Noiter krzątał się po swojej norce, która znajdowała się na brzegach terenu watahy. Przeglądał swoje zapasy różnych dupereli, które mogły się przydać w dzisiejszym jego zadaniu. Dostał cynk od Naharysa, że wybiera się ze swoją partnerką by spędzić czas sam na sam i potrzebuje, by ktoś zajął się szczeniakami. Noiter jako opiekun oczywiście z chęcią się zgodził. Poznał już Shori, jednak do tej pory nie miał okazji poznać reszty szczeniaków, gdyż zajmowała się nimi matka. Był ciekawy, jacy się okażą, gdyż słyszał co nieco od nich ojca, jednak żadnych konkretów. Wyjął kilka zabawek, które wystrugał z drewna oraz stworzone przez niego grzechotki z kości i skóry zwierzęcej. Po chwili namysłu postanowił zabrać też ze sobą farby naturalnego pochodzenia, które tak długo produkował. Chciał zrobić na dzieciach jak najlepsze wrażenie, więc nie oszczędzał środków. Za pomocą cieni, wrzucił zabawki do skóry, którą miał przerzuconą przez plecy, a farby niósł w pysku. Truchtał powoli uważnie, bez pośpiechu, by nie rozlać po drodze barwników. Przeszedł obok skały znajdującej się na środku terenów watahy, po czym skręcił w kierunku jaskini Naharysa. Po chwili dotarł na miejsce. Przy wejściu do mieszkania, stał jego właściciel, wraz ze swą partnerką.
- Witaj Noiter, nie spieszyło ci się – przywitał go biały wilk.
Czarny położył farby na bok, po czym odezwał się:
- Wybacz, że mi to tyle zajęło, ale w końcu jakoś dotarłem. Za długo zastanawiałem się nad, tym co ze sobą zabrać.
- Spokojnie, rozumiem. Dzieci są w jaskini – Sini śpi, a Shori i Ereden byli zajęci posiłkiem. Będziemy już szli i jeszcze raz dzięki.
- Nie ma problemu, to w końcu mój obowiązek – pożegnał rodziców szczeniaków. Wszedł do jaskini i rzucił okiem na szczeniaki, które właśnie kończyły się pożywiać.
- Noiter! – przywitała go błyskawicznie Shori – Miło cię widzieć! Kiedy następna lekcja latania? Mieliśmy poćwiczyć sztuczki!
- Pamiętam, pamiętam, jak znajdę czas, to od razu się tym zajmiemy. Byłem ostatnio trochę zajęty, ale nie zapomniałem o tobie. – zwrócił swoją uwagę na drugiego szczeniaka.
- Hej, ty pewnie jesteś Ereden, prawda? Miło mi cię poznać! Jestem waszym nowym opiekunem, nazywam się Noiter i mam nadzieję, że będziemy się świetnie bawić razem. A ty? – spytał z uśmiechem na twarzy, podchodząc do młodzieńca.
Ereden?
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 356
Ilość zdobytych PD: 178
Obecny stan: 2316
Newsy
:Aktualności
.Blog przechodzi obecnie renowację
.Już niebawem pojawią się nowości
:Pogoda
Obecna pora roku ~ Jesień
.Temperatura waha się między 10+ a 0- stopni Celcjusza
.Zmiana pory roku nastąpi 15.12.2022
Liczba wilków ~ 27
Wadery ~ 18 + 1 NPC
Basiory ~ 7 + 4 NPC
Szczeniaki ~ 1
Nieobecni: Brak
~Serdecznie zapraszamy♥~
niedziela, 6 marca 2022
Od Yneryth’a c.d Naharysa ~ Początek
- Możesz jeszcze trenować? Jeśli tak, wiesz, co trzeba powiedzieć?
Przez głowę wilka przeszło wiele myśli. Pierwszą z nich był wstyd związany z oberwaniem od kukły. Wszystko, co zyskał w zabawie z wahadłem, wisiało teraz na włosku. Basior był lekko wyczerpany fizycznie, nie był też zbyt szybki bez wzmocnienia się za pomocą magii. Walka z kukłą była dla niego zaskakująca. Kawał drewna działał podobnie do wahadła. Napędzał się z biegiem czasu. Pytanie pozostawało jedno, jak osiągnąć sukces. Podczas walki z hebanowym wilkiem Yneryth zbyt bardzo skupił się na przyszłości, odkleił swoje myśli od aktualnej sytuacji. Przeciwnik wykorzystał to z precyzją, jeden cios w brzuch starczył na przerwanie walki. Biały wilk upadł kawałek dalej, czuł ból wypełniający go od środka. Był przyzwyczajony do bóli różnego pokroju, takiego jednak nigdy nie uświadczył. Wściekły i unoszony własnym gniewem, wstał i oddalał myśli od swojego brzucha. Musiał jednak opróżnić swój żołądek.
Po wypuszczeniu pawia na wolność wrócił lekko zmieszany. Myślami miał ochotę rozszarpać kukłę, jednak gołymi pazurami i kłami nie było to możliwe. Uśmiechnął się lekko, miał walczyć jak jakiś barbarzyńca, jak jakiś wilk, który bazował na pierwotnych instynktach. Yneryth nie potrafił odnaleźć się w świecie bez używania daru. Wychodząc zza krzewu, naciągnął szyję. Wiedział, że teraz nie ma już innej opcji. Musi wygrać za wszelką cenę, przegrana nie wchodziła w rachubę. Głosy zaczęły lekko wibrować, podsycając jego przeczucia. Kolejna tura mogła skończyć się wizytą u jednej z wader, które zajmowały się pomocą medyczną. Biały wilk nie zamierzał kończyć uzależniony od jakiegoś innego wilka. Ten pojedynek był dla niego, już nie tylko walką o honor, ale też o mentalną wolność i samodzielność.
- Możesz jeszcze trenować? Jeśli tak, wiesz, co trzeba powiedzieć? – Zapytał Naharys.
- Mogę, dopóki potrafię chodzić, nie odmawiam. – Z lekką agresją dorzucił.
Yneryth miał teraz już jakiś plan. Pomysł był głupi i ryzykowany. Polegał on na wyautowaniu przeciwnika, zanim zdąży się rozpędzić. Sztuczny wilk działał przeciwnie do wahadła, choć główna mechanika była podobna. Zdaniem czworonoga trzeba było tutaj wrócić do podstaw. Zdać się na to, czego nie nawiedził. Pierwotną siłę i zwinność.
- Zmierz się ze mną. – Zawarczał zza zamkniętych zębów.
Kawałek drewna powstał. Wstając, wizualizował się. Mech na plecach jednak nie znikał. Yneryth pomyślał o innym sposobie. Teraz jednak ciężko był myśleć. Ryzyko rosło z każdą sekundą. Nowa myśl wilka była związana z mchem. Ów mech musiał rosnąć bezpośrednio na drewnie, w jakiś sposób osłabiając jego strukturę. Myśli miotały mu się po głowie. Znów zamyślony oberwał po tułowiu. Ciężko przesunął się po ziemi, wciąż stojąc. Naharys drgnął nerwowo, widać było u niego lekkie zaniepokojenie. Yneryth jednak nie poddał się tak łatwo. Ból powoli wypełniał jego ciało. Teraz miał już gdzieś plan i taktykę. Pełny był jeszcze jednej rzeczy, w głowie rozchodziła się złość i agresja. Bezwładnie otwierając swoje oczy, znów to zrobił. Głosy wyciszyły wszystkie jego myśli. Oczy lekko, lecz widocznie bardziej się skupiły. Futro jakoś dziwnie zareagowało. Nie tak jak w pełnię, lecz mimo wszystko, końcówki futra się przebarwiły. Wilk szedł zdecydowanym krokiem wprzód. Zdawać się mogło, że skupił się teraz tylko na jednym, na swoim celu. Kroki zmierzały prosto na kukłę, ona nie próżnowała, znów zaczynała wszystko od nowa. Pojedynek był teraz znacznie bardziej dynamiczny. Oboje okładali się łapami. W pewnym momencie biały uderzył łapą w omszałą cześć. Drewno cicho zatrzeszczało. A manekin przesunął się gwałtownie do tyłu, zderzając z drzewem za sobą. Kukła jakby się deaktywował. Mięsna iluzja, znów wróciła w postać drewna. Yneryth jednak, jakby tego nie dostrzegł. Dalej szedł w jej kierunku. Zdążył ją jednak uderzyć tylko raz nadprogramowo.
- Koniec. – Wykrzyknął Naharys.
Yneryth jakby się otrzepał. Wrócił do swojego pierwotnego koloru. Oczy nie lśnił jak wcześniej. Wilk patrzył na leżący kawałek drewna. Nie do końca wiedział, co się stało. Nie marudził jednak z wyniku treningu. Trochę uprzykrzał mu życie, ból żołądka, oraz nie wiedzieć skąd prawej część ciała. Ból tej części ciała był dla niego zastanawiający. Na kawałku drewna był widoczne wgniecenie, mech jednak przykrywał to miejsce, ukrywając skazę na narzędziu treningowym.
- Dałem jakoś radę. – Mówił, obracając się, jednocześnie hamując ból brzucha.
Naharys?
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 663
Ilość zdobytych PD: 331
Obecny stan: 331
Przez głowę wilka przeszło wiele myśli. Pierwszą z nich był wstyd związany z oberwaniem od kukły. Wszystko, co zyskał w zabawie z wahadłem, wisiało teraz na włosku. Basior był lekko wyczerpany fizycznie, nie był też zbyt szybki bez wzmocnienia się za pomocą magii. Walka z kukłą była dla niego zaskakująca. Kawał drewna działał podobnie do wahadła. Napędzał się z biegiem czasu. Pytanie pozostawało jedno, jak osiągnąć sukces. Podczas walki z hebanowym wilkiem Yneryth zbyt bardzo skupił się na przyszłości, odkleił swoje myśli od aktualnej sytuacji. Przeciwnik wykorzystał to z precyzją, jeden cios w brzuch starczył na przerwanie walki. Biały wilk upadł kawałek dalej, czuł ból wypełniający go od środka. Był przyzwyczajony do bóli różnego pokroju, takiego jednak nigdy nie uświadczył. Wściekły i unoszony własnym gniewem, wstał i oddalał myśli od swojego brzucha. Musiał jednak opróżnić swój żołądek.
Po wypuszczeniu pawia na wolność wrócił lekko zmieszany. Myślami miał ochotę rozszarpać kukłę, jednak gołymi pazurami i kłami nie było to możliwe. Uśmiechnął się lekko, miał walczyć jak jakiś barbarzyńca, jak jakiś wilk, który bazował na pierwotnych instynktach. Yneryth nie potrafił odnaleźć się w świecie bez używania daru. Wychodząc zza krzewu, naciągnął szyję. Wiedział, że teraz nie ma już innej opcji. Musi wygrać za wszelką cenę, przegrana nie wchodziła w rachubę. Głosy zaczęły lekko wibrować, podsycając jego przeczucia. Kolejna tura mogła skończyć się wizytą u jednej z wader, które zajmowały się pomocą medyczną. Biały wilk nie zamierzał kończyć uzależniony od jakiegoś innego wilka. Ten pojedynek był dla niego, już nie tylko walką o honor, ale też o mentalną wolność i samodzielność.
- Możesz jeszcze trenować? Jeśli tak, wiesz, co trzeba powiedzieć? – Zapytał Naharys.
- Mogę, dopóki potrafię chodzić, nie odmawiam. – Z lekką agresją dorzucił.
Yneryth miał teraz już jakiś plan. Pomysł był głupi i ryzykowany. Polegał on na wyautowaniu przeciwnika, zanim zdąży się rozpędzić. Sztuczny wilk działał przeciwnie do wahadła, choć główna mechanika była podobna. Zdaniem czworonoga trzeba było tutaj wrócić do podstaw. Zdać się na to, czego nie nawiedził. Pierwotną siłę i zwinność.
- Zmierz się ze mną. – Zawarczał zza zamkniętych zębów.
Kawałek drewna powstał. Wstając, wizualizował się. Mech na plecach jednak nie znikał. Yneryth pomyślał o innym sposobie. Teraz jednak ciężko był myśleć. Ryzyko rosło z każdą sekundą. Nowa myśl wilka była związana z mchem. Ów mech musiał rosnąć bezpośrednio na drewnie, w jakiś sposób osłabiając jego strukturę. Myśli miotały mu się po głowie. Znów zamyślony oberwał po tułowiu. Ciężko przesunął się po ziemi, wciąż stojąc. Naharys drgnął nerwowo, widać było u niego lekkie zaniepokojenie. Yneryth jednak nie poddał się tak łatwo. Ból powoli wypełniał jego ciało. Teraz miał już gdzieś plan i taktykę. Pełny był jeszcze jednej rzeczy, w głowie rozchodziła się złość i agresja. Bezwładnie otwierając swoje oczy, znów to zrobił. Głosy wyciszyły wszystkie jego myśli. Oczy lekko, lecz widocznie bardziej się skupiły. Futro jakoś dziwnie zareagowało. Nie tak jak w pełnię, lecz mimo wszystko, końcówki futra się przebarwiły. Wilk szedł zdecydowanym krokiem wprzód. Zdawać się mogło, że skupił się teraz tylko na jednym, na swoim celu. Kroki zmierzały prosto na kukłę, ona nie próżnowała, znów zaczynała wszystko od nowa. Pojedynek był teraz znacznie bardziej dynamiczny. Oboje okładali się łapami. W pewnym momencie biały uderzył łapą w omszałą cześć. Drewno cicho zatrzeszczało. A manekin przesunął się gwałtownie do tyłu, zderzając z drzewem za sobą. Kukła jakby się deaktywował. Mięsna iluzja, znów wróciła w postać drewna. Yneryth jednak, jakby tego nie dostrzegł. Dalej szedł w jej kierunku. Zdążył ją jednak uderzyć tylko raz nadprogramowo.
- Koniec. – Wykrzyknął Naharys.
Yneryth jakby się otrzepał. Wrócił do swojego pierwotnego koloru. Oczy nie lśnił jak wcześniej. Wilk patrzył na leżący kawałek drewna. Nie do końca wiedział, co się stało. Nie marudził jednak z wyniku treningu. Trochę uprzykrzał mu życie, ból żołądka, oraz nie wiedzieć skąd prawej część ciała. Ból tej części ciała był dla niego zastanawiający. Na kawałku drewna był widoczne wgniecenie, mech jednak przykrywał to miejsce, ukrywając skazę na narzędziu treningowym.
- Dałem jakoś radę. – Mówił, obracając się, jednocześnie hamując ból brzucha.
Naharys?
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 663
Ilość zdobytych PD: 331
Obecny stan: 331
Od Noitera: Quest I | IV | V + Inwestygacja ~ Lisek | Starzec | Niezwykłe wydarzenie
Przewrócił się z boku na bok, leżąc pod jabłonką. Od kiedy wrócił z wyprawy, na którą wziął go Yneryth, coś mu nie dawało spokoju. Krążyło i odbijało się w jego głowie, nie dając mu spokoju.
- Słyszeć głosy, głosy mówią mi gdzie iść, kierowanie losem… - zastanawiał się na głos samotnie – Gdzieś to słyszałem… Tylko gdzie?
Leżał, zastanawiając się nad tym, jednak bez większych sukcesów. Gdy już miał odpuścić, coś mu delikatnie przemknęło przez głowę.
- No tak! Słyszałem kiedyś od podróżnika, który przybył do naszej watahy… Pamiętam tylko, że ten wilk był odkrywcą… Też podobno prowadziły go głosy. Czemu pamiętam tyle różnych historii, a akurat ta mi uciekła – wyrzucał sobie. Wpadł jednak na pomysł. – Może tutaj też ktoś o nim słyszał? Nie zaszkodzi spróbować.
Postanowił pochodzić po watasze, mając w celu niewinne zadać pytania, pod pretekstem historii, którą kiedyś słyszał – nie chciał wypaplać niczego na temat Yna, bał się, że tamten mógł się obrazić, jeśli paplałby o tym na lewo i prawo.
< Jeden dzień później >
- Ugh, czy naprawdę nikt nic nie wie? – westchnął zirytowany. Nie zmrużył oka od ostatniego dnia, jednak nikt mu w niczym nie pomógł. Ktoś tam kojarzył coś, ale nie zdobył nic, oprócz imienia. Asran, jeśli wierzyć Naharysowi, tak się nazywał ten wilk. Też słyszał kiedyś tę historię, jednak nie pamiętał nic więcej niż to, co Noiter już wiedział. Trafił jednak na trop, gdyż podobno rodzina lisów żyjąca niedaleko terenów watahy, mogła coś wiedzieć. Postanowił się tam wybrać, jak tylko nastał świt. Sen może poczekać – teraz najważniejsze było zaspokojenie ciekawości. Poza tym umie wytrzymać dwa czy trzy dni bez snu, zachowując przy tym humor. Powoli, lekkim truchtem, przechadzał się po lesie znajdującym się na zachodzie. Las porankiem wydawał się niezwykle spokojny i jednocześnie piękny. Wiosna była w pełnym rozkwicie, budząc cały świat do życia. Było cicho, a jednak słychać było życie tętniące wokół, jeśli się wsłuchało. Ciche tupoty wiewiórek, ćwierkanie ptaków, dziobanie drzewa przez dzięcioła – wszystko to dostępne dla uważnego słuchacza. Noiter przeszedł po kłodzie nad małą rzeczką, która płynęła sobie w spokoju, równym strumieniem. Rozkoszował się porankiem i nim się obejrzał był już prawie na miejscu. Zbliżając się, usłyszał nagle szelest krzaków po swojej prawej stronie. Odskoczył przestraszony. Gdy jednak nic się nie stało, podszedł bliżej do krzaka – ciekawość zwyciężyła. Zerknął zza krzaka. Zobaczył tam małego liska, który wyglądał na smutnego, nawet mu łzy ciekły po policzkach. Podszedł do niego powoli.
- Hej mały, coś się stało? Bo wygląda na to, że coś się stać musiało. Powiesz mi? – spytał zmartwiony.
- Ja… Nie powinienem rozmawiać z nieznajomymi! Tak mówiła mama – odparł ten, wyraźnie przestraszony.
- No tak, a mamy trzeba się słuchać, to bardzo mądre z twojej strony. A więc jestem Noiter! Miło poznać – przedstawił się entuzjastycznie – A teraz mi powiesz, co się stało?
- No bo… byłem razem z rodzicami, byliśmy na polowaniu. No i tam był taki ładniutki motylek, zacząłem go gonić, no i odbiegłem, a tu patrzę za chwilę, a rodziców nie ma. Próbowałem sam dojść do domu, ale jestem kiepski w tropieniu i jestem tutaj. – pociągnął nosem smutno.
- No to masz szczęście, bo właśnie się wybierałem do waszej rodzinki! Wiem mniej więcej, jak tam trafić, zaprowadzę cię, co ty na to?
- Naprawdę?
- Naprawdę! Obiecuje ci to z łapką na sercu. Chodź za mną – rzucił, pokazując malcowi drogę. Szedł powoli, upewniając się, że nie zgubi go po drodze. Po chwili spacerku dotarli na miejsce znane maluchowi – na polane, przy której znajdowała się jego nora. Ten od razu się rozpromienił i pobiegł do niej, wołając:
- Mamo! Tato! Jesteście?
Z nory wyłoniły się pyski zmartwionych rodziców małego liska.
- Nari, tu jesteś! Wszędzie cię szukaliśmy! Wiesz, jak się zamartwialiśmy, co ci mogło się stać – już myśleliśmy, że nie wrócisz. Nigdy więcej się tak nie oddalaj, dobrze?
- Zgoda! Już nigdy się nie oddalę, obiecuję. Mamo, Tato, poznajcie Noitera – powiedział, przedstawiając wilka, który pomógł mu znaleźć dom. – To dzięki niemu tu trafiłem, na początku się go przestraszyłem, ale okazało się, że wilk wcale nie jest taki straszny, jak go malują.
- Dzień dobry – przywitał się – Miło mi poznać.
- Witaj w naszych skromnych progach. Powiedz, jak możemy ci się odwdzięczyć? – spytała z wdzięcznością lisica.
- Powiedziałbym, że cała przyjemność tylko w pomaganiu, ale niestety bym skłamał. Przybyłem tu z celem. Szukam informacji o podróżniku Asranie oraz jemu podobnych.
- Asran? Pamiętam tę postać! Kiedyś mi o niej dziadek opowiadał, jak byłem jeszcze bardzo mały. – wtrącił się malec.
- Pamiętam tę opowieść. Mój ojciec usłyszał ją od podróżnika. Była o wilku, który zostawił swój lud, gdyż głosy przeznaczenia, prowadziły go ku jego prawdziwemu losowi. Niestety nie pamiętam szczegółów, oprócz tego, że miał lodowe moce… nie pamiętam jego drugiej mocy, niestety. A czemuż to akurat tak cię interesuje ta opowieść? - spytał się lis.
- Powiedzmy, że znam kogoś w podobnej sytuacji, kogoś, kto jest dla mnie ważny. – odparł z powagą.
- Jeśli to dla ciebie takie ważne, to mamy coś, co cię zainteresuje. Na północ stąd, znajdują się góry. Krążą słuchy o tajemniczym wilku zwanym Bajarzem, który mieszka w Wielkich Jaskiniach. Podobno zna każdą opowieść, jaka kiedykolwiek została wypowiedziana w tych stronach. Choć najprawdopodobniej to tylko legenda.
- Dziękuje! To na pewno mi pomoże. W końcu nie mam żadnych innych poszlak, a to w końcu coś, nawet jeśli to tylko legenda. Mam jednak jeszcze jedną prośbę, mogę się u was przespać? – spytał niewinnie.
- Oczywiście, przygotujemy ci posłanie.
- Dziękuje.
< Następnego dnia >
Wspinał się po stromym szlaku, który prowadził na najwyższy szczyt. Nad nim świecił księżyc, prawie całkowicie w swojej okazałości. Szlak był trudny, jednak było widać, że ktoś nim chodzi. Cieszył się nocnym powietrzem, choć zdecydowanie było zimno, jeśli chciał się wspinać wyżej, to niedługo będzie musiał zaczekać na dzień, jeśli nie chce zamarznąć. To właśnie przez ten wstrętny, zimny wiatr, nie mógł wzbić się w powietrze – było to zbyt ryzykowne. Jednak się nie poddawał. Krok za krokiem stawiał opór wiatrowi, pnąc się w górę. Mógł nim targać na lewo i prawo, ale on się nie podda. Znajdzie tego wilka w ten czy inny sposób. Już miał wejść na szczyt, gdy poczuł czyiś zapach, stary zapach.
- Czy to ten Bajarz? – pomyślał podekscytowany – Uważaj, bo nadchodzę!
Wszedł na górę i dostrzegł starego wilka z zamkniętymi oczami przy górce kamieni. Przeszedł go dreszcz ekscytacji. Powoli podszedł do niego i zapytał go:
- Bajarzu? Czy to ty?
Wilk od razu otworzył oczy i spojrzał na młodzieńca. Podbiegł do niego, wciskając mu w łapy kamienie, krzycząc:
- Chyżo! Niy mŏ czasu! Bier kamynie i ruszej swoja modŏ rzić! Muszymy dotrzeć do lepszego placu! Ćmawy plac na nŏs czekŏ. Zimny zōmek! Bibliŏtyka!
- Ale on ma śmieszny akcent – pomyślał Noiter – Ledwo go rozumiem. Cóż, chyba nie zostaje mi nic innego jak podążać za nim.
Wziął kamienie za pomocą swoich mocy i wrzucił na grzbiet. Rzucił się w pogoń za starym wilkiem, który szybko zbiegał z góry, jakby świat się kończył. Biegli i biegli, aż Noiter zaczął powoli tracić dech. Nagle staruch stanął, przed skałą, z ciemnego kamienia.
- Dej mi kamynie! Ône muszōm sam być! – zrobił, o co poprosił. Ten zaczął układać kamienie po dwóch bokach. Nagle kamień się rozwarł, ukazując ciemność, skrywającą swoje sekrety. Gdy już miał się pytać starca, co to znaczy, w ciemności pojawiły się wielkie, czerwone ślepia. Powoli zaczęły wyłaniać się wielgachne łapy, wraz z pyskiem. Stworzenie to było tak szpetne, że Noiter aż się wystraszył. Chciał uciekać, ale zobaczył, że starzec tkwił w miejscu, z błogim uśmiechem.
- Nie zostawię go tak! Przecież on umrze! - pomyślał nerwowo Noiter. W tym momencie, w ułamku sekundy, zrobił coś głupiego. Wskoczył między starca a stwora i krzyknął:
- Zostaw go! Słyszysz!? Zjedz mnie, a nie jego! – przygotował się na najgorsze, jednak wtedy stało się coś dziwnego. Dziwny stwór zaczął się rozwiewać i po chwili nie było po nim śladu. Nim dotarło do niego, co się stało, z ciemności wyszła wadera. Była ona białego umaszczenia, z wielkimi skrzydłami motyla na plecach. Stanęła przed nimi i stwierdziła:
- Ojcze, co ci mówiłam o przyprowadzaniu wędrowców w to miejsce? Przecież wiesz, że to ma być sekret. – Po czym zwróciła się do rogacza — Choć muszę przyznać, jesteś jednym z nielicznych, którzy nie zostawili go na pewną śmierć, to się ceni. Jak ci na imię wędrowcze?
- Jestem Noiter – przedstawił się – Powiedz mi jedno, czy wiesz, gdzie znajdę Bajarza? Naprawdę muszę z nim porozmawiać, to bardzo ważne.
- Stoisz przed nim – powiedziała wadera – Ale zwracaj się do mnie Tilia, Bajarz to tylko mój tytuł.
- To ty jesteś Bajarzem?
- A co, nie mogę?
- Nie no, możesz, po prostu myślałem, że będzie trudniej. Nawet nie wiesz ile mam pytań!
- Może wejdź do środka, a pytania zostaw na potem. – powiedziała, odsłaniając wnętrze jaskini, już niespowitej dłużej mrokiem. W samym jej centrum znajdowała się wielka struktura wykonana z lodu. Jej ściany były wysokie i nieociosane. Między różnymi poziomami jaskini, wznosiły się mosty łączące je ze sobą. Wszystko to było niezwykle imponujące oraz oświetlone przez unoszące się kule światła.
- Niesamowite – wymknęło mu się. Skierował się śladami Tilii do środka, przechodząc przez lodowe korytarze, starając się nie pośliznąć, na mroźniej podłodze. Zauważył unoszące się światełka, znajdujące się we wnękach, które wszędzie były obecne w zamku. Podszedł do jednej z takich półek i spostrzegł, że gdy się zbliżył, w środku obłoku światła, rozgrywała się historia. Scena pokazywała wilka, który stał przed gronem innych, był on koloru blond, ewidentnie Alfa. Obok niego stał ktoś łudząco podobny, ale rudy i trochę mniejszy. Wilki zaczęły się kłócić, o to, że rudy wilk znalazł sobie partnera, po czym blond wilk uciekł, zamrażając wszystko wokół. Po drodze ulepił bałwana oraz zbudował łudząco podobną strukturę lodu, w której obecnie się znajdują. Gdy jego przewodniczka zauważyła, że przygląda się tej historii podeszła do niego zażenowana:
- O nie, oglądasz tę historię. Stworzyłam ją w wieku nastoletniego buntu, jest żenująca.
- Nie mów tak! Mnie się podobała – stwierdził szczerze – Jak się kończy?
- Alfa godzi się z siostrą, a ukochany rudej okazuje się mordercą. Wszystko rozwiązuje przytulas pełny rodzinnej miłości.
- Ciekawie! Czyli w tych kulach światła są historię?
- Tak to mój talent, umiem uwieczniać historię, tworząc iluzję. Moje atrybuty to światło i dźwięk.
- A to miejsce? – spytał z ciekawością.
- To jest lodowiec, który był tu, od kiedy pamiętam. Tata pomagał mi wykopać w nim miejsce, jego moce pochodzą z ziemi i lodu.
Noiter postanowił przejść do rzeczy:
- Słuchaj, przyszedłem tu w nadziei na znalezienie czegoś o wilku zwanym Asran i jego podobnym. Nie masz może w swojej kolekcji historii o nim?
- A tak się składa, że mam ją oraz jej podobne. Szukasz coś o wilkach podążającym za głosem przeznaczenia?
- Dokładnie!
- A czemu cię to interesuje? Też je słyszysz?
- Nie ja, tylko mój bliski znajomy. Traktuje go jak ojca, którego nigdy tak naprawdę nie miałem. Ostatnio powiedział mi o tym, że słyszy głosy, a przypomniałem sobie o tej historii i nie dawało mi to spokoju. Chce wiedzieć, co to znaczy.
- Pokaże ci tę historię oraz resztę, jednak nie zrobię tego za darmo.
- Zrobię wszystko by ją poznać!
- Musisz opowiedzieć mi swoją historię! Jestem niezwykle ciekawa.
- No dobrze. Nie jestem w tym dobry. Wszystko zaczęło się- zaczął jej opowiadać swoją historię. Powiedział jej prawie wszystko o sobie, nie zatajając niczego. Gdy skończył, ta tylko wstała, podeszła do pustej wnęki i po chwili w środku już znajdował się świetlisty obłok. Po chwili przyfrunęły do niej cztery obłoki i spoczęły przed Noiterem. Zerknął w nie ciekawie.
Pierwsza historia była o Asranie, wielkim odkrywcy, który znalazł najwyższą górę świata i wspiął się na nią samodzielnie. Odkrył też wiele nowych gatunków zwierząt oraz kwiat o magicznych właściwościach, który uleczył jego chorą ukochaną. Mówiono, że wszystko zawdzięcza głosom, które go prowadzą.
Druga historia była o bezimiennym wilku, który jako szczeniak został wrzucony w ciemną jaskinię i zostawiony tam na pastwę losu. Wyszedł stamtąd, ale nie był już taki sam. Znalazł każdego z jego byłej watahy i po kolei wymordował. Podobno umiał cię znaleźć, nieważne gdzie jesteś, bo jego przyjaciele z cieni, cię widzieli.
Trzecia historia była o waderze, która została rozdzielona od swych szczeniaków. Poświęciła na to lata, ale po kolei znalazła wszystkie z nich i się z nimi zjednoczyła. Mówiono, że prowadziły ją głosy z nieba.
Czwarta historia opowiadała o małym lisie, który potrafił oceniać wilki, tylko na nich patrząc. Zawsze zdawał się wiedzieć, jacy są i czy można im ufać. Zawdzięczał to piaskowym wilkom, jak ich nazywał. Mówił tak o głosach, które szeptały mu z piasku.
- Są też podania, mówiące, że takie wilki dostają znaki od istot wyższych. – dopowiedziała Tilii.
- Co to może znaczyć? – spytał ją, jednak nie oczekiwał odpowiedzi, gdyż właśnie je dostał, mimo że budziły więcej pytań, niż udzielały odpowiedzi. Podziękował waderze za wszystko i skierował się do wyjścia. Czekała go długa droga powrotna.
KONIEC
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 2071
Ilość zdobytych PD: 1035 + 10% (103 PD) za długość powyżej 2000 słów.
Nagroda za Quest: 1000 PD + 7 inteligencja + 3 spryt + 3 zwinność + 4 kondycja + 3 siła + 3 obrona
Obecny stan: 2138 PD
- Słyszeć głosy, głosy mówią mi gdzie iść, kierowanie losem… - zastanawiał się na głos samotnie – Gdzieś to słyszałem… Tylko gdzie?
Leżał, zastanawiając się nad tym, jednak bez większych sukcesów. Gdy już miał odpuścić, coś mu delikatnie przemknęło przez głowę.
- No tak! Słyszałem kiedyś od podróżnika, który przybył do naszej watahy… Pamiętam tylko, że ten wilk był odkrywcą… Też podobno prowadziły go głosy. Czemu pamiętam tyle różnych historii, a akurat ta mi uciekła – wyrzucał sobie. Wpadł jednak na pomysł. – Może tutaj też ktoś o nim słyszał? Nie zaszkodzi spróbować.
Postanowił pochodzić po watasze, mając w celu niewinne zadać pytania, pod pretekstem historii, którą kiedyś słyszał – nie chciał wypaplać niczego na temat Yna, bał się, że tamten mógł się obrazić, jeśli paplałby o tym na lewo i prawo.
< Jeden dzień później >
- Ugh, czy naprawdę nikt nic nie wie? – westchnął zirytowany. Nie zmrużył oka od ostatniego dnia, jednak nikt mu w niczym nie pomógł. Ktoś tam kojarzył coś, ale nie zdobył nic, oprócz imienia. Asran, jeśli wierzyć Naharysowi, tak się nazywał ten wilk. Też słyszał kiedyś tę historię, jednak nie pamiętał nic więcej niż to, co Noiter już wiedział. Trafił jednak na trop, gdyż podobno rodzina lisów żyjąca niedaleko terenów watahy, mogła coś wiedzieć. Postanowił się tam wybrać, jak tylko nastał świt. Sen może poczekać – teraz najważniejsze było zaspokojenie ciekawości. Poza tym umie wytrzymać dwa czy trzy dni bez snu, zachowując przy tym humor. Powoli, lekkim truchtem, przechadzał się po lesie znajdującym się na zachodzie. Las porankiem wydawał się niezwykle spokojny i jednocześnie piękny. Wiosna była w pełnym rozkwicie, budząc cały świat do życia. Było cicho, a jednak słychać było życie tętniące wokół, jeśli się wsłuchało. Ciche tupoty wiewiórek, ćwierkanie ptaków, dziobanie drzewa przez dzięcioła – wszystko to dostępne dla uważnego słuchacza. Noiter przeszedł po kłodzie nad małą rzeczką, która płynęła sobie w spokoju, równym strumieniem. Rozkoszował się porankiem i nim się obejrzał był już prawie na miejscu. Zbliżając się, usłyszał nagle szelest krzaków po swojej prawej stronie. Odskoczył przestraszony. Gdy jednak nic się nie stało, podszedł bliżej do krzaka – ciekawość zwyciężyła. Zerknął zza krzaka. Zobaczył tam małego liska, który wyglądał na smutnego, nawet mu łzy ciekły po policzkach. Podszedł do niego powoli.
- Hej mały, coś się stało? Bo wygląda na to, że coś się stać musiało. Powiesz mi? – spytał zmartwiony.
- Ja… Nie powinienem rozmawiać z nieznajomymi! Tak mówiła mama – odparł ten, wyraźnie przestraszony.
- No tak, a mamy trzeba się słuchać, to bardzo mądre z twojej strony. A więc jestem Noiter! Miło poznać – przedstawił się entuzjastycznie – A teraz mi powiesz, co się stało?
- No bo… byłem razem z rodzicami, byliśmy na polowaniu. No i tam był taki ładniutki motylek, zacząłem go gonić, no i odbiegłem, a tu patrzę za chwilę, a rodziców nie ma. Próbowałem sam dojść do domu, ale jestem kiepski w tropieniu i jestem tutaj. – pociągnął nosem smutno.
- No to masz szczęście, bo właśnie się wybierałem do waszej rodzinki! Wiem mniej więcej, jak tam trafić, zaprowadzę cię, co ty na to?
- Naprawdę?
- Naprawdę! Obiecuje ci to z łapką na sercu. Chodź za mną – rzucił, pokazując malcowi drogę. Szedł powoli, upewniając się, że nie zgubi go po drodze. Po chwili spacerku dotarli na miejsce znane maluchowi – na polane, przy której znajdowała się jego nora. Ten od razu się rozpromienił i pobiegł do niej, wołając:
- Mamo! Tato! Jesteście?
Z nory wyłoniły się pyski zmartwionych rodziców małego liska.
- Nari, tu jesteś! Wszędzie cię szukaliśmy! Wiesz, jak się zamartwialiśmy, co ci mogło się stać – już myśleliśmy, że nie wrócisz. Nigdy więcej się tak nie oddalaj, dobrze?
- Zgoda! Już nigdy się nie oddalę, obiecuję. Mamo, Tato, poznajcie Noitera – powiedział, przedstawiając wilka, który pomógł mu znaleźć dom. – To dzięki niemu tu trafiłem, na początku się go przestraszyłem, ale okazało się, że wilk wcale nie jest taki straszny, jak go malują.
- Dzień dobry – przywitał się – Miło mi poznać.
- Witaj w naszych skromnych progach. Powiedz, jak możemy ci się odwdzięczyć? – spytała z wdzięcznością lisica.
- Powiedziałbym, że cała przyjemność tylko w pomaganiu, ale niestety bym skłamał. Przybyłem tu z celem. Szukam informacji o podróżniku Asranie oraz jemu podobnych.
- Asran? Pamiętam tę postać! Kiedyś mi o niej dziadek opowiadał, jak byłem jeszcze bardzo mały. – wtrącił się malec.
- Pamiętam tę opowieść. Mój ojciec usłyszał ją od podróżnika. Była o wilku, który zostawił swój lud, gdyż głosy przeznaczenia, prowadziły go ku jego prawdziwemu losowi. Niestety nie pamiętam szczegółów, oprócz tego, że miał lodowe moce… nie pamiętam jego drugiej mocy, niestety. A czemuż to akurat tak cię interesuje ta opowieść? - spytał się lis.
- Powiedzmy, że znam kogoś w podobnej sytuacji, kogoś, kto jest dla mnie ważny. – odparł z powagą.
- Jeśli to dla ciebie takie ważne, to mamy coś, co cię zainteresuje. Na północ stąd, znajdują się góry. Krążą słuchy o tajemniczym wilku zwanym Bajarzem, który mieszka w Wielkich Jaskiniach. Podobno zna każdą opowieść, jaka kiedykolwiek została wypowiedziana w tych stronach. Choć najprawdopodobniej to tylko legenda.
- Dziękuje! To na pewno mi pomoże. W końcu nie mam żadnych innych poszlak, a to w końcu coś, nawet jeśli to tylko legenda. Mam jednak jeszcze jedną prośbę, mogę się u was przespać? – spytał niewinnie.
- Oczywiście, przygotujemy ci posłanie.
- Dziękuje.
< Następnego dnia >
Wspinał się po stromym szlaku, który prowadził na najwyższy szczyt. Nad nim świecił księżyc, prawie całkowicie w swojej okazałości. Szlak był trudny, jednak było widać, że ktoś nim chodzi. Cieszył się nocnym powietrzem, choć zdecydowanie było zimno, jeśli chciał się wspinać wyżej, to niedługo będzie musiał zaczekać na dzień, jeśli nie chce zamarznąć. To właśnie przez ten wstrętny, zimny wiatr, nie mógł wzbić się w powietrze – było to zbyt ryzykowne. Jednak się nie poddawał. Krok za krokiem stawiał opór wiatrowi, pnąc się w górę. Mógł nim targać na lewo i prawo, ale on się nie podda. Znajdzie tego wilka w ten czy inny sposób. Już miał wejść na szczyt, gdy poczuł czyiś zapach, stary zapach.
- Czy to ten Bajarz? – pomyślał podekscytowany – Uważaj, bo nadchodzę!
Wszedł na górę i dostrzegł starego wilka z zamkniętymi oczami przy górce kamieni. Przeszedł go dreszcz ekscytacji. Powoli podszedł do niego i zapytał go:
- Bajarzu? Czy to ty?
Wilk od razu otworzył oczy i spojrzał na młodzieńca. Podbiegł do niego, wciskając mu w łapy kamienie, krzycząc:
- Chyżo! Niy mŏ czasu! Bier kamynie i ruszej swoja modŏ rzić! Muszymy dotrzeć do lepszego placu! Ćmawy plac na nŏs czekŏ. Zimny zōmek! Bibliŏtyka!
- Ale on ma śmieszny akcent – pomyślał Noiter – Ledwo go rozumiem. Cóż, chyba nie zostaje mi nic innego jak podążać za nim.
Wziął kamienie za pomocą swoich mocy i wrzucił na grzbiet. Rzucił się w pogoń za starym wilkiem, który szybko zbiegał z góry, jakby świat się kończył. Biegli i biegli, aż Noiter zaczął powoli tracić dech. Nagle staruch stanął, przed skałą, z ciemnego kamienia.
- Dej mi kamynie! Ône muszōm sam być! – zrobił, o co poprosił. Ten zaczął układać kamienie po dwóch bokach. Nagle kamień się rozwarł, ukazując ciemność, skrywającą swoje sekrety. Gdy już miał się pytać starca, co to znaczy, w ciemności pojawiły się wielkie, czerwone ślepia. Powoli zaczęły wyłaniać się wielgachne łapy, wraz z pyskiem. Stworzenie to było tak szpetne, że Noiter aż się wystraszył. Chciał uciekać, ale zobaczył, że starzec tkwił w miejscu, z błogim uśmiechem.
- Nie zostawię go tak! Przecież on umrze! - pomyślał nerwowo Noiter. W tym momencie, w ułamku sekundy, zrobił coś głupiego. Wskoczył między starca a stwora i krzyknął:
- Zostaw go! Słyszysz!? Zjedz mnie, a nie jego! – przygotował się na najgorsze, jednak wtedy stało się coś dziwnego. Dziwny stwór zaczął się rozwiewać i po chwili nie było po nim śladu. Nim dotarło do niego, co się stało, z ciemności wyszła wadera. Była ona białego umaszczenia, z wielkimi skrzydłami motyla na plecach. Stanęła przed nimi i stwierdziła:
- Ojcze, co ci mówiłam o przyprowadzaniu wędrowców w to miejsce? Przecież wiesz, że to ma być sekret. – Po czym zwróciła się do rogacza — Choć muszę przyznać, jesteś jednym z nielicznych, którzy nie zostawili go na pewną śmierć, to się ceni. Jak ci na imię wędrowcze?
- Jestem Noiter – przedstawił się – Powiedz mi jedno, czy wiesz, gdzie znajdę Bajarza? Naprawdę muszę z nim porozmawiać, to bardzo ważne.
- Stoisz przed nim – powiedziała wadera – Ale zwracaj się do mnie Tilia, Bajarz to tylko mój tytuł.
- To ty jesteś Bajarzem?
- A co, nie mogę?
- Nie no, możesz, po prostu myślałem, że będzie trudniej. Nawet nie wiesz ile mam pytań!
- Może wejdź do środka, a pytania zostaw na potem. – powiedziała, odsłaniając wnętrze jaskini, już niespowitej dłużej mrokiem. W samym jej centrum znajdowała się wielka struktura wykonana z lodu. Jej ściany były wysokie i nieociosane. Między różnymi poziomami jaskini, wznosiły się mosty łączące je ze sobą. Wszystko to było niezwykle imponujące oraz oświetlone przez unoszące się kule światła.
- Niesamowite – wymknęło mu się. Skierował się śladami Tilii do środka, przechodząc przez lodowe korytarze, starając się nie pośliznąć, na mroźniej podłodze. Zauważył unoszące się światełka, znajdujące się we wnękach, które wszędzie były obecne w zamku. Podszedł do jednej z takich półek i spostrzegł, że gdy się zbliżył, w środku obłoku światła, rozgrywała się historia. Scena pokazywała wilka, który stał przed gronem innych, był on koloru blond, ewidentnie Alfa. Obok niego stał ktoś łudząco podobny, ale rudy i trochę mniejszy. Wilki zaczęły się kłócić, o to, że rudy wilk znalazł sobie partnera, po czym blond wilk uciekł, zamrażając wszystko wokół. Po drodze ulepił bałwana oraz zbudował łudząco podobną strukturę lodu, w której obecnie się znajdują. Gdy jego przewodniczka zauważyła, że przygląda się tej historii podeszła do niego zażenowana:
- O nie, oglądasz tę historię. Stworzyłam ją w wieku nastoletniego buntu, jest żenująca.
- Nie mów tak! Mnie się podobała – stwierdził szczerze – Jak się kończy?
- Alfa godzi się z siostrą, a ukochany rudej okazuje się mordercą. Wszystko rozwiązuje przytulas pełny rodzinnej miłości.
- Ciekawie! Czyli w tych kulach światła są historię?
- Tak to mój talent, umiem uwieczniać historię, tworząc iluzję. Moje atrybuty to światło i dźwięk.
- A to miejsce? – spytał z ciekawością.
- To jest lodowiec, który był tu, od kiedy pamiętam. Tata pomagał mi wykopać w nim miejsce, jego moce pochodzą z ziemi i lodu.
Noiter postanowił przejść do rzeczy:
- Słuchaj, przyszedłem tu w nadziei na znalezienie czegoś o wilku zwanym Asran i jego podobnym. Nie masz może w swojej kolekcji historii o nim?
- A tak się składa, że mam ją oraz jej podobne. Szukasz coś o wilkach podążającym za głosem przeznaczenia?
- Dokładnie!
- A czemu cię to interesuje? Też je słyszysz?
- Nie ja, tylko mój bliski znajomy. Traktuje go jak ojca, którego nigdy tak naprawdę nie miałem. Ostatnio powiedział mi o tym, że słyszy głosy, a przypomniałem sobie o tej historii i nie dawało mi to spokoju. Chce wiedzieć, co to znaczy.
- Pokaże ci tę historię oraz resztę, jednak nie zrobię tego za darmo.
- Zrobię wszystko by ją poznać!
- Musisz opowiedzieć mi swoją historię! Jestem niezwykle ciekawa.
- No dobrze. Nie jestem w tym dobry. Wszystko zaczęło się- zaczął jej opowiadać swoją historię. Powiedział jej prawie wszystko o sobie, nie zatajając niczego. Gdy skończył, ta tylko wstała, podeszła do pustej wnęki i po chwili w środku już znajdował się świetlisty obłok. Po chwili przyfrunęły do niej cztery obłoki i spoczęły przed Noiterem. Zerknął w nie ciekawie.
Pierwsza historia była o Asranie, wielkim odkrywcy, który znalazł najwyższą górę świata i wspiął się na nią samodzielnie. Odkrył też wiele nowych gatunków zwierząt oraz kwiat o magicznych właściwościach, który uleczył jego chorą ukochaną. Mówiono, że wszystko zawdzięcza głosom, które go prowadzą.
Druga historia była o bezimiennym wilku, który jako szczeniak został wrzucony w ciemną jaskinię i zostawiony tam na pastwę losu. Wyszedł stamtąd, ale nie był już taki sam. Znalazł każdego z jego byłej watahy i po kolei wymordował. Podobno umiał cię znaleźć, nieważne gdzie jesteś, bo jego przyjaciele z cieni, cię widzieli.
Trzecia historia była o waderze, która została rozdzielona od swych szczeniaków. Poświęciła na to lata, ale po kolei znalazła wszystkie z nich i się z nimi zjednoczyła. Mówiono, że prowadziły ją głosy z nieba.
Czwarta historia opowiadała o małym lisie, który potrafił oceniać wilki, tylko na nich patrząc. Zawsze zdawał się wiedzieć, jacy są i czy można im ufać. Zawdzięczał to piaskowym wilkom, jak ich nazywał. Mówił tak o głosach, które szeptały mu z piasku.
- Są też podania, mówiące, że takie wilki dostają znaki od istot wyższych. – dopowiedziała Tilii.
- Co to może znaczyć? – spytał ją, jednak nie oczekiwał odpowiedzi, gdyż właśnie je dostał, mimo że budziły więcej pytań, niż udzielały odpowiedzi. Podziękował waderze za wszystko i skierował się do wyjścia. Czekała go długa droga powrotna.
KONIEC
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 2071
Ilość zdobytych PD: 1035 + 10% (103 PD) za długość powyżej 2000 słów.
Nagroda za Quest: 1000 PD + 7 inteligencja + 3 spryt + 3 zwinność + 4 kondycja + 3 siła + 3 obrona
Obecny stan: 2138 PD
sobota, 5 marca 2022
Od Lonyi c.d Atrehu | Naharys'a | Piny | Tsumi ~ W głowie się nie mieści
Noc była ciepła, jednak nie zniechęciło mnie to do wtulenia się w gęste futro samca, który przez długi czas otaczał mnie uściskiem. Przyjemnie było się tak schować w objęciach i chociaż na kilka chwil poczuć, że jestem całym światem. No bo jak można się czuć po pierwszym seksie? Jedne mówiły, że to było podłe, jednak zaraz później z opowieści dało się wywnioskować, że trafiły na niewyżyte warchlaki, którymi głównie kierował "drugi mózg". Ja miałam przyjemność trafić na samca, potrafiącego ofiarować wybrance namiastkę raju.
Czując, do czego zmierza nasza dalsza rozmowa, uniosłam się na równe nogi, za co zostałam nagrodzona przeciągłym jękiem towarzysza. Chyba całus nie był w stanie zrekompensować zawodu, jaki właśnie mu sprawiłam, wyrażając chęć spędzenia jeszcze kilku minut razem w drodze do mojej jaskini.
-Wiesz, że nadal nie jest za późno, żeby zmienić zdanie. - zawadiacki uśmiech rozkwitł na pysku samca, kilkanaście metrów od mojej kwatery.
W odpowiedzi otrzymał jedynie uśmiech i ciche westchnienie, na co po raz kolejny miałam przyjemność usłyszeć westchnienie w głosie rudego basiora. Nie godziło się, jednak odesłać go wyłącznie z kwitkiem, po tym jak zamienił najzwyklejszą noc, we wspomnienie, które będzie mi towarzyszyć przez długi czas. I tu właśnie się ono kończy. - u wejścia do jaskini, której próg stanie się granicą dla Atrehu.
Nim skryłam się w ciemności, jeszcze raz złożyłam pocałunek na jego ustach. Przeciągły i skłamałabym, gdybym wyznała, że to tylko po to, aby nagrodzić go za opiekuńczość, starania i szarmanckie zachowanie wobec mojej osoby.
Serce biło, jak szalone, gdy ów szarmancki basior pozostał na zewnątrz, a ja układałam się wygodnie na miękko wyścielonym legowisku. Waliło nadal nawet rano, a muszę przyznać, że trudno było odpłynąć do krainy snów po tym co się stało, chociaż przez kilka chwil zastanawiałam się, czy wydarzenia z minionej nocy, nie były po prostu snem. Przygryzłam wargę, zdając sobie sprawę, że chociaż raz, coś, co było piękne, może też być prawdziwe.
Mimo niewielkiej dawki snu ochoczo wyłoniłam się z groty, przeciągając się w promieniach Słońca. Jaskinia zlokalizowana była na niewielkim wzniesieniu w sąsiedztwie innych skalnych schronień, a stąd był widok na polanę, gdzie zaledwie kilka godzin wcześniej, członkowie oddawali się zabawie zaprawianej miodem, czego skutki można było obserwować na ich twarzach. Grymas zmęczenia malował się niemalże u każdego napotkanego wilka, jednak nasza wataha pełna jest twardych wader i wytrwałych basiorów. - byle strucie alkoholem nie pokrzyżuje planów i nie zakłóci życia stada. Zresztą kto odmówi tak zacnej biesiady, kiedy syn dowódców będzie się żenić?
A no znam pewną waderę, jednak jej wstrzemięźliwość można wybaczyć ze względu na jej stan. Nie to, co pozostała część rodziny, która dochodziła do siebie z pomocą ziół i litrów wody.
- Jakim cudem ty trzymasz się na nogach? - wybełkotał Asdan, przecierając policzek z taką siłą, że dolna powieka odsłoniła krawędź gałki ocznej, a kącik wargi opadł, jakby się roztapiał.
- Natura poskąpiła mi krzepy, ale nie rozumu, bracie. Jak się nie znasz na ziołach, to przynajmniej naucz się pić. - zaśmiałam się triumfalnie, widząc wręcz agonalny stan najstarszego brata. - Na przyszłość zainwestuj w mięte i rumianek.
Za kilka dni znów nadejdzie czas rozłąki z rodziną, toteż wraz z Naharysem staraliśmy się spędzić wolny czas z bliskimi, starając się przy okazji pomóc w toczącym się życiu watahy. Z racji mojego doświadczenia, pozwoliłam sobie na spędzenie kilku godzin w grocie szpitalnej, jednak i tam podczas natłoku obowiązków, w mojej głowie był Atrehu, a towarzyszył mi nawet kiedy układałam się do snu po ostatniej nocy. Znikał wręcz na ułamki sekund, kiedy chwila wymagała ode mnie czegoś więcej niż wyuczonych procedur medycznych, czy też dłuższej chwili pomyślunku nad znalezieniem odpowiedzi na pytanie nurtujące członka rodziny, czy też pacjenta.
Jak tu poradzić sobie z tym natłokiem myśli, który, o ironio powodował jeden wilk?
Ciężko było nad nimi zapanować, zajmując głowę czymś innym, toteż nadszedł czas, aby skupić się właśnie na nich. Spacer po ścieżkach wyuczonych za szczeniaka okazał się najlepszym rozwiązaniem na dokładne przeanalizowanie sprawy... a raczej naszego momentu sam na sam. Myślami wracałam do uczucia, gdy jego usta dotykały mojej szyi, czy też łapy penetrowały każdy skrawek ciała. Na samo wspomnienie o jego spojrzeniu w tamtym momencie, przechodził mnie przyjemny dreszcz. Każdą sekundę rozkoszy, jaką zapewnił mi basior poprzedniej nocy, kosztowałam w swojej wyobraźni na nowo. Nie wiem ile czasu, spędziłam na tym wzniesieniu, obserwując okolicę, chociaż musiało minąć sporo czasu, bo gdy "oprzytomniałam" Słońce, które wcześniej ogrzewało mi twarz, teraz leniwie kryło się za horyzontem, zostawiając mnie samą ze sobą. No może nie do końca samą, ponieważ z odsieczą przyszedł Atrehu, zajmując miejsce obok mnie.
- Witam piękną panią.
- Witam przystojnego pana. Dobrze spałeś? - basior został obdarzony delikatnym uśmiechem.
Mimo wczesnej pory wyglądał na niezwykle zmęczonego.
- Ja właśnie w tej sprawie. Błagam, powiedz, że masz coś na kaca!
- Ktoś tu się dobrze bawił i teraz cierpi. - musnęłam jego łeb, który chwilę wcześniej ułożył obok mnie.
Basior mruczał, nawet wymsknęło się z jego paszczy jakieś słowo. Nie do końca zrozumiałam jakie, jednak wyglądał, jakby dotyk sprawiał mu przyjemność. Zresztą nie tylko jemu...
- Wybacz, akurat dzisiaj, nie wzięłam ze sobą całej szafki leków, na wypadek gdyby jakiś dogorywający pacjent wspinałby się za mną na wzgórze. Czemu nie przyszedłeś do lecznicy?
Nie odpowiedział, zamiast tego, zrobił to wyraz jego pyska. Coś między "Rzeczywiście", a "Atrehu, ty debilu", co wyglądało nad wyraz zabawnie. Oczywiście nie omieszkałam tego wyrazić, krztusząc się ze śmiechu, aby nim nie wybuchnąć.
- Błagam, zrób coś, bo zaraz łeb mi eksploduje.
- Weź to. - podałam mu niewielkich rozmiarów, zbitek suszonych roślin, które udało mi się zabrać z lecznicy. Swoją drogą ciekawy patent, który muszę przemycić do naszej watahy. - Tutejsi medycy, potrafią ekstrahować właściwości roślin do postaci stałych, dzięki czemu..
- Lonya... - jęknął basior.
- Po prostu połknij.
Basior dokładnie obejrzał specyfik, z wahaniem podejmując się wykonania polecenia. Ból głowy był najwidoczniej dosyć silny, bo obyło się bez czegoś więcej, jak ponaglającego spojrzenia z mojej strony.
- A teraz się połóż i czekaj. Ból powinien wkrótce minąć.
Ten bez słowa sprzeciwu, ułożył głowę na moim boku, czekając, aż krążek wielkości niewielkiego kamyka uśmierzy przykre dolegliwości. Nie minęło wiele czasu, bo zaledwie kilka minut, jak wrócił stary Atrehu. Te kilka minut spędził z zamkniętymi oczami i głową ułożoną na moich żebrach, pozwalając na muskanie go łapą po obojczyku.
Miło tak było zaopiekować się nim w tej chwili, nie tylko jako lekarz. Patrzyłam na jego ciało, miarowo poruszające się w rytm oddechów. Nie wiem czemu, ale jego obecność dawała mi uczucie błogości, ale nie miałam pewności, czy dobrze jest się do tego przyzwyczajać.
Znamy się naprawdę krótko, a jedną z dłuższych rozmów, jakie odbyliśmy, miała miejsce w jamie, podczas gdy nakryłam go z Tsumi, która zresztą jest mu bliska. Dlaczego, więc do czegoś między nami doszło? Czy to przez alkohol? Czy obydwoje wykorzystaliśmy chwilę?
Powinnam się liczyć z tym, że romans, choć intensywny może zakończyć się w dniu, w którym ruszymy w drogę powrotną. Ciężko jednak było odmówić sobie napawania się chwilą, zwłaszcza gdy okoliczności temu sprzyjały. Zachodzące Słońce rozścielające złotą pelerynę nad okolicznymi lasami i jeziorem.
- O czym myślisz? - jego głos przerwał ciszę, panującą między nami.
- Nad niczym konkretnym. - posłałam w jego stronę uśmiech, aby chwilę później skupić wzrok na krajobrazach.- Korzystam z chwili.
Atrehu bez słowa dźwignął się na równe nogi, ponownie skupiając na sobie całą moją uwagę. Jednym płynnym ruchem zawisł nade mną, powoli zbliżając swoje usta do moich. Nawet nie zamierzałam udaremniać mu tej czynności. Wręcz zachęciłam go do tego, układając się na plecach, aby łatwiej przyciągnąć go do siebie.
- Pokurwiło Was do reszty?!
Odsunęliśmy się od siebie w jednej chwili, słysząc znajomy głos postawnego białego basiora, który stał zaledwie kilka metrów od nas.
Exan z wybałuszonymi oczami gapił się na nas, podczas gdy my, obserwowaliśmy jego futro z wolna, przybierające barwę czerni.
<Exan -wzgórze, przemiana. Warunki idealne XD >
PODSUMOWANIE:
Ilość napisanych słów: 1269
Ilość zdobytych PD: 634 PD + 5% (32 PD) za długość powyżej 1000 słów
Obecny stan: 666
Czując, do czego zmierza nasza dalsza rozmowa, uniosłam się na równe nogi, za co zostałam nagrodzona przeciągłym jękiem towarzysza. Chyba całus nie był w stanie zrekompensować zawodu, jaki właśnie mu sprawiłam, wyrażając chęć spędzenia jeszcze kilku minut razem w drodze do mojej jaskini.
-Wiesz, że nadal nie jest za późno, żeby zmienić zdanie. - zawadiacki uśmiech rozkwitł na pysku samca, kilkanaście metrów od mojej kwatery.
W odpowiedzi otrzymał jedynie uśmiech i ciche westchnienie, na co po raz kolejny miałam przyjemność usłyszeć westchnienie w głosie rudego basiora. Nie godziło się, jednak odesłać go wyłącznie z kwitkiem, po tym jak zamienił najzwyklejszą noc, we wspomnienie, które będzie mi towarzyszyć przez długi czas. I tu właśnie się ono kończy. - u wejścia do jaskini, której próg stanie się granicą dla Atrehu.
Nim skryłam się w ciemności, jeszcze raz złożyłam pocałunek na jego ustach. Przeciągły i skłamałabym, gdybym wyznała, że to tylko po to, aby nagrodzić go za opiekuńczość, starania i szarmanckie zachowanie wobec mojej osoby.
Serce biło, jak szalone, gdy ów szarmancki basior pozostał na zewnątrz, a ja układałam się wygodnie na miękko wyścielonym legowisku. Waliło nadal nawet rano, a muszę przyznać, że trudno było odpłynąć do krainy snów po tym co się stało, chociaż przez kilka chwil zastanawiałam się, czy wydarzenia z minionej nocy, nie były po prostu snem. Przygryzłam wargę, zdając sobie sprawę, że chociaż raz, coś, co było piękne, może też być prawdziwe.
Mimo niewielkiej dawki snu ochoczo wyłoniłam się z groty, przeciągając się w promieniach Słońca. Jaskinia zlokalizowana była na niewielkim wzniesieniu w sąsiedztwie innych skalnych schronień, a stąd był widok na polanę, gdzie zaledwie kilka godzin wcześniej, członkowie oddawali się zabawie zaprawianej miodem, czego skutki można było obserwować na ich twarzach. Grymas zmęczenia malował się niemalże u każdego napotkanego wilka, jednak nasza wataha pełna jest twardych wader i wytrwałych basiorów. - byle strucie alkoholem nie pokrzyżuje planów i nie zakłóci życia stada. Zresztą kto odmówi tak zacnej biesiady, kiedy syn dowódców będzie się żenić?
A no znam pewną waderę, jednak jej wstrzemięźliwość można wybaczyć ze względu na jej stan. Nie to, co pozostała część rodziny, która dochodziła do siebie z pomocą ziół i litrów wody.
- Jakim cudem ty trzymasz się na nogach? - wybełkotał Asdan, przecierając policzek z taką siłą, że dolna powieka odsłoniła krawędź gałki ocznej, a kącik wargi opadł, jakby się roztapiał.
- Natura poskąpiła mi krzepy, ale nie rozumu, bracie. Jak się nie znasz na ziołach, to przynajmniej naucz się pić. - zaśmiałam się triumfalnie, widząc wręcz agonalny stan najstarszego brata. - Na przyszłość zainwestuj w mięte i rumianek.
Za kilka dni znów nadejdzie czas rozłąki z rodziną, toteż wraz z Naharysem staraliśmy się spędzić wolny czas z bliskimi, starając się przy okazji pomóc w toczącym się życiu watahy. Z racji mojego doświadczenia, pozwoliłam sobie na spędzenie kilku godzin w grocie szpitalnej, jednak i tam podczas natłoku obowiązków, w mojej głowie był Atrehu, a towarzyszył mi nawet kiedy układałam się do snu po ostatniej nocy. Znikał wręcz na ułamki sekund, kiedy chwila wymagała ode mnie czegoś więcej niż wyuczonych procedur medycznych, czy też dłuższej chwili pomyślunku nad znalezieniem odpowiedzi na pytanie nurtujące członka rodziny, czy też pacjenta.
Jak tu poradzić sobie z tym natłokiem myśli, który, o ironio powodował jeden wilk?
Ciężko było nad nimi zapanować, zajmując głowę czymś innym, toteż nadszedł czas, aby skupić się właśnie na nich. Spacer po ścieżkach wyuczonych za szczeniaka okazał się najlepszym rozwiązaniem na dokładne przeanalizowanie sprawy... a raczej naszego momentu sam na sam. Myślami wracałam do uczucia, gdy jego usta dotykały mojej szyi, czy też łapy penetrowały każdy skrawek ciała. Na samo wspomnienie o jego spojrzeniu w tamtym momencie, przechodził mnie przyjemny dreszcz. Każdą sekundę rozkoszy, jaką zapewnił mi basior poprzedniej nocy, kosztowałam w swojej wyobraźni na nowo. Nie wiem ile czasu, spędziłam na tym wzniesieniu, obserwując okolicę, chociaż musiało minąć sporo czasu, bo gdy "oprzytomniałam" Słońce, które wcześniej ogrzewało mi twarz, teraz leniwie kryło się za horyzontem, zostawiając mnie samą ze sobą. No może nie do końca samą, ponieważ z odsieczą przyszedł Atrehu, zajmując miejsce obok mnie.
- Witam piękną panią.
- Witam przystojnego pana. Dobrze spałeś? - basior został obdarzony delikatnym uśmiechem.
Mimo wczesnej pory wyglądał na niezwykle zmęczonego.
- Ja właśnie w tej sprawie. Błagam, powiedz, że masz coś na kaca!
- Ktoś tu się dobrze bawił i teraz cierpi. - musnęłam jego łeb, który chwilę wcześniej ułożył obok mnie.
Basior mruczał, nawet wymsknęło się z jego paszczy jakieś słowo. Nie do końca zrozumiałam jakie, jednak wyglądał, jakby dotyk sprawiał mu przyjemność. Zresztą nie tylko jemu...
- Wybacz, akurat dzisiaj, nie wzięłam ze sobą całej szafki leków, na wypadek gdyby jakiś dogorywający pacjent wspinałby się za mną na wzgórze. Czemu nie przyszedłeś do lecznicy?
Nie odpowiedział, zamiast tego, zrobił to wyraz jego pyska. Coś między "Rzeczywiście", a "Atrehu, ty debilu", co wyglądało nad wyraz zabawnie. Oczywiście nie omieszkałam tego wyrazić, krztusząc się ze śmiechu, aby nim nie wybuchnąć.
- Błagam, zrób coś, bo zaraz łeb mi eksploduje.
- Weź to. - podałam mu niewielkich rozmiarów, zbitek suszonych roślin, które udało mi się zabrać z lecznicy. Swoją drogą ciekawy patent, który muszę przemycić do naszej watahy. - Tutejsi medycy, potrafią ekstrahować właściwości roślin do postaci stałych, dzięki czemu..
- Lonya... - jęknął basior.
- Po prostu połknij.
Basior dokładnie obejrzał specyfik, z wahaniem podejmując się wykonania polecenia. Ból głowy był najwidoczniej dosyć silny, bo obyło się bez czegoś więcej, jak ponaglającego spojrzenia z mojej strony.
- A teraz się połóż i czekaj. Ból powinien wkrótce minąć.
Ten bez słowa sprzeciwu, ułożył głowę na moim boku, czekając, aż krążek wielkości niewielkiego kamyka uśmierzy przykre dolegliwości. Nie minęło wiele czasu, bo zaledwie kilka minut, jak wrócił stary Atrehu. Te kilka minut spędził z zamkniętymi oczami i głową ułożoną na moich żebrach, pozwalając na muskanie go łapą po obojczyku.
Miło tak było zaopiekować się nim w tej chwili, nie tylko jako lekarz. Patrzyłam na jego ciało, miarowo poruszające się w rytm oddechów. Nie wiem czemu, ale jego obecność dawała mi uczucie błogości, ale nie miałam pewności, czy dobrze jest się do tego przyzwyczajać.
Znamy się naprawdę krótko, a jedną z dłuższych rozmów, jakie odbyliśmy, miała miejsce w jamie, podczas gdy nakryłam go z Tsumi, która zresztą jest mu bliska. Dlaczego, więc do czegoś między nami doszło? Czy to przez alkohol? Czy obydwoje wykorzystaliśmy chwilę?
Powinnam się liczyć z tym, że romans, choć intensywny może zakończyć się w dniu, w którym ruszymy w drogę powrotną. Ciężko jednak było odmówić sobie napawania się chwilą, zwłaszcza gdy okoliczności temu sprzyjały. Zachodzące Słońce rozścielające złotą pelerynę nad okolicznymi lasami i jeziorem.
- O czym myślisz? - jego głos przerwał ciszę, panującą między nami.
- Nad niczym konkretnym. - posłałam w jego stronę uśmiech, aby chwilę później skupić wzrok na krajobrazach.- Korzystam z chwili.
Atrehu bez słowa dźwignął się na równe nogi, ponownie skupiając na sobie całą moją uwagę. Jednym płynnym ruchem zawisł nade mną, powoli zbliżając swoje usta do moich. Nawet nie zamierzałam udaremniać mu tej czynności. Wręcz zachęciłam go do tego, układając się na plecach, aby łatwiej przyciągnąć go do siebie.
- Pokurwiło Was do reszty?!
Odsunęliśmy się od siebie w jednej chwili, słysząc znajomy głos postawnego białego basiora, który stał zaledwie kilka metrów od nas.
Exan z wybałuszonymi oczami gapił się na nas, podczas gdy my, obserwowaliśmy jego futro z wolna, przybierające barwę czerni.
<Exan -wzgórze, przemiana. Warunki idealne XD >
Ilość napisanych słów: 1269
Ilość zdobytych PD: 634 PD + 5% (32 PD) za długość powyżej 1000 słów
Obecny stan: 666
Podsumowanie miesiąca ~ Luty
Witam serdecznie moi mili,To już kolejne podsumowanie, które zdradzi nam, kto w lutym okazał się najaktywniejszą duszyczką oraz ile wilczków osiągnęło nowy poziom! Na wstępie jednak, nim przejdziemy do podsumowania PD naszym postaciom i opowiemy sobie o wydarzeniach z życia watahy, chcielibyśmy przedyskutować z wami obecną sytuację z Ukrainą.
Nie w naszej mocy jest osądzanie czyichś działań i poglądów, bez względu na to, jakie by one nie były. Wojna wszakże rodzi problemy, nie przyczynia się do ich rozwiązania. Wystarczy pomyśleć zatem o dźwięku płaczących dzieci, postawionych przed obliczem strasznego faktu. Muszą pożegnać swych ojców, którzy ruszają w bój, ku obronie ojczyzny. Zwyczajni ludzie, tacy jak my, tracą dach nad głową, grozi im śmiertelne niebezpieczeństwo ze strony Rosyjskiego okupanta, który nie cofnie się, nawet przed najbardziej podłym czynem. Mężczyźni i kobiety chwytają za broń, a tysiące ucieka ze swego kraju, szukając pomocy i ciepła naszych serc.
My możemy tylko obserwować bądź działać, dlatego, jeśli ktoś ma możliwość, by wesprzeć Ukrainę, niechaj to uczyni, niechaj odrzuci obojętność! Tym ludziom odebrano wszystko, więc przyda się nawet drobny podarek. Koce, ubrania, jedzenie bądź udzielenie schronienia we własnym domu. Ci ludzie tego naprawdę potrzebują. Nie ignorujmy czyjegoś cierpienia.Wracając już do sprawy związanych z naszym cudownym blogiem!W kalendarzyku zbliża się kolejna okazja do świętowania! Tak, dobrze myślicie, kochani^^ Dzień kobiety (8 marca) i mężczyzny (10 marca) jest tuż tuż. Przygotujcie się zatem na dzień cudownych wrażeń. Niech was tylko nie pochłonie♥
Event Walentynkowy wciąż trwa! Za waszą prośbą zostaje on przedłużony aż do końca marca! Kto nie miał czasu bądź nie był w stanie wziąć w nim udziału, ma więc teraz na to dodatkowy czas. Serdecznie zapraszamy, naprawdę warto ^..^
A także, Administracja z radością wita nowo przybyłych wilczków ♥ Zbuntowaną duszę i idealistę Lawrence oraz niesamowitą wojowniczą Attano, która postanowiła powrócić na łono naszej społeczności po długiej nieobecności. Z całego serduszka cieszymy się z ich obecności. Oby wena nigdy was nie opuściła♥
< PODSUMOWANIE MIESIĄCA ~ LUTY >
Naharys ~ 8 cudownych opowiadań w tym aż 6 ukończonych Questów (po 3 w jednym opowiadaniu). Postać zdobywa łącznie 12253 PD oraz awansuje na poziom 9 (z 5). 200 Punkty umiejętności zostały już przydzielone;
Yneryth ~ 5 opowiadań oraz łącznie 3 Questy. Postać zdobywa 6684 PD i tym samym awansuje na poziom 5 oraz otrzymuje nową zdolność. Punkty umiejętności zostały już przydzielone;
Atrehu ~ 4 opowiadania. Postać awansuje na poziom 7 (z 5). Punkty umiejętności zostały już przydzielone;
Lonya ~ 4 opowiadania oraz 1 Quest. Zdobywa 3392 PD i tym samym awansuje na poziom 3. Punkty umiejętności są jeszcze do przydzielenia;
Noiter ~ 3 opowiadania;
Itami ~ 2 opowiadania;
Deus ~ 2 opowiadania;
Sininen ~ 2 opowiadania;
Shori ~ 1 opowiadanie. Postać awansuje na poziom 2. Punkty umiejętności zostały już przydzielone;
Renesmee ~ 1 opowiadanie;
Copycat ~ 1 opowiadanie oraz 1 Quest;
Dusław ~ 1 opowiadanie;
Ereden ~ 1 opowiadanie;
Itachi ~ 0 opowiadań;
Kotori ~ 0 opowiadań;
Nabi ~ 0 opowiadań;
Niko ~ 0 opowiadań;
Malum ~ 0 opowiadań;
Yneryth ~ 5 opowiadań oraz łącznie 3 Questy. Postać zdobywa 6684 PD i tym samym awansuje na poziom 5 oraz otrzymuje nową zdolność. Punkty umiejętności zostały już przydzielone;
Atrehu ~ 4 opowiadania. Postać awansuje na poziom 7 (z 5). Punkty umiejętności zostały już przydzielone;
Lonya ~ 4 opowiadania oraz 1 Quest. Zdobywa 3392 PD i tym samym awansuje na poziom 3. Punkty umiejętności są jeszcze do przydzielenia;
Noiter ~ 3 opowiadania;
Itami ~ 2 opowiadania;
Deus ~ 2 opowiadania;
Sininen ~ 2 opowiadania;
Shori ~ 1 opowiadanie. Postać awansuje na poziom 2. Punkty umiejętności zostały już przydzielone;
Renesmee ~ 1 opowiadanie;
Copycat ~ 1 opowiadanie oraz 1 Quest;
Dusław ~ 1 opowiadanie;
Ereden ~ 1 opowiadanie;
Itachi ~ 0 opowiadań;
Kotori ~ 0 opowiadań;
Nabi ~ 0 opowiadań;
Niko ~ 0 opowiadań;
Malum ~ 0 opowiadań;
< POZOSTAŁE >
- Itachi & Kotori oraz Nabi przechodzą trudny okres i brak weny, z tego względu postanowili wziąć urlop i wyjechać. Z niecierpliwością czekamy na ich powrót♥
- Pojawiła się zakładka: Żywioły i moce;
- Ze względu na stale powiększające się tereny watahy, mapka zostanie zaktualizowana.
- Bestiariusz jest prawie na wykończeniu. Jeszcze troszkę.
- Nasza kochana Renuś w pocie czoła walczyła z fabułą. W końcu została dodana: Fabuła♥
- Nazwy niektórych zakładek nie zgadzają się z tym, do czego przenoszą. Jest to normalne, nie przejmujcie się. Administracja sortuje zakładki i przygotowuje te, których brakuje.
- Nawiązaliśmy kolejny sojusz. Im nas więcej, tym weselej.
czwartek, 3 marca 2022
Od Naharys'a c.d Dusław'a ~ Trudne początki
Mawiano, że był surowy dla swych podopiecznych - Naharys nie chciał zbytnio zgodzić się z tym stwierdzeniem, bowiem surowym nie był on sam, ale jego metody szkolenia, których nauczył się na północy. Północy, gdzie panują surowe klimaty, a zimy są długie i lodowate, bezlitosne dla kogoś, kto nie urodził się w tamtejszych stronach. Wilk musiał być silny, aby bez wytchnienia znosić tamtejsze trudy, zdeterminowany w chwilach, gdy inni na pewno zwątpiliby w swe możliwości i nieustraszony w chwilach ekstremalnego strachu. Tego Naharys chciał nauczyć inne wilki, jako że nadano mu do tego prawo, z tytułu kapitana. Nie, w ogóle nie uważał się za surowego. Wtorkowy poranek nie był zbyt przyjemny przez nadciągający z północy porywisty wicher, ale gdzieś koło wczesnym południem, spod brzydkich, burych chmur wyłonił się złoty talon słońca, którego promienie już wcześniej przebijały się przez nie, ale jak to mawiał jego ojciec generał ~ Pogoda, humor czy złe samopoczucie, to nie powód do lenistwa. Dlatego w totalnej zawierusze, próbował całą swą uwagę poświęcić wilkom, trenującym pod jego okiem. W tym dniu zdecydował, że ten ranek przywitają długim biegiem od wzgórza za nimi, do ostro meandrującej rzeki, której wody zasilały leśny strumień przy jaskini, gdzie zazwyczaj trenowano "Wyostrzanie wzroku" - kolejne inspirujące zajęcie, które Naharys poznał na północy. Po tym zaś będzie wraz z innymi, trenować na kukłach bitewnych, aby utrwalić w niektórych sztukę uniku. Wiadome mu było, że byli lepsi, ale też w ich cieniu tkwili ci gorsi - A to się łączyło z faktem, iż wymagali większej uwagi i poświęconego czasu. Trening unikania trwał do południa i w trakcie godzinnej przerwy, doszło do ich pierwszego spotkania.
Stanął na środku stadionu, zwracał na siebie ciekawskie spojrzenia wilków, które zaczęły coś szeptać między sobą, a był to basior o cynamonowej sierści i niezwykle przenikliwych złotych oczach, lustrujących wszystko dookoła.
- Szukam Naharysa, jest tutaj?- zapytał głośno, jednocześnie wypatrując u kogoś wyczekiwaną reakcję.
- No i znalazłeś. To ja - Naharys wyszedł na środek, stając na przeciw obcemu basiorowi. - Czego chcesz?
Naharys zlustrował basiora swymi, z natury skrywającymi surowość, szmaragdowymi oczami i spostrzegł, że obcy wilk sięgał mu nosem do brody, ale za to jego umięśnione ciało robiło pozytywne wrażenie. Wzrokowo ocenił, że być może będzie z niego wojownik, albo najemnik. Inaczej po co miałby tu przychodzić i zawracać mu głowę?
- Przysłała mnie Alfa. Mam poddać się ocenie, czy coś w tym stylu - basior wypowiadał się niezbyt pewnie i nie patrzył na Naharysa, gdy do niego mówił. Naharys uśmiechnął się radośnie, bowiem na wstępie wiedział już, jak go ocenić. Obcy przełknął ślinę ~ Jest zaniepokojony - pomyślał Naharys i starał się go zrozumieć. Wiedział, że to jego pierwszy dzień, gdzie musi zapoznać się z kompletnie obcymi mu wilkami, jak to w zwyczaju miała Alfa, gdy rozprawiała się z nowymi członkami watahy.
- Jak Ci na imię? - zapytał Naharys.
- Ja? Oh, ta... nazywam się Dusław, panie.
Naharys wybuchnął krótkim, ale głośnym śmiechem.
- Żaden pan. Naharys jestem i jestem tutaj kapitanem. Zanim poddam cię ocenie, oprowadzę cię po stadionie i pokażę, jakie mamy możliwości treningów. Siłowe, zręcznościowe, czy też typowo rozbudowujące fizykę ciała. Jesteś gotowy?
- Tak... chyba - odparł Dusław. Niepewność nadal towarzyszyła mu z każdym wypowiedzianym słowem.
- Spokojnie, stary, głowa do góry i chodź ze mną. Tutaj są kukły bojowe - wskazał łapą na długie pionowe drągi, uzbrojone w parę odgałęzienia, których należy unikać, gdy kukły obracają się za pomocą magii. - Na nich trenujemy zwinność i wyrabiamy techniki uników oraz... moja najlepsza część, kontrataków. Kontratak, czyli atak, poprzedzony wcześniej obroną albo unikiem. Z początku będzie obracać się powoli, aby trenujący mógł wpaść w rytm.
- Rozumiem - potwierdził Dusław.
- A tu zaś... - Naharys wskazał podbródkiem na drewniany manekin, wyobrażający wilka. Na drewnianej nawierzchni, w trudno dostępnych miejscach, wyglądał mech, a wokół szyi i łap, owijał się czule dziki bluszcz - To jest nasz manekin treningowy. Na nim uczymy się technik walki i strategicznego przewidywania ruchów oponenta. Oprócz tego, trening na takim manekinie, wymaga jednak sporo zwinności i siły. Walkę z nim można porównać z prawdziwym przeciwnikiem... no z tym wyjątkiem, że ten drewniany, w najlepszym wypadku, spierze cię na kwaśny melon, jeśli nie będziesz uważny.
- Okej. Rozumiem... - powiedział Dusław - Czy to jest niebezpieczne?
- Teoretycznie rzecz biorąc, to nie, ale można się wzbogacić o parę sińców.
Dusław przyjrzał się uważnie drewnianemu wilkowi, zlustrował go badawczo swymi złotymi oczami.
- Jak ten manekin działa? - zapytał w końcu - Przecież się nie rusza.
- Już ci zademonstruję - odparł ochoczo Naharys.
Biały wilk podszedł pewnymi krokami do drewnianej imitacji wilka, który wyczuwszy jego obecność, poruszył nieco porośniętą mchem i czupryną bluszczu głową. Wstrząsnął ogonem i zaszeleścił liśćmi, wyrastających z wijącej się łodygi bluszczu. Zielonej, jak sama wiosenna trawa. Dusław zrobił zdumiony wytrzeszcz oczu, mrugnął z niedowierzaniem. Manekin podszedł do Dusława, stanął mu na przeciw i przekrzywił lekko łeb, jakby się mu ciekawsko przyglądając, potem zamarł w takowej pozycji.
- I co teraz? - zapytał Dusław, niepewnie przypatrując się miejscom, gdzie powinny być oczy drewnianego wilka.
- Powinieneś teraz powiedzieć "zmierz się ze mną" ale to później. Teraz pokażę Ci inne miejsca, gdzie możemy trenować.
- Oou, ciekawe - powiedział Dusław, sprawiający wrażenie ucieszonego, że nie musi wchodzić w konfrontację z drewnianym, napędzanym magią wilkiem.
Odeszli kawałek dalej, za błyskającą w świetle słońca wodą rzeki, a tam zaś czekały oparte o ścianę skalistego wzgórza, kamienne obciążniki, kształtem podobne do litery "C" ustawione ku dołowi.
- A to ustrojstwo wykorzystujemy do wyrabiania siły łap, barków, szyi i ud. Zademonstruję Ci, na czym zabawa polega!
Naharys podszedł do jednego z kamiennych, dziwnie wykreowanych obciążników i nałożywszy jedno na siebie, łukiem do grzbietu, zaczął wykonywać pompki.
Zrzucił je z siebie i spojrzał zachęcająco na Dusława.
- Chcesz spróbować? - zapytał.
- W sumie, czemu nie - odparł z uśmiechem Dusław.
Naharys uznał, że to dobra okazja, aby przyjrzeć się pracującym mięśniom nowo poznanego basiora, jakby chciał się przekonać, czy to nie wina jego puszystego futra, że Dusław wyglądał dość postawnie. Badawczo i dokładnie obserwował każdy ruch świeżego - mięśnie łap, ramion i ud znakomicie poruszały się pod skórą.
- Wystarczy! Jak Ci poszło? - zapytał.
- A czemu mnie o to pytasz? - odpowiedział pytaniem Dusław.
- Chcę poznać twoje zdanie - zachęcił go Naharys ciepłym uśmiechem.
- Cóż... lekkie to to nie jest, ale to chyba dobrze, prawda?
Naharys klasnął w łapy.
- Dobra, chcesz trochę potrenować z innymi, czy od razu chcesz się poddać ocenie? - zapytał jakby ożywiony i zdeterminowany, chociaż wiedział, że decyzję w tej sprawie ostatecznie przyznał świeżakowi. Uniósł brew wyczekująco, był też ciekaw, co powie Dusław.
<Dusław?>
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1045
Ilość zdobytych PD: 522 PD + 10% (52 PD) za długość powyżej 1000 słów
Obecny stan: 1278 PD
Stanął na środku stadionu, zwracał na siebie ciekawskie spojrzenia wilków, które zaczęły coś szeptać między sobą, a był to basior o cynamonowej sierści i niezwykle przenikliwych złotych oczach, lustrujących wszystko dookoła.
- Szukam Naharysa, jest tutaj?- zapytał głośno, jednocześnie wypatrując u kogoś wyczekiwaną reakcję.
- No i znalazłeś. To ja - Naharys wyszedł na środek, stając na przeciw obcemu basiorowi. - Czego chcesz?
Naharys zlustrował basiora swymi, z natury skrywającymi surowość, szmaragdowymi oczami i spostrzegł, że obcy wilk sięgał mu nosem do brody, ale za to jego umięśnione ciało robiło pozytywne wrażenie. Wzrokowo ocenił, że być może będzie z niego wojownik, albo najemnik. Inaczej po co miałby tu przychodzić i zawracać mu głowę?
- Przysłała mnie Alfa. Mam poddać się ocenie, czy coś w tym stylu - basior wypowiadał się niezbyt pewnie i nie patrzył na Naharysa, gdy do niego mówił. Naharys uśmiechnął się radośnie, bowiem na wstępie wiedział już, jak go ocenić. Obcy przełknął ślinę ~ Jest zaniepokojony - pomyślał Naharys i starał się go zrozumieć. Wiedział, że to jego pierwszy dzień, gdzie musi zapoznać się z kompletnie obcymi mu wilkami, jak to w zwyczaju miała Alfa, gdy rozprawiała się z nowymi członkami watahy.
- Jak Ci na imię? - zapytał Naharys.
- Ja? Oh, ta... nazywam się Dusław, panie.
Naharys wybuchnął krótkim, ale głośnym śmiechem.
- Żaden pan. Naharys jestem i jestem tutaj kapitanem. Zanim poddam cię ocenie, oprowadzę cię po stadionie i pokażę, jakie mamy możliwości treningów. Siłowe, zręcznościowe, czy też typowo rozbudowujące fizykę ciała. Jesteś gotowy?
- Tak... chyba - odparł Dusław. Niepewność nadal towarzyszyła mu z każdym wypowiedzianym słowem.
- Spokojnie, stary, głowa do góry i chodź ze mną. Tutaj są kukły bojowe - wskazał łapą na długie pionowe drągi, uzbrojone w parę odgałęzienia, których należy unikać, gdy kukły obracają się za pomocą magii. - Na nich trenujemy zwinność i wyrabiamy techniki uników oraz... moja najlepsza część, kontrataków. Kontratak, czyli atak, poprzedzony wcześniej obroną albo unikiem. Z początku będzie obracać się powoli, aby trenujący mógł wpaść w rytm.
- Rozumiem - potwierdził Dusław.
- A tu zaś... - Naharys wskazał podbródkiem na drewniany manekin, wyobrażający wilka. Na drewnianej nawierzchni, w trudno dostępnych miejscach, wyglądał mech, a wokół szyi i łap, owijał się czule dziki bluszcz - To jest nasz manekin treningowy. Na nim uczymy się technik walki i strategicznego przewidywania ruchów oponenta. Oprócz tego, trening na takim manekinie, wymaga jednak sporo zwinności i siły. Walkę z nim można porównać z prawdziwym przeciwnikiem... no z tym wyjątkiem, że ten drewniany, w najlepszym wypadku, spierze cię na kwaśny melon, jeśli nie będziesz uważny.
- Okej. Rozumiem... - powiedział Dusław - Czy to jest niebezpieczne?
- Teoretycznie rzecz biorąc, to nie, ale można się wzbogacić o parę sińców.
Dusław przyjrzał się uważnie drewnianemu wilkowi, zlustrował go badawczo swymi złotymi oczami.
- Jak ten manekin działa? - zapytał w końcu - Przecież się nie rusza.
- Już ci zademonstruję - odparł ochoczo Naharys.
Biały wilk podszedł pewnymi krokami do drewnianej imitacji wilka, który wyczuwszy jego obecność, poruszył nieco porośniętą mchem i czupryną bluszczu głową. Wstrząsnął ogonem i zaszeleścił liśćmi, wyrastających z wijącej się łodygi bluszczu. Zielonej, jak sama wiosenna trawa. Dusław zrobił zdumiony wytrzeszcz oczu, mrugnął z niedowierzaniem. Manekin podszedł do Dusława, stanął mu na przeciw i przekrzywił lekko łeb, jakby się mu ciekawsko przyglądając, potem zamarł w takowej pozycji.
- I co teraz? - zapytał Dusław, niepewnie przypatrując się miejscom, gdzie powinny być oczy drewnianego wilka.
- Powinieneś teraz powiedzieć "zmierz się ze mną" ale to później. Teraz pokażę Ci inne miejsca, gdzie możemy trenować.
- Oou, ciekawe - powiedział Dusław, sprawiający wrażenie ucieszonego, że nie musi wchodzić w konfrontację z drewnianym, napędzanym magią wilkiem.
Odeszli kawałek dalej, za błyskającą w świetle słońca wodą rzeki, a tam zaś czekały oparte o ścianę skalistego wzgórza, kamienne obciążniki, kształtem podobne do litery "C" ustawione ku dołowi.
- A to ustrojstwo wykorzystujemy do wyrabiania siły łap, barków, szyi i ud. Zademonstruję Ci, na czym zabawa polega!
Naharys podszedł do jednego z kamiennych, dziwnie wykreowanych obciążników i nałożywszy jedno na siebie, łukiem do grzbietu, zaczął wykonywać pompki.
Zrzucił je z siebie i spojrzał zachęcająco na Dusława.
- Chcesz spróbować? - zapytał.
- W sumie, czemu nie - odparł z uśmiechem Dusław.
Naharys uznał, że to dobra okazja, aby przyjrzeć się pracującym mięśniom nowo poznanego basiora, jakby chciał się przekonać, czy to nie wina jego puszystego futra, że Dusław wyglądał dość postawnie. Badawczo i dokładnie obserwował każdy ruch świeżego - mięśnie łap, ramion i ud znakomicie poruszały się pod skórą.
- Wystarczy! Jak Ci poszło? - zapytał.
- A czemu mnie o to pytasz? - odpowiedział pytaniem Dusław.
- Chcę poznać twoje zdanie - zachęcił go Naharys ciepłym uśmiechem.
- Cóż... lekkie to to nie jest, ale to chyba dobrze, prawda?
Naharys klasnął w łapy.
- Dobra, chcesz trochę potrenować z innymi, czy od razu chcesz się poddać ocenie? - zapytał jakby ożywiony i zdeterminowany, chociaż wiedział, że decyzję w tej sprawie ostatecznie przyznał świeżakowi. Uniósł brew wyczekująco, był też ciekaw, co powie Dusław.
<Dusław?>
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1045
Ilość zdobytych PD: 522 PD + 10% (52 PD) za długość powyżej 1000 słów
Obecny stan: 1278 PD
wtorek, 1 marca 2022
Od Naharys'a/Ereden'a c.d Lonyi ~ Zakute Łby | Ujarzmić diabła
- Masz rację - powiedział Naharys po krótkim czasie namysłu. Ereden nie potrafi panować nad emocjami przy Sini i Shori, a całym powodem tego wszystko, były skrzydła u obu dziewczynek ~ Jakby one były temu wszystkiemu winne. - Ale jesteś tego pewna? Ten szczeniak to diabeł wcielony. Dyskryminuje kogo tylko się da, jeśli w swym wyglądzie ma choćby ćwierć skrzydła, albo wyrastające rogi. Jeszcze trochę, a nazwałby Rene i jej podopiecznego... masakra, aż trudno o tym pomyśleć, a co dopiero wymówić. Lo, Ereden ma problem, a ja nie jestem w stanie mu pomóc. Prosiłem, groziłem, a nawet dawałem mu kary, a ten nic. Owszem, zrugałem go ostro ostatnio, to zapewniłem sobie tydzień spokoju, a potem wszystko od nowa.
- Spokojnie, bracie! Zabiorę go do lecznicy, dam mu jakieś zajęcie... dopilnuję, aby nie zabrakło mu ziół do podzielenia - powiedziała Lo z demonicznym uśmiechem, co stanowczo można by rzec, że to było w jej stylu - Pogadam z nim, może ja wpłynę na tego malca.
- Co ty masz w sobie, że ciebie jedną słucha? - zapytał z niedowierzaniem Naharys - Bądź co bądź, nie wyglądasz, jak inne wilki. Mieszanka ras i do tego te ogony. Dlaczego Ereden się na ciebie nie zawziął, tylko potulnieje, jak baranek.
- Bo mnie się nie da nie lubić, jeszcze tego nie pojąłeś, braciszku? - zachichotała Lonya.
- Dobra, jest twój. Ale jedna sprawa. Nie lituj się nad nim, dopilnuj, żeby nie zabrakło mu zajęcia.
Wadera uniosła lewą brew wysoko, do granicy możliwości.
- Wątpisz w moje możliwości ujarzmiania? Daj mi go, a tak go wytrenuję, że następnego dnia nie będzie wiedział, kim jesteś!
- Ok, już się boję o jego szczenięcą psychikę - zaśmiał się Naharys - dziękuję, że mnie wspomagasz, Lo.
- Nie dziękuj mi. Jeszcze nie. - Mogłoby się wydawać, że wadera wykrzywiła usta w tajemniczy uśmiech, za którym mogło się kryć coś... niezbyt przyjemnego, ale to jedynie pozory. Na szczęście.
Następnie Naharys przywołał malca do siebie, aby powiedzieć mu, iż ten dzień spędzi u boku swej ciotki, na co mały zareagował ogłuszającym piskiem szczęścia, co niezbyt spodobało się basiorowi. " Powinien ponieść za to karę, ale mam nadzieję, że Lonya wie, co robi~ Pomyślał Naharys, drapiąc się za uchem. Przed odejściem jednak, Lo spędziła nieco czasu z córkami Naharysa - Shori bawiła się ogonami ciotki, a Sini zaś wysłuchiwała krótkiej bajki, którą słyszeli razem w Watasze Midereweth.
Przed wybiciem południa, Lonya zabrała ze sobą małego Eredena - chwyciła go w zęby, za kark, następnie usadowiła go na swym grzbiecie, po czym zmierzając w stronę wiadomego celu, wadera pomachała ostatni raz bratu i waderkom, które na wyczerpanie gardła, wykrzykiwały słowa pożegnania.
Naharys zwrócił się wtedy do córek.
- Chodźcie, skarby moje. Ereden zszedł mi z głowy, to teraz możemy pobawić się w spokoju. Na jakiej to zabawie stanęliśmy, Sini?
- Na wykrywaniu kłamstwa, tato - odpowiedziała raźno waderka. Odkąd zniknął ich brat, jego córki stały się spokojniejsze i weselsze, co niezmiernie go cieszyło.
- Dobrze, ale najpierw pójdziemy posprzątać jaskinię, bo jak to wasza mama zobaczy, to raczy mnie zdekapitować.
- Co to znaczy zde... zde... zdekapitować? - Spytała Shori, mając jednocześnie wyraźne problemy z wymową.
- Nic takiego, skarbie. Chodźmy.
W tym czasie Ereden, uczepiony mocno grzbietu swojej ciotki, obserwował świat otaczający go wokół - Widział kroczące stado jeleni wśród wysokiej trawy, podziwiał mknące w powietrzu jaskółki, a jeszcze dalej dostrzegł szybującego sokoła i nagle zawołał.
- O nie! Chowajcie się jaskółki! Chowajcie się!
Jaskółki natomiast, rzecz jasna, nie potrzebowały głośnego ostrzeżenia, gdyż w porę dostrzegłszy niebezpieczeństwo i wystrzeliły w powietrzu, jak strzały, w oka mgnieniu, zniknęły z pola widzenia basiorkowi. Lonya zachichotała cicho, gdy tylko Ereden zawołał oczarowany powietrznym tańcem ptaków.
- Powiedz mi, ty zawsze jesteś takim diabłem, czy tylko w domu? - zapytała ze śmiechem ciotka Lo.
- Ja... sam nie wiem. - Powiedział po chwili zmieszany Ereden.
- Wiem, co twój tata mówił. Niezły z ciebie rozrabiaka, z tego co słyszałam. Lubisz dokuczać siostrom.
- Co to są za siostry... gdyby były moimi siostrami, nie miałyby tych ohydnych skrzydeł! To odmieńcy!
Lonya spojrzała na bratanka - z jej oczu dało się wyczytać zrozumienie pewnej kwestii. Ereden bardzo łatwo dzielił się z kimś swymi poglądami - dość poważnym wyrazem, przekrzywiła nieco usta z dezaprobatą.
- Pogadamy o tym w wolnej chwili, ale najpierw pomożesz mi w mega ważnej sprawie. Chcesz?
Ereden rozentuzjazmowany zamerdał swym puchatym, białoczarnym ogonem.
- Pewnie! Bardzo chcę!
Lonya obdarzyła bratanka miłych uśmiechem. Następnie posłała mu oczko.
- Zmotywowany i gotowy do dzieła! To ja rozumiem. No to chodźmy, zanim pacjenci totalnie umrą z tęsknoty za nami.
Od kiedy weszli do lecznicy, robota Lonyi nie bardzo paliła się w łapach, więc spokojnie przydzieliła Eredenowi bezstresowe i przyjemne zadanie - basiorek miał oddzielić kwiaty rozmarynu i od owoców czarnego bzu, a potem pilnować płomienia, nad którym bulgotał przyjemnie pachnący wywar na bazie ziół; Krwawnika pospolitego, Agrestu i kwiatu lipy. Od czasu do czasu zaglądała do niego Itami, aby sprawdzić, czy młodzieniec dobrze sobie radzi. Mały taki był zdeterminowany i pomocny, że zaznaczał, iż nie potrzebuje niczyjej kontroli, bowiem mocno wierzył we własne możliwości. Skończywszy rozdzielanie ziół, Lonya odciągnęła szczeniaka od płomieni i prosiła, aby asystował jej przy drobnej, niewymagającej względnego skupienia operacji, polegające na usunięciu cierni z ciała czarnego skrzydlatego basiora o niebiesko-białym upierzeniu. Lonyi nie umknęło oczywiście uwadze wrogiego spojrzenia Eredena, utkwionego w pacjencie, dobrze przynajmniej, że ograniczył się do tego, aczkolwiek basiorkowi ciskały się na język nieprzyjemne słowa. Po usunięciu wszystkich cierni, Ereden odstawił tacę, a następnie podał ciotce balsam, który jak tłumaczyła mu ciotka " Sprawia, że skóra mniej piecze i rany szybko się goją" . Poza tym miał orzeźwiającą i mocną woń żywicy, połączonej jeszcze z jakimś ustrojstwem, którego Ereden nie znał. Gdy Lo odprawiła pacjenta, obdarowała szczeniaka pochwalnym uśmiechem, ale sprawą tego incydentu wolała zostawić na poważną rozmowę, która jak się okazało, nadeszła wczesnym wieczorem, gdy lecznica była praktycznie prawie opustoszała. Itami poszła w towarzystwie Atrehu do swej jaskini, więc Lonya mogła w spokoju porozmawiać z malcem.
- Ereden, twój tata dużo mi opowiadał o tobie - zaczęła ciocia Lonya.
- A co takiego, ciociu? - zapytał zaciekawiony Ereden, nawet przez myśl mu nie przeszła myśl, że chodzi o jego negatywne stosunki z siostrami.
- No, wiesz... głównie to, że często dokuczasz swoim siostrom, nie słuchasz się i straszny z ciebie diabełek. Zanim zaczniesz, pozwól mi coś powiedzieć. Skrzydła u twoich sióstr to na prawdę nie jest powód, abyś im dokuczał. Odmieńcy, jak to wcześniej ująłeś, nie istnieją w tym przypadku - wiesz, ile wilków rodzi się ze skrzydłami? Czują i są tacy, jak ja czy ty, Ereden. Wyobraź sobie tylko, jaką przykrość sprawiasz swoim siostrom, dla których powinieneś być wsparciem, nie udręką.
- Dlaczego wsparciem? - zapytał zdziwiony.
- Jesteś ich bratem, to przecież oczywiste. Ereden, zrobisz coś dla mnie?
Ereden z wahaniem pokiwał główką, nie tracąc ciotki z oczu.
- Obiecaj mi, że nie będziesz tak dawał popalać swojemu tacie i siostrom. Mój brat, wiesz, bywa czasem nieogarnięty, ale to w dechę wilk, tak samo, jak twoje siostry, one na prawdę nie są niczemu winne, że urodziły się ze skrzydłami. Jesteś w stanie mi to obiecać?
Ereden przekrzywił usta w typowy dla niego, Eredeński grymas. Wygiął kąciki ust w dół, opuszczając lewą brew, zmrużył oko, jakby chciał Lonyi powiedzieć " O co ci chodzi?!"
- No nie wiem...
Lonya stanowczo tupnęła łapą.
- Ereden, bo się zaraz pogniewamy...
- No dobrze, dobrze. Zacznę siostry nieco lepiej traktować. Tatę też, ale proszę nie gniewaj się na mnie! - powiedział pośpiesznie Ereden,
- Obiecujesz mi to? - dopytała Lonya.
- Obiecuję.
- To dobrze. Obiecałeś mi coś, a wiesz, że tym samym, przede mną, zobowiązałeś się do dotrzymania słowa? Naharys nie chce dla ciebie źle, a siostry niczemu nie są winne, pojąłeś?
Ereden pokiwał głową, choć w głębi siebie, gdzieś z tyłu jego głowy, nadal utrzymuje w sobie przekonanie sprzeczne o swych siostrach. Na dodatek Shori, ta ohydna Shori, nie jest jego rodzoną siostrą. Przybłęda i podrzutek - Ereden rozpoznał to od razu, choćby nawet po barwie jej futra. Wiedział, że Lonya postawiła przed nim, niezwykle trudne zadanie.
<Lonya, ciociu? xD>
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1283
Ilość zdobytych PD: 641 PD + 10% (63 PD) za długość powyżej 1000 słów
Obecny stan: 704 PD
- Spokojnie, bracie! Zabiorę go do lecznicy, dam mu jakieś zajęcie... dopilnuję, aby nie zabrakło mu ziół do podzielenia - powiedziała Lo z demonicznym uśmiechem, co stanowczo można by rzec, że to było w jej stylu - Pogadam z nim, może ja wpłynę na tego malca.
- Co ty masz w sobie, że ciebie jedną słucha? - zapytał z niedowierzaniem Naharys - Bądź co bądź, nie wyglądasz, jak inne wilki. Mieszanka ras i do tego te ogony. Dlaczego Ereden się na ciebie nie zawziął, tylko potulnieje, jak baranek.
- Bo mnie się nie da nie lubić, jeszcze tego nie pojąłeś, braciszku? - zachichotała Lonya.
- Dobra, jest twój. Ale jedna sprawa. Nie lituj się nad nim, dopilnuj, żeby nie zabrakło mu zajęcia.
Wadera uniosła lewą brew wysoko, do granicy możliwości.
- Wątpisz w moje możliwości ujarzmiania? Daj mi go, a tak go wytrenuję, że następnego dnia nie będzie wiedział, kim jesteś!
- Ok, już się boję o jego szczenięcą psychikę - zaśmiał się Naharys - dziękuję, że mnie wspomagasz, Lo.
- Nie dziękuj mi. Jeszcze nie. - Mogłoby się wydawać, że wadera wykrzywiła usta w tajemniczy uśmiech, za którym mogło się kryć coś... niezbyt przyjemnego, ale to jedynie pozory. Na szczęście.
Następnie Naharys przywołał malca do siebie, aby powiedzieć mu, iż ten dzień spędzi u boku swej ciotki, na co mały zareagował ogłuszającym piskiem szczęścia, co niezbyt spodobało się basiorowi. " Powinien ponieść za to karę, ale mam nadzieję, że Lonya wie, co robi~ Pomyślał Naharys, drapiąc się za uchem. Przed odejściem jednak, Lo spędziła nieco czasu z córkami Naharysa - Shori bawiła się ogonami ciotki, a Sini zaś wysłuchiwała krótkiej bajki, którą słyszeli razem w Watasze Midereweth.
Przed wybiciem południa, Lonya zabrała ze sobą małego Eredena - chwyciła go w zęby, za kark, następnie usadowiła go na swym grzbiecie, po czym zmierzając w stronę wiadomego celu, wadera pomachała ostatni raz bratu i waderkom, które na wyczerpanie gardła, wykrzykiwały słowa pożegnania.
Naharys zwrócił się wtedy do córek.
- Chodźcie, skarby moje. Ereden zszedł mi z głowy, to teraz możemy pobawić się w spokoju. Na jakiej to zabawie stanęliśmy, Sini?
- Na wykrywaniu kłamstwa, tato - odpowiedziała raźno waderka. Odkąd zniknął ich brat, jego córki stały się spokojniejsze i weselsze, co niezmiernie go cieszyło.
- Dobrze, ale najpierw pójdziemy posprzątać jaskinię, bo jak to wasza mama zobaczy, to raczy mnie zdekapitować.
- Co to znaczy zde... zde... zdekapitować? - Spytała Shori, mając jednocześnie wyraźne problemy z wymową.
- Nic takiego, skarbie. Chodźmy.
W tym czasie Ereden, uczepiony mocno grzbietu swojej ciotki, obserwował świat otaczający go wokół - Widział kroczące stado jeleni wśród wysokiej trawy, podziwiał mknące w powietrzu jaskółki, a jeszcze dalej dostrzegł szybującego sokoła i nagle zawołał.
- O nie! Chowajcie się jaskółki! Chowajcie się!
Jaskółki natomiast, rzecz jasna, nie potrzebowały głośnego ostrzeżenia, gdyż w porę dostrzegłszy niebezpieczeństwo i wystrzeliły w powietrzu, jak strzały, w oka mgnieniu, zniknęły z pola widzenia basiorkowi. Lonya zachichotała cicho, gdy tylko Ereden zawołał oczarowany powietrznym tańcem ptaków.
- Powiedz mi, ty zawsze jesteś takim diabłem, czy tylko w domu? - zapytała ze śmiechem ciotka Lo.
- Ja... sam nie wiem. - Powiedział po chwili zmieszany Ereden.
- Wiem, co twój tata mówił. Niezły z ciebie rozrabiaka, z tego co słyszałam. Lubisz dokuczać siostrom.
- Co to są za siostry... gdyby były moimi siostrami, nie miałyby tych ohydnych skrzydeł! To odmieńcy!
Lonya spojrzała na bratanka - z jej oczu dało się wyczytać zrozumienie pewnej kwestii. Ereden bardzo łatwo dzielił się z kimś swymi poglądami - dość poważnym wyrazem, przekrzywiła nieco usta z dezaprobatą.
- Pogadamy o tym w wolnej chwili, ale najpierw pomożesz mi w mega ważnej sprawie. Chcesz?
Ereden rozentuzjazmowany zamerdał swym puchatym, białoczarnym ogonem.
- Pewnie! Bardzo chcę!
Lonya obdarzyła bratanka miłych uśmiechem. Następnie posłała mu oczko.
- Zmotywowany i gotowy do dzieła! To ja rozumiem. No to chodźmy, zanim pacjenci totalnie umrą z tęsknoty za nami.
Od kiedy weszli do lecznicy, robota Lonyi nie bardzo paliła się w łapach, więc spokojnie przydzieliła Eredenowi bezstresowe i przyjemne zadanie - basiorek miał oddzielić kwiaty rozmarynu i od owoców czarnego bzu, a potem pilnować płomienia, nad którym bulgotał przyjemnie pachnący wywar na bazie ziół; Krwawnika pospolitego, Agrestu i kwiatu lipy. Od czasu do czasu zaglądała do niego Itami, aby sprawdzić, czy młodzieniec dobrze sobie radzi. Mały taki był zdeterminowany i pomocny, że zaznaczał, iż nie potrzebuje niczyjej kontroli, bowiem mocno wierzył we własne możliwości. Skończywszy rozdzielanie ziół, Lonya odciągnęła szczeniaka od płomieni i prosiła, aby asystował jej przy drobnej, niewymagającej względnego skupienia operacji, polegające na usunięciu cierni z ciała czarnego skrzydlatego basiora o niebiesko-białym upierzeniu. Lonyi nie umknęło oczywiście uwadze wrogiego spojrzenia Eredena, utkwionego w pacjencie, dobrze przynajmniej, że ograniczył się do tego, aczkolwiek basiorkowi ciskały się na język nieprzyjemne słowa. Po usunięciu wszystkich cierni, Ereden odstawił tacę, a następnie podał ciotce balsam, który jak tłumaczyła mu ciotka " Sprawia, że skóra mniej piecze i rany szybko się goją" . Poza tym miał orzeźwiającą i mocną woń żywicy, połączonej jeszcze z jakimś ustrojstwem, którego Ereden nie znał. Gdy Lo odprawiła pacjenta, obdarowała szczeniaka pochwalnym uśmiechem, ale sprawą tego incydentu wolała zostawić na poważną rozmowę, która jak się okazało, nadeszła wczesnym wieczorem, gdy lecznica była praktycznie prawie opustoszała. Itami poszła w towarzystwie Atrehu do swej jaskini, więc Lonya mogła w spokoju porozmawiać z malcem.
- Ereden, twój tata dużo mi opowiadał o tobie - zaczęła ciocia Lonya.
- A co takiego, ciociu? - zapytał zaciekawiony Ereden, nawet przez myśl mu nie przeszła myśl, że chodzi o jego negatywne stosunki z siostrami.
- No, wiesz... głównie to, że często dokuczasz swoim siostrom, nie słuchasz się i straszny z ciebie diabełek. Zanim zaczniesz, pozwól mi coś powiedzieć. Skrzydła u twoich sióstr to na prawdę nie jest powód, abyś im dokuczał. Odmieńcy, jak to wcześniej ująłeś, nie istnieją w tym przypadku - wiesz, ile wilków rodzi się ze skrzydłami? Czują i są tacy, jak ja czy ty, Ereden. Wyobraź sobie tylko, jaką przykrość sprawiasz swoim siostrom, dla których powinieneś być wsparciem, nie udręką.
- Dlaczego wsparciem? - zapytał zdziwiony.
- Jesteś ich bratem, to przecież oczywiste. Ereden, zrobisz coś dla mnie?
Ereden z wahaniem pokiwał główką, nie tracąc ciotki z oczu.
- Obiecaj mi, że nie będziesz tak dawał popalać swojemu tacie i siostrom. Mój brat, wiesz, bywa czasem nieogarnięty, ale to w dechę wilk, tak samo, jak twoje siostry, one na prawdę nie są niczemu winne, że urodziły się ze skrzydłami. Jesteś w stanie mi to obiecać?
Ereden przekrzywił usta w typowy dla niego, Eredeński grymas. Wygiął kąciki ust w dół, opuszczając lewą brew, zmrużył oko, jakby chciał Lonyi powiedzieć " O co ci chodzi?!"
- No nie wiem...
Lonya stanowczo tupnęła łapą.
- Ereden, bo się zaraz pogniewamy...
- No dobrze, dobrze. Zacznę siostry nieco lepiej traktować. Tatę też, ale proszę nie gniewaj się na mnie! - powiedział pośpiesznie Ereden,
- Obiecujesz mi to? - dopytała Lonya.
- Obiecuję.
- To dobrze. Obiecałeś mi coś, a wiesz, że tym samym, przede mną, zobowiązałeś się do dotrzymania słowa? Naharys nie chce dla ciebie źle, a siostry niczemu nie są winne, pojąłeś?
Ereden pokiwał głową, choć w głębi siebie, gdzieś z tyłu jego głowy, nadal utrzymuje w sobie przekonanie sprzeczne o swych siostrach. Na dodatek Shori, ta ohydna Shori, nie jest jego rodzoną siostrą. Przybłęda i podrzutek - Ereden rozpoznał to od razu, choćby nawet po barwie jej futra. Wiedział, że Lonya postawiła przed nim, niezwykle trudne zadanie.
<Lonya, ciociu? xD>
Ilość napisanych słów: 1283
Ilość zdobytych PD: 641 PD + 10% (63 PD) za długość powyżej 1000 słów
Obecny stan: 704 PD
Subskrybuj:
Posty (Atom)



Szczeniaki