożenia, całą swoją uwagę skupiał na nim, wyczekiwał z przestrachem w oczach na jego następny ruch. A był on następujący; Wskoczył do wykrotu, chwycił malca za szyję i z naborem sił w łapach, wyskoczył z niego, zasypując węża warstwą piachu, co też zniechęciło go do dalszego ataku. Kolejny fakt, jaki spostrzegł Naharys, był taki, że malec miał skrzydła, bowiem machał nimi, uderzał w panice. Nie znał Naharys'a, z pewnością obawiał się, że basior może wyrządzić mu krzywdę - szamotał się, wyjękiwał niezrozumiałe słowa, pewnie wypowiadał je pod wpływem strachu. Wyłonił się z głębi lasu, na ozłoconą słonecznym światłem polanę, gdzie odstawił trzęsącego się ze strachu skrzydlatego wilczka. 
- Hej, uspokój się - odezwał się Naharys - nic Ci nie zrobię, nie wyj tyle, bo ściągniesz na nas niebezpieczeństwo. Hej, mały, już cicho... jesteś bezpieczny. 
- Nie ufam Ci! - wykrzyczał malec - Zostaw mnie w spokoju. 
- Gdzie twoi rodzice? - zapytał, ignorując wybuch malca. 
- Zostali zabici... zamordowali ich tacy, jak ty! 
Naharys uniósł brwi ze zdziwienia, stał tak przez chwilę, milcząc i zastanawiając się nad sensem słów basiorka. Jedno wiedział na pewno. Napastnicy byli wysocy i masywni - jak on, stwierdzając to, spojrzał na siebie. Młody wyraźnie wyszukiwał dogodnej okazji, aby zwiać w popłochu, Naharys spojrzał jedynie na malca, pokręcił z dezaprobatą głową, chwytając go łapą za ramię. 
- Ani mi się waż. Pójdziesz ze mną! Nie wolno pozwolić, abyś błąkał się po lesie bez opieki, mały. Zabiorę Cię do mojej Pani, a ona zdecyduje, co z tobą uczynić. 
Zdawał sobie sprawę, że jego ton nie brzmiał zbyt przyjemnie; zimny, stanowczy i poważny ton Kapitana mógłby zmrozić w niejednym krew w żyłach. Po chwili dodał. 
- Nie martw się, nic Ci z nami nie grozi - rzekł, tym razem łagodniej, cieplej, jakby przez niego przemawiał ojciec, niźli Kapitan. 

***
- Ja mam się nim zaopiekować?! - wydał z siebie Naharys, po tym, jak Rene zjawiła się po chwili, ze skrzydlatym malcem u swego boku. Wadera, mimo zaskoczenia basiora, uśmiechnęła się ciepło. 
- Jako jedyny w mojej Watasze masz wysokie doświadczenie rodzicielskie. Zdołałeś wychować już trzy dorosłe wilki, z czego jedno, jeśli dobrze pamiętam, przygarnąłeś do swej rodziny. Czemu więc miałabym Ci nie powierzyć tego malca w opiekę? Wiem, że trafia w dobre łapy. 
- Jesteś dla mnie zbyt łaskawa, Rene - z tymi słowy, zniżył nieco głowę w geście uszanowania jej woli. Jeśli taki jest jej rozkaz, nie widział powodu, aby się sprzeciwiać. - Dobrze, wychowam malca, jak swego własnego syna. - Naharys uniósł głowę, spojrzał z uwagą w szmaragdowe oczy Alfy, po czym przekrzywił nieco usta w grymas zamyślenia. 
- Tylko jak ja to wytłumaczę moim dzieciom?
Alfa uśmiechnęła się jednak, powoli acz z gracją, podeszła do basiora i śmiało ułożyła swą łapę na jego ramieniu. 
- Myślę, że dasz sobie radę, Kapitanie. 
Po chwili jednak, jakby nieszczęście spadło na jej usta, bo jej usta zaczęły rysować się w grymas współczucia i smutku. 
- Wiem, że wychowywałeś dzieci wraz ze swoją miłością - dodała - jeszcze raz łączę się z tobą w cierpieniu, Pina też należała do tej watahy i była jej ważną częścią. Sininen, Shori i Ereden stali się idealnym uzupełnieniem po stracie twojej ukochanej. Niech i ten malec dopełni tę pustkę. 
- Zrobię, co w mojej mocy, aby wychować malca i przygotować do życia. 
- Cieszę się, że to od ciebie usłyszałam, a teraz pozwól, że opuszczę Was teraz. Sprawy watahy wzywają. Bywajcie. 
Popatrzyła jeszcze przez chwilę na malca z ciepłą uwagą, lekko i zachęcająco pchnęła go w stronę basiora, który stał sztywno, nie wiedząc co zrobić. Jakby z takową sytuacją miał do czynienia pierwszy raz w życiu. Strach aż trząsł się w jego oczach, niepewnie stawiał kroki w jego stronę, mięśnie cały czas były napięte. W końcu zatrzymał się przed Naharys'em z wbitym wzrokiem w swoje łapy, widać było, że nie miał odwagi spojrzeć basiorowi w oczy. 
- Jak Ci na imię? - zapytał spokojnie Naharys. 
- My... My... - wyszeptywał malec nieśmiało. 
- Śmiało i głośno. Nic Ci nie zrobię. 
- Mystic - wyrzucił w końcu basiorek. 
- Ciekawe masz imię, Mystic. Ja jestem Naharys - biały wilk zniżył głowę, aby wzrokowo zrównać się z malcem. Ze swoim przybranym synem. - Odtąd, Mystic, będziesz pod moją opieką. Nic się nie martw, dopilnuję, abyś był bezpieczny. Nauczę Cię wszystkiego, co potrafię i sprawię, że wyrośniesz na twardego basiora. 
Naharys chwycił Mystic za podbródek, aby przyjrzeć się jego oczom - nadal kipiały od irracjonalnego lęku. Nie powinien zdradzać już nic więcej na pierwszy raz, aby nie zniechęcić malca do nowego stanu oczywistego. Ważne w tamtym momencie było, aby swą opiekuńczością i ciepłem sprawić, aby malec otworzył się przed nim - tylko wtedy będzie mógł zdziałać nieco więcej. A teraz? Wyraźnie widział, że Mystic był przerażony obecną sytuacją. 
- Chodź. Oprowadzę cię po terenach, zapoznam z wilkami, z którymi będziesz się uczył na co dzień, a także pokażę Ci twój nowy dom. 
- Dobrze - rzucił krótko i pośpiesznie basior. 
***
Pierwszy dzień niespodzianek, a zarazem początek przybranego rodzicielstwa, przyniosły mu kolejną serię problemów. Wydarzyło się to wieczorem, kiedy Naharys wrócił do jaskini z upolowaną kolacją i spostrzegł, że w gronie rodziny kogoś brakowało. Ereden, jak miewał w zwyczaju czynić, siedział zakopany pod stertą zwojów, Sininen leżała na przeciwległym krańcu jaskini, korzystając z zasłużonego spokoju, a Shori zaś, w akompaniamencie nuconej przez siebie melodii, doprowadzała swoje skrzydła do porządku. Nigdzie nie widział Mystic. 
- Wiecie, gdzie jest wasz brat? - zapytał zaniepokojony Naharys. 
Trójka wilków zerknęła w jego stronę, przemierzyli wzrokowo wnętrze jaskini, jednakże bez skutku. Basiorka nie zastali nawet w przedsionku jaskini, jak twierdził Ereden, był pewien, że malec brał kąpiel. Alfa przyznała mi malca pod opiekę, kiedy dowie się, Mystic, że pozwoliłem sobie na chwilę nieuwagi, uzna też, że myliła się, co do mojej osoby. Uzna mnie za nieodpowiedzialnego lekkomyślnego głupca! Lecz nie o to chodzi... jeśli coś Ci się stanie, będzie to również moja odpowiedzialność - pomyślał gorączkowo Naharys. Rzucił upolowane zające na podłoże, bez dłuższego zastanowienia odwrócił się ku wyjściu, by ruszyć w pogoń za malcem. Ereden pobiegł z Naharysem, tuż u jego lewego boku. 
I tak, dwie wilcze sylwetki mknęły przez opanowany nocnym mrokiem polanę, nasłuchując z uwagą i nawołując głośno Mystic. Szukali długo, wytrwale, a jedynym napędem motywacji była myśl, że Naharys przysiągł Alfie, że weźmie odpowiedzialność za życie, które samo nie będzie w stanie się obronić. 
- Ereden, powinniśmy się rozdzielić - oznajmił Naharys, gdy stanęli przy rozdrożach prowadzących do Lac de Cristal i Forêt de Ombree. Przechwycony przez nich zapach, należący do malca, urywał się dokładnie w tamtym miejscu. Naharys czuł to wyraźnie. - Ja pójdę dalej na północ, a ty idź przeszukać okolicę Lac d Cristal.  
Ereden bezdyskusyjnie kiwnął głową - nie martwił się o syna, Ereden wiedział bowiem, jak zadbać o siebie. Pobiegł dalej, w zmierzonym kierunku, ku Forêt de Ombree. Basior zdawał sobie jasno sprawę, że zbliża się pod progi spaczonego przez mrok lasu, lecz Mystic mógł tego nie wiedzieć - mimo wcześniejszej wycieczki po terenach. Nie podszedł jednak bliżej, niż wymagała tego sytuacja - drzewa mrocznego lasu zaszeleściły złowrogo w rytmie spokojnego wicherku. Zwrócił się w lewo, przemierzył wzdłuż granicy lasu Ombree, przez morze wysokiej, sztywnej trawy, która łaskotała go w klatkę piersiową. W powietrzu nie zdołał przechwycić woni malca, zaczął więc zastanawiać się, czy kierował się w dobrą stronę... chyba, że... 
Odwrócił głowę w drugą stronę i z uniesionym wysoko nosem, wietrzył usilnie różne zapachy, jakie dostarczał mu wiatr; świeża polna trawa, przemieszana z aromatem woni zwierzyny łownej, skrytej gdzieś za zasłoną gęstych zarośli. Jednak rzetelne węszenie opłacało się, pomyślał Naharys, gdy w kłębowisku aromatów, wychwycił szczątkową oznakę bliskiej obecności malca. Zwrócił się w stronę mocnej emanacji zapachu. 
- Naharys? - odezwał się niepewnym tonem głosik, wywodzący się zza wysokiej zasłony czarnej, szeleszczącej trawy. Naharys skierował w tę stronę swe bursztynowe, czujne oczy, wpatrując się w srebrne punkciki, błyszczące w ciemności. Westchnął cicho, czując jak napięcie ściskające go w okolicy brzucha i żeber zanikło nagle - Zupełnie, jakby zrzucił z siebie przed chwilą dość spory kamień. Lecz to nie oznacza, że nie czuł gniewu. 
- Mystic! - powiedział, prawie krzyknął Naharys. - Co ty tu, do cholery jasnej, robisz?! Nie powinieneś być w jaskini? 
- No więc... Eee, ja? - Malcowi wyraźnie plątały się słowa, gardło ze strachu miał tak zaciśnięte, że ledwo dawał radę się wysławiać. 
- Jasne, że ty. A kto inny? 
- No tak... ja tu robię, eh. - Młody usilnie ukrywał coś przed czarnym wilkiem, rumieniec wylał się na policzki samczyka tak intensywnie, że Naharys był w stanie go dostrzec przez jego ciemną sierść. Czekał w milczeniu na odpowiedź basiorka, nie próbował go ponaglać. 
- Kiedy jeszcze żyła moja wataha zawsze, gdy pojawiał się księżyc, wyliśmy do niego, a później szliśmy na spacer. – palnął Mystic, spuszczając nieco głowę z wyraźnym zmieszaniem na twarzy. Naharys nie powiedział nic przez dłuższą chwilę, wpatrując się w malca z narastającym współczuciem w bursztynowych oczach. Podszedł nieco do swojego nowego podopiecznego, uniósł łapę, aby go objąć, lecz zawahał się... 
~ Nie jest moim synem... to znaczy.. w tym momencie jest pod moją opieką, potrzebuję czasu, aby potraktować go, jak syna. Musisz dać mi czasu, mały Mystic. Z Shori miałem podobne zahamowania w okazywaniu podobnych uczuć, lecz w końcu przekonałem się do niej, otworzyłem przed nią wrota mojego serca. Przed tobą też otworzę, ale potrzebuję czasu. Czasu. 
Aby usprawiedliwić swój nagły ruch łapy, ułożył ją na głowie malca i poczochrał po grzywce. 
- Ah, nie wiedziałem - powiedział, tym razem łagodniej Naharys. - Dobrze, rozumiem. Jeśli chcesz, możemy codziennie wychodzić na wieczorne spacery, wyć do księżyca, jeśli to pomaga Ci się lepiej poczuć, ale pamiętaj jedno; Proszę Cię, nie wychodź nigdzie sam, dobrze? 
- Oh, no dobrze, zapamiętam. 
- Chodź, wracamy do domu. Dziś upolowałem zające na kolację. Lubisz zające? 
Mystic pokiwał niewyraźnie głową, w oczach młodego, które utkwił przed sobą w punkt przed sobą, spostrzegł tętniącą tęsknotę. W końcu, po dłuższym czasie milczenia, Mystic zwrócił je w stronę Naharys'a. 
- Mogę się Ciebie coś spytać? 
Naharys przyzwalająco pokiwał głową. 
- Jasne, śmiało. 
- Dlaczego jesteś czarny? - To pytanie widocznie wytrąciło czarnego wilka z pantałyku, ale też nie mógł się dziwić malcowi. Młodość była też oznaką ciekawości. 
- To taka przypadłość, którą w mojej rodzinie dziedziczy się, co drugie pokolenie, a moce, w zależności od cyklu dnia, również przechodzą zmianę. Jak zauważyłeś, w dzień moja sierść jest biała i panuję nad ogniem, a w nocy zaś... cóż, mrokiem. 
- Super! - odezwał się młody z wyraźnym zainteresowaniem w tonie, jak i blasku jego oczu, które bez ustanku go śledziły. 
- Patrz przed siebie, bo się wywrócisz. - Powiedział ze śmiechem Naharys, puszczając malca przodem. Niecałe dwie minuty później natknęli się na Ereden'a, który wyraźnie sfrustrowany niepowodzeniem z poszukiwań oraz wściekły na Mystic, za to, że wymknął mu się w czasie, gdy był pod jego i rodzeństwa opieką.  
- No! Jesteś! 
Masywna postać Ereden'a, skąpana w srebrzystym blasku księżyca w pełni, ogarnęła swym cieniem malca, który wyraźnie się skulił pod naporem wściekłego wzroku przybranego, starszego brata. 
- Tyle razy Ci mówiłem, żebyś nie ruszał się z miejsca! Doprawdy nie mam ochoty niańczyć cię nonstop, bo też mam swoje zajęcia. Pech chciał, że do nich doszedłeś jeszcze ty! 
- Ereden, opanuj się! - rzucił stanowczo Naharys, kręcąc głową - Zapomniałeś już, jak ty byłeś mały i zdarzało Ci się, i to nie raz, nabroić, przez co musiałem za ciebie świecić oczami przed twoją matką.
- Kiedy ja byłem w jego wieku - odparł hardo Ereden - byłem w stanie zrozumieć swój błąd! 
- Przepraszam, dobra! - zawołał Mystic wyraźnie wymalowaną rozpaczą na pysku. 
- A co mi po twoich przepro... 
- Dosyć! - warknął Naharys na Ereden'a, na co ten zmierzył ojca wzrokiem pełnym niedowierzania. Pokręcił głową z dezaprobatą. - Mystic zrozumiał już swój błąd, dobrze? Teraz jest twoim przybranym bratem, naucz się wskazywać młodszemu drogę bez agresji, bo to bardziej pomoże, niż bezsensowny krzyk na całe gardło. 
~Ereden, wiem, że wybuchowy z ciebie charakter. Dlaczego musiałeś odziedziczyć po mnie te gorsze cechy, aczkolwiek wiem i zdaję sobie sprawę, że bunt i gniew to wyznaczniki twojej osobowości, rozumiem Cię, synu.
Ereden pokręcił jednak głową z dezaprobatą, mierząc ciągle Mystic wściekłym wzrokiem.
- Nigdy więcej nie waż się odchodzić bez pozwolenia! - Ereden zbliżył wyszczerzony groźnie pysk do ucha Mystic. - Jasne?! 
Mały nie odpowiedział, zmierzył tylko dorosłego brata wzrokiem, pełnym wyrzutu i poczucia winy, po czym z westchnieniem opuścił głowę. Pociągnął nosem. Naharys milczał z zaciśniętymi zębami. 
~ Będę musiał pogadać z Eredenem
Z tymi słowy, Ereden odszedł w stronę jaskini, nie oglądając się już za siebie - w jego krokach, zapachu niesionym przez nocny wiatr, dało się zwietrzyć wściekłość i zawód. 
- Czemu się tak wściekł? - zapytał po chwili Mystic. 
- Nie przejmuj się - odparł łagodnie Naharys - Ereden... cóż, po prostu taki już jest. To dobry wilk, ale miewa problemy z opanowaniem emocji. Bywa wybuchowy, ale możesz zawierzyć mu własne życie, sekrety, bezpieczeństwo. Uwierz mi na słowo. No chodź już, bo nam zjedzą wszystkie zające. 
- Jakoś... nie jestem głody - przyznał Mystic. Naharys wyraźnie wyczuł w tonie malca zakłopotanie, wywołane zapewne niemiłą reakcją Ereden'a. 
- Zjedz chociaż zajęcze udko. Jak chcesz, specjalnie dla ciebie, upiekę je nad ogniem, ot dla zwiększenia smaku. O! Albo, jeśli masz ochotę, możemy jutro zapolować. Co ty na to?

<Mystic?>
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 3090
Ilość zdobytych PD: 1545 + 30% (463 PD) za długość powyżej 3000 słów
Obecny stan: 2008 PD


niedziela, 7 sierpnia 2022

PODSUMOWANIE MIESIĄCA ~ LIPIEC

Gorące, złote słońce na ciemno nas opali, w srebrzystej, bystrej rzece będziemy się kąpali.
Niech żyją wakacje, niech żyje pole, las, i niebo, i słońce, wolny, swobodny czas.

Chlapu – plastu, już od brzasku
Budujemy miasto z piasku
Piękne miasto nad miastami,
W jakim nie mieszkamy sami.
Domy barwne aż nad podziw
Fruwa się w nich, czy też chodzi?
Można by tu żyć wspaniale
Gdyby deszcz nie padał wcale.

Witajcie basiory i wadery!
Gorący lipiec jest już za nami, a tym postem witamy Sierpień. Nowy rok szkolny jest tuż tuż, więc korzystajcie z ostatnich wolnych chwil. Bawcie się do woli! Oby ten cudowny miesiąc przyniósł ukojenie od palącego słońca, a i wam ulgę i zimną bryzę. 

Co tym razem jest już za nami i przed nami? Poprzedni miesiąc, rozpoczynający wakacje przyniósł ze sobą nowy Event!
Jest nim EVENT WAKACYJNY, przygotowany przez naszą cudowną Renesmee! Jego koniec zaplanowany jest dopiero na 1 września, więc warto się nad nim pochylić. Serdecznie zapraszamy do wzięcia udziału. Nagrody czekają na każdego uczestnika ♥ 

Wracając już do sprawy związanych z naszym cudownym blogiem!
Po za tym Administracja z radością wita nowo przybyłych wilczków ♥ W szeregi watahy wkroczyły
aż trzy wspaniałe waderki: Hattie - piękna sanitariuszka, Stormy - nieposkromniona gwardzistka i paladynka oraz Visalę z rodu Lukerrid - waderka wprawiową w wojaczce. To jednak nie koniec! Powitajmy gorąco również Mystic - rocznego basiorka ze wspaniałymi skrzydłami i bardzo interesującą historią oraz aż trzy Postacie NPC ~ Adgur, Letho, Saariel

Bardzo cieszymy się, że stado rośnie w nowe osoby i żywimy ciepłe nadzieje, że będzie wam tutaj dobrze i zostaniecie z nami na jak najdłuższy czas!
PODSUMOWANIE MIESIĄCA ~ LIPIEC
Belief ~ 6 opowiadań. Postać awansuje na poziom 4. Punkty umiejętności zostały już przydzielone;
Yneryth ~ 5 opowiadań;
Naharys ~ 4 opowiadania. Postać awansuje na poziom 16 (z 14). Punkty umiejętności są jeszcze do przydzielenia;
Sininen ~ 4 opowiadania, w tym 1 Quest. Postać awansuje na poziom 8 (z 6). Punkty umiejętności zostały już przydzielone;
Renesmee ~ 1 opowiadanie. Postać awansuje na poziom 3. Punkty umiejętności są jeszcze do przydzielenia;
Shani ~ 4 opowiadania, w tym 1 Quest;
Stormy ~ 2 opowiadania;
Hattie ~ 2 opowiadania;
Visala ~ 2 opowiadania, w tym 1 Quest;
Niko ~ 1 opowiadanie. Postać awansuje na poziom 2. Punkty umiejętności są jeszcze do przydzielenia;
Ereden ~ 1 opowiadanie. Postać awansuje na poziom 4. Punkty umiejętności są jeszcze do przydzielenia;
Lonya ~ 1 opowiadanie;
Copycat ~ 1 opowiadanie;
Pawona ~ 1 opowiadanie. Postać awansuje na poziom 2. Punkty umiejętności zostały już przydzielone;
Mystic ~ 1 opowiadanie;

< POZOSTALI >
Atrehu ~ 0 opowiadań;
Itachi ~ 0 opowiadań;
Noiter ~ 0 opowiadań;
Cúán ~ 0 opowiadań;
Lawrence ~ 0 opowiadań ~ Postać nie napisała ani jednego opowiadania od dnia dołączenia. Administracja daję czas do końca sierpnia. Jeśli nie pojawi się choć jedno, Lawrence zostanie wydalony z watahy;
Shori ~ 0 opowiadań;
Itami ~ 0 opowiadań;
Attano ~ 0 opowiadań;
Eowina ~ 0 opowiadań;
Pliszka ~ 0 opowiadań;

piątek, 5 sierpnia 2022

Od Shori c.d Visali ~ “Fale”

Od dobrych kilku minut obserwowałam poczynania ciemnej, niewysokiej wilczycy z błękitnym księżycem na czole. Równie błękitne oczy wadery wyglądały, jakby były zatracone w toni jeziora, nad którym to stałyśmy od dłuższego czasu. Nie mam pojęcia, jakim cudem dostała się tak daleko, w głąb watahy, ale jeśli Rene dowie się, że miało to miejsce na mojej zmianie, to nie chcę wiedzieć, jakie konsekwencje mogę ponieść, za "wpuszczenie szpiega w nasze progi". Wzdrygnęłam się, po czym sprawnie zmieniłam, pozycję, przemieszczając się o kilka metrów w kierunku północnym. Na moje nieszczęście i wiatr i moje futro zdradziły moją obecność. Słysząc nawoływanie wilczycy i dostrzegając gwałtowne napięcie mięśni, wyszłam napuszona, niczym lemur katta. Wyprostowana, wysoko uniesiona głowa, na wpół rozłożone, uniesione w górę skrzydła, z klatką wypiętą oraz pewnym siebie krokiem ukazałam się, zmniejszając dystans między nieznajomą. Nie pytajcie, czemu się tak nastroszyłam, sama nie wiem, może to kwestia zbliżającej się gwałtownej zmiany pogody bowiem wiatr zawiał nieco gwałtowniej.
- Nie wyglądasz na kogoś, kto lubi walczyć. - Stwierdziłam. Wadera nie wyglądała na słabą, jednak jej budowa ciała nie przypominała sylwetki żadnej ze znanych mi wojowniczek. W obecnej chwili dobrze zarysowane mięśnie łap, przywoływały na myśl raczej pozycję zwiadowcy. Wilczyca musi mieć świetną kondycję i zajmować się czymś, gdzie oczekuje się od niej przebywania sporych dystansów w stosunkowo niedługim czasie. Być może się myliłam, ale takie były moje pierwsze wrażenia. Biorąc sobie do serca rady Kropelki, postanowiłam odwlekać ewentualną walkę, gdyż jeszcze nie poprawiłam się wystarczająco. Niebieskooka milczała, obserwując mnie uważnie.
- Od dłuższego czasu znajdujesz się na terenach Watahy Rennaisance. Zgubiłaś się? Szukasz czegoś lub kogoś? - Zapytałam, zatrzymując się jakieś trzy metry przed wilczycą. Uważnie obserwowałyśmy nawzajem swoje ruchy. Za wilczycą znajdowało się kilka drzew, na skraju intensywnie zalesionych gór. Po jej lewej znajdował się brzeg jeziora. Ja natomiast stałam niby z prawej niby na wprost wadery. Nieznacznie ograniczyłam drogę ewentualnej ucieczki niebieskookiej, która w razie podjęcia, zmusiłaby ją do odwrotu w kierunku granicy, a następnie za nią.
- Ja, hm, Nie wiedziałam, że jestem na terenach czyjejś watahy. Hm...
- Czyli się zgubiłaś? - Spytałam, nieznacznie przechylając głowę.
- Nie zupełnie. - Wyznała. - Szukam, hm, schronienia. - dodała po chwili.
- Ach tak? - Wilczyca bardzo mnie tym zaskoczyła. Widząc moją nader specyficzną reakcję, wadera odezwała się ponownie.
- Jestem Visala z rodu Lukerrid. - Przedstawiła się.
- Shori... po prostu Shori. - Skinęłam głową. - Powinnyśmy się udać do Alfy w Twojej sprawie. - Stwierdziłam, Wzbiłam się na jakieś trzy metry nad ziemię, po czym dodałam. - Chodźmy, powinnyśmy zdążyć, przed popołudniowymi zadaniami. - Oznajmiłam, uogólniając i pomijając informacje, że mam wtedy patrol, połączony z treningiem powietrznym wraz ze Stormy. Wilczyca Zadarła nieco pysk, by na mnie spojrzeć, widząc niemą zgodę i gotowość, ruszyliśmy w kierunku jaskini Rene oraz Nico. Po jakichś czterdziestu minutach intensywnego marszu odbyła się krótka rozmowa, ciemniejszych ode mnie wader. Gdy Visala, wyszła z jaskini, jakby spokojniejsza zaczepiłam ją w przyjazny i topy dla siebie sposób.
- Hej Visalo, Jak poszło? - Niebieskooka spojrzała na mnie i miło się uśmiechnęła.
- Renesme powiedziała...

<Visala?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 484
Ilość zdobytych PD: 242
Obecny stan: 242

czwartek, 4 sierpnia 2022

Od Yneryth’a c.d. Naharysa ~ Pokłosie

Wszystkie wydarzenia lekko zdenerwowały samca. Pomimo chęci ocalenia drzewa nie uśmiechało mu się na myśl tymczasowego ocalenia. Samo prowadzenie go w nieznane jak na smyczy nie poprawiło jego humoru. Tak czy siak, po pewnym, ciężkim dla niego okresie, to po co wyruszyli, zostało zdobyte. Naharys zdawał się jakiś dziwnie nie w sosie. Nie tryskał energią tak jak zwykle. Czując, że coś mu nie gra nie omieszkał zapytać.
- Wszystko dobrze?
Przewidywania zdawały się mieć swoje miejsce. Szorstka odpowiedź, niezbyt grała mu z tonem Naharysa. Chwilę później basior przekazał mu sposób używania pozyskanej w dziwnych okolicznościach żywicy. Basior powoli i zmysłowo wcierał substancje w korę jabłoni. Po kilku chwilach Yneryth również zanurzył łapę w płynie i zaczął powtarzać koliste ruchy, jednocześnie czyszcząc się z tego paskudztwa. Żółtooki obrócił na chwilę głowę, kierując ją ku aktualnie czarnemu wilkowi. Wilk zdawał się zadowolony, zrozumieniem przez drugiego ów techniki.
- Tak… będzie dobrze… z pewnością…- Samiec upada na ziemie z brakiem przytomności.
- No tak… Yyyy- Wzdycha ciężko, wypuszczając powietrzę. – Kto by się tego spodziewał. – Lekko się uśmiecha. Hmm co my z tobą zrobimy? – Spogląda na leżącego luźno wilka. Potem rzuca spojrzeniem ku niebu, aby zobaczyć mniej więcej jaka jest teraz pora dnia. – Chyba już mam plan.
Yneryth ostatni raz szturcha Naharysa, aby upewnić się, czy na pewno się wstanie. Widząc, że jest nieprzytomny, powoli odchodzi. Żółtooki spaceruje w kierunku leśnej ściany, w celu zlokalizowania czegoś, co mogłoby pomóc. Powoli przemierzając połać lasu, zauważa szelesty dochodzące z oddali. Czując lekką pustkę w przewodzie pokarmowym, zmienia kurs, kierując się na źródło hałasu. Wilk, będąc coraz bliżej hałasu, coraz mniej słyszy wydawany przez otoczenie odgłos. Basior przystaje, rozglądając się dookoła siebie. Niestety, lecz nic nie zauważa, wykonuje przed siebie jeszcze kilka kroków, tak aby wychylić za krzaku swoją głowę. Wyłaniając pysk za zarośli, zobaczył stadko saren. Może nie było to, tym czego szukał, ale żądza głodu napędzana przez pusty żołądek wpłynęła na jego decyzyjność.
- Hmm… jeśli się obudzi, to na pewno będzie głody. Szybki posiłek jeszcze nikomu nie zaszkodził. – Kończąc, schował się pod iluzją i ruszył prosto pomiędzy stado. Przekradając się w pobliże zwierzyny, ciężko było mu się opanować. Jednak musiał się pohamować, tak aby i Naharys dostał coś do schrupania. Obejrzał skrupulatnie każdą po kolei. Jego wzrok uważnie przesuwał się po talii, analizując zdobycz. Gdy w już wybrał sobie kandydatkę do schrupania, płynnie wyskoczył zza obrazu, chwytając szczękami za jej szyje. Jednym ruchem szarpnął sarną, przecierając jej głową o podłożę. Atak zakończył szybkim zaciśnięciem szczęk. Syk wyciśniętego powietrza z szyi zwierzęcia był ostatnim słyszalnym dźwiękiem. Dusza kopytnego nie zdążyła ulecieć w spokoju, nim basior z powrotem zanurzył się w piaskowych odmętach. Yneryth nie chcąc marnować czasu, od razu dał się ze zdobyczą do nieprzytomnego basiora. Ciągnął za sobą zwłoki, pozostawiając za sobą położoną trawę i ślady wyciekającej krwi.
Żółtooki doszedł do miejsca, gdzie znajdował się Naharys. Szyi basiora ulżyło, gdy mógł rzucić zdobycz gładko przed siebie, tak aby wylądowała pod pyskiem nieprzytomnego. Zdawało mu się, że będzie miał, chociaż chwilę dla siebie, na spożycie przynależnej mu połowy. Sytuacja jednak mijała się z jego wyobrażeniem. Noc wiązała się jeszcze z jednym aspektem, o którym jakoś zapomniał. Biorąc się za podzielenie zdobyczy, usłyszał za sobą kroki. Błyskawicznie wsłuchał się otoczenie tak, aby nie musiał obracać swojego pyska. Po delikatnym świście powietrza, grono możliwych przybyszy gwałtownie zmalała. Taki dźwięk mógł wydać tylko wilk ze skrzydłami. Mimo iż w watasze takich nie brakowało, wątpił, że takowi z własnej woli pokażą się jakby nie patrzeć na jego terenie. Wiele się nie mylił, gdyż to właśnie jeden ze znajomych mu przybył na polane. Słysząc jego głos, już był pewien. To właśnie On przybył w TYM właśnie momencie. Yneryth gładko uśmiechnął się, zauważając, że ma on piekielnie dobre wyczucie.
- Hej, co tam porabiacie?
- Yneryth’owi sunęły się na język tylko jedne słowa, ale ta sytuacja nie pozwalała mu na nie. – A siedzimy sobie z Naharysem i jemy. – Powiedział, podnosząc pobliski piasek z ziemi, tak aby jakoś ukryć fakt nieprzytomnego basiora.
- Ooo a mogę z wami?
- Pewnie łap, my jesteśmy już najedzeni. Prawda Naharys? – Obraca głowę i mówiąc do swojego dzieła. Przez chwile sam był zdziwiony, jak bardzo obraz przypomina rzeczywistość. Jakoś Naharys zdawał się bardziej przyjemny i znośny w tej formie.
- Udaje głos Naharysa. – Tak się najadłem, że jakoś dziwnie się czuje. Chyba się prześpię. – Iluzja kładzie się do snu, pokrywając się z ciałem nieprzytomnego.
- Oki, z chęcią coś zjem. Cały ten dzień strasznie mnie zmęczył, mój brzuch też nie miał lekkiego dnia. – Zajada się sarną.
Białemu znacznie ulżyło, po tym, jak Noiter zdawał się kupić tę szopkę. Chociaż jeden pozytyw tego dnia, pomyślał w duchu. Chwilę porozmawiał z nim, opiekuńczo udając, że martwi się o sen tego po prawej.

< Wstaje poranek. Noiter odszedł przed chwilą >
- Ahh.. Ciężko wypuszcza pozostałe powietrze, po całym tym sztucznym zachowaniu. – To, co my z tobą zrobimy? – Po chwili zastanowienia, przypomina sobie o pewnej waderze. – No tak, jak ona miała? – Patrzy na białego już Naharysa. – Jak nazywała się twoja siostra? – Po paru sekundach, przypomina sobie jej imię. – No tak Lonya, to tam cię zabierzemy. Ona na pewno ci pomoże, ale poczekaj chwilę, ponieważ w zasadzie jesteś ode mnie wyżej w hierarchii, to muszę słuchać twoich poleceń, tak? Mimo że czasem głupich i… A nieważne, już daj mi tylko chwilę. – Nabiera na łapę płynu i wciera w korę. Kończy zastanawiając się, co zrobić z resztkami pozostałymi na łapie. Paterzy na Naharysa i głupio się uśmiecha. Kończąc łapie pyskiem Naharysa i ciągnie go w kierunku nieznanej mu jeszcze medyczki.

< Po transporcie do celu >
- Hej. – Mówi zmieszanym głosem. – Znalazłem twojego… eee brata, zdaje się, że zemdlał i nie ma się za dobrze. Mogłabyś się nim zająć?

Naharys?

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 933
Ilość zdobytych PD: 466
Obecny stan: 466

wtorek, 2 sierpnia 2022

Od Visali do Shori – “Fale”

Im starsza się stawała, tym mniej pewna była czegokolwiek. Aż wreszcie pewnego dnia jej niepewność zaczęła ją definiować. Visala wyraźnie pamiętała jednak pierwszy raz, kiedy zaczęła mieć wątpliwości. Było to nieco ponad pół roku po tym, jak dostała swoje dary. Popołudnie było słoneczne, a ona i jej bracia bawili się niedaleko wejścia do ich rodzinnej jaskini, korzystając z wolnej chwili, kiedy nikt nie potrzebował ich pomocy. W powietrzu było słychać ich radosny śmiech. Liriel właśnie podtoczył do niej szyszkę, kiedy z pobliskich krzewów usłyszała zbliżające się głosy:
– ...jestem pewien, że Ellenis nie będzie miała nic przeciwko.
– Mam taką nadzieję, ostatnim razem szczeniak był bardzo pomocny – odparł Gael, w tamtym czasie dowódca polowań w stadzie.
– Tak, może jego brat też by się nam na coś dzisiaj przydał. Visala pacnęła bez przekonania szyszkę, bardziej skupiając się na podsłuchiwaniu rozmowy. Dorosłe wilki zawsze były takie tajemnicze! Gdzieś nad nimi dzięcioł zaczął stukać w drzewo.
– Pewnie tak, ale lepiej, żeby został z tą dziewuchą. Nie chcemy się przecież wszyscy potopić. – Myślałem, że Ellenis mówiła ostatnio o tym, jak dziewczynie udało się przemienić wodę w śnieg. Podobno zrobiła to celowo.
– Tak, zrobiła śnieżkę, rzeczywiście bardzo przydatna umiejętność – prychnął Gael. – Zapamiętaj moje słowa, jeśli do tego czasu nie udało się jej zrobić nic ze sobą, to nie ma już na co liczyć. Właśnie wtedy po raz pierwszy Visala zwątpiła w siebie. Oczywiście wcześniej wiedziała, że różni się od swoich braci i matka jest dla niej bardziej surowa, ale nigdy nie widziała tego jako słabości. Jak się wydawało, była jedyną. Jednak w tej chwili, patrząc na delikatne fale jeziora, po raz pierwszy od lat czuła spokój. Odkąd opuściła swoje stado, cały czas ciążył na niej żal, a nieprzyjemne uczucie bulgotało w dole jej brzucha. Teraz do napięcia dołączyło coś innego, coś jak ulga. Przez kilka minut poczuła się prawie wolna. Nad taflą wody zerwał się gwałtowny wiatr, przyjemnie chłodząc bok jej pyska. Nagle nos Visali drgnął. Wydawało jej się, że zwęszyła w powietrzu nową woń. Bezwiednie odwróciła głowę w stronę, z której myślała, że coś wychwyciła. Wytężyła wzrok i słuch, i przez sekundę znowu dostrzegła kątem oka błysk bieli w pobliskich krzakach. W momencie, w którym wiatr się zmienił, słodki zapach innego wilka stał się wyraźnie wyczuwalny. Visala była jednak pewna, że zapach ten nie miał nic wspólnego z Calebem czy jakkolwiek tam nazywał się basior (naprawdę starała się raczej zapomnieć o tym nieprzyjemnym spotkaniu). Nie zmieniało to faktu, że po wcześniejszych wydarzeniach dnia była nieufna. Już i tak było wystarczająco źle, że po raz kolejny ktoś się do niej podkradł bez jej wiedzy. “No naprawdę, z takim nieuważnym podejściem do otoczenia można by pomyśleć, że ledwo wyszłam ze swoich szczenięcych lat” – pomyślała z irytacją. Odchrząknęła, poświęcając najpierw kilka chwil na zebranie się w sobie, po czym odezwała się jako pierwsza:
– Halo? Wiem, że tam, hm, jesteś. Ni-nie wiem, czemu tylko, hm, stoisz i patrzysz, ale lepiej wyjdź! Tylko po-hm-powoli! Zanim nawet zdążyła skończyć, z lasu z wysoko podniesioną głową wyłoniła się biała wadera. Już z daleka było widać, że jest tylko trochę wyższa od Visali, ale jej duże skrzydła dodawały jej dobrych kilka centymetrów, przez co wyglądała na znacznie większą. Swoim wyglądem od razu przywodziła na myśl puszystą chmurkę. Pozory jednak mogą mylić, dlatego nie chcąc znowu dać się zaskoczyć, Visala naprężyła się gotowa do ruchu. W końcu to głos nieznajomej przerwał napięcie pomiędzy nimi:
– ...

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 562
Ilość zdobytych PD: 281
Obecny stan: 1224

Od Visiali: Quest XII ~ Spojrzenie

Zatrzymawszy się by złapać oddech, wilczyca obejrzała się za siebie. W uszach nie słyszała nic poza dudnieniem własnej krwi, chociaż jej paranoiczny umysł upierał się, że ktoś ją śledzi. Powoli zaczerpnęła tchu, odganiając te myśli. Wbiła wzrok w krzewy, gdzie światło gwiazd wydawało się odbijać od ostatnich jaskiń na terenach jej ukochanej watahy. Visala wiedziała jednak, że to tylko pobożne życzenie i tak naprawdę otaczała ją jedynie ciemność nocy. Nikt za nią nie przyjdzie. Nikt nie zauważy zniknięcia, a przynajmniej nie przed późnym popołudniem następnego dnia. Ból i miłość do rodziny zdawały się rozrywać jej serce na pół. Zmieszanie łączyło się z poczuciem słuszności. Nie planowała tego, przez te wszystkie lata pomysł na odejście pozostał jedynie cichym głosikiem w tyle jej umysłu. Aż do dzisiaj. Tej nocy sen jej umykał, a krzyki Inella sprzed kilku dni, wraz ze wściekłością i smutkiem wymalowanymi wtedy na jego pysku, rozgrywały się w jej umyśle w pętli. I w tym momencie coś po prostu kliknęło. Odeszła jak stała, bez słowa pożegnania – to chyba bolało ją najbardziej. Głęboko w niej tkwiło jednak przeświadczenie, że była to dobra decyzja. Nadszedł czas, a ona walczyła już z tym zbyt długo. Sprawi, że jej rodzina będzie dumna. Odwróciła powoli wzrok od znajomych terenów i ruszyła przed siebie nieco wolniejszym truchtem. Nie miała czasu do stracenia. Musiała w końcu dotrzeć jeszcze do strumienia i ruszyć w górę rzeki, aby zatrzeć swoje ślady. Może nie będą jej szukać, ale zamierzała zrobić to dobrze. Księżyc powoli wyłonił się zza chmur, oświetlając jej drogę.

 ~*~
Trzask! Dźwięk łamanej gałązki przerwał ciszę lasu. Uszy pasącej się na polanie sarny podniosły się, a nozdrza rozszerzyły szukając zagrożenia. W oddali słychać skrzek jastrzębia zataczającego kręgi nad piętrzącymi się górami. Czas jakby na kilka sekund zatrzymał się w miejscu. Wtem na raz dzieją się dwie rzeczy – spłoszona sarna rzuca się do ucieczki, a z okolicznych krzaków wyskakuje drobna wilczyca, ruszając za nią w pogoń. Ciemnogranatowe futro wadery lśni w promieniach zachodzącego słońca, kiedy ta stara się nadrobić odległość, którą zwierzyna zyskała przez chwilę nieuwagi. Dzieli je może dwieście metrów. Dudnienie łap o ziemię przyspiesza. Drobne kamyczki odskakują od miejsca kontaktu. Sto metrów. Zdobycz wbiega w gęste krzewy. Gałęzie smagają wilczycę po pysku. Osiemdziesiąt metrów. Czarny ptak wzbija się w powietrze przestraszony hałasem. Pięćdziesiąt metrów. Blask słońca uderza wilczycę w pysk, tak że zbliżająca się polana jest ledwie widoczna dla jej zmrużonych oczu. Nagle sarna staje dosłownie jak wryta. Rozpędzona wadera ma tylko czas na wydanie z siebie pisku zaskoczenia, zanim przelatuje obok swojej kolacji, potyka się na wzniesieniu terenu, koziołkuje kilka dobrych metrów i z hukiem zatrzymuje się na jednym z drzew. Mrugając, aby odgonić zawroty głowy, wilczyca spojrzała w stronę swojej niedoszłej ofiary. Sarna jedynie wpatrywała się w nią w bezruchu przez kilka sekund, po czym w mgnieniu oka odwróciła się i pogalopowała w przeciwnym kierunku. Visala potrząsnęła gwałtownie łbem, co tylko pogorszyło rozdzierającą migrenę, ale poczucie śledzącego ją wzroku nie odeszło. Podniosła się chwiejnie na łapy, uważając przy tym na swój obity zad. Zanim zdążyła się opanować, słowa same wyrwały jej się z pyska:
– Co to było do kur...
– Cóż, nie nazwałbym tego spektakularnym polowaniem, to na pewno – przerwał jej głos po prawej.
Visala podskoczyła, odwracając się gwałtownie. Przez chwilę szukała wzrokiem źródła dźwięku, zanim dostrzegła niewyraźną sylwetkę wilka. Jego brunatne futro niemalże zlewało się z drzewami, przed którymi stał. Teraz kiedy nie była już pochłonięta polowaniem, obcy wilczy zapach był wyraźnie wyczuwalny na polanie. Pozwoliła sobie na cichą nadzieję, że będzie to przyjazne spotkanie.
– Ja.. To znaczy, tego, no, chyba... eee, się no potk-ne-nęłam? – wybełkotała słabo, chichocząc nerwowo na końcu. Jej głos brzmiał na zdyszany. Basior był smukły, ale wyglądał na dużo silniejszego od niej. Przez głowę przemknęła jej przelotna myśl, że nie miałaby z nim szans.
– Tak, tyle zauważyłem – odpowiedział, przeciągając protekcjonalnie sylaby. Następnie zbliżając się, kontynuował niewzruszony: – Ale być może mógłbym pomóc. Byłoby naprawdę niefortunnie, żeby taka piękna drobina jak ty poszła dzisiaj spać głodna, kiedy ja jestem w pobliżu, czyż nie?
– Och, hihihi, naprawdę nie trze-eba.
– Ależ nalegam. To żaden problem naprawdę. Coś w rodzaju wymiany przysług, od jednego samotnika do drugiego, jeśli wolisz. – Visala widziała w jego złotych oczach niepokojący błysk. Niespokojnie zaszurała łapami, odwracając wzrok. – Ale, hm, nie znam-my się, a ja powinnam... – Ach, gdzie moje maniery, nazywam się Caden. – Uśmiechnął się, podchodząc jeszcze bliżej, praktycznie w jej przestrzeń osobistą. – Więc jak będzie śliczna?
– Ja, no, hm... Przed odpowiedzią uratował ją drugi męski głos dobiegający z kierunku, z którego przyszedł nieznajomy basior:
– Cade! Gdzie jesteś stary idioto? Miałeś tylko znaleźć nam...
– Cicho, nie widzisz, że jestem w środku czegoś?! – syknął Caden, odwracając się od niej. Na pysku nowoprzybyłego białego wilka zaświtał błysk zrozumienie, po czym dziwny uśmieszek wkradł mu się na usta.
– Ach, rozumiem, ale wiesz... Visala nie czekała już na resztę wypowiedzi, tylko rozpoznając rozproszenie uwagi jako swoją szansę, rzuciła się do biegu w przeciwnym kierunku. Nie oglądała się za siebie, ale z tyłu usłyszała podniesione głosy i pospieszne kroki potwierdzające jej wcześniejsze obawy. Serce na chwilę podskoczyło jej do gardła. Przyspieszyła swój bieg, skręcając gwałtownie w pobliskie krzaki. Przeskoczyła przez powalone drzewo, uważnie nasłuchując, ale pogoń nie wydawała się słabnąć. Ostry pagórek, na który właśnie się wspinała, nie pomagał jej sprawie. Niebo, które wcześniej było całkowicie czyste, gwałtownie pociemniało i wydawało się, że lada moment zacznie padać. Visala warknęła pod nosem. To naprawdę nie był najlepszy moment, żeby jej moce wymykały się spod kontroli. Miała wystarczająco dużo problemów bez konieczności topienia się w błocie, które przypadkowo sama stworzyła. Jednak jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, szczęście nie było po jej stronie i już po chwili pierwsza ciężka kropla deszczu kapnęła jej na nos, a za nią następne. Wadera po raz kolejny gwałtownie skręciła, a jej ciężki oddech był wyraźnie słyszalny. Wiedziała, że powoli brakuje jej sił i musi szybko pozbyć się wilków siedzących jej na ogonie. Ich kroki wydawały się oddalać, jednak wyraźnie jeszcze się nie poddali. Widząc po swojej lewej górską ścieżkę, Visala skorzystała z okazji, mając nadzieję, że jej prześladowcy nie będą chcieli zapuszczać się tak daleko i zrezygnują. Kamień odtoczył się spod jej łapy, przez co prawie poślizgnęła się na mokrym podłożu. Zerwał się wiatr, a ulewa zyskała na intensywności. Skręciwszy za kolejny zakręt, wilczyca zwolniła kroku. Starając się uspokoić oddech, uważnie nasłuchiwała swojego otoczenia. Jej granatowe futro było przemoczone i ciężkie, a woda kapała jej do oczu. Poza wyciem wiatru, okolica wydawała się spokojna. Westchnęła z ulgą. Naprawdę nie miała ochoty wiedzieć, co krążyło w głowach dwóch basiorów. Postanowiła jednak na razie się nie zatrzymywać, gdyż jej zapach był z pewnością wciąż wyraźnie wyczuwalny. Nie było sensu już wracać do jaskini, w której spała przez ostatnie kilka tygodni. I tak specjalnie się do niej nie przywiązała. Odkąd opuściła rodzinę prawie osiem miesięcy wcześniej, nie zagrzała nigdzie miejsca na dłużej. Nie była pewna, czego tak naprawdę szuka.

 ~*~
 Zanim wywołana przez Visalę ulewa ustała, minęło wiele godzin. Powoli jednak niebo się oczyściło, a zza chmur wyjrzał księżyc, oświetlając drogę schodzącej z góry wilczycy. Powinna znaleźć sobie schronienie na noc już prawdopodobnie jakiś czas temu, jednak na razie bardziej skupiała się na zapachu wody, który wyczuwała. Teren powoli stawał się nieco mniej stromy, dlatego przyspieszyła kroku. Gdzieś słyszała huczenie sowy. Nareszcie wadera wyszła z lasu i zatrzymała się jak wryta, zachwycona roztaczającym się widokiem. Zaledwie kilka metrów przed nią rozciągało się ogromne jezioro, którego czysta woda wręcz lśniła błękitem, odbijając światło gwiazd. W tle majaczyły majestatyczne szczyty gór pokryte śniegiem. Oczarowana podeszła do brzegu, pragnąc przyjrzeć się bliżej. Jednocześnie z tyłu głowy poczuła dziwne uczucie, prawie jakby znowu była obserwowana. Podniosła łeb, strzygąc uszami i wbijając wzrok w ciemność. Powęszyła w powietrzy, nic jednak nie wyczuwając, gdyż wiatr wiał jej głównie zza pleców. Wydawało się, że między drzewami dostrzegła białe futro. “Zapewne tylko zając” – pomyślała Visala, odrzucając swój niepokój jako pozostałość po wcześniejszym nieprzyjemnym spotkaniu z basiorami. Odwróciła się z powrotem w stronę wody i pozwoliła ukoić się delikatnemu kołysaniu fal.

PODSUMOWANIE 
Ilość napisanych słów: 1320
Ilość zdobytych PD: 660 + 5% (33 PD)
Nagroda za Quest: 250 PD +5 pkt kondycja, +5 inteligencja 
Obecny stan: 943

sobota, 30 lipca 2022

Od Sininen: Quest IV ~ Starzec

Wielu jest zdania, że panująca pogoda w ciągu dnia i mogąca się nagle zmienić jest w stanie reagować wspólnie na dziejące się sytuacje i wynikające z nich kumulacje. Jako taki przykład mogłaby być życzliwa relacja między dwojgiem, wtedy słońce rozkosznie grzeje na niebie pozbawionym byle chmur, tak by momentalnie zmienić się na sprawnie nadciągającą burzę jako wynik narastającej awantury między wspomnianą parą istot. Niby takie małe rzeczy, a tak pięknie oddawałyby symboliczne znaczenie.
Tego dnia było już całkiem ciepło od samego rana, niemal ogarniała zwodnicza duchota, na tyle, że podświadomie się wyciągało byle część ciała w stronę nieba z modleniem się o nadejście zbawiennej ochłody i wilgotności za pomocą deszczu. Pewna ciemna wadera była tego samego zdania, ta duchota zaczynała działać jej na nerwy zwłaszcza w momencie, kiedy po raz kolejny w przeciągu dziesięciu minut otarła sobie czoło z drażliwym pragnieniem przynajmniej umoczenia warg w chłodnej wodzie.
- Nosz ile można — mruknęła pod nosem podczas dojścia do wniosku, że wyjątkowo ciężko jest jej się skupić. - Zabiję za ochłodzenie.
Doskonale zdając sobie sprawę, że w stanie rozdrażnienia będzie się jej pracowało i myślało bardzo opornie, wyszła w stronę byle jakiego zbiornika wodnego, który uratowałby ją zbawienną niższą temperaturą. Im szybciej napije się i zanurzy się w pożądanej wodzie chociaż przez kilka minut, to będzie szukany oraz osiągnięty rewelacyjny wynik. Jeśli dałoby się w tamtej chwili i momencie zażartować, woda w oczach Sininen była niczym śpiewająca syrena, a ona sama zwykłym marynarzem. Może nie sprzedałaby duszę demonowi, wizja chłodnej wody to poddawała ten temat do żarliwej dyskusji. To właśnie było powodem, dla którego szła nieco szybszym krokiem, taka trochę narastająca desperacja. Potrzebowała się w miarę szybko schłodzić i w całości zanurzyć, bo nerwicy dostanie. I to jak najprędzej.
Kiedy dotarła do szukanego celu, jakim okazał się Lac doré, akurat opustoszały. Nawet nie starała się zachować godności — wskoczyła do wody po wykonaniu całkiem imponującego wyskoku, prawie wydając z siebie jęk na uczucie letniej wody, która moczyła jej sierść. Nie ma mowy, żeby wyszła po samym zmoczeniu, oj nie. Sininen w zasadzie siedziała w wodzie aż pod nos dobre kilkanaście minut z dbaniem o aktywne chłodzenie całego swego ciała.
- Na wszystkich bogów, czemu dziś jest taka duchota — wymamrotała pod nosem z powodu nie znoszenia wyższych temperatur. Jakby nie wystarczyło fatalne radzenie sobie w znacznych hałasach, to najpewniej od tego ciśnienia dostawała migreny. Po prostu pięknie. Dlatego to zamknęła w oczy i starała się wyciszyć wszelki myśli.
Ledwo opuściła zbawienny zbiornik wodny i już poczuła, jak na nowo atakuje ją parne powietrze, przez co od razu zwróciła głowę w kierunku tafli z utęsknieniem w duszy. Teraz duchota nabrała na sile.
W momencie chęci ponownego wkroczenia w jezioro zarejestrowała kątem oka kręcącą się w miejscu postać, tak po skosie od niej. Z całą pewnością mogłaby powiedzieć, że nie jest to jeden z tutejszych wilków w watasze. Powołując się na zakres obowiązków jako strateg, powietrzny zwiad oraz zwykły członek, natychmiastowo skierowała swoje kroki w stronę nieznajomego jej wilka. Kij wiedział, kogo tym razem tu przywiało.
Z każdym pomniejszaną odległością między nimi, zauważała więcej szczegółów. Był to dosyć stary wilk, gdyż siwość w znacznej części opanowała jego sierść, która w czasach swojej świetności musiała być barwy miedzianej. Już z dziesięć metrów przed nim dało się dostrzec mętne, niemal nieobecne spojrzenie oczu i niespokojne drżenie całego ciała.
Kiedy w końcu zbliżyła się na komfortową dla niej odległość między nimi, skierował ku niej swoją głowę z trudnością czy też wahaniem. Na jego oko był ślepe.
- Woda... Spadająca woda... - Mówił niezbyt głośno niczym modlitwę.
- Słucham? - Zapytała się go ciemna wadera. Mogła zauważyć, jak jego spojrzenie staje się bardziej wyraźne.
- Zabierz mnie do spadającej wody. Proszę... Mogę je zaoferować w podzięce za pomoc.
To powiedziawszy, upuścił kilka kolorowych kamyczków. Jego oczy z powrotem wydawały się zasłaniać mgłą pewnego rodzaju otępienia.
Prawdę mówiąc, zamierzała mu odmówić na tą prośbę. Nie wyjawił swojego imienia, nie zdradził, skąd pochodzi ani jakie ma zamiary podczas przebywania na terenach jej rodzinnej watahy. Zamiast tego stał przed nią raczej na pewno jakoś obłąkany starzec, z którym już było z góry wiadome o dosyć wyraźnie utrudnionym kontakcie, który nie umiał poprawnie wskazać jej dokładnego celu, do którego próbował się dostać.
"Żyj i daj żyć innym" chciałaby rzec. Już była skora zgrabnie, acz prosto z mostu powiedzieć mu, że mu nie pomoże i żeby opuścił terytorium watahy, kiedy odezwała się w niej cząstka empatii, która bywała najzwyczajniej w świecie całkiem upierdliwa. Podobno każdy dobry gest przybliża nam dobrą karmę, tak? Chociaż może raczej, ten głosik bardziej przypominał w odbiorze słodziutkie brzmienie, które trzyma ci pod twoim gardłem ostrze, grożąc nim. Tak, słodko i niebezpiecznie. Psia jego mać.
Niech zatem szlag trafi miękką stronę, która była również wpajana od młodego. Być może dlatego nie wdawała się obecnie w byle walki i tylko w ostateczności potrafiła solidnie skopać komuś tyłek. Ojciec byłby dumny.
- Czego dokładnie szukasz? - Zapytała się po wewnętrznym ciężkim westchnieniu.
- Spadająca woda... Spadająca woda... - Znowu zaczął powtarzać w kółko te dwa słowa.
- Chodzi ci o wodospad? - Mimo pytania, staruszek w żaden sposób nie odpowiedział, jedynie mówił jakby zacięty przed dalszą wiadomością. Nie mogąc doprosić się od niego o byle wiadomość zwrotną, tym razem westchnęła na głos. Odwróciła się do niego bokiem i wykonała ruch głową. - Chodź, poszukamy twojego celu.
Starzec zaczął za nią podążać z dziwnie wywijającym się ogonem na wszystkie strony, jakby chciał wytyczyć nowy kierunek świata. Czy trzeba było mówić, że z całą pewnością będzie na nim swoje pokłady cierpliwości?
- Jak masz na imię? - Zapytała po przejściu kilku metrów. Wilk w podeszłym wieku w dalszym ciągu majaczył. Samica westchnęła na to. Postanowiła zatem zwracać się do niego we własnych myślach per "staruszek". Dziadzio brzmiał niepokojąco.
Najbliższym punktem z wodospadem w ich obecnym położeniu był Cascade de rêve, bez słowa czy myśli niepewności skierowała się tam z bezimiennym towarzyszem. Co chwila musiała zaglądać przez ramię czy idzie w jej ślady, gdyż miała wrażenie, że w chwilach, gdy na niego nie patrzy to on albo stoi w miejscu, ewentualnie się zgubi. To dopiero byłoby ciężkie do wytłumaczenia.
Nie szli długo, może góra kwadrans z uwagi na częste postoje, nim dotarli na skraj miejsca z całkiem urokliwym wodospadem. Zrobiła krok w bok, tym samym dając lepszy widok podeszłemu wilkowi. Ten ruszał głową, jakby rozglądając się, ale jego oczy nie wyglądały obserwować. Nagle chwycił się za głowę i zaczął w sposób prędki się kołysać do przodu i do tyłu. Czyżby jakiś atak manii?
- Spadająca woda... Spadająca woda... - Mamrotał pod nosem.
- Jesteśmy przy niej. O to ci chodziło, prawda? - Zwróciła się do niego. Momentalnie wydał z siebie charczący zduszony krzyk, którego końcówka brzmiała już raczej jako pisk. Teraz jego ogon energicznie bił o glebę. Wadera w duchu czuła lekko pulsującą żyłkę na czole. Natomiast na głos to jedynie krótko skwitowała reakcję specyficznego staruszka. - Czyli nie tu. Sprawdźmy drugie miejsce.
To, czego była pewna, było to, że po odwiedzeniu jeszcze jednej lokacji, zaprowadzi go do lecznicy, gdyż starzec może mieć uszkodzoną głowę. Czy coś. Wydawał się na skraju załamania, manii, czy też zwykłego szaleństwa. Fantastyczne towarzystwo, czyż nie?
Skwar i duchota nabierały na sile.
Musiała go prowadzić, ale z powodu, iż co chwilę stawał w miejscu, sama się zatrzymywała. Gdyby nie fakt, że miała problem z obcym dotykiem (strach to raczej za dużo powiedziane, ale silny dyskomfort i brak bezpieczeństwa już tak), nie było mowy, by go chwyciła i w ten sposób poprowadziła w kierunku terenu znanym jako Douce Cascade, gdyż tylko ona jeszcze jej się kojarzył z jakimkolwiek wodospadem w watasze. Niestety duchota nie pozwalała na poprawne funkcjonowanie, dlatego zbliżyła się do większego drzewa w celu skrycia się w cieniu jego potężnych i bogatych w liście gałęzi po zbawienne jakieś odgrodzenie od zdradliwych promieni słonecznych. W geście ulżenia sobie przymknęła oczy, tylko na chwilę. Trwało to być może z minutę, więcej na pewno nie, kiedy przestała słyszeć nieco niemrawe tempo wiercenia się starego basiora, przez co otworzyła oczy. Faktycznie, znikł jej z pola widzenia.
Jakim cudem stary i być może obłąkany wilk nagle rozpłynął się w powietrzu w niecałą minutę? I to w dodatku przy Sininen o wyczulonym słuchu? NO JAKIM PRAWEM?
- Dziadku? Gdzie jesteś? - Zapytała się swoim nieco podniesionym głosem, który formalnie u innych wilków był normalną głośnością porozumiewania się. Samica wstała z pozycji siedzącej i rozejrzała się wokół. - Staruszku? Hej, dokąd poszedłeś? Wyjdź, przecież chciałeś naszą drugą spadającą wodę. Halo?... Nosz purwa — po czym ciemna wadera pięknie, acz soczyście, zaklęła.
I tym sposobem, samica zaczęła swój chód i ciche nawoływanie podeszłego wiekiem towarzysza. Musiała się sprężyć, żeby nie daj bogowie, ktoś z wilków ją spotkał albo tego staruszka. Nie będzie mogła spojrzeć we własne odbicie, jeśli to się wyda. Jaki kurde wstyd.
Swoje kroki skierowała w stronę Douce Cascade, łudząc się przy tym, że być może czystym przypadkiem tam go odnajdzie. Albo w drodze. A tam, pieprzyć szczegóły! Musiała jak najszybciej znaleźć wilka przed watahą, która i tak umierała na swój sposób od tego upału. Przynajmniej tak tłumaczyła sobie wyjątkowo panującą ciszę wszędzie w ciągu tego dnia.
Nie była pewna, czy jakieś bóstwo ją wysłuchało, czy co. Fakt faktem, ten bardziej siwy basior niż miedziany, kręcił się w kółko wokół najbardziej wysuniętych kamieni nad poziomem wody.
- Ach, więc tu się podziałeś — powiedziała swoim standardową głośnością po zatrzymaniu się na pięć metrów od staruszka. Ten stanął sam, jedynie ogon mu latał na wszystkie strony, podczas wpatrywania się w niewielki wodospad. Nagle wydał z siebie dźwięk śmiechu, który zdawał się go odmładzać przy tym.
Odwrócił głowę ku niej z całkiem przejrzystym spojrzeniem i uśmiechem.
- Dziękuję — powiedział, by następnie podrzucić w jej stronę te kilka kolorowych kamyczków.
- Tu nasze drogi się rozchodzą, co? - Spytała, sięgając po kamienie. Ten spojrzał na nią z zagadkowym wyrazem pyska przy przekrzywieniu głowy na swoje prawo.
- A czy kiedykolwiek się spotkały?
Zamknęła oczy.
- Naprawdę? Teraz mi to mówisz?

*
- Sini! Ile jeszcze będziesz siedzieć w tej wodzie? - Ciemna wadera otworzyła oczy na usłyszenie wołania starszej siostry, która stała na brzegu. - No dalej, wychodź, bo się zaziębisz!
Zamrugała oczami i się rozejrzała. Słońce było dalej wysoko na niebie, tylko szczęśliwie duchota nieco popuściła i dało się oddychać.
Czyżby miała właśnie sen, czy raczej halucynacje z tych temperatur?
W dalszym ciągu nienawidziła takiego ciepła.

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1681
Ilość zdobytych PD: 840 + 10% (84 PD)
Nagroda za Quest: 400 PD +5 pkt inteligencja, +3 pkt zwinność, +4 pkt kondycja 
Obecny stan: 4 898