Newsy



:Aktualności
.Blog przechodzi obecnie renowację
.Już niebawem pojawią się nowości

:Pogoda
Obecna pora roku ~ Jesień
.Temperatura waha się między 10+ a 0- stopni Celcjusza
.Zmiana pory roku nastąpi 15.12.2022

Liczba wilków ~ 27
Wadery ~ 18 + 1 NPC
Basiory ~ 7 + 4 NPC
Szczeniaki ~ 1
Nieobecni: Brak

~Serdecznie zapraszamy♥~

poniedziałek, 15 sierpnia 2022

Od Lorelai do kogoś ~ "Powiew nadziei"

Życie na Wiecznych Zboczach nie należało do najłatwiejszych. Niskie, momentami skrajnie niskie temperatury połączone z silnym, mroźnym wiatrem sprawiały, że nawet najsilniejsze i najzdrowsze wilki z watahy często drżały z wychłodzenia. Śnieg nie padał tu często, jednak gdy nadchodził, sytuacja stawała się jeszcze gorsza. Nie widywano go tutaj bowiem w formie lecących powolutku z nieba pięknych płatków, nadających urok zimowemu krajobrazowi i dających choć trochę radości zmęczonej watasze, lecz jako ostre i niebezpieczne śnieżyce. Trwały one zazwyczaj po kilka dni, a w ich trakcie śnieg nie przestawał sypać nawet na chwilę. Podczas ich trwania widoczność spadała diametralnie i całe dnie pogrążone były w ciemności. W połączeniu z porywistym, nieustającym wiatrem, niosącym za sobą fale śniegu, skutecznie uniemożliwiało to opuszczanie jaskiń na dłużej niż chwilę. Nikt z resztą nie miał wtedy powodu, aby wyruszać poza bezpieczne schronienie. Zwierzyna, która była dość nieliczna w tych rejonach nawet w trakcie najbardziej sprzyjających pór roku, podczas śnieżyc znikała całkowicie, chowając się w swoich norach, bądź uciekając w stronę nizin, co wykluczało polowanie nawet na kilka następnych dni. W takich momentach wataha musiała przeżyć, korzystając jedynie ze zgromadzonych zapasów, co było nie lada wyzwaniem, nie były one bowiem liczne.
W zimę wszystkie te problemy narastały. Dlatego właśnie w tym okresie pogoda zbierała najbardziej krwawe żniwo. Wiele wilków nie wracało z wypraw, przymierało głodem, a także padało ofiarą wyziębienia, które powodowało z kolei liczne choroby, szczególnie u młodych wilków. Niestety nietopniejący śnieg znacznie utrudniał uzyskiwanie roślin leczniczych, przez co to właśnie choroby były przyczyną największej ilości zgonów.
Lorelai zdała sobie z tego sprawę już pierwszej zimy. Kiedy jeszcze jako półroczny wilczek wraz z trójką rodzeństwa tuliła się do boku matki, cały czas drżąc z zimna, jeden z jej braci zaczął zanosić się przeraźliwym kaszlem. Mimo tego, że maluchów zupełnie to nie obeszło, bo jedyną rzeczą, o której myślały w tamtym momencie, było ciepło kryjące się przy boku rodziny, to wśród dorosłych wilków wywołało to pewne zamieszanie. Mama Lorelai, Lilith, od razu zerwała się na nogi i z paniką oddzieliła chorego brata od reszty rodzeństwa. Odpoczywający nieopodal ojciec również zareagował natychmiastowo i podbiegłszy do reszty rodziny, wziął przerażonego, małego basiora za kark i pospiesznie odniósł go do innej jaskini. Przyczyną całego poruszenia był oczywiście strach. Rodzice obawiali się najgorszego, że wilczka dopadła choroba zwana w tych rejonach szczenięcą grypą. Spotykała ona, jak sama nazwa mówi, młode wilczki, szczególnie w okresie zimowym, a po wystąpieniu pierwszych objawów nie było już szans na ratunek. Przynajmniej w panujących na Wiecznych Zboczach warunkach. Niestety obawy rodziców okazały się prawdą i wkrótce basior, który od samego początku był najsłabszy z miotu, wydał swoje ostatnie tchnienie. Nikt po nim nie płakał.
Była to pierwsza, lecz nie ostatnia tragedia, której doświadczyła Lori w swoich młodzieńczych latach. Stała się dla niej dość brutalną lekcją, że tu, na północy, życie wilka nie ma za dużej wartości. Gdyby wataha przejmowała się odejściem każdego członka na tamten świat, to nigdy nie wychodziłaby z żałoby, dlatego właśnie wszyscy akceptowali to, dość bezduszne, podejście. Na początku Lori nie mogła tego pojąć, jednak z upływem czasu zrozumiała, że to tak naprawdę jedyna opcja, aby radzić sobie z życiem tutaj, bez szwanku na psychice.
To właśnie odejście kilku bliskich jej wilków w przeciągu tamtej zimy pozwoliło jej się przygotować na wydarzenia, które nastąpiły już rok później. Nawet jeśli Lorelai nie była wtedy jeszcze w pełni dojrzałą waderą, to bez problemu wyczuwała rosnące w watasze napięcie. Pojawiło się ono kilka lat przed jej narodzinami, ale tego nie mogła już wiedzieć. Zaczęło się od słownych sprzeczek, które szybko eskalowały do bójek obejmujących coraz większą grupę wilków. Basior, który pragnął odebrać władzę prawowitemu alfie, był coraz bliżej swojego celu, bo szerzenie osobliwych, antymonarchistycznych idei za plecami władcy nareszcie zaczęło przynosić skutek. Coraz częściej dostrzec było można kierowane w stronę alfy ukradkowe, pełne nienawiści spojrzenia. Zbuntowana część watahy, która w pewnym momencie była znacznie liczniejsza niż pokojowo nastawione wilki, wkrótce zaczęła odnosić się wrogo nie tylko do władcy, ale również do jego krewnych, w tym rodziny Lorelai, a nawet do zwyczajnych członków, którzy nie zgadzali się z głoszonymi przez nich hasłami.
Co gorsza, nadeszła wtedy ciężka zima, najcięższa od kilkunastu lat. Śnieżyce nadchodziły bardzo często i trwały coraz dłużej, skutecznie skracając czas na polowania i utrudniając wyżywienie watahy. Kiedy jeden z opadów trwał już prawie tydzień, przywódca buntowników uznał, że nadeszła już właściwa pora.
Czynnikiem, który pozwolił Lori przeżyć tamtą noc, było jedynie głupie szczęście. Kiedy nadszedł wieczór wadera wraz ze swoją siostrą, w ramach zakładu, wykradła się poza jaskinię. Aby ukończyć wyzwanie, miały za zadanie znaleźć ukryty przez braci pośród śniegu czerwony, wyróżniający się kamień i odnieść go rodzeństwu. Były już bardzo blisko celu, gdy nagle usłyszały hałas dochodzący z wnętrza jaskini. Przestraszyły się, że wykryto ich nieobecność, więc postanowiły ostrożnie zakraść się do wejścia, aby zorientować się, o co chodzi w zamieszaniu i czy uda im się wejść niepostrzeżenie i uniknąć nagany. Kiedy zbliżyły się wystarczająco, aby dostrzec wnętrze jamy, cały czas pozostając w ciemności, by nie dać się zauważyć, wadery spostrzegły biegnącego w stronę wyjścia młodszego brata. Leah już otworzyła pysk, aby go zawołać, ale Lori powstrzymała ją, stanowczym pacnięciem łapą.
- Oszalałaś? – syknęła. – Nie wiem, o co chodzi Balorowi, ale mogłabyś się trochę opanować, bo jak nas zauważą, będziemy miały przechlap… - urwała nagle.
Z wnętrza jaskini, za małym braciszkiem, wyłonił się kolejny wilk, dorosły, czarny basior. Nie zastanawiając się, skoczył na biegnącego szczeniaka i rozszarpał mu gardło. Maluch nie zdążył nawet pisnąć. Leah nie udało się powstrzymać pisku przerażenia. Ku nieszczęściu sióstr wrogi wilk zdołał usłyszeć dźwięk i warcząc, podszedł do wyjścia. Lorelai zerwała się do biegu, ale jej towarzyszka nadal stała jak wryta, podczas gdy basior zbliżał się niebezpiecznie i zdawał się je dostrzegać. W ostatnim momencie waderze udało się pociągnąć siostrę i porwać ją do biegu. Wrogi wilk ruszył za nimi w pogoń, ale podczas szaleńczej gonitwy w dół zbocza pod uciekinierkami osunął się śnieg. Straciły równowagę i spadły. Ślizgając się po skale, udało im się zniknąć z oczu mordercy, który ze względu na warunki pogodowe postanowił zrezygnować z pogoni. Lori była na tyle zszokowana, że nie była w stanie się ruszyć. Poddała się jedynie sile śniegu, by po chwili uderzyć w drzewo i stracić przytomność.

***
Następnego ranka waderę obudziła siostra, trącając ją nosem i odgarniając śnieg, który spadł na nią w ciągu nocy. Kiedy Lorelai otworzyła oczy, Leah nawet się nie uśmiechnęła. Pokazała jedynie w stronę znajdującego się nieopodal urwiska, z którego powoli kapała krew. Z jego szczytu zrzucane były zmasakrowane ciała, wiele ciał. Jak udało się spostrzec siostrom, znajdowały się tam również te należące do ich rodziców i braci.

***
Wędrówka Lorelai trwała już prawie dwa lata. Mimo tego, że podczas niekończącego się marszu zdołała przyzwyczaić się do samotności, to miewała momenty, w których wyjątkowo doskwierał jej brak towarzystwa. Była to właśnie jedna z tych nocy, w których wadera nie była w stanie cieszyć się pięknem zielonego otoczenia, tak pełnego życia i diametralnie różnego od jej rodzinnych stron. Krocząc przez las, wsłuchiwała się w melancholijne huczenie sowy, a gdy wyszła na niewielką polanę przysiadła zrezygnowana i skierowała oczy ku niebu.
- Gdybyś tylko była tu ze mną – westchnęła, wpatrując się w jedną z gwiazd. – Marzyłyśmy kiedyś, żeby wybrać się razem w podróż, by zobaczyć coś poza naszymi górami, pamiętasz? Spodobałoby ci się tutaj. Ciepło, pełno zieleni, zupełnie tak jak sobie wyobrażałaś. Nawet nie wiesz, ile bym oddała, aby nie musieć oglądać tego sama – zakończyła cicho.
W tym właśnie momencie omiótł ją podmuch ciepłego wiatru. Niósł się z nim zapach, którego dawno nie czuła, a za którym głęboko skrywana tęsknota towarzyszyła jej od miesięcy – woń innych wilków. Wiedziona momentem słabości, wyczerpaniem wędrówką, a także migoczącą gdzieś w środku iskierką nadziei, ruszyła w stronę, z której zawiał wiatr. Po niedługim marszu, spośród wielu unoszących się w powietrzu zapachów zaczął się wyodrębniać jeden, świeży, należący do wilka, który przechodził tędy całkiem niedawno i musiał jeszcze być w okolicy. Lorelai postanowiła go odnaleźć.

<Ktoś?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1308
Ilość zdobytych PD: 654 + 5% (33 PD)
Obecny stan: 687

Od Yneryth’a c.d. Belief ~ Biel rozjaśniająca ciemność

Basior ocknął się w nieznanym dla siebie miejscu. Spostrzegając przed sobą miskę z wodą, odruchowo zaczął pić z niej wodę. Spragniony samiec pragnął nadrobić braki w tak ważnym dla organizmu płynie. Kilka sekund potem zaczął się zastanawiać, co tu robi i gdzie właściwie jest. Widząc znaną już mu waderę, od razu wstał. Spokojnym krokiem podszedł i stanął tuż obok niej. Po czym zapytał.
- Co tu robię? – Specyficznym dla siebie głosem. Ból głowy lekko ukierunkował wydany przez siebie odgłos.
Słysząc odpowiedź wadery, przypomniał sobie, co zaszło. Co prawda nie do końca, ale ważne było dla niego to, że jest w miarę cały. Wilk mocno zagrzał się, gdy usłyszał, że ta istota jest mu wdzięczna. Głęboko w poważaniu miał to, co ona uważa, jednak nie mógł teraz tego okazać. Nie przy Belief, która zdawała się pozytywnie oceniać ów twór. Basior odruchowo zapytał, czy go widziała i jak wyglądał. Odpowiedź, że wygląda tak jak w legendach, zbytnio nic mu nie dała. Wręcz przeciwnie wygenerowała kolejny problem i jednocześnie cel do osiągnięcia. Yneryth z góry zakładał, że lepiej wiedzieć co może ingerować w jego życie, a tym bardziej, jak usunąć owe przeszkody ze swojego toru. Nie mniej jednak był zmieszany, nie widział, jak powinien zareagować. Wadera jednak nie była odpowiedzialna za to, co się wydarzyło. W tym wypadku samiec musiał się obejść smakiem „wygranej” i przygotować na kolejne zdarzenia, ingerujące w jego plany. Rozumiał, że los mógł mieć dla niego inne plany, lecz wyjątkowo coś mu się nie zgadzało. Nie wyglądało to na przypadkowe zdarzenia. Nie mniej jednak nie znajdował się w najlepszym położeniu do dłuższego dumania i rozmyślania. Podziękował Belief, w dojść przyjazny sposób. Z trzeciej osoby musiało wyglądać to dość nie naturalnie. To nie było jedno ze standardowych ruchów basiora, ów wypowiedź brzmiała zbyt miękko. Wypowiedziane słowa jednak nie wpłynęły na zachowanie wilka, równo i bez większego zastanowienia wyszedł z jaskini. Cień przesuwał się za nim, powoli oddalając się z wejścia do obszaru zamieszkanego przez wilczyce. Gdy był już w pewnej odległości od wejścia, przystanął i spojrzał prosto w przestworza. Oczy lekko rozluźniły się, przez dochodzący do nich blask słońca. Przez myśl Yneryth’a przeszło, że jest to całkiem ładny widok. Chwile po tym otrząsnął się gwałtownie. Jego ruch był na tyle żwawy, iż wzruszył podłożem. Zaraz po tym piasek zaczął owijać jego ciało, tak jakby chciał go pochłonąć. Po chwili nie było widać już nic nadzwyczajnego. Jedynie horyzont i otaczającą przyrodę. Między drzewami widoczna był znaczący prześwit, taki, że blask wschodzącego słońca wypełniał luki, pomiędzy nimi. Widok musiał być dość majestatyczny, że nawet kochanek księżyca, spostrzegł w słońcu jego własny blask.

END

PODSUMOWANIE 
Ilość napisanych słów: 430
Ilość zdobytych PD: 215
Obecny stan: 681

niedziela, 14 sierpnia 2022

Lorelai
Niektórzy nazywają ją Lori, ale woli pełne imię

Płeć: Wadera | Wiek: 4 lata | Rasa: Wilk | Poziom: 0 (687/3000 PD)
Ranga: Delta Stanowisko: Gwardia

Właściciel: Peachy#6231[discord], julka20502[howrse]
Autor: Safiru


wtorek, 9 sierpnia 2022

Od Naharys'a c.d Mystic ~ Sen

Naharys po raz ostatni zerknął w stronę ściany lasu, wznoszącej się po drugiej stronie doliny Haute Forêt. Północ zbliżała się drobnymi kroczkami - w tym czasie, sierść basiora przybierała mroczne, granatowe kolory, w oczach zaś błysnął złoty blask. Polowanie okazało się tym razem bezowocną stratą pięknego popołudnia, co też niezwykle popsuło basiorowi humor. Nieobecność dzieci w jaskini również nie poprawiło jego sytuacji, czuł, że ten dzień został skazany na porażkę... Z drugiej strony, Sininen, Shori i Ereden to jego dorosłe już latorośle, nauczył ich w miarę swych wszystkich możliwości, nauczyć radzić sobie w różnych sytuacjach, więc z kolei nie powinien się niczym martwić.

Moc ognia zanikła wraz z nastaniem nocy, rozpalił więc ognisko w palenisku, za pomocą iskrownika - ot, tak nazwał proste uderzanie krzesiw o siebie. Kiedy w końcu płomień zatlił się w zgliszczach nadpalonego drewna, pobudził go delikatnym dmuchaniem, aby mógł po chwili przeistoczyć się w nie dość spore ognisko. Dołożył trochę chrustu i obserwował - lubił spoglądać w ogień, obserwować jego destrukcyjną moc, jednocześnie wyszukał sobie w tym sposób na uspokojenie, wyciszenie swych myśli. Zjadł pozostały po dzisiejszym obiedzie sarni udziec, po czym ułożył się do snu w blasku tańczących płomieni, momentalnie zapominając o dzisiejszym dniu.
*** 

Obudził się z dziwnym, nieodpartym wrażeniem, że ten czwartkowy poranek będzie dla niego niespodzianką - miłą, czy też nie, to już tajemnica, którą niebawem ukaże mu czas. Musiał mocno spać, gdyż nie usłyszał bowiem, jak jego dzieci wkradły się do jaskini, układając się do snu, zaraz obok niego. Sen też miał dziwny, dość dziwny, aby opisać go racjonalnymi słowami;
Gęsty mroczny las, w którym drzewa zostały brutalnie ogołocone ze swych koron, przypominały zaledwie grube, wetknięte głęboko w ziemię spalone filary. Niewyraźny szmer czyjegoś biegu dobijał się do jego uszu, starał się zlokalizować podejrzane znaki, lecz jedynie, co miał przed oczami, to mgła, gęsta niczym lukier. A w tle dobiegło go czyjeś rozpaczliwe wycie, pełne żalu i szaleńczej desperacji - Naharys sporo w życiu przeżył, lecz nigdy nie słyszał, aby jakikolwiek mógłby tak wyć. Obudził się bez zrywu, zlustrował szmaragdowym już wzrokiem wnętrze jaskini, po czym uspokoił się nieznacznie. ~ To był tylko sen - starał sobie tłumaczyć. 
Dzisiaj trening został odwołany, więc Naharys nie miał w planie nic innego, jak wykorzystać wolny czas z rodziną... 
Późnym porankiem zwrócił się w stronę lecznicy, aby tam odwiedzić swoją siostrę, Lonyę. 
Młoda medyczka siedziała w cieniu wysokiej, młodej wierzby, obserwując wypoczywających w spokoju natury pacjentów. Miała szorstką, połyskującą sierść koloru dojrzałej wiśni - Naharys wiedział, jakich specyfików używała jego przybrana siostra, aby utrzymywać włosie w dobrym stanie. Słyszała jego kroki, lecz nie odwróciła się, by upewnić się, że to on - podpowiedź znalazła w jego zapachu, który mknął wraz z delikatnym wiatrem. 
- Dzień dobry, bracie - przywitała się wesoło Lonya. 
- Witam - odparł basior. - Jak się miewają pacjenci? 
- Jak widzisz, jeszcze nikogo nie uśmierciłam. 
Basior zaśmiał się krótko, a Lonya podążyła jego śladem. Przywitał ją skromnym pocałunkiem w policzek, przycupnął w miejscu obok, obserwując jak druga mała medyczka, Itami, rozdaje chorym wilkom leki. Wilk nie tracił uśmiechu z pyska, umiał docenić mroczny humorek wadery, która była całym jej życiem. I światem. Pamięta ten moment, jakby to wydarzenie miało miejsce zaledwie wczoraj; powrót ojca do jaskini późną nocą, jego postać wręcz górowała nad wszystkimi - albo tak mu się wydawało, bowiem jeszcze był szczeniakiem - blask płomieni rozświetlał jego brązowe futro, wraz z brzoskwiniową kuleczką, którą delikatnie trzymał za futerko. Kiedy ujrzał przerażenie i łzy w złotych oczkach, pamiętał słowa, jakie wypowiedział owego dnia. 
- Czy to teraz moja siostra? 
Ojciec przytaknął, a matka zaś ze zdumienia uśmiechnęła się szeroko, aczkolwiek w jej oczach pojawił się pewien rodzaj zmartwienia. Tak samo, jak ojciec, zdawała sobie sprawę, że pod swoją odpowiedzialną opiekę przyjęli nowe życie. Mocne odczucie przywiązania i miłości sprawiło, że przytulił waderę do swego ramienia, na wzmiankę o tym wydarzeniu. Lonya westchnęła tylko zdziwiona. 
- Co Cię tak na emocje wzięło? 
- Wiesz, nawet taki skur**el, jak ja, też ma swoje uczucia. - odparł z uśmiechem basior. 
Ich śmiech rozniósł się po okolicy, jeszcze długo, zanim słońce usadowiło się na najwyższym punkcie nieba. Nastało południe. 

*** 
Przeczucie nie myliło go, ani na jotę. Rzeczywiście ten dzień, zgodnie z zasadą niespodziewanych wydarzeń, okazał się dla niego strzałem w serce. Owe przeczucia z tym związanym, wisiały nad nim już od początku jego przebudzenia. Od czasu, kiedy Naharys, na prośbę swojej siostry, wybrał się do lasu, by zgromadzić dzienny zapas ziół, w towarzystwie uroczej medyczki, zorientował się, że to jest właśnie ten moment. Kiedy nastał moment, że dwójka wilków rozdzieliła swe drogi poszukiwań, Naharys wyczuł czyjąś obecność - powietrze był wręcz przesycone wonią skrzydeł, obcością... 
Ktoś, lub coś, było niedaleko. Na dnie niewielkiego wykrotu, osłoniętego zewsząd krzewami dzikich malin, jego oczom ukazał się niewyraźny kształt... ciemny, idealnie wtapiający się w półmrok. Stał przez chwilę, wyczekując jakichkolwiek oznak, jednocześnie pilnując, aby nie zdradzić swojej pozycji. 
Wyraźnie wyczuwał strach, ten ktoś, mimo swej obecnej pozycji, nie opuścił swojej kryjówki, co więc oznacza, iż nie wiedział o obecności Naharys'a. Basior bezszelestnie przeniknął w grubą warstwę zarośli i wysokiej trawy, jednocześnie starając się, aby mieć na baczeniu resztę okolicy - kto wie, czy w pobliżu nie czaiło się jakieś niespodziewane zagrożenie? 
Był już blisko, podpowiadała mu owa woń - należała do młodego osobnika, bardzo młodego. Wyłonił głowę zza kurtyny krzewów i zdał sobie sprawę, że jego zmysły go nie myliły. W dole, skryty w gęstej zasłonie zieleni, spoglądały na niego dwa małe księżyce, na tle nocnego nieba... lecz to nie były księżyce, lecz źrenice młodego basiorka. Wyglądał na roczniaka. Nie mylił się też, co do niespodziewanego niebezpieczeństwa. Nim Naharys zdążył zająć młodego jakąkolwiek rozmową, z głębi wykrotu wyłonił się kwadratowy łeb żmii, Miała piaskowe ubarwienie łusek i ukoronowaną głowę w kilka drobnych rogów, które zakrzywione na szczytach, rozchodziły się na boki. Z tego też powodu, nadano jej nazwę "królewską". I ta sama żmija zmierzała ku malcowi, wlepiając w nim swe puste, głodne krwi pionowe oczy i wywijając językiem. Naharys widział, że młody nie miał najmniejszej świadomości z zaistniałego zagrożenia, całą swoją uwagę skupiał na nim, wyczekiwał z przestrachem w oczach na jego następny ruch. A był on następujący; Wskoczył do wykrotu, chwycił malca za szyję i z naborem sił w łapach, wyskoczył z niego, zasypując węża warstwą piachu, co też zniechęciło go do dalszego ataku. Kolejny fakt, jaki spostrzegł Naharys, był taki, że malec miał skrzydła, bowiem machał nimi, uderzał w panice. Nie znał Naharys'a, z pewnością obawiał się, że basior może wyrządzić mu krzywdę - szamotał się, wyjękiwał niezrozumiałe słowa, pewnie wypowiadał je pod wpływem strachu. Wyłonił się z głębi lasu, na ozłoconą słonecznym światłem polanę, gdzie odstawił trzęsącego się ze strachu skrzydlatego wilczka. 
- Hej, uspokój się - odezwał się Naharys - nic Ci nie zrobię, nie wyj tyle, bo ściągniesz na nas niebezpieczeństwo. Hej, mały, już cicho... jesteś bezpieczny. 
- Nie ufam Ci! - wykrzyczał malec - Zostaw mnie w spokoju. 
- Gdzie twoi rodzice? - zapytał, ignorując wybuch malca. 
- Zostali zabici... zamordowali ich tacy, jak ty! 
Naharys uniósł brwi ze zdziwienia, stał tak przez chwilę, milcząc i zastanawiając się nad sensem słów basiorka. Jedno wiedział na pewno. Napastnicy byli wysocy i masywni - jak on, stwierdzając to, spojrzał na siebie. Młody wyraźnie wyszukiwał dogodnej okazji, aby zwiać w popłochu, Naharys spojrzał jedynie na malca, pokręcił z dezaprobatą głową, chwytając go łapą za ramię. 
- Ani mi się waż. Pójdziesz ze mną! Nie wolno pozwolić, abyś błąkał się po lesie bez opieki, mały. Zabiorę Cię do mojej Pani, a ona zdecyduje, co z tobą uczynić. 
Zdawał sobie sprawę, że jego ton nie brzmiał zbyt przyjemnie; zimny, stanowczy i poważny ton Kapitana mógłby zmrozić w niejednym krew w żyłach. Po chwili dodał. 
- Nie martw się, nic Ci z nami nie grozi - rzekł, tym razem łagodniej, cieplej, jakby przez niego przemawiał ojciec, niźli Kapitan. 

***
- Ja mam się nim zaopiekować?! - wydał z siebie Naharys, po tym, jak Rene zjawiła się po chwili, ze skrzydlatym malcem u swego boku. Wadera, mimo zaskoczenia basiora, uśmiechnęła się ciepło. 
- Jako jedyny w mojej Watasze masz wysokie doświadczenie rodzicielskie. Zdołałeś wychować już trzy dorosłe wilki, z czego jedno, jeśli dobrze pamiętam, przygarnąłeś do swej rodziny. Czemu więc miałabym Ci nie powierzyć tego malca w opiekę? Wiem, że trafia w dobre łapy. 
- Jesteś dla mnie zbyt łaskawa, Rene - z tymi słowy, zniżył nieco głowę w geście uszanowania jej woli. Jeśli taki jest jej rozkaz, nie widział powodu, aby się sprzeciwiać. - Dobrze, wychowam malca, jak swego własnego syna. - Naharys uniósł głowę, spojrzał z uwagą w szmaragdowe oczy Alfy, po czym przekrzywił nieco usta w grymas zamyślenia. 
- Tylko jak ja to wytłumaczę moim dzieciom?
Alfa uśmiechnęła się jednak, powoli acz z gracją, podeszła do basiora i śmiało ułożyła swą łapę na jego ramieniu. 
- Myślę, że dasz sobie radę, Kapitanie. 
Po chwili jednak, jakby nieszczęście spadło na jej usta, bo jej usta zaczęły rysować się w grymas współczucia i smutku. 
- Wiem, że wychowywałeś dzieci wraz ze swoją miłością - dodała - jeszcze raz łączę się z tobą w cierpieniu, Pina też należała do tej watahy i była jej ważną częścią. Sininen, Shori i Ereden stali się idealnym uzupełnieniem po stracie twojej ukochanej. Niech i ten malec dopełni tę pustkę. 
- Zrobię, co w mojej mocy, aby wychować malca i przygotować do życia. 
- Cieszę się, że to od ciebie usłyszałam, a teraz pozwól, że opuszczę Was teraz. Sprawy watahy wzywają. Bywajcie. 
Popatrzyła jeszcze przez chwilę na malca z ciepłą uwagą, lekko i zachęcająco pchnęła go w stronę basiora, który stał sztywno, nie wiedząc co zrobić. Jakby z takową sytuacją miał do czynienia pierwszy raz w życiu. Strach aż trząsł się w jego oczach, niepewnie stawiał kroki w jego stronę, mięśnie cały czas były napięte. W końcu zatrzymał się przed Naharys'em z wbitym wzrokiem w swoje łapy, widać było, że nie miał odwagi spojrzeć basiorowi w oczy. 
- Jak Ci na imię? - zapytał spokojnie Naharys. 
- My... My... - wyszeptywał malec nieśmiało. 
- Śmiało i głośno. Nic Ci nie zrobię. 
- Mystic - wyrzucił w końcu basiorek. 
- Ciekawe masz imię, Mystic. Ja jestem Naharys - biały wilk zniżył głowę, aby wzrokowo zrównać się z malcem. Ze swoim przybranym synem. - Odtąd, Mystic, będziesz pod moją opieką. Nic się nie martw, dopilnuję, abyś był bezpieczny. Nauczę Cię wszystkiego, co potrafię i sprawię, że wyrośniesz na twardego basiora. 
Naharys chwycił Mystic za podbródek, aby przyjrzeć się jego oczom - nadal kipiały od irracjonalnego lęku. Nie powinien zdradzać już nic więcej na pierwszy raz, aby nie zniechęcić malca do nowego stanu oczywistego. Ważne w tamtym momencie było, aby swą opiekuńczością i ciepłem sprawić, aby malec otworzył się przed nim - tylko wtedy będzie mógł zdziałać nieco więcej. A teraz? Wyraźnie widział, że Mystic był przerażony obecną sytuacją. 
- Chodź. Oprowadzę cię po terenach, zapoznam z wilkami, z którymi będziesz się uczył na co dzień, a także pokażę Ci twój nowy dom. 
- Dobrze - rzucił krótko i pośpiesznie basior. 
***
Pierwszy dzień niespodzianek, a zarazem początek przybranego rodzicielstwa, przyniosły mu kolejną serię problemów. Wydarzyło się to wieczorem, kiedy Naharys wrócił do jaskini z upolowaną kolacją i spostrzegł, że w gronie rodziny kogoś brakowało. Ereden, jak miewał w zwyczaju czynić, siedział zakopany pod stertą zwojów, Sininen leżała na przeciwległym krańcu jaskini, korzystając z zasłużonego spokoju, a Shori zaś, w akompaniamencie nuconej przez siebie melodii, doprowadzała swoje skrzydła do porządku. Nigdzie nie widział Mystic. 
- Wiecie, gdzie jest wasz brat? - zapytał zaniepokojony Naharys. 
Trójka wilków zerknęła w jego stronę, przemierzyli wzrokowo wnętrze jaskini, jednakże bez skutku. Basiorka nie zastali nawet w przedsionku jaskini, jak twierdził Ereden, był pewien, że malec brał kąpiel. Alfa przyznała mi malca pod opiekę, kiedy dowie się, Mystic, że pozwoliłem sobie na chwilę nieuwagi, uzna też, że myliła się, co do mojej osoby. Uzna mnie za nieodpowiedzialnego lekkomyślnego głupca! Lecz nie o to chodzi... jeśli coś Ci się stanie, będzie to również moja odpowiedzialność - pomyślał gorączkowo Naharys. Rzucił upolowane zające na podłoże, bez dłuższego zastanowienia odwrócił się ku wyjściu, by ruszyć w pogoń za malcem. Ereden pobiegł z Naharysem, tuż u jego lewego boku. 
I tak, dwie wilcze sylwetki mknęły przez opanowany nocnym mrokiem polanę, nasłuchując z uwagą i nawołując głośno Mystic. Szukali długo, wytrwale, a jedynym napędem motywacji była myśl, że Naharys przysiągł Alfie, że weźmie odpowiedzialność za życie, które samo nie będzie w stanie się obronić. 
- Ereden, powinniśmy się rozdzielić - oznajmił Naharys, gdy stanęli przy rozdrożach prowadzących do Lac de Cristal i Forêt de Ombree. Przechwycony przez nich zapach, należący do malca, urywał się dokładnie w tamtym miejscu. Naharys czuł to wyraźnie. - Ja pójdę dalej na północ, a ty idź przeszukać okolicę Lac d Cristal.  
Ereden bezdyskusyjnie kiwnął głową - nie martwił się o syna, Ereden wiedział bowiem, jak zadbać o siebie. Pobiegł dalej, w zmierzonym kierunku, ku Forêt de Ombree. Basior zdawał sobie jasno sprawę, że zbliża się pod progi spaczonego przez mrok lasu, lecz Mystic mógł tego nie wiedzieć - mimo wcześniejszej wycieczki po terenach. Nie podszedł jednak bliżej, niż wymagała tego sytuacja - drzewa mrocznego lasu zaszeleściły złowrogo w rytmie spokojnego wicherku. Zwrócił się w lewo, przemierzył wzdłuż granicy lasu Ombree, przez morze wysokiej, sztywnej trawy, która łaskotała go w klatkę piersiową. W powietrzu nie zdołał przechwycić woni malca, zaczął więc zastanawiać się, czy kierował się w dobrą stronę... chyba, że... 
Odwrócił głowę w drugą stronę i z uniesionym wysoko nosem, wietrzył usilnie różne zapachy, jakie dostarczał mu wiatr; świeża polna trawa, przemieszana z aromatem woni zwierzyny łownej, skrytej gdzieś za zasłoną gęstych zarośli. Jednak rzetelne węszenie opłacało się, pomyślał Naharys, gdy w kłębowisku aromatów, wychwycił szczątkową oznakę bliskiej obecności malca. Zwrócił się w stronę mocnej emanacji zapachu. 
- Naharys? - odezwał się niepewnym tonem głosik, wywodzący się zza wysokiej zasłony czarnej, szeleszczącej trawy. Naharys skierował w tę stronę swe bursztynowe, czujne oczy, wpatrując się w srebrne punkciki, błyszczące w ciemności. Westchnął cicho, czując jak napięcie ściskające go w okolicy brzucha i żeber zanikło nagle - Zupełnie, jakby zrzucił z siebie przed chwilą dość spory kamień. Lecz to nie oznacza, że nie czuł gniewu. 
- Mystic! - powiedział, prawie krzyknął Naharys. - Co ty tu, do cholery jasnej, robisz?! Nie powinieneś być w jaskini? 
- No więc... Eee, ja? - Malcowi wyraźnie plątały się słowa, gardło ze strachu miał tak zaciśnięte, że ledwo dawał radę się wysławiać. 
- Jasne, że ty. A kto inny? 
- No tak... ja tu robię, eh. - Młody usilnie ukrywał coś przed czarnym wilkiem, rumieniec wylał się na policzki samczyka tak intensywnie, że Naharys był w stanie go dostrzec przez jego ciemną sierść. Czekał w milczeniu na odpowiedź basiorka, nie próbował go ponaglać. 
- Kiedy jeszcze żyła moja wataha zawsze, gdy pojawiał się księżyc, wyliśmy do niego, a później szliśmy na spacer. – palnął Mystic, spuszczając nieco głowę z wyraźnym zmieszaniem na twarzy. Naharys nie powiedział nic przez dłuższą chwilę, wpatrując się w malca z narastającym współczuciem w bursztynowych oczach. Podszedł nieco do swojego nowego podopiecznego, uniósł łapę, aby go objąć, lecz zawahał się... 
~ Nie jest moim synem... to znaczy.. w tym momencie jest pod moją opieką, potrzebuję czasu, aby potraktować go, jak syna. Musisz dać mi czasu, mały Mystic. Z Shori miałem podobne zahamowania w okazywaniu podobnych uczuć, lecz w końcu przekonałem się do niej, otworzyłem przed nią wrota mojego serca. Przed tobą też otworzę, ale potrzebuję czasu. Czasu. 
Aby usprawiedliwić swój nagły ruch łapy, ułożył ją na głowie malca i poczochrał po grzywce. 
- Ah, nie wiedziałem - powiedział, tym razem łagodniej Naharys. - Dobrze, rozumiem. Jeśli chcesz, możemy codziennie wychodzić na wieczorne spacery, wyć do księżyca, jeśli to pomaga Ci się lepiej poczuć, ale pamiętaj jedno; Proszę Cię, nie wychodź nigdzie sam, dobrze? 
- Oh, no dobrze, zapamiętam. 
- Chodź, wracamy do domu. Dziś upolowałem zające na kolację. Lubisz zające? 
Mystic pokiwał niewyraźnie głową, w oczach młodego, które utkwił przed sobą w punkt przed sobą, spostrzegł tętniącą tęsknotę. W końcu, po dłuższym czasie milczenia, Mystic zwrócił je w stronę Naharys'a. 
- Mogę się Ciebie coś spytać? 
Naharys przyzwalająco pokiwał głową. 
- Jasne, śmiało. 
- Dlaczego jesteś czarny? - To pytanie widocznie wytrąciło czarnego wilka z pantałyku, ale też nie mógł się dziwić malcowi. Młodość była też oznaką ciekawości. 
- To taka przypadłość, którą w mojej rodzinie dziedziczy się, co drugie pokolenie, a moce, w zależności od cyklu dnia, również przechodzą zmianę. Jak zauważyłeś, w dzień moja sierść jest biała i panuję nad ogniem, a w nocy zaś... cóż, mrokiem. 
- Super! - odezwał się młody z wyraźnym zainteresowaniem w tonie, jak i blasku jego oczu, które bez ustanku go śledziły. 
- Patrz przed siebie, bo się wywrócisz. - Powiedział ze śmiechem Naharys, puszczając malca przodem. Niecałe dwie minuty później natknęli się na Ereden'a, który wyraźnie sfrustrowany niepowodzeniem z poszukiwań oraz wściekły na Mystic, za to, że wymknął mu się w czasie, gdy był pod jego i rodzeństwa opieką.  
- No! Jesteś! 
Masywna postać Ereden'a, skąpana w srebrzystym blasku księżyca w pełni, ogarnęła swym cieniem malca, który wyraźnie się skulił pod naporem wściekłego wzroku przybranego, starszego brata. 
- Tyle razy Ci mówiłem, żebyś nie ruszał się z miejsca! Doprawdy nie mam ochoty niańczyć cię nonstop, bo też mam swoje zajęcia. Pech chciał, że do nich doszedłeś jeszcze ty! 
- Ereden, opanuj się! - rzucił stanowczo Naharys, kręcąc głową - Zapomniałeś już, jak ty byłeś mały i zdarzało Ci się, i to nie raz, nabroić, przez co musiałem za ciebie świecić oczami przed twoją matką.
- Kiedy ja byłem w jego wieku - odparł hardo Ereden - byłem w stanie zrozumieć swój błąd! 
- Przepraszam, dobra! - zawołał Mystic wyraźnie wymalowaną rozpaczą na pysku. 
- A co mi po twoich przepro... 
- Dosyć! - warknął Naharys na Ereden'a, na co ten zmierzył ojca wzrokiem pełnym niedowierzania. Pokręcił głową z dezaprobatą. - Mystic zrozumiał już swój błąd, dobrze? Teraz jest twoim przybranym bratem, naucz się wskazywać młodszemu drogę bez agresji, bo to bardziej pomoże, niż bezsensowny krzyk na całe gardło. 
~Ereden, wiem, że wybuchowy z ciebie charakter. Dlaczego musiałeś odziedziczyć po mnie te gorsze cechy, aczkolwiek wiem i zdaję sobie sprawę, że bunt i gniew to wyznaczniki twojej osobowości, rozumiem Cię, synu.
Ereden pokręcił jednak głową z dezaprobatą, mierząc ciągle Mystic wściekłym wzrokiem.
- Nigdy więcej nie waż się odchodzić bez pozwolenia! - Ereden zbliżył wyszczerzony groźnie pysk do ucha Mystic. - Jasne?! 
Mały nie odpowiedział, zmierzył tylko dorosłego brata wzrokiem, pełnym wyrzutu i poczucia winy, po czym z westchnieniem opuścił głowę. Pociągnął nosem. Naharys milczał z zaciśniętymi zębami. 
~ Będę musiał pogadać z Eredenem
Z tymi słowy, Ereden odszedł w stronę jaskini, nie oglądając się już za siebie - w jego krokach, zapachu niesionym przez nocny wiatr, dało się zwietrzyć wściekłość i zawód. 
- Czemu się tak wściekł? - zapytał po chwili Mystic. 
- Nie przejmuj się - odparł łagodnie Naharys - Ereden... cóż, po prostu taki już jest. To dobry wilk, ale miewa problemy z opanowaniem emocji. Bywa wybuchowy, ale możesz zawierzyć mu własne życie, sekrety, bezpieczeństwo. Uwierz mi na słowo. No chodź już, bo nam zjedzą wszystkie zające. 
- Jakoś... nie jestem głody - przyznał Mystic. Naharys wyraźnie wyczuł w tonie malca zakłopotanie, wywołane zapewne niemiłą reakcją Ereden'a. 
- Zjedz chociaż zajęcze udko. Jak chcesz, specjalnie dla ciebie, upiekę je nad ogniem, ot dla zwiększenia smaku. O! Albo, jeśli masz ochotę, możemy jutro zapolować. Co ty na to?

<Mystic?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 3090
Ilość zdobytych PD: 1545 + 30% (463 PD) za długość powyżej 3000 słów
Obecny stan: 2008 PD

niedziela, 7 sierpnia 2022

PODSUMOWANIE MIESIĄCA ~ LIPIEC

Gorące, złote słońce na ciemno nas opali, w srebrzystej, bystrej rzece będziemy się kąpali.
Niech żyją wakacje, niech żyje pole, las, i niebo, i słońce, wolny, swobodny czas.

Chlapu – plastu, już od brzasku
Budujemy miasto z piasku
Piękne miasto nad miastami,
W jakim nie mieszkamy sami.
Domy barwne aż nad podziw
Fruwa się w nich, czy też chodzi?
Można by tu żyć wspaniale
Gdyby deszcz nie padał wcale.

Witajcie basiory i wadery!
Gorący lipiec jest już za nami, a tym postem witamy Sierpień. Nowy rok szkolny jest tuż tuż, więc korzystajcie z ostatnich wolnych chwil. Bawcie się do woli! Oby ten cudowny miesiąc przyniósł ukojenie od palącego słońca, a i wam ulgę i zimną bryzę. 

Co tym razem jest już za nami i przed nami? Poprzedni miesiąc, rozpoczynający wakacje przyniósł ze sobą nowy Event!
Jest nim EVENT WAKACYJNY, przygotowany przez naszą cudowną Renesmee! Jego koniec zaplanowany jest dopiero na 1 września, więc warto się nad nim pochylić. Serdecznie zapraszamy do wzięcia udziału. Nagrody czekają na każdego uczestnika ♥ 

Wracając już do sprawy związanych z naszym cudownym blogiem!
Po za tym Administracja z radością wita nowo przybyłych wilczków ♥ W szeregi watahy wkroczyły
aż trzy wspaniałe waderki: Hattie - piękna sanitariuszka, Stormy - nieposkromniona gwardzistka i paladynka oraz Visalę z rodu Lukerrid - waderka wprawiową w wojaczce. To jednak nie koniec! Powitajmy gorąco również Mystic - rocznego basiorka ze wspaniałymi skrzydłami i bardzo interesującą historią oraz aż trzy Postacie NPC ~ Adgur, Letho, Saariel

Bardzo cieszymy się, że stado rośnie w nowe osoby i żywimy ciepłe nadzieje, że będzie wam tutaj dobrze i zostaniecie z nami na jak najdłuższy czas!
PODSUMOWANIE MIESIĄCA ~ LIPIEC
Belief ~ 6 opowiadań. Postać awansuje na poziom 4. Punkty umiejętności zostały już przydzielone;
Yneryth ~ 5 opowiadań;
Naharys ~ 4 opowiadania. Postać awansuje na poziom 16 (z 14). Punkty umiejętności są jeszcze do przydzielenia;
Sininen ~ 4 opowiadania, w tym 1 Quest. Postać awansuje na poziom 8 (z 6). Punkty umiejętności zostały już przydzielone;
Renesmee ~ 1 opowiadanie. Postać awansuje na poziom 3. Punkty umiejętności są jeszcze do przydzielenia;
Shani ~ 4 opowiadania, w tym 1 Quest;
Stormy ~ 2 opowiadania;
Hattie ~ 2 opowiadania;
Visala ~ 2 opowiadania, w tym 1 Quest;
Niko ~ 1 opowiadanie. Postać awansuje na poziom 2. Punkty umiejętności są jeszcze do przydzielenia;
Ereden ~ 1 opowiadanie. Postać awansuje na poziom 4. Punkty umiejętności są jeszcze do przydzielenia;
Lonya ~ 1 opowiadanie;
Copycat ~ 1 opowiadanie;
Pawona ~ 1 opowiadanie. Postać awansuje na poziom 2. Punkty umiejętności zostały już przydzielone;
Mystic ~ 1 opowiadanie;

< POZOSTALI >
Atrehu ~ 0 opowiadań;
Itachi ~ 0 opowiadań;
Noiter ~ 0 opowiadań;
Cúán ~ 0 opowiadań;
Lawrence ~ 0 opowiadań ~ Postać nie napisała ani jednego opowiadania od dnia dołączenia. Administracja daję czas do końca sierpnia. Jeśli nie pojawi się choć jedno, Lawrence zostanie wydalony z watahy;
Shori ~ 0 opowiadań;
Itami ~ 0 opowiadań;
Attano ~ 0 opowiadań;
Eowina ~ 0 opowiadań;
Pliszka ~ 0 opowiadań;

piątek, 5 sierpnia 2022

Od Shori c.d Visali ~ “Fale”

Od dobrych kilku minut obserwowałam poczynania ciemnej, niewysokiej wilczycy z błękitnym księżycem na czole. Równie błękitne oczy wadery wyglądały, jakby były zatracone w toni jeziora, nad którym to stałyśmy od dłuższego czasu. Nie mam pojęcia, jakim cudem dostała się tak daleko, w głąb watahy, ale jeśli Rene dowie się, że miało to miejsce na mojej zmianie, to nie chcę wiedzieć, jakie konsekwencje mogę ponieść, za "wpuszczenie szpiega w nasze progi". Wzdrygnęłam się, po czym sprawnie zmieniłam, pozycję, przemieszczając się o kilka metrów w kierunku północnym. Na moje nieszczęście i wiatr i moje futro zdradziły moją obecność. Słysząc nawoływanie wilczycy i dostrzegając gwałtowne napięcie mięśni, wyszłam napuszona, niczym lemur katta. Wyprostowana, wysoko uniesiona głowa, na wpół rozłożone, uniesione w górę skrzydła, z klatką wypiętą oraz pewnym siebie krokiem ukazałam się, zmniejszając dystans między nieznajomą. Nie pytajcie, czemu się tak nastroszyłam, sama nie wiem, może to kwestia zbliżającej się gwałtownej zmiany pogody bowiem wiatr zawiał nieco gwałtowniej.
- Nie wyglądasz na kogoś, kto lubi walczyć. - Stwierdziłam. Wadera nie wyglądała na słabą, jednak jej budowa ciała nie przypominała sylwetki żadnej ze znanych mi wojowniczek. W obecnej chwili dobrze zarysowane mięśnie łap, przywoływały na myśl raczej pozycję zwiadowcy. Wilczyca musi mieć świetną kondycję i zajmować się czymś, gdzie oczekuje się od niej przebywania sporych dystansów w stosunkowo niedługim czasie. Być może się myliłam, ale takie były moje pierwsze wrażenia. Biorąc sobie do serca rady Kropelki, postanowiłam odwlekać ewentualną walkę, gdyż jeszcze nie poprawiłam się wystarczająco. Niebieskooka milczała, obserwując mnie uważnie.
- Od dłuższego czasu znajdujesz się na terenach Watahy Rennaisance. Zgubiłaś się? Szukasz czegoś lub kogoś? - Zapytałam, zatrzymując się jakieś trzy metry przed wilczycą. Uważnie obserwowałyśmy nawzajem swoje ruchy. Za wilczycą znajdowało się kilka drzew, na skraju intensywnie zalesionych gór. Po jej lewej znajdował się brzeg jeziora. Ja natomiast stałam niby z prawej niby na wprost wadery. Nieznacznie ograniczyłam drogę ewentualnej ucieczki niebieskookiej, która w razie podjęcia, zmusiłaby ją do odwrotu w kierunku granicy, a następnie za nią.
- Ja, hm, Nie wiedziałam, że jestem na terenach czyjejś watahy. Hm...
- Czyli się zgubiłaś? - Spytałam, nieznacznie przechylając głowę.
- Nie zupełnie. - Wyznała. - Szukam, hm, schronienia. - dodała po chwili.
- Ach tak? - Wilczyca bardzo mnie tym zaskoczyła. Widząc moją nader specyficzną reakcję, wadera odezwała się ponownie.
- Jestem Visala z rodu Lukerrid. - Przedstawiła się.
- Shori... po prostu Shori. - Skinęłam głową. - Powinnyśmy się udać do Alfy w Twojej sprawie. - Stwierdziłam, Wzbiłam się na jakieś trzy metry nad ziemię, po czym dodałam. - Chodźmy, powinnyśmy zdążyć, przed popołudniowymi zadaniami. - Oznajmiłam, uogólniając i pomijając informacje, że mam wtedy patrol, połączony z treningiem powietrznym wraz ze Stormy. Wilczyca Zadarła nieco pysk, by na mnie spojrzeć, widząc niemą zgodę i gotowość, ruszyliśmy w kierunku jaskini Rene oraz Nico. Po jakichś czterdziestu minutach intensywnego marszu odbyła się krótka rozmowa, ciemniejszych ode mnie wader. Gdy Visala, wyszła z jaskini, jakby spokojniejsza zaczepiłam ją w przyjazny i topy dla siebie sposób.
- Hej Visalo, Jak poszło? - Niebieskooka spojrzała na mnie i miło się uśmiechnęła.
- Renesme powiedziała...

<Visala?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 484
Ilość zdobytych PD: 242
Obecny stan: 242

czwartek, 4 sierpnia 2022

Od Yneryth’a c.d. Naharysa ~ Pokłosie

Wszystkie wydarzenia lekko zdenerwowały samca. Pomimo chęci ocalenia drzewa nie uśmiechało mu się na myśl tymczasowego ocalenia. Samo prowadzenie go w nieznane jak na smyczy nie poprawiło jego humoru. Tak czy siak, po pewnym, ciężkim dla niego okresie, to po co wyruszyli, zostało zdobyte. Naharys zdawał się jakiś dziwnie nie w sosie. Nie tryskał energią tak jak zwykle. Czując, że coś mu nie gra nie omieszkał zapytać.
- Wszystko dobrze?
Przewidywania zdawały się mieć swoje miejsce. Szorstka odpowiedź, niezbyt grała mu z tonem Naharysa. Chwilę później basior przekazał mu sposób używania pozyskanej w dziwnych okolicznościach żywicy. Basior powoli i zmysłowo wcierał substancje w korę jabłoni. Po kilku chwilach Yneryth również zanurzył łapę w płynie i zaczął powtarzać koliste ruchy, jednocześnie czyszcząc się z tego paskudztwa. Żółtooki obrócił na chwilę głowę, kierując ją ku aktualnie czarnemu wilkowi. Wilk zdawał się zadowolony, zrozumieniem przez drugiego ów techniki.
- Tak… będzie dobrze… z pewnością…- Samiec upada na ziemie z brakiem przytomności.
- No tak… Yyyy- Wzdycha ciężko, wypuszczając powietrzę. – Kto by się tego spodziewał. – Lekko się uśmiecha. Hmm co my z tobą zrobimy? – Spogląda na leżącego luźno wilka. Potem rzuca spojrzeniem ku niebu, aby zobaczyć mniej więcej jaka jest teraz pora dnia. – Chyba już mam plan.
Yneryth ostatni raz szturcha Naharysa, aby upewnić się, czy na pewno się wstanie. Widząc, że jest nieprzytomny, powoli odchodzi. Żółtooki spaceruje w kierunku leśnej ściany, w celu zlokalizowania czegoś, co mogłoby pomóc. Powoli przemierzając połać lasu, zauważa szelesty dochodzące z oddali. Czując lekką pustkę w przewodzie pokarmowym, zmienia kurs, kierując się na źródło hałasu. Wilk, będąc coraz bliżej hałasu, coraz mniej słyszy wydawany przez otoczenie odgłos. Basior przystaje, rozglądając się dookoła siebie. Niestety, lecz nic nie zauważa, wykonuje przed siebie jeszcze kilka kroków, tak aby wychylić za krzaku swoją głowę. Wyłaniając pysk za zarośli, zobaczył stadko saren. Może nie było to, tym czego szukał, ale żądza głodu napędzana przez pusty żołądek wpłynęła na jego decyzyjność.
- Hmm… jeśli się obudzi, to na pewno będzie głody. Szybki posiłek jeszcze nikomu nie zaszkodził. – Kończąc, schował się pod iluzją i ruszył prosto pomiędzy stado. Przekradając się w pobliże zwierzyny, ciężko było mu się opanować. Jednak musiał się pohamować, tak aby i Naharys dostał coś do schrupania. Obejrzał skrupulatnie każdą po kolei. Jego wzrok uważnie przesuwał się po talii, analizując zdobycz. Gdy w już wybrał sobie kandydatkę do schrupania, płynnie wyskoczył zza obrazu, chwytając szczękami za jej szyje. Jednym ruchem szarpnął sarną, przecierając jej głową o podłożę. Atak zakończył szybkim zaciśnięciem szczęk. Syk wyciśniętego powietrza z szyi zwierzęcia był ostatnim słyszalnym dźwiękiem. Dusza kopytnego nie zdążyła ulecieć w spokoju, nim basior z powrotem zanurzył się w piaskowych odmętach. Yneryth nie chcąc marnować czasu, od razu dał się ze zdobyczą do nieprzytomnego basiora. Ciągnął za sobą zwłoki, pozostawiając za sobą położoną trawę i ślady wyciekającej krwi.
Żółtooki doszedł do miejsca, gdzie znajdował się Naharys. Szyi basiora ulżyło, gdy mógł rzucić zdobycz gładko przed siebie, tak aby wylądowała pod pyskiem nieprzytomnego. Zdawało mu się, że będzie miał, chociaż chwilę dla siebie, na spożycie przynależnej mu połowy. Sytuacja jednak mijała się z jego wyobrażeniem. Noc wiązała się jeszcze z jednym aspektem, o którym jakoś zapomniał. Biorąc się za podzielenie zdobyczy, usłyszał za sobą kroki. Błyskawicznie wsłuchał się otoczenie tak, aby nie musiał obracać swojego pyska. Po delikatnym świście powietrza, grono możliwych przybyszy gwałtownie zmalała. Taki dźwięk mógł wydać tylko wilk ze skrzydłami. Mimo iż w watasze takich nie brakowało, wątpił, że takowi z własnej woli pokażą się jakby nie patrzeć na jego terenie. Wiele się nie mylił, gdyż to właśnie jeden ze znajomych mu przybył na polane. Słysząc jego głos, już był pewien. To właśnie On przybył w TYM właśnie momencie. Yneryth gładko uśmiechnął się, zauważając, że ma on piekielnie dobre wyczucie.
- Hej, co tam porabiacie?
- Yneryth’owi sunęły się na język tylko jedne słowa, ale ta sytuacja nie pozwalała mu na nie. – A siedzimy sobie z Naharysem i jemy. – Powiedział, podnosząc pobliski piasek z ziemi, tak aby jakoś ukryć fakt nieprzytomnego basiora.
- Ooo a mogę z wami?
- Pewnie łap, my jesteśmy już najedzeni. Prawda Naharys? – Obraca głowę i mówiąc do swojego dzieła. Przez chwile sam był zdziwiony, jak bardzo obraz przypomina rzeczywistość. Jakoś Naharys zdawał się bardziej przyjemny i znośny w tej formie.
- Udaje głos Naharysa. – Tak się najadłem, że jakoś dziwnie się czuje. Chyba się prześpię. – Iluzja kładzie się do snu, pokrywając się z ciałem nieprzytomnego.
- Oki, z chęcią coś zjem. Cały ten dzień strasznie mnie zmęczył, mój brzuch też nie miał lekkiego dnia. – Zajada się sarną.
Białemu znacznie ulżyło, po tym, jak Noiter zdawał się kupić tę szopkę. Chociaż jeden pozytyw tego dnia, pomyślał w duchu. Chwilę porozmawiał z nim, opiekuńczo udając, że martwi się o sen tego po prawej.

< Wstaje poranek. Noiter odszedł przed chwilą >
- Ahh.. Ciężko wypuszcza pozostałe powietrze, po całym tym sztucznym zachowaniu. – To, co my z tobą zrobimy? – Po chwili zastanowienia, przypomina sobie o pewnej waderze. – No tak, jak ona miała? – Patrzy na białego już Naharysa. – Jak nazywała się twoja siostra? – Po paru sekundach, przypomina sobie jej imię. – No tak Lonya, to tam cię zabierzemy. Ona na pewno ci pomoże, ale poczekaj chwilę, ponieważ w zasadzie jesteś ode mnie wyżej w hierarchii, to muszę słuchać twoich poleceń, tak? Mimo że czasem głupich i… A nieważne, już daj mi tylko chwilę. – Nabiera na łapę płynu i wciera w korę. Kończy zastanawiając się, co zrobić z resztkami pozostałymi na łapie. Paterzy na Naharysa i głupio się uśmiecha. Kończąc łapie pyskiem Naharysa i ciągnie go w kierunku nieznanej mu jeszcze medyczki.

< Po transporcie do celu >
- Hej. – Mówi zmieszanym głosem. – Znalazłem twojego… eee brata, zdaje się, że zemdlał i nie ma się za dobrze. Mogłabyś się nim zająć?

Naharys?

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 933
Ilość zdobytych PD: 466
Obecny stan: 466