Newsy



:Aktualności
.Blog przechodzi obecnie renowację
.Już niebawem pojawią się nowości

:Pogoda
Obecna pora roku ~ Jesień
.Temperatura waha się między 10+ a 0- stopni Celcjusza
.Zmiana pory roku nastąpi 15.12.2022

Liczba wilków ~ 27
Wadery ~ 18 + 1 NPC
Basiory ~ 7 + 4 NPC
Szczeniaki ~ 1
Nieobecni: Brak

~Serdecznie zapraszamy♥~

wtorek, 29 listopada 2022

Od Sininen c.d Shori ~ "Oszroniony ogień"

Rok przeleciał niczym w mgnieniu oka, stanowczo za szybko dla co niektórych, którzy nie byli w stanie się z tym faktem pogodzić. Było bardziej niż pewne, że ojciec pewnej gromady w liczbie sztuk trzech musiał przyswoić fakt, że jego dzieci nie są już malutkimi puchatymi pełnej słodyczy (oraz ciętego języka po mamusi), a pełnoprawnymi dorosłymi wilkami, które zamiast słodkich stały się dojrzałe i piękne w tym swoim osiągniętym cyklu życia (do tego momentami także pyskate, również po mamusi). Chociaż mieszkali w dalszym ciągu we wspólnej rodzinnej jaskini, byli pogrążeni we własnych sprawach, każdy żył swoim życiem.
Nie w sposób było wyobrazić sobie zaskoczenie bezskrzydłej wadery na usłyszenie tęsknoty w głosie starszej siostry za czasami dzieciństwa, które najwyraźniej bardzo jej ich brakowało. Kiedy wszystko było prostsze, co?
- Wiesz… wiem, że Cię to raczej nie bawi, ale czy mogłybyśmy pozbierać razem muszelki i bursztyny? Może znajdziemy coś ciekawego. Plaża jest dość rozległa i chyba nigdy jeszcze nie przeszłyśmy jej całej wzdłuż i wszerz.
Czy Chmureczka czuła się zaniedbana więzią, które obie dzieliły między sobą? Jakże do tego mogło dojść? Przecież stojąca tu ów Chmureczka zasługiwała na wszystko, co najlepsze! Sininen od zawsze powtarzała sobie w duchu, że świat może się walić, wilki srać, ale jej siostra będzie po wieki wieków amen szczęśliwa.
Mniejsza spojrzała w stronę bezkresnego horyzontu, przypominając sobie wiele chwil, które podzielały harmonicznie ich młode serca. Wspomnienia grały własną piękną melodię, które jedynie one były w stanie usłyszeć i pojąć cały ich sens. Pozwoliła sobie przymknąć na krótką chwilę oczy, doskonale słysząc, chociażby radosny śmiech starszej siostry na łące pełnej kwiatów podczas plecenia wianków i założenia sobie nawzajem kolorowych koron, których zapach wzbogacał powietrze tamtej pory roku. W końcu odwróciła głowę ku białej samicy z łagodnym, acz bystrym spojrzeniem.
- Myślę, że... to świetny pomysł. Jak zawsze, siostro.
- Naprawdę? Nie masz nic przeciwko? Nie musisz iść w sprawach zawodowych? Masz "czas wolny"? - Zaskoczenie w głosie Shori było więcej niż namacalne. Nic dziwnego: całą rodzina była naocznymi świadkami, jak najmłodsza pracuje bez przerwy, jak jakaś chora maszyna. Nawet nie musiałaby się zakładać jaki "pieszczotliwy" pseudonim do niej przywarł od pracoholizmu. Nen tymczasem w dalszym ciągu nie uważała się za dostatecznie dość dobrą, dlatego pozostawała dla siebie w pełni surowa w tematach kształcenia się dla stawania się przykładnym i przydatnym członkiem watahy.
- Oczywiście, że nic nie mam przeciwko. - Odparła spokojnie ta młodsza z wader. - Uszczęśliwi cię to, prawda?
- Tak — potwierdziła biała, skinąwszy głową bez zrywania kontaktu wzrokowego.
- Zatem tym bardziej się zgadzam.
- Nigdy nie zrozumiem twojego toku rozumowania. - Shori odezwała się teatralnie, wzdychając po chwili ciszy. Zaraz jednak zaśmiała się tak czysto perliście, że Nen sama lekko się uśmiechnęła na usłyszenie tego raju dla uszu. - No to co, Sini? Chodźmy!
- Mamy trochę do przejścia — zgodziła się z nią cicho młodsza.
Na plaży nie było nikogo, a nawet jeśli, nikt nie byłby w stanie naruszyć ten bliski moment obu sióstr między sobą, zupełnie jakby odcięły się od rzeczywistości i znalazły się we własnym świecie. Nic innego nie liczyło się dla nich jak oglądanie radosnego wyrazu na pyszczku u drugiej, ciesząc się słodką chwilą. W takich chwilach jak ta, siostry nie widziały świata poza sobą, co tylko dodawało wyjątkowości ich zamiłowania do siebie, nawet jeśli nie był jednej krwi. Sini zawsze powtarza, że Shori jest jej prawdziwą siostrą i nie zawaha się niczego w celu obrony jej oraz godności. Shori nawet raz zażartowała po treningu z nią i usłyszeniu tych słów, że mniejsza stanowi jednoosobową brygadę rozwalającą i współczuje każdemu, kto będzie ją miał za wroga — już pal licho sześć, że ojciec jednego razu po usłyszeniu raz jej pyskatości stwierdził po prostu, że bardzo wdała się w matkę (podobno aż mu się łezka zakręciła).
Chociaż myśli błądziły po umyśle młodej, nie zadręczała się nimi w tamtym momencie. Widok rozweselonej Shori, która dosłownie wyglądała, jak rozciągnięta wersja siebie za szczeniaka było jedynym jej obrazem. Kto by pomyślał, że mimo ładnego dorośnięcia już, skubana będzie miała swój moment powrotu do dzieciństwa. Początkowo szła, jak na dojrzałą waderę przystało, by już po kilku minutach biec przed siebie z donośnym śmiechem i skakać nad wodą.
- Co ja z tobą czasami mam — powiedziała cichym żartobliwym tonem podczas słuchania pisków starszej podczas skakania nad falami.
- Oj, nie bądź taka Sini! Nie możesz być wiecznie sztywna!
- Że ja jestem co?
- Sztywna! Też musisz trochę się zabawić! - Mówiąc to, Shori wycelowała w nią swoim skrzydłem. - Nawet nie wiesz, jak mnie świerzbi czasem, żeby cię prawie wytargać na spotkanie czy drobną imprezę. Jesteś młoda, piękna i piekielnie zdolna, tylko nie dostrzegasz tego! Osobiście dopilnuje tego, żebyś też miała trochę radochy w życiu.
- To zabrzmiało trochę jak groźba, zdajesz sobie z tego sprawę, prawda? - Sini zapytała bez pardonu.
- Bo tak jest — odparła równie bezpośrednio druga.
- Och?... Siostro, co ty... Siostro, proszę! Nie!
Nie spodziewając się, że starsza ją prędko dopadnie, zaraz była ciągnięta w stronę wody. Shori naturalnie ignorowała jej dźwięczne protesty, dziarsko ciągnąc młodszą z suchego lądu, by na końcu ją dosłownie rzucić w morską pianę, skutecznie przy tym ją mocząc do cna.
- Zatem wszystkie chwyty dozwolone, co? - Kiedy wynurzyła się, z ociekając zewsząd z niej wodą i tym spojrzeniem, Shori odebrała to jako jedyny sygnał do brania łapy za pas, gdyż mogła tylko się domyślać, co młodsza jej zrobi w zamian za ten jakże uroczy gest.
- Przapraszaaaaam! Nie rób mi krzywdyyyyy! - Piszczała starsza podczas ucieczki od Sini. Oczywiście obie wiedziały, że nigdy sobie krzywdy nie zrobią, jednak dopadła je taka euforia, że było słychać tylko piski tej białej.
Było chyba jasne, że w biegu czy byle prędkości, Shori nie miała szans z Sini, która wówczas jej to dobitnie przypomniała — ona również dosłownie rzuciła siostrę w większą nadchodzącą falę.
- Zboczyła nieco z zamierzonego kursu — niższa powiedziała cicho do siebie, oglądając jak ostatnie z piór w skrzydłach siostry, znika w wodzie. Odliczyła równo trzy sekundy i idealnie o czasie Shori wynurzyła się. Zaraz podjęły dalszą zabawę.
W końcu ogłosiły remis, czy raczej zawieszenie broni, żeby móc legnąć sobie na piasku w celu podsuszenia się. Naturalnie umilały sobie czas rozmową, choć raczej to Shori mówiła, a Sini przysłuchiwała się jej, ale nie miał nic przeciwko temu staremu rozłożeniu. Kiedy w końcu futra w pewnej części podeschły, ponowiły przechadzkę po plaży, tym razem bardziej po piachu. Linia brzegowa miała bardzo ładne rzeczy do zaoferowania, przez to obie po dobrym kwadransie miał w małych kieszonkach trochę kolorowych muszelek różnej wielkości oraz kilka bursztynów.
- Już widzę nas w naszyjnikach z tymi cudeńkami — odezwała się uroczo, bo dziecięco, Shori.
- Do twarzy ci w nich będzie — potwierdziła cichym głosem Sini.
- To jak, siadamy do tego?
- Ja odpadam. Dobrze wiesz siostro, że moje zdolności manualne w tych kwestiach są okropne. Pamiętasz tamto plecenie wianków?
- Oj Sini, na pewno się poprawiłaś!
- To moja słabość przez życie. Nic się nie zmieniło, próbowałam — dodała, cicho parskając.
- Nie daj się prosić, no chodź. Na pewno nie będzie tak źle, a poza tym, liczą się chęci.
Już kilkanaście minut później obie podniosły głowy znad prób zrobienia naszyjników ze znalezionych morskich skarbów.
- Wow... Okej, nie kłamałaś. - Powiedziała Shori, spoglądając na wszystkie próbne muszelki, obecnie porozwalane całkiem.
- Mówiłam — Nen wzruszyła ramionami. Całe szczęście nie użyła tych ładnych sztuk. Spojrzała za to na naszyjnik starszej siostry. - Całe szczęście ty masz artystyczne łapy za nas dwie.
- Ach tak?
- Oczywiście — kiwnęła głową. - Każda twoja ręczna robótka jest piękna.
- Sini! - Shori pisnęła i jak za starych dobrych czasów, rzuciła się na szyję młodszej siostry, która nie miała nic przeciwko temu zachowaniu, gdyż znała postępowanie białej oraz była do niego przyzwyczajona. Kiedy wyższa nieco się cofnęła, obie zachichotały cicho.
- To jak, idziemy dalej przed siebie? - Zapytała Nen najdroższą krewną.

<Shori?>

PODSUMOWANIE 
Ilość napisanych słów: 1255
Ilość zdobytych PD: 627 + 200% (1254 PD)
Obecny stan: 1881

niedziela, 27 listopada 2022

Od Noitera c.d. Belief/Yneryth’a ~ „Misja ratunkowa” [+16]

Noiter uśmiechnął się, po tym, jak Yn przeszedł swoim krokiem władczy i poczucia wyższości. Poczekał, aż się oddali od nich tak, żeby ich nie słyszał. Po czym zwrócił się do swojej nowej przyjaciółki:
- Widzisz, plan działa! Już podejrzewa nas o jakieś niecne działania. Choć muszę przyznać, że nie bez powodu zaproponowałem bagno… - powiedział, brzmiąc, jakby z lekką skruchą przyznając się do niewinnej manipulacji sytuacją, rozglądając się przy tym po ziemi w okolicach kamienia, na którym stał – Chciałem upiec dwie wiewiórki na jednym ogniu, wiesz, o co mi chodzi prawda, Belief? Tylko teraz muszę je znaleźć…
Samica przekrzywiła lekko łeb, wpadając w niemałą zadumę. Troszkę to wszystko, choć łatwe z pozoru, wydawało jej się teraz nieco skomplikowane. W końcu poznała ona Noitera zaledwie tego samego dnia i jeszcze nie wiedziała, czego się powinna po nim spodziewać. Zwłaszcza że Yneryth przedstawił go jako groźnego osobnika, na którego wcale nie wyglądał. Belief milczała dłuższą chwilę i dopiero usłyszawszy swoje imię, oprzytomniała:
- Ach tak, znaczy... domyślam się, o co chodzi, ale nie wiem, czy Yneryth również nie wytnie nam psikusa. - zrobiła pauzę. - on chyba nawet to lubi.
- Naaah, nie wierzę w to! - powiedział, przeskakując na inny kamień. - Znam go już trochę czasu, Yn nie robi psikusów! Yn się tylko mści w mniej lub bardziej brutalny sposób, hahaha... - zaśmiał się szczerze, co jednak dla Bel mogło brzmieć jak niezbyt stabilny śmiech.
- Psikus czy mszczenie się? - dodała zamyślona, jednak z delikatnym uśmiechem. - Jednako wygląda to w jego wykonaniu. - również zaśmiała się pod nosem cicho. Nie dane jej było rozmyślać głębiej, gdyż skrzydlaty krzyknął radośnie:
- AHA! Znalazłem! - powiedział, sięgając łapą pod pień i wyciągając parę smętnie wyglądających kwiatów. Zaczął wyjaśniać. - Rosną tylko na bagnach, a są niezwykle przydatne... Do różnych celów.
W relacji na jego krzyk, Bel zastrzygła uchem w jego stronę i zmusiła się do spojrzenia wprost na niego i się zatrzymała. – Na przykład, do jakich celów? - spytała, obserwując z zaciekawieniem roślinkę.
- A takie różne ciekawe. - odparł wymijająco, chowając kwiatek pod swoje skrzydła ułożone na plecach, mrugając do Bel psikuśnie. - Niczego nie widziałaś, jakby ktoś pytał. A teraz w drogę, musimy dogonić naszą śnieżynkę! - zakrzyknął, przeskakując na kolejny głaz.
Ta kiwnęła głową, nie mając innego wyjścia, westchnęła cichutko i ruszyła dalej przed siebie, starając się nieco przyspieszyć kroku, mimo otaczających mokrych utrudnień. Po przejściu przez bagno, czy tam jego przeskoczeniu, jeśli chodzi tu o Noitera, zastali wylegującego się Ynerytha, oczekujących ich z bezmiernym znudzeniem. Po jego głosie słychać było, że był podejrzliwy i zezłoszczony spotkaniem z błotem.
- Błoto? Prawie go tam nie było, jeśli nie twój krzyk, to mógłbym przejść suchą łapą! Wystarczyło chcieć – powiedział zadowolony z siebie rogacz – Świetna zabawa swoją drogą. Poza tym zobacz jakie widoki! Cudow… – stwierdził, rozgarniając bujne zarośla łapą, odsłaniając… więcej błota. Stał tam zbaraniały, nim Belief mu wskazała na drugą stronę dyskretnie. Przeszedł, jakby nic się nie stało, na drugą stronę i odsłonił zarośla ukazujące dolinę zalaną światłem zachodzącego słońca. Na samym jej końcu ukrytą w cieniu naturalnych formacji znajdował się cel ich podróży.
- Kiedy ty byłeś zajęty, my z Bel doszliśmy do wniosku, że to nie pora na wielkie wejście, skoro ma to być niespodzianka! Podobno mają tu problem z jaszczurkami, którymi trzeba się zająć przed rozmową z tym Osaerem? Oseame? Nie ważne, miał dziwne imię, ale liczy się to, co mam zrobić ja! Jak Bel powiedziała, wykonam najlepszego psikusa i zadbam o to, żeby dobrze się wyspał hihi! - wytłumaczył Noiter.
- Spróbuj nie uśpić i nas, przy okazji. - Odpowiedział tamten, odwracając się w kierunku Belief.
Ta zaśmiała się, wyraźnie rozbawiona i dodała — No i żebyś Ty nam nie zasnął Noiterku, bo bez Ciebie sobie nie poradzimy! - posłała mu szczere i nieco rozbawione spojrzenie.
Chciał wyprowadzić ją z błędu, ale gdzieś w głębi głowy, ten cichy głos, który milczał już od tak dawna, zagłuszony przez falę zmian, wrócił, podszeptując mu okropną myśl. „Dowie się o tobie i co dalej? Co, jeśli też znała kogoś, kto umarł na śpiącą zarazę? Tak, przecież to wydarzyło się daleko stąd, ale co jeśli jednak? Nie ważne jak dobrze udajesz przed sobą, wiesz przecież, że na początku się ciebie bała. Tak jak inni. Może miała powód? Może nie być tak szczęśliwie, jak to było z Ynerythem”. Otrząsnął się.
- Oczywiście, że nie zasnę, dopóki nie zrobię swojego wielkiego psikusa. A resztę zrobimy zgodnie z planem. Powinniśmy się rozstać teraz prawda? Z całej zabawy nici, jeśli poczuje twój zapach na mnie, prawda Bel? – stwierdził radośnie rogacz.
- Oczywiście — mówiąc to, samica zatrzymała się jednocześnie, pozwalając Noiterowi oddalić się nieco. Rozejrzała się w poszukiwaniu Ynerytha, gdyż musieli się gdzieś schować i poczekać aż Noiter "załatwi” sprawę, by mogli działać.
- Okej, ale jest jeszcze jedna sprawa, coś, co musimy zrobić, żeby plan mógł się udać – podszedł do Ynerytha – Potrzebuje, żebyś mnie uderzy-
- Jeju, czekaj, ja się w to nie mieszam. Nie chcę być narażony na Copycat. – odezwał się biały basior, cały czas stojący obok wadery, na czyjego słowa ta podskoczyła w strachu, spodziewając się, że ten już tam stał. Szybko jednak się otrząsnęła, gdy usłyszała część o uderzeniu — Jak to uderzyć? Nie ciągnęłam was taki kawał, żebyście tutaj teraz ze sobą walczyli!
- Nie z całą siłą oczywiście. Wiesz, tylko tak, żeby było widać ślady walki. Mam wyglądać jak ktoś, kto potrzebuje pomocy, ale nie jak ktoś, kto jest zbyt słaby, by marnować na niego czasu. Prawda? Więc zrób coś, wykaż się kreatywnością!
- Myślę, że nie potrzebujesz mojej pomocy. Biegaj w kółko i zadziała.
- Haha, bardzo zabawne, serio, ale staram się wczuć w rolę. Mogę ich przekonać, że jestem groźny, ale ranny, okej? Aktorem jestem świetnym, nie zapominaj — powiedział, brzmiąc odrobinę jak nie Noiter. Zbyt... Sucho. Zaraz jednak wrócił do siebie — Ale spokojna twoja rozczochrana, to tylko jeden wielki akt, jeden z najlepszych psikusów! Jednak żeby zadziałał, potrzebuje twojej pomocy. - widząc, że ten się wacha, znów zmienił lekko ton, tym razem na drwiący — No, chyba że jesteś cykor, który nie umie dobrego ciosu zadać, wtedy to co innego. Udowodnij choć raz, że umiesz zrobić coś dobrze i wal!
Biały wilk jakby sprzeciwiając się prowokacji, odpuszcza. - Bel możesz go uciszyć, głowa mnie zaczyna boleć.
Noiter zdążył tylko otworzyć usta, chcąc kontynuować prowokację, jednak biały tylko czekał, aż rogacz zacznie mówić, uderzając go błyskawicznie w pysk, tak mocno, że aż zatoczył się pod uderzeniem i splunął na ziemię, lekko zdziwiony. Jednak nie dał tego po sobie poznać. Podszedł do Ynerytha:
- Dzięki za pomoc, ale — Przywalił mu z czaszki — Jednak to wygląda, jakbym oberwał po kłótni z ukochaną, a nie w prawdziwej walce. Postaraj się lepiej!
Nie przyjął tego dobrze. Natychmiastowo przygwoździł czarnego do ziemi za pomocą kamieni. Po czym zaczyna ciąć jego ciało własnymi pazurami.
- Mam nadzieję, że drugi raz nie powtórzysz swojego zachowania.
- Spokojnie, nie planuje tego, ale osiągnąłem cel, nieprawdaż? – powiedział, wyciągając ociekający krwią cień z boku przyjaciela, po czym wytarł go w swoje futro, przed puszczeniem wolno – Teraz wygląda, jakbym miał prawdziwą walkę, więc możesz już przestać, twoje pazury są zbyt głęboko-
- Hmmm. – Yneryth jeszcze go nie puścił. Wyciągnął swoje pazury i przeciągnął nimi po lewym skrzydle rogacza, tak by było to widoczne, lecz bez większej szkody dla jego sprawności — Od razu lepiej, w końcu skrzydła to bardzo łatwy cel.
- Racja, przecież normalnie trzymałbym je luźno — przyznał, lekko się szamocząc, nerwowy, że Yn dotyka jego skrzydeł — Możesz już mnie wypuścić? Im szybciej ruszę, tym lepiej.
- Musisz jeszcze poczekać. Musimy się jeszcze oddalić. Choć Bel musimy się zmyć. – Samiec odchodzi, zostawiając spętanego Noiter'a przygwożdżonego do ziemi. Ta tylko kiwnęła głową. Widok walczących na niby samców nie był dla niej miłym doświadczeniem, więc rzuciła tylko krótkie „Powodzenia Noiter”, po czym ruszyła w ślad, za białym basiorem. Chwilę po zniknięciu przyjaciół z jego widoku, kamienie się poluzowały. Gdy ten upewnił się, że jego grupa odeszła, usiadł na moment, by przetrwać ból. Nie było to dla niego żadna nowość, musiał tylko wrócić pamięcią do starych czasów, założyć na chwilę maskę nicości, tą, którą dostał od Niego. Nosił ją z trudem, bał się wręcz jej, gdyż wiązały się z tym wspomnienia, lecz wciąż jednak ona go wołała. Chciałby powiedzieć, że nienawidzi tej maski kameleona, ale skłamałby. Dawała mu ona poczucie bezpieczeństwa i kontroli, w takich właśnie sytuacjach. Nie zakładał ją od dłuższej chwili, nie od czasu, gdy mógł być Noiterem, tym samym, którego kochała ona. Czy jednak był to prawdziwy on? To nie jednak nie było teraz ważne, jedyne co się liczyło w tej sytuacji to zrobienie psikusa, który pomoże jego przyjaciołom. Nie robił tego dla siebie, lecz dla nich. Jednak… kto powiedział, że zabawa i obowiązek się nie mogą mieszać? Ten jeden ostatni raz, wyjątkowo, dopuści tę część do głosu, chociaż w części. Uśmiechnął się powoli, rozciągając skrzydła, ukazując leżącą pod nimi torbę z kwiatami na wierzchu. Torba zostaje założona z uśmiechem na pysku. Jakiego rodzaju jest to uśmiech? Kogoś, kto ma do zorganizowania cudowny występ, z całą masą nowych kukiełek.
Po dojściu, na tereny watahy Oseara, tuż po zajściu ostatnich promieni słońca, realnie zmęczony Noiter, z trudem stawiał kroki, poprzez gęste zarośla, których gałęzie okropnie smagały jego rany, jednak on nie zwracał na nie uwagi. Z tego, co słyszał od Belief, jego cel cenił sobie siłę i żerował na słabości. W dodatku rogacz musi sprzedać swój akt, a nie ma nic ważniejszego niż udany ‘psikus’. Czuł już obce wonie bardzo mocno, więc wiedział, że jest na miejscu. Czuł też ten dziwny zapach, który krył swoją prawdziwą naturę przed zwyczajnym podróżnikiem. Pachniało jak… nie sen. Nie umiałby tego lepiej wytłumaczyć komuś, kto nigdy nie miał zetknięcia ze snem w takim stopniu jak on. Rozpoznałby ten zapach wszędzie, ale to nie był on. Jednak nic innego nie pachnie w ten sposób, więc cała ta sytuacja była podejrzana, lecz powinna być bezpieczna dla niego, jeśli zachowa ostrożność. Gdy tak rozmyślał, poczuł, że zapach się zbliża — przywiał mu go wiatr. Pora na wstęp. Wleciał na drzewo i usadowił się na grubej gałęzi starego dębu. Nie minęło dużo czasu, nim do jego uszu dotarło głośne tłuczenie łap po ziemi, przedzierający się przez gęste zalesienie. Poprawił się na gałęzi, upewniając się, że ładunek jest bezpieczny. Wkrótce dostrzegł swojego przeciwnika w słabym świetle księżyca. Wyglądało jak jaszczurka, ale znacznie większą i brzydsza. Do tego czuł bijącą od niej dziwną energię i z bliska zrozumiał po części, czym był ten dziwny zapach. Ta siła więziła ją w stanie załamanej prawdziwości, wpływała na ich zmysły, pokazując, to co było potrzebne, zmieniając uczucia na obce. Zrobiło mu się żal tego stworzenia, ale jednocześnie uświadomił sobie, że jest przez to wielokrotnie groźniejsze. Nie dał jednak temu się wybić z rytmu, wiedząc, że może być obserwowany i zachował się tak, jak charakter tego wymagał:
- Zostaw mnie w spokoju, stworze! Ostrzegam, skończy się to dla ciebie źle. – warknął groźnie.
Zwierzę kontynuowało swój atak na drzewo, bezmyślenie. W pewnej chwili jednak, jakby za natchnieniem, przypomniało sobie, że potrafi się wspinać. Powoli darło się w górę. Skrzydlaty jednak tylko czekał, aż stworzenie będzie wystarczająco wysoko, gdy wykonał swój plan, używając cieni, by odepchnąć stwora od pnia drzewa w momencie, gdy ten przechodził między gałęziami i miał słabą równowagę. Tylko patrzył, jak stwór opada w dół, dobre 30 metrów, głową skierowaną w dół, jednak odwrócił wzrok na moment przed uderzeniem. Gdy usłyszał tylko głośny trzask, otworzył ponownie oczy, widząc ciało jaszczura na ziemi. Nie miał pewności czy jaszczur żyje, nie znał tego gatunku. Wiedział, że za chwilę nadejdzie ich więcej, ale zwykły podróżnik by o tym nie wiedział. Zszedł więc z drzewa i ruszył dalej przed siebie. Wkrótce nadbiegły kolejne jaszczury. Próbował utrzymać maskę jeszcze trochę, jednak przerażenie wzięło uwagę i ta powoli zaczęła spadać. Panika pojawiła się w jego głowie, przez co popełnił błąd i nie zauważył jaszczura wyłaniającego się zza zakrętu. Został staranowany przez rozpędzonego gada, ale zdążył się przekręcić tak, by upadek nie zrobił mu większej krzywdy. Spostrzegł norę, pod leżącym wrakiem drzewa i skorzystał z okazji, rzucając się w dół, wciskając w ciasną przestrzeń. Odetchnął na moment, jednak panika szybko wróciła, gdy zorientował się, iż gady zaczęły rozkopywać ziemię. Próbował się cofnąć, jednak odkrył, iż skrzydłami dotyka ściany, jedynie odruchowo zakrył skrzydłami pysk. Nim zdążył coś wymyślić, usłyszał piski, odgłosy pazurów przerywających mięso oraz tupot uciekających stóp. Uspokoił się, wiedząc, co to znaczy. Nadszedł czas by się popisać. Usłyszał niski, chropowaty głos, który przywodził mu na myśl grzechot rozłupywanych kości:
- Możesz wyjść przybyszu, przegnałem te przeklęte stwory.
Rysy rogacza natychmiast się utwardziły, sprawiając wrażenie, jakby miał doświadczenie wypisane na pysku. Wyszedł z nory, mocnymi, lecz zgrabnymi ruchami, pewnymi siebie w każdym calu, odgarniając korzenie. Obrzucił swojego wybawcę najgroźniejszym spojrzeniem w swoim arsenale, przez dłuższy czas utrzymując kontakt wzrokowy, nim po chwili ukłonił się z gracją i wyniosłością.
- Dziękuję Ci twą pomoc nieznajomy, zostałem wzięty z zaskoczenia. Twe imię?
- Możesz mi mówić Osear. - przedstawił się łaskawie cienisty wilk z białymi łatkami na łapach. Skrzywił się na chwilę, oceniając rany skrzydlatego — Wyglądasz, jakbyś potrzebował pomocy. Zaprowadzę cię do naszej watahy, załatamy cię… twoje imię?.
- Retion. – odparł wyniośle, powstrzymując ochotę nazwania go Panem -Jesteś pewien? Już raz przyszedłeś mi w potrzebie, a ja jestem tylko prostym podróżnikiem.
- Nonsens, ten rejon i tak jest zbyt niebezpieczny. Jak pójdziesz teraz samotnie, to umrzesz pewnie straszną śmiercią. Odpoczniesz trochę, a może akurat ci się u nas spodoba
- Skoro tak powiadasz, powinienem zaufać więc mojemu wybawcy. Jeszcze raz wyrażam swą wdzięczność, choć muszę przyznać, jestem ciekaw, jak przegoniłeś zagrożenie?
- Nie lubię się chwalić, ale nie bez powodu dowodzę watahą mój drogi. - wybuchnął śmiechem, w którym dało się wyczuć nutkę czegoś niepokojącego. - Ale nie bądź taki skromny. Widziałem, jak urządziłeś jednego z tych gadów. Jesteś może wojownikiem?
- Oh nie mój wybawco, żaden ze mnie wojownik – powiedział skromnie, jednocześnie brzmiąc jakby, nie była to cała prawda – Jestem podróżnikiem, który zna kilka sztuczek. Jestem zwykłym bajarzem, strzegącym historii i… zapomnianej wiedzy.
- Twoje rany – powiedział, prowadząc czarnego w stronę swoich terenów mieszkalnych – Nie wyglądają mi one na robotę jaszczurów. Mam też całkiem sprawny nos i czuję ten słaby zapach innego wilka. Zmieszany ze starszą krwią. Wyjaśnisz mi to?
- Nie ma czego wyjaśniać. Zatrzymałem się w miejscu, w którym nie doceniają takich jak ja. Mrok przeraża wielu – odparł poważnie.
- Ale mnie nie – odparł natychmiastowo i szczerze Osear – Mrok to droga do celu, lecz niewielu go zna. Ty i ja wcale się nie różnimy tak bardzo, wiem dokładnie, co czujesz. Nie chciałbyś o tym opowiedzieć komuś, kto to rozumie?
Noiter w środku poczuł, jakby coś starało się przygasić się światło w jego głowie. Myśląc szybko, postanowił zrobić coś ryzykownego. Zgasić wszelki blask, zostawiając jedynie mały promyk świecy, zamykając się szczelnie w środku.
- Tak… Nawet nie wiesz Osearze, jak ciężko być takim jak my. Ja po prostu widzę, że czasami tylko mroczna droga, prowadzi do światła na końcu tunelu, jeśli wiesz, o co mi chodzi. — powiedział Retion głosem, w którym słychać było nutkę szaleństwa — Ciemność jednak żąda ofiar, a kim jestem ja, by jej ich odmówić?
- Hm, a więc taki z ciebie typ – mruknął pod nosem Osear. Chciał spytać o coś jeszcze, gdyż byli już niedaleko miejsca docelowego, jednak nagle ktoś im przeszkodził, wyłaniając się z krzaków.
- Ah, Aries, jakie wspaniałe wyczucie – stwierdził Osear, starając się ukryć irytację – Odprowadzam tutaj tego właśnie młodego podróżnika do mojej jaskini, w celu lepszego zapoznania. Uwierzysz, że samodzielnie pozbył się, bez najmniejszego zadrapania, jaszczura? Ah, gdzie moje maniery, poznajcie się. Aries – Retion, Retion – Aries. – przedstawił ich sobie.
Aries bez wahania wyczuł, że coś tu nie gra. Samiec wyglądał dość nietypowo i do tego w jego zapachu można było wyczuć znajomy pierwiastek. „Czyżby to obiecana odsiecz?” pomyślał naprędce, po czym złożył skrzydła i zachowując się całkowicie naturalnie, ukłonił się w stronę zbliżającego się Oseara i jego nowego towarzysza. - Witaj Retionie w naszych szeregach. - posłał mu nieco współczujący uśmiech, jak to miał w zwyczaju. Choć czuł podekscytowanie, to zachowywał się całkowicie normalnie. Nie mógł sobie teraz pozwolić na żaden błąd. - Faktycznie interesujące, tutejsze bestie są bardzo sprytne. - W istocie takie nie były, ale Aries wiedział, że nie może ich krytykować w obecności Oseara.
Retion tylko zimno spojrzał na niego, przeszywając go wzrokiem, w którym było coś nienaturalnego, bardzo nieprzyjemnego, obcego wręcz. Osear zwrócił się do Ariesa:
- Potrzebuje, żebyś znalazł kogoś, kto może Retiona połatać, przyprowadź medyka do mojej jaskini.
Basior pomyślał chwilę i skarcił się za poprzednią myśl i nadzieję ratunku, najwidoczniej był w błędzie kolejny raz. Przecież jego siostra nie sprowadziłaby na ratunek kogoś w takim stanie. Spojrzał na Retiona i widząc dopiero teraz jego rany, skinął głową w stronę gościa. - Oczywiście. Zaraz go przyprowadzę. - Aries odwrócił się naprędce, po czym zniknął im szybko z oczu.
Cienisty basior ruszył dalej, dając znać rogatemu, że to już niedaleko. Zaczął ponownie rozmowę, podchwytliwym pytaniem:
- A więc poznałeś Ariesa… Polubiłeś go?
- Z całym szacunkiem Osearze, ale wymieniliśmy tylko jedno zdanie. – powiedział grzecznie Retion – Jednak… Jeśli mam się podzielić swoimi odczuciami, to nie wydaje mi się, żebym go polubił.
Ten obdarzył go oceniającym wzrokiem, po czym przyznał:
- Jeśli ja mam być szczery, to sam go nie lubię. Trzymam go tylko dlatego, że potrzebuje siły roboczej. Dobrze podtrzymuje morale innych. Wiesz, przynajmniej na coś się przyda, a jak nie, to zawsze można go zastąpić.
- Czy gdybym dołączył do stada, to też bym był zastępowalny? – spytał poważnie rogacz. Jego rozmówca przez chwilę milczał.
- To zależy od tego, czy jesteś przydatny… Na razie dużo mi o sobie nie powiedziałeś Retionie. Muszę więcej wiedzieć o wilkach, jeśli mam zdecydować ich wartość, a ty wyglądasz mi na obiecującego kandydata, lecz jeśli będziesz milczał…
- Co byś chciał wiedzieć?
- Co ci się dokładniej przytrafiło? Czym się zajmujesz i co zrobiłeś, że cię tak potraktowali? – powiedział, przychylając się do młodzika z czarującym uśmiechem, mówiącym ‘’Zaufaj mi”.
- Cóż… Nie powiedziałbym tego komukolwiek innemu, ale czuję, jakbym mógł się tobie zwierzyć, gdyż myślę, że jesteś kimś, kto zrozumie – odparł Retion, „przełamując się” – Dołączyłem do watahy niejakiej ‘Rene’. Żadna z typowych posad do mnie nie pasowała, więc wybrałem coś prostego. Zawsze uwielbiałem dzielić się swoją wiedzą o mistycznym i tajemnym świecie, którzy inni tylko widzieli jako legendy i mity. Jednak taka wiedza wymaga swojej ceny… Jeden pewien bardzo irytujący młodzik próbował mnie otruć, po odkryciu mojego prawdziwego ja. Przetrwałem, jednak niewiernych spotyka smutny los, któremu tylko odrobinkę pomogłem. Nikt niczego nawet nie podejrzewał, gdyby nie jego wścibska siostra. Próbowałem im wytłumaczyć, lecz oni nie rozumieli. Zaatakował mnie ktoś, kto wydawał się to rozumieć, lecz oszukiwać samego siebie. Nie miałem z nim szans, gdyż moim sposobem walki nie jest bezpośredniość. Zgubiłem jednak pogoń na bagnach, na których zostałem przez jakiś czas.
- Widzę więc… Jestem bardzo ciekawy co do twojej wiedzy, o której wcześniej wspomniałeś. – zatrzymał się, wskazując łapą na pokaźną jaskinię, lekko zalaną mrokiem. – Wejdź do środka i czuj się jak u siebie, będziemy mogli sobie na spokojnie porozmawiać na wszystkie ciekawe tematy.
Retion posłuchał, rozglądając się na boki. Główna komnata jaskini, która wyglądała na przytulną, lecz także dawała wrażenie… sztucznej? Nie było w niej jednak nic, co by mogło wywołać zwątpienie w jej przyjemne zimno. Jednak ze skrytej odnogi, Retion wyczuwał coś dziwnego, nieznajomego, lecz jednocześnie wołającego go po cichu. Udawał jednak, że nic nie czuje, układając się pod ścianą przy wejściu. Tuż za nim wszedł pewnie Osear, spoczywając naprzeciwko. Nim jednak zdążył coś powiedzieć, od strony wejścia dało się usłyszeć czyjeś kroki.
U wejścia groty pojawił się skrzydlaty samiec, w towarzystwie białego, nieco wystraszonego wilka. Był to tutejszy medyk, który wyraźnie lękał się wejścia do groty, jednak Aries wydawał się uspokajać, nieco mniejszego białego towarzysza. Po chwili weszli oboje, Aries zrobił jednak miejsce, by medyk mógł wyjść nieco naprzód. - Oto i nasz medyk, Timbad. - rzucił z lekkim uśmiechem Aries, po czym usiadł obok wyjścia. Natomiast biały ukłonił się do Oseara i spytał nieco drżącym głosem: - W czym mogę pomóc? - Jego sierść była umazana nieco zaschniętą krwią, której nie zdążył jeszcze najwidoczniej obmyć.
Osear przybrał swój najbardziej obłudny uśmiech, witając przybysza:
- Ach, Timbadzie jak dobrze, że jesteś! Jak widzisz, mamy gościa, który wymaga pilnej opieki medycznej. Wypadałoby, żebyś mu pomógł, prawda?
Biały przełknął ślinę, lekko zestresowany, zerkając na wielkiego ciemnego rogacza, który nie wyglądał zbyt przyjaźnie.
- J-już się robi — wydukał cicho, podchodząc do rannego. Zaczął oglądać jego obrażenia, starając się go nie dotykać zbytnio. - Potrzebowałbym go opatrzyć i *ymm* zastosować zioła. Mam wszystko... Chyba?
- A więc to zrób — rozkazał Osear, starając się ukryć irytację.
- Oczywiście, już, tak — biedny biały wilk, przygotował swoje materiały, starając się opanować emocje. Wszystko szło dobrze, do momentu, w którym medyk postanowił zdjąć torbę z pacjenta, chcąc zobaczyć czy nie ma pod nim ran. Retion zerwał się, agresywnie odtrącając Timbada, który potknął się, zataczając do tyłu.
Aries rozłożył odruchowo skrzydła na ułamek sekund, po czym pomógł biednemu medykowi się podnieść. Nie czekali długo na komentarz.
- Co robisz ofermo!? Miałeś go leczyć, a nie zgrywać ofiarę. - warknął nieco niecierpliwie Osear, a medyk podszedł ponownie do rannego wilka, tym razem już nie dotykając jego torby. Retion westchnął, spoczywając ponownie, by móc dać się opatrzyć. Wyjął zioła i w miejsca które tego najbardziej wymagały, zaczął je bez słowa przykładać i po prostu robić swoje. Aries wówczas uważnie przyglądał się sytuacji. Lubił białego wilka i martwił się o niego, ponieważ doskonale wiedział, przez jakie okrucieństwa z łap Oseara przebrnął. Widać było, że Timbad jest zestresowany i robi wszystko w pośpiechu, jakby od tego miało zależeć jego życie. Widoczne było, że pod wpływem nerwów jego precyzja mocno spadła, tracąc delikatność całkowicie. Retion pozostawał jednak niewzruszony jak głaz, pełen chłodu i czegoś dziwnego. Dwa skrzydlate basiory nawiązały ze sobą kontakt wzrokowy i Aries poczuł się, jakby zaglądał w mroźną głębię oceanu. Na chwilę coś mu mignęło, jakby zobaczył tam jakiś błysk współczucia, jednak natychmiastowo on zgasł, zostawiając wilka, niepewnego czy tego sobie tylko nie uwidział. Wkrótce Timbad skończył łatanie, odchodząc jak najszybciej od rannego.
- Możecie odejść — oznajmił Osear, odprawiając ich łapą. Ci posłuchali z pokorą, odchodząc prędko. Na odchodnym Retion tylko dostrzegł kątem oka, jak skrzydlaty wspiera swojego białego przyjaciela, który wyglądał jakby za chwilę, miał się przewrócić ze stresu. To było tak-
- A więc Retionie, teraz gdy jesteśmy sami, powiedz mi towarzyszu niedoli – powiedział Osear z iskrą w oku – Mówiłeś coś o zakazanej, tajemnej wiedzy… O co dokładnie ci chodziło?
Po chwili milczenia odparł cicho:
- O wiedzę, którą przekazali nam przodkowie, a my obróciliśmy ją w oszustwo. Każdy z nas zna legendy, mity, opowieści… lecz większość sądzi, że to kłamstwa, zwykłe bajki wymyślone dla dzieci lub historyjki mające przekazać morał. Jednak magia jest wokół nas, czeka na kogoś, kto potrafi słuchać i odkryć prawdę chowającą się za opowieścią. Tym kimś jestem ja.
- Czyli mówisz, że – wymsknęło się z nadzieją w głosie Osearowi, którą jednak szybko zataił – Załóżmy, że poszukuje czegoś specyficznego z mocą zdolną zaburzyć naturalny bieg rzeczy. Czy wiesz coś o takich przypadkach?
- Oczywiście, że tak, musisz być dokładniejszy, jeśli chodzi ci o coś specyficznego.
- Otóż ja i moja wataha poszukujemy czegoś specjalnego. Czegoś, co może przywrócić kogoś, kto już nie jest z nami.
- Ach, wskrzeszanie zmarłych, dawno nie słyszałem tego tematu. Oczywiście, że znam sposoby, ale… jesteś pewien, że ten, kogo chcesz przywrócić, tego chce?
- Jak to czy jestem pewien, oczywiście, że tak! – oburzył się Osear.
- Wierzę ci, spokojnie, ale – uspokoił go Retion, po czym wyjaśnił – Istnieje pewien artefakt, lecz żeby go użyć, należy być czystym. A ty, Osearze, takowy nie jesteś, pętają cię więzy słabości. Jednak nim się zezłościsz – uprzedził go rogacz – Mam dla ciebie też dobre wieści. Istnieje rytuał, który może cię oczyścić. Mam nawet rzadkie rośliny w mojej torbie, potrzebne do jego przeprowadzenia. Jednak moim zdaniem musisz jeszcze poczekać, zazwyczaj do rytuału, potrzebny jest ogrom treningu swojego umysłu oraz swej duszy.
- Czyli mógłbyś przeprowadzić go teraz? – spytał ostro Osear, podchodząc do Retiona.
- Oczywiście, ale rzekłem jasno, musisz czek-
- NIKT NIE BĘDZIE KAZAŁ MI CZEKAĆ! – ryknął mroczny alfa, odrzucając swoją grę w miłego gospodarza na bok. Rzucił się na rannego rogacza i przyszpilił go do ziemi, nim ten zdążył jakkolwiek zareagować. Przycisnął swoją łapę do rany na skrzydle swojej ofiary, cedząc powoli – Zapomniałeś. Swojego. Miejsca. Wiem lepiej, na co jestem gotów. Teraz przygotujesz rytuał. Natychmiast. Zrozumiano?!
Retion tylko przytaknął cicho, bez jakichkolwiek dźwięków. Został wypuszczony z bolesnego uścisku. Natychmiast wyciągnął kwiaty ze swojej torby, swoją najładniejszą miseczkę, którą zdołał przemycić, brunatną farbę oraz kilka kolorowych kryształów. Rozłożył je w kręgu, rysując między nimi linie i symbole, które wyglądały na losowe. Następnie rozpalił małe ognisko, na środku kręgu. Właśnie miał przystąpić do miażdżenia kwiatów, gdy Osear go zatrzymał.
- Tak, Osearze?
- Pokaż mi te kwiaty.
- Nie ufasz mi… Dobrze – rzekł z uśmiechem Retion, podając mu kwiaty do inspekcji.
Osear nie był mistrzem z zielarstwa, jednak nawet on wiedział, że te kwiaty są bezużyteczne. Poprawiają jedynie jakoś snów, sprawiając, że sny są bardziej swobodne. Nic groźnego, jednak co jeśli mają jakąś ukrytą truciznę?
- Ty też zjesz jednego – oznajmił Osear, podając mu kwiaty z powrotem. Rogacz tylko się zaśmiał.
- Mój drogi, one nie są do jedzenia – powiedział dziwnym tonem Retion, wsypując je do ognia. – One są do wdychania. A teraz wygodnie się ułóż, to będzie prawdziwa podróż.
- Jaka podróż? O czym… Ty mówisz? – groźny wilk ugiął się pod ciężarem swoich łap, lądując na ziemi. – Kwiaty…
- Oh, o podróży w głąb ciebie, przyjacielu! – powiedział radośnie skrzydlaty wilk. – I nie obwiniaj kwiatów, to nie one cię uśpiły. To byłem ja. A teraz słodkich snów, mój gniewny koleżko. Miłego seansu!
Osear bezsilnie odpłynął w krainę snów, zastygając z grymasem na twarzy.
- Ufff, to było trudne, ale się namęczyłem. Nie sądziłem, że może być aż tak trudny, moja wina. – zaśmiał się Noiter, wychodząc przed jaskinie, by zebrać drewno. Musiał się pospieszyć, gdyż za chwilę potrzebował dołączyć do Oseara, gdyż inaczej ten by się obudził. Szybko zgarnął chrust i inne palne rośliny, układając je w bezkształtną kupę. Wrócił się w pędzie do jaskini, wracając z ogniem. Użył go, by podpalić stos. Następnie sięgnął do torby i rzucił jakiś proszek w ognisko. Natychmiast zaczął się wydalać silny, błękitny dym.
- To powinno być odpowiednim znakiem – wydyszał zmęczony, po czym popędził z powrotem do swojej ofiary. Rzucając ostatnim wzrokiem na wyjscię, westchnął, po czym zagłębił się w bezdenne otchłanie nieprzytomności Oseara w celu stoczenia kolejnej walki. Zrobił, co mógł. Był tylko ciekaw, jak jego przyjaciele sobie radzą…

Belief? Niemożliwe wiem!

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 4301
Ilość zdobytych PD: 2150 + 200% (4300 PD)
Obecny stan: 6450

niedziela, 13 listopada 2022

Od Itami do Ðarögon ~ Czerń i Kły

Jesień to czas chorób, selekcji naturalnej - z dnia na dzień, w lecznicy przybywało coraz to więcej chorych. Liczba chorych na grypę zwiększała się, aż można by zaryzykować stwierdzeniem, że wybuchła jakaś tajemnicza epidemia. To tylko jesienne objawy, nic innego. 

Koło południa przygarnęła do siebie pewnego wysokiego, dość silnie zbudowanego basiora o oczach tak błękitnych, jak morska toń. Po przebytym treningu został kontuzjowany, ale Naharys nie chciał zdradzić, jak to się stało - odwrócił tylko pysk, jakby zastanawiał się, co odpowiedzieć młodej medyczce. 
Przedstawił się jako Drago - Itami musiała przyznać, że imię choć krótkie, było trudne do wymówienia. Mimo tego, starała się pozostawić bez komentarza tę nagłą enigmatyczność ze strony białego basiora, po czym przystąpiła do podstawowych badań. 
Basior miał zwichniętą łapę - bardzo mocno zbudowaną łapę, sama nie wiedziała, jakiej siły trzeba użyć, aby zwichnąć taką kończynę, grubością przypominającą dorodny pień dębu. Kiedy chwyciła delikatnie obolałą kończynę, Drago zmarszczył z bólu wargi, błysnął kłami. 
- Nie będę kłamać, będzie boleć, jak cholera, ale jeśli nic nie zrobię, uraz będzie pogłębiać zniszczenia w obrębie stawu. Jesteś gotowy na nastawienie? 
Basior skierował na waderę swój wzrok - dało się z nich wyczytać obojętność i dystans, a z drugiej strony zaś, skrywało się za nimi ciepło. 
- Rób, co musisz, medyczko - odpowiedział o dziwo tonem dość spokojnym, jak na tę sytuację. Itami bez zbędnych słów, chwyciła za kończynę, pociągnęła i szarpnęła w stronę odpowiednią miejscu stawu, posłyszała charakterystyczne chrupnięcie i syk bólu Drago.
- No i widzisz? Gładko poszło. A teraz usztywnię ci kończynę i podam leki przeciwbólowe. Chyba nie masz nic przeciwko? 
- Nie - odparł lakonicznie Drago. 
- Okej... - odparła krótko, bowiem wyczuła, że basior nie należał do osób zbyt rozmownych. Słyszała, że to płatny morderca. Tacy... cóż... 
Potrafią być skryci, tak samo, jak skrycie zabijają. A niektórym wychodzi to równie dobrze, co oddychanie. Zbliżywszy się do wysokiej wnęki w ścianie jaskini, próbowała dostać się do ziół, przynoszących ukojenie w bólu, uspokajające szalejące myśli... 
- Pomóc? - usłyszała czyiś głos obok. Odwróciwszy się, na pierwszy rzut oka spostrzegła mocno zbudowaną klatkę piersiową, pokrytą kruczoczarną sierścią, aczkolwiek wyczuwała pod nimi pracę mięśni oddechowych. Uniosła głowę wyżej, aby spojrzeć na surowe błękitne oczy basiora. Nawet nie posłyszała, jak ów osobnik się do niej zbliża. Wewnętrznie skuliła się ze wstydu, lecz wyprostowała się znacznie, starając się wytrącić z równowagi. 
- Ale... 
Zanim zdołała dokończyć zdanie, basior wzniósł się na dwóch tylnych łapach, zdrową łapą wsparł się o wnękę poniżej, a pyskiem sięgnął po zalegające na najwyższej wnęce zioła, dla pewności zgarnął wszystkie w zęby. 
-... dziękuję - dokończyła zszokowana wyczynem  Dragon'a. Kiedy stanął dęba, wydawał się jej wielce ogromny... na tyle, że jej cień mógłby zakryć ją całą. Na własne oczy widziała, jak mięśnie ud czarnowłosego pracują intensywnie, biła z nich niewyobrażalna siła. Przyjęła roślina z jego pyska do swojego, czując przy tym jego tajemniczy, aczkolwiek interesujący zapach.  Drago wrócił na swoje miejsce, czekał w milczeniu na dalszą część leczenia. 
Aczkolwiek nie umknęło jej uwadze fakt, że od czasu do czasu, dziwnie się jej przyglądał. Obserwował każdy jej ruch, musiała przyznać, iż niezręczność wytrącała ją z rytmu. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie czuła, lecz błękitne oczy basiora miały w sobie coś...piorunującego. Energia drżała w nim, aż po szczyt jego wysokiej, bujnej czarnej grzywy. 
- Proszę, to powinno pomóc - oznajmiła, owijając zwichniętą kończynę bandażem, którego wprzód nasączyła ziołowym wywarem, potem okryła go warstwą delikatnego, bawełnianego opatrunku. 
- Powinno być dobrze. Mam nadzieję, że lubisz zapach lawendy?
- Powinno być dobrze - powtórzył basior. 
Kiedy zakończyła bandażować dodatkową warstwę bandażu, umyła łapy w zimnej wodzie, skierowała wzrok w stronę basiora. 
- Dobrze się czujesz w watasze? - zapytała wadera, odbiegając na bardziej neutralny temat. 
-Aktualnie trudno mi powiedzieć jak się czuje jestem tu od niedawna - odparł, odrywając oczy od wadery, aby potem je wlepić w punkt przed sobą. Jego mina wydawała się niewzruszona, obojętna. 
- Poza zwichniętą kończyną, widzę, że nie narzekasz na nudę. Jak ci minął trening?
-Jak zwykle robię postępy, uczę się nowych rzeczy i je doskonale. - odparł tonem dość spokojnym, opanowanym. 
- To się powinno chwalić - odparła ciepło Itami. Wstrząsnęła łapami, rozchlapując kropelki wody na wszystkie możliwe strony. 
- A ty ćwiczysz coś? - to pytanie lekko zaskoczyło waderę, odebrało mowę. A cóż ona mogłaby trenować, poza wzbogacaniem swego umysłu o nową wiedzę medyczną, która może pomóc jej w wykonywaniu swych obowiązków. Żeby jednak nie wypaść na ignorantkę w jego oczach, rzuciła szybko. 
- Lubię biegać! 
- Długie biegi są bardzo dobrze, szczególnie do polowań - odparł tonem dość obojętnym. 
- W polowaniach... cóż... nie jestem zbyt dobra. Nie mam do tego talentu. - rzekła szczerze medyczka.
- Zatem do czego masz talent? 
Usta medyczki wykrzywiły się tajemniczy uśmiech, chwyciła za naczynie, wypełnione wywarem z kurkumy i koziołkiem lekarskim, poleciła basiorowi, aby upił kilka łyków. 
- Do tego, co każda medyczka. W ratowaniu życia. 
- A jeśli ktoś odmówiłby ci pomocy, bądź prosił abyś go otruła ? - Oczy basiora błysnęły żywo, zmrużył je lekko. To pytanie, przyznam wam, wybiło z pantałyku Itami, a nad odpowiedzią zastanawiała długo. Za długo, aby odpowiedzieć. 
- Rozumiem... - mruknął basior - trudne pytania wymagają odpowiedzi dość przemyślanych. 
- Nie o to chodzi, po prostu... moja natura jest skierowana na pomaganie, bez względu na to, czy ktoś życzy mi źle, czy też... wręcz odwrotnie.
- A jeżeli by zależało od tego życie kogoś innego ? - spytał basior, Itami uniosła lekko lewe ucho na brzmienie niepewności w tonie basiora. Westchnęła tylko, znów zastanawiając się nad odpowiedzią. Musiała wręcz przyznać, że trafił się jej dość osobliwy pacjent. 
- Nawet medyk musi wybierać, czyje życie jest ważniejsze - odpowiedziała, aczkolwiek niezbyt pewnie się czuła. Dla niej, jako medyczki, co prawda z niewielkim stażem, każde życie powinno być rzeczą priorytetową, bez względu na wyjątki. 
- Rozumiem - odparł cicho basior, wracając oczami we wcześniej obserwowany punkt przed sobą. 
- Wielu próbowało nauczyć mnie polowania - przyznała po chwili - każdy mistrz załamywał łapy przez moje beztalencie. Czy może... chciałbyś...
Basior znowu obdarzył ją wzrokiem... tym razem dość osobliwym. Mierzył w nią błękitem swych oczu, wydawać się mogło, że tylko czekał na te słowa - wiedziała bowiem, że każdy marzył, aby opuścić trzewia tej jaskini. 
- ... mnie nieco nauczyć polowania? - dokończyła w końcu. 

<Ðarögon?>

PODSUMOWANIE: 
Ilośc napisanych słów: 983 
Ilość zdobytych PD: 491 + 200%  (982 PD)
Obecny stan: 1473 PD 

Od Ereden'a c.d Sininen ~ "Tam, gdzie opadnie bitewny pył"

 Ereden w końcu wstał, przeciągnął się leniwie, aż mu w kręgosłupie trzasnęło, lecz Sininen nawet nie drgnęła. Samiec znał swoją siostrę i wiedział, że mimo, iż głowę zaprzątała sobie w tym momencie nauką, jej czujność trwała nadal. Dzisiaj postanowiła nigdzie nie wychodzić - rozpoznał to po jej przemianie. Nie musiał nawet nikogo pytać o zależność jej przemian ze skrzydlatej postaci na tę drugą... obserwacje same wysunęły mu odpowiedź przed nos. Zwinął wszystkie, cenne dla niego zwoje, wsunął je w głąb zakurzonej półki stojaka, tam gdzie ich miejsce, po czym skierował się do odnogi, która prowadziła do części jadalnianej jaskini. Napił się trochę, ukradkiem zaś spojrzał na kamienne naczynie, stojące nieopodal. 
- Przynieść ci coś do picia? - miał ochotę zapytać, lecz wiedział, że Sini nie odpowie. Od czasu porwania ich matki, Sininen nie odezwała się do niego ani słowem. Ba! Gdyby nie rozmowy z ojcem, których był świadkiem, w ogóle zapomniałby, jak brzmi jej głos. Zaspokoiwszy pragnienie, wyszedł z jaskini, mijając swoją siostrę - chyba zorientowała się, że wychodzi, bowiem całe jej ciało rozluźniło się nagle, dostrzegł to dość wyraźnie. 
Spotkał ojca w towarzystwie Belief - Ereden słyszał, że wadera była jego nowym nabytkiem do treningu. Ereden ukłonił się uprzejmie i przywitał waderę ciepłymi słowami - basior nie tylko mógł pochwalić się północną urodą, lecz także bezbłędnymi manierami, o które zadbała Pawona. Odkąd jego spotkania z piaskową fenką rozszerzyły się od jego ostatniego incydentu z nią, jego dawne prostackie zwyczaje poczęły zanikać. 
- Ty jeszcze nie u Nabi? Wspominała coś, że dzisiaj potrzebuje cię u siebie - powiedział ojciec, nie patrząc na niego. Skupiony był na mknących w rzecznej toni rybach, próbował chwycić jedną w pysk. 
- Pójdę do niej za chwilę - odparł bez przekonania Ereden. - Chciałbym z tobą pobyć chwilkę... 
Naharys uniósł lekko brew, kiwnął przyzwalająco po czym poklepał miejsce obok siebie. Wadera oznajmiła, że nie będzie im przeszkadzać, po czym podniosła się z miejsca i potruchtała w stronę poligonu, gdzie zazwyczaj ojciec trenował rekrutów. Ereden usiadł, nie będąc pewien, jak zacząć rozmowę... w sumie, nawet nie zastanawiał się, jak ją zacząć. Wyczekał na odpowiedni moment i zanurzył pysk w rzeczną toń, z sukcesem chwytając mocno w zęby wyrywającą się rybę. Machała szaleńczo płetwą, rozwierała i zamykała na przemian pysk, jakby się dusiła. 
- Nieźle, synu - pochwalił go Naharys. - Czy przyszedłeś tylko po to, aby zdeptać moją dumę? 
Ojciec zaśmiał się, tuląc Ereden'a do siebie. Przyjął od niego rybę, oznajmiając, że będzie z niej wyśmienity obiad. Po schwytaniu trzech bądź czterech ryb, Ereden w końcu wypalił. 
- Tato, jak długo Sini będzie mnie od siebie odtrącać? 
- Ah, ty nadal o tym? - Naharys mruknął cicho, rysując na ustach grymas zmartwienia. - Pamiętasz moją radę? 
- Tak! - rzekł basior, rezygnacyjnie obracając oczami. - Mam dać jej czas, ale... ile? Nie mam zamiaru przez całe życie czuć się winnym za swoje szczenięce wybryki. Chciałbym podejść do niej, powiedzieć te głupie "przepraszam", ale ona mnie odtrąca! 
- Dla ciebie może być to głupie słowo - odparł ojciec. - Dla niej może oznaczać coś więcej. Możesz przepraszać ją, ile chcesz, ale jeśli nie powiesz tego szczerze. Synu, powiem Ci coś... czasami szczere słowa znaczą więcej, o wiele więcej, niż sobie możesz wyobrazić, niż jedno, wypowiedziane dla świętego spokoju. Prawda, szczera prawda, bywa czasem jak cierń w tyłku, a też czasem, niczym iskierka. Prawda boli, prawda ociepla... ale lepsza prawda, niż zwyczajne kłamstwo. 
- Ale... ja chcę jej powiedzieć szczerze, że żałuję! 
- Musisz z tym poczekać. Ostrzegałem cię. Staram się ją poskładać do całości. Każdy kiedyś potrzebuje czasu dla siebie, aby przemyśleć... 
- Więc ile mam czekać, aż ona przemyśli? Aż okulawiejemy  ze starości? 
- Cierpliwości, synu - odparł Naharys ciepłym tonem. - Cierpliwości, ale i też dobrych chęci. Niech Sini zauważy, że się starasz. 
Ereden wciągnął nerwowo powietrze w płuca do granic możliwości, po czym wypuścił je z głośnym, gardłowym warknięciem, spojrzał we własne odbicie w nurcie płynącej rzeki. 
- Tak będzie, tato... 
Naharys uśmiechnął się, przy tym zachichotał pod nosem, obejmując syna wokół szyi, przygarnął go do siebie. Ojciec lubił okazywać ciepło wobec swych dzieci. 
- Brakuje mi mamy - zwierzył się Ereden, odchodząc od tematu. - Nadal zastanawiam się, czy ona...
- ... ja też. - odparł Naharys. Ereden usłyszał, jak na wzmiankę o swej matce, a o jego ukochanej waderze, serce podskoczyło nagle. Jakby ono także tęskniło. Ereden odsunął policzek od piersi ojca, nic już więcej nie powiedział. 

***
Jesień była w tym roku dość spokojna. Ereden dorobił się dodatkowej, grubej warstwy futra w okolicy szyi, tworząc w ten sposób puchaty, biały kołnierz. To samo na klatce piersiowej, grzbiecie i ogonie. 
 Wiatr, ciągnący od zachodu, poganiał puchate chmury na błękitnym niebie, słońce raziło nieubłaganie, liście mknęły w powietrznym tańcu. Ereden zaklął cicho, bo babie lato zaplątało mu się między uszy. 
Sininen siedziała w swej bezskrzydłej formie, zatopiona w lekcjach strategii do tego stopnia, że zdawała się być odizolowana od otaczającego ją świata. Stała się dojrzałą waderą, piękną, zabójczo skuteczną. A jej ciągłe treningi kształciły w niej więcej, niż można sobie wyobrazić. Można by rzec, że Sini sięgała prawie niemal miana "żołnierza doskonałego". 
Obserwował ją nadal, oddalony na pewną odległość, aby nie mogła go dostrzec, ani tym bardziej wyczuć - wiatr pędził w przeciwną stronę. Myśli miał te same, a rezultat niezmienny. Jak podejść do Sini, powiedzieć choćby samo "przepraszam". Serce podskoczyło mu na samą myśl. Wahał się... to posunięcie wręcz graniczyło z panicznym strachem... Nie krył strachu.  
- Bądź basiorem! - warknął sam na siebie w myślach. Jego wewnętrzny ton wręcz zabrzmiał pogardliwie wobec siebie samego. Nadal będziesz skrywał się w krzakach, jak tchórz, czy może coś łaskawie zrobisz, do cholery jasnej!
Nawet to nie pomogło. Miał rację. Jestem tchórzem, pomyślał gorzko. 
Wyszedł z krzaków, lecz nie uczynił tego w celu podjęcia próby zagadania do siostry, lecz skierował się w przeciwną stronę, ze spuszczonymi uszami. Ogon smętnie obijał się, to na lewo, to na prawo, a w głowie Ereden'a zaczęła rodzić się wściekłość. Szaleńcza wściekłość, której nie w sposób mógł kontrolować - jego mięśnie napinały się mocno. Boleśnie wręcz... pasożyt uaktywnił się w jego głowie. Jego wzrok zaczął dostrzegać więcej szczegółów, słuch wyostrzył się kilkukrotnie, a siłą w łapach mógł dorównywać niedźwiedziowi... i gniew, który domagał się wyładowania. 
Pazury cięły raz po raz korę starego dębu... cios za ciosem sprawiał coraz to większą satysfakcję. Gniew marszczył policzki, ukazując długie, śmiertelne kły, błyskały w świetle słońca. Ereden, jak niedźwiedź, stanął dębem na dwóch tylnych łapach i najsilniej, jak potrafił, uderzył w pień, aż większa jej część drewna oderwała się, ukazując wnętrze drzewa. Nie poczuł nawet bólu skręconej kończyny, ale wiedział, że złym pomysłem będzie ponowne uderzenie. Pozostało mu więc dyszeć ciężko... znosić ciążący proces furii, jaki wzmógł u niego pasożyt za sprawą adrenaliny - wręcz buzowała w jego żyłach. 
Uniósł głowę, zerknął na postać, która pojawiła się nagle. Jego oczy, napełnione czernią, wypełnione szaleństwem, które aż wylewało się na porysowane szramami powieki, zarejestrowały obecność Sininen. Cholera! Odwrócił się od niej, próbując powstrzymać dalszy wybuch furii. Nie chciał, aby widziała go w takim stanie. Nie potrafił. 

<Sininen?>

 PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1130
Ilość zdobytych PD: 565 + 200% (1130 PD) 
Obecny stan: 1695 PD

Od Shani do Ðarögona ~ Zderzenie z rzeczywistością

„Dwie miarki suszonej pokrzywy, jedna miarka liści dziurawca, zagotować, ostudzić, podawać po śniadaniu. Sok z żurawiny po każdym posiłku”. Słowa te wybrzmiewały w umyśle Shani jak mantra. Jesień była w pełni, co oznaczać mogło tylko jedno: sezon na drobne infekcje, a w konsekwencji — pełne łapy roboty. Wilczyca nie mogła przestać myśleć o pracy nawet teraz, gdy planowała wykorzystać wolne popołudnie na leniwy spacer po okolicy. Coś jej nie pasowało w tych zaleceniach, tylko co? Myśli tak bardzo pochłonęły naszą medyczkę, że dopiero w momencie, gdy jej ciało boleśnie zetknęło się z czymś ciepłym i twardym, wróciła do rzeczywistości.
„Niedźwiedź!” - Krzyknęła ta najbardziej pierwotna część jej umysłu, szybsza w swoich osądach niż racjonalne, krytyczne myślenie. Wilczyca odruchowo odskoczyła do tyłu, jeżąc jednocześnie futro na karku i wystawiając na światło dzienne swe śnieżnobiałe, ostre kły.
Czarna masa futra poruszyła się leniwie, jakby zderzenie z ciałem Shani było dla niej jedynie drobną niedogodnością. Kształt zaczął rozwijać się, ukazując w końcu niebieskie uszy i nos. Wadera zorientowała się, że jest to wilk. Napięcie w jej mięśniach trochę zelżało, ale nie zniknęło kompletnie. Wciąż był to nieznajomy, w dodatku wyjątkowo postawny. Shani przełknęła głośno ślinę. Bała się go czy nie, musiała wypełnić swój obowiązek.
- Znajdujesz się na terenach watahy Renaissance. W jakim celu tu przybywasz?
Wilk, nieco jeszcze zaspany, spojrzał na Shani spod powiek, które walczyły, by nie skleić się znowu… Patrzył nie prosto na jej pysk, jak by się spodziewała. Ustawił własną kufę bokiem, tak, że widziała tylko jedną stronę jego twarzy. Wilczyca nie miała pewności, jak zinterpretować ten gest. Czy było to lekceważenie z jego strony? Nieśmiałość? A może chciał patrzeć jednocześnie na nią i coś innego, groźnego? Szara przestąpiła nerwowo z łapy na łapę.
- Watahy? – Głos nieznajomego był melodyjny i przyjemny dla ucha. – Cóż, to chyba nic tu po mnie, przepraszam za kłopot.
Czarny wilk zaczął się podnosić. Jego głowa cały czas pozostawała we wcześniejszej pozycji względem medyczki. Dopiero gdy basior wstał, Shani dostrzegła całość jego sylwetki. Z tak wysokim osobnikiem nie miała jeszcze do czynienia.
- Zaczekaj! Jeśli chcesz, możesz odejść. Nie trzymamy nikogo na siłę. Ale u nas dla każdego znajdzie się miejsce.
Przez twarz (a raczej tę połowę, którą Shani widziała) basiora na sekundę przemknęło coś… jakieś nieuchwytne uczucie, jakby jedna niechciana myśl na ten ułamek sekundy przejęła władzę nad jego ekspresją. Równie szybko jednak pysk wrócił do swego normalnego stanu.
- Nie wiem, czy to dobry pomysł – oznajmił basior, spuszczając nieco głowę.
- Mogę zaprowadzić cię do alfy. Porozmawiasz z nią i zdecydujesz. Bez zobowiązań. Co ty na to? – Wilczyca próbowała sprzedać swą „ofertę” szerokim uśmiechem.
- Mogę spróbować – odparł nieznajomy po chwili jakby bez przekonania.
- Świetnie. To w tę stronę. Jestem Shani, medyczka. A ciebie jak zwą?
- Drago Ergon.
Wilk ruszył za Shani niespiesznie. Nie umknęło jej uwadze, iż tak ustawił swoje ciało względem niej, by podczas wędrówki cały czas widziała tę samą stronę jego pyska, co wcześniej. Zaciekawiło to wilczycę. Co mogła skrywać druga połowa jego oblicza? Czy było to coś niebezpiecznego? A może szpetnego i wstydliwego? Shani nie mogła się powstrzymać przed obmyślaniem sposobów na dojrzenie tajemniczego elementu. Wierzyła, że ma w sobie na tyle przyzwoitości, by nie wcielić ich w życie, choć wiedziała też, że bardzo łatwo byłoby jej przekroczyć tę linię.
- A więc, Drago, skąd przybywasz?

Drago?

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 539
Ilość zdobytych PD: 269 + 200% (538 PD)
Obecny stan: 4962

piątek, 11 listopada 2022

Ðarögon
Drago Ergon
Płeć: Basior | Wiek: 5 lat | Rasa: Wilk | 
Ranga: Delta | Poziom: 1 (800/3000 PD)Stanowisko: Płatny morderca
Właściciel:  Ross [Howrse] Hooty#2968 [DC] shiru.wilczek@gmail.com [gmail]
Autor: Lineart | Pokolorowany przez właściciela wilka


Od Nasari c.d Amber ~ Przybycie z przytupem

Nasari była zdumiona nietypowym towarzyszem Amber oraz zdziwiona jej gościnnością. W końcu dopiero co się poznały, a ona już proponuje jej nocleg u siebie. Oczywiście to było bardzo miłe z jej strony, lecz zarazem dość naiwne. Nasa rzecz jasna nie miała złych zamiarów wobec nowo poznanej koleżanki, jednak... Co, gdyby na miejscu czarnofutrej był osobnik o nieczystych intencjach? Mógłby chcieć ją skrzywdzić, a niebieskooka pewnie nawet nie zorientowałaby się, że ten stanowi dla niej zagrożenie. Wizja, iż gość, którego przyjęło się szlachetnie pod swój dach, mógłby stać się oprawcą tej osoby, wydała się Nasie makabryczna. A może to właśnie Nasari powinna się martwić? Może to Amber nie ma szczerych, dobrych intencji względem Nasari?
Wilczyca spojrzała na koleżankę zamyślona. Nie sprawiała wrażenia, jakby coś planowała, ale przecież nie wszystko widać na pierwszy rzut oka. Z drugiej jednak strony na zewnątrz lało, wiało i szalała burza, a wizja ponownego spotkania niedźwiedzia bardzo nie uśmiechała się różowookiej. I co tu robić? Nasari ostatecznie podjęła decyzję.
- Uhm, jeśli nie będzie to problem... Mogłabym zostać na noc...
- Żaden problem. - Amber radośnie zamerdała ogonem i doskoczyła do sterty siana, którą zaczęła rozdzielać.
- Jesteś... Jesteś samotniczką? - spytała Nasia, kończąc jeść rybę.
- A skądże! To tereny watahy Renaissance, do której należę od niedawna. - Amber mówiąc to, nie odrywała wzroku od siana. - Taka ilość starczy na wygodne legowisko?- spytała, pokazując Nasari oddzieloną górkę siana.
- Wataha? - różowooka natychmiast się ożywiła, ignorując późniejsze pytanie znajomej, a jej ogon zadrżał radośnie. Bardzo chciała mieć stałe miejsce zamieszkania i znajomych, gdyż to dawało jej poczucie bezpieczeństwa, a po upadku watahy, do której należała wcześniej, poczuła się zagrożona. Nie widziała siebie w roli samotniczki.
W momencie, gdy Nasari chciała wyrazić chęć dołączenia do grupy wilków i dopytać o parę interesujących ją szczegółów z zewnątrz dało się słyszeć dziwne dźwięki. Teraz prócz burzy, deszczu i wiatru dało się słyszeć czyjeś ryki i krzyki. Obie wadery od razu spojrzały wpierw na wyjście z jaskini, a później na siebie nawzajem. Amber gwałtownie ruszyła z miejsca, zabierając ze sobą Boba i kładąc go na swojej głowie, i wypadła z jaskini, aby zobaczyć, co się dzieje.
- Amber! - zawołała Nasari, a po chwili zawahania także wybiegła na zewnątrz.
Zaczęła szukać swojej koleżanki, co, nawet mimo jej specyficznego koloru futra, było ciężkie przez warunki panujące na dworze. Lęk przed ciemnością także nie ułatwiał jej zadania. Wypatrzyła ją jednak jakoś na niewielkiej polance pozbawionej drzew, jednak nie była całkowicie pusta. W ulewie i mroku dostrzegła... niedźwiedzia. Dokładnie tego samego, który wcześniej gonił ją przez las. Tym razem jednak rozjuszona bestia była zajęta walką z dwoma, obcymi jej wilkami.
- Naharys! Yeneryth! Już biegnę! - Krzyknęła Amber i od razu ruszyła w stronę niedźwiedzia.
- Poczekaj! Amber! Zrobisz sobie krzywdę! - zawołał basior o ciemnym futrze, robiąc jednocześnie unik przed atakiem niedźwiedzia.
Nasari była zdezorientowana, jednak odruchowo, mimo strachu, także rzuciła się w kierunku rozwścieczonego stwora. Było to głupie posunięcie z bardzo wielu powodów, jednak najboleśniej skrzydlata wilczyca przekonała się o tym w momencie, gdy misiek, chcąc zaatakować jednego z wilków przygrzmocił jej w głowę. Nasari padła na ziemię nieprzytomna, słysząc niewyraźnie swoje imię wykrzyczane przez Amber.
Leżała tak przez pewien czas, choć nie była pewna jak długo, ale w pewnym momencie zaczęła coś czuć. Coś mokrego na jej czole, a konkretniej krysztale. Otworzyła powoli różowe oczy, sycząc z bólu. Wpierw obraz był zbyt rozmazany, aby nazwać jakikolwiek przedmiot, czy osobę, lecz po chwili ujrzała coś jasnoróżowego i mokrego, co przylepiło jej się do czoła. Odskoczyła z krzykiem, jednak przez zawroty głowy znów padła na ziemię. Ujrzała przed sobą Boba, który akurat chował swój język do buzi.
- B-bob! Czemu polizałeś mój klejnot?! - zawołała zdumiona.
- Cóż, to nie jedyny klejnot, jaki zdołał polizać... - mruknął ciemny wilk o złotych tęczówkach.
Nasari spojrzała wpierw na nieznajomego, później na jego białego kolegę i na Amber. Zdezorientowana rozejrzała się po okolicy i po chwili dostrzegła martwego niedźwiedzia leżącego w trawie z licznymi ranami na ciele. Wtedy dopiero przypomniała sobie o wcześniejszych wydarzeniach z tego wieczoru. Powoli podniosła się na równe łapy, ale po chwili zdecydowała się usiąść, gdyż zawroty głowy utrudniały jej utrzymanie równowagi. Otuliła ogon wokół swojego ciała i podniosła na chwilę głowę.
- C-co tu się stało?- Spytała zdezorientowana, patrząc na Amber, a następnie spojrzała na dwa wilki obok. - I... kim jesteście?

<Amber?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 703
Ilość zdobytych PD: 351
Obecny stan: 631