Głuchy dźwięk przełamania się dosyć grubej gałęzi przeszył powietrze, by zaraz do niego dołączył cichy odgłos opadania na glebę i przyspieszony oddech w wyrażeniu formy ostrości treningu, który już trochę trwał. Ćwicząca samica spojrzała krytycznym okiem na zapisane ślady na drewnie od zadanej siły uderzenia. Nie dobrze, pomyślała sobie w duchu, dalej była słabsza od starszej siostry — chociaż różnica nie była duża między nimi, ciemna zauważała ją za każdym razem. I chociaż do starszej należało przodowanie w sile fizycznej, młodsza wyprzedzała całe swoje pozostałe rodzeństwo pod względem szybkości i zwinności. Cóż, może była nawet za szybka i równie co prędko się przemieszczała, w sposób zrównoważony się potrafiła męczyć. Niestety, musiała pracować szczególnie nad kondycją i siłą, które pozostawiały ją w tyle do reszty, nawet jeśli w małym stopniu. A ona musiała dążyć do jak najprężniejszego samorozwoju. Nie może pozwolić sobie na to, żeby być w dalszym ciągu i na zawsze najsłabszą z całej trójki jako młodych, musiała stać się znacznie silniejsza. Musi być, żeby w razie zagrożenia stanąć i zasłonić najbliższych w celach walczenia za nich oraz bronienia od wszelkiego pojętego zagrożenia.
Żyła tak od dawna, pewności nabrała z rozpoczęciem trenowania z ojcem. Kolejnym krokiem milowym było porwanie matki na jej oczach...
Natychmiast pokręciła głową i przy tym gwałtownie odepchnęła te myśli w głębsze otchłanie umysłu, tylko żeby w kolejnej sekundzie spojrzeć przed siebie. Jaka to była pora dnia? Wadera nie wiedziała, ponieważ pojęcie czasu już sporo czasu temu stało się dla niej pojęciem czysto abstrakcyjnym. Dowodem na to świadczył fakt, że to ojciec całej gromady ostatnio powiedział uwagę, że wszystkie jego dzieci stały się już dorosłe. Nie mogła uwierzyć mu na słowo, dopiero spojrzenie w zaburzoną taflę wody od płynącej leśnej rzeczki utwierdziło ją w tym fakcie. Rany boskie, ile to już zleciało? Ciężko było jej przyswoić fakt, że wyrwali się z sideł dzieciństwa i wkroczyli w nowy etap życia.
- Pewnie dziwne uczucie, co? Nie martw się. To naprawdę ty. - Kuki wydawała się wtedy chcieć ją pocieszyć, a wyszło bardziej w odczuciu wilczycy umocnić ją w pewności, że czas mijał w sposób nieubłagany.
- Czy cykady zapłaczą za przeminiętym dla nich i naszym czasem? - Mruknęła w odpowiedzi ciemna podczas spoglądania w niespokojny przepływ wody.
To miało miejsce gdzieś tydzień temu, w chwili obecnej kończyła sprzątanie pobojowiska po swoim treningu. Podczas zmiatania ogonem pozostałości w postaci wiórów oraz drzazg leżących na ziemi przysięgła sobie w duchu, iż znacznie bardziej przyłoży się do pracy nad sobą. Może ojciec będzie zadowolony i uzna, że jest, chociaż w małym procencie warta bycia jego córką z krwi?
I tak na niego trafi do końca dnia: żaden wilk z ich trójki w rodzinie nie opuściło jeszcze wspólnej jaskini, być może też nikt jeszcze o tym za bardzo nie myślał, zatem na pewno wieczorem spotkają się nad posiłkiem kończącym dzień. Całkiem możliwe, że właśnie w tej samej chwili co myślała, ojciec ćwiczył solo bądź prowadził trening. Zresztą, od kilku dni oficjalnie zaczęła wraz z rodzeństwem wykonywanie obowiązków z wybranymi ich zawodami, więc mieli znacznie więcej okazji od teraz na spotykanie się. Zwłaszcza Sininen: odkąd jej mentor i jednocześnie strateg odszedł w towarzystwie innego członka z watahy, została jedynym wilkiem zajmującym się oficjalnie rozstawianiem wilków w czasach wojennych, zaburzających ich ukojny panujący mir. Oznaczało to, że miała być teraz w ścisłym kontakcie z samicą alfa, samcem beta oraz ojcem, który pełnił służbę kapitana wojska.
- Definitywnie, mam sporo do roboty — powiedziała cichym tonem do samej siebie, kiedy już opuszczała miejsce, w którym jeszcze chwilę temu ćwiczyła. Od jutra dowali sobie więcej ćwiczeń siłowych i na wydolność, ponieważ to nie ma prawa bytu pozostawać w takiej formie. Dlatego wracała z możliwymi do zauważenia śladami na swoim ciele po intensywnym treningu w jasno określonym kierunku, jakim było odwiedzenie samej wadery zarządzającą watahą w celu wglądu do dokumentacji pozostawionej przez poprzedniego stratega watahy.
Nie mogłaby powiedzieć, że spodziewała się natknąć na całkiem obce wilki, które zdawały się smacznie spać na terenach, do jakich nie należeli. Zmęczenie fizyczne natychmiast zostało zapomniane i odrzucone w kąt, umysł rozjaśnił się jej czystością, natychmiast się rozejrzała za możliwie innymi intruzami, sprawnie kalkulując szanse jej przeciwko temu dwojga nieznanych osobników. Nie dość, że była ich para, to ona na dodatek była zmęczona, zatem łatwo wskazać jak przedstawiała się szala i komu bardziej dopisywało widmo wygranej. Nie powstrzymywało to ją jednak od zbliżenia się do nich spokojnym, acz pewnym krokiem.
Była dosłownie dwa metry od nich po zatrzymaniu się i stania, kiedy to rdzawy wilk jako pierwszy się przebudził i, po zorientowaniu się o obecności innego psowatego w dodatku obserwujących ich, natychmiast się uśmiechnął na widok obcego dla nich wilka.
- Przychodzimy w pokoju! - Samiec odezwał się radosnym tonem, niemal śpiewnym, wstając natychmiast w celu zrobienia kroku przed siebie i zasłonięcia znajdującą się za nim wilczycy, która sama unikała spojrzenia drugiej wadery, ale cicho się przywitała. - Czy jesteś członkiem watahy? Razem z moją drogą siostrą szukamy nowego domu i jesteśmy gotowi służyć alfie swoją siłą za bezpieczne schronienie.
Stojąca nie odezwała się od razu, spoglądała badawczo na tą parę rodzeństwa. Mówiąc szczerze, wyglądali marnie, skutki długiego podróżowania wyraźnie rzucało się w oczy z ich sylwetki i całokształtu. Nie wyglądali ani nie dawali po sobie odczuć nieprzyjaznych intencji.
A jednak to stojąco cicho parsknęła pod nosem, zapewne wywołując u nich zdezorientowanie.
- Czy ja naprawdę wyglądam na tyle męsko, żeby z bliska powiedzieć, że jestem basiorem? - Zapytała głosem wyrażającym pewnego rodzaju niedowierzanie. Już się pogodziła z faktem, że z daleka łatwo było pomylić jej płeć po samym wyglądzie, ale żeby z tak małego dystansu? Bogowie, starsza siostra z pewnością skona ze śmiechu.
Basior zdawał się zblednąć po zorientowaniu się o swoim błędzie, z kolei znajdująca się za nim samica o intencjach chęci skrycia się mimowolnie wypuściła powietrze zdradzającym jej zakamuflowany śmiech.
- Najmocniej przepraszam, nie chciałem cię urazić! Po prostu... - Przedstawiciele sadyzmu z pewnością mieliby umilenie na widok samca podczas motania się w swoich wytłumaczeniach. Posiadaczki kosmicznego ogona to nie dotyczyło, jedynie obserwowała ich reakcje.
- Szukacie domu dla siebie? - Zapytała się swoim zwyczajnym opanowanym tonem, czym ściągnęła na siebie ich uwagę. Oboje kiwnęli głowami, z tym że przysłonięta wadera wykonała ten gest znacznie mniej zauważalnie. - Od jak dawna podróżujecie?
- To, em...
- Wolimy o tym nie mówić — powiedziała głośniej tamta samica, tym samym wyręczając swojego brata w kwestii dania odpowiedzi. Sininen wzruszyła ramionami w duchu. Ze zgromadzonych przez siebie informacji oraz zasłyszanych od wilków, które nie urodziły się na tych terenach, domyślała się, że niewiele zdradzało powody swojego zawędrowania do watahy.
- Jesteście tylko wy? Nie ma nikogo z wami? - Postawiła im kolejne pytanie. Była ciekawa ich szczerości, mimo faktu, ze sama posiadała wyostrzony słuch i rejestrowała więcej niż inny wilk. Oboje bardzo szybko wymienili się spojrzeniami, nim zaprzeczyli ruchem głów. Lekko westchnęła na tą reakcję z nutą ulgi, nawet jeśli wiedziała, że otoczenie nie zdradzało jej obecności innych wilków. Sama wykonała ruch głowy w geście zachęcenia do rozpoczęcia marszu. - W takim razie chodźcie, zaprowadzę was do naszej alfy.
- To... Już? Jesteśmy członkami watahy? - Zapytał się basior, chyba nie mógł uwierzyć w to, co właśnie miało miejsce.
- Oficjalnie staniecie się nimi po zapoznaniu się z przywódcą — odparła mu krótko samica. Jeszcze stała, nie ruszyła się z miejsca, co ponownie pan gagatek wyczytał z panującej atmosfery.
- Mów mi Lawrence — przedstawił się jedyny męski przedstawiciel w tym gronie trójki wilków.
- Attano — rzuciła cicho tamta, która dalej nie wydawała się skora z bratem, na wyjście zza jego zada.
- Jestem Sininen — w końcu, po wymianie formułek grzecznościowych z ujawnieniem swoich imion, ta ostatnia zaczęła ich prowadzić do jaskini Renesmee. Cała trójka niespecjalnie rozmawiała dużo, głównie to basior co jakiś czas pytał się o jakąś sprawę, co mu błękitnooka odpowiadała lub wyjaśniała, w zależności od tematu.
Trasa do konkretnego celu nie schodziła tak długo, jak zwykle, być może to przez kwestię towarzystwa, jak to czasem zauważała w stosunku do przebywania z własną rodziną, zwłaszcza ze starszą siostrą. Nim się obejrzeli, stali pod szukaną jaskinią, do której całkiem możliwe najmłodsza z nich zapukała wyraźnie, ale i delikatnie. Miała szczęście, szukana skrzydlata samica właśnie przebywała w swojej jaskini.
- Och, witaj Sininen — alfa uśmiechnęła się ciepło, widząc przybycie młodej wadery. Wspomniana przywitała się z uprzejmym wyrażeniem szacunku gestem skinięciem głowy.
-Dzień dobry alfo. Czy mogę zająć ci chwilę?
- Naturalnie. Co się stało?
- Dwójka wilków chce dołączyć.- Powiedziała, przenosząc swój wzrok na rodzeństwo, za czym podążyła samica alfa. Obecnie brat wydawał się z trudem powstrzymywać ogarniającą go radość, czego z kolei nie mogła się pochwalić jego siostra, bardziej otaczała ją niepewność z całej tej sytuacji.
- Rozumiem, dziękuję. Zajmę się nimi — powiedziała do błękitnookiej.
- W porządku. Pozwolisz, że przez ten czas zajrzę w dokumenty po moim mentorze? - Zapytała się ją już ciszej, tylko po to, by dostać nieme przyzwolenie. Albo raczej niedowierzanie i zgodę. Widocznie musiała się dalej dziwić, że Sininen jeszcze pytała o pozwolenia mimo tego, iż miała do tego prawo z racji pełniących obowiązków. Najpewniej była to kwestia przyzwyczajeń, kto wie.
Zdając sobie sprawę, że nie ma potrzeby jej obecności przy pewnego rodzaju kwalifikowaniu nowych członków do watahy, spokojnie skierowała się do pozostawionych pergaminów i zwojów, które musiała przejrzeć, żeby później swoje własne skompletować o uzupełnienie kilku informacji. Nie trwało to długo, ponieważ w zasadzie znalazła od razu, co było jej potrzebne. Dopiero po zapamiętaniu niezbędnych faktów mogła z czystym sumieniem odłożyć na swoje miejsce materiałów: później je najwyżej zabierze do siebie i porówna z własnymi. Na razie wynurzyła się z małej części jaskini, w której przebywała tylko po to, by być świadkiem posyłania ostatniego uśmiechu samicy alfa do rodzeństwa, gdzie brat już całkiem tryskał pozytywną energią, a siostra już raczej niekoniecznie. Mogło to oznaczać tylko to, że oficjalnie właśnie stali się częścią watahy.
- Sininen, czy mogłabyś wskazać drogę do lecznicy na kontrolne badania? - Renesmee zapytała się łagodnym tonem najmłodszą.
- Zaprowadzę ich — odparła spokojnie błękitnooka. Następnie zwróciła się do nowych. - Chodźmy, to nie jest daleko.
Wadera wiedziała, że pewnie również im wskaże część mieszkalną i możliwie oprowadzi po terenach watahy, dlatego nie było sensu powrotu do siebie. Postanowiła im towarzyszyć do właściwego momentu, później zajmie się aktualizacją posiadanych zapisanych informacji o te zapamiętane. Na razie należało zająć się rodzeństwem na nowych dla nich ziemiach.
<Attano, Lawrence?>
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1672
Ilość zdobytych PD: 836 + 5% (42) za długość powyżej 1000 słów.
Obecny stan: 878
Newsy
:Aktualności
.Blog przechodzi obecnie renowację
.Już niebawem pojawią się nowości
:Pogoda
Obecna pora roku ~ Jesień
.Temperatura waha się między 10+ a 0- stopni Celcjusza
.Zmiana pory roku nastąpi 15.12.2022
Liczba wilków ~ 27
Wadery ~ 18 + 1 NPC
Basiory ~ 7 + 4 NPC
Szczeniaki ~ 1
Nieobecni: Brak
~Serdecznie zapraszamy♥~
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Odwilż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Odwilż. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 5 czerwca 2022
Od Attano do Kogoś ~ Odwilż
Lawrence potwierdził taktownym skinieniem pyska, ostrożnie mrużąc szarawe ślepia. Attano zatrzymała się w półkroku tuż przed wejściem na podmokłe wrzosowiska. Już od dłuższej chwili brodzili łapami w niewyraźnej kaskadzie mokrego śniegu i błota, ale dopiero teraz, gdy opuścili leśne ostępy i znaleźli się na niewielkiej polanie, ujrzeli skutki nagłych roztopów. Zbliżała się wiosna i cały śnieg topniał, zostawiając po sobie ciężką wilgoć w oddechu i mętne kłęby mgły, graniczących niekiedy z granicą wyższych krzewów. Luzige radośnie wyszczerzyła wszystkie kiełki, kiedy brat niechętnie wlazł w płytkie bajoro i z wysoko uniesionym łbem próbował zachować jak najmniejszy kontakt z wodą.
- Ruchy, Lawrence. Jeszcze się utopisz w tej kałuży.
Karmazynek prychnął, fuknął i przyśpieszył, nerwowo kręcąc ogonem i jakże niezręcznie młócąc łapami w mulisku. Zerknęła w górę, tuż nad kwitnące pąki na gałęziach niewysokich chaszczy. Idzie pora letnia… Perspektywa ocieplenia była nad wyraz kusząca — więcej zwierzyny, mniej głodowania. I znacznie bardziej przyjemne noce, charakteryzujące się ciepłotą powietrza i przyjaznym dla nocującego otoczeniem. Lawrence, choć nie uważał się za wybrednego, dość już miał kulenia się w wychłodzonych wyrwach, starych gawrach czy na prędko wykopanych norach, skrytych pod grubą kołdrą śniegu. Jedynym źródłem ciepła był on sam, wszak Attano dużo ciepła do funkcjonowania nie wymaga, ale ogrzewanie siebie czy jej przy pomocy płomieni było ryzykowne… i męczące dla basiora, który przez cały czas musiał skupiać swą uwagę, by nikogo nie poparzyć. Attano wpierw by go udusiła, wyrwała pazurami tchawicę i na końcu finezyjnie zamordowała, wyciągając z jego truchła jeszcze gorejące i tętniące serce. A to wszystko zdarzyłoby się, gdyby nie był ostrożny i na jej profilu pojawiła się, choć drobniutka zmarszczka spowodowana oparzeniem... Lepszym i znacznie bezpieczniejszym dla każdego wyjściem było już zwinięcie się w kłębek i wtulenie w kufę braciszka, ale i tutaj jest pies pogrzebany, albowiem z gardła starszego Luzige z każdym oddechem wyrywało się głuchawe chrapnięcie, niekiedy budzące ich obu. Lawrence, śpiąc, niemiłosiernie zakłócał ciszę nocną swym chrapaniem. Na tyle, że Attano serdecznie dość już miała takiej zabawy.
Kilka kolejnych dni było łudząco podobne. Schemat działania dla obu wilków ten sam… Wstają, szukają źródła i po krótkim odpoczynku ruszają przed siebie, niezłomni w działaniach maszerują do ściemnienia. Jak dorwą królika, świętują. O mięso się nie kłócą, bo wprawdzie nie sensu tracić energii, gdy żylastego ciała zająca starczy na dwa kęsy. A jeśli natrafią na ślady sarny, to wytropią i napchają skurczone żołądki sycącym mięsem.
I żaden kolejny dzień nie byłby wyjątkiem, gdyby nie to, że stali teraz przed nazbyt znajomym dla Attano miejscem. Kroczyli tuż przy spadzie stromego osuwiska, omijając większe skały czy zerkając z ostrożnością na ciąg długiej, kamiennej skarpy tuż nad ich głowami. Wadera z początku niemal odruchowo odrzucała pewne wspomnienie i łudząco podobny widok nie brała na poważnie, tłumacząc to jedynie przypadkowym podobieństwem, ale gdy doszli do końca i wspięli się na szczyt w najmniej stromym punkcie, porządnie wkurwiona Attano zawarczała gardłowo. Dłuższe pobłażanie było szkaradnym w swej istocie czynem. I ten głupek powinien zrozumieć, że takie zagrywki nie są mile widziane. I w pizdu poszedł spokój, który budowali przez tygodnie.
- Lawrence, szybkie pytanie. Co my, do cholery, robimy na terenie obcej watahy?
Basior odpowiedział fuknięciem i stanięciem tuż przed nią, pyskiem zataczając koło tuż przy jej ślepiach. Wystarczyło ostrożne uniesienie zbolałych warg, by Attano dała za wygraną i z wściekłością w ślepiach opuściła gardę, wycofując się ściągnięciem uszu. Tylko skrajny idiota dążyłby do bezsensownej jatki. A za plecami kamienna wyrwa… Przeklęty cwaniaczek! Nie dał się zwieść jej zachowaniu, uprzednio upewniając się, by ta nie miała możliwości odwrotu. I choć doskonale zdawał sobie sprawę, że niegdyś już tutaj była, to z niezłomnym zapałem raz jeszcze chciał spróbować doczepić się do jakiejś sfory. I to akurat tej. Na cholerę im wataha?
- Ostatnim razem uciekłam stąd jak tchórz i oczekujesz, że raz jeszcze będę się ubiegać tutaj o miejsce? — wymamrotała niechętnie, ostrożnie rozglądając się na boki. Jeśli są tak blisko ich granic, kto wie, czy ich nie obserwują? Raz jeszcze wlepiła ciężkie spojrzenie w oblicze basiora. Wzrok starszego brata czule karciło jej zachowanie, choć z równoczesnym zmartwieniem obejmowało jej wychudzone boki - Drań! Była zima — warknęła wymijająco — Zresztą, ty też wyglądasz jak siedem nieszczęść, a sam widzisz, energii masz co niemiara. Uświniony pyłem traktu, wychudzony mrozem i z uśmiechem straceńca.
Basior wyszczerzył się niewinnie. Na tyle, by wzbudzić w Attano niejakie wątpliwości co do jego poczytalności.
- Dobrze wiemy, kto z naszej dwójki jest największym desperatem — gdzieś w koronach zakwiliło stado ptaków — A co ci tak właściwie szkodzi? Nie masz nic do stracenia. I z tego, co słyszałem, chyba nie chcieli cię przepędzić czy zagryźć.
Fuknęła przecząco, nieco zawstydzona. Natknęła się tu jedynie na uskrzydlonego medyka, który swobodnym tonem zaproponował jej zatrzymanie się w tutejszej okolicy na pewien czas. Stwierdził wówczas, że do niczego jej nie zmusza i nie wydawał się wrogo nastawiony, ale kto tam wie, co zamierzał… Napuściłby na nią nagonkę, zawołał znajomków lub otruł jakimś podejrzanym chabaźkiem? Cholera wie.
- Jeśli mam być szczery, przespałbym się w jakimś ciepłym miejscu bez strachu, że do mojego legowiska wtargną jakieś bestie lub obce wilki — uśmiechnął się basior, rozciągając zastałe barki. Stęknął, gdy coś strzyknęło mu pod karkiem — Nie chciałabyś trochę odpocząć, co?
- O czym ty…
- Bo ja chciałbym. Zwiedziliśmy całe pasmo górskie i pomału kończą nam się pomysły na kolejne wycieczki. I marzą mi się jeszcze regularne posiłki, wiesz?
- Nie wierzę, że mówi to taka powsinoga jak ty.
- Nawet powsinoga chciałby pospać w bezpiecznym miejscu! Przepraszam, kochanie, ale czasami obawiam się nawet ciebie! Kto wie, czy nie skoczysz mi do gardła podczas snu? — teatralnie udał omdlenie, zataczając oczyma szerokie koło — I co ja wtedy, biedny i pokaleczony, pocznę?
- Nie widzę tego — odparła, wyraźnie zmarkotniała całą tą sytuacją. Z trudem oddychała przez zaciśnięte kły — Nie chciałabym… Nie chciałabym, żeby inni widzieli… — z zaciśniętych warg wyrwał się rozeźlony skowyt — Z resztą, nie jest to istotne! Jeśli dzięki temu zdobędziemy trochę siły, to jestem gotowa na poświęcenie.
Lawrence ostrożnie doczłapał się do Attano i z ciężkim sercem wtulił pysk w miękką szczecinę siostry, tuż pod drążcym w nerwach podgardlem, ale ona nawet nie drgnęła, mrużąc jedynie chłodne ślepia w apatycznym namyśle. Jej serce waliło jak oszalałe i z każdą sekundą basior coraz bardziej żałował, że poruszył ten temat, ale czy była inna droga? Attano była chorobliwie uparta i jeszcze bardziej zawzięta; jedyną słuszną metodą było wzięcie jej z zaskoczenia. Bo w pełni świadoma nigdy by tutaj nie przyszła.
Z jednej strony Lawrence czuł się niewyobrażalnie winny, ale wrodzona siła i swawolna pycha szybko uspokoiła jego skołatany oddech; czy on chciał zrobić Attano krzywdę? Gotowy był oddać żywot w jej obronie. Walczyć do ostatniej kropli krwi, do ostatniej sprawnej kończyny i kła w tej głupiej, niewyparzonej gębie. Siostrzyczka miała charakter twardy jak stal, ale Lawrence z wyraźną łatwością odczytywał emocję na jej poharatanym pysku. Honor trzymany na wysokim piedestale, zacięcie broniony i pielęgnowany, nawet własnym kosztem. Chciał jej pokazać, że oprócz skwapliwie planowania zemsty i zbierania sił jest jeszcze życie. Jest radosny poranek, spokojny spacer i pełne adrenaliny polowanie, a nie tylko desperackie próby przeżycia w pochłoniętych śniegiem górach.
A w głowie Attano, jak gdyby nigdy nic, zajaśniał obraz krwistych plam na futrze i rozpalonych bólem warg. Krew nie była podobna do wody. Barwiła futro na rdzawe plamy, wgryzała się w białka ślepi i uświadamiała każdemu, jak nietrwała jest powłoka, w której zamknięto jego duszę. Woda zaś jest dwojaka w swej istocie i zamyśle; zbawia wysuszony jęzor i spragnione wilgoci nozdrza, ale zdolna jest, by zdusić i wyrwać z piersi ostatni dech. A krew tylko uświadamia i zostawia szramy. Nieważne już, czy spływa po tobie własna, czy czyjaś jucha. Krew to krew i krwią będzie każda ciecz okupiona czyimś cierpieniem. Wszak jak pozyskać posokę, nie czyniąc komuś szkody?
Wataha oznaczała wilki i w jakże prostej kalkulacji Attano — wilki oznaczają śmierć. Dziesiątki istot, gotowych rzucić się na ciebie z kłami, pazurami i otrzymanymi mocami. I to wszystko pod ciepłą i kolorową przykrywką złudnego szczęścia czy udawanej jedności. Bo szczerości nie odróżnisz od kłamstwa i jeśli ktoś tysiąc razy powie ci, jak bardzo miłuje twoją obecność, to w końcu uwierzysz. Poświęcisz swoje sekrety, odsłonisz część duszy i odkryjesz trzymane głęboko w sercu wspomnienia. Kto da gwarancję, że w odpowiednim czasie inni nie wykorzystają tego przeciwko tak brutalnie, niszcząc zbudowaną relację? Tego obawiała się Attano i ten lęk nękał jej duszę, coraz bardziej odbierając dech. Ileż można? Raz ktoś zdradził i do końca życia nie da się wyrwać z siebie tej okropnej podejrzliwości, dręczącej właściciela na każdym możliwym kroku? Choć chciała, nie potrafiła.
Drgnęła, wyrwana z ciężkich rozmyślań. Po szybkim wyswobodzeniu z objęć brata, nieznacznie uniosła powieki. Naprzeciwko, na szeroko rozstawionych łapach, stał zdrowo wyglądający wilczur.
- Przychodzimy w pokoju! — zaświergotał Lawrence, szczęśliwie unosząc spojrzenie. Wykrzywił pysk w przyjaznym uśmiechu i stanąwszy przed Attano, wyrównał krok — Czy jesteś członkiem watahy? Razem z moją drogą siostrą szukamy nowego domu i jesteśmy gotowi służyć alfie swoją siłą za bezpieczne schronienie.
Attano nie protestowała, słysząc taką prośbę. Pogodziła się już z nową rzeczywistością i jedynie wymamrotała ciche powitanie w stronę nieznajomego, unikając jego wnikliwego spojrzenia. Skryła się za wysokim bratem i jego czerwoną szczeciną, modląc się, by nieznajomy wilk nie zadał żadnych niewygodnych pytań skierowanych w jej stronę.
Ktośku?
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1514
Ilość zdobytych PD: 757 + 5% (38 PD) za długość powyżej 1000 słów.
Obecny stan: 795
- Ruchy, Lawrence. Jeszcze się utopisz w tej kałuży.
Karmazynek prychnął, fuknął i przyśpieszył, nerwowo kręcąc ogonem i jakże niezręcznie młócąc łapami w mulisku. Zerknęła w górę, tuż nad kwitnące pąki na gałęziach niewysokich chaszczy. Idzie pora letnia… Perspektywa ocieplenia była nad wyraz kusząca — więcej zwierzyny, mniej głodowania. I znacznie bardziej przyjemne noce, charakteryzujące się ciepłotą powietrza i przyjaznym dla nocującego otoczeniem. Lawrence, choć nie uważał się za wybrednego, dość już miał kulenia się w wychłodzonych wyrwach, starych gawrach czy na prędko wykopanych norach, skrytych pod grubą kołdrą śniegu. Jedynym źródłem ciepła był on sam, wszak Attano dużo ciepła do funkcjonowania nie wymaga, ale ogrzewanie siebie czy jej przy pomocy płomieni było ryzykowne… i męczące dla basiora, który przez cały czas musiał skupiać swą uwagę, by nikogo nie poparzyć. Attano wpierw by go udusiła, wyrwała pazurami tchawicę i na końcu finezyjnie zamordowała, wyciągając z jego truchła jeszcze gorejące i tętniące serce. A to wszystko zdarzyłoby się, gdyby nie był ostrożny i na jej profilu pojawiła się, choć drobniutka zmarszczka spowodowana oparzeniem... Lepszym i znacznie bezpieczniejszym dla każdego wyjściem było już zwinięcie się w kłębek i wtulenie w kufę braciszka, ale i tutaj jest pies pogrzebany, albowiem z gardła starszego Luzige z każdym oddechem wyrywało się głuchawe chrapnięcie, niekiedy budzące ich obu. Lawrence, śpiąc, niemiłosiernie zakłócał ciszę nocną swym chrapaniem. Na tyle, że Attano serdecznie dość już miała takiej zabawy.
Kilka kolejnych dni było łudząco podobne. Schemat działania dla obu wilków ten sam… Wstają, szukają źródła i po krótkim odpoczynku ruszają przed siebie, niezłomni w działaniach maszerują do ściemnienia. Jak dorwą królika, świętują. O mięso się nie kłócą, bo wprawdzie nie sensu tracić energii, gdy żylastego ciała zająca starczy na dwa kęsy. A jeśli natrafią na ślady sarny, to wytropią i napchają skurczone żołądki sycącym mięsem.
I żaden kolejny dzień nie byłby wyjątkiem, gdyby nie to, że stali teraz przed nazbyt znajomym dla Attano miejscem. Kroczyli tuż przy spadzie stromego osuwiska, omijając większe skały czy zerkając z ostrożnością na ciąg długiej, kamiennej skarpy tuż nad ich głowami. Wadera z początku niemal odruchowo odrzucała pewne wspomnienie i łudząco podobny widok nie brała na poważnie, tłumacząc to jedynie przypadkowym podobieństwem, ale gdy doszli do końca i wspięli się na szczyt w najmniej stromym punkcie, porządnie wkurwiona Attano zawarczała gardłowo. Dłuższe pobłażanie było szkaradnym w swej istocie czynem. I ten głupek powinien zrozumieć, że takie zagrywki nie są mile widziane. I w pizdu poszedł spokój, który budowali przez tygodnie.
- Lawrence, szybkie pytanie. Co my, do cholery, robimy na terenie obcej watahy?
Basior odpowiedział fuknięciem i stanięciem tuż przed nią, pyskiem zataczając koło tuż przy jej ślepiach. Wystarczyło ostrożne uniesienie zbolałych warg, by Attano dała za wygraną i z wściekłością w ślepiach opuściła gardę, wycofując się ściągnięciem uszu. Tylko skrajny idiota dążyłby do bezsensownej jatki. A za plecami kamienna wyrwa… Przeklęty cwaniaczek! Nie dał się zwieść jej zachowaniu, uprzednio upewniając się, by ta nie miała możliwości odwrotu. I choć doskonale zdawał sobie sprawę, że niegdyś już tutaj była, to z niezłomnym zapałem raz jeszcze chciał spróbować doczepić się do jakiejś sfory. I to akurat tej. Na cholerę im wataha?
- Ostatnim razem uciekłam stąd jak tchórz i oczekujesz, że raz jeszcze będę się ubiegać tutaj o miejsce? — wymamrotała niechętnie, ostrożnie rozglądając się na boki. Jeśli są tak blisko ich granic, kto wie, czy ich nie obserwują? Raz jeszcze wlepiła ciężkie spojrzenie w oblicze basiora. Wzrok starszego brata czule karciło jej zachowanie, choć z równoczesnym zmartwieniem obejmowało jej wychudzone boki - Drań! Była zima — warknęła wymijająco — Zresztą, ty też wyglądasz jak siedem nieszczęść, a sam widzisz, energii masz co niemiara. Uświniony pyłem traktu, wychudzony mrozem i z uśmiechem straceńca.
Basior wyszczerzył się niewinnie. Na tyle, by wzbudzić w Attano niejakie wątpliwości co do jego poczytalności.
- Dobrze wiemy, kto z naszej dwójki jest największym desperatem — gdzieś w koronach zakwiliło stado ptaków — A co ci tak właściwie szkodzi? Nie masz nic do stracenia. I z tego, co słyszałem, chyba nie chcieli cię przepędzić czy zagryźć.
Fuknęła przecząco, nieco zawstydzona. Natknęła się tu jedynie na uskrzydlonego medyka, który swobodnym tonem zaproponował jej zatrzymanie się w tutejszej okolicy na pewien czas. Stwierdził wówczas, że do niczego jej nie zmusza i nie wydawał się wrogo nastawiony, ale kto tam wie, co zamierzał… Napuściłby na nią nagonkę, zawołał znajomków lub otruł jakimś podejrzanym chabaźkiem? Cholera wie.
- Jeśli mam być szczery, przespałbym się w jakimś ciepłym miejscu bez strachu, że do mojego legowiska wtargną jakieś bestie lub obce wilki — uśmiechnął się basior, rozciągając zastałe barki. Stęknął, gdy coś strzyknęło mu pod karkiem — Nie chciałabyś trochę odpocząć, co?
- O czym ty…
- Bo ja chciałbym. Zwiedziliśmy całe pasmo górskie i pomału kończą nam się pomysły na kolejne wycieczki. I marzą mi się jeszcze regularne posiłki, wiesz?
- Nie wierzę, że mówi to taka powsinoga jak ty.
- Nawet powsinoga chciałby pospać w bezpiecznym miejscu! Przepraszam, kochanie, ale czasami obawiam się nawet ciebie! Kto wie, czy nie skoczysz mi do gardła podczas snu? — teatralnie udał omdlenie, zataczając oczyma szerokie koło — I co ja wtedy, biedny i pokaleczony, pocznę?
- Nie widzę tego — odparła, wyraźnie zmarkotniała całą tą sytuacją. Z trudem oddychała przez zaciśnięte kły — Nie chciałabym… Nie chciałabym, żeby inni widzieli… — z zaciśniętych warg wyrwał się rozeźlony skowyt — Z resztą, nie jest to istotne! Jeśli dzięki temu zdobędziemy trochę siły, to jestem gotowa na poświęcenie.
Lawrence ostrożnie doczłapał się do Attano i z ciężkim sercem wtulił pysk w miękką szczecinę siostry, tuż pod drążcym w nerwach podgardlem, ale ona nawet nie drgnęła, mrużąc jedynie chłodne ślepia w apatycznym namyśle. Jej serce waliło jak oszalałe i z każdą sekundą basior coraz bardziej żałował, że poruszył ten temat, ale czy była inna droga? Attano była chorobliwie uparta i jeszcze bardziej zawzięta; jedyną słuszną metodą było wzięcie jej z zaskoczenia. Bo w pełni świadoma nigdy by tutaj nie przyszła.
Z jednej strony Lawrence czuł się niewyobrażalnie winny, ale wrodzona siła i swawolna pycha szybko uspokoiła jego skołatany oddech; czy on chciał zrobić Attano krzywdę? Gotowy był oddać żywot w jej obronie. Walczyć do ostatniej kropli krwi, do ostatniej sprawnej kończyny i kła w tej głupiej, niewyparzonej gębie. Siostrzyczka miała charakter twardy jak stal, ale Lawrence z wyraźną łatwością odczytywał emocję na jej poharatanym pysku. Honor trzymany na wysokim piedestale, zacięcie broniony i pielęgnowany, nawet własnym kosztem. Chciał jej pokazać, że oprócz skwapliwie planowania zemsty i zbierania sił jest jeszcze życie. Jest radosny poranek, spokojny spacer i pełne adrenaliny polowanie, a nie tylko desperackie próby przeżycia w pochłoniętych śniegiem górach.
A w głowie Attano, jak gdyby nigdy nic, zajaśniał obraz krwistych plam na futrze i rozpalonych bólem warg. Krew nie była podobna do wody. Barwiła futro na rdzawe plamy, wgryzała się w białka ślepi i uświadamiała każdemu, jak nietrwała jest powłoka, w której zamknięto jego duszę. Woda zaś jest dwojaka w swej istocie i zamyśle; zbawia wysuszony jęzor i spragnione wilgoci nozdrza, ale zdolna jest, by zdusić i wyrwać z piersi ostatni dech. A krew tylko uświadamia i zostawia szramy. Nieważne już, czy spływa po tobie własna, czy czyjaś jucha. Krew to krew i krwią będzie każda ciecz okupiona czyimś cierpieniem. Wszak jak pozyskać posokę, nie czyniąc komuś szkody?
Wataha oznaczała wilki i w jakże prostej kalkulacji Attano — wilki oznaczają śmierć. Dziesiątki istot, gotowych rzucić się na ciebie z kłami, pazurami i otrzymanymi mocami. I to wszystko pod ciepłą i kolorową przykrywką złudnego szczęścia czy udawanej jedności. Bo szczerości nie odróżnisz od kłamstwa i jeśli ktoś tysiąc razy powie ci, jak bardzo miłuje twoją obecność, to w końcu uwierzysz. Poświęcisz swoje sekrety, odsłonisz część duszy i odkryjesz trzymane głęboko w sercu wspomnienia. Kto da gwarancję, że w odpowiednim czasie inni nie wykorzystają tego przeciwko tak brutalnie, niszcząc zbudowaną relację? Tego obawiała się Attano i ten lęk nękał jej duszę, coraz bardziej odbierając dech. Ileż można? Raz ktoś zdradził i do końca życia nie da się wyrwać z siebie tej okropnej podejrzliwości, dręczącej właściciela na każdym możliwym kroku? Choć chciała, nie potrafiła.
Drgnęła, wyrwana z ciężkich rozmyślań. Po szybkim wyswobodzeniu z objęć brata, nieznacznie uniosła powieki. Naprzeciwko, na szeroko rozstawionych łapach, stał zdrowo wyglądający wilczur.
- Przychodzimy w pokoju! — zaświergotał Lawrence, szczęśliwie unosząc spojrzenie. Wykrzywił pysk w przyjaznym uśmiechu i stanąwszy przed Attano, wyrównał krok — Czy jesteś członkiem watahy? Razem z moją drogą siostrą szukamy nowego domu i jesteśmy gotowi służyć alfie swoją siłą za bezpieczne schronienie.
Attano nie protestowała, słysząc taką prośbę. Pogodziła się już z nową rzeczywistością i jedynie wymamrotała ciche powitanie w stronę nieznajomego, unikając jego wnikliwego spojrzenia. Skryła się za wysokim bratem i jego czerwoną szczeciną, modląc się, by nieznajomy wilk nie zadał żadnych niewygodnych pytań skierowanych w jej stronę.
Ktośku?
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1514
Ilość zdobytych PD: 757 + 5% (38 PD) za długość powyżej 1000 słów.
Obecny stan: 795
Subskrybuj:
Posty (Atom)



Szczeniaki