Nie mogłam się już doczekać, długo obiecywanej wycieczki ze skrzydlatym basiorem. Od wczesnego ranka, a nawet poprzedniego wieczoru mną targało. Nawet Sininen i Ereden byli zaskoczeni z mojej nadzwyczajnej energiczności. Gdy w końcu nadszedł ten czas i Noiter przeszedł po mnie pod jaskinię, byłam podekscytowana jak nigdy wcześniej.
- Gotowa? - zapytał, na co przytaknęłam zdecydowanym ruchem głowy. Przytuliłam tatę na pożegnanie i doskoczyłam do ciemniejszego wilka. Omówiliśmy wstępnie pierwszy odcinek trasy, po czym wzbiliśmy się w powietrze. Lecieliśmy nad morzem, niesieni przez ciepłe wiatry. Naszym miejscem docelowym była niewielka wyspa, niedaleko naszych terenów. Był to teren neutralny, dostępny dla każdego. Nie chciałam tego mówić Noiterowi, ale gdyby nie ten wiatr i możliwość szybowania, nie wiem, czy dałabym radę dolecieć. Gdy tylko zbliżyliśmy się do błyszczącej, piaszczystej plaży, zasugerowałam:
- A może przejdziemy się chwilę po plaży? Piasek tutaj wydaje się inny niż u nas. - dodałam, chcąc sprawić wrażenie faktycznie zainteresowanej drobnym kruszcem. Basior zgodził się, powoli obniżając lot, ruchem okrężnym. Przypominał nieco sępa, czekającego aż jego ofiara opadnie z sił. Stwierdziłam, że najszybszym i najlepszym rozwiązaniem dla mnie, będzie zapikowanie. Robiłam to już wiele razy, więc nie stanowiło to dla mnie problemu. Gładko rozłożyłam skrzydła kilkadziesiąt centymetrów nad ziemią, hamując przy tym stanowczo, po czym złożyłam je, opadając lekko na piasek. Moje domysły co do niego były jak najbardziej prawdziwe. Czekając na basiora, postanowiłam chwilę powęszyć w złotym piasku, w poszukiwaniu czegoś interesującego. Gdy złapałam zapach nieznanej mi dotychczas rośliny, zatrzymałam się, aby przeanalizować jej zapach.
- Co tam znalazłaś Shori? - spytał Noiter, podchodząc do mnie. Węszył chwilę — Tak. Znam ten zapach. To storczyki znad tutejszych gorących źródeł. - Moje oczy były wielkości spodków.
- Naprawdę? - Spytałam, na co basior przytaknął.
- zrobimy sobie chwile przerwy na przegryzkę i możemy się tam udać. To naprawdę urokliwe miejsce. - Przyznał, po czym usiadłszy na ziemi, wyciągnął ze swej torby dwa zawinięte w liście udka bażanta. W duchu zaprzeczałam temu, że mogłabym być głodna, jednak gdy tylko zaczęliśmy posiłek, mój brzuch mówił co innego.
Uzupełniwszy energię, ruszyliśmy spacerkiem w głąb intensywnie zalesionej wyspy. Myślałam, że kilkadziesiąt kilometrów nie robi różnicy, jednak tutaj klimat był już zdecydowanie cieplejszy, niż na naszych terenach. W gąszczu intensywnie zielonych liści znajdowały się wielobarwne kwiaty, a powietrze, chociaż, nadal niezbyt ciepłe, było wilgotne i cieplejsze od powietrza w naszych lasach. Chłonęłam widoki i aromatyczne zapachy. Śledziłam każdy ruch oraz dźwięk. Gdy do mych uszu dotarł intensywny szum, spadającej wody, przyspieszyłam kroku. Ścieżka zakręciła do góry, a po chwili truchtu skończyła się ona na klifie.
- Wow — Nie byłam w stanie wydobyć z siebie nic więcej. Czarny basior stanął tuż za mną, nie chcąc zasłaniać mi widoków.
- Coś czułem, że Ci się tu spodoba. - powiedział. Miejsce było dość wąskie, a hałas spadającej wody, zmuszał do bliższego kontaktu, jeśli chciało się siebie zrozumieć. Nic dziwnego więc, że basior musiał się nade mną lekko nachylić, bym usłyszała, jego głos.
- Gdy już się napatrzysz, zejdź do mnie. Będę czekał na dole. - zameldował. Czułam jego oddech i ciepło na karku. Było to przyjemne uczucie, które zniknęło równie szybko, jak się pojawiło, gdyż wilk się wycofał. Obejrzałam się za wilkiem, który spokojnym krokiem schodził ze zbocza. Przeszedł mnie przyjemny dreszcz. Wróciłam do pochłaniania widoku.
Stałam na krawędzi klifu. W dole widniało jezioro, po lewej stronie ciągnęła się skalna ściana, z której spadała woda, rozbijając się o wysuniętą skałę. Nad wodą unosiła się para wodna. Z pozostałych stron rozciągał się las z wysokimi drzewami. Całość była oświetlona przez słońce, którego promienie odbijały się na unoszących się w powietrzu kroplach wody, tworząc majestatyczną tęczę. Skały porastały mchy i bluszcze, a także gdzieniegdzie widoczne były kwiaty. Wszystko przypominało jakby Niebiańską Studnię albo Oazę. Ptaki przeleciały, wydając z siebie radosne okrzyki i piski. To naprawdę cudowne i malownicze miejsce, do którego z chęcią będę wracać.
Gdy już się napatrzyłam, a powiem szczerze, trwało to dość długo, gdyż było już popołudnie, zeszłam do Noitera. Basior zaprowadził mnie w krzaki, za którymi znajdowała się kolejna ścieżka.
- Dlaczego ta droga jest ukryta? - spytałam, wielce zainteresowana owym faktem.
- Ponieważ prowadzi w bardziej urokliwe miejsce, przepełnione magią. - Odpowiedział basior, z nutką tajemnicy. Nim dotarliśmy do owego, ostatniego już punktu wycieczki, zatrzymaliśmy się na bardziej syty posiłek i dłuższą przerwę. W tajemniczym miejscu na końcu drogi mieliśmy spędzić kilkanaście minut, by następnie ruszyć bezpośrednio do domu.
Zaczął się zachód słońca, gdy dotarliśmy na niewysoki szczyt. Była to praktycznie równina skalna, po której środku znajdowało się spore jezioro termalne. Woda lazurowo błękitna, pełna była zdrowych pierwiastków i magii, wydobywających się ze źródła na jego dnie. Samo miejsce usiane było barwnymi kryształami, spomiędzy których gdzieniegdzie rosły rośliny, w tym storczyki. Woda z jeziora wypływała strumieniem nieopodal i wpływała do rzeki, której wodospad widzieliśmy wcześniej. Całość uzupełniał blask promieni zachodzącego słońca, które odbijały się od kryształów, majestatycznie oświetlając otoczenie. Był to najwyższy punkt wyspy. Dookoła znajdowało się może, z rysującym się kilkadziesiąt kilometrów dalej terenem naszej watahy. Wiał tu lekki wiaterek. Chłodny, przywiany znad morza i zmierzający w kierunku lądu. Siedzieliśmy chwilę, wpatrując się w te cuda. Noiter był wyraźnie pogrążony w swych myślach. Skorzystałam z okazji. Niepewnie podchodząc, przytuliłam się do niego i wyszeptałam "Dziękuję". Wilk spojrzał na mnie zaskoczony, na co od razu się odsunęłam, zmieszana. Wiedziałam, że pod swym gęstym futrem spaliłam buraka, z wiadomego powodu.
- Dziękuję, że pokazałeś mi te piękne miejsca. - Wydukałam, udając, że przecież nic się nie stało. Odwróciłam wzrok od basiora. *~Coś Ty sobie myślała?!~* zganiłam się w myślach. Dlaczego czułam się tak okropnie?
<Noiter?>
Romantyczne miejsce, piękny klimat i taka sytuacja. Wiemy, co się z Copy święci, więc musisz spławić zauroczoną Tobą Chmurkę. Pamiętaj tylko, że nastolatką może różnie zareagować ;3
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 897
Ilość zdobytych PD: 448
Obecny stan: 1336
Newsy
:Aktualności
.Blog przechodzi obecnie renowację
.Już niebawem pojawią się nowości
:Pogoda
Obecna pora roku ~ Jesień
.Temperatura waha się między 10+ a 0- stopni Celcjusza
.Zmiana pory roku nastąpi 15.12.2022
Liczba wilków ~ 27
Wadery ~ 18 + 1 NPC
Basiory ~ 7 + 4 NPC
Szczeniaki ~ 1
Nieobecni: Brak
~Serdecznie zapraszamy♥~
środa, 20 kwietnia 2022
wtorek, 19 kwietnia 2022
Od Shani c.d. Ynerytha ~ Pogrzebać przeszłość
Wadera zastygła na chwilę w bezruchu, zafascynowana widowiskiem, którego sprawcą był Yneryth. Iluzja szybko jednak zniknęła, a głos basiora szybko sprowadził Shani na ziemię.
- Wracając, to co zrobimy z ciałem?
- Trzeba go pochować… Albo znaleźć jego rodzinę i oddać im ciało. Tylko jak? Nie zdążyłam nawet zapytać go o imię – przygryzła dolną wargę, jak to jej się często zdarza, gdy jest zamyślona. – To ktoś z naszych?
- Niestety nie przypominam go sobie – odpowiedział, obdarzając ciało jeszcze jednym spojrzeniem.
- Hmm… A może imię Donna coś ci mówi?
- Niestety też nic.
Shani westchnęła, co jednak nie pomogło jej ani trochę w wyzbyciu się poczucia bezradności. Próbowała stworzyć w głowie plan działania, lecz każda taka próba kończyła się w martwym punkcie. Jasne, mogła tak po prostu pogrzebać ciało tutaj, aczkolwiek ta opcja budziła w niej wewnętrzny sprzeciw. Nie chciała pozwolić, by miejsce wiecznego spoczynku starca znalazło się na obcym terenie, gdzie rodzina nigdy go nie odnajdzie; nie będą mieli miejsca, gdzie go opłaczą. Pewnie nawet teraz wierzą, że wilk z demencją oddalił się od domu i nie umie znaleźć drogi powrotnej. Może go szukają? Albo wręcz przeciwnie – cieszą się, że już nie będą musieli się nim opiekować?
W końcu myśli wadery zbłądziły do podarunku, który wcześniej chciał jej ofiarować nieznajomy. Pochyliła się nad ciałem i rozchyliła ukryty w sierści mieszek, z którego wysypały się czarne kamyczki.
- Aha! – Krzyknęła Shani z entuzjazmem. Jak mogła wcześniej tego nie zauważyć?
Yneryth pytająco podniósł brew. Wadera była pewna, że zaczyna podejrzewać ją o postradanie zmysłów. Sama zresztą nie była pewna tezy, którą za chwilę wygłosi, lecz był to jedyny trop.
- Na początku myślałam, że to zwykłe kamienie. Ale popatrz – powiedziała, pokazując Ynerythowi czarne kamyczki. – Są porowate. Takie kamienie znajduje się tylko przy wulkanach.
Albo na plażach, przyniesione przez morskie prądy. Tego jednak nie chciała powiedzieć na głos.
- Widzę. Tylko nie wiem, co to zmienia.
- Szukając nowego domu, mijałam taki wulkan. To niedaleko naszych granic. Może mieszkał w okolicy z rodziną…
Wadera, nie czekając na odpowiedź, zajrzała do swojej sakiewki. Jak dobrze, że spotkała starca, idąc na polowanie! Wydobyła z niej fiolkę z olejkiem, który miał przedłużać trwałość upolowanej zwierzyny. Na wilczych zwłokach też musiał zadziałać, a przynajmniej powinien dać im choć trochę więcej czasu, zanim pogrzebanie ich będzie już absolutną koniecznością.
- Naprawdę sądzisz, że ich tam znajdziesz? – Zapytał basior.
- Nie – odparła, zaczynając już namaszczać ciało starca olejkiem. – Ale nie wybaczyłabym sobie, gdybym nie spróbowała. To jak, idziesz ze mną?
Yneryth?
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 401
Ilość zdobytych PD: 200
Obecny stan: 1004
- Wracając, to co zrobimy z ciałem?
- Trzeba go pochować… Albo znaleźć jego rodzinę i oddać im ciało. Tylko jak? Nie zdążyłam nawet zapytać go o imię – przygryzła dolną wargę, jak to jej się często zdarza, gdy jest zamyślona. – To ktoś z naszych?
- Niestety nie przypominam go sobie – odpowiedział, obdarzając ciało jeszcze jednym spojrzeniem.
- Hmm… A może imię Donna coś ci mówi?
- Niestety też nic.
Shani westchnęła, co jednak nie pomogło jej ani trochę w wyzbyciu się poczucia bezradności. Próbowała stworzyć w głowie plan działania, lecz każda taka próba kończyła się w martwym punkcie. Jasne, mogła tak po prostu pogrzebać ciało tutaj, aczkolwiek ta opcja budziła w niej wewnętrzny sprzeciw. Nie chciała pozwolić, by miejsce wiecznego spoczynku starca znalazło się na obcym terenie, gdzie rodzina nigdy go nie odnajdzie; nie będą mieli miejsca, gdzie go opłaczą. Pewnie nawet teraz wierzą, że wilk z demencją oddalił się od domu i nie umie znaleźć drogi powrotnej. Może go szukają? Albo wręcz przeciwnie – cieszą się, że już nie będą musieli się nim opiekować?
W końcu myśli wadery zbłądziły do podarunku, który wcześniej chciał jej ofiarować nieznajomy. Pochyliła się nad ciałem i rozchyliła ukryty w sierści mieszek, z którego wysypały się czarne kamyczki.
- Aha! – Krzyknęła Shani z entuzjazmem. Jak mogła wcześniej tego nie zauważyć?
Yneryth pytająco podniósł brew. Wadera była pewna, że zaczyna podejrzewać ją o postradanie zmysłów. Sama zresztą nie była pewna tezy, którą za chwilę wygłosi, lecz był to jedyny trop.
- Na początku myślałam, że to zwykłe kamienie. Ale popatrz – powiedziała, pokazując Ynerythowi czarne kamyczki. – Są porowate. Takie kamienie znajduje się tylko przy wulkanach.
Albo na plażach, przyniesione przez morskie prądy. Tego jednak nie chciała powiedzieć na głos.
- Widzę. Tylko nie wiem, co to zmienia.
- Szukając nowego domu, mijałam taki wulkan. To niedaleko naszych granic. Może mieszkał w okolicy z rodziną…
Wadera, nie czekając na odpowiedź, zajrzała do swojej sakiewki. Jak dobrze, że spotkała starca, idąc na polowanie! Wydobyła z niej fiolkę z olejkiem, który miał przedłużać trwałość upolowanej zwierzyny. Na wilczych zwłokach też musiał zadziałać, a przynajmniej powinien dać im choć trochę więcej czasu, zanim pogrzebanie ich będzie już absolutną koniecznością.
- Naprawdę sądzisz, że ich tam znajdziesz? – Zapytał basior.
- Nie – odparła, zaczynając już namaszczać ciało starca olejkiem. – Ale nie wybaczyłabym sobie, gdybym nie spróbowała. To jak, idziesz ze mną?
Yneryth?
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 401
Ilość zdobytych PD: 200
Obecny stan: 1004
poniedziałek, 18 kwietnia 2022
Od Lonyi c.d Ereden'a ~ Ujarzmić diabła
-Czy pan Atrehu to twój chłopak? - chytry uśmieszek zagościł na pysku bratanka.
- A to już nie twoja sprawa, smarku! Zajmij się swoim nosem!
- Widziałem! Jak się całujecie! Błeee, ohyda!
- Już już spać i nie dyskutuj ze mną, bo Ci te wścibskie oczy wykolę, diable! - moja groźba, wywołała u malca krótki chichot, który ucichł, gdy tylko ułożył się do snu.
Nie kręcił się zbytnio, wręcz momentalnie zasnął. Stałam tak chwilę nad nim, przyglądając się jego miarowemu oddechowi, gdzieniegdzie przeplatane z cichym pochrapywaniem.
"Też uwielbiasz wściubiać nos w nie swoje sprawy" pomyślałam o jego ojcu, śmiejąc się sama do siebie.
Pomimo późnej godziny, nie wzięłam przykładu z bratanka, tylko jeszcze raz zajęłam się zwojem, który otrzymaliśmy od Nabi. Kolejny raz przestudiowałam treść genezy skrzydlatych wilków, po to, aby... właściwie nie wiem po co. Nie wiele było informacji o tym, w jaki sposób powstały, a więc każda adnotacja na ich temat przybliży nas do prawdy, chociażby miały być to powieści, gdzie główną rolę grają bogowie. Obecnie wiedza ta pozwoli nam jedynie lepiej zrozumieć ich pochodzenie no i dzięki zwojowi ich anatomię, bez czasochłonnego studiowania zwłok skrzydlatych wilków. Nie, żeby mi ta czynność przeszkadzała, natomiast rzadko udaje się trafić na dobrze zachowane szczątki, a jeszcze rzadziej można robić to za zgodą martwego.
No nic, noc nie była najmłodsza, a mnie po setnym przestudiowaniu ryciny zmógł sen, toteż leniwie ułożyłam się obok malca, wpierw lokując go na jednym z brzegów legowiska, gdyż ten rozłożył się na samym jego środku- do teraz trudno pojąc jak takie małe ciałko, potrafi przejąć aż tak dużą przestrzeń.
- Śpij jeszcze. Jest wcześnie — wymamrotałam, przekręcając się na drugi bok.
- Nie chcę!- zaprotestował hardo - Chcę jeszcze dowiedzieć się czegoś o roślinach, zanim ojciec mnie odbierze.
- To wybierz sobie coś z półki i daj mi spać.
Szczeniak nie dawał jednak za wygraną. Koniecznie chciał, abyśmy teorię zamienili w praktykę. Uznał, że zwoje zostawi sobie na deszczowe dni, a teraz woli z bliska przyjrzeć się tojadowi, czy chociażby wawrzynkowi.
- Póki jesteś mały, masz immunitet, ale przysięgam, że gdy dorośniesz, zaznasz wszelkich możliwych tortur, jakie poznałam przez lata- wyszczerzyłam zęby, próbując zadbać, aby mój uśmiech jak najlepiej zamaskował irytację.
Gdy tylko zwlekłam cielsko, ten ochoczo ruszył do wyjścia z dumnie uniesioną głową. Gdy tylko wyłoniłam się za skalnej ściany, promienie Słońca, wdzierające się do groty, rozścielały przyjemny blask na zawieszone susze roślinne. Zdawało się niemal, że dzięki temu wydzielają wdzięczną i słodką woń. A może to tylko halucynacje spowodowane wczesną porą. Nie mniej, widok był zaskakująco przyjemny, toteż nawet przez chwilę przeszło mi przez myśl, że czasem może i warto wcześniej zwlec się ze sterty skór.
- Idziesz?! - szczeniak przebierał niecierpliwie łapami, czekając już na zewnątrz.
- Do czego to doszło, że wykonuje polecenia basiora - parsknęłam, zrównując się z bratankiem.
Ten przekręcił łeb na znak niezrozumienia, ale szybko zmieniłam temat, pytając go o pierwszy napotkany kwiat.
- Proste, wrotycz - zadowolony z siebie, pomachał jedynie ogonem, czekając na uznanie z mojej strony.
- No dobra, a coś więcej? Jak się stosuje, albo chociaż na co? - łypnęłam na niego okiem.
- Em... działa na zatrucia i przeciwbólowo.
- Coś jeszcze?
Ten podumał jeszcze chwilę, wpatrując się w żółte główki kwiatu, jakby miały mu podpowiedzieć kolejne właściwości. Niestety roślina milczała jak zaklęta, pozostawiając malca z jego własną pamięcią.
- Powąchaj- poleciłam, na co szczeniak posłusznie zaciągnął się zapachem- I co?
- Bardzo dziwnie pachnie.
- No i kto nie przepada za tym zapachem? No dawaj, Ereden, mówiłeś, że to łatwe.
- Owady?
- Dokładnie, potrafisz je wymienić?
- Em, no te... Mrówki. Muchy, kleszcze. O! I komary!
- Doskonale! Pamiętaj, że nazwa rośliny nie czyni z ciebie speca. Jeśli chcesz kiedyś parać się zielarstwem, powinieneś poznać przynajmniej ich właściwości. No, skoro rozgrzewkę mamy za sobą, idziemy dalej.
Ten przytaknął tylko i żwawo ruszył za mną, chętnie zadając pytania na temat roślin, jakie poznał z pism. Bardzo interesował się tojadem, jednak każde moje pytanie na temat jego ciekawości tą konkretną rośliną wyjaśniał czystą ciekawością.
- A to jak myślisz? - wskazałam na pęczek drobnych, intensywnie złotych kwiatów.
- Jaskier pospolity. Wywołuje, biegunkę, nudności i zawroty głowy. Po kontakcie ze zranioną skórą może powodować jej swędzenie i wysypkę.
- No jestem pod wrażeniem. A czym się różni od kniecia błotnego, którego zwykle nazywamy...
Ha, wiedziałam, że tu Cię zagnę. Kaczeńcem. No słucham- przysiadłam, cierpliwie czekając na wypowiedź malca.
-Jaskier ma drobniejsze kwiaty, dłuższą łodygę i takie... pierzaste, poszarpane liście. Kaczeń... knieć błotna- poprawił się, widząc mój wzrok- Ma masywniejsze kwiaty i liście. Można je znaleźć na wilgotniejszych terenach, blisko rzek i stawów.
- Brawo. To teraz zrobimy małą przerwę na śniadanie, a w jego trakcie opowiesz mi o zastosowaniu.
Nie trzeba było długo czekać na zgodę ze strony młodego basiorka. Skupiliśmy się na szukaniu tropów jakiegoś drobnego stworzenia, które nadałoby się dla nas na posiłek. Brnęliśmy chwilę w gęstej trawie, próbując zwęszyć jakiś trop. Nos podpowiedział mi, w którą stronę powinnyśmy się udać, jednak kilkanaście metrów dalej, woń stawała się coraz bardziej niepokojąca, zagadkowa. Ślady również nie wskazywały, że to będzie coś zwyczajnego i tak też przedzierając się na skraj polany, udało nam się dotrzeć do miejsca, gdzie kilka dni wcześniej stoczyła się bitwa. Batalia stoczona między pokaźnych rozmiarów odyńcem, leżącym teraz bez życia w trawie, zesztywniałej od jego krwi, a czymś, co było w stanie w pojedynkę go powalić.
Bacznie zlustrowałam wzrokiem truchło zwierzęcia, w którego boku ziajała wielka rana, ukazująca białe kości żeber i jelita, barbarzyńsko wywleczone na wierzch.
- Wszystko w porządku? - Ereden patrzył na mnie z przejęciem.
- Nie sądzę. Musiał zginąć tej nocy. To nie jest robota dla jednego wilka.
-To co to mogło być? - zbliżył się do ciała, badając ślady walki.
Dzik był pokiereszowany, ale nie oddał skóry łatwo. Świadczyła o tym krew na obydwu kłach, w tym jeden został ułamany, możliwe, że podczas starcia i utkwił w ciele bestii zdolnej do powalenia drania. Siła, jak i wielkość szczęk, które wyrwały taki kawał z jego boku, nie łatwo było zaklasyfikować do żadnego znanego mi gatunku, zamieszkującego nasze tereny.
- Nie wiem, ale nie powinniśmy tu dłużej być. Musimy kogoś zawiadomić- rozejrzałam się nerwowo po okolicy, szukając obecności stwora.
<Ereden?>
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1003
Ilość zdobytych PD: 501 PD + 5% (25 PD) za długość powyżej 1000 słów
Obecny stan: 2490 PD
- A to już nie twoja sprawa, smarku! Zajmij się swoim nosem!
- Widziałem! Jak się całujecie! Błeee, ohyda!
- Już już spać i nie dyskutuj ze mną, bo Ci te wścibskie oczy wykolę, diable! - moja groźba, wywołała u malca krótki chichot, który ucichł, gdy tylko ułożył się do snu.
Nie kręcił się zbytnio, wręcz momentalnie zasnął. Stałam tak chwilę nad nim, przyglądając się jego miarowemu oddechowi, gdzieniegdzie przeplatane z cichym pochrapywaniem.
"Też uwielbiasz wściubiać nos w nie swoje sprawy" pomyślałam o jego ojcu, śmiejąc się sama do siebie.
Pomimo późnej godziny, nie wzięłam przykładu z bratanka, tylko jeszcze raz zajęłam się zwojem, który otrzymaliśmy od Nabi. Kolejny raz przestudiowałam treść genezy skrzydlatych wilków, po to, aby... właściwie nie wiem po co. Nie wiele było informacji o tym, w jaki sposób powstały, a więc każda adnotacja na ich temat przybliży nas do prawdy, chociażby miały być to powieści, gdzie główną rolę grają bogowie. Obecnie wiedza ta pozwoli nam jedynie lepiej zrozumieć ich pochodzenie no i dzięki zwojowi ich anatomię, bez czasochłonnego studiowania zwłok skrzydlatych wilków. Nie, żeby mi ta czynność przeszkadzała, natomiast rzadko udaje się trafić na dobrze zachowane szczątki, a jeszcze rzadziej można robić to za zgodą martwego.
No nic, noc nie była najmłodsza, a mnie po setnym przestudiowaniu ryciny zmógł sen, toteż leniwie ułożyłam się obok malca, wpierw lokując go na jednym z brzegów legowiska, gdyż ten rozłożył się na samym jego środku- do teraz trudno pojąc jak takie małe ciałko, potrafi przejąć aż tak dużą przestrzeń.
***
- Obudź się- kolejne szarpnięcie i jęki Eredena przywróciło mi świadomość.- Śpij jeszcze. Jest wcześnie — wymamrotałam, przekręcając się na drugi bok.
- Nie chcę!- zaprotestował hardo - Chcę jeszcze dowiedzieć się czegoś o roślinach, zanim ojciec mnie odbierze.
- To wybierz sobie coś z półki i daj mi spać.
Szczeniak nie dawał jednak za wygraną. Koniecznie chciał, abyśmy teorię zamienili w praktykę. Uznał, że zwoje zostawi sobie na deszczowe dni, a teraz woli z bliska przyjrzeć się tojadowi, czy chociażby wawrzynkowi.
- Póki jesteś mały, masz immunitet, ale przysięgam, że gdy dorośniesz, zaznasz wszelkich możliwych tortur, jakie poznałam przez lata- wyszczerzyłam zęby, próbując zadbać, aby mój uśmiech jak najlepiej zamaskował irytację.
Gdy tylko zwlekłam cielsko, ten ochoczo ruszył do wyjścia z dumnie uniesioną głową. Gdy tylko wyłoniłam się za skalnej ściany, promienie Słońca, wdzierające się do groty, rozścielały przyjemny blask na zawieszone susze roślinne. Zdawało się niemal, że dzięki temu wydzielają wdzięczną i słodką woń. A może to tylko halucynacje spowodowane wczesną porą. Nie mniej, widok był zaskakująco przyjemny, toteż nawet przez chwilę przeszło mi przez myśl, że czasem może i warto wcześniej zwlec się ze sterty skór.
- Idziesz?! - szczeniak przebierał niecierpliwie łapami, czekając już na zewnątrz.
- Do czego to doszło, że wykonuje polecenia basiora - parsknęłam, zrównując się z bratankiem.
Ten przekręcił łeb na znak niezrozumienia, ale szybko zmieniłam temat, pytając go o pierwszy napotkany kwiat.
- Proste, wrotycz - zadowolony z siebie, pomachał jedynie ogonem, czekając na uznanie z mojej strony.
- No dobra, a coś więcej? Jak się stosuje, albo chociaż na co? - łypnęłam na niego okiem.
- Em... działa na zatrucia i przeciwbólowo.
- Coś jeszcze?
Ten podumał jeszcze chwilę, wpatrując się w żółte główki kwiatu, jakby miały mu podpowiedzieć kolejne właściwości. Niestety roślina milczała jak zaklęta, pozostawiając malca z jego własną pamięcią.
- Powąchaj- poleciłam, na co szczeniak posłusznie zaciągnął się zapachem- I co?
- Bardzo dziwnie pachnie.
- No i kto nie przepada za tym zapachem? No dawaj, Ereden, mówiłeś, że to łatwe.
- Owady?
- Dokładnie, potrafisz je wymienić?
- Em, no te... Mrówki. Muchy, kleszcze. O! I komary!
- Doskonale! Pamiętaj, że nazwa rośliny nie czyni z ciebie speca. Jeśli chcesz kiedyś parać się zielarstwem, powinieneś poznać przynajmniej ich właściwości. No, skoro rozgrzewkę mamy za sobą, idziemy dalej.
Ten przytaknął tylko i żwawo ruszył za mną, chętnie zadając pytania na temat roślin, jakie poznał z pism. Bardzo interesował się tojadem, jednak każde moje pytanie na temat jego ciekawości tą konkretną rośliną wyjaśniał czystą ciekawością.
- A to jak myślisz? - wskazałam na pęczek drobnych, intensywnie złotych kwiatów.
- Jaskier pospolity. Wywołuje, biegunkę, nudności i zawroty głowy. Po kontakcie ze zranioną skórą może powodować jej swędzenie i wysypkę.
- No jestem pod wrażeniem. A czym się różni od kniecia błotnego, którego zwykle nazywamy...
Ha, wiedziałam, że tu Cię zagnę. Kaczeńcem. No słucham- przysiadłam, cierpliwie czekając na wypowiedź malca.
-Jaskier ma drobniejsze kwiaty, dłuższą łodygę i takie... pierzaste, poszarpane liście. Kaczeń... knieć błotna- poprawił się, widząc mój wzrok- Ma masywniejsze kwiaty i liście. Można je znaleźć na wilgotniejszych terenach, blisko rzek i stawów.
- Brawo. To teraz zrobimy małą przerwę na śniadanie, a w jego trakcie opowiesz mi o zastosowaniu.
Nie trzeba było długo czekać na zgodę ze strony młodego basiorka. Skupiliśmy się na szukaniu tropów jakiegoś drobnego stworzenia, które nadałoby się dla nas na posiłek. Brnęliśmy chwilę w gęstej trawie, próbując zwęszyć jakiś trop. Nos podpowiedział mi, w którą stronę powinnyśmy się udać, jednak kilkanaście metrów dalej, woń stawała się coraz bardziej niepokojąca, zagadkowa. Ślady również nie wskazywały, że to będzie coś zwyczajnego i tak też przedzierając się na skraj polany, udało nam się dotrzeć do miejsca, gdzie kilka dni wcześniej stoczyła się bitwa. Batalia stoczona między pokaźnych rozmiarów odyńcem, leżącym teraz bez życia w trawie, zesztywniałej od jego krwi, a czymś, co było w stanie w pojedynkę go powalić.
Bacznie zlustrowałam wzrokiem truchło zwierzęcia, w którego boku ziajała wielka rana, ukazująca białe kości żeber i jelita, barbarzyńsko wywleczone na wierzch.
- Wszystko w porządku? - Ereden patrzył na mnie z przejęciem.
- Nie sądzę. Musiał zginąć tej nocy. To nie jest robota dla jednego wilka.
-To co to mogło być? - zbliżył się do ciała, badając ślady walki.
Dzik był pokiereszowany, ale nie oddał skóry łatwo. Świadczyła o tym krew na obydwu kłach, w tym jeden został ułamany, możliwe, że podczas starcia i utkwił w ciele bestii zdolnej do powalenia drania. Siła, jak i wielkość szczęk, które wyrwały taki kawał z jego boku, nie łatwo było zaklasyfikować do żadnego znanego mi gatunku, zamieszkującego nasze tereny.
- Nie wiem, ale nie powinniśmy tu dłużej być. Musimy kogoś zawiadomić- rozejrzałam się nerwowo po okolicy, szukając obecności stwora.
<Ereden?>
Ilość napisanych słów: 1003
Ilość zdobytych PD: 501 PD + 5% (25 PD) za długość powyżej 1000 słów
Obecny stan: 2490 PD
Od Copycat c.d Itachiego ~ Pierwsze kroki
Zdumiona słuchałam wypowiedzi Itachiego. Nigdy nie zastanawiałam się nad takimi rzeczami. Nie interesowały mnie skałki, które mijałam albo na których leżałam. Dodatkowo ani razu nie analizowałam innych - czy mają jakieś zainteresowania i jaka jest ich historia. Czy to znaczy, że jestem egoistką?
- Nie mogę powiedzieć, że Cię rozumiem w kwestii zainteresowań i rodzeństwa. - powiedziałam z namysłem. - Rozumiem za to drugą część wypowiedzi. Są takie rzeczy, które dla nas są po prostu super, ale nie wszyscy podzielają nasze zdanie lub to rozumieją.
Zebrałam w sobie odwagę i łapą delikatnie odsłoniłam pysk basiora.
- Cieszę się, że mi to powiedziałeś, wiesz? Mam w końcu osobę, która dzieli się ze mną swoimi przemyśleniami i zainteresowaniami. - wyszczerzyłam ząbki w uśmiechu, odsuwając się, by nie naruszać przestrzeni basiora. Nie chciałabym, by źle odebrał moje ruchy.
Właśnie wtedy do mnie dotarło. Czy ja mam coś takiego? Czynność tak cenną dla mnie, jak kamienie dla Itachiego? Do głowy przychodzi mi jedna czynność…
- Ja na przykład uwielbiam kąpać się w promieniach słońca, leżąc na skałach. - powiedziałam nagle i powoli, rzucając spojrzenie w stronę mojego rozmówcy.
- Też lubię wylegiwać się w promieniach słońca. Zwykle wtedy drzemię. - odpowiedział cicho wilk.
Zdziwiona spojrzałam na niego z ukosa. Po pierwsze, w jego głosie nie wyczułam agresji, co znaczy, że nie ma mi za złe dotknięcie go. Po drugie…
- Jeszcze nie spotkałam kogoś, kto podziela moje upodobanie. - westchnęłam dziwnie zadowolona, z lekkim uśmiechem. Inne wilki zazwyczaj tępiły leniuchowanie na skałach i brały to za lenistwo. Pierwszy raz ktoś lubi robić to, co ja. Z takimi pozytywnymi odczuciami odprężyłam się i zaczęłam chłonąć ciepło zachodzącego słońca. Przez chwilę zbierałam myśli i analizowałam za i przeciw pytaniu, które chcę zadać. W końcu radość dała mi odwagę na wypowiedzenie jednego zdania.
- Tak sobie myślę…może kiedyś razem odpoczniemy na jakichś skałach?
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 294
Ilość zdobytych PD: 147
Obecny stan: 147
- Nie mogę powiedzieć, że Cię rozumiem w kwestii zainteresowań i rodzeństwa. - powiedziałam z namysłem. - Rozumiem za to drugą część wypowiedzi. Są takie rzeczy, które dla nas są po prostu super, ale nie wszyscy podzielają nasze zdanie lub to rozumieją.
Zebrałam w sobie odwagę i łapą delikatnie odsłoniłam pysk basiora.
- Cieszę się, że mi to powiedziałeś, wiesz? Mam w końcu osobę, która dzieli się ze mną swoimi przemyśleniami i zainteresowaniami. - wyszczerzyłam ząbki w uśmiechu, odsuwając się, by nie naruszać przestrzeni basiora. Nie chciałabym, by źle odebrał moje ruchy.
Właśnie wtedy do mnie dotarło. Czy ja mam coś takiego? Czynność tak cenną dla mnie, jak kamienie dla Itachiego? Do głowy przychodzi mi jedna czynność…
- Ja na przykład uwielbiam kąpać się w promieniach słońca, leżąc na skałach. - powiedziałam nagle i powoli, rzucając spojrzenie w stronę mojego rozmówcy.
- Też lubię wylegiwać się w promieniach słońca. Zwykle wtedy drzemię. - odpowiedział cicho wilk.
Zdziwiona spojrzałam na niego z ukosa. Po pierwsze, w jego głosie nie wyczułam agresji, co znaczy, że nie ma mi za złe dotknięcie go. Po drugie…
- Jeszcze nie spotkałam kogoś, kto podziela moje upodobanie. - westchnęłam dziwnie zadowolona, z lekkim uśmiechem. Inne wilki zazwyczaj tępiły leniuchowanie na skałach i brały to za lenistwo. Pierwszy raz ktoś lubi robić to, co ja. Z takimi pozytywnymi odczuciami odprężyłam się i zaczęłam chłonąć ciepło zachodzącego słońca. Przez chwilę zbierałam myśli i analizowałam za i przeciw pytaniu, które chcę zadać. W końcu radość dała mi odwagę na wypowiedzenie jednego zdania.
- Tak sobie myślę…może kiedyś razem odpoczniemy na jakichś skałach?
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 294
Ilość zdobytych PD: 147
Obecny stan: 147
piątek, 15 kwietnia 2022
Od Yneryth’a do Shani ~ Pogrzebać przeszłość
Był to dzień jak co dzień. Biały wilk jak zwykle wędrował swoimi ścieżkami. Nie lubił wstawać, gdy słońce górowało nad widnokręgiem. Nie miał jednak wyboru, inne „normalne” wilki żyły za dnia. Tak też i on musiał czasem wstawać o poranku. Słońce nie dodawało mu wigoru. Poranek miał zamiar wykorzystać w jak największym stopniu. Plan był prosty. Po pierwsze, trzeba odbyć codzienny trening. Następnie szybkie wynagrodzenie za ciężką pracę nad sobą, a na sam koniec patrol. Na samą myśl nad ponownym wykonywaniem swojego „obowiązku”, robiło mu się nie dobrze. Próbował uciekać od tego myślami, nie wiele jednak to dawało. Marnowanie swoich ulubionych godzin na przeszukiwanie terenu, było już nudne. Stanął na chwilę w miejscu i otrzepał się, aby pozbyć się rozmyślań ze swojej głowy. Rozejrzał się po okolicy. W oddali widział już swoje stałe miejsce bywania. Przeźroczysta i czysta woda płynęła wartko w dół. Ryby pływały i radowały się promieniami słońca. Ich ruchy wywołały lekki, lecz widoczny uśmiech na pysku wilka.
Szedł dalej wzdłuż koryta rzeki. W oddali zobaczył coś, czego wolałby nie widzieć. Dwa wilki, kierowały swoje ruchy prosto ku wodospadowi. Jego mina zmieniła się, a on sam rozmył się we wznoszonym pisaku. Łapy basiora odciskały się na wilgotnym piasku, pozostawiając głębokie ślady. Yneryth ruszył pędem, zobaczyć kto zbliża się w jego samotnie. Po kilku minutach gwałtownie zwolnił, szedł teraz powoli i ostrożnie, by nie dać się wykryć. Widział już dokładnie dwa wilki. Jednym z nich był starszy basior, drugim natomiast była wadera. Żółtooki usiadł w swojej iluzji nieopodal tamtych, przyglądał się im i analizował sytuację, w której się znajdował.
< po wydarzeniach z questa Shani >
Całe wydarzenie było dla białego zadziwiające. Nie był pewien, co się wydarzyło, aczkolwiek miał swoje przypuszczenia i teorię. Jedyne co było pewne to to, że starzec już nie żył. Leżał na ziemi, śpiąc snem wiecznym. Wadera wydawała się lekko zmieszana, podeszła i na ciele martwego narysowała jakiś znak ziemią. Yneryth zdawał się bardzo zainteresowany sytuacją, wyjątkowo nie miał ochoty odchodzić bez śladu. Podświadomie zaczął uwalniać się spod wpływu swojej zdolności. Piasek powoli osuwał się po jego futrze, ujawniając go niczym opadająca zasłona.
- Jesteś może tą nowo przybyłą waderą? – Zapytał spokojnym głosem jak na zaistniałą sytuację.
- Nie wiem, czy tą konkretnie. - Uśmiechnęła się niepewnie. - Ale tak, jestem tu nowa. Shani.
- Yneryth. Co znaczy ten znak? – Wskazuje łapą.
- Uh. W moich rodzinnych stronach wierzy się, że wilki po śmierci odchodzą do gwiazd i stają się jedną z nich, dlatego naznaczamy w ten sposób zmarłych. - Wyjaśniła. - Naprawdę to cię w tej sytuacji najbardziej zastanawia? – Zaśmiała się.
- Jemu się chyba nie śpieszy. – Lekko się uśmiechnął. – Wiesz, ja jestem przyzwyczajony do iluzji.
Piasek powoli podnosi się w okolicy wilków. Po chwili drobiny zmieniają się w płatki śniegu, zdawać by się mogło, że każda jest w innym kształcie. Oczy basiora lekko rozluźniły się, podziwiając swoją kreację, przypomniał sobie, że nie jest tu sam. Zimny obraz rozpadł się, wracając do swojego pyłowego bytu.
- Wracając, to co zrobimy z ciałem?
Shani?
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów 487
Ilość zdobytych PD: 243
Obecny stan: 542
Szedł dalej wzdłuż koryta rzeki. W oddali zobaczył coś, czego wolałby nie widzieć. Dwa wilki, kierowały swoje ruchy prosto ku wodospadowi. Jego mina zmieniła się, a on sam rozmył się we wznoszonym pisaku. Łapy basiora odciskały się na wilgotnym piasku, pozostawiając głębokie ślady. Yneryth ruszył pędem, zobaczyć kto zbliża się w jego samotnie. Po kilku minutach gwałtownie zwolnił, szedł teraz powoli i ostrożnie, by nie dać się wykryć. Widział już dokładnie dwa wilki. Jednym z nich był starszy basior, drugim natomiast była wadera. Żółtooki usiadł w swojej iluzji nieopodal tamtych, przyglądał się im i analizował sytuację, w której się znajdował.
< po wydarzeniach z questa Shani >
Całe wydarzenie było dla białego zadziwiające. Nie był pewien, co się wydarzyło, aczkolwiek miał swoje przypuszczenia i teorię. Jedyne co było pewne to to, że starzec już nie żył. Leżał na ziemi, śpiąc snem wiecznym. Wadera wydawała się lekko zmieszana, podeszła i na ciele martwego narysowała jakiś znak ziemią. Yneryth zdawał się bardzo zainteresowany sytuacją, wyjątkowo nie miał ochoty odchodzić bez śladu. Podświadomie zaczął uwalniać się spod wpływu swojej zdolności. Piasek powoli osuwał się po jego futrze, ujawniając go niczym opadająca zasłona.
- Jesteś może tą nowo przybyłą waderą? – Zapytał spokojnym głosem jak na zaistniałą sytuację.
- Nie wiem, czy tą konkretnie. - Uśmiechnęła się niepewnie. - Ale tak, jestem tu nowa. Shani.
- Yneryth. Co znaczy ten znak? – Wskazuje łapą.
- Uh. W moich rodzinnych stronach wierzy się, że wilki po śmierci odchodzą do gwiazd i stają się jedną z nich, dlatego naznaczamy w ten sposób zmarłych. - Wyjaśniła. - Naprawdę to cię w tej sytuacji najbardziej zastanawia? – Zaśmiała się.
- Jemu się chyba nie śpieszy. – Lekko się uśmiechnął. – Wiesz, ja jestem przyzwyczajony do iluzji.
Piasek powoli podnosi się w okolicy wilków. Po chwili drobiny zmieniają się w płatki śniegu, zdawać by się mogło, że każda jest w innym kształcie. Oczy basiora lekko rozluźniły się, podziwiając swoją kreację, przypomniał sobie, że nie jest tu sam. Zimny obraz rozpadł się, wracając do swojego pyłowego bytu.
- Wracając, to co zrobimy z ciałem?
Shani?
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów 487
Ilość zdobytych PD: 243
Obecny stan: 542
czwartek, 14 kwietnia 2022
Od Shani: Quest IV ~ Starzec
- Donna, Donna! – nawoływanie niosło się przez las.
Serce Shani stanęło na ułamek sekundy. Nie kojarzyła tego głosu. Czyżby intruz? Z drugiej strony, wadera należała do watahy od ledwie kilku dni. Naturalnie nie miała jeszcze okazji poznać każdego spośród jej członków.
- Donna, kochanie! – dało się słyszeć ponownie.
No cóż, ktoś, kto miał złe zamiary, raczej nie robiłby tyle hałasu – o ile nie była to jakaś dziwna strategia, mająca na celu zwabienie ciekawskich osobników takich jak ona. Shani usiadła na trawie, bijąc się z myślami przez jakieś pół minuty, nieświadomie przekręcając przy tym głowę niczym szczeniak, który nie rozumie, czego chce od niego jego opiekun. Ostatecznie ciekawość zwyciężyła i wadera odstawiła na bok plany dotyczące złapania sobie kolacji. Ruszyła przed siebie, rozglądając się uważnie na boki.
W końcu go zobaczyła. Przykucnęła za powalonym pniem, by choć trochę ukryć swoją obecność. Nawet z oddali dało się dostrzec, że nieznajomy nie znajduje się w najlepszej kondycji. Był wychudzony, jego sierść straciła już dawny blask, a ruchy były raczej powolne i niezgrabne. Ten basior ewidentnie swoje najlepsze dni miał już za sobą. Najbardziej uwagę przyciągało jednak jego zachowanie, które zdecydowanie było niestandardowe. Wilk kręcił się wokół jednego drzewa, nawołując – jak się Shani domyślała – swoją wybrankę. W którymś momencie podważył nawet duży kamień.
- Donna? – zapytał pustą przestrzeń pod kamieniem. – Tu jej nie ma… wymruczał pod nosem.
Zaskoczona Shani odruchowo machnęła ogonem – jako bezdźwięczny ekwiwalent zaśmiania się pod nosem. Pech chciał, że zahaczyła nim o suchy liść. Wtedy wszystko stało się tak nagle!
Nieznajomy podniósł wzrok, a wadera nie zdążyła dostatecznie szybko przykleić się do ziemi. Ich spojrzenia spotkały się na ułamek sekundy.
- Aha! – krzyknął basior i w kilku podskokach znalazł się przy Shani, jakby nagle wróciła do niego cała młodzieńcza energia.
- Widziałaś może Donnę? – zapytał starzec, zbliżając swój łeb do głowy wadery, zdecydowanie naruszając przy tym granicę jej przestrzeni osobistej.
- Przykro mi, nie wiem, o kim mówisz – odparła Shani, cofając się o krok.
- Jak to o kim? O Donnie! – teraz wadera nie miała już wątpliwości. Demencja jak nic. – Pomożesz mi ją znaleźć – stwierdził, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie.
- Nie mam poj… -
- Pomożesz, pomożesz. Zobacz! Jak pomożesz, to ci je dam!
Wilk wyjął mały woreczek, pokazując zawartość Shani. W środku znajdowała się garść kamieni – nie jakichś szlachetnych. Zwykłe, oszlifowane przez wodę, czarne kamyczki, jakie znaleźć można w niemalże każdym strumieniu.
Shani zrobiło się żal starca. Nie mogła go tak przecież zostawić. Czy on w ogóle wiedział, jak trafić do domu?
- No dobrze. Przekonałeś mnie. Kim jest Donna?
- Jak to kim? Była tu przed chwilą, nie widziałaś?
Pociągnęła nosem. Do jej nozdrzy nie dobiegał żaden zapach wskazujący na obecność wadery. Obawiała się, że coś mu się przywidziało. Zrobiło jej się przykro na myśl o starcu, którego niedługo czeka rozczarowanie. Mimo wszystko chciała dać mu choć trochę swojego czasu – ponoć wilki w podeszłym wieku tego właśnie potrzebują najbardziej.
- Niestety nie.
- Och, ale była tutaj! Szła nad wodospad… och tak! Chodziliśmy tam za młodu… Donny już trzy lata nie ma, ale dzisiaj tu była, przysięgam!
- No dobrze. Jaki wodospad? Pewnie tam na nas czeka.
- Och… to najpiękniejszy wodospad, jaki widziałem. Wieczorami, podczas zachodu słońca, woda wygląda w nim jak płynne złoto…
- Chyba wiem, gdzie to jest – uśmiechnęła się, choć tak naprawdę planowała zaprowadzić go po prostu do najbliższego wodospadu. – Nie traćmy czasu, bo to kawałek stąd – rzuciłam, stawiając już pierwsze kroki w kierunku nowego celu.
- A mieszkają w nim rybki, które spełniają życzenia, naprawdę!
- Z całą pewnością.
- A przy brzegu rosną krzewy ze słodziutkimi jagodami!
- To musi być piękne miejsce. Niedługo tam dotrzemy.
Nie była pewna tego „niedługo”. Z uwagi na starca musiała przyjąć raczej powolne tempo. W trakcie drogi cały czas opowiadał o wodospadzie z takim zapałem, że już na odległość odstraszał potencjalną zwierzynę. Wyglądało na to, że Shani będzie dzisiaj pościć.
W końcu jednak dotarli do… Cascade de reve? Tak chyba nazywało się to miejsce, choć wadera nie miała jeszcze przyswojonych nazw wszystkich terenów watahy. Miejsce wyglądało bardzo ładnie, jednak nie do końca zgadzało się z opisem, który Shani usłyszała po drodze.
- To tu? – Zapytała.
- Nie wiem… - odparł starzec, wyraźnie zasmucony.
- Och.
- Zaczekaj! – Krzyknął entuzjastycznie. – Już wiem.
Podbiegł do tafli wody i pacnął łapą nakrapiany, żółto-czarny kamień.
- Hej, złota rybko! Powiedz mi, gdzie jest Donna! To moje życzenie.
To nie miało prawa wypalić. Shani już otworzyła pyszczek, chcąc powiedzieć coś na pocieszenie, gdy nagle…
- Już tu jestem, głuptasie – dało się usłyszeć.
Wadera o pięknym, biszkoptowym futrze i gibkim ciele podeszła do starca, ocierając się pyskiem o jego bok.
Nagle wszystko wokół zaczęło się zmieniać jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Drobne rośliny powoli pojawiały się dokoła, po czym szybko zwiększały swoje rozmiary, ścieląc okolicę zielonym dywanem, gdzieniegdzie nakrapianym wonnymi kwiatami. Wśród krzaczków i mniejszych drzew zasiadły ptaszki o pięknym głosie. Zza kamiennych obrysów wychynęło wieczorne słońce, kąpiąc scenerię w złocistym blasku. Nawet… Shani nie mogła uwierzyć własnym oczom! Futro starca nabrało kolorów, a pod nim zarysowały się imponujące mięśnie. W jego żółtych oczach pojawił się zawadiacki błysk.
Szara, jakby nie mogąc uwierzyć, trąciła łapą pnący się obok niej krzaczek różowych frezji. Jej ciało przeszło jednak przez obraz jak przez powietrze. Co to mogło być? Wspomnienia, jakaś dziwna wizja, czary?
Niezależnie od genezy zjawiska, „starzec” wydawał się szczęśliwy. Szum wodospadu i śpiew ptaków zagłuszyły jednak ich rozmowy. Do Shani, która zakłopotana przysiadła w pewnej odległości, gdzie zajęła się czyszczeniem futra, docierały tylko pojedyncze śmiechy i westchnienia – zarówno basiora, jak i wilczycy.
Shani już powoli zaczęła się niecierpliwić. Co miała zrobić? Odejść? Czy starzec będzie potrafił wrócić do domu bez jej pomocy? Teraz był szczęśliwy i wadera nie miała serca przerywać całego tego widowiska, czymkolwiek by ono nie było. W pewnym momencie kolory dookoła zaczęły jednak blaknąć, a kształty stawały się niewyraźne.
Wilczyca rzuciła ostatnie spojrzenie w kierunku pary zakochanych, którzy zasnęli w swoich objęciach. W końcu jednak obraz całej tej scenerii zniknął całkowicie, a wraz z nim – wizja pięknej Donny oraz piękne kolory z futra basiora. Starzec nadal był pogrążony we śnie. Teraz otaczały go tylko skała, ciemność nocy i wilgotne powietrze.
Shani niepewnym krokiem podeszła do wilka.
Ten – zastygł z błogim uśmiechem na pysku.
Jego serce nie biło.
Shani wiedziała, że już mu nie pomoże. Zresztą, może to i lepiej, że odszedł właśnie teraz, w objęciach ukochanej?
Wadera roztarła grudkę ziemi między łapami i narysowała na ciele wilka znak gwiazdy – tak w jej rodzinnych stronach znakowało się tych, którzy odeszli do gwiazd.
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1056
Ilość zdobytych PD: 528 + 5% ( 26 PD) za długość powyżej 1000 słów.
Nagroda za Quest: 250 PD + 2 pkt inteligencja, +1 spryt
Obecny stan: 804
Serce Shani stanęło na ułamek sekundy. Nie kojarzyła tego głosu. Czyżby intruz? Z drugiej strony, wadera należała do watahy od ledwie kilku dni. Naturalnie nie miała jeszcze okazji poznać każdego spośród jej członków.
- Donna, kochanie! – dało się słyszeć ponownie.
No cóż, ktoś, kto miał złe zamiary, raczej nie robiłby tyle hałasu – o ile nie była to jakaś dziwna strategia, mająca na celu zwabienie ciekawskich osobników takich jak ona. Shani usiadła na trawie, bijąc się z myślami przez jakieś pół minuty, nieświadomie przekręcając przy tym głowę niczym szczeniak, który nie rozumie, czego chce od niego jego opiekun. Ostatecznie ciekawość zwyciężyła i wadera odstawiła na bok plany dotyczące złapania sobie kolacji. Ruszyła przed siebie, rozglądając się uważnie na boki.
W końcu go zobaczyła. Przykucnęła za powalonym pniem, by choć trochę ukryć swoją obecność. Nawet z oddali dało się dostrzec, że nieznajomy nie znajduje się w najlepszej kondycji. Był wychudzony, jego sierść straciła już dawny blask, a ruchy były raczej powolne i niezgrabne. Ten basior ewidentnie swoje najlepsze dni miał już za sobą. Najbardziej uwagę przyciągało jednak jego zachowanie, które zdecydowanie było niestandardowe. Wilk kręcił się wokół jednego drzewa, nawołując – jak się Shani domyślała – swoją wybrankę. W którymś momencie podważył nawet duży kamień.
- Donna? – zapytał pustą przestrzeń pod kamieniem. – Tu jej nie ma… wymruczał pod nosem.
Zaskoczona Shani odruchowo machnęła ogonem – jako bezdźwięczny ekwiwalent zaśmiania się pod nosem. Pech chciał, że zahaczyła nim o suchy liść. Wtedy wszystko stało się tak nagle!
Nieznajomy podniósł wzrok, a wadera nie zdążyła dostatecznie szybko przykleić się do ziemi. Ich spojrzenia spotkały się na ułamek sekundy.
- Aha! – krzyknął basior i w kilku podskokach znalazł się przy Shani, jakby nagle wróciła do niego cała młodzieńcza energia.
- Widziałaś może Donnę? – zapytał starzec, zbliżając swój łeb do głowy wadery, zdecydowanie naruszając przy tym granicę jej przestrzeni osobistej.
- Przykro mi, nie wiem, o kim mówisz – odparła Shani, cofając się o krok.
- Jak to o kim? O Donnie! – teraz wadera nie miała już wątpliwości. Demencja jak nic. – Pomożesz mi ją znaleźć – stwierdził, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie.
- Nie mam poj… -
- Pomożesz, pomożesz. Zobacz! Jak pomożesz, to ci je dam!
Wilk wyjął mały woreczek, pokazując zawartość Shani. W środku znajdowała się garść kamieni – nie jakichś szlachetnych. Zwykłe, oszlifowane przez wodę, czarne kamyczki, jakie znaleźć można w niemalże każdym strumieniu.
Shani zrobiło się żal starca. Nie mogła go tak przecież zostawić. Czy on w ogóle wiedział, jak trafić do domu?
- No dobrze. Przekonałeś mnie. Kim jest Donna?
- Jak to kim? Była tu przed chwilą, nie widziałaś?
Pociągnęła nosem. Do jej nozdrzy nie dobiegał żaden zapach wskazujący na obecność wadery. Obawiała się, że coś mu się przywidziało. Zrobiło jej się przykro na myśl o starcu, którego niedługo czeka rozczarowanie. Mimo wszystko chciała dać mu choć trochę swojego czasu – ponoć wilki w podeszłym wieku tego właśnie potrzebują najbardziej.
- Niestety nie.
- Och, ale była tutaj! Szła nad wodospad… och tak! Chodziliśmy tam za młodu… Donny już trzy lata nie ma, ale dzisiaj tu była, przysięgam!
- No dobrze. Jaki wodospad? Pewnie tam na nas czeka.
- Och… to najpiękniejszy wodospad, jaki widziałem. Wieczorami, podczas zachodu słońca, woda wygląda w nim jak płynne złoto…
- Chyba wiem, gdzie to jest – uśmiechnęła się, choć tak naprawdę planowała zaprowadzić go po prostu do najbliższego wodospadu. – Nie traćmy czasu, bo to kawałek stąd – rzuciłam, stawiając już pierwsze kroki w kierunku nowego celu.
- A mieszkają w nim rybki, które spełniają życzenia, naprawdę!
- Z całą pewnością.
- A przy brzegu rosną krzewy ze słodziutkimi jagodami!
- To musi być piękne miejsce. Niedługo tam dotrzemy.
Nie była pewna tego „niedługo”. Z uwagi na starca musiała przyjąć raczej powolne tempo. W trakcie drogi cały czas opowiadał o wodospadzie z takim zapałem, że już na odległość odstraszał potencjalną zwierzynę. Wyglądało na to, że Shani będzie dzisiaj pościć.
W końcu jednak dotarli do… Cascade de reve? Tak chyba nazywało się to miejsce, choć wadera nie miała jeszcze przyswojonych nazw wszystkich terenów watahy. Miejsce wyglądało bardzo ładnie, jednak nie do końca zgadzało się z opisem, który Shani usłyszała po drodze.
- To tu? – Zapytała.
- Nie wiem… - odparł starzec, wyraźnie zasmucony.
- Och.
- Zaczekaj! – Krzyknął entuzjastycznie. – Już wiem.
Podbiegł do tafli wody i pacnął łapą nakrapiany, żółto-czarny kamień.
- Hej, złota rybko! Powiedz mi, gdzie jest Donna! To moje życzenie.
To nie miało prawa wypalić. Shani już otworzyła pyszczek, chcąc powiedzieć coś na pocieszenie, gdy nagle…
- Już tu jestem, głuptasie – dało się usłyszeć.
Wadera o pięknym, biszkoptowym futrze i gibkim ciele podeszła do starca, ocierając się pyskiem o jego bok.
Nagle wszystko wokół zaczęło się zmieniać jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Drobne rośliny powoli pojawiały się dokoła, po czym szybko zwiększały swoje rozmiary, ścieląc okolicę zielonym dywanem, gdzieniegdzie nakrapianym wonnymi kwiatami. Wśród krzaczków i mniejszych drzew zasiadły ptaszki o pięknym głosie. Zza kamiennych obrysów wychynęło wieczorne słońce, kąpiąc scenerię w złocistym blasku. Nawet… Shani nie mogła uwierzyć własnym oczom! Futro starca nabrało kolorów, a pod nim zarysowały się imponujące mięśnie. W jego żółtych oczach pojawił się zawadiacki błysk.
Szara, jakby nie mogąc uwierzyć, trąciła łapą pnący się obok niej krzaczek różowych frezji. Jej ciało przeszło jednak przez obraz jak przez powietrze. Co to mogło być? Wspomnienia, jakaś dziwna wizja, czary?
Niezależnie od genezy zjawiska, „starzec” wydawał się szczęśliwy. Szum wodospadu i śpiew ptaków zagłuszyły jednak ich rozmowy. Do Shani, która zakłopotana przysiadła w pewnej odległości, gdzie zajęła się czyszczeniem futra, docierały tylko pojedyncze śmiechy i westchnienia – zarówno basiora, jak i wilczycy.
Shani już powoli zaczęła się niecierpliwić. Co miała zrobić? Odejść? Czy starzec będzie potrafił wrócić do domu bez jej pomocy? Teraz był szczęśliwy i wadera nie miała serca przerywać całego tego widowiska, czymkolwiek by ono nie było. W pewnym momencie kolory dookoła zaczęły jednak blaknąć, a kształty stawały się niewyraźne.
Wilczyca rzuciła ostatnie spojrzenie w kierunku pary zakochanych, którzy zasnęli w swoich objęciach. W końcu jednak obraz całej tej scenerii zniknął całkowicie, a wraz z nim – wizja pięknej Donny oraz piękne kolory z futra basiora. Starzec nadal był pogrążony we śnie. Teraz otaczały go tylko skała, ciemność nocy i wilgotne powietrze.
Shani niepewnym krokiem podeszła do wilka.
Ten – zastygł z błogim uśmiechem na pysku.
Jego serce nie biło.
Shani wiedziała, że już mu nie pomoże. Zresztą, może to i lepiej, że odszedł właśnie teraz, w objęciach ukochanej?
Wadera roztarła grudkę ziemi między łapami i narysowała na ciele wilka znak gwiazdy – tak w jej rodzinnych stronach znakowało się tych, którzy odeszli do gwiazd.
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1056
Ilość zdobytych PD: 528 + 5% ( 26 PD) za długość powyżej 1000 słów.
Nagroda za Quest: 250 PD + 2 pkt inteligencja, +1 spryt
Obecny stan: 804
środa, 13 kwietnia 2022
Od Shori c.d Naharys'a – „Burza w kostce lodu” [Zakończenie]
Akcja toczy się między 2 i 3 cz. Anatomii Obłędu
Minęło sporo czasu, moje rodzeństwo podrosło i rozwinęły im się charaktery. Kto by pomyślał, że z tej małej kulki, wyrośnie zadufany w sobie dupek?! Mnie to w sumie nie bardzo przeszkadza, potrafię się odgryźć Eredenowi, ale współczuję Sini. Ma piękne skrzydła tak jak ja. Ogólnie jest śliczna i kochana, nie rozumiem, jak można mówić jej te wszystkie złe rzeczy, które słyszy. Na moje szczęście, coraz lepiej latam i mogę sypać Eredenowi piaskiem po głowie. Nieźle się wkurza, ale nie ukrywam, że czuję przy tym niemałą satysfakcję. Racja, oberwało mi się kilka razy. Dostałam już niemałą burę od rodziców, bo jestem starsza i mądrzejsza, ale nie sprawiło to jednak, że zaprzestałam swego rodzaju wojny. Był raz, gdy to z Eredenem pobiliśmy się dość dotkliwie, ale dzięki cioci Lonyi, oboje szybko wróciliśmy do formy. Byłam też z Naharysem na niebezpiecznej wyprawie. Widziałam potwora i byłam kolejny raz świadkiem tego, jaki mój tata jest dzielny. (Patrz Questy od Naharysa ) Nic dziwnego, że Rene wybrała go na kapitana Wojsk. Cieszę się, że jest moim tatą. Pilnie uczyłam się pod okiem Atrehu oraz skrzydłem Noitera. Coraz lepiej rozwijałam swoje umiejętności. Przeżyłam kryzys, utraty mamy, ale dziś, po sporym upływie czasu, jest już chyba okey. Któregoś dnia, po pewnej burzy, stwierdziłam, że trzeba wziąć Naharysa na spacer, aby nieco się rozluźnił. Przygotowałam niewielką skórzaną sakiewkę, którą zawiesiłam sobie na plecach i podeszłam do leżącego w wiosennym słońcu basiora.
– Tato? – wilk podniósł się do siadu i zwrócił w moją stronę. Uśmiechnął się, na co odpowiedziałam mu tym samym. – Masz może czas i ochotę, by pójść ze mną na spacer po wybrzeżu? Może znajdziemy jakieś fajne skarby? Wiesz… sztorm wyrzucił już nieraz ciekawe rzeczy na brzeg. – Powiedziałam rozentuzjazmowana, ale po chwili nieco ciszej dodałam. – Oczywiście, jeśli nie chcesz, to się nie pogniewam.
− Nie mów tak. Oczywiście, że chcę spędzić czas z moją córką. – powiedział stanowczo, wstał i mnie przytulił. Odwzajemniłam jakże przyjemny gest, po czym, ruszyliśmy spacerkiem, w kierunku wybrzeża. Szliśmy sami, nie padła nawet propozycja, byśmy zabrali rodzeństwo. Ereden dalej leczył się w leczniczy, a Sini spędzała czas na lekcjach u swego mentora. Po rozmowie z ciocią Lonyą wiedziałam, że muszę przyjemnie zagospodarowywać czas basiorowi, by nie miał chwili na ponowne smucenie się. To bardzo szkodzi i niestety, coś na ten temat wiem. Z tego też powodu byłam niezmiernie szczęśliwa, że Naharys zgodził się ze mną na tę „wyprawę”. Po dotarciu na miejsce przywitała nas przyjemna i orzeźwiająca bryza morska. Po sztormie ma ona taki specyficzny, ale miły zapach, a przynajmniej w moim mniemaniu. Już z oddali można było dostrzec mnóstwo błyskotek. Spojrzeliśmy na siebie porozumiewawczo, aby po chwili wystartować szybkim sprintem w kierunku skrzących się łusek, bursztynów i muszelek. Nie minęło nawet dziesięć minut, a udało nam się uzbierać całkiem pokaźną kolekcję różnych różności. Przycupnęliśmy sobie przy sporej kałuży, by obmywając w niej przedmioty, przyjrzeć im się dokładniej. Najcenniejszym skarbem był dla mnie biały kamyk, w kształcie skaczącego wilka. Naharys nawet go nie zauważył, ale to nie szkodzi. Nawet lepiej. Gdy tylko wróciliśmy do domu, zajęłam się jego obróbką, za pomocą komety. Była to trudna sprawa, jednak się opłaciła, gdyż teraz już nikt nie mógł mieć wątpliwości, iż przedmiot ten wygląda jak tato. Uradowana swymi poczynaniami postanowiłam wręczyć powstałą figurkę basiorowi, przy wspólnej kolacji.
− To dla Ciebie tato. − powiedziałam z dumą w głosie i postawiłam figurkę na skalnym stole. Gdy Sininen i Naharys zobaczyli przedmiot, ich oczy zabłysły. Rozległy się głosy uznania, ze strony siostry, natomiast basior nic nie mówiąc, po prostu mnie przytulił.
Dziękuję za wątek
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 603
Ilość zdobytych PD: 301
Obecny stan: 888
Minęło sporo czasu, moje rodzeństwo podrosło i rozwinęły im się charaktery. Kto by pomyślał, że z tej małej kulki, wyrośnie zadufany w sobie dupek?! Mnie to w sumie nie bardzo przeszkadza, potrafię się odgryźć Eredenowi, ale współczuję Sini. Ma piękne skrzydła tak jak ja. Ogólnie jest śliczna i kochana, nie rozumiem, jak można mówić jej te wszystkie złe rzeczy, które słyszy. Na moje szczęście, coraz lepiej latam i mogę sypać Eredenowi piaskiem po głowie. Nieźle się wkurza, ale nie ukrywam, że czuję przy tym niemałą satysfakcję. Racja, oberwało mi się kilka razy. Dostałam już niemałą burę od rodziców, bo jestem starsza i mądrzejsza, ale nie sprawiło to jednak, że zaprzestałam swego rodzaju wojny. Był raz, gdy to z Eredenem pobiliśmy się dość dotkliwie, ale dzięki cioci Lonyi, oboje szybko wróciliśmy do formy. Byłam też z Naharysem na niebezpiecznej wyprawie. Widziałam potwora i byłam kolejny raz świadkiem tego, jaki mój tata jest dzielny. (Patrz Questy od Naharysa ) Nic dziwnego, że Rene wybrała go na kapitana Wojsk. Cieszę się, że jest moim tatą. Pilnie uczyłam się pod okiem Atrehu oraz skrzydłem Noitera. Coraz lepiej rozwijałam swoje umiejętności. Przeżyłam kryzys, utraty mamy, ale dziś, po sporym upływie czasu, jest już chyba okey. Któregoś dnia, po pewnej burzy, stwierdziłam, że trzeba wziąć Naharysa na spacer, aby nieco się rozluźnił. Przygotowałam niewielką skórzaną sakiewkę, którą zawiesiłam sobie na plecach i podeszłam do leżącego w wiosennym słońcu basiora.
– Tato? – wilk podniósł się do siadu i zwrócił w moją stronę. Uśmiechnął się, na co odpowiedziałam mu tym samym. – Masz może czas i ochotę, by pójść ze mną na spacer po wybrzeżu? Może znajdziemy jakieś fajne skarby? Wiesz… sztorm wyrzucił już nieraz ciekawe rzeczy na brzeg. – Powiedziałam rozentuzjazmowana, ale po chwili nieco ciszej dodałam. – Oczywiście, jeśli nie chcesz, to się nie pogniewam.
− Nie mów tak. Oczywiście, że chcę spędzić czas z moją córką. – powiedział stanowczo, wstał i mnie przytulił. Odwzajemniłam jakże przyjemny gest, po czym, ruszyliśmy spacerkiem, w kierunku wybrzeża. Szliśmy sami, nie padła nawet propozycja, byśmy zabrali rodzeństwo. Ereden dalej leczył się w leczniczy, a Sini spędzała czas na lekcjach u swego mentora. Po rozmowie z ciocią Lonyą wiedziałam, że muszę przyjemnie zagospodarowywać czas basiorowi, by nie miał chwili na ponowne smucenie się. To bardzo szkodzi i niestety, coś na ten temat wiem. Z tego też powodu byłam niezmiernie szczęśliwa, że Naharys zgodził się ze mną na tę „wyprawę”. Po dotarciu na miejsce przywitała nas przyjemna i orzeźwiająca bryza morska. Po sztormie ma ona taki specyficzny, ale miły zapach, a przynajmniej w moim mniemaniu. Już z oddali można było dostrzec mnóstwo błyskotek. Spojrzeliśmy na siebie porozumiewawczo, aby po chwili wystartować szybkim sprintem w kierunku skrzących się łusek, bursztynów i muszelek. Nie minęło nawet dziesięć minut, a udało nam się uzbierać całkiem pokaźną kolekcję różnych różności. Przycupnęliśmy sobie przy sporej kałuży, by obmywając w niej przedmioty, przyjrzeć im się dokładniej. Najcenniejszym skarbem był dla mnie biały kamyk, w kształcie skaczącego wilka. Naharys nawet go nie zauważył, ale to nie szkodzi. Nawet lepiej. Gdy tylko wróciliśmy do domu, zajęłam się jego obróbką, za pomocą komety. Była to trudna sprawa, jednak się opłaciła, gdyż teraz już nikt nie mógł mieć wątpliwości, iż przedmiot ten wygląda jak tato. Uradowana swymi poczynaniami postanowiłam wręczyć powstałą figurkę basiorowi, przy wspólnej kolacji.
− To dla Ciebie tato. − powiedziałam z dumą w głosie i postawiłam figurkę na skalnym stole. Gdy Sininen i Naharys zobaczyli przedmiot, ich oczy zabłysły. Rozległy się głosy uznania, ze strony siostry, natomiast basior nic nie mówiąc, po prostu mnie przytulił.
Dziękuję za wątek
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 603
Ilość zdobytych PD: 301
Obecny stan: 888
Subskrybuj:
Posty (Atom)



Szczeniaki