Newsy



:Aktualności
.Blog przechodzi obecnie renowację
.Już niebawem pojawią się nowości

:Pogoda
Obecna pora roku ~ Jesień
.Temperatura waha się między 10+ a 0- stopni Celcjusza
.Zmiana pory roku nastąpi 15.12.2022

Liczba wilków ~ 27
Wadery ~ 18 + 1 NPC
Basiory ~ 7 + 4 NPC
Szczeniaki ~ 1
Nieobecni: Brak

~Serdecznie zapraszamy♥~

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pełnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pełnia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 czerwca 2022

Od Yneryth’a ~ Pełnia

Basior kontynuował swoja podróż, ku nieznanemu. Od celu podróży nie dzieliło go już wiele. Wychodząc z lasu, wiedział, że lodowe pustkowie jest nie daleko. Wędrując nieustanie, czuł już głód, a wyczerpanie potęgowało to uczucie. Nie zdążył jeszcze dojść do celu, a już brakowało mu sił, by kontynuować swoją podróż. Gwałtownie rozejrzał się do około w poszukiwaniu śladów życia. Nic jednak nie udało mu się wypatrzeć. Głodny musiał kontynuować swoją tułaczkę. Wraz z mijaniem czasu, jego ciało stawało się coraz cięższe, choć żołądek zdawał się już całkiem pusty. Basior tracił siły z każdym pokonanym odcinkiem drogi. Błękitno brązowy już wilk, spowalniał. Nad polaną zaczęły zbierać się kruki i wrony, ewidentnie czyhające na koniec wilka. Krążyły nad nim, kracząc i wydając swoje ptasie dźwięki. Samiec rzucił wzrokiem ku przestworzom, widząc zbierające się ptactwo, zrozumiał swoje nijakie położenie. Chciał na chwilę przystanąć, by odpocząć i zastanowić się co dalej. Położył się na trawie, by chociaż trochę odpocząć. Nie trzeba było wiele czekać, aby głosy znów zaczęły go męczyć. Szmery w jego głowie nie chciały dać mu spokoju nawet na chwilę. Yneryth gwałtownie zaczął machać swoją głową na boki, widać było ślady furii wypełniające jego oczy. Męczące go głosy jednak go natchnęły. Widział, że nigdy nie pojawiają się bez powodu, tak było i teraz. Basior wpadł na sprytny plan. Piasek w okolicy zaczął gwałtownie się podnosić, tworząc swego rodzaju wir wokół wilka. Wir na samym końcu jakby eksplodował, rozwiewając piasek na boki. To, co się wydarzyło, nie wyglądało na dobre. Yneryth leżał nieprzytomny pośrodku traw i własnego piasku. Ptactwo zauważywszy zaistniałą sytuację, zaczęło pikować w dół ku darmowej wyżerce. Ptaki osiadały na ziemi i zaczęły dziobać ciało wilka. Okolica zaczęła wypełniać się donośnymi ptasimi dźwiękami. Ptaki zaczęły zjadać wilka w całości, tak przynajmniej się wydawało. Głośny ptasi gwar nagle ustąpił, a wszystkie ptaki znów gwałtownie zaczęły podrywać się do lotu. Kamienne iglice zaczęły wyłaniać się spod miękkiej ziemi, rozrywając trawę. Kolce zaczęły rozbijać się o siebie, powodując trzaski. Kamienne odłamki odstrzeliwały w wyniku zderzeń. Po całym natłoku zdarzeń kilka ptaków była poprzeszywana i pozgniatana przez ów kamienne struktury. Polana znów pełna była ciszy. Chwile po tym lekki wiatr zaczął wywiewać ciało wilka. Struktura ciała wilka dosłownie ulatywała. Całe powietrze zaczęło być usiane drobinami piasku. Gdy wiatr przestał już wiać, sytuacja była znacznie jaśniejsza. Yneryth stał około dwóch metry od kamiennego stelażu, a w miejscu, gdzie wcześniej się znajdowało jego ciało, był jego pokarm. Żółtooki uśmiechnął się, widząc, jak dobrze zadziałała jego iluzja. Nie czekając na oklaski, od razu wziął się za dostanie się do upolowanej zwierzyny. Wiedząc, że musi się śpieszyć, zjadł szybko tyle, ile mógł, nie zostawiając zbędnych resztek dla padlinożerców.

Najedzony basior, będąc już gotowym, by kontynuować drogę, od razu wyruszył przed siebie. Pełen żołądek znacznie zmienił jego samopoczucie. Dużo łatwiej było mu się przemieszczać. Wędrując ku celowi, spojrzał w górę, szukając ile czasu, już minęło. Widząc, że minęła już noc, zdał sobie sprawę, że zbyt szybko nie wróci do domu, a raczej do watahy. Jeszcze nie wiedział, czy może nazywać to miejsce swoim domem. Niektórych nawet zdążył już polubić, na swój własny sposób. Najbardziej jednak kręciło go pogrywanie na granicy. Tak też starał się prowadzić swoje życie. Czasem reakcje innych były nieoczekiwane, czasem pełne złości, inne zaś specyficzne. Sam Yneryth zawsze starał się być opanowanym, nie pozwalając innym dobierać się do jego osobowości. Czasem jednak życie wyciekało z niego i płynęło po podłożu, to właśnie wtedy preferował odizolowywać się od interakcji. Po nieco dłuższych przemyśleniach niż planował, zobaczył w oddali to, czego szukał. Lodowa pustka otwierała się między dwoma potężnymi kamieniami. Dwa głazy wyglądały jakby jak wrota do innego świata. Basior uśmiechnął się, widząc początek nowego śladu. Pomimo otaczającego jego ciało bólu, pobiegł bezpośrednio ku lodowej krainie.

Podchodząc do jednego z dwóch kamieni, zauważył na nim szczególne znaki. Kamień był jakby pokruszony w odpowiedni sposób, pokazując na sobie kształty. Wilka zaczął obchodzić go i podziwiać przeróżne kształty. Nigdy dotąd nie spotkał się z czymś takim. Zaczął się zastanawiać czy za pomocą swoich umiejętności mógłby wytworzyć coś podobnego. Na pytanie jednak nie miał jak uzyskać odpowiedzi. Obrazki pokazywały jakby historię, wybita i wydrapaną w kamieniu. Samiec nie wiele rozumiał. Widział jednak jakby wilcze stado, panujące lodem i śniegiem. Od razu skojarzył, że musi mieć to coś związanego z jego pochodzeniem. Nie był niczego pewien, ale na lepszy trop na razie nie trafił. Wymijając kamień, wkroczył na śnieżną pokrywę. Śnieg pod jego łapami wywołał sporo wspomnień. Zamykając oczy i wypierając to, co już wiedział, szedł dalej w głąb. Z każdym krokiem, śnieżne opady zagęszczały swoją przestrzeń. Z każdym krokiem wilk widział coraz mniej.

Minęło około dziesięciu minut podróży w śniegu, Yneryth nieulegle przedzierał się przez śnieżną zamieć. W pewnym momencie jednak ogłupiał. Stanął i zaczął się rozglądać. Cały śnieg nagle zniknął, lód przy podłożu również. Basior kompletnie nie wiedział, co się dzieje. Przed nim rozpościerał się teraz step, pełen wysokiej trawy i pojedynczych drzew. Obrócił się prędko, by spojrzeć za siebie. Za wilkiem rozpościerała się jakby dziwna powłoka. Zrobił kilka kroków wstecz i znów znajdował się na lodowym pustkowiu, które zdawało się nie mieć końca. Wykonał kilka kroków w głąb i znów znajdował się na trawiastym terenie. Zupełnie zdezorientowany wilk, przysiadł, podziwiając nowe dla niego widoki. Nowe gatunki zwierząt i roślin. Przez całe swoje życie, nie widział niczego podobnego. Z nutką niepewności, zaczął w nowo otaczający go świat. Roślinność miała swój własny niecodzienny zapach. Samiec zatrzymywał się przy każdej roślinie, badając ją wzrokiem i zapachem. Przedzierając się poprzez tumany nowych rzeczy, myślał, co on tu robi. W jego myślach rysowało się jedno z cięższych do tej pory pytań. Po co los go tu przysłał. Okolica nie zdawała się w żadnym stopniu przypominać obrazy widziane za szczeniaka. Teraz jednak szkoda było mu czasu, by wspominać przykre dla niego czasy. Ostatecznie doczłapał do lekkiego wzniesienia, widok z tamtego miejsca był przecudowny. Niebo mieniło się w odcieniach czerwieni, pomarańczu, przechodząc aż w lekko brzoskwiniową żółć. Motyle latały w kółko, trzepotając swoimi delikatnymi skrzydełkami. Cały krajobraz wypełniała rozlewająca się rzeka. Przy korycie wylegiwały się potężne gady, z którymi Yneryth miał już do czynienia. Krokodyle były na pewno jedną z tych rzeczy, do której wolałby się już nie zbliżać. Wielkie gady wyglądały na ociężałe, jednak potrafiły poruszać się i atakować z wystarczającą prędkością, by upolować wilka. Basior, schodząc ze wzgórza, rozglądał się, mając oczy pełne połysku i zaciekawienia. Zapatrzał się w krajobraz w takim stopniu, że nawet nie zauważył, iż zaraz wejdzie w potężną pajęczynę, rozplecioną pomiędzy gęstą wysoką trawą. Żółtooki zaraz po ze tchnięciu się z lepką powierzchnią, wzdrygnął się. Spanikowany kręcił się w koło, mając na celu pozbawienia się pajęczyny i jej właściciela. Trochę czasu minęło, aż wilk w pełni się uspokoił. Zastanawiając się, gdzie dalej ma zmierzać, wyczuł nawrót szeptów. Głosy rozpostarły się wewnątrz głowy wilka. Oczy lekko się rozświetliły, a sam wilk jakby posztywniał. Sztywna, lecz dalej naturalnie poruszająca się sylwetka wilka zaczęła bieg prosto przed siebie, z bliżej nieznanych powodów.

*
Basior ocknął się, leżąc w trawie, tuż przy samej dziwnej barierze. Ciało wilka zdawało się już całkowicie zrośnięte. Nie było widać na nim śladów walki z Zephyrah’em, głowa jednak tętniła mu życiem. Samiec czuł każdą ilości krwi przepływającej przez jego czaszkę. Nie miał pojęcia, co mu się stało. Zwrócił głowę ku niebu, by sprawdzić, ile czasu minęło w jego nieświadomości. Zdziwienie nie spadło z jego pyska na ani chwilę. Księżyc zdawał się już zachodzić. Oznaczało to, że cała noc, jakoś magicznie wypadła mu z głowy. Cała wyprawa trwała już dobre dwa dni, zdając sobie sprawę, że najwcześniej wróci za około dwa kolejne. Widział, że musi zacząć powrót. Rzucił oczami w kierunku magicznej dla niego krainie, z zastanowieniem co właściwie się wydarzyło. Głowa znów wróciła na swój właściwy tor, spostrzegając znów jego. Znajoma już mu sylwetka stała na wprost, na pograniczu terenów. Yneryth z brakiem zrozumienia, a szczyptą zdenerwowania wykrzyknął:
- Czego ode mnie chcesz? – Pokazując swoje kły.
- Mam lepsze pytanie. Czego to ty chcesz ode mnie? – Zapytał przenikliwym głosem, zdawać by się mogło, że słowa te trafiły prosto w bijące serce drugiego.
- Czego niby miałbym chcieć? – Odpowiada po chwili zastanowienia, ewidentnie zdezorientowany.
- Jeszcze się spotkamy, skoro jeszcze nie wiesz. – Mówiąc, wyszedł za barierę.
- Nie czekaj! – Wstał i pobiegł za podejrzanie znajomym mu wilkiem.
Wybiegł za kurtynę, znów zmagając się z ciężkim i męczącym śniegiem. Rozglądał się, pełen mieszanych uczuć wobec zaistniałej sytuacji. Nie mógł jednak spostrzec widzianego już kolejny raz wilka. Oczy błyskawicznie skierowały się ku podłożu, lecz na nim też nie było już ani śladu. Pełen złości i goryczy, zacisnął łapy na miękkim i delikatnym śniegu. Z furią zawył. Jego głos rozpostarł się po okolicy, nie uzyskał jednak żadnego odzewu. Wściekły Yneryth pozwolił na upust swoich emocji. Z wściekłością zaczął prędką drogę powrotną.

*
Po połowie dnia biały dotarł tam, gdzie przedostatnim razem, stracił nad sobą kontrolę. Zdawało mu się, że to tu zaczął się jego obłęd. Prawda była jednak zgoła inna. Samiec jednak nie miał jak się o tym przekonać. Wchodząc w głąb lasu, gdzie ścierał się z kremowym wilkiem. Rozglądał się po zdemolowanej okolicy. Dochodząc do miejsca, gdzie bezpośrednio miał kontakt z Zephyrah’em, zdziwienia zdawały się nie mieć końca. Na podłożu widać było kałużę zastygniętej już krwi. Yneryth kojarząc fakty, że zapewne to on ją wydobył, skrył się pod iluzją. Podchodząc bliżej ciemnej plamy, tracił w siebie wiarę. Wcześniej zdawał sobie sprawę z tak możliwego obrotu spraw. Zmieszanie jednak całkowicie nim zawładnęło. Powąchał zastygłą plamę, tylko po to, aby się upewnić. Miał rację, krew należała do tego, o kim myślał. Czy znów zabił jednego „ze swoich” , tym razem nawet o tym nie wiedząc? Basior, wierząc w swoją niewinność, sprawdził przekonać się na własne ryzyko. Pamiętając, gdzie dokładnie jest stado, zamierzał sprawdzić, czy ów wilk dalej dycha. Starał się skupić nad czymkolwiek, tak by nie stracić panowania nad iluzją. Sytuacja ujawnienia na pewno nie skończyłaby się za dobrze.

Kroki białego były już coraz bliżej. Prawda czekała na niego już tuż za rogiem. Wychylił się lekko spomiędzy drzew, by sprawdzić okolicę. Z daleka poznał alfę, z którym miał już przyjemność pogadać. Nigdzie jednak nie widział kremowego. Idąc dalej, za zapachem ziół i typowo leczniczych zapachów, natrafił chyba na klinikę. Wszedł głębiej do jaskini, skupiając się na iluzji. W jaskini spoczywało kilka wilków w ciężkim stanie. Niektóre ciężko ranne, inne z drobnymi urazami. Przechodząc pomiędzy leżącymi, nie mógł znaleźć, tego, czego szukał. Jedno z legowisk było już puste. Na ten widok rozweselił się, ranny wilk pewnie już wrócił do siebie. Znacznie uspokojony wyszedł z jaskini. Wyjście na światło dzienne, nie rozweseliło go, a wręcz przeciwnie. Wychodząc, spostrzegł to, czego chyba nie powinien. Dwa dość sporych rozmiarów samce targały ciało po ziemi. Mięso wiotko miotało się po podłożu. Martwy był pocięty podobnie do drzew, które basior widział na skraju lasu. Zwłoki nie miały jednak kremowego koloru. Niepewny Yneryth zaczął podążać za nimi, aż do końca, by przekonać się, czy to może być on. Minęło kilka minut, zanim trafili do końca swojej podróży. Pośrodku watahy rozłożone były gałęzie w kręgu. Martwe ciało trafiło na sam środek. Po tym wyłonił się zza reszty alfa. Stanął i pełen smutku, skruszonym głosem, zaczął przemawiać.

Jego słowa mówiły o jednym z ich stada. Przemowa pełna była słów o lepszych i nieco gorszych momentach z życia martwego. Niektóre opowieści nawet zafascynowała żółtookiego. Cała wypowiedź kończyła się pożegnaniem. Samiec, słysząc wypowiedziane imię, od razu zawrócił w kierunku domu. Odchodząc z wilczego siedliska, słyszał, jak inne wyły ku niebu.

Wyprawa zmieniła oblicze Yneryth’a. Kolejne czyny, uświadamiały mu, że już nie wie, kim jest. Brakowało mu pewności w jego misji. Już wcześniej wiedział, że świat nie jest ubarwiony niczym tęcza, na niebie po deszczu. Zdawał sobie sprawę, że świat jest brutalny i pełen nieograniczonej brutalności. Smuciło go tylko to, że sam powoli dołączał do grona swoich wrogów. Jego misja, którą sobie obrał, dążyła jedynie do wyniszczania, a nie budowania, jak planował. Przechodząc przez długą trawę, tam, gdzie kiedyś ostrzegał Noiter’a, rozmyślał nad własnym żywotem. Co jest ważniejsze? Jego chęć zemsty, czy nawet pragnienia. Czy dobro ogółu? Nasuwały mu się tylko pytania, a odpowiedzi wciąż brakowało. Wtedy uświadomił sobie, coś, co może mu pomoże. Tamten wilk, może to on zna odpowiedź na kilka pytań. Przystanął w miejscu, oglądając siebie i swoje ciało, w poszukiwaniu niepokojących dla innych sygnałów. Nowych ran nie było widać na pierwszy rzut oka. Nie cieszyło go to ani trochę, miał jednak pewność, że na razie nie będzie się musiał nikomu tłumaczyć. Ruszając, postanowił coś, co pomoże dbać o jego opinię. Cel jest ważniejszy niż środki, mówił to na głos w kółko, tak jakby sam chciał siebie do tego przekonać. Ostatnie słowa, które padły z jego ust brzmiały nieco bardziej opiekuńczo.
- Zawsze sam!

C.D.N.

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 2094
Ilość zdobytych PD: 1047 + 20% (209 PD)
Obecny stan: 2308

poniedziałek, 28 lutego 2022

Od Yneryth’a: Quest II | VI~ W pułapce | w opałach + c.d Pełnia

< okres między pełniami >
Stan fizyczny basiora był fatalny, wszyscy dziwili się, że udało mu się wrócić. Pod futrem miał sporo okaleczeń. W innych miejscach brakowało sierści. Na bokach futro było po przypalane, skóra i ciało były lekko spieczone. Oparzenia nie były jednak poważne. Ślady pazurów napastnika były płytkie, oznaczało to, że nie powinien mieć pamiątki w postaci blizn. Sam wilk nie czuł jednak poważnego bólu, zdawało mu się, że to wyczerpanie. Mięśnie nie współpracowały, tak jakby sobie tego życzył. Każdy ruch wywierał na nim ból łap i tułowia. Napinająca się skóra rozrywała brutalnie, jeszcze niezagojone strupy i rany. Ten ból był najgorszy. Czuł, że najlepiej byłoby położyć się plackiem w bezruchu. Psychika po starciu zdążyła się już ustabilizować. Nie czuł wobec siebie żadnych przewinień. Co prawda, dopuszczenie się kanibalizmu dalej go brzydziło. Myśląc o tamtych chwilach, próbował na początku wyprzeć się rzeczywistości. Prawda była jednak inna i bolesna. Po kilku dniach i analizowaniu tamtej sytuacji uznał, że nie zrobił nic złego. Traktował to, jak kolejną lekcję życia, brutalną i pouczającą. Zaufanie nie odpowiedniej osobie może wiązać się z konsekwencjami tego błahego czynu. Teraz podsumowując tamtą sytuację, jest z siebie dumny, dał radę rozpruć coś, co los rzucił mu pod nogi, kłodę, która toczyła się z dużym pędem w jego kierunku.
Rehabilitacje, o ile można tak to nazwać, prowadziła Lonya. Na początku było to nudne i niedające większych skutków. Yneryth oczekiwał znacznie szybszej kuracji. Nie godził się na leżenie i odpoczywanie. Na początku musiał opłukiwać swoje rany wodą z pobliskiego źródła. Tamtejsza woda miała ponoć magiczne zdolności regeneracyjne. Sam pomysł „boskiej wody” śmieszył go i rozweselał. Zależało mu jednak na zdrowiu, wykonywał więc też zalecenia. Po jakimś czasie musiał przerzucić się na jedzenie ziół i okładanie świeżymi liśćmi. Po tygodniu czuł się już znacznie lepiej. Mógł chodzić, biegać i polować. Treningi robił rzadziej, niż dotychczas mu się zdarzało. Odpuścił ponad połowę swoich własnych treningów w nurcie rzeki. Szczerze mówiąc, obawiał się, że z zakwasami nie do końca, może to poprawić sytuację. Obiecał sobie, że jak tylko wyzdrowieje, nadrobi je.
Yneryth czuł się już dobrze, był zdrowy zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Znów mógł kontynuować kult swojego ja. Pierwszego normalnego dnia, od razu wybrał się do swojej rzeki. Obietnica była jednak obowiązująca, nie było czasu na obijanie się i plotkowanie z innymi. Od razu udał się biegiem ku wodospadowi. Dziś miał zacząć trenować coś nowego. Nurt w rzece był raczej prostolinijny, co prawda, miejscami rzeka skręcała się jak wąż, w takich miejscach prąd wyginał się w łuk. Z zewnętrznej strony woda płynęła szybko i wartko, z drugiej zaś znacznie spokojniej. Tam, gdzie się udawał, woda spadała z wodospadu, rozbijała się i rozpryskiwała w różnych kierunkach. Wilk zakładał, że w tamtym miejscu woda będzie stanowiła większy opór, gdyż siła rzeki i wodospadu działały razem, a ich naciski działały pod wieloma kątami.
Biały wilk stał już pod wodospadem, wpatrując się w krystalicznie opadające masy wodne. Powietrze w tym miejscu było bardzo wilgotne. Spowodowane było to parą wodną, wznoszącą się z podstawy wodospadu. Przed rozpoczęciem treningu basior podziwiał niebo. Było ono błękitne, czyste, choć było widać pojedyncze chmurki. Słońce świeciło i oświetlało całą krainę. Promienie ciała astralnego wywoływały wyczuwalne ciepło powietrza. Czuć można było wiosenne ocieplenie. Nie rozmyślając o przyjemnościach, wszedł jednak ostrożnie do koryta rzeki. Różnica była ewidentnie wyczuwalna. Nie był pewien czy jest to spowodowane przez jego „wakacje”, czy przez różnicę sił w wodzie. W fazie testów chodził ostrożnie wzdłuż koryta. Gdy znał już mniej więcej dno, zdecydował się na coś bardziej odpowiadającego mu. Miał pomysł, jak poćwiczy siłę i kondycję. Aktualnym zdaniem, które musiał wykonać, było przepłynięcie na drugą stronę. Początki były ciężkie, bardzo powoli szło mu z pokonywaniem odległości. Czasem musiał płynąć, gdyż nie sięgał do dna. Kilka kółek potem, był zmęczony i wypoczęty mentalnie. Trening pozwalał mu się skupić na tym, co jest tu i teraz, a nie na wielkich planach na przyszłość i obowiązkach członka watahy. Wychodząc z wody, przypomniał sobie o tym, na co pozwoliła mu jego magia ostatnio. Uznał, że warto byłoby się dowiedzieć jak jej używać. Trening na następny dzień miał więc zaplanowany. Następnego dnia miał zamiar zrozumieć działanie nowej umiejętności.

< jakiś czas później >
Yneryth dumie przechadzał się lasem, patrolując pobliskie tereny. Świeżo wzrastające krzewy przysłaniały mu pole widoczności. Ściółka leśna była już sucha i zróżnicowana. Noce wartowanie nudziło go nie miłosiernie. Chodził bez większego celu, po prawie tych samych miejscach. Z nudów zaczął się zastanawiać, nawet co robi Kotori. Większość zwierząt już dawno spała. Mijając miejsca szczególne, przypominał sobie co się w nich działo. Doszedł dziś nawet do miejsca, gdzie spotkał Naharysa, tamten dzień, odmienił jego życie. Do tej pory wilk nie wie, czy to środek do jego celu. Tutaj, na razie jest obiecująco. Wspomnieniami przeskoczył do halucynacji. Wszystkie wydarzenia układały się w nieznany dla niego kształt. Widział nie wiele, ale tyle wystarczy, by zadać odpowiednie pytanie tu i tam. Żółtooki wychodząc z lasu, zakończył swoje rozmyślania, miał teraz coś ważniejszego do roboty. Widział, że dziś czeka go coś nadzwyczajnego. Głosy w głowie znów zaczynały się odzywać, a on zaś zmieniać kolor. Ubarwienie płynnie przelewało kolory. Wilk znajdujący się już na prostej drodze do wybrzeża, gdzie kończył patrole, był zupełnie innym wilkiem niż ten z lasu. Basior kontrolnie zwrócił swój wzrok ku niebu, nie mylił się. Na niebie było widać księżyc w pełni. Biały talerz kierował cudze promienie prosto w żółte oczy. Yneryth lekko się uśmiechnął, Górna warga podniosła się i ukazała kły. Obrócił się gwałtownie i zaczął swój pęd z powrotem do watahy. Zmierzał tam z jednego powodu. Ostatnio zrozumiał, że dobrze byłoby powiedzieć komuś o zniknięciu, tak na w razie czego.
Znajdował się już w pobliżu wilka, któremu musiał ufać, chociaż nie był zmuszany. Ów zapach znał bardzo dobrze. Czarny był w niewielkiej odległości. Teraz błękitny wilk, wyskoczył znikąd na plecy drugiego. Rogaty ewidentnie lekko się wystraszył.
- Mam sprawę. – Zaczął pewnym siebie głosem.
- W czym mogę ci pomóc? – Odpowiedział Noiter, ewidentnie zdziwiony, że Yneryth potrzebuje pomocy.
- Wyruszam w odległą podróż, powiedzmy, że czegoś szukam. Chciałem tak tylko powiedzieć, że jak mnie długo nie będzie, to pewnie przydałaby mi się pomoc. – Miał problem, aby wymówić ostatnie słowo.
- Sam? Dokąd? – Lekko zdziwiony.
- Raczej sam, chyba że chcesz iść ze mną. – Udawał, że nie usłyszał drugiej części.
- Jeśli mogę, to pójdę z tobą.
- No to w drogę. – Obrócił się i biegiem popędził do koryta rzeki.
Oba wilki znajdowały się w miejscu, gdzie Yneryth’a zaatakowały halucynacje. Basior stanął napięty i zaczął się skupiać. Używał głosów w głowie jak kompasu. Głosy cichły tylko w momencie skupienia nad własnym losem. Były głośniej, gdy nadchodziło niebezpieczeństwo. Znikały podczas snu. Kręcący się wilk zlokalizował kierunek. Tym razem, nie miał pojęcia, dokąd ma zmierzać, znał tylko kierunek. Zaciekawiony Noiter zapytał:
- Co robiłeś ?
- Hmmm, najłatwiej będzie, gdy ci powiem, że myślałem, dokąd się udamy.
- Czyli?
- Aaaa słyszę w głowie głosy, ona kierują moim losem, tak by zachować prawidłowy ciąg naturalny. Znaczy, nie wiem, czy tak jest, tak mi się wydaję, nie rozumiem ich czasem. – Urwał wypowiedź, ruszając przed siebie.
Oba wilki kierowały się na północ, a dokładniej, odbili od rzeki w lewo pod kątem dziewięćdziesięciu stopni. Miękka wiosenna trawa ugniatała i kładła się pod ich łapami. Ślad wyglądał nadzwyczajnie. Dwie proste nierównomiernie pofalowane, o różnej szerokości. Obraz wilków, lekko zanurzonych w trawie, wędrujących w nieznane. Dopełnieniem była kurtyna. Niebo było ciemnobłękitne, rozjaśnione świecącymi gwiazdami i księżycem. Wędrowali nieustannie, czasem robili krótkie przerwy. Yneryth wiedział już, że każdy nadmiar siły może mu pomóc w możliwej niepomyślnej sytuacji. Idąc, rozmawiali, by zabić ciszę i niezręczną sytuację. Co jakiś czas Noiter wzlatywał na skrzydłach, by je rozprostować i odciążyć łapy.

< Półtora dnia potem >
Yneryth nagle zatrzymał się, głosy zaczęły lekko wibrować, mu w głowie. Spojrzał w kierunku nie bardzo oddalonego lasu. Zaciekawił się nagłą zmianą.
- Stój. – Powiedział szorstko.
- Coś nie tak ? – Zapytał zaniepokojony.
Biały nie odpowiedział na to pytanie. Zamknął oczy, znów wczuwał się w otoczenie. Jego intuicja nie dawała mu powodu do obaw. Uśmiechnął się, wyglądało to na dobry znak. Co prawda nie rozszyfrował jeszcze sposobu działania dziwnych głosów, lecz on był pewien siebie.
- Chyba wszystko jest okej, ale zachowaj ostrożność. – Tajemniczo odpowiedział po chwili.
- Hmm nie pocieszyłeś mnie. – Noiter lekko był napięty i zestresowany.
- Idę przodem, masz być dziesięć metrów za mną. – Mówił, znikając w gąszczu.
Las nie wydawał się być niebezpieczny. Wyglądał tak jak każdy inny. Widoczna była jednak mała różnica, którą zauważyli po pewnym czasie. Ta część lasu wydawała się być pusta. Nie czuli zapachu zwierzą. Panowała całkowita cisza, było zdecydowanie za cicho. Przodujący rozglądał się, szukał jakichkolwiek znaków życia. Skupienie opuściło go po zobaczeniu świeżych śladów misia. Niektóre drzewa były podrapane wielkim łapskami. Stan drzew był fatalny, kora była potargana i pokruszona jak suche jesienne liście. Biały przystanął, czekał, aż Noiter dojdzie do niego.
- Uważaj, gdzieś w pobliżu może być miś. Na wszelki wypadek idziemy bliżej, nie ma co kusić losu.
Szli znów obok siebie. Jeden obok drugiego w niedalekiej odległości. Dystans był odpowiedni, by w razie czego mogli się bronić. Po kilku minutach zbliżali się do strumyka leśnego. Mały ciek wodny wyglądał jakoś dziwnie. Wydawał się jakby lekko świecić. Yneryth jednak nic sobie z tego nie robił. Szedł stałym tempem. Jego łapa dotknęła wody. Nie minęła nawet sekunda. Mina Noiter’a była zaniepokojona, a zarazem lekko uśmiechnięta. Jasna woda zgasła nagle, błyskawicznie światło opuściło ciecz. Oświetlenie zaczęło się razem kumulować i wiązać. Rozbłysk oślepił oboje. Gdy Yneryth otworzył oczy, leżał skrępowany przez jakieś magiczne więzy. Próbował kłami chwycić je i rozerwać. Nie sięgał jednak do nich. Bezradny przestał się wiercić. Czekał zdenerwowany, aż Noiter mu pomoże i wydostanie go z pułapki. Leżąc, zrozumiał, czemu jest tu tak mało zwierząt, większość pewnie również weszła w strumyk i skończyła jako strawa. Jedno było pewne jakiś wilk, posiadający talent magiczny, tak przypuszczał wilk, porozstawiał sidła. Czarny po otrzepaniu się z oślepienia podbiegł do białego. Złapał magiczną kreację zębami, a z drugiej pazurami. Szarpnął nią kilka razy, za czwartym udało się. Przednie łapy żółtookiego były wolne, wtedy jego pazury pokrył lód. Agresywnie machnął lewą łapą prosto w świetlistą strukturę, jedno uderzenie wystarczyło. Teraz już błękitny powstał i powiedział cicho:
- Tu nie jest bezpiecznie, znikamy.
Skrzydlaty nie zrozumiał, obrócił się i zaczął powrót do domu.
- Nie o to chodziło, idziemy dalej, ale musimy zniknąć przed innymi.
- Aaaa, teraz rozumiem.
Yneryth na jego oczach zaczął znikać. Rogaty wzniósł się o skrzydłach do góry. Stanął na jednym z drzew i rozmył się w cieniu korony. Starszy wyczuwał każdy ruch pobratymca. Wiedział, dokładnie gdzie się znajdował. Miał tylko wątpliwości, czy młody wie, gdzie on jest. Zastanawiał się, po co wilkom sidła. Miał ochotę zapytać o to osobiście właściciela. Przypuszczał, że blask po aktywacji nie służył jako oślepienie, wręcz przeciwnie, miał dać znak, że ofiara już czeka. W bezpiecznej odległości od strumyka stanął i obrócił się w jego kierunku.
- Stój, poczekajmy, zobaczymy, co się wydarzy.
Minęło może pięć minut, do strumyka podszedł jakiś wilk. Wyglądał na takiego, co musi używać zasadzek, by przeżyć. Jego postura nie była pewna siebie. Wilk był średniego wzrostu, niezbyt masywnie zbudowany. Yneryth przyglądał mu się przez chwilę. Musiał pogadać z nieznajomym w sprawie strumyka, a zarazem czy wie coś o wilkach z talentem lodu. Podszedł do drzewa, na którym siedział rogacz. Uderzył łapą w pień, po czym powiedział:
- Nie wychylaj się, załatwię sprawę. – Od razu po wypowiedzianych słowach ruszył naprzód.
Noiter siedział na drzewie przyczajony i schowany przed obcym. Błękitny wilk stał kilka metrów od drobnego wilka. Yneryth zastanawiał się, jak zareaguje, gdy usłyszy jego głos. Nieznajomy kremowy wilk usłyszał głos znikąd. Obrócił się kilka razy ze zdenerwowaniem i złością. Biały nie wypowiedział słów pokojowo.
- Czemu używasz pułapek ? Kim jesteś? – Z pewnością jakby znajdował się na swoim terenie.
Kremowy nie odpowiedział. Po krótkim zastanowieniu uderzył przednimi łapami o ziemię. Blask światła rozszedł się błyskawicznie. Iluzja żółtookiego rozmyła się, jakby jej nie było.
- Teraz możemy rozmawiać. – Ze złością rzucił.
- Hmm ciekawie, czyli to twoja sprawka?
- Nie twoja sprawa, czyje są, ale myślę, że lekko zabłądziłeś, przychodząc tu sam.
Rozbłysk światła ujawnił Yneryth’a i Noiter’a, czarny był jednak tak schowany, że nawet bez niewidzialności nie dało się go dostrzec. Starszy zrozumiał, że ma problem. W powietrzu czuł zapach innych wilków. Nie rozumiał, czemu wcześniej ich nie wyczuł. Nie zdążył się nawet zastanowić nad zaistniałą sytuacją. Za jego plecami stały już dwa wilki. Te nie były już takie delikatne. Oba były dość dobrze zbudowane. Przez głowę przeszedł mu pomysł nad ewentualną obroną lub atakiem. Obrócił się do posiadacza magii, opuścił go entuzjazm, gdy przy tamtym stały kolejne dwa.
- Hmm, skoro jestem tu sam, a was jest piątka, mam chyba lekki problem. Dobrze rozumiem? – Jego głos dalej był pewien arogancji i pewności, była w nim jednak nutka, którą miał zauważyć czarny. Był to znak, by się nie wychylał nieważne co.
- Nie wierzę, że jesteś sam, na nie swoim terenie i jeszcze tak pogrywasz? – Wtrącił jeden z wilków za nim.
- A co miałbym zrobić ? – Zapytał ironicznie.
- Okazać szacunek i się poddać. – Odpowiedział agresywnym głosem kremowy.
- To żart ? – Zaśmiał się pod nosem.
- Nie, masz niewiele czasu, decyduj.
- Nie mam wyboru. – Yneryth napinał już przednie łapy.
- Bierzemy go, może jak zgłodnieje, będzie bardziej rozmowny.
Po tych słowach cztery asystujące wilki ruszyły w jego kierunku. Oczy wilka zaświeciły złotym blaskiem. Lód powoli pokrywał jego przednie kończyny. Wykonał dwa uniki, mijając się ze skaczącymi na niego wilkami. Łapa i pazury były już gotowe. Yneryth obrócił się, z impetem uderzając jednego z przelatujących obok w tułów. Tamten wilk runął na ziemie kawałek dalej, jego tułowie pokrywał lód. Obolały wilk podniósł się, kawałek zmarzliny zmniejszył znacznie jego szybkość. Nie wiele musiał czekać na odwet. Basior dostał smagnięty łapą w prawy tylny bok. Błękitny przesunął się o metr w prawo z siłą uderzenia. Yneryth wrzał od środka wypełniony gniewem i złością. Wilk, który go uderzył, natychmiastowo został unieruchomiony kamiennymi kolcami. Yneryth’owi z cudem udało się, go nimi nie okaleczyć. Bał się, znów zabijać pobratymców.
- Dość. – Powiedział gwałtownie chudy obserwator. Jego głos był teraz zupełnie inny. Pełny gorzkiego posmaku, ale wypełniony zarazem jakąś dziwną słodkością.
Rozbłysk przerwał gwałtownie mocno napiętą sytuację. Otworzywszy oczy, Yneryth leżał już spętany na ziemi. Świetlne więzy znów go owinęły. Wilk nie mogąc się uwolnić, szarpał przednimi łapami, próbując przeciąć je lodowym darem. Próżne były jednak jego starania, więzadła były nie do rozerwania. Szamotanie się wilka przerwało uderzenie jednego z silniej zbudowanych. Leżący basior przestał się szamotać, wyglądało, jakby zemdlał. Siedzący na drzewie wilk zatrzasnął się. Nie miał siły się ruszyć, wiedział, że podzieliłby los drugiego.

< Jakiś czas potem >
Obudził się, leżał na zimnych kamieniach. Podłoże było wilgotne i śliskie. Otwierając oczy, zauważył, że leży pośrodku jakiejś małej jaskini. Ciemność spowijała okolice, było tam jednak źródło światła. Wyjście z groty było zaryglowane świetlistymi prętami. Yneryth zdał sobie sprawę z sytuacji, w której się znajdował. Ból głowy przypominał mu o tym, jak się tu znalazł. Zbliżył się do kraty, a ona rozbłysła jak, gdyby chciała go ostrzec. Wkurzony basior nacisnął mocno na podłożę. Myślał tylko jak rozpruć tamtego wilka. Miał po dziurki w nosie, czucia się jak na smyczy. Skupił się, gdyż wiedział, że może się wydostać. Chwile po tym kawał skały rozbił dwa ze świetlistych prętów, po czym wyszedł z uwięzi pod osłoną iluzji. Chodził po terenie nieznanej mu watahy i obserwował ich zachowania. Wilków co prawda nie było dużo, lecz sam nie dałby sobie rady. Po pewnym czasie wyczuł ten zapach. Woń kremowego unosiła się w powietrzu i gładziła jego nos. Podążał za zapachem z chęcią co najmniej zemsty. Tamten wilk leżał na małym wzniesieniu i odpoczywał, nieświadomy o tym, co jest nieuniknione. Yneryth stał tuż obok niego i zastanawiał się, co zrobi. Wtedy zobaczył to, czego potrzebował. Niżej, pełno było wilków, kilka wader, pięcioro szczeniaków, i trzy samce. Wszystkie jakby oddawały pokłon przed swoją alfą. Tamten wilk nie był masywny ani chudy, był średniego wzrostu, miał jednak długą sierść tak jakby grzywę. Dumnie chodził i z uśmiechem witał się z innymi. Biały już wilk uderzył raz a porządnie łapą tego śpiącego, aby upewnić się, że nie będzie przeszkadzał. Nokaut chudego błyskawicznie wyłączył wszystkie świetliste elementy, a pobliskie wilki zaczęły lekko panikować. Sam alfa warknął stanowczo, po czym wszystkie stanęły na swoim miejscu i słuchały poleceń. W tamtym momencie już wiedział, z kim ma rozmawiać. Odchodząc, od nieprzytomnego uśmiechał się, myśląc o tym, że tamten pewnie uważał się za równie silnego. Yneryth kierował swoje kroki przed alfę, miał zamiar porozmawiać. Puścił ze swojego uścisku lewitujący piasek, w którym się krył. Znów skoncentrował się na swojej misji, nic nie było dla niego teraz ważniejsze. Myśli o rodzinie napędzały go jak rozpalona furia. Kroki nie były już dostojne, szedł normalnie bez większego stresu.
- Chcę rozmawiać z alfą. – Powiedział donośnym głosem, zza pleców większości wilków.
- Znalazła się i zguba. Kim jesteś i czego chcesz ? – Mówił, nie odwracając się.
- Jestem Yneryth i chciałem porozmawiać, a nie walczyć, tak, jak tamte nierozsądne wilki. – Mówił oschle.
- Uważaj na słowa, nie masz tu siły przebicia, a ja nie będę słuchał rozkazów obcego. – Lekko zgryzł pysk i obrócił się w połowie.
- Myślę, że to ty nie masz wyboru, nie chce walczyć, ale to twoi poddani będą cierpieć, przez twoją niechęć do współpracy. – Głos zmienił się na lekko szorstki.
- Chcesz się przekonać ? – Powiedział zdenerwowany.
Kamienna skała przebiła na wylot pobliskie drzewo. Kora odprysła w wielu kierunkach. Drzewo po uderzeniu pękło w pół i runęło za Yneryth’em. Wilk zaświecił swoimi oczyma i ponowił.
- Może porozmawiamy ? – Lekko zwątpił w swoje zachowanie, ta sytuacja prosiła się o walkę.
- No dobra, porozmawiajmy, ale po tym wynosisz się stąd. Jasne ? – Widać było złość i bezsilność alfy.
- Pewnie.
Yneryth poszedł za tym drugim, obawiał się, że mimo wszystko zostanie oszukany, zostawał więc w stanie gotowości. Idąc w nieznany kierunek, myślał, co stało się z czarnym. Niepokoił go fakt, że on mógł zostać tam sam i bezbronny. Doszli do wielkiego kamienia w centrum lasu. Dowodzący tymi terenami basior zapytał wprost. Jego pytanie było szczegółowe i punktowe. Zapytał, czego Yneryth tu szuka. Odpowiedź była nagła.
- Szukam informacji o wilkach z talentem lodu, każdy wilk z tym darem jest mi potrzebny w pewnym celu. – Odparł biały.
- Nie mamy tu wilków o takich zdolnościach. Mamy jednego wilka z talentem światła, zdążyłeś już poznać Zephyrah’a.
- Chyba go nie polubiłem, a szkoda, mogliśmy pogadać i miałbyś mnie już z głowy.
- Po co ci wilki z określonym darem ?
- Załóżmy, że szukam swojej historii. Skoro jesteś alfą, masz sporą wiedzę prawda ?
- Zgadza się, wiem to i owo.
Yneryth zakreślił na ziemi jeden z najbardziej zapamiętanych znaków z sennego ołtarza. - Znasz go ?
- Jest to znak symbolizujący drogę. – Alfa zrobił dziwną minę, zastanawiał się chyba, po co to białemu.
- Okej dobrze wiedzieć. – Żółtooki nie pamiętał z marszu wszystkich znaków, zapytał więc jeszcze tylko o jeden. – A ten ?
Symbol wyglądał dziwnie, wyglądał trochę jak cyfra pięć, górna część była jednak wydłużona i pogrubiona. Cały znak był bardzo sztywny i ostry. Nie był ani trochę podobny do wcześniejszego.
Grzywiasty zastanowił się chwilę. – Nie jestem pewien, jest on nawiązaniem do niebios. Nie mam jednak pojęcia w jakim sensie. Przykro mi. Po co ci te znaki ? – Zapytał z dużą ciekawością.
- A tak przy okazji pytam, w moich okolicach nie są one znane, więc korzystam. Ostatnie pytanie stoi?
- Okej, a potem znikasz.
- Są gdzieś w pobliżu lodowe jaskinie albo góry pokryte wieczną zmarzliną ?
- Są takie na wschód stąd. Choć nazwałby to bardziej lodową pustką i krainą wiecznego mrozu.
- Dziękuję za odpowiedzi, już odchodzę.
Wilk miał dziwne przeczucie, że wszystko poszło za łatwo. Pomimo początkowych problemów, alfa był bardzo przyjazny i miły. Pomógł i nawet dał coś od siebie. Yneryth odchodząc, nawet przeprosił. Wszystko wyglądało na idealny koniec, lecz było jednak inaczej. Z lasu wyłonił się wcześniej wspomniany Zephyrah. Wydzielała się z niego złość, było tak blisko, a już by go tu nie było. Los jednak chciał inaczej. Zephyrah rzucił twardo, chciał pojedynku między sobą a przybyszem. Alfa zapytał tylko, czy Yneryth zgadza się.
- Pewnie, jeśli on tego chce, to ja też. – Odpowiedział z uśmiechem.
- A więc niech się zacznie pojedynek. – Na koniec słów zawył ku niebu.
Biały wilk uważał ten pojedynek jako żart, był pewien, że wygra i to z łatwością. Stał na wprost kremowego i czekał na jego ruch. Zephyrah zaczął świecić coraz jaśniej i jaśniej. W pewnym momencie, gdy już żarzył się od światła, otworzył pysk. Z jego paszczy wystrzelił świetlisty promień. Z ziemi podniosła się lodowa ściana, która miała osłonić Yneryth’a. Światło rozprysło się po powierzchni ściany, a ona sama jakby implodowała. Wilk był zadziwiony siłą pobratymca. Pojedynek nie musiał więc być aż tak łatwy. Wiedząc, na co stać rywala, miał już plan. Zdaniem basiora wystarczało unieruchomić wilka i znów go znokautować solidnym uderzeniem. Zaczął więc swój taniec, dookoła przeciwnika, w celu zmniejszenia jego skupienia, wokół siebie. Wilki walczyły ze sobą magicznie przez nie długi etap. Obydwoje byli już lekko zmęczeni. Zephyrah miał dość przepychanek. Jego łapy nagle lekko zaczęły emitować blask. Drugi raz Yneryth nie dał się na to nabrać. Zamknął oczy i zmroził swoje łapy i pazury. Lód na łapach był innego koloru niż zwykle, tym razem był jakby ciemniejszy. Samiec przetarł ostrą krawędzią o kamień, w celu z piłowania lekko ostrych krawędzi. Nie chciał przelewu krwi. Oba zaczęły szarżę w swoich kierunkach. Biały wyskoczył w powietrze naokoło metr. Kremowy pochylił się w lewo i zaczął już wykonywać zamach prawą łapą. Przedramię Yneryth’a zderzyło się z Zephyrah’em z impetem. Wystąpiła nagła eksplozja, oba wilki zostały odrzucone w brutalny sposób. Świetlisty uderzył w drzewo. Lodowy nie miał jednak tyle szczęścia, on poszybował prosto w ciernisty krzew. Oboje potrzebowali czasu, aby pozbierać się. Pierwszy wstał biały, wyszedł z krzaka ubrudzony własną krwią. Pocięty był kolcami krzewu. Jego futro zmieniało kolor wraz z przejściem jego miny na pysku. Kremowy wstał, uderzenie musiał odebrać mu sporo siły, poruszał się znacznie wolniej. To była idealna okazja.
- Hhaha teraz ja ci pokażę, moje sidła. – Powiedział ironicznie.
- A nie mów... - Nie zdążył dokończyć.
Kamienne kolce unieruchomiły go, zaraz po tym ściągnęły siłowo do ziemi. Nacisk musiał być duży, gdyż nawet alfa ewidentnie drgnął. Wyglądało to tak jakby, kamienie miały wycisnąć życie z wilka.
- To koniec powiedział stanowczo.
Po tych słowach kamienne kolce zamieniły się w kwarcową chmurę, a Yneryth uderzył tak samo jak ostatni łapą solidnie o głowę kremowego. Zephyrah znów leżał nieprzytomny.
- To już chyba na mnie pora. – Powiedział, znikając w świeżym piachu.
*
Błąkając się po lesie, wrócił do miejsca, w którym rozdzielił się z Noiter’em. Tak jak przewidywał Rogaty, siedział spięty na jednym z drzew. Yneryth wyłonił się ze swojej kreacji i rzekł.
- Już jestem, przepraszam, że tak długo. Muszę ci kiedyś opowiedzieć.
-Jesteś cały? – Zapytał zmartwiony widokiem krwi na białym.
- Tak, ale lepiej znikajmy stąd, zanim Zephyrah wstanie.
- Kto ?
- A to ten wilk od sideł, chyba się nie polubiliśmy. – Wspomniał rozbawiony. – Opowiem ci po drodze zgoda ?
- Stoi. – Powiedział z uśmiechem, zeskakując z drzewa.
- Choć, musimy wrócić z powrotem do domu. Nie ma co marnować czasu.
*
Oboje szli obok siebie. Biały opowiadał, czego się dowiedział, oraz wtajemniczył czarnego w swoje odkrycie, a zarazem rozwinął, po co tu przybyli. Skrzydlaty słuchał z ciekawością, jego emocje rysowały się na jego pyszczku. Historia opowiadana przez Yneryth’a była koloryzowana, przekręcił kilka szczegółów, nie wspominał o znakach ze snu. Większość historii była jednak prawdziwa, tylko walka z Zepyrah’em była zupełnie inna. W opowieści biały miał zdecydowanie jednostronny pojedynek, lecz prawda była inna. Tamto wspomnienie kończy się dla obojga, zachodzącym słońcem w oddali. Niebem pełnym odcieni pomarańczowego i delikatnej czerwieni. Cała podróż zbliżyła do siebie oboje. Zdawać się mogło, że samotnik w końcu komuś zaufał. Noiter stał się już chyba jego pełno prawnym przyjacielem. Idąc, nie było między nimi już niezręcznej ciszy, a wręcz przeciwnie, rozmawiali o wielu rzeczach, przeszkadzał im niestety głód, po całym dniu bez jedzenia. Jedzenie również nie dzieliło ich. Postanowili …

C.D.N

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 3918
Ilość zdobytych PD: 1959 + 15% (294 PD) za długość powyżej 3000 słów.
Nagroda za Quest: 700 PD +3 pkt zwinność, +2 pkt inteligencja, +10pkt obrona 
Obecny stan: 6684 PD

czwartek, 3 lutego 2022

Od Yneryth'a: Quest 4 ~ Starzec + Pełnia [+16]

(Najbliższa pełnia, a dokładniej 12godzin wcześniej)
Okolica wydawała się być spokojna. Pierwsze ptaki, już latały i wydawały piękne dźwięki. Na drzewach pojawiały się małe listki, kora nabierała bardziej żywych kolorów. Trawa była już zielona, mimo wszystko nie była jednak jednokolorowa. W trawię rosły już różne kwiatki, posiadające bajeczne kolory. Słychać było cichy szelest wiatru oplątującego się wokół drzew. Szum wody, a dokładnie rzeki dopełniał symfonię natury w spokojny sposób. Nad brzegiem rzeki leżały drobne kamyczki. W wodzie, na skraju rosły drobne pałki wodne. Cały obraz był bajeczny. Jeden detal zmieniał wszystko. Basior biegł w wodzie, próbując kontrować prąd rzeczny. Natura nie była zadowolona z powodu prób, które się jej przeciwstawiały. Wilka, który ciężko pracował nad sobą, był biały. Wyróżniał się wśród tła, był w centrum wiosennych zjawisk.
Zmęczony i wyczerpany Yneryth uznał, że to czas na przerwę. Biegał w tej rzece od 2 godzin. Położył się na kamieniu wystającym w środek koryta. Leżał, ale nie miał dość, czuł potrzebę bycia silnym na tyle, że żaden wilk nie miałby z nim szans. Chore ambicje wilka prowadziły go w kierunku wyniszczenia fizycznego. On jednak nigdy się nie poddawał. Podniósł wzrok i radował się wiosną. Ta pora była jego ulubioną. Jedynym minusem były czasem pojawiające się burze, ale one nakreślały mu cel. Rozmyślanie i cieszenie się naturą, przerwały mu głosy w głowie. Od ostatniej pełni, nie potrafił się ich pozbyć. Los kpił sobie z niego w jawny sposób. Wciąż i wciąż one przemawiały, wiele z nich już potrafił rozróżnić. Głosy w jego głowie były dla niego policzalne. Silna wola ratowała go od skrajnego szaleństwa. Szepty ustępowały tylko w trzech sytuacjach. Pierwszą z nich była obecność innego wilka, wtedy głosy błyskawicznie cichły. Można było uznać to za sonar, tak mógł wyczuć czy jakiś niewidzialny pobratymiec nie siedzi mu na plecach. Drugim wyjątkiem były treningi i sen. Ostatnim, lecz równie ważnym były myśli o rodzinie i sposobie ich odnalezienia. W głowie wybrzmiewała spirala emocjonalno-duchowa. Wilk myślał, szukał rozwiązania swojego niebłahego problemu. Chcąc pozbyć się głosów, zasnął na głazie bez zastanowienia.
Przebudził się, słyszał boską ciszę. Radował się z każdej sekundy duchowej samotności. Spoglądał w niebo i szukał na nim swojego ulubionego ciała astralnego. Nie mogąc, go spostrzec wstał i ruszył ku źródłu rzeki. Po krótkiej drodze już go widział. Księżyc znajdował się w pełni. Futro Yneryth’a przybierało błękitnego odcienia, a on sam fascynowała się astralną kąpielą. Pamiętał, co dziś go czeka. Nie marnując ani chwili swojego życia udał się zgodnie ze swoim sumieniem i jedynymi poszlakami, jakie posiadał. Wilk kierował się na wysokie, pokryte wieczną zmarzliną, góry. Tam prowadził go znak ze snu.
*
Podróżował już od dłuższego czasu, w oddali widział już zarys swojego celu. Dziwiło go, że głosy nie dają o sobie znaku, było to dla niego dziwne. Nie miał jednak zamiaru się tym martwić. Na skraju lasu spostrzegł coś, może kogoś. Pomyślał tylko:
- Proszę, tylko nie znów „to”
Głęboko po dziurki w pysku miał już obce wilki. Ostatni jegomość o ile można nazwać żywym, coś, co nie materialne, zostawił mu specyficzny prezent. Mimo wszystko chciał być tym dobrym. Podszedł do siedzącego nieruchomo wilka. Analiza nie mówiła nic ciekawego, starszy, ciemnobrązowy wilk. Nie posiadał w sobie nic specjalnego. Zanim Yneryth zdążył się przedstawić, tamten wtrącił się.
- Gó..gó..gó.. Góry. - Jąkając się, szeptał przed siebie.
- Co z tymi górami? - Zapytał się, przysiadając obok.
- Te..te..te.. te góry. - Wskazał pyskiem.
- Tak ?
- Muszę się na nie udać. - Westchnął przerażony.
- Co tam jest, tak ważnego, że idziesz tam sam ? - Zapytał zaciekawiony.
- Jeśli udasz się tam ze mną, zrozumiesz. Jak pójdziesz ze mną, oddam ci te kamienie.-Wciąż się jąkał, ledwo dało się go zrozumieć.
- Udam się tam z tobą, ale nic od ciebie nie wezmę. Stoi ?
- Stoi.
Oba wilki wstały i skierowały swój marsz w kierunku, zimowych gór. Biały wilk obserwował drugiego, nie chciał, znów wpakować się w takie bagno jak ostatnio. Na szczęście, ten był materialny, uspokajało go to trochę, problemem było jednak to, że tamten wyglądał na zwariowanego. Przynajmniej nie wydawał się być groźnym. Yneryth szedł napięty i gotowy rozpłatać go magicznie w razie potrzeby. Tamten był jednak spokojny, wydawał się teraz dużo bardziej spokojny, a nawet wesoły. Był jednak wygłodzony, mógł nie przeżyć wejścia na górę. A mimo wszystko nie zapytał nawet o przerwę. Jego kondycja była zaskakująca, szedł i szedł, nie zatrzymywał się, ani nie zwalniał. Co był w tych górach?
Znajdując się już u podnóża, Yneryth musiał zapytać.
- Nie chce pan chwilę odpocząć? Może coś zjemy?
- Niee! Nie teraz, jesteśmy już tak blisko. - Warknął zdecydowanym głosem.
Wdrapywali się ku niebu. Dystans do zlodowaconej części wciąż się skracał. Wilk był już lekko zmęczony nieustannym marszem. Wtedy pojawiły się one. Głosy w głowie znów zaczęły go atakować. Ich mowa była jednak zupełnie inna. Nie potrafił ich nawet zrozumieć. One mówiły w nieznanej mu mowie.
- „Nuk et in eternum”, „Nuk et in eternum” - Końcówka była jednak nadzwyczajna. - Strzeż się mrozu, on cię znajdzie. Nikt się nie uchroni.
Szepty lekko go przerażały. Jego teoria o lodowcowej legendzie, mogła być prawdziwa. Jego rozmyślania przerwał głos towarzyszącego mu wilka.
- Jesteśmy. Chodź za mną, to tu.
Stali przed wejściem do skutej lodem jaskini. Wchodząc w głąb, lód ustępował skałą. Przy ścianach leżały porozrzucane kości, różnej wielkości. Yneryth zaczął się obawiać, tego, co go tu czeka. Na ścianach były ślady po pazurach. Były płytkie, ale szerokie. Doszli do miejsca w którym, ciasny korytarz przekształcał się w sporych rozmiarów jaskinię. Czuć było tu zapach krwi, która zdążyła już wyschnąć. Na podłożu leżały kości i czaszki. Wilk postanowił sprawdzić jedną z nich, żeby wiedzieć, co tu umarło. Przeraził się, widząc, że kształt tej czaszki jest mu dobrze znany. Czaszka poturlała się i uderzyła o ścianę. Wilk widział taką tylko raz. Ten kawałek kości należał do innego wilka. Panicznie obrócił się i przygotował do obrony, nie wierzył, że mógł to być przypadek. Serce biło mu z dużą prędkością, emocję krążyły i wiązały się. Nieznajomy stary wilk znikł, basior nie mógł go dostrzec. Nagle nastąpił blask. Dwie kule ognia prawie usmażyły go żywcem. Unik zapewnił mu życie.
- Przykro mi, nie możesz już wyjść.
Nieznajomy wilk wyglądał zupełnie inaczej. Zgadzało się tylko jedno, dalej był wygłodniały. Oznaczało to tylko jedno, iluzja oszukała ufnego basiora. Czekała go teraz walka na śmierć i życie, z nieznajomym, o którym nic nie wiedział. Miał przewagę, przynajmniej tak mu się zdawało. Zaczęło się. Wcześniej brązowy wilk, był teraz koloru rudo-czerwonego, wyglądał na średnio zbudowanego. Wyróżniały go blizny, miał ich pełno. Wilki zaczęły szarpaninę. Cała jaskinie wybrzmiewała od warków i odgłosów pazurów uderzających o skały. Yneryth na początku znajdował się w defensywnie. Zamierzał przeczekać przeciwnika, poznać jego umiejętności, a potem skończyć z nim. Czerwony nie poddawał się, atakował nieustannie. Rzucał kulami ognia raz za razem, w przerwach atakując fizycznie. Ogień nie był dla białego żadnym niebezpieczeństwem, każda kula rozbijała się o lodowe kolce. Nieznajomy głowił się pewnie, czemu jego obiad jeszcze dycha. Owe kolce topniały od razu, nie zostawiając po sobie większych śladów. Jedyne co po nich zostawało to woda. Po pewnym czasie podłoga był wilgotna, a Yneryth gotowy do kontrataku. Zapytał więc:
- A może teraz ja za atakuję ?
- Choć do mnie, a nie uciekasz. – Wrzasnął, zirytowanym głosem.
Skała pokryła się lodem. Ściany jaskini wyziębiły się. Powietrze stało się zimniejsze. Czerwony był zaskoczony.
- Tym chcesz mnie pokonać? Lodem na ziemi ? Żałosne nie jesteś w stanie nawet za atakować.
- Tak ? Zobaczymy. - Z uśmiechem, ruszył w kierunku nieznajomego.
Powietrze ciął odgłos zderzających się pazurów. Walka w zwarciu była wyrównana, oba wilki były ubrudzone własną, jak i rywala krwią. Odjeżdżając po lodzie do tyłu, Yn był już wściekły, zamierzał rozszarpać go, a następnie wyrzucić na pożarcie dzikim zwierzętom. W tym momencie skończył grać czysto.
- Koniec tego.- Zdeterminowanym głosem warknął. – Teraz, to ja się pobawię.
- Pokaż, na co cię stać, a może twoje kości, posłużą mi za gryzak.-Dorzucił z uśmiechem.
Czerwony nie był gotowy na to, co go czekało. Pierwszy kolec był uformowany z lodu. Przebił na wylot prawą tylną łapę. Wycie z bólu napawało Yneryth’a do dalszego okaleczania. Napastnik z bólem wyrwał się, z lodowego kolca myśląc, że to koniec. Wtedy, zabawa się skończyła, w powietrzu można było wyczuć zapach walki i rywalizacji, aromatu krwi też nie brakowało. Jaskinia rozbłyskiwała od kreowania ognia, a mroziła od siły lodu. Pojedynek musiał się jednak zakończyć. Obaj byli już wyczerpani, jeden odpowiedni cios mógł wszystko zakończyć. Cieszę w głowie, już nie do końca białego wilka, przerwały szepty.
- Każdy powinien strzec się przed siłą wiecznego mrozu. Yneryth’ie czemu jej nie używasz? - Głosy znikły głucho.
Oczy Yneryth’a nagle jakby zalśniły, pokrył się błękitnym odcieniem. Obraz, który przedstawiał, zmienił się o 180 stopni, wyglądało, że jest wypaczony z emocji. Szedł powolnym krokiem w kierunku czerwonego, jakby pogodził się z losem, bycia obiadem. Jego kroki były pełne dumy i agresji. Napastnik nie próżnował, zaczął brutalną i nieopanowaną szarżę. Jego kroki były przewidywalne, z powodu kuśtykania na ranną łapę. Z nozdrzy białego wydobywało się powietrze zimniejsze od temperatury śniegu. Łapy wilka pokrywały się lodem. Wtedy bez lodu na skalę, słyszalne były odgłosy ocierania lodu o skałę. Pisk pazurów pokrytych i wydłużonych lodem był nie do zniesienia. Po chwili ten dźwięk ustąpił, a agonalne wycie wypełniło jaskinie, jeden z nich już nie żył. Jeden cios zakończył walkę.
Ta noc nie była jednak ostatnią basiora, z lodowym darem. To on wyprowadził śmiertelny cios. Prawa łapa była cała mokra od krwi napastnika. Przedramię Yneryth’a uderzyło oponenta z całą siłą w skroń. Pazury pokryte lodową zmarzliną strzaskały czaszkę i rozpruły głowę. Basior otworzył głowę wilka na nowy sposób myślenia i to nie w przenośni. Ranny basior stał nad zwłokami leżącymi w kałuży krwi. Nie do końca wiedział, co się stało, ale nie obchodziło go to jakoś bardzo. Cieszył się, że udało mu się przeżyć spotkanie ze śmiercią. Głosy w głowie uratowały mu dziś życie. Wszystko wydarzyło się tak szybko, że nie wiedział jak powtórzyć sztuczkę sprzed chwili. Padnięty i wyczerpany, nie miał sił, by zejść żywym z góry. Nie miał wyboru, musiał pożywić się tym, co miał. Oprawca zginął tak jak jego ofiary, skończył, tak samo. Został posiłkiem, który miał uratować drugiego. Po najedzeniu się zasnął pod ścianą, aby zregenerować siły. Marzył teraz tylko o jednym, wróceniu do watahy.
Obudził się. Czuł smród krwi i rozkładających się zwłok. Wstał z podłoża i udał się ku wyjściu. Idąc w kierunku światła na końcu tunelu, uśmiechał się. Jedynym co go martwiło, było to, że musiał zjeść mięso pobratymca. Nie czuł się wcale lepszy od niego, bo uczynił to samo, co tamten. Znajdował się już na zewnątrz. W głowie próbował ułożyć plan powrotu. Stan fizyczny wilka był opłakany. Miał pełno śladów po pazurach, oparzeń też nie brakowało. Cały był we krwi. Wyglądał jak chodzące zwłoki. Czuł się jednak nie najgorzej, da radę wrócić żywym. Zastanawiało go, co chciały mu przekazać głosy w głowie. Uratowały mu życie i wyglądało na to, że chciały go ostrzec. Musiał to przetrawić, w dodatku ta nowa zdolność. Nie wiedział nawet jak jej użyć i na co ona mu pozwala. Teraz jednak miał większe problemy, potrzebował medyka. Bez odpowiedniej pomocy, jego czas mógł się drastycznie skrócić. Całą siłę, która mu została, oszczędzał, potrzebował jej teraz najbardziej.
Był już w okolicy watahy, ledwo trzymał się na nogach. Głód doskwierał mu jak nigdy. Całe szczęście, że do jaskini medycznej nie miał daleko. Teraz tylko tam dojść i wszystko będzie dobrze myślał. Stanął w miejscu i przypomniał sobie o wyglądzie swojego futra, nie chciał tak wchodzić w rozmowy z innymi. Jego ubarwienie miało wiele do życzenia, był brudny, zakrwawiony. Odór zastygłej krwi był okropny. Wlazł do najbliższej kałuży, licząc, że ona coś pomoże. Co prawda nie był śnieżno biały ani błękity. Nie był przynajmniej krwisto czerwony ani szary od brudu. Teraz było lepiej widać wszystkie szramy i poparzenia, było trochę gorzej, niż mu się wydawało. On mógł tam umrzeć. Zdając sobie sprawę z powagi sytuacji, przyspieszył ku medykowi. Zaczął nawoływać o pomoc, co nigdy mu się nie zdarza.
(Po udzieleniu odpowiedniej pomocy medycznej.)

Leżał sam pod drzewem. Pomyślał, że może jednak na przyszłe wyprawy powinien kogoś ze sobą zabierać, albo być, chociaż lepiej przygotowanym na zagrożenia. Wniosek był prosty, potrzebował kogoś, komu mógł powiedzieć o ewentualnym zaginięciu samego siebie, w niewyjaśnionych okolicznościach. W takim wypadku ktoś mógłby mu pomóc przeżyć powrót. Tym razem mu się poszczęściło, nie zamierzał jednak wspominać powrotu.

C.D.N

PODSUMOWANIE 
Ilość napisanych słów: 2030
Ilość zdobytych PD: 1015 + 10% (101) za długość powyżej 2000 słów.
Nagroda za Quest: 400 PD +5 pkt inteligencja, +3 pkt zwinność, +4 pkt kondycja 
Obecny stan: 1788

poniedziałek, 31 stycznia 2022

Od Yneryth'a: Quest 15 ~ Hipnoza | Pełnia

Na niebie widniał księżyc w pełni, oznaczało to tylko jedno, nową wyprawę poza teren watahy. Opcji na podróże było wiele. Gdzie dziś wybierze się Yneryth ?
Wilk leżał na szczycie wzniesienia, znajdującego się pośrodku niczego. Był na polanie. Jedyne co mu wtedy towarzyszyło to drzewo jabłoni, takie towarzystwo było dla niego zupełnie wystarczające. Przebudzając się ze swojego letargu, spojrzał na niebo tak jak zawsze. Widząc błyszczące gwiazdy, niebo bez najmniejszej skazy, w postaci chmur, dojrzał swoje ulubione zjawisko, księżyc w pełni. Błyskawicznie wstał i podziwiał piękny kolor swojego futra. Czuł się wyjątkowy. Udał się w kierunku strumyka, by wymyć się i imponować wszystkiemu swoim idealnym kolorem.
Najedzony i wymyty był już gotowy, by wyruszyć w cało dniową podróż. Jego dzisiejszym celem było sprawdzić, co znajduje się na szczycie wodospadu, który kiedyś widział. Maszerował stałym, dość szybkim tempem, wzdłuż szlaku wodnego. Podziwiał krystalicznie czystą wodę, która odbijała całe niebo w swoim lustrze. Znajdował się już w miejscu, w którym czasem trenował wytrzymałość swoich nóg, wartki strumień nadawał się do tego idealnie.
Spojrzał w tafle wody, żeby zobaczyć samego siebie i powspominać nostalgicznie inne samotne podróże. Wielkie było jego zdziwienie, gdy w widzianym obrazie pojawił mu się dziwnie znajomy wilk, usłyszał w głowie słowa "Destate de fiksi nuk et in eternum”. Przez głowę przeleciało mu wiele wspomnień z dzieciństwa, z tego dnia, gdy został porzucony. Widział rodziców zostawiających go i odchodzących w pośpiechu. Wydawało mu się, że przed czymś uciekali. Wszystkie obrazy nagle zniknęły, wilk z wody nagle stał przed nim. Szedł w głąb lasu bez słowa. Basior intuicyjnie czuł, że musi za nim podążać. Te wizje, ten znajomy wilk. Czy to była szansa na dowiedzenie się prawdy?
W głowie Yneryth’a wrzało od kontrowersyjnych opcji. To co, właśnie robił, było skrajnie głupie, udawać się za nieznajomym wilkiem w las. Z drugiej strony czuł przeczucie nie do opisania, że to jest ten dzień, dziś się dowie. Wszystko mówiło tylko o plusach danej sytuacji. Taka okazja mogła się już nie powtórzyć, w głowie wciąż słyszał niepokojące szepty, niektóre głosy kojarzył, ale nie miał pojęcia dlaczego. Nagle przystanął, wilk prowadził go w zakazane tereny. Nie wiedział, czy może kontynuować spacer. Nagle nieznajomy obrócił się, a w głowie basiora było słychać głos Eleshara. Mówił, a raczej szeptał:
- Nie bój się, choć.
Ten głos złamał wilka wewnętrznie. Ruszył dalej, prawo wilków, których nie obchodzi jego życie, nie dotyczy go w takich sytuacjach. Nie może stracić takiej szansy. Był na równi z podejrzanie znajomym mu wilkiem. Był on szarego umaszczenia, silnie zbudowany, jego łapy były prawie dwukrotnie większe od jego. Gdyby chciał, mógłby rozszarpać żywcem Yneryth’a, a jednak tego nie robił. Basior czuł się doceniony, mogąc iść jak równy z równym z takim wilkiem.
Las robił się coraz gęstszy, z drzew zwisały liany, krzewy były wielkie, trawa długa. Wyglądało, jakby nigdy tu nie było niczego. Nieznajomy znów się obrócił, w głowie wilka znów zabrzmiały głosy:
- Początek. Podróż. Porzucony.-  Powiedziały wszystkie głosy jednocześnie, a potem ustały.
- To tu. – Zakończył głos Eleshara.
Nieznajomy wilk jakby wyparował. Basior nie wiedział, co ma dalej zrobić, nie miał nawet pojęcia jak wrócić do domu. Przed sobą widział wydeptany szlak. Właśnie nim zdecydował się podążać. Wilk wstąpił w jakiś dziwny trawiasty krąg. Trawa była równo wydeptana, jak gdyby miała formować łuk. Po wejściu za linie futro wilka stało się białe, straciło swój wyjątkowy kolor. Yneryth przełknął ślinę zaniepokojony, to nigdy się nie wydarzyło. Bał się iść dalej, ale musiał, nie miał już innej opcji. Idąc w głąb, widział wypalone w trawie znaki, jeden z nich był mu dziwnie znajomy, reszta była mu nieznajoma. Zauważył jakiś ołtarz ?
Wilka stał już na piedestale, obejrzał się dookoła. Widział trzy kręgi otaczające budowle i pięć znaków, a znał tylko jeden. Tego znaku nauczył go przybrany ojciec. Ów symbol oznaczał wieczny mróz. Eleshar opowiadał mu w dzieciństwie legendy, o watasze mrozu, wilkach, które nie bały się niczego. W legendach były opisywane jako białe bądź szare wilki. Nigdy nie były pokojowe nastawione do obcych bądź wilków nieczystej krwi. Władały magią zimy, magia mroziła ich przeciwników i skazywała na wieczne potępienie, jako lodowa figura. Do tej pory Yneryth myślał, że to zwykła bajka, teraz wiedząc, że wiele wilków ma talenty magiczne, zaczynał rozważać nad możliwym dla siebie, pochodzenia z ów stada. Wszystko składało się w całość, nie był czystej krwi, ponieważ władał też magią ziemi. Czy jego rodziców spotkał los lodowej figury ? Wrócił wzrokiem na środek ołtarza. Znajdował się tam nieznany mu znak, wilk nie mogąc się oprzeć, stanął na środku. Wilk padł nieprzytomny, zaczął dostawać wizji, widział swoich rodziców uciekających od niego. Dwa wilki, wadera miała szare futro, skarpetki miała podchodzące w lekki brąz. Samiec był śnieżno biały. Oba wilki zniknęły mu z pola widzenia w zamieci śnieżnej znikąd. Wniosek był prosty, jedno z nich posiadało talent magiczny i władało lodem.
Yneryth obudził się, leżąc w połowie w wodzie. Był w miejscu, w którym ujrzał wilka w wodzie. Odruchowo spojrzał w niebo. Słońce znajdowało się już w jednej czwartej nieba. Wilk przeleżał tu prawdopodobnie nieprzytomny całą noc i kawałek dnia. Wstał, fizycznie czuł się dobrze. Doskwierał mu jednak głód. Jego stan mentalny był jednak w dużo gorszym stanie, nie mógł pozbyć się szeptów, powtarzających te same słowa.
- Przeznaczenie. Porzucony. Podróż.
Wilk nie miał pojęcia co o tym myśleć, nie wiedział nic. W jego głowie rysowały się nieskończone pytania bez odpowiedzi. Czy to jego początek szukania odpowiedzi na życiową zagadkę? Basior udał się z powrotem na tereny watahy. Nie spuszczał oczu z zakazanego lasu po drugiej stronie lasu. Cała ta wizja czy halucynacja nie dawała mu spokoju. Niestety z widzianego mu zniszczonego i opuszczonego ołtarza pamiętał tylko dwa znaki, których znaczenia nie znał. Był to znak na środku oraz znak znajdujący się naprzeciwko znanego przez niego symbolu. Jego marzeniem w tej chwili było poznać swoich rodziców, zobaczyć ich i móc z nimi pogadać. Yneryth był mentalnie rozszarpany, zastanawiał się, kim był szary wilk, który był jego przewodnikiem, a co lepsze czemu wydawał mu się znajomy.
Basior doszedł na polanę, był wyczerpany fizycznie po swojej wycieczce. Jak tylko znajdował się w cieniu jabłoni, padł jak trup i zasnął, mając nadzieje, że chociaż sny mu odpuszczą w tej chwili. Chciał zapomnieć, chociaż na chwile kim jest, chociaż tego nie wiedział.

C.D.N

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1028
Ilość zdobytych PD:514 + 5% (25) za długość powyżej 1000 słów.
Nagroda za Quest:  250 PD +3 pkt siła, +2 pkt obrona 
Obecny stan: 5737