Newsy



:Aktualności
.Blog przechodzi obecnie renowację
.Już niebawem pojawią się nowości

:Pogoda
Obecna pora roku ~ Jesień
.Temperatura waha się między 10+ a 0- stopni Celcjusza
.Zmiana pory roku nastąpi 15.12.2022

Liczba wilków ~ 27
Wadery ~ 18 + 1 NPC
Basiory ~ 7 + 4 NPC
Szczeniaki ~ 1
Nieobecni: Brak

~Serdecznie zapraszamy♥~

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poszukiwanie miejsca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poszukiwanie miejsca. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 maja 2022

Od Itami c.d Itachi ~ Poszukiwanie miejsca | Były pacjent, interesujący znajomy

Itachi'ego w końcu udało się wyleczyć i jakoś zrehabilitować - podejrzewała jednak - z natury medycznej - że mogą wystąpić pewne dodatkowe powikłania po złamaniu. Miała nadzieję, że to nauczy Itachi'ego ostrożności i rozwagi. Być może też oduczy zabawę w drzewołaza - Itachi, na bogów, jesteś wilkiem! 
Lecz wtedy przypomniała sobie jego słowa z zeszłej jesieni, gdy po raz pierwszy Itachi wylądował na szpitalnym łożu. 
- Zawsze śpię na drzewie...  Spałem tak od urodzenia, nie zmienię miejsca, tylko dlatego, że mogłem przestać chodzić... Czuje się tam bezpieczniej. Chowałem się tam przed starszym bratem...
Z tymi myślami, waderze zrobiło się żal kremowego basiora. Biedak... musiał mieć przeklęte i paskudne dzieciństwo - będące jednocześnie okresem, gdzie Itachi powinien rozwijać kontakty między wilkami. Natura ich do tego stworzyła. Wilki we krwi mają pewne zachowania społeczne, które różnią ich od innych, niższych im zwierząt. Jej rodzinna wataha ceniła sobie rodzinność, ciepło i miłość... miłość przede wszystkim! Do czasu, gdy na tron nie wskoczyła ta bestia, brat Atrehu... zwany przez nią pogardliwie Lupus zwyrodnialec. Kiedy wadera wyrzuciła z siebie nieprzyjemne myśli, znów wróciła do jej byłego pacjenta... 
~ Może pójdę do niego i sprawdzę, czy wszystko w porządku. Wygląda na samotnika, ale przecież lekka dawka towarzystwa jeszcze nikomu nie zaszkodziła, ani tym bardziej nikogo nie zabiła. Więc na jej prośbę, Lonya dała waderze kilka wolnych chwil - wykorzystam je rozsądnie, pomyślała z uśmiechem. W powietrzu niosło się wiele zapachów, lecz żaden nie należał do kremowego basiora, choć bardzo starała się go przechwycić. Ruszyła więc w stronę rzeki - być może tam bierze kąpiel? Z takową myślą ruszyła krzaczastą, wytyczoną przez siebie ścieżką - powietrze było wręcz przesycone rozkosznym zapachem dojrzałych, dziko rosnących jagód. Wzrokowo, aż prosiły się, aby je zebrać i zjeść ze smakiem, wiedziała jednak, że to może skończyć się dość drastycznie. Były to bowiem owoce czworolistu. Granatowe, niczym nocne niebo, jagody wyrastały ponad gruszkowate liście, które ociekały poranną rosą. W końcu zignorowała owoce i ruszyła dalej, przed siebie, wzdłuż wąskiej stróżki. Była tak zajęta tropieniem jakichkolwiek śladów, świadczących o wcześniejszej obecności Itachi'ego, że nieświadomie wpadła na kogoś... Czubkiem głowy uderzyła o silne ramię Atrehu, który powitał ją ze śmiechem i zawadiackim grymasem na pyszczku. 
- A czemu to nie patrzymy przed siebie? Czyżbyś czegoś szukała? - zapytał miłym, typowo dla rudego basiora tonem z charakterystyczną, męską chrypką. Chrypką, która podobała się wśród samic. Impet uderzenia był tak silny, że straciła równowagę i upadła głucho na swój zgrabny zad. 
- Ugh,,, - mruknęła wadera, podnosząc się z obolałych pośladków - Atrehu, wybacz, nie zauważyłam cię. 
- Akurat dostałem rozkaz, aby patrolować tę okolicę. A za godzinę muszę jeszcze iść do Naharys'a, aby zająć się treningami. Te nowe obowiązki Bety spadły na mnie tak nagle, że nie jestem w stanie poukładać sobie tego wszystkiego. Niby wielki przywilej, ale więcej obowiązków. Masakra. 
- Musisz pewnie być w ciągłym stresie, skoro tak mówisz o tym, z takim zmartwieniem. Nie przejmuj się, Atrehu. Słuchaj, widziałeś gdzieś może Itachi'ego? 
- Akurat go widziałem. Zmierzał w stronę lecznicy z czymś świecącym w pysku. Jakieś naszyjniki. Muszę ci przyznać, że jeżeli on zrobił je samodzielnie, to okazuje się, że zdolna z niego bestia. 
- I przystojna - dodała ze śmiechem Itami. 
- Przystojniejsza ode mnie? - spytał uwodzicielskim tonem, postępując śmiały krok w stronę medyczki. 
Ten ruch i słowa tak zaskoczyły Itami, że nie zauważyła nawet, jak rumieńce zalewają jej delikatne policzki, co też nie uszło uwadze Atrehu. 
- Rumienisz się - dodał z żywiołem w głosie. 
Zawsze rumieniła się, gdy Atrehu miał w zwyczaju zwracać się do niej dość osobiście, a jego uwodzicielski ton wcale nie poprawiał sytuacji. Wręcz przeciwnie, czerwieniła się, jak dojrzały pomidor za każdym razem, gdy samiec w głosie nie szczędzi pikanterii. Odkąd między Atrehu a Tsumi drastycznie zerwały się więzy partnerskie, samiec podchodził do ich relacji dość śmielej. Przykładem może być chwila, jaką spędzili ze sobą, dzieląc się uczuciem w lisiej norze. Nie wiedziała sama, co wtedy napadło rudego basiora... być może, jak Atrehu to nazywa... "dopadło go zamglenie" 
Pokręciła szybko głową, odpędzając od siebie natrętne myśli. Spojrzała trzeźwo na basiora, który najwidoczniej chciał coś od niej. I to na pewno nie była chęć podzielenia się połówką czerwonego macintosha.
- Obaj jesteście bardzo przystojni - przyznała Itami po chwili milczenia. 
- Hmmm, wiesz... a mimo wszystko, nie zgadzam się z tym werdyktem. Pozwól, że ci udowodnię moją rację... 
Z tymi słowy, odważnie postawił kroki w jej stronę. Itami, chcąc jakoś wyminąć basiora, otworzyła usta, aby coś powiedzieć, lecz słowa ugrzęzły jej w gardle. Powodem tego był język Atrehu, który niemalże, jak ogon węża, wił się w jej ustach. Z jednej strony, nie miała nic przeciwko trzeźwej nachalności basiora, ale z drugiej, mógłby od czasu do czasu zapytać o pozwolenie na tak bliski kontakt. Trwała tak przez jakiś czas, obdarowywana gorącymi i namiętnymi pocałunkami, w trakcie, gdy Atrehu wbijał się i wbijał, chcąc czegoś więcej. Jednakże, gdy odsunął się od wadery, obrzucił ją znaczącym, gorącym spojrzeniem. 
- I co teraz myślisz? 
Oblizała swe wargi powolnym ruchem języka. 
- Myślę, że pozostanę przy tej samej kwestii - odparła Itami, uśmiechając się bezwzględnie. 
- Oh, ranisz mnie, wiesz? - rzekł z udawanym smutkiem Atrehu, lecz po chwili puścił waderze oczko - a pogoda jest tak piękna, jesteśmy sami. Cicho jest i spokojnie. 
- Atrehu, masz obowiązki. Ja też mam. Muszę się zobaczyć z Itachim. - powiedziała zdecydowanie Itami i specjalnie, na odchodne, wstrząsnęła zmysłowo ogonem i zakręciła zadem. 
~ Niech się trochę pomęczy, drań - pomyślała, perfidnie uśmiechając się pod nosem. 
Swój cel namierzyła po zapachu, a stało się to, w drodze do lecznicy. Nagła, dobrze znana jej woń, powiodła ją w stronę morza. Zbliżało się już późne popołudnie, więc nadciągający zachód słońca, odtwarzał czarujące dla oka tło morskiej wody, które wydawało się przybierać pomarańczowo szkarłatne kolory. Pierwsze co, myślała, że ujrzy kąpiącego się basiora, lecz ten, leżąc na suchym, sparzonym od słonecznego światła piachu, zabijał czas i nudę układaniem wież i figur z kamyków. Itami, z początku nieśmiało, podeszła do niczego nieświadomego basiora. Jednocześnie układała w głowie tekst powitalny, ale żaden w swoim brzmieniu, nie wydawał się jej zbyt odpowiedni. W końcu bez namysłu wypaliła. 
- Cześć. 
Basior uniósł głowę i wykręcił ją w stronę wadery, która przyglądała się mu niepewnie. Itami, wydając się, że widzi w błękitnych oczach Itachi'ego pewien rodzaj znajomej... powiedzmy akceptacji, zbliżyła się do niego, tym razem bardziej pewnie. Ułożywszy się u lewego boku Itachi'ego. zapytała tonem dość spokojnym i ciekawym. 
- Coś układasz? 
- Układam - odparł Itachi - to mnie uspokaja i pozwala zapomnieć. 
- A o czym chciałbyś zapomnieć? Oczywiście, jeśli to nie tajemnica. - zapytała Itami. 

PODSUMOWANIE:
Ilość napisanych słów: 1059
Ilość zdobytych PD: 529 +5% (25 PD) za długość powyżej 1000 słów
Obecny stan: 555 PD

niedziela, 10 kwietnia 2022

Od Itachi'ego c.d Itami ~ Poszukiwanie Miejsca

- Jesteście bardzo zżyci. - odparłem do samicy. - Musicie się bardzo lubić. - dodałem.
Wadera zrobiła wielkie oczy i przełknęła ślinę.
- Jak już opowiadałam, pochodzimy z jednej watahy. Atrehu to spoko przyjaciel, co tu dużo gadać?
- Rozumiem. - spojrzałem na swój tył. - za niedługo będę mógł chodzić tak ?
- Minęło zaledwie kilka dni od wypadku. - zaśmiała się wadera. - Niestety, do wiosny możesz zapomnieć o chodzeniu.
- Czy mógłbym, chociaż gdzieś indziej przeczekać to... nie lubię przebywać w pobliżu dużej ilości wilków, a w lecznicy dużo ich tu się szwęda...
- Pewnie. Zawsze możemy przenieść cię do zaciemnionej części lecznicy, jeśli tylko tego chcesz. Chociaż radziłabym, jako medyczka, pozostać w oświetlonej części jaskini. Światło słońca dobrze wpływa na samopoczucie pacjentów, poza tym, nie musisz się wstydzić swojego złamania. Tutaj każdy jest w potrzebie.
Gdyby tylko wiedziała jakie załamania mam... Nie każdy ma takie jak ja. Nie chciałbym w nowym miejscu pokazać od razu swoją ciemną stronę.
Złapałem za swoją sakiewkę i wyciągnąłem z niej kamień, a bardziej naszyjnik z kryształem górskim.
- Dobrze... Postaram się wytrzymać tu. - odparłem z niepokojem w głosie.
- Jeśli nie czujesz się dobrze, przebywając w szerszym gronie wilków, możemy cię przenieść. To jutro rano. Nie dam rady przenieść cię sama, na inne łóżko. Musisz wytrzymać. - Wadera, zerknąwszy z ciekawością na naszyjnik z kryształem, dodała. - To jakaś pamiątka po kimś? Jest bardzo piękny.
- Kamień jest od mojej starszej siostry, a resztę zrobiłem sam. - odparłem. - dzięki niemu czuje jakby była przy mnie.
- Solidny kunszt i piękny. A więc miej go przy sobie, jeśli czujesz się z nim dobrze. Normalnie Lonya, na czas leczenia, okazuje zabezpieczać takie drogie kamienie. Wiesz, w trosce o pacjentów, dbamy o to, aby im czegoś nie skradziono. Dlatego trzymaj go przy sobie, nikomu nie pokazuj, dobrze?
- Dobrze. - odparłem i schowałem do sakiewki.
Jeszcze przez chwile rozmawialiśmy, lecz samica musiała już iść. Pożegnałem ją łapą i miło ułożyłem do spania. Nie wiem, kiedy zasnąłem snem głębokim.

~ 3 miesiące później ~
Wyzdrowiałem, by móc chodzić, lecz dostałem zakaz wspinania się po drzewach. Nie wiedziałem, jak miałbym spać na ziemi znów! Chciałem wrócić do spania na drzewach, lecz wymyśliłem cos, dzięki czemu będę mógł. Zbuduje własny hamak! Prace w szukaniu dobrych materiałów, które mnie utrzymają i moje kosztowności było trudne, lecz nie poddawałem się. W międzyczasie myślałem, czy może nie lepiej platformę, by móc mieć miejsce na rzeczy i na spanie. Wiele pomysłów mało czasu. Ah! Zapomniałbym, musiałem się jakoś odwdzięczyć Lonyi oraz Itami za opiekę i leczenie. Poszedłem na poszukiwanie wspaniałych kryształów. Znalazłem opuszczoną jaskinię, wydawała się być głęboka. Stworzyłem swojego klona, który poszedł po grzybki z substancją fluorescencyjną. Mój klon trzymał je w pysku, a ja szedłem za nim, rozglądając się dookoła, szukając kryształów. Lonya miała złociste oczy, więc wybrałem odpowiedni kryształ do jej oczu, za to Itami miała błękitne niczym morska bryza.
Znalazłem po parunastu minutach. Widziałem, że mój klon dłużej się nie utrzyma, więc wziąłem od niego grzyby i odesłałem go. Ruszyłem do wyjścia. Wyplułem grzyby, miały dziwny ohydny posmak.
Poszedłem nad morze, by opłukać kamienie w wodzie i od razu oszlifować je trochę, lecz nie za bardzo by pozostawiły piękny wygląd. Wykombinowałem skórę, by zrobić łańcuszek i ozdobienia. Ruszyłem w stronę lecznicy. Niestety zastałem tam tylko Lonye, więc wręczyłem jej naszyjnik i podziękowałem za opiekę. Ruszyłem przed siebie, nie wiedziałem, gdzie była Itami. Poczułem znajomy zapach, byłem w okolicy jaskini Atrehu. Chciałem się spytać, czy nie widział Itami, lecz zanim się wyłoniłem, zza krzaków usłyszałem głos samicy. Zakradłem się po cichu do krzaków i przez nie zobaczyłem, jak całuje się z Atheru. Postanowiłem wrócić do Lonyi i spytać się, czy by nie przekazała ode mnie prezentu z podziękowaniem dla Itami, gdyż nie mogłem jej znaleźć.
Wadera zgodziła się go wziąć.
Ja poszedłem smętnym krokiem, jak zawsze nad morze, usiadłem daleko od wody i zacząłem szukać kamyki i układać je na kupkach, każde inne. Jedne to bursztyny, drugie to skamieliny, a trzecie zwykłe kamyki. Była jeszcze czwarta kupka z kamykami o niezwykłych barwach.

Itami?

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 650
Ilość zdobytych PD: 325
Obecny stan: 325

czwartek, 27 stycznia 2022

Od Itami c.d Atrehu/Itachi ~ Poszukiwanie miejsca

Po tym, co usłyszała od Atrehu, przez jej ciało przepłynęły przyjemne dreszcze i zadrżała lekko, gdy spojrzała na usta basiora. Miała już spytać go, co chciałby powiedzieć przez to swoje "Ale wiesz, że nie ma nic za darmo?", ale ubiegła ją Lonya.
- Oh, już jesteście! - oboje odwrócili się w jej stronę i przed szczeliną wylotową lecznicy stała Lonya. Perfidnie uśmiechając się, zerkała to na Atrehu, a to na swoją pomocnicę.
- Tak, przyprowadziłem Twoją dodatkową parę łapek z powrotem. - Powiedział z uśmiechem Atrehu, na co Lonya zareagowała dość cichym chichotem. A potem, jak gdyby nigdy nic, stanęła między basiorem, a małą Itami, którą później popchnęła zachęcająco w stronę lecznicy.
- No, już moja droga. Pacjent wypytuje o Ciebie.
~ Itachi? No tak! Itachi... miałam się nim opiekować.
Zbliżywszy się do basiora, zauważyła, że tym razem powitał ją nieco cieplejszym wzrokiem, albo tylko się jej tak wydawało. Ogon podskoczył momentalnie, zdradzając jego emocje. - odkąd poznała Itachiego, wydawał się skryty w swych uczuciach, a o pozycji zamkniętej, niechętnej do obcowania z innymi, nie trzeba było wspominać.
- Cześć z powrotem, Itachi. - z uśmiechem podeszła do pacjenta, wzrokiem zbadała zabandażowaną kończynę, i nie oglądając się na niego, zapytała. - Jak biodro?
- Nie narzekam, ale nie mogę znieść ciągłego leżenia... - burknął dość narzekająco. - Ciągle myślę o tym, aby w końcu sobie gdzieś pójść.
Itami pokręciła głową z niezadowoleniem i powiedziała poważnie.
- Itachi, nie narzekaj! Ciesz się, że złamałeś szyjkę kości udowej, a nie co innego. Na przykład karku! Ledwo cię poznałam i już musiałabym cię odprawiać na tamten świat.
Po złożonej reprymendzie, Itami wróciła do wykonywania swych codziennych obowiązków: Podawanie pacjentom leki, sprawdzanie opatrunków i ocenianie, jakie rokowania mają pacjenci, ale największą jednak uwagę poświęcała Itachiemu. - zerkała co jakiś czas na niego, pytała co chwilę, czy mu czegoś nie brakuje, ale nawet ona zastanawiała się, czym to jest powodowane. Itachi jest takim samym pacjentem, jak, na przykład, ta wadera obok za ścianą, którą przyprowadzono do tutaj tydzień temu, z dolegliwościami okolic kobiecych. - ból przy oddawaniu moczu i krew występująca w nim, a także komplikacje wewnętrzne, które mogą doprowadzić nawet do bezpłodności. A mimo tego... Itachi miał w sobie coś takiego, że nie potrafiła zostawić go bez swojej uwagi.
~ Co jest? Najpierw Atrehu, teraz Itachi? - zadrwił z niej jej wewnętrzny głos i lekceważąco potrząsnęła głową. Dość! Atrehu jest ciepłym, uczuciowym i przyjacielskim basiorem, a Itachi spokojnym oraz - według jej punktu widzenia. - uczynnym osobnikiem. Nie zapomniała tych jagód i miodu, którymi objadała się do utraty przytomności. Chwila ich pierwszego objęcia. - nadal miała w pamięci zapach jego futra. Taki świeży, naturalny i przyjemny dla nosa. Obaj panowie są czarujący i mega przystojni, ale to z Atrehu spędziła upojną chwilę i na myśl o nim, czuła, jak delikatne skrzydła motyla łaskotają ją w żołądku. - nie mówiąc już o tym, że całe jej ciało drżało, gdy wspominała tamten dzień.
Gdy uporała się z innymi, bardziej poważnymi pacjentami, wróciła do Itachiego. Był wyraźnie przygnębiony obecną sytuacją, ale samica nie mogła nic poradzić, mogła jedynie pocieszyć go jakąś historią, albo pieśnią, której nauczył ją Naharys. Opiewała ona bohaterskie czyny wilków z północy i liczne ich podboje, ale zanim zaczęła, w progu stanął Atrehu oraz dotarł do niej także fakt, że słońce już chyliło się ku zachodowi.
~ Rety, ale ten czas szybko mija. - pomyślała zaskoczona i też lekko zaniepokojona obecnością basiora. Rudy samiec trzymał w pysku dwa zające i wtedy Itami uświadomiła sobie, jak bardzo jest głodna.
- Witaj ponownie. - przywitał ich ciepłym tonem. - Itachi, masz ochotę na zająca, bo złapałem jego dla ciebie.
- Oh, szczerze, nie spodziewałem się tego. Dziękuję, chętnie zjem. To żarcie z lecznicy jest takie mdłe...
Itachi urwał natychmiast, gdy spostrzegł u Itami zaborczość w jej oczach, ale potem zaśmiała się głośno, życząc mu przy tym "smacznego". Atrehu potem zaciągnął ją do kanciapy.
- Noo więc... - Itami chciała zacząć, ale na myśl o tym, jak miałaby odwdzięczyć się basiorowi za pomoc jej macosze, przeszywały ją dreszcze. - Jakiej zapłaty ode mnie oczekujesz za pomoc? - spytała dość niepewnie, a każde słowo wypowiadała z pojękiwaniem, jakby się spodziewała jakiejś kary.
Atrehu natomiast zaśmiał się głośno i wesoło.
- Kolacja ze mną wystarczy. I może jakaś... - rzekł tym swoim, jakże dobrze rozpoznawalnym, zawadiackim tonem, a oczy zaś czarowały gorącym płomieniem.
- Tak?
- ... jedna z twoich słynnych pieśni? - dodał i oblizując swym długim językiem usta, wyszczerzył się uwodzicielsko.
Dreszcze minęły, tak szybko, jak się pojawiły, a na ich miejscu zapanował spokój i pewien rodzaj ulgi... Bogowie, bardzo tego pragnęła, ale Atrehu... cóż... on ma już swoją miłość, na której musi się skupić. Obiecała sobie, że póki co, nie będzie się mieszać między nimi.
- Niech będzie.
Następnie, jakby zastanawiając się, co takiego Atrehu chciałby od niej usłyszeć? Jakieś pieśni miłosne, przeplatane wątkami dramatycznymi, albo jakieś wojenne kawałki z uczuciem w tle? Itami nabrała powietrze w płuca i już miała zacząć śpiewać, gdy nagle basior przerwał.
- Chodź do mnie...przytul się...
Atrehu objął ją mocno swą masywną łapą, aż jej policzek spoczął na jego gorącej piersi. - wtuliła się w jego futro, jak mała waderka w poduszkę. - rytm jego serca był dla niej, niczym najpiękniejsza melodia, która sprawiła, że czuła się bezpieczna. Ważna? Nie, może nie tak ważna, jak Tsumi. To serce bije tylko dla niej. Nie dla Itami.
- Miłość kluczem jest, do drzwi bycia lepszym, ale czy każdemu na tym zależy? Przestańmy walczyć o błahostki, zacznijmy budować to, co piękne, nie oglądajmy się wstecz. Miłość lekiem jest, ale czy każdy zna na nią receptę? Nienawiść niczym wirus, niszczy w nas piękno, ale czy każdy chce się z niej wyleczyć...
- Itami, wybacz, że przerywam. A znasz coś weselszego? - zapytał Atrehu, głaszcząc ją pieszczotliwie po ramieniu.
- Hmmm daj mi pomyśleć... - odparła i w pamięci zaczęła przekopywać się za odpowiednią pieśnią.
- Ja jestem ja, ty jesteś ty. Czy jest między nami jakaś różnica? Powiem Ci, kochanie. Podnieś głowę i spójrz mi w oczy, a ujrzysz jeden blask, jedno uczucie. Przyciśnij ucho do mej piersi, jedno serce, jeden puls. Wszystko jest u nas takie same.
Księżyc i słońce jedynymi są gwiazdami, ale jedno z dwóch jest tą wyjątkową. Jesteś moim słońcem.
Ja jestem ja, ty jesteś ty. Czy jest między nami jakaś różnica? Zdradzę ci sekret, skarbie. Nie bez powodu nasze serca biją jednocześnie. Powiedz mi proszę, czy to jest powód do poróżnień?
I tak Itami, wyśpiewując kolejne zwrotki, niemalże zapomniała o całym świecie. - Nawet o swej macosze. Chciałaby jak najdłużej zostać w tej pozycji. Tulić się do samca. - którego uważa za przyjaciela, ale czy te uczucie wypiera coś mocniejszego? Nie była pewna tego, co czuła. Atrehu i Itachi. Atrehu mówił jej kiedyś, że potrafi zbajerować niejednego samca, a tym czasem czuła się, jakby zamieniła się z nimi miejscami. Od tych zagwozdek zakręciło się jej w głowie, znużyło ją zmęczenie. Gdy skończyła śpiewać, jedynie czego chciała, to zjeść coś i pójść do jaskini.
- Itami? - zaczął Atrehu po chwili ciszy, jaka nastała po odśpiewanej pieśni. Itami drgnęła, wynurzona częściowo z otchłani snu.
- Tak? - odparła, pocierając oczy przegubem nadgarstka, ziewnęła głośno.
- Powiedz... czy... - rzekł basior niepewnie, jakby chciał zadbać o odpowiedni dobór słów. - Czy twoja macocha uważa mnie za zdrajcę?
Itami odsunęła policzek od klatki piersiowej Atrehu i spojrzała mu w oczy. - były nieco przygaszone, zmartwione.
- Nie, skądże... dlaczego tak sądzisz?
- Widziałem, jak na mnie spogląda. Jak na mordercę, drania i szubrawca.
Itami uniosła uszy.
- Ah, o to ci chodzi. Ona... po prostu... no... nie wiem, jak Ci to wyjaśnić. Ja wiem, że nie każdy wierzy w twoją niewinność... powiem więcej. Jest więcej niedowiarków, bo chcą wierzyć w to, co chcą, ale ja i cała moja rodzina wierzymy w ciebie. Zdajemy sobie sprawę, jaki jesteś. Prędzej sobie od pyska odejmiesz, aby dać komuś, bardziej potrzebującemu, a dla szczeniąt zachowujesz się, jakbyś był ich drugim ojcem. Zuri to widzi, gdyż ślepa nie jest i do tego bardzo mądra. Nie wierzy w puste bełkoty, tylko w fakty i dowody. A ten dowód otrzymała, widząc, że bywasz przy mnie, chronisz od krzywdy, za co jestem ci bardzo wdzięczna. Ona z pewnością też.
- No dobrze... - westchnął basior i spuścił wzrok. - Dziękuję, że mi to mówisz. Na prawdę wydawało mi się, że Zuri uważa mnie...
- Nie uważa! - Chwyciła jego podbródek i spojrzała mu prosto w oczy. - Ja też cię nie uważam za... wiesz... nie pozwól sobie wmawiać, że jest inaczej. - Jej głos trząsł się przy każdym wypowiadanym słowie i była zła na siebie, że w takich momentach, jej elokwencja spadała do poziomu zero. - Atrehu...
- Już, już... nic nie mów. Wierzę ci. - Basior zbliżył swoje usta do jej, wystawiając lekko koniuszek języka. Wraz z pocałunkiem ich języki się złączyły, wręcz tuliły do siebie. Itami poczuła, jak przyjemny gorąc uderza w jej ciało, zrodzony w klatce piersiowej i zjeżdżający w dół. Rozkoszowała się jego smakiem, a co najlepsze, Atrehu nie miał zamiaru ustępować, tylko drążyć dalej, ale pewna jego część powiedziała mu, że tutaj leży granica między ich przyjaźnią, więc odsunął usta od niej.
- Itami, tak się cieszę!
Itami oblizała usta, przegryzła dolną wargę.
- Z czego się tak cieszysz? - zapytała.
- Że wierzysz we mnie.
- Polecam się na przyszłość. A ten pocałunek... potraktuj jako zapłatę. - dodała, wystawiając w jego stronę koniuszek języka. - A teraz zabierzmy się za tego zająca, bo nam ucieknie.

~ Jakiś czas później~

Atrehu wyszedł z lecznicy, tłumacząc się, że musi iść do Tsumi, więc pożegnał Itami dość ciepło. Itachiego również - Itami miała nadzieję, że się kiedyś zakumplują. Następnie, z widocznym uśmiechem na pyszczku, podeszła do Itachiego, aby sprawdzić, co u niego.
- Już zbliża się noc. Zając smakował? Zaraz będę musiała się zbierać do siebie, mam nadzieję, że nie umrzesz z tęsknoty za mną! - żartobliwie trąciła go łapą w bark.
- Tyle nocy przeżyłem, to i tę spokojnie przeżyję. - odparł ze spokojem, ale Itami miała nadzieję, że zmusi się do lekkiego uśmiechu. Niestety, nie tym razem.
- Pewnie! - odparła entuzjastycznie unosząc uszy. - Jesteś twardym gościem, dasz radę!
Przed wyjściem, sprawdziła dokładnie jeszcze raz, czy wszystko dobrze u reszty pacjentów i spełniła ich ostatnie prośby i potrzeby.
- Itami? - odezwał się nagle Itachi. - czy mogłabyś jeszcze posiedzieć chwilę ze mną?
Itami już była tak zmęczona, chciało się jej ziewać, ale nie mogła odmówić pacjentowi jego prośby.
- Pewnie, że tak! - usadowiła się obok Itachiego, przyglądając cię morskiemu błękitowi jego oczu.

<Itachi?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1669
Ilość zdobytych PD: 834 PD + 5% (41 PD) za długość powyżej 1000 słów
Obecny stan: 1646

środa, 26 stycznia 2022

Od Atrehu c.d Itami / Itachi'ego ~ Poszukiwanie miejsca

Spotkanie z matką, a raczej z macochą Itami było równie dziwne, co niepokojące. Z niewyjaśnionych dla mnie powodów jej obecność napawała mnie lękiem. Nieprzyjemne uczucie kumulowało się w dole brzucha, jakby stado szerszeni postanowiło urządzić sobie właśnie dziką imprezę, a zimne dreszcze co rusz przebiegały mi wzdłuż kręgosłupa. Brakowało jeszcze, bym dostał zimnych potów. ~ Chociaż nie, one również mnie nawiedziły. - pomyślałem smętnie. ~ Uspokój się, Atrehu! To nie miejsce i czas na takie akcje! - warknąłem do siebie w myślach, przypatrując się w ciszy ich poczynaniom. Wyglądały ze sobą tak słodko, że nie miałem serca im przerywać. Były stęsknione swojego dotyku i zapachu, do tego to przecież rodzina, a za rodziną stoi się murem. To znaczy, powinno stać się murem, ale co ja tam wiem...
- Jak udało ci się uciec? - Itami co rusz wtulała się w swoją mamę. Jej uśmiech i chichot był błogi i zadowolony. Była szczęśliwa, widząc ją i mogą z nią porozmawiać. Tak długo się przecież nie widziały... Westchnąłem ciężko, kuląc po sobie uszy. Nawiedziły mnie mroczne myśli. Bałem się, co dzieje się z moją rodziną obecnie. Dlaczego Lupus stał się takim tyranem, który nie pozwala opuścić watahy? Ojciec przecież powtarzał nam w kółko jedno i to samo: "Jeśli Ci na czymś zależy, puść to wolno. Jeśli do Ciebie wróci, oznacza to, że jest Twoje, ale jeśli nie wróci, to znaczy, że nigdy Twoje nie było". Pamiętam te słowa do dziś i się ich trzymam. Wataha to rodzina, a rodziny nie trzyma się na smyczy. Powinni być wolni, a przede wszystkim sami powinni decydować, za kim chcą podążać. Dlaczego zatem mój starszy brat tego nie robi? Zapomniał o naukach, które przyswajał przez lata? Co siedzi w jego głowie? Co go aż tak mocno zmieniło?
Pytania bez odpowiedzi powodowały u mnie ból głowy. Do tego od dłuższego czasu martwiłem się o Asui. Czy z moją młodszą siostrzyczką wszystko dobrze, czy jest bezpieczna i zdrowa? Czy moi przyjaciele nie cierpią, a przede wszystkim, czy mają co jeść? Zima na naszych terenach jest dość sroga, temperatura sięga nieraz do -35°C, a do tego lato jest bardzo krótkie, no i nie ma wiosny.
Deszczowa jesień pojawia się tylko na chwilę, ustępując drogi długiej i nieprzyjaznej zimie. Bałem się, że Lupus źle rozporządza watahą, czego miałem już podwójny dowód w postaci Itami, a teraz Zuri. Nie wiedziałem też, jak obecnie jest z zapasami, zwłaszcza że po pożywienie musieliśmy schodzić przecież na niziny i kto nie potrafił zadbać o samego siebie, długo nie pożył. Najtrudniej było przed roztopami, gdyż gruba warstwa lodu odcinała nas od świata zewnętrznego kilka razy w roku i trwało to nawet po trzy miesiące. Korzystaliśmy wtedy tylko z tego, co udało nam się zmagazynować. Ojciec zawsze dbał o to, aby każdy dostał swoją część i żeby nikomu nie zabrakło. Nikt nie chodził głodny, a nawet jeśli, to zawsze pozostawały ryby i okoliczne gryzonie. Porządnej wiewiórki co prawda nie uświadczysz, ale za to mieliśmy sporo sów, czy innego rodzaju ptaszystwa, które służyły za pokarm. Trzeba było tylko umieć polować, a z tym nieraz był kłopot... Nic jednak nie mogliśmy poradzić na to, że mieszkaliśmy w tak nieprzyjaznym miejscu. Był to w końcu dość skalisty teren wysoko wśród gór. Nasza ala wioska, serce całej sfory znajdowała, a raczej znajduje się w wąwozie otoczonym zewsząd wysokimi pasmami. Uśmiechnąłem się delikatnie, oddając się wspomnieniom. Dokładnie pamiętam tamto miejsce, jakbym dopiero co wczoraj opuścił dom. Kraina, w której dorastałem, w niczym nie przypomina terenów Renesmee. Nie było aż tak otwartej przestrzeni, chyba że weszło się dość wysoko. Rozpościerał się wtedy widok na cały świat dookoła. Mieliśmy tam pokaźny, zalesiony teren z wysokimi drzewami, ale przez warunki pogodowe, nie było aż tyle zwierzyny. Nic jednak nie mogło równać się z wielobarwnymi tęczami odbijanymi w lodzie przez promienie słońca. Miało się wrażenie, że kolory dosłownie tańczą przed oczyma. Jakby żyły własnym życiem. To właśnie pamiętam najbardziej ze swojego dzieciństwa. Było urokliwie, dziko i kolorowo. I jest tam też dość duże jeziorko, skąd czerpaliśmy wodę pitną. Nie musieliśmy się martwić, że zabraknie nam płynów. Jeziorko miało swoje źródło u najwyższego szczytu, gdzie z jednej z jaskiń wolno w dół płynął strumyk. O dziwo, tylko jego powierzchnia ulegała zamrożeniu. Pod wodą zaś życie toczyło się dalej w swoim naturalnym tempie. W cieplejsze dni słoneczko przyjemnie grzało i nawet mroźny wiatr nie potrafił zepsuć nam humorów. Uchodziliśmy zatem za odciętych od świata, ale za to przyjaźnie nastawionych. Dorastałem w przekonaniu, że tak właśnie powinno być, że taki jest ład naszego świata. Z uwielbieniem poświęcałem swój wolny czas na rozmaite historie, bo przecież wówczas o plaży, czy oceanie słyszałem tylko z opowieści wędrownych wilków. Przybysze zjawiali się tuż po roztopach, gdy przejście na niziny zostawało odblokowane. Przynosili ze sobą na wielkich, podłużnych korach drzew różne przedmioty do wymiany. Do tej pory nie wiem, jak działały ich ala powozy, choć oni to zwali saniami, które sami ciągnęli. Masło maślane... Tylko raz asystowałem ojcu w wymianie i dokładnie zapamiętałem niektóre rzeczy. Było tego dość sporo, więc starałem się skupić na najważniejszych i według mnie najciekawszych z nich. Pamiętam, że wędrowcy przynosili różne dziwne błyskotki, kamienie szlachetne, czy jak to oni zwali: muszelki z piaszczystych plaż skąpanych w blasku słońca. Służyły do dekoracji jaskiń i były zazwyczaj dla naszych samic. Najważniejszą częścią wymiany były jednak zioła i różne minerały. Na naszych terenach rosły praktycznie wymarłe gatunki roślin stosowane w lecznictwie. Nigdzie indziej nie było np. tak zwanego Dziewięćsił bezłodygowego, czy też Wrotyczyny maruna.
- Są bezpieczni... Lupus nic im nie zrobił, ale nadal przebywają w ciemnicy. - z moich myśli wyrwał mnie głos Zuri, która po krótkim uśmiechu w stronę Itami, spojrzała na mnie dość przenikliwie. Jakby badając moją reakcję na to, co właśnie powiedziała. Na samą wzmiankę o moim bracie, wbiłem pazury głęboko w ziemię. Miałem ochotę warknąć na całe gardło, dając upust swojej złości, frustracji i całemu temu gównu, który z tego wyniknął. Nie mogłem jednak zrozumieć, o co dokładnie chodziło waderze, gdyż po chwili ponownie zwróciła swe oczy na córkę. - Twoja siostra również zakwitła na dojrzałą waderę, a twój brat, Arom wydoroślał. Przybrał na mięśniach i urodzie... zobaczysz, jeszcze niejednej waderze zakręci w głowie. - zaśmiała się cicho. Ponownie spojrzałem na swoją przyjaciółkę. Zazdrościłem jej tego. Spotkała swoją mamę, kogoś z rodziny, za kim niezmiernie tęskniła. Kto nigdy by jej nie opuścił i zawsze dbał o jej dobro. Ma ją teraz przy sobie, wtula się w jej futerko i... i widać, że sprawia jej to radość. Ja natomiast nie mam nikogo. I z pewnością jeszcze przez długi czas nie będę miał, a przecież też mam uczucia. Tęsknie w równym stopniu, co inni. Brakuje mi mojej mamy, bo w sumie nie ważne, jaka była, zawsze znajdowała czas, aby mnie wysłuchać. Co prawda potrafiła być surowa, do tego faworyzowała Lupusa, a mnie spychała na drugi plan. Gdy on coś odwalił, ja musiałem wziąć odpowiedzialność za jego czyny. Do tego ogarniałem za niego jego obowiązki, bo on zawsze się wymigiwał zmęczeniem, czy czymś innym. A matka to widziała i tolerowała, ba sama nieraz kazała mi wyręczyć brata, bo przecież będzie on niedługo moim Alfą. ~ Phi, tak, wielki Pan Afa... - moje oczy zmieniły na chwilę kolor. Chuj od siedmiu boleści, a nie Alfa. Gbur, do tego leń patentowany i obibok. Jeśli miałbym dać mu jakiekolwiek pozytywne cechy, to byłby to spryt. Zawsze bowiem wiedział, co zrobić, by osiągnąć swój cel... ale wracając do matki... z drugiej jednak strony, nigdy nie powiedziała mi złego słowa. Gdy potrzebowałem, spędzała ze mną czas, uczyła podstawowych umiejętności, a przede wszystkim to dzięki niej, mam w sobie empatię i potrafię rozróżnić dobro od zła. Więc dlaczego teraz, mimo że nie ma niebezpieczeństwa, czuję ten dziwny niepokój. Najgorsze było jednak nie samo to uczucie, a to, że nie byłem pewny, dlaczego tak jest. Wiedziałem, że nie powinienem się tak czuć, a jednak nie potrafiłem się uspokoić. To coś nie powinno się pojawić, bo to tak, jakbym czuł się winny. Mój ojciec, wielki i potężny Alfa stada, który nigdy nie okazywał słabości, zginął z łap nieznanego sprawcy, ale to mnie obarczono winą. A przecież nie zrobiłem nic złego. Bolało, bo większość sfory w to uwierzyła, a przecież dorastaliśmy razem. Ci, którzy wierzyli w moją niewinność, nie potrafili mi pomóc. Nie byłem na nich zły, wiedziałem przecież, że nie mogli sprzeciwić się przywódcy. Nie mniej jednak... dlaczego właśnie ja? To było właśnie to, co nie dawało mi spokoju. Przeszłość powracała jak bumerang rzucony w przestrzeń. Wystarczył dobry zamach, by po dłuższej chwili wrócił. Tak, jak moje myśli i obawy. Wziąłem głęboki oddech, uspokajając myśli. Nie było powodu do niepokoju. Nic mi nie groziło. Poza tym to była przecież mama Itami. Rodzicielka mojej przyjaciółki, która wtulała się w swoją córkę, jak w najważniejszy skarb. Ktoś, kto spędził dużo czasu na jej wychowaniu, o czym nie mógłbym powiedzieć złego słowa. I sam przed sobą musiałem przyznać, że zgadzam się ze słowami Zuri. Itami rzeczywiście wydoroślała. Nie tylko nabrała ponętnych kształtów, ale i jej charakter się wzmocnił. Zanim opuściłem watahę, była podlotkiem, czy też małym brzdącem, który lubił mi dogryzać. W sumie to dość zabawne wspomnienie, jak mając niespełna rok, potrafiła pocisnąć słowami w taki sposób, że chłopaki nie wiedzieli, jak zareagować. I było to o tyle zabawne, że potrafiła zbajerować nawet najtrwalszego wojownika. Teraz jednak wyrosła z tego typu zachowań, aczkolwiek miałem cichą nadzieję, że jeszcze wrócimy do tego tematu.
- Chodźmy do mnie. Tam jest ciepło i sporo jedzenia. Ogrzejecie się. - w końcu się przemogłem i zaproponowałem to, co powinienem już wcześniej. Zrobiło się dość chłodno, a nie chciałem, by któraś się przeziębiła. Zuri, na pewno jesteś głodna. - spojrzałem na waderę z lekkim uśmiechem, lecz ta go nie odwzajemniła. Jej spojrzenie przewiercała mnie na wylot. Znów poczułem to dziwne uczucie, jakby strach przed osądzeniem i tym, że uznaje mnie za winnego, powodował u mnie ten stan. Serce biło mi dość szybko. Czułem dziwny ucisk w żołądku. Coś było nie tak, ale nie wiedziałem, co. Nie chciałem jednak martwić Itami, zwłaszcza że dawno nie widziałem jej takiej szczęśliwej. Z drugiej strony, jak Zuri nas znalazła? Pojawiła się dosłownie znikąd i do tego w dość dziwny sposób zerkała w moim kierunku. Jakby niepewnie, ostrożnie. W jej oczach dostrzegłem wahanie, gdy zaoferowałem swoją pomoc. Nie wiedziałem, o czym myśli, ale też nie byłem pewny, czy chcę wiedzieć. Być może wierzyła w to, co zostało przedstawione i jestem dla niej potworem. Kimś, komu nie wolno ufać. Jest opcja, że ma mnie za zdrajcę, który "dopuścił" się straszliwej zbrodni na członku własnej rodziny. I choćbym nie wiem, jak walczył i starał się udowodnić swą niewinność, zawsze znajdą się niedowiarkowie. Nie mam do nich pretensji, dowodów nie brakuje. Zastanawiam się, a raczej nie daje mi spokoju to, że ktoś bardzo się postarał, by wina spadła właśnie na mnie. I czy tylko ja to dostrzegam? Pewnie tak... Potrząsnąłem delikatnie głową, skupiając się na waderze. Przyjrzałem się jej dokładniej. Nic się nie zmieniła. Wciąż jest tą samą osobą, która doglądała mnie od czasu do czasu, gdy byłem szczeniakiem. No, może przybyło jej kilka zmarszczek, oczy straciły ciut swój dawny blask, a futro wyglądało, jakby potrzebowało pielęgnacji. Może to być efekt długotrwałej podróży, którą odbyła. Nasza wataha jest wszak dość daleko, nawet dalej od rodzinnego domu Naharys'a i Lonyi. Co zatem robiła tyle kilometrów od domu i dlaczego w sumie uciekła? Czy w domu jest aż tak źle? Czyżby Lupus doprowadzał członków watahy do takiego stanu, że ci uciekają od niego? Takie pytania kłębiły się w mojej głowie podczas drogi do mej jamy. Odprowadziliśmy z Itami jej macochę, pilnując, by wiedziała, gdzie co się znajduje i gdzie nie należy zaglądać, po czym ruszyliśmy w stronę lecznicy. Mnie czekał jeszcze patrol, a Itami miała chorych do pilnowania. Miałem w sumie jeszcze chwilę, by zajrzeć do Itachi'ego i samemu sprawdzić, jak podoba się prezent.
- Dziękuję, że pozwoliłeś jej zostać u siebie. Nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy. - spojrzałem na waderę z nieukrywanym uśmiechem. Co prawda, wcale nie było mi do śmiechu i cała ta sytuacja niezbyt mi się podobała, ale czego się nie robi dla najbliższych.
- Nie ma za co, cała przyjemność po mojej stronie. - puściłem do niej oczko, po czym nieznacznie się przybliżyłem. - Ale wiesz, że nie ma nic za darmo. - szepnąłem uwodzicielskim głosem, intensywnie patrząc w jej oczy. Jej ciało reagowało na każdy mój ruch. Czułem, jak napina się w oczekiwaniu. Przełknęła ślinę dość głośno, wpatrując się w moje wargi.
- Oh, już jesteście! - oboje odwróciliśmy się jak na komendę sternika. Przed jaskinią stała Lonya, która z perfidnym uśmieszkiem zerkała to na mnie, to na Itami.
- Tak, przyprowadziłem Twoją dodatkową parę łapek z powrotem. - uśmiechnąłem się w jej stronę, na co zachichotała. Lisiczka podeszła bliżej, stając między nami, po czym popchnęła Itami w stronę jaskini.
- No, już moja droga. Pacjent wypytuje o Ciebie. - odchodząc, machnęła ogonem, owijając swój puchaty ogon o mój pysk, po czym obydwie zniknęły we wnętrzu. ~ Ah, te samice... - pomyślałem, kierując się w stronę gór. Najwyżej do Itachiego zajrzę po patrolu...

Itami? Itachi?

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 2140
Ilość zdobytych PD: 1070 + 10% (107) za długość powyżej 2000 słów.
Obecny stan: 1177

niedziela, 9 stycznia 2022

Od Itami .cd Itachi/Atrehu ~ Poszukiwanie miejsca

 - Ah... - odparł i jego oczy momentalnie przygasły, jakby wpadając w zadumę, spoglądał chwilę na waderę i rzekł wtedy. - Jeśli masz ochotę, to opowiedz mi o sobie co nieco i Atrehu, jak dobrze pamiętam jego imię.
- Przecież opowiedziałam ci już wszystko o sobie. Wczorajszego dnia. Oj, Itachi, coś mi się zdaje, że upadek nie tylko zadziałał na twe kości, ale i na pamięć. - rzekła z uśmiechem Itami, choć wcale tak do śmiechu jej nie było. Ból świdrował jej wnętrze, to niemiłe uczucie krwawienia doprowadzał ją do szału. Ból promieniował silnymi, a raz słabymi falami. 
- Chodziło mi... co lubisz? - sprecyzował Itachi. 
- Lubię śpiewać... pamiętam wiele pieśni, których mogę cię uraczyć podczas pobytu w lecznicy, ale nie umiem polować. Nie mam do tego talentu... nie wiem sama, dlaczego... powinnam mieć to zakodowane w genach, ale to jedno jest u mnie upośledzone. Zaręczam Ci, z łapą na sercu, że wielu próbowało mnie nauczyć polowania, ale zawsze kończyło się to fiaskiem. A co Atrehu... cóż... ja i on urodziliśmy się w tej samej watasze, tylko że różnimy się nieco. Ja wywodzę się normalnej, prostej rodziny medyków. Mój ojciec był szanowanym medykiem, a matka ponoć była zielarką. Atrehu natomiast pochodzi z rodziny Alfy. Odkąd pamiętam zawsze lubił dostrzegać w waderze to, co najpiękniejsze. Ponadto lubił pomagać, nie unosił się nad nikim, traktował poddanych swego ojca z szacunkiem... łączy nas nawet wspólna historia. Jako szczeniak, nie byłam zbyt lubiana wśród rówieśników. Małe waderki marzyły o kwiatkach i zapachach, a basiorki zaś starali się, jak mogli, aby pokazać który spośród nich jest najsilniejszy. Mnie natomiast interesowało co innego. Zawsze chciałam przewyższać wszystkich wiedzą, dlatego dla nauczycieli byłam pupilkiem, a wśród rówieśników - dziwadłem...
~ Wiem, że cię w połowie oszukuję, Itachi. ~ Pomyślała Itami. Tak na prawdę szydzono ze mnie z powodu mojego problemu. Odkryli, że panicznie boję się bólu. Nie znoszę go, nawet teraz, gdy świdruje mnie w okolicy brzucha. 
- ... pewnego razu zaczepiła mnie grupka starszych basiorów. Pogrywali ze mną, mówiąc jaka to jestem mała i słaba. Chciałam odejść, ale ich było czterech. Czterech masywnych basiorów, którzy zamknęli mnie w kręgu. I nagle pojawił się Atrehu wraz ze swoim ojcem. On użył swego głosu, odziedziczonego po Alfie i rozkazał typom zostawić mnie. Nie mieli innego wyjścia, jak odejść z podkulonymi ogonami no i tak zaczęła się nasza... przyjaźń? Koleżeństwo? Sama nie wiem, jak to nazwać, ale chyba to pierwsze, bo do teraz jest dla mnie bardzo miły...
- Podoba ci się? - dopytał Itachi. 
~ Tak... - pomyślała przelotnie Itami. 
- Nie - odparła natychmiast. - Skąd to pytanie? - zaśmiała się cicho.
- A nic, nic takie niewinne pytanie. To widzę, że długo się znacie. I przykro, że miałaś tak niełatwe dzieciństwo. 
- Ty miałeś chyba gorzej ode mnie, prawda? 
Basior nie odpowiedział. Nie miał ochoty, albo zbyt długo zastanawiał się nad odpowiedzią, ale jedno Itami wiedziała. Nie chciał poruszać tego tematu. 
- O czym tak gaworzycie? - zapytał nagle znajomy jej miękki, bogaty w męski baryton głos. Atrehu stał w wejściu do lecznicy z nieruchomo zwisającym z jego pyska zającem. 
- Ah, o niczym szczególnym. - odparła pośpiesznie i udała, że zajęta jest swymi obowiązkami. Przygotowała podstawowe leki dla Itachiego, ale przed tym przeprowadziła jeszcze wodny zabieg na złamanej kończynie basiora. Woda posłusznie, zgodnie z jej wolą, wniknęła w głąb kremowego futra Itachiego, który ten zareagował z początku dość gwałtownie. Zacisnął zęby, zmarszczył wargi, a mięśnie zaś napięły się nieznacznie. Potem rozluźnił się momentalnie, gdy poczuł, jak chłodna woda przenika do jego mięśni, powięzi i kości. 
- Za moment dostaniesz leki, dobrze? 
Basior pokiwał głową i westchnął ciężko. 
- Będzie dobrze, nie martw się na zapas. - poklepała go przyjacielsko po barku. - Co cię do mnie sprowadza, Atrehu? - zwróciła się do przyjaciela.
- Przyniosłem ci śniadanie. Sam najlepszy kąsek tylko dla ciebie. - odparł figlarnym tonem samiec i złożył zająca u jej łap, uśmiechając się ciepło. - Dobrze wiem, że z polowaniem radzisz sobie, jak niedźwiedź z nadwagą. 
- Ha, ha, ha, bardzo śmieszne, Atrehu!- wycedziła przez zęby Itami, prezentując udawaną złość, ale po chwili uśmiechnęła się wdzięcznie. - Dziękuję ci. Bardzo ci dziękuję. 
- No wiesz... czego się nie robi dla mojej uroczej towarzyszki. - Atrehu następnie obdarzył Itachiego znaczącym spojrzeniem. - Jak się czujesz? 
- Dobrze. O dziwo dobrze... - odparł samiec. Woda nadal wpływała na jego łapę, wywołując błogi spokój i miłe uczucie w złamanej kości. 
- Itami, musimy pogadać. - Atrehu tym razem zwrócił się do niej dość poważnym tonem, co nie specjalnie się to spodobało Itami. Złapała za zająca i przeszli do jaskini dalej, gdzie dzień wcześniej spożywali sarnę. Gdy dotarli na miejsce, usiadła na przeciwko basiora z narastającym niepokojem w oczach. 
- Co się stało, Atrehu? No mówże. 
- Nie jestem pewien, ale... Itami, to jest dziwne, ale w powietrzu zwietrzyłem zapach twojej macochy. Była gdzieś w pobliżu. Dało się wyczuć jej strach. 
~ Zuri uciekła? Bo nie wierzę, że brat Atrehu mógłby ją po prostu wypuścić. Na te wieści, Itami wytrzeszczyła swe oczy, zamrugała nerwowo. 
- Skąd wiesz, że to ona? Ten zapach mógł należeć do każdej...
- Itami, zapach zapachowi nierówny... mówię Ci, jak jest. Ona gdzieś tutaj się kręci i niewątpliwie szuka ciebie. 
- Na prawdę... Atrehu, wiesz, dziękuję ci, że mi to powiedziałeś. 
Wstała, podeszła powoli do samca i złożyła mu ciepły, wdzięczny pocałunek na jego policzku. Atrehu zarumienił się lekko, ale Itami tego nie zauważyła. Była pochłonięta przez potok myśli, które kłębiły się w jej głowie. 
~ Czemu ona mnie szuka? Sama nie wiem... no... nie widziałyśmy się bardzo dawno, ale jakim cudem się wydostała spod niewoli Lupusa? 
- Najpierw zjedz, a potem spróbujemy ją znaleźć, albo jeśli wychwyci twój zapach, sama do ciebie przyjdzie. 
- Tak, tak... zjedzmy najpierw. - postanowiła Itami. 

Po zjedzonym pośpiesznie posiłku, Itami poprosiła Lonyę, aby ją zastąpiła, a ta niebyt chętnie to przyjęła. Pokręciła głową, wykrzywiła minę, ale ostatecznie zgodziła się, ale przestrzegła ją, aby wracała jak najszybciej. Przed wyjściem jednak, Itami odwróciła się w stronę Itachiego i ich oczy się spotkały. 
- Itachi, zaraz wracam. - powiedziała i pognała w ślad za Atrehu. 
Pogoda nie zmieniła się ani na jotę. Mróz ciągnął się wraz z północnym wiatrem i szarpał ich futra. Jej ciało, przyzwyczajone wcześniej do ciepła lecznicy, zalała fala dreszczy. Drżała z zimna, ale bieg pomagał jej częściowo to zwalczyć. Biegli w stronę lasu granicznego, przebiegli przez zamarzniętą rzekę i zagłębili się dalej w dolinę, w ślad za zapachem. Atrehu był pewien każdego kroku, jakby potrafił wychwycić woń Zuri z odległości kilku mil. Dotarli na łąkę, o ukształtowaniu dość pofałdowanym oraz skutą lodem. Długa zamarznięta trawa chrzęściła im pod łapami. 
W następnej chwili Itami także to poczuła...
~ Woń świeżej jabłoni, delikatna niczym skrzydło motyla i zarazem ostra, jak szpony orła...
Była tutaj i jest niedaleko. Skręciła na zachód i tym razem to Itami poszła przodem, a Atrehu w ślad za nią. 
~ Nie mogę uwierzyć, że w końcu ją zobaczę, przywitam i przytulę się do niej, jak do matki. Tak jej teraz tego brakowało. Nie wypuszczę jej z objęć... nawet poproszę Renee, aby przyjęła ją do nas... błagam, żeby się zgodziła. 
Z każdym pokonanym dystansem, zapach stawał się coraz to silniejszy, a gdy pokonała kurtynę skutej lodem trawy, ujrzała ją. Była niewiele większa od niej, oczy koloru świeżej zieleni wyglądały na nich, spod nawiasów cienkich brwi. Sierść długa i gęsta była nieco karmelowa, przemieszana z barwą kremu i beżu, falowała w rytmie wiatru. 
- Zuri... mamo!- zawołała Itami i podbiegła do niej, wtulając się w jej sierść na piersi. Ta lekko zaskoczona, a następnie wielce uradowana, objęła mocno swą przybraną córkę łapą. - Tak bardzo mi cię brakowało, mamo...
- Już dobrze, jestem przy tobie. Widzę, że nie jesteś sama. Jest ktoś, kto się tobą opiekuje. - odparła łagodnie macocha i spojrzała na Atrehu swymi przenikliwymi oczami. 
Nie chciała wypuszczać jej z objęć. Nie chciała jej stracić ponownie. Kochała ją jak matkę. Matkę, której nigdy nie miała. 
- Jak udało ci się uciec? - zapytała Itami. 
Zuri spojrzała na nią, wytarła jej łzy szczęścia z policzków. 
- A czy to ważne w tym momencie? Widzę, że rozkwitłaś na prawdziwą waderę. Krwawisz. 
- To też nie istotne w tym momencie. Jak uciekłaś? 
- Przekupiłam strażnika. Nie pytaj nawet jak. Moja to tajemnica. 
- A co z tatą, Muiri i Aromem? 
W tamtym momencie Zuri posmutniała lekko, przytuliła ponownie Itami do swej piersi i powiedziała.
- Są bezpieczni... Lupus nic im nie zrobił, ale nadal przebywają w ciemnicy. Twoja siostra również zakwitła na dojrzałą waderę, a twój brat, Arom wydoroślał. Przybrał na mięśniach i urodzie... zobaczysz, jeszcze niejednej waderze zakręci w głowie. - zaśmiała się cicho. 
Atrehu trzymał się na uboczu, obserwując całą tę scenę z wyraźnym uśmiechem. 
- Chodźmy do mnie. Tam jest ciepło i sporo jedzenia. Ogrzejecie się. - powiedział w końcu Atrehu. - Zuri, na pewno jesteś głodna. 
Zuri jednak musiała się cieszyć ciepłem i jedzeniem w samotności, gdyż Itami i Atrehu mieli oczywiście swoje obowiązki, których nie mogli zaniedbywać - Basior był na tyle miły, że pozwolił przespać się jej macosze u siebie. Nabrać energii. Itami była mu za to niezmiernie wdzięczna.
- Dziękuję, że pozwoliłeś jej zostać u siebie. Nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy. - powiedziała do basiora, gdy ten odprowadzał ją do lecznicy. 

<Atrehu/Itachi?> 

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1471 
Ilość zdobytych PD: 735 + 5% (36 PD) za długość powyżej 1000 słów
Obecny stan: 771 PD

sobota, 8 stycznia 2022

Od Itachi'ego c.d Itami ~ Poszukiwanie Miejsca

Byłem wdzięczny Itami za płaszcz, był bardzo ciepły i pasował do mojej sakiewki. Gdy udało mi się zasnąć, miałem straszny koszmar. Śniło mi się, że ojciec torturuje siostrę, a brat poszedł na łowy na matkę. Obudziłem się z potem, było wcześnie rano, nie widziałem jeszcze nikogo. Próbowałem się uspokoić, lecz mało to skutkowało. Użyłem mocy i przywołałem swojego klona, on przyniósł mi wodę i pomógł załatwić. Również pomógł mi z umyciem się, na szczęście nie uszkodził przy tym sakiewki ani płaszczu. Przypomniało mi się, że Itami miała "te dni", więc na pewno było jej ciężko. Wiedziałem coś o tym, gdy byłem jeszcze szczeniakiem, byłem ciekawski, wiec pytałem o wszystko swoją siostrę. Wyjaśniła mi, że wtedy kobieta jest nieobliczalna, lecz warto sprawić na jej buzi uśmiech czymś słodkim oraz przytulić. Nie rozumiałem, jak coś słodkiego mogło pomóc... Nigdy nie zrozumiem kobiet. Postanowiłem użyć klona, by przyniósł do czystej misy miód oraz do drugiej jagody tylko jadalne oczywiście. Schowałem je za sobą, by wadera nie widziała ich, jak przyjdzie. Płaszcz klon złożył w kostkę i położył trochę dalej, by się nie ubrudził, gdy już skończył, odwołałem go i położyłem psyk na łapie. Rozmyślałem nad Irmą oraz matką. Gdy nagle usłyszałem głos Itami.
- Hej, jak się spało?
- Ah Itami. - podniosłem łeb, by spojrzeć na nią. - Jest w porządku. - nie chciałem mówić o koszmarze to, był mój problem.
- To dobrze. - odparła i usiadła przy mnie.
- Mam coś Dla Ciebie. - odparłem i przysunąłem łapą zza siebie dwie miski. Jedna z miodem druga z jagódkami.
Wadera spojrzała ze sporym zaskoczeniem na zgromadzone miski pełne tych kuszących dobroci. Uniosła następnie brew, zmierzyła samca dość podejrzliwym wzrokiem.
- Skąd to masz?
Itachi, jakby myślał nad odpowiedzią, odbił oczami od niej na wystający kamień z podłoża jaskini.
- Użyłem mocy... Mogę stworzyć swoją kopię, której kazałem zdobyć to wszystko.
- Noo wiesz... - mruknęła dość zmieszana tą całą sytuacją. - Dziękuję.
~ Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo ratujesz mi życie... - pomyślała i zaczęła zajadać jagody, zmieszane z miodem.
- Może i nie rozumiem u was tych dni i czemu akurat lubicie słodkości i przytulasy wtedy, lecz nie mi to oceniać nie znam się na waderach... - wzdychnąłem i położyłem znów głowę, ciągle miałem myśli gdzieś indziej.
Gdy przełknęła jagódki z miodem, oblizała wargi z osadzonego cukru i spojrzała na basiora.
- Takie już jesteśmy...
Itami podziękowała jeszcze raz basiorowi, zapytała, jak leży na nim jego zasłużona nagroda. Basior kiwnął pozytywnie głową. Wadera jednak zastanawiała się, dlaczego Itachi jest taki... hmmm... nie mogła znaleźć słowa... nieobecny. Jeszcze nigdy nie ujrzała basiora uśmiechniętego.
Kątem oka widziałem, jak na mnie spogląda, więc podniosłem głowę i spojrzałem na nią.
- Coś nie tak ? - zapytałem. - Chcesz tego przytulasa ? - dodałem ciszej.
Z tymi słowy basior doprowadził Itami do kompletnego zdziwienia. Wadera starała się stłumić nieco emocje, ale nie potrafiła powstrzymać swych oczu, które momentalnie wytrzeszczyła. Następnie uniosła kącik ust i spojrzała łagodnie na Itachiego, który nadal spoglądał na nią, jakby nadal proponował jej kontakt. Podeszła więc do niego i wtuliła się w jego szorstkie, ale jakże przyjemne futro. Na dodatek wokół niego roztaczał się przyjemny zapach... jakby lawenda albo lubczyk.
- Myślałem, że będziesz protestować.
- Nie przesadzaj. Przytulasy są tak słodkie. I potrzebne, nawet pacjentom.
- Tak, a dlaczego? - zapytał.
- Jesteśmy już tak zaprogramowani, że w trakcie kontaktu, w naszym organizmie wydziela się hormon, odpowiadający za dobre samopoczucie. Wiesz... mięśnie się rozluźniają, zmniejsza się uczucie stresu, poprawia humor.
- Ah.. - odparłem, moje oczy momentalnie zgasły. Ja nie miałem takiego uczucia, nie czułem szczęścia czy poprawy humoru, czy byłem na coś chory? Może po prostu zepsuty.... - Jeśli masz ochotę, to opowiedz mi o sobie co nieco i Atheru jak dobrze pamiętam jego imię. - odparłem

Itami ?

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 597
Ilość zdobytych PD: 298
Obecny stan: 540

piątek, 31 grudnia 2021

Od Itami cd Atrehu/Itachi ~ Poszukiwanie miejsca

- Itami? - zaczął dość delikatnym tonem, przybliżając się do niej. Miała wrażenie, że coś ważnego chce mu przekazać, więc podniosła głowę i spojrzała mu prosto w oczy. Miałe łagodny, aczkolwiek skryta gdzieś w płomieniach dzikość, która sprawiała, że chciałoby się w nich spłonąć. - Nigdy... powtarzam, nigdy nie przepraszaj za to, że robisz to, co robisz. Nie jesteś wcale jędzą, twoje zachowanie wcale nie jest złe. Ja... ja wiem, że przeginam. To moja wina, bo nie powinienem cię dotykać, a robię to wręcz namolnie i sam siebie mam dość. Zachowuje się jak napalony kutas, który nie zwraca uwagi na to, jak się czujesz. Dlatego nie przepraszaj. Nie mam do ciebie o to pretensji. Wręcz przeciwnie, zdziwiłbym się bardzo, gdybyś zachowała się inaczej.
- Ja po prostu... - urwała, gdy skończył, ale nic innego nie przychodziło jej do głowy. Jego słowa wbrew pozorom, wydawały się tak szczere, jak słowa prawdziwego przyjaciela. Takiego go zapamiętała jeszcze w starej watasze. Mimo, że miała wtedy tylko prawie rok życia, wiedziała, jaki Atrehu był dla innych wilków i szczeniąt. Dla tych pierwszych, jak prawdziwy brat, a dla tych drugich, niczym troskliwy ojciec. Totalne odbicie jego ojca, Aarona, który wiedział, co to władza i z czym to się wiąże. Takiego go zapamiętała najmocniej, a że lubi też go za inne cechy... taki figlarny i czarujący, to już inna historia. Marzyła nawet, aby stał się dla niej więcej, niż przyjaciel. 
- Uśmiechnij się. - przerwał jej i obdarzył ją miłych, czułym uśmiechem. - Jesteśmy przyjaciółmi, prawda? A przyjaciele przebaczają sobie wszystko, dlatego... ehmm... czy przebaczysz mi bycie irytującym kutasem, który przez ten twój okres ma na ciebie straszną chcicę?
Wadera parsknęła śmiechem, zakrywając łapą usta, nabrała trochę powietrza w płuca, spojrzała mu ponownie w oczy. 
- Oh, Atrehu. Co ja z tobą mam.
- Istny Armagedon. - odpowiedział już spokojniej, po czym spojrzał na futrzany płaszcz, który wykonał przed chwilą. Itami wręcz była zafascynowana jego manualnymi zdolnościami i zaczęła się zastanawiać, skąd basior pozyskał taką umiejętność.
- To co? Idziemy do Itachiego? 
- Tak. Chciałabym ci jeszcze podziękować za tak cudowną robotę. - podbródkiem wskazała na płaszcz.- Mam nadzieję, że mu się to spodoba. - Z tymi słowy, tym razem ona przybliżyła się do samca i wtuliła swój policzek w jego szeroką, mocną pierś, a on zaś czule objął ją swą silną łapą. Ciepło bijące z jego ciała, a także świeży zapach sprawiło, że prędko zapomniała o niemiłym bólu w podbrzuszu. 
- Chodźmy więc. - odparł Atrehu, a ona odsunęła się od niego. Basior chwycił za jeden koniec płaszcza, a Itami za drugi i przeszli do drugiego przedsionka jaskini, gdzie leżał Itachi. Samiec spał nadal, odurzony ziołami - Itami przyznała, że jego grymas twarzy podczas snu, wydawał się jej taki spokojny i... opanowany. I jakże uroczy. Zarzucili na śpiącego obszerny płaszcz, a Itami podsunęła skórę pod samą szyję Itachiego. 
~ Przynajmniej teraz będzie mu cieplej - pomyślała z uśmiechem, po czym zwróciła się do Atrehu. 
- Dziękuję ci jeszcze raz. - powiedziała łagodnym tonem. 
- Pewnie. Wracam do Tsumi. Sprawdzę, co z nią i jak się czuje. - zachichotał wesoło basior, po czym pożegnał ją, machając łapą. Itami chętnie odmachała mu w podskokach i posłała wesoły uśmiech. 

 Itachi obudził się pod wieczór. Lekko rozchylił swe niebieskie oczy, zamrugał kilka razy i rozejrzał się lekko zdezorientowany. 
- Gdzie ja jestem? - zapytał, załamując ton. Następnie chciał ruszyć przednią łapą, ale tym samym zsunął z siebie skórzany płaszcz. - Co to?
- Twoja nagroda, jak obiecałam. - odparła z uśmiechem z entuzjazmem unosząc swe uszy. Podeszła, zdjęła z niego płaszcz z jeleniej skóry i zaprezentowała mu go w pełnej okazałości. Z zewnętrznej strony, płaszcz pokrywało miedziano brązowe włosie, a skóra zdarta z kończyny posłużyła jako miejsce na kamienną broszkę. Na ustach basiora nie pojawił się uśmiech, ale w jego oczach, Itami dostrzegła wyraz zadowolenia. 
~ Czyli ci się spodobał. - pomyślała i posłała mu znaczący uśmiech.
Itachi chciał usilnie wykonać jakiś ruch, ale unieruchomiona i zabandażowana kończyna skutecznie mu to uniemożliwiała. Wadera upuściła płaszcz i poleciła mu, aby się nie ruszał.
- Spokojnie, Itachi. Nie ruszaj się! Mówiłam ci już, że nie będziesz mógł chodzić przez kilka tygodni. 
- Ughh, a jednak nie był to zły sen... - burknął i opuścił głowę na stół. Swój przygnębiony wzrok wbił gdzie w punkt.
- Spokojnie, spróbujemy Ci też jakoś umilić ten czas w lecznicy.
- Co masz na myśli? - zapytał od niechcenia. 
- Znam kilka piosenek, albo opowieści. Z chęcią którąś ci opowiem dla zabicia twojego czasu.
- Każdy zna jakieś opowieści, najczęściej przez życie pisane. No dobrze, niech i tak będzie. Zostanę. 
- Jesteś twardą sztuką, Itachi, dasz radę. Pewnie, że dasz! - samica starała się podnieść go na duchu najlepiej, jak umiała. Mimo tego, na jego pysku nadal przebłyskiwał wyraz niezadowolenia. W końcu zrezygnowana, usiadła koło niego.
- No co teraz? - zapytał Itachi. - Opowiesz mi jakąś historię? 
Itami spojrzała na samca lekko zaskoczona, po czym uśmiechnęła się miło. 
- Znam taką, która powinna przypaść ci do gustu. Historia opowiada o młodym wilku, którego uważano za najlepszego obrońcę watahy oraz przestrachem dla wrogów...
Itami ciągnęła opowieść, aż do późnego zmierzchu. Księżyc w pełni królował na mocno granatowym niebie pośród skrzących się gwiazd, niczym rozsypane diamenty. Przestało prószyć, a wiatr nie był już tak lodowaty i porywisty. Nastała spokojna noc. 
- Dobranoc, Itachi. - powiedziała, gdy skończyła opowiadać. 
- Zaczekaj! - zawołał Itachi. - Wybacz, ale nie zasnę bez drzewa. 
- Jesteś wilkiem, nie wiewiórką. Dostaniesz zioła usypiające, dobrane odpowiednią dawką, abyś przespał do samego rana. 
Basior po raz kolejny niezbyt pocieszony, znów opuścił głowę. Itami przyznawała, że trochę przygnębiały ją ciągłe fochy Itachiego. ~ Przystojna z ciebie bestia, Itachi. A jednocześnie zachowujesz się, jak niepocieszony szczeniak. 
- Przykro mi, Itachi. - opuszkami przejechała delikatnie po policzku basiora. - Spanie poza drzewem też nie jest takie złe. Na przykład, nie spadniesz z gałęzi na łeb. - zaśmiała się lekko wadera.  - Zobaczysz, nie będzie tak źle, jak myślisz. 
- Wierzę Ci. - oznajmił basior, nie spoglądając na nią. Nadal wpatrywał się w cień, ziejący z przedsionka jaskini, gdzie przechowywano zioła. 
- Dziś... zakładam, że już po północy. Dziś rano znowu się zobaczymy, a ja cię przebadam. 
Następnie podsunęła w jego stronę kamienną misę, ustawioną pod kątem, niedaleko jego leża, przeznaczonego dla chorego. 
- W razie, gdybyś poczuł potrzebę, masz tutaj nocnik. Wiem... śmiesznie to brzmi, ale pacjenci też mają potrzeby podstawowe. 
Itami zaaplikowała samcowi odpowiednią dawkę ziół usypiających i wyszła z lecznicy, kierując się do swej jaskini. Tam zorientowała się, jak bardzo cuchnie krwią. Własną krwią. Z zażenowaniem powędrowała do łaźni i tam wzięła szybką, aczkolwiek przyjemną kąpiel. Starannie próbowała zgubić z siebie ten nieczysty zapach... nie przypuszczała, jakie to jest uciążliwe. Zanurzyła głowę, aby zmyć z siebie balsam z soku drzewa sosnowego i wtedy pomyślała o Atrehu i Itachim. 
~ Może fajnie by było ich poznać ze sobą. Przydałoby się, aby Itachi na start w watasze miał jakiegoś kumpla. Wynurzyła się z wody, otrząsnęła się z niej, wystrzeliwując kilkaset kropel w przestrzeń, po czym zakopała się pod ciepłe, grube futra. Jednakże nie potrafiła zasnąć. Wciąż czuła nieznośne krwawienie, więc starała się, jak najmocniej zaciskać uda... próbowała nawet wetknąć sobie między łapami kawałek starej skóry, byleby nie krwawić! Wierciła się z boku na bok, próbując wychwycić jakąś wygodną pozycję... w końcu po chwili znużył ją kamienny sen. 
Następny dzień nie był zbyt dobry. Krwawiła jeszcze mocniej, ponadto ból nasilił się z każdą chwilą, że wycisnął z niej łzy. Po chwili policzki miała całe mokre, a oczy zaczerwieniły się i zaszkliły od łez, ale musiała się ogarnąć. Wzięła gorącą kąpiel, dokładnie przemyła twarz. 
~ Cholera jasna! - krzyknęła w duchu, gdy wydawało się jej, jakby ktoś przed chwilą wwiercał się w jej wnętrze. Ughhh... muszę wytrzymać. 
W drodze do lecznicy, nie była w najlepszym nastroju. Wydawało się jej, że mróz już tak bardzo jej nie doskwiera, ale miała też ochotę na jakąś słodycz. ~ Jagody albo jabłka. Byleby to było słodkie. 
Gdy weszła do środka, zorientowała się, że Itachi już się obudził. Wymusiła u siebie miły uśmiech i podeszła do niego. 
- Hej, jak się spało? 

<Itachi/Atrehu?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1282
Ilość zdobytych PD: 641+5% (32 PD) za długość powyżej 1000 słów.
Obecny stan: 1694 PD

czwartek, 30 grudnia 2021

Od Atrehu c.d Itami | Itachi'ego ~ Poszukiwanie miejsca

Słodki zapach Itami przyjemnie drażnił moje nozdrza, wybawiając moje zamglenie na światło dzienne. Gorące dreszcze co rusz przebiegały mi wzdłuż kręgosłupa, kumulując się potężną energią między łapami. Każdy wie, w jakim dokładnie miejscu. Sytuacji nie poprawiał fakt, że już raz się do siebie zbliżyliśmy. Mój mózg co rusz odtwarzał nasze splecione ciała, a język wciąż pamięta jej smak, zaś ciało... ~ Opamiętaj się napaleńcu, jesteś ponadto! - warknąłem na siebie w myślach, skupiając całą uwagę na skórze sarniny, która pod ostrymi cięciami moich długich pazurów, dość łatwo dawała się oddzielić od reszty. Mózg jednak wciąż przywoływał erotyczne wizje tego, co mogłem dostać, gdybym tylko się postarał. Itami, przyszpiloną do ziemi, z wygiętym do góry tyłeczkiem. ~ Ahh, nie, nie nie... - Nie chciałem tego jednak. Nie teraz. Okres to nie ruja, gdzie pragnienie jest tak wielkie, że nic nie jest w stanie powstrzymać parę przed kopulacją. Ruja jest przyjemna, przechodzi łagodnie, ale bardzo erotycznie. Okres jest natomiast zupełnie inny. Bolesny i z całą pewnością nieprzyjemny. I to nie tylko to, że zbierana przez długi czas krew wycieka z jej ciała. Najgorszy jest ból, który przy tym towarzyszy. Widziałem, jak Itami zaciska mocno oczy, trzymając się za promieniujący bólem brzuch. Skrzywiła się kilkakrotnie, łapiąc gwałtowniejsze hausty powietrza i robiąc przy tym minę męczennicy. Choć jestem tylko samcem, który nigdy czegoś takiego nie doświadczył, rozumiem ten stan i wiem, że nie powinienem myśleć O TYM. Tylko jak niby miałem to zrobić, skoro moje ciało mnie nie słuchało? Najgorszy był jednak ten zapach. Cudowny, hipnotyzujący i wręcz zmuszający do posmakowania. Nawet metaliczny odór krwi mnie nie odstraszał. Miałem wrażenie, że z każdą chwilą było coraz gorzej. Starałem się ze wszystkich sił go nie wdychać, ale cóż, nie jestem rybą, nie oddycham pod wodą. Do życia jest mi potrzebny tlen, więc ciężko w takiej sytuacji cokolwiek zrobić.
- Przestań! - ostry głos wadery przebił się przez mgłę, przywracając mnie na Ziemię. Zdałem sobie sprawę, że znów to zrobiłem. Po raz kolejny próbowałem ją dotknąć, bezwiednie i bezmyślnie. Nawet nie zauważyłem, kiedy to nastąpiło. Musiałem za bardzo odfrunąć myślami, a w tym czasie moje zamglenie postanowiło działać. ~ Niech to szlag! - pomyślałem z rozdrażnieniem. Może powinienem pójść do Nabi i poprosić o jakiś napar. Coś, co wstrzymałoby ten cholerny popęd i uspokoiło moją żądzę. W przeciwnym wypadku obawiam się, że kiedyś dojdzie do czegoś złego.
- Wybacz. - szepnąłem ciężko, wycofując się nieco. Wiedziałem, że jeśli się zbliżę, to zrobię coś, czego potem mogę żałować. Nie jestem potworem, nie skrzywdziłbym swojej przyjaciółki, a tak by się właśnie stało... Itami westchnęła ciężko, po czym przeniosła swój wzrok na świeżo oddzieloną skórę.
- Albo, stwórzmy dla niego ciepły płaszcz. Znasz się na tym? - spojrzałem w jej oczy, odwzajemniając uśmiech. To był jakiś plan i w sumie pomysł bardzo mi się spodobał. Kiedyś już bawiłem się w swego rodzaju robótki ręczne. Ah, co to był za czas. Bezstresowy, bez zobowiązań. Jako syn przywódcy stada mogłem robić, co chciałem. Beztrosko biegałem po lesie, robiąc przy tym ogromne zamieszanie i nie przejmując się niczym. Któregoś razu zaszedłem jednak dużo dalej, gdzie drzewa nie wyglądały wcale tak zwyczajnie. Były ogromne, pozbawione liści, a ich długie, ostro zakończone łodygi przypominały przerażające szpony, gotowe w każdej chwili cię pochwycić i zabić. Nawet proste krzaki wydawały się niebezpieczne. Teraz gdy o tym myślę, uśmiech sam wkrada się na mój pysk. Byłem szczeniakiem. Małym, nieporadnym, ale wielkim duchem. Nie wiedziałem, czy to odwaga, czy głupota naprowadziła mnie tam wtedy. Dotarłem na obrzeża watahy, gdzie uciekając od "drzew", napotkałem jednego z odludków. Ojciec tak nazywał tych, którzy nie chcieli lub nie mogli być członkami watahy bądź nie mieli ochoty aktywnie uczestniczyć w naszym życiu. Nie mieli się jednak, gdzie się podziać, dlatego stali się marginesem społeczeństwa. Ojciec pozwalał im mieszkać przy granicy. Mogli robić, co chcieli w tej swojej samotności. Nigdy w sumie nie rozumiałem idei bycia samemu. Jak można na dłuższą metę nie chcieć się z kimś zaprzyjaźnić? Interakcje społeczne mamy w genach i są przecież tak ważne dla naszego gatunku. Wszak sami Bogowie obdarzyli nas zdolnością komunikowania się oraz w przeciwieństwie do innych zwierząt, otrzymaliśmy również inteligencję i niezwykłe zdolności. Do dziś pamiętam swój rytuał przejścia, gdzie spośród wszystkich żywiołów, odkryłem w sobie właśnie te, którymi się teraz posługuje. Wciąż czułem drażniący zapach ziół, którymi mnie odurzono, by wybawić moją moc. Pamiętam, że miałem problem z jej uwolnieniem. Blokada polegała na moim samozaparciu i strachu o to, że otrzymam najsłabsze z możliwych. Jak bardzo się myliłem... Wracając jednak do głównego wątku... Spotkawszy na swej drodze Pustelnika o szlachetnym imieniu Amers, w pierwszej chwili pragnąłem się wycofać. Nie mogłem się jednak ruszyć, moje łapy odmawiały posłuszeństwa. Zdążyłem się za to dokładniej przyjrzeć nowemu nieznajomemu. To był bardzo dziwny wilk o niezwykłych złotych oczach i wręcz kruczo-czarnej sierści, która była dużo dłuższa od wszystkich. Stary, niezbyt ładnie pachnący i mocno pomarszczony, do tego małomówny, jeśli w ogóle można powiedzieć, że cokolwiek mówił. Gdy mnie wtedy dostrzegł, spojrzał głęboko w moją duszę, ale nie wyczułem strachu, tylko spokój i niezmierną ciekawość. Wszystko ze mnie uleciało. Instynktownie mu zaufałem i nie żałuję. Zabrał mnie do swojego ala warsztatu, gdzie nauczyłem się kilku sztuczek. Do dziś pamiętam ból między paluszkami łap, które pulsowały żywym ogniem od intensywnej nauki. Długo bowiem uczyłem się operować swoimi łapami. Ta umiejętność nie przychodzi ot, tak. Byłem jednak tak zafascynowany, że nawet ostrzeżenia ojca mnie nie powstrzymały.
- Zobaczymy, co da się zrobić. - oznajmiłem ochoczo, zabierając się do dzieła. Wspomnienie, które mnie nawiedziło, było przyjemne. Bardzo dobrze wspominam ten czas, dlatego nie miałem problemów z powierzonym mi zdaniem. Uczyłem się przydatnych sztuczek przez długi czas. Żałuję tylko, że mój mentor nie dożył końca mojej nauki. Może był dziwakiem, jakim go okrzyknięto, lecz ja widziałem w nim dużo więcej. Samiec po przejściach, odrzucony przez najbliższych. Stracił swą ukochaną, dzieci odwróciły się od niego, przeklinając za jego słabość. Za to, że nie przewidział czegoś, czego się nie dało przewidzieć i nie uratował tej, którą kochał nad życiem.
- Dobra robota, przyjacielu! - ocknąłem się nagle, zdając sobie sprawę, że w zasadzie już skończyłem. Co prawda, miałem jeszcze kilka pomysłów na ulepszenia, ale już teraz mogłem to nazwać dziełem. Uśmiechnąłem się szeroko, dziękując swojemu mentorowi w duchu, po czym spojrzałem na Itami. Z wrażenia aż przysiadła, co rusz patrząc to na mnie, to na skończony płaszcz. Byłem z siebie dumny, dlatego wypiąłem dumnie pierś, puszczając jej przy tym perskie oczko. Zdawała się jednak tego nie widzieć. Z jakiegoś powodu był dość daleko myślami. Zamartwiała się o coś. Poczułem skurcz w żołądku. Nie chciałem, aby cierpiała.
- Atrehu. - spojrzała na mnie dość niepewnie. Jej oczy pozbawione były tego blasku. Nie powiem, wystraszyłem się. To nie jest codzienny widok i raczej nie wywołał we mnie pozytywnych odczuć. - Wybacz, że zachowuję się wobec ciebie, jak jędza. Po prostu... eh nieważne. - zdziwienie na moim pysku musiało być bardzo widoczne. Nie wiedziałem zbytnio, co wywołało w niej taki stan. Przepraszała za to, że nie pozwala się dotknąć w czasie okresu? Każda samica ma swoją przestrzeń osobistą, którą w tym, a już szczególnie w tym czasie woli się nie dzielić. Rozumiałem to. To bolesny proces i wcale nie ułatwiałem. Dlaczego zatem za to przeprasza?
- Itami? - zacząłem delikatnie, przybliżając się do niej. Podniosła głowę, po czym spojrzała na mnie. - Nigdy... powtarzam, nigdy nie przepraszaj za to, że robisz to, co robisz. Nie jesteś wcale jędzą, twoje zachowanie wcale nie jest złe. Ja... ja wiem, że przeginam. To moja wina, bo nie powinienem cię dotykać, a robię to wręcz namolnie i sam siebie mam dość. Zachowuje się jak napalony kutas, który nie zwraca uwagi na to, jak się czujesz. Dlatego nie przepraszaj. Nie mam do ciebie o to pretensji. Wręcz przeciwnie, zdziwiłbym się bardzo, gdybyś zachowała się inaczej.
- Ja po prostu...
- Uśmiechnij się. - przerwałem jej próbę usprawiedliwienia się, po czym sam obdarzyłem ją uśmiechem. - Jesteśmy przyjaciółmi, prawda? A przyjaciele przebaczają sobie wszystko, dlatego... ehmm... czy przebaczysz mi bycie irytującym kutasem, który przez ten twój okres ma na ciebie straszną chcicę?
- Hahaha. - śmiech wadery był jak miód na moje uszy. Lek na zgryźliwą chorobę. Nie mogąc się powstrzymać, również się zaśmiałem, parskając, a nasza głupawka wypełniła powierzchnię wewnątrz. - Oh, Atrehu. Co ja z tobą mam.
- Istny Armagedon. - odpowiedziałem już spokojniej, po czym spojrzałem na płaszcz. - To co, idziemy do Itachi'ego?

Itami?

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1362
Ilość zdobytych PD: 681 + 5% (34)za długość powyżej 1000 słów.
Obecny stan: 1812

sobota, 18 grudnia 2021

Od Itami cd Itachi/Atrehu ~ Poszukiwanie miejsca

Stała tak przez chwilę nad śpiącym Itachim, biorąc głębokie wdechy i wydechy, jak to mieli w zwyczaju robić medycy i chirurdzy, przed ważną operacją - jednakże ból w podbrzuszu nie bardzo jej w tym pomagał. - jednocześnie przyglądała się wyrazowi pyska śpiącego basiora. Jego twarz zastygła w spokojny i łagodny grymas.
~ Będzie dobrze Itachi, to zaledwie kilka cięć i pozbieramy cię do kupy. - pomyślała. Kiwnęła głową, jakby komuś dawała znak, że jest gotowa, po czym zawołała Lonyę.
- Jesteś gotowa? - spytała starsza medyczka, przygotowując odpowiednie narzędzia chirurgiczne.
- Tak, nawet nie wiesz, jak bardzo. - odparła pewnie Itami.
- I to ja rozumiem. - oznajmiła Lonya.
Z początku wszystko szło gładko, gdy Lonya skalpelem torowała sobie drogę do złamanej kończyny - najbardziej starały się, aby nie uszkodzić najważniejszej tętnicy i poważnych splotów nerwowych, aby nie doprowadzić do niedowładu. Stłuczone mięśnie i inne tkanki dawały swe znaki, przybierając barwę intensywnej czerwieni. Nie wyglądało to dobrze. Krótko mówiąc, był to fatalny widok. Prócz złamanej szyjki, kość udowa wydawała się być pęknięta - Zinterpretowała to Itami po wąskich szramach na powierzchni okostnowej.
~ Itachi, coś ty najlepszego narobił! - miała ochotę wybudzić basiora i wykrzyczeć mu, że jest nieodpowiedzialnym szczeniakiem.
Zgodnie z zasadami, Itami i Lonya spoiły ze sobą złamania, a na pękniętą kość, młodsza medyczka zamontowała specjalny wkład, aby nie doprowadzić do jeszcze większego uszkodzenia w trakcie rehabilitacji.
Gdy nakładały szwy na ranę pooperacyjną, dosłownie kamień spadł z serca Itami, opadając ciężko tyłkiem na ziemię - było jej bardzo gorąco i mimo obecnej zimy, lało się z niej, jak z fontanny. Kolejny, nieznośny efekt okresu, pomyślała z przekąsem.
Po nałożeniu grubego gipsu na kończynę Itachiego, wzięły się do niezbędnego porządkowania stanowiska operacyjnego. Brudne narzędzia do sterylizacji, zużyte waciki do wyrzucenia, a potrzebne leki i zioła zostały schowane do schowka.
~ Powinien za niedługo się obudzić.
W tamtym momencie zorientowała się, że to już wczesne popołudnie. Dosłownie wywaliła oczy na wierzch, gdy zorientowała się, że operacja trwała nieco dłużej niż przypuszczała - w myślach docięła sobie, że musi się jeszcze wiele rzeczy nauczyć.
Później do lecznicy wpadł Atrehu po odpracowaniu swej służby. Ciągnął za sobą upolowaną sarnę, uśmiechając się na widok Itami.
- Muszę czuwać nad pacjentem. - odparła Itami, gdy ten luźno jej zaproponował, czy nie zjadłaby z nim.
- Możecie iść na zaplecze. Twój pacjent jeszcze śpi, a ja mam tylko jednego pacjenta. Spokojnie zjedzcie sobie, tylko zostawicie coś dla mnie. - dodała Lonya ze znaczącym uśmiechem i zniknęła za ścianą. W trakcie posiłku, rozmyślała, co by mogła wręczyć Itachiemu, jako obiecaną nagrodę. Nie wiedziała kiedy, pojawił się obok niej rudy samiec.
- Nad czym tak myślisz? - wyszeptał jej do ucha. Czuła jego oddech, zapach zimna na jego futrze, ale gdy ta się do niego przytuliła, moment pojęła, że jego ciało jest niewiarygodnie ciepłe. Gotów była stwierdzić, że Atrehu ma gorączkę.
- Myślę... - zaczęła, wpatrując się w sarnie futro, a basior zaś kombinował jak mógł, aby zbliżyć się jeszcze bardziej do przyjaciółki.
- Mam! - wyrwała i podniosła się z miejsca, w trakcie, gdy Atrehu próbował złożyć pocałunek na jej policzku. - Atrehu, pomożesz mi zdjąć to futro z sarny?
- Po co ci to? - zapytał, gdy tak oddzielali porządny kawał skóry od mięsa i kości sarny.
- Obiecałam nagrodę dla Itachiego.
- Ah.
Usiadła na chwilę, mając przed sobą świeżo zdjętą skórę. Trzeba ją zakonserwować, to na pewno.
- Myślałam, żeby zrobić... Atrehu, co ty robisz? - zapytała, gdy poczuła, że masywna i mocna łapa basiora delikatnie masuje ją w okolicy powyżej lewego pośladka. Odsunęła się nieznacznie. Basior zrobił zmieszaną minę, ale rumieniec nie schodził mu z policzków.
- Wybacz, tak pięknie pachniesz, Itami.
- To tylko okres, nie przejmuj się. - odparła z figlarnym uśmieszkiem.
- A może zrobimy z tego porządną pościel? - zaproponował przyjaciel. A może kochanek? Sama już nie wiedziała, jak miała tytułować Atrehu. Owszem, nadal gorąco wspominała wydarzenie z jesieni i miała na to wciąż ochotę, ale... Atrehu ma już swoją miłość. Kim by była, gdyby stanęła na drodze, między Tsumi a nim? Zwyczajną szm**ą, dla której nie liczą się uczucia wyższe. Z takim myśleniem, odrzuciła łapę Atrehu, która próbowała dotknąć jej pośladka.
- Przestań! - powiedziała ostro Itami.
- Wybacz.
Westchnęła ciężko. Chciałabym znów poczuć, że Atrehu jest blisko mnie... jak wtedy ~ Pomyślała z żalem. Potrząsnęła głową, odganiając się od natrętnych myśli.
- Albo, stwórzmy dla niego ciepły płaszcz. Znasz się na tym? - zwróciła się do basiora, z miłym dla oka uśmiechem, jakby przed chwilą się nic nie stało.
- Zobaczymy, co da się zrobić. - oznajmił ochoczo basior i wziął się do dzieła. Itami była niezmiernie ciekawa, skąd Atrehu znał się na robotach skórkowych, a musiała przyznać, że szło mu nawet dobrze. Gdy zobaczyła jego dzieło, z wrażenia padła ciężko na zad i zaklaskała mu głośno.
- Dobra robota, przyjacielu!
Przyjacielu? Czy aby na pewno?!- odezwał się pewien głos w jej duszy. Cholera jasna. Znowu wyrzuty sumienia odzywają się, gdy krzyknie, albo zacznie winić swego przyjaciela za niewinne przekomarzanie - cóż, taki już jest i nie miała zamiaru go za to winić.
- Atrehu. Wybacz, że zachowuję się wobec ciebie, jak jędza. Po prostu... eh nieważne. - powiedziała i schyliła głowę nisko. ~ Żałuję, że nie stać mnie na twoje serce. - pomyślała z żalem.

<Atrehu, Itachi?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 828
Ilość zdobytych PD: 414
Obecny stan: 1021 PD

wtorek, 14 grudnia 2021

Od Itachi'ego c.d Itami ~ Poszukiwanie Miejsca

Odwrócił od samicy pysk, nie chciałem się lepiej poznawać. Nie byłem w tych sprawach za dobry. Tym bardziej, gdy widziałem, jak zachowuje się w stosunku do drugiego wilka, miał imię Atheru. Nie zręcznie się jeszcze czułem, jak mnie badała.
- Ile zajmie wyleczenie mnie ? - zapytałem, odwracając pysk z powrotem do wadery.
- Takie złamanie jest dość poważnym urazem. Myślę, że poleżysz u nas jakieś 4 miesiące.
- To jakieś żarty?! - wrzasnąłem, - Yh. - położyłem pysk na zimnej ziemi.
- Więc co ci strzeliło do głowy, żeby dorosły basior spał na drzewie, jak misiek koala?
- Zawsze śpię na drzewie... Tylko tym razem spałem bez czujności, może dlatego spadłem... - odparłem.
- Wybacz, dla mnie ten argument jest kaleki. Następnym razem pomyśl, zanim zaczniesz znowu zgrywać drzewołaza. - burknęła Itami.
- Spałem tak od urodzenia, nie zmienię miejsca, tylko dlatego, że mogłem przestać chodzić... Czuje się tam bezpieczniej. - mruknąłem.
- Jak to od urodzenia? - zapytała zdziwiona, uniosła brwi wysoko.
- Chowałem się tam przed starszym bratem. - odparłem. - Choć musiałem najpierw się nauczyć wspinać, przyszło mi to łatwo...
Itami usiadła obok, dobierając odpowiednią ilość ziół uśmierzających ból.
- No to teraz czeka cię operacja. W sensie... będziesz mieć nastawianą kość. Czemu chowałeś się przed starszym bratem? Jeśli to nie tajemnica, oczywiście.
Nie lubiłem się zbytnio zwierzać, szczególnie z mojej przeszłości... lecz nie miałem innego pomysłu jak by tu ją zbyć.
- Ojciec uczył nas na zabójców. Ja nie umiałem zabijać, dlatego byłem postrzegany przez ojca i brata za słabą jednostkę i chętnie pozwoliłby bratu mnie zabić.
Nie bardzo rozumiała sensu tego, co mówił basior o swej przeszłości. ~ Myślałam, że zabójcy powinni trzymać się razem, a nie wyznaczać się na tych lepszych i gorszych.
- Rozumiem. Musiało być ci ciężko.
- Było minęło. - przypomniałem sobie wtedy o siostrze, co musi teraz przez nas przeżywać. Zakryłem pysk łapą, by nie było widać łez.
- Hej, co ci jest? - zapytała z nieudawaną troską i podeszła do basiora. Przejechała delikatnie palcami po przedramieniu łapy, którą zakrył swój pysk, aby okazać mu swe zmartwienie. - Będzie dobrze.
Nie wiedziałem, czy żyje, czy jest z nią dobrze. Mogłem tylko mieć nadzieje i modlić się by było dobrze. Wytarłem łapą łzy i spojrzałem na nią.
- Może teraz ty opowiesz coś ze swojego życia? - zapytałem.
- Cóż... - zaczęła dość niepewnie z tego względu, że nie wiedziała, jak zareaguje na fakt, że miała dość ułożone dzieciństwo od niego. - Nigdy nie poznałam swojej mamy, bo umarła przy porodzie, ale przy mnie i przy mojej siostrze, Muiri, zawsze czuwał ojciec. Totalny dowcipniś i luzak, ale też porządny basior. Poznał nową waderę, która urodziła mu syna. Ja i siostra z początku nie mogłyśmy się przyzwyczaić do nowego obiektu zainteresowania naszego taty, więc lekko nas to irytowało, ale potrzebowałyśmy czasu, żeby go zaakceptować.
- Rozumiem. - odparłem i pomyślałem o Matce i Ojczymie. U mnie taka sama sytuacja wystąpiła, lecz ja chciałem dobra matki. Po tym, co przeżyła, zasłużyła na bycie szczęśliwą.
- A potem. - kontynuowała, nadal mieszając coś przy ziołach. Dobieranie proporcji ziół znieczulających wymagało skupienia, więc trudno jej było przywołać pewne wydarzenia. - Nastała zmiana władzy. Niestety na tę gorszą. Mój przyjaciel został wygnany, a gdy Alfa dowiedział się, że miałam z nim jakiekolwiek kontakty, postanowił ulżyć sobie na mnie i mojej rodzinie. Tatę, macochę i rodzeństwo wtrącił do ciemnicy, a mnie... eh... - na samo wspomnienie o tym, zdenerwowanie spotęgowało w niej do tego stopnia, że trzasnęła łapą o stół. Zioła pospadały na ziemię, Itami zaklęła cicho pod nosem. Zerknęła ukosem na przyglądającego się jej basiora.
Nie mogłem ruszać tylnymi częściami, lecz doczołgałem się do niej i pomogłem pozbierać zioła.
- Jeżeli nie chcesz, nie musisz o tym mówić, wiem, że niektóre wspomnienia bolą i trudno o nich wspominać i mówić. - odparłem, podając waderze zioła.
- Itachi, nie ruszaj się! Możesz tylko pogorszyć swoją sytuację! - powiedziała pośpiesznie i pomogła basiorowi ułożyć się w wygodnej dla niego pozycji, ale gdy utkwiła w nim swój wzrok, był całkowicie wyzbyty gniewu. Lśnił w nich natomiast smutek i przygnębienie, a następnie łagodnie musnęła palcami jego policzka. - Każdy miał w swym życiu trudne sprawy. Na tym świecie chyba nie ma wilka, który nie zaznał w życiu cierpienia.
- Tak to prawda, lecz trzeba iść naprzód. Jeśli zatrzymamy się, zostaniemy zabici przez to przez ból wspomnień dawnych. - dodałem do jej wypowiedzi. - I nie musisz się martwić o mnie, nie jednokrotnie miałem coś łamane.
- Muszę. Inaczej Lonya łeb mi urwie. Jesteś teraz pod moją opieką. Spróbuj się zrelaksować. Rozmowa sprawia, że szybko mija czas. Rozmowa pomaga. Więc no... a co z twoją rodziną? Znałeś swoją matkę? Czy wychowywał cię surowy ojciec?
- Znam swoją matkę, lecz nie byłem zbyt do niej przywiązany... wręcz przeciwnie było z siostrą Irmą. Z nią miałem więź porozumienia. Ojciec bardziej szkolił nas na zabójców i morderców, niż wychowywał. Matkę traktował jak inkubator... - zacisnąłem zęby ze złości.
- Ciii, już spokojnie. Nie kochał ją szczerze? Rozumiem. No cóż... - zebrała odpowiednie ilości ziół i przytknęła je basiorowi pod pysk. - Masz, one ci pomogą pokonać ból. Przeżuj je, a potem połknij.
Zgodnie z jej zaleceniami, basior brał po kolei podawane rośliny do ust, choć czynił to niechętnie. - Co się potem z nią stało?
- Mieszka teraz szczęśliwa ze swoim nowym partnerem. - odparłem. - Od wielu lat nie widziałem jej takiej szczęśliwej. - dodałem. - A co z Twoją rodziną ?
- Cóż, jak już mówiłam. Zostali pojmani. Nie jestem pewna, co się z nimi teraz dzieje. Pewnie nadal siedzą w ciemnej jaskini, bez cienia nadziei na lepsze jutro, albo błąkają się na wygnaniu. - Gdy o tym tak mówiła, zaczęła zachodzić w głowę, co tak naprawdę dzieje się z jej rodziną. Mam nadzieję, że jeszcze żyją. ~ szepnęła w myślach z nadzieją.
- Wiem, że Alfa może na takie coś nie przystać, lecz możesz spróbować i spytać się, czy by nie odratowali ich. - oznajmiłem. Nie byłem pewny, jakie reguły tu panują, lecz wydawałoby się, że każdy z każdym jest po przyjacielsku nastawiony.
- Nie jestem tego pewna. Nie chcę angażować watahy w rodzinne sprawy. - odparła dość niepewnie. - I jak? Zioła działają? Czujesz jakiś ból? - dodała, podchodząc do miejsca złamania. Pewnymi ruchami łapy dotykała miejsce stłuczenia, a także próbowała dostać się do okolicy złamania. Zdawała sobie sprawę, że to dla basiora może być niezręczne.
- Niee.... - odparłem, a na mojej twarzy pokazał się wyraźny rumieniec. - Czy mogłabyś mnie tam nie dotykać... ?
- Wybacz, chciałam sprawdzić, czy twój próg bólowy się zmniejszył. To dobrze! - klasnęła w łapy. - Czyli jesteś gotowy na kolejny etap badań!
- Co jaki ? - w moich oczach pojawiło się przerażenie.
Itami spojrzała mu w oczy. Kotłowało się w nich przerażenie i niepewność tego, co będzie dalej.
- Będziemy musieli cię operować. Wybacz Itachi, ale jesteś znieczulony, nic nie poczujesz. Nie będziesz miał prawa czuć, bo jesteś pod wpływem ziół znieczulających, dodatkowo będziesz nieprzytomny. Wiesz... nie będziesz musiał znosić ciężkich chwil operacji. Wszystko będzie dobrze, szybko się z tym uwiniemy. Zobaczysz. Spróbujemy zespolić ci te dwa złamane części za pomocą narzędzi. A potem będziemy musieli unieruchomić ci kończynę.
- Oh przechodziłem już przez takie rzeczy, więc na spokojnie, nie muszę mieć narkozy. - odparłem dumnie, by pokazać, że nie jestem łamagą.
- Nie masz wyjścia. Zjadłeś środek usypiający wraz z tymi ziołami. Wybacz, że nie dałam ci możliwości sprawdzenia swego męstwa. Może innym razem. - Zaśmiała się wesoło medyczka, poklepując go lekko w bark. - Ale dla odważnych są specjalne nagrody.
Itami ujrzała pytający wyraz na pysku basiora, uniósł lekko brew, co jeszcze bardziej ją rozśmieszyło.
- Nic, nic... Za chwilę powinieneś czuć otępienie. Zaraz potem zapadniesz w sen, a ja i Lonya będziemy mogły działać.
-Widać, że nie mam wyjścia. - ułożyłem łeb wygodnie na ziemi. - Będę czekał na nagrodę od razu po przebudzeniu. - spojrzałem na Waderę pustym wzrokiem i zamknąłem oczy. Po paru minutach zasnąłem.

Itami ?

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1240
Ilość zdobytych PD: 620 + 5% (35 PD) za długość powyżej 1000 słów
Obecny stan: 655 PD

niedziela, 5 grudnia 2021

Od Itami cd Atrehu/Itachi ~ Poszukiwanie miejsca

Itami stawiała ciężko kroki, czując, jak ból w podbrzuszu rozrywa jej wnętrzności, a na dodatek uczucie nieznośnego krwawienia, doprowadzało ją do szewskiej pasji. Postanowiła, że zajmie czymś myśli i zacznie opowiadać Atrehu i Itachiemu śmieszne i wymyślne krotochwile do czasu, aż nie dotarą do celu.- Itami? - Odezwał się Atrehu po chwili. Odwróciła się w jego stronę, a w jego oczach ujrzała znajome iskierki, całe jego zaś ciało drżało z trudno do wytłumaczenia wysiłku. Sama nie wiedziała, czy przez ciężar Itachiego, czy przez... jego męskie sprawy.
- Wiem, o czym myślisz. - Jego spojrzenie przybrały bardziej żywy kolor, zalśniły figlarnie.
~Ah, cały Atrehu, nigdy się nie zmieni - pomyślała i uśmiechnęła się znacząco - tym samym i basior skłonił się do tego.
- Czyżby? - zapytał, posyłając jej długie spojrzenie swych magicznych oczu, dla których chciało się ulec. Basior następnie uniósł jedną brew, jakby się nad czymś zastanawiał. Itami już dobrze wiedziała, nad czym, więc odparła ze śmiechem.
- Nie mam na myśli tego, co teraz chodzi ci po głowie. Chodziło mi raczej o twoje niezadane pytanie. - odparła z psotnym uśmieszkiem.
- Owszem, nie zadałem go, acz interesuje mnie, dlaczego sama go nie opatrzyłaś. - Itachi nastawił uszu, zerkając przez ramie na Itami. Oboje czekali na odpowiedź ze strony wadery.
- A co? Mojemu przyjacielowi jest za ciężko? - spytała słodko i niewinnie, ale zaraz dodała niespodziewanie ostro. - Itachi musi trafić do lecznicy, bo tam są wszystkie potrzebne rzeczy. Leki, narzędzia, wszystko. A poza tym, Lonya o wszystkim decyduje, bo jest starsza, bardziej doświadczona ode mnie.
- Hej, hej... Itami, spokojnie. - odparł Atrehu. - Chciałem tylko wiedzieć.
Teraz właśnie dotarło do wadery, jak ostro zareagowała na zadane pytanie. Odwróciła się znów do przyjaciela, podeszła bliżej i zadarła lekko głowę do góry, aby ich oczy się spotkały.
- Wybacz... nie powinnam tak mówić... to wszystko przez to skaranie boże... nie masz mi tego za złe?
- Nie, nie mam. Staram się nawet cię zrozumieć. Chodź, zanieśmy go do medyka. Ufff... ale on ciężki.
- Ja tu jestem! - odparł Itachi. - Wcale nie jestem tak ciężki.
Itami, na ten nagły odzew znajomego basiora, parsknęła śmiechem, po czym ruszyli dalej. Atrehu, zgodnie z jej prośbą, posadził Itachiego na stół operacyjny. Po jego minie widziała, że to wszystko się mu nie podobało, ani trochę.
- Zbadamy cię tylko. - powiedziała Itami, przejeżdżając palcem po jego policzku. Itachi zerknął na nią lekko zaskoczony tym gestem. Starała się, aby przez to się poczuł, że jest pod dobrą opieką.
Lonya, zgodnie z jej doświadczeniem, nakazała Itami zbadać basiora palpacyjnie, czy przez upadek nie złamał sobie czegoś.
- Możesz poruszać łapą? - zapytała Itami. Itachi zerknął chwilę na nią, a potem powiódł wzrokiem po swej tylnej łapie. Mięśnie uda pracowały prawidłowo, ale z wyraźnie malującym się grymasem bólu, starał unieść kończynę. Niestety nie dał rady, co też wyraźnie zmartwiło młodą medyczkę. Podeszła bliżej, opuszkami palców zaczęła badać miejsce stłuczenia. Dotykała ważne miejsca, pytała się, czy odczuwa jakiś ból. A gdy próbowała pomóc mu unieść kończynę, zareagował krzykiem.
- Już, już cicho! - próbowała uspokoić Itachiego. - Jesteś na prawdę twardym pacjentem, dasz radę.
- O ja pier**lę, jak to boli! - wysyczał przez zaciśnięte zęby Itachi.
- Przeprowadzę jeszcze kilka badań.
Z tymi słowy, próbowała dotknąć okolic pachwiny basiora. Tym samym, poprosiła Atrehu, aby lekko i w miarę, najdelikatniej jak potrafił, uniósł Itachiemu kończynę, zaś jej łapa zanurkowała wśród gęstwin futra. Itachi niemal zawył z bólu.
- Itachi, nie mam dla ciebie dobrych wieści. - zaczęła Itami, gdy skończyła badać połamanego basiora. - Podejrzewam, że masz złamaną szyjkę kości udowej. A to oznacza, że przez dłuższy czas nie ruszysz się z miejsca.
- No świetnie. - burknął basior i załamany, opuścił głowę na stół. - Ile to może potrwać?
- To zależy...
- Od czego? - basior starał się, żeby nie krzyknąć. W jego tonie wyraźnie jednak podkreślił napięcie i irytację, połączoną z załamaniem.
- Od rodzaju złamania, metod leczenia i czy nie została uszkodzona część talerza biodrowego. Wiem, że to będzie trudne dla ciebie, ale postaraj się nam zaufać. Ja i Lonya zaopiekujemy się tobą. Zgoda?
Itachi westchnął ciężko i pokiwał głową, na co, aby podnieść lekko basiora na duchu, uśmiechnęła się ciepło, po czym zwróciła się do Atrehu.
- Mogę cię prosić?
Basior bez słowa kiwnął głową, ale iskry w jego oczach nie przestały szaleć. Zaprowadziła go do osobnej odnogi jaskini, służącej jako schowek na zioła. Usiedli na przeciw siebie, Itami musiała znów poderwać głowę, aby utrzymać kontakt wzrokowy z o wiele wysokim od niej basiorem. W jego oczach czaiło się zapytanie, o co chodzi.
- Dziękuję ci za pomoc, Atrehu. - zaczęła i nagle ukłuło ją dziwne poczucie winy, za to, co zrobiła w lesie. - I jednocześnie chciałam przeprosić...
- Za co? - zapytał zdziwiony Atrehu.
- Za to. - dotknęła czule miejsca na policzku, gdzie uderzyła go bezceremonialnie. Basior obdarzył ją równie czułym spojrzeniem.
- Zasłużyłem. - odpowiedział. - Nie powinienem naruszać twej strefy intymności.
- Zrozum mnie... ten ból dobija mnie totalnie, ale, co nie oznacza, że czuję się winna. - Nie przestawała głaskać miejsca po uderzeniu, jednocześnie przyglądając się mu czule i ciepło. - I jeszcze raz ci dziękuję. Jesteś dobrym przyjacielem.
- A ty... - rzekł basior, zbliżając swój pysk, aż poczuła jego ciepły, przyjemny oddech. - Jesteś dobrą przyjaciółką i wspaniałą waderą. Wiedz, że zrobię wszystko, aby ci pomóc. - Jego usta niebezpiecznie zbliżały się do jej ust.
- Dzięki, doceniam... - W następnym momencie poczuła, jak fala gorąca ogarnia jej ciało, które po chwili zadrżało, gdy tylko pomyślała o tym, co się zaraz wydarzy. Atrehu przejechał kciukiem po jej dolnych wargach, rozwarł swe usta, wystawiając czubek języka. Zbliżał się powoli, a Itami nie protestowała... była zbyt opętana ciepłem i przyjemnym oddechem kochanka. Ich języki niemal zetknęły się ze sobą, gdy nagle zabrzmiał protestujący głos Lonyi.
- Te, gołąbki! Przykro mi, że przerywam, tę jakże uroczą i wywołującą oczny orgazm, scenę, ale nie zapominaj Itami, że pacjent ci umiera na stole!
- Tak, już idę. - odparła pośpiesznie Itami i odsunęła się od basiora, lekko zmieszana. Atrehu zaś szepnął coś wściekle pod nosem, a oczy zapłonęły z irytacji.
- Cieszy mnie to szalenie! - powiedziała Lonya i wróciła z powrotem do pracy.
- A mogło być tak pięknie. - burknął Atrehu.
- Uspokój się, Atrehu. Nie zatrzymuję cię już, bo pewnie też masz swoje obowiązki.
- Pieprzyć obowiązki... chciałbym zostać z tobą!
Z tymi słowy, Itami chciała jakoś rozładować jego napięcie, więc ułożyła swój policzek na jego klatce piersiowej, a ten swą silną łapą, objął ją czule. Tkwiła tak bez ruchu, przysłuchując się wyraźnemu biciu serca przyjaciela, jednocześnie ciesząc się jego ciepłem. Tego też właśnie teraz potrzebowała, aby ją ktoś objął, zauważył i zwrócił uwagę. Aby poczuć się bezpiecznie w czyichś ramionach, poczuć ciepło znajomej osoby. Czuła się na prawdę źle, gdy nagle Atrehu odsunął ją od siebie. Spoglądali na siebie i po chwili, basior rzekł ciepło, chwytając ją przyjaciółkę za ramiona.
- No, moja mała medyczko. Wracaj ratować innym życie, a ja wracam na patrol. Do zobaczenia.
Słabym, smutnym wzrokiem odprowadzała Atrehu, kroczącego wśród szalejącej śnieżycy, która nagle się rozpętała.
- Wszystko dobrze? -zwróciła się do Itachiego. - Potrzebujesz czegoś?
- Chciałbym coś przeciwbólowego i iść sobie.
- Jak ja uwielbiam, gdy pacjenci są, jak małe szczeniaki. - zachichotała pod nosem. - Pobędę tutaj z tobą, takie polecenie Lonyi. W sumie to nawet dobrze. Lepiej się poznamy i w ogóle.

<Itachi? Atrehu?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1159
Ilość zdobytych PD: 579 + 5% (28 PD) za długość powyżej 1000 słów
Obecny stan: 607

sobota, 4 grudnia 2021

Od Atrehu c.d Itachi'ego i Itami ~ Poszukiwanie miejsca

Cała ta sytuacja była wręcz absurdalna i byłem pewny, że szybko o niej nie zapomnę. W końcu nie codziennie dostaje się po pysku od kochanki, a zarazem najlepszej przyjaciółki. Choć z drugiej strony nie byłem pewny, za co dokładnie oberwałem. Wcześniej jej nie przeszkadzało, gdy dotykałem najczulszych miejsc, ale zaś wtedy nie było czuć tego anielskiego zapachu. Itami wydzielała specyficzne feromony. Woń niczym narkotyk przyciągała mnie do niej, do jej najskrytszego miejsca, w którym pragnąłem znaleźć ukojenie. To było zwyczajnie zbyt silne, by się temu oprzeć. Walczyłem, próbowałem. Głód był jednak silniejszy. Naprawdę powinienem poćwiczyć kontrolę nad sobą. To nie do pomyślenia, że kieruje mną jakaś cholerna chuć i chęć pieprzenia. Aczkolwiek tu zadziałało Zamglenie. Okres, w którym pożądanie atakuje znienacka, gdy potencjalna partnerka znajduje się blisko. Finał nie był jednak taki, jaki chciałem, aby był. Koniec końców dostałem za swoje. ~ Eh, samica zmienną jest. - pomyślałem, zerkając na nią spode łba, gdy dumnie wyprostowana, kroczyła obok mnie. Nigdy nie zrozumiem kobiet. Są zmienne jak pogoda. Raz pozwalają się do siebie zbliżyć, wybuchając ogniem niczym wulkan, innym zaś trzaskają ci łapą w pysk kompletnie bez powodu. No, może powód był, wszak pośladki należą do tej sfery nietykalnej, a ja ją bezceremonialnie naruszyłem. Czy można mnie jednak winić za to, że pokusa okazała się silniejsza? No i nie sądziłem, że tak źle to odbierze. Zwłaszcza że jakiś czas temu sama żądała, abym ją zaspokoił. Od tego czasu minęło jednak trochę i wszystko mogło się zmienić. I nie chodzi tu wcale o moją zranioną dumę, bo ta zanadto nie ucierpiała, ale... ~ Pieprzyć to, do cholery jasnej, muszę się ogarnąć! - warknąłem w myślach. W tej samej sekundzie coś gruchnęło o ziemię. Zatrzymałem się gwałtownie, a z mojego gardła wydobył się niski warkot. Itami się skuliła, chowając głowę między ramionami.
- Excuse-moi. - głos należał do samca, co tylko zwiększyło moją czujność. Wydawało mi się jednak, że już gdzieś go słyszałem, aczkolwiek nie pamiętałem gdzie. Odruchowo chciałem zasłonić Itami własnym ciałem, lecz wadera okazała się szybsza.
- Itachi? Co robiłeś na drzewie?! - zapytała, patrząc na przybysza wielkimi oczyma. ~ Czyli się znają. - uspokoiłem się nieco, lustrując go wzrokiem. Basior był zdecydowanie chudszy ode mnie, aczkolwiek podobnego wzrostu co ja, może nawet kilka centymetrów dłuższy, ale to raczej przez jego długi ogon. Białe futro zdobiła czerń na pysku i łapach, gdzie przy lewej przedniej dostrzec było można wyblakłe runy. Już coś kiedyś takiego widziałem. Symbole z pewnością zaczynają się jarzyć przy aktywowaniu swoich zdolności. Nie potrafiłem ich rozszyfrować z tej odległości, musiałabym podejść bliżej, by się przyjrzeć, a tego na razie nie zamierzałem robić. Co jeszcze przykuło moją uwagę, to czerwone wzory na piersi, układające się jakby w demoniczny uśmiech.
- Spałem. - głos basiora przywrócił mnie na ziemię. Potrząsnąłem głową, skupiając się na tym, co jest tu i teraz. - Ała! Moje biodro! - samiec skulił się, sycząc z bólu. Nie dziwiłem się, że go boli. W końcu zleciał z drzewa. Dość wysokiego dodam i to z wielkim hukiem. Warknąłem w myślach, a Itami zawtórowała mi siarczystym przeklnięciem, po czym spojrzała na mnie znacząco.
- Atrehu, pomożesz mi z nim? Musi go obejrzeć medyk. - nie zdążyłem odpowiedzieć, gdyż niedoszły samobójca poderwał się z miejsca.
- Nie, nie ma takiej potrzeby...
- To ja decyduję, czy jest potrzeba, czy nie! - uśmiechnąłem się delikatnie. Ta dziewczyna ma sobie ogień. Temu nie mogłem zaprzeczyć. Poza tym muszę sobie zapamiętać, by nie drażnić samic z okresem. Zamglenie to przy tym pikuś, zwłaszcza że działa ciut inaczej, acz wadery są tak samo wkurzone... Wracając, podszedłem do Itachiego, patrząc mu prosto w oczy. Wiedziałem, że pomysł z noszeniem go mu się nie spodobał. Był basiorem jak ja, wiedział, że jest to dość upokarzające. W końcu jednak dał się zaciągnąć na mój grzbiet, nie szczędząc niezadowolonych mruknięć. Nie miał wyjścia, przecież z trudem się podniósł. Ja sam nie byłem zbyt zachwycony. ~ Na wszystkich Bogów tego świata, ile on waży! - droga do lecznicy dłużyła się niemiłosiernie. Itachi nie należał do najspokojniejszych, co rusz się kręcił. Jak się okazało, rzeczywiście był dłuższy ode mnie, dlatego niesienie go na grzbiecie, było takie problematyczne. Itami zagadywała nas przez całą drogę, opowiadając śmieszne dowcipy. Nie powiem, na krótką metę przestawałem myśleć o rannym Itachim, choć on sam wydawał się niewzruszony całą tą sytuacją. Odetchnąłem z ulgą, gdy przed sobą dostrzegłem znajomą grotę. Nasze miejsce docelowe. Jaskinia medyka. W sumie zastanawiało mnie, dlaczego Itami sama go nie opatrzy. Jest przecież medykiem, powinna się znać na podstawach. Dlatego zatem, zamiast na miejscu go sprawdzić, szliśmy tu taki kawał.
- Itami?
- Wiem, o czym myślisz. - spojrzałem na nią, a moje oczy zalśniły figlarnie. Wiedziałem, że tylko ona mogła dostrzec te iskierki. I choć wcale nie myślałem o "tym", to uśmiech sam w sobie zagościł na moim pysku.
- Czyżby? - zapytałem, posyłając w jej stronę długie spojrzenie. Podniosłem jedną z brwi, zastanawiając się...
- Nie mam na myśli tego, co teraz chodzi ci po głowie. Chodziło mi raczej o twoje niezadane pytanie.
- Owszem, nie zadałem go, acz interesuje mnie, dlaczego sama go nie opatrzyłaś. - Itachi nastawił uszu, zerkając przez ramie na Itami. Oboje czekaliśmy na odpowiedź ze strony wadery.
- Cóż...

Itami, Itachi?

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 836
Ilość zdobytych PD: 418
Obecny stan:  418

niedziela, 31 października 2021

Od Itami c.d Itachi/Atrehu/Reneesme ~ Poszukiwanie Miejsca

Po odprowadzeniu tajemniczego samca o imieniu Itachi, nasza bohaterka postanowiła nie czekać, mając skrytą nadzieję, iż ów osobnik dalej poradzi sobie sam, i wrócić do swych codziennych obowiązków. Dyżur pełniła wraz z Lonyą, której pomagała przy trzech pacjentach z połamanymi kończynami. Jako, że była młodsza od lisicy o wielu ogonach, we wszystkim się jej słuchała, wypełniała polecenia bardziej doświadczonej medyczki. W zakresie obowiązków wiązało się także szperanie w ziołach, tworzenie z nich lekarstw. Bardzo lubiła swe obecne położenie, gdyż tylko wtedy czuła spokój i szczęście z wykonywanej pracy, zgodnej z jej powołaniem. Pochłonięta obowiązkami, Itachi kompletnie wywietrzał jej z głowy, zapomniała o nim, jakby spotkanie z ów basiorem było mało znaczącą błahostką. Czas mijał jej, jak piasek przesypujący się w klepsydrze i zanim się obejrzała, niebo zaścieliła nocna kołderka, upstrzoną gwiazdami, które lśniły, niczym diamenty. Północny lodowaty wicher uderzał o skalne zewnętrzne ściany lecznicy. Itami w towarzystwie Atrehu, zaczęła zmierzać do swej jaskini, rozmawiając i żartując z przyjacielem, który od czasu do czasu, spoglądał na nią znacząco. Bywało też tak, że basior w konwersację wplatał dość sprośne żarty, przeplatane śmiałymi słowami, ale Itami to nie przeszkadzało. Cóż, taki już jest ten jej przyjaciel i nie zamierzała go zamieniać na nikogo innego. Gdy dotarli na miejsce, pożegnała basiora czule, wtuliła się w jego futro na piersi, obdarowując go słodkim całusem. Była już pewna, że na dziś już koniec przyjemności, gdy nagle Atrehu zapytał, czy może jeszcze z nią pobyć przez krótką chwilę. Oczywiście zgodziła się i wspólny czas spędzili na rozmowach, posiłku składającym się z kilku zająców.
Następny dzień rozpoczął się pięknym deszczem promieni słonecznych, które ozłacały równiny, pokryte intensywnym szronem. Wszystko lśniło, skąpane w słońcu. Pierwsze oznaki zimy, która oficjalnie zakrólowała na świecie. Itami lubiła tę porę roku, aczkolwiek nie była jej wierną zwolenniczką, gdyż uzmysłowiła sobie, iż zacznie porastać w grube futro, czego szczerze nie lubiła. Dzień zaczął się także od nieprzyjemnego faktu, jakim było krwawienie miesiączkowe.
~ Cholera jasna! - największa skaza dla wader. Wraz z krwawieniem odczuwała nieprzyjemny ból w podbrzuszu, który nasilał się z każdą godziną. W głowie czuła, jak kotłuje się chaos myśli, a psychikę drażnią negatywne emocje.
Boli czy nie, trzeba wykonywać obowiązki w watasze.
Otrzepała się z sennego pyłu, zjadła nie dużo, gdyż nie miała ochoty, byleby mieć czym zapełniony żołądek, gdy będzie w pracy.
Skuta szronem trawa chrzęściła jej pod łapami, a wiatr pędzący z północy przeczesywał jej futro, nieprzyjemnie kłuł ją w skórę, na której z czasem tworzyła się gęsia skórka. Futro nastroszyło się w fizjologicznym mechanizmie obronnym przed zimnem.
Zaczęła szukać ziół. Skurcze mięśniowe dręczyły ją niemiłosiernie. Nagle jej uszy zarejestrowały dźwięk czyjegoś biegu, głośnego sapania oraz przyspieszonego bicia serca. W następnej chwili pojawił się Atrehu, który zażywał świeżego powietrza, urządzając sobie poranny bieg. Powitał ją z uśmiechem.
- No serwus, Itami! - Gdy jednak podszedł bliżej, aby ją wyściskać, zaczął mu intensywnie pracować nos. - A więc to ty tak ładnie pachniesz?
- Nie wiem, o co ci chodzi. - odparła wadera, puszczając komentarz przyjaciela bokiem. Gdy słońce zbliżało się ku zenitowi, Itami zebrała pęk świeżych ziół. Wraz z nastaniem zimy, coraz trudniej przychodziło jej znajdowanie danych roślin, w określonych ilościach. Atrehu (mimo, iż nie prosiła go o to) towarzyszył jej na każdym kroku, zajmując nieprzyjemne myśli rozmowami, co w gruncie rzeczy, była mu nawet za to wdzięczna.
- I jak? Przyswoiłaś sobie to, co nauczyłem cię na lekcji polowania? - spytał z uśmiechem. - Pamiętaj, uszy nisko, gdy się skradasz. - Dotknął delikatnie jej uszu, następnie zjechał łapą do kręgosłupa piersiowego. - Brzuch przyległy do ziemi i... - dojechał łapą do jej bioder. Itami wtedy poczuła, jak palce Atrehu lekko zaciskają się na jej pośladku. Odwróciła się, jak poparzona.
- Atrehu, no co ty?! - warknęła i zdzieliła przyjaciela w pysk. Gdyby to nie był jej najbliższy znajomy, z pewnością nie szczędziłaby sił. Atrehu pomasował miejsce uderzenia na szczęce. Nie zamierzała go silnie bić. To był zaledwie delikatny cios.
- Przepraszam...- wymamrotał zmieszany basior. Westchnęła ciężko, obdarowując basiora niezbyt przyjemnym spojrzeniem, lecz widząc, jaki kąsa go wstyd, a w oczach zakiełkowało zmieszanie, wybaczyła mu w duchu. Zagłębiwszy się dalej w las, mając nadzieję na znalezisko ziół, nagle w jednej sekundzie, spadło im coś pod łapami. W drugiej, zorientowali się, że to był wilk. Grzmotnął o ziemię z takim impetem, że Itami poczuła poruszenie pod łapami, a głowę odruchowo schowała między ramionami.
- Excuse-moi - odparł
- Itachi? Co robiłeś na drzewie? - zapytała Itami, wybudzając się z szoku.
- Spałem. Ała! Moje biodro! - Syknął z bólu.
Itami zaklęła w myślach. Cholera, jeśli to złamanie talerza biodrowego, może spotkać Itachiego operacja. Chociaż z drugiej strony, nie widziała takiej potrzeby, bowiem biodro otoczone jest obszerną masą mięśni i odłamki kości nie miałyby możliwości na przemieszczenie, aczkolwiek wolała, aby Itachi znalazł się w lecznicy.
- Atrehu? Pomożesz mi z nim? Musi go obejrzeć medyk.
- Nie, nie ma takiej potrzeby...
- To ja decyduję, czy jest potrzeba, czy nie! - powiedziała Itami, bliska krzyku. Omal nie wydarła się na cały las, jednakże... cóż... waderze problemy doskwierały jej niemiłosiernie. Za jej prośbą, Atrehu wziął Itachiego na swój grzbiet i we trójkę obrali kierunek w stronę lecznicy.

<Atrehu, Itachi, Reneesme?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 830
Ilość zdobytych PD: 415
Obecny stan: 926