Newsy



:Aktualności
.Blog przechodzi obecnie renowację
.Już niebawem pojawią się nowości

:Pogoda
Obecna pora roku ~ Jesień
.Temperatura waha się między 10+ a 0- stopni Celcjusza
.Zmiana pory roku nastąpi 15.12.2022

Liczba wilków ~ 27
Wadery ~ 18 + 1 NPC
Basiory ~ 7 + 4 NPC
Szczeniaki ~ 1
Nieobecni: Brak

~Serdecznie zapraszamy♥~

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Adamantem ala Deus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Adamantem ala Deus. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 lutego 2022

Od Deusa c.d Itami ~ Wędrówka

Wadera, która wykazała chęć pomocy oraz zwyczajnie uspokoiła się, napełniła moje serce optymizmem. Propozycja rozmowy z Alfą nie była w jego opinii zła, chociaż obawiał się mimo wszystko tego, że Malum nie wytrzyma obecności większej grupy wilków. Nie bałem się jednak w tym momencie o niego, czując, że znajduje się w rękach profesjonalistów. Obawiałem się jednak o medyków w jaskini, a zwłaszcza o nowo poznaną waderę. W trakcie drogi do Alfy wyklinałem się, że sam nie zostałem już po prostu w jaskini. Raz, że byłbym w stanie po prostu zareagować, jeżeli coś by się stało, a dwa moje łapy odmawiały mi powoli posłuszeństwa. Szła wiosna, więc niczym u staruszka, bolało mnie wszystko. Już nie mówiąc o dzisiejszym wysiłku, który był ewidentną przesadą dla mojej osoby.
Rozmowa z Renesmee była niesamowicie szybka, a jednocześnie treściwa. Wadera była zajęta, więc nie chciałem również kraść jej za wiele czasu. Zgodziła się, żebyśmy zostali, proponując jednocześnie pozostanie na stałe. Nie chciałem jednak decydować w tak ważnej kwestii również za Maluma, dlatego poinformowałem ją, że będę miał tę propozycję w pamięci i porozmawiam z nim na ten temat, gdy jakkolwiek mu się poprawi. Przy okazji poznałem od niej imię wadery, która nam pomogła. Itami.. niesamowicie urzekło mnie to imię. Powiedziałbym, że pasowało idealnie do wadery.
Po drodze powrotnej mijałem miejsce naszej nieszczęsnej, nocnej bitwy. Rozejrzałem się po nim, z obrzydzeniem patrząc w kierunku pokonanego potwora. Nigdy nie widziałem czegoś podobnego. Może to jakiś po prostu zmutowany osobnik? Jeżeli tak, to czy jest ich więcej? Skąd pochodził? Czy na pewno nie ma ich w tym świecie więcej? W tym momencie poczułem zwyczajny niepokój, związany ze stanem basiora. W sumie nawet za dziecka żaden trening nie wysłał go aż tak blisko śmierci. A mimo wszystko, próbował mnie niedawno chronić. Nie, żeby miał przed czym, ale czułem, że gdyby zamiast wadery, pojawiłby się drugi taki potwór, Malum i tak zrobiłby wszystko, żeby go zabić. I to nie ze względu na siebie, a na to, że na swój pokręcony sposób o mnie dba. Nie zmienia to faktu, że nie podoba mi się fakt szarży na Itami.
Na ziemi dostrzegłem odrobinę mojej krwi. Prawdopodobnie skaleczyłem się gdzieś, kiedy wadera na mnie wpadła rano. Ze względu na to, że moja krew posiada dość niezwykłą zdolność, w głowie pojawił mi się iście diabelski pomysł, który miał szansę zadziałać dodatkowo na waderę w sposób relaksujący. Nie oszukujmy się, że chęć pomocy Malumowi była iście heroiczna. Należy jej się niesamowity szacunek za to, że woli zadbać o innych, niż swój komfort oraz bezpieczeństwo. Sięgnąłem pamięcią do najpiękniejszego kwiatu, jakiego kiedykolwiek widziałem i wywołałem jego wzrost. Padło na piwonię chińską, która dodatkowo posiada niesamowity zapach. Delikatnie chwyciłem roślinę w zęby, zrywając go i w ten sposób mogłem wrócić do jaskini.
Przede wszystkim moim priorytetem było przeproszenie wadery za to, co się stało. Jednocześnie chciałem poprawić jej samej humor, ponieważ nie uwierzę, że jest to dla niej obojętne, co się stało. W końcu nie codziennie wściekła bestia próbuje zmiażdżyć ci wszystkie kości tylko za to, że pojawiłeś się w jakimś miejscu. Gdzieś przewidziałem reakcję wadery na niewielki podarunek oraz pocałunek, chociaż i tak odczułem niesamowitą satysfakcję, wyczuwając jej dreszcze. Po prostu upewniło mnie to, że postąpiłem w tej sytuacji dobrze. Byłem jej naprawdę wdzięczny, bo dzięki jej pracy również mam okazję aktualnie odpocząć. Jakkolwiek głupio to nie zabrzmi, był wykończony zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Ostatnie dni były dla niego niesamowicie intensywne.
- Ten kretyn powinien sam się łatać – zaśmiałem się delikatnie pod nosem, mając jednak w 100% rację. – To, że śpi, jest jakimś cudem. Mam nadzieję, że dałaś mu taką dawkę tego, że rano nawet łap nie podniesie.
W końcu wczoraj udało mi się ogarnąć jego krwawienie. Po prostu on nie umie wyleżeć ani jednego dnia w spokoju i czegoś nie gonić z chęcią zamordowania. Czasami zastanawiałem się, czy rzeczywiście jego „tryb berserka” posiada zdolność z korzystania z komórek mózgowych. Powinien bowiem potrafić ocenić swoje obrażenia i dojść do wniosku, że atakowanie czegokolwiek w tym stanie jest śmiertelnie niebezpieczne. Jeżeli teraz rozerwie choćby jeden szew, przysięgam, że podpalę mu futro.
Z rozmyślań wyrwał mnie głos wadery.
- Zgodziła się. Zaproponowała nawet, że jeżeli będziemy chcieli, możemy tutaj zostać na zawsze – powiedziałem zgodnie z prawdą.
Spojrzałem waderze w oczy. Delikatnie owinąłem ją swoim ogonem, przybliżając do siebie i wtuliłem bok swojej głowy w jej szyję. Nie blokowałem jej ruchów, w każdym momencie mogła się odsunąć. Poczułem jednak to, że ona sama mnie objęła, zamiast odepchnąć, czego szczerze się spodziewałem.
- Nie próbuj nawet pytać, czy jestem cały – cicho zaśmiałem się pod nosem. – Poza zmęczeniem wszystko jest w porządku.
Wadera westchnęła, a ja sam w tym momencie wyczułem już, o co chce spytać.
- A stawy? – powiedziała.
Była w końcu medykiem, do tego na pewno doświadczonym. Choćbym starał się ukryć swój defekt, nie zmieni to tego, że jej zmysły dostrzegą mój problem.
- To wrodzone. Nie da się nic z tym zrobić – odparłem szczerze, unosząc głowę, by móc spojrzeć w jej kierunku. – Tak naprawdę chodzę tylko dzięki opaskom na łapach. Dodatkowo nie jestem ani w stanie polować, ani uciekać. Przeżyłem tylko i wyłącznie dlatego, bo Malum jest chodzącym mordercą i umożliwił mi przetrwanie.
Musiałem być z nią szczery. Nie chciałem jej do siebie zrażać, jednak taka była prawda. Nie byłem w żadnym stopniu przystosowany do przeżycia, a jedyne co mnie wyróżniało spośród wilków to dość spora wiedza o taktyce oraz dyplomacji. Nie potrafiłem obecnie wyczytać nic z mimiki Itami, czekałem więc cierpliwie na to, co powie.

<Itami?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 904
Ilość zdobytych PD: 452
Obecny stan: 828 PD

wtorek, 1 lutego 2022

Od Deusa c.d Itami ~ Wędrówka

Całe zamieszanie wynikłe z ataku Maluma na niewinną waderę mogło tylko przysporzyć nam więcej kłopotów, niż tego w tym momencie chciałem. Wystarczyło mi krzyków oraz strachu wadery, dlatego puściłem ją. Pachniała wieloma wilkami, a cały hałas wywołany przez ową sytuację mógł skończyć się tylko tym, że zaraz zleci się tu cała wataha i nas zabiją. Po zadaniu pytania o to, czy jakkolwiek jest jej teraz lepiej, zerknąłem na chwilę ku słońcu, by skorzystać z jego świetlistej energii i skumulować ją w łańcuchy, które tym razem musiały utrzymać czarnego basiora na miejscu. Nie wiedziałem, jakim cudem był on tak spokojny w tym momencie i nie kontynuował dalszego pościgu. Prawdopodobnie wadera jest uzdolniona magicznie i potrafi go powstrzymać.
- Choć raz zachowuj się kretynie - burknąłem do niego. Malum opadł na ziemię, gdy na jego pysku oraz łapach pojawiły się więzy, co jasno pokazywało, że na razie mam spokój. Cichy warkot, który jeszcze przez chwilę mi towarzyszył, nie robił na mnie żadnego wrażenia. Dopiero teraz stwierdziłem, że pora na odpowiedzieć waderze na wszystkie jej pytania. Postanowiłem nie zmniejszać dystansu między nami, po prostu usiadłem tak, by Malum był mimo wszystko zasłonięty, a jego próba ruszenia do przodu skończyła się wpadnięciem na mnie.
- To wszystko jest jednym, wielkim nieporozumieniem - rozpocząłem. Oczywiście nie spodziewałem się przyjemnych słów od wadery, ale wpuściłem je jednym uchem, a drugim wypuściłem. Odwróciłem tylko głowę w bok, wpatrując się waderze i wyczekując, aż skończy swój monolog wyzwisk. Nie chciałem zostać zagłuszony przez nią, a dodatkowo wiedziałem, że pozwolenie jej na coś takiego w tej sytuacji pozwoli jej się dodatkowo uspokoić. W tej sytuacji jedyne, na czym mi zależało, to żeby jakoś nas wybronić z tej niezwykle ciężkiej sytuacji.
- Malum jest ciężko ranny, zaatakowało nas w nocy to wielkie coś - głową wskazałem na hienopodobną bestię, leżącą na ziemi. - Jeżeli czuję ból, to mu tak odwala. Myślałem, że jest dobrze zabezpieczony przez moje więzy, jednak były zbyt słabe. Przepraszam, że tak wyszło. Samo oglądanie martwego potwora zjeżyło włos na moim karku. Tym bardziej rozumiałem, jak czuła się wadera, niezdolna w żaden sposób ochronić się przed napastnikiem. Zerknąłem za siebie, by upewnić się, że basior dalej leży zakuty. Nie mogłem mu w takim momencie zaufać, najlepiej byłoby go czymś uśpić, jednak w ciągu zimy i na nieznanych mi terenach, nie znajdę żadnej rośliny, która by mi to umożliwiła.
- W razie czego, możesz już podejść. Gdyby mógł na ciebie skoczyć ponownie, już dawno by to zrobił - uśmiechnąłem się delikatnie do wadery. - Tylko go dalej nie bij po pysku, on tak lubi. Chciałem tym niewinnym żartem rozluźnić atmosferę, ale oczywiście Malum zareagował na niego cichym pomrukiem. Nie moja wina, że wszystko obecnie skomplikował. Nie miałem zamiaru przymuszać nieznajomej do interakcji z nami, dawałem jej zupełną swobodę, mając nadzieję, że pomoże to jej się otworzyć. Nie ruszyła się jednak z miejsca, dalej podejrzliwie obserwowała moje ruchy.
- Jeżeli mogę cię o coś prosić, to po prostu wróć do swojej watahy. Raczej nie zostaniemy tu zbyt długo, nie chcemy przeszkadzać wam w żadnym stopniu. Gdy tylko Maluma stan poprawi się, od razu znikniemy stąd - powiedziałem, przechodząc nad ciało basiora. Oczywiście jego wspaniały wybryk otworzył zasklepione rany. Znajdujący się wokół niego śnieg znowu nabierał czerwonej barwy, jego oddech spłycił się, a on sam znowu wyglądał, jakby miał zaraz stracić przytomność. Chciałem to jakkolwiek skomentować, by zdawał sobie sprawę ze swojego błędu, ale stwierdziłem, że w obecnej sytuacji lepiej, jeżeli będzie nieprzytomny. Głupie gadanie mogłoby go tylko pobudzić. Znowu spojrzałem na waderę, która wyglądała na o wiele spokojniejszą, jednak dalej czujną. Chciałem odrobinę odsunąć się od basiora, licząc na to, że szybciej straci kontakt z rzeczywistością i łatwiej będzie z nim cokolwiek zrobić. Była to też okazja na poznanie owej wadery.
- Mogę do ciebie się zbliżyć? - powiedziałem. Nie uzyskałem jednak żadnej odpowiedzi, co uznałem za taką niepewną zgodę. Mimo wszystko poruszałem się dość powoli. Było to przede wszystkim spowodowane tym, że gdybym zrobił to zbyt gwałtownie, wadera na pewno uciekłaby, a przy okazji pozwoliło mi to na ukrycie swojego nieprawidłowego poruszania się, wynikającego z choroby stawów. Gdy byłem już dosyć blisko, po prostu usiadłem przy niej. Nie okazywałem żadnych złych zamiarów, chciałem, by poczuła się pewnie przy mojej osobie.
- Jestem Deus - rozpocząłem. - Znaleźliśmy się tu zupełnie przypadkiem. Od około roku cały czas uciekamy przed przeszłością. Jeżeli chcesz mnie o cokolwiek spytać, wal śmiało. Nie mam wobec ciebie, ani watahy złych zamiarów.
Nie mijałem się z prawdą. Ostatnie, o czym myślałem w tym momencie, to kłamanie. Mogłoby to nam tylko zaszkodzić, a tak jest szansa, że wyjdziemy z tej niekomfortowej sytuacji bez szwanku.

<Itami?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 752
Ilość zdobytych PD: 376 PD
Obecny stan: 376 PD

niedziela, 30 stycznia 2022

Od Deusa: Quest nr 3 | 4 | 5 ~ Zaraza | Starzec | Niezwykłe wydarzenie

Od jakiegoś czasu do moich uszu docierały plotki o zmianie w zachowaniu zwierzyny łownej. Nie potrafiłem polować, więc moja wiedza na ten temat bazowała tylko na tym, co usłyszałem od innych, ale wydawało mi się to bardzo niepokojące. Na chwilę obecną nikt nie został ranny w wyniku ataku, a tajemnicza piana z pyska nasuwała mi kilka możliwych powodów owej choroby. W moim poprzednim miejscu zamieszkania, do usuwania czegoś takiego stosowano coś, co określali jako "szczepionki", wrzucane do jedzenia, by zwierzęta zamieszkujące las nabrały na tę chorobę odporności. Nie znałem jednak sposobu, by je pozyskać. Żadna opisana gdziekolwiek roślina w książkach, które miałem w rękach, nie uniemożliwiała mi wyleczenie zarazy dotykającej zwierzęta. Czułem się wręcz bezsilny i przytłoczony tym wszystkim, jednocześnie wiedziałem, że w najbliższym czasie będę musiał ograniczyć wędrówki do lasu. Bałem się, że jeżeli zostanę ugryziony przez zwierzę, to zachoruje jak one i stanę się niebezpieczny dla watahy. Mimo wszystko musiałem gdzieś rozruszać swoje kości, więc chodziłem na spacery w miejsca, w których raczej nie było dużej ilości zwierzyny łownej. Pewnego dnia, podczas takiego spaceru, w oczy rzuciła mi się szarawa, chuda, wilcza sylwetka, wpatrzona w niebo i szepcząca coś do niego. Początkowo zareagowałem na wszystko zupełną nieufnością oraz strachem, jednak jego wyblakłe oczy po chwili wbiły się we mnie.
- Podejdź, nie musisz się bać — po głosie słychać było, że wilk jest raczej wiekowy.
Byłem zaskoczony tym, jaką spokojną atmosferę przy okazji wywołały jego słowa. Od razu poczułem się spokojniejszy i że mogę zaufać osobnikowi znajdującemu się przede mną. Mimo wszystko dość ostrożnie zbliżyłem się do wilka, zostawiając niewielki dystans między nami. Był on dla mnie zupełnie obcy, nie widziałem nikogo podobnego do niego w watasze, ani nawet nie słyszałem o kimś w jego wieku. Miałem okazję przyjrzeć się starcowi i ku mojemu zaskoczeniu, wyglądał, jakby miał się zaraz rozsypać od zwykłego podmuchu wiatru.
- Co tutaj robisz? – zapytałem.
Gdybym nie znajdował się na terenie watahy, nigdy nie byłbym tak odważny, by w ogóle zbliżyć się do tak przedziwnej postaci.
- Nie jestem stąd – szepnął. – Chcę wrócić do domu.
Wryło mnie w tym momencie. Poczułem jakiś dziwny uścisk w gardle, który uniemożliwił mi wydanie jakiegokolwiek dźwięku ze swojego gardła.
- Skąd więc pochodzisz? – zapytałem.
Miałem nadzieję na uzyskanie jakiejś podpowiedzi czy wskazówki.
- Z ciemnego lasu.. nie wiem, co tu robię – jego głos był słyszalnie podłamany, był po prostu chodzącym nieszczęściem.
Pokiwałem tylko głową, od razu zastanawiając się, czym może być wspomniany ciemny las. Do głowy przyszło mi tylko zakazane dla mnie Forêt Ombragée, w którym ponoć zdarza się, że ktoś ginie i nie może liczyć na wieczny spoczynek. Zerknąłem ku niebu. Ostatnie dni przynoszą mi coś za dużo zmartwień. Najpierw choroba zwierząt, a teraz ten dziadek. Mimo wszystko, chciałem się dowiedzieć, czy może ten starzec będzie wiedział coś o tej zarazie.
- Widziałeś może zarazę zwierząt, przez którą leci im piana z pyska? – powiedziałem.
Nasze spojrzenia spotkały się, a on wydał z siebie dość głośne westchnienie, jakby próbował coś sobie przypomnieć.
- Pod moim drzewem rośnie pewna roślina, która wyginęła tutaj. Ponoć chroniła przed takimi chorobami – powiedział.
Nie podobało mi się jego „ponoć” w zdaniu, wolałbym mieć przed sobą pewnik. Dziadek był jednak tak zagubiony, że nie liczyłem na dalsze rozwinięcie tego tematu. W takim razie nie zostało mi nic innego, jak wybrać się do tego nieszczęsnego lasu z wilkiem, licząc na to, że po drodze nic mnie w nim nie zje i wszystko rozjaśni się na miejscu. Usiadłem na trawie, analizując to, jak wielki obszar zajmuje wcześniej wspomniany ciemny las i czy nie lepiej zaangażować w wyprawę Maluma.
- Musimy iść sami, jeżeli masz wrócić cały – szepnął starzec. – Drzewa wyjątkowo cię wpuszczą, skoro idziesz ze mną.
W tym momencie na moim grzbiecie zjeżył się włos. Moje wcześniejsze obawy nie zostały w żaden sposób uspokojone przez dziadka, a tylko podsycił w moim sercu uczucie strachu. Rozejrzałem się nerwowo, dosłownie czując, jakbym przeniósł się w inny wymiar. Nikogo nie było, nawet żaden ptak nie przeciął nieba. Uświadomiło mi to tylko, że aktualnie nie mam innego wyjścia, jak iść ze starcem do jakiegoś drzewa w ciemnym lesie, w którym nigdy nie było promieni słonecznych i w każdym momencie może mnie coś zjeść.
- Dobrze, chodźmy – powiedziałem, na refleksję będzie czas po wszystkim.
Znałem drogę, w końcu przeanalizowałem wiele map, jednak każdy krok, który pokonywałem dzisiaj, miałem wrażenie, że nie przybliża mnie, a oddala od celu. Byłem po prostu ścięty przerażeniem, które towarzyszyło mi od czubka głowy, do opuszek łap. Próbowałem się dobrze dotlenić, łapiąc głębokie wdechy i długie wydechy. Dawało mi to złudne poczucie bezpieczeństwa oraz pewności siebie.
Po jakimś czasie zauważyłem, że jednak pojawiają się pierwsze drzewa, pokryte mroczną łuną. Pierwszy trzask gałęzi pod moją łapą sprawił, że miałem ochotę wrócić do jaskini. Jeszcze niepewnie zerknąłem za siebie. Nikogo, poza starcem nie było. Tak naprawdę byłem w tym momencie zostawiony samemu sobie, nikt nie pomógłby mi. Nawet jeżeli zginę, prawdopodobnie podzielę losy wcześniej uwięzionych tu duchów. Gdy tylko przekroczyłem granicę lasów, moje oczy zakryła zupełna ciemność. Mimo wszystko kroczyłem dalej, dając im kilka chwil na przyzwyczajenie się do nowych warunków.
- Pozwól, że teraz ja będę prowadził – usłyszałem głos, ale nie mógł on należeć do starca.
Odwróciłem się zmieszany, widząc jasną, świetlistą postać, niemal anioła. Byłem zszokowany, jego uspokajająca energia zadziałała na mnie jeszcze mocniej. Śmiało wyprzedził mnie i lekko unoszącym się w powietrzu krokiem podążał w nieznanym mi kierunku. Ruszyłem od razu za nim, żeby w mroku lasu nie zgubić jego sylwetki. W tym momencie czułem, że mogę mu po prostu zaufać. Zrobiłem jednak dobrze decydując się na pójście za nim i uda mi się uratować watahę poprzez znalezienie tej tajemniczej rośliny. Przyspieszyłem nawet kroku, czując jakby przyciąganie mnie do wielkiego drzewa, wśród którego gałęzi tańczyły kolejne wilkopodobne, świetliste kreatury. Zatrzymałem się obok niego, zupełnie ignorując mojego niedawno poznanego towarzysza i przyglądając się starej roślinie. Nie wyglądała najlepiej, posiadała niewielką ilość liści na sobie. Widać, że duchy starały się jakkolwiek pomóc jej, jednak bezskutecznie.
- Czy to drzewo umiera? – było to raczej pytanie retoryczne, bo oczywiście znałem odpowiedź na nie.
To właśnie był powód, dla którego w ogóle się tutaj znalazłem? Nie słuchałem nawet odpowiedzi ducha, po prostu delikatnie naciąłem swoją łapę, by drzewo mogło skorzystać ze spływającej z rany złotej cieczy i uleczyć się. Uniosłem głowę do góry, obserwując, jak odzyskuje swój dawny blask. Jego uszkodzenia w korze zasklepiły się, liście odrosły. Moją uwagę od razu przykuły rosnące wśród konarów kwiaty, o pięknym, burgundowym kolorze.
- To kwiat, o którym mówiłem – powiedział duch. – Wystarczy, że rzucisz go w drodze powrotnej na ziemię. Rozrośnie się, a jedzące go zwierzęta będą odporne na zarazę. Jeżeli znowu zacznie ich brakować, wystarczy, że skropisz je krwią jak to drzewo.
Kiwnąłem głową i zbliżyłem pysk do konaru, by zerwać jednego ze wspomnianych kwiatów. Nie mogłem uwierzyć, że tak piękna i nieznana mi roślina może być rozwiązaniem dla naszego problemu.
- Dziękuję ci za pomoc z powrotem do domu – dodał. – Wydaje mi się, że pora na ciebie.
Kiwnąłem głową i podziękowałem za kwiat. Ruszyłem w drogę powrotną, mając nadzieję, że nie zgubię się wśród drzew. Bardzo niewiele widziałem w obecnych ciemnościach, każdy dźwięk na swój sposób przerażał mnie, aż w końcu postanowiłem zwyczajnie wybiec z gęstwiny drzew. Miałem dość ogarniającego mnie tam strachu, a bez towarzyszącego mi ducha, był on o wiele bardziej dla mnie wyczuwalny. Zatrzymałem się dopiero gdy ból łap stał się nie do wytrzymania, a dodatkowo miałem pewność, że znajduję się już w bezpiecznym obszarze. Widziałem słońce, poczułem wiatr oraz zapach świeżego powietrza. Na całe szczęście w pysku cały czas miałem kwiat. Rozejrzałem się po okolicy, szukając odpowiedniego drzewa do rozpoczęcia hodowli owej rośliny. Gdy znalazłem dość wysokie i rozległe, podszedłem do niego i rzuciłem, tak, jak powiedział mi duch, go na ziemię. By upewnić się, że wszystko będzie działać, skropiłem go jedną kroplą krwi z lekko cieknącej jeszcze rany i zostawiłem, by mogło sobie spokojnie działać. Mam zamiar w przyszłości zbadać dokładniej te kwiaty, bo miałem przeczucie, że mają one o wiele więcej ukrytych właściwości. Warto też byłoby odkryć, dlaczego w pewnym momencie znikły z tych terenów. Dodatkowo dalej w głowie miałem słowa ducha, że kwiat uratuje przed zakażeniem. Oznaczało to, że obecnie chore zwierzęta nie są w stanie wyzdrowieć i najlepiej byłoby je zabić, by nie stwarzały dłużej zagrożenia. Nie nadawałem się do tej roli, ale wiedziałem, że Malum będzie raczej chętny do wykonania tego typu zadania, więc wracając do centrum watahy, szukałem go cały czas kątem oka. Gdy go znalazłem, powiedziałem mu, bardzo urywkowo, co się stało i dlaczego musimy wybić owe zwierzęta, by przywrócić dawne bezpieczeństwo. Nie wspominałem mu o duchu w lesie, ani nawet o tym, że uratowałem drzewo, ponieważ wiedziałem, że tylko niepotrzebnie bym go zdenerwował. Uważał bowiem, że moje moce są zbyt kosztowne, by od tak ich używać i nigdy nie poparłby mojej decyzji. Po wszystkim musiałem jeszcze znaleźć alfę, by powiedzieć jej o moim odkryciu. U niej nie kryłem się ze szczegółami. Tak ważna osobowość powinna wiedzieć o wszystkim, co dzieje się w watasze.

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1480
Ilość zdobytych PD: 740 PD
Nagroda za Questy: 350 PD +2 siła, +4 inteligencja ,400 PD +5 pkt inteligencja, +3 pkt zwinność, +4 pkt kondycja ,350 PD +3 pkt siła, +3 pkt obrona, +2 pkt spryt
Obecny stan: 3249 PD

Od Deus'a: Quest nr 2 ~ W pułapce

Spacery wśród lasów watahy stały się moją rutyną. Dzięki nim utrzymywałem dobrą kondycję, mogłem się odstresować i uporządkować myśli, a dodatkowo poznawałem wiele miejsc, które w przypadku wojny wypadałoby mieć na oku, co było niesamowicie ważne dla mojego stanowiska. Starałem się sumiennie przykładać do swojej pracy, będąc świadomym tego, jak wiele istnień może zależeć od mojej osoby. Dzisiejsza przechadzka nie skończyła się jednak tak, jak zazwyczaj. Wyruszyłem w tę część lasu, w której jeszcze nigdy nie byłem, chciałem dokładnie poznać teren najbliżej środka watahy, bo na chwilę obecną na tyle też pozwalały mi moje stawy. Coś tutaj jednak nie pasowało. Na swojej drodze znalazłem wiele pułapek na niedźwiedzie. Wszystkie były otwarte, a ślady na ziemi sugerowały, że jakiś czas już tu leżą, jednak na szczęście żadne stworzenie nie było w nich uwięzione. Nie byłem jednak w stanie ustalić, kto je postawił, ponieważ dobrze zamaskował swój zapach. Nie zmienia to tego, że są one dla nas zagrożeniem i dlatego znalazłem jakiegoś kija na ziemi, po kolei zmuszając nim pułapki do zamknięcia, mając nadzieję, że zapewni to bezpieczeństwo tutejszym zwierzętom oraz członkom watahy. Zamykały się niesamowicie cicho, a jednak były w stanie za każdym razem odłamać kawałek patyka, co tym bardziej utwierdziło mnie w przekonaniu, jak niebezpieczne są. Przy ostatniej dopiero poczułem charakterystyczny, humanoidalny zapach, za którym podążyłem, mając nadzieję, że postaci, które rozstawiły pułapki, nie będą spodziewały się wilka w środku dnia. Oczywiście, że nie było to zbyt mądre i powinienem wrócić i zlecić to szpiegom, ale stwierdziłem, że szkoda na takie drobnostki czasu i trzeba wziąć sprawy w swoje ręce. Im dalej odchodziłem od centrum watahy, tym zapach dymu i charakterystyczne odgłosy śmiechu oraz rozmów stawały się wyraźniejsze. Nie byli to ludzie, a coś typu gnomy. Niskie karły nie były w stanie dostrzec mnie zza krzaków, a mi dało to chwilę na obejrzenie ich miejsca pobytu. Byli to raczej wędrowcy, o czym świadczyły składane namioty oraz wierzchowce z wozami. Mimo wszystko, przegonienie ich wyjdzie na dobre watasze. Naliczyłem ich ośmiu, nie widziałem nigdzie na widoku żadnej broni pokroju luków, tylko kilka toporów i mieczy, co było cenną informacją, gdyby doszło do jakiegoś starcia. Mimo wszystko istoty wydawały się rozumne na tyle, że może nawet istniałaby opcja negocjacji. Nie zatrzymywałem się tam jednak zbyt długo, postanowiłem dalej nie kusić swojego losu i bezpiecznie wrócić do watahy, by rozrysować oraz opisać wszystko alfie, oraz wraz z drugim strategiem dojść do wspólnych wniosków i opracować skuteczny plan działania.

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 405
Ilość zdobytych PD: 202 PD
Nagroda za Quest: 300 PD +3 pkt zwinność, +2 pkt inteligencja
Obecny stan: 1409

sobota, 29 stycznia 2022

Od Deusa: Quest nr 1 ~ Lisek

Bardzo szybko przyzwyczaiłem się do watahy. Czułem się tu zwyczajnie dobrze, w końcu miałem z kim porozmawiać oraz spędzić czas. Nie musiałem martwić się również o żadne rzeczy typu jedzenie, woda czy zimno w nocy. Jedyne, co mnie przerażało, to zachowanie Maluma, w którego wstąpił niemal demon. Nigdy nie spodziewałbym się po nim tego, że będzie wręcz nienawidził obecność przy innych wilkach. Wiedziałem o jego ciężkim charakterze, ale nie sądziłem, że mnie tak dobrze traktuje, w porównaniu do tego, co dzieje się z innymi członkami watahy. Codziennie odwiedzałem ten przeklęty las, w którym to doszło do wypadku, jakby szukając powodu, dla którego tamto zwierzę nas zaatakowało. W końcu mogłem choć przez jakiś czas poruszać się bez bólu, dzięki temu, że miałem okazję dobrze wypocząć. Musiałem jednak liczyć się z tym, że samotne nie będę tu w żaden sposób bezpieczny i cokolwiek może mnie tu dosłownie zjeść. Najgorszy w tym wszystkim był hasał zza moich pleców, dochodzący z krzaków. Delikatnie odwróciłem głowę w tamtym kierunku, licząc na to, że nie zobaczę czegoś wyposażonego w trzy komplety zębów i pazury ostrości żyletek. W zarośli wyskoczył mały lis, który od razu długimi susami biegł w moją stronę, jakbym był jego ostatnią ostoją na tym świecie. Spojrzałem mu w oczy, gdy był już blisko mnie i zatrzymał się. Nie wiedziałem, co dokładnie mam zrobić z tym małym lisem, ani tym bardziej czego potrzebuje.
- Zgubiłeś się? – powiedziałem, powoli zbliżając się, próbując go w żaden sposób nie przerazić.
Mimo wszystko lis się mnie zwyczajnie nie bał, co było dla mnie niesamowicie miłym doświadczeniem. Lubiłem małe zwierzęta i starałem się zawsze złapać z nimi pozytywny kontakt.
- Chyba tak, nie wiem, gdzie są moi rodzice.. – powiedział.
Uśmiechnąłem się do niego, dobrze wiedząc, że jeżeli mieszka gdzieś na terenach watahy, to dzięki zaznajomieniu się z mapami terenu, będę w stanie odnaleźć jego dom.
- A pamiętasz, gdzie mieszkasz? Mógłbym cię zanieść do nich.
Lis niestety zaprzeczył głową. Mimo wszystko podszedłem do niego bliżej, widząc, że na pewno się mnie nie boi.
- W takim razie wezmę cię na plecy i po twoich tropach spróbuje znaleźć twój dom, dobrze? Rozglądaj się i mów, jak będziemy go widzieć.
Lisek skinął głową, więc złapałem go za skórę na karku i położyłem na swoich plecach. Musiałem użyć swojego węchu, w celu podążania za jego tropami, licząc na to, że nie urwą się one nagle w środku lasu. Ku mojemu zaskoczeniu, były one dosyć świeże, a więc dobrze wyczuwalne. Pozwoliło mi to więc na dotarcie w okolice rzeki, gdzie dostrzegłem dwa dorosłe lisy, wypatrujące z oddali powrotu dziecka.
- To tutaj! – krzyknął zadowolony.
Zdjąłem go ze swoich pleców i postawiłem na ziemi, by mógł odbiec do swoich rodziców. Sam natomiast ruszyłem w kierunku jaskini, w której studiowałem pozostałe mapy dostępne na terenie watahy.

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 456
Ilość zdobytych PD: 228 PD
Nagroda za Quest: 150PD + 2 pkt inteligencja, +1 spryt
Obecny stan: 907 PD

Od Deus'a c.d Malum + do kogoś ~ Wędrówka [+16]

Przerażająca i krwiożercza bestia wyglądała co najmniej tak, jakby wyszła z czeluści piekieł. Nie było to coś, o czym mogłem przeczytać w jakiejkolwiek książce, ani przygotować się na jej pojawienie się. Nie znałem po prostu takiego monstra. Schowałem się wśród drzew, nawet nie patrząc dalej na to, co się dokładnie dzieje, wysłuchując jednak wszechobecnych warknięć oraz innych dźwięków walki. Z nerwów dodatkowo szumiało mi w uszach, skok adrenaliny nie pozwalał zebrać rozpędzonych myśli. Byłem przerażony, dokładnie tak samo, jak ponad rok temu, kiedy napadli moją rodzinną wioskę. Poza strachem czułem taką samą bezradność i niemoc, jak wtedy, kiedy krzyk oraz pisk zabijanych wypełnił powietrze. Wszystko było obecnie w łapach czarnego wilka, a wynik potyczki zadecyduje o tym, kto przeżyje. I tak nie mógłbym mu pomóc, moje stawy bolały mnie po tych kilku minutach biegu, a serce niemal wyskakuje mi z klatki piersiowej, nieprzyzwyczajone do takiego wysiłku. Osłabione ciało nie pozwalało mi na użycie nawet tego skrawku swojej mocy ziemi, bym mógł jakkolwiek osłonić wilka przed atakiem. Zwinąłem się w kłębek, zasłaniając oczy ogonem, jakby miało to mnie uchronić przed całym złem tego świata. Oszukiwałem swoją głowę, że to dalej jest koszmarny sen, z którego zostałem tak brutalnie wybudzony. Było to oczywiście naiwne, ale już po chwili odgłosy walki ustały, jedyne co słyszałem to opadające i ciężkie ciało na ziemię. Oznaczało to, że prawdopodobnie bestia właśnie wyzionęła ducha, a Malum zwyciężył. Nie słyszałem jednak, by mój towarzysz wydał jakikolwiek dźwięk z siebie, co było dla niego charakterystyczne i zawsze miałem czekać na jego sygnał. Była to kolejna dawka adrenaliny, która trafiła do mojego krwiobiegu, a w głowie pojawiły się najgorsze myśli. Moja niespokojna natura rozkazała mi, żebym zerknął, co się stało. Przeżyłem szok, widząc, że bez życia na ziemi nie leży tylko bestia, ale i Malum. Nie mogłem uwierzyć, że to się dzieje. Od razu moje nogi, pomimo bólu i blokujących mniej krzaków, wyniosły mnie do niego, by sprawdzić stan, w którym się znajduje. Aureola nad jego głową była pęknięta, on sam jedyne co wykazywał z funkcji życiowych, to płytki oddech. Kałuża krwi w topniejącej od jej ciepła śniegu tylko powiększała się, a ja straciłem swoją typową, chłodną w takich sytuacjach postawę. Nie wiedziałem zwyczajnie jak mu pomóc, więc jedynie bezsilnie zawyłem, jakby miało to przywołać jakimś cudem kogoś, kto jakkolwiek potrafiłby mi pomóc. Mimo wszystko to i kilka głębszych oddechów pozwoliły mi zebrać myśli. Potrzebowałem roślin, więc musiałem rozlać swoją złotą krew z łapy na ziemię, by cokolwiek mogło w takich warunkach się pojawić. Wyhodowałem kilka roślin, takich jak krwawnik czy babka, by móc jakkolwiek opatrzyć jego rozległą ranę. Jakimś cudem krwawienie zaczęło ustępować, a ja, nauczony doświadczeniem, że Malum po obudzeniu się po takich obrażeniach raczej w formie zabijania wszystkiego wokół niego, skułem go swoimi świetlistymi kajdanami. Odsunąłem się również od niego na pewną odległość, mając nadzieję, że stanie się cud i ktokolwiek pojawi się, by po prostu pomóc mi poradzić sobie z tą sytuacją. Byłem przerażony, bałem się nie tylko tego, że basior może w każdym momencie umrzeć, ale też tego, jak niebezpieczny po czymś takim może być, gdy się obudzi. Pomimo towarzyszenia mu w tak wielu wybuchach gniewu, dalej przerażały mnie one, chociaż nigdy nie zostałem przez niego jakkolwiek skrzywdzony. Z tego wszystkiego zwyczajnie zacząłem się trząść. Wiedziałem, że jakiekolwiek próby sprawdzenia stanu jego kości skończą się prawdopodobnie tym, że obudzi się i nie będę miał jak go powstrzymać. Przyglądałem się mu, wpatrując się w każdą oznakę bólu i to, jak już będąc nieprzytomnym, tak naprawdę próbował walczyć z łańcuchami na łapach i ruszać nimi. Uśmiechnąłem się głupio pod nosem, dobrze wiedząc, że zwiastuje to, że raczej uda mu się wyzdrowieć, a rana nie jest śmiertelna. Mimo wszystko nie chciałem do niego podchodzić, a opadające z mojego ciała emocje dosłownie ścięły moje zmysły, wysyłając moją głowę w niezaplanowany odpoczynek.
Głowa podniosła mi się nad ranem, gdzie pierwsze promienie słońca pozwoliły dokładnie obejrzeć mi znajdujący się wokół mnie teren. Martwa bestia z tej perspektywy wydawała się o wiele bardziej przerażająca, mogłem jednak ustalić przyczynę jej śmierci. Zmiażdżona krtań, czyli dość prymitywne, ale jakże skuteczne zagranie. Zbliżyłem się do swojego towarzysza, starając się robić to w miarę cicho, jednak ból stawów z powodu szykujących się zmian pogodowych szybko uniemożliwił mi stwarzanie chociaż pozorów, że potrafię być cicho. Z tego powodu od razu wbiły się we mnie błękitne i puste ślepia, a serce dosłownie podskoczyło mi do gardła. Łańcuchy wytrzymały całą noc i dalej znajdowały się na ciele basiora, trzymając jego łapy oraz pysk przed ucieczką i rozpoczęciem krwawych łowów, których pierwszą ofiarą byłbym ja. Mimo wszystko z gardła Maluma nie wydał się nawet cichy pomruk zwiastujących warczenie czy wolę walki. Po prostu obserwował mnie, tylko pustka znajdująca się w jego oczach świadczyła o tym, że nie jest on przy swoich zmysłach. Mimo wszystko postanowiłem spróbować nawiązać z nim logiczny kontakt.
- Wszystko dobrze? – powiedziałem, zmniejszając jeszcze między nami dystans.
Stanąłem na granicy krwawego śniegu, mając gdzieś nadzieję, że będzie to bezpieczny dystans między mną a towarzyszem i obserwowałem jego reakcję. Co było dla niego nietypowe, w żaden sposób się nie rzucał. Nie słyszałem jednak od niego nawet odpowiedzi. Po chwili jego wzrok ze mnie zszedł na znajdujące się za mną drzewa. Dopiero wtedy usłyszałem charakterystyczny warkot, a jego ciało ruszyło przed siebie, rozłamując łańcuchy na drobny pył. Uświadomił mi tym to, że cały czas był w stanie się ich pozbyć, tylko po prostu chciał mi zapewnić coś w stylu komfortu, że na mnie nie skoczy w celu rozszarpania mnie. Mimo wszystko zastanawiało mnie, co sprawiło, że jego ranne ciało zerwało się do biegu i niepewnie zerknąłem za siebie, z jednego szoku przechodząc w drugi. On gonił wilka. Od roku nie widziałem żadnego, a ten pierwsze co robi, widząc jakiegokolwiek, to przegania go. Chociaż ciężko to nazwać przeganianiem, on go gonił z wyszczerzonymi zębami, ewidentnie chcąc zatopić w jego ciele swoje kły. Byłem niemal wryty w ziemię, nie wiedząc, co powinienem w tym momencie zrobić. Nie dogoniłbym ich, ale jednocześnie nie chciałem, żeby Malum zrobił komuś krzywdę, zwłaszcza że nie wydawało się, że ma on wobec nas jakieś złe zamiary.

< Ktoś? >

PODSUMOWANIE 
Ilość napisanych słów: 1009
Ilość zdobytych PD: 504 + 5% (25) za długość powyżej 1000 słów.
Obecny stan: 529
Adamantem
Deus, tylko tą formą obecnie się przedstawia
Płeć: Basior | Wiek: 2 lata | Rasa: Wilk, prawdopodobnie z genami lisa |
Ranga: Delta | Poziom: 2 (1077/3100 PD) | Stanowisko: Strateg |
Właściciel: [How] Nietoper / [DC]  Toper#0716
Autor: JadeMerien