Newsy



:Aktualności
.Blog przechodzi obecnie renowację
.Już niebawem pojawią się nowości

:Pogoda
Obecna pora roku ~ Jesień
.Temperatura waha się między 10+ a 0- stopni Celcjusza
.Zmiana pory roku nastąpi 15.12.2022

Liczba wilków ~ 27
Wadery ~ 18 + 1 NPC
Basiory ~ 7 + 4 NPC
Szczeniaki ~ 1
Nieobecni: Brak

~Serdecznie zapraszamy♥~

sobota, 13 listopada 2021

Podsumowanie miesiąca ~ Październik

Witamy serdecznie wszystkie drogie i kochane wilczki w ten jakże uroczy, październikowy dzień!♥

W końcu nadeszła zima, choć podejrzewamy, że nie jest to wasza ulubiona pora roku. Wszędzie śnieg, zimno przewierca na wskroś, a co niektóre zwierzęta zapadły w sen zimowy, czego im niezmiernie zazdrościmy! Z tego względu z całego serduszka oferujemy gorącą czekoladę oraz cieplutkie, miękkie kocyki, które z całą pewnością ogrzeją wasze zmarznięte łapki!

W tym wszystkim jest również kolejna miła informacja — wataha trzyma się dobrze, a ostatnimi czasy zawitało do nas kilku nowych członków — cieplutko witamy w naszych szeregach Nabi oraz Amon'a (który niestety bądź co bądź, nie przetrwał próby czasu, ale o tym później.)

Pragniemy także poinformować, że blog doczekał się aż dwóch par! Bai Lang & Tarou oraz Pina & Naharys zostali związani świętym węzłem małżeńskim. Życzymy wam wszystkiego najlepszego, dużo zdrowia, mnóstwa szczęścia oraz trwałej miłości.♥

Wracajmy jednak do przyziemnych spraw. Halloween już za nami, a grudzień zbliża się wielkimi krokami, więc czas przygotować się do Bożego Narodzenia. Niezmiernie nam przykro i przepraszamy wszystkich za brak eventu w październiku. Naszej ekipie nie udało zgrać się w czacie. Na swoje usprawiedliwienie, mamy natomiast wieść, że pojawi się event Bożonarodzeniowy! Wszelkie informacje zostaną udzielone już niebawem.
< PODSUMOWANIE MIESIĄCA ~ PAŹDZIERNIK >
Postacią miesiąca po raz kolejny jest Atrehu. Dziękujemy wszystkim członkom za udział w życiu watahy i mamy nadzieję, że wasza aktywność jeszcze wzrośnie.
Atrehu ~ Napisał łącznie 4 opowiadania. Zdobył 2680 PD oraz awansował na poziom 3. Punkty umiejętności zostały już przydzielone;
Nabi ~ Napisała piękne 3 opowiadania. Oby tak dalej♥
Pina ~ 2 opowiadania;
Tarou ~ 2 opowiadania;
Naharys ~ 1 opowiadanie;
Lonya ~ 1 opowiadań;
Tsumi ~ 1 opowiadań;
Bai Lang ~ 1 opowiadań;
Itami ~ 1 opowiadań;
Renesmee ~ 0 opowiadań;
Eien ~ 0 opowiadań;


< POSTACIE ZAGROŻONE >
Capitán ~ 0 opowiadań. Brak odpowiedzi ze strony właściciela;
Tristana0 opowiadań. Brak odpowiedzi ze strony właściciela;
IceQueen ~ 0 opowiadań. Postać musi napisać choć jedno opowiadanie.~ PD za wszystkie opowiadania są jeszcze do policzenia. Punkty umiejętności za lvl wciąż nie zostały przydzielone;
Éamonn ~ 0 opowiadań. Wilk zostaje usunięty z watahy przez decyzję właściciela. Dziękujemy za wspólnie spędzony czas. Życzymy powodzenia i zapraszamy ponownie.♥

Otóż jak się sprawy mają z niepiszącymi opowiadań. Mamy nadzieję, że siła pisarska i ogrom weny natchnie wasze serca i umysły, a blog zapełni się waszymi wspaniałymi opowiadaniami, które każdemu zapadnie w pamięci, bo jak mawiał poeta " Tylko czas sprawia, że pomysły stają się naprawdę fantastyczne" 


< NOWE STANOWISKA >
  1. Ratownik medyczny ~ Wilk ten, o odpowiedniej wiedzy i doświadczeniu, jest odpowiedzialny za ogólny przebieg akcji ratunkowej poza terenami watahy. Mając do pomocy sanitariusza, dba o dobro pacjenta do czasu jego transportu do punktu medycznego;
  2. Sanitariusz ~ Wilk, który asystuje ratownikowi medycznemu. Według zaleceń medyka, podaje pacjentowi odpowiednie leki oraz opatruje mało lub bardzo groźne rany;
  3. Zaopatrzeniowiec - Odpowiada za stan wszystkich materiałów medycznych i leków, niezbędnych do pomocy rannemu;
  4. Powietrzny zwiad - Wilk o odpowiednich kwalifikacjach, który z powietrza, wypatruje miejsce wypadku, któremu uległ jakiś wilk. Po odkryciu miejsca celu, wraca do ekipy ratowniczej i informuje ich o położeniu poszkodowanego;
< DODATKOWE INFORMACJE >
  1. Bestiariusz jest przygotowywany i zostanie niedługo udostępniony odświeżony z nową grafiką;
  2. Wataha nawiązała nowe sojusze;

poniedziałek, 8 listopada 2021

Od Itami c.d Atrehu ~ Stara znajomość nie rdzewieje nigdy

Zaraza, mór, franca i trąd niech zabiorą mój niski wzrost!~ Pomyślała sfrustrowana Itami, gdy nie mogła dostrzec królika, którego zdołała wywęszyć, jednakże z drugiej strony była na dobrej, aczkolwiek niepewnej drodze. Każdy fałszywy ruch, każde nieopacznie wykonany krok, mogło spowodować, że ofiara zdoła ją usłyszeć i łacno uciec w popłochu. Węch podpowiadał jej, że kieruje się w dobrym kierunku, a wrażliwe uszy wskazywały, iż jest bliska celu. Starała się poruszać cicho, jak kot, przy tym nabierając nieco gracji. Jej lisi, wielobarwny ogon, bez najmniejszego szelestu, przesuwał się między źdźbłami trawy, a gdy jej nos wyściubił spod kurtyny zieleni, ujrzała to, czego szukała. Dosłownie kilka metrów od niej, odwrócony tyłem, biały królik, zajmował się swymi sprawami, a gdy próbowała postąpić kilka kroków naprzód, nastąpiła na gałązkę, która trzasnęła momentalnie. Królik z przestrachem w oczach uniósł uszatą główkę i obejrzał się za siebie, po czym kilkoma susami czmychnął w zarośla.
~ Teraz albo nigdy! - warknęła w myślach i pobiegła w ślad za królikiem. Przytłoczona stresem, wywołanym przez myśli o porażce, sprawiło, że zapomniała o wszystkim, co przekazał jej Atrehu. Nie miała wyciągniętych pazurów, ale starała się wytężyć słuch i węch. Zapach strachu ofiary doprowadził ją na trawiastą równinę i dostrzegła, jak przecina ją biały, pędzący naprzód punkcik. Nie zamierzała dać za wygraną! Puściła się w szaleńczy pęd za ofiarą. Musiała pamiętać, aby nie przeciążać się wysiłkiem, ale musiała to zrobić. Dla siebie! Aby udowodnić Atrehu, że umie! Że da radę... I nie dała rady. Królik, zaledwie kilka kroków od pyska Itami, odbił gwałtownie w prawo, a wadera momentalnie wpadła w nagły poślizg, szorując tyłkiem po zielonej trawie... a potem stoczyła się ze stromego pagórka, niczym futrzana piłeczka. Ostatecznie z piskiem wylądowała na pierzynce gęstej trawy. Tak przypuszczała, że znów zawaliła kolejny pościg, więc w pewnym sensie nie zawiodła się zbytnio. Była przygotowana na porażkę. Nagle z lewej usłyszała śmiech, który stawał się coraz głośniejszy, a w następnej sekundzie, ujrzała załzawione oczy Atrehu. Rzuciła mu gniewne spojrzenie, aczkolwiek po chwili zaczęła się śmiać razem z nim. Samiec stanął dosłownie nad nią, a jego nos zawisł o kilka cali nad jej nosem.
- Mam dwie złe wiadomości. Pierwsza, będziesz musiała obejść się bez kolacji... druga, zawaliłaś test. - po wypowiedzeniu ostatniego słowa, puścił jej oczko.
- Aż tak źle? No wiem, wiem... jestem beznadziejna.
- Nie prawda, zakradłaś się do królika na piątkę, ale na koniec schrzaniłaś... nie przejmuj się, kiedyś w końcu ci się uda. - Jego oddech był ciepły i przyjemny, aż poczuła w środku uderzenie nagłego gorąca.
- Tak myślisz? - odparła, uśmiechając się niewinnie. Wpatrywała się w płomień jego oczu, które swym urokiem dosłownie obezwładniały, gęste futro poruszane przez delikatny wiatr, falowało w jego rytmie. Itami wodziła oczami po jego ciele... od ust, masywnej klatki piersiowej. Atrehu w jej oczach dosłownie tryskał męskim urokiem, ale chciała się jakoś opanować. Samiec pomógł jej wstać, otrzepać futro z pyłków.
- Wiesz, od czasu mojej tułaczki, aż do teraz marzyłam, aby znaleźć się blisko basiora... - Itami, co cię nagle wzięło na zwierzenia?~ Zapytała siebie w myślach, ale było już za późno. Atrehu bowiem podszedł do niej, zbliżył swój pysk blisko jej policzka, ale nie skłonił się do pocałunku, jak zakładała wcześniej. Czuła jedynie jego ciepły oddech.
- Wiesz, że jestem do twej dyspozycji... - szepnął jej do ucha zadziornym i na swój sposób wyuzdanym tonem. A potem podgryzł ją delikatnie, czując lekki ucisk mocnych zębów.
- Hej, hej... nie pozwalaj sobie na zbyt wiele, cwaniaczku! - Wstała i skierowała się w stronę leśnej głębi, lecz gdy odwróciła głowę, obdarowała Atrehu psotnym wzrokiem.
- No dobrze... a teraz czas na drugą część treningu... - odparł, uśmiechając się figlarnie, chociaż sama nie wiedziała czemu, za tymi słowami coś się kryło. Nie trzeba chyba mówić, co. Ruszył w jej stronę pewnym i zdecydowanym krokiem, po czym zbliżył swój nos do miejsca pod uchem. Itami poczuła, jak jej ciało zalewa fala drżenia.
- A co z waderą, która ci towarzyszy? - spytała niepewnie.
Atrehu nie odpowiedział jej od razu, lecz postąpił pewny ruch, którego się nie spodziewała, a jego wręcz zadowolił. Była na tyle niska, że Atrehu bez problemu stanął nad nią, a swą lewą łapą zniżył jej głowę, aż podbródkiem dotknęła wilgotnej ziemi.
- Myślę, że nie będzie mieć nam to za złe, jak przyłożymy się do... lekcji.
- Tylko bądź delikatny, proszę...
- Będę...
Następny ruch, którego się mogła w żaden sposób przewidzieć, było uczucie zaciskających się zębów na karku Itami i nieregularny oddech Atrehu na skórze. A potem jakoś to szło...

( Dwie godziny później)

Minęło może kilka chwil, zanim doprowadziła się do jak największego porządku, jeśli chodzi o euforyczne drżenie jej ciała. Nie przypuszczała nigdy, że czas spędzony z jej przyjacielem z rodzinnej watahy, doprowadzi ją do całkowitego zapomnienia o wszystkim i kompletnie oddać się przyjemnościom. Przyjemnościom z treningu oczywiście, bo z czegóż by innego?! Nagle obok niej stanął Atrehu, który bez ostrzeżenia zbliżył pysk do jej prawego ucha.
- Byłaś wspaniała... - wyszeptał.
- Dzięki - odparła z udawaną nieśmiałością, po czym wydała z siebie cichy chichot. Samiec przyszpilił ją wzrokiem, pełnym dziwnego spokoju. Poza tym płomienie szalały w źrenicach, niczym grzywa rumaka w szaleńczym galopie. Porażały pięknem, zmuszały do uległości.
- Czas poszukać Tsumi, myślę, że przyda się jej nasze towarzystwo.
- Więc do dzieła.

(Koniec wątku).

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 849
Ilość zdobytych PD: 425
Obecny stan: 425

niedziela, 7 listopada 2021

Od Atrehu: Quest nr 1 ~ Lisek

Siłą rzeczy nie da się zatrzymać czasu. Jest to zwyczajnie niemożliwe. Świat płynie swoim rytmem, wedle ustalonej kolejności i nawet najpotężniejsi bogowie nie są w stanie tego zmienić. Choć może to i lepiej zarówno dla mnie, jak i innych zwierząt. Manipulacja przestrzenią i wpływanie na otaczający nas krajobraz zakłóciłby bieg przyszłości. Wszystko byłoby inne od tego, co znamy. Mimo iż bardzo pragnęłoby się zachować ciepłe dni na zawsze, faktem jest to, że zima nadejdzie wcześniej, czy później. Tak jak i teraz nadeszła jej pora. Temperatura gwałtownie spadła. Z nieba zaczął sypać śnieg. Jego białe, wielokształtne płatki, kaskadą opatulały tereny watahy. Od dawna nie było już zielonych i czerwonych liści na drzewach. Ich miejsce zajęła za to gruba warstwa białego puchu. Zrobiło się zimno i ponuro. Głucho, gdyż wszystko ucichło. Całe dotychczasowe życie praktycznie znikło. ~ Jesień minęła zdecydowanie za szybko. - pomyślałem ze smutkiem, patrolując tego dnia nasze tereny. Jeszcze nie tak dawno wszystko cieszyło swoimi ciepłymi, pomarańczowymi barwami. Teraz nie było niczego, na czym można by zawiesić wzrok. Gdzie bym nie spojrzał, wszędzie jest tak samo. Nie przepadałem za tą porą roku. Zdecydowanie wolałem lato, gdy słoneczko przyjemnie grzało, a wokół panował harmider. Ptaki codziennie budziły mnie swym śpiewem, a delikatny wiaterek przyjemnie smagał moje futro. Zima to najgorszy czas. Nie rozumiem tych, którzy ją lubią i cieszą się z tego, że nadeszła...
Spacerowałem już jakiś czas, co rusz rozglądając się na wszystkie strony. Moje postawione wysoko uszy, rejestrowały najmniejszy szmer. Wszystko byłoby nawet dobrze, gdyby nie ten cholerny śnieg pod moimi łapami. Jego warstwa była gruba, ale nie na tyle twarda, bym mógł bez problemów się poruszać. Mój wzrost, jak i waga jeszcze to utrudniały. Co rusz się zapadałem, z trudem pokonując kolejne metry. Dla bezpieczeństwa postanowiłem zejść z ustalonej ścieżki. Skręciłem więc w prawo, w kierunku lasu, gdzie było zdecydowanie stabilniej. Zmęczony i zziębnięty wymijałem drzewa. Będąc blisko plaży, do moich uszu dotarł dziwny szmer. Zatrzymałem się gwałtownie. Nasłuchiwałem, skąd dobiegał ów dźwięk. Kolejny szelest nakierował mnie na skupisko ostrych krzewów. Napiąłem mięśnie, gotowy w każdej chwili się bronić. Przybierając odpowiednią pozycję, bezszelestnie podszedłem bliżej. Pisk zza krzaka był jednak jakiś dziwny. Przypominał bowiem... płacz szczeniaka. Wyprostowałem się, zdając sobie sprawę, z czym mam do czynienia. Moim oczom ukazał się smutny widok. Malutkie szczenię liska, którego futerko nie zdążyło jeszcze zmienić barwy, leżało bezbronne i popiskiwało cichutko. Był to samczyk, który gdy tylko mnie zobaczył, skulił swój malutki ogon. Oddech mu przyśpieszył, serce zaczęło szybciej bić. Patrzył na mnie z paniką w swoich zielonkawych oczach.
- No już, spokojnie. - szepnąłem delikatnie, kładąc się brzuchem na ziemi. - Nie zrobię Ci krzywdy. - mój spokojny głos chyba podziałał. Malec podniósł się i z cichym piskiem wtulił w moją sierść. Dopiero teraz zwróciłem uwagę, jak bardzo się trzęsie. Był cały zziębnięty, wyraźnie szukał ciepła. Przytuliłem go do siebie, pozwalając się rozgrzać. Głaskałem łapą jego wychudzone ciałko. Kojącymi ruchami, nacierałem zesztywniałe kości. Robiłem tak, tak długo, aż nie przestał się trząść. Dopiero wtedy zdecydowałem się z nim porozmawiać. - Jak ci na imię? - Lisek spojrzał na mnie swoimi ślepiami. Z bliska wyglądały jak dwa zielone szmaragdy, błyszczące w promieniach słońca. Słodziak z niego.
- Pro...proszę. - pisnął cichutko, na powrót się we mnie wtulając. - Chcę do mamy.
- Znajdziemy ją, nie martw się. - czule polizałem go po główce. Nigdy bym nie uwierzył, że instynkt rodzicielski uaktywni się w takiej sytuacji. - Jak się tu znalazłeś?
- Nie wiem... - zdałem sobie sprawę, że wypytywanie wystraszonego szczeniaka, to jednak nie najlepszy pomysł. Jest zdezorientowany, głodny i z całą pewnością tęskni za mamą. - Ja... wyszedłem z norki. - spojrzałem na niego ciepłym wzrokiem, motywując go do dalszego mówienia. - Chciałem pójść tylko siku, ale... - załkał cichutko. Jego ciałem wstrząsnął dreszcz. - Pojawił się...
- Kto się pojawił?
- Mama... mama nazywała to coś jastrzębiem. Był tak blisko, bałem się! - szloch przerodził się w wycie. Jak tak dalej pójdzie, nie zdołam go uspokoić. Pogłaskałem go po główce, szepcząc czułe słówka.
- Już dobrze, jestem przy Tobie. Obronię Cię, tylko powiedz, gdzie jest twój dom.
- Ale ja nie wiem... - pociągnął noskiem, zamykając oczka. - Ja tylko biegłem, uciekałem, nie patrzyłem dokąd. - Hmm... to może utrudnić sprawę. Co prawda wiedziałem mniej więcej, gdzie w okolicy żyją lisy, lecz znaleźć ich norę to nie lada wyzwanie.
- Znajdziemy ich, nie bój się. - Noskiem dotknąłem jego noska. Zdawał się uspokojony moimi słowami. Złapałem go więc za kark, po czym podniosłem się z ziemi. Malucha posadziłem sobie na grzbiecie. - Tu będzie ci cieplej, ale zaczep się pazurkami, byś nie spadł. - szczeniak ulokował się wygodnie, po czym wbił w moje ciało swoje pazury. Zacisnąłem zęby, to nie było przyjemne, ale nie miałem wyjścia. Nie znałem się na szczeniakach, nie wiedziałem nawet, jak prawidłowo trzymać je w pysku, by nie zrobić krzywdy. Bałem się, że uszkodzę go, albo co gorsza, skręcę kark. Mając więc go na plecach, przynajmniej nie zrobię mu krzywdy. Ruszyłem przed siebie, nasłuchując i wąchając okolice. Starałem się zlokalizować jego zapach i miejsce, z którego przyszedł. Po kilku minutach złapałem pierwszy trop. Szurając nosem po podłożu, dokładnie przecierałem jego ścieżkę. Wyglądało na to, że kręcił się przez długi czas, starając się znaleźć drogę do domu. Po prawie piętnastu minutach marszu doszedł mnie szum spadającej wody. Wodospad. Nie to jednak mnie zaintrygowało, a głośne i paniczne nawoływanie.
- Synku!? Gdzie jesteś?! - Z całą pewnością głos należał do samicy. Rozpaczliwie wołała swoje dziecko. Bez trudu mogłem stwierdzić, że płacze przeraźliwie. - Riu, proszę! Odezwij się! - ruszyłem biegiem, prawie strącając przysypiającego liska. Na mój gwałtowny ruch, przebudził się, wbijając mi pazury głębiej.
- Trzymaj się. - nakazałem, przyśpieszając jeszcze bardziej.
- Ten szum. Woda... dom! - uśmiechnąłem się zwycięsko. Rozglądając się na boki, mały chłonął okolice. - Strop! - zatrzymałem się gwałtownie tuż nad urwiskiem. Co prawda nie było wysoko, ale i tak połamałbym sobie łapy. Nie zważałem jednak na to. Natychmiast bowiem dostrzegłem smukłą, rudą lisicę, która biegała w kółko.
- Riu! Synku!
- Na górze! - krzyknąłem tak, by mnie usłyszała. Samica odwróciła się w moim kierunku wyraźnie zaskoczona. Dostrzegając mnie, skuliła się w sobie. Bała się, więc, zamiast mówić, odwróciłem się bokiem. Dopiero wtedy dostrzegła ciemne futerko na moim grzbiecie.
- Synku!?
- Mama! - szczeniak zaczął merdać ogonkiem jak oszalały. Na przemian płakał i się śmiał. Ostrożnie zszedłem na dół i z bezpiecznej odległości od lisiczki, postawiłem malca na ziemi. Ten czmychnął w jej stronę, prawie potykając się o własne łapy. Moment ich szczęścia zapamiętam na długo. Oboje płakali szczęśliwi, tuląc się do siebie i merdając ogonami we wszystkie strony. Uśmiechnąłem się rozczulony. Nasze spojrzenia się spotkały. Lisiczka pokiwała z wdzięcznością głową w moją stronę. Bezgłośnie wyszeptała słowo "dziękuję". Ukłoniłem się nisko, zawracając do domu. Na dziś koniec wrażeń.

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1081
Ilość zdobytych PD: 540 + 5% (27) za długość powyżej 1000 słów.
Nagroda za Quest: 150 PD  + 2 pkt inteligencja, +1 spryt 
Obecny stan: 2215

sobota, 6 listopada 2021

Od Atrehu c.d Itami ~ Stara znajomość nie rdzewieje nigdy [+16]

Tego co czułem, nie dałoby się opisać słowami. Potworny ból, wszechogarniająca rozpacz, ogromna wściekłość, szok i w końcu chęć wbicia swych ostrych kłów w tętnicę mojego brata. Takie właśnie uczucia odbijały się w moich oczach w trakcie i długo po tym, jak Itami opowiedziała o wydarzeniach sprzed swojej ucieczki. Widziałem łzy w jej oczach, gdy o tym mówiła. Czułem, jak krwawi jej serca, a ciało wypełnia żal. Przez chwilę mogłem poczuć to, co ona. Choć nie zrobiłem nic złego, nie potrafiłem sobie wybaczyć. Zostawiłem ją tam, na pastwę tego tyrana. Wiedziałem, że Lupus jest zdolny do wszystkiego, ale mścić się na niewinnej samicy? I tylko dlatego, że mieliśmy ze sobą kontakt? Jakim potworem trzeba by być, by zrobić coś takiego. Nie rozumiałem i nie wiedziałem, czy chcę zrozumieć. Trzęsąc się jak osika na wietrze, z trudem hamowałem wybuch. Moje oczy całkowicie zamieniły się kolorami.
- Atrehu, wyjdź i ochłoń. - ciepły głos Tsumi z trudem przebił się przez szum, który drażnił moje uszy. Posłuchałem jej jednak. Z impetem wybiegłem z jaskini, kierując się Bóg wie gdzie. Było już ciemno i chyba przeraźliwie zimno, a ja pchany przez instynkt, pędziłem przed siebie. Mroźny wiatr smagał moje futro, ale nie czułem nic poza złością. Wspomnienia pojawiały się i znikały. Co rusz inne. Potrząsnąłem gwałtownie głową, pragnąć się od nich odpędzić, jak od wkurzającej muchy. Na niewiele się to zdało. Moje łapy prowadziły mnie same. Na przemian balansowałem między pozbawionymi już całkowicie liści drzewami a ostrymi krzewami, które cudem mnie jeszcze nie zraniły. Może się powtórzę, ale nie wiem, nie chciałem się też nad tym zastanawiać. Po prostu dałem się ponieść. Nim się jednak spostrzegłem, stałem z powrotem u wejścia do jaskini. Całkowicie zziajany, zmęczony, z wywieszonym jęzorem. Było mi na przemian gorąco i zimno. Mięśnie mi drżały, przeholowałem. Nie mniej jednak uspokoiłem się na tyle, by na powrót stać się sobą. Wziąłem głęboki wdech, po czym go wypuściłem ze świstem. Wyrównałem oddech. Pozwoliłem mięśniom się rozluźnić. Moje oczy wróciły do normalności. Moja aura nie miała w sobie nic z tego, czym emanowała jeszcze chwilę temu. Trochę to trwało, lecz w końcu wszedłem do środka. Natychmiast opatulił mnie gorąc, czułem przyjemne ciepło. Zlustrowałem wnętrze, od razu dostrzegając Tsumi. Nie zastanawiając się, podszedłem do niej, skradając przy tym słodkiego całusa. Wadera wydawała się na początku zaskoczona, ale już po chwili nasze języki wirowały w szaleńczym rytmie. To był szybki, acz niezwykły całus. Wystarczający, by poprawić mi humor. Spojrzałem na nią czule, a ona wiernie przylgnęła do mego boku. Zamknęła oczy wyraźnie rozluźniona. Uśmiechnąłem się delikatnie, przysiadając na ziemi. Po chwili jednak westchnąłem ciężko, zastanawiając się, co dalej. Powrót do watahy jest niemożliwy, aczkolwiek z wielką chęcią bym to uczynił. Z jeszcze większą patrzyłbym, jak z mojego przeklętego brata ucieka życie. Jak gasną jego zimne i pozbawione skrupułów oczy... Jak... ~ Zamiast gdybać, co by było, gdyby, powinienem skupić się na teraźniejszości. - pomyślałem, nastawiając uszu. Przez dłuższą chwilę panowała zupełna cisza. Poczułem się dość nieswojo i nawet obecność Tsumi nie pomagała. Nie, żebym nie był przyzwyczajony. Po prostu dziwnie tak jakoś. Nagle z pobocznej komnaty dało się słyszeć plusk wody. ~ Wygląda na to, że trochę sobie poczekamy. - położyłem się na ziemi, czekając na powrót Itami. Głowę ulokowałem na łapach i ziewając przeciągle, zamknąłem oczy. Mała drzemka dobrze by mi zrobiła. Odgłos łap uniemożliwił mi jednak tę czynność. Na dodatek zostałem dźgnięty w bok przez moją małą słodką partnerkę. Niechętnie podniosłem łeb, spoglądając na Itami. Wadera wyszła z kąpieliska i zaczęła iść w moją stronę. Wstałem, nie spuszczając ją z oczu. Musiałem przyznać sam przed sobą, że jest inna niż kiedyś. Zmieniła się, wydoroślała. To nie była już ta sama dziewczynka, z którą bawiłem się wcześniej. Teraz to piękna, dojrzała kobieta. Jedyną rysą w całokształcie, to jej wychudzone ciało. ~ Hmm... a gdyby tak...
- To, co teraz zrobimy? - głos wadery niósł się echem po jaskini. Zastanowiłem się chwilę, ale przecież nie mam nic do stracenia, a owe umiejętności, z pewnością jej się przydadzą.
- Pomyślałem, żeby wybrać się z tobą na polowanie, aby cię co nieco nauczyć. - uśmiechnąłem się szeroko, spoglądając na nią ciepłym wzrokiem. Nasze spojrzenia się spojrzały. Serce Itami gwałtownie przyśpieszyło swe bicie.
- Ale... ja nie mam ani daru, ani umiejętności... - spodziewałem się tej odpowiedzi. Wszak już za dziecka miała problem z polowaniami. Dwie lewe łapy. Przypomniało mi się, jak zawalała kolejne próby, aż w końcu dała sobie spokój z dalszą nauką. Postanowiłem więc, że trochę ją podręczę i przynajmniej spróbuje czegoś nauczyć.
- Nic nie szkodzi. Poświęcę ci tyle czasu, ile będziesz chcieć. Aż nie pojmiesz zasad. Jasne? - moje spojrzenie było twarde i zdecydowane. Wyprostowałem się, odwracając ku wejściu. Ruchem głowy, nakazałem jej iść za sobą.
- Tak jest, panie Alfo! - skrzywiłem się nieznacznie na to określenie. Nie byłem alfą i samica doskonale o tym wiedziała. Nie mogła sobie jednak odpuścić, by ciut podgrzać atmosferę. Wyszliśmy całą trójką, lecz w pewnym momencie Tsumi wymigując się obowiązkami, pokierowała się w inną stronę. Nie byłem z tego zadowolony, ale nie miałem tu nic do powiedzenia. Nie byliśmy parą. Nie mniej jednak martwiłem się, czy bezpiecznie dotrze do jaskini. Było już ciemno, a czasy mamy takie, iż lepiej dmuchać na zimne, niż gasić pożar. Skoro jednak obiecałem pomóc w treningu, zamierzałem dotrzymać słowa. Pokierowałem nas ku najlepszemu według mnie miejscu. Przysiedliśmy obok klonu, wokół którego leżały porozrzucane przez wiatr liście. Jesień miała się ku końcowi. W sumie dziwne, że jeszcze nie spadł pierwszy śnieg. Spojrzałem na waderę. Od czego by tu zacząć...
- Pierwsza rzecz, Itami... pazury. - uniosłem łapę, prezentując swoje ostre kolce. Zgiąłem delikatnie opuszki łap. W przeciwieństwie do innych gatunków wilki mają głównie czarne paznokcie, aczkolwiek zdarzają się wyjątki. Zależy od genetyki. Czyste wilki mało kiedy odziedziczają inny kolor. Mieszańce w sumie są mieszańcami, nigdy nic nie wiadomo. - Zapewniają ci przyczepność przy ostrych skrętach, nie możesz mieć ich schowanych, bo po prostu wpadniesz w poślizg! - wadera pokiwała głową ze zrozumieniem, spoglądając przy tym na swoją łapę. Wygląda przy tym na zamyśloną.
- Druga sprawa... ogon! - pomachałem nim przed jej pyszczkiem. Śledziła każdy mój ruch. Dobrze. - Zapewnia ci równowagę podczas biegu. On sprawia, że nie wywalisz się na pysk w trakcie biegu. - instruowałem krok po kroku, upewniając się, że Itami słucha wszystkiego. Mając tę pewność, wyliczałem kolejne podpunkty. - Uszy w górę... - zbliżyłem się do niej, po czym łapą nastawiłem jej uszka pionowo. - Masz ładne, wrażliwe uszy, korzystaj z nich! - uśmiechnąłem się figlarnie, zerkając w jej oczy. Były piękne. Takie jak zapamiętałem. - Jeśli nie zdołasz usłyszeć ofiary, kieruj się węchem. Z pewnością wyczujesz jej strach. Poza tym, jeśli przyczajasz się na ofiarę, powinnaś ustawić się w kierunku przeciwnym do wiejącego wiatru, dzięki czemu, w powietrzu nie roztoczysz swego zapachu, którego z pewnością wyczuje sarna, czy zając. - położyłem się na ziemi, prezentując odpowiednią pozycję. - Uszy połóż po sobie, abyś była mniej widoczna. Twoje uszy mogą cię zdradzić... - Nie wiedziałem, co jeszcze mógłbym jej przekazać. Teoria teorią, niby ma coś wspólnego z praktyką, lecz trzeba nabrać doświadczenia. Zawsze się coś może zdarzyć. Nikt nie jest przygotowany na wszystko.
- Możemy przystąpić do praktyki?
- Tak, możemy! - entuzjastycznie pokiwała głową. Z uśmiechem podniosłem się do pionu. Ona natomiast zniżyła się do podłoża, lecz było w tym coś nie tak. Tylne łapy praktycznie ze sobą złączyła, a przednie zgięła i dała pod brodę.
- Źle.
- Co? - spojrzała na mnie zdziwiona. Zbliżyłem się do niej, stając dokładnie nad nią.
- Przednia prawa łapa do przodu. Zgięcie w nadgarstku musi być na poziomie nosa. Lewa natomiast do tyłu. Coś jakbyś robiła krok do przodu. - swoimi łapami zacząłem ustawiać jej łapy. Dla zwiększenia efektu zaprezentowałem to jeszcze raz. Wadera starała się dokładnie skopiować moje ruchy. Szło jej to dość niezdarnie. W pewnym momencie sfrustrowana poprawiła ułożenie tylnych łap, podnosząc swój tyłek do góry, jednocześnie zahaczając tym samym nim o moje krocze. Zdębiałem, nabierając gwałtownie powietrza. Ten ruch był niespodziewany, nagły, ale wystarczający, by obudzić mojego przyjaciela. W popłochu spojrzałem na Itami. Zdawała się nawet nie zwrócić uwagi na to, co zrobiła. Wręcz przeciwnie, ze stoickim spokojem ponownie wykonała ów ruch. Wstrzymałem powietrze, starając się opanować. Byłem jednak pewny, że moja męskość wyszła na zewnątrz. Poczułem mroźny wiatr, ale i ciepło w podbrzuszu. Najdziwniejsze w tym było to, iż Itami kompletnie nie zdawała sobie sprawy z całej sytuacji. Skupiona na zadaniu, w końcu zaprezentowała odpowiednią pozę.
- Teraz dobrze. - szepnąłem w jej ucho, delikatnie je przy tym przygryzając. Nie wykonała żadnego ruchu, nie odtrąciła mnie. Wszak już kiedyś tak robiłem. Była to aprobata, gdy coś dobrze zrobiła. Z tą różnicą, że w dzieciństwie miało to inne znaczenie, a teraz inne. Tylko, czy zdaje sobie ona z tego sprawę? Chyba wolałem nie wiedzieć. Z trudem z niej zszedłem. Nie, żebym nie miał na to ochoty, bo miałem i to potworną. Nie chciałem jednak, by pomyślała, że trening to tylko pretekst do tego, by zaciągnąć ją do jaskini. W jakim dokładnie celu chyba dziecko by się domyśliło. No, ale mniejsza. Będąc pewnym, że nie poczuła mojego nabrzmiałego kolegi blisko swojej muszelki, odetchnąłem z ulgą. Wadera patrzyła przed siebie, nie zwracając na mnie uwagi. Idealnie. Miałem więc czas, by ten złowieszczy drań łaskawie się schował. W końcu się udało.
- Dobrze, w takim razie zadanie numer jeden. Znaleźć cel. - spojrzałem w stronę nieba, węsząc nosem wysoko w powietrzu. Itami starała się naśladować moje ruchy, lecz jak można było się spodziewać, przy jej niskim wzroście za wiele nie wyczuje. - Jeśli w powietrzu nic nie czujesz, dokładnie obwąchaj okolicę. - dla przykładu, zbliżyłem swój nos do ziemi. Wadera tupnęła łapą o ziemię, prezentując tym swoje zdecydowanie. Była zmotywowana i właśnie o to mi chodziło. Samica chodziła w kółko po łące, co rusz poszerzając swój krąg. W pewnym momencie zatrzymała się, nastawiając uszu.
- Tam. - ruchem głowy wskazała miejsce docelowe. Ładnych parę-naście metrów dalej, między zaroślami dało się zauważyć białe futerko. Zwierzątko ostrożnie stąpało po ziemi. Opuszki łap ledwo muskały podłoże. Dobrze. Wyszczerzyłem zęby się w jej stronę. Następnie zniżyłem się ku ziemi, dając waderze wskazówkę. Przybrała odpowiednią pozę, powoli ruszając ku dźwiękom. Miała o tyle gorzej, iż z tej pozycji nie widziała ofiary. Musiała polegać wyłącznie na słuchu i węchu.
- Powodzenia. - uśmiechnąłem się zadziornie, nie ruszając się z miejsca.

<Itami? Jak sobie poradzisz?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1664
Ilość zdobytych PD: 832 + 5% (41) za długość powyżej 1000 słów.
Obecny stan: 1498

Od Lonyi c.d Naharysa/Renesmee ~ Zakute łby

Złoty wilk został odprawiony wraz z falą obelg, jakie posłałam w jego stronę. Żal mi było tylko haka, który radośnie sterczał w jego ciele. Wykopując basiora z jamy, wcale nie pozbyliśmy się kłopotów, bowiem te wtargnęły cicho do środka wraz z pojawieniem się naszej alfy.
Już od progu nie wyglądała na zadowoloną, jednak po zobaczeniu nas umorusanych krwią i połatanego obcego samca była gotowa posłać nas do piachu. Staliśmy tak w bezruchu, dopóki nie rozpoczęła się jedna z głośniejszych awantur, jakie nam sprawiono.
- Czy wasza dwójka zwariowała... no tak! Czuć od was alkohol! Czy gorzała wam, do reszty cymbały zryła?! Z lecznicy urządzacie sobie rzeźnię?! Doszły mnie słuchy, że bez mojego pozwolenia opuściliście teren watahy, urządziliście istną rozróbę w sadzie jabłkowym, a teraz sprowadzacie obce wilki! Co macie na swoją obronę?!
Pierwszy raz widziałam Rene tak poirytowaną... prawda, nie miałam z nią zbyt częstej styczności, poza formalnym spotkaniem dotyczącym dołączenia do watahy, czy przygotowaniem dla niej kilku wywarów, po które się zjawiła raz czy dwa.
- To nie wina mojej siostry! To mój pomysł, aby ich tutaj ściągnąć, ale byliśmy im to winni. Musieliśmy połatać ich do kupy!- Naharys jako pierwszy przypomniał sobie o języku w gębie, podczas gdy ja cały czas gapiłam się na waderę, której oczy były gotowe przerobić nas na karmę dla ryb.
- I dlatego postanowiliście zmarnować zapasy leków na poczet jakichś oberwańców, zamiast wykorzystać je dla dobra watahy! Powinnam wam teraz spuścić tęgie lanie, ale nie uciekam się do przemocy! Mam nadzieję, że tygodniowa kara naleje wam oleju do mózgu, a tego oberwańca, macie się jak najszybciej pozbyć, jasne?!
Posyłając nam ostatnie mordercze spojrzenie, opuściła jamę, obijając skrzydłami jej ściany.
- Nooo... takiego opierd**u, to nam nawet rodzice nie urządzali. - skomentował po chwili Naharys.
- Żebyś wiedział, bracie. - wypuściłam powietrze, które przez dłuższy czas zalegało mi w płucach. - Noo... nic tu już po tobie. Zabieraj się stąd, zanim nasza Alfa zmieni zdanie i dojdzie do przemocy. No jazda!
Bertho posłusznie ruszył ku wyjściu, gdzie przystanął na chwilę, rozglądając się za sylwetką Renesmee. Chyba myśl o kolejnym przetrzepaniu skóry mu nie odpowiadała. Próbując zająć czymś myśli, podjęliśmy próbę ogarnięcia tego burdelu, jaki pozostał po ostatnich zabiegach.
- Zauważyłem, że zdążyłem wytrzeźwieć po tej akcji! - zaśmiał się Exan, opadając na świeżo oczyszczone legowisko.
- Co ty chcesz! Napracowaliśmy się sporo przy tych zakutych łbach, bracie!. Ciekawe, co za kara czeka nas jutro.
- Miejmy nadzieję, że nie będzie się ona łączyć ze sprzątaniem jelenich g**ien w lesie.
-Myślę, że to będzie najłagodniejsze, co byłaby w stanie wymyślić. Ujęła to tak, że mamy jeszcze bardziej przej***ne niż przypuszczaliśmy. Ale... żeby picie było taką zbrodnią?
-Może abstynentka?- brat zaśmiał się, próbując nieco rozładować atmosferę.
-Mi bliżej do alkoholika, więc następnym razem weźmiemy na wynos, zanim ktoś się zorientuje. No dobra, to skoro już tam leżysz, to bierzemy się za zszywanie Twojego tyłka.
-Może lepiej poczekać do jutra, skoro tak źle wróżysz naszemu losowi.
-Weź, nie mów mi tu teraz, że się szycia boisz. Obić mordę to sobie pozwoliłeś, ale kilku ukłuć nie wytrzymasz?
-Kto powiedział, że się boję!? Po prostu... myślę racjonalnie. I szkoda zapasów, skoro jutro będziesz musiała mnie łatać od nowa.
-Dobra, nie wydziwiaj, tylko pokaż mi to ramię. Tyle razy Cię już składałam do kupy, a ty nagle mi tu będziesz z zapasami wyjeżdżać, zobaczmy... uuu, nie dobrze.
-Coś nie tak? Tylko nie mów, że to mięśnie.
-Gorzej. To tylko... nieco głębsza, ale powierzchowna rana. Trzynaście szwów powinno załatwić sprawę- zaśmiała się, widząc minę brata.
-Jest takie pewne obraźliwe określenie samic psowatych...- fuknął Naharys, ale nie byłam w stanie wymyślić żadnej riposty, bowiem nadal dusiłam się ze śmiechu.
Nawet jedna łza zjechała gładko po policzku, zanim podjęłam się założenia pierwszego szwa. Oczywiście Exan jak na prawdziwego członka rodziny wojskowych nawet nie połasił się na grymas bólu. Już lata temu przywykł do bólu i związanych z nim zabiegami. Faktycznie przejął się uszczupleniem naszych medycznych zapasów i wiedział, że najprawdopodobniej to ja za to oberwę. Ech, braciszku... kiedy ty się nauczysz, że już nie jestem małą waderą, którą trzeba chronić przed większymi?
-Myślisz, że możemy mieć spore kłopoty przez to co się stało?-podjęłam temat, chcąc zająć czymś myśli mojego pacjenta.
-Oby nie. Zadomowiłem się już tutaj i niespecjalnie mam ochotę na opuszczanie tych terenów.
-Sugerujesz, że może nas nawet wyrzucić?- łypnęłam na brata lekko przejęta.
-Obawiam się, że i to nas czeka. Opuściliśmy obóz, podjęliśmy walkę z nieprzyjacielem, po czym mu pomogliśmy, narażając stado na utratę zasobów. Za coś takiego w domu już chyba lepiej gdybyśmy zdezerterowali.
-Renesmee nie jest chyba, aż taka zła. Jest twarda, musi budzić respekt no i nie mogła okazać słabości przed tamtym. Dodatkowo ją zaskoczyliśmy. Ale trzyma nas tu wszystkich w kupie, jutro emocje opadną... oby.
-Może i masz rację. Jeżeli pozwoli nam na wyjaśnienia, może dostaniemy łagodniejszy wyrok.
-Nie mniej, na wszelki wezmę proszki uspokajające. Szczęściu czasem trzeba pomóc- zaśmiałam się, odkładając cały sprzęt. Naharys przyjrzał się dokładnie ranie. Przez moment poczułam się jak na egzaminie potwierdzającym moje zdolności, jednak to mój brat, więc tu zawsze mam lekkie obawy, czy wszystko jest zrobione prawidłowo.
-Wytrzymają?
-Jak nie będziesz próbował zadowolić Piny, to są szanse- ponownie parsknęłam śmiechem, na co Naharys zaserwował mi przyjacielskiego kopniaka w kolano.
-Zobaczymy czy Ci będzie tak do śmiechu jak ja zacznę Cię zszywać- jego zawadiackie spojrzenie spoczęło na mojej klatce piersiowej, gdzie ziała pokaźna rana. W jednym miejscu skóra luźno zwisała, co oznaczało dla mnie mniej przyjemny zabieg, niż dla mojego brata.
Wcześniejsze szkolenia okazały się nie pójść w las. Wszystkie moje polecenia Exan wykonywał bezbłędnie. Nawet przy odcinaniu kawałka skóry, który był już nie do odratowania, samiec zrobił to wyjątkowo delikatnie. Co prawda cały zabieg trwał nieco długo, jednak on jest od dziurawienia innych, a nie zszywania.
-Chyba gotowe- dodał, polewając ranę resztką Sylfionu. -Gorzej, jak ten złoty dureń wyglądać nie będziesz.
-Nie przypominaj mi o nim, bo aż mi szwy ściska na samą myśl. No no, spisałeś się. Gdyby znudziła Ci się fucha łamignata, to zapraszam do mnie. Szepnę alfie co nieco o Twoich zdolnościach.
-Mówiąc o niej... Chyba najwyższa pora się nieco zdrzemnąć, zanim do niej pójdziemy.
-Prawda, za trzy godziny zacznie świtać. Odpocznijmy, a potem będziemy się martwić.
Exan już chyba nawet nie miał siły iść do swojej jaskini. Zasnął momentalnie na jednym z leż, toteż i ja oddałam się w objęcia snu.
Mimo to nie czułam się wypoczęta. Rana zszywana przez brata nieco mi dokuczała, a sama długość odpoczynku trwała co najmniej o połowę za krótko. Dodatkowo to uczucie suchości w paszczy... Idealny poranek na opier**l.
Wraz z bratem powłóczyliśmy się zrezygnowani życiem w stronę jaskini Alfy, która już wyczekiwała naszego przyjścia, wygrzewając się w pierwszych promieniach.
Gdy tylko nas zobaczyła, skinęliśmy głowami w jej stronę na znak powitania, na co ona zrobiła to samo. Z gracją zeskoczyła z kamienia, na którym wcześniej pochłaniała promienie słoneczne. Próbowałam rozgryźć jej intencję, jednak twarz miała poważną, a jednocześnie łagodną. Ciężko było przewidzieć, czy znienacka strzeli nas w te zakute łby, czy jednak nam odpuści, widząc nasze zwłoki stojące przed nią.
-Ciężka noc?- odezwała się ironicznie.
-Myślę, że jedna z cięższych, skoro pytasz- westchnęłam, patrząc w jej stronę.
-Długo myślałam co z wami zrobić. Przyznam szczerze, że nie spodziewałam się po was czegoś tak głupiego. Co jak co, ale takiego zachowania nie oczekuje się od dorosłych wilków... Nie wiem nawet, czy jestem gotowa, żeby usłyszeć, co wami kierowało.
-Mówiłem Ci, że Lonya nie jest....
-Exan, dość- przerwałam bratu- Szczerze mówiąc, to chyba nie ma sensu, żeby się usprawiedliwiać. Nie ma ku temu podstaw. Prawda jest taka, że to z mojej winy tak się stało. Pozwoliłam sobie na rozpoczęcie tej bójki. Byłam pijana, a tamten basior był zbyt nachalny, aż prosił się o wybicie kilku zębów. Exan chciał mnie bronić, jak to zwykle ma w zwyczaju. Jest dobrym bratem i wiem, że pójdzie za mną w ogień. Dał tamtym solidny wycisk, ale zna umiar, natomiast ja, jak to ja, przegięłam i prawie wysłałam tego oblecha na drugą stronę. Jestem medykiem i powinnam ratować życia, a nie je odbierać. Naharys wie o moich psychopatycznych zapędach, kiedy wpadnę w szał i nie chciał, żebym znowu popełniła błąd.
-Co chcesz przez to powiedzieć?- Rene przyjrzała mi się zaciekawiona.
-Powiedzmy, że mam na swoim koncie niewielki cmentarzyk. Jak mówiłam, jestem medykiem i moim obowiązkiem jest pomagać wszystkim, którzy tego potrzebują. Przeze mnie polała się wczoraj krew i to przeze mnie ktoś mógł zginąć. To nie jest wina mojego brata, dlatego jeśli chcesz nas ukarać, to nie sądzę, żeby on miał ucierpieć tak samo jak ja. Jesteśmy jedną rodziną i członkami tej samej watahy, a tam nauczono nas pomagać sobie nawzajem. On nigdy nikogo nie zostawi, więc bez namysłu rzuci się w wir walki, by ratować swoich. Nie każ go za to co jest w nim tak cudowne.
-Czyli mówisz, że to nie z powodu Exana rozpętało się tam wczoraj piekło. Kto by się spodziewał, że winowajcą całego zajścia będzie ruda, niewielkich rozmiarów wadera.
-Jak to mówią... rudemu nigdy się nie ufa- skusiłam się na niewinny żarcik.
Alfa pierwszy raz od wczoraj pozwoliła sobie na ledwo zauważalny uśmiech, który w mgnieniu oka zniknął, zaraz po tym gdy westchnęła, przyglądając się nam z miną "I co ja mam z wami teraz zrobić?"
Spuściłam wzrok w trawę, czekając na wyrok wadery.

<Renesmee, Exan?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1538
Ilość zdobytych PD: 769 + 5% (38) za długość powyżej 1000 słów.
Obecny stan: 807

Od Atrehu c.d Nabi ~ Prawdziwy dom

~ Biedactwo. - pomyślałem ze smutkiem, spoglądając na towarzyszącą mi waderę, która krocząc obok mnie, nuciła jakąś tylko sobie znaną piosenkę. Ta rozmowa z całą pewnością była odświeżająca, co do tego nie miałem najmniejszych wątpliwości. Choć nasze historie się różniły, po części rozumiałem jej uczucia i to, czego doświadczyła. Zamyśliłem się na chwilę, zdając sobie sprawę, że być może jesteśmy do siebie podobni o wiele bardziej, niż bym sądził. Ona również opuściła rodzinny dom. Z tą różnicą, że z własnej woli. W przeciwieństwie do mnie miała wybór, aczkolwiek przyszłość, jaka ją czekała w rodzinnej watasze, nie zapowiadała się ciekawie.
Moje serce zatrzepotało gwałtownie. W tak młodym wieku doświadczyć odtrącenia i bólu ze strony najbliższych. Może nie fizycznego, bo nikt nie próbował bynajmniej pozbawić jej ducha, lecz to, w jaki sposób próbowano kierować jej osobą... Z góry ustalili całe jej życie. To tak, jakby była marionetką, pionkiem, którego wedle uznania przywódcy, przesuwa się z miejsca na miejsce. Nie zadając sobie trudu, by spytać ją o zdanie. Jakby nie miała własnych uczuć i pragnień. ~ Grr.. Tak być nie powinno! - wkurzyłem się, nie powiem. Nienawidziłem takiego traktowania, a tym bardziej, jeśli dotyczy to samic. Wszak to one dają życie. Powinno się je traktować z szacunkiem i miłością, a nie... Westchnąłem ciężko, spuszczając nieco powietrze. Teraz jest już bezpieczna, z dala od swojej dawnej watahy. Wolna niczym ptak. Choć na pewno tęskni i będzie tęsknić za braćmi, to tutaj jest teraz jej nowy dom. Miejsce, w którym zostanie zaakceptowana taka, jaka jest. I nikt nie narzuci jej swojej woli. Będzie zatem mogła robić to, co kocha i to, co uzna za słuszne. Bardzo przyda nam się jej pomoc i znajomość zielarstwa. W każdej szanującej się watasze powinna znaleźć się taka osoba. A Nabi z pewnością nada się na to stanowisko. Jej doświadczenie i umiejętności, z całą pewnością zostaną docenione. Zerknąłem na nią kątem oka. Wyglądała naprawdę uroczo. Kołysząc delikatnie biodrami, truchtała tuż za mną. Zwolniłem nieco tempo, by się z nią zrównać. Była bardzo silna duchem, czego nie widać na pierwszy rzut oka. Poczułem przyjemne ciepło na sercu. Obiecałem sobie w myślach, że będę chronił członków watahy. Bez względu na wszystko, będę starał się uszczęśliwić każdą istotkę. Z tym postanowieniem, wyprostowałem się dumnie.
- Wiesz... - zatrzymałem się nagle, zmuszając waderę do tego samego. Przypomniało mi się bowiem coś ważnego. Nabi wyraźnie zdziwiona, zwróciła łeb w moim kierunku. - Nie odpowiedziałem Ci wcześniej na pytanie, wybacz. Oczywiście z wielką chęcią, oprowadzę Cię po naszych terenach. - uśmiechnąłem się wesoło, czego, choć nie mogła zobaczyć, to z całą pewnością poczuła to z mojej energii.
- Będę zobowiązana!
- Hmmm... w sumie skoro już idziemy w stronę groty Renesmee, nic nie stoi na przeszkodzie, bym już teraz cię nieco oprowadził.
- Oczywiście, jestem jak najbardziej za. - wadera zamerdała ogonem. Wyglądała przy tym, jak zadowolone szczenię. Rozczulił mnie ten widok. Ruszyłem powolnym krokiem, rozglądając się na boki. Nie za bardzo wiedziałem, od czego mam zacząć. Nigdy bowiem nie oprowadzałem nikogo.
- W porządku. Aktualnie jesteśmy w Forêt de Vie. Jest to las, w którym znajdują się nasze jaskinie. To tu najwięcej polujemy i spędzamy wspólnie czas.
- Chyba wcześniej byliśmy na jakieś polanie? - spojrzałem na waderę z uśmiechem. Spodziewałem się, że będzie tylko słuchać, ale miło mnie zaskoczyła. Im więcej pytań będzie zadawać, tym lepiej dla mnie.
- Zgadza się. Clairière Verte. Najspokojniejsza okolica ze wszystkich i najbardziej bezpieczna.
- Najbardziej bezpieczna?
- Yhym, dokładnie. Na naszych terenach w różnych ich częściach znajdują się mniej bądź bardziej groźne zwierzęta. - poczułem zimny dreszcz, który przebiegł mi po kręgosłupie na wspomnienie tej dziwnej, pełzającej kreatury, którą spotkałem przed dołączeniem. - Jedni są szczególnie na nas uczuleni i zrobią wszystko, by pozbawić nas życia. Polana to tak naprawdę jedyne miejsce, gdzie się ich nie spotyka. Jakby istniała jakaś magiczna bariera, która nie pozwala wrogim jednostkom tam przebywać.
- Rozumiem. Coś jak uświęcone miejsce. - Kąciki moich ust powędrowały do góry. Trafne spostrzeżenie, aczkolwiek dokładnej przyczyny nie zna nikt.
- Prawdopodobnie tak, chociaż nikt nie wie dlaczego. Clairière Verte nie różni się przecież niczym od reszty. Nie czuć w niej nic szczególnego.
- Hmmm... - pogrążeni w zamyśleniu, zatrzymaliśmy się na chwile. Temat był dość mistyczny, gdyż wiele osób zastanawia się, co takiego jest w tej polanie, że jest tak, a nie inaczej. Ja również nad tym rozmyślałem, ale im więcej pytań sobie zadawałem, tym bardziej czułem ucisk w czaszce. Głowa zaczęła mi pulsować.
- Atrehu? - na dźwięk swojego imienia, odwróciłem się w kierunku zarośli. Głos był wyraźny i bardzo dobrze mi znany. Od razu rozpoznałem osóbkę, która kroczyła w naszą stronę. Dumnie wyprostowana pierś, lekkie i spokojne ruchy i ten blask w oczach. Była to Renesmee. Jej się nie da z nikim innym pomylić. Zwłaszcza przez jej tęczową grzywę i ogon. Jakby się dłużej nad tym zastanowić, był to swego rodzaju plus. Alfa musi być rozpoznawalna, wszyscy muszą wiedzieć, o kim mowa. Poczekałem, aż samica zbliży się do nas, po czym delikatnie się ukłoniłem.
- Witaj Alfo, właśnie szliśmy w stronę Twojej groty. - uśmiechnąłem się delikatnie, wskazując łbem na mnie i Nabi. Mniejsza wadera na słowo "Alfo", również schyliła swoją głowę.
- Pani...
- Proszę, mów mi po imieniu. - samica przysiadła na ziemi, zerkając na moją towarzyszkę. Była wyraźnie rozluźniona i zadowolona. Ciekawe, co takiego się stało. Może to nie coś, a ktoś sprawił, że nasza przywódczyni jest szczęśliwa? - Jestem Renesmee, alfa watahy Odrodzenia. Z kim mam przyjemność?
- Mam na imię Nabi. Przybywam z bardzo daleka i w sumie to szukam swojego miejsca w świecie.
- Rozumiem. Nic nie stoi na przeszkodzie, byś dołączyła do naszej społeczności. - uśmiech obydwóch samic był jak lek na zarazę. Rozczulał i poprawiał humor. Lubiłem, gdy kobiety wokół mnie były zadowolone. Sam wtedy odczuwałem z tego przyjemność.
- Naprawdę? Dziękuję, z chęcią zostanę. - Ostatnią kwestią będzie z pewnością wybranie dla niej zajęcia. Miałem już nawet pomysł, co będzie odpowiednie.
- W czasie drogi tutaj, Nabi udowodniła mi swoje umiejętności i doświadczenie w zielarstwie. - Renesme spojrzała na mnie z zainteresowaniem. Lekko zmarszczyła czoło, zastanawiając się nad moimi słowami, po czym dokładnie przyjrzała się mniejszej samicy. Jej łepek przekręcił się na bok. Chyba domyślałem się, o czym myśli. - Mimo iż jest niewidoma, doskonale rozpoznaje rodzaje ziół i ich przeznaczenie. Myślę, że stanowisko z tym związane będzie dla niej najbardziej odpowiednie.
- Nabi?
- Byłabym naprawdę szczęśliwa, mogąc się właśnie tym zajmować.
- Dobrze, więc niech tak będzie. - pokiwała głową na "tak" a następnie spojrzała na mnie. - Atrehu, zapoznaj ją z naszymi zasadami, a następnie zaprowadź do odpowiedniej jaskini. Myślę, że przy polanie będzie najlepiej. Jest tam mnóstwo ziół, a okolica nie stanowi żadnego zagrożenia.
- Oczywiście Alfo, wedle rozkazu. - ukłoniłem się delikatnie na znak szacunku. Mimo iż sam pochodziłem z rodziny alf i kłanianie się innym nie leży w mojej naturze, do Renesmee miałem ogromny szacunek. Wstydem by było nie oddać jej czci.
- I jeszcze jedno. Gdy skończysz, przyjdź do mojej jaskini. - Jej miękki, lekko kokieteryjny głos mnie zszokował. ~Nie, co? Moment, czyżby alfa chciała... nie, to niemożliwe! ~ pokręciłem głową, odpychając te myśli. Z pewnością nie chodzi o to, co mi w głowie siedzi. ~ Wstydziłbyś się zboczeńcu, tylko jedno ci w głowie! - odprowadziłem alfę wzrokiem, nim zniknęła wśród zarośli, po czym zerknąłem na Nabi.
- No cóż, w takim razie czas ruszać. Zapraszam! - z uśmiechem wstałem, kierując się z powrotem w stronę polany. Pokażę ci twój nowy dom.
- Prowadź!

<Nabi? >

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1190
Ilość zdobytych PD: 595 + 5% (30) za długość powyżej 1000 słów.
Obecny stan: 625

poniedziałek, 1 listopada 2021

Od Naharysa c.d Lonyi ~ Zakute Łby [+12]

Tej wietrznej, aczkolwiek przyjemnej nocy, w lecznicy u Lonyi dało się słychać przerażające krzyki już w promieniu kilku kilometrów. Naharys, przygniatając najmłodszego do podłoża, w trakcie, gdy Lonya przypalała mu rozwalony pysk, nie wyobrażał sobie, że jeszcze kiedyś usłyszy podobny krzyk cierpienia. Niech się cieszy, bo przynajmniej zostanie mu jakaś blizna~ pomyślał przelotnie Exan, który nie zamierzał mu odpuszczać. Ostatnio takie krzyki, on i Lonya, słyszeli w rozłożonym nieopodal bagien, szpitalu polowym, gdzie znajoma medyczka i przyjaciółka rodziców, łatała rannych wojowników. Lejąca się krew z brutalnie rozciętych ran, widok rozszarpanego mięsa i krzyki rannych, zapadły się im głęboko w pamięci. Exan pamięta też, że tamten znany dzień, był też zaczątkiem kariery medycznej Lonyi. Kręciła się koło medyczki, pomagała opatrywać rannych, a przy okazji, przyswajała cenną wiedzę i zdobywała doświadczenie. To było w trakcie zajadłej bitwy ich watahy z grasującą na tamtych terenach Klanem wyjętych spod prawa wilków, które zagrażały wszystkiemu, co żywe. Ich przekonania? Wierzenie? Albo sama dzika natura, napędzała je do tego? Nigdy się nad tym nie zastanawiał. Po bolesnym zabiegu przypalania żuchwy, Lonya dała do żucia pewne ziele, a następnie zwróciła się do nieprzytomnego weterana. Młodzik żuł wedle zalecenia, wykrzywiając pysk w grymasie obrzydzenia, albowiem ziele magazynowało w sobie nieprzyjemnie gorzki sok.
- Jak ci na imię? - zapytał Naharys o dziwo przyjaznym głosem.
- Bertho! - odpowiedział tonem, pełnym bólu i niesmaku.
- Nie przejmuj się, Bertho! Przynajmniej zostanie ci ładna blizna, pamiątka po walce i symbolika, że nie jesteś już jakimś gołowąsem! Noś ją z honorem i dumą.
Z tymi słowy, Naharys klepnął wilka w ramię, a Bertho zaś jęknął z bólu, ale jednocześnie podniesiony na duchu, kiwnął głową z wdzięcznością.
Po szczegółowych oględzinach ciała weterana, Lonya i Exan zaczęli zbierać potrzebne do zabiegu materiały. Naharys przyznał, że na zakończenie dnia, latanie, jak kot z pęcherzem, za niezbędnymi ziołami i lekami, było dość męczące... ale nie powinien narzekać. W końcu to jego pomysł, aby wziąć oberwańców do watahy i połatać ich do kupy.
- Od czego zaczynamy? - zapytał Naharys.
- Wrzuć igły sosnowe do soku z Sylfionu... do białej, cuchnącej mazi. - Naharys miał przed sobą ustawione wszystkie potrzebne leki, ale z konsternacją przyglądał się temu wszystkiemu. Owszem, dzięki Lonyi, mógłby się pochwalić, chociażby podstawami medycyny, ale jedno trzeba mu było zarzucić. Totalną niewiedzę botaniczną. Lonya, w trakcie łatania barku weterana, wiedziała, że Exan nigdy nie przepuści okazji, aby się czegoś nauczyć. Zajmując się rannym, wyłożyła samcowi luźny, aczkolwiek długi wykład o tym, co robi obecnie, a gdy przyszedł czas na zszywanie, Lonya była na tyle dobra dla brata, że dała mu możliwość założenia kilku nieskomplikowanych szwów i nałożenia na nie wosku. Naharys, zaangażowany i skupiony na tym, co robił, czuł, że rośnie w nim radość i duma z samego siebie.
- Jeszcze trochę i pozwolę Ci szperać w moich zapasach. - zaśmiałam się Lonya.
- Chyba będziesz musiała, bo ty też wymagasz opatrzenia. - ku ich zdziwieniu złoty basior przemówił w końcu, odzyskując świadomość. -Doceniam, że najpierw zajęłaś się mną.
- Te byle draśnięcia u mnie mogą poczekać, Twoje obrażenia już nieszczególnie. - prychnęłam, patrząc na swoją pierś. - Możesz już iść, ale nie próbuj nawet wysilać rannego barku. Z czymś takim, nie powalczysz zbyt długo. Zabieraj się stąd!
Basior syknął z bólu, dotknął łapą oderwanego miejsca na wardze i zaklął cicho, po czym wygramolił się ze stołu operacyjnego, ale za nim odszedł, musiała odezwać się w nim ta romantyczna część, gdyż przybliżył się niebezpiecznie do Lonyi i szepnął jej do ucha.
- Zawsze marzyłem o kochance, która łatałaby moje rany po każdej chwalebnej walce, a uwierz mi, że w zamian, potrafię zadowolić waderę...
Exan miał przemiłą chęć, aby wykastrować weterana za te jego zbereźne teksty, skierowane w stronę Lonyi, ale powstrzymywał się myślą, że Lonya poradzi sobie doskonale sama. O dziwo zaskoczył ją manewr zaskoczenia, gdyż ta, mruknęła do niego uwodzicielsko, odwróciła zmysłowo głowę w stronę złotego basiora, po czym swym językiem przejechała delikatnie po jego umięśnionym policzku. Naharys przyznał, że kopara opadła mu szeroko na ten widok. Na pysku weterana pojawił się nagle zadziorny uśmiech i już miał złożyć pocałunek na ustach Lonyi, gdy nagle w blasku płomieni, błysnęła stal rzeźniczego haka, który wbijając się głęboko w zdrowe ramię basiora, zakleszczył się gdzieś w kości, po czym wyprowadziła go siłą z jaskini.
- I nie myśl, że ci tę ranę opatrzę, chory zboku! - zawołała za nim Lonya, wściekle ciskając w niego także kilka przekleństw.
Bertho widocznie chciał wyśmiać swego starego kompana, ale jakakolwiek próba rozwarcia pyska, kończyła się dla niego bolesną sensacją. Nagle do lecznicy wpadła nieoczekiwanie Alfa, a wyraz jej smukłego pyska dawał do wiadomości, iż nie jest w najlepszym humorze. Zmierzyła ich wszystkich swymi szmaragdowymi oczami, skrywającymi w sobie gniew, po czym odezwała się nieprzyjemnym tonem.
- Czy wasza dwójka zwariowała... no tak! Czuć od was alkohol! Czy gorzała wam, do reszty cymbały zryła?! Z lecznicy urządzacie sobie rzeźnię?! Doszły mnie słuchy, że bez mojego pozwolenia opuściliście teren watahy, urządziliście istną rozróbę w sadzie jabłkowym, a teraz sprowadzacie obce wilki! Co macie na swoją obronę?!
Trudno nie wyobrazić sobie wyrazu konsternacji na pyskach dwójki naszych bohaterów, drogi czytelniku. Patrzyli się osłupiali na waderę, od czasu do czasu, spoglądając na siebie bez słowa, a w tle zaś rozbrzmiewało pojękiwanie basiora z przypaloną mordą. I rozbrzmiałby dźwięk świerszcza, gdyby nie Naharys, który zabrał głos.
- To nie wina mojej siostry! To mój pomysł, aby ich tutaj ściągnąć, ale byliśmy im to winni. Musieliśmy połatać ich do kupy!
- I dlatego postanowiliście zmarnować zapasy leków na poczet jakichś oberwańców, zamiast wykorzystać je dla dobra watahy! Powinnam wam teraz spuścić tęgie lanie, ale nie uciekam się do przemocy! Mam nadzieję, że tygodniowa kara naleje wam oleju do mózgu, a tego oberwańca, macie się jak najszybciej pozbyć, jasne?!
- Tak jest... - odparli jednocześnie.
Na niemiłe pożegnanie, posłała im surowe spojrzenie, a rannego obcego cichym i przeciągłym warknięciem, po czym odeszła, obijając skrzydłami ściany jaskini.
- Nooo... takiego opierd**u, to nam nawet rodzice nie urządzali. - skomentował po chwili Naharys.
- Żebyś wiedział, bracie. - dodała Lonya, po czym zwróciła się oficjalnym tonem do rannego. - Noo... nic tu już po tobie. Zabieraj się stąd, zanim nasza Alfa zmieni zdanie i dojdzie do przemocy. No jazda!
Po chwili dwójka bohaterów tej opowieści została sama, pośrodku sali lecznicy, w samym środku północy. Lonya zaczęła sumiennie porządkować miejsce operacyjne, a Naharys służył jej chętnie pomocną łapą, natomiast gdy wszystko zdołali doprowadzić do jak najlepszego porządku, opadli na ziemię i zaczęli żartować.
- Zauważyłem, że zdążyłem wytrzeźwieć po tej akcji! - powiedział Exan.
- Co ty chcesz! Napracowaliśmy się sporo przy tych zakutych łbach, bracie! - odparła Lonya. - Ciekawe, co za kara czeka nas jutro.
- Miejmy nadzieję, że nie będzie się ona łączyć ze sprzątaniem jelenich g**ien w lesie.


<Lonya, Reneesme?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1091
Ilość zdobytych PD: 545 + 5% (27) za długość powyżej 1000 słów
Obecny stan: 572 PD