Itami stawiała ciężko kroki, czując, jak ból w podbrzuszu rozrywa jej wnętrzności, a na dodatek uczucie nieznośnego krwawienia, doprowadzało ją do szewskiej pasji. Postanowiła, że zajmie czymś myśli i zacznie opowiadać Atrehu i Itachiemu śmieszne i wymyślne krotochwile do czasu, aż nie dotarą do celu.- Itami? - Odezwał się Atrehu po chwili. Odwróciła się w jego stronę, a w jego oczach ujrzała znajome iskierki, całe jego zaś ciało drżało z trudno do wytłumaczenia wysiłku. Sama nie wiedziała, czy przez ciężar Itachiego, czy przez... jego męskie sprawy.
- Wiem, o czym myślisz. - Jego spojrzenie przybrały bardziej żywy kolor, zalśniły figlarnie.
~Ah, cały Atrehu, nigdy się nie zmieni - pomyślała i uśmiechnęła się znacząco - tym samym i basior skłonił się do tego.
- Czyżby? - zapytał, posyłając jej długie spojrzenie swych magicznych oczu, dla których chciało się ulec. Basior następnie uniósł jedną brew, jakby się nad czymś zastanawiał. Itami już dobrze wiedziała, nad czym, więc odparła ze śmiechem.
- Nie mam na myśli tego, co teraz chodzi ci po głowie. Chodziło mi raczej o twoje niezadane pytanie. - odparła z psotnym uśmieszkiem.
- Owszem, nie zadałem go, acz interesuje mnie, dlaczego sama go nie opatrzyłaś. - Itachi nastawił uszu, zerkając przez ramie na Itami. Oboje czekali na odpowiedź ze strony wadery.
- A co? Mojemu przyjacielowi jest za ciężko? - spytała słodko i niewinnie, ale zaraz dodała niespodziewanie ostro. - Itachi musi trafić do lecznicy, bo tam są wszystkie potrzebne rzeczy. Leki, narzędzia, wszystko. A poza tym, Lonya o wszystkim decyduje, bo jest starsza, bardziej doświadczona ode mnie.
- Hej, hej... Itami, spokojnie. - odparł Atrehu. - Chciałem tylko wiedzieć.
Teraz właśnie dotarło do wadery, jak ostro zareagowała na zadane pytanie. Odwróciła się znów do przyjaciela, podeszła bliżej i zadarła lekko głowę do góry, aby ich oczy się spotkały.
- Wybacz... nie powinnam tak mówić... to wszystko przez to skaranie boże... nie masz mi tego za złe?
- Nie, nie mam. Staram się nawet cię zrozumieć. Chodź, zanieśmy go do medyka. Ufff... ale on ciężki.
- Ja tu jestem! - odparł Itachi. - Wcale nie jestem tak ciężki.
Itami, na ten nagły odzew znajomego basiora, parsknęła śmiechem, po czym ruszyli dalej. Atrehu, zgodnie z jej prośbą, posadził Itachiego na stół operacyjny. Po jego minie widziała, że to wszystko się mu nie podobało, ani trochę.
- Zbadamy cię tylko. - powiedziała Itami, przejeżdżając palcem po jego policzku. Itachi zerknął na nią lekko zaskoczony tym gestem. Starała się, aby przez to się poczuł, że jest pod dobrą opieką.
Lonya, zgodnie z jej doświadczeniem, nakazała Itami zbadać basiora palpacyjnie, czy przez upadek nie złamał sobie czegoś.
- Możesz poruszać łapą? - zapytała Itami. Itachi zerknął chwilę na nią, a potem powiódł wzrokiem po swej tylnej łapie. Mięśnie uda pracowały prawidłowo, ale z wyraźnie malującym się grymasem bólu, starał unieść kończynę. Niestety nie dał rady, co też wyraźnie zmartwiło młodą medyczkę. Podeszła bliżej, opuszkami palców zaczęła badać miejsce stłuczenia. Dotykała ważne miejsca, pytała się, czy odczuwa jakiś ból. A gdy próbowała pomóc mu unieść kończynę, zareagował krzykiem.
- Już, już cicho! - próbowała uspokoić Itachiego. - Jesteś na prawdę twardym pacjentem, dasz radę.
- O ja pier**lę, jak to boli! - wysyczał przez zaciśnięte zęby Itachi.
- Przeprowadzę jeszcze kilka badań.
Z tymi słowy, próbowała dotknąć okolic pachwiny basiora. Tym samym, poprosiła Atrehu, aby lekko i w miarę, najdelikatniej jak potrafił, uniósł Itachiemu kończynę, zaś jej łapa zanurkowała wśród gęstwin futra. Itachi niemal zawył z bólu.
- Itachi, nie mam dla ciebie dobrych wieści. - zaczęła Itami, gdy skończyła badać połamanego basiora. - Podejrzewam, że masz złamaną szyjkę kości udowej. A to oznacza, że przez dłuższy czas nie ruszysz się z miejsca.
- No świetnie. - burknął basior i załamany, opuścił głowę na stół. - Ile to może potrwać?
- To zależy...
- Od czego? - basior starał się, żeby nie krzyknąć. W jego tonie wyraźnie jednak podkreślił napięcie i irytację, połączoną z załamaniem.
- Od rodzaju złamania, metod leczenia i czy nie została uszkodzona część talerza biodrowego. Wiem, że to będzie trudne dla ciebie, ale postaraj się nam zaufać. Ja i Lonya zaopiekujemy się tobą. Zgoda?
Itachi westchnął ciężko i pokiwał głową, na co, aby podnieść lekko basiora na duchu, uśmiechnęła się ciepło, po czym zwróciła się do Atrehu.
- Mogę cię prosić?
Basior bez słowa kiwnął głową, ale iskry w jego oczach nie przestały szaleć. Zaprowadziła go do osobnej odnogi jaskini, służącej jako schowek na zioła. Usiedli na przeciw siebie, Itami musiała znów poderwać głowę, aby utrzymać kontakt wzrokowy z o wiele wysokim od niej basiorem. W jego oczach czaiło się zapytanie, o co chodzi.
- Dziękuję ci za pomoc, Atrehu. - zaczęła i nagle ukłuło ją dziwne poczucie winy, za to, co zrobiła w lesie. - I jednocześnie chciałam przeprosić...
- Za co? - zapytał zdziwiony Atrehu.
- Za to. - dotknęła czule miejsca na policzku, gdzie uderzyła go bezceremonialnie. Basior obdarzył ją równie czułym spojrzeniem.
- Zasłużyłem. - odpowiedział. - Nie powinienem naruszać twej strefy intymności.
- Zrozum mnie... ten ból dobija mnie totalnie, ale, co nie oznacza, że czuję się winna. - Nie przestawała głaskać miejsca po uderzeniu, jednocześnie przyglądając się mu czule i ciepło. - I jeszcze raz ci dziękuję. Jesteś dobrym przyjacielem.
- A ty... - rzekł basior, zbliżając swój pysk, aż poczuła jego ciepły, przyjemny oddech. - Jesteś dobrą przyjaciółką i wspaniałą waderą. Wiedz, że zrobię wszystko, aby ci pomóc. - Jego usta niebezpiecznie zbliżały się do jej ust.
- Dzięki, doceniam... - W następnym momencie poczuła, jak fala gorąca ogarnia jej ciało, które po chwili zadrżało, gdy tylko pomyślała o tym, co się zaraz wydarzy. Atrehu przejechał kciukiem po jej dolnych wargach, rozwarł swe usta, wystawiając czubek języka. Zbliżał się powoli, a Itami nie protestowała... była zbyt opętana ciepłem i przyjemnym oddechem kochanka. Ich języki niemal zetknęły się ze sobą, gdy nagle zabrzmiał protestujący głos Lonyi.
- Te, gołąbki! Przykro mi, że przerywam, tę jakże uroczą i wywołującą oczny orgazm, scenę, ale nie zapominaj Itami, że pacjent ci umiera na stole!
- Tak, już idę. - odparła pośpiesznie Itami i odsunęła się od basiora, lekko zmieszana. Atrehu zaś szepnął coś wściekle pod nosem, a oczy zapłonęły z irytacji.
- Cieszy mnie to szalenie! - powiedziała Lonya i wróciła z powrotem do pracy.
- A mogło być tak pięknie. - burknął Atrehu.
- Uspokój się, Atrehu. Nie zatrzymuję cię już, bo pewnie też masz swoje obowiązki.
- Pieprzyć obowiązki... chciałbym zostać z tobą!
Z tymi słowy, Itami chciała jakoś rozładować jego napięcie, więc ułożyła swój policzek na jego klatce piersiowej, a ten swą silną łapą, objął ją czule. Tkwiła tak bez ruchu, przysłuchując się wyraźnemu biciu serca przyjaciela, jednocześnie ciesząc się jego ciepłem. Tego też właśnie teraz potrzebowała, aby ją ktoś objął, zauważył i zwrócił uwagę. Aby poczuć się bezpiecznie w czyichś ramionach, poczuć ciepło znajomej osoby. Czuła się na prawdę źle, gdy nagle Atrehu odsunął ją od siebie. Spoglądali na siebie i po chwili, basior rzekł ciepło, chwytając ją przyjaciółkę za ramiona.
- No, moja mała medyczko. Wracaj ratować innym życie, a ja wracam na patrol. Do zobaczenia.
Słabym, smutnym wzrokiem odprowadzała Atrehu, kroczącego wśród szalejącej śnieżycy, która nagle się rozpętała.
- Wszystko dobrze? -zwróciła się do Itachiego. - Potrzebujesz czegoś?
- Chciałbym coś przeciwbólowego i iść sobie.
- Jak ja uwielbiam, gdy pacjenci są, jak małe szczeniaki. - zachichotała pod nosem. - Pobędę tutaj z tobą, takie polecenie Lonyi. W sumie to nawet dobrze. Lepiej się poznamy i w ogóle.
<Itachi? Atrehu?>
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1159
Ilość zdobytych PD: 579 + 5% (28 PD) za długość powyżej 1000 słów
Obecny stan: 607
Newsy
:Aktualności
.Blog przechodzi obecnie renowację
.Już niebawem pojawią się nowości
:Pogoda
Obecna pora roku ~ Jesień
.Temperatura waha się między 10+ a 0- stopni Celcjusza
.Zmiana pory roku nastąpi 15.12.2022
Liczba wilków ~ 27
Wadery ~ 18 + 1 NPC
Basiory ~ 7 + 4 NPC
Szczeniaki ~ 1
Nieobecni: Brak
~Serdecznie zapraszamy♥~
niedziela, 5 grudnia 2021
sobota, 4 grudnia 2021
Od Atrehu c.d Itachi'ego i Itami ~ Poszukiwanie miejsca
Cała ta sytuacja była wręcz absurdalna i byłem pewny, że szybko o niej nie zapomnę. W końcu nie codziennie dostaje się po pysku od kochanki, a zarazem najlepszej przyjaciółki. Choć z drugiej strony nie byłem pewny, za co dokładnie oberwałem. Wcześniej jej nie przeszkadzało, gdy dotykałem najczulszych miejsc, ale zaś wtedy nie było czuć tego anielskiego zapachu. Itami wydzielała specyficzne feromony. Woń niczym narkotyk przyciągała mnie do niej, do jej najskrytszego miejsca, w którym pragnąłem znaleźć ukojenie. To było zwyczajnie zbyt silne, by się temu oprzeć. Walczyłem, próbowałem. Głód był jednak silniejszy. Naprawdę powinienem poćwiczyć kontrolę nad sobą. To nie do pomyślenia, że kieruje mną jakaś cholerna chuć i chęć pieprzenia. Aczkolwiek tu zadziałało Zamglenie. Okres, w którym pożądanie atakuje znienacka, gdy potencjalna partnerka znajduje się blisko. Finał nie był jednak taki, jaki chciałem, aby był. Koniec końców dostałem za swoje. ~ Eh, samica zmienną jest. - pomyślałem, zerkając na nią spode łba, gdy dumnie wyprostowana, kroczyła obok mnie. Nigdy nie zrozumiem kobiet. Są zmienne jak pogoda. Raz pozwalają się do siebie zbliżyć, wybuchając ogniem niczym wulkan, innym zaś trzaskają ci łapą w pysk kompletnie bez powodu. No, może powód był, wszak pośladki należą do tej sfery nietykalnej, a ja ją bezceremonialnie naruszyłem. Czy można mnie jednak winić za to, że pokusa okazała się silniejsza? No i nie sądziłem, że tak źle to odbierze. Zwłaszcza że jakiś czas temu sama żądała, abym ją zaspokoił. Od tego czasu minęło jednak trochę i wszystko mogło się zmienić. I nie chodzi tu wcale o moją zranioną dumę, bo ta zanadto nie ucierpiała, ale... ~ Pieprzyć to, do cholery jasnej, muszę się ogarnąć! - warknąłem w myślach. W tej samej sekundzie coś gruchnęło o ziemię. Zatrzymałem się gwałtownie, a z mojego gardła wydobył się niski warkot. Itami się skuliła, chowając głowę między ramionami.
- Excuse-moi. - głos należał do samca, co tylko zwiększyło moją czujność. Wydawało mi się jednak, że już gdzieś go słyszałem, aczkolwiek nie pamiętałem gdzie. Odruchowo chciałem zasłonić Itami własnym ciałem, lecz wadera okazała się szybsza.
- Itachi? Co robiłeś na drzewie?! - zapytała, patrząc na przybysza wielkimi oczyma. ~ Czyli się znają. - uspokoiłem się nieco, lustrując go wzrokiem. Basior był zdecydowanie chudszy ode mnie, aczkolwiek podobnego wzrostu co ja, może nawet kilka centymetrów dłuższy, ale to raczej przez jego długi ogon. Białe futro zdobiła czerń na pysku i łapach, gdzie przy lewej przedniej dostrzec było można wyblakłe runy. Już coś kiedyś takiego widziałem. Symbole z pewnością zaczynają się jarzyć przy aktywowaniu swoich zdolności. Nie potrafiłem ich rozszyfrować z tej odległości, musiałabym podejść bliżej, by się przyjrzeć, a tego na razie nie zamierzałem robić. Co jeszcze przykuło moją uwagę, to czerwone wzory na piersi, układające się jakby w demoniczny uśmiech.
- Spałem. - głos basiora przywrócił mnie na ziemię. Potrząsnąłem głową, skupiając się na tym, co jest tu i teraz. - Ała! Moje biodro! - samiec skulił się, sycząc z bólu. Nie dziwiłem się, że go boli. W końcu zleciał z drzewa. Dość wysokiego dodam i to z wielkim hukiem. Warknąłem w myślach, a Itami zawtórowała mi siarczystym przeklnięciem, po czym spojrzała na mnie znacząco.
- Atrehu, pomożesz mi z nim? Musi go obejrzeć medyk. - nie zdążyłem odpowiedzieć, gdyż niedoszły samobójca poderwał się z miejsca.
- Nie, nie ma takiej potrzeby...
- To ja decyduję, czy jest potrzeba, czy nie! - uśmiechnąłem się delikatnie. Ta dziewczyna ma sobie ogień. Temu nie mogłem zaprzeczyć. Poza tym muszę sobie zapamiętać, by nie drażnić samic z okresem. Zamglenie to przy tym pikuś, zwłaszcza że działa ciut inaczej, acz wadery są tak samo wkurzone... Wracając, podszedłem do Itachiego, patrząc mu prosto w oczy. Wiedziałem, że pomysł z noszeniem go mu się nie spodobał. Był basiorem jak ja, wiedział, że jest to dość upokarzające. W końcu jednak dał się zaciągnąć na mój grzbiet, nie szczędząc niezadowolonych mruknięć. Nie miał wyjścia, przecież z trudem się podniósł. Ja sam nie byłem zbyt zachwycony. ~ Na wszystkich Bogów tego świata, ile on waży! - droga do lecznicy dłużyła się niemiłosiernie. Itachi nie należał do najspokojniejszych, co rusz się kręcił. Jak się okazało, rzeczywiście był dłuższy ode mnie, dlatego niesienie go na grzbiecie, było takie problematyczne. Itami zagadywała nas przez całą drogę, opowiadając śmieszne dowcipy. Nie powiem, na krótką metę przestawałem myśleć o rannym Itachim, choć on sam wydawał się niewzruszony całą tą sytuacją. Odetchnąłem z ulgą, gdy przed sobą dostrzegłem znajomą grotę. Nasze miejsce docelowe. Jaskinia medyka. W sumie zastanawiało mnie, dlaczego Itami sama go nie opatrzy. Jest przecież medykiem, powinna się znać na podstawach. Dlatego zatem, zamiast na miejscu go sprawdzić, szliśmy tu taki kawał.
- Itami?
- Wiem, o czym myślisz. - spojrzałem na nią, a moje oczy zalśniły figlarnie. Wiedziałem, że tylko ona mogła dostrzec te iskierki. I choć wcale nie myślałem o "tym", to uśmiech sam w sobie zagościł na moim pysku.
- Czyżby? - zapytałem, posyłając w jej stronę długie spojrzenie. Podniosłem jedną z brwi, zastanawiając się...
- Nie mam na myśli tego, co teraz chodzi ci po głowie. Chodziło mi raczej o twoje niezadane pytanie.
- Owszem, nie zadałem go, acz interesuje mnie, dlaczego sama go nie opatrzyłaś. - Itachi nastawił uszu, zerkając przez ramie na Itami. Oboje czekaliśmy na odpowiedź ze strony wadery.
- Cóż...
Itami, Itachi?
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 836
Ilość zdobytych PD: 418
Obecny stan: 418
- Excuse-moi. - głos należał do samca, co tylko zwiększyło moją czujność. Wydawało mi się jednak, że już gdzieś go słyszałem, aczkolwiek nie pamiętałem gdzie. Odruchowo chciałem zasłonić Itami własnym ciałem, lecz wadera okazała się szybsza.
- Itachi? Co robiłeś na drzewie?! - zapytała, patrząc na przybysza wielkimi oczyma. ~ Czyli się znają. - uspokoiłem się nieco, lustrując go wzrokiem. Basior był zdecydowanie chudszy ode mnie, aczkolwiek podobnego wzrostu co ja, może nawet kilka centymetrów dłuższy, ale to raczej przez jego długi ogon. Białe futro zdobiła czerń na pysku i łapach, gdzie przy lewej przedniej dostrzec było można wyblakłe runy. Już coś kiedyś takiego widziałem. Symbole z pewnością zaczynają się jarzyć przy aktywowaniu swoich zdolności. Nie potrafiłem ich rozszyfrować z tej odległości, musiałabym podejść bliżej, by się przyjrzeć, a tego na razie nie zamierzałem robić. Co jeszcze przykuło moją uwagę, to czerwone wzory na piersi, układające się jakby w demoniczny uśmiech.
- Spałem. - głos basiora przywrócił mnie na ziemię. Potrząsnąłem głową, skupiając się na tym, co jest tu i teraz. - Ała! Moje biodro! - samiec skulił się, sycząc z bólu. Nie dziwiłem się, że go boli. W końcu zleciał z drzewa. Dość wysokiego dodam i to z wielkim hukiem. Warknąłem w myślach, a Itami zawtórowała mi siarczystym przeklnięciem, po czym spojrzała na mnie znacząco.
- Atrehu, pomożesz mi z nim? Musi go obejrzeć medyk. - nie zdążyłem odpowiedzieć, gdyż niedoszły samobójca poderwał się z miejsca.
- Nie, nie ma takiej potrzeby...
- To ja decyduję, czy jest potrzeba, czy nie! - uśmiechnąłem się delikatnie. Ta dziewczyna ma sobie ogień. Temu nie mogłem zaprzeczyć. Poza tym muszę sobie zapamiętać, by nie drażnić samic z okresem. Zamglenie to przy tym pikuś, zwłaszcza że działa ciut inaczej, acz wadery są tak samo wkurzone... Wracając, podszedłem do Itachiego, patrząc mu prosto w oczy. Wiedziałem, że pomysł z noszeniem go mu się nie spodobał. Był basiorem jak ja, wiedział, że jest to dość upokarzające. W końcu jednak dał się zaciągnąć na mój grzbiet, nie szczędząc niezadowolonych mruknięć. Nie miał wyjścia, przecież z trudem się podniósł. Ja sam nie byłem zbyt zachwycony. ~ Na wszystkich Bogów tego świata, ile on waży! - droga do lecznicy dłużyła się niemiłosiernie. Itachi nie należał do najspokojniejszych, co rusz się kręcił. Jak się okazało, rzeczywiście był dłuższy ode mnie, dlatego niesienie go na grzbiecie, było takie problematyczne. Itami zagadywała nas przez całą drogę, opowiadając śmieszne dowcipy. Nie powiem, na krótką metę przestawałem myśleć o rannym Itachim, choć on sam wydawał się niewzruszony całą tą sytuacją. Odetchnąłem z ulgą, gdy przed sobą dostrzegłem znajomą grotę. Nasze miejsce docelowe. Jaskinia medyka. W sumie zastanawiało mnie, dlaczego Itami sama go nie opatrzy. Jest przecież medykiem, powinna się znać na podstawach. Dlatego zatem, zamiast na miejscu go sprawdzić, szliśmy tu taki kawał.
- Itami?
- Wiem, o czym myślisz. - spojrzałem na nią, a moje oczy zalśniły figlarnie. Wiedziałem, że tylko ona mogła dostrzec te iskierki. I choć wcale nie myślałem o "tym", to uśmiech sam w sobie zagościł na moim pysku.
- Czyżby? - zapytałem, posyłając w jej stronę długie spojrzenie. Podniosłem jedną z brwi, zastanawiając się...
- Nie mam na myśli tego, co teraz chodzi ci po głowie. Chodziło mi raczej o twoje niezadane pytanie.
- Owszem, nie zadałem go, acz interesuje mnie, dlaczego sama go nie opatrzyłaś. - Itachi nastawił uszu, zerkając przez ramie na Itami. Oboje czekaliśmy na odpowiedź ze strony wadery.
- Cóż...
Itami, Itachi?
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 836
Ilość zdobytych PD: 418
Obecny stan: 418
czwartek, 2 grudnia 2021
Podsumowanie miesiąca ~ Listopad
Ho Ho Ho!Pada śnieg, pada śnieg, ciągle sypie śnieżkami,A Mikołaj ze zmęczenia zasnął pod saniami.Idzie zima, idą święta, każdy wilczek to pamięta.Wszyscy uśmiech ładny mają i prezenty sobie dają.Czego pragniesz – niech się stanie. Każde z marzeń skrytych w głębi.Ile gwiazd na ciemnym niebie, Tyle życzeń dziś Ci ślemy!Witam serdecznie moje kochane wilczki!
Jak głosi wierszyk powyżej, zima na dobre zadomowiła się w naszej krainie. Temperatura wciąż spada, a na zewnątrz ziąb, mróz i chłód. Wiatr świszczy między drzewami, śniegu po kolana. W ten mroźny czas nie mogło jednak zabraknąć pozytywów. Wataha trzyma się dobrze, nawiązaliśmy w ostatnim czasie kilka sojuszy, nowe banerki ozdabiają zakładkę: Współpraca, a już niebawem pojawi się dawno oczekiwana fabuła bloga.
Kolejnym plusikiem jest przygotowywany przez naszą drogą Renesmee Event Bożonarodzeniowy, który pojawi się już niebawem. Trzymamy łapki za waszą aktywność, naprawdę warto wziąć w nim udział.♥
< PODSUMOWANIE MIESIĄCA ~ LISTOPAD >
Atrehu ~ Napisał łącznie 4 opowiadania, w tym jeden Quest. Zdobył 3378 PD i tym sposobem awansuje na poziom 4. Punkty umiejętności (również za Quest) są jeszcze do przydzielania;Naharys ~ Napisał łącznie 3 opowiadania, w tym jeden naprawdę długi Quest. Zdobył 3604 PD i tym samym awansuje na poziom 3. Punkty umiejętności (również za Quest) są jeszcze do przydzielenia;
Itami ~ 1 opowiadanie;
Lonya ~ 1 opowiadanie;
Renesmee ~ 0 opowiadań;
Tsumi ~ 0 opowiadań;
Pina ~ 0 opowiadań;
Niko ~ 0 opowiadań;
Nabi ~ 0 opowiadań;
Itachi ~ 0 opowiadań;
IceQueen ~ 0 opowiadań. Według autorki opowiadanie zostało napisane, lecz w dalszym ciągu nie pojawiło się na blogu, więc nie mogę zaliczyć czegoś, czego nie ma;
Eien ~ 0 opowiadań;
Bai lang ~ 0 opowiadań;
Tarou ~ 0 opowiadań;
No kochani, tego się nie spodziewałam. Aktywność na blogu spada w zastraszającym tempie, coraz mniej osób pisze. Administracja rozumie ten stan, więc nie martwcie się na zapas.♥ Listopad i Grudzień to ciężki czas, z tego też względu, aż do Stycznia zwalniamy was z obowiązku pisania opowiadań. Oczywiście mamy szczerą nadzieję, że nie zaprzestaniecie pisania i na blogu pojawi się coś od was.♥
< POZOSTAŁE >
- Capitan & Tristana ~ Ze względu na brak odzewu i jakiegokolwiek opowiadania, obydwie postacie zostają z dniem dzisiejszym wydalone z watahy. Jest nam bardzo przykro z tego powodu, lecz mamy nadzieję, że wrócicie do nas kiedyś z nowym zapałem, pełni weny i pomysłów.♥
< DODATKOWE INFORMACJE >
- Wataha zyskała nowe banerki. Dziękujemy z całego serduszka Tenebris♥
- Bestiariusz nie spodobał się Mooniś, dlatego postanowiła ona zrobić go inaczej. Prosimy o cierpliwość i wyrozumiałość dla tej nadgorliwej wariatki.
- Nawiązujemy coraz to nowsze sojusze, w tym także te discordowe.
- Fabuła bloga tworzy się mozolnie, ale powolutku do przodu.
poniedziałek, 29 listopada 2021
Od Naharysa do Nabi ~ Na jedno kopyto
Naharys wiedział, że nie powinien, a teraz ma za swoje. Oczywiście dzień zaczął dość monotonnie - nie licząc niespodziewanej wizyty Lonyi, która zaprosiła go na łyczek jabłkowego rozchłodniaczka - wstał, zjadł pozostałości z upolowanej zwierzyny, przeżuwając leniwie. Pożegnał Pinę ciepłym pocałunkiem i ruszył na trening, a żeby nie było nudno, po nim, przybrana siostra zabrała go na popitkę sfermentowanego soku jabłkowego. To był błąd. Pod wpływem alkoholu, wydawało mu się, że jego organizm traci ciepło, ale też poza miłym wrażeniem karuzeli w głowie, nic więcej mu nie było.
Na utracone ciepło miał też, drodzy czytelnicy, idealny sposób, bowiem mocą ognia, wzmocnił swe ciało i zamiast kąsającego zimna oraz drżenia mięśni, czuł przyjemne ciepło. Następnie udał się do lecznicy - chwiejnymi krokami, ale jakoś dotarł- gdzie spotkał Itami. Ogólnie, nie miał nic do roboty, więc co mu stało na drodze, aby odwiedzić znajomych?
- Oh, Exan, z nieba mi spadłeś - powitała go Itami. - Potrzebuję kogoś, a ja sama jestem.
Ogólnie Naharys na trzeźwo powściągał swój język, lecz rozluźnione przez alkohol ciało i umysł, słowa wylewały się mu kaskada z pyska.
- Skoro jesteś sama, nie widzę przeciwwskazań, aby ci potowarzyszyć.
Exan, ty idioto, barani łbie, krzywym kijem robiony! Wiesz, że zabrzmiało to dwuznacznie? Itami jednak miała swoje problemy, aby przejmować się takimi niuansikami.
- Na bogów, Exan, gdzie się tak naprułeś? Jedzie od ciebie, jak z dobrej gorzelni, ale nieważne. Słuchaj uważnie... słuchasz mnie?
- Na bogów, Itami, jestem pijany, a nie głuchy! - parsknął dziwnym śmiechem.
- Potrzebuję ziół, których nie znajdę w zasypanym śniegiem lesie, poszedłbyś do Nabi po zapas ziół? Nie mogę ruszyć się ze stanowiska, a twoja siostra gdzieś nawiała.
- Oczywiście, co ci przynieść? - spytał i skupił się uważnie na każdym jej słowie.
- Potrzebuję pęczek krwawnika pospolitego, tuzin czarnego bzu, trzy uncje kwiatu lipy i pięć owoców agrestu. Zapamiętasz?
Dzięki alkoholowi, Exan był w stanie zapamiętać trzy razy więcej, bowiem jego umysł niesłychanie pozytywnie reagował na tego typu napitki. Zdecydowanym kiwnięciem głową potwierdził i zabrał się za zlecenie. Nucił coś pod nosem, od czasu do czasu cicho chichotał z głupkowatych myśli, jakie mogą się zrodzić tylko i wyłącznie w głowie lekko napranego wilka. Bywały też chwile, że ze względu na obecny stan, stał się też lekko gapowaty, gdyż prawie za każdy pokonany kilometr, kilka razy zarył pyskiem w śnieg. Otrząsnął się z upadku, zrzucając z siebie biały meszek z równie białego futra.
~ Cholera, muszę bardziej uważać! - pomyślał zgryźliwie, zachwiał się lekko, pokręcił kilka razy głową i ruszył dalej.
Po piętnastu minutach wędrówki dotarł do lokum Nabi - watahowej botaniczki. Niska wadera o jasnej, falującej sierści, ale jedno, co w niej przyciągało uwagę, były niebiesko czerwone wyblakłe oczy. Gdy Naharys stanął w wejściu, ich oczy się spotkały. Nie wiedział sam, co powiedzieć, bo tak był zainteresowany jej oczami, że nie pomyślał nad przywitaniem.
- Ciekawe masz oczy - przyznał Naharys.
- Dzięki... ale pewnie nie przyszedłeś tutaj, aby mi to powiedzieć?
- Yyy... ah tak! Itami mnie przysyła. Muszę donieść jej pewne zioła, które mogę znaleźć u ciebie.
- A jakie konkretnie to zioła? - zapytała.
Z pamięci wymienił bezbłędnie wszystkie niezbędne zioła, a gdy skończył, zakołysał się niebezpiecznie, ale w ostatniej chwili uchronił się przed upadkiem w pokaźną kolekcję uprawy ziół.
- Wszystko w porządku? - Nabi przyjrzała się mu uważnie.
- Nie przejmuj się mną... przyznam, że przydałoby mi się coś na...
- Upojenie alkoholowe? - dokończyła Nabi i parsknęła cicho pod nosem.
- Skąd wiedziałaś?
- Nie obraź się za te słowa, ale czuć od ciebie jabłkami. I do tego fermentowanymi.
- Hmm... no niby racja. - przyznał uczciwie Naharys - podejrzewam, że jutro obudzę się z niezłym kacem... hahaha... - odchylił głowę do tyłu i wybuchł krótkim śmiechem. - Ale jeśli masz coś na śrubę, chętnie przyjmę.
Po chwili Nabi wróciła z wymienionymi przez Exana ziołami, wraz z pewną rośliną, którą poleciła żuć, gryźć i połykać jej soki - przyznam wam, że Naharys ze skrzywionym grymasem mielił zioło w pysk - ale wierzył, że dzięki temu więcej się nie zbłaźni.
- Dzięki - chwycił w pysk zioła przeznaczone dla Itami.
Zioło od Nabi powoli zaczął wpływać na jego stan i basior po krótkiej chwili przestał się chwiać, a w głowie zapanował luźny spokój - nie kręciło się w niej, język zaś przestał plątać się, jak szalony.
- Jak Ci dzień mija? - rzucił pierwszy lepszy temat.
- Bez rewelacji - odparła wadera.
- Czyli wszystko na jedno kopyto? W sumie tak, jak u mnie. Dzień zaczynam od treningu, a później to rób co chcesz. Czasem żałuję, że nie wyrobiłem sobie innego ciekawego fachu, ale z drugiej strony nie mogę narzekać. Lonya, moja siostra, często pozwala mi sobie pomóc...
- Rozumiem - rzekła Nabi, ale jakby pochłonięta swymi sprawami, jego słowa wpuściła jednym, a wypuściła drugim. - Coś jeszcze potrzebujesz?
Naharys odniósł niemiłe wrażenie, że może swą obecnością przeszkadzać waderze w codziennych obowiązkach, dlatego wzruszył ramionami, pokiwał przecząco głową i odwrócił się ku wyjściu.
- Nie miałam okazji cię poznać... Jak ci na imię? - zapytała.
Exan znieruchomiał w półkroku, odwrócił wzrok w kierunku wadery - przyznał, że nie spodziewał się takiego obrotu sprawy.
- Jestem Naharys, ale możesz mi mówić Exan. Przedstawiać się nie musisz. Zyskałaś posłuch w watasze jako pierwsza botaniczka.
- Serio? A myślałam, że o tak małej mnie, nie usłyszy nikt. - odparła z uśmiechem wadera.
- Pozory lubią sprawiać, że wilki się mylą - rzekł Naharys i podszedł do wadery, zniżył głowę, aby ich oczy miały równy kontakt. - Potrzebujesz czegoś? Mogę służyć pomocą.
- W sumie... nie, nie zawracaj sobie moimi problemami głowy. Itami cię potrzebuje.
- Oj, błagam, nie daj mi się nudzić - zachichotał pod nosem. - Wiem, że to mówiłem, ale powiem to jeszcze raz. Masz bardzo ciekawe oczy.
- W mojej dawnej watasze, wilki miały fioła na punkcie nietypowych wyglądów i kolorów, więc no... przyzwyczaiłam się do tego typu komplementów.
- W sekrecie ci powiem, że też jestem nietypowy, albowiem, gdy nastanie noc, moje futro przybiera mroczny odcień.
- Ta, na pewno... - rzekła wadera, śmiejąc się.
- Nie wierzysz mi? Spotkajmy się dziś po zmierzchu. Przekonasz się, że to nie żart. To jak? Jesteśmy umówieni?
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 962
Ilość zdobytych PD: 481
Obecny stan: 3604
Na utracone ciepło miał też, drodzy czytelnicy, idealny sposób, bowiem mocą ognia, wzmocnił swe ciało i zamiast kąsającego zimna oraz drżenia mięśni, czuł przyjemne ciepło. Następnie udał się do lecznicy - chwiejnymi krokami, ale jakoś dotarł- gdzie spotkał Itami. Ogólnie, nie miał nic do roboty, więc co mu stało na drodze, aby odwiedzić znajomych?
- Oh, Exan, z nieba mi spadłeś - powitała go Itami. - Potrzebuję kogoś, a ja sama jestem.
Ogólnie Naharys na trzeźwo powściągał swój język, lecz rozluźnione przez alkohol ciało i umysł, słowa wylewały się mu kaskada z pyska.
- Skoro jesteś sama, nie widzę przeciwwskazań, aby ci potowarzyszyć.
Exan, ty idioto, barani łbie, krzywym kijem robiony! Wiesz, że zabrzmiało to dwuznacznie? Itami jednak miała swoje problemy, aby przejmować się takimi niuansikami.
- Na bogów, Exan, gdzie się tak naprułeś? Jedzie od ciebie, jak z dobrej gorzelni, ale nieważne. Słuchaj uważnie... słuchasz mnie?
- Na bogów, Itami, jestem pijany, a nie głuchy! - parsknął dziwnym śmiechem.
- Potrzebuję ziół, których nie znajdę w zasypanym śniegiem lesie, poszedłbyś do Nabi po zapas ziół? Nie mogę ruszyć się ze stanowiska, a twoja siostra gdzieś nawiała.
- Oczywiście, co ci przynieść? - spytał i skupił się uważnie na każdym jej słowie.
- Potrzebuję pęczek krwawnika pospolitego, tuzin czarnego bzu, trzy uncje kwiatu lipy i pięć owoców agrestu. Zapamiętasz?
Dzięki alkoholowi, Exan był w stanie zapamiętać trzy razy więcej, bowiem jego umysł niesłychanie pozytywnie reagował na tego typu napitki. Zdecydowanym kiwnięciem głową potwierdził i zabrał się za zlecenie. Nucił coś pod nosem, od czasu do czasu cicho chichotał z głupkowatych myśli, jakie mogą się zrodzić tylko i wyłącznie w głowie lekko napranego wilka. Bywały też chwile, że ze względu na obecny stan, stał się też lekko gapowaty, gdyż prawie za każdy pokonany kilometr, kilka razy zarył pyskiem w śnieg. Otrząsnął się z upadku, zrzucając z siebie biały meszek z równie białego futra.
~ Cholera, muszę bardziej uważać! - pomyślał zgryźliwie, zachwiał się lekko, pokręcił kilka razy głową i ruszył dalej.
Po piętnastu minutach wędrówki dotarł do lokum Nabi - watahowej botaniczki. Niska wadera o jasnej, falującej sierści, ale jedno, co w niej przyciągało uwagę, były niebiesko czerwone wyblakłe oczy. Gdy Naharys stanął w wejściu, ich oczy się spotkały. Nie wiedział sam, co powiedzieć, bo tak był zainteresowany jej oczami, że nie pomyślał nad przywitaniem.
- Ciekawe masz oczy - przyznał Naharys.
- Dzięki... ale pewnie nie przyszedłeś tutaj, aby mi to powiedzieć?
- Yyy... ah tak! Itami mnie przysyła. Muszę donieść jej pewne zioła, które mogę znaleźć u ciebie.
- A jakie konkretnie to zioła? - zapytała.
Z pamięci wymienił bezbłędnie wszystkie niezbędne zioła, a gdy skończył, zakołysał się niebezpiecznie, ale w ostatniej chwili uchronił się przed upadkiem w pokaźną kolekcję uprawy ziół.
- Wszystko w porządku? - Nabi przyjrzała się mu uważnie.
- Nie przejmuj się mną... przyznam, że przydałoby mi się coś na...
- Upojenie alkoholowe? - dokończyła Nabi i parsknęła cicho pod nosem.
- Skąd wiedziałaś?
- Nie obraź się za te słowa, ale czuć od ciebie jabłkami. I do tego fermentowanymi.
- Hmm... no niby racja. - przyznał uczciwie Naharys - podejrzewam, że jutro obudzę się z niezłym kacem... hahaha... - odchylił głowę do tyłu i wybuchł krótkim śmiechem. - Ale jeśli masz coś na śrubę, chętnie przyjmę.
Po chwili Nabi wróciła z wymienionymi przez Exana ziołami, wraz z pewną rośliną, którą poleciła żuć, gryźć i połykać jej soki - przyznam wam, że Naharys ze skrzywionym grymasem mielił zioło w pysk - ale wierzył, że dzięki temu więcej się nie zbłaźni.
- Dzięki - chwycił w pysk zioła przeznaczone dla Itami.
Zioło od Nabi powoli zaczął wpływać na jego stan i basior po krótkiej chwili przestał się chwiać, a w głowie zapanował luźny spokój - nie kręciło się w niej, język zaś przestał plątać się, jak szalony.
- Jak Ci dzień mija? - rzucił pierwszy lepszy temat.
- Bez rewelacji - odparła wadera.
- Czyli wszystko na jedno kopyto? W sumie tak, jak u mnie. Dzień zaczynam od treningu, a później to rób co chcesz. Czasem żałuję, że nie wyrobiłem sobie innego ciekawego fachu, ale z drugiej strony nie mogę narzekać. Lonya, moja siostra, często pozwala mi sobie pomóc...
- Rozumiem - rzekła Nabi, ale jakby pochłonięta swymi sprawami, jego słowa wpuściła jednym, a wypuściła drugim. - Coś jeszcze potrzebujesz?
Naharys odniósł niemiłe wrażenie, że może swą obecnością przeszkadzać waderze w codziennych obowiązkach, dlatego wzruszył ramionami, pokiwał przecząco głową i odwrócił się ku wyjściu.
- Nie miałam okazji cię poznać... Jak ci na imię? - zapytała.
Exan znieruchomiał w półkroku, odwrócił wzrok w kierunku wadery - przyznał, że nie spodziewał się takiego obrotu sprawy.
- Jestem Naharys, ale możesz mi mówić Exan. Przedstawiać się nie musisz. Zyskałaś posłuch w watasze jako pierwsza botaniczka.
- Serio? A myślałam, że o tak małej mnie, nie usłyszy nikt. - odparła z uśmiechem wadera.
- Pozory lubią sprawiać, że wilki się mylą - rzekł Naharys i podszedł do wadery, zniżył głowę, aby ich oczy miały równy kontakt. - Potrzebujesz czegoś? Mogę służyć pomocą.
- W sumie... nie, nie zawracaj sobie moimi problemami głowy. Itami cię potrzebuje.
- Oj, błagam, nie daj mi się nudzić - zachichotał pod nosem. - Wiem, że to mówiłem, ale powiem to jeszcze raz. Masz bardzo ciekawe oczy.
- W mojej dawnej watasze, wilki miały fioła na punkcie nietypowych wyglądów i kolorów, więc no... przyzwyczaiłam się do tego typu komplementów.
- W sekrecie ci powiem, że też jestem nietypowy, albowiem, gdy nastanie noc, moje futro przybiera mroczny odcień.
- Ta, na pewno... - rzekła wadera, śmiejąc się.
- Nie wierzysz mi? Spotkajmy się dziś po zmierzchu. Przekonasz się, że to nie żart. To jak? Jesteśmy umówieni?
<Nabi?>
Ilość napisanych słów: 962
Ilość zdobytych PD: 481
Obecny stan: 3604
sobota, 27 listopada 2021
Od Naharysa: Quest nr 1 ~Lisek
W tym zimowym dniu, od północnego frontu nadchodziły szare, ponure chmury, które zaścieliły błękitny nieboskłon.
~ Będzie piękna śnieżyca - skomentował kwaśno w myślach Naharys. Był ranek, północny arktyczny wiatr, kąsał nawet pod najgrubszym futrem, a ponadto wczorajszego wieczoru nasypało tyle śniegu, że gdzie by nie splunąć, można było wylądować w głębokiej zaspie. Naharys w duchu dziękował matce naturze, że obdarzyła go wysokim wzrostem i masywnymi łapami - chociaż pech dotykał i jego, gdy przyszło mu pokonać nierówne tereny - aczkolwiek jednocześnie żałował, że nie łyknął leku rozgrzewającego, jak Lonya zaleciła.
~ Ależ nie, bo ty, Naharys, wiesz najlepiej! - już sobie wyobrażał podobne reprymendy, jakie zdarzało się wygłosić jego siostrze, ale kto by pomyślał, że akurat tego dnia powieje nieznośnym chłodem. Przed treningiem siłowym, samotnie skierował się ku lecznicy Lonyi, mając przy tym niezbyt przyjemną minę.
- Exan! Widzę, że w nie najlepszym jesteś humorku! - skomentowała Lonya, wykrzywiając usta w typowy dla niej uśmieszku, jakby tym samych ciała powiedzieć "A nie mówiłam?"
- Jak ja mam mieć dobry humor? O mało sobie dupy nie odmroziłem, bo tak pizga. Miałaś rację, może dasz mi wywar z imbiru i kurkumy?
- Dasz, to był duński sprzedawca kasz! A może znasz takie krótkie słowo "proszę"? Z pewnością już je kiedyś słyszałeś. - Naharys uśmiechnął się szeroko. Ach! Lonya i jej zgryźliwe komentarze. Tego właśnie potrzebował od czasu do czasu, aby polepszył się mu humor. Nie zamieniłby jej na żadną inną siostrę, pomijając wiadomy fakt, iż nie są spokrewnieni. Wiedział też, że niektóre rodziny pięknie wyglądają, jedynie na zdjęciu, a w rzeczywistości, ich członkowie rozsiani są po całym globie i ani jednemu nie przyjdzie na myśl, aby chociaż złożyć uszanowanie na grobie zmarłych. Był świadomy mocnej więzi między nim, a Lonyą. Obcą waderą, z którą wychowywał się i wypruwał żyły na poligonie, a wieczorami śpiewali sobie kołysanki, aby zapomnieć o bólu cierpiących mięśni.
- Proszę cię? Czy możesz mi dać ten wywar? - spytał po chwili, wyszczerzając się szeroko.
- Znaj łaskę moją, kmiocie. - Wywar był przyjemny w zapachu i kolorze. - A teraz zjeżdżaj mi stąd, bo mam jeszcze paru pacjentów do wykurowania. Jeszcze tu jesteś?
Złapał za wywar i schował go sobie do torby z króliczej skóry, którą dostał któregoś dnia od Itami, w zamian za naukę kilku piosenek przy ognisku.
- Dzięki, siostra!
W drodze wziął kilka łyków i wzdrygnął się porządnie, gdy poczuł ostry posmak imbiru, ale chwilę później, jego ciało ogarnęło przyjemne ciepło.
I cała ta nieprzyjemna historia zaczęła się późnym popołudniem, gdy Naharys wracał z treningu siłowego, a teren, jak wcześniej podejrzewał, zaścieliła dodatkowa porcja śniegu. Słońce skrywało się za szczelną pokrywą burych chmur, wiatr zaś szarpał futrem. Exan uznał, że nie ma sensu marznąć na zimnie, więc tym samym skierował się w stronę jaskini mieszkalnej, gdzie miał nadzieję spotkać Pinę. W trakcie, gdy był już blisko celu, usłyszał w gęstwinie śniegu czyiś płacz. Uszy instynktownie postawił na baczność, a nosem zaczął węszyć w powietrzu, jakby miał nadzieję, że wyczuje coś podejrzanego. W końcu nieustające kwilenie niewidocznej postaci, utwierdziło go w przekonaniu, że w tym momencie nie był sam. Podążał powoli za dźwiękiem, aż jego oczom ukazał się widok godny politowania. W niewielkiej, śnieżnej jamce, ułożona na mokrych liściach, trzęsła się ze strachu i zimna, mała puchata kuleczka o śnieżnej sierści. Postąpił kolejny, tym razem pewniejszy krok, po czym spostrzegł parę niebieskich ślepiąt, lśniących od łez, niczym najdroższe kryształy. Po chwili kuleczka zerwała się z miejsca, pociągnęła noskiem i zawołała.
- Nie zbliżaj się do mnie, ty... ty... przerośnięty mamucie!
- Przerośnięty mamucie? - powtórzył Naharys bardziej zaskoczony, niż rozwścieczony, po czym odchylił łeb, wybuchając krótkim śmiechem. - Jak na małą lisiczkę, masz bardzo cięty język!
- Nie zbliżaj się mówię! Ja... ja... znam się na ogniu! Mogłabym cię poparzyć!
- Władasz ogniem? - zniżył głowę, aby jego oczy zrównały się ze ślepkami małej lisiczki. - To widzę, że mam koleżankę po fachu, bo ja też władam nad ogniem!
Aby pokazać małej, że w tym momencie, nie rzucił słów na wiatr, chwycił jeden z mokrych liści, opadniętych jesienią, po czym w skupieniu utkwił w nim swój wzrok. Wypuścił z pyska powoli zaczerpnięte przed chwilą w płuca zimne powietrze, po czym liść stanął w ogniu, który począł szaleńczo tańcować. Następnie ogień strawił całkowicie liść i przeistoczył się w motyla z płonącymi skrzydłami, po czym wzbił się wysoko w powietrze. Tak, jak się tego spodziewał, mała lisiczka rozdziawiła pyszczek w zachwycie, a w jej oczkach błysnęła fascynacja. Obserwowała bez ustanku sunącego się z gracją płomiennego motyla, do czasu, aż nie zamienił się w kupkę popiołu, który później porwał nurt wiejącego wiatru.
- Jak ci na imię? - zapytał po chwili Naharys, łagodnym tonem.
- Sirsana - powiedziała lisiczka i pociągnęła noskiem. Miała straszny katar, a z nosa nieznośnie jej ciekło. Naharys uznał, że mała Sirsana nie będzie miała nic przeciwko, jak weźmie ją ze sobą, ale zanim to zrobił, wyciągnął z torby wywar rozgrzewający od Lonyi. Samiec polecił napić się jej kilka łyków, a że mała pisnęła przeciągle przez pikanterię imbiru, nagle zrobiło się jej o wiele lepiej. Następnie chwycił ją delikatnie za szyję i usadowił na swym mocnym grzbiecie.
- Gdzie idziemy? - zapytała Sirsana, wycierając łapką cieknący nosek.
- Tam, gdzie na pewno poczujesz się lepiej, mała - odparł entuzjastycznie Exan, spoglądając na lisiczkę kątem oka. - Sama zobaczysz! Moja siostra postawi cię na nogi w dwie godziny.
Z tymi słowy, zmienił i obrał kierunek na lecznicę, gdzie jak się spodziewał, Lonya miała trochę więcej wolnego czasu. W czasach popołudniowych, lecznica była niemalże opustoszała, ale to dla niego lepiej. A ściślej ujmując, lepiej dla małej Sirsany.
Znalazł Lonyę obok schowka z lekami, która pochłonięta rozmową z Itami, początkowo nie zwróciła na nich najmniejszej uwagi. Naharys odchrząknął głośno.
- Ooo Exan, jesteś zamarznięty pajacu, gdzie cię tym razem dupa powiodła? - zapytała z uśmiechem. Nie zauważyła Sirsany.
- Lonka, może nie z takim tekstem przy dziecku, co? - powiedział i stanąwszy bokiem, przedstawił Lonyi małą lisiczkę.
- Nie jestem dzieckiem... - przerwała, gdyż kichnęła cienko, co przy jej rozmiarach, wyglądało to na prawdę, uwierzcie mi, przeuroczo. -... mam już niecałe trzy miesiące!
- Ależ oczywiście! Wybacz gafę mojemu bratu, on zawsze był mało rozgarnięty... - odparła Lonya i podeszła bliżej, przyglądając się małej. -... ale, ale! Jaki ty masz brzydki katar. Coś na to zaradzimy, ale najpierw cię rozgrzejemy.
- Dałem jej wywar od ciebie. Myślę, że to jej pomogło. - dodał Naharys, a Lonya kiwając głową, zabrała od niego Sirsanę.
- I dobrze myślałeś. - Pochwaliła go Lonya, a potem wzięła się za opiekę nad małą.
Popołudniowe chmury ciągnęły się ku południu, a gwiazdy na powoli granatowiejącym niebie, poczęły się skrzyć słabym światłem. Do tego czasu, Naharys dowiedział się od małej, gdzie znajdują się jej rodzice i dlaczego znalazła się tak daleko od nich. Wypytywał ją o każdy szczegół, ale starał się też dobierać słowa w taki sposób, aby mała Sirsana mogła zrozumieć ich sens.
-... mój starszy brat chciał zrobić mi na złość, bo to mi przypadła dodatkowa porcja śniadanka, a nie jemu, bo był... był... niegzecny... okropecznie mnie wtedy skrzyczał, ale potem powiedział, że zna fajne miejsce... i że możemy się tam pobawić. Myślę sobie... śniegu wszędzie, całe mnóstwa śniegu! I zimno! A mama mówiła wyraźnie, żeby nie wychodzić na dwór. Ale on nie chciał słuchać i zachęcał mnie do wyjścia. I nim spacerek dobiegł końca, znalazłam się nagle sama, wśród strasznie wyglądających drzew... bo one wyglądają, jak łapy orła... o nich rodzice mówili, żeby się ich strzec... a potem... a potem, jak coś nie trzaśnie i huknie, i w następnej chwili widzę ogromnego niedźwiedzia! Większego od ciebie! - zwróciła się do Exana. Naharys uwierzył na słowo. - Całe szczęście, że jestem mała i biała, więc wtopiłam się ze śniegiem i wtedy nie mógł mnie zobaczyć!
- Sprytnie. - pochwaliła ją Lonya. - Wyrośnie z ciebie wielka spryciara.
- Pewnie zamarzłabym, gdyby nie moje futerko i tak musiałam spać bez rodziców, rodzeństwa, w śniegu... strasznie się bałam i tęskniłam za mamą... a najbardziej za tatą.. on by pokazał mojemu głupiemu bratu! Ja... ja chcę do domu... - pisnęła na koniec i wybuchła niespodziewanie płaczem.
- No już już, cicho skarbie, cicho... znajdziemy twoją rodzinę, obiecuję! - Naharys skłonił się nawet do tego, że przytulił małą do siebie. Tak, jakby to zrobił prawdziwy ojciec, co prawda, Naharys zrobił to odruchowo. Mała Sirsana odwzajemniła objęcie i wtuliła się w ciepłe futro Naharysa, cicho szlochając. Powiem wam, drodzy czytelnicy, że w tamtym momencie, Naharys poczuł się wyjątkowo niezręcznie.
- Ściemnia się. Dzisiaj przenocujesz u mnie, zgoda? A jutro zaczniemy szukać twoich rodziców? Może być?
- Dziękuję bardzo.
< Kilka minut później >
- Naharys? - odezwała się Pina z miną pełną konsternacji, gdy spojrzała na małą, białą kuleczkę- Czy mógłbyś mi to wyjaśnić? Oczywiście, nie myśl sobie, że mam coś przeciwko przenocowania małej, ale lubię znać szczegóły.
- No więc...
Naharys starał się wszystko opisać, ze szczegółami, okoliczności znalezienia małej Sirsany, historię jej zniknięcia z rodzinnego domu, aż do pobytu w lecznicy. Następnie Pina próbowała pokrzepić lisiczkę, zapewnić, że dopóki jest pod ich opieką, żadna krzywda się jej nie stanie. Wtedy w głowie Naharysa, zrodziło się pewne wyobrażenie o tym, jakby wyglądała sytuacja, gdyby to oni mieli własne szczenięta. Nie, żeby miał coś przeciwko szczeniętom, ale z drugiej strony zakładał, że to jednak ogromna odpowiedzialność, a to, jak wychowa swego potomka, będzie mieć wpływ na jego dalsze kroki w dorosłym życiu. Nie rozpieszczać zbytnio, przystosować do życia, aby później nie musiało w nieskończoności polegać w zupełności na kimś. To za duża odpowiedzialność, psia krew.
- Opowiesz mi bajkę? - zapytała Sirsana, leżąc koło śpiącej Piny. Naharys z zakłopotaniem, spojrzał lisiczce w oczka.
- Ale ja... nie znam... albo w sumie... zgoda, opowiem ci jedną. - Samiec ułożył się obok, pomyślał chwilę, po czym, utkwiwszy swój łagodny wzrok w Sirsanę, zaczął opowiadać.
- Była sobie wesoła rodzina kruków, której pewnego dnia wykluły się pisklęta. Cztery pisklaki, czarne, jak ta noc, pełne życia i pragnące matczynego jedzenia. Piąte zaś, wykluło się nieco inne, niż rodzeństwo. Jego pióra były cienkie, białe... taki mały albinosek. Mama i tata spojrzeli zatroskanie na odmieńca, porównali je z resztą potomstwa. Doszli do wniosku, że ich biały syn, ze względu na swą inność, nie zazna miejsca w kruczym społeczeństwie, a oni sami staną się pośmiewiskiem z tego powodu. Postanowili jednak, że nie wyrzucą z gniazda owocu ich miłości i wychowają je, na równi z pozostałym potomstwem. Mijały lata, a obawy kruczej rodziny spełniły się w najgorszym scenariuszu. Ich syn odmieniec nie zaznał dnia bez drwin i chamskich żartów ze strony rówieśników, a każdą następną noc, zalewał łzami. Nie rozumiał, czemu wszyscy odtrącają jego towarzystwo, lecz jego rodzina niosła pokrzepienie, gdy w sercu młodzieńca rodziło się cierpienie. Pewnego dnia, gdy biały kruk, samotnie bawił się na dworze, nagle nawiedziła go grupka trzech kruków, które powitały go obelgami i drwinami.
- Zostawcie mnie! - krzyczał zrozpaczony, wiedząc też, że im bardziej cierpi, tym prześladowcy będą mieli z tego, jeszcze większy ubaw. - Nic wam nie zrobiłem! Zostawcie mnie!
Krzyki młodzieńca usłyszał szybujący orzeł, który wybrał się na poranne polowanie. Prześladowcy widząc, jak ogromny ptak ląduje obok odmieńca, ze strachu pobladli tak bardzo, że sami dorównywali kolorytowi albinosa. Czym chyżo, wzbili się w powietrze i uciekli w popłochu, krzycząc przerażeni.
- Dziękuję, panu - powiedział po chwili biały kruk, a bohaterski orzeł kiwnął dumnie głową. Od tamtego czasu, gdy w pobliżu pojawił się orzeł, nikt nawet nie pomyślał, aby zaczepić młodzieńca, ale też unikali go, jak trucizny. Naszemu bohaterowi jednak wystarczyło towarzystwo rodzeństwa, które kochało go, jak własnego brata, tak, jak im zostało przez rodziców przykazane.
- A jaki jest morał? - zapytała po chwili lisiczka.
- Morał... hmmm... Silny nie jest ten, co słabszych dręczy, lecz ten, co odwagę ma stanąć w ich obronie.
- Ale fajnie! Będę musiała sobie zapamiętać tę bajkę, aby powtórzyć ją mojemu głupiemu bratu. Nie powinien mnie tak zostawić samą... jestem taka słaba, a on silny. Powinien mnie bronić. Powinien, prawda?
- Prawda. - Przyznał Naharys, wpatrując się w piękne niebieskie oczy Sirsany. Następnie przybliżył pysk do jej małego czółka i złożył ciepły pocałunek. - A teraz spróbuj zasnąć. Wiem, że to łatwe nie będzie, wszak nie jesteś w swoim prawdziwym domu, ale postaraj się potraktować go, jakbyś się w nim urodziła. Wyobraź sobie, że już jesteś u rodziców.
- Kiepską mam wyobraźnię. - mruknęła lisiczka- Ale dobrze... spróbuję. Dziękuję wam za wszystko, jesteście lepsi od mojego brata.
Mała Sirsana zwinęła się w kuleczkę i powoli zamykając oczy, zażyczyła Exanowi dobrej nocy, a on zaś przysunął ją bliżej siebie, aby użyczyć jej ciepła własnego, zamknął ją w objęciach i zasnęli w spokoju. Na dworze szalała śnieżyca. Prawdziwa zamieć.
Następny dzień, nasz bohater questu, oraz jego podopieczna, powitali dość przyzwoicie. Małą Sirsanę nadal dręczył katar, ale już nie tak wstrętny, jak wczorajszego dnia. Naharys otworzył szmaragdowe oczy, przywitał wszystkich głośnym ziewnięciem, po czym przeciągnął się leniwie, aż mu w kręgosłupie strzeliło.
- No, moja panno. Zjesz coś pysznego, umyjemy cię i idziemy szukać twoich rodziców, zgoda? - odezwał się do małej lisiczki czułym głosem.
Na śniadanie były resztki wczorajszej sarniny, którą Pina upolowała z Tsumi i Atrehu. Mała lisiczka miała jeszcze zbyt tępe ząbki, aby móc oderwać choćby drobny kawałek mięsa, dlatego Naharys pomógł jej w tym. Odrywał mięśnie i dzielił je na drobne kawałki, aby Sirsana mogła swobodnie pogryźć i nie udławić się przy okazji. W trakcie posiłku, Exan zauważył, że jego podopieczna unika kąsków pokrytych tłuszczem, a wybierała te, bardziej mięsiste.
- Jedz też te z tłuszczem. On pomoże Ci przetrwać zimno i nadaje soczystość mięsu. Spróbuj, bo na prawdę warto. - doradził jej Naharys.
- Ale... to żółte coś... tłuszcz, jest takie mdłe. - Ah! To dziecięce marudzenie. Tego mógł się spodziewać, no ale cóż... Sam prosił się, aby zostać tymczasowym "Tatusiem". Teraz ma za swoje.
- Daj spokój, to wcale nie jest takie złe, daje słowo. Popatrz. - Wziął dla przykładu kęs, otoczony sporą masą tłuszczu, wygryzł go z ciała sarny i zjadł, przy okazji mrucząc pod nosem "Mmm, jakie pyszne", byleby zachęcić małą Sirsanę.
Wyściubili swe nosy dopiero wczesnym południem, gdy na dworze przestał prószyć śnieg, a na niebie pojawiły się szare chmury. Pina pożegnała go ciepłym całusem w policzek, a małej życzyła dużo szczęścia i powodzenia. Następnie poszli w kierunku, gdzie ostatnio Exan znalazł małą, a następnie, analizując słowa lisiczki, okazało się, że przybyła z południa. Może mała nie miała zbyt dobrej wyobraźni, ale za to wyjątkową pamięć. Sirsana podekscytowana krzyknęła niemal nad uchem Exana, wskazując samotne, pozbawione liści drzewo, które rosło na niewielkim wzniesieniu.
- Pamiętam je! To pod nim spędziłam noc.
- Jesteś tego pewna? - zapytał Exan.
- Tak... ale... chce mi się.
- Co ci się chce?
- Siku. - odparła lekko zmieszana lisiczka. I trochę zawstydzona.
- Dlaczego się wstydzisz? - wyczuł to Exan i odwrócił się, aby spojrzeć jej w oczy. - Jeśli potrzebujesz to idź. Poczekam cierpliwie.
I tak po zaspokojeniu wszelkich fizjologicznych potrzeb, ruszyli dalej w stronę kreślącej się linii lasu na południu. Sirsana siedziała spokojnie na grzbiecie Exana, nuciła pod nosem jakąś wesołą melodyjkę, a gdy doszli do skraju lasu, mała lisiczka zaczęła recytować wyliczankę.
- Raz kichniesz zaraz, dwa dopadnie cię rwa, trzy zjedzony będziesz ty.
- Bardzo pięknie. - skomentował Exan.
Maszerowali szlakiem, zaścielonym śnieżną kołderką, mijając z boku niewielką kotlinkę, na której dnie leżał ranny dzik. Jego kwilenia, bolesne zawodzenie zaniepokoiły Exana, a Sirsanę niebezpiecznie wystraszyły - wtuliwszy pyszczek w futro Exana, zakryła oczy przed owym widokiem, starając się jednocześnie zatkać uszy- co też można było przypuszczać, że w pobliżu czai się coś niezbyt dobrego. Dzik miał paskudnie rozerwany brzuch, z którego mocno sączyła się krew, potokiem płynąca po śnieżnej bieli.
- Miejmy się na baczności - ostrzegł Exan i ruszyli dalej, wyznaczoną trasą wieloma łapami. Śnieg chrzęścił mu pod stopami, co dawało też nieprzyjemne odczucie, że coś ich obserwuje - ale to przecież wyłącznie wymysł wyobraźni, który mąci i kreuje różne dziwy, w obliczu odczuwanego zagrożenia - dlatego też Naharys przyspieszył kroku, ale miał oczy szeroko otwarte. Dźwięki agonii rannego dzika jeszcze długo dawały do słuchu, przypominając, że w tym lesie nie są sami - To samo mówiły mu zapachy obcej istoty, która gdzieś czai się w pobliżu - nie jest dobrze.
- Poznajesz tę okolicę? -zapytał Exan, wyciągając szyję i wypatrując ewentualne zagrożenie.
- Tak, pamiętam nawet to drzewo, co tam rośnie - i wskazała na samotnie rosnący wśród wysokich dębów młody buczek. Zbliżając się, Exan spostrzegł dziwne bruzdy, wyryte w korze dębów i ze zgrozą pojął, że zostawiły je pazury niedźwiedzia... jednakże jego racjonalna strona osobowości podpowiedziała mu, aby się uspokoić. Niedźwiedzie przecież na zimę zapadają w sen, a ślady po pazurach mogły zostać zrobione jeszcze sprzed wiosny. Exan odetchnął z ulgą, ale jednocześnie zatrzymał wydech w połowie, gdy rozpoznał, że owe znaki są świeże. Wykonane niedawno. Co by oznaczało, że w lesie grasuje jakiś niedźwiedź odmieniec. Albo coś gorszego. I to coś gorszego pojawiło się tuż za nimi, sygnalizując nagłym chrzęstem śniegu pod ciężkimi łapami straszliwego tworu. Naharys powoli, ostrożnie odwrócił wzrok i zobaczył takowy widok. Czterysta kilogramów żywej wagi, o kotowatym kształcie, stało właśnie za nimi, z otwartym pyskiem, prezentując rząd ostrych zębów, z czego kły okazały się najokazalsze. To nie był zwyczajny tygrys szablozębny ani inny zwyczajny kotowaty, lecz wyjątkowo śmiertelny gatunek, uważany za wymarły. Był reliktem. Prócz wyłupiastych zielonych oczu, posiadał jeszcze dodatkową, nieaktywną parę, będącą pozostałością ewolucyjną. Bestia była ślepa. Wyczuwała jedynie ruch, poprzez wibrację ziemi, a ponadto cechowała się niebywale dokładnym węchem.
- Sirsana... - wyszeptał, najciszej jak mógł. - Nie ruszaj się. Ani drgnij, słyszysz?
- Słyszę. - również szepnęła.
Bestia, zwana Nekuratem, jakby niepewnie zrobiła krok, węsząc coś w powietrzu i warcząc przeciągle. Mieli szczęście, że stali po przeciwnej stronie wiejącego wiatru, inaczej tygrys zwęszyłby ich już dawno. Ociężale stawiał kroki, jakby chciał zademonstrować swą siłę w łapach, mięśnie grały intensywnie pod skórą, a długie zakrzywione pazury, szarpały zamarzniętą ziemię w trakcie chodu. Nie widział ich, ale nieustannie pracował mu nos, co lekko zaniepokoiło naszego bohatera i jego podopieczną. Wszystko poszłoby jak z płatka, bezboleśnie, gdyby nie nagromadzona w nadmiarze kupa śniegu nie spadła z drzewa, która wystraszyła Sirsanę i w niekontrolowanym odruchu, cofnęła się i spadła z grzbietu Exana. Pacnęła z piskiem na ziemię, co równało się z gwałtowną reakcją Nekurata. Z miejsca, z wyciągniętymi ku Naharysowi łapami, skoczył bez wczesnego przygotowania. Naharys zareagował natychmiastowo, bo był przygotowany na taką ewentualność. Stanął dęba, wysoko, na tylnych łapach, a przednie zapłonęły szaleńczym ogniem. Lewą łapą zdzielił Nekurata w pysk, jednocześnie obrywając od przeciwnika pazurami, które rozorały mu skórę na szyi. Krew cienką strugą naznaczyła śnieg swą szkarłatną barwą. Całe szczęście, pazury nie przebiły się do tętnicy szyjnej.
- Sirsana, ukryj się!- zawołał Exan i siłą wepchnął małą w cień niewielkiego otworu pod korzeniami drzewa, po czym skupił uwagę na nekuracie. Kotowata, olbrzymia bestia, powalona ciosem Exana, powstała, potrząsając masywnym łbem. Na policzku, z widocznym śladem po ciosie, widniała zaczerwieniona skóra, a w powietrzu rozniósł się zapach przypalonej sierści. Tygrys nie ryczał, nie wydał żadnego dźwięku, tylko agresywnie rwał ziemię swymi śmiertelnie groźnymi pazurami. Lejąca się krew z szyi Exana, umożliwiała z wyczuciem jego lokalizacji, dlatego bestia rzuciła się w jego stronę. Naharys zrobił unik, ale i tym razem nie uniknął ciosu, bowiem silna łapa zdzieliła go w skroń, powalając na ziemię. Przed oczami świat rozbłysnął mu jasnym światłem, a obraz rozmazał się gwałtownie.
~ O kur*a mać! - zaklął w myślach, wypluwając ślinę z krwią. Niechcąco ugryzł się w język.
W jednej sekundzie widział niewyraźnie zbliżającą się ogromną sylwetkę nekurata z zamiarem pozbawienia go życia, a w drugiej usłyszał głośny świst i trzask, w trzeciej natomiast pojawiła się kolejna postać. Ruda, potężna postać rzuciła się na tygrysa z obnażonymi kłami. Polała się krew. Tygrysa i lisa. Naharys powstał, potrząsnął głową i obraz stawał się z chwili na chwilę coraz to wyraźniejszy. Spodziewałby się wszystkiego. Stada jeleni. Rozwścieczonego niedźwiedzia. Nawet śpiewającego prosiaka, ale nie Atrehu. Nawet on nie da rady potędze, jakiej dzierży w łapach nekurat. Jeden cios sprawił, że odrzuciło go na kilka dobrych metrów, a siła pędu była tak mocna, że uderzając o pobliskie drzewo, gałęzie zadrżały mocno. Bestia zbliżając się do półprzytomnego Atrehu, Naharys miał czas, aby zgromadzić energię. W następnej chwili skondensował w łapie kulę płomieni, w której kotłowała się potężna moc.
Nekurat nie zdążył zareagować, jak nagle został uwięziony w pułapce wirujących płomieni.
- Atrehu! Atrehu! Ej! Stary, wstawaj! Mamy nie wiele czasu! - Krzyczał na niego, szturchając go łapą. Basior podniósł się z jękiem i złapał się łapą za miejsce, gdzie oberwał od bestii.
- O ja pier***ę, tak oberwałem, że aż mi się wszystkie wiersze Merlova przypomniały! - stęknął Atrehu i chwiejąc się niebezpiecznie, powstał na równe łapy. Oboje porządnie oberwali, dlatego jeden drugiego wspierał i na odwrót. Naharys nakazał Sirsanie zostać w kryjówce, gdy zobaczył, że mała wyściubiła swój nosek chociażby na milimetr.
- Ten skur**el nie może zostać na wolności żywy. Stanowi poważne zagrożenie dla wszystkiego, co żyje. - oznajmił Exan, a Atrehu zgodził się z nim. Na sygnał białego basiora, zdjął z nekurata pułapkę. Ogromne cielsko upadło z łoskotem na ziemię, ale ogarnięte niepomiernym szałem, powstał w mgnieniu oka i mknął ku nim w szaleńczej szarży. Obaj panowie stanęli w pozycji wojowniczej - Exan, nakreśliwszy łapą w powietrzu jakiś gest, nagromadził szalejącą siłę płomieni, a Atrehu zaś skondensował wokół siebie energię.
Gdy nekurat był na prawdę blisko, ku spodziewanej reakcji, bestia odsłoniła się na ataki, dlatego Naharys, wykonawszy ruch, wyprowadził cios płonącą łapą, powalając tygrysa. Atrehu zaś, skoncentrowany na swym celu, posłał ku niemu strugę morderczego ładunku, który ugodził go prosto w serce. Atak był tak silny i intensywny, że nekurat zamarł natychmiastowo, a futro Naharysa najeżyło się niebezpiecznie. Przyglądając się nieruchomym zwłokom bestii, ogarnęła ich nagła fala wesołości i dumy z dokonania, ale zaraz ograniczyli się do cichych pojękiwań z powodu obrażeń, jakich odnieśli w boju. Głowę Exana rozrywał ból, który sięgał także w głąb oczodołów i jeszcze dalej, białe futro na jego szyi kompletnie było zalane szkarłatną barwą. Krew ściekała mu nawet po łapie. Atrehu łamało w kręgosłupie od uderzenia w drzewo.
- Najważniejsze, że Sirsanie nie spadł włos z główki~ Pomyślał Exan i przywołał lisiczkę do siebie.
- No dobrze, mała, powiedz mi teraz, czy coś w otoczeniu wydaje ci się znajome? Coś, co pomogłoby nam odnaleźć twoją rodzinę? - spytał Exan. Sirsana rozejrzała się wokół, wodząc wzrokiem pełnym lękiem i zmartwieniem po okolicy. Z nerwów aż przegryzła wargę i położyła uszy po sobie.
- Nie, już więcej nic nie pamiętam. - odparła po chwili.
- Pomożemy ci!- zapewniał Atrehu.
- Skąd ty się tu a propos wziąłeś? -zwrócił się Exan do Atrehu.
- Ah, spodziewałem się bardziej ciepłego podziękowania za pomoc. - rzucił basior, unosząc lewą brew, ale nagle na jego pysku pojawił się szeroki uśmiech. - Miałem pozwolić, żeby rozerwał cię, jak szmacianą lalkę?
- Miałem... wszystko pod kontrolą... - żachnął Exan, ale natychmiast wmówił sobie, że jednak było inaczej.
- Ta, jasne... miałeś. - parsknął ze śmiechu pod koniec ostatniego zdania.
Dalsza droga w głąb lasu mijała im już dość spokojnie, ale jednak nadal odczuwali, aż w kościach, niemiłe spotkanie z nekuratem - Exan miał problem z zebraniem myśli przez nieznośny ból głowy, a Atrehu utykał lekko. - ale mimo wszystko nie pomyśleli nawet o odwrocie. Nagle w ostrokrzewie coś zaszeleściło i sprawiło, że w powietrze wzbiło się kilka bażantów, trzepoczących energicznie skrzydłami i w następnej chwili wyłoniła się biała głowa jakiejś dorosłej lisicy. Miała piękne, błękitne oczy niczym morska woda, w których na widok dwóch basiorów, zaiskrzył się niepokój. W następnym momencie, lasem wstrząsnęły krzyki radości Sirsany, która bez wahania, zeskoczyła z grzbietu Exana i przedarła się przez głęboką zaspę.
- Mamo! Tak bardzo tęskniłam za tobą! - krzyczała Sirsana, a gdy dobiegła do swej rodzicielki, wtuliła się w jej futro. Matka lisiczki z radości wręcz popłakała się, jak kocica, nawet nie myśląc, aby choćby na moment wypuścić córkę z objęć. A potem ponownie spojrzała na Exana i stojącego obok Atrehu.
- Kim są ci panowie, skarbie? - spytała córkę.
- Moi przyjaciele! Naharys był dla mnie bardzo dobry! Zaopiekował się mną, nakarmił i opowiedział mi nawet bajkę! A ten drugi pomógł mu dzisiaj pokonać strasznego, okropnego, wielgachnego potwora! To dzięki nim tutaj jestem!
- Bardzo wam dziękuję, panowie! - zbliżyła się do nich. - Dziękuję za odnalezienie mojej córki. Jak mogłabym się wam odwdzięczyć? Nie ma mowy, abym wypuściła was bez zapłaty!
- Hmmm... w sumie... nie pogardzimy jakimś posiłkiem i opierunkiem. Jesteśmy, że tak powiem, lekko połamani. - odpowiedział Naharys i spojrzał na zalane czerwienią futro.
- Jak najbardziej! Bohaterowie mojej córki są przyjaciółmi rodziny. Chodźcie z nami!
- Tak! Tak, chodźcie z nami! - krzyknęła rozradowana do granic możliwości Sirsana.
Uradowany tym pomysłem, posłał Sirsanie miły uśmiech, po czym ruszyli za lisiczkami, ciesząc się w duchu, że ta przygoda zakończyła się triumfalnym zwycięstwem nad nekuratem i spełnieniem obietnicy, jaką Exan złożył swej podopiecznej. Cieszył się, że mógł wszystkimi swymi siłami pomóc potrzebującej, jak nakazuje przyzwoitość i bohaterstwo. Tak, bohaterstwo na miarę prawdziwego wojownika.
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 4003
Ilość zdobytych PD: 2001 + 20% (400) za długość powyżej 4000 słów.
Nagroda za Quest: 150PD + 2 pkt inteligencja, +1 spryt
Obecny stan: 3123
~ Będzie piękna śnieżyca - skomentował kwaśno w myślach Naharys. Był ranek, północny arktyczny wiatr, kąsał nawet pod najgrubszym futrem, a ponadto wczorajszego wieczoru nasypało tyle śniegu, że gdzie by nie splunąć, można było wylądować w głębokiej zaspie. Naharys w duchu dziękował matce naturze, że obdarzyła go wysokim wzrostem i masywnymi łapami - chociaż pech dotykał i jego, gdy przyszło mu pokonać nierówne tereny - aczkolwiek jednocześnie żałował, że nie łyknął leku rozgrzewającego, jak Lonya zaleciła.
~ Ależ nie, bo ty, Naharys, wiesz najlepiej! - już sobie wyobrażał podobne reprymendy, jakie zdarzało się wygłosić jego siostrze, ale kto by pomyślał, że akurat tego dnia powieje nieznośnym chłodem. Przed treningiem siłowym, samotnie skierował się ku lecznicy Lonyi, mając przy tym niezbyt przyjemną minę.
- Exan! Widzę, że w nie najlepszym jesteś humorku! - skomentowała Lonya, wykrzywiając usta w typowy dla niej uśmieszku, jakby tym samych ciała powiedzieć "A nie mówiłam?"
- Jak ja mam mieć dobry humor? O mało sobie dupy nie odmroziłem, bo tak pizga. Miałaś rację, może dasz mi wywar z imbiru i kurkumy?
- Dasz, to był duński sprzedawca kasz! A może znasz takie krótkie słowo "proszę"? Z pewnością już je kiedyś słyszałeś. - Naharys uśmiechnął się szeroko. Ach! Lonya i jej zgryźliwe komentarze. Tego właśnie potrzebował od czasu do czasu, aby polepszył się mu humor. Nie zamieniłby jej na żadną inną siostrę, pomijając wiadomy fakt, iż nie są spokrewnieni. Wiedział też, że niektóre rodziny pięknie wyglądają, jedynie na zdjęciu, a w rzeczywistości, ich członkowie rozsiani są po całym globie i ani jednemu nie przyjdzie na myśl, aby chociaż złożyć uszanowanie na grobie zmarłych. Był świadomy mocnej więzi między nim, a Lonyą. Obcą waderą, z którą wychowywał się i wypruwał żyły na poligonie, a wieczorami śpiewali sobie kołysanki, aby zapomnieć o bólu cierpiących mięśni.
- Proszę cię? Czy możesz mi dać ten wywar? - spytał po chwili, wyszczerzając się szeroko.
- Znaj łaskę moją, kmiocie. - Wywar był przyjemny w zapachu i kolorze. - A teraz zjeżdżaj mi stąd, bo mam jeszcze paru pacjentów do wykurowania. Jeszcze tu jesteś?
Złapał za wywar i schował go sobie do torby z króliczej skóry, którą dostał któregoś dnia od Itami, w zamian za naukę kilku piosenek przy ognisku.
- Dzięki, siostra!
W drodze wziął kilka łyków i wzdrygnął się porządnie, gdy poczuł ostry posmak imbiru, ale chwilę później, jego ciało ogarnęło przyjemne ciepło.
I cała ta nieprzyjemna historia zaczęła się późnym popołudniem, gdy Naharys wracał z treningu siłowego, a teren, jak wcześniej podejrzewał, zaścieliła dodatkowa porcja śniegu. Słońce skrywało się za szczelną pokrywą burych chmur, wiatr zaś szarpał futrem. Exan uznał, że nie ma sensu marznąć na zimnie, więc tym samym skierował się w stronę jaskini mieszkalnej, gdzie miał nadzieję spotkać Pinę. W trakcie, gdy był już blisko celu, usłyszał w gęstwinie śniegu czyiś płacz. Uszy instynktownie postawił na baczność, a nosem zaczął węszyć w powietrzu, jakby miał nadzieję, że wyczuje coś podejrzanego. W końcu nieustające kwilenie niewidocznej postaci, utwierdziło go w przekonaniu, że w tym momencie nie był sam. Podążał powoli za dźwiękiem, aż jego oczom ukazał się widok godny politowania. W niewielkiej, śnieżnej jamce, ułożona na mokrych liściach, trzęsła się ze strachu i zimna, mała puchata kuleczka o śnieżnej sierści. Postąpił kolejny, tym razem pewniejszy krok, po czym spostrzegł parę niebieskich ślepiąt, lśniących od łez, niczym najdroższe kryształy. Po chwili kuleczka zerwała się z miejsca, pociągnęła noskiem i zawołała.
- Nie zbliżaj się do mnie, ty... ty... przerośnięty mamucie!
- Przerośnięty mamucie? - powtórzył Naharys bardziej zaskoczony, niż rozwścieczony, po czym odchylił łeb, wybuchając krótkim śmiechem. - Jak na małą lisiczkę, masz bardzo cięty język!
- Nie zbliżaj się mówię! Ja... ja... znam się na ogniu! Mogłabym cię poparzyć!
- Władasz ogniem? - zniżył głowę, aby jego oczy zrównały się ze ślepkami małej lisiczki. - To widzę, że mam koleżankę po fachu, bo ja też władam nad ogniem!
Aby pokazać małej, że w tym momencie, nie rzucił słów na wiatr, chwycił jeden z mokrych liści, opadniętych jesienią, po czym w skupieniu utkwił w nim swój wzrok. Wypuścił z pyska powoli zaczerpnięte przed chwilą w płuca zimne powietrze, po czym liść stanął w ogniu, który począł szaleńczo tańcować. Następnie ogień strawił całkowicie liść i przeistoczył się w motyla z płonącymi skrzydłami, po czym wzbił się wysoko w powietrze. Tak, jak się tego spodziewał, mała lisiczka rozdziawiła pyszczek w zachwycie, a w jej oczkach błysnęła fascynacja. Obserwowała bez ustanku sunącego się z gracją płomiennego motyla, do czasu, aż nie zamienił się w kupkę popiołu, który później porwał nurt wiejącego wiatru.
- Jak ci na imię? - zapytał po chwili Naharys, łagodnym tonem.
- Sirsana - powiedziała lisiczka i pociągnęła noskiem. Miała straszny katar, a z nosa nieznośnie jej ciekło. Naharys uznał, że mała Sirsana nie będzie miała nic przeciwko, jak weźmie ją ze sobą, ale zanim to zrobił, wyciągnął z torby wywar rozgrzewający od Lonyi. Samiec polecił napić się jej kilka łyków, a że mała pisnęła przeciągle przez pikanterię imbiru, nagle zrobiło się jej o wiele lepiej. Następnie chwycił ją delikatnie za szyję i usadowił na swym mocnym grzbiecie.
- Gdzie idziemy? - zapytała Sirsana, wycierając łapką cieknący nosek.
- Tam, gdzie na pewno poczujesz się lepiej, mała - odparł entuzjastycznie Exan, spoglądając na lisiczkę kątem oka. - Sama zobaczysz! Moja siostra postawi cię na nogi w dwie godziny.
Z tymi słowy, zmienił i obrał kierunek na lecznicę, gdzie jak się spodziewał, Lonya miała trochę więcej wolnego czasu. W czasach popołudniowych, lecznica była niemalże opustoszała, ale to dla niego lepiej. A ściślej ujmując, lepiej dla małej Sirsany.
Znalazł Lonyę obok schowka z lekami, która pochłonięta rozmową z Itami, początkowo nie zwróciła na nich najmniejszej uwagi. Naharys odchrząknął głośno.
- Ooo Exan, jesteś zamarznięty pajacu, gdzie cię tym razem dupa powiodła? - zapytała z uśmiechem. Nie zauważyła Sirsany.
- Lonka, może nie z takim tekstem przy dziecku, co? - powiedział i stanąwszy bokiem, przedstawił Lonyi małą lisiczkę.
- Nie jestem dzieckiem... - przerwała, gdyż kichnęła cienko, co przy jej rozmiarach, wyglądało to na prawdę, uwierzcie mi, przeuroczo. -... mam już niecałe trzy miesiące!
- Ależ oczywiście! Wybacz gafę mojemu bratu, on zawsze był mało rozgarnięty... - odparła Lonya i podeszła bliżej, przyglądając się małej. -... ale, ale! Jaki ty masz brzydki katar. Coś na to zaradzimy, ale najpierw cię rozgrzejemy.
- Dałem jej wywar od ciebie. Myślę, że to jej pomogło. - dodał Naharys, a Lonya kiwając głową, zabrała od niego Sirsanę.
- I dobrze myślałeś. - Pochwaliła go Lonya, a potem wzięła się za opiekę nad małą.
Popołudniowe chmury ciągnęły się ku południu, a gwiazdy na powoli granatowiejącym niebie, poczęły się skrzyć słabym światłem. Do tego czasu, Naharys dowiedział się od małej, gdzie znajdują się jej rodzice i dlaczego znalazła się tak daleko od nich. Wypytywał ją o każdy szczegół, ale starał się też dobierać słowa w taki sposób, aby mała Sirsana mogła zrozumieć ich sens.
-... mój starszy brat chciał zrobić mi na złość, bo to mi przypadła dodatkowa porcja śniadanka, a nie jemu, bo był... był... niegzecny... okropecznie mnie wtedy skrzyczał, ale potem powiedział, że zna fajne miejsce... i że możemy się tam pobawić. Myślę sobie... śniegu wszędzie, całe mnóstwa śniegu! I zimno! A mama mówiła wyraźnie, żeby nie wychodzić na dwór. Ale on nie chciał słuchać i zachęcał mnie do wyjścia. I nim spacerek dobiegł końca, znalazłam się nagle sama, wśród strasznie wyglądających drzew... bo one wyglądają, jak łapy orła... o nich rodzice mówili, żeby się ich strzec... a potem... a potem, jak coś nie trzaśnie i huknie, i w następnej chwili widzę ogromnego niedźwiedzia! Większego od ciebie! - zwróciła się do Exana. Naharys uwierzył na słowo. - Całe szczęście, że jestem mała i biała, więc wtopiłam się ze śniegiem i wtedy nie mógł mnie zobaczyć!
- Sprytnie. - pochwaliła ją Lonya. - Wyrośnie z ciebie wielka spryciara.
- Pewnie zamarzłabym, gdyby nie moje futerko i tak musiałam spać bez rodziców, rodzeństwa, w śniegu... strasznie się bałam i tęskniłam za mamą... a najbardziej za tatą.. on by pokazał mojemu głupiemu bratu! Ja... ja chcę do domu... - pisnęła na koniec i wybuchła niespodziewanie płaczem.
- No już już, cicho skarbie, cicho... znajdziemy twoją rodzinę, obiecuję! - Naharys skłonił się nawet do tego, że przytulił małą do siebie. Tak, jakby to zrobił prawdziwy ojciec, co prawda, Naharys zrobił to odruchowo. Mała Sirsana odwzajemniła objęcie i wtuliła się w ciepłe futro Naharysa, cicho szlochając. Powiem wam, drodzy czytelnicy, że w tamtym momencie, Naharys poczuł się wyjątkowo niezręcznie.
- Ściemnia się. Dzisiaj przenocujesz u mnie, zgoda? A jutro zaczniemy szukać twoich rodziców? Może być?
- Dziękuję bardzo.
< Kilka minut później >
- Naharys? - odezwała się Pina z miną pełną konsternacji, gdy spojrzała na małą, białą kuleczkę- Czy mógłbyś mi to wyjaśnić? Oczywiście, nie myśl sobie, że mam coś przeciwko przenocowania małej, ale lubię znać szczegóły.
- No więc...
Naharys starał się wszystko opisać, ze szczegółami, okoliczności znalezienia małej Sirsany, historię jej zniknięcia z rodzinnego domu, aż do pobytu w lecznicy. Następnie Pina próbowała pokrzepić lisiczkę, zapewnić, że dopóki jest pod ich opieką, żadna krzywda się jej nie stanie. Wtedy w głowie Naharysa, zrodziło się pewne wyobrażenie o tym, jakby wyglądała sytuacja, gdyby to oni mieli własne szczenięta. Nie, żeby miał coś przeciwko szczeniętom, ale z drugiej strony zakładał, że to jednak ogromna odpowiedzialność, a to, jak wychowa swego potomka, będzie mieć wpływ na jego dalsze kroki w dorosłym życiu. Nie rozpieszczać zbytnio, przystosować do życia, aby później nie musiało w nieskończoności polegać w zupełności na kimś. To za duża odpowiedzialność, psia krew.
- Opowiesz mi bajkę? - zapytała Sirsana, leżąc koło śpiącej Piny. Naharys z zakłopotaniem, spojrzał lisiczce w oczka.
- Ale ja... nie znam... albo w sumie... zgoda, opowiem ci jedną. - Samiec ułożył się obok, pomyślał chwilę, po czym, utkwiwszy swój łagodny wzrok w Sirsanę, zaczął opowiadać.
- Była sobie wesoła rodzina kruków, której pewnego dnia wykluły się pisklęta. Cztery pisklaki, czarne, jak ta noc, pełne życia i pragnące matczynego jedzenia. Piąte zaś, wykluło się nieco inne, niż rodzeństwo. Jego pióra były cienkie, białe... taki mały albinosek. Mama i tata spojrzeli zatroskanie na odmieńca, porównali je z resztą potomstwa. Doszli do wniosku, że ich biały syn, ze względu na swą inność, nie zazna miejsca w kruczym społeczeństwie, a oni sami staną się pośmiewiskiem z tego powodu. Postanowili jednak, że nie wyrzucą z gniazda owocu ich miłości i wychowają je, na równi z pozostałym potomstwem. Mijały lata, a obawy kruczej rodziny spełniły się w najgorszym scenariuszu. Ich syn odmieniec nie zaznał dnia bez drwin i chamskich żartów ze strony rówieśników, a każdą następną noc, zalewał łzami. Nie rozumiał, czemu wszyscy odtrącają jego towarzystwo, lecz jego rodzina niosła pokrzepienie, gdy w sercu młodzieńca rodziło się cierpienie. Pewnego dnia, gdy biały kruk, samotnie bawił się na dworze, nagle nawiedziła go grupka trzech kruków, które powitały go obelgami i drwinami.
- Zostawcie mnie! - krzyczał zrozpaczony, wiedząc też, że im bardziej cierpi, tym prześladowcy będą mieli z tego, jeszcze większy ubaw. - Nic wam nie zrobiłem! Zostawcie mnie!
Krzyki młodzieńca usłyszał szybujący orzeł, który wybrał się na poranne polowanie. Prześladowcy widząc, jak ogromny ptak ląduje obok odmieńca, ze strachu pobladli tak bardzo, że sami dorównywali kolorytowi albinosa. Czym chyżo, wzbili się w powietrze i uciekli w popłochu, krzycząc przerażeni.
- Dziękuję, panu - powiedział po chwili biały kruk, a bohaterski orzeł kiwnął dumnie głową. Od tamtego czasu, gdy w pobliżu pojawił się orzeł, nikt nawet nie pomyślał, aby zaczepić młodzieńca, ale też unikali go, jak trucizny. Naszemu bohaterowi jednak wystarczyło towarzystwo rodzeństwa, które kochało go, jak własnego brata, tak, jak im zostało przez rodziców przykazane.
- A jaki jest morał? - zapytała po chwili lisiczka.
- Morał... hmmm... Silny nie jest ten, co słabszych dręczy, lecz ten, co odwagę ma stanąć w ich obronie.
- Ale fajnie! Będę musiała sobie zapamiętać tę bajkę, aby powtórzyć ją mojemu głupiemu bratu. Nie powinien mnie tak zostawić samą... jestem taka słaba, a on silny. Powinien mnie bronić. Powinien, prawda?
- Prawda. - Przyznał Naharys, wpatrując się w piękne niebieskie oczy Sirsany. Następnie przybliżył pysk do jej małego czółka i złożył ciepły pocałunek. - A teraz spróbuj zasnąć. Wiem, że to łatwe nie będzie, wszak nie jesteś w swoim prawdziwym domu, ale postaraj się potraktować go, jakbyś się w nim urodziła. Wyobraź sobie, że już jesteś u rodziców.
- Kiepską mam wyobraźnię. - mruknęła lisiczka- Ale dobrze... spróbuję. Dziękuję wam za wszystko, jesteście lepsi od mojego brata.
Mała Sirsana zwinęła się w kuleczkę i powoli zamykając oczy, zażyczyła Exanowi dobrej nocy, a on zaś przysunął ją bliżej siebie, aby użyczyć jej ciepła własnego, zamknął ją w objęciach i zasnęli w spokoju. Na dworze szalała śnieżyca. Prawdziwa zamieć.
Następny dzień, nasz bohater questu, oraz jego podopieczna, powitali dość przyzwoicie. Małą Sirsanę nadal dręczył katar, ale już nie tak wstrętny, jak wczorajszego dnia. Naharys otworzył szmaragdowe oczy, przywitał wszystkich głośnym ziewnięciem, po czym przeciągnął się leniwie, aż mu w kręgosłupie strzeliło.
- No, moja panno. Zjesz coś pysznego, umyjemy cię i idziemy szukać twoich rodziców, zgoda? - odezwał się do małej lisiczki czułym głosem.
Na śniadanie były resztki wczorajszej sarniny, którą Pina upolowała z Tsumi i Atrehu. Mała lisiczka miała jeszcze zbyt tępe ząbki, aby móc oderwać choćby drobny kawałek mięsa, dlatego Naharys pomógł jej w tym. Odrywał mięśnie i dzielił je na drobne kawałki, aby Sirsana mogła swobodnie pogryźć i nie udławić się przy okazji. W trakcie posiłku, Exan zauważył, że jego podopieczna unika kąsków pokrytych tłuszczem, a wybierała te, bardziej mięsiste.
- Jedz też te z tłuszczem. On pomoże Ci przetrwać zimno i nadaje soczystość mięsu. Spróbuj, bo na prawdę warto. - doradził jej Naharys.
- Ale... to żółte coś... tłuszcz, jest takie mdłe. - Ah! To dziecięce marudzenie. Tego mógł się spodziewać, no ale cóż... Sam prosił się, aby zostać tymczasowym "Tatusiem". Teraz ma za swoje.
- Daj spokój, to wcale nie jest takie złe, daje słowo. Popatrz. - Wziął dla przykładu kęs, otoczony sporą masą tłuszczu, wygryzł go z ciała sarny i zjadł, przy okazji mrucząc pod nosem "Mmm, jakie pyszne", byleby zachęcić małą Sirsanę.
Wyściubili swe nosy dopiero wczesnym południem, gdy na dworze przestał prószyć śnieg, a na niebie pojawiły się szare chmury. Pina pożegnała go ciepłym całusem w policzek, a małej życzyła dużo szczęścia i powodzenia. Następnie poszli w kierunku, gdzie ostatnio Exan znalazł małą, a następnie, analizując słowa lisiczki, okazało się, że przybyła z południa. Może mała nie miała zbyt dobrej wyobraźni, ale za to wyjątkową pamięć. Sirsana podekscytowana krzyknęła niemal nad uchem Exana, wskazując samotne, pozbawione liści drzewo, które rosło na niewielkim wzniesieniu.
- Pamiętam je! To pod nim spędziłam noc.
- Jesteś tego pewna? - zapytał Exan.
- Tak... ale... chce mi się.
- Co ci się chce?
- Siku. - odparła lekko zmieszana lisiczka. I trochę zawstydzona.
- Dlaczego się wstydzisz? - wyczuł to Exan i odwrócił się, aby spojrzeć jej w oczy. - Jeśli potrzebujesz to idź. Poczekam cierpliwie.
I tak po zaspokojeniu wszelkich fizjologicznych potrzeb, ruszyli dalej w stronę kreślącej się linii lasu na południu. Sirsana siedziała spokojnie na grzbiecie Exana, nuciła pod nosem jakąś wesołą melodyjkę, a gdy doszli do skraju lasu, mała lisiczka zaczęła recytować wyliczankę.
- Raz kichniesz zaraz, dwa dopadnie cię rwa, trzy zjedzony będziesz ty.
- Bardzo pięknie. - skomentował Exan.
Maszerowali szlakiem, zaścielonym śnieżną kołderką, mijając z boku niewielką kotlinkę, na której dnie leżał ranny dzik. Jego kwilenia, bolesne zawodzenie zaniepokoiły Exana, a Sirsanę niebezpiecznie wystraszyły - wtuliwszy pyszczek w futro Exana, zakryła oczy przed owym widokiem, starając się jednocześnie zatkać uszy- co też można było przypuszczać, że w pobliżu czai się coś niezbyt dobrego. Dzik miał paskudnie rozerwany brzuch, z którego mocno sączyła się krew, potokiem płynąca po śnieżnej bieli.
- Miejmy się na baczności - ostrzegł Exan i ruszyli dalej, wyznaczoną trasą wieloma łapami. Śnieg chrzęścił mu pod stopami, co dawało też nieprzyjemne odczucie, że coś ich obserwuje - ale to przecież wyłącznie wymysł wyobraźni, który mąci i kreuje różne dziwy, w obliczu odczuwanego zagrożenia - dlatego też Naharys przyspieszył kroku, ale miał oczy szeroko otwarte. Dźwięki agonii rannego dzika jeszcze długo dawały do słuchu, przypominając, że w tym lesie nie są sami - To samo mówiły mu zapachy obcej istoty, która gdzieś czai się w pobliżu - nie jest dobrze.
- Poznajesz tę okolicę? -zapytał Exan, wyciągając szyję i wypatrując ewentualne zagrożenie.
- Tak, pamiętam nawet to drzewo, co tam rośnie - i wskazała na samotnie rosnący wśród wysokich dębów młody buczek. Zbliżając się, Exan spostrzegł dziwne bruzdy, wyryte w korze dębów i ze zgrozą pojął, że zostawiły je pazury niedźwiedzia... jednakże jego racjonalna strona osobowości podpowiedziała mu, aby się uspokoić. Niedźwiedzie przecież na zimę zapadają w sen, a ślady po pazurach mogły zostać zrobione jeszcze sprzed wiosny. Exan odetchnął z ulgą, ale jednocześnie zatrzymał wydech w połowie, gdy rozpoznał, że owe znaki są świeże. Wykonane niedawno. Co by oznaczało, że w lesie grasuje jakiś niedźwiedź odmieniec. Albo coś gorszego. I to coś gorszego pojawiło się tuż za nimi, sygnalizując nagłym chrzęstem śniegu pod ciężkimi łapami straszliwego tworu. Naharys powoli, ostrożnie odwrócił wzrok i zobaczył takowy widok. Czterysta kilogramów żywej wagi, o kotowatym kształcie, stało właśnie za nimi, z otwartym pyskiem, prezentując rząd ostrych zębów, z czego kły okazały się najokazalsze. To nie był zwyczajny tygrys szablozębny ani inny zwyczajny kotowaty, lecz wyjątkowo śmiertelny gatunek, uważany za wymarły. Był reliktem. Prócz wyłupiastych zielonych oczu, posiadał jeszcze dodatkową, nieaktywną parę, będącą pozostałością ewolucyjną. Bestia była ślepa. Wyczuwała jedynie ruch, poprzez wibrację ziemi, a ponadto cechowała się niebywale dokładnym węchem.
- Sirsana... - wyszeptał, najciszej jak mógł. - Nie ruszaj się. Ani drgnij, słyszysz?
- Słyszę. - również szepnęła.
Bestia, zwana Nekuratem, jakby niepewnie zrobiła krok, węsząc coś w powietrzu i warcząc przeciągle. Mieli szczęście, że stali po przeciwnej stronie wiejącego wiatru, inaczej tygrys zwęszyłby ich już dawno. Ociężale stawiał kroki, jakby chciał zademonstrować swą siłę w łapach, mięśnie grały intensywnie pod skórą, a długie zakrzywione pazury, szarpały zamarzniętą ziemię w trakcie chodu. Nie widział ich, ale nieustannie pracował mu nos, co lekko zaniepokoiło naszego bohatera i jego podopieczną. Wszystko poszłoby jak z płatka, bezboleśnie, gdyby nie nagromadzona w nadmiarze kupa śniegu nie spadła z drzewa, która wystraszyła Sirsanę i w niekontrolowanym odruchu, cofnęła się i spadła z grzbietu Exana. Pacnęła z piskiem na ziemię, co równało się z gwałtowną reakcją Nekurata. Z miejsca, z wyciągniętymi ku Naharysowi łapami, skoczył bez wczesnego przygotowania. Naharys zareagował natychmiastowo, bo był przygotowany na taką ewentualność. Stanął dęba, wysoko, na tylnych łapach, a przednie zapłonęły szaleńczym ogniem. Lewą łapą zdzielił Nekurata w pysk, jednocześnie obrywając od przeciwnika pazurami, które rozorały mu skórę na szyi. Krew cienką strugą naznaczyła śnieg swą szkarłatną barwą. Całe szczęście, pazury nie przebiły się do tętnicy szyjnej.
- Sirsana, ukryj się!- zawołał Exan i siłą wepchnął małą w cień niewielkiego otworu pod korzeniami drzewa, po czym skupił uwagę na nekuracie. Kotowata, olbrzymia bestia, powalona ciosem Exana, powstała, potrząsając masywnym łbem. Na policzku, z widocznym śladem po ciosie, widniała zaczerwieniona skóra, a w powietrzu rozniósł się zapach przypalonej sierści. Tygrys nie ryczał, nie wydał żadnego dźwięku, tylko agresywnie rwał ziemię swymi śmiertelnie groźnymi pazurami. Lejąca się krew z szyi Exana, umożliwiała z wyczuciem jego lokalizacji, dlatego bestia rzuciła się w jego stronę. Naharys zrobił unik, ale i tym razem nie uniknął ciosu, bowiem silna łapa zdzieliła go w skroń, powalając na ziemię. Przed oczami świat rozbłysnął mu jasnym światłem, a obraz rozmazał się gwałtownie.
~ O kur*a mać! - zaklął w myślach, wypluwając ślinę z krwią. Niechcąco ugryzł się w język.
W jednej sekundzie widział niewyraźnie zbliżającą się ogromną sylwetkę nekurata z zamiarem pozbawienia go życia, a w drugiej usłyszał głośny świst i trzask, w trzeciej natomiast pojawiła się kolejna postać. Ruda, potężna postać rzuciła się na tygrysa z obnażonymi kłami. Polała się krew. Tygrysa i lisa. Naharys powstał, potrząsnął głową i obraz stawał się z chwili na chwilę coraz to wyraźniejszy. Spodziewałby się wszystkiego. Stada jeleni. Rozwścieczonego niedźwiedzia. Nawet śpiewającego prosiaka, ale nie Atrehu. Nawet on nie da rady potędze, jakiej dzierży w łapach nekurat. Jeden cios sprawił, że odrzuciło go na kilka dobrych metrów, a siła pędu była tak mocna, że uderzając o pobliskie drzewo, gałęzie zadrżały mocno. Bestia zbliżając się do półprzytomnego Atrehu, Naharys miał czas, aby zgromadzić energię. W następnej chwili skondensował w łapie kulę płomieni, w której kotłowała się potężna moc.
Nekurat nie zdążył zareagować, jak nagle został uwięziony w pułapce wirujących płomieni.
- Atrehu! Atrehu! Ej! Stary, wstawaj! Mamy nie wiele czasu! - Krzyczał na niego, szturchając go łapą. Basior podniósł się z jękiem i złapał się łapą za miejsce, gdzie oberwał od bestii.
- O ja pier***ę, tak oberwałem, że aż mi się wszystkie wiersze Merlova przypomniały! - stęknął Atrehu i chwiejąc się niebezpiecznie, powstał na równe łapy. Oboje porządnie oberwali, dlatego jeden drugiego wspierał i na odwrót. Naharys nakazał Sirsanie zostać w kryjówce, gdy zobaczył, że mała wyściubiła swój nosek chociażby na milimetr.
- Ten skur**el nie może zostać na wolności żywy. Stanowi poważne zagrożenie dla wszystkiego, co żyje. - oznajmił Exan, a Atrehu zgodził się z nim. Na sygnał białego basiora, zdjął z nekurata pułapkę. Ogromne cielsko upadło z łoskotem na ziemię, ale ogarnięte niepomiernym szałem, powstał w mgnieniu oka i mknął ku nim w szaleńczej szarży. Obaj panowie stanęli w pozycji wojowniczej - Exan, nakreśliwszy łapą w powietrzu jakiś gest, nagromadził szalejącą siłę płomieni, a Atrehu zaś skondensował wokół siebie energię.
Gdy nekurat był na prawdę blisko, ku spodziewanej reakcji, bestia odsłoniła się na ataki, dlatego Naharys, wykonawszy ruch, wyprowadził cios płonącą łapą, powalając tygrysa. Atrehu zaś, skoncentrowany na swym celu, posłał ku niemu strugę morderczego ładunku, który ugodził go prosto w serce. Atak był tak silny i intensywny, że nekurat zamarł natychmiastowo, a futro Naharysa najeżyło się niebezpiecznie. Przyglądając się nieruchomym zwłokom bestii, ogarnęła ich nagła fala wesołości i dumy z dokonania, ale zaraz ograniczyli się do cichych pojękiwań z powodu obrażeń, jakich odnieśli w boju. Głowę Exana rozrywał ból, który sięgał także w głąb oczodołów i jeszcze dalej, białe futro na jego szyi kompletnie było zalane szkarłatną barwą. Krew ściekała mu nawet po łapie. Atrehu łamało w kręgosłupie od uderzenia w drzewo.
- Najważniejsze, że Sirsanie nie spadł włos z główki~ Pomyślał Exan i przywołał lisiczkę do siebie.
- No dobrze, mała, powiedz mi teraz, czy coś w otoczeniu wydaje ci się znajome? Coś, co pomogłoby nam odnaleźć twoją rodzinę? - spytał Exan. Sirsana rozejrzała się wokół, wodząc wzrokiem pełnym lękiem i zmartwieniem po okolicy. Z nerwów aż przegryzła wargę i położyła uszy po sobie.
- Nie, już więcej nic nie pamiętam. - odparła po chwili.
- Pomożemy ci!- zapewniał Atrehu.
- Skąd ty się tu a propos wziąłeś? -zwrócił się Exan do Atrehu.
- Ah, spodziewałem się bardziej ciepłego podziękowania za pomoc. - rzucił basior, unosząc lewą brew, ale nagle na jego pysku pojawił się szeroki uśmiech. - Miałem pozwolić, żeby rozerwał cię, jak szmacianą lalkę?
- Miałem... wszystko pod kontrolą... - żachnął Exan, ale natychmiast wmówił sobie, że jednak było inaczej.
- Ta, jasne... miałeś. - parsknął ze śmiechu pod koniec ostatniego zdania.
Dalsza droga w głąb lasu mijała im już dość spokojnie, ale jednak nadal odczuwali, aż w kościach, niemiłe spotkanie z nekuratem - Exan miał problem z zebraniem myśli przez nieznośny ból głowy, a Atrehu utykał lekko. - ale mimo wszystko nie pomyśleli nawet o odwrocie. Nagle w ostrokrzewie coś zaszeleściło i sprawiło, że w powietrze wzbiło się kilka bażantów, trzepoczących energicznie skrzydłami i w następnej chwili wyłoniła się biała głowa jakiejś dorosłej lisicy. Miała piękne, błękitne oczy niczym morska woda, w których na widok dwóch basiorów, zaiskrzył się niepokój. W następnym momencie, lasem wstrząsnęły krzyki radości Sirsany, która bez wahania, zeskoczyła z grzbietu Exana i przedarła się przez głęboką zaspę.
- Mamo! Tak bardzo tęskniłam za tobą! - krzyczała Sirsana, a gdy dobiegła do swej rodzicielki, wtuliła się w jej futro. Matka lisiczki z radości wręcz popłakała się, jak kocica, nawet nie myśląc, aby choćby na moment wypuścić córkę z objęć. A potem ponownie spojrzała na Exana i stojącego obok Atrehu.
- Kim są ci panowie, skarbie? - spytała córkę.
- Moi przyjaciele! Naharys był dla mnie bardzo dobry! Zaopiekował się mną, nakarmił i opowiedział mi nawet bajkę! A ten drugi pomógł mu dzisiaj pokonać strasznego, okropnego, wielgachnego potwora! To dzięki nim tutaj jestem!
- Bardzo wam dziękuję, panowie! - zbliżyła się do nich. - Dziękuję za odnalezienie mojej córki. Jak mogłabym się wam odwdzięczyć? Nie ma mowy, abym wypuściła was bez zapłaty!
- Hmmm... w sumie... nie pogardzimy jakimś posiłkiem i opierunkiem. Jesteśmy, że tak powiem, lekko połamani. - odpowiedział Naharys i spojrzał na zalane czerwienią futro.
- Jak najbardziej! Bohaterowie mojej córki są przyjaciółmi rodziny. Chodźcie z nami!
- Tak! Tak, chodźcie z nami! - krzyknęła rozradowana do granic możliwości Sirsana.
Uradowany tym pomysłem, posłał Sirsanie miły uśmiech, po czym ruszyli za lisiczkami, ciesząc się w duchu, że ta przygoda zakończyła się triumfalnym zwycięstwem nad nekuratem i spełnieniem obietnicy, jaką Exan złożył swej podopiecznej. Cieszył się, że mógł wszystkimi swymi siłami pomóc potrzebującej, jak nakazuje przyzwoitość i bohaterstwo. Tak, bohaterstwo na miarę prawdziwego wojownika.
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 4003
Ilość zdobytych PD: 2001 + 20% (400) za długość powyżej 4000 słów.
Nagroda za Quest: 150PD + 2 pkt inteligencja, +1 spryt
Obecny stan: 3123
niedziela, 21 listopada 2021
Od Atrehu c.d Naharys'a / Lonyi / Piny i Tsumi ~ Czas poznać teściów [+18]
Na wszystkie świątynie Boże, nie spodziewałem się takiej propozycji ze strony Tsumi. Co prawda miałem cichą nadzieję, że już niebawem powtórzymy to, co robiliśmy zeszłej nocy. Spodziewałem się jednak, iż to ja będę musiał insynuować ową grę. Hm, nie doceniłem mojej partnerki, która najwidoczniej również miała na mnie ochotę. Ah, na samo wspomnienie wczorajszej nocy poczułem przyjemne ciarki, rozchodzące się wzdłuż kręgosłupa. Prąd przebiegł po całym moim ciele i zatrzymał się w dole brzucha, łaskocząc moje przyrodzenie. Jęknąłem w duchu, czując delikatny gorąc. Oj tak, temperatura mi skoczyła. Zamruczałem seksownie, oblizując swój pysk. Już ja dobrze wiedziałem, czego chciałem. Przygryzłem wnętrze policzka, skupiając swój wzrok na samicy. Jak tak dalej pójdzie, rzucę się na nią przy wszystkich. Tsumi musiała dostrzec iskierki w moich oczach, gdyż otarła się o mój bok. Głowę wtuliła w moją pierś, po czym ruszyła dalej, uprzednio głaszcząc mój nos swoim ogonem. Przez chwilę miałem nieziemski widok na jej kobiecość, a słodki zapach dotarł do moich nozdrzy, powodując zwód. ~ Nosz, dlaczego nie umiem nad tym panować?! - pomyślałem, spoglądając w ślad za waderą. ~ Przebiegła wilczyca, nie ma co. Doprowadziła mnie do tego stanu i zostawiła na pastwę losu. - Nie mogłem się tak pokazać innym, więc zakrywając się ogonem, poczekałem, aż mi przejdzie. Reszta ekipy zatrzymała się, spoglądając pytająco w moją stronę. Musiałem naprawdę dziwnie wyglądać. Siedząc, opatuliłem się ogonem jak kocykiem. Wziąłem głęboki oddech, wyrównałem go. Przymykając oczy, chłonąłem odgłosy natury. Cisza była błoga, acz dziwna, zważywszy na porę roku. Jesień miała się ku końcowi. Liście, całkowicie opadły z drzew, tworząc na ziemi stertę zgniłych kupek. Straciwszy kolory, przestały być tak piękne, jak jeszcze kilka tygodni temu. Chwilę to trwało, nim doszedłem do siebie na tyle, by nie było śladu po niedawnej wpadce.
- Potrzebujesz przerwy? - prychnąłem na słowa Naharys'a, który najwidoczniej bardzo dobrze się bawił moim kosztem. Sądząc po jego zawadiackim uśmiechu, domyślał się, co mi jest.
- Nie, nie potrzebuję przerwy. Co najwyżej czegoś na wstrzymanie. - rzuciłem te słowa lekkim tonem, chociaż w środku wciąż czułem żar. Minę miałem kwaśną jak cytryna, co tylko doprowadziło mojego przyjaciela do szczerego śmiechu. Dosłownie roześmiał mi się w pysk, łapą trzymając się za zapewne bolący brzuch.
- Oh, Atrehu, Atrehu. - basior pokręci łbem z rezygnacją, przysiadając naprzeciwko mnie. Wyglądałby nieco poważniej, gdyby nie zrobił tego tak teatralnie. Tymczasem klapnął na tyłek, aż kurz wzbił się w powietrze.
- Co? - nie do końca wiedziałem, o co mu chodzi, acz że się jawnie ze mnie nabija, tego byłem pewny. Świadczył o tym jego rozbawiony głos i zachowanie.
- Mamy z tobą istny Armagedon. - spojrzałem na niego z mordem w oczach, po czym oboje roześmialiśmy się głośno. Miał wszak rację.
- Nie zaprzeczę, aczkolwiek sami nie mamy z tobą lepiej. - pokazałem mu język, ruszając w stronę czekających wilków. Naharys prychnął tylko niby obrażony, dobiegając do mnie.
- Wszystko w porządku? - Tsumi uśmiechnęła się niewinnie, spoglądając mi głęboko w oczy. ~ Perfidna, słodka samiczka. Niech no tylko zostaniemy sami, już ja jej pokażę, czy wszystko w porządku. Oj tak, biedactwo dostanie za swoje, a jej jęki nie pozostawią złudzeń, jak jest jej dobrze.
- Tak, możemy ruszać dalej. - zakomunikowałem, ruszając żwawym krokiem. Mijając Tsumi, zamruczałem jej do ucha, uprzednio przygryzając jego płatek. Wadera zatrzymała się lekko zdezorientowana. Odwróciłem lekko głowę, posyłając jej szeroki uśmiech. ~ No co, niech wie, że też tak potrafię!
< Time speed ~ kilka długich godzin później. >
Nie, abym i w tej chwili narzekał na zmęczenie i ból w łapach, lecz nie spodziewałem się, aż tak męczącej drogi. Jeszcze tyle przed nami, a ja opadałem z sił. Zresztą widząc po minach wszystkich, oni również mają dość. Na domiar złego byliśmy głodni. Po drodze nie było zbytnio na co polować. Zwierzyna jakby zniknęła z powierzchni planety. Wiem, że brzmię jak zrzędliwy staruch i sam siebie mam dość, ale co poradzić. Pieczenie w opuszkach łap przybierało na sile. Auć, jak to boli!
- Zrobimy może przerwę? - spojrzałem na Lonyi'e, która z trudem stawiała kolejne kroki. Miała minę męczenniczki, która szukała schronienia, przedzierając się przez pustynie. Ten nieobecny wzrok, świadczący o kompletnym wypaleniu. Wiedziałem, że jest naprawdę twarda. Od dłuższego czasu starała się nie okazywać słabości, ale i ona osiągnęła swój limit. Przystanęliśmy zatem na chwilę, a raczej opadliśmy na ziemie, kładąc się na brudnej powierzchni. Obróciłem się na drugi bok i przypatrywałem się Pinie, która z błogim uśmiechem leżała na Naharys'ie jak na dywaniku. Zachichotałem na ten widok. Nagle nabrałem głęboko powietrza, gdy Tsumi nieoczekiwanie położyła się na mnie. Nie byłbym zły, gdyby zrobiła to delikatnie. Nie, ona dosłownie padła na mnie jak długa całym ciężarem swojego malutkiego ciałka. Zdałem sobie wówczas sprawę, że wadera naprawdę mało waży. Nie była wychudzona, ale no, jakoś tak mizernie wyglądała. Przytulając się do mnie, zamknęła swoje słodkie ślepia.
- Prześpijmy się, chociaż z godzinkę. - zaproponowałem, spoglądając na resztę. Mruknęli tylko z aprobatą, oddając się w objęcia Morfeusza. Opatuliłem siebie i Tsumi swoim puchatym ogonem, po czym zamknąłem powieki. Było mi niewygodnie, leżałem na czymś kłującym, lecz nie chciałem przeszkadzać śpiącej na mnie Tsumi.
- Atrehu? - otworzyłem ze zdziwieniem oczy, dostrzegając utkwione we mnie spojrzenie Lonyi.
- O co chodzi?
- Mogę... - przekręciłem łbem na bok, nie rozumiejąc. - To znaczy, czy mogę się położyć obok? - zastrzegłem uszami zdezorientowany. Tego się nie spodziewałem. Co prawda, nie znałem jej zbyt dobrze, ale z jakiegoś powodu miałem wrażenie, że unika zbliżeń. - Jest naprawdę zimno...
- Pewnie. Śmiało. - wadera uśmiechnęła się delikatnie, kładąc w niewielkiej odległości ode mnie. Była dużo mniejsza, więc bez problemu chroniłem ją swym ciałem przed złowieszczym wiatrem. Jej różowo-białe lisie futerko łaskotało mnie w nos. Mogłem poczuć jej delikatny zapach. Coś jak cytrusy z nutką mięty. Ciekawe połączenie. Pachniała tak... świeżo. Bardzo przyjemnie. Zaciągnąłem się tą wonią, zamykając oczy. Powoli odpływałem. Byłem tak blisko uśnięcia, gdy coś spadło na mój pysk. Pokręciłem łbem, ignorując ten drobny detal. Na próżno, gdyż po chwili ponownie tego doświadczyłem. Ja, jak i pozostali. Spojrzałem w zasnute burzowymi chmurami niebo, z którego spadały pierwsze krople wody. ~ Że co do ch*ja?
- No to pięknie, jeszcze deszczu nam tu brakowało! - wszyscy jak na komendę wstali, starając się zlokalizować schronienie. Pomruki niezadowolenia słychać było w próżni, w której się znajdowaliśmy. Była to jakaś duża polana. Pusta, bez ani jednego drzewka. W oddali majaczyły mi niewielkie góry, choć i tak trudno było coś dostrzec przez mgłę, unoszącą się delikatnie nad powierzchnią.
- Nosz cholera jasne, przeklęta pogoda. - Tsumi przylgnęła do mnie całym ciałem. Zdałem sobie wówczas sprawę, że wszyscy jesteśmy przemoczeni do suchej nitki. Dziewczyny trzęsły się jak osiki na wietrze. Było zimno, wiał nieprzyjemny wiatr, świszcząc i gwiżdżąc.
- Co robimy? - zapytał Naharys, zrównując się ze mną. Kątem oka spojrzałem na Pinę i Lony'ie. Patrzyły na mnie wyczekująco, tuląc się do siebie. Choć nie byłem ich alfą, to mnie pozostawili decyzję, więc to na mnie spoczywała odpowiedzialność za znalezienie schronienia. Tylko dlaczego ja? Nie, żebym nie był zadowolony, ale z drugiej strony nie rozumiałem. Szlag by to! Wziąłem głęboki oddech, zamykając oczy. Skupiłem się na swoich mocach. Mogłem się przenieść, gdzie tylko chciałem na niewielką odległość, ale nie mogłem przecież ich tu zostawić. Używając przestrzeni, skoncentrowałem się na otaczającej mnie krainie, starając się wychwycić cokolwiek. Zasięg moich zdolności był jednak niewielki. Miałem się już poddać, gdy nagle poczułem, jak cierpnie mi skóra, a dreszcz przebiega wzdłuż kręgosłupa. Próbowałem zlokalizować źródło. Z nieba wciąż lały się strumienie kropek wody. Musiałem się bardziej skupić. Wyciszyłem wszystkie dźwięki. Moja cierpliwość została nagrodzona. Poczułem zmianę prądów powietrza, a to oznaczało jedno — jaskinia!
- Idziemy dalej! - odpowiedziałam hardo, ruszając pewnym krokiem. Nikt się już nie odezwał i nie zakwestionował mojej decyzji. Biegliśmy przed siebie w stronę wysokiego pagórka, za którym o ile mnie moje moce nie zawiodły, powinna znajdować się grota. Strop był co prawda stromy, lecz za pomocą prędkości, udało nam się wdrapać. To znaczy mi i Naharysow'i, gdyż dziewczyny musieliśmy łapać w powietrzu i ciągnąć w górę. To jednak nie miało znaczenia. Nikt nie zwracał na to uwagi. Skupieni na celu, manewrowaliśmy teraz delikatnie w dół, gdzie ciutkę dalej, dało się dostrzec wejście. Wbiegliśmy do środka z takim impetem, jakby od tego zależało nasze życie. Zmęczeni weszliśmy głębiej, gdzie ciepło opatuliło nas swym płaszczem. Z błogimi uśmiechami, położyliśmy się na ziemi. Rozejrzałem się zaciekawiony. Wnętrze było w kształcie koła, z którego co kilka metrów odchodziły pojedyncze korytarze. Byłem ciekawy, dokąd prowadzą. Zmęczenie jednak było silniejsze.
- To dobranoc wam. - trzęsąc się delikatnie, przyciągnąłem do siebie Tsumi. Zasnąłem.
UWAGA, TREŚĆ TYLKO DLA DOROSŁYCH. CZYTASZ NA WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ♥
- Potrzebujesz przerwy? - prychnąłem na słowa Naharys'a, który najwidoczniej bardzo dobrze się bawił moim kosztem. Sądząc po jego zawadiackim uśmiechu, domyślał się, co mi jest.
- Nie, nie potrzebuję przerwy. Co najwyżej czegoś na wstrzymanie. - rzuciłem te słowa lekkim tonem, chociaż w środku wciąż czułem żar. Minę miałem kwaśną jak cytryna, co tylko doprowadziło mojego przyjaciela do szczerego śmiechu. Dosłownie roześmiał mi się w pysk, łapą trzymając się za zapewne bolący brzuch.
- Oh, Atrehu, Atrehu. - basior pokręci łbem z rezygnacją, przysiadając naprzeciwko mnie. Wyglądałby nieco poważniej, gdyby nie zrobił tego tak teatralnie. Tymczasem klapnął na tyłek, aż kurz wzbił się w powietrze.
- Co? - nie do końca wiedziałem, o co mu chodzi, acz że się jawnie ze mnie nabija, tego byłem pewny. Świadczył o tym jego rozbawiony głos i zachowanie.
- Mamy z tobą istny Armagedon. - spojrzałem na niego z mordem w oczach, po czym oboje roześmialiśmy się głośno. Miał wszak rację.
- Nie zaprzeczę, aczkolwiek sami nie mamy z tobą lepiej. - pokazałem mu język, ruszając w stronę czekających wilków. Naharys prychnął tylko niby obrażony, dobiegając do mnie.
- Wszystko w porządku? - Tsumi uśmiechnęła się niewinnie, spoglądając mi głęboko w oczy. ~ Perfidna, słodka samiczka. Niech no tylko zostaniemy sami, już ja jej pokażę, czy wszystko w porządku. Oj tak, biedactwo dostanie za swoje, a jej jęki nie pozostawią złudzeń, jak jest jej dobrze.
- Tak, możemy ruszać dalej. - zakomunikowałem, ruszając żwawym krokiem. Mijając Tsumi, zamruczałem jej do ucha, uprzednio przygryzając jego płatek. Wadera zatrzymała się lekko zdezorientowana. Odwróciłem lekko głowę, posyłając jej szeroki uśmiech. ~ No co, niech wie, że też tak potrafię!
< Time speed ~ kilka długich godzin później. >
Nie, abym i w tej chwili narzekał na zmęczenie i ból w łapach, lecz nie spodziewałem się, aż tak męczącej drogi. Jeszcze tyle przed nami, a ja opadałem z sił. Zresztą widząc po minach wszystkich, oni również mają dość. Na domiar złego byliśmy głodni. Po drodze nie było zbytnio na co polować. Zwierzyna jakby zniknęła z powierzchni planety. Wiem, że brzmię jak zrzędliwy staruch i sam siebie mam dość, ale co poradzić. Pieczenie w opuszkach łap przybierało na sile. Auć, jak to boli!
- Zrobimy może przerwę? - spojrzałem na Lonyi'e, która z trudem stawiała kolejne kroki. Miała minę męczenniczki, która szukała schronienia, przedzierając się przez pustynie. Ten nieobecny wzrok, świadczący o kompletnym wypaleniu. Wiedziałem, że jest naprawdę twarda. Od dłuższego czasu starała się nie okazywać słabości, ale i ona osiągnęła swój limit. Przystanęliśmy zatem na chwilę, a raczej opadliśmy na ziemie, kładąc się na brudnej powierzchni. Obróciłem się na drugi bok i przypatrywałem się Pinie, która z błogim uśmiechem leżała na Naharys'ie jak na dywaniku. Zachichotałem na ten widok. Nagle nabrałem głęboko powietrza, gdy Tsumi nieoczekiwanie położyła się na mnie. Nie byłbym zły, gdyby zrobiła to delikatnie. Nie, ona dosłownie padła na mnie jak długa całym ciężarem swojego malutkiego ciałka. Zdałem sobie wówczas sprawę, że wadera naprawdę mało waży. Nie była wychudzona, ale no, jakoś tak mizernie wyglądała. Przytulając się do mnie, zamknęła swoje słodkie ślepia.
- Prześpijmy się, chociaż z godzinkę. - zaproponowałem, spoglądając na resztę. Mruknęli tylko z aprobatą, oddając się w objęcia Morfeusza. Opatuliłem siebie i Tsumi swoim puchatym ogonem, po czym zamknąłem powieki. Było mi niewygodnie, leżałem na czymś kłującym, lecz nie chciałem przeszkadzać śpiącej na mnie Tsumi.
- Atrehu? - otworzyłem ze zdziwieniem oczy, dostrzegając utkwione we mnie spojrzenie Lonyi.
- O co chodzi?
- Mogę... - przekręciłem łbem na bok, nie rozumiejąc. - To znaczy, czy mogę się położyć obok? - zastrzegłem uszami zdezorientowany. Tego się nie spodziewałem. Co prawda, nie znałem jej zbyt dobrze, ale z jakiegoś powodu miałem wrażenie, że unika zbliżeń. - Jest naprawdę zimno...
- Pewnie. Śmiało. - wadera uśmiechnęła się delikatnie, kładąc w niewielkiej odległości ode mnie. Była dużo mniejsza, więc bez problemu chroniłem ją swym ciałem przed złowieszczym wiatrem. Jej różowo-białe lisie futerko łaskotało mnie w nos. Mogłem poczuć jej delikatny zapach. Coś jak cytrusy z nutką mięty. Ciekawe połączenie. Pachniała tak... świeżo. Bardzo przyjemnie. Zaciągnąłem się tą wonią, zamykając oczy. Powoli odpływałem. Byłem tak blisko uśnięcia, gdy coś spadło na mój pysk. Pokręciłem łbem, ignorując ten drobny detal. Na próżno, gdyż po chwili ponownie tego doświadczyłem. Ja, jak i pozostali. Spojrzałem w zasnute burzowymi chmurami niebo, z którego spadały pierwsze krople wody. ~ Że co do ch*ja?
- No to pięknie, jeszcze deszczu nam tu brakowało! - wszyscy jak na komendę wstali, starając się zlokalizować schronienie. Pomruki niezadowolenia słychać było w próżni, w której się znajdowaliśmy. Była to jakaś duża polana. Pusta, bez ani jednego drzewka. W oddali majaczyły mi niewielkie góry, choć i tak trudno było coś dostrzec przez mgłę, unoszącą się delikatnie nad powierzchnią.
- Nosz cholera jasne, przeklęta pogoda. - Tsumi przylgnęła do mnie całym ciałem. Zdałem sobie wówczas sprawę, że wszyscy jesteśmy przemoczeni do suchej nitki. Dziewczyny trzęsły się jak osiki na wietrze. Było zimno, wiał nieprzyjemny wiatr, świszcząc i gwiżdżąc.
- Co robimy? - zapytał Naharys, zrównując się ze mną. Kątem oka spojrzałem na Pinę i Lony'ie. Patrzyły na mnie wyczekująco, tuląc się do siebie. Choć nie byłem ich alfą, to mnie pozostawili decyzję, więc to na mnie spoczywała odpowiedzialność za znalezienie schronienia. Tylko dlaczego ja? Nie, żebym nie był zadowolony, ale z drugiej strony nie rozumiałem. Szlag by to! Wziąłem głęboki oddech, zamykając oczy. Skupiłem się na swoich mocach. Mogłem się przenieść, gdzie tylko chciałem na niewielką odległość, ale nie mogłem przecież ich tu zostawić. Używając przestrzeni, skoncentrowałem się na otaczającej mnie krainie, starając się wychwycić cokolwiek. Zasięg moich zdolności był jednak niewielki. Miałem się już poddać, gdy nagle poczułem, jak cierpnie mi skóra, a dreszcz przebiega wzdłuż kręgosłupa. Próbowałem zlokalizować źródło. Z nieba wciąż lały się strumienie kropek wody. Musiałem się bardziej skupić. Wyciszyłem wszystkie dźwięki. Moja cierpliwość została nagrodzona. Poczułem zmianę prądów powietrza, a to oznaczało jedno — jaskinia!
- Idziemy dalej! - odpowiedziałam hardo, ruszając pewnym krokiem. Nikt się już nie odezwał i nie zakwestionował mojej decyzji. Biegliśmy przed siebie w stronę wysokiego pagórka, za którym o ile mnie moje moce nie zawiodły, powinna znajdować się grota. Strop był co prawda stromy, lecz za pomocą prędkości, udało nam się wdrapać. To znaczy mi i Naharysow'i, gdyż dziewczyny musieliśmy łapać w powietrzu i ciągnąć w górę. To jednak nie miało znaczenia. Nikt nie zwracał na to uwagi. Skupieni na celu, manewrowaliśmy teraz delikatnie w dół, gdzie ciutkę dalej, dało się dostrzec wejście. Wbiegliśmy do środka z takim impetem, jakby od tego zależało nasze życie. Zmęczeni weszliśmy głębiej, gdzie ciepło opatuliło nas swym płaszczem. Z błogimi uśmiechami, położyliśmy się na ziemi. Rozejrzałem się zaciekawiony. Wnętrze było w kształcie koła, z którego co kilka metrów odchodziły pojedyncze korytarze. Byłem ciekawy, dokąd prowadzą. Zmęczenie jednak było silniejsze.
- To dobranoc wam. - trzęsąc się delikatnie, przyciągnąłem do siebie Tsumi. Zasnąłem.
UWAGA, TREŚĆ TYLKO DLA DOROSŁYCH. CZYTASZ NA WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ♥
sobota, 13 listopada 2021
Éamonn opuszcza nasze szeregi
Witajcie drodzy członkowie.
Dziś chcę wam przekazać smutne wieści.
Jak już wspomniano w podsumowaniu Éamonn opuszcza nasze szeregi z powodu decyzji właściciela.
Będziemy za tobą tęsknić drogi przyjacielu!
Zawsze jesteś u nas mile widziany!
Wataha Renaissance
Subskrybuj:
Posty (Atom)



Szczeniaki