Płeć: Wadera | Wiek: 3 lata | Rasa: Wilk | Ranga: Delta | Poziom: 1 (1573/3000 PD) | Stanowisko: Nauczyciel medycyny | Zaopatrzeniowiec Właściciel: Ross [Howrse] Hooty#2968 [DC] shiru.wilczek@gmail.com [gmail] Autor: Art należy do właściciela postaci
:Aktualności
.Blog przechodzi obecnie renowację
.Już niebawem pojawią się nowości
:Pogoda
Obecna pora roku ~ Jesień
.Temperatura waha się między 10+ a 0- stopni Celcjusza
.Zmiana pory roku nastąpi 15.12.2022
Liczba wilków ~ 27
Wadery ~ 18 + 1 NPC
Basiory ~ 7 + 4 NPC
Szczeniaki ~ 1
Nieobecni: Brak
~Serdecznie zapraszamy♥~
sobota, 8 października 2022
piątek, 7 października 2022
Od Eowiny c.d. Yneryth’a ~ Zagubienie [cz.2]
Eowina obserwowała białego basiora i pomyślała, że w sumie to jakieś informacje mogła wyciągnąć od niego. W sumie to zawsze jakieś nawiązanie komunikacji. Jakby teraz mogła, pacnęłaby się łapą w pysk, ale nie chciała ośmieszyć się na oczach basiora.
- To jest żałosne - Pomyślała komentując swoje braki umiejętności z komunikacją. Wstała i zastanawiając się, czy się odezwać przestąpiła z łapy na łapę.
- Może opowiesz mi coś o watasze? - W końcu raczyła się odezwać przywdziewając swój beznamiętny wyraz pyska. Ulokowała swój wzrok na miejscu, gdzie powinien być basior. Już zdążyła się zorientować, że posiadał moc jednoczenia się z otoczeniem.
- O tej watasze? – Zapytał z lekkim zdziwieniem. – Mogę ci coś powiedzieć, tylko pytanie, co chciałabyś usłyszeć. - Może nie było tego widać, ale poczuła lekką irytację.
- A o jakiej? - Jej wzrok wreszcie nabrał jakiegoś wyrazu, a dokładniej pytającego.
- Dokładniej interesuje mnie na co powinnam uważać, jakie są obopólne zasady, twoje zdanie na temat watahy. - Wyliczyła i podeszła bliżej.
- W szczególności powinnaś zwracać uwagę na to, co robisz. Są wilki, które będą okradały cię z własnego czasu. Generalnie powinnaś być lojalna alfie i bla, bla, bla wykonywać obowiązki. Nie jestem związany z tą ziemią ani mieszkańcami, jeżeli o to pytasz. Choć niektórych nawet polubiłem. – Odpowiada, pojawiając się skierowany pyskiem ku waderze. Skierowała pysk w kierunku, gdzie pojawił się basior. Kiwnęła minimalnie łbem dodając sobie animuszu, że dobrze zgadła, gdzie wilk stał, mimo że nie było go widać. Pozwoliła sobie podejść jeszcze kawałek zachowując komfortową odległość.
- Wiesz, dużo to się nie dowiedziałam, a część sama mogłam się domyślić. - Przekręciła oczami. Uważniej przyglądając się wilkowi zapamiętując zapach i postać.
- Nie pytałam o twoje relacje, a uwagi czego powinnam się wystrzegać lub może kogo. - Wilk dla mnie mówił zbyt ogólnikowo i w ogóle nic się nie dowiedziała.
- Masz rację, ale nie jest łatwo odpowiedzieć na tak otwarte pytanie. Zechciałabyś je skorygować? - Opowiedział ogólnie tak jak ona zadała pytanie.
- Już precyzuje. W każdej społeczności jest tak zwana czarna owca, jaka jest tutaj? - Spojrzała na watahę spędzająca spokojnie czas niedaleko ich.
- A co powiesz o alfie? - Nie pozwoliła mu dokończyć, powiem nasunęło jej się od razu pytanie, gdy tylko jej uwagę przykuła tutejsza alfa, którą zdążyła już jako tako poznać. Czuła się przy niej jakoś dziwnie, nie przywykła, gdy ktoś tak otwarcie ją traktował. Zawsze w stosunku do niej zachowywano dystans, więc i ona tak innych traktowała. Uważał, że to normalna kolej rzeczy poznając obce stworzenia. Nie zwróciła uwagi co mówił jej towarzysz rozmowy, bo właśnie całą uwagę skupiła na alfie i trochę odpłynęła.
PODSUMOWANIE
Ilość słów: 415
Ilość zdobytych PD : 207
Obecny stan; 207 PD
czwartek, 6 października 2022
Od Naharys'a ~ Event Wakacyjny (Pisarski -Plażowy dzień)
Jak to mogło być możliwe? Wydawać się mogło, że zaledwie wczoraj była surowa, bezwzględna zimna, która wystawiała wszystkich na próbę śmierci i przetrwania. A dzisiaj? Słońce, które zaledwie wyłoniło się zza wschodniego widnokręgu, potrafiło przypiec... i to dość konkretnie. Lato to czas, kiedy każdy marzył o wypoczynku na rozgrzanym od promieni piasku, bądź zamoczeniu futerka w przyjemnie chłodnej wodzie, w spokojnie płynącym nurcie rzeki. Na dodatek Alfa, ku spełnieniu owego marzenia o wypoczynku, zorganizowała wspólną, watahową imprezę na Plage Sud. Jak jedna wielka rodzina, nikt dzisiejszego dnia nie miał prawa być sam, a przywilej dobrej zabawy był w zasięgu każdego. Mimo tego, Naharys nie chciał ruszać się z leża, zakopany pod grubymi i wygodnymi futrami, nawet do głowy mu nie przyszło, aby gdziekolwiek iść. Miał ochotę ten dzień przeznaczyć na pełnoprawne leniuchowanie... lecz z drugiej strony, nie wypada odmawiać Alfie towarzystwa na dzisiejszej imprezie. Później jednak, do powstania - co prawda, niechętnego - ostatecznie... szukam słowa... wyperswadowały jego dzieci. Ereden pakując rzeczy do skórzanej torby, napomknął ojcu o dzisiejszym spotkaniu, a Shori zaś, z uroczo wetkniętym białym kwiatem za lewym uchem, oznajmiła melodyjnym tonem.
- To już dzisiaj! Wakacje już są z nami!
Naharys nadal udawał, że pogrąża się w przyjemnym śnie, kątem oka zaś, dyskretnie obserwował poczynania wilków. Nie dane mu było jednak nacieszyć się owym stanem zbyt długo, bo syn niecierpliwie szturchnął ojca w ramię.
- Tato, chodź z nami! Dzień jest ładny, a na plażę zlatuje się cała wataha. Nie gadaj, że będziesz próbował trenować, bo nikogo na poligonie nie spotkasz.
Naharys mruknął coś niezrozumiale pod nosem, ziewnął głośno ukazując rząd długich zębów. Potarł łapą zmęczone oczy, po czym z uwagą rozejrzał się po wnętrzu jaskini.
- Gdzie Mystic? - zapytał nagle, jakby ożywiony.
- Spokojnie, jeszcze sobie śpi w przedsionku obok - odpowiedziała za Ereden'a wesoła Shori, która poprawiając kwiatek za uchem, rozpostarła nagle skrzydła, gotowe do startu. - Będę czekała na was przy granicy Plague Sud z całym jedzeniem. Doprowadźcie tymczasem tatę do porządku.
- Że co? Jak?! Już wstaję, no już. - odparł Naharys, wstając na równe łapy i przeciągając się z chrzęstem w kościach i kręgach.
Uroki posiadania dzieci, pomyślał Naharys, ziewając przeciągle. Jednakże za nic, nawet za skarby całego świata, nie oddałbym ich. Za bardzo kocham te urwisy.
Leniwymi krokami podszedł do Ereden'a i pomógł mu w pakowaniu rzeczy do skórzanej torby, w trakcie, gdy nagle z przedsionka wyłoniła się granatowo niebieska głowa Mystic, którego zapewne zbudziły odgłosy przygotowań.
- Jaaaawn! - ziewnął Mystic. - Co się stało? Czemu się pakujecie? Gdzie idziecie?
Basiorek, jakby dostał nagłego dziecięcego szału, zaczął zasypywać wszystkich pytaniami - jak to szczeniak.
- A gdzie jest ta Plauge Sud? Co tam będziemy robić? Czy tam będą inne szczeniaki? A czy tam będę mógł się wykąpać?
- Tak, tak będziesz mógł się tam wykąpać - odparł po chwili Naharys, kręcąc dyskretnie oczami - Ereden spostrzegł to jednak i zachichotał cicho pod nosem.
Swoją ciepłą, przytulną i przestronną jaskinie opuścili dopiero koło wczesnego południa - A gdy Naharys wychylił czubek swego nosa, od razu poczuł na nim przyjemne ciepło prażącego słońca. Niecały kilometr dalej spostrzegli dwójkę wilków, zmierzających na południe - Hinatę i Tarou, którzy szepcząc coś między sobą, nawet ich nie zauważyli. Albo byli tak zajęci rozmową, albo wiejący wiatr był zbyt słaby, aby zapach Naharys'a dotarł wraz z nim do ich nozdrzy. W końcu Hinata spojrzał w ich stronę - Biały wilk pomachał w ich stronę, a oni odwzajemnili się tym samym, krzycząc jednocześnie słowa powitania. Czy istnieje jakieś złe coś, co zakłóci tę wakacyjną sielankę? Czy w tym dniu zaiskrzy coś, co załamie czar letniej imprezy? Tego niebawem się dowiemy.
Choć Naharys nie zapuszczał się w te strony (nawet w trakcie zwiedzania w dniu jego wcielenia w szeregi watahy), ale musiał przyznać, że plaża robiła zaskakujące wrażenie. Słońce na tle błękitnego, ogołoconego z chmur nieba, rzucało gorące promienie na złoty, spalony ciepłem piasek - woda, czysta jak ten kryształ, odbijała od swej powierzchni słoneczne światło, co dawało efekt połysku w trakcie jej marszczenia. Na brzegu morza można było znaleźć wiele rodzajów muszelek ( które też Mystic zbierał z ogromnym zapałem ), po piasku spacerowały swobodnie morskie kraby, które nie miały nic przeciwko towarzystwa wielu wilków, w górze natomiast kołowały z wrzaskiem białoszare mewy.
- No i to ja rozumiem! - rzekł z młodzieńczym zadowoleniem Ereden - Słońce, piasek i tak wiele możliwości na odpoczynek. Czego chcieć więcej?
- Cienia - burknął pod nosem Naharys, kiedy ze zmarszczoną połową pyska, przymrużał oko, bo promienie słońca skutecznie go oślepiały. Shori i Sininen postanowiły poszybować wraz z gromadą mew po niebie, jako element rozgrzewki przed kąpielą. Ereden entuzjastycznie i w podskokach pobiegł do swej ciotki, która zajęta była rozmową ze swoją małą współpracownicą Itami... a gdzie była Itami, tam musiał być i Atrehu. Rudy samiec pojawił się nagle, zza zasłony wysokich krzewów i powitał obie wadery zawadiackim uśmiechem, błyszcząc przy tym bielą swych długich zębów. Dalej, skryty w cieniu palm, wyglądał Yneryth, który swym bystrym wzrokiem obserwował całą plażę, przy odrobinie chłodnego napoju w wyciętej skorupie kokosu. Co jakiś czas potrząsał nim łapą. Po chwili, do beztroskiego lotu Sini i Shori, przyłączył się Niko, a zaraz po nim Noiter i czworga wilków urządziła sobie powietrzny wyścig. Gdzieś z boku, Pawona, ciesząc się w pełni z promieni słońca, wyłożyła się na rozkosznie ciepłym piasku (zgodnie z jej upodobaniami), a kiedy podszedł do niej Ereden, zajęła się również rozmową z nim; Naharys był jednak ciekaw, o czym mogliby tak konwersować z podejrzanie dziwnymi uśmiechami na pyskach. Lonya poszła w ślad za swoim bratankiem i przyłączyła się do dwójki wilków, tym samym Naharys odruchowo wrócił wzrokiem do Atrehu, który tym czasem zajmował Itami namiętnym pocałunkiem - Naharys pokręcił głową, przekręcając oczami ~ Cały nasz Atrehu...
W końcu biały wilk zajął miejsce w cieniu wysokich skał, ostro wystających niczym wyrwane zęby olbrzymiego potwora - ułożył się na wilgotnej, kamienistej ziemi i z satysfakcjonującym uśmiechem obserwował powietrzne zabawy dzieciaków. Mystic zdołał zapełnić torbę muszelkami, co z resztą specjalnie przywędrował do białego wilka, aby się mu nimi pochwalić.
- Dobra robota... - zaczął Naharys, lecz nadal miewał problemy z wypowiedzeniem jednego, prostego słowa. Prostego, aczkolwiek mocno wiążącego słowa. -... synu - szepnął pod nosem, aby Mystic nie usłyszał. Zawsze tłumaczył sobie, że to sytuacja, która wymaga od niego czasu - sytuacja ostatecznej akceptacji. Nie wahał się natomiast przytulić do siebie basiorka.
- Tato, idziemy razem poszukać muszelek? - rzucił entuzjastycznie Mystic, zamiatając przy tym piasek swym ogonem - jest ich jeszcze tyle do zbierania!
- Z pewnością! Zapewne też nie udźwigniemy ich wszystkich - odparł ze śmiechem Naharys. - Na razie ruszaj zbierać samemu, albo poproś Ereden'a, aby ci pomógł. Niebawem do was dołączę.
- Oh, ale ja chcę, abyś był przy mnie! Mówię Ci, będzie zabawa!
Naharys spojrzał znacząco na Mystic'a - musiał przyznać, że źle znosił odmowy, dlatego jedynym jego sposobem na zdobycie tego, co chciał, było trwaniem przy swoim zdaniu, nawet jeśli liczyło się to z kłótnią - biały wilk zaobserwował to w nim już od jakiegoś czasu.
- Za niedługo dołączę do was - powtórzył mimo tego Naharys, nie tracąc przy tym spokojnego, cierpliwego tonu. - Po prostu muszę pomyśleć. Czy mógłbyś mnie zostawić na chwilę?
- No dobrze, ale przyjdziesz, dobrze?
Naharys potwierdził, kiwając pewnie głową. Odstawił skórzaną torbę, wypchaną po brzegi rozmaitymi muszelkami, które z pustym, charakterystycznym stukotem obijały się o siebie, a chwycił za następny i popędził w stronę plaży. Naharys wyczuwał, jak w jego chodzie tryska energia - młodzieńcza energia i szczęście - basior odczuwał wręcz łaskoczącą serce satysfakcję z faktu, że zdołał zapewnić Mystic szczęśliwe, szczenięce życie, pomimo przeżytych strat.
Po chwili jednak satysfakcja zelżała, ustąpiła miejscu pewnemu uczuciu, którego wcześniej nie miał okazji doświadczyć - być może dlatego, że na co dzień, rutyna watahowego oficera zapełniała jego życie - sam wcześniej nie umiał tego nazwać. Tęsknoty? Za dawnymi szczenięcymi latami? Być może, drogi czytelniku. Szczenięce lata są godne wspomnień i tęsknot, w obliczu dorosłego, niezbyt kolorowego życia, pełnego zmartwień. Niech Mystic cieszy się szczenięcymi latami.
Dawniej mawiało się "Tak bardzo chcę być dorosłym!" a nawet nie miało się najmniejszego pojęcia, czego tak na prawdę się życzyło. Uśmiech jednak pojawił się nagle na pysku białego wilka ~ może, iż nie jestem już szczenięciem, drogi Mystic, lecz to nie oznacza, że nie mogę w sobie obudzić jego duszy. Naharys, wstając na równe łapy, wstrząsnął z futra drobinki piasku, po czym chcąc ruszyć w ślad za Mystic, lecz jego oczom ukazał się takowy obraz; Z zachodu i południa poczęły nadciągać czarne, bure i burzliwe chmury, w nienaturalnym i zastraszającym tempie. Były tak gęste, tak czarne, że gdy te przysłoniły swą masą cały talon słońca, wydawać się mogło, iż nastała noc. Wiatr, wcześniej łagodnie powiewający po całej plaży, teraz nabrał porywistego rozpędu, szarpiąc przy tym futrem bez litości. W powietrzu, prócz intensywnej woni niepokoju innych wilków, dało się także wyczuć podejrzliwą moc, która pojawiła się wraz z grzmotem burzy. Naharys zerwał się z miejsca, a jedyne co świszczało mu w głowie, to myśl o młodych; panował tak gęsty mrok, że sprzed oczu praktycznie zniknęła cała plaża...
Rozpętał mrok wokół siebie rozbłyskiem płomieni, które wystrzeliły z jego łapy, a rzucany okrągły blask na piasek migotał w rytmie ich tańca.
- Ereden! Sini! Shori! - krzyknął Naharys, starając się wychwycić jakikolwiek znak, oznakę, że ktoś zebranych na plaży pozostał przy życiu. - Mystic!
Zamiast odzewu, słyszał niepokojące zawołania członków watahy. Gdzieś, w kotłującej się mieszaninie odgłosów, starał wychwycić ten jedyny - w tamtym momencie myślał o Atrehu. Wiedział, że gdy odnajdzie przyjaciela, z pewnością obaj coś wymyślą, aby dojść do prawdy o dziwnym zjawisku... i co ono może oznaczać. Po chwili, w ślad za jego płomieniami, które stanowiły jedyne źródło światła w tej pogiętej sytuacji, zaczęły schodzić się wilki z watahy. Między innymi Belief, Shani, Atrehu, Noiter, Lawrence, Hinata, Lonya, Itami... spojrzał się im wszystkim w oczy, a jedynie co zdołał ujrzeć, to niepokój w ich odbiciu. Niepokój przemieszany z dezorientacją. Sam Naharys musiał wyglądać podobnie, a nawet czuł się tak samo. Po chwili zjawił się też Niko, Copycat, Attano i Eowina, a także Nabi w towarzystwie Shori, która służyła jej pomocą w obliczu jej ślepoty.
Gdzie Sininen i Ereden? Gdzie Mystic? Płomień nabrał rozmiarów, aby rzucał większy pierścień światła, by Naharys mógł wśród zebranych spostrzec ich obecność.
- Ereden! Sini? Odezwijcie się! Mystic! Dajcie jakiś znak!
- Nie ich tutaj! - odezwał się po chwili Atrehu.
- Sininen! - zawołała równie przerażona Shori.
Stojąc tak w blasku płomieni, utracił kontakt z całym światem, wydawało mu się, że na całe jego ciało opadła czarna płachta. Momentami przed jego oczami przemijał obraz twarzy Ereden'a, Sininen i Mystic, nawet nie starał się pogodzić z tym, że ich tutaj nie ma. Czyżby wariował? Być może... bowiem, nic, doprawdy nic nie jest w stanie wyprowadzić rodzica z równowagi, jak możliwość zagrożenia zdrowia, czy nawet życia jego dzieci. Uwierzcie mi na słowo, w tamtym momencie Naharys trząsł się z gniewu i rozpaczy.
- Tato! - odezwała się Shori. Ta słodka, mała Shori, której to oczy potrafiły każdego wprowadzić w stan głębokiego zauroczenia. - Odnajdą się, prawda? Muszą się odnaleźć.
I tymi słowy zbliżyła policzek do jego szyi, objęła czule łapami masywny kark Naharys'a, któremu ciepło na nowo wlało się do serca.
- Tak, znajdą się, na pewno - odparł i bez krępacji przygarnął Shori do siebie.
Nie czekali zbyt długo na zmiany - nastała chwila mroku, aby po chwili niebo zalało się morzem ciemnokarmazynowej czerwieni i wszystkie wilki ujrzały słońce. Nie to samo, złote, rzucające ciepłe promienie na rozgrzany piasek. Było ono czerwone, rzucające krwawe strugi nieprzyjemnego światła, które odbijały się od czarnej morskiej wody, szkarłatnym błyskiem.
Ten widok zostanie nam zapamiętany do końca naszych dni~ pomyślał ze zgrozą Naharys, kiedy skupił wzrok na czerwonym talonie.
- Co to, do cholery, ma być?! - wydusił z siebie Yneryth.
- Mamo, co mamy robić? - zapytał się Niko stojącej obok Rene.
- Kochani, utwórzcie dwurzędową kolumnę i wszyscy biegiem w stronę mojej jaskini, tam powiem wam, co dalej! - zawołała do tłumu zmartwiona Rene.
W trakcie, gdy reszta wilków posłusznie wykonała polecenie Alfy, Naharys nie mógł ruszyć się z miejsca, nadal ściskając policzek Shori do swej piersi. Piersi, w której serce łomotało o ściany żeber, niczym galopujący ogier. Rene, widząc bezczynność Naharys'a, zwróciła się do niego.
- Naharys'ie, ciebie też dotyczy to polecenie!
Basior nie spojrzał nawet na Władczynię - ze wzrokiem wbitym w krwawiące słońce, pokiwał stanowczo głową.
- Nigdzie się nie ruszę, dopóki nie upewnię się, że trójce moich dzieci nie grozi żadne niebezpieczeństwo! - odwrócił głowę w stronę wadery. - Nikt mnie nie powstrzyma!
- Naharys'ie, proszę chodź z nami, poszukiwania w pojedynkę nie są bezpieczne.
- Nie będę stał, ani uciekał jak tchórz, gdy Sini, Ereden i Mystic potrzebują mojej pomocy! Gdzież są teraz?!
- Nie pomożesz im w pojedynkę! - powtórzyła stanowczo Rene, lecz zaraz obok niej pojawił się rudy basior. Przyjaciel i kompan wielu podróży.
- Nikt nie powiedział, że sam! - wtrącił Atrehu ochoczo, wypinając przy tym odważnie pierś - Jakim bym był mentorem w oczach mojej uczennicy - kontynuując wypowiedź, zerknął znacząco na przytuloną do piersi białego basiora Shori i puścił jej oczko - gdybym nie pomógł w odnalezieniu jej rodzeństwa!
- Zdajecie sobie, że to już nie zabawa? - rzuciła ostrzegawczo Alfa - Nie wiemy, co się dzieje i co oznacza ta nagła zmiana słońca... i co też może się z tym wiązać. To już nie zabawa w kotka i myszkę, to poważna sprawa. Jestem za was odpowiedzialna, więc postępujcie według moich poleceń!
- Shori - zwrócił się Naharys do wadery - Idź z Rene i resztą do jej jaskini, proszę. Ja i wujaszek Atrehu wrócimy z powrotem. Z Ereden'em, Sini i Mystic.
- Naharysie! - uniosła się Alfa.
- Z całym szacunkiem, Alfo - odparł odważnie basior - Nie zostawię moich dzieci w potrzebie.
Shori zaoferowała też swoją pomoc, ale Naharys miał ku temu pewne zastrzeżenia.
- Chmurko, nie chcę, aby i tobie coś się stało - powiedział Naharys. W jego tonie wyraźnie dźwięczało zmartwienie, przemieszane z napięciem i lękiem. - Wracaj do Alfy. Czyniąc to, bardzo mi pomożesz, skarbie.
- Tato, ale też siedząc bezczynnie, nie zdołam pomóc Sini i Ereden'owi.
- Twój ojciec ma rację - wtrąciła się Rene, kładąc łapę na ramieniu Shori. - Bardziej mu pomożesz, zostając z nami. Liczę, że Naharys i Atrehu szybko uporają się z zadaniem, i wrócą do nas, aby przeczekać to dziwne zjawisko.
- Słuchaj, co mówi nasza Pani - dołączył się Atrehu - A my wrócimy szybko, niż sobie wyobrażasz. Albo nie jestem synem Alfy.
Przed wymarszem w głąb mroku i krwawego blasku, Itami podbiegła do rudego basiora, wyszeptała coś do niego, po czym obdarowała go ciepłym całusem w policzek. Basior, w odpowiedzi na ten ciepły gest, pieszczotliwie przejechał łapą po smukłej szyi wadery. Rudy odegrał się swoim, ale dość namiętnym pocałunkiem w usta, które po chwili chłonął, niczym skórę słodkiego owocu. Gdy odsunął od niej pysk, również szepnął coś na ucho drobnej wadery, której policzki spłonęły żywym rumieńcem, jakże widocznym, nawet w czerwonym blasku anomalnego słońca. Nie wiedzieć czemu, pustka jaka pojawiła się w sercu Naharys'a, od czasu utraty Piny, odezwała się nagle nieprzyjemnymi reperkusjami. W tamtym momencie, biały wilk widział Atrehu i Itami, nie jako przyjaciół - lecz jako siebie wraz ze swoją ukochaną, która urodziła mu dwójkę zdrowych i silnych urwisów. Otworzyła swoje serce dla podlotkę Shori, a także zarażała pozytywnym ciepłem basiora, kiedy czuł, że piętno złego humoru odcisnęło się na nim wyraźnie.
- Masz pomysł, od czego powinniśmy zacząć poszukiwania? - zapytał Atrehu.
Naharys zadarł nos do góry, aby móc wychwycić chociaż ślady ostatniego pobytu trójki zagubionych - zapach doprowadził go do cienia wysokiej palmy, w cieniu której parę wyrwanych piór ze skrzydeł Sininen. Leżały wśród plam krwi, które zdążyły wsiąknąć w piasek. To była krew Ereden'a.
~ Moje dzieci są ranne! - pomyślał z przerazą Naharys. Przeraza, która skutecznie przyciemniała rozsądek, lecz także otwierała go na nową determinację, której nie w sposób mógł zapanować.
- Oni są ranni! - odezwał się do rudego basiora - Kur*a mać, jakiś drań ich skrzywdził!
- Uspokój się! To są na razie poszlaki! - odparł Atrehu uspokajającym tonem - Nie zakładaj najgorszego, nigdzie nie widać ciał.
- Nie rozumiesz! Ereden może teraz gdzieś krwawić, albo już wykrwawia się na śmierć! O! bogowie, wskażcie mi jakąś drogę, gdzie oni mogą być...
- Naharys, uspokój się, mówię Ci, to pomoże. Dobrze, a teraz razem wychwyćmy jakieś nowe ślady. No dalej, węszmy!
Naharys'owi, pomimo wysokiej samokontroli swych emocji, trudno mu było opanować kotłującą się wewnątrz niego wściekłość i rozpacz, ale z drugiej strony, Atrehu miał rację ~ Muszę się uspokoić i skupić węch na innych śladach. W nerwach nic nie zdziałam. Wziął kilka głębokich wdechów, ciężko wydychał przez usta z donośnym gardłowym warknięciem. Nic to nie dało, wręcz przeciwnie - czas, który zamiast poświęcić na poszukiwania, zmarnował go, usilnie próbując opanować emocje.
- Nie uspokoję się, dopóki nie zobaczę ich całych i zdrowych!
W trakcie ćwiczeń oddechowych, jego nos zarejestrował kolejny ślad - w pobliżu Arbre Divin, samotnie rosnące drzewo na środku samotnej wysepki, które otoczone było wodami - przybierającymi w blasku słońca krwawy odcień - jeziora, pełnego ryb. Jednakże to nie był ostateczny cel poszukiwań, bowiem kolejne ślady, jakie odnalazł przy brzegu jeziora - wyglądały one, jakby ktoś kogoś ciągnął po ziemi. Cudze pazury rozorały delikatną ziemię, tworząc w niej długie i zakrzywione szramy.
- Nos mi podpowiada, że tędy był ciągnięty Ereden - powiedział po chwili Naharys, mierząc wzrokowo długość pozostawionych w ziemi tropów po pazurach - ich trop urwał się dopiero przy granicy wysoko trawiastej łąki.
- No i? - mruknął Atrehu. - Gdzie oni mogą się znajdować?
Naharys uniósł powoli głowę, nie spuszczając wzroku ze zdeptanej ścieżki, ciągnącej się w głąb łąki. Ścieżki, prowadzącej do...
- W Forêt Ombragée - odparł Naharys tonem drżącym z przerazy.
- Gdzie oni mogą być? - mruknął Atrehu po lewicy Naharys'a - basior nawet w powietrzu wyczuwał jego napięte mięśnie, gotowe do akcji.
- Mamy teraz dwa problemy na karku - odparł Naharys. Jego ton był poważny, twardy jak na Kapitana przystało. - Pierwszym jest odnalezienie uwięzionych. Drugim, są mroczne twory, które zamieszkują ten las. Mówiąc wprost - Musimy na siebie uważać, inaczej kolokwialnie i jednoznacznie mówiąc, będziemy mieć przej***ne.
- Cicho, słyszysz to? - mruknął zaniepokojony Atrehu, zadzierając wysoko lewe ucho. Poruszało się ono, niczym radar, nasłuchując wyraźnie owe szmery, które o dziwo Naharys również usłyszał. Dało się posłyszeć dźwięki, podobne chichotom, jakie wydają z siebie hieny. Nie przywodziły one na myśl niczego pozytywnego... ani tym bardziej wesołego. To był chichot iście złośliwy, nieprzyjemny dla ucha.
- Co to, do cholery?! - szepnął Naharys
- Demony? - mruknął Atrehu
- Potwory? - rzekł Naharys.
- Problemy? - powiedzieli jednocześnie.
Mogliśmy wyobrażać sobie, co tylko chcieliśmy, ale zaprogramowany w nas niepokój i stres, dawał o sobie znać!~ pomyślał nagle Naharys, kiedy z każdą chwilą zagłębiali się w mrocznym lesie. Chichot stawał się coraz głośniejszy. Być może i byli na dobrej drodze, lecz nie oznacza to, że prowadzi ona do czegoś dobrego. Im bardziej parli głębiej w trzewia mroku, stawał się on coraz to gęściejszy. Tak bardzo, że stanowił on problem nawet dla ich oczu - co akurat, w gruncie rzeczy, było nienaturalne. Anormalne.
Naharys słyszał o podobnie głębokim mroku - którego nikt nie jest w stanie przezwyciężyć. Taki mrok ogarnia tych, których dzieli zaledwie kilka sekund od śmierci. Basior próbował rozegnać ciemności płomieniami, lecz marny był tego skutek - ogień rozświetlił jedynie ich twarze, niekoniecznie przestrzeń wokół nich.
Wkrótce dotarli do głębokiego, poprzebijanego korzeniami drzew wykrotu, na którego dno spadał krwistoczerwony snop światła, a w jego blasku stali... ONI.
Sininen, Ereden i Mystic. Poza granicami światła, gdzie dalej kłębił się mrok, czaiły się jakieś istoty - Naharys wyczuwał je wyraźnie. Jakby wyczekiwały na jakąś akcję, a niektóre z niecierpliwości syczały coś w niezrozumiałym języku.
- I co teraz? - wyszeptał Naharys, przylegając do ziemi, aby skryć się w gęstych zaroślach. Atrehu przyjął pozycję obok niego, zerkając jednocześnie przez zasłonę, aby lepiej ocenić sytuację. Ereden, Sini i Mystic stali nieruchomo, a ich oczy tępo wpatrywały się w górę, ku źródłowi światła, jakby byli nim zahipnotyzowani. Naharys nagryzł nerwowo dolną wargę, próbując wymyślić sposób, jak pobiec im z pomocą. Nic z tego, strach i niepokój zakłócały mu skutecznie logiczne myślenie. Nic z tego, gdyby nie...
- Mam pomysł - odparł po chwili Atrehu.
Rudy basior po krótce wyjaśnił, jak ma przebiec akcja ratunkowa, według jego pomysłu; sprawa była prosta - w oka mgnieniu przeteleportuje się do dzieci Naharys'a, przechwyci je i z powrotem przeniesie się do białego, aby później ratować się ucieczką. Proste? Nie do końca, gdyż jeszcze trzeba tym istotom uciec. To niemal graniczyło z szaleństwem - chciał powiedzieć Naharys, lecz nim zdążył cokolwiek rzec, Atrehu rozpłynął się w powietrzu. Pojawił się tuż obok trójki młodych wilków, na ten widok, biały wilk wywalił oczy z orbit, jednocześnie niedowierzając. W przestrzeni zatętnił dźwięk setek... być może tysiąca syczących krzyków wściekłości, w uszach wręcz kotłował nieznośnie, zmuszając do ucieczki. Lęku przypisywanego zwierzynie łownej.
- Jazda! - krzyknął Atrehu z trzema, nieprzytomnymi już wilkami. Pewnie zastanawiałbyś się, drogi czytelniku, jakim cudem rudy basior, z taką łatwością, zdołał unieść na swoim grzbiecie taki ciężar, lecz Naharys, pod wpływem presji, nie mógł zmarnować ani sekundy na to. Bez głębszego rozmyślania, pobiegł za Atrehu. Niemal z wyraźną dokładnością słyszał, jak grupka, licząca sobie kilkadziesiąt istot depcze im po ogonach, basior niemal czuł na sobie oddech jednej z nich - co najgorsze, nie potrafił określić ich kształtu, bowiem idealnie wtapiały się w ogarniający ich mrok. Atrehu biegł niestrudzenie, lecz nawet taki mocarz jak on, musiał kiedyś przekroczyć granicę wytrzymałości. Zwolnił nieco, aż w końcu zatrzymał się przy jarze, przecinającym w poprzek las.
- Co z tobą, Atrehu, musimy biec! - zawołał, przygarniając samca pod kark i zachęcił do dalszego biegu.
- Jeśli przeżyjemy, obiecuję sobie, że będę biegał. Codziennie. - Wysapał pod nosem Atrehu, po czym ruszył dalej. Zabrał od niego Ereden'a i Sininen, przyjął na swój grzbiet, aby ulżyć przyjacielowi.
Kroki mrocznych istot wydawały się coraz głośniejsze - zbliżały się do nas! Atrehu, ruszajmy się, inaczej możemy już kopać własne groby!
- Jeśli się nie ruszymy, nigdy już nie pobiegasz! - warknął Naharys - Nigdy już nie przytulisz Itami.
Ten ostatni argument dał Atrehu mocnego kopa. Dosłownie, owe słowa zadziałały na basiora, niczym czerwona płachta na byka. Rudy spiął mięśnie, przyspieszył bieg, jak na półlisa przystało, po czym zorientowali się, że zbliżają się do granicy Forêt Ombragée. Nie wiedział też, że wzmianka o Itami tak na niego wpłynie... owszem, chadzał się z nią, wielokrotnie widział ich namiętne pocałunki... Nah, Exan, to nie czas i miejsce na takie rozkminy! Trwał pościg. Pościg przed czymś, co z jednej strony wydawało się czymś niematerialnym... a z drugiej zaś, śmiertelnie niebezpiecznym. Stanowczo zbędne myślenie o głupotach i chwile zwłoki mogłyby okazać się ostatecznie gwoźdźmi do dwóch trumien.
Zwierzęta. Jelenie, zające, niedźwiedzie, łosie, żubry i inne żyjątka leśne. Szły przed siebie, nie zwracając na wilki najmniejszej uwagi... Naharys w tamtym momencie poczuł kompletną dezorientację, zagubienie w tym wszystkim. Nie potrafił tego pojąć, a tym bardziej wytłumaczyć. Jedyna hipoteza, jaka nasuwała się białemu wilkowi, to skłonność mroku do panowania nad ciałami innych zwierząt, aby wykorzystywać je do swych celów. Ale jakich? Tego Naharys na razie nie wiedział. W tym momencie najważniejszym priorytetem było rychłe dostanie się do jaskini Rene, gdzie jak mniemam, skrywały się wszystkie wilki z watahy. Chmury i słońce nie traciły na barwie, co też wprawiało Naharys'a w nieprzyjemne uczucie... Niepokój? Takowe zjawisko było dla niego w zupełności obce, niewytłumaczalne, normalne więc, że czuł niepokój przed czymś, czego nie znał. My, wszyscy jesteśmy tak zaprogramowani. Żeby strzec się nieznanego.
Wiedząc już, że nie grozi im kolejny pościg, basiory zwolniły tempo, przechodząc w drobny trucht. Okolica była dziwnie spokojna i cicha, jakby zupełnie została pozbawiona życia - a mimo to, biały basior czuł, że ktoś ich obserwuje. Nie podzielił się swym odczuciem z przyjacielem, bez słów parł na przód, poprawiając co jakiś czas nieruchome ciała swoich dzieci, aby nie zleciały mu z grzbietu.
- Dzięki bogom, to już koniec - oznajmił z wyraźną ulgą Atrehu. Naharys jednak uważał, iż na tę chwilę to żaden sukces, dopóki na własne oczy nie zauważy jaskini Alfy.
- Nie chwal dnia przed zachodem słońca - odparł Naharys - One nadal mogą być na naszym tropie.
- Ale... widziałeś, co się z nimi stało! Te mroczne cosie... zamieniły się w zwierzęta. A raczej wyglądało to tak, jakby ten mrok został zmyty z ich ciała. Nie wydaje Ci się to dość dziwne?
- I właśnie dlatego nie powinniśmy jeszcze zakładać, że nic nam nie grozi. Ruszajmy! - to rzekłszy Naharys, spojrzał instynktownie na krwawiące słońce i orientacyjnie ocenił jego położenie. - Zbliża się późne popołudnie. I musiał też przyznać się przed samym sobą, iż po raz pierwszy w tym dniu, słońce wzbudzało w nim lęk. Dość irracjonalnie dziwny do opisania lęk.
Wnętrze jaskini Rene, jako jedyne na tym ogarniętym przez ciemność świecie miejsce było jasne od mocnego światła. Na środku groty Alfa usadowiła źródło światła w postaci drobnego klejnotu, wokół którego skupiła się masa wilków. Jeszcze bardzo wczesnym popołudniem, Naharys mógł u każdego spostrzec miłe uśmiechy i radość ze słonecznego dnia, a teraz? - Przygnębienie i niepewność przyszłości wyrażały ich smutne oczy, wpatrzone w blask kryształu. Odstawili nieprzytomne wilki pod ścianą jaskini, nieopodal siedzącej Lonyi, która natychmiast podbiegła do nich. Każdemu, w towarzystwie swej pomocnicy Itami, zbadała funkcje życiowe - żyli, lecz znajdowali się też w stanie głębokiego omdlenia.
W tej samej chwili, na wysokim wzniesieniu, gdzie zazwyczaj przesiadywała Alfa, gdy udzielała komuś audiencji i zwróciła się do zgromadzonego wokół ugrupowania.
- Kochani - zaczęła tonem dość spokojnym, starając się jednocześnie zachować entuzjazm w wypowiedzi, pomimo smutnego wyrazu twarzy - Zaprosiłam Was wszystkich na wspólną imprezę wakacyjną na plaży, lecz sami byliście świadkami tej dziwnej anomalii. Podejrzewam, że nie byłoby to zbyt bezpieczne przebywać razem na zewnątrz, dlatego też przyjmijcie moje zaproszenie do wspólnej biesiady, jaka odbędzie się w mojej jaskini. Będzie to niezapomniany dzień w moim życiu, jeśli zgodzicie się zostać u mnie i w miarę możliwości, cieszyć się wakacjami, jakie by one, w tym momencie, nie były. Za niedługo będzie podane jedzenie i picie, abyście nie musieli myśleć o tym, co jest teraz... ani o tym, co być może będzie jutro. Nie myślcie o tym, cieszcie się tą chwilą, to jest dla mnie bardzo ważne.
- A gdyby komuś doskwierała nuda... - przyłączył się w wypowiedź Niko. Brązowowłosy basior wydawał się być w nieco przyjemniejszym humorze od swej przybranej matki, aczkolwiek błysk w oczach miał przygaszony - Obok dostępna jest biblioteczka, gdzie każdy może znaleźć coś dla siebie...
W trakcie przemowy Niko, Alfa Reneesme dyskretnie zbliżyła się do Naharys'a i Atrehu - basiorom nie umknęło zmęczenie w jej szmaragdowych oczach.
- Jak widać, udało się Wam! - powiedziała z zadowoleniem. - Czy nic się im nie stało?
- Ich stan jest stabilny - oceniła Lonya - lecz ich homeostaza jest nieco osłabiona.
Alfa kiwnęła głową, zwróciła oczy ku Naharys'owi i zamyśliła się przez chwilę.
- Opowiecie mi, co się wydarzyło w trakcie waszej podróży?
Basior przytaknął i wraz z Atrehu starali się, wraz ze szczegółami opisać incydent, na jaki się natknęli w Forêt Ombragée, a Reneesme, z uwagą słuchała, w myślach łączyła fakty ze sobą. Jej oczy zdawały się wtedy przesycone mądrością, jakiej większość z nas mogłaby jej pozazdrościć.
- Mogę jedynie przypuszczać, że Ombre cudzymi rękami i cudzymi duszami, próbował przełamać łańcuchy. Wyzwolić się z okowy, w jakie zakuł go Soleil. To jedna z metod na jego wyzwolenie, lecz warunek jest jeden. Dusza ta winna być przesycona masowymi pokładami życiowej energii. I na tyle silna, aby były one w stanie przełamać ogniwa łańcuchów. I pewnie udałoby się mu, gdybym Was zatrzymała, a wtedy... nie byłoby dla nas ratunku. Naharys'ie, Atrehu, dziękuję Wam.
- Za co?
- Za to, że bez oporu odrzuciliście mój wcześniejszy rozkaz.
- Ja tylko chciałem ocalić swoje dzieci - odparł z kapitańską powagą Naharys.
Atrehu i Reneesme nie powiedzieli już nic, tylko zerknęli na białego wilka ze zrozumieniem - tak mocnym, że nie było potrzeby patrzeć im w oczy.
I wszystkie wilki spędziły noc w jaskini Reneesme, aż do następnego dnia, kiedy to anomalia słońca zniknęła na dobre - znów było jasne, rzucające ozłocone promienie na doliny i lasy. Ereden, Sininen i Mystic odzyskali przytomność dopiero o świcie, Naharys już wtedy nie spał - nie mógł spać w ogóle, nie ze świadomością, że tuż obok jego dzieci leżą bez przytomności. Pierwsza poruszyła się Sini - była kompletnie zaskoczona tym, jak znienacka znalazła się w objęciach Naharys'a - a jeszcze bardziej zaskoczyły ją jego słowa.
- Myślałem, że już was nigdy nie odzyskam!
- Tato, ale o czym ty mówisz? - zapytała Sininen - Dlaczego miałbyś nas stracić?
Naharys zerknął ze zdziwieniem na córkę. ~ Nic nie pamięta? Nie pamięta nic z poprzedniego dnia? Cóż... to może i dobrze, że nic nie pamiętasz, moja droga Sini. Nie był to przyjemny czas ani miejsce. Naharys nie powiedział nic, jedynie co, znów przytulił policzek wadery do siebie, ciesząc się w duchu, że już po wszystkim. Potem zbudził się Mystic, tak samo zdezorientowany, co Sininen, lecz on wydawał się wyssany ze wszystkich sił, a Ereden natomiast nie przejął się niczym. Jakby ta cała sytuacja z anomalią słońca i hipnozą spłynęła po nim, jak woda po kaczce - jedynie, czym obdarzył ojca na dzień dobry, to pytaniem;
- Gdzie jesteśmy i czemu nie jesteśmy na imprezie wakacyjnej?
Od Belief ~ Event Wakacyjny (Pisarski ~ Plażowy dzień)
- Witaj.
- Cześć, gdzie się wybierasz?
- Szłam... na plażę. - zrobiła pauzę, niepewna czy wilk ma ochotę w ogóle się ruszyć w tamtym kierunku. - idziesz ze mną?
Samiec nie wyglądał na zachwyconego tym pomysłem, skrzywił się tylko z kapryśną miną. Samica jednak nie dała za wygraną. - Na pewno? Chcesz być tutaj zupełnie sam?
Samiec kiwnął głową z uśmiechem, a Bel westchnęła cicho. Nie chciała iść tam sama, ale chyba nie miała innego wyjścia. Ruszyła kilka kroków naprzód i odwróciła się jeszcze do niego. - Yn, ja też nie chciałam iść, też wolałam siedzieć sama, ale jesteśmy członkami watahy, trzeba poznać lepiej innych, żeby później to wszystko miało jakiś sens. - patrzyła na niego przez chwilę, jakby oczekiwała odpowiedzi z jego strony, ale on ani drgnął.
- Zastanowię się Bel. - pokiwał w końcu głową w zamyśleniu. - W razie czego, dogonię Cię.
- No cóż, dobrze więc Do zobaczenia mam nadzieję. - odwróciła się i poszła dalej na południe.
Biegła dalej, zbaczając nieco na lewo, by ominąć polanę alphy i przypadkiem natknęła się na kolejne jezioro. Na tej podstawie wiedziała już, że zbyt mocno odbiła na bok i powinna kierować się dalej nieco na prawo. Jednakże coś przykuło jej uwagę. Nad jeziorem, na jednej ze skał stał samotnie wilk ze skrzydłami. Nie zdążyła go jeszcze poznać, więc zainteresowała się nim. Podeszła nieco bliżej, jednak pozostała w ukryciu w zaroślach, nieco za nim. Zaczęła obserwować. Był to ciemny wilk z rogami na głowie, posiadał też skrzydła, co było często spotykane w tym stadzie i wcale to samicy nie zdziwiło. Stał na plaży z łapami zanurzonymi w wodzie i był wpatrzony jak w obrazek w dryfujący na wodzie nieco głębiej przedmiot. Prawdopodobnie był to jakiś owoc, ponieważ był żółty i okrągły. Bel przekrzywiła nieco łeb na bok, kiedy wilk zrobił kilka kroków, na przód, niepewnie mocząc łapy w coraz głębszej wodzie. W końcu zdecydował się i plusnął cały do wody, i machając łapami rytmicznie, usiłując podpłynąć do owocu. W końcu udało się, zadowolony zgrabnie zawrócił i począł wysiłki ku wydostaniu się z wody. Bel miała wrażenie, że on walczy tam o życie, ale przecież nie wchodziłby na głębinę bez tych umiejętności. Wyszła więc z ukrycia i podeszła bliżej ku plaży, a samiec zauważył ją bez trudu, jednak... Samiec, widząc nieznajomą wilczycę, tak się zdekoncentrował, że coś poszło nie tak i nagle zaczął naprawdę tonąć, wypuszczając tym samym cenny owoc z pyska. Zaczął się krztusić i pląsać w wielkim chaosie. Samica natychmiast i bez jakiegokolwiek wahania wbiegła do wody, by mu pomóc, jednak chaos, jaki tworzył wokoło siebie, nie pozwalało wilczycy na udzielenie sprawnej pomocy. Wyszła więc na brzeg i szybko rozejrzała się. Doskoczyła do długiej gałęzi leżącej nieopodal , chwyciła ją w połowie i wróciła do nieszczęśnika. Włożyła gałąź do wody i złapała za koniec.
- Łap gałąź! - krzyknęła do pląsającego w wodzie samca, a ten jakby ponownie łapiąc swoje zmysły na wodzy, przestał machać łapami na wszystkie strony i odszukał gałąź. W ostatniej chwili już wpadając pod wodę, złapał z całych sił mocną gałąź zębami, więc Bel z całych sił zaczęła ciągnąć, wyciągając samca na płyciznę. Dalej nie miała już sił. Podbiegła do wilka i naparła na niego ciałem, by pomóc mu wstać. Dusił się, lecz pod naporem pomocy podniósł się i plącząc się swoimi własnymi łapami, pomaszerował ze wsparciem wilczycy na bezpieczny brzeg. Położył się znów i kaszlał jeszcze chwilę ochryple, a samica usiadła w bezpiecznej odległości, naprzeciw niego, czekając, aż dojdzie do siebie. Chwilkę mu to zajęło, a gdy tylko złapał oddech, spojrzał za siebie, na wciąż dryfujący owoc.
- Hej, To było niebezpieczne, czy ten owoc był tego wart? - spytała w końcu biała.
- Tak, to znaczy, - spojrzał na samicę. - To Mango dla Pliszki.
Potrząsnęła głową.
- Dla kogo?
- Pliszki? - dodał nieco zestresowany samiec. - to nasza mała kruszynka. Szczeniak, którym się opiekuję.
- Ah! Wybacz, nie zrozumiałam, chyba jej jeszcze nie spotkałam, tak samo, jak Ciebie. Jestem Belief, sanitariusz, w czym właśnie Ci się przysłużyłam i przyszły posłaniec. Szłam właśnie na plażę do reszty wilków, ale zobaczyłam, że masz problem.
- Ja jestem Noiter, opiekun szczeniąt.
Samica spojrzała na owoc, a potem na samca.
- Wiesz co? Pomogę Ci. - wstała, minęła samca, którego oddech wciąż zdawał się wyczerpujący, a on powiódł za nią wzrokiem. Weszła powoli do wody, popłynęła po owoc i wróciła w mgnieniu oka na brzeg. Otrzepała futro, przez co teraz wyglądała nieco komicznie i wróciła do samca, kładąc mango obok jego łap. Z uśmiechem na pysku widząc radość samca, usiadła na swoim miejscu.
- Dziękuję! Naprawdę dziękuję, jestem Ci winny przysługę. - zaśmiał się cicho, tuląc jednocześnie owoc do siebie. - Pliszka będzie zachwycona, uwielbia te słodkie owoce, a wyjątkowo ciężko je tutaj zdobyć.
- Drobiazg, ale następnym razem uważaj podczas pływania, dobrze?
- Dobrze. - samiec wstał i również otrzepał futro, po czym rzekł. - mówiłaś coś o plaży, mogę iść z Tobą?
- Oczywiście! - posłała mu wesoły uśmiech i już miała wstać, kiedy usłyszała szelest za sobą. Odwróciła się i oczywiście nie zobaczyła nikogo, jednak miała wrażenie, że ktoś między nimi jest. I nie myliła się. Nagle pomiędzy wilkami pojawił się znikąd samiec.
- Yneryth! Przestraszyłeś mnie. - krzyknął Noiter, wyraźnie podskoczywszy na bok i gubiąc owoc. - Oh! - rzucił się za nim, by znów go podnieść.
- Czemu oboje jesteście... mokrzy? Wiecie, że to nie jest ta plaża, o której mówiła alpha? - spytał, nie mogąc powstrzymać się od ciepłego śmiechu.
- Wiemy Yn. - zadziornie odpowiedziała samica i szturchnęła go nieco. - Po prostu zaszedł pewien incydent i sytuacja wymagała odpowiednich działań. - wyjaśniwszy, wygięła pysk w tajemniczym uśmiechu.
- Dokładnie tak Yn, dokładnie! - podkreślił równie tajemniczo Noiter. - Yneryth?
- Tak?
- Czy zechcesz pójść z nami na Plage Sud?
- Eh. - biały westchnął ponownie, tak samo, jak wcześniej do Belief. - No nie wiem, nie wiem.
- Proszę! Chodź z nami! - Noiter wykonał błagalne spojrzenie, przy którym nawet najtwardszy by nie wytrzymał i Yneryth również uległ.
- No dobrze, ale tylko na chwilkę.
- Wspaniale! Więc idziemy. - czarny samiec wziął do pyska Mango i ruszył, a dwójka wilków podążyła razem z nim.
Gdy dotarli na miejsce, ich oczom ukazało się stado bawiące się znakomicie. Pod nadzorem alphy dzieci Naharysa, konkurowały w różnych dyscyplinach konkursowych. Sam Naharys ze swoją siostrą Lonyą leżał nieopodal i zerkał na nich, dumnym ojcowskim okiem. Niko, Cian, Shani z Eowiną, pływały w jeziorze, czerpiąc ze źródeł darmowej ochłody w ten gorący dzień. Nieopodal w cieniu leżała Itami w towarzystwie Atrehu, tego rudego, którego lepiej byłoby omijać w przeświadczeniu Belief. Nieopodal ich, odpoczywali beztrosko Visala, Stormy oraz Mystic, Dusław, Itachi i Lawrence.
Noiter szybko odnalazł wzrokiem Pliszkę i udał się w jej stronę, a cała reszta oczywiście podążyła w jego ślad. Młoda leżała sobie nad brzegiem wody w zacienionym miejscu, w oddaleniu od reszty i dość blisko ściany bujnych zarośli.
- Jesteś w końcu! - krzyknęła uradowana, widząc podarek w jego pysku. - Dzień Dobry!
- Witaj Pliszko, Jestem Belief, a to jest Yneryth. - biała pozwoliła sobie przedstawić towarzysza. Młoda zachichotała i zabrała się za pałaszowanie owocu. Wilki usiadły i później położyły się, wspólnie spędzając czas na rozmowie ze sobą, oraz z młodym pokoleniem. Może Yneryth nie tak wyobrażał sobie ten dzień, ale jednak został na dłużej w towarzystwie. Belief również nie spodziewała się, że spędzi ten dzień tak miło, a już w ogóle nie sądziła, że spotka szczeniaka, co było dla niej interesującym doświadczeniem, bo poza sobą jako młódką, nie widziała zbyt wielu szczeniąt, nie wspominając już nawet o rozmowie z nimi.
Tak oto minęło popołudnie aż do wieczora. Spokojna rozmowa z dobrymi znajomymi, w bezpiecznym otoczeniu całej watahy. Tego wieczoru samica poczuła, że to jest to, że więzi watahy stają się coraz mocniejsze i była z siebie dumna, że zaszła tak daleko, jak na nią.
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1313
Ilość zdobytych PD: 656 + 50% (328 PD)
Nagroda za Event: Nagrody zostaną przyznane później
Obecny stan: 1989
Od Shani - Event Wakacyjny (Pisarski ~ Czas wakacji)
Nagle do jej umysłu wtargnął niespodziewany agresor w postaci jednej, krótkiej myśli: praca! Jej serce zrobiło fikołka, a mgła sennych marzeń rozpłynęła się jak za podmuchem silnego wiatru. Skoro słońce świeciło tak jasno, musiała zaspać. W mgnieniu oka wygrzebała się z plątaniny futer, stanęła na równe nogi, poprawiła rozczochraną sierść na czubku głowy i wytarła łapą strużkę śliny z kącika pyska. Cóż, zwykle wkładała nieco więcej wysiłku w poranne przygotowania, na dziś jednak musiało wystarczyć.
Szybkim – nie po prostu naturalnie energicznym, a nie dającym złudzeń, że bardzo się spieszyła – krokiem opuściła norkę, kierując się w stronę swojego miejsca pracy. Nawet w całym tym pośpiechu zauważyła, że okolica jest… podejrzanie spokojna. Nie słyszała młodzików, którzy o tej porze powinni prowadzić przepełnione śmiechem rozmowy w drodze na trening u Naharysa. Nie widziała też łowców przygotowujących się do polowań. Do jej nosa dochodziło zdecydowanie mniej świeżych zapachów, niż zazwyczaj. Zdawało się, że niezmienne rytuały; procesy składające się wręcz na biologię organizmu, jakim jest Wataha Renaissance, ustały.
Tylko dlaczego? Wilczyca zwolniła nieco kroku i sięgnęła w głąb swojego umysłu, licząc, iż gdzieś w jego odmętach znajdzie odpowiedź. Olśnienie przyszło w momencie, gdy próbowała przypomnieć sobie zadania zaplanowane na dzisiejszy dzień w lecznicy! Otóż – nie było takich zadań! Dziś Renessmee zarządziła dzień wolny.
Naturalnie w lecznicy nie można mówić o całkowitym zwolnieniu z obowiązków. Święto czy nie święto – choroby i urazy nie mają baczenia na kalendarz. Nie znaczy to jednak, że obowiązków nie da się zredukować do minimum. Shani przypomniała sobie, że dziś przypada jej wieczorna zmiana, w trakcie której miała jedynie dopilnować, by każdy z pacjentów przyjął swoją porcję leków, oraz kręcić się gdzieś w okolicy jaskini medyków w razie, gdyby znalazł się ktoś potrzebujący pilnej pomocy.
Wilczyca stanęła na środku wydeptanej ścieżki, nie wiedząc za bardzo, jak się zachować. Ostrożnie rozejrzała się po okolicy i z ulgą stwierdziła, że nikt nie widział, jak spieszyła się tylko po to, by po chwili powolnym krokiem wracać w stronę nory.
Cały dzień wolny! Do zmierzchu było sporo czasu. Tylko jak go wykorzystać? Pierwszym, co przyszło jej do głowy, było zrobienie od dawna odwlekanych porządków w swojej norce. Coś jej jednak podpowiadało, że nie taki zamysł miała alfa, zarządzając to święto. Zbieranie ziół do suszenia czy studiowanie notatek ze swoich zielarskich eksperymentów zdawało jej się równie nie na miejscu. Wyglądało więc na to, że jedynym pomysłem na spędzenie wolnego czasu, był spacer. Zapowiadał się ciepły dzień, toteż Shani stwierdziła, że najlepiej będzie odwiedzić Cascade de Reve. Miała nadzieję, że nawet dzisiaj będzie mogła liczyć tam na taką samą ciszę i spokój, jak zawsze.
Jeszcze zanim dotarła na miejsce, powitał ją szum wodospadu i chłodna, pachnąca świeżością bryza, przynosząca ulgę wobec coraz to wyższej temperatury. W końcu wilczycy ukazała się spieniona woda spływająca z gracją po skalistych schodkach. Shani bardzo lubiła przychodzić tu w wolnym czasie, odkąd pewien staruszek z uporem próbował zaprowadzić ją właśnie w to miejsce… później usłyszała, że wrzucając kamień do tutejszej wody i myśląc w tym czasie życzenie, zyskuje się szansę na jego spełnienie. Szara nie do końca wierzyła w taką możliwość, jednak mimo wszystko ten mały rytuał stał się stałym punktem jej odwiedzin. Życzenie również było to samo, co zawsze – pozwól jednak, Czytelniku, że jego treść pozostanie tajemnicą. W końcu tylko takie życzenia mają szansę się spełnić, a to konkretne z pewnością kiedyś stanie się rzeczywistością.
Wilczyca siedziała tak chwilę w zadumie, chłonąc otoczenie wszystkimi zmysłami. Czuła zimny, wilgotny kamień i mech przyjemnie chłodzący jej łapy. Rześkie, wilgotne powietrze wypełniało jej płuca. Słyszała szum wody i ciche popiskiwanie… Zaraz, popiskiwanie? Shani zaczęła się rozglądać, szukając źródła dźwięku. W końcu jej wzrok, wespół z uszami, skierował się na mały, kolczasty krzaczek rosnący dzielnie za stosem dużych kamieni. Krzaczek ten bowiem ruszał się we wszystkie strony, choć nie było wiatru, który mógł to wywołać.
Szara podeszła do krzaczka - ostrożnie, na napiętych nogach. Rozsunęła pyskiem gałązki, a jej oczom ukazał się smutny widok. Kruk – młody, choć już nie podlot – rozdziawił szeroko dziób, wydając z siebie ostrzegawcze: kraaa! Próbował unieść skrzydła, by wydać się większym, jednak podniosły się one jedynie w niewielkim stopniu, prawe nieco wyżej niż lewe. Ptaka otaczał słaby zapach krwi. Świeżej. Żołądek Shani ścisnął się, jakby chciał przypomnieć o swojej obecności, rozum jednak – a może serce? – nakazał postąpić inaczej.
- Hej, mały, nie bój się – odezwała się wilczyca, rozchylając gałęzie łapą.
Drugą łapą ostrożnie pchnęła ptaka w swoim kierunku. Ten zapierał się łapkami i próbował podskoczyć, lecz jego wysiłki nie przyniosły żadnego rezultatu. Jego dziób okazał się jednak całkowicie sprawny, o czym Shani boleśnie przekonała się, gdy pozwoliła sobie na chwilę nieuwagi. Czarny jak smoła dziób zacisnął się na jej łapie, którą wilczyca odruchowo uniosła w powietrze. Kruk zadyndał jak wahadełko. Shani również ugryzła – ale wnętrze swojego policzka, by choć trochę odwrócić uwagę od bólu i ze spokojem odstawić ptaka na ziemię. Ten błyskawicznie uwolnił chwyt i zaczął dreptać z powrotem w stronę krzaka, z którego to dopiero co został wydobyty.
- Hej, dokąd to?
Wilczyca złapała kruka w pysk, znajdując odpowiedni balans między delikatnością a stanowczym chwytem. Malec wiercił się, nie zdołał jednak wygiąć głowy w sposób, który umożliwiłby jej ponowny atak.
Poszła, a raczej pokuśtykała, w stronę jaskini medycznej. Miała do pokonania spory dystans. W zasadzie powinna dotrzeć na miejsce w porze, która bardziej niż czas wolny, stanowić będzie już preludium do jej zmiany. To jest, biorąc poprawkę na całe to kuśtykanie. Wilczyca czuła, że po ranionej łapie spływa jej strużka krwi.
*
- No już, mały, spokojnie.
Ptak w istocie zachowywał się już całkiem spokojnie. Nic w tym dziwnego – całą swoją energię stracił na bezowocne szamotanie się w pysku wadery. Shani nie wiedziała, jaki był ostateczny powód porzucenia walecznej postawy. Czy malec poddał się, czy też zrozumiał, że nic mu nie grozi? Kruki są ponoć inteligentne, a ten tu świdrował Shani wzrokiem, w którym kryło się zdecydowanie więcej głębi niż w spojrzeniu niejednego wilka. Tak czy tak wilczyca miała wątpliwości, czy aby na pewno postępuje właściwie, przynosząc malcowi tyle stresu. Z drugiej strony… pozostawiony sam sobie, stałby się łatwym posiłkiem dla byle łasicy.
Korzystając z chwili spokoju, Shani zajęła się opatrzeniem swojej rany. Wcześniej nie miała nawet okazji się jej przyjrzeć. Mimowolnie skrzywiła się, gdy zobaczyła różową, przybrudzoną tkankę. Rana zapiekła niemiłosiernie w kontakcie ze środkiem odkażającym. Po chwili było jednak po wszystkim. Shani opatrzyła ranę bandażem i ostrożnie postawiła na ziemię, powoli przenosząc na nią coraz większą część ciężaru ciała. Kończyna była bolesna, ale sprawna.
Nadszedł czas, by zająć się krukiem. Shani pozwoliła sobie zachować mały kęs mięsa z przydziału przewidzianego na pacjentów, licząc na to, że nikt nie zauważy tego drobnego występku. Podała swojemu małemu podopiecznemu wspomniany krwisty kąsek, by miał czym zająć uwagę i przeszła do oczyszczania ran na jego skrzydłach. Okazały się bardzo powierzchowne, jednak medyczka szybko poznała, w czym problem. Zadrapania przecinały skrzydła w taki sposób, że gdy tylko w zgiętej pozycji zdążyły się zasklepić, po rozłożeniu skrzydeł ponownie otwierały się, przynosząc ból.
Rozwiązanie było proste. Shani zmieszała ze sobą maść przeciwbólową i kilka składników przyspieszających gojenie. Otrzymana papka miała zgniłozielony kolor i intensywny, ziołowy zapach. Wilczyca wiedziała, że takie aromaty są raczej powszechnie uważane za nieprzyjemne. Sama kochała jednak ten zapach. Przywoływał najmilsze wspomnienia.
Szara przeszła do nakładania maści na krucze skrzydła. Nie było to takie proste. Podopieczny skończył już skubanie kawałka mięsa i stawiał aktywny opór, próbując machać skrzydłami i sięgnąć łapy wilczycy dziobem. Na szczęście nie był w tym szczególnie zawzięty. Zachowywał się bardziej jak mały, pierzasty szczeniak, który próbuje opóźnić przyjęcie lekarstwa, wiedząc jednak, że tak czy tak będzie musiał je zażyć. Koniec końców wilczycy udało się pokryć wszystkie skaleczenia mazidłem.
Shani odsunęła się na dwa kroki, by przyjrzeć się swojemu dziełu. Kąciki jej ust uniosły się w mimowolnym uśmiechu. Piękną, głęboką czerń kruczych skrzydeł zaburzały teraz nieregularne plamy z zielonej papki, nadając zwierzęciu raczej komiczny wygląd. Wilczyca wiedziała jednak, że to chwilowe. Za jakiś czas maść zaschnie i wykruszy się, a pióra nie będą już posklejane. Po kilku dniach hospitalizacji po urazie nie powinno być nawet śladu.
Szara, nie mając co robić, wyszła przed medyczną jaskinię. Okolica powoli okrywała się złocistym blaskiem zachodzącego słońca. Wilczyca znalazła sobie przyjemnie nagrzany głaz i położyła się na nim. Z przymrużonymi oczami po prostu chłonęła chwilę. Odgłosy ptaków i delikatny szum wiatru wprawiły ją w błogi nastrój. Przekręciła się na plecy, wystawiając brzuch na działanie ostatnich promieni słońca. Pierwszy raz od naprawdę dawna pozwoliła sobie po prostu na taką chwilę beztroski i nic nie robienia… Jej powieki stały się ciężkie i już, już powoli zapadała w sen, gdy usłyszała trzepot skrzydeł. Momentalnie stanęła na łapy, a raczej spadła na nie niezdarnie, ześlizgując się z kamienia.
Było już jednak za późno… Sylwetka kruka tańczyła po błękitno-złotym niebie. Z początku dość niezdarnie, jednak ptak szybko rozruszał swoje skrzydła i z gracją po prostu cieszył się z przebywania w powietrzu. W pewnym momencie zawrócił nawet i z głośnym „kra!” okrążył wilczycę, jak gdyby się żegnał. Później stał się już tylko punktem niknącym na horyzoncie.
Shani stała tak jeszcze chwilę, wpatrując się w punkt, gdzie jeszcze przed chwilą był widoczny jej nietypowy pacjent. Naszła ją refleksja. Czy kiedykolwiek będzie tak po prostu wolna, jak ten ptak, którego nawet rany nie mogły powstrzymać przed lotem? Poczuła ukłucie zazdrości na myśl o krainach, które mógł odwiedzać. O życiu bez obowiązków, bez planów na następny dzień… Jasne, podobało jej się życie w watasze i związane z nim korzyści. Ale gdyby tak…
- Hej, Shani, idziemy na plażę. Dołączysz? – Z zamyślenia wyrwał ją ciepły i pełen ekscytacji głos. Minęła chwila, nim zorientowała się, do kogo należy.
- Tak, jasne! – Odparła z uśmiechem, który miał pozostać przyklejony do jej pyszczka na resztę wieczoru.
Odchodząc w stronę wybrzeża, rzuciła jeszcze tęskne spojrzenie na zostawione w tyle zachodzące słońce.
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1701
Ilość zdobytych PD: 850 + 50% (425 PD)
Nagroda za Event: Nagrody zostaną przyznane później
Obecny stan: 1275
Od Belief ~ Event Wakacyjny (Pisarski ~ Czas wakacji)
- A Ty Bel? Nie cieszysz się z wolnego dnia? - zagaił.
- Oh, Naharysie, owszem... cieszę się, ale... - spojrzała znów na skałę, jednak alphy również już nie było w pobliżu.
- Ale? - pociągnął temat zaciekawiony samiec. Spojrzała na niego znów, z delikatnym blaskiem w oczach, przez odbijające się promienie zachodzącego słońca.
- Ale nie mam pomysłu, w jaki sposób powinnam go wykorzystać. - wydusiła w końcu.
- Oh, nic się nie martw, po prostu przyjdź tutaj jutro. Pomogę Ci i znajdziemy Ci jakieś zajęcie.
- Znajdziemy? - powtórzyła zaciekawiona.
- No pewnie, na pewno będzie nas więcej, razem raźniej. - poklepał samicę po ramieniu i odwrócił się. - a teraz życzę Dobrej Nocy. - ukłonił się, jak to miał w zwyczaju i odszedł w stronę swojej jaskini. Bel pokiwała głową, westchnęła i również wstała, a kroki swe skierowała w stronę Lac de Cristal, czyli w stronę swojego "domu". Przyśpieszyła i po kilku chwilach była na miejscu. Zupełnie sama. Napiła się kilka łyków wody i weszła do swojej nory. Czuła się tam bezpiecznie i swobodnie. Tylko tam była tak naprawdę sobą. Nuciła i śpiewała, segregując różne zioła. Nikt nie znał jej od tej strony, ponieważ śpiewała tylko wtedy kiedy czuła się swobodnie, samotnie i bezpiecznie. Śpiewając, przypominała sobie swoją ciężką przeszłość, z którą mierzyła się każdego dnia, ale oczywiście sama. Każdy w końcu miewa jakieś swoje sekrety i rany z przeszłości, z którymi sobie nie radzi albo radzi na różne sposoby. Bel radziła sobie z nimi poprzez śpiew. Kiedy skończyła segregować zielone łodyżki, wychyliła głowę z nory, by upewnić się, że nikt jej nie podsłuchuje. Był już zmrok, więc samica zwinęła się w kłębek na posłaniu z liści i wsadziła pysk w swój puszysty czarny ogon. Otworzyła jeszcze oczy i spojrzała na wlot nory. Czuła się samotna i było jej nieco smutno z tego powodu, ponieważ zaczęła przywiązywać się do wilków z watahy, jednak wciąż brakowało jej odwagi, by się komuś napraszać. Zamknęła oczy i zasnęła.
Rankiem ciepłe promienie słoneczne zajrzały do jej norki, ale samica już nie spała. Przeciągnęła się więc i podniosła się. "Iść czy nie iść?" ~ kłębiły jej się myśli ~ " a może po prostu odpocznę tutaj? Ale, znowu sama? " ~ potrząsnęła głową i wyszła z nory. Nucąc ulubioną piosenkę, ruszyła na południe. Przechodząc przez polankę zwaną Clairière Verte, przystanęła na moment, ponieważ wyczuła znajomy zapach. Zrobiła jeszcze kilka kroków i ujrzała nieopodal śpiącego samca. Uśmiechnęła się uroczo. Widocznie to był jego sposób na "wolny dzień od pracy". Spał tak spokojnie i na swój sposób uroczo, że samica postanowiła go nie budzić. Z uśmiechem pomaszerowała dalej, kierując się na główną polanę, dokładnie tam, gdzie Naharys obiecał jej swoją pomoc. Jednak na miejscu nikogo nie było. Dostrzegła jedynie alphę, wygrzewającą się w blasku ciepłego słońca i kilku innych "plażowiczów" w pobliżu jeziorka Douce Cascade, nieopodal miejsca wygłaszania ogłoszeń. Biała przysiadła w cieniu wielkiego dębu, obserwując uważnie polanę. Było bardzo cicho i nadwyraz przyjemnie.
Samica siedziała dłuższą chwilę, opierając się o korę drzewa i ze znużenia przez moment zdarzyło jej się nieco przysnąć. Obudził ją dopiero dotyk ciepłej wilczej łapy na ramieniu.
- Belief! Jesteś tam?
- Oh.. ja, ja przepraszam. - skuliła się, natychmiast po przebudzeniu kuląc uszy po sobie, jakby zrobiła coś złego i właśnie tego żałowała.
- Hej, spokojnie młoda damo, nic się nie stało, w końcu to ja się spóźniłem. - zaśmiał się ciepło Naharys i dodał. - chodź! Czekają na nas.
Samica ożywiła się natychmiast. ~ "Jak to czekają? Kto czeka?" ~ pomyślała żywo i niepewnie wstała, kierując nos w jego stronę. Ruszyła niepewnie i po chwili w końcu wysadziła przez zęby. - Kto czeka?
- Wszyscy Ci, którzy nie wiedzą co ze sobą zrobić. - zaśmiał się rozbawiony samiec, kierując Belief, w stronę tunelu drzewnego Couloir forestier. Biała dziwiła się, nie mogła wpaść na żaden pomysł, co mogliby robić w tamtym kierunku. Jednak kiedy dotarli, wszystko zrozumiała.
Początek przejścia, mimo gęstości drzew i ciemności, był niezwykle miło oświetlony za sprawą świetlików i innych świecidełek działających za sprawą jakichś mocy. Kiedy Belief zatrzymała się, zobaczyła kilka innych wilków. Między innymi Eowinę, Visalę, Cuana i Niko. Wszyscy wydawali się jakby zaczarowani, albo raczej oczarowani mocą tego miejsca. Belief podeszła nieco bliżej i zaczynała rozumieć. Po prostu nie ukrywając niczego, było tam przepięknie, niczym ze snów. Po krótkiej rozmowie, z obecnymi wilkami, postanowili wszyscy się przejść tunelem drzew tam i z powrotem. Naharys zaś pożegnał się z grupką wilków i udał się w swoją stronę, zadowolony, że udało mu się zgrać samotne wilki w grupkę.
- To może mały wyścig? - zaproponowała Bel, wesoło tuptając łapami w pełnej gotowości.
- Właściwie czemu nie? - odpowiedziała Visala, spoglądając na resztę wilków, które po kolei kiwnęły głowami.
- Gotowi? Start! - krzyknął ktoś. Już nawet nie zwrócił nikt uwagi na to, czyj to był głos. Po prostu każdy z obecnych rzucił się w pogoń do końca tunelu. Na początku prowadziła Eowina, wyprzedzona przez Cuana, a on przez Visalę. Belief biegła z tyłu, wiedziała, że aby wygrać, trzeba oszczędzać siły na zakończenie. Tak też zrobiła i tym razem. Kiedy byli już w drugiej połowie drogi, biała nagle wystrzeliła z kopyta, wyprzedzając pozostałe wilki. Jednak wciąż miała przed sobą wojowniczkę. Skupiła całą swoją uwagę na swojej prędkości i na rywalce, nie zważając na nic innego. I to było błędem, bo samica nie zauważyła, że trasa wyścigu się kończy. Owszem wyprzedziła Visalę w ostatniej chwili, ale zaraz po tym, nie zdążyła wyhamować. Widząc przed sobą niewielki wodospad i jezioro u jego dołu, zawahała się przez moment, ale musiała zaryzykować, ponieważ to były sekundy. Przyspieszyła ponownie i wyskoczyła w górę, następnie w locie zwinęła się, możliwie w kłębek, oczekując na spotkanie z lustrem jeziora Cascade de rêve.
- Bel! - krzyknął Cuan.
- Belief! - zawtórowała Eowina.
Wilki z trwogą wychylały się, jeden przez drugiego z góry wodospady w dół. Na szczęście Bel pojawiła się na brzegu, dysząc i kaszląc. Otrzepała futro, nim pozostali zeszli na dół, by do niej dołączyć.
- Czyś Ty zwariowała ? - Spytał Niko, wyraźnie zdumiony faktem, że biała odważyła się na taki krok.
- Nie byłabym w stanie wyhamować. Spadłabym w kamienie i byłoby o wiele gorzej. Musiałam zaryzykować. - westchnęła biała.
- Ma racje i teraz ja z Eowiną, mielibyśmy pełne łapy roboty, a przecież to jest wolny dzień od pracy. - zażartował Cuan i wszyscy wybuchnęli śmiechem, siadając na kamieniach, by nieco odpocząć.
- Słyszeliście historię o tym, że wodospad ten spełnia marzenia, jeśli wrzuci się do wody kamyczek? - Zapytał Niko i wstał, by wsiąść do pyska mały kamień, który następnie splunął do jeziora. Zamknął oczy, myśląc intensywnie, po czym znów je otwarł. - już. Teraz wy! Śmiało, warto spróbować.
Każdy po kolei zrobił to samo, a Bel uczyniła to na samym końcu. Podniosła powoli kamień i podeszła do brzegu. Zanim wypuściła go z pyska, przyjrzała się dokładnie swojemu odbiciu w wodzie i wbrew pozorom pomyślała o tym, jak bardzo pragnie mieć rodzinę, taką jak za dawnych lat. Wilki, przy których będzie bezpieczna, przy których będzie mogła zasypiać i się budzić. Po prostu chciała znaleźć kogoś bliskiego, o kogo będzie mogła dbać całym serduszkiem. Tutaj nikogo takiego nie miała i to było coś, co powodowało u niej delikatny smutek, w szarej codzienności. Wcześniej miała chociaż brata, ale on teraz ma swoje życie i nawet jeśli znów ich drogi się złączą, to już nigdy nie będzie to samo, co za dawnych lat, kiedy byli dziećmi. Westchnęła, a pozostałe wilki wpatrywały się w nią zagadkowo. W końcu wypuściła kamyczek, myśląc nad swoim życzeniem i nieco zamyślona wskoczyła z powrotem na swój kamień. Wilki tak spędziły czas do wieczora, a później rozeszły się, każdy w swoją samotną stronę. Może potrzeba czasu, aby czuły się lepiej w swoim towarzystwie, a może trzeba czasu, by się lepiej poznały i polubiły.
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1355
Ilość zdobytych PD: 677 + 50% (338 PD)
Nagroda za Event: Nagrody zostaną ogłoszenie w innym terminie
Obecny stan: 1005



Szczeniaki


