Newsy



:Aktualności
.Blog przechodzi obecnie renowację
.Już niebawem pojawią się nowości

:Pogoda
Obecna pora roku ~ Jesień
.Temperatura waha się między 10+ a 0- stopni Celcjusza
.Zmiana pory roku nastąpi 15.12.2022

Liczba wilków ~ 27
Wadery ~ 18 + 1 NPC
Basiory ~ 7 + 4 NPC
Szczeniaki ~ 1
Nieobecni: Brak

~Serdecznie zapraszamy♥~

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowy dom. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowy dom. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 października 2022

Od Atrehu c.d Shori ~ Nowy dom | Trening czyni mistrza

Z rozdziawionym pyskiem i szeroko otwartymi oczyma, wpatrywałem się w miejsce uderzenia. Ciało rozpierała duma, puls mi przyśpieszył. Uśmiechnąłem się szeroko, machając ogonem jak wariat. To było właśnie to, czego się po niej spodziewałem. Moja podopieczna jest niezwykle utalentowaną waderą. Wierzę, że kiedyś będzie równie potężna, co mądra. W tak młodym wieku zapanowała nad swoją zdolność. Nawet jeśli to dopiero początek. Wszakże nie znamy wszystkich jej możliwości, lecz na była dobrej drodze. Byłem pewien, iż kiedyś prześcignie siłą również i mnie.
- Niesamowite! - błyskawicznie znalazłem się przy niej, składając całusa na czubku jej głowy. Objąłem ją wujowskim uściskiem, tarmosząc nieco jej grzywkę. - Spisałaś się na medal, jestem z ciebie dumny! - Wadera stanęła pewnie, z wysoko podniesionym łbem. Zaśmiała się perliście, po czym na nowo przywołała świecącą kulkę. Ta, bezzwłocznie pognała w jej kierunku, po czym zaczęła krążyć wokół nas. No, wokół niej, ale, jako że stałem tuż obok, to również i mnie.
- Nazwałam ją kometa. - Shori przysiadła, ogonem opatulając przednie łapy. Ja w tym czasie przyjrzałem się temu czemuś i natychmiast pojąłem, skąd pomysł na imię.
- Kometa, powiadasz? Podoba mi się. Pasuje. - uśmiechnąłem się zaś, odsuwając się na bezpieczną odległość. - Skoro tak dobrze idzie Ci panowanie nad nią, czas najwyższy wypróbować jej możliwości w boju.
- Ale... - Shori chciała coś powiedzieć, lecz zamilkła, przypatrując mi się badawczo. - A co jeśli zrobię Ci krzywdę?
- Nie zrobisz.
- Skąd ta pewność? - nadal nie wydawała się przekonana. Jej strach widać było w źrenicach. Próbowała go ukryć, spuszczając łeb w dół. Westchnąłem ciężko. Jakby jej to wytłumaczyć? Jak podnieść na duchu i przekonać, że nie ma się o co martwić. Wiedziałem, że jeśli coś pójdzie nie tak, może zrobić się gorąco. Nie znałem możliwości Shori, lecz coś mi szeptało, by zaufać instynktowi. Pozwolić jej działać. Jeśli będzie się hamować, jej moc wyrwie się spod kontroli i tym samym, może komuś zagrozić.
- Kochanie, spójrz mi w oczy. - wykonała prośbę. Podniosła głowę, a nasze spojrzenia się spotkały. - Wierzę w Ciebie i Twoje możliwości. Potrafisz nad tym panować. Musisz zaufać sobie i słuchać swego serca. Nie myśl, pozwól sobie czuć. Niech moc przez ciebie przepłynie, niech obejmie twe ciało. Gdy będzie blisko krawędzi, natychmiast to wyczujesz. Postaw granice.
- Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić.
- Skąd możesz to wiedzieć, jeśli nawet nie spróbowałaś? - coś chyba w niej drgnęło. Oczy stały się stalowe. Ogień na chwilę zgasł, lecz już po chwili płonął żywym żarem. Wadera podniosła się, wyprostowała grzbiet.
- Dobra, ale gdyby co, nie przychodź do mnie z płaczem.
- Bez obaw, w razie czego dam Ci chusteczkę. - oboje wybuchliśmy krótkim śmiechem, nim z szerokim uśmiechem, przystąpiliśmy do walki. Przyjąłem pozycję bojową. Moc niczym uśpiony wulkan, natychmiast zaczęła drgać. Skupiłem się na waderze, dokładnie obserwując jej poczynania. Nie zapomniałem także mieć na oku Komety. To ona stanowiła największe zagrożenie. Hmm... jakby tak o tym pomyśleć, Shori idealnie nadaje się do walki długodystansowej. Nie wiem co prawda, jakby poszło jej w zwarciu. Można to w sumie przećwiczyć później.
- Pilnuj siedzenia! - jak na komendę, wystrzeliłem w bok, z trudem unikając świecącej kulki. Pojawiła się tuż za mną znienacka. Minęła mnie ledwo o cal. Otrząsnąłem się, zdając sobie sprawę, jaką gapę zrobiłem. Miałem uczyć, a nie odfruwać myślami. Warknąłem w myślach, rozglądając się na boki. Komety nigdzie nie było. Musiałem przyznać, iż ciężko nadążyć za czymś tak małym i szybkim. Jedyną opcją wydawało się użycie przestrzeni. W ostatnim czasie bardzo ją wzmocniłem. Skupiłem się na otoczeniu, a w umyśle dostrzegłem niebieski pentagram, monitorujący wszystko i wszystkich. W jego okręgu pojawiły się świecące istoty, w tym także i Shori. Wyciszyłem wszystko, co znajdowało się dalej. Błysk przeciął powietrze. Sprawnie uchybiłem się przed atakiem. Niczym w tańcu, wykonywałem koleje uniki. Kometa widać była szybka, lecz zwinnością przeważałem ja. Potrzebuje znacznie mniej czasu, by zmienić kierunek. Zatrzymałem się. Czekając, aż się zbliży. Gdy to się stało, teleportowałem się nad nią, a elektryczny puls, wydobył się z mojego ciała. Kometa rozpadła się w pył.
- O! - zerknąłem na Shori. Wydawała się zdziwiona.
- No, wygląda na to, że twoja broń nie jest odporna na błyskawicę. I ma kiepski refleks.
- Hmmm...
- Spróbujmy czegoś innego. - przysiadłem obok nie, wpatrując się w niebo.
- To znaczy?
- Kometa skupia się na twoich myślach, ale jestem ciekaw, czy może atakować również bezwiednie.
- To... twardy orzech do zgryzienia.
- Zgadzam się. - przytaknąłem, uśmiechając się do niej. - Dlatego poćwiczymy inaczej. Przywołaj kometę i każ jej wzlecieć w niebo. Musimy zobaczyć, jak dalece może się oddalić.
- Dobra. - Shori wzięła głęboki wdech, nim przywołała swoją moc. Zwiesiła się, wpatrując się w Kometę nieobecnym wzrokiem.
- Shori?

Shori? Co cię tak zastanowiło?

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 740
Ilość zdobytych PD:  370
Obecny stan: 370

piątek, 11 marca 2022

Od Shori c.d Atrehu - Nowy dom

Pisnęłam, gdy pod wpływem prądu powietrza i prędkości Atrehu, nagle wzbiłam się w powietrze. Zdecydowanie nie powinnam była rozkładać swoich skrzydeł. Tego byłam pewna, jak nigdy wcześniej, jednak co się stało, to się nie odstanie. Porwana w górę, niezbyt zgrabnie szybowałam przez chwilę. Zauważyłam w dole, jak ruda sierść wraz z jej właścicielem, gwałtownie stoczyła się w dół zbocza. Z pięciozłotówkami w oczach, zawołam:
- Atrehu! – wilczy basior ze słyszalnym przeze mnie hukiem wylądował na polance poniżej. Leżał przez chwilę, po czym podniósł się i rozejrzał, zapewne mnie szukając, gdyż gdy tylko nasze spojrzenia się spotkały, usiadł ze spokojem. Tak się zapatrzyłam, że nie zauważyłam, iż nie dość, że tracę wysokość wskutek zaprzestania ruchu skrzydeł, to jeszcze wiatr zniósł mnie wprost na drzewo. Owe informacje dotarły do mnie, dopiero gdy grzmotnęło mną o jakąś gałąź. Momentalnie złożyłam skrzydła, wydając z siebie zduszone parsknięcie bólu i zaskoczenia. Przekoziołkowałam, po czym spadłam ze stłumionym piskiem i niczym mój mentor, stoczyłam się w dół zbocza. Po wpadnięciu na basiora podniosłam się do siadu. Wstrząsnęłam głową, chcąc, by świat przestał wirować przed mymi oczyma, po czym uśmiechnęłam się niewinnie do Atrehu.
- Nic mi nie jest! – Zameldowałam, wstając. Zatoczyłam się jednak i ponownie wylądowałam na zadzie. - Jak się czujesz Atrehu? – spytałam po chwili, w której pozwoliłam grawitacji wziąć nade mną górę. Przyglądałam się zmierzwionej, rudej sierści mentora.
- Będę żył — odpowiedział — A jak z Tobą Shori? Na pewno wszystko dobrze? – spytał, po czym ściągnął z mojej grzywki jakiś stary liść.
- Tak, tak. – odpowiedziałam zdecydowanie, choć wiadome było, że i mnie, jak i Atrehu na pewno bolała nie jedna część ciała. Tylko kilka siniaków. Nie było to jednak nic poważniejszego. No... Przynajmniej nie na pierwszy rzut oka. Mam nadzieję, że lisi basior nie zataił przede mną faktu o złamaniu jakiejś kończyny.
- Przepraszam, nie powinnam była rozkładać skrzydeł w trakcie biegu — owinęłam się ogonem i spuściłam głowę ze skruchą. Basior jednak się nie gniewał, podniósł lekko mój pysk, tak bym popatrzyła na jego, po czym uśmiechnął się pokrzepiająco. Siedzieliśmy przez chwilę, zbierając się po wydarzeniu. Przez ten czas byłam wtulona w bok basiora, aż nagle zadał on pytanie.
- Jak się czułaś? – spojrzał na mnie, na co odpowiedziałam mu zdziwionym wyrazem pyska, nie bardzo wiedząc, o co może chodzić ognistemu. - W trakcie lotu — rozwinął. Zrobiłam minę mówiącą „Aaa”, a potem zmarszczyłam brwi, zastanawiając się. Zapewne wyglądałam przy tym niezwykle komicznie, gdyż Atrehu ledwo powstrzymywał się od parsknięcia śmiechem.
- Widzisz... – zaczęłam, po czym przesiadłam się przed basiora. – Nie bardzo miałam czas, aby nacieszyć się byciem w powietrzu. – zaśmiałam się nerwowo. Atrehu przytaknął ze zrozumieniem głową. - Ale mogę się podzielić odczuciami z moich treningów — powiedziałam. – Lot to bardzo przyjemne przeżycie. Jednak gdy uczy się go samemu, jest też dużo frustracji i siniaków. – zaśmiałam się. – Jak jest się w powietrzu, to tak jakbyś spadał, ale wiedział, że nie gruchniesz o ziemię. Nie wiem jak to opisać. Jet bardzo przyjemnie. Czujesz się wtedy wolny i bezpieczny. Nie ma żadnych granic. - Rozmarzyłam się na tę myśl, przymykając przy tym oczy.
- Nie chciałabyś poćwiczyć latania? – spytał Atrehu, równie niespodziewanie, co poprzednio. – Chciałbym zobaczyć, jak latasz. – dodał po chwili, uśmiechając się zachęcająco.
- Jak latam? – powtórzyłam. Chyba mogłabym nieco poćwiczyć. Nie latam jeszcze zbyt dobrze. Znam tylko teorię, opracowaną przeze mnie samą, na podstawie obserwacji głównie ptaków. Oprócz zapewne złej postawy, mam niezbyt dobrą kondycję skrzydeł i można by nad tym nieco popracować. – Jeśli nie musimy zrobić nic więcej, to w sumie możemy poćwiczyć nawet tutaj. – odparłam po chwili. Basior przytaknął, przybrał pozycję półleżącą i z uwagą śledził moje poczynania. Odsunęłam się trochę. Zrobiłam rozgrzewkę, skrzydeł, wiedząc, że ewentualna kontuzja znowu uniemożliwi mi ćwiczenia. Wzięłam głęboki wdech, a potem rozłożyłam skrzydła na wydechu. Uginając lekko łapy, przyjęłam pozycję, po czym stanowczym ruchem poderwałam się do lotu. Wzniosłam się jakieś dwa metry nad ziemię, po czym zatoczyłam krąg nad rudym basiorem. Zrobiłam à la slalom i zatrzymywałam się co jakiś czas w powietrzu. Mój lot nie był jeszcze zbyt stabilny. Większe podmuchy wiatru znosiły mnie i zmuszały do powrotów na wyznaczony przez siebie szlak. Mimo tego nie zniechęcałam się do ćwiczeń. Każdy trening sprawiał, że czułam się pewniejsza tego, co robię. Kończyny coraz mniej przeszkadzały mi w trakcie manewrów. Instynktownie je podkulałam lub wykonywałam ruchy zbliżone do tych, które wykonuje się w trakcie pływania. Postanowiłam sobie nawet, że już niedługo zacznę naukę sztuczek. Nie mogłam się już tego doczekać.
Po zrobieniu kilku rund wylądowałam przed moim mentorem i uśmiechnęłam się do niego.
- Nieźle Ci idzie. – powiedział, wstając i podchodząc do mnie.
- Dziękuję – mimo woli zarumieniłam się. Nie wiem czemu, ale miłe słówka doprowadzały mnie do takiego stanu. Zasłoniłam pysk skrzydłem, udając, że kaszlę, w celu zamaskowania się. Gdy poczułam, że wypieki znikają, zaprzestałam grania i ruszyłam kilka kroków w kierunku centrum watahy, zatrzymując się i zerkając w stronę basiora, powiedziałam:
– No nic. Pora ruszać dalej. – oznajmiłam, czekając, aż Atrehu również do mnie dołączy. Następnie powoli ruszyliśmy w kierunku domów. Po drodze basior pokazał mi, jak skradać się, by złapać wiewiórkę, którą dostałam w ramach przekąski.
Pomału zbliżaliśmy się do mojego domu. Było późne popołudnie, gdy wpadłam na genialny pomysł. Zatrzymałam się, węsząc chwilę.
- Co robisz Shori? – spytał basior. Uśmiechnęłam się zawadiacko, gdyż udało mi się złapać świeży zapach Naharysa.
- Upolujemy tatę? – spytałam, a w oczach Atrehu pojawiły się figlarne iskierki.
- To może być dobry trening — przyznał, udając poważnego. Coś we mnie jednak wiedziało, że czujka nie mógł się doczekać efektu tego przedsięwzięcia. Uradowana wskoczyłam w niewielką stertę starych liści, aby zamaskować swój zapach. Atrehu uważnie mnie obserwował, a gdy ruszyłam przed siebie, ten ruszył za mną niczym cień. Żadne z nas nie wydawało żadnych dźwięków. Zatrzymałam się za starym pniem, niedaleko wejścia do jaskini. Tato leżał sobie w słońcu i odpoczywał, po swym treningu. Mamy i rodzeństwa nie było jeszcze w domu, więc nie mieli, jak mnie zdradzić. Była to idealna okazja do ataku. Potrzebowałam tylko zajść go tak, bym mogła skoczyć na jego plecy. Znałam tu już większość skrytek, więc nie powinnam mieć z tym problemu. Wiedząc, że Atrehu schował się kawałek dalej i bacznie obserwował moje poczynania, jeszcze ciszej niż wcześniej przedostałam się za spory głaz. Niechcący jednak zahaczyłam ogonem o gałązkę, która chrupnęła, sprawiając, że tata otworzył oczy i poderwał się gwałtownie, zerkając w kierunku, z którego dobiegł dźwięk. Na moje szczęście nie zauważył ani nie wyczuł mnie jeszcze. Wzięłam w łapki jakiś kamyk i licząc na to, że odwrócenie uwagi coś zadziała, rzuciłam nim w drzewa nieopodal. Jak się okazało, głupi ma zawsze szczęście bowiem siwy basior, mrucząc coś pod nosem, ruszył w kierunku, który mu narzuciłam. Gdy tylko przeszedł obok mnie, wykorzystałam okazję i skoczyłam na niego, krzycząc:
- Orientuj się tato! – Atrehu wyszedł z ukrycia, śmiejąc się, a ja leżałam na grzbiecie zdezorientowanego Naharysa. Po chwili już każde z nas się śmiało.
- Gratuluję, nieźle mnie zrobiłaś. – pochwalił mnie basior. – Kto Cię tego nauczył?
- Atrehu! Dzisiaj na zajęciach — wypięłam dumnie pierś, spoglądając na ognistego mentora. Ten przytaknął, a ja pozwoliłam sobie do niego podejść i usiąść obok. Potem już porozmawialiśmy chwilę i się pożegnaliśmy. Atrehu nie wspomniał jak na razie o spotkaniu Ducha Lasu.

~*~*~*~*~*~
Minęło sporo czasu. Niedługo miałam skończyć rok. W tym czasie Noiter uczył mnie latać, a Naharys i Atrehu zaczęli mi wprowadzać walkę do szkolenia. Gdy w końcu czułam się szczęśliwa (pomijając uwagi Eredena, które nieraz niszczyły dzień), coś musiało się stać. Wszystko zaczęło się znowu sypać. Mama zniknęła. Nikt nie wiedział, co dokładnie się stało, oprócz Sininen, ale ona sama nie była w stanie nic dokładnie powiedzieć na ten temat. Na domiar złego poważnie ucierpiała. Do teraz jestem roztrzęsiona tymi zdarzeniami. Mam problemy ze snem. Staram się jak najmniej myśleć o tym wszystkim, trenując do oporu. Nie szukałam jednak pomocy. Czułam, że każdy ma swoje problemy z tym związane. Jest mi strasznie ciężko patrzeć na tatę. Widzę, jak cierpi, choć stara się tego nie pokazywać. To samo Ereden, który jest teraz bardziej złośliwy niż wcześniej i obwinia siostrę o to całe nieszczęście, zamiast się wspierać. A Sini? Diametralnie się zmieniła. Odnoszę wrażenie, że wydoroślała, albo raczej oziębła. Jest bardziej śmiała i nie boi się oddać bratu, jednak teraz między rodzeństwem dochodzi do coraz to poważniejszych bójek. Przez pierwsze dwa tygodnie wszyscy byli postawieni na baczność. Oprócz mamy zniknęła również Tsumi, jej przyjaciółka. Starano się nas, szczeniaki odsuwać od tego wszystkiego, najbardziej jak się dało, jednak nie byliśmy już tacy głupi. Świetnie widzieliśmy, całe zamieszanie. Zamiast trenować z tatą, wysyłano mnie do Noitera. Basior starał się mnie jakoś rozweselić, zachęcał do zabawy, jakiejś aktywności, byle odciągnąć mnie od negatywnych myśli. Byłam jednak nie w sosie. Leżałam przygnębiona, nieraz bliska płaczu, tylko po to, by po chwili, przewrócić jakiś spory kamień. Skrzydlaty nie wiedział już, co ma robić. Po prostu był i powiem szczerze, to mi wystarczyło.
Noiter rogaty basior, który powinien nosić aureolę. Stał się dla mnie kimś ważnym. Leżąc, wtulając się w jego bok, zaczęłam wraz z upływem czasu, dzielić się z nim moimi troskami, czy też historiami i domyśleniami. Słuchał mnie uważnie i czasem dzielił się ze mną jakąś złotą radą. Później opowiadał coś ze swojego dnia albo pokazywał mi historyjki za pomocą cieni. Kilka razy zdarzało mi się, że zasypiałam u niego, a budziłam się w domu, bądź że widziałam go w swoich snach. Siedział i czuwał nade mną albo tak mi się wydawało...

~*~*~*~*~*~
Minęły już ponad dwa miesiące od feralnego dnia i chciałabym wierzyć, że zobaczę jeszcze mamę, niestety nie mogę tego zrobić. Wszystko, co się zmieniło, nie wróciło do pierwotnego stanu. Jestem już tym zmęczona. Drażni mnie każdy trzask gałązki, jestem zdekoncentrowana, zawalam większość ćwiczeń. Ograniczyłam się już tylko do zajęć z Noiterem i Atrehu. Z Tatą widuje się tylko w czasie kolacji i śniadania. Właśnie... Noiter. Sama nie wiem co mam do tego basiora. Czuję się przy nim jakaś spokojniejsza. Nawet gdy tylko siedzimy obok siebie. Mam wrażenie, że się do siebie zbliżyliśmy. Atrehu śmieje się, że się nim zauroczyłam. Ta, bo w to uwierzę. A może? Sama już nie wiem. Wróćmy jednak do treningów z ognistym. Ostatnio widziałam Ducha Lasu, jak przypatrywał mi się z oddali. Nie mówiłam tego memu mentorowi, ale coś czuję, że sam się domyślił, lub wkrótce do tego dojdzie. No i budzące się zdolności magiczne nie dawały mi spokoju. Czułam jakąś moc, ale nie wiedziałam, jak to zinterpretować. Może to jednak zmęczenie, a nie moce? Wiedziałam tylko, że płomienie w moim towarzystwie zmieniały barwy na niebieskie. ~ A jeśli to zwidy? Może to jakieś zbiorowe halucynacje? ~ Z zamyślenia wyrwał mnie ból głowy i głos Atrehu.
- Na bogów, Shori! O czym Ty myślisz? Jesteś cała? – zapytał, pomagając mi się podnieść. Jeszcze nie tak dawno nie musiałam się aż tak pilnować, by nie oberwać po głowie od okolicznych gałęzi. ~ Kiedy ja tak urosłam?~
- Tak. Nic mi nie jest. Po prostu się zamyśliłam, nic ważnego. – powiedziałam i miałam ruszyć dalej, gdyż to nie był koniec naszej trasy. Powstrzymał mnie jednak Atrehu. Przyłożył łapę do mojego czoła, na co syknęłam z bólu. Spojrzał na mnie niezbyt przekonany co do moich wcześniejszych słów. - Nic. Mi. Nie. Jest. – powtórzyłam, akcentując każde słowo z osobna. – Nie biegłam przecież tak szybko. – dodałam po chwili, przewracając oczami, po czym wyminęłam basiora. Tym razem jednak skupiłam się na terenie. Nie czekając na zezwolenie, ruszyłam dalej, przez nabierający coraz to intensywniejszej zieleni las. Po około 5 minutach truchtu dotarłam nad piaszczyste wybrzeże. Gdzie w oczekiwaniu na Atrehu, usiadłam, starając się zrelaksować. Łapałam morską bryzę w skrzydła, wiatr szarpał moją sierścią i piórami. Niósł wiele zapachów. Mewy skrzeczały gdzieś nade mną, fale szumiały. Było tak spokojnie. Skupiłam się na oddychaniu, całkowicie się uspokajając i oczyszczając myśli pierwszy raz od bardzo dawna. Nie zauważyłam, nawet kiedy lisi basior przysiadł się do mnie.
- Myślałaś o tym wszystkim, prawda? – nie odpowiedziałam. Spojrzałam tylko na mego mentora i delikatnie się uśmiechnęłam. Nie podobała mi się moja niewiedza, a co za tym idzie bezradność. Czułam się też słabsza. Byłam praktycznie bezbronna. Moje rodzeństwo wcześniej ode mnie zaczynało panować nad żywiołami i lepiej radzili sobie z walką. Nawet Sininen, która była ponoć najsłabsza. Wyprzedzała mnie znacznie w sprycie i technice. Nie miałam z nią szans, co było równie pocieszne, co nieznośne.
- Nie możesz się tak zamartwiać. Nie masz na to wpływu. Wszystko będzie dobrze – oznajmił ze spokojem i troską, kładąc swoją łapę na mym ramieniu.
- Wiem, ale... — westchnęłam — Martwią mnie słowa Ducha Lasu. Widziałam go kilka dni temu. Obserwował mnie. – przyznałam. – Znowu przypomniałam sobie, jak mówił o ogniu. Prawdopodobnie będzie to jeden z moich żywiołów, których jeszcze nawet nie użyłam. Tylko biernie widzę ich działanie. Widziałeś, jak reagują płomienie w moim towarzystwie? Poza tym wciąż nie potrafię opanować ruchów, które mi pokazywałeś. Ogień... To taki niszczący żywioł. Jeśli okaże się moim elementem, mogę być zagrożeniem, nie tylko dla siebie, ale i otoczenia. – westchnęłam. A jeśli to ja byłam niebezpieczeństwem? Jeśli to mnie trzeba było się obawiać? Przecież stworzenie nie pojawiło się przed Renesme ani Naharysem. Władają przecież ogniem, a do tego mają ważne pozycje w sforze. Atrehu milczał, byłam mu za to wdzięczna, jednak nie mogliśmy siedzieć i milczeć w nieskończoność. Poza tym coś ewidentnie czaiło się za rogiem. Problem w tym, że nikt nie wiedział co to. Każdy przyjął taktykę, polegającą na „normalnym” życiu. Tyle że ja widziałam, że coś jest nie tak i to w wielu aspektach. Choć wypierałam się tego, jak mogłam, działało to na mnie przytłaczająco. Po dłuższej chwili westchnęłam ponownie i podniosłam się, dając tym samym znać, iż jestem gotowa do treningu. Musiałam się skupić na czymkolwiek, byle nie na gdybaniu.
- Zaczniemy od postawy. – oznajmił i zademonstrował mi pozycję, jaką powinnam zająć, szykując się do walki. Przytaknęłam ruchem głowy i stanęłam naprzeciw basiora. Stałam do niego przodem i z na wpół złożonymi skrzydłami. Naprężyłam mięśnie, pobudzając je do gotowości. Byłam już tylko o głowę niższą od basiora, drobne sparingi nie były więc aż tak niebezpieczne. – dzisiaj jesteś broniącym, a ja atakującym. – powiedział Atrehu.
- Dobrze. – odpowiedziałam i skupiając się na jego ruchach, oczekiwałam ataku. Gdy mięśnie wilka drgnęły, odskoczyłam w bok, unikając ataku, wykonanego w moją stronę. Cały czas musiałam pilnować się, by być przodem do ognistego, dając mu jednocześnie jak najmniej możliwości do ataku. Atrehu zamachnął się. Ledwo odskoczyłam, unikając podcięcia mi łap. Chciałam użyć skrzydeł, ale gdy tylko je rozłożyłam, dostałam naganę wzrokiem. Westchnęłam niezadowolona i odskoczyłam tak, że basior znalazł się po mojej lewej. Atrehu skorzystał okazji i złapał mnie za ogon, uniemożliwiając mi tym samym dalsze odskakiwanie. Odwróciwszy się w jego stronę, zawarczałam i pacnęłam go w nos, powodując tym samym uwolnienie mojego ogona, który natychmiast zwinęłam, trzymając go teraz bliżej siebie. Po dobrych dwudziestu minutach ciągłego unikania ataków i kilkunastu porządnych glebach stwierdziłam, że powinnam przejść do ofensywy.
- Mam dość tych uników! Mogę też Ci oddać. – oznajmiłam, wykonując skok z zamiarem wywrócenia rudego. Niestety nie trafiłam mentora. Podciął mi on łapy i przewrócił na ziemię, uniemożliwiając podniesienie się. Odwróciłam się na plecy, chcąc zrzucić go z siebie, kopiąc w jego brzuch. Byłam jednak już zmęczona, a basior nawet nie drgnął od mojego ciosu. Atrehu górował nade mną, niewzruszony moimi działaniami. Dyszałam ciężko. Nasz mały sparing, o ile mogę to tak nazwać, był dość intensywny.
- Nie możesz atakować tak bezmyślnie. – powiedział – Źle się wybiłaś i wylądowałaś na z ziemi. Bez problemu Cię przewróciłem. Nie masz szans z większym i silniejszym przeciwnikiem, gdy znajdziesz się pod nim. Doskonale o tym wiesz. – oznajmił stanowczo. – Walka to nie zabawa Shori. Przeciwnik nie da Ci forów. Jeśli nie możesz być silniejsza, musisz być szybsza. – zakończył swój monolog i zszedł ze mnie. Westchnął ciężko i odwrócił się z zamiarem ruszenia do centrum watahy. – Na dzisiaj koniec. – oznajmił.
- Nie! Jeszcze raz. Teraz pójdzie lepiej. – zaprotestowałam, podnosząc się z cichym stęknięciem. Ową frazę powtarzałam dziś już nie pierwszy raz. Byłam poirytowana ponowną klęską. Skumulowane emocje, w końcu chciały dostać upust. Lisi basior był cierpliwy, za co byłam mu wdzięczna, ale sama nie wiem, dlaczego frustracja wzięła nade mną górę w tej sytuacji. Kopnęłam wściekle, pierwszym lepszym kamykiem w stronę wody. Poczułam przypływ gorąca, a obok mnie pojawiło się jakieś źródło światła, które zaczęło krążyć gniewnie wkoło mnie. – Co do?! - krzyknęłam. Atrehu odwrócił się w moją stronę. Nasze miny wyrażały wyraźne zaskoczenie. Światełko wydzielało lekki niebieski blask, choć, głównie było białe. Najprawdopodobniej miało wiele wspólnego z ogniem. Zbyt długie wpatrywanie się w nie spowodowało, iż zapiekły mnie oczy. Spuściłam pysk, zasłaniając go łapą. Mruknęłam niezadowolona własną głupotą w tej sprawie. Atrehu chciał podejść, ale ja niewiele myśląc, odskoczyłam od niego.
- Spokojnie. Nie uciekaj przede mną Shori — powiedział basior. Jednak coś podświadomie mówiło mi, że jeśli tego nie zrobię to stanie się coś złego. Oboje zauważyliśmy, że dziwne zjawisko, ewidentnie orbitowało wkoło mnie, gdyż podążało za mną, krok w krok, gdy tylko cofałam się, przed basiorem. Atrehu nie wytrzymał, nakazał mi gestem, że mam się zatrzymać. Moc Alfy, jaka od niego biła, była niezwykle silna. Zatrzymałam się. Na światło jednak słowa alfy nie działały. Latało sobie wkoło mnie. Gdy Atrehu podszedł bliżej, wyciągnął przed siebie łapę. Nie wiedziałam, co miał zamiar zrobić. Gdy kula go dotknęła, odskoczył, wkładając sobie kończynę do pyska. Oparzyło go. Przeraziłam się niemiłosiernie, jednak milczałam. Basior, widząc moją reakcję, uśmiechnął się jakby nigdy nic i zażartował:
- Teraz nie zmarzniesz. – nie bardzo poprawił mi tym jednak humor. Chciałam zapaść się pod ziemię, gdy tylko doszłam do wniosku, że ta à la gwiazda, to zapewne jedna z moich mocy i na dodatek zrobiła krzywdę mojemu mentorowi. Nie, nie zrobiła. Ja zrobiłam mu krzywdę. Atrehu widząc, że na niewiele się zdała jego próba odwrócenia tego w żart, chciał się do mnie zbliżyć. Zapewne chcąc mnie przytulić, jednak zatrzymał się, przypominając sobie, że może się to zakończyć podobnie do sytuacji sprzed chwili.
- Prze... Przepraszam – wydukałam, cofając się. – Chyba lepiej będzie, jak zostawisz mnie samą. – powiedziałam, odwracając się w stronę oceanu. Po chwili dodałam – powiedz, proszę tacie, że dzisiaj nie przyjdę do domu...
Basior stał przez chwilę, zapewne zastanawiając się, czy nie spróbować mnie nakłonić do zmiany decyzji. Po jakiejś minucie, która ciągnęła się w nieskończoność, powoli odszedł. Gdy się oddalił, tak, że nie słyszałam już jego kroków, opadłam na piach i zaczęłam szlochać. Tego wszystkiego było za dużo. Potrzebowałam, by to ze mnie wypłynęło. Byłam taka padnięta, że nie zauważyłam, nawet kiedy kula się rozproszyła, a łzy się skończyły. Zasnęłam, ukołysana szumem fal.

~*~*~*~*~*~
Obudziłam się następnego ranka. Było dość chłodno, słońce dopiero wschodziło i wiał porywisty wiatr, zapowiadający zbliżający się sztorm.
- Jak na złość teraz Cię nie ma, co? – fuknęłam w próżnię, mając na myśli oczywiście to świecące badziewie. Wiedząc, że owo zjawisko było wywołane przeze mnie, doszłam do wniosku, że powinnam spróbować przywołać je ponownie. Przez dobre kilka godzin próbowałam różnych sposobów. Koło południa byłam już tak poirytowana, że miałam ochotę to olać i wrócić, by móc iść na trening. Jednak postanowiłam dać sobie ostatnią szansę. Stojąc, zamknęłam oczy i skupiwszy się na tym, jak wygląda kula, zaczęłam rysować ją sobie w myślach. Poczułam przyjemne ciepło, które najpierw emanowało we mnie, by po chwili wydostać się na zewnątrz. Otworzyłam oczy i wydałam z siebie pomruk zadowolona. Świecąca kula zaczęła powoli orbitować wkoło mnie. Postanowiłam sprawdzić, czy i mnie nie poparzy. Wyciągnęłam więc łapę przed siebie. Kometa, gdyż tak postanowiłam to od teraz nazywać, zatrzymała się jakieś dwa centymetry nad moją kończyną.
- Czyli mogę Cię tak kontrolować? Ciekawe... – wymruczałam, przesuwając łapą i kometą, raz w jedną stronę, a raz w drugą. Nagle usłyszałam szmer w krzakach. Odwróciłam się gwałtownie w tamtą stronę, po czym niewiele myśląc, tupnęłam łapą o podłoże. Kometa poleciała w stronę dźwięku. Usłyszałam, przeraźliwie piśnięcie królika. Rozległ się błysk, później podmuch wiatru zatrzepał krzewem, by po paru sekundach powróciło do mnie ciepło. Po chwili zobaczyłam szaraka wybiegającego z zarośli. Nawet nie zauważył, że wpadł mi pod łapy. Sprawnym ruchem zakończyłam żywot młodzika. Nim jednak przystąpiłam do konsumpcji, postanowiłam mu się przyjrzeć. Dostrzegłam, że na jego futrze znajdował się spory placek spalenizny. Lekko zaniepokoiłam się tym. ~ Co, gdyby to był ktoś z watahy? ~ wstrząsnęłam głową, aby wypędzić te myśli i wzięłam się za mój śniadanio-obiad. Po posiłku obmyłam się w wodzie, po czym lecąc, udałam się na spotkanie z Atrehu. Czy trening się dzisiaj odbędzie? Co z jego łapą? Ucieszy się na wieść o moim drobnym postępie, czy to raczej pytanie nie na miejscu? Te myśli towarzyszyły mi przez całą drogę. Gdy dostrzegłam ognistą sierść pod sobą zmierzającą od lecznicy, zatoczyłam kilka kręgów, nad mym mentorem i wylądowałam obok niego.
- Dzień dobry Atrehu. Jak się czujesz? – spytałam. Dostrzegłam, że na jego łapie znajduje się opatrunek. Od razu powróciło do mnie poczucie winy. Podkuliłam ogon i opuściłam uszy.
- Witaj Shori. – przywitał mnie basior, a widząc moją postawę, uśmiechnął się pokrzepiająco i dodał – To nic poważnego. Muszę tylko nosić te liście do wieczora. – po chwili śmiejąc się, przystawił mi kończynę pod nos i spytał – Fajnie pachnie, nie? – z tym ostatnim musiałam się zgodzić. Czułam wyraźną woń herbaty. – A jak Ty się czujesz Shori? – zapytał. Uśmiechnęłam się do niego delikatnie.
- Już lepiej. - powiedziałam, czując się już mniej skrępowana tą sytuacją — Pokażę Ci coś. Ćwiczyłam to do obiadu. – powiedziałam, odsuwając się nieco. Zamknęłam oczy i powtarzając cały schemat gestów, jakie ćwiczyłam, przywołałam orbitującą wokół mnie kometę. Otworzyłam oczy i zobaczyłam zaintrygowane spojrzenie Atrehu. – To jeszcze nie wszystko. – zameldowałam i rozejrzałam się nieco po okolicy. Upatrzyłam sobie stary pniak. Podniosłam łapę, powodując zatrzymanie się komety nad nią. Potem tupnęłam, a ta poleciała w wybranym przeze mnie kierunku, gdzie po dotknięciu celu rozproszyła się z cichym syknięciem i towarzyszącym temu podmuchem powietrza oraz blaskiem. Na pniaku pozostał wypalony placek. – Co o tym myślisz? – spytałam i spojrzałam wyczekująco na basiora.

<Atrehu?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 3555
Ilość zdobytych PD: 1777 + 15% (266 PD) za długość powyżej 3000 słów.
Obecny stan: 2043

poniedziałek, 28 lutego 2022

Od Atrehu c.d Shori ~ Nowy dom

Duch lasu to potężna i pradawna istota, która nam — zwykłym istotom naziemnym nie ukazuje się ot, tak. Jakim więc szokiem dla nas było ujrzenie go, wyłaniającego się z lasu, w całej swej majestatycznej okazałości i to w ciągu dnia? Z tego, co wiedziałem, jeszcze nigdy się nie zdarzyło, by ktokolwiek doświadczył zaszczytu bycia tak blisko niego. W całej historii watahy były tylko dwa przypadki spotkania z owym duchem i wszystkie polegały tylko na dostrzeżeniu go, przechadzającego się spokojnie wśród drzew. Tym razem jednak było zupełnie inaczej. Frontowy kontakt był pierwszym i jedynym. Dlatego było to tak bardzo niepokojące. Sam fakt, że tu jest, napawał mnie lękiem. Nie wiedziałem, co się dzieje i czego chce. Na domiar złego miałem niejasne przeczucie, że jemu nie chodzi o mnie. A skoro nie o mnie, to o Shori, która wpatrywała się w niego wielkimi oczyma. Nie dostrzegłem w nich jednak strachu, co mnie samego totalnie zszokowało. Była spokojna i opanowała. Oddychała tylko szybko. Jak zaczarowana, rzekłbym. Do tego ta nagła cisza, jaka zapanowała po jego pojawieniu się. Ptaki przestały śpiewać, nie słyszałem nawet dzięcioła, stukającego dziobem o korę drzewa. Otoczenie było wyciszone, jakby nagle usnęło. Słychać było tylko nasze oddechy i szybkie bicie serc.
Poczułem nieprzyjemny dreszcz, przebiegający mi wzdłuż kręgosłupa. Coś się szykowało, coś złego. Wiedziałem to, było to tak jasne, jak wschodzące słońce. Dlaczego tak było? Na to pytanie nie znałem odpowiedzi. Patrząc jednak na ducha, dostrzegałem fragmenty jego myśli. A może to były wspomnienia? Wizje? Jakim cudem?! Obrazy były przerażające, okropne, a jednocześnie takie zachwycające. Przyciągały, kusząc, by sprawdzić, co będzie dalej. Widziałem pożogę i krew oraz ogień. Dużo ognia. To z nim wszystko się łączyło. Tylko, co to oznaczało i dlaczego to widziałem? Nie zdążyłem się jednak nad tym zastanowić. Zawał serca nastąpił chwilę później. Myślałem, że umrę, serce tak szybko mi zabiło. Shori znalazła się raptem przede mną. Jakby została przeteleportowana. Była tuż za mną, pstryk i już jej tam nie było. Wybałuszyłem oczy, zdając sobie sprawę, co się dzieje. Strach o jej życie wygrał ze zdrowym rozsądkiem. Próbowałem ją zasłonić, lecz nie zdołałem się nawet zbliżyć, albowiem Duch zagrodził mi drogę. Shori powstrzymała moje dalsze próby, spoglądając w moim kierunku. Ten dziwny spokój w jej oczach przeszedł jakby na mnie. Pozostał jedynie blady strach i niezrozumiałe myśli. Coś musiało się stać. To nie było normalne. Czego Duch chce od mojej protegowanej? Dlaczego teraz, tak nagle? Wparował znienacka, burząc spokój tego miejsca.
Niebezpieczeństwo musiało być bliskie. Powód, dla którego wyszedł nam naprzeciw, ukazując przy tym swą pierwotną formę, czego również zazwyczaj nie robi. Byłem bardziej niż zaniepokojony tym faktem i tym, że taka sytuacja w ogóle miała miejsce. Było mi na przemian zimno i gorąco, ale nie o siebie się bałem, lecz o Shori. Duch szeptał coś do niej w dziwnym języku, lecz nie zrozumiałem z tego kompletnie niczego. Wyglądało to tak, jakby rzucał jakiś czar. Co prawda my wilki nie musimy używać słów. Po prostu myślimy o tym, co chcemy uzyskać, a moc sama przez nas przechodzi. Duch natomiast używał mocy oraz kontaktu wzrokowego. Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Fascynujące i przerażające doświadczenie.
Przyjrzałem mu się dokładniej. Przypominał coś jakby jelenia, ale stworzonego z natury. Jego ślepia o pustych oczodołach wpatrywały się otępiałe w Shori. Duch przybliżył się do niej, po czym zniknął tak nagle, jak się pojawił. Dosłownie wyparował, pach, był i go nie ma. Jeszcze przez chwilę wstrzymywałem oddech, po czym wypuściłem go ze świstem. Odetchnąłem głęboko, nabierając ponownie powietrza do płuc. Poczułem nagłą ulgę. Poszedł sobie chyba. Cieszyłem się z tego, jak dziecko, lecz nieprzyjemne uczucie doskwierało w dalszym ciągu. Jakby jednak nie odszedł, tylko czaił się w mroku, obserwując nas z boku. Nie miałem zamiaru tego roztrząsać. Całą uwagę skupiłem na Shori. Doskoczyłem do wadery, dokładnie sprawdzając, czy wszystko w porządku. Była w szoku i ewidentnie się bała. Do tego mamrotała coś do siebie. Na pytanie, czy słyszałem, odpowiedziałem, że nie. Bo nie, nie słyszałem. Wiedziałem jednak, że coś tam szeptał, tylko co?
- Dobrze się czujesz? -zapytałem, przybliżając się nieco. - Powinienem coś słyszeć? Duch lasu wyglądał, jakby rzucał jakiś urok... - Shori znienacka odskoczyła ode mnie jak poparzona. Przerażonym wzrokiem spoglądała w moim kierunku. Co się dzieje do cholery?! Zaniepokojony i przestraszony jej zachowaniem, stałem jak kołek w jednym miejscu. Bojąc się wykonać jakiś ruch, który mógłby pogorszyć sytuację. Shori uspokoiła się po chwili i podchodząc do mnie, spojrzała głęboko w moje oczy.
- Gwiazda, ogień, strzeż się... Nie wiem, co to znaczy. Nie zrozumiałam i nie zapamiętałam reszty tekstu. Był w innym języku. Mam złe przeczucia co do tego, a to spotkanie musiało być ostrzeżeniem. - z wrażenia aż przysiadłem na ziemi. W mojej głowie panował totalny chaos bądź jak ktoś kiedyś mi powiedział — totalna degrengolada. Nie wiedziałem, co mam o tym myśleć. Bałem się nie mniej niż ona, lecz jak to ja, starałem się znaleźć też dobre strony tego medalu. Nic wielkiego się przecież nie stało. Ot tak pojawił się starożytny Duch lasu, coś tam poszeptał, postraszył i zniknął. Możliwe, że przez długi czas nic się nie stanie, bo jakby nie przeczuwałem niebezpieczeństwa. Miałem raczej wrażenie, że bomba wybuchnie w przyszłości, gdy Shori będzie starsza. Gdy jej moce uaktywnią się całkowicie, a ona sama nauczy się z nich korzystać. Analizując jednak po kolei zdarzanie, można przypuszczać, że nie ma się zbytnio o co martwić. Na razie nie wiedzieliśmy, o co tu w ogóle chodziło. Jakaś ścieżka ognia, po której kroczy Shori. Przeznaczenie, które musi się dopełnić. O co mogło jednak chodzić z gwiazdą? Ogień to wiadomo. Trawi wszystko, czego się dotknie, więc ma związek z tym, co widziałem. Śmierć i jałowa ziemia, pozbawiona roślinności. Pierwszy element się jednak nie zgadzał z widzianymi przeze mnie obrazami. Starałem się skupić jak najbardziej, analizując w kółko wszystko, co przed chwilą nastąpiło. Co rusz odtwarzałem w umyśle to, czego doświadczyłem i widziałem. Niby nie trwało to długo, jednakże szczegółów było mnóstwo. I ciężko było mi się skupić w tym miejscu. Jakby jakaś mroczna siła nie pozwalała na dotarcie do prawdy. Do jakich wniosków więc doszedłem? Raczej do żadnych. Z jednym musiałem się jednak zgodzić. Ewidentnie duch związany był z moją protegowaną. Z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu czułem dziwną więź, łączącą tę dwójkę. Jakby byli splątani niewidzialnymi nićmi. Wciąż jednak coś nie dawało mi spokoju. Cichy głosik bił na alarm, uaktywniając wszelakie zmysły, które posiadałem.
- Chodźmy stąd. - spojrzałem na zdezorientowaną waderę, po czym bez słowa złapałem ją za kark. Pisnęła cicho, zszokowana moim czynem. Nie miałem jednak czasu zastanawiać się nad tym. Jak najszybciej chciałem opuścić to miejsca. Jak najdalej, byleby to przedziwne uczucie zniknęło. Niepokój i mroczna aura otaczały nas z każdej strony. Z tego powodu posadziłem Shori na swoim grzbiecie, nakazując jej się mocno trzymać. Wbiła swe ostre pazurki w moją skórę. Nie powiem, zabolało. Zacisnąłem nieco szczękę, gdyż ból wbijania mi ostrych szponów był nie do zniesienia. Wadera zamachała skrzydłami, sygnalizując gotowość. Westchnąwszy głośno, wystartowałem gwałtownie, o mało nie upuszczając jej przy tym.
- Trzymaj się! - manewrowałem między drzewami niczym zawodowy sprinter. Znałem tu każdy zakamarek, nic nie miało prawda ukryć się przed moimi zmysłami. Słuch wyłapywał każdy szmer, a czujny wzrok dostrzegał najdrobniejsze szczegóły. Przyśpieszyłem jeszcze bardziej, osiągając maksymalną znaną mi prędkość. Oczy z trudem rejestrowały zmieniające się otoczenie. Wszystko przypominało smugę mijanych przez nas miejsc. Poruszałem się coraz szybciej, koncentrując się całkowicie na drodze. Może dlatego nie zauważyłem tego, co się działo. Shori zaczepiła się o moje futro, prawie rozrywając mi skórę, po czym wyprostowała się dumnie, rozkładając swoje majestatyczne skrzydła na całą długość. Wiatr smagał jej drobne ciałko. Jak się okazało, za szybko biegłem. Prąd znienacka wzbił waderę w górę, daleko poza moim zasięgiem. Straciłem przyczepność z podłożem, lecąc kilka metrów do przodu. Nie zdążyłem nawet krzyknąć, gdy moje ciało zaczęło się toczyć ze zbocza.
- Shori!

Shori? Czy przyszedł czas na naukę latania? xD

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1282
Ilość zdobytych PD: 641 + 10% (64 PD) za długość powyżej 1000 słów.
Obecny stan: 7803

niedziela, 9 stycznia 2022

Od Shori c.d Atrehu ~ Nowy dom

Schowałam się za rudym basiorem. Wyglądałam za niego ostrożnie i przyglądałam się stworzeniu. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z taką istotą. Z wyglądu przypominała sporego łosia. Jej poroża i ogólnie ciało pokrywała roślinność. Tak jak otoczenie była à la zimowa. Istotę pokrywał szron, sprawiając, że w mych oczach wyglądała majestatycznie. Zielone, świecące ślepia wybijały się znacząco. Wyrażały one mądrość, ale i wyższość. Atrehu stał gotowy chyba na wszystko, co mogłoby się stać. Ja natomiast stałam za nim. Czułam strach, choć wiedziałam, że lisi basior nie pozwoliłby mnie skrzywdzić. Czułam też wielki respekt przed stworzeniem, którego obecności czułam się niegodna. Istota patrzyła na nas spokojnie. Mruknęła przeciągle, jakby dając do zrozumienia otoczeniu, że ma nastać cisza.
Tak też się stało. Nagle wszystko ucichło. Ptaki przestały śpiewać, wszystko jakby zamarło w oczekiwaniu. Nawet ta niesforna wiewiórka, którą dostrzegłam wcześniej kątem oka. Słychać było tylko nasze oddechy oraz bicia serc. Stworzenie zrobiło krok w naszą stronę, na co oboje cofnęliśmy się nieznacznie. Majestatyczna istota ponownie mruknęła, a ja nie wiedząc jak, znalazłam się pół metra przed Atrehu. Basiora też najwidoczniej zaskoczyła nagła zmiana mojego położenia. Chciał bowiem znowu mnie sobą zasłonić, jednak łosio-podobna istota mruknęła karcąco na ową próbę i zagrodziła rudemu wilkowi drogę kopytem. Zerknęłam na basiora ze wzrokiem mówiącym "będzie dobrze", choć sama nie bardzo w to wierzyłam. Atrehu najwidoczniej też mi nie uwierzył, zrezygnował jednak z ponownej próby przesunięcia się do mnie. Żadne z nas nie wiedziało, co zrobiłoby stworzenie. Widziałam, jak napięte mięśnie wilka drżały. Były gotowe do gwałtownego ruchu. Basior bacznie obserwował poczynania łosio-podobnej istoty. Siedziałam ni to sparaliżowana strachem, ni to zahipnotyzowana. Wpatrywałam się w zielone ślepia dziwnego zwierzęcia. Stworzenie również wpatrywało się w moje oczy. Nie wiem, ile to trwało, czas dookoła jakby zwolnił. Tylko ja i łosio-podobna istota istnieliśmy swoim tempem. Nagle usłyszałam niski, przeszywający głos. Jego ton był wyniosły, nieprzyjemny w odczuciu, a jednak sprawiał, że czułam wewnętrzny spokój.
- "Lumen subductum sideribus. Ignis viam ambulas. Cave virtutem eius, nam ignis omnia consumet." - powiedział głos, a istota tknęła mnie nosem, po czym zniknęła, dosłownie rozmywając się gdzieś w powietrzu. Atrehu momentalnie do mnie doskoczył, zasypał mnie pytaniami, przyglądając mi się uważnie. Nie dotarł do mnie żaden konkretny zlepek słów spośród tych, które ewidentnie wilk skierował do mnie. Czułam, że to, co się stało było zbyt nietypowe, nawet jak na standardy magicznej watahy.
- Słyszałeś to? - Spytałam, przypatrując się reakcji basiora. Wilk zaprzeczył ruchem głowy.
- Dobrze się czujesz? - spytał zatroskany, po czym ciszej, jakby do siebie, dodał. - Powinienem coś słyszeć? Duch lasu wyglądał, jakby rzucał jakiś urok... - Gorąc. Poczułam nieprzyjemny gorąc. Ni to we wnętrzu siebie, ni to napływający z otoczenia. Wstałam, gwałtownie odsuwając się od Atrehu. Odniosłam wrażenie, że rudą sierść wilka trawił ogień. Wiedziałam, że to złudzenie, ale było tak prawdziwe, że poczułam potrzebę ucieczki. Atrehu spojrzał na mnie zaniepokojony. Nie wiedział, co się stało, a ja nie potrafiłam i nie chciałam mu tego wyjaśnić. Złudzenie zniknęło równie szybko, co się pojawiło, a jednak niepokój pozostał.
- Gwiazda, ogień, strzeż się. Gwiazda, ogień strzeż się... - mruczałam, jak mantrę. Pokręciłam głową sfrustrowana tym, że nie zapamiętałam dokładnie słów głosu. Gdy w końcu pozbierałam myśli, nieznacznie podeszłam do swojego mentora, który nadal analizował moje, zapewne niepokojące zachowanie. Zatrzymałam się i spojrzawszy w coraz bardziej zaniepokojone oczy Atrehu, powiedziałam.
- Gwiazda, ogień, strzeż się... Nie wiem, co to znaczy. Nie zrozumiałam i nie zapamiętałam reszty tekstu. Był w innym języku. Mam złe przeczucia co do tego, a to spotkanie musiało być ostrzeżeniem. - Powiedziałam z pewnością, jakiej nigdy bym po sobie się nie spodziewała. Podświadomie wiedziałam, że moje oczy i znaki zażyły się, jakby gniewnie. Czułam tę energię, ale i niepokój. Kto lub co jest tym ogniem? Atrehu przez dłuższą chwilę analizował to wszystko, po czym...

<Atrehu?>

W prawdzie to nie błogosławieństwo, a raczej przestroga, która po polsku ma brzmieć: "Światełko skradzione gwiazdom. Kroczysz drogą ognia. Strzeż się jego potęgi, albowiem ogień pożre wszystko." Stwierdziłam, że to świetna okazja, by zakreślić już zarys przyszłych losów Shori, które ściśle powiązane będą z watahą. Mam nadzieję, że nie będziesz mieć mi tego za złe. Liczę na to, że Atrehu pomoże zrozumieć sens tych słów i że wesprze waderę na "drodze ognia" ;3

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 618
Ilość zdobytych PD: 309
Obecny stan: 309

wtorek, 28 grudnia 2021

Od Atrehu c.d Shori ~ Nowy dom

Historia tej małej wadery była przerażająca. Nigdy, nawet w snach nie przypuszczałem, że spotkam kogoś takiego, kto już w tym wieku doświadczył odrzucenia przez najbliższych. ~ Na Bogów, przecież to jeszcze szczeniak! - pomyślałem, przymykając na chwilę oczy. Słuchając tego, przez co przeszła, zaciskałem mocno zęby, byleby nie wybuchnąć. ~ Co za potwory jej to zrobiły!? Jak można porzucić własne dziecko!? - Miałem ochotę znaleźć jej rodziców, tylko po to, aby... Odszukać i własnoręcznie zabić, lecz co by mi to dało? Prosta odpowiedź — Nic. Z drugiej strony, tylko pogorszyłbym sprawę. Tego byłem pewien. I tak już sporo przeszła. Nie ma potrzeby dodawać oliwy do ognia. I tak nic bym nie wskórał. Mleko się wylało, krzywda się już stała. Mogłem jedynie być obok, oferując swoją miłość i wierność. Nie zastąpię jej rodziców, ale z całą pewnością mogę pomóc wypełnić pustkę w jej sercu. Jeśli moje rozumowanie jest słuszne, nie mogłem pozwolić, by gniew przyćmił mój umysł. Zmusiłem się więc i łapiąc głębszy wdech, uspokoiłem swoje skołatane serce. Spojrzałem ze smutkiem na to niewinne maleństwo, które leżąc zwinięte w kłębek, cicho skomlało. Jej białe skrzydełka z kremowymi końcówkami, szczelnie opatulało jej ciało. Wyglądała tak smutno. W tle usłyszałem "biedactwo". Pokiwałem bezwiednie głową, zgadzając się z tym. Słowo wypowiedziane za współczuciem przez Pine mocno wbiło się w mój umysł. Zerknąłem na nią ukradkiem. Nasze spojrzenia się spotkały. Jej wzrok był pusty, choć serce biło nienaturalnie szybko. Była równie zdenerwowana, jak ja. Wiedziała jednak, że to nie czas ani miejsce na takie emocje. Westchnąłem cicho, podchodząc do małej waderki. Pina natychmiast zrozumiała i również wykonała ten ruch. Położyliśmy się blisko niej, po czym delikatnie zaczęliśmy gładzić jej plecy. Szeptaliśmy ciche słówka, mając nadzieję, że choć odrobinę poprawimy jej samopoczucie. W głowie mi wirowało od natłoku myśli. Jak można zrobić coś takiego? Widok tej skrzydlatej samiczki, skulonej i płaczącej, rozdzierał moją duszę na kawałki, pozostawiając potężne wyrwy. Czule pogłaskałem ją po uszkach. Instynktownie wtuliła się we mnie, szukając schronienia. Pozwoliliśmy jej się wypłakać, a gdy starczyło jej łez, uspokoiła się na tyle, by jej ciałem nie wstrząsały spazmy. Gdy podniosła się lekko, odsunęliśmy się, by dać jej swobodę. Przeszła kawałek, jakby wiedziona impulsem, po czym spojrzawszy na nas, przysiadła na ziemi.
- Nazwano mnie Shori. - uśmiechnąłem się delikatnie, skupiając się na jej oczkach. Były naprawdę piękne. Szaro-białe, niespotykane. Mało jest wilków o takich ślepiach, co czyniło Shori jeszcze bardziej wyjątkową. Mimo płaczu i zaczerwień, dostrzegłem w tych oczach błysk. Świeciły się niczym gwiazdki na niebie nocą. Shori...Więc tak się zwie. To bardzo ładne imię. Idealnie pasujące do niej. Byłem ciekaw, czy znaczy coś konkretnego. - Czy... Mogłabym dołączyć do Waszej watahy? - zdałem sobie nagle sprawę, że nie słuchałem, co mówiła. Z całą pewnością ominął mnie jakiś fragment, ale żeby nie dać po sobie tego poznać, uśmiechnąłem się wesoło. Merdając ogonem, spojrzałem na nią uważnie.
- Jestem pewny, że Renesmee przyjmie cię z otwartymi łapami. - puściłem do niej oczko, wywołując tym samym cichy chichot. Byłem pewny, że poprawiłem jej tym humor. Mnie samemu zrobiło się lżej na sercu. Co prawda wiedziałem, że wadera zostanie przyjęta, to było niezaprzeczalne, lecz na gwałt potrzebowaliśmy dla niej prawnych opiekunów. Zerknąłem na Pinę, która patrzyła na nią maślanymi oczyma. Wyglądała naprawdę słodko. Zaśmiałem się w duchu. Coś mi świtało w głowie. Plan idealny, musiałem go tylko zrealizować. Do tego jednak potrzebny mi był również Naharys, który... właśnie wszedł do jaskini z całkiem ładną zdobyczą. Przystanął u wejścia, dostrzegając Shori i przekręcając swój łepek w bok, spojrzał to na mnie, to na Pinę z pytaniem. Znów się wyszczerzyłem, krocząc w jego stronę. Z całą pewnością nie odmówi...

< Time speed ~ dzień później >
Tak, jak przepuszczałem, Naharys i Pina zgodzili się zaopiekować młodą samicą. Było to do przewidzenia. Ich instynkt macierzyński i ojcowski był naprawdę silny. Mogłem sobie wyobrazić, co to będzie za jakiś czas, gdy z całą pewnością rodzinka się powiększy. Co prawda wiedziałem, że w najbliższym czasie pojawią się szczeniaki, ale byłem dobrej myśli. Teraz gdy rodzina zastępcza była załatwiona, a rozmowa z Renesmee przebiegła oczywiście tak, jak przypuszczałem, mogłem się skupić na swoim nowym zadaniu. A mianowicie na szkoleniu Shori. Tak, zostałem oficjalnie jej mentorem. Ku uciesze samej Alfy, jak i Naharysa oraz Piny. Z jakiegoś powodu nie wyobrażali sobie nikogo innego na to miejsce. Cieszyło mnie to niezmiernie. Ufali mi i powierzając tą małą w moje łapki, byli pewni, że zapewnie jej bezpieczeństwo. Ja sam, mimo że się nie wahałem, miałem lekkie obawy. Nie miałem dotąd kontaktu z dziećmi. No, może kilka razy i wszystkie lgnęły do mnie jak ćmy do światła. Byłem pewien, że poradzę sobie z tym zadaniem. Przede wszystkim dlatego, że nie traktuje to jako misji. Ja zwyczajnie chcę to robić. Pragnę być u jej boku, wskazując jej możliwie najlepszą drogę. Wiadomo, że nie przeżyje za nią tego wszystkiego, lecz mogę sprawić, że nabierze pewności siebie i w przyszłości poradzi sobie ze wszystkim. Tak. Uśmiechając się wesoło, spojrzałem na nią kątem oka. Kroczyła obok mnie, rozglądając się z zaciekawieniem. Dziś przypada jej pierwsza lekcja. Jako że jestem czujką dzienną, moim obowiązkiem jest patrolowanie w ciągu dnia terenów watahy. Oczywiście, nie bez przerwy, ale co jakiś czas, sporadycznie musiałem obejść możliwie wszystkie granice. Było to teraz o wiele łatwiejsze, gdyż nie byłem sam na tym stanowisku. Eien patrolował okolice te groźniejsze miejsca. Czasami martwiłem się, że coś się stanie...
- Atrehu? - pytanie Shori wytrąciło mnie nieco z rytmu. Spojrzałem na nią ze zdziwieniem, zdając sobie sprawę, że zatrzymała się nagle. Wzrok miała wbity w ziemię, uszy skulone po sobie. Zaalarmowany jej stanem natychmiast się zbliżyłem. - Nie zostawicie mnie, prawda? - spojrzenie jej wystraszonych oczy, ugodziło mnie głęboko w serce. Stałem z otwartym pyskiem, patrząc na nią. Próbowałem coś powiedzieć, lecz nie mogłem. ~ Atrehu, do cholery jasnej, ogarnij się! - warknąłem na siebie w myślach. Westchnąłem ciężko, zamykając oczy. Wiedziałem, że czeka na moją odpowiedź, a ja zamierzałem jej ją udzielić. Musiałem tylko zebrać myśli.
- Shori. - zacząłem delikatnie, a mój głos niósł się szeptem po okolicy. - Wiesz, co dokładnie oznacza Wataha? - położyłem się na ziemi blisko niej, uważnie patrząc w jej oczy. Mogłoby się wydawać, że próbuje wedrzeć się w jej duszę. Przez chwilę panowała zupełna cisza. Wadera w skupieniu myślała nad moim pytaniem. Przekręciła głowę na bok w dość zabawny sposób. Nie ponaglałem, dałem jej czas, by sama się nad tym zastanowiła.
- Wataha to grupa psowatych osobników pod przywództwem Alfy bądź najsilniejszego osobnika.
- Dokładnie. - uśmiechnąłem się czule, głaszcząc ją po głowie. - Teraz już wiesz, że jesteśmy watahą. Grupą wilków, która działa wspólnie dla dobra wszystkich. Nikt tu nie myśli tylko o sobie. Ważni jesteśmy my wszyscy, gdyż to my tworzymy watahę. Pamiętaj, że wataha to nie Alfa, beta, czy omega. Pojedyncze jednostki nie tworzą grupy. Wataha to przede wszystkim rodzina, a w rodzinie nikogo się nie odtrąca, ani nie porzuca. - Shori spojrzała na mnie, a w jej oczach dostrzegłem łzy. - Ty Shori zostałaś przyjęta do watahy. Stałaś się jedną z nas. Czy wiesz już, co to oznacza? - zapytałem, uśmiechając się do niej. Pociągnęła nosem, chlipiąc cichutko.
- T..tak... wiem. - wtuliła się we mnie mocno. Przygarnąłem jej ciałko do siebie.
- Jesteś nasza Shori. Jesteśmy rodziną i nic innego się nie liczy. Od momentu Twojego znalezienia jesteś częścią tej społeczności. - dodałem, liżąc ją po główce, po czym już pewniej, wstałem na równe łapy. - Nigdy Cię nie oddamy! Chyba że sama postanowisz odejść. Nie mniej jednak kto raz zostanie przyjęty do rodziny, pozostanie jej członkiem na zawsze. - słońce przebiło się przez szare chmury, otulając nas swoim delikatnym światłem. Oboje spojrzeliśmy w górę z uśmiechem na pyszczku. Shori podniosła się dumnie, zatrzepotała skrzydłami, po czym na jej pyszczku dostrzegłem pewność siebie. Naszą cudowną chwilę przerwał jednak dźwięk łamanej gałęzi. Jak na komendę odwróciliśmy się w prawo, gdzie z gęstwiny krzaków wyłonił się potężny, leśny stwór o wielkich porożach. ~ Duch lasu? - pomyślałem ze zdziwieniem, zerkając na wystraszoną Shori.
- Spokojnie malutka, będzie dobrze...

Shori? Co powiesz na spotkanie z duchem lasu? Może nam pobłogosławi?

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1294
Ilość zdobytych PD: 647 + 5 % (32 PD) za długość powyżej 1000 słów.
Obecny stan: 1097

niedziela, 19 grudnia 2021

Od Shōri do Atrehu ~ Nowy dom

Ciemność i pustka... Czy tak wygląda śmierć? Nie mogłam tego stwierdzić, albowiem żyłam, a utwierdziło mnie w tym przekonaniu lekkie szturchnięcie oraz czyjeś głosy...
- Jesteś pewna, że nie potrzebujemy medyka? - Zapytał wyraźnie nieprzekonany do czegoś męski głos.
- Spokojnie. Zaraz powinna się obudzić. - Oznajmił miły głos o kobiecym brzmieniu. Po chwili znowu mnie szturchnięto, a przez moje myśli przeszło jedno ważne pytanie. ~ Gdzie ja jestem? ~ Otworzyłam oczy, po czym szybko się podniosłam. Zakręciło mi się trochę w głowie, ale to nic. Miałam na wpół rozłożone skrzydła, chcą zwiększyć nieco swoją wielkość, a moja sierść się zjeżyła. Zmarszczyłam lekko nos, tak jak to robiła Lilith, gdy Ezekiel nie zrobił tego, co mu rozkazała.
- Kim jesteście i co tu robię? - Spytałam, a w międzyczasie wyostrzył mi się wzrok na tyle, że byłam w stanie dostrzec, iż stałam pod ścianą jaskini, a od wyjścia oddzielały mnie wilki. Basior o lisim wyglądzie oraz zdecydowanie niższa od niego wadera. Oboje patrzeli na mnie przez dłuższą chwilę, jakby nie bardzo wiedzieli, co mają teraz zrobić. Czułam, jak moje serce waliło jak oszalałe. W pewnym momencie jednak wadera uśmiechnęła się miło i spokojnym głosem powiedziała:
- Jestem Pina, a to... - Przedstawiła się, po czym ogonem wskazała na basiora — To Atrehu. Nie musisz się nas bać. - powiedziała, po czym usiadła, odsuwając się nieco od wyjścia z jaskini, tak, że byłabym w stanie przebiec obok niej, gdybym była tylko nieco silniejsza, to mogłabym bez problemu uciec, na zewnątrz. Nie ukrywam, kusząca propozycja, jednak nie byłam w stanie stwierdzić, co mogłoby się stać, gdy jednak zdecydowali się mnie złapać. Przestałam marszczyć nos i przechyliłam lekko głowę.
- Nie muszę? - Spytałam, na co i basior usiadł. Patrzył na mnie swoimi intrygującymi oczyma. Nie było w nich ani krzty grozy. Przytaknął lekko głową, w odpowiedzi na moje pytanie.
- Athreu Cię znalazł, śpiącą i wyziębioną w lesie. Przyniósł Cię, byś nie zamarzła. - powiedziała poważnie wadera. Przez chwilę patrzyłyśmy sobie prosto w oczy. Byłam w stanie wyczytać z nich szczere współczucie. Widząc to, złożyłam skrzydła, przytulając je ciasno do siebie i również usiadłam.
- Dziękuję. - odpowiedziałam cicho, przenosząc wzrok na podłogę. Słowo, chociaż krótkie i z pozoru proste, było szczere. Przez myśl przeszły mi czarne scenariusze, na których zobrazowanie tylko przeszły mnie ciarki. Nie umknęło to czujnemu oku rudego basiora. Atrehu odezwał się pierwszy raz od dłuższego czasu:
- Dlaczego nie jesteś ze swoją rodziną? Zgubiłaś się? - zapytał. A w jego oczach przez dosłownie ułamek sekundy widziałam zawahanie. ~ Czyżby nie wiedział, jak powinien sformować pytanie? Możliwe. ~ pomyślałam. Milczałam, nie wiedząc, czy chcę odpowiedzieć na to pytanie.
- Zo... - urwałam. Nie byłam w stanie powiedzieć tego na głos. Oczy mi się zaszkliły. Szybko starłam łzy, ale jednocześnie ukryłam pysk pod łapami. - Zostawili mnie. - wyszeptałam, łamiącym się głosem. Nie chciałam płakać, a już szczególnie przy nieznajomych, ale to było silniejsze ode mnie. Niemo szlochałam. Widać było tylko jak moi ciałem, od czasu do czasu wstrząsało, gdy nabierałam gwałtownie powietrza. Pomiędzy łzami wyczułam zmieszanie wilków. Najpewniej nie chcieli wywołać u mnie takiej relacji. Gdzieś w powietrzu padło słowo "biedactwo", a po chwili oba wilki ostrożnie gładziły mnie po plecach, starając się jakoś mnie uspokoić.
Minęło sporo czasu. Skończyły mi się łzy i nie miałam już siły na płacz. Wilki wytrwale siedziały u mego boku, co jakiś czas gładząc mnie, delikatnie i powtarzając "ciii" lub "spokojnie, wszystko się ułoży". W ich głosach faktycznie było coś przekonującego, co dotarło do mnie, dopiero gdy się uspokoiłam. Ostrożnie usiadłam, a wilki lekko się odsunęły. Spojrzały na mnie współczująco, ale milczały w oczekiwaniu na to, co zamierzam zrobić. Spojrzałam na nich. Wahałam się przez chwilę, wstałam i przeszłam kawałek dalej, gdzie usiadłam, po czym odwróciwszy pysk w stronę wilków, powiedziałam:
- Nazwano mnie Shori, choć nie wygrałam walki o miłość rodziców... - zaczęłam, a wyczuwszy roznoszący się po jaskini i okolicy lekki zapach innych wilków, dodałam. - Czy... Mogłabym dołączyć do Waszej watahy?
Minęła noc i nastał poranek od chwili, gdy zadałam pytanie o dołączenie do watahy. Byłam w drodze od Alfy o imieniu Renesme. Pina i jej partner, którego poznałam jeszcze wczorajszego wieczoru, zgodzili się wziąć mnie pod swoją opiekę, za co byłam im wdzięczna. Alfa była równie miło nastawiona co poznane przeze mnie wilki. Podano mi króliczą nogę do zjedzenia oraz wskazano miejsce, gdzie mogłam się napić. Alfa spytała mnie również o to, co chciałabym robić w przyszłości dla watahy. Stwierdziłam, że chcę kroczyć ścieżką militarną i zostałam kadetem, a Atrehu zgłosił się na mojego mentora. Zgodziłam się. Obecnie szłam u boku rudego basiora, który odprowadził ze mną moich nowych rodziców do naszej jaskini, po czym wraz ze mną udał się na oprowadzanie po terenach watahy, w ramach patrolu i pierwszej lekcji.
- Atrehu? - zapytałam niepewnie, znienacka, zatrzymując się na wydeptanej w śniegu ścieżce. Naszły mnie paskudne myśli i obrazy. - Nie zostawicie mnie, prawda? - Spojrzałam na lisiego basiora ze strachem w oczach...

<Atrehu?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 792
Ilość zdobytych PD: 396
Obecny stan: 396