Newsy



:Aktualności
.Blog przechodzi obecnie renowację
.Już niebawem pojawią się nowości

:Pogoda
Obecna pora roku ~ Jesień
.Temperatura waha się między 10+ a 0- stopni Celcjusza
.Zmiana pory roku nastąpi 15.12.2022

Liczba wilków ~ 27
Wadery ~ 18 + 1 NPC
Basiory ~ 7 + 4 NPC
Szczeniaki ~ 1
Nieobecni: Brak

~Serdecznie zapraszamy♥~

sobota, 5 listopada 2022

Nasari

Może być też Nasa, Nas, Nasia, Nasuś
Płeć: Wadera | Wiek: 4 lata | Rasa: Wilk | 
Ranga: Delta Poziom: 1 (631/3000 PD) | Stanowisko: Kapłanka | Alchemiczka
Właściciel:  [gmail] nasari.roza.pl@gmail.com | [Discord] Nasari Nasa#8588
Autor: Art należy do właściciela wilka


wtorek, 1 listopada 2022

Engill
Dla większości Ania
Płeć: Wadera | Wiek: 2 lata | Rasa: Wilk | 
Ranga: Delta Stanowisko: Tropiciel

Właściciel:  angelikanadr@wp.pl [gmail]
Autor: Plasticss (lineart) Właścicielka wilka (kolory)


Od Shani - Quest II | III | XII ~ W Pułapce | Zaraza | Spojrzenie

"Wdech i wydech. Nie spieprz tego" – powtarzała sobie wadera raz za razem. Miała świetną okazję, by bezszelestnie podkraść się do pasącej się nieopodal łani. Kępy wysokiej, maskującej trawy, ciągnęły się na całym dystansie od drapieżnika do ofiary. Wiatr również przybrał kierunek korzystny dla wilczycy. O ile nie postąpi zbyt gwałtownie, zapowiadał się łatwy obiad. Wystarczyło tylko skierować pierwszy cios na tylną łapę, by przeciąć ścięgna i uniemożliwić skuteczną ucieczkę. Wilczyca robiła to już setki razy, więc co mogło pójść nie tak? Oj, Shani nie przypuszczała nawet, do czego doprowadzi to, wydawać by się mogło, rutynowe polowanie.
W zasadzie powinna była domyślić się już wcześniej – kiedy sarna, zaalarmowana jakimś niespodziewanym dźwiękiem, rozejrzała się nerwowo po otoczeniu, a jej oczy błysnęły czerwienią. Wadera stwierdziła jednak, że musiało jej się przewidzieć. Przeczytała o jeden zwój o niewyjaśnionych zdarzeniach za dużo i umysł musiał płatać jej figle.
Również fakt, iż łania pasła się podejrzanie blisko terenów, gdzie wilki z watahy lubiły spędzać czas (a w konsekwencji przepełniać okolicę swoim zapachem) nie wzbudził u Shani podejrzeń.
Tak właśnie myśliwy stał się ofiarą. I to w ułamku sekundy! Wadera już naprężała mięśnie w łapach, szykując się do skoku, gdy łania odwróciła się w jej stronę i rozpoczęła szarżę.
Wilczyca wykonała szybki unik, po czym wskoczyła na najbliższy pieniek. W tym ułamku sekundy, który miała na ocenę przeciwnika, zdążyła dostrzec czerwień oczu, która okazała się nie być złudzeniem. Z pyska zwierzęcia toczyła się piana, a w jego gardle brzmiał niezwykły jak dla gatunku zwierzęcia warkot.
Łania przeorała kopytem ziemię i ruszyła gwałtownie w kierunku wilczycy, która zaczęła pędzić ile sił w łapach. Świat zawęził się do ledwie kilku bodźców – rytmu jej własnych łap oraz stukotu kopyt, które wcale nie zdawały się niknąć w oddali. Wręcz przeciwnie – każdy kolejny stukot zdawał się wybrzmiewać coraz bliżej. Serce Shani biło jak oszalałe, lecz męczyło się już; podobnie zresztą płuca, w których płonął żywy ogień. Panika narastała w jej ciele w miarę, jak mięśnie zaczynały odmawiać posłuszeństwa. Wiedziała, że napastnika dzieliło od niej ledwie kilka kroków. Już prawie czuła ciepłotę ciała zwierzęcia, gdy nagle… Głośny brzdęk położył kres galopowi łani. Zwierzę wydało z siebie ryk przepełniony bólem.
Shani ostrożnie odwróciła się o sto osiemdziesiąt stopni, by zobaczyć łanię wierzgającą się we wszystkie strony. Jej noga utkwiła w potrzasku, który wyglądał jak zaciśnięte szczęki niedźwiedzia i był zrobiony z metalu. Wadera uznała, że musi czuwać nad nią jakaś opatrzność – w zasadzie tutejsze wierzenia mocno różniły się od jej rodzimych, co wprowadzało medyczkę w lekki zamęt, ale to temat na inną okazję. Teraz przerażenie ustąpiło miejsca ciekawości. Niepokój jednak nie ustąpił całkowicie i wilczyca stanęła tyłem do pokaźnego drzewa, by zminimalizować ryzyko, że ktoś – lub coś – zajdzie ją od tyłu. W czasie, gdy rytm jej serca wracał do normalności, przyglądała się zwierzęciu z oddali. Jego zachowanie nie przypominało wystraszonej łani znajdującej się w śmiertelnej pułapce, o nie. Zwierz wił się wściekle jak bestia na uwięzi, czekająca, aż będzie mogła rozszarpać wszystko wokół.
Shani rozważyła w głowie, jak powinna postąpić. Nie mogła przecież zostawić tej anomalii bez nadzoru i wrócić do porządku dziennego. W końcu doszła do wniosku, że powinna zneutralizować zagrożenie i odkryć jego genezę. Należało też poinformować Renessmee o tym dziwnym zdarzeniu.
Tylko jak miała zabić zwierzę? Bała się użyć do tego zębów. Czytała o chorobach, które prowadzą do agresywnych zachowań – wedle jej wiedzy, wszystkie te choroby były nieuleczalne, śmiertelne i przenosiły się przez kontakt z krwią bądź innymi płynami ustrojowymi. Cóż, nie warto ryzykować.
Chwyciła sporą gałąź, którą niedawna burza musiała strącić z drzewa. Koniec zdawał się w miarę ostry, ale wadera dla pewności oskubała go z wszelkich zbędnych elementów. Prowizoryczna włócznia nie była może idealna, ale w tych warunkach, bez odpowiednich narzędzi, nie mogła liczyć na nic lepszego. Wilczyca wzięła spory zamach i wycelowała broń w klatkę piersiową zwierzęcia. Ostrze wbiło się z nieprzyjemnym, mokrym dźwiękiem. Shani była przekonana, że przebiła płuco. Zmęczona łania walczyła już coraz słabiej, a każdy kolejny jej oddech był płytszy od poprzedniego. Pomimo agresywnego nastawienia zwierzęcia, waderze ciężko było znieść widok jej cierpienia. Nie widziała jednak rozwiązania, jak bezpiecznie mu ulżyć. Dlatego też, choć nie była z tego dumna – odwróciła wzrok.
Wśród leśnego poszycia zauważyła wtedy błysk. Z braku lepszego zajęcia w oczekiwaniu na śmierć sarny, podeszła do jego źródła. W nietypowym przedmiocie rozpoznała to samo narzędzie, które wcześniej schwytało sarnę. Na jego środku, z niewiadomego powodu, rozsypane były ziarna. Medyczka ostrożnie wsadziła patyk między dwa zębate półkola i… brzdęk! Pułapka zamknęła się tak szybko, że Shani, choć wiedziała, co się stanie, odruchowo odskoczyła w tył.
Obrzuciła okolicę uważnym spojrzeniem. Dostrzegła, iż okolica usiana jest drobnymi błyskami zdradzającymi lokalizację licznych, groźnych mechanizmów.
Cóż, dwie zagadki na raz, to trochę za dużo, nawet jak na Shani – choć wilczyca nie mogła się pozbyć przeczucia, że te sprawy są w jakiś sposób ze sobą powiązane. Musiała jednak działać metodycznie i skupić się na jednym zadaniu na raz.
Minęło jeszcze kilka chwil, nim zwierzę skonało – wadera wykorzystała ten czas na przygotowanie prowizorycznej liny z rozmaitych podłużnych kawałków roślin. Gdy przestało oddychać, wilczyca, dla pewności, rzuciła w jego stronę kilka kamieni, a potem przebiegła truchtem przed jego nosem – po jego wcześniejszym zachowaniu spodziewała się, że może to być jakaś sztuczka, a – zdaniem Shani – ostrożności nigdy za wiele. Gdy nabrała pewności, że łania nie żyje, owinęła ostrożnie linę wokół jej szyi i zaczęła taszczyć ciało w kierunku jaskini medyków. Słyszała nieprzyjemny trzask, gdy tkanki uwięzione w pułapce rozrywały się, aż w końcu uwolniły nogę ofiary.
Jasne, może wnoszenie potencjalnie zakaźnej zwierzyny w obszar, gdzie przebywało więcej wilków, nie było bezpiecznym rozwiązaniem, ale to wciąż lepsze, niż pozostawienie jej bez nadzoru. W końcu ktoś mógł zjeść świeżą padlinę… W każdym razie ostatecznie Shani udało się donieść ładunek na miejsce.
Stojąc przed jaskinią medyków, czuła lekki niepokój i ekscytację. Te uczucia pojawiały się u niej już od jakiegoś czasu za każdym razem, gdy stawiała się w pracy. Nie chodziło tu o sam fach – wilczyca nie wątpiła w swoje umiejętności. Musiało tu chodzić o coś innego, czego Shani sama nie była w stanie określić.
Ostrożnym krokiem weszła do środka. Zobaczyła Itami, która przygotowała jakąś ziołową mieszankę; sądząc po zapachu, było to coś przeciwbólowego.
- Itami? Cześć, masz chwilę? Mam tu chyba nagły przypadek. To znaczy nie taki nagły, bo martwy, ale trzeba to zbadać!
- Jasne. Co się dzieje? – Zapytała lisiczka, wyraźnie zdziwiona, że Shani pojawia się w pracy w wolnym dniu.
- To zabrzmi głupio, ale zaatakowała mnie dzisiaj łania. Myślę, że musiała być chora. Zabiłam ją, a ciało przyniosłam tutaj. Chciałabym zrobić jej sekcję.
- Łania? – Do rozmowy dołączył inny, melodyjny głos, a chwilę później w wejściu do jaskini pojawiła się kolejna wilczyca. – To by sporo wyjaśniało. Jeden z pacjentów twierdził, że pogryzła go zwierzyna, ale byłam pewna, że to majaczenie gorączkowe! Rana wygląda naprawdę paskudnie. Biedak, zakażenie rozprzestrzenia się na cały organizm…
Shani poczuła lekkie uczucie smutku, gdy zorientowała się, że również Lonya jest dziś w pracy. To nie tak, że nie przepadała za biało-różową wilczycą. Wręcz przeciwnie. Współpraca z nią była czystą przyjemnością. Po prostu… Szara pracowała tu najkrócej z całej trójki i zdarzało jej się czuć jak przysłowiowe piąte koło u wozu. Być może z czasem, wraz z długimi wspólnymi zmianami i dziesiątkami uratowanych żyć, uda jej się tu całkowicie wpasować? Ale czy to wystarczy, by uczucie zazdrości zniknęło całkowicie? Zaraz, jakiej zazdrości? Przecież tu nie ma o co być zazdrosnym. Shani odpędziła od siebie tę myśl jak natrętną muchę.
- W takim razie tym bardziej musimy dowiedzieć się, co tu jest grane. Łanię spotkałam na granicy Foret de Vie. Zachowywała się jak wściekły niedźwiedź, a z jej pyska toczyła się piana. Goniła mnie aż do Golden Grove, a tam… też wydarzyło się coś dziwnego. Złapała się w pułapkę! I tych pułapek było tam więcej. Zobaczcie, co zrobiła z jej nogą – opowiadała Shani, prowadząc współpracownice do ciała.
- Ała – skwitowała jedna z nich.
- Dokładnie, ała. Muszę jeszcze poinformować o tym Renessmee. Czy mogę liczyć na waszą pomoc? Myślę, że łanię trzeba poddać sekcji i przeszukać dostępną literaturę.
- Poradzimy sobie z tym – zapewniła Itami, a Lonya zawtórowała jej kiwnięciem głowy.
- Dziękuję. Wrócę do was, jak tylko porozmawiam z alfą!


*
Rozmowa z Renessmee poszła sprawnie. Przywódczyni zachowała zimną krew i zwołała zebranie, na którym miała zachęcić wilki do ostrożności podczas polowań oraz do zgłaszania wszelkich niecodziennych obserwacji. Jedynie medycy byli zwolnieni z apelu – ich zadaniem było jak najszybsze poznanie przyczyny zjawiska.
Gdy Shani wróciła do jaskini medyków, zastała niecodzienny widok. Lonya stała nad rozkrojonymi zwłokami łani, a Itami siedziała na podłodze, otoczona zwojami posegregowanymi wedle znanego tylko jej systemu.
- I jak, macie coś?
- Lepiej sama zobacz – odpowiedziała Lonya.
I rzeczywiście, było na co patrzeć. Trzewia wyglądem nie odbiegały od normy, natomiast w czaszce pulsowała dziwaczna, mięsista, struktura, przypominająca wyglądem kraba. Pokrywała mózg niczym peleryna, a jej czerwone wypustki sięgały do oczu (zapewne to one nadały im rubinową barwę), kanałów słuchowych i rdzenia kręgowego.
- Na bogów, co to takiego?!
- Niestety jeszcze nie wiemy – odparła Itami znad kolejnego zwoju. Stosik skryptów, które nie zostały jeszcze przejrzane przez lisiczkę, był już niepokojąco mały.
Z pomocą Shani (Lonya bowiem zajęta była doprowadzaniem siebie i otoczenia do porządku po przeprowadzonej sekcji) szybko zmalał do zera.
Odpowiedzi nigdzie nie było. Tym większy niepokój ogarnął medyczki, gdy w wejściu do jaskini stanęła Belief wraz z wysokim, ale szczupłym wilkiem idącym niepewnie kilka kroków za nią. Od wszelkich „formalności” typowych dla przychodzących do jaskini medyków po pomoc, szybko przeszła do konkretów:
- Ten tu twierdzi, że upolował rano jelonka, który walczył o swoje życie jak wściekła wiewiórka. Jego oczy były czerwone, a z pyska toczyła się piana – zaraportowała wilczyca.
Chuderlawy, młody basior o brązowym futrze, stał tymczasem kilka kroków za nią. Nerwowe przebieranie przednimi łapami, oblizywanie nosa i unikanie wzroku – ten osobnik całym sobą dawał wyraz zakłopotaniu, jakie odczuwał.
- T-to prawda – wydukał w końcu. – A teraz boli mnie brzuch.
- Chodź za mną, zbadam cię. Belief, zostań proszę jeszcze chwilę. Możesz być nam potrzebna, gdy poznamy wynik badania – zaordynowała Shani, ruszając w stronę wolnego posłania. Z trudem przyszło jej odpuszczenie wykładu dla nieostrożnego młodzieńca. – Połóż się, proszę. Czy boli, kiedy tu dotykam? A teraz?
Obraz kliniczny pacjenta nie jawił się kolorowo. Jego brzuch był twardy i bolesny. Błony śluzowe – blade. Skóra – ucieplona i mało elastyczna, wskazująca na gorączkę i odwodnienie. Przyspieszone bicie serca i wzmożony wysiłek oddechowy nawet w spoczynku stanowiły ostrzeżenie, że pacjent w każdej chwili może się pogorszyć.
Shani nie musiała raportować przypadku koleżankom z pracy - wilczyce z pełnym zaciekawieniem uczestniczyły w badaniu. Na koniec pozostało im tylko wymienić spojrzenia pełne determinacji, ale nie pozbawione strachu. Jasne, to mógł być zwykły zbieg okoliczności. Pogryzienie chorego jelonka połączone ze spożyciem innego, nieświeżego posiłku w innym czasie. To tłumaczenie brzmiało jednak dość naiwnie nawet w myślach. Wszystko wskazywało na to, że choroba mogła atakować również wilki. Łagodnie mówiąc, oznaczało to, iż wszyscy mieli przesrane. Jak leczyć chorobę, o której nie wie się zupełnie nic?
- Belief – zwróciła się Shani do białej, zerkając jednocześnie na twarze koleżanek z pracy. – Powiadom proszę Renessmee, że mamy chyba pierwszy przypadek. Sytuacja jest poważna. Nie wiemy jeszcze, co to za choroba, ale nie mów o tym nikomu oprócz alfy. Niech ona zdecyduje, co zrobić. Przyda nam się każda pomoc.
Wilczyca skinęła głową, po czym wyrecytowała wiadomość (zapewne, by lepiej utrwalić ją w pamięci), po czym opuściła jaskinię. Teraz Shani, Itami i Lonya zostały same z problemem.
Brak jakichkolwiek informacji w literaturze sprawiał, że krążyły jak dzieci we mgle. W zasadzie reszta dnia upłynęła im na dyskutowaniu o tym, co powinny bądź nie powinny zrobić z problematycznym pacjentem. Stanęło na tym, że został odizolowany od innych i dostawał napary z ziółek, których efekt, poza tym nawadniającym, mieścił się w granicach placebo. Wraz z narastaniem dolegliwości bólowych, otrzymywał również preparaty analgetyczne, podawane jednak w rozsądnych dawkach.
Ratunek przyszedł w niepozornym przebraniu drobnej, piaskowej wadery, która niosła w pysku opasły zwój. Z oczywistych względów nie mogła mówić, dlatego jej przybyciu towarzyszyła pełna momentu cisza – do czasu, aż przedmiot spoczął na stole.
- Jestem Pawona Shanar – przedstawiła się, chyba tylko wobec Shani; pozostałe wilczyce już raczej ją znały. – I chyba mam rozwiązanie waszego problemu.
Mówiąc to, rozwinęła zwój tak, by ukazał się odpowiedni fragment. Jedna ze znajdujących się obok tekstu rycin wyglądała znajomo. Shani poczuła, jak w jej wnętrzu coś rośnie – mieszanina ekscytacji i… nawet nie wiedziała, jak to możliwe, lecz odczuwała strach i ulgę zarazem. Podniecenie ostygło jednak, gdy spostrzegła, iż tekst napisany jest nieznanym jej językiem. Tu znów pomogła Pawona, która przeczytała całość na głos, tłumacząc na bieżąco:
„Clonorhis eplythicus – przywra, pasożyt wewnętrzny. Jej żywicielem ostatecznym są wilki grzywiaste oraz duże kotowate, których odchody stanowią źródło zakażenia dla żywicieli pośrednich – zwierząt roślinożernych, takich jak kapibary, inne gryzonie, tapiry, nieloty. Pasożyt atakuje układ nerwowy za pomocą wyspecjalizowanych tworów z tkanki łącznej (ryc. 1), zmieniając jego funkcję. Zainfekowana zwierzyna staje się niezdolna do odczuwania stresu, a tym samym nie ucieka przed drapieżnikiem i staje się łatwym łupem. Równocześnie w jej mięśniach wytwarzają się cysty (ryc. 2), których zjedzenie przez drapieżnika skutkuje zakażeniem. Zakażony drapieżnik, w początkowym okresie choroby, doznaje dolegliwości ze strony układu pokarmowego (wymioty, biegunka), co ma na celu zwiększenie rozsiewania jaj przywry. Rozmnażanie pasożyta jest jednak pozbawione mechanizmów samoregulacyjnych – namnaża się on w organizmie nosiciela, zużywając wszelkie zapasy energii i prowadząc ostatecznie do śmierci z wycieńczenia, bądź, w skrajnych przypadkach, niewydolności wielonarządowej spowodowanej zastąpieniem żywej tkanki przez masy pasożytów.
Odnotowano pojedyncze przypadki, w których nosicielem stawał się kręgowiec spoza typowego cyklu życiowego Clonorhis eplythicus. Skutki takiej infekcji potrafią być nieprzewidywalne. W przypadku zakażenia u wilków, należy użyć wysokich dawek leków przeciwpasożytniczych – istnieją pojedyncze doniesienia o sukcesie terapeutycznym po stosowaniu 500 ml naparu z piołunu (1 porcja suszu na 2 porcje rozpuszczalnika) 3 razy dziennie przez okres minimum dwóch tygodni. Należy pamiętać o tym, jak obciążająca jest to terapia i zastosować leczenie wspomagające dostosowane do pacjenta, ze szczególnym uwzględnieniem preparatów osłaniających wątrobę oraz ziół przeciwpsychotycznych”.
- Ile piołunu?! – Wymsknęło się Lonyi, która złapała się łapami za głowę. – Na tego jednego pacjenta zużyjemy całe zapasy.
- Chyba jestem w stanie pomóc – zaoferowała Shani. – Mogę… leczyć rośliny. To nic spektakularnego, ale gdyby tak znaleźć żywe okazy, mogę je leczyć po zbiorach. Nie zagwarantuję sukcesu, bo wykorzystuję do tego energię, którą roślina ma zgromadzoną w swoich tkankach, ale… lepsze chyba to, niż nic.
Shani nie udało się ukryć zakłopotania. Spojrzała na łapy, które jakby żyły swoim życiem, przenosząc ciężar z jednej na drugą. Na pyszczkach koleżanek pojawiło się zdziwienie. Czemu wcześniej nie powiedziała im o swojej zdolności? No cóż, szara nie była z niej dumna i nie czuła, by miała czym się chwalić.
Koniec końców zdolność okazała się jednak rzeczywiście przydatna. W najbliższych dniach nowe przypadki choroby wyrastały jak grzyby po deszczu, ale stosowane leczenie przynosiło odpowiednie skutki. Co najważniejsze, nie doszło do ani jednego zgonu z powodu zarazy. Po kilku tygodniach zrobiło się nawet spokojniej – wilki nauczyły się z daleka rozpoznawać chorą zwierzynę. Tej jednak nie ubywało, co rodziło niepokój – czy groziła im klęska głodu? Nie dość, że zdrowych osobników było zwyczajnie mniej, to konieczność sprawdzenia każdego delikwenta pod kątem objawów choroby często wymuszała zmianę taktyki polowania na… cóż, zauważalnie mniej skuteczną.
Shani, tak jak pozostali medycy, dobrze wywiązywała się ze swoich obowiązków. Mimo wszystko wciąż czuła, jakby robiła zbyt mało. Doszło nawet do tego, że odczuwała wyrzuty sumienia, gdy poświęcała czas na (i tak skrócony) sen. Ponadto, jedna myśl nie dawała jej spokoju. Dzisiaj stała się ona tak nieznośna, że nie pozwalała jej zmrużyć oka przez całą noc. Chodziło, oczywiście, o metalowe pułapki, jakie znalazła w Golden Grove. Cały czas sądziła, że mogą być powiązane ze sprawą. Kiedy już kolejny raz przewróciła się w leżu z jednego boku na drugi, frustracja wzięła górę. Wilczyca przeciągnęła się, przy czym zachrupało jej w kościach aż miło. Wyszła ze swojej norki dość ostrożnym krokiem. Nie, żeby robiła coś złego czy niebezpiecznego, nie miała po prostu ochoty, by tłumaczyć się ze swoich działań przypadkowemu przychodniowi.
Gdy doszła do Golden Grove, pułapki leżały dokładnie tam, gdzie je zastała. Zatrzasnęła jedną z nich, wsuwając patyk w zębatą „paszczę”. „Szczęki” kłapnęły głośno, płosząc jakieś małe zwierzę, które zaszeleściło w krzakach. Shani ostrożnie pochyliła się nad metalowym sprzętem, będąc gotowa w każdej chwili odskoczyć. Nie wyczuła żadnego charakterystycznego zapachu, czego się zresztą spodziewała. Złapała nowy patyk i zaczęła rozgrzebywać nim ziemię wokół pułapki. Konstrukcja była częściowo zagrzebana, ponadto do gruntu mocował ją kołek na łańcuchu. Ktoś musiał zadać sobie sporo trudu, by umieścić tak dużą ilość pułapek w jednym miejscu. Ktoś…
Shani usłyszała trzask łamanej gałązki. Napięła wszystkie mięśnie i ostrożnie, powoli, by nie rzucać się w oczy, rozejrzała się po okolicy. Strach ustąpił miejsca ekscytacji, gdy zobaczyła całkiem zdrową sarnę. Tak, miała pewność, że ona jest zdrowa. Nie zdradzała żadnych objawów choroby – czerwonych oczu, piany z pyska ani charakterystycznego, pewniejszego chodu. Wiedziała, że niezainfekowanej zwierzyny ostatnimi czasy jest mało. Nie mogła przepuścić takiej okazji, zwłaszcza, że czuła bolesne ssanie w żołądku.
Wilczyca, początkowo bardzo ostrożnie, zmniejszała dystans do zdobyczy. Musiała uważać nie tylko na to, by pozostać niezauważoną, ale też wypatrywać porozstawianych na ziemi pułapek. W końcu udało jej się znaleźć w miejscu na tyle bliskim, a jednocześnie wystarczająco bezpiecznym, by rzucić się na ofiarę. Ta niestety w ostatniej chwili zorientowała się w swoim położeniu. Wierzgnęła tylnymi nogami. Czarne, twarde kopyto minęło nos Shani o milimetry; wilczyca poczuła na skórze smagnięcie powietrza. Sarna zaczęła uciekać, a medyczka pobiegła za nią.
Na chwilę świat zwęził się dla niej do dwóch punktów – jej samej i zdobyczy. Biegła, ile sił w nogach, zostawiając w tyle dziesiątki drzew. W końcu jednak nastąpił moment, od którego już każdy kolejny krok i każdy kolejny oddech stawały się coraz to większym wyzwaniem. Shani wiedziała, że może z siebie wykrzesać jeszcze trochę energii, przebiec ostatnie kilkaset metrów… Wiedziała też, że nie ma to już najmniejszego sensu. Sarnie udało się zwiększyć dystans, a w końcu jej biały zad zniknął gdzieś między drzewami.
Shani zatrzymała się na chwilę, by złapać oddech. Dopiero wtedy zdała sobie sprawę, jak ciężkie jest powietrze. Tak jakby ciemność wokół zgęstniała i wdzierała się do płuc. Wilczyca poczuła, jak niepokój narasta jej w piersi. Rozejrzała się i nie potrafiła zlokalizować żadnego charakterystycznego punktu. Spojrzała w górę, lecz księżyc został przesłonięty przez ciemne, ciężkie od deszczu chmury. Cała ta mroczna atmosfera sprawiła, że Shani bała się nawet bardziej, niż podpowiadał rozsądek.
Próbowała wrócić po swoich śladach, jednak podążanie własnym zapachem zawsze było dla niej trudne. W końcu jak miała oddzielić to, co czuje na ziemi, od aromatu otaczającego jej ciało? Niepokój, który odczuwała, nie pomagał w skupieniu. Shani nie mogła pozbyć się wrażenia, że ktoś ją obserwuje… Patrzy na każdy jej ruch z drwiącym uśmieszkiem przyczepionym do pyska. Wilczyca na chwilę zatrzymała się i otrzepała futro, jak gdyby mogła w ten sposób pozbyć się nieprzyjemnego odczucia. Przyłożyła z powrotem nos do ziemi i… nie mogła już wyczuć zapachu! W zasadzie to nic nie czuła. Świat wokół zasnuł się mgłą, a dźwięki zbiły w ledwie słyszalny szum.
Usłyszała kroki, a chwilę później zobaczyła dwa punkciki we mgle; parę oczu wpatrzoną prosto w nią. Nie zdążyła się nawet ruszyć, zanim świat wokół na powrót zniknął, po czym eksplodował tysiącem barw w odpowiedzi na… ból. Straszliwy ból, jakiego wilczyca dawno nie czuła. Rozlał się po jej czaszce, a w miarę, jak schodził coraz to niżej, wyłączał z użytku kolejne elementy jej ciała. Shani jeszcze chciała walczyć, zareagować w jakikolwiek sposób, ale… nie mogła. Zanim wykonała jakikolwiek ruch, jej świadomość odpłynęła w najgłębsze zakamarki umysłu.

*
Ból. Pierwszym, co poczuła po przebudzeniu, był ból. Z wielką determinacją próbował odebrać wilczycy wolę walki, ale Shani nie zamierzała się poddać. Otworzyła jedno z oczu – powieka drugiego zaprotestowała bolesnym ukłuciem, gdy próbowała ją podnieść. Delikatnie zbadała narząd łapą – był opuchnięty, ale nie wyczuwała nic szczególnie niepokojącego, choć na ten moment ciężko stwierdzić cokolwiek więcej. Mimo wszystko nie widziała niemalże nic. Musiała polegać na innych zmysłach, by zorientować się w swojej sytuacji.
Na pierwszy plan wysuwał się zapach. Fetor choroby, fekaliów i strachu tworzył zabójczą wręcz mieszankę. Wilczycy zbierało się na wymioty, ale ilekroć zawartość żołądka podchodziła jej do gardła, wsuwała nos we własne futro, które nie przestało jeszcze pachnieć domem; przynosiło wspomnienia o przytulnej norce i czasie spędzanym wśród ziół. Węch przyniósł jednak choć jedną pokrzepiającą informację – nie była tu sama. Choć, z drugiej strony, może wcale nie był to powód do szczęścia?
Grunt pod łapami był zimny, twardy i wilgotny. Krople wody spadały na ziemię w towarzystwie charakterystycznego pogłosu. Jaskinia? Być może.
Shani postąpiła ostrożnie krok do przodu. Potem kolejny. Następny krok zakończył się już jednak spotkaniem z czymś równie twardym i zimnym jak podłoże, a do tego pionowym. Wadera obmacała strukturę łapami, kilkanaście centymetrów dalej znalazła kolejną. Kraty. Była w klatce?
Zmysły zaczęły powoli przyzwyczajać się do panujących w tym miejscu warunków. Nos nie reagował już tak czule na fetor, za to oczy… zaczęły dostrzegać kształty. Potwierdziły się jej przypuszczenia. Znajdowała się w klatce i nie była jedyna.
Ogarnęło ją przerażenie. Czy to jakieś więzienie? Albo gorzej? Shani ciężko było wyobrazić sobie, co mogłoby być gorsze od więzienia. Czuła, jak szybko bije jej serce. Widziała, jak pręty klatki otaczają ją coraz ciaśniej, odbierając przestrzeń z sekundy na sekundę. W uszach rozległ się ni to szum, ni to pisk. Jej oddech przyspieszył do tego stopnia, że zaczęła widzieć białe punkciki przed oczami. Oddychaj, Shani, mówiła do siebie. Wdech i wydech. Wdeech i wyyydech. Tak, tak dobrze. Coraz wolniej. Ściany jej więzienia zaczęły powoli wracać na swoje miejsce, a wilczyca w szybkim tempie odzyskiwała jasność myślenia.
- A cóż to, nasz nowy nabytek się boi?
Słowa okraszone były śmiechem. Dobiegały z tej samej strony, co… światło! Nadchodzący wilk trzymał w pysku latarenkę zasilaną olejem. Blask niemal oślepił przyzwyczajone do ciemności oczy, pozwolił jednak dostrzec, że ma sąsiada. Nie tylko w tym upatrzyła swoją szansę. Z sufitu zwisał smętny korzeń. Gdyby tak tylko…
- Masz. Nie licz na nic lepszego – kawałek mięsa z mokrym „plask!” spadł na ziemię u łap Shani.
Takie samo mokre plaśnięcie słyszała jeszcze dobrych kilkanaście razy. Powietrze przesycił zapach nieświeżej padliny.
Kiedy „karmiciel” sobie poszedł, usłyszała głos po swojej lewej.
- Dobrze słyszałem? Mamy nową?
Shani postanowiła zignorować zaczepki.
- No masz, już myślałem, że będzie z kim pogadać, a tu niemowa się trafiła!
- Jak tak dalej pójdzie, to ty zostaniesz niemową! – Był to oczywisty blef. Shani czuła, jak pulsuje jej żyłka na czole. Definitywnie nie była w nastroju na żarty.
- Stanowczo odradzam! Oj, uwierz.. kiedy posiedzisz tu tyle co ja, będziesz chciała mieć towarzysza do rozmów. Jestem Fuks.
Cóż, Fuks chyba nie miał zbytniego… fuksa, że tu trafił, pomyślała wilczyca. Widziała jego drobną sylwetkę i duże uszy rysujące się w ciemności. To nie był wilk, ale, skoro mogła się z nim porozumieć – z całą pewnością miała do czynienia z psowatym.
- Jak długo tu jesteś? – Próbowała pociągnąć temat.
- Ciężko liczyć dni, gdy nie widać słońca! Ale dość długo, by doświadczyć na własnej skórze okrucieństwa tego miejsca.
- O czym ty mówisz? – Wilczyca podeszła bliżej kraty, by lepiej słyszeć, co uszaty do niej mówi.
- Tego nie da się opisać! Pierwszy raz jest przerażający, ale z każdym kolejnym jest coraz lepiej. W końcu jakaś rozrywka.
Shani zmroziły te słowa. Nie odezwała się już więcej do Fuksa, nie chcąc pogłębiać swojego strachu. Położyła się na ziemi i oparła głowę na łapach. Jedyną rozrywką było dla niej obserwowanie spowitego mrokiem otoczenia.
Wilczyca wlepiła spojrzenie w miejsce, gdzie majaczył zarys korzenia. Otaczająca ją cisza i ciemność pomagały utrzymać skupienie. Widziała w tej małej roślince swą jedyną nadzieję na ratunek, przyćmiewaną jednak przez brak wiary we własne umiejętności. Mimo wszystko próbowała. Wyobraziła sobie, jak jej świadomość opuszcza granice jej umysłu i sięga do tego wątłego korzenia, w którym wciąż jednak tliło się życie. Wyczuła niewielkie nagromadzenie sił witalnych w koniuszku odgałęzienia. Ruszyła je, z początku niepewnie, pobudzając do działania. Czuła, jak zasoby energii rośliny kurczą się, rozpraszają na coraz to dłuższym odcinku. Shani, zmęczona jak po lekturze wybitnie trudnego tekstu naukowego, dostrzegła sukces. Korzeń wydłużył się o dobre kilkadziesiąt centymetrów. Zachęcona rezultatami, sięgała umysłem do sąsiednich wiązek korzeni, przekierowując ich energię tak, jak chciała, powtarzając ten proces wiele razy. W końcu poczuła, jak tkanki rośliny wrastają w kłódkę, która stanowiła jej barierę do wolności. Napierała dalej, nadbudowując coraz to większą objętość drewna w małym otworze na klucz. Usłyszała delikatny trzask, a zaraz po nim odgłos metalu uderzającego o kamień.
Momentalnie straciła skupienie. Nie widziała już otaczającej jaskinię sieci roślinnej energii; rzeczywisty świat ponownie docierał do jej zmysłów. Nie spodziewała się, że jej plan ma szansę zadziałać – a jednak! Pchnęła kufą drzwiczki – była wolna! Rozejrzała się po klatkach sąsiadujących z jej własnym więzieniem. Sumienie nie pozwalało jej tak po prostu stąd wyjść.
Chwyciła kłódkę w zęby, by na powrót zawiesić ją w pierwotnym miejscu. Wśliznęła się z powrotem do klatki i zamknęła drzwiczki pyskiem. Ponownie rozszerzyła swoją świadomość, kierując korzeń do kłódek na celach współwięźniów. Jedna po drugiej spadały z głośnym, metalicznym dźwiękiem na ziemię.
Shani czuła się wyczerpana jak nigdy w życiu. Choć jej oddech i serce pozostawały spokojne, wilczyca ledwo stała na łapach. Nie sądziła, że używanie mocy może ją tak wykończyć! Ba, wszystkie wcześniejsze eksperymenty z tą formą magii kończyły się co najwyżej zmęczeniem umysłowym, podobnym do tego, jakie towarzyszyło długiej nauce z ksiąg.
Odgłosy poruszenia wywołanego nagłym uwolnieniem współwięźniów ledwie docierały do jej uszu. Podobnie sygnały, które próbowała wysłać do łap, napotykały jakby jakiś opór, popychając kończyny po trajektorii właściwej raczej dla mocnego stanu upojenia alkoholowego. Również kiedy umięśnione ciało strażnika przygniotło ją do ziemi, Shani poczuła jedynie tępy ból, który wydawał się nie być nawet jej własnym… Jak zza ściany słyszała warknięcia i obelgi odbijające się echem w wilgotnej jaskini. Dopiero zastrzyk adrenaliny, wywołany nagłym bólem w okolicy kostki, pozwolił jej odzyskać zmysły.
Wilczyca odwróciła głowę w stronę bolącej łapy. Zobaczyła malutkiego fenka, który próbował ją ciągnąć w stronę, która zdawała się prowadzić do wyjścia. Szara szybko podniosła się na nogi i pobiegła za pozostałymi uciekinierami, czując wzrok strażników na karku. W końcu udało jej się wydostać na zewnątrz. Zmrużyła oczy, odwykłe już od światła i wzięła w głęboki oddech, który napełnił jej płuca świeżym powietrzem i zapachem lasu. Nie mogła jednak pozwolić, by ta chwila zachwytu trwała dłużej. Musiała pozbyć się ogona. Przeliczyła na szybko tych, którym udało się uciec. Wyglądało na to, byli w komplecie.
Jeszcze w jaskini czuła, że formacja trzyma się wyłącznie dzięki korzeniom. Mogła poczuć, z jaką siłą ziemia napiera na każde odgałęzienie, jak tkanki rośliny walczą z tym ciężarem. Wciąż, nie mogła zmusić korzeni, by wycofały się z gleby. Jej moc pozwalała tylko kierować energią w roślinie tak, by rosła w określony sposób… Bingo! W głowie wilczycy zrodził się pomysł, który nawet miał szansę zadziałać. Wysłała silny impuls do zewnętrznych części drzewa, nakazując im rosnąć. Siły witalne opuszczały korzeń, momentalnie czyniąc go bardziej podatnym na złamania. I tak Shani czuła, jak korzenie, jeden po drugim, pękają. Każdy taki uraz bolał ją, jakby sama go doświadczała. Pomysł okazał się jednak skuteczny. Jaskinia zawaliła się, więżąc, a może i nawet zabijając, jej oprawców.
Shani powinna czuć w tym momencie satysfakcję, jednak na jej miejscu znalazł się żal. Stare drzewo, opadając razem z murami jaskini, złamało się w pół, krzycząc bezgłośnie w swoich ostatnich chwilach. Życie prawdopodobnie stracili również jej oprawcy. Żołądek podszedł wilczycy do gardła. Nigdy wcześniej nie zabiła. Ta przerażająca świadomość, wraz z wyczerpaniem, spadły na waderę niczym czarna chmura, posyłając jej świadomość w niebyt.

*
- No, w końcu – melodyjny, znajomy głos dobiegł do uszu wilczycy, zanim jeszcze jej oczy przyzwyczaiły się na nowo do, skądinąd skąpego, światła. – Pozostali już dawno wrócili do formy. Martwiłyśmy się.
- Że już na stałe przybędzie wam obowiązków? Spokojnie, nie wybieram się jeszcze na tamten świat – Shani uśmiechnęła się, by złagodzić ton swojej wypowiedzi.
W oczach Itami pojawiła się… troska? Lisiczka bywała dla Shani zagadką, a więc i teraz nie była pewna, co też kryje się za tym spojrzeniem.
- Mieliście sporo szczęścia. Jeden z naszych strażników natknął się na zbłąkanego kojota, co od razu wzbudziło jego ciekawość. W końcu nieczęsto spotyka się je w tych stronach. Ten zaprowadził go do pozostałych i tak wszyscy trafili tutaj. Chyba przy okazji odkryliśmy źródło naszej epidemii… Kilkoro z was było zakażonych. Och, Shani, co ty tam przeżyłaś?
- W zasadzie to… niewiele. Szybko udało mi się uciec. Nie wiem nawet, co tam się działo.
- Może… może to i lepiej – Itami odwróciła wzrok.
- Co tam się działo? – Shani podniosła się na leżance i wbiła w lisiczkę stanowcze, świdrujące spojrzenie.
- W zasadzie to nie do końca to rozumiemy. Renessmee, wysłuchawszy historii twoich towarzyszy niedoli, wysłała patrol w miejsce jaskini. Znaleziono kilka ciał, ale nie mamy pewności, czy wszyscy odpowiedzialni za waszą krzywdę zaznali sprawiedliwości. Próbowaliśmy ustalić ich motywacje, ale cała ta sprawa wygląda dziwnie. Na miejscu było pełno narzędzi, słojów z dziwną zawartością i zaplamiony, kamienny stół. Chyba… chyba prowadzono tam jakieś eksperymenty medyczne. Jakby zarażali was celowo pasożytami czy coś. To znaczy… Ty jesteś czysta, ale nie wszyscy mieli to szczęście. Zbierali różne gatunki psowatych, pewnie chcąc w jakiś sposób porównać działanie stosowanych przez nich „zabiegów”. Tylko po co ktokolwiek miałby to robić?
- Itami, chodź! Potrzebuję dodatkowych łap! – Głos Lonyi dobiegł jakby zza ściany.
Lisiczka rzuciła do Shani szybkie „zaraz wracam” i z gracją oddaliła się z pola widzenia szarej.

*
Shani wyszła z medycznej jaskini i wciągnęła świeże, jesienne powietrze głęboko w płuca. Napawała się zapachem opadłych liści i ziemi świeżo zmiękczonej długim deszczem. Nie przeszkadzało jej nawet, że błoto oblepia jej łapy. Dziś w końcu pierwszy raz pozwolono jej, by wyszła na dłużej. Dziś był też dzień, w którym jej współwięźniowie mieli opuścić tereny watahy Renaissance. Shani w ostatnim czasie zdążyła się z nimi zaprzyjaźnić, w końcu długie dni spędzone w medycznej jaskini nie pozwalały na rozrywki inne niż rozmowy. Dlatego też postanowiła towarzyszyć im do samej granicy.
Na miejscu spojrzała jeszcze ten jeden raz na Fuksa, małego otocjona, który stał się niepisanym przewodnikiem tej nietypowej grupki.
- Na pewno nie chcesz z nami zostać? Wataha Renaissance zawsze chętnie przyjmie nowych członków.
- Nie, nie. Wiesz przecież, że mam dokąd wracać. Ale nie martw się. Jesteśmy wdzięczni za pomoc. Wiedz, że każdy członek watahy Renaissance może liczyć na schronienie i opiekę w rodzinnych stronach każdego z nas. Żegnaj, Shani. Może nasze ścieżki jeszcze kiedyś się skrzyżują.
Shani usiadła na wydeptanej ścieżce, trochę nie wiedząc, co ze sobą począć. Kiedy już ostatni wilczy ogon zniknął jej z pola widzenia, westchnęła głośno. Chciała – naprawdę chciała! – wrócić prosto do domu. Jej łapy postanowiły jednak za nią i zaprowadziły ją do miejsca, gdzie jeszcze niedawno była więziona. Widok ten automatycznie obudził w niej strach, który jednak odszedł, gdy dostrzegła wiewiórki buszujące po ruinach jaskini. Rude kity spłoszyły się na jej widok. To dobry znak – nie było tu nikogo, kto mógł wystraszyć je wcześniej.
Spojrzała ze smutkiem na dąb, któremu odebrała życie, by ratować własne. Sięgnęła do niego swoją mocą, nie dostrzegła jednak choćby cienia tlącej się energii. Zresztą, nawet gdyby w drzewie pozostała jeszcze choćby odrobinka sił witalnych, Shani wiedziała, że nie będzie w stanie jej ruszyć. Już niejeden raz próbowała powtórzyć swoje ostatnie wyczyny, ale napotykała olbrzymi opór. Nawet to, co wcześniej było dla wilczycy drugiej naturą, stało się dla niej niemożliwe. Próba poruszenia energią najdrobniejszego źdźbła trawy była dla niej jak próba przesunięcia olbrzymiej góry siłą własnych mięśni.
Wadera, obserwując miejsce w zadumie, dostrzegła leżące wśród opadłych liści żołędzie. Chwyciła jeden z nich w pysk, delikatnie i z namaszczeniem. Czy wierzyła, że posadzenie tego małego nasionka w pobliżu jej jaskini w jakiś sposób wynagrodzi krzywdę, którą wyrządziła temu pięknemu drzewu? Nie, Shani dobrze o tym wiedziała. Cóż innego jej jednak pozostało?

PODSUMOWANIE 
Ilość napisanych słów: 5208
Ilość zdobytych PD: 2604 + 25% (651 PD) za długość powyżej 5000 słów.
Nagroda za Quest: 900 PD | +3 pkt zwinność | +11 pkt inteligencja | +2 siła | +5 pkt kondycja
Obecny stan: 4155

Od Amber do Atrehu ~ "Niespodziewane Spotkanie"

Spacerowałam normalnym skocznym chodem po terenach watahy. Kochałam lato, dużo słońca i kwiatów. Moja siostra Karmel szła koło mnie, rozmawialiśmy o moich przygodach w innych watahach i o tym, czego się tam nauczyłam.
- Pamiętasz Watahę Wschodzącego Słońca ?- zapytała Karmel.
- Tak pamiętam, to tam Jelia nauczyła mnie łowić ryby. - zachichotałam lekko.
Bob jak zwykle siedział na moim grzbiecie.
- Pamiętam, jak nie umiałaś złapać pyskiem ryby. - zaśmiała się.
Jej śmiech zawsze był niczym chichot anielski.
- tak pamiętam. - pomasowałam policzka. - wile razy uderzona przez ryby to nie było miłe ! - odparłam oburzona, udając focha.
- Oj nie fochaj się, stajesz się silniejsza, jestem z Ciebie dumna. - odparła.
- Dziękuje Karmel, nie wiem, co bym zrobiła bez Ciebie. Najprawdopodobniej nie wyruszyłabym z naszego stada. - uśmiechnęłam się słodko, wystawiając języczek. Usiedliśmy w lesie, niedaleko były krzaki, za którymi był spadek jak z górki. Tam była właśnie polana z rzeką i jeziorkiem.

~~~
Bob sturlał się na ziemię. Powoli niczym ślimak zamknął najpierw jedno oko i nim je ponownie otworzył, zamknął to drugie. Samemu nie chciało mu się ruszać, lecz Amber szturchnęła go dupcią i zaczął się turlać z górki.
Zanim skończył się turlać, znalazł się przy jakimś rudym wilku, który spokojnie wylegiwał się na plecach. Bob znajdował się na poziomie jego głowy. Patrzył swymi oczami i nie wiadomo, co siedziało mu w głowie. Jaki czarny scenariusz przygotował dla nowo poznanego wilka? Bob wydawał się zaintrygowany. Po chwili zobaczył, jak wilk rusza uchem. Skupił się na ruchliwej rzeczy, chyba był głodny. Mógł pomyśleć, że to mucha lub inny latający owad. Z nim nigdy nie wiadomo. Otworzył powoli pyszczek i wysuwając swój długi jęzor, wślizgnął się nim. Celował zapewne w końcówkę ucha, gdyż ona najbardziej drgała, lecz przez zeza trafił w sam środek.
- Co do...!? - Wilk wstał szybko i pomasował łapą wnętrze ucha. Wzdrygnął się, wyczuwając coś dziwnego. Otworzył se rubinowe oczy i zobaczywszy Boba, żabkę z zezem nie wiedział co powiedzieć, ani co począć. Zdębiał. Przekręcił głowę, jakby zastanawiał się, co dokładnie ma przed sobą. Z konsternacją i nieukrywanym zainteresowaniem obwąchał go i zaczął krążyć wokoło niego, uważnie mu się przyglądając. Bob nic z tego sobie nie robił.
~~~
Amber dalej rozmawiała z siostrą, strasznie się rozgadała i wspominała tamtą watahę.
- Amber. - odparła Karmel. - O czymś chyba zapomniałaś, tak się rozgadałaś.
- Zapomniałam? JA!? Nieee... nie mogłam. - powiedziałam.
- Gdzie jest twój kochany Bob? - zachichotała.
- CO?! - szybko wstałam i zaczęłam się rozglądać. - Nie! Bob... nie. - moje oczy napełniły się łzami.
- Spokojnie Amber. - odparła i przetarła ręką mój policzek, jakby chciała wytrzeć moje łzy.
- Ale on zaginał, tak się zajęłam wspominaniem, że nie przypilnowałam go. - odparłam smutna.
- Widziałam, jak się sturlał, jak usiadłaś na ziemi. Rozejrzyj się. Wiesz dobrze, że umie się turlać. Lepiej mu to wychodzi niż komukolwiek. - odparła Karmel.
- Dobrze. - odparłam i mój nos i oczy powędrowały w ziemię, szukałam jego zapachu, jak i śladów. Jeden wskazywał, że sturlał się na polanę. Tam postanowiłam iść, lecz nie wiedziałam, co mnie tam czeka. Na polanie było dużo trawy, dlatego postanowiłam czołgać się, by wypatrzyć uważniej ślady Boba, w szczególności śluz. Usłyszałam nagle głos jakiegoś wilka.
- Co do...!? - odparł głos.
Szybko się wyprostowałam i rozejrzałam. W oddali stał rudy wilk, a może to był Lis? Nie byłam pewna. Przypominał lisa, lecz był od niego znacznie większy. Masywniejszy. Podeszłam z nadzieją, że będzie tam Bob.
- Em... Przepraszam, nie widziałeś może żaby? - zapytałam.
- Ż... żaby?
- Taka mała, zielona, z zezowatymi oczami.
- Ah, mówisz o nim? - nim zdążyłam odpowiedzieć, basior podniósł swoje prawe łapy, ukazując schowanego pod jego ciałem Boba. Ucieszyłam się na widok mojego zielonego koleżki. - To na pewno żaba? - spojrzałam na samca, który z delikatnym uśmiechem, przyglądał się nam obojgu. A może patrzył tylko na Boba? Tak czy siak, w jego oczach nie dostrzegłam złości, a figlarne ogniki.
- Tak, przynajmniej mi się tak zdaje. Jest zielony jak żaba, śluz ma jak żaba, więc wszystko wskazuje na żabę. - wzięłam w łapki Boba i posadziłam go na mojej głowie. Ten od razu położył się na brzuchu, a jego oczy były wpatrzone w ... no właśnie trudno było określić.

Atrehu ?

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 660
Ilość zdobytych PD: 330
Obecny stan: 330

czwartek, 27 października 2022

Od Belief c.d Naharys'a [cz.11] ~ Pozbawieni snu

 


https://www.youtube.com/watch?v=2I65k-hVRJ8 

 

Kiedy Naharys wydał rozkaz odwrotu, Bel przez chwilę odniosła wrażenie, jako iż jej misja była zupełnie bezsensowna. I po chwili usłyszała Itachiego, który najwidoczniej też to stwierdził, pytając dowódcę, czemu tu przybyli. Przez chwilę, zrobiło jej się smutno i wycofała się na moment z dyskusji. Jej wzrok przykuło coś poruszającego się w oddali, coś, co połyskiwało wśród traw. Wyciągnęła powoli głowę w górę i zobaczyła to, co Naharys miał okazję zobaczyć z bliska. Widok całej hordy dziwacznych stworów, kotłujących się niczym robactwo wokoło bardzo dziwnej postaci, która unosiła się jakby nad ziemią. Od razu miała w głowie kilka możliwych opcji, obstawiając w myślach, co to może być za paskudztwo, jednak nie miała na to zbyt dużo czasu.
- Ruchy!
Usłyszała jedynie ostatnie słowa Naharysa, nieco podniesionym głosem, ale na tyle cichym, by nie zostać usłyszanym przez stworzenia. Biała zastrzygła czarnymi uszami i przyglądnęła się jeszcze przez chwilę dziwnej scenie, analizując dokładnie każdy szczegół. Chciała jak najwięcej zapamiętać. Kiedy była gotowa, odwróciła się i pobiegła wślad za samcami. Początkowo przyspieszyła nieco i bez problemu dogoniła wojowników. Kłóciła się w myślach sama ze sobą, czy na pewno powinna zostać posłańcem. Może Naharys wykonał jedynie złośliwy żart, aby ją zniechęcić? Może... a może nie, może to przypadek i on naprawdę nie spodziewał się zastać tutaj tej armii. Spojrzała w górę ponad korony drzew. Na razie biegali bez sensu w te i z powrotem, westchnęła.
-Świetnie się spisałaś.
Nagle usłyszała pokrzepiający, ciepły głos Naharysa, który niemalże natychmiast sprowadził jej myśli na ziemię. Spojrzała na niego, a później odwróciła głowę, kryjąc delikatny rumieniec.
- Dziękuję. - odparła cicho i pomyślała, że chyba jednak to nie było takie bez sensu. Spojrzała na niego jeszcze raz, badając jego ciało zielonym spojrzeniem. Pomyślała teraz, że nie mógłby przecież zrobić jej takiego okrutnego żartu tylko po to, by ją zniechęcić, bo przecież przypomniała sobie, że zniechęcał ja od samego początku, gdy deklarowała mu swoją chęć pracy w tej dziedzinie. Przecież to dowódca, więc z pewnością wie, co robi.

- Uwaga! - Wrzasnął Lawrence, skręcając nagle w lewo. Naharys niemalże od razu popchnął samicę w prawą stronę. Belief mało łap nie potraciła, nagłym uderzeniem, ale udało jej się złapać równowagę. Czwórka wilków rozbiegła się na boki, kryjąc się wzdłuż leśnej ścieżki za konarami i w krzewach. Belef z Naharysem po prawej stronie, natomiast Lawrence i Itachi znaleźli się po przeciwnej stronie, łapiąc ze sobą wzajemny kontakt wzrokowy. Nie do końca wiedzieli, co się dzieje, tylko Lawrence wymieniał z dowódcą jakieś spojrzenia. Belief zamarła, gdy w oddali na ścieżce pojawiło się coś szpetnego. Wyglądało trochę jak wilk, trochę jak niedźwiedź i trochę jak jakiś przerośnięty jaszczur. Szło powoli, niespiesznie, jednak w linii prostej. Zdawało się, jakby nie zauważyło czwórki wilków, ukrytych w gąszczu, ani nie wyczuwało ich zapachu. Zbliżało się powoli i dostojnie. Charczało wręcz okropnym odgłosem wydobywającym się z gardzieli. Kiedy przechodziło, pomiędzy wilkami, Belief w swoich emocjach i strachu, nawet nie czuła, kiedy wepchnęła swój bok niemalże na Naharysa, aż w końcu skuliła ciało ku ziemi, obserwując jedynie sytuację przez szparę, spod wystającego korzenia. Była nieco sparaliżowana, jak zresztą wszyscy wokoło, którzy mieli świadomość, bo istota, która właśnie pomiędzy nimi przechodziła, najwyraźniej szła niczym ćma do światła, prowadzona jakąś tajemną mocą. Kiedy przeszła przez ścieżkę i poszła dalej, wilki mogły odetchnąć z ulgą. Itachi był na tyle odważny, że jako pierwszy wskoczył an ścieżkę i spojrzał za odchodzącą i znikającą w mrok istotą.
- Co to do cholery było?!
Lawrence wychylił się, zza konara i pokiwał przecząco głową. Jedynie Naharys nie mógł się ruszyć, ponieważ Bel nieco się rozepchała,
- khem.. Bel, już jest bezpiecznie.
Drgnęła jak poparzona, natychmiast odsuwając się i kuląc się w bezpiecznej odległości, uświadamiając sobie nagle, że trochę przesadziła.
- Oh, wybacz! - położyła uszy po sobie z przepraszającym spojrzeniem. - To stworzenie było, przerażające. W życiu nie widziałam czegoś równie okropnego i ten charkot z jego gardzieli. - potrząsnęła głową, próbując wyrzucić go z pamięci. - Ciężko było jej przyznać, że nieco sparaliżował ją strach i tylko dlatego naruszyła przestrzeń osobistą samca. Nie chciała wyjść na nachalną, ale to jak odebrał to samiec, już nie zależało od niej. Pozostało jej jedynie zachowywać się naturalnie. Samiec posłał jej uśmiech i wyszedł również na ścieżkę.
- Musimy się pospieszyć moi mili, sprawa wygląda gorzej, niż zakładałem do tej pory. - rzekł Naharys nieco spokojnym, jak na sytuację tonem.
- A może dogonimy go i zaatakujemy? Jest nas czwórka. - zaproponował Itachi.
Jednak Naharys zaprzeczył:
- Nie wiadomo, czy w pobliżu nie czai się ich więcej, lepiej na razie obstawić lasy i obserwować ich zachowania.
Kiwnęli więc zgodnie głową i ruszyli w dalszy bieg, w stronę Rene. Cała czwórka biegła w milczeniu i skupieniu. Belief jedynie zerkała od czasu do czasu w stronę Naharysa, nieco speszona swoim poprzednim zachowaniem, a raczej chwilowym brakiem odczuwania tego, co robi.
Było minęło, miała tylko nadzieję, że nie pomyśli sobie o niej czegoś złego. Westchnęła i odrzuciła od siebie te myśli, ponieważ dobiegali już do celu, czyli w pobliże jaskini Alphy. Powitała ich, oczekując na zewnątrz. Belief zatrzymała się na końcu, gdzieś za samcami, jednak szybko została wywołana z tłumu przez dowódcę. Wyszła powoli naprzeciw alphy i ukłoniła się delikatnie. Czekała cierpliwie aż Naharys rozmówi się z alphą.
- Ile ich było? - spytała, gdy już usłyszała raport.
- Ciężko zliczyć, całe mrowie. - rzekła Bel.
- Cała horda. - skwitował Naharys.
- Czy widzieliście coś jeszcze? - skierowała pytanie do białej.
Belief spojrzała na samca, ale szybko zrozumiała, że to ona ma odpowiedzieć.
- Tak, był potwór, jego oczy zionęły pustką, szedł w linii prostej i nie widział nas ani nie wyczuwał. Był prowadzony przez jakąś moc. Nigdy nie widziałam czegoś równie szkaradnego i owianego mrokiem. - zerknęła kątem oka na samca, by złapać otuchy i kontynuowała. - Jego charkot był bardzo donośny, z pyska lała się ślina. Był umięśniony niczym niedźwiedź, o posturze wilka i człapał niczym ociężały jaszczur.
Rene wyraźnie zmartwiła się opisem stworzenia.
- Do tego był na naszym terenie! Szedł z przeciwnego kierunku, jakby z naszych terenów. - dodał Naharys. - Gdyby nie spostrzegawczość Lawnrence, być może musielibyśmy z nim walczyć.
- Będzie trzeba wzmocnić straż i zwiadowców w tamtych rejonach naszego terytorium. Musimy być gotowi na wszystko. - rzekła alpha po chwili namysłu, po czym spojrzała na Belief. - Naharysie, dopilnuj, by Belief jak najwięcej się teraz nauczyła. To jej szansa na zdobycie niezbędnego doświadczenia, które później może okazać się nam zbawienne. - Spojrzała znów na Belief. - Moja droga, Twoja szansa nadeszła szybciej, niż ktokolwiek przypuszczał, ale skoro obrałaś tę ścieżkę, to podążaj nią z dumą w sercu i nie zawiedź nas.
Te słowa od samej alphy, przeszyły serce wadery na wskroś. To była zarazem wielka pochwała, jak i wielka rada i to od samej przywódczyni stada. Biała niemalże zesztywniała z emocji. Była zarazem szczęśliwa, jak i mega poważna. Ukłoniła się z gracją, na jaką było ją stać mimo ogromnego pozytywnego stresu, jaki odczuwała, po czym ustawiła się posłusznie gdzieś z tyłu za Naharysem.
Przez jakiś czas na polanie panował chaos, każdy podawał jakieś pomysły, jedynie Belief siedziała oparta o drzewo i w głębokim zamyśleniu przeżywała swój mały szok.

 Naharys?

Ilość napisanych słów: 1149
Ilość zdobytych PD: 574 PD + 10% ( 51PD) za długość powyżej 1000 słów
Obecny stan: 3192 PD

poniedziałek, 17 października 2022

Od Naharys'a c.d Amber ~ Zezowate szczęście

- Wszystko w porządku? - zapytała wadera po tym, jak basior został od tyłu zaatakowany... czyimś jęzorem. Naharys odwrócił się momentalnie, był tak zaskoczony całą sytuacją z żabą, że nawet przez myśl mu nie przeszło, że przed nim siedzi całkiem obca mu wadera. Drobna samica o długiej różowej sierści, która zdawała się falować nawet przy najdrobniejszym wiaterku. Z nerwów, nie wiedziała nawet, gdzie oczy podziać, bo miotały się one, jak oszalałe. 
- Wybacz... On nie chciał naprawdę, chciałam się przywitać, a on wszystko zepsuł, eh! - Wadera podrapała się nerwowo za uchem, wbijając w końcu wzrok gdzieś w boczny punkt, obok jej ogona. 
- On? - zapytał zaskoczony basior, rozglądając się przelotnie - Nikogo tu nie ma, prócz nas. 
- No... nie do końca. - Z tymi słowy, różowowłosa wyciągnęła zza swych pleców małą, pulchną żabkę, która wyglądała, jakby ją ktoś w potylicę pstryknął, efektem czego był jej komicznie wyglądający zez. 
- Naucz lepiej swojego... - Naharys dosłownie nie mógł oderwać od powywracanych źrenic płaza, któremu kończyny zwisały ospale, bezwiednie -... towarzysza dobrych manier. I wszelkich zasad dotyczących czyjejś intymności. Cholera, co jest nie tak z tą żabą?
- Nie tak? Przecież wszystko jest z nią w porządku - Po tym, jak obdarowała basiora miłym, urzekającym wręcz, uśmiechu, posadziła swoją żabkę na swojej głowie. Płaz dosłownie opadł na brzuch, rozjeżdżając się na swych drobnych łapkach. 
Naharys nie wiedział sam, co ma o tym wszystkim myśleć, wiedząc, że został dotknięty... jęzorem tego płaza w miejsce, gdzie nawet tutaj, na blogu, nie wypada o nim mówić - bowiem, jak sami wiecie, ta część ciała należy do naszej intymnej strefy i nie bardzo lubimy o niej mówić... ale, możecie sobie wyobrazić Naharys'a, zakłopotanego tą całą sytuacją? Oczy błądziły mu bez przerwy, nie wiedząc, gdzie je podziać.
- Jestem Amber. - Różowowłosa wadera o imieniu Amber podała swą drobną łapę w jego stronę. Ten chwycił ją, jak na dżentelmena przystało, w delikatny uścisk. 
- Naharys. - przedstawił się biały wilk. 
- Miło mi Ciebie poznać, Naharys. - wadera uśmiechnęła się od ucha do ucha. - Kim jesteś w watasze? 
Basior zerknąwszy na Amber, po tym, jak luźno zaproponowała zmianę tematu, na jego skromną osobę, dostrzegł w waderze dopiero teraz - drobne podobieństwo z kimś, kogo kiedyś znał i kochał. Turkusowe sarnie oczy przyglądały się mu z wyraźną ciekawością, różowe futerko - bujne i długie na szyi i ogonie - wydawało się być jedwabne i przyjemne w dotyku - biały wilk jednak nie zamierzał tego sprawdzać, nie chciał naruszać czyjejś strefy osobistej. A owa wadera przypominała mu... Pinę. 
 Ten sam wyraz oczu - łagodny i ciepły. Podobny styl chodu. Pewny i zmysłowy. Trudno podrobić jakąkolwiek cechę, jaką miała jego ukochana, ale Amber najwidoczniej miała wręcz wpojone niektóre z nich... Momentalnie w jego pamięci pojawiła się twarz Piny, jej uśmiech w dniu przed tym, jak widział ją po raz ostatni... to wspomnienie wzbudziło w nim pewną tęsknotę i smutek, który wolał nie uwidaczniać przed Amber. 
- Halo, prze pana, nie śpimy. Bob ma pomóc się obudzić? - zapytała i zachichotała. 
Naharys pokręcił lekko głową, głos Amber wyłonił go z otchłani własnych myśli, jak wędka tłustą rybę.
- Huh, co? - wypalił nagle Naharys. Żabka imieniem Bob wyglądała, jakby ją samą przydałoby się obudzić, bowiem leżała jedynie, rozpłaszczona na głowie Amber. Jedynie, jaką czynność wykonywała, od czasu do czasu, wywalała swój lepki jęzor, gdy w pobliżu pojawiał się jakiś owad.  
- Hah! Tak, pytałam, czym się pan zajmuje, panie Naharys? - powtórzyła z jeszcze bardziej rozszerzonym uśmiechem. 
- Jaki pan?! - zawołał basior, spektakularnie udając wściekłość, a żeby to udowodnić, wykrzywił usta w ciepły uśmiech. - Mów mi po prostu Naharys. Jestem Kapitanem watahy. Szkolę wojowników, a w razie czego, dowódcą wojsk, do usług. 
Usłyszawszy owe słowa, wadera ożywiła się nagłym entuzjazmem i radością, bowiem spojrzała na niego z blaskiem. 
- W takim razie mam prośbę - wypaliła Amber. - Czy mógłbyś mnie i Boba nauczyć samoobrony? Takich podstawowych chwytów i innych. - Amber, kiedy mówiła, z jej ust wręcz wylewało się podniecenie. Jednakże, zanim Naharys zdecyduje się ją uczyć, będzie musiał poddać ocenie jej... budowę anatomiczną. Rzetelnie i skrupulatnie przyglądał się jej umięśnieniu - prawdę powiedziawszy, nie imponowała swą budową, ale basior wierzył, że uda mu się wzbudzić w waderze tyle sił, na ile będzie ją stać. Rzucił okiem na klatkę piersiową wadery, szyję i mięśnie ud. 
- Czemu nie? Pasowałoby nieco popracować nad twoimi... ummmm... mięśniami i nad ich siłą. A potem zobaczymy.
- Super! - z tymi słowy, wadera złapała swojego towarzysza w łapy, uniosła go na wysokości oczu i wręcz wrzasnęła mu w pysk - Słyszysz Bob! Będziemy wojownikami. Pewnie nie tak dobrymi, jak on, ale w mniejszej mierze wojownikami!
- Powiedz tylko, kiedy co i jak ! - spytała nagle Amber. 
- Najpierw sprawdzę, na co cię stać, abym wiedział, z kim mam do czynienia, to po pierwsze. Po drugie, nie szkolę towarzyszy - zmierzył wzrokiem gapiącego się leniwie płaza, który sprawiał wrażenie, że nie docierają do niego żadne słowa. - Po trzecie, wymagam chęci i zaangażowania do treningu, a reszta pójdzie, jak z płatka. 
- Szkoda, że nie będziesz trenować Boba walki - przyznała ze smutkiem Amber. 
- Podejrzewam, że walka twojemu towarzyszowi jest zbędna - skomentował z uśmiechem basior - wydaje mi się, że nie chce mu się nawet mrugać oczami... poza tym, płazy nie mają powiek! Jak to jest, że on mruga? 
- Cóż, mój Bob jest nadzwyczajny i za to go kocham! - Amber entuzjastycznie uniosła lekko głowę, efektem czego, leniwa żabka podskoczyła nieco, zaliczając przy tym delikatny upadek na swój puchaty brzuszek. Bob mrugnął leniwie. 
- Czy chciałabyś rozpocząć trening teraz? - zapytał biały wilk - Czy może chciałabyś się wpierw rozejrzeć, poobserwować? 
Odpowiedź była jednak z góry przewidziana, bowiem Amber była tak nabuzowana ekscytacją, że bez namysłu i wahania odpowiedziała; 
- Chciałabym rozpocząć teraz! 
- Dobrze, w takim razie pokażesz mi, co potrafisz. 
- W sensie? 
- Jak szybko umiesz biegać? 
- A co to ma do samoobrony? - zapytała lekko zdziwiona Amber. 
- Bardzo dużo - odparł tonem przekonującym, unoszący przy tym pysk, przez co wyglądał bardziej dumnie i przekonująco - ucieczka to też w pewnym sensie samoobrona. Nie jest to wstyd uciekać przed czymś, albo kimś, z kim nie możesz sobie poradzić. Samoobrona to nie tylko walka, ale też rozsądek. Jeśli rzucisz się z motyką na słońce, równie dobrze możesz kopać swój grób, gdy nie potrafisz ocenić, czy przeżyjesz starcie, czy też nie. Rozumiesz? 
Amber pokiwała krótko głową, a basior podejrzewał, że owe słowa nie uszczęśliwią waderę - cóż, taki jest rzeczywisty fakt i z pewnością nie zamierzał go przed nikim ukrywać.
Kiedyś znał pewnego wojownika ze swojej watahy, który miał ciekawy styl walki, polegający na gryzieniu i odskakiwaniu, przy niewielkim wykorzystywaniu mocy. Z kocią wręcz gracją potrafił unikać czyichś ciosów, ale zgubiła go pewna wada - zbyt przecenił swoje umiejętności - która doprowadziła do tego, że niedźwiedzia łapa rozpruła mu brzuch. Osobiście nie widział jego śmierci, lecz z opowieści starszych wyobraził go sobie leżącego na dnie leśnego wykrotu, z rozlewającymi się z ziejącej rany wnętrznościami. A to wszystko przez to, że nieszczęśnik nie potrafił ocenić swoich szans na zwycięstwo... czy też na porażkę. 
Wadera pokiwała po chwili głową, uśmiech nie znikał jej ze smukłego pyszczka, a w oczach nadal tryskała energia, która wydawała się rozpierać ją od środka. Widać, że ta mała nie mogła doczekać się akcji. 

 Wadera pokazała mu, jak biega - śmigała, jak wypuszczona gołębica. Jej łapy wydawały się lekko stykać z ziemią podczas pędu, w trakcie, gdy Naharys siedział jej na ogonie. Odskakiwała przed przeszkodami, chyliła głowę nad zawalonymi pniami, wpadała w poślizgi, gdy samo to nie wystarczało. Chwytała się każdej możliwej metody, byleby umknąć białemu basiorowi. 
Trenowali do samego wieczora - Naharys już przechodził powoli transformację koloru swej sierści, lecz Amber na razie tego nie zauważała, gdyż skupiona była na ćwiczeniach. 
 Teraz starała się wychodzić na przeciwko mknącemu nurtowi rzeki, aby usprawnić jej mięśnie łap i piersi. Zdawał sobie sprawę, że poruszanie się, niezgodnie z prądem rzeki jest trudne i męczące, lecz Amber, zanurzona w wodzie po szyję, dawała sobie radę, pomimo wymalowanego zmęczenia na twarzy. 
- Jak mi poszło? - zapytała, dysząc głośno. 
- Sześć minut, nieźle - pochwalił ją Naharys. - zobaczysz, jeszcze popracuję nad twoją budową. A potem przejdziemy do ćwiczeń i podstawowych chwytów, które niechybnie mogą w przyszłości uratować Ci życie. 
- Dlaczego nie przejdziemy od razu do rzeczy? - zapytała Amber, zerkając ciekawsko w stronę basiora, który z chwili na chwilę stawał się coraz bardziej granatowy. 
- Niektóre chwyty będą wymagać od ciebie wykorzystania całej twojej siły ciała, rozumiesz? 
- Tak. Naharys, dlaczego robisz się granatowy? 
Naharys instynktownie zerknął na swoje łapy, ogon i grzbiet, po czym uśmiechnął się ciepło. 
- Nie przejmuj się mną. To u mnie normalne. To jak? Widzimy się jutro na kolejnym treningu, czy wolisz zrobić sobie przerwę? Ostrzegam, jutro mogą dosięgnąć cię zakwasy. 

<Amber?>

PODSUMOWANIE: 
Ilość napisanych słów: 1390 
Ilość PD: 695 + 10% ( 69 PD) za długość powyżej 1000 słów 
Obecny stan: 5735 PD

czwartek, 13 października 2022

Od Amber do Niko ~ "Nowa Przygoda"

Gdy opuściłam moje rodzinne stado, nie zatrzymywałam się na dłużej niż na tydzień, w nowym miejscu. Nie mogłam zostać w moim rodzinnym miejscu, chciałam zwiedzić więcej świata! Poznać nowe rośliny, zwierzęta i wilki. Zatrzymywałam się na krótki okres w watahach, by jak najwięcej ich zwiedzić i poznać obyczaje, oraz poznawać wilki. Niektórzy byli mili, a inni bardzo niemili. Oczywiście próbowałam tych naburmuszonych wilków, sprowadzić na życie z uśmiechem na pysku i niebyciem takimi egoistycznymi dupkami. Niestety mało kiedy się udawało. Byłam mało przekonująca? Nie wiem. Starałam się, ile mogłam, by wszystkim pomagać i uszczęśliwiać, a przede wszystkim siebie i Boba. W moich przygodach, prócz Boba, towarzyszyła mi moja siostra Karmel, bardzo kochałam ją, kocham i dalej kocham. Mimo że już nie jest na tym świecie w materialnej postaci, to dalej ja mocno kocham. Doradza mi często i chociaż mogę komuś się żalić i zwierzać. Bob jest dobrym przyjacielem, ale nic nie mówi, wiec od niego rady bym nie uzyskała. Nie zliczyłam ile już nocy i dni minęło, odkąd odeszłam. Jeśli miałabym liczyć, ile lat już minęło, to może udałoby się doliczyć roku. Mimo iż przyjaciele z innych watach zapraszali mnie, bym została i osiedliła się u nich na zawsze, ja nie chciałam. Musiałam zwiedzić cały świat i poznać wszystko.

~
Poczułam, że wchodzę na czyjś teren, było wyraźni to czuć. Moje nozdrza wypełniły się zapachami wielu wilków. Nie wiedziałam, na razie czy są mile nastawieni, czy nie, lecz i tak skocznym chodem z Bobem na plecach, po tuptałam przed siebie. Miałam uśmiech od ucha do ucha, chciała poznać nowych przyjaciół. Po drodze zebrałam trochę kwiatów, dla Alf. Taki mały prezencik może nie dużo zrobi, ale jak zobaczę uśmiech na pysku, to świat staje się piękniejszy. Nagle przede mną wylądowała szara wilczyca o płomiennych skrzydłach, położyłam bukiet na ziemi i spojrzałam na nią z uśmiechem.
- Witaj, jestem Amber - odparłam miło i przyjaźnie
Wadera wyglądała, jakby badała mnie wzrokiem. Rozumiałam wszystkie te procedury, w każdej watasze było tak samo. Badali czy wilk nie jest niebezpieczeństwem dla reszty, jeśli nie był, wpuszczali go.
- Renesmee - odparła miłym głosem - Czego tu szukasz? - zapytała.
- Szukam przygód, odwiedzam każdą napotkaną watahę, by skosztować cudów jej natury oraz obyczajów- odparłam.
- Jestem Alfą tej watahy, chodź za mną - odparła.
Wzięłam bukiet i ruszyłam za wilczycą. Bob jak zwykle sobie podskakiwał na plecach. Zaprowadziła mnie do swojej jaskini, która była duża i przestrzenna. Usiadła i pokazała łapą, bym usiadła, naprzeciwko niej. Ja najpierw położyłam bukiet kwiatów przed nią, a później usiadłam.
- To dla mnie ? - zapytała.
- Jasne, że tak, zawsze trzeba przyjść z darem do nowego gospodarza - uśmiechnęłam się
Spojrzałam w lewo, siedziała tam moja siostra jako duch, bałam się, że zacznie do mnie gadać, a wtedy mój pysk sam się otworzy. Nikt przecież nie chce w swoich szeregach wariatki nie ? Tak mnie, wcześniej nazywano, gdy widziano jak, gadam sama do siebie. Nagle wadera zawołała kogoś, niestety nie usłyszałam imienia, spojrzałam w prawo i zza ściany wyszedł brązowy wysoki basior. Był bardzo dobrze zbudowany i miał wielkie skrzydła. Ciekawe jak to jest latać...

NIko?

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 501
Ilość zdobytych PD: 250
Obecny stan: 895