Newsy



:Aktualności
.Blog przechodzi obecnie renowację
.Już niebawem pojawią się nowości

:Pogoda
Obecna pora roku ~ Jesień
.Temperatura waha się między 10+ a 0- stopni Celcjusza
.Zmiana pory roku nastąpi 15.12.2022

Liczba wilków ~ 27
Wadery ~ 18 + 1 NPC
Basiory ~ 7 + 4 NPC
Szczeniaki ~ 1
Nieobecni: Brak

~Serdecznie zapraszamy♥~

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ujarzmić diabła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ujarzmić diabła. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 maja 2022

Od Ereden'a c.d Lonyi ~ Ujarzmić diabła | Druga natura

Lonya po chwili stała się niespokojna - a pomyśleć, że jeszcze przed chwilą, mały Ereden świetnie się bawił, udając zielarza. Co prawda lubił się o nich uczyć, ale w szczególności upodobał sobie te trujące - to pewnie przez tę woń, którą również poczuł malec. To była dość skondensowana energia mroku i tajemniczej furii, sterowanej przez nią - oczywiście, Ereden był zbyt mały na tak rozłożoną diagnozę. Jedynie, co mógł stwierdzić po zapachu, to fakt, że od samego początku się mu nie podobał. Ani trochę. Dokładnie obserwował poczynania Lonyi, która właśnie zniżyła pysk ku dziwnym tropom, odciśniętym w miękkiej, wilgotnej ziemi. Węszyła długo, ale dokładnie - wydawało się malcowi, że jego ciotce nie może umknąć żaden, nawet mało znaczący szczegół. Nawet mało znaczący szczegół, może mieć wpływ na wiele wydarzeń Kiedy wadera uniosła głowę, chwyciła malca za jego chudy kark, usadowiła go na swym grzbiecie, po czym szybkimi krokami, poprzez wytyczoną, zawijaną między krzewami ścieżkę, Lonya dotarła na skraj polany. Ereden wspiął się po jej karku, aby potem wyjrzeć zza jej głowy, układając swe łapki między jej lisimi uszami. To, co wtedy zobaczył, nie był w stanie pojąć, nawet w najmniejszym stopniu. Ziemia śmierdziała dziwnym, metalicznym fetorem, ponadto była ponaznaczana wieloma śladami walki. Trawa, zamiast świeżą i żywą zielenią, mieniła się szkarłatem i czernią - i gorsza, ona też cuchnęła, pomyślał Ereden - a w niej, leżało ogromne truchło monstrualnego potwora z wystającymi kłami.
- Ciociu, co to takiego? - zapytał dość niepewnie malec.
- Odyniec, samiec dzika - odpowiedziała poważnie Lonya, po czym zaczynała się mu przyglądać dość badawczo.
- Wszystko w porządku? - zapytał, spoglądając na ciocię z przejęciem.
- Nie sądzę. Musiał zginąć tej nocy, to nie jest robota dla jednego wilka.
Skoro nie zrobił to wilk, w takim razie, to musiało być coś silniejszego i groźniejszego, skoro zostawił w zwierzęciu potworną dziurę w klatce piersiowej i brzuchu. Ereden spojrzał na rozwleczone jelita, jak na coś okropnie paskudnego, wzdrygnął się tylko, po czym odbił wzrokiem na groźnie wyglądające kły odyńca.
- To, co to mogło być?
Z tymi słowy zjechał z grzbietu ciotki i jak na malca, zleciał na lekko ugięte łapki - Lonyi oczywiście nie uszło to jej uwadze, wyglądała, jakby zakładała, że młody zaryje pyskiem o ziemię - po czym zbliżył się powoli do ciała, aby przyjrzeć się bliżej ranom na udzie i brzuchu odyńca.
Kiedy tak kroczył wokół martwego zwierza, odkrył, iż jego łapki są lepkie i brudne od starej, wsiąkniętej w ziemię juchy, na co zareagował cichym burknięciem.
- Hmm, nie wiem, ale nie powinniśmy tu dłużej być. Musimy kogoś zawiadomić - Ciocia Lonya uniosła głowę, wysoko jak mogła, zaczęła obserwować bacznie poszycie terenu, jakby swym czujnym wzrokiem szukała, choćby najmniejszych oznak czegoś, co mogłoby wydawać się niebezpieczne. Nic. Nie ujrzała, ani nie posłyszała - Malec słyszał, jak pisklaki jaskółek drą się w niebogłosy, domagając się pokarmu, w wysokich krzewach, ptaki urządzały sobie konkurs na piękniejszy trel, w oddali zaś jelenie przygotowywały się do rykowiska - ot, zwyczajne odgłosy natury, nic nadzwyczajnego. A mimo, pod tą iluzją naturalnego spokoju i harmonii, dało się wyczuć coś osobliwego - Ereden niestety tego nie potrafił wyczuć. Brak mu doświadczenia.
- Chodź Ereden, zaprowadzę Cię bezpiecznie do ojca, a potem będę musiała to komuś zgłosić.
Ereden jednak zatrzymał się na chwilę. Miał nadzieję ubłagać Ciotkę, aby ta zajęła się nim, przynajmniej jeszcze przez kilka godzin. Jednakże w tamtym momencie, Lonya nie przyjmowała odmów.
- Chcę zostać z tobą, chociaż na chwilę!
- Ta sprawa nie podlega dyskusji! Wracamy do twojego ojca!
W tonie poczuł, że nie warto było dyskutować z ciotką, więc nie pozostało nic innego, jak bez słowa zgodzić się na zamierzenia wadery. W trakcie ich długiej drogi, ciotka nie odzywała się słowem, chyba, że musiała odpowiedzieć bratankowi na typowo młodzieńcze pytania. Ruszyli spokojniejszą dla nich drogą, która wyprowadziła ich na skraj łąki, na której to wszystko się wydarzyło - a stamtąd do domu, to już prosta ścieżka, przechodząca przez zagajnik. Naharys czekał przed wejściem do lecznicy z wyraźnie zniecierpliwioną miną - bądź, co bądź, musiał zostać kilka chwil dłużej, aby odebrać syna, ale cóż...
- No już myślałem, że zamierzałaś go adoptować - powitał ich Naharys z teatralnie naburmuszoną miną, ale w rzeczywistości cieszył się, że zobaczył ją całą i zdrową, wraz z jego synem - Ereden był grzeczny?
Z tym pytaniem, Naharys spiorunował syna groźnym spojrzeniem, jakby z oczu szczeniaka wyczytał, że cała ta przygoda, to było jedno wielkie utrapienie dla siostry, jednakże wadera miała inne zdanie.
- Cały czas siedział przy mnie w lecznicy i bez narzekania zajmował się tym, co mu dawałam do pracy, z chęcią, sumiennie i bez narzekań. Po południu zabrałam go ze sobą do Nabi, aby poszukać odpowiednich ziół, jakich brakowało nam w składziku, a Ereden czytał sobie botaniczne zwoje, żeby się chłopakowi nie nudziło. Oczywiście, bywały chwilę, gdy musiałam go zrugać, ale poza tym, był grzeczny... - po zdanej relacji, Lonya uśmiechnęła się psotnie - Szczeniak zachowuje się lepiej, niż ty, powinieneś wziąć przykład z własnego syna.
- Ereden był grzeczny? - zapytał z niedowierzaniem Naharys, po czym znów wzrok przeniósł na swego syna - Młody, ile dałeś ciotce w łapę, za opowiadanie takich bzdur?
Ereden na widok uśmiechającego się lica ojca, zakołysał się wesoło, wyszczerzając swe szczenięce, niedorośnięte kiełki.
- Poza tym... - tutaj Lonya zmieniła nieco ton, wesoła i żartobliwa nutka, ustąpiła tory powadze i stanowczości. Ereden z początku myślał, że to nadal dotyczy jego sprawę - w końcu bywały chwile, gdy Ereden niezbyt dobrze się zachowywał przy pacjentach, odbiegających w jego mniemaniu, od normy wyglądu prawdziwego wilka, ale odetchnął z ulgą, gdy Lonya zaczęła nagle.
- Musisz coś zobaczyć! Myślę, że Alfa też to powinna zrobić. Nieopodal lasu stało się coś złego i podejrzanego, trzeba się tym zająć natychmiast, póki nie jest za późno.
Naharys kiwnął z powagą, po czym przemówił do Ereden'a stanowczo, uderzając ogonem o ziemię - zawsze tak robił, gdy ojciec chciał pokazać, że w tamtym momencie nie przyjmuje odmów.
- Synu, w jaskini jest Noiter, który opiekuje się dziewczynkami. Zostaniesz z nimi, a jeśli usłyszę znowu, że wykręciłeś numer z jakimś trującym zielem, osobiście wygarbuję Ci skórę!
- Nie krzycz na mnie, tato! Już nic takiego nie zrobię.
- Racja! Nie zrobisz już czegoś takiego, bo jak się ośmielisz...
- Naharys, może to nie czas i miejsce na reprymendę, ale musimy ruszać! - ponagliła go Ciotka Lonya.
- Zaniosę tylko małego do jaskini i możemy iść!

< Koniec wątku "Ujarzmić Diabła, czas zacząć nowy, pod tytułem "Druga Natura" >

<Ereden w wieku nastoletnim> 

Znowu to samo! Pomyślał wściekle Ereden, gdy rozmasowywał sobie miejsce upadku. To miał być ten sprawdzian siły, tato? ~ Pomyślał Ereden, gdy spojrzawszy na smętnie zwisające jabłko, zawieszone za ogonek na cienkim rzemyku, tupnął nerwowo łapą. Kiedy w końcu pomoże mu ktoś odkryć w sobie tę część mocy? Sini na okrągło jej używa, zupełnie, jakby chciała przypomnieć bratu, że to ona wcześniej odkryła swoją, a on? Jak dotąd nigdy nie udało się mu żadnej poznać i okiełznać - I jak na razie, jego życie toczyło się wokół ciągłych treningów. W tamtym momencie miał trzepnąć ogonem o konar i iść sobie stąd, ale ojciec patrzył i raczej nic nie wskazywało na to, aby się znudził. Spróbuj jeszcze raz! - mówił jego wzrok. Do zdobycia jabłka miał czystą drogę - jak to wyraził się Naharys.
Miał rozpędzić się w stronę wysokiego głazu, z którego później miał wybić się w prężnym skoku, aby później wczepić się długimi pazurami w miękką korę młodej, wysokiej jabłoni, po czym musiał całą skondensowaną siłę w mięśniach ramion i ud wykorzystać do odbicia w lewo, ku wiszącemu owocu - Jak dotąd, przy ostatnich czterech razach, udawało się mu dotknąć go czubkiem nosa - Ciekawe, jak wypadnie mu następnym razem? Najważniejsze są te trzy albo cztery głębokie wdechy przed startem - Nie miał pojęcia, ale ten sposób oddychania pozwalał się mu odprężyć i spojrzeć na to ćwiczenie, z dość innej perspektywy. Powinno się udać! Kiedyś musi!
Z tymi myślami popędził w wiadomym celu, ku rosłemu głazowi, doskoczył do niego w trzech susach, po czym zwinnie i z kocią gracją, wdrapał się na szczyt, nie tracąc pędu. Następnie napiął mięśnie do granic możliwości swych tylnych łap i jak młoda pantera, wybił się od szorstkiej nawierzchni skały, aby potem wbić się pazurami w pień drzewa. Z zaciśniętymi mocno zębami próbował utrzymać się na pozycji - mięśnie niestety wydawały się mu zaraz trzasnąć, jak gumowy węzeł, a moc przyciągania ziemskiego, wcale nie poprawiała jego sytuacji. Ani na jotę. Ereden z trudem wymalowanym na pysku, wykręcił głowę w stronę jabłka, którym lekko kołysał popołudniowy, łagodny wiaterek. Jakby owoc, dyndając, chciał powiedzieć "Juhu! Tutaj jestem i czekam na ciebie!" Jak się można było oczywiście spodziewać, Ereden zleciał z drzewa, zanim zdążył się wybić. Nie próbował nawet krzyczeć, ale zamknął oczy, nim kolejny raz, jego bok zaliczył bolesne spotkanie z glebą. Ereden zaklął siarczyście, na głos, co nie uszło to słuchowi Naharys'a, który właśnie schodził do syna, z kamienistego wzniesienia - skąd miał dobre wejrzenie na trening basiora.
- Przekleństwa nic tu nie dadzą! Próbuj dalej!
- Ty też się tego uczyłeś?! Bo nie wierzę, że potrafiłbyś zdobyć się na taki wyczyn. Tego, to nawet sama ciotka Lonya nie umie!
Ku zdziwieniu Ereden'a, jego ojciec uniósł lekko brew, jakby nie przejął się wyznaniami syna.
- Ja nie potrafię? No to patrz i ucz się, młody, jak twój stary to robi! - odparł hardo Naharys.
Powtórzył całą trasę. Ereden jednak zauważył, jak jego ojciec wybijając się z kamienia, robi to z nadzwyczajną gracją i siłą, a gdy zaczepiwszy pazurami o pień, wykręcił zwinnie swój grzbiet, niczym rzucony w powietrze łosoś, po czym pochwycił owoc w stalowy uścisk swych szczęk. Całość zadania zakończył lądowaniem na lekko ugięte łapy, a zrobił to z taką finezją, że Ereden wręcz nie mógł wyjść z podziwu... a jednocześnie był wściekły. Naharys, trzymając w pysku owoc, poruszył prowokująco brwiami.
- Nie mówiłeś, że po skoku na drzewo, mam zrobić od razu! - warknął Ereden.
- Bo nie pytałeś - odparł Naharys, wypluwając owoc - masz, zjedz jabłko.
- Nie chcę twojego zasranego jabłka! - kłapnął wściekły Ereden.
Naharys, lekko zaskoczony wybuchem agresji syna, przekrzywił lekko głowę, wygiął usta w grymas zastanowienia.
- Synu, nie udało Ci się dzisiaj, uda się jutro. Albo pojutrze. Nie od razu watahę zbudowano, przecież wiesz.
- Nie o to chodzi! Ciągle każesz mi skakać po drzewach i zrywać owoce, przeskakiwać przez durne kamienie nad rzeką albo ciągle walczyć z głupimi badylami, w trakcie, gdy Shori i Sininen rozwijają swoje moce!
- Ah, tu cię boli - odparł przekonany Naharys - Nie odkryłeś swych mocy, bo to nie jest jeszcze czas.
Wiesz, ile ja miałem lat, kiedy odkryłem swoje pierwsze moce? Dwa lata!
- Ciotka powiedziała, że nieco młodziej, przed wiekiem nastoletnim.
Naharys opuścił ramiona przegrany, podrapał się powoli w szczękę.
- Powinienem dłużej z tobą spędzać czasu, niż wysyłać Cię do Lonyi.
Naharys oczywiście rzekł to w geście żartu, lecz Ereden był już tak wściekły, że każde inne słowo brał na poważnie - po prostu nie miał już nawet sił, aby zastanawiać się nad przekazem.
- Ciocia Lonya nic nie zrobiła! Nie zakażesz mi się z nią widywać!
Łaził w kółko, rzucając pod nosem przekleństwa, tak paskudne, że nawet sam Naharys się dziwił, skąd też poznał tak nieprzyzwoity zasób słów. Naharys wstał, spokojnym, aczkolwiek stanowczym krokiem, zbliżył się do syna. Objął go silną łapą wokół dobrze umięśnionego karku, ale Ereden strząsnął ją bezceremonialnie.
- Ereden, o co chodzi? - zapytał Naharys, tym razem stanowczym, dość surowym tonem dowódcy - Odpowiedz mi!
- A co Cię to obchodzi?! - warknął młodzieniec, obrzucając ojca gniewnym spojrzeniem, które nieco go przeraziło. Nie przez wyraz jego oczu, gdyż normalnie, nie zawracałby sobie tym głowy, lecz tym, co się z nimi stało; Zielonozłote pierścienie tęczówek zatopione były we wściekłej smolistej czerni. Na powiekach zakreślały się dziwne mroczne szramy, które jedynie podkreślały makabryczny charakter jego oczu - Interesuje cię tylko to, ile zrobię pompek, albo... czego się tak na mnie patrzysz?!
- Ereden, Co ci się stało? - zapytał zaniepokojony ojciec, zbliżając się do młodzieńca. Nakazał mu się nie ruszać, aby mógł palcami odgarnąć nieco powiekę z lewego oka, żeby się móc dokładnie przyjrzeć. Gałka oczna była kompletnie czarna, co jeszcze bardziej wprawiło w niepokój Naharys'a. Przyjrzał się dokładnie szramom na powiekach - w dotyku i wyglądem przypominały one, jakby naczynka wokół oczu basiora, wypełnione były roztopioną smołą, miast krwi.
- Co jest? - zapytał ożywionym tonem Ereden.
- Jak się czujesz? Boli cię coś?
- Nie. Czuję się tylko... jakby bardziej ożywiony i... silniejszy - Ereden odpowiadał lakonicznie, dość niepewnie, ale jedno, co było dla niego pewne, to to, że nie czuł żadnego bólu ani zmęczenia tym stanem. Poruszył żywo mięśniami ramion - wydawały się mu takie elastyczne i silne, mogące znieść największe obciążenia i wykonać dość spory wysiłek. Dziwne, że jakoś wcześniej nie zwrócił na ten stan żadnej uwagi, prawdopodobnie za bardzo był skupiony na swym gniewie.
- Idziemy do Lonyi. Ona cię zbada i stwierdzi, co Ci się mogło stać.
- Tato, nic mi nie jest! Czuję się wręcz znakomicie!
I z tymi słowy pobiegł z nową siłą w kierunku młodej jabłonki, z której miał zerwać wiadomy owoc - a zrobił to z przekonaniem, że tym razem nic nie stanie mu na przeszkodzie. Dotąd nie czuł się tak silny, niepowstrzymany! Niepokonany! Przekonał się na tym, gdy wybijając się od wyrastającego głazu - i Naharys mógł przysiąc, że widział, jak Ereden bez trudu wykonał kilka kroków wzdłuż pnia, tym samym zdołał złapać w zęby kolejne jabłko. Kiedy upadł na ziemię, zrobił to miękko i z gracją, godną mistrza zabójców. Kiedy młody potrząsnął swym futrem, w powietrzu dało się wręcz wyczuć elektryzującą energię, wylewającą się wraz z falującą na wietrze sierścią. Naharys zamrugał ze zdziwienia oczami, jakby usiłował upewnić się, że to, co przed chwilą zobaczył, nie jest wymysłem jego wyobraźni. Ereden wziął potężny kęs owocu, zmrużył lekko oczy, jakby rozkoszując się jego słodkim smakiem, po czym oblizał się z jego soku, który ściekał mu obficie z podbródka.
- Na ogon Soleil'a, Ereden, coś ty zrobił! Ja... o żesz...
Ereden spojrzawszy na ojca hardym spojrzeniem, wyrzucił jabłko za siebie, które głucho poturlało się z trawiastego pagórka.
- Nie trzeba czekać do jutra, czy na pojutrze, aby Ci pokazać, że potrafię, tato!
- Mimo tego chciałbym, aby twoja ciotka Cię obejrzała. Martwię się o ciebie, synu!

*** 
Ereden, po raz któryś z kolei próbował wytłumaczyć ojcu, że wszystko jest w jak najlepszym porządku - gotów był nawet nazwać go histerykiem, ale prędko powstrzymał swój wściekły język. Opuścili więc dość młody lasek jabłoni, aby potem zawiłą ścieżką, kreślącą się wzdłuż dzikiego ostępu, dojść na niezbyt wysokie wzgórze, z którego to grzbietu, dostrzegli dokładny zarys lecznicy, gdzie obecnie krzątała się Lonya. W ten wiosenny kolorowy dzień, miała pod swym skrzydłem tylko dwóch, ale ciężko chorych pacjentów - jeden z poważnie złamaną kością udową, a drugi zaś zwijał się w gorączce pod stertami futer. Jednakże to nie był powód, aby młoda medyczka nie znalazła chwili na obserwację bratanka. Moment, kiedy Lonya z szokiem w oczach, dostrzegła w basiorze pewnych "zmian w wyglądzie", Ereden zapamięta na dość długo. To moment, kiedy nie widzi się już dobrej, bliskiej jemu sercu wadery, lecz kogoś, kto właśnie stanął oko w oko z najgroźniejszą bestią.
- Lo, musisz zerknąć na Ereden'a, z nim jest coś nie tak! - powiedział z nieudawanym przejęciem Naharys, a Lonya potrafiła wyczuwać takie rzeczy.
- Tato, setny raz, już sam nie przeliczę, mówię Ci, że nic mi nie jest! Czuję się zajebiście! - powiedział, prawie warknął Ereden, ale ten, jakby nie słuchając, pchnął go lekko w stronę ciotki.
W następnej chwili, Lonya przyglądała się badawczo jego źrenicom na tle smolistej czerni, zbadała palpacyjnie mięśnie, które w dotyku okazały się mocno napięte i równie twarde, co stop wytrzymałej stali, a oddech zaś był niewiarygodnie przyśpieszony, jakby Ereden właśnie dopiero co przebiegł dość spory maraton. Całokształt niespecjalnie napawał optymizmem, biorąc też pod uwagę fakt, iż tętno Ereden'a można by porównać do galopującego ogiera, któremu właśnie podano sterydy.
- Kiedy to się zaczęło u niego objawiać?
- Normalnie ćwiczyliśmy, niestety Ereden nie mógł sobie poradzić, więc zaprezentowałem mu na swym przykładzie, jak to się powinno robić... nie wiem, czy to ma jakieś znaczenie, ale Ereden wściekł się jakoś i to dość mocno. Dopiero w trakcie, gdy chciałem przemówić mu do rozumu, on spojrzał na mnie i... to już mu zostało, aż do teraz.
- Czyli myślisz, że mogło mu się to pojawić w trakcie gniewu? Hmmm... Ereden, jak się czujesz?
Ereden znudzony już tym pytanie, przewrócił zirytowany oczami.
- Ile razy mam powtarzać?! Czuję się dobrze! - warknął i tupnął wściekle łapą - zaczynacie mnie denerwować!
- Podniesiony poziom adrenaliny i kortyzolu - powiedziała Lonya, nie przestając się mu badawczo przyglądać - dawka oksytocyny powinna Ci pomóc, młody! Itami! Mamy jeszcze w zapasie leki stymulująco- uspokajające?
- Myślę, że mamy jeszcze w zapasie - odparła młoda, niska wadera, która pojawiła się nagle za rogiem wejścia do przedsionka jaskini.
- Zaaplikuj młodemu średnią dawkę, tak dla pewności, że to zadziała. Gdyby nie, wiesz co masz robić? Podwoić dawkę.
Ereden'owi było nie w smak, gdy kazano mu żuć te wszystkie ohydne zioła, połączone z jakimiś alchemicznymi wyciągami z dziwnie wyglądających alembików i flakoników - a czuł się przy tym niezwykle żałośnie, bowiem już jako nastolatek, czuł że potrafi już zadbać o siebie i swoje sprawy, co też nie powinno nikogo interesować ani przejmować. Wiedział jednak, że z własnym ojcem oraz ciotką dyskutować nie można, gdyż to wilki wielce uparte. Nie minęła nawet dobra minuta, jak mięśnie młodzieńca zaczęły się rozkurczać - wydawało mu się, jakby miękły - oddech stał się uregulowany, spokojny. Mimo wszystko, na ciało młodzieńca spadło ogromne zmęczenie - o dziwo fizyczne, jak i te psychiczne - czuł, jakby został wyprany ze wszystkich sił i energii życiowej. Kiwając głową na boki, przed oczami widział zdwojony obraz, mroczki i wszystko wydawało się takie zamazane, pozbawione szczegółów i konturów.
- Nie rozumiem - powiedziała po chwili Lonya - powinien się uspokoić, a wygląda, jakby miał zaraz paść z wycieńczenia... Naharys, łap go!
Biały wilk pochwycił Ereden'a w ostatniej możliwej chwili - młody dosłownie osunął się z łap, nie czując nawet, że traci kontrolę nad swym ciałem. Opadł ciężko w objęcia Naharys'a, który później, na polecenie Lonyi, załadował go na szpitalne łózko i zakopał pod stertę czystych futer.
Kiedy się ocknął, nie był pewien z początku, gdzie jest, lecz silny zapach ziół i lekarstw, chyżo mu o tym przypomniały. Lecznica wydawała się być zatopiona w lekkim letargu, albo to tylko sprawiała takie wrażenie, bowiem prócz głośnych i miarowych oddechów pogrążonych we śnie pacjentów, nie słyszał nic. Być może percepcja jego zmysłów została skutecznie przytępiała, albo na świecie panuje noc, w trakcie gdy inne wilki korzystają z zasłużonego odpoczynku. Nie był już pewien tego wszystkiego... Rozejrzał się wokół, mając jednocześnie ochotę wyskoczyć spod warstwy futer, lecz zmęczenie nadal odzywało się wyraźnie w bolących mięśniach. Kiedy chciał mrugnąć, potworne pieczenie odezwało się w oczodołach, więc szybko zamknął oczy, mając jednocześnie wielką ochotę, aby je potrzeć.
~ Cholera, co jest ze mną nie tak!? - pomyślał Ereden. W końcu dał za wygraną i ułożył głowę na prostych łapach, próbując zatopić się w objęcia morfeusza. Na próżno starał się zasnąć, więc w ciągu nocy, wiercił się z boku na bok, szukając dogodnych pozycji, lecz żadna inna nie wydawała się mu wygodna. W końcu trzasnął gniewnie ogonem i postanowił poszukać czegoś, co pomoże mu zasnąć. Niestety, na jego nieszczęście - bowiem piekące oczy łzawiły mu i cały ten obraz widział w zamazanych konturach - błądząc w mrocznym korytarzu, strącił na siebie flakon z podejrzanie śmierdzącą substancją. Zamroczyło basiora, gdyż naczynie roztrzaskało się w drobny mak na jego głowie, zatoczył niepełne koło w miejscu, po czym runął jak długi na kamienistą posadzkę.

***
- Doprawdy masz niezłego guza! - skomentowała dość ostro ciotka Lonya, przykładając młodemu spory kawał lodu na miejsce między jego uszami - Co ci strzeliło do głowy, żeby kręcić się w medycznych zapasach, ty mały gnomie?
- Szukałem czegoś na sen - odparł ponuro basior, zaciskając zęby z bólu, tępo odzywającego się na czubie głowy.
- I w tym celu rozwaliłeś sobie na głowie pojemnik z olejkiem rycynusowym? Młody, teraz to Ci sierść wyrośnie, tak bujnie, jak w ogrodzie jordanowskim krzewy winogron!
- To chyba dobrze, prawda?
- O ile marzysz o czuprynie, to raczej dobrze - odparła ciepło Lonya - poza tym będziesz mieć zdrową skórę i włosy... ale o tym później. Chciałabym, abyś o czymś wiedział, Ereden.
Ereden uniósł głowę, chciał się uśmiechnąć, lecz pewna część duchowego siebie, skutecznie mu to uniemożliwiała. Miał złe przeczucia.
- Pamiętasz jeszcze tego pasożyta, który zaatakował Cię za szczeniaka?
Młody pokiwał głową z wyraźnie malującym się niepokojem na pysku.
~ Jakbym miał zapomnieć? Przez niego omal nie przekręciłem się na tamten świat! - pomyślał zaniepokojony Ereden.
- Otóż... gdy byłeś nieprzytomny, więc zbadałam dokładnie twoje ciało... a konkretnie twoją głowę i... cóż...
- No, wykrztuś to z siebie, ciociu! - powiedział Ereden, nie tracąc z wadery swych przenikliwych oczu.
-... mówiąc wprost. To siedzi w twojej głowie. Druga wersja pasożyta. Dziwnie zmienionego pasożyta... tego samego gatunku, ale przepoczwarzonego. Dzieje się to tak, gdy pierwotna wersja pasożyta złoży w żywicielu " awaryjne jajeczko". Z tego jajeczka wyrasta druga wersja pasożyta, ale mocno odmieniona od poprzednika. Wczoraj, wściekając się na ojca, wiesz dlaczego nagle poczułeś się taki silniejszy i sprawniejszy? Ponieważ ten pasożyt, usadowiony w twoim móżdżku, jest w stanie stymulować wszystkie procesy mięśniowe, powodując, że są one silniejsze, wytrzymalsze i zdolne do nadnaturalnych wysiłków. Stan jego aktywności wzrasta wraz z poziomem adrenaliny i kortyzolu we krwi.
- Skoro ten pasożyt jest dla mnie taki dobry, to dlaczego tak osłabłem po transie? - zapytał niepewnie Ereden.
- Ponieważ, jak sama nazwa wskazuje, pasożyt żywi się energią, wytworzoną w twoim ciele... aby móc funkcjonować, musi się żywić. Im dłużej znajdziesz się pod jego wpływem, tym więcej energii od ciebie zażąda, co też musisz z tym fantem uważać. To się może dość śmiertelnie dla ciebie skończyć. Możesz paść z wycieńczenia.
- A nie możesz go ze mnie jakoś usunąć?
Im więcej Ereden pytał, tym bardziej zaczynał powątpiewać w swoją przyszłość, wraz z otrzymanymi odpowiedziami.
- Cóż... gdybym to zrobiła... zrobiłabym z ciebie roślinę. Twój mózg i układ nerwowy uzależnił się od woli pasożyta. Gdybym tylko wiedziała, że to się tak może dla ciebie skończyć, wraz z tym pasożytem, usunęłabym też to cholerne jajeczko. Ereden, posłuchaj mnie! Musisz uważać na siebie. Musisz panować nad emocjami, bo to się może dla ciebie skończyć źle.
- To nie będzie takie proste - odparł ze zmartwieniem Ereden - Znasz mnie, ciociu. Bywam wybuchowy.
- Zupełnie, jak twój ojciec - skwitowała Lonya - Opowiadałam Ci, jak dla mnie próbował zabić swojego najlepszego przyjaciela?
Ereden pokręcił głową z zaprzeczeniem, uniósł lekko brew, wyraźnie zaciekawiony.
- Opowiesz mi tę historię? - zapytał.
- Może kiedyś... jak będziesz na to gotowy...
- Ale ja jestem gotowy, ciociu. Mam czas, nie mam zajęć. Mogę posłuchać.
- A w kwestii czasu, to mnie jakby go brak. Muszę zająć się pacjentami, ale spokojnie, kiedyś Ci o tym opowiem, ale nie teraz.
Usiadł Ereden z westchnieniem, uderzając ogonem o kamienną posadzkę i przyglądając się, jak jego ciotka zbiera bandaże, leki przeciwbólowe i wiklinowe naczynie z lodem.
- Skoro tak mówisz.

<Lonya?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 3711
Ilość zdobytych PD: 1855 + 15% (278PD)  za długość powyżej 3000 słów
Obecny stan: 2133 PD

poniedziałek, 18 kwietnia 2022

Od Lonyi c.d Ereden'a ~ Ujarzmić diabła

-Czy pan Atrehu to twój chłopak? - chytry uśmieszek zagościł na pysku bratanka.
- A to już nie twoja sprawa, smarku! Zajmij się swoim nosem!
- Widziałem! Jak się całujecie! Błeee, ohyda!
- Już już spać i nie dyskutuj ze mną, bo Ci te wścibskie oczy wykolę, diable! - moja groźba, wywołała u malca krótki chichot, który ucichł, gdy tylko ułożył się do snu.
Nie kręcił się zbytnio, wręcz momentalnie zasnął. Stałam tak chwilę nad nim, przyglądając się jego miarowemu oddechowi, gdzieniegdzie przeplatane z cichym pochrapywaniem.
"Też uwielbiasz wściubiać nos w nie swoje sprawy" pomyślałam o jego ojcu, śmiejąc się sama do siebie.
Pomimo późnej godziny, nie wzięłam przykładu z bratanka, tylko jeszcze raz zajęłam się zwojem, który otrzymaliśmy od Nabi. Kolejny raz przestudiowałam treść genezy skrzydlatych wilków, po to, aby... właściwie nie wiem po co. Nie wiele było informacji o tym, w jaki sposób powstały, a więc każda adnotacja na ich temat przybliży nas do prawdy, chociażby miały być to powieści, gdzie główną rolę grają bogowie. Obecnie wiedza ta pozwoli nam jedynie lepiej zrozumieć ich pochodzenie no i dzięki zwojowi ich anatomię, bez czasochłonnego studiowania zwłok skrzydlatych wilków. Nie, żeby mi ta czynność przeszkadzała, natomiast rzadko udaje się trafić na dobrze zachowane szczątki, a jeszcze rzadziej można robić to za zgodą martwego.
No nic, noc nie była najmłodsza, a mnie po setnym przestudiowaniu ryciny zmógł sen, toteż leniwie ułożyłam się obok malca, wpierw lokując go na jednym z brzegów legowiska, gdyż ten rozłożył się na samym jego środku- do teraz trudno pojąc jak takie małe ciałko, potrafi przejąć aż tak dużą przestrzeń.
***
- Obudź się- kolejne szarpnięcie i jęki Eredena przywróciło mi świadomość.
- Śpij jeszcze. Jest wcześnie — wymamrotałam, przekręcając się na drugi bok.
- Nie chcę!- zaprotestował hardo - Chcę jeszcze dowiedzieć się czegoś o roślinach, zanim ojciec mnie odbierze.
- To wybierz sobie coś z półki i daj mi spać.
Szczeniak nie dawał jednak za wygraną. Koniecznie chciał, abyśmy teorię zamienili w praktykę. Uznał, że zwoje zostawi sobie na deszczowe dni, a teraz woli z bliska przyjrzeć się tojadowi, czy chociażby wawrzynkowi.
- Póki jesteś mały, masz immunitet, ale przysięgam, że gdy dorośniesz, zaznasz wszelkich możliwych tortur, jakie poznałam przez lata- wyszczerzyłam zęby, próbując zadbać, aby mój uśmiech jak najlepiej zamaskował irytację.
Gdy tylko zwlekłam cielsko, ten ochoczo ruszył do wyjścia z dumnie uniesioną głową. Gdy tylko wyłoniłam się za skalnej ściany, promienie Słońca, wdzierające się do groty, rozścielały przyjemny blask na zawieszone susze roślinne. Zdawało się niemal, że dzięki temu wydzielają wdzięczną i słodką woń. A może to tylko halucynacje spowodowane wczesną porą. Nie mniej, widok był zaskakująco przyjemny, toteż nawet przez chwilę przeszło mi przez myśl, że czasem może i warto wcześniej zwlec się ze sterty skór.
- Idziesz?! - szczeniak przebierał niecierpliwie łapami, czekając już na zewnątrz.
- Do czego to doszło, że wykonuje polecenia basiora - parsknęłam, zrównując się z bratankiem.
Ten przekręcił łeb na znak niezrozumienia, ale szybko zmieniłam temat, pytając go o pierwszy napotkany kwiat.
- Proste, wrotycz - zadowolony z siebie, pomachał jedynie ogonem, czekając na uznanie z mojej strony.
- No dobra, a coś więcej? Jak się stosuje, albo chociaż na co? - łypnęłam na niego okiem.
- Em... działa na zatrucia i przeciwbólowo.
- Coś jeszcze?
Ten podumał jeszcze chwilę, wpatrując się w żółte główki kwiatu, jakby miały mu podpowiedzieć kolejne właściwości. Niestety roślina milczała jak zaklęta, pozostawiając malca z jego własną pamięcią.
- Powąchaj- poleciłam, na co szczeniak posłusznie zaciągnął się zapachem- I co?
- Bardzo dziwnie pachnie.
- No i kto nie przepada za tym zapachem? No dawaj, Ereden, mówiłeś, że to łatwe.
- Owady?
- Dokładnie, potrafisz je wymienić?
- Em, no te... Mrówki. Muchy, kleszcze. O! I komary!
- Doskonale! Pamiętaj, że nazwa rośliny nie czyni z ciebie speca. Jeśli chcesz kiedyś parać się zielarstwem, powinieneś poznać przynajmniej ich właściwości. No, skoro rozgrzewkę mamy za sobą, idziemy dalej.
Ten przytaknął tylko i żwawo ruszył za mną, chętnie zadając pytania na temat roślin, jakie poznał z pism. Bardzo interesował się tojadem, jednak każde moje pytanie na temat jego ciekawości tą konkretną rośliną wyjaśniał czystą ciekawością.
- A to jak myślisz? - wskazałam na pęczek drobnych, intensywnie złotych kwiatów.
- Jaskier pospolity. Wywołuje, biegunkę, nudności i zawroty głowy. Po kontakcie ze zranioną skórą może powodować jej swędzenie i wysypkę.
- No jestem pod wrażeniem. A czym się różni od kniecia błotnego, którego zwykle nazywamy...
Ha, wiedziałam, że tu Cię zagnę. Kaczeńcem. No słucham- przysiadłam, cierpliwie czekając na wypowiedź malca.
-Jaskier ma drobniejsze kwiaty, dłuższą łodygę i takie... pierzaste, poszarpane liście. Kaczeń... knieć błotna- poprawił się, widząc mój wzrok- Ma masywniejsze kwiaty i liście. Można je znaleźć na wilgotniejszych terenach, blisko rzek i stawów.
- Brawo. To teraz zrobimy małą przerwę na śniadanie, a w jego trakcie opowiesz mi o zastosowaniu.
Nie trzeba było długo czekać na zgodę ze strony młodego basiorka. Skupiliśmy się na szukaniu tropów jakiegoś drobnego stworzenia, które nadałoby się dla nas na posiłek. Brnęliśmy chwilę w gęstej trawie, próbując zwęszyć jakiś trop. Nos podpowiedział mi, w którą stronę powinnyśmy się udać, jednak kilkanaście metrów dalej, woń stawała się coraz bardziej niepokojąca, zagadkowa. Ślady również nie wskazywały, że to będzie coś zwyczajnego i tak też przedzierając się na skraj polany, udało nam się dotrzeć do miejsca, gdzie kilka dni wcześniej stoczyła się bitwa. Batalia stoczona między pokaźnych rozmiarów odyńcem, leżącym teraz bez życia w trawie, zesztywniałej od jego krwi, a czymś, co było w stanie w pojedynkę go powalić.
Bacznie zlustrowałam wzrokiem truchło zwierzęcia, w którego boku ziajała wielka rana, ukazująca białe kości żeber i jelita, barbarzyńsko wywleczone na wierzch.
- Wszystko w porządku? - Ereden patrzył na mnie z przejęciem.
- Nie sądzę. Musiał zginąć tej nocy. To nie jest robota dla jednego wilka.
-To co to mogło być? - zbliżył się do ciała, badając ślady walki.
Dzik był pokiereszowany, ale nie oddał skóry łatwo. Świadczyła o tym krew na obydwu kłach, w tym jeden został ułamany, możliwe, że podczas starcia i utkwił w ciele bestii zdolnej do powalenia drania. Siła, jak i wielkość szczęk, które wyrwały taki kawał z jego boku, nie łatwo było zaklasyfikować do żadnego znanego mi gatunku, zamieszkującego nasze tereny.
- Nie wiem, ale nie powinniśmy tu dłużej być. Musimy kogoś zawiadomić- rozejrzałam się nerwowo po okolicy, szukając obecności stwora.

<Ereden?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1003
Ilość zdobytych PD: 501 PD + 5% (25 PD) za długość powyżej 1000 słów
Obecny stan: 2490 PD

niedziela, 13 marca 2022

Od Ereden'a c.d Lonyi ~ Ujarzmić diabła

Czas jaki spędził w towarzystwie jego ukochanej ciotki, momentalnie sprawił, że zapomniał o pogardzie dla skrzydlatych i różnych odmiennych wilków, którzy mieli pecha urodzić się innymi - albo szczęście? Ereden już nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć.
- Dorośli to jednak są jacyś dziwni. Ja to się nigdy nie zakocham - mlasnął językiem, udając, jakby w tym momencie chciał zwymiotować na widok czegoś bardzo paskudnego. Uwierzcie mi, drodzy czytelnicy, że ów widok był co najwyżej komiczny, toteż Lonya wybuchła niepowstrzymanym śmiechem - Malcowi jednak nie było do śmiechu, bowiem nadął się bardzo, aż jego policzki wyglądały, jakby należały do chomika, albo świnkę morską, która upchała zbyt dużo jedzenia do pyszczka.
- No już! Nie fukaj tyle. Chcesz, żebym czytała dalej? - zerknęła na niego łagodnie, przy czym obdarzając go ciepłym uśmiechem. Ereden wciągnął policzki z powrotem, po czym zerknął na wypalone symbole linijkę dalej - akapit, który zaczynał się wstępem do wersji anatomicznego opisu. Malec pokiwał głową.
- " Owe wilki, z racji budowy własne, kości są powietrzem wypełnione, niczym u ptactwa latającego, aby umożliwić im swobodę latania i zmniejszeniu ich ciężkości, w trakcie przemieszczania się w przestworzach..." Normalne wilki, Ereden, takie jak my, mamy kości wypełnione szpikiem kostnym, który odpowiada za syntezę krwi w naszym organizmie...
- Co to jest synteza? - zapytał niepewnie szczeniak.
- Czyli tworzenie, produkcja i tak dalej... a u wilków skrzydlatych... " Za ośrodek krwiotwórczy służy im wątroba, a także śledziona - a ta z kolei zaś pozbywa się starej krwi, niszcząc ją, aby pozyskać następnie z niej niezbędne składniki, które organizm pozyska na reprodukcję nowej w wątrobie..."
-... ha! Czyli skrzydlate wilki nie są do nas podobne! Wiedziałem! - zawołał z satysfakcją mały basiorek, uśmiechając się szeroko - miałem rację! Oni są odmieńcami!
- Nie tak prędko młody! - odpowiedziała Lonya, szturchając palcem w pergamin - Nie bądź taki hop do przodu, bo ci w tyle zabraknie. Posłuchaj tego... " Owe osobniki, pomimo, iż w skrzydła są uposażone, zalicza się do tej samego gatunku, co wilk przyziemny, gdyż w swych genach posiadają taką samą liczbę chromosomów..."
- Co to są chro...chromo... chromosomy? - przerwał znowu Ereden, drapiąc się z zakłopotaniem w ciemię.
Lonya obdarowała go cierpliwym i badawczym wzrokiem.
- To jest dany genów o różnym rodzaju... wiesz co? Sprawy genetyczne zostawmy na potem, gdy podrośniesz. To bardzo skomplikowany temat, nawet dla takiej cwanej sztuki, jak twoja ciotka - przyznała i poczochrała łapą bujną grzywkę Eredena. - Ale tak czy siak, skrzydlate wilki należy traktować, jak równe sobie osobniki. Widzisz! Nawet nauka Ci to mówi. Jesteś bystrym diabłem, Ereden. Dajesz wiarę temu, co przed chwilą Ci przeczytałam? I nie zapominaj też o tym, co mi obiecałeś! - zerknęła znacząco na bratanka - Jeśli złamiesz dane mi słowo, przestaniemy się lubić!
- No dobrze, ciociu, dobrze! Lubię cię bardzo, ciociu Lonyo. - odparł pośpiesznie Ereden, spoglądając na waderę wzrokiem pełnym winy.
- Poza tym. Ereden, wyjaśnisz mi coś? Tak bardzo wskakujesz na swoje siostry z powodu skrzydeł. Uważasz je za dziwadła, a mnie nie? Przecież mam tyle ogonów, że mogłabym nimi zamiatać podłogę.
Ereden spojrzał na ogony ciotki i zrobił taką minę, jakby dopiero od tej chwili zauważył tę mnogą "nieścisłość".
- Nie wiem... tak jakoś...
- Ereden. To nie jest odpowiedź! Tylko szczeniackie, niedojrzałe wymigiwanie się. Chcę od ciebie szczerej odpowiedzi. Dlaczego moje towarzystwo przekładasz nad swoje siostry? - zapytała ponownie, tym razem wytrwale czekała na odpowiedź. 
No właśnie! ~ krzyknął w myślach Ereden. Młody, pod ciężarem wzroku ciotki, poczuł na sobie pot oraz swędzące go pod futrem ciepło. ~ Bo cię kocham, ciociu. Z drugiej strony, nie tak powinna brzmieć odpowiedź. A była ona prosta, jak wystrzelona strzała. 
- Nie zastanawiałem się nad tym - odpowiedział po chwili. 
- Mhmm - mruknęła znacząco ciotka, unosząc wysoko lewą brew - A nie zastanawiałeś się nigdy, co czują twoje siostry, gdy tak na nie wskakujesz?
Malec przecząco pokręcił głową.
- Myślę, że dzisiaj dostałeś już dostatecznie dobrą lekcję. A teraz zwijamy pergamin i szykujmy się do spania. Jutro trzeba wcześnie wstać, ja do pracy, a ty do domu.
- Już do domu? Chcę Ci dalej pomagać i być przy tobie! - zaprotestował głośno Ereden, robiąc taką minę, jakby się dowiedział, że Lonya ma zamiar odejść na zawsze. Wadera natomiast zaśmiała się ciepło, tuląc małego diabełka do siebie.
- Wiem, wiem, że chcesz, ale co ja powiem twojemu tacie? Jeszcze sobie pomyśli, że mu cię porwałam czy coś - dodała ze śmiechem.
- Poproszę go, aby pozwolił mi zostać jeszcze trochę! - rzucił rozentuzjazmowany szczeniak, a w oczach jego tańcowały iskierki nadziei.
- Myślę, że nie pójdzie na to. On myśli, że ty odbywasz karę. A kara zazwyczaj wiąże się z czymś nieprzyjemnym. Nie martw się, diable. Będziesz miał jeszcze wiele okazji, żeby razem się pobawić.
Szczeniak zmarkotniał nieznacznie, ale to nie uszło uwadze Lonyi, toteż zamknęła go w ciepły uścisk, czochrając go przy okazji po głowie. I wtem nasz genialny szczeniak wpadł na pewien pomysł - Wiele już słyszał o tym, jak Shori przebywała w towarzystwie swego mentora, tego basiora z płomienno-rudym futrem. Nawet Sininen zdobyła własnego, u którego aplikowała na stratega...
~ Ja mógłbym się uczyć od cioci!
- Ciociu, a gdybyś została moją mentorką, to moglibyśmy spędzać ze sobą wiele czasu! - rzekł po chwili namysłu Ereden. Z nowym płomieniem nadziei w oczach spoglądał na waderę, która uniosła teatralnie brwi i obdarzyła bratanka rozbawionym spojrzeniem.
- Zdajesz sobie sprawę, w co ty się pakujesz? - zapytała żartobliwie - Prosisz lwa, aby stał się twoją maskotką.
- Oj! No proszę cię, ciociu! Zgódź się! Zgódź się! Zgódź się! Zgódź się! Zgódź się! Zgódź się!- skakał w miejscu i nie zamierzał ustępować - Proszę cię! Zgódź się...
- Dobrze już! Już dobrze, no... ale nie wiem, co na to twój ojciec! - odparła Lonya ze śmiechem.
- Może się zgodzi... ale... no, nie bardzo wiem, od czego to zależy, ale bardzo chcę być twoim uczniem!
Lonya przekrzywiła lekko usta w grymasie wyraźnego zamyślenia, spojrzała na bratanka, po czym z tymi słowy, pogładziła go po puchatym futerku, porastającym jego szyję.
- Pomyślimy o tym jutro, a teraz idź już spać, diable. Dzisiaj bardzo ciężko pracowałeś.
- Ciociu?
- Tak? - odezwała się wadera z udawanym zniecierpliwieniem, uśmiechnęła się ciepło.
- Czy pan Atrehu to twój chłopak? - zapytał z diabelnym grymasem, wymalowanym na drobnym pyszczku.
- A to już nie twoja sprawa, smarku! - parsknęła śmiechem - Zajmij się swoim nosem!
- Widziałem! Jak się całujecie! Błeee, ohyda! - zawołał żartobliwie Ereden, symulując spazmy wymiotne.
- Już już spać i nie dyskutuj ze mną, bo Ci te wścibskie oczy wykolę, diable!
Ereden zachichotał cicho, zakrywając łapką usta.

Lonya?

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1032
Ilość zdobytych PD: 516 PD + 5% (25 PD) za długość powyżej 1000 słów.
Obecny stan: 2982 PD

sobota, 12 marca 2022

Od Lonyi c.d Ereden'a ~ Ujarzmić diabła

Nabi przesiadywała w swojej jaskini, jak zawsze pielęgnując zioła, które niedawno zebrała, jak i te, które były już w różnych etapach suszenia. Była jedną z lepszych zielarek, z jakimi miałam styczność, a można to wywnioskować po intensywnym zapachu roślin, panującym w jej grocie. Chociaż część z nich nie miała już grama wody, nie utraciły swoich walorów zapachowych.
Przyznaję, odrobinę obawiałam się pierwszego spotkania niewidomej wadery z bratankiem, znając jego poglądy na temat "odmienności". Chyba brak wzroku nie był dla niego tak odstręczający, jak skrzydła, bo z entuzjazmem przyjął do wiadomości fakt, jak gospodyni radzi sobie w życiu codziennym.
Wchodząc do środka od razu zaczął pociągać nosem z zainteresowaniem wyłapując dobrze mu znane wonie, jak i te które rejestrował pierwszy raz w życiu. Ostrożnie przeczesywał jaskini, badając każdy zwitek ziół, jaki udało mu się dostrzec.
- Chyba będziesz mieć wkrótce pomocnika. - szepnęłam do Nabi, obserwując zachowanie szczeniaka.
Ta tylko zastrzygła uszami, wodząc małżowinami za ruchami małego basiorka, uśmiechając się przy tym. Rzeczywiście miała bardzo dobry słuch, bo bezbłędnie namierzała każdy jego krok, mimo iż stąpał cicho i jak na szczeniaka z wyjątkową ostrożnością.
Nie czekając, aż malec sam znajdzie sobie zajęcie, a chyba każdy rozsądny osobnik jest w stanie przewidzieć skutki zostawienie krnąbrnego młodzika w jamie z trującymi roślinami, wręczyłam mu kilka zwojów botanicznych.
Chcąc sprawnie załatwić wizytę u zielarki, przekazałam jej listę interesujących mnie produktów. Dumałyśmy jeszcze kilka chwil nad dodatkowymi pozycjami, co jakiś czas zgadzając się na ich przygotowanie. Konwersacja została zakłócona przez obecność kolejnego przybysza. Rejestrując jego sylwetkę, na moim pysku zakwitł mimowolnie uśmiech.
Atrehu zbliżył się do naszej trójki, uprzednio witając się z właścicielką jamy, jak nakazywała kultura, aby zaraz powitać mnie i Eredena, którego obecność odrobinę mogła zdziwić.
- Co tam? Widzę, że nie jesteś sama. - jego wzrok spoczął na synu Exana.
- Obiecałam Naharysowi, że zajmę się dziś jego malcem. Niezły z niego diabeł.
Wypowiadając ostatnie zdanie, zniżyłam ton, jednak nie na tyle, aby specjalnie unikać słuchu Eredena.
- Słyszałem! - fuknął, nadal nie odrywając wzroku od rycin wypalonych na zwojach.
Jak na zawołanie, kąciki ust wszystkich dorosłych obecnych w pomieszczeniu, uniosły się na dźwięk słów białego szczeniaka. Nabi zarejestrowała w głowie wszystkie interesujące mnie pozycje z tylko wydłużającej się listy, więc nieśpiesznie krzątała się po grocie, poszukując ziół, o których rozprawiałyśmy dobre kilka chwil. W tym czasie rudy samiec posłał mi porozumiewawcze spojrzenie.
- Ereden, chciałabym porozmawiać z Atrehu na spokojnie. Masz tutaj jeszcze jeden zwój do przeczytania i bądź grzeczny! Nabi może i jest niewidoma, ale też nie potrzeba jej twoich wybryków!- wyciągnęłam w jego stronę kolejny zwitek, który należał do Nabi.
Swoją drogą ciekawiło mnie, po co niewidomej waderze tyle pergaminów, jednak kiedyś wspominała, że wzrok straciła, będąc dorosłą wilczycą, więc to pewnie pamiątki z przeszłości.
- Tak, ciociu! - rzucił Ereden, nie kryjąc w swoim głosie niezadowolenia.
Przejął kolejny wolumin, aby chwilę później zniknąć w jednej z wnęk obszernej jaskini Nabi, aby skryć się przed ciekawskim bratankiem.
- O co chodzi? - spojrzałam przez ramię na samca, która szedł za mną.
- Już mówiłem, wyłapałem Twój zapach i nie mogłem obojętnie przejść obok. - Atrehu podszedł do mnie, prostując się, aby łeb mieć jak najwyżej. Robił to dosyć często i nawet kilka razy przeszło mi przez myśl, że uwielbia wykorzystywać swój wzrost podczas rozmów ze mną. Z jednej strony nie znosiłam, gdy się tak wywyższał, jednak z drugiej nie wiedzieć czemu, podobało.
- Aż trudne, że wyłapałeś mój zapach, skoro wokół groty jest taka mieszanina zapachów roślin- przysiadłam na ziemi, owijając ogony wokół łap.
- Sugerujesz, że Cię śledzę? - zawadiacki ton samca opuścił jego usta, które ozdobione były podejrzliwym uśmieszkiem.
- Nie sugeruję, ale nie wykluczam. - podjęłam grę Atrehu, oplatając jego twarz przenikliwym spojrzeniem. - Trochę Cię znam, więc podejrzewam, że Twoja obecność nie jest przypadkowa.
- Przypadkowa, czy nie, każda sytuacja jest dobra, aby oderwać się na kilka minut od obowiązków i skraść całusa. - mówiąc to, postąpił kilka kroków, zmniejszając odległość między nami.
Skwitowałam jego wypowiedź krótkim śmiechem, ofiarowując mu to, po co przyszedł.
- Swoją drogą... ciekawie komponujesz się w połączeniu ze szczeniakiem.
Samiec zapewne liczył na widok mojego pyska, zalanego rumieńcem, jednak zamiast tego zetknął się z uniesioną brwią i spojrzeniem, którego nie zostawiało mu złudzeń, że chciałbym mu powiedzieć
"Kpisz sobie, prawda?"
- No co? Nie powiesz mi chyba, że wzięłaś Eredena pod opiekę z ciężkim bólem serca.
- No nie... Uwielbiam tego brzdąca.. znaczy się. To syn mojego brata. Jak mogłabym....
Atrehu wyszczerzył zęby w geście triumfu. Czyli jednak- cała moja gęba zalała się szkarłatem, niczym dojrzały kwiat maku.
- Wal się, Atrehu. Ja i dziecko to dwa przeciwne bieguny, które na dłuższą metę nie są w stanie ze sobą egzystować- odwróciłam wzrok, nadymając policzki.
- No już się tak nie dąsaj. - samiec ponownie postąpił kilka kroków w moją stronę. Cofnęłam się więc pospiesznie, jednak po trzech krokach, spotkałam się ze ścianą, która teraz uwięziła mnie między sobą, a zbliżającym się basiorem. Przywarł do mnie ciałem, muskając wargami moją szyję.
- Nabi i Ereden są za ścianą. Co ty robisz? - szepnęłam pośpiesznie.
- Spełniam prośbę. - rzucił, również dbając o dyskretny ton.
"Że którą prośbę niby?" przeszło mi przez myśl, ale chwilę później zdałam sobie sprawę, że jeszcze kilka sekund temu moje usta wypuściły z siebie "Wal się".
On się chyba nigdy nie zmieni... W sumie nie specjalnie powinnam się nad tym roztrząsać. Nie teraz kiedy całował moją szyję. Skubany zawsze wiedział, jak mnie podejść. W końcu przytknął swoje wargi do moich, nie zadowalając się jednym krótkim pocałunkiem.
- Ciociu? - przysięgam, w tamtym momencie serce na pewno mi stanęło.
Odskoczyłam od Atrehu, który nawet nie protestował. Wbił oczy w malca, który patrzył na nas z otwartą szeroko paszczą, ukazując swoje igiełkowate zęby.
- Ereden, prosiłam cię, abyś został z Nabi i czytał zwoje. - dodałam lekko zmieszana sytuacją.
- Ja... yyy... wiem, ale... chciałem ci zadać kilka pytań... bo... nie bardzo rozumiem... yyy... ja... przepraszam... - malec jąkał się, lustrując na przemian naszą dwójkę wzrokiem.
Atrehu wybuchnął śmiechem, obserwując zakłopotanie malucha, na co mu zawtórowałam.
Chwyciłam malca za kark, rzucając ostatni raz spojrzenie na zadowolonego rudego samca, który z rozbawieniem puścił mi oczko na odchodne.
- Co Ci mam wytłumaczyć, poczwaro ty moja? - westchnęłam z uśmiechem, pochylając się nad treścią zwoju, nurtującą bratanka.
Ereden dźgnął łapą w pergamin, gdzie widniał opis anatomiczny skrzydlatego wilka. Przyjrzałam się dokładnie rycinie, badając cal po calu precyzyjnie wypalone narząd lotu. Zdumiał mnie tego typu rodzaj pergaminu, leżakującego w jaskini zielarki, która z wolna kończyła przygotowywanie zamówienia. Poza samym wizerunkiem skrzydlatego wilka i opisem tego jak ów wilk szybuje, pojawił się też krótki, jednak treściwy opis genezy, pierwszy skrzydlatych psowatych.
- Dobrze, ale umówmy się, że to, co zobaczyłeś, wymażesz z pamięci i ani słowa twojemu ojcu, zgoda?- uniosłam brew, śmiejąc się w kierunku młodzieńca.
Ten kiwnął głową, z zaciekawieniem wyczekując odpowiedzi.
-"Pierwsze skrzydlate wilki zanotowano wiele lat temu. Mówi się, że pojawiły się niedługo po tym, jak jeden z Bogów stworzył ziemię wraz z jej mieszkańcami dla swojej wybranki. Miało to jednak swoją cenę. - wilki nie mogły kontaktować się z mieszkańcami.. O-oazy".. chyba tak się to czyta. - podumałam chwilę, nad ostatnim słowem. Pergamin był stary... bardzo stary, a język, jakiego wtedy używano w piśmie, nie jest już uważany za potoczny. Część z nas nawet zapomniała jak się nim posługiwać. - hmm... ciekawe.
- Co takiego? No powiedz! - szczeniak z niecierpliwieniem marudził mi za uchem, kiedy ja w ciszy studiowałam dalszą część historii.
- Gotowe, chyba zebrałam wszystko, co było Ci potrzebne. - Nabi wtrąciła się nagle, delikatnie odkładając na ziemię sporych rozmiarów pakunek.
Spojrzałam w jej stronę, obdarowują uśmiechem, który mam nadzieję, wyczuła.
- Jestem Ci bardzo wdzięczna. Posłuchaj, czy możemy pożyczyć ten pergamin?
- Jasne. Jeśli chcesz Eredenie, należy do Ciebie. - wadera uśmiechnęła się, strzygąc uszami.
- Naprawdę, jest mój? - ten wybałuszyć oczy, entuzjastycznie łypiąc na waderę.
- Mnie raczej nie będzie już potrzebny. - zażartowała.
***
- Bardzo dziękujemy, za gościnę i prezent, prawda diable? - poczochrałam łeb bratanka, gdy byliśmy już na zewnątrz.
Nabi skinęłam głową i bez zbędnych słów ponownie skryła się w jaskini. Zmierzaliśmy w stronę lecznicy, gdzie ostatnim moim obowiązkiem, miało być dostarczenie roślinnego suszu.
- Opowiesz mi, co tam wyczytałaś? - malec dosyć szybko po opuszczeniu jamy, zaczął drążyć temat.
- Nie wiele, nie przełożę Ci tego teraz słowo w słowo. Było coś mówione o boskich posłańcach, ale jeśli chcesz poczytamy razem po kolacji.
- Mogę u Ciebie zostać?
- A coś myślał? Chyba nie pytałam Nabi o pożyczenie zwoju tylko po to, żeby wylegiwać się z nim sama. Dajmy Twojemu ojcu nieco oddechu od Twoich wybryków, mała bestio. - zmarszczyłam nos, żartobliwie szturchając malca.
Ten momentalnie podjął próby łapczywego chwytania mnie za łapy, machając przy tym ogonem.
***
W lecznicy, była już tylko Itami i może dwójka unieruchomionych pacjentów, którzy potrzebowali zostać na noc, aby nazajutrz wykonać kontrolę po leczeniu. Siedziała w delikatnym świetle kryształu, dającego ciepłe światło, oprawiając przy tym rośliny, wykonując z nich lecznice maści. Ereden, aż palił się do pracy, pomagając nam przy segregacji ziół przyniesionych od kremowej zielarki. Dzięki temu praca szła nieco sprawniej, więc gdy opuszczaliśmy grotę szpitalną, mieliśmy przyjemność zobaczyć już czerwonawe Słońce, która większa część skrywała się za horyzontem.
- Najwyższa pora wrócić do domu. - spojrzałam w stronę Eredena, którego białe futro opatulała złotawa łuna zachodzącego Słońca, nadając mu podobny kolor. - Gotowy na noc wieczór z oprawianym bażantem?
- Ale poczytasz mi, prawda? I opowiesz mi historię o tym wilku.
- Zgodnie z obietnicą. To zbierajmy się, bo nas świt zastanie. - chwyciłam kark malca w zęby i ostrożnie uniosłam ku górze, by zaoszczędzić czasu podczas podróży.
Ruszyłam ścieżką, którą zapewne wydeptałam sama, pokonując tę drogę każdego dnia, zmierzając do lecznicy. Nieskomplikowana trasa, omijająca sporadyczne drzewa, uniemożliwiające podróż w idealnej linii prostej, minęła sprawnie. Nic dziwnego, ponieważ byłam prawie pewna, że potrafiłabym ją przejść wręcz na oślep. Znałam każdą przeszkodę, którą pokonywałam mechanicznie. Ereden miał przyjemność obserwować wszystko, nie męcząc się przy tym spacerem, toteż miał więcej czasu na obserwowanie okolicy, co jakiś czas zadając pytania na temat mijanej flory.
- Czy to dziki bez?
- A to jarzębina?
- Lipa, prawda?
Na każde pytanie potwierdzająco kiwałam głową. Zdaje się, że bardziej pytał dla potwierdzenia swojej wiedzy, niż z niepewności, ale przynajmniej nie marudził przez te kilkanaście minut, wisząc tak w moich zębach.
- No mały, rozgość się, a ja tymczasem przyniosę coś do jedzenia. - rzuciłam od razu, po postawieniu go na progu groty.
Na te słowa z brzucha malca wydobył się charakterystyczny warkot, wskazujący na pusty żołądek, domagający się kalorii. Podobny dźwięk usłyszałam może jeszcze ze trzy razy, w tym raz ode mnie, zanim przystąpiliśmy do jedzenia. Rzuciłam przed szczeniaka pokaźnego ptaka oskubanego, a raczej opalonego z piór. - mówi się, że ogień jest żywiołem destrukcyjnym, ale potrafi uratować od uporczywych piór, utykających między zębami.
Ten kłapnął pyskiem, oblizując się przy tym i podjął się pałaszowania kolacji. Musiał być bardzo głodny, bo z jego pomocą zniknęłam prawie połowa mięsa, krztusząc się przy tym raz czy dwa.
- Zaczynałam się obawiać, że pożresz też mnie. - zaśmiałam się, widząc, jak malec odchodzi od resztek, pocierając wydęty brzuch.
- Nie zjadłbym Cię, nawet gdybyś była ostatnim żywym stworzeniem na ziemi. Kto opowiadałby mi te wszystkie historie? - rzucił, nadal próbując znaleźć pozycję odpowiednią do słuchania historii.
Spojrzałam na niego łagodnie, czule głaszcząc czubek jego łba. Bywał uroczym potworem.
- Uroczy niczym ojciec. To dawaj ten pergamin, obiecałam Ci dokończyć.
Basiorek jęknął cicho, próbując unieść swój obładowany brzuch, jednak chęć poznania dalszej części, była motorem napędowym do dalszego działania. Ostrożnie przyniósł podarek od Nabi, nawet rozwinął go na odpowiednim fragmencie i usadowił się wygodnie wśród końcówek moich kit, które podwinęłam pod same przednie łapy. Zapewnił sobie tym samym wygodne siedzisko do słuchania, a tym samym mógł studiować ryciny.
- Gdzie my to... a tak, już mam "Miało to swoją cenę. - wilki nie mogły kontaktować się z mieszkańcami Oazy.."
- Co to "oaza"?
- To taki obszar przyjazny do zamieszkania.
- Aha, no czytaj dalej. - ponaglał mnie, wlepiając wzrok z powrotem w tekst.
- "Reine zachwycona prezentem od swego wybranka, jednocześnie cierpiała, nie mogąc dokładnie mu się przyjrzeć. Chciała z bliska podziwiać świat stworzony przez Soleil'a, napawać się towarzystwem wilków. Bóg, widząc żal partnerki, stworzył dla niej jeszcze jeden dar. Połączył krew wilka i feniksa, dając życie pierwszemu skrzydlatemu wilkowi. Stał się on... wysłan-nikiem?... Który każdej nocy powracał z ziemi i opowiadał bogini o cudach, mających miejsce na ziemi. - zakończyłam pierwszą część zatytułowaną "geneza" - Widzisz Ereden? W dawnych czasach uważano takich jak Twoje siostry za boskich posłańców.
Spojrzałam na nieprzekonanego do końca szczeniaka. Swoją drogą, historia wydaje się nieco naciągnięta. W końcu to bogowie, na machnięcie ogonem, powinni mieć możliwość stąpania po naszej krainie. No i to połączenie krwi wilka i feniksa. Każdy, kto miał styczność z prastarymi lekturami, spisanymi w pierwszym języku wie, że wilki w tamtych czasach opisywały wiele niezrozumiałych zjawisk jako boską ingerencję.
- Niemożliwe, że feniks zgodził się, na coś takiego. - młody zmarszczył nos, a na jego pysku zakwitł brzydki grymas.
- Wiesz, w końcu to pomysł Boga, chyba taki feniks nie miał wiele do gadania.
- Ten Bóg to jednak jakiś głupi, skoro robi takie rzeczy.. dla wadery.
- Wiesz, dla miłości jesteś w stanie naprawdę dużo oddać. Czasem nawet życie.
- Dorośli to jednak są jacyś dziwni. Ja to się nigdy nie zakocham. - mlasnął językiem, wyglądając, jakby chciał wypluć najpaskudniejszą rzecz na świecie.
Widok ten nieco mnie rozbawił, toteż jaskinia wypełniła się moich śmiechem. Malec spojrzał na mnie obrażony. Nadął się tak bardzo, że jego policzki wyglądały jak u gryzonia, który pakuje w pysk kolejne z rzędu nasiono, aby magazynować zapasy przed zimą.
- No już, nie fukaj tyle. Chcesz, żebym czytała dalej. - zerknęłam łagodnie na bratanka.

<Eredenku? XD>

PODSUMOWANIE:
Ilość napisanych słów: 2202 
Ilość zdobytych PD: 1101 + 10% (110 PD) za długość powyżej 2000 słów
Obecny stan: 2340 PD

czwartek, 10 marca 2022

Od Ereden'a c.d Lonya ~ Ujarzmić diabła

- Nie musisz mi się tłumaczyć, mały diable - przerwała mu z uśmiechem, gdy ten chciał, a raczej poczuł potrzebę, aby jego myśli o tym, co wcześniej powiedziała jego ciotka, przełożyć na słowa. Szło mu paskudnie, wręcz beznadziejnie, ale czy to była jego wina, że właśnie i tak się czuje? Nie dlatego, że wychodząc z groty, myślał o tym, aby tego dnia nie ujrzeć ani jednego, zakichanego odmieńca więcej. Pina, jego matka i ojciec, Naharys - rodzice, którzy podarowali mu dar życia, w jego oczach wyglądali na normalne osobniki, bez zbędnych dodatków do aparycji - ten obraz przekonał go, że tylko tak powinien wyglądać normalny wilk. Mimo tego, jego siostry odbiegały od normalności według jego mniemania. Czy to jest kwestia zazdrości? Nie, nawet przez sekundę malec nie pomyślałby o tym. Sam już też nie wiedział, czy robi dobrze, czy też źle, dyskryminując wszystkich dookoła za czyjąś inność.
- Trudno jest mi zrozumieć czy to czysta nienawiść, czy może przemawia przez Ciebie zazdrość. Nie będę ingerować w Twoje poglądy, bo masz do nich prawo, nawet jeśli nie są one uargumentowane, dopóki nie szkodzą innym. Jeżeli któregoś dnia, będziesz gotowy ze mną o tym porozmawiać, pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć. W każdym razie jeżeli chcesz mi pomagać, w tej lecznicy uprzedzenia zostawiamy na zewnątrz. Pomagamy każdemu, bez wyjątku.
- Nawet złym wilkom? - przekrzywił głowę.
- Jeśli trzeba - wzruszyła ramionami - I takich zdarzało mi się zszywać. Twoje zdziwienie sugeruje, że ojciec nie opowiadał Ci o pewnym incydencie, który miał miejsce niedługo po tym, jak dołączyliśmy do tej watahy.
- Jaaa, opowiesz mi tę historię? - zapytał ożywiony Ereden, mając ciepłą nadzieję.
Ciotka Lonya uniosła nieco brew, przekrzywiając kąciki ust w demoniczny uśmiech.
- Jak będziesz grzeczny i zaczniesz traktować naszych pacjentów z uprzejmością, to jak najbardziej! Opowiem Ci to ze szczegółami.
Szczeniak, jak to szczeniak, otworzył pyszczek w niemym krzyku radości i rozentuzjazmowany, podążał za ciotką, od czasu do czasu, oddając się typowo szczenięcym czynnościom - łapanie motyli, przyczajanie się na polne myszy - droga do jaskini zielarki obyła się bez zbędnych komplikacji.
Ereden, wchodząc do groty botaniczki, wyczuwał w powietrzu czarująco intensywną kompozycję zapachów, dosłowną poezję dla jego nozdrzy - lawenda, kwiaty bzu, rozmarynu i innych ziół, których nie znał i takie, które poznawał, ale ich nazewnictwo było wyjątkowo trudne do wymówienia, a tym bardziej do zapamiętania - która wprawiła go w totalne oczarowanie. Kiedyś, tak na oko licząc, dwa tygodnie temu, pamiętał, jak Lonya pokazała mu niektóre zioła i ich zastosowania, bądź skutki uboczne, wywołanie nieodpowiednim dawkowaniem.
-... widzisz ten korzeń, mały? Potocznie się zwie diablikiem. W niewielkich ilościach pozwala leczyć niestrawności i wspomaga oczyszczanie jelit.
- A czemu nazywa się on diablik? - zapytał Ereden.
- No i tutaj zaczyna się meritum całej zabawy, bowiem jeśli przekroczy się zalecaną dawkę ziela, może doprowadzić to, do mocnej i bolesnej biegunki. Nie warto bawić tym, jeśli się nie zna prawidłowego dawkowania...
- Ereden - głos ciotki wywołał go z otchłani jego wspomnień i zaciekawiony, spojrzał na Lonyę - proszę, poznaj Nabi. Naszą botaniczkę.
Nigdy jeszcze nie widział tej wadery - pewnie dlatego, że prawie w ogóle nie opuszcza jaskini. Widział drobną waderę o kremowej sierści, ale jedynie, co poruszyło jego uwagę, były jej oczy, naznaczone mętną mgiełką.
- Miło mi cię poznać, Ereden - powiedziała drobna wadera, nie patrząc na niego, jedynie uniosła lekko ucho, aby zarejestrować jego głos.
- Dzień dobry, pani... czy pani mnie widzi? - zapytał lekko zdziwiony Ereden.
- Ereden, powiem Ci tak: Nabi jest niewidoma. - odparła Lonya
Szczeniak zrobił wytrzeszcz, jakby chciał za chwilę powiedzieć "WTF!"
- Na serio? Jak pani odnajduje się w tych wszystkich ziołach?
Nabi uśmiechnęła się uprzejmie.
- Używam do tego węchu, co nie chwaląc się, mam nie najgorszy.
- Ale jazda! - odparł z podziwem Ereden.
W czasie, gdy Lonya dała malcowi zajęcie - a mianowicie, wręczyła mu kilka pergaminów i parę dębowych kor, które zawierały opisy prawie każdego ziela, jakie można znaleźć w okolicy - Oczywiście owe symbole, służące im za pismo, wypalane były na powierzchni oprawionej skóry, czy suchego drewna, dzięki zdolnościom ognia niektórych wilków - tak oto powstała wiedza zapisana, przekazywana z pokolenia na pokolenie, aby ona nigdy nie umarła. Niektóre woluminy były tak stare, że Lonya nakazała mu szczególną ostrożność przy ich rozwijaniu. Największe zainteresowanie malca przykuł pergamin - bardzo stare wydanie z gęstą warstwą czarnego futra na zewnętrznej stronie - poświęcony opisowi rzadkiej trującej roślinie, zwanej potocznie "maczugnikiem". Szczeniak jeszcze nie do końca umiał czytać, ale poznawał niektóre słowa. Zainteresowanie wzbudzała też rycina, przedstawiająca ową roślinę - miała wygląd pospolitej róży, z tą różnicą, że nie była uzbrojona w ciernie, a z cienkiej łodyżki zaś, wystawały drobne liście (które według opisu), magazynujące trującą substancję, która paraliżowała cały układ nerwowy nieszczęśnika, doprowadzając do jego zgonu, poprzez uduszenie - Ereden nie rozumiał, jak roślina, poprzez jej spożycie, mogła kogoś udusić, ale wiadomo... jak to szczeniak, wielu rzeczy nie rozumiał, bowiem nie rozumiał jeszcze zasad, rządzących każdym żywym stworzeniem. Zawsze może popytać ciocię Lonyę o to wszystko.
Wtem do jaskini wszedł jakiś wilk, który mocno wyróżniał się w tłumie: Jego sierść była bujna, ognisto-ruda, a w oczach jego płomień żywy pogrywał. Ereden jednak przez moment popatrzył na basiora - według jego mniemania, bardzo rosłego basiora - po czym wrócił do dalszego czytania.
- Siemasz, Atrehu! - przywitała go Lonya - Co cię tu sprowadza, byku?
- Byłem w pobliżu i akurat wyczułem twój aromatyczny zapach, dziecino - odparł basior dość uwodzicielskim tonem - Co tam? Widzę, że nie jesteś sama.
Ereden uniósł głowę znad zwojów pergaminu, spostrzegł że basior lustruje go wzrokiem - Nie bardzo spodobało się to malcowi, więc tylko zmarszczył nos, ale nie powiedział nic.
- Obiecałam Naharysowi, że zajmę się dziś jego malcem. Niezły z niego diabeł - odparła Lonya. Ostatnie zdanie zaś powiedziała szeptem, jakby chciała, aby szczeniak tego nie usłyszał, ale nie umknęło to jego uwadze.
- Słyszałem! - zawołał i wrócił do czytania. A raczej starał się czytać, gdyż nie znał jeszcze wszystkich słów i liter. Jego ojciec poświęcał mu i siostrom, trzy godziny, raz w tygodniu -gdyż tylko wtedy miał wolne od treningów z innymi wilkami - na naukę czytania. Taki okres jednak okazał się dla niego za mało, dlatego też Naharys zwrócił się z pomocą do Lonyi, aby wsparł go w edukacji szczeniąt. Z racji tego, że Ereden zapunktował sobie miejsce w sercu ciotki, prócz nauki czytania, zapewniała mu swobodną edukację na temat ziół - a zwłaszcza tych trujących - które o dziwo przypadły mu do gustu. Stąd mu tyle wiadomo o lawendzie, która wspomaga trawienie, rozmarynie na reumatyzm i artretyzm, czy też o kwiatach bzu, bardzo dobrych na zwalczanie infekcji.
- Ereden, chciałabym porozmawiać z Atrehu na spokojnie. Masz tutaj jeszcze jeden zwój do przeczytania i bądź grzeczny! Nabi może i jest niewidoma, ale też nie potrzeba jej twoich wybryków!
- Tak, ciociu! - odparł od niechcenia Ereden i przyjął delikatnie w pyszczek zwój skórzanego zwoju od Lonyi, która potem, wraz z płomienno-rudym samcem zniknęła w mroku jaskiniowej odnogi.
Rozwinąwszy pergamin, Ereden spodziewał się kolejnej dawki opisu różnorodnych ziół, których jeszcze nie dane mu było poznać, ale to, co zobaczył, mocno się przeliczył. Wolumin ten nie miał nawet nic wspólnego z ziołami, ani tym bardziej z wiedzą botaniczną. Na górnej części pergaminu, ujrzał rycinę, przedstawiającą wilka z rozpostartymi szeroko skrzydłami, a w dole zaś, rozciągał się szczegółowy opis jego anatomii. Zaskoczony lekko Ereden, spojrzał ponownie w stronę odnogi, gdzie zniknęła jego ciotka.
~ Czy ona to specjalnie zrobiła? - zadał w myślach pytanie. Czy wszyscy usilnie chcą mu wmówić, że jest inaczej? Ponownie zerknął na rycinę - w tamtym momencie naszła go ochota na ciśnięcie zwojem w płomienie, po czym z przepływem żywej satysfakcji, obserwować jak ogień tańcuje nad powoli popielącymi się szczątkami skóry, ale z drugiej strony, co by mu to dało? Nie pozostaje mu nic innego, jak wziąć się za czytanie.
***
Skończywszy na ostatnim zdaniu, Ereden ziewnął głośno, przecierając delikatnie oczy swą łapą. Lektura była, wbrew pozorom, bardzo wciągająca, ale nie wiele z niej rozumiał. Musi się jeszcze wiele nauczyć. Zwinął starannie wszystkie zwoje o roślinach, a ten, opisujący uskrzydlone wilki, złapał w pyszczek, i podniósł się, aby zasypać ciotkę nawałnicą pytań, których nie mógł zostawić bez odpowiedzi od tak! Żwawo podreptał do odnogi, której wąski korytarz o nierównych ścianach, wił się spiralnie - musiał przeskakiwać nad wystającymi głazami, które dla dorosłego wilka nie stanowiły żadnego problemu. Gdy doszedł do progu odrębnej jaskini, w pomarańczowym blasku fluorescencyjnego światła ujrzał Lonyę, zamkniętą w objęciach wysokiego basiora o płomienno-rudej sierści, który ten namiętnie ją całował, długo, bez opamiętania. Eredenowi na ten widok, kopara odpadła aż do samej ziemi, tym samym upuszczając zwój.
- Ciociu? - powiedział szczeniak, gdy otrząsnął się z szoku.
Lonya momentalnie odskoczyła od samca, jakby jego futro rzeczywiście zapłonęło, wycierając przy tym swe usta grzbietem łapy. W oczach obu wilków, Ereden spostrzegł mieszane uczucia - połączenie zakłopotania z niepokojem.
- Ereden, prosiłam cię, abyś został z Nabi i czytał zwoje - oznajmiła po chwili Lonya.
- Ja... yyy... wiem, ale... - Wzrok malca, jak te zbłąkane mrówki, przeskakiwały z samca na ciotkę i na odwrót -... chciałem ci zadać kilka pytań... bo... nie bardzo rozumiem... yyy... ja... przepraszam...
Po chwili dwójka dorosłych, widząc kompletne zakłopotanie u malca, momentalnie wybuchli głośnym śmiechem, na co mały, nadal przyglądał się im z widoczną konsternacją. Lonya chwyciła delikatnie Eredena za kark i przeszli do groty głównej, gdzie nadal krzątała się Nabi.
- Co Ci mam wytłumaczyć, poczwaro ty moja? - zapytała żartobliwie ciotka, gdy nagle zostali sami. Płomiennorudy basior pożegnał się ciepło, po czym ruszył dalej, widocznie zadowolony z tego, co się stało.
Ereden dźgnął łapą w pergamin, gdzie widniał opis anatomiczny skrzydlatego wilka. Lonya przyjrzała się stronnicy, po czym zaśmiała się cicho.
- Dobrze, ale umówmy się, że to, co zobaczyłeś, wymażesz z pamięci i ani słowa twojemu ojcu, zgoda?
Powiedzmy sobie, że Ereden postawił sobie to za punkt honoru, iż nie zdradzi tajemnicy Lonyi.

<Lonya?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1577
Ilość zdobytych PD: 788 + 5% (39 PD) za długość powyżej 1000 słów
Obecny stan: 1951 PD

środa, 9 marca 2022

Od Lonyi c.d Naharys/Ereden ~ Ujarzmić diabła

Ereden przytaknął, składając mi tym samym obietnicę i wywołując poczucie spełnienia. Wiedziałam jednak, że pierwsze kroki w kierunku zmiany będą dla niego trudne. Nie jest to typ szczeniaka, który potulnie stosuje się do poleceń, jeżeli nie będzie mieć z tego żadnych korzyści.
Znając mechanizm działania bratanka, w nagrodę zleciłam mu przygotowanie niezbędnych przedmiotów do zabiegu, podczas którego konieczne było zszycie łapy jednego z członków watahy. Kim był, ów nieszczęśnik, który za kilka chwil będzie posiadał specjalnie przygotowane igliwie drzewne, mające na celu połączenie rozerwanych tkanek?
- Pamiętaj, co mi obiecałeś. - łypnęłam na bratanka ślepiami, zanim weszliśmy do wnęki jamy, gdzie czekał nasz pacjent.
Gdy tylko Ereden przytaknął, był to znak, że może poznać tajemniczego wilka, kryjącego się za ścianą. Hinata czekał na nas cierpliwie, podtrzymując skaleczoną łapę w powietrzu, prezentując na niej delikatnie owinięty opatrunek, aby zminimalizować ryzyko zabrudzenia po odkażeniu rany, a przy tym, aby nie zapaćkać podłogi. W chwili zarejestrowania przez szczeniaka jego znienawidzonej części aparycji skrzywił się brzydko, za co nie umknęło mojemu spojrzeniu. Wystarczyło uniesienie brwi, aby przypomnieć mu o nieodpowiednim zachowaniu.
Momentalnie spuścił po sobie uszy i przycupnął kawałek od nas, dbając o zapewnienie sobie odpowiedniego widoku.
Tam rejestrował każdą wykonywaną przeze mnie czynność, co jakiś czas podając mi odpowiednie przyrządy i specyfiki.
- To tyle, zapraszam za trzy dni na kontrolę i pamiętaj o maści. Nie nadwyrężaj łapy i staraj się jej nie moczyć. - poinstruowałam Hinatę, na co ten pokornie rejestrował przekazywane mu informacje- Ereden, zajmij się opatrunkiem, ja zaraz wrócę i sprawdzę.
Malec na dźwięk swojego imienia wzdrygnął się lekko, a po usłyszeniu reszty zdania delikatnie zmieszał. Chyba nie do końca uśmiechała mu się współpraca ze skrzydlatym wilkiem, jednak po Naharysie odziedziczył honor, toteż starał się dotrzymać danego mi słowa, dlatego bez obaw zniknęłam za ścianą, pozostawiając ich samych sobie. Wyzwanie przyjął na klatę i ruszył ku białemu wilkowi, aby wykonać moje polecenie, wcześniej nabierając powietrze do płuc. Żaden szczegół z jego postępowania nie umknął mojej uwadze, a to tylko dlatego, że ukradkiem obserwowałam jego poczynania zza ściany.
Hinata zagadywał co jakiś czas Eredena, ale ten tylko odmrukiwał odpowiedzi, co jakiś czas wzruszając ramionami. Łapę owinął w miarę szybko, toteż niewiele później powróciłam do sali, dokładnie oceniając opatrunek wykonany przez Eredena. Dumając chwilę nad materiałem, naniosłam delikatne poprawki, po czym odesłałam Hinatę.
- I jak mi poszło? - podekscytowany podszedł do mnie, wyczekując na werdykt.
- Za mocno zacisnąłeś w kilku miejscach. Pamiętaj, że szyta części ciała często puchnie, a dodatkowy ucisk pogarsza sprawę. W dodatku niedokładnie zabezpieczyłeś koniec opatrunku. Hinata mógł mieć problem ze zdjęciem go, poza tym nie poszło najgorzej.
- Dobrze mu tak. - burknął cicho pod nosem.
Może i cicho, ale na tyle głośno, że dotarło to do moich uszu.
- Ereden! - wycedziłam przez zęby, mierząc dzieciaka wzrokiem.
- No co?! Przecież nie byłem dla niego niemiły.
- I za to należy Ci się pochwała, ale Twoje komentarze są nie na miejscu. Ile winy jest w Hinacie, czy Shori, albo Sinien, że mają skrzydła? Nie wiem, skąd w Tobie tyle nienawiści do ich daru. Potrafią niczym ptaki przemierzać niebo i dotykać czubków najwyższych drzew. Potrafią dotrzeć tam, gdzie ty, czy ja nigdy nie mielibyśmy szansy się wspiąć. Co więc jest dla Ciebie takie odstręczające w skrzydłach?
Już otwierał pysk, aby coś powiedzieć, ale przerwałam mu gestem.
- Dokończ sprzątanie sali. Będziesz mieć dużo czasu, aby dokładnie przemyśleć swoją odpowiedź, a wiem, że jesteś mądrym szczylem. Jak skończysz, przyjdź do mnie i pójdziemy do Nabi po zioła, których mi brakuje do zrobienia maści.
Wróciłam na salę główną, gdzie kilka wilków nadal czekało na opiekę medyczną. Itami krzątała się między nimi, zapewniając każdemu z nich odpowiednią ilość uwagi. Szybko dołączyłam do niej, aby jak najszybciej uporać się z salą pełną chorych. Monotonne wywiady przerwał Ereden, gdzieś przy trzecim wilku, który w tym przypadku potrzebował jedynie naparu na dolegliwości żołądkowe.
- Skończyłem. - Ereden beznamiętnie ogłosił skończenie swojej pracy.
- Zaczekaj na mnie przy wejściu. Zaraz do Ciebie dołączę.
Gdy tylko wilk otrzymał odpowiedni specyfik i jak z nim postępować, poinformowałam Itami, że ta przez chwilę będzie musiała poradzić sobie sama. Wataha nie jest najliczniejsza, a przynajmniej wystarczająco duża, aby jeden medyk na zmianie świetnie sobie poradził z obecną sytuacją panującą w lecznicy.
Ereden wyczekiwał już przy wyjściu, kopiąc drobny kamień dla zabicia czasu. Gdy tylko mnie zobaczył, zaniechał czynności i podążył za mną w kierunku groty Nabi. Szedł bez słowa, a jego mina zdradzała jedynie zadumę wymieszaną z odrobiną zdenerwowania. Pewnie wynikało ono z powodu ciszy panującej między nami od dłuższej chwili. Zerkałam na niego z ukosa, czekając, jak się zachowa. Długą chwilę milczał, próbując znaleźć słowa do rozpoczęcia rozmowy. Przeważnie głośny i energiczny tym razem miał problem z rozpoczęciem tematu.
- Ciociu. -zaczął, aby zwrócić moją uwagę, jednak zanim z jego gardła wydobyło się kolejne słowo, długo poszukiwał odpowiedniego, aby kontynuować swoją wypowiedź. - Ja... No ten... w sprawie tych skrzydeł...
- Nie musisz mi się tłumaczyć, mały diable. - przerwałam bratankowi z uśmiechem, próbując oszczędzić mu dalszego wicia się w monologu, który trudno było mu zacząć. - Trudno jest mi zrozumieć czy to czysta nienawiść, czy może przemawia przez Ciebie zazdrość. Nie będę ingerować w Twoje poglądy, bo masz do nich prawo, nawet jeśli nie są one uargumentowane, dopóki nie szkodzą innym. Jeżeli któregoś dnia, będziesz gotowy ze mną o tym porozmawiać, pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć. W każdym razie jeżeli chcesz mi pomagać, w tej lecznicy uprzedzenia zostawiamy na zewnątrz. Pomagamy każdemu, bez wyjątku.
- Nawet złym wilkom? - przekrzywił głowę.
- Jeśli trzeba. - wzruszyłam ramionami. - I takich zdarzało mi się zszywać. Twoje zdziwienie sugeruje, że ojciec nie opowiadał Ci o pewnym incydencie, który miał miejsce niedługo po tym, jak dołączyliśmy do tej watahy.

<Ereden?>

PODSUMOWANIE:
Ilość napisanych słów: 927
Ilość zdobytych PD: 463 PD
Obecny stan: 1129 PD

wtorek, 1 marca 2022

Od Naharys'a/Ereden'a c.d Lonyi ~ Zakute Łby | Ujarzmić diabła

- Masz rację - powiedział Naharys po krótkim czasie namysłu. Ereden nie potrafi panować nad emocjami przy Sini i Shori, a całym powodem tego wszystko, były skrzydła u obu dziewczynek ~ Jakby one były temu wszystkiemu winne. - Ale jesteś tego pewna? Ten szczeniak to diabeł wcielony. Dyskryminuje kogo tylko się da, jeśli w swym wyglądzie ma choćby ćwierć skrzydła, albo wyrastające rogi. Jeszcze trochę, a nazwałby Rene i jej podopiecznego... masakra, aż trudno o tym pomyśleć, a co dopiero wymówić. Lo, Ereden ma problem, a ja nie jestem w stanie mu pomóc. Prosiłem, groziłem, a nawet dawałem mu kary, a ten nic. Owszem, zrugałem go ostro ostatnio, to zapewniłem sobie tydzień spokoju, a potem wszystko od nowa.
- Spokojnie, bracie! Zabiorę go do lecznicy, dam mu jakieś zajęcie... dopilnuję, aby nie zabrakło mu ziół do podzielenia - powiedziała Lo z demonicznym uśmiechem, co stanowczo można by rzec, że to było w jej stylu - Pogadam z nim, może ja wpłynę na tego malca.
- Co ty masz w sobie, że ciebie jedną słucha? - zapytał z niedowierzaniem Naharys - Bądź co bądź, nie wyglądasz, jak inne wilki. Mieszanka ras i do tego te ogony. Dlaczego Ereden się na ciebie nie zawziął, tylko potulnieje, jak baranek.
- Bo mnie się nie da nie lubić, jeszcze tego nie pojąłeś, braciszku? - zachichotała Lonya.
- Dobra, jest twój. Ale jedna sprawa. Nie lituj się nad nim, dopilnuj, żeby nie zabrakło mu zajęcia.
Wadera uniosła lewą brew wysoko, do granicy możliwości.
- Wątpisz w moje możliwości ujarzmiania? Daj mi go, a tak go wytrenuję, że następnego dnia nie będzie wiedział, kim jesteś!
- Ok, już się boję o jego szczenięcą psychikę - zaśmiał się Naharys - dziękuję, że mnie wspomagasz, Lo.
- Nie dziękuj mi. Jeszcze nie. - Mogłoby się wydawać, że wadera wykrzywiła usta w tajemniczy uśmiech, za którym mogło się kryć coś... niezbyt przyjemnego, ale to jedynie pozory. Na szczęście.
Następnie Naharys przywołał malca do siebie, aby powiedzieć mu, iż ten dzień spędzi u boku swej ciotki, na co mały zareagował ogłuszającym piskiem szczęścia, co niezbyt spodobało się basiorowi. " Powinien ponieść za to karę, ale mam nadzieję, że Lonya wie, co robi~ Pomyślał Naharys, drapiąc się za uchem. Przed odejściem jednak, Lo spędziła nieco czasu z córkami Naharysa - Shori bawiła się ogonami ciotki, a Sini zaś wysłuchiwała krótkiej bajki, którą słyszeli razem w Watasze Midereweth.
Przed wybiciem południa, Lonya zabrała ze sobą małego Eredena - chwyciła go w zęby, za kark, następnie usadowiła go na swym grzbiecie, po czym zmierzając w stronę wiadomego celu, wadera pomachała ostatni raz bratu i waderkom, które na wyczerpanie gardła, wykrzykiwały słowa pożegnania.
Naharys zwrócił się wtedy do córek.
- Chodźcie, skarby moje. Ereden zszedł mi z głowy, to teraz możemy pobawić się w spokoju. Na jakiej to zabawie stanęliśmy, Sini?
- Na wykrywaniu kłamstwa, tato - odpowiedziała raźno waderka. Odkąd zniknął ich brat, jego córki stały się spokojniejsze i weselsze, co niezmiernie go cieszyło.
- Dobrze, ale najpierw pójdziemy posprzątać jaskinię, bo jak to wasza mama zobaczy, to raczy mnie zdekapitować.
- Co to znaczy zde... zde... zdekapitować? - Spytała Shori, mając jednocześnie wyraźne problemy z wymową.
- Nic takiego, skarbie. Chodźmy.
W tym czasie Ereden, uczepiony mocno grzbietu swojej ciotki, obserwował świat otaczający go wokół - Widział kroczące stado jeleni wśród wysokiej trawy, podziwiał mknące w powietrzu jaskółki, a jeszcze dalej dostrzegł szybującego sokoła i nagle zawołał.
- O nie! Chowajcie się jaskółki! Chowajcie się!
Jaskółki natomiast, rzecz jasna, nie potrzebowały głośnego ostrzeżenia, gdyż w porę dostrzegłszy niebezpieczeństwo i wystrzeliły w powietrzu, jak strzały, w oka mgnieniu, zniknęły z pola widzenia basiorkowi. Lonya zachichotała cicho, gdy tylko Ereden zawołał oczarowany powietrznym tańcem ptaków.
- Powiedz mi, ty zawsze jesteś takim diabłem, czy tylko w domu? - zapytała ze śmiechem ciotka Lo.
- Ja... sam nie wiem. - Powiedział po chwili zmieszany Ereden.
- Wiem, co twój tata mówił. Niezły z ciebie rozrabiaka, z tego co słyszałam. Lubisz dokuczać siostrom.
- Co to są za siostry... gdyby były moimi siostrami, nie miałyby tych ohydnych skrzydeł! To odmieńcy!
Lonya spojrzała na bratanka - z jej oczu dało się wyczytać zrozumienie pewnej kwestii. Ereden bardzo łatwo dzielił się z kimś swymi poglądami - dość poważnym wyrazem, przekrzywiła nieco usta z dezaprobatą.
- Pogadamy o tym w wolnej chwili, ale najpierw pomożesz mi w mega ważnej sprawie. Chcesz?
Ereden rozentuzjazmowany zamerdał swym puchatym, białoczarnym ogonem.
- Pewnie! Bardzo chcę!
Lonya obdarzyła bratanka miłych uśmiechem. Następnie posłała mu oczko.
- Zmotywowany i gotowy do dzieła! To ja rozumiem. No to chodźmy, zanim pacjenci totalnie umrą z tęsknoty za nami.
Od kiedy weszli do lecznicy, robota Lonyi nie bardzo paliła się w łapach, więc spokojnie przydzieliła Eredenowi bezstresowe i przyjemne zadanie - basiorek miał oddzielić kwiaty rozmarynu i od owoców czarnego bzu, a potem pilnować płomienia, nad którym bulgotał przyjemnie pachnący wywar na bazie ziół; Krwawnika pospolitego, Agrestu i kwiatu lipy. Od czasu do czasu zaglądała do niego Itami, aby sprawdzić, czy młodzieniec dobrze sobie radzi. Mały taki był zdeterminowany i pomocny, że zaznaczał, iż nie potrzebuje niczyjej kontroli, bowiem mocno wierzył we własne możliwości. Skończywszy rozdzielanie ziół, Lonya odciągnęła szczeniaka od płomieni i prosiła, aby asystował jej przy drobnej, niewymagającej względnego skupienia operacji, polegające na usunięciu cierni z ciała czarnego skrzydlatego basiora o niebiesko-białym upierzeniu. Lonyi nie umknęło oczywiście uwadze wrogiego spojrzenia Eredena, utkwionego w pacjencie, dobrze przynajmniej, że ograniczył się do tego, aczkolwiek basiorkowi ciskały się na język nieprzyjemne słowa. Po usunięciu wszystkich cierni, Ereden odstawił tacę, a następnie podał ciotce balsam, który jak tłumaczyła mu ciotka " Sprawia, że skóra mniej piecze i rany szybko się goją" . Poza tym miał orzeźwiającą i mocną woń żywicy, połączonej jeszcze z jakimś ustrojstwem, którego Ereden nie znał. Gdy Lo odprawiła pacjenta, obdarowała szczeniaka pochwalnym uśmiechem, ale sprawą tego incydentu wolała zostawić na poważną rozmowę, która jak się okazało, nadeszła wczesnym wieczorem, gdy lecznica była praktycznie prawie opustoszała. Itami poszła w towarzystwie Atrehu do swej jaskini, więc Lonya mogła w spokoju porozmawiać z malcem.
- Ereden, twój tata dużo mi opowiadał o tobie - zaczęła ciocia Lonya.
- A co takiego, ciociu? - zapytał zaciekawiony Ereden, nawet przez myśl mu nie przeszła myśl, że chodzi o jego negatywne stosunki z siostrami.
- No, wiesz... głównie to, że często dokuczasz swoim siostrom, nie słuchasz się i straszny z ciebie diabełek. Zanim zaczniesz, pozwól mi coś powiedzieć. Skrzydła u twoich sióstr to na prawdę nie jest powód, abyś im dokuczał. Odmieńcy, jak to wcześniej ująłeś, nie istnieją w tym przypadku - wiesz, ile wilków rodzi się ze skrzydłami? Czują i są tacy, jak ja czy ty, Ereden. Wyobraź sobie tylko, jaką przykrość sprawiasz swoim siostrom, dla których powinieneś być wsparciem, nie udręką.
- Dlaczego wsparciem? - zapytał zdziwiony.
- Jesteś ich bratem, to przecież oczywiste. Ereden, zrobisz coś dla mnie?
Ereden z wahaniem pokiwał główką, nie tracąc ciotki z oczu.
- Obiecaj mi, że nie będziesz tak dawał popalać swojemu tacie i siostrom. Mój brat, wiesz, bywa czasem nieogarnięty, ale to w dechę wilk, tak samo, jak twoje siostry, one na prawdę nie są niczemu winne, że urodziły się ze skrzydłami. Jesteś w stanie mi to obiecać?
Ereden przekrzywił usta w typowy dla niego, Eredeński grymas. Wygiął kąciki ust w dół, opuszczając lewą brew, zmrużył oko, jakby chciał Lonyi powiedzieć " O co ci chodzi?!"
- No nie wiem...
Lonya stanowczo tupnęła łapą.
- Ereden, bo się zaraz pogniewamy...
- No dobrze, dobrze. Zacznę siostry nieco lepiej traktować. Tatę też, ale proszę nie gniewaj się na mnie! - powiedział pośpiesznie Ereden,
- Obiecujesz mi to? - dopytała Lonya.
- Obiecuję.
- To dobrze. Obiecałeś mi coś, a wiesz, że tym samym, przede mną, zobowiązałeś się do dotrzymania słowa? Naharys nie chce dla ciebie źle, a siostry niczemu nie są winne, pojąłeś?
Ereden pokiwał głową, choć w głębi siebie, gdzieś z tyłu jego głowy, nadal utrzymuje w sobie przekonanie sprzeczne o swych siostrach. Na dodatek Shori, ta ohydna Shori, nie jest jego rodzoną siostrą. Przybłęda i podrzutek - Ereden rozpoznał to od razu, choćby nawet po barwie jej futra. Wiedział, że Lonya postawiła przed nim, niezwykle trudne zadanie.

<Lonya, ciociu? xD> 

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1283
Ilość zdobytych PD: 641 PD + 10% (63 PD) za długość powyżej 1000 słów
Obecny stan: 704 PD