Newsy



:Aktualności
.Blog przechodzi obecnie renowację
.Już niebawem pojawią się nowości

:Pogoda
Obecna pora roku ~ Jesień
.Temperatura waha się między 10+ a 0- stopni Celcjusza
.Zmiana pory roku nastąpi 15.12.2022

Liczba wilków ~ 27
Wadery ~ 18 + 1 NPC
Basiory ~ 7 + 4 NPC
Szczeniaki ~ 1
Nieobecni: Brak

~Serdecznie zapraszamy♥~

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anatomia obłędu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anatomia obłędu. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 kwietnia 2022

Od Eredena ~ Anatomia obłędu cz. 3

 XII dzień choroby

Dwunasty dzień choroby. Dwunasty dzień stał się przedsmakiem końca tego obłędu, a mimo to, Ereden, w oświetlonej przez słoneczne światło części jaskini, leżał bez cienia świadomości. Jego oczy nie ruszały się, ani na jotę, wpatrując się w leżące na osamotnionym kamieniu suchy pęk ziół - co jakiś czas, młoda medyczka, Itami krzątała się obok niego, doglądając, czy wszystkie potrzeby malca zostały zaspokojone. W świetle pozostał ciałem, a umysł dalej spowijała czarna mgła, a w niej zaś czaiła się bestia.
Szeptała coś do niego niewyraźnie - Jakby ów twór przemawiał do niego ściszonym głosem, z drugiego końca jaskini, a do niego zaś docierały jedynie rozlane echo - nie był w stanie się bać. Jego emocje, układ nerwowy... cały jego mózg był w stanie kompletnego uśpienia.
Nie czuł nawet tego, jak Itami zabierała malca na codzienne masaże, aby zapobiec ewentualnym zanikom mięśni - wadera po prostu brała malca delikatnie na swój grzbiet, aby przenieść go, na zewnętrzny plac lecznicy, gdzie zazwyczaj pacjenci są poddawani rehabilitacji, a on zaś leżał bez ruchu, ze smętnie zwisającą główką - żaden bodziec, delikatny powiew wiatru... kompletnie nic. Czas mijał nieubłagalnie.

XIII dzień choroby

Wydarzyło się to, podczas popołudniowego masażu - Itami, jak nakazała Lonya, zabrała malca na dwór, gdzie miała się nim zaopiekować. Ledwo dotknąwszy futra Ereden'a ten wybudził się nagle, jak z gęstego snu, unosząc wysoko głowę i wciągając głośno powietrze. Wadera odskoczyła momentalnie, przerażona reakcją basiorka - zaskoczona, przyglądała się malcowi, jak haustami wciąga powietrze przez pysk, jakby przed chwilą przebiegł milowy maraton - Ereden natomiast odzyskał pełną świadomość. Czuł ulgę, tęsknotę, strach i rozpacz jednocześnie. Ulga przyszła nagle po wybudzeniu - cieszył się, że nie musiał znosić już towarzystwa tworów i istot, będących kreacją chorobowych zwidów. Potem pojawił się strach. Bał się, że gdy tylko przez moment zazna spokoju, gdzieś zza krzewu albo pleców młodej medyczki, wyskoczą demony jego podświadomości. Kiedy się zorientował, że nic takiego nie będzie mieć już miejsca, odczuł tęsknotę - Chciałby zobaczyć swojego ojca, siostry i mamę, przytulić się do nich, poczuć ciepło i zapach ich futer. Rozpacz pojawiła się na końcu, kiedy pomyślał o siostrach - zwłaszcza o Shori. Gdy sięgał pamięcią do obrazów, widzianych pod wpływem gorączki - Krzyki bólu i lejące się łzy, zaszklone oczy sióstr - to jemu samemu chciało się zamknąć w mroku, zostać tam i... i się rozpłakać. Jego osobistym i skrytym marzeniem było zniknąć wszystkim z życia, rozpocząć nowy los, jako nienamacalny byt - po prostu, zapaść się pod ziemię...
- Ereden! Nareszcie! - zawołała jego ciotka Lonya, a przy jej prawicy szła, nadal będąca pod wpływem zdumienia Itami. - Jak się czujesz? Wszystko w porządku? Nic cię nie boli? Nie mdli cię?
- Ciociu... ja... ze mną wszystko jest dobrze, ale... trochę mnie głowa boli i czuję się paskudnie.
Ale Lonya zdawała się go nie słuchać, tylko momentalnie zaczęła wdrażać działania rehabilitacyjne - co też wiązało się z piciem mleka, trzy razy dziennie, aby zregenerować poziom białka i wapnia. Poranna i popołudniowa nauka chodzenia, aby sprawdzić, czy układ, unerwiający jego narządy ruchu nie są nienaruszone. Poza leczeniem, Ereden'a odwiedzał codziennie ojciec w towarzystwie Shori - Sininen nie odwiedziła go, ani raz i szczeniak doskonale to rozumiał. Miała prawo chować urazę do niego. Nie mógł zabronić jej gniewać się na niego, bowiem dopiero teraz zauważył, jakim był dla niej dupkiem. Dla niej, jak i dla Shori. Shori...
-... Chciałbym cię przeprosić, siostrzyczko - zaczął Ereden, gdy spostrzegł, że nadeszła dogodna okazja. Pewniej i odważniej się czuł, gdy pozostał z Shori sam na sam. - Chciałbym cię przeprosić, za piekło, jakie sprawiłem tobie i Sini. Masz prawo się na mnie gniewać i myśleć, że zapewne się zgrywam, ale uwierz mi, że przepraszam cię z własnej inicjatywy.
Owe słowa, Shori przyjęła nie tak, jak basiorek sobie to wyobrażał - z początku, dość niepewnie, spojrzała na niego, jak na kogoś, kto powiedział przed chwilą dość beznadziejny żart, a potem, jakby zmieszana, odbiła wzrokiem na pobliski kamień. Ereden zastanawiał się, że to nie może być takie łatwe - Shori w przeciwieństwie do Sininen, mężnie znosiła jego ataki i zaczepki, ale też najmocniej obrywała i to się ciągnęło przez wiele miesięcy, aż do teraz, gdy w końcu pojął to, co wielu starało się mu wpoić. Przez tyle czasu była obrażana, że trudno będzie jej zmienić podejście do brata. Po paru sekundach, ktore ciągnęły się jak godziny odpowiedziała
-Jeszcze długo będziesz pracować na przebaczenie - z tymi słowy podniosła się i zmierzyła ku wyjściu, ale nim zeszła mu z oczu, dodała - Daję Ci jedną jedyną szansę... nie zmarnuj jej.
- Nie odchodź. Poczekaj. - zawołał Ereden, zeskakując ze stołu niezdarnie, ugiął się pod własnymi łapami i uderzył podbródkiem o podłoże, ale szybko pozbierał się do kupy. Jego kroki pozbawione były tamtej szczenięcej gracji i wyrwy, utykając, ślamazarnie zbliżył się do Shori.
- Dziękuję Ci za szansę, nie zmarnuję jej - to rzekłszy, przytulił się do swej przybranej siostry.
Shori zesztywniała momentalnie, niczym twardy kamień, ale takowa reakcja była do przewidzenia - Ereden nigdy wcześniej nie obdarzył Shori szczerym objęciem, uciekał się jedynie do wyzwisk. Malec błagał w duchu, aby wadera nie odtrąciła go od siebie... nie odwróciła się od niego, gdy ten ją tak bardzo potrzebuje. Nie widział już jej skrzydeł - będące wcześniej świadectwem wynaturzenia - chciał jedynie przebaczenia.

~ Słyszałeś! Dostałeś szansę i nie zmarnuj jej. Musisz ciężko zapracować na przebaczenie. 
Shori mimo tego, wbrew temu, co pomyślałby sobie ojciec, albo Sininen - podejrzewał, że z nią będzie nieco trudniej - odwzajemniła objęcie. Poczuł wtedy nieodzowne ciepło i radość, gdy Shori przytuliła do szyi jego policzek. Ereden wzmógł uścisk, próbując cieszyć się każdą sekundą tej chwili, gdyż w końcu poznał się na uczuciu, na które zamykał się do tego czasu. Miłość i ciepło rodziny.
- Ale teraz... - powiedziała po chwili Shori, odsuwając się od niego nieznacznie - przemyśl sobie to, co Ci powiedziałam. Jestem gotowa Ci wybaczyć, ale nie teraz. Ciężka praca cię czeka.
- Co mam zrobić? - zapytał Ereden
- Na początku wyzbądź się tych komentarzy na temat naszego wyglądu. Niczemu nie jesteśmy winne, że mamy skrzydła. Tak samo Noiter, to dobry wilk i opiekun, a ty go tak chamsko potraktowałeś. Powinieneś przeprosić i jego. Rozumiesz już, jak bardzo twoje słowa były dla nas krzywdzące? Dla nas dziwolągów, jak zwykłeś na nas mówić...
- Nie, nie jesteście dziwolągami... przepraszam Was za te słowa. Już się to nigdy nie powtórzy, obiecuję...
Ereden mógł przysiąc, że w tamtym momencie ujrzał delikatny uśmiech Shori ~ Zmierzam w dobrym kierunku. Trzeba się postarać.
- Wierzę Ci - odparła wadera, odwracając się ku wyjściu - i cieszę się, że w końcu postrzegasz nas już, jak zwyczajne wilki. Nie, jak coś odmiennego i paskudnego. Jak na razie Ci wychodzi i tak trzymaj, bracie.
Słowo "bracie" zabrzmiało w uszach Ereden'a, jak coś, co chciał usłyszeć od dawien dawna, lecz nigdy nie było po temu okazji, bowiem ani Shori, ani Sininen nie miały w zwyczaju go tak nazywać. Dla tego słowa teraz powinien się starać o nowe zmiany.

KONIEC

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1116 
Ilość zdobytych PD: 558 PD +5% (27 PD) za długość powyżej 1000 słów
Obecny stan: 585

sobota, 19 marca 2022

Od Ereden'a ~ Anatomia obłędu cz. 2

 IV dzień choroby

Mięso było zepsute, po którym wiły się drobne czerwie, obślizgłe i obleśne, przestrzeń wypełniona była słodkawym fetorem rozkładu i śmierci. Muchy bzykały w przestrzeni, wykonując swoje tańce nad czymś zgniłym i wynaturzonym. Ponadto płomień trawił wszystko, co dobre i zmuszał do krzyku, błagania o litość. Nie ma litości, mękom nie było końca - tak właśnie czuł się Ereden. Czuł, że gnije od środka, a pod skórą miał wrażenie, że owe mrowienie, to wijące się czerwie, a w efekcie trząsł się z zimna, gorączki i obrzydzenia. Gdyby to wszystko zebrać razem do kupy, szczeniakowi kojarzyło się z mlaskaniem rozwalanego przez kły mięsa - czuł się rozrywany, bowiem mięśnie odgrywały pod skórą swój bolesny marsz. Nie docierało do niego to, co ktoś do niego mawiał, nie rozpoznawał twarzy bliskich, a tym bardziej był oddalony od swej świadomości. Wydawałoby się, że Ereden w tamtym momencie, był jedynie tylko bezmyślnie leżącym woreczkiem mięśni i kości. Organizm wypychał z siebie lecznicze związki ziół, leki przeciwbólowe zawiodły, a maści i wyciągi, mające na celu zbicie gorączki, bardziej pogorszały sytuację, niźli ją poprawiały. 
W południe dopadły go omamy; mały, skryty w cieniu wilczek obserwował go bez wyrazu, swymi zakrwawionymi, wypełnionymi płomieniami ślepiami. Ciało jego wiło się od mrocznych macek, z których było zbudowane - nic nie powiedział, ani nic nie uczynił. Tylko obserwował. 
Ereden, chcąc go zapytać, zaniemógł momentalnie z powodu piekącego drapania w gardle. 
 Nagle obserwator, jakby wyczuwszy intencje Eredena, drgnął swą główką i mruknął swymi przerażającymi ślepiami. Powstał z miejsca i przemówił do niego, nawet nie musiał otwierać ust - głos wilczka brzmiał tak zimno, jak pękający lód zamarzniętego jeziora i złowieszczo, niczym krzyk matki, która właśnie straciła wszystkie swoje dzieci. 
- Zastanawiasz się, kim jestem, prawa? Twoją satysfakcją? Przyjemną i jakże wierną, gdy znęcałeś się nad siostrami, poniżałeś się, a ty jesteś moim karmicielem. Tak! Żywiłem się twą uciechą... Dalej mam ochotę na więcej... 
Ereden miał ochotę wstać i czmychnąć ze stołu, ale to na nic... 
Był uwięziony we własnym ciele, skuty kajdanami choroby, pozostało mu tylko jęczeć i stękać zaniepokojony. Jego kompan, jak się wcześniej przedstawił mianem Satysfakcja, zaśmiał się głośno - a był to śmiech okrutny, przywodzący na myśl potłuczone szkło, które wcina się w skórę, kroi mięśnie, wbija w czaszkę. Ciało wzdłuż przeszyły ohydne dreszcze, jakby wijące się czerwie, urządziły sobie wyścig pod jego skórą. 
- Czego chcę? - kontynuował wilczy kształt - Cóż... chciałbym, abyś nadal mnie karmił, bo w końcu twoje siostry, te dwie małe dziwadła, jak zwykłeś na nie mówić, były dla mnie idealną pożywką, a wiesz co? Chciałbym Ci w zamian przedstawić coś, co jeszcze bardziej mnie wzmocni... o tak! 
Ereden'owi wydawało się, że z powodu nadmiaru obrazów, pojawiających się mu przed oczami, zaraz eksploduje mu głowa. A owe obrazy przedstawiały takowe sceny; Wilk, tym razem dorosły, o śnieżnobiałej sierści, zupełnie jak on, wyrywa Shori jej piękne, długie skrzydło. W miejscu pęknięcia skóry, oraz tam, gdzie wbijały się długie zęby, tryskała jucha. Dźwięk wyrywanej kości ze stawu w okolicy łopatki oraz zrozpaczony krzyk siostrzyczki, doprowadzały go do obłędu. Po chwili pozbawił Shori wszystkich skrzydeł, jakie tylko miała - a ona, okaleczona i zrozpaczona, czołgała się po ziemi, jak bezradne, ślepie szczenię. Dorosła wersja samego siebie zwróciła głowę w jego stronę, upuszczając wyrwane skrzydło. 
- Nie cieszysz się? Przecież zawsze chciałeś to zrobić. Nigdy nie traktowałeś jej, jak członka rodziny. Była jedynie podrzutkiem, nic nie znaczącym dla ciebie śmieciem, którego przygarnęli twoi NORMALNI rodzice... Ciesz się tym widokiem. 
Obraz rozpłynął się w powietrzu, pojawił kolejny... nie lepszy od poprzedniego. A przedstawiał on zapłakaną Sininen, która wpatrywała się w swe odbicie w nurcie płynącej wartko rzeki. Łzy waderki spływały powoli z jej policzek, pociągała nosem i co jakiś czas, pocierała łapką swe zaszklone oczy. W końcu postąpiła jeden, ostatni krok, który sprawił, że jego siostrę porwała rzeka. Nie krzyczała, ani nie wyrywała się, bo nie było już odwrotu. 
- Nie cieszysz się? - głos wilka nie ustępował - Zawsze chciałeś, aby twoja najmłodsza siostra zniknęła z twojego życia. Nie jesteś ciekawy, jak rozwala się o okoliczne skały, jak dorodny arbuz? Jak wyrzucona przez nurt wodospadu, spada ze sporej wysokości na wystające głazy? Przyznaj się, że tego właśnie chciałeś. 
~ Nie chciałem! - warknął w myślach Ereden. Nikomu nie życzyłem śmierci! 
- Ale myślałeś o wstręcie, gdy patrzyłeś na swoje siostry! - warknął na niego wilk, będący dorosłą wersją jego samego. Oczy miał okrutne, wypełnione czernią. Puste i bezlitosne - Nie pie**ol mi tu, mały gnoju, że było inaczej! Byłem przy tobie! Byłem każdą twą myślą i czynem, nie oszukasz mnie, przyjacielu. 
- Możesz ze mną być, ale jesteś tylko moim wymysłem. NIKIM INNYM! - warknął Ereden na całe gardło. Itami zjawiła się natychmiast, aby sprawdzić, czy ze szczeniakiem wszystko było w porządku. Nic nie było w porządku. Ereden trząsł się okropnie, krew cienkimi stróżkami spływała mu z nosa, a spod ogona poszerzała się plama żółtej substancji. 
Lonya nakazała zabrać malca na natychmiastową higienę - a miejsce doprowadzić do względnego porządku. 
                                                                                                                                                           ***
Wieczór, po przyjęciu kolejnej dawki leczniczych ziół, zamienił się w prawdziwy koszmar. Pod skórą, wzdłuż kręgosłupa, coś przemieszczało się w ślamazarnym tempie. Itami próbowała coś na to zaradzić, ale gdy to widziała, pobladła momentalnie. To coś, pod postacią podskórnej kulki, posuwało się coraz bliżej szyi malca, a on sam, z donośnym chrzęstem w stawach i wyrazistym mlaskaniem mięśni, wykrzywiał łapy w nienaturalny sposób - jakby nie on, tylko jakaś tajemnicza mroczna siła. Młoda medyczka z krzykiem pognała do Lonyi, która w mgnieniu oka pojawiła się, ze zmartwieniem wymalowanym na twarzy. Jej bystrym oczom nie umknęło poruszające się coś - było już blisko, coraz bliżej okolicy, gdzie znajdował się móżdżek malca.
- Itami! Szykuj stół operacyjny i zabierajmy się do pracy! - zarządziła Lonya, po czym rzuciła się w nurt pracy - zaczęła gromadzić wszystkie potrzebne jej zioła i leki oraz niezbędne narzędzia - jeśli to jest to, o czym myślała, czas odgrywa tutaj główną rolę.  
~ Bogowie, pomóżcie mi! - pomyślał Ereden - Nie chcę już tego! Za to, co robiłem swym siostrom, zasługuję na bolesną karę. Ale jeśli mam umrzeć, proszę was, dajcie mi możliwość pogodzić się z siostrami. Jeśli bogowie chcą odebrać mi życie, nie chcę więc umierać w samotni...
- Bogowie nie istnieją - odparł skądś znajomy głos - Są tylko waszym wytworem, aby w godzinie niemocy, poczuć się lepszym, silniejszym, ale to jedynie złuda. Bogowie zostali stworzeni przez nas, a nie na odwrót. Nie oczekuj, że się z nimi spotkasz po życiu doczesnym, bo takowi nie istnieją, głupcze! 
To tylko omamy - pomyślał malec. 
- Możesz we mnie nie wierzyć, twoja wola. Ale ja jestem przy tobie i będę na wieki, aż twe ciało zjednoczy się z ziemią. 
- NIE!! - Ereden krzyknął ogłuszająco, na całe gardło.
- Już dobrze, Ereden! Zaraz będzie po wszystkim, obiecuję! - odezwała się Lonya, ale owe słowa, nie dotarły do świadomości malca, bowiem nadal miał przed oczami obraz, ukazujący jego samego, tym razem znęcającego się nad Sininen. Rwał pióra, kopał ją po brzuchu i silnymi szczękami usiłował wyrwać jej skrzydła ze stawów, a przy okazji, miażdżąc jej kości, swymi długimi, stalowymi zębami. 
~ Przestań! Przestań to robić! - wrzeszczał w myślach Ereden.
- Podaj malcowi zioła przeciwbólowe, najsilniejsze jakie masz... Naharys?! Zajebiście, że jesteś! Chodź tu i przytrzymaj Eredena! Miota się, jak ryba w sieci... Itami! Co z tymi ziołami, do cholery! - wrzeszczała Lonya. Ciało szczeniaka, w dalszym ciągu, nie przestawało się miotać pod wpływem jakiejś tajemniczej mocy, która wykręcała nienaturalnie jego kończyny, wyginała kręgosłupem, jak ramionami łuku, pod wpływem napiętej cięciwy, przy tym wszystkim, wyduszając z malca ogłuszające krzyki bólu.  
- Usypiamy go. Itami, wpłyń na organizm malca, niech związki szybciej wchłaniają się w krew. Tylko operacja pozwoli nam stwierdzić przyczynę. 

 VI dzień choroby

Ereden spał prawie trzy dni. Nadal leżał otępiały i pozbawiony świadomości, ale przynajmniej udało się mu zbić gorączkę. Wrażenie, że całe jego wnętrze gnije, a pod skórą czerwie wiją się obleśnie, trwało nadal i od czasu do czasu, malcem wstrząsały nieprzyjemne dreszcze. Głowa nadal dawała o sobie znać tępym bólem w okolicy miejsca, poniżej potylicy. Kaszel nie był już tak okrutny, ale nadal objawiał się niepokojącym wydźwiękiem - donośnym, mokrym skrzeczeniem. Obraz miał lekko zamazany, ale i to nie stawało mu na przeszkodzie, aby dostrzec, że ktoś koło niego siedzi. Ktoś niski - żałował, że nie potrafił rozpoznać zapachu z powodu przytępionego węchu - a ten ktoś, siedzący w gęstej, niewyraźnej mgle, miał futro białe, jak te chmury rozciągające się po błękitnym niebie. Spróbował zamrugać parę razy, aby wyostrzyć wzrok i wtem dostrzegł - dobrze mu znany element do aparycji - skrzydła. Wcześniej skrzywiłby się ze wstrętu i poczułby żywą pogardę na ich widok. A teraz? Nie czuł nic. Spojrzał na lśniące srebrne oczy, a przyglądał się im dość długo, ale nie potrafił sobie przypomnieć, do kogo one należą. Skrzydła, srebrne oczy i białe futro... miał kompletną pustkę w głowie - która z kolei bolała go coraz mocniej, gdy próbował ją unieść - zmysły miał przytępione nadal, umysł był kompletnie zakuty - czuł jedynie, że jest więźniem własnego ciała. Albo to kolejne omamy? 
~ Może to kolejny demon majaków?  
Był tak otępiały, że nie czuł nawet strachu. 
- Jego stan jest już stabilny, ale w każdej chwili może się pogorszyć - powiedziała Lonya do swego przybranego brata, który nagle pojawił się w wejściu do odnogi. 
- Co mu dolegało? - zapytał jego ojciec. 
- Spójrz - odparła wadera i zaprowadziła Naharysa do kamiennego stolika, gdzie na rozłożonej skórze zająca, leżał nieruchomo, zwinięty w kłębek insekt, mający wygląd zbliżony do skorpiona, jeno pozbawiony swego ogona. Insekt był niewielki, osiągał rozmiary podobne do szczenięcej łapki - ślepia, bladoczerwone, połączone ze złotem, wypełnione były pustą i bezmyślną bezwzględnością, wpatrywały się w nieznany punkt przed sobą. Naharys omal nie wpadł na zwisające na susz zioła, czując odrazę i strach, gdy tylko w nie spojrzał. 
- Lonya, co to, do kur**y nędzy jest!? 
Wadera podniosła głowę, przekrzywiła usta ze strachu. 
- Pasożyt. Ereden miał go w sobie i to on, omal nie doprowadził do kompletnego wyniszczenia organizmu malca. Gdyby dotarł do móżdżku, mógłby go doszczętnie sparaliżować i bez trudu żywić się nim dalej, aż do jego śmierci - wyjaśniła Lonya, przyglądając się długim, śmiertelnie ostrym żuwaczkom pasożyta - bez wątpliwości, wyglądał niebezpiecznie i był niebezpieczny. Naharys zaklął na ten widok. 
- Malec potrzebuje sporo odpoczynku na regenerację organizmu - kontynuowała Lonya - Będziemy mu podawać sporo mleka i wszelkich produktów, bogatych w białko. Przez gorączkę i tego robala, mnóstwo go stracił, zioła regeneracyjne i stymulujące jego procesy życiowe, a ponadto... hmm cholera... 
- Co jest? - zapytał niepewnie Naharys. 
- Szkoda, że nie jesteśmy w rodzinnej watasze. Woda Midereweth załatwiłaby sprawę za te wszystkie bzdury. No nic, musimy zadowolić się i nimi. Tak czy siak, Ereden zostanie u nas na obserwacji jeszcze przez jakiś czas, a ty zaś wracaj do swoich spraw. Z nami jest bezpieczny. 
- Dziękuję Ci! Shori, zaprowadzić Cię do Atrehu na lekcje, czy sama trafisz? 
Mała wadera odwróciła wzrok od leżącego bez świadomości Eredena i odparła bez cienia niepewności. 
- Nie, spokojnie, trafię sama. Wiesz tato, nie jestem już taka mała - na koniec zaśmiała się wesoło. 
- Ah! No tak - odparł, odwzajemniając uśmiech. 
A Ereden natomiast, jak się czuł? Otóż... prawdę mówiąc; Jak roślina. Nim Naharys wyszedł z jaskini medycznej, zwrócił się ponownie do Lonyi, z niepewnością w sobie, która nie dawała mu spokoju. 
- Co by się stało z pasożytem, gdyby... uśmiercił Eredena? 
Lonya nie była zachwycona tym pytaniem. 
- Przebiłby się przez czaszkę malca i uciekłby, już jako dorosły osobnik, aby potem złożyć jajeczka, będące zdolne zainfekować kolejnego wilka. To strasznie niebezpieczny pasożyt, więc proszę cię, uważaj na siebie. Sama nie wiem, skąd ten diabeł go złapał, ale trzeba o tym powiadomić Alfę. Skoro Ereden go złapał, każdy może być w niebezpieczeństwie. Niektóre wilki po spotkaniu z nim, nigdy nie odzyskały świadomości - żyły i umierały, jak rośliny. Musisz się przygotować na fakt, że Ereden może nigdy nie odzyskać węchu, słuchu ani świadomości. Będzie żył, ale nic więcej. 
- Rozumiem - burknął przybity Naharys - Jakie są szanse, że on... no wiesz... 
- Zawsze jakieś szanse są. Organizm Eredena jest młody, silny, więc są one większe - odparła Lonya, tym razem z barwną nutką optymizmu. 

C.D.N

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1948
Ilość zdobytych PD: 974 PD + 5% (49 PD) za długość powyżej 1000 słów
Obecny stan: 4005 PD

piątek, 18 marca 2022

Od Naharys'a ~ Anatomia obłędu cz.1

  I dzień choroby

 
Naharys, zgodnie z obietnicą, złożona swemu niesfornemu synowi, spełnił groźbę o porannym treningu. Noo... porannym, to zbyt przesadnie powiedziane. Ereden'a zbudzał stanowczy głos ojca o brzasku. Malec w tamtym momencie przypominał jego samego ze szczenięcych lat - niczym odbicie w lustrze przeszłości; Zmęczone oczka, zmrużone w ledwo dostrzegalne szparki, do tego malec wydawał przygnębiające pomrukiwania oraz rzucał prośby o jeszcze pięciominutowy sen. Tak, ten błogi sen - ale i to nie powstrzymywało Naharysa. Nie zamierzał dawać synowi taryfy ulgowej, za to, co nawywijał wczorajszego dnia!
Głos syna! Jego oskarżycielski ton i te wrzaski i odgłosy walki.
To przez ciebie mama zniknęła! Wrzeszczał na siostrę. To twoja wina, nigdy Ci tego nie daruję, parszywy dziwolągu!
Ciężko mu było po stracie wadery, którą szczerze kochał! Mocno zapisała się w jego pamięci, jako ta uśmiechnięta, psotliwa i drobna istotka - i do tego silna wadera, nie dająca sobie w kaszę dmuchać. Kochał ją za jej uśmiech, ciepło bijące prosto z serca ciepło i zapach, który przypominał mu każdą chwilę, spędzoną ze sobą. Sytuacji nie poprawiał syn, który jeszcze się bardziej nakręcił na psoty. Naharys zmarszczył pysk i warknął, a w jego głosie dało się wyczuć wrażenie syku zimnej stali. Głos był straszny, zmuszający do posłuszeństwa oraz do trawiącego serce strachu.
- Od jutra trenujesz ze mną! - warknął Naharys - I możesz zapomnieć o kolacji!
To był także moment, w którym na wszystkich odbiło się zniknięcie Piny - Także na Eredenie. Młodzika przepełniana nieopisana wściekłość i smutek zarazem, które kumulując się niebezpiecznie, doprowadził do wybuchu frustracji.
- Co? Ale jak to?! Czemu to za każdym razem ja dostaję karę?! - Oczy jego syna zapłonęły zielonym płomieniem gniewu i nienawiści, pielęgnowanej od dawna do swych sióstr - Jestem jedyny w tym miocie normalny! To wszystko ich wina! - Ereden wskazał łapą na swoje siostry trzęsącą się od gniewu łapką - TO ONE tu nie pasują i to JA muszę się z nimi użerać! A przez tę głupią beksę, straciliśmy mamę! I to ona powinna zniknąć! ONA! Nie mama!
- Wstawaj! - powiedział stanowczo Naharys, trącając syna łapą w ramię - Zjesz coś, a potem ruszamy na poligon! No już! Nie traćmy czasu!
Ereden z grymasem męczennika wstał ślamazarnie, przeciągnął się leniwie, ziewając głośno i długo - gdy mijał śpiące razem siostry, otworzył szerzej oczy i zmarszczył czoło.
- Czemu one z nami nie trenują? - zapytał, wskazując na siostry i spoglądając na ojca swymi pełnymi wyrzutu oczami.
- One nic nie zrobiły. Ty natomiast zachowujesz się, jak potwór! I zamierzam go z ciebie wyciągnąć, wszelkimi możliwymi sposobami! Mam nadzieję, że któregoś dnia w końcu się nauczysz szacunku do rodziny!
- One nie są moją rodziną - Ereden ściszył ton, aby ojciec nie mógł go posłyszeć, ale mocno się pomylił. Naharys usłyszał to i zmarszczył policzki, ukazując synowi swoje zęby.
- Przestań! - prawie warknął - Siadaj do jedzenia i ani słowa więcej, bo pożałujesz!
Ereden biegł pędem przez pokrytą rosą łąkę, drżąc od wilgotnego wiatru, a jego łzawiące z bólu mięśni oczy, witały wynurzający się zza widnokręgu złoty brzeg słońca. Jego promienie zaczęły ozłacać dolinę, wprawiać drobne krople rosy w lśnienie w ich blasku - a to dopiero dziesięć kilometrów pokonanych pod czujnym okiem ojca. Nie tracił go z oczu, ani na sekundę, jakby chciał mieć złotą pewność, że syn nie zatrzyma się, ani na moment. Biegł na złamanie karku, do utraty tchu, aż w końcu nie wytrzymał i przewrócił się w pędzie na wilgotną ziemię, orając ją tym samym swym podbródkiem. Leżał i dyszał głośno, łapczywie chwytał każdy haust powietrza - wydawało się malcowi, jakby jego płuca rozszerzały się z sekundy na sekundę i wszystkie łyki tlenu nie wystarczały, aby zaspokoić jego niedobór. Próbował podnieść się na cztery łapy, ale mięśnie drżały mu pod skórą, nie były w stanie utrzymać jego własnego ciężaru, po czym opadł ponownie na ziemię, jak upadły na jesień zwiędły liść.
~ Gdybym był twoim dziadkiem, już dawno mknąłbyś przez pole z czerwonym tyłkiem! - pomyślał gniewnie Naharys, zbliżając się do syna.
- Nie skończyłeś biegu, Ereden! - powiedział stanowczo Exan, zatrzymując się przy ciężko dyszącym szczeniaku - Zbieraj się i kontynuuj!
- Tato, ja już nie dam rady! - wydyszał Ereden takim tonem, jakby miał zaraz zwrócić z siebie duszę przez pysk -... okej, pojąłem już! Już nie będę!
- Wiem, że nie będziesz. I zamierzam upewnić się, że dotrzymasz słowa. Wstawaj i biegnij dalej! - warknął Naharys, pochylając się nad synem - Wstawaj, albo pożałujesz, smarkaczu!
Naharys taki nie był; Trudno by mu było zdobyć się na takową agresję do syna, niezależnie od tego, jakie psoty wyczyniał. Tęsknota za Piną i do tego ciągłe rozmyślania, co się z nią teraz dzieje - jak się czuje i czy w ogóle żyje - oraz zmęczenie, spowodowane obowiązkiem opieki nad trzema szczeniakami, z czego jeden z nich był nie do wytrzymania, kondensowały w nim kompletne uczucie bezradności i wściekłości. I tę wściekłość, bez jakiejkolwiek kontroli, miał zamiar wyładować na szczeniaku.
- Wstaniesz w końcu! - krzyknął basior - Wstawaj, albo Ci pomogę! Nie chciałbyś tego.
Ereden podniósł się na chwiejące się łapy, które z trudem utrzymywały go w pionie, po czym spojrzawszy na ojca z urazem, powiedział tonem pozbawionym jakiejkolwiek barwy.
- Wstałem! Rób ze mną, co chcesz, ale ja już nie dam rady dalej biec!
Naharys już miał otworzyć pysk i wyrzucić na syna falę wściekłej wiązanki, ale w tamtym momencie wydarzyło się coś, czego nie spodziewał się nikt - A mianowicie z ust Eredena począł wydzierać się paskudny kaszel, który brzmiał, jakby jego wydzielina gromadziła się od miesięcy - stąd takie nieznośne skrzeczenie. Szczeniak dostał po chwili takiego ataku, że kaszel nie odstępował go, ani na półkroku - Naharys z początku podejrzewał, że Ereden usiłuje symulować chorobę - bo też nigdy nie chorował, psia krew! - ale wydźwięk doprowadzał go do zmartwień, toteż nie czekając na nic, poderwał syna w powietrze, usadowił go na swój grzbiet i pędem, ile sił w łapach, pobiegł do lecznicy.
Naharys czuł na sobie, jak Ereden przeraźliwie dygocze, jakby siedział tyłkiem na zamarzniętym jeziorze, ponadto, spoglądając na syna od czasu do czasu, ujrzał wydzielający się śluz z jego nosa i pyska - owe symptomy zaniepokoiły go do tego stopnia, że zaczął rzucać przekleństwa w czasie biegu.

***
Lonya wyjrzała z jaskini, na ukwieconej trawie, niedaleko rosnącego samotnie dębu, ujrzała siedzącego niespokojnie Naharysa. Wiercił się, przebierał przednimi łapami i ciskał w przestrzeń paskudne przekleństwa. Nie zauważył jej, jak kroczyła w jego kierunku, równie zaniepokojona, co brat, ale posłyszał, jak zbliżała się powoli, niepewnie, z miną wykrzywioną w niemym płaczu.
- Z Eredenem coraz gorzej. Wypluwa plwocinę z ropą, ponadto zaczął krwawić z nosa - usiadła obok brata, kładąc łapę na jego ramieniu. Naharys nie tracił z oczu niknącą za zachodnim horyzontem tarczę pomarańczowego słońca. Stracił Pinę - oczywiście, nie potrafił założyć, że wadera umarła, ale bądź co bądź, na taką okoliczność też musi się przygotować - jeśli straci jedynego syna, nie będzie wiedział, czy zdoła pozbierać się po tym wszystkim.
~ Mam jeszcze dwie córki - pomyślał Naharys - bogowie, oszczędźcie mi je, a mego syna ocalcie od śmierci. Bywały chwile, że nie byłem dobrym ojcem, mimo starań. Kocham wszystkie moje szczeniaki, na równi, jak nakazuje sumienie rodzica. Błagam Was mocno, nie odbierajcie mi Eredena.
Z takowymi myślami, serce poczęło bić szybciej i mocniej, a oddech zaś miał niespokojny oraz głośny - Lonya, zauważywszy takowy stan, przytuliła się do brata.
- Hej, nie przejmuj się! Ereden to silny basior, jak jego tatuś - klepnęła brata przyjacielsko w ramię - Zobaczysz, ja i Itami, wyciągałyśmy szczeniaki cało z gorszych choróbsk, o których nawet nie miałeś pojęcia. Zobaczysz! Kilka tygodni i mały diabeł wróci do ciebie, aby znów rozrabiać.
- Nakrzyczałem na niego - przyznał po chwili Naharys, głosem tak załamanym, jakby był przekonany, że szczeniak tego nie przeżyje - Miałem ochotę go dzisiaj rozszarpać, za to, co na okrągło mówi o swoich siostrach. Chciałem mu dać nauczkę, a on teraz umiera.
- Hej! Nie myśl tak! Chłopak jeszcze nie umiera! Co prawda, jego kaszel nie napawa dość optymizmem, ale bądź dobrej myśli! A co z dziewczynkami? Ma się kto nimi zająć?
- Poprosiłem Noiter'a, aby je przypilnował, do czasu, aż nie wrócę - odparł bezbarwnie Naharys.
- Rozumiem. Mówię Ci! Nie masz się czym martwić - powtórzyła Lonya tonem, wypełniony barwami optymizmu i nadziei - Jeszcze będziesz się pluł w brodę za takie myśli, gdy ujrzysz znów śmigającego po łące syna. Klnę się na honor medyczki! - Z tymi słowy, teatralnym gestem przyłożyła łapę do piersi i stanęła na baczność, dumnie wypinając klatkę.
Naharys opuścił głowę, spoglądając na rosnącą trawę między palcami jego łap, po czym uśmiechnął się, obejmując waderę swym silnym ramieniem. Lonya przyłożyła śmiało policzek do szyi brata, uśmiechając się z nadzieją.
- Kocham Cię, siostrzyczko, wiesz o tym? Kocham cię mocno.
Lonya poklepała go kilka razy w pierś.
- Też cię kocham, olbrzymie - odparła śmiało Lonya. - Zobaczysz! Jeszcze ten diabeł zawojuje na tym świecie, a my będziemy chlać za jego zdrowie.
- Tak! Wszystkim ziomkom będę stawiał kolejkę - odparł z lekkim uśmiechem - A nawet dwa! Nie, trzy...
- Hej, hej, bo nas wszystkich uchlejesz tym sposobem - zaśmiała się Lonya.
- Myślę, że nie będzie z Wami, aż tak źle! - odparł Naharys, masując swą łapą ramię Lonyi. - Myślę, że nie...

II Dzień choroby

Gorączki nie udało się zbić, wręcz przeciwnie, było coraz gorzej - Ereden topił się we własnym pocie, był rozpalony do granic możliwości, niczym w hutniczym piecu, ponadto trząsł się mocno, jakby Lonya dopiero co wyjęła go z zamrażalnika. Ponadto zwracał wszystko, co podłożono mu pod pyszczek, z dodatkiem śladowych ilości krwi - jego organizm nie przyjmował nawet leków ani ziół, jakich zaaplikowała mu Itami, a wszelkie próby zbadania szczeniaka, wiązały się z dodatkowym bólem. Ereden bowiem stał się niezwykle wrażliwy na dotyk, a także na światło, dlatego też podjęto decyzję na przeniesienie go, w głąb jaskini, gdzie blask słońca był poza jego zasięgiem.
Naharys nie wrócił do domu na drugi dzień, po prostu nie potrafił, w końcu, za namową szczeniąt, Noiter przyprowadził je ze sobą do lecznicy, tłumacząc się, że dziewczynki bardzo tęskniły za nim. Basior wyszedł na poranne powietrze z widocznym zmęczeniem, kreślącym się na twarzy - oczy miał podkrążone i naznaczone cieniami pod powiekami, bowiem miał już za sobą nieprzespaną noc. Poza tym, nieznośnie bolała go głowa oraz dręczyło dojmujące zmęczenie - ledwo kontaktował i rozumiał znaczenie słów opiekuna, a piski szczęścia waderek na jego widok, doprowadzały go do szaleństwa - nie chodziło mu o nic innego, tylko o cierpiącą głowę. Mimo tego, chwycił waderki w silne objęcie i przytulił do siebie.
- Sini i Shori były bardzo grzeczne. Sini zabrałem do jej nauczyciela strategii, jak prosiłeś, a Shori natomiast świetnie sprawdziła się w nauce latania. Ino patrzeć, jak nasza dama zawładnie nad niebem!- powiedział Noiter z ciepłem i uczuciem, spoglądając na obie jego córki.
- Dziękuję Ci - odparł Naharys, spoglądając na basiora. Nie był w stanie wyrazić więcej ciepła w swych oczach, ani tonie, mimo iż się starał - dźwięczało w nim zmęczenie.
- Tato, co się stało Eredenowi? - zapytała Shori, tym samym przerywając rozwój spokojnej dla niego atmosfery, jaki przyniósł mu dotyk obu córek, świeży i orzeźwiający poranny poranek.
- Skarbie, on... wasz brat bardzo choruje i podejrzewam, że spędzi w lecznicy przez jakiś czas. Paskudnie z nim.
Obie córki nie powiedziały nic z początku; Shori usiadła między jego przednimi łapami, mrugnęła smutno oczami, a jej skrzydła bezradnie opadły na ziemię. Sininen natomiast... cóż, Naharys mógł się tego spodziewać - jej pyszczek nie wyrażał nic innego, jak chłodna obojętność, oczy tak pięknie lśniące w świetle złotego talonu, miały takowy wyraz, jakby chciały rzec "niech się z nim dzieje, co chce, nie interesuje mnie to" - Naharys'a niezwykle zasmucił ten widok.
- W końcu dostał za swoje - mruknęła Sininen.
Naharys nie miał już sił się wściekać za podobne odzewy, więc tupnął tylko łapą i mruknął zmęczony.
- Skarbie, proszę cię! Nie zaczynaj i ty!
- Jak dla mnie, Ereden może zamieszkać w tej lecznicy, będzie to z pożytkiem dla niego, jak i dla nas! - nie ustępowała najmłodsza z córek. Naharys tupnął łapą ponownie, tym razem mocniej i nieznacznie podniósł głos.
- Dosyć... tego! Jesteście rodzeństwem, a to coś powinno znaczyć dla was! Bogowie... o niczym innym teraz nie marzę, jak o spokoju, więc proszę Cię uprzejmie Sini, uspokój się!
- Sini, posłuchaj tatę, proszę cię - dopowiedział łagodnie Noiter.
Ale Sini słuchać nie chciała, toteż odwrócił się od basiorów i swej przybranej siostry plecami ~ Nie chce nam okazywać swej ulgi, że nie ma brata? - pomyślał przelotnie Naharys. Jedna z części jego osobowości podpowiadała mu, że to jedynie szczeniackie fochy kierują jego najmłodszą córką, miał nadzieję, że to kiedyś się skończy. To musi się skończyć!
Jakby jeszcze problemów miał mniej, na głowę wskoczyła mu także zaniepokojona Alfa - późnym rankiem przybył do niego posłaniec, cytując słowa ich pani - która zasypywała go gradem pytań. Ledwo trzymający się na łapach basior, ograniczał się w odpowiedziach do lakonicznych zdań.
- Dlaczego od dwóch dni uchylasz się od obowiązków, kapitanie? - zapytała Alfa, tym samym ze zmartwieniem przyglądając się jego zmęczeniu na twarzy.
- Mam chorego syna. Muszę nad nim czuwać.
Reneesme mruknęła tylko smutno.
- Czemu jesteś taki zmęczony?
Naharys twardo próbował mieć otwarte oczy, ale powieki, jakby pozbawiony nad nimi kontroli, same z siebie opadały na jego oczy.
- Nie spałem całą noc, pani. Czuwałem nad synem. - wydukał sennym głosem basior, kiwając się na boki.
- Czy potrzebujesz, aby ktoś przyjął za ciebie zastępstwo? Na przykład Atrehu? Nic mu się nie stanie, jeśli do grupy skrytobójców, dojdą twoi wojownicy. Będziesz dzięki temu miał możliwość na wypoczynek i zregenerowanie sił.
- Dziękuję, pani - mruknął niewyraźnie Naharys, pokłonił niezgrabnie głowę, po czym zniknął Alfie z oczu, ale zanim wróci do jaskini, zamierzał jeszcze chwilkę spędzić przy chorym synu. Wraz z gęstą plwociną, szczeniak pluł drobinkami krwi, a jego sierść stała się jeszcze bardziej biała - albo to tylko wrażenie sprawiał fakt, że Ereden był kompletnie blady - ponadto majaczył i zdawał się nie rozpoznawać nikogo, kto się koło niego kręcił - mówiąc wprost, wyglądał, jakby dzielił go jeden krok od śmierci.

C.D.N

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 2241
Ilość zdobytych PD: 1120 + 20% (224 PD) za długość powyżej 2000 słów
Obecny stan: 5152 PD