Newsy



:Aktualności
.Blog przechodzi obecnie renowację
.Już niebawem pojawią się nowości

:Pogoda
Obecna pora roku ~ Jesień
.Temperatura waha się między 10+ a 0- stopni Celcjusza
.Zmiana pory roku nastąpi 15.12.2022

Liczba wilków ~ 27
Wadery ~ 18 + 1 NPC
Basiory ~ 7 + 4 NPC
Szczeniaki ~ 1
Nieobecni: Brak

~Serdecznie zapraszamy♥~

wtorek, 24 maja 2022

Od Belief do Cian'a ~ Zapoznanie

Był wczesny, deszczowy poranek, a słońce powoli zaczynało się pokazywać nad terenami watahy. Zaglądało z wolna do jaskiń, by obudzić i ogrzać świat. Biała wadera maszerowała przez las, porośnięty gęsto bujną roślinnością. Siarczysty deszcz moczył jej futro i sprawiał, że robiło się cięższe. Jej uszy postawione wciąż na sztorc, wsłuchiwały się w szum. Nagle zatrzymała się i spojrzała na bok, gdzie rozciągała się jedna z jaskiń. Stała przez chwilę zastanawiając się i walcząc z ciekawością, która jednak po chwili wygrała. Obeszła grotę dookoła i wskoczyła po kilku skałach na jej dach, by zajrzeć niepostrzeżenie do środka. Wsadziła nos w maleńką dziurę i ujrzała dwie rozmawiające wilczyce, jednak nie miała odwagi, by otwarcie wejść i im przeszkadzać. Nie zauważyły jej obecności. Bel westchnęła i się wycofała. Zeskoczyła na ziemię kilkoma zgrabnymi ruchami i znów się zatrzymała. Usiadła i podniosła łeb wysoko by spojrzeć ponad korony drzew. Chmury stopniowo ustępowały pięknemu błękitowi nieba. Jej pysk przez chwilkę jakby się uśmiechnął, ale zaraz potem przygasł. Zdawało jej się, że nikt prócz Alphy się nie interesuje jej obecnością. Tułała się i obserwowała członków z daleka, rzadko odważając się na kontakt z kimkolwiek, poza Alphą. Gdzieś w głębi pragnęła znaleźć przyjaciela, kogoś z kim będzie mogła od czasu do czasu porozmawiać o swoich przemyśleniach. Kiedy tak rozmyślała, deszcz przestał padać, a ostatnia duża kropla spadła jej prosto na nos. W tym właśnie momencie samica kichnęła i zdradziła swoją obecność. Rozmowy w jaskini na chwilę jakby umilkły, ale po chwili zaniosły się z powrotem wrzawą. Podniosła się czym prędzej, otrzepała futro z wody i pobiegła kawałek dalej na ścieżkę prowadzącą z jaskiń na główną polanę. Chcąc nie chcąc wpadła wprost na samicę Alpha w towarzystwie obcego wilka. Natychmiast ukłoniła się, najpiękniej jak umiała, w jej stronę i zeszła na bok, by zejść im z drogi. Renesmee właśnie tłumaczyła coś bardzo dokładnie wilkowi. Coś na temat naszych terenów. Biała starała się wtopić w tło, ale i tak została zauważona.
- O Belief! Jak dobrze, że jesteś, podejdź tutaj. - Powiedziała łagodnie samica Alpha.
Wadera posłusznie zbliżyła się, posyłając delikatny uśmiech, z nutą niepewności. Nie wiedziała bowiem czego się spodziewać. Alpha kontynuowała.
- To jest nasz nowy członek rodziny Cian. Opowiedziałam mu już o naszych terenach i innych sprawach. Chciałabym, abyś zajęła się nim teraz, ponieważ mam kilka spraw do załatwienia. - Mówiła to, mijając Bel, natomiast basior zatrzymał się. Oboje spoglądali na Alphę. - Masz okazję kogoś poznać i przy okazji odpowiedzieć mu na pytania, gdyby jakieś miał. - Rene rzuciła im przyjazny uśmiech i przyśpieszyła, dość szybko się oddalając. Czarno-ucha skierowała wzrok na samca i skinęła głową.
- Nazywam się Belief i jestem tu od niedawna, dlatego też nie wiem, czy jestem dobrym materiałem na przewodnika. Uśmiechnęła się nieco koślawo i zaśmiała się cicho. Poczuła nagle jakiś dziwny rodzaj stresu, który nią zawładnął. Przecież spadła na nią teraz duża odpowiedzialność.
- Nic nie szkodzi. - odezwał się i ruszył w stronę, w którą wcześniej szedł w towarzystwie najważniejszej samicy. Spostrzegłszy, że samica się nie rusza, odwrócił się. - Hej, idziesz czy nie? Może zaprowadzisz mnie do tych jaskiń? Chciałbym wiedzieć gdzie kierować się, kiedy będę zmęczony.
- Oczywiście. - ruszyła się jakby poparzona. Dotruchtała do niego i gdy się z nim zrównała, zwolniła. Całą drogę do jaskiń szli w milczeniu i mogli się sobie nawzajem poprzyglądać. Bel widziała młodszego od siebie, szczupłego, a zarazem puchatego samca. Wyglądał niby normalnie, jednak czuła, że coś w nim jest innego, niż się wydaje. Nie wiedziała co to takiego, ale było to coś, co zajęło jej uwagę. Coś, czego nie rozumiała, coś jakby... ukrytego? Wyczuła to, ale nie dała po sobie poznać. Kiedy dotarli na miejsce, Belief zatrzymała się.
- To tutaj.
- Ładne miejsce. Podoba mi się.
Samiec chwilę się rozglądał, jakby szukając kolejnego kierunku, a wadera obserwowała go z zaciekawieniem.
- Skoro jesteś tu nowa, może pozwiedzamy okolicę i trochę ją poodkrywamy, skoro już sama alpha zdecydowała, że powinniśmy się poznać...?
- Znam kilka tutejszych miejsc, ale nie byłam wszędzie więc... Czemu nie?
Wilki skinąwszy głowami do siebie, ruszyli w jednym z kierunków. Akurat był to kierunek, w który Bel jeszcze się nie zapuszczała.

<Cian?>

ilość napisanych słów: 671
Ilość zdobytych PD: 335 PD
Obecny stan: 2472 PD

poniedziałek, 23 maja 2022

Od Belief c.d Yneryth’a ~ Biel rozjaśniająca ciemność

Biała właśnie o czymś śniła i poruszyła niegramotnie tylną łapą, kiedy obok niej odezwał się basior. Miała płytki sen, toteż wydawało jej się, że głos ten jej się przyśnił. Mruknęła coś przeciągle i wywaliwszy język w wielkim ziewnięciu, podniosła głowę, po czym spojrzała na swoje ciało, a później podniosła wzrok nieco wyżej i oprzytomniała. Natychmiast zamknęła pysk i uśmiechnęła się w zakłopotaniu, że przyszło jej poznać nową osobę w takim niezręcznym stanie rzeczy jak spanie. Podniosła się do siadu jeszcze nieco zaspana, po czym wyprostowała się i odezwała.
- Witaj wilku. Nazywam się Belief, ale możesz mówić mi Bel, jeśli masz ochotę. - Ukłoniła się z szacunkiem. Po czym wyprostowała się znów i pomyślawszy chwilę, odpowiedziała - Dołączyłam niedawno do stada, a tutaj przypadkiem ucięłam sobie drzemkę. - Rozejrzała się szybko - tutaj nie wolno spać?
- Witaj miło mi cię poznać Bel. Czemu tak myślisz ?
- Właściwie to nie wiem. - zaśmiała się cicho. A samiec w odpowiedzi uśmiechnął się delikatnie, widząc jej zakłopotanie. Po czym samica spytała:
- A Ty ? Jak Ci na imię?
- Yneryth - odparł krótko i skinął głową na powitanie.
- Mnie również miło jest Cię poznać. Właściwie jestem tu już od jakiegoś czasu i prawie nikogo nie znam. Staram się lepiej poznać to miejsce. Poobserwować tutejsze obyczaje i zasady. - wyjaśniła z udawanym zadowoleniem, bowiem gdzieś w głębi wcale nie była zadowolona z faktu, że mimo iż należy do stada, wciąż musi spędzać czas samotnie. Lubi samotność, ale bez przesady, nie obraziłaby się, gdyby czasem z kimś mogła porozmawiać. Samiec wyglądał na skupionego, wchłaniając w uszy jej słowa.
Nagle do uszu białej doszedł szmer. Odwróciła się gwałtownie za siebie i instynktownie zniżyła sylwetkę.
- Słyszałeś?
- Nie bardzo. - szepnął i również się schylił jakby razem z samicą. Cokolwiek by to nie było, wolał być w gotowości.
- Tędy!
Wilczyca ruszyła bezszelestnym truchtem, prowadząc wilka w stronę niewielkiego stawu. Samica zatrzymała się i naprężyła ciało. Czuła zapach wody, ale czuła też dziwny smród i ciągle ten sam dziwny dźwięk. Samiec przystanął za nią, zastanawiając się, co też ona wyprawia. Wciągnął delikatnie powietrze w nozdrza i usiadł. Nie czuł niczego, czym można by się przejąć, więc postanowił poczekać, aż wilczyca upora się ze swoimi obawami. Belief z kolei wyskoczyła nagle w bardzo gęste zarośla. Do uszu basiora doszedł dźwięk, jakby samica wpadła w bajoro. A z zarośli tuż przed jego przednie lapy wyskoczyła potężnie zbudowana ogromna ropucha. Tak wielkiej ropuchy chyba jeszcze oboje nigdy nie widzieli. Zaraz za nią z tyłu wyszła Bel, ociekając wodą, a wyraz jej pyska nie wskazywał na to, aby wadera była z siebie zadowolona.
- Ależ bydle wstrętne. Myślałam, że ropuchy są mniejsze! - wydusiła w końcu, a samiec roześmiał się gromko z całej tej komicznej sytuacji.
Później samica wyjaśniła, że poczuła straszny smród, a potem rechot zmutowanej żaby, który nie mógł umknąć jej ciekawości i po prostu musiała to sprawdzić, ale nie spodziewała się, że woda sięga również w zarośla, w które wpadła. Miała nadzieję, że nie wyszła w oczach nowo poznanej osoby nieporadnie lub – co gorsza – jak ktoś z kim nie warto się zadawać. Bel nieco posmutniała w akompaniamencie swoich myśli i nieco się stresowała dalszej rozmowy, o ile wilk będzie w ogóle chciał dalej z nią rozmawiać.

Yneryth ?

Ilość napisanych słów: 522 
Ilość zdobytych PD: 261 
Obecny stan: 2137 PD

Od Yneryth’a do Belief ~ Biel rozjaśniająca ciemność

Niebo już szarzało, a gwiazdy powoli zaczynały świetliście rozbłyskiwać. Nocą lasy raczej były puste i głuche. Większość zwierząt dbała o swoje czynności życiowe. Wiewiórki odpoczywały przed porannym zbieraniem zapasów. Ptaki powoli kierowały się ku sennej rzeczywistości. Noc jednak nie była jedno stronna. W ciemności budziły się do życia inne istoty, które za dnia odmawiały współpracy. Tak też, nietoperze i kuny, zaczynały swoje łowy. Wyjątek stanowił jeden z tutejszych wilków. Cykl dnia i nocy był dla niego pogmatwaną sprawą. Raz spędzał całe dnie, trenując, bo musiał. Innym razem korzystał ze swojego życia, spacerował i się wylegiwał. Większość przyjemnych dla niego zjawisk miała miejsce podczas nocy. Piękny zmierzch, nie był dla niego wyłączenie odpoczynkiem. Niestety musiał spełniać swoje zadanie w watasze. Yneryth niechętnie, lecz wypełniał swoje obowiązki. Wędrując po terenach watahy, starał się sprawdzać nowe miejsca, poznając przeróżne zakamarki. Czasem pozwalał sobie, na lekkie lenistwo, zbliżając się do terenów patrolowanych przez Kotoriego. Dziś wędrował tak, jak każdego dnia, wszystkie jego kroki zmierzały ku oceanowi. Przemierzając okoliczne gąszcze, oglądał nudne już dla niego drzewa i kamienie. Tam, gdzie patrolował, znał okolice bardzo dobrze. Jego kroki zwalniały wraz z upływem czasu, ponieważ brakowało mu chęci, do powtarzania swojej rutyny. Patrząc w kierunku końca patrolu, przypomniał sobie o nowo przybyłej samicy. Idąc dalej, zastanawiał się, jak może ona wyglądać. Przystanął w miejscu, by wczuć się w woń otaczającego go lasu. Czuł różne zapachy, lecz nowego nie było ani śladu. Zezłościł się lekko, rozumiejąc, że oznacza to nudne dokończenie zadania.

*
Wracając na swoją polanę, basior zastanawiał się co dalej będzie porabiać. Mijając ostatnie drzewa, wchodząc na swoją polanę, poczuł coś innego. Tego zapachu jeszcze nie udało mu się zakodować. Miał nadzieję, że jest to jakieś nieznane mu zwierzę. Wolał raczej spędzać czas w samotności. Ciekawość samca jednak wyszła z niego. Wciągając delikatnie nocne powietrze, wędrował nowym zapachem. Woń kierowała go w lewo, od wzgórza pośrodku polany. Idąc „nową” ścieżką, wspominał swoje wczesne dni tutaj. To tu, a dokładnie kawałek dalej, rozszarpał swojego pierwszego tutejszego zająca. Wiele czasu minęło od tamtych dni, on sam również uległ zmianie. Struna zapachu powoli zwiększała swoją siłę, zdając sobie z tego sprawę, żółtooki nie omieszkał się zakamuflować. Piasek oplatał jego ciało, imitując zieloną trawę i ciemne drzewa. Łapy stawiał coraz ostrożniej, uważając, by nie ujawnić się przed wcześnie. Skradając się, myślał o tym, co spotka na końcu zapachu. Mina Yneryth’a znormalniała, gdy jego entuzjazm opadł. Pod drzewami w mroku skrywała się wilczyca. Wyglądała jakby była w trakcie snu. Zapewne to ona była powodem nowego zapachu. Samica była śnieżnobiała. W szczególności wyróżniał się ogon, jak i uszy, które były czarne. Tak przynajmniej wydawało się basiorowi. Na głowie miała 3 zielone paski. Yneryth zaciekawiony wyglądem, stwierdził, że jest to czas, by poznać „chyba tą nową". Ostrożnie zbliżył się do śpiącej wadery, tak by nie obudzić jej od razu. Gdy usiadł tuż przed nią. Zastanowił się, od czego zacząć rozmowę. Zielonooka nie wyglądała zbyt groźnie. Zaczął więc dialog od ujawnienia się.
- Biały wilk pojawia się, siedząc z wyprostowanymi przednimi łapami. – Witaj, co cię tu sprowadza? – Zapytał spokojnym tonem, by jej nie wystraszyć.

Belief ?

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 509
Ilość zdobytych PD: 254
Obecny stan: 1675
Cúán [Co - an]
Cian [key - an]
Płeć: Basior | Wiek: 2 lata | Rasa: Wilko-smok |
Ranga: Delta | Poziom: 1 (2066/3000 PD) | Stanowisko: Botanik | Ratownik medyczny
Właściciel: [GM] juliagaw1120p3@gmail.com + discord: RaylaRosera#7337
AutorRaylaRosera aka me


niedziela, 22 maja 2022

Od Belief: Quest I | V | XII ~ Lisek | Niezwykłe zdarzenie | Spojrzenie

( Pisząc to słuchałam tego utworu: https://www.youtube.com/watch?v=zEv5xrIjIMo )
Był jeszcze dzień, a w białej głowie urodził się nowy pomysł, więc wybrała się na małe polowanie. Skradała się z brzuchem niemal przyklejonym do ziemi i sunęła powoli i bezszelestnie w stronę, z której jej czujne uszy wyłapywały najdrobniejsze szelesty. Nagle zatrzymała się. Zastrzygła uszami i oblizała się bezdźwięcznie. Spojrzała na niebo, które po części było jasne, a słońce rozpromieniało okolicę. Chciała zaskarbić sobie zaufanie alf i zrobić niespodziankę stadu, przygotowując im kolację. Ruszyła dalej, czując, że zbliża się do czegoś całkiem smacznego. Jednak zwierz wyczuł wilczycę przed czasem i uciekł. Samica nie dała za wygraną i kontynuowała węszenie. Dojrzała królika, ale znów pudło. Wyprostowała się zawiedziona, bowiem polowania nie były jej mocną stroną. Westchnęła i spojrzała wysoko ponad korony drzew na zasnute chmurami niebo. Obejrzała się, by przekonać się, że jest zbyt blisko watahy i innych wilków. Postanowiła udać się dalej, na obrzeża terenów i tam spróbować szczęścia ostatni raz. Jak pomyślała, tak też zrobiła. Biegła przez jakiś czas, by w końcu zatrzymać się i wsiąść głębszy oddech. Rozejrzała się, po czym znów przykleiła nos do ziemi i węszyła.
- Mam! - Szepnęła po chwili i skierowała się w stronę polany nieopodal.
Teraz miała tę przewagę, że między nią a sarną rosła bardzo wysoka trawa. Samica doskonale się w niej maskowała. Każdy krok stawiała bezszelestnie, przesuwając ciało z ogromną rozwagą między wielkimi źdźbłami traw. W końcu zatrzymała się, będąc kilka metrów od zdobyczy, położyła uszy po sobie i zniżyła się do ziemi, czekając dogodnego momentu, by wyskoczyć i kłapnąć szczękami. I w tym właśnie momencie wiatr zmienił kierunek, przez co sarna natychmiast wyczuła obecność wilka w pobliżu i przerażona zaczęła biec. "Cholera" - pomyślała i wyskoczyła z trawy, rzucając się w pogoń za sarną. Choć Belief była dość szybka, sarna szybko się oddalała, aż w końcu całkowicie zniknęła jej z oczu. Bel zatrzymywała się wiele razy, węszyła i biegła dalej. Ciągle miała świeży trop, ale nadzieje na złapanie sarny z każdą chwilą malały. W końcu zatrzymała się i westchnęła. Rozejrzała się i dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, że przez ten pościg zupełnie straciła poczucie swojej lokalizacji. Serce zabiło jej mocniej, tym razem nieco się wystraszyła. Znów była sama? Niee. Wydawało jej się, że ciągle ktoś ją obserwuje i to wcale nie sarna, którą ścigała. Zastrzygła czarnymi uszami i zamiotła smolistym ogonem, delikatnie drżąc z wysiłku i chłodu, jaki poczuła. Spostrzegła, że, zaczęło robić się ciemno, a niebo zasnute było gęstymi chmurami, a na domiar wszystkiego gdzieś niedaleko usłyszała cichy grzmot zwiastujący zbliżającą się burzę.
- No pięknie.. i co teraz Bel? Co narobiłaś? Chciałaś tylko nakarmić stado, by zyskać szacunek a teraz co? Zgubiłaś się. - Samica wyraźnie posmutniała i usiadła. Zniżyła łeb i patrzyła na ziemię pomiędzy przednimi łapami zupełnie bezradnie. Jak gdyby nie miała już siły, by dalej walczyć. Podniosła jedną z łap i trąciła jakiś kamyczek, którego zaraz potem trzepnęła łapą, a ten wpadł w pobliskie zarośla, które właśnie wtedy się poruszyły, a do uszu wadery dobiegł cichy dźwięk jakiegoś zwierzęcia. Bez namysłu wstała i odsłoniła liście. Ku jej zdumieniu w zaroślach znajdowała się mała trzęsąca się ruda kuleczka. Powąchała ją i natychmiast rozjaśniło jej się w głowie.
- Hej! Lisku, co tutaj robisz? Dlaczego się trzęsiesz?
Maleństwo rozwinęło się z kulki i popatrzało na białą zapłakanym wzrokiem.
- ja... boję się proszę Pani... zgubiłem się.
Zacisnęła powieki. Powiedzenie mu o tym, że i ona się zgubiła, byłoby dla niego ciosem. Ostatkami dobrego serducha wycisnęła na pysku uśmiech i trącnęła go nosem:
- W takim razie pomogę Ci się odnaleźć. - rzekła.
- Nnnaprawdę? - Lisek wyraźnie zdziwiony podniósł się i usiadł wyprostowany. - Byłoby wspaniale.
- Powiedz tylko, kogo szukamy i kiedy ostatnio go widziałeś?
- Zgubiłem mamę... uczyła mnie polować na gryzonie, kiedy nagle rozpętała się ta okropna burza.
- Burza? - wciągnęła nosem powietrze i faktycznie wyczuła zapach deszczu unoszący się w powietrzu. Ponadto przypomniał jej się grzmot, który wcześniej usłyszała.
- To była najstraszniejsza burza, jaką kiedykolwiek widziałem!
Wilczyca i lisek wstali i zaczęli podążać we wskazanym przez małego kierunku. Całą drogę rozmawiali i cały czas zbliżali się do źródła grzmotów. Bel dowiedziała się, że młody lis miał na imię Miki.
- Co było w niej najstraszniejszego? - Spytała po chwili milczenia Bel.
- Drzewa... one nie tylko tańczyły w rytm wiatru... one się uginały i łamały, a także latały!
- zaraz.. Latające drzewa? Nie przesadzasz, aby nadto? - potrząsnęła głową z niedowierzaniem, na fakt jakąż bujną wyobraźnię ma ten lisi szczeniak.
- Naprawdę!
Potrząsnęła głową i rozejrzała się, bowiem byli już naprawdę blisko, a pierwsze krople deszczu spadły jej właśnie na nos.
- Chodźmy tędy. - wskazała ścieżkę w górę, prowadzącą na wzniesienie. -stamtąd zobaczymy więcej.
Kiedy wdrapali się na szczyt, ich oczom ukazał się zapierający dech w piersiach - widok na całą dolinę. Bel szukała tak naprawdę drogi do watahy Rem i nawet udało jej się namierzyć kierunek, w którym widziała kilka znajomych drzew i wzniesień. Ze skupienia wyrwał ją Miki, który mocno ją szturchał w łapę.
- Hej Bel.. Zobacz tam.. Drzewa... wciąż latają.
-Cco? - odwróciła się powoli, a kiedy jej głowa się zatrzymała, całkowicie zdębiała. Lisek miał całkowitą rację. Kilkaset metrów przed nimi szalała straszna burza z piorunami przecinającymi niebo raz po raz. Jednak najstraszniejszy w tym wszystkim zdał się wir powietrza tańczący pomiędzy drzewami niczym szaleniec, obrywający gałęzie, a nawet porywające całe drzewa, niosąc je razem ze sobą we wściekłości. Belief nigdy nie widziała niczego podobnego i aż położyła się na ziemi ze zdumienia. Przełknęła nerwowo ślinę, czując jak Miki, wtula swój przerażony pyszczek w jej pierś. Przez chwilę oboje nic nie mówili. Bel wpatrywała się w Tornado z nadzieją, że niszczycielska siła nie odwiedzi terenów stada Ram.
- Przepraszam, nie uwierzyłam Ci, kiedy o tym mówiłeś — wydusiła i sama zaczęła się trząść. Czyżby to był już koniec świata?
Deszcz zacinał coraz mocniej, ale wilczyca na tyle zdębiała, że jej to nie przeszkadzało. W końcu malec odezwał się:
- Hej Bel.. Może schowamy się gdzieś? Robi mi się zimno.
Biaa kiwnęła głową i oprzytomniawszy nieco, wstała i rozejrzała się. Szybko spostrzegła małą norę, okrytą kilkoma skałami i ruszyła w jej stronę powoli, gdyż pod jej brzuchem krył się Miki. Wsunęła nos do środka, znów czując lisi zapach. Wzdrygnęła się, ale weszła i położyła się przy samym wlocie. Lisek wtulił się w nią, a ona okryła go swoim ogonem. Oboje zasnęli.
Następnego ranka biała została obudzona sykiem i powarkiwaniem, a także dostała w głowę szyszką. Podniosła łeb, szybko uświadamiając sobie, w jakiej sytuacji znalazła się poprzedniego dnia. Na zewnątrz świeciło słońce, a ze skał wciąż jeszcze spływały krople deszczu. Kolejny syk wściekłości wymusił na białej, by spojrzała w głąb nory. Była to lisica z dwójką młodych kulących się tuż za nią.
- Po coś tu przylazła? Burza dawno się skończyła, wynoś się z naszego domu — wysyczała tamta.
- Spokojnie proszę Pani.. Czy nie zgubiła Pani może dziecka? Mikiego? - Biała zdjęła ogon ze śpiącego wciąż liska - Szukałam razem z nim jego mamy.
Wtedy młody obudził się i widząc lisią rodzinę, zapiszczał radośnie. Lisica spoglądała zdumiona.
- Ciocia! To moja ciocia, siostra mamy. Dziękuję Ci Bel. Teraz na pewno już znajdę mamę.
Po wymianie uprzejmości lisica podziękowała, za uratowanie młodego samca, w podzięce wręczając Bel, upolowanego zająca i wskazała Bel drogę powrotną do jej watahy. Bel również podziękowała i pożegnawszy się z młodym przyjacielem, wróciła do stada.
Choć wilczyca wybrała się poprzedniego dnia na polowanie, które nie przyniosło żadnego rezultatu, to i tak mogła pochwalić się przygodą z wilkami i nie wróciła z pustymi łapami.

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1215
Ilość zdobytych PD: 607 + 5% (30 PD) za długość powyżej 1000 słów.
Nagrody za Quest: 850 PD | 7 inteligencja | 3 spryt | 3 siła | 3 obrona | 5 kondycja
Obecny stan: 1876

sobota, 21 maja 2022

Od Yneryth’a c.d. Shani ~ Pogrzebać przeszłość

Biały wilk znalazł się w ciężkim dla siebie położeniu, nie cierpiał być wyręczany i jednocześnie nie lubił prosić o pomoc. Głód jednak niezbyt pozwalał mu się kłócić. Przytaknął więc, choć w głębi swojej skomplikowanej moralności, nie był z tego zadowolony. Gdy tylko wadera znalazła się w odpowiedniej odległości, mógł znów być sobą. Rozluźnił się i uwolnił myśli od ,,dobrego pierwszego wrażenia,,. Yneryth nie miał nic przeciwko nowo poznanej wilczycy, mimo to i tak preferował samotność. Po krótkich rozmyślaniach wrócił do roboty. Sztuczka z kamieniami wywołującymi iskrę była ciekawa, on jednak nie omieszkał sobie trochę pomóc. Pozbył się kawałków kamieni i zabrał się za coś ciekawszego. Pusty żołądek nieco pomógł mu z szybkim skupieniem i już instynktownie zderzył z sobą dwie skały. Widząc iskrę, przekonał się, że warto czasem pójść na łatwiznę. Magia była dla niego już częścią życia. Gdy ogień już się rozpalił, zaczął zacierać ślady, po swoim kombinatorstwie. Co jak co, ale chwalenie się nie było w jego stylu. Samiec wolał zaskakiwać, widok zadziwionych twarzy, od początku bycie w watasze sprawiał mu przyjemność.

< Po zatarciu śladów >
Yneryth siedział wpatrzony w ogień. Żar nie był jego ulubionym widokiem, ani nawet odczuciem. Płomienie wywoływały w nim jedynie refleksję. Bawiło go to, że znów widział żywy ogień i znów czuł zapach palonego ciała. Teraz jednak nie był już podatny, na zapach palonego mięsa. Płonący staruszek wyglądał jednak mniej apetycznie, niż ktoś, kto próbował go zjeść. Podniósł wzrok, szukając w oddali nowo poznanej wilczycy. W oddali widział już jej kontur. Tak jak się obawiał, niosła ona jedzenie. Wewnętrznie lekko zadrgnął, nie chciał być zależny. Cenił sobie wolność i starał się ją utrzymać. Mimo wszystko na jej widok lekko się uśmiechnął.

< Po dialogu z wcześniejszej części >
- Co tu się wyrabia?
Żółtooki lekko się uśmiechnął, dobrze wiedząc, do kogo należy ten głos. Stwierdził, że przed Noiter’em nie musi nic ukrywać. W razie potrzeby miał nie codzienne sposoby perswazji. Rzucił okiem w kierunku ognia, czy widać na nim znaczne ślady palenia wilka. Samo ciało było wypalone do tego stopnia, że ciężko było rozpoznać co to. Kości nie były wystarczająco ujawnione, by można było stwierdzić wilcze pochodzenie.
- Robimy ognisko. W lesie leżała padlina, więc pozbywamy się resztek. – Skłamał, patrząc się w oczy wadery. – A ty, co tak sam chodzisz ?
- A z kim mam chodzić? Dziś nie mam już więcej żadnych obowiązków, wiesz w końcu to już nastolatki, coraz mniej opieki potrzebują. Więc zwiedzam. A kim jest twoja nowa koleżanka? Czyżbyś kogoś miał za plecami, hmmm?
Yneryth nie zdążył odpowiedzieć.
- Witaj, jestem Shani, a ty ?
- Noiter, miło mi poznać. Co cię tu sprowadza? - Po czym widać było, że nie mógł się powstrzymać, by dodać: - I co cię łączy z Yneryth’em?
- Shani, również mi miło. Cóż, jakby to powiedzieć, nie miałam trochę wyboru. - Odpowiedziała zdawkowo. - Co do Ynerytha... Zaoferował mi pomoc, to wszystko. Nie znamy się jeszcze za dobrze.
Basior, słuchając wymiany zdań między pobratymcami, zastanawiał się, co wydarzy się dalej.
- Nie mogłem sobie odmówić okazji, aby pozbyć się odoru, niszczącego spokojny aromat lasu. Shani przy okazji upolowała coś do zjedzenia, jeśli chcesz, możesz zjeść moją cześć. – Podświadomie cieszył się, że wymigał się od posiłku. Głód mógł poczekać chwilę dłużej.
- Yneryth ci pomógł? Tak bezinteresownie, bez żadnych haczyków? - Spytał podejrzliwie. - To nie w jego stylu. W czym ci pomógł?
- Tak jak mówiłem, palimy padlinę. – Biały pozwolił sobie trochę pomóc, piasek w ognisku podniósł się. Iluzja powstała powoli, tak aby Noiter nie zauważył. Piasek ukrył dopalający się kawałek ogona. – Sam zobacz, jeśli nie wierzysz.
- Czemu miałbym ci nie wierzyć? Zachowujesz się dziwnie, jesteś pewien, że do niczego nie doszło?
- Łapy samca widocznie zacisnęły się na ziemi, wbijając pazury w podłoże. – Tak, wydaje mi się, że nic nie przeoczyłem.
- Oki, Oki. Po prostu znam już cię trochę i brzmisz, jakbyś coś kręcił, ale nie będę na ciebie naciskał. - Powiedział, odsuwając się od ognia. - A co do twojej koleżanki, ma jakieś plany?
- Obraca głowę w stronę Shani.
- Na razie planuję pilnować ognia. - Odpowiedziała, zerkając kątem oka na Yneryth’a, jakby szukała na jego pysku jakiejś podpowiedzi. - Nie chcemy pożaru.
- A ty co dalej planujesz ? – Biały gładko zapytał, zmieniając temat.
- No, z chęcią bym poznał lepiej Shani, ale miałem uzupełnić zapasy, w tym celu zwiedzałem, szukając rzadkich barwników.

< Po odejściu Noiter’a >
Yneryth zdążył już się uspokoić. Towarzystwo dwóch wilków naraz, zdecydowanie nie było jego ulubionym doświadczeniem. Przez tę całą pogawędkę, jego żołądek zdążył zmienić zdanie co do odmówienia posiłku. Bez większego zastanowienia wstał i zaczął kroić sarnę na pół. Kończąc, zdał sobie sprawę, że Shani pewnie się zastanawia, jak podzieli kręgosłup. Lekko się uśmiechnął. Otoczenie wokół ogniska błyskawicznie się wyziębiło, ogień przygasł. Czuć było drobny wiaterek. Gdy tylko pazury były gotowe, zimne powietrze zaczęło powoli odchodzić. Ognisko znów zaczęło żarzyć i ocieplać atmosferę. Nie marnując zbędnie czasu, biały rozbił kręgosłup na dwie części. Lodowa pokrywa nie wyglądała już tak zjawiskowo, nie zamierzał więc dłużej jej używać. Uderzając łapą o pobliski kamień, pozbył się lodu. Teraz w spokoju mógł spożyć posiłek. Obracając się, podał Shani jej część. Kładąc się naprzeciwko wadery, przypomniał sobie o trwającej iluzji. Rozluźnił się, a piasek opadł, z powrotem ujawniając palące się ciało. Zanim zaczął spożywać sarnę, popatrzył tylko na szarą waderę, mówiąc ryzykownie:
- Smacznego.

Shani ?

PODSUMOWANIE 
Ilość napisanych słów: 858
Ilość zdobytych PD: 429
Obecny stan: 1421

czwartek, 19 maja 2022

Od Ereden'a c.d Pawona ~ "Więcej niż myślisz"

  Pierwsze promienie słońca oślepiły momentalnie Ereden'a, po tym jak rozwarł leniwie powieki. Zasyczał krótko i wycofał głowę poza granicę słonecznego światła. Dzisiaj, o ile jego pamięć go nie zawodzi, jego ojciec dał mu dzień wolny od wyczerpujących treningów, a tym samym dał możliwość na naukę tego, co lubił najbardziej. I dobrze, pomyślał przelotnie Ereden. Mięśnie ud, brzucha i przednich łap, czule dawały się we znaki tępym, dokuczliwym bólem. Kwas mlekowy zbytnio się w nich nagromadził - wypadałoby coś z tym zrobić, powiedział sam do siebie w myślach.
Wpierw jednak, zanim przystąpił do rozmasowywania obolałych mięśni, wziął się za żucie liści rozmarynu wraz z zielem kofeinowym, aby pobudzić swój organizm do całodziennej aktywności, bowiem nie czuł się zbyt wypoczęty. Nie po tych wszystkich treningach do późnej północy. Zioła te pomagały mu w równym stopniu, co nam, ludziom mały kubek mocnej parzonej kawy. Kiedy tak mielił pyskiem, rozejrzał się po wnętrzu jaskini i rychło zorientował się, że jest sam, wśród blasku pomarańczowego blasku fluorescencyjnych grzybek, które służyły wilkom za źródło światła. Kiedy zbyt gwałtownie ruszył łapą, ból upomniał się znacząco, Ereden zaklął cicho w myślach, zaciskając mocno szczęki. 
~ Będę musiał nieco zwolnić z treningami - pomyślał gorzko. To prawda, Naharys potrafił wytrząść z niego wszystkie poty, że aż nie jeden raz obudził się na drugi dzień suchy, jak pustynia Nigearra. Wiedział, że czynił to wyłącznie dla jego dobra, lecz bywały takie momenty, gdy Ereden uważał, że jego ojciec nieco przesadzał. Jak w znanych mu czasach szczenięcych, gdy wraz z Shori i Sininen, uczył się pod jego okiem pisma i czytania. Żmudnie mu to szło, w przeciwieństwie do jego sióstr. Sininen potrafiła w szybkim tempie opanować alfabet i najważniejsze zasady gramatyki, a Shori... cóż... z jej umiejętnościami, była w stanie ułożyć własne Haiku. Co do Ereden'a - Naharys poświęcał synowi trzy godziny dziennie na naukę pisania i czytania, aż basior nie pojął podstawowych symboli i cyfr. Ciężko było mu się skupić, łatwo wytrącał się z równowagi, ale w ostatecznym rozrachunku, udało się! Osiągnął to, co wydawało się mu, nie do zdobycia. Potem już tylko zagłębiał się w przeróżnych lekturach, traktujących o ziołach, ich właściwościach - zwłaszcza tych trujących - pióra najmądrzejszych i najwybitniejszych autorytetów w dziedzinie zielarstwa. W nocy, przed snem z zamkniętymi oczami powtarzał sobie nazwy - zwłaszcza te skomplikowane, a co dopiero trudne do zapamiętania - trucizn i wymieniał po kolei objawy ich toczenia się w organizmie nieszczęśnika.  
Marzył o tym, aby zostać paladynem - ale czemu miałby nie udoskonalać swego fachu? Trucizny są bardzo przydatne w walce, choć zdawał sobie sprawę, iż było to "nieczyste" posunięcie. Cały ich wilczy los potrafił być niesprawiedliwy. Kłody rzucane im pod łapy, często sprawiały, ba! Motywują ich do radzenia sobie w świecie, który opiera się na "nieczystych" zasadach. Taką filozofię obrał sobie Ereden.  
Kiedy przełknął mocno pogryzione i przeżute liście, wszedł do przedsionka jaskini. Tam mieściło się niewielkie źródełko, gdzie można było spokojnie wziąć kąpiel. Ciepła woda spływała ze sklepienia groty z głośnym chlupotem.
~ Ciekawe, co tym razem ciotka Lonya dla mnie zaplanowała? - pomyślał Ereden, gdy z pazurami z pasją szorował gęste, białe futro na karku. Następnie ze staranną precyzją nałożył jabłkowy balsam na grzywkę, natarł nim miejsce za uszami i pod pachami - może wygląda to dość dziwnie, ale basior też musi jakoś o siebie zadbać, prawda? Ereden jednak nie był typem basiora, który lubił na sobie stary odór potu. Po załatwieniu wszystkich swoich potrzeb, Ereden opuścił jaskinię z typowym dla niego nastroju - ciekawym dzisiejszych wydarzeń, pełen energii i wyrwy. Wyrwy odziedziczonej po ojcu, rzecz jasna. Droga ciągnęła się mu dość krótko - w sumie, to bardzo dobrze. Nie lubił bowiem dłuższego przebywania na słońcu. 
 Kiedy zza wysokiego, ukwieconego w żółty dywan mleczy pagórka, ujrzał pierwsze kontury jaskini medyczki, nowy uśmiech kreślił się mu pod nosem. Uśmiech należący do kogoś, kto nie boi się wyzwań. Zanim zdążył przekroczyć próg lecznicy, dotarł do niego nieprzyjemny zapach leków i choroby, co też zareagował w dość osobliwy, opracowany przez siebie Eredeński sposób; Lewe ucho opadło mu nagle, a pysk wraz z prawym policzkiem zmarszczył się znacznie, przez co dolna powieka zasłoniła pół jego zielonego oka. Mimo wszystko, wstrzymując oddech, wszedł do środka. Połowa łóżek - bez zaskoczenia dla Ereden'a - była zajęta, a pacjentami zaś były różne wilki - wojownicy, którym nie poszczęściło się na treningu, ofiary bakterii wilczego tężca, czy też nieostrożni spacerowicze, którym los postanowił połamać im kilka kończyn, spadając z wysokości. Niefortunne stawianie kroków też wchodziło w grę. 
 Jednakże nie przyszedł tutaj, aby oglądać rannych i chorujących - kiedy w oczy rzuciła się mu para puszystych ogonów, popędził za nimi, aż do przedsionka, gdzie Ciocia Lonya magazynowała w nim zapas ziół. 
- Ereden! - powitała siostrzeńca z szerokim uśmiechem - Co tam, byku? Cholera jasna, pamiętam, jakby to było wczoraj, jak plątał mi się pod łapami taki mały szczyl! A teraz? Spory kawał chłopa z ciebie wyrósł. 
- Staram się nie zawieść cię, ciociu - odparł, zamykając waderę w silnym, szczerym uścisku - Trzeba Ci czego? 
- Skoro już tu jesteś... trzeba pójść do Nabi. Skończył się nam zapas lawendy i słoiczków z sosnową żywicą. Ponadto wspominała coś, że potrzebna jej pomoc przy inwentaryzacji ziół. Jest niską waderą, więc ma problem z wysokościami. Dasz sobie z tym radę?  
- Udam, że nie słyszałem tego pytania. Jasne, że dam radę - odparł z entuzjazmem Ereden. 
- Krew ojca - skomentowała z uśmiechem Lonya - No, jakbyś był jego kopią. 
- Nie zapominaj, że cięty język mam po matce. Słowa potrafią ciąć równie dobrze, co pazury i kły. 
- Jasne, jasne, twardzielu. A teraz ruszaj! 
 I tak zaczęła się dzisiejsza przygoda Ereden'a. Wybiegł z lecznicy - będąc jednocześnie szczęśliwy, że nie musi znosić już tego wstrętnego zapachu lecznicy. Czasami zastanawiał się, jak Ciotka Lonya wytrzymuje w takich warunkach - i skierował się w stronę zagajnika, gdzie po jego drugiej stronie, mieściła się jaskinia botaniczki - Nabi. 
 Tam zapachy były nieco inne - w przeciwieństwie do woni w lecznicy, te w jaskini botaniczki, były dość łagodne, aromatyczne i doskonale zachodziły w pamięć. Zapach lawendy idealnie komponował się z wonią polnego bzu i parzonej mięty. Doznania stawały się dla basiora tak przyjemne, że mimowolnie zaczął merdać ogonem. 
- Nabi?! - zawołał Ereden - Przysłała mnie Lonya! Mówiła, że masz problem z ziołami! 
Nabi - drobna, niska wadera o pięknej kremowej sierści, wyłoniła się zza kamienistego filara. Jej urokliwe, naznaczone bielmem oczy miały wyjątkowo łagodny wyraz, który trafnie komponował się z delikatnym uśmiechem na smukłym pyszczku.
- Z kim mam... - zaczęła wadera, ale urwała w połowie zdania, po czym powiodła swym czułym nosem w powietrzu, aby przechwycić zapach basiora - Ah, to ty, Ereden. Miło, że przyszedłeś. Nie zabiorę Ci zbyt dużo czasu, obiecuję... no dobrze, może jestem niewidoma, ale kłamać nie potrafię... z tobą minie to szybciej, niż zwykle, ale i tak będziemy mieć sporo na głowie. Trzeba wyrachować, ile zostało nam sadzonek ziół, ale niektóre zawieszone są na górnych półkach jaskini, do których niestety nie dosięgnę. 
- Nie ma sprawy, jakoś damy sobie radę - odparł pokrzepiająco Ereden - to od czego zaczniemy? 
- Może najpierw przeliczmy, ile tej wiosny wyrosło ziół. Ile pozostało nam z poprzedniego roku. Ile nam pozostało suszu i z jakich roślin. Myślę, że do popołudnia damy radę. 
- To na pewno. No to, ja biorę się za swoją część pracy - oznajmił basior, podchodząc do rzędu, gdzie Nabi z pełną pieczołowitością hodowała wrotycze. 
W trakcie, gdy ten zajmował się tym, co mu przydzieliła Nabi, w pamięci recytował właściwości i wpływ na organizm chorego. Ereden lubił zajmować się dwoma rzeczami naraz. Łączyć przyjemne z pożytecznym. Wydawało mu się, że gdy zajmował czymś swoje myśli, wtem czas przemijał mu, niczym spadająca gwiazda. Nabi natomiast w tym czasie wzięła się za liczenie suszu. Ze względu na jej drobną posturę oraz niesprawność wzrokową, szło jej to nieco dłużej niż Ereden'owi, ale wadera mimo przeszkód, dawał sobie radę. Bo czemu nie? 
- Ereden! - usłyszał nagle głos Nabi. W kierunku jej głosu, Ereden uniósł lewe ucho, które o dziwo zarejestrowało też jakiś nowy, obcy szmer. Młody basior odszedł od sadzonek wrotyczu i wyłonił się z półmroku, panującego w przedsionku. Jego czujny i surowy wzrok zarejestrował drugą waderę, drobnością dorównującą Nabi. Miała krótkie włosie, mieniąca się piaskową barwą, która też mocno przywodziła na myśl świecące słońce. Ponadto Ereden przechwycił jej woń, niebywale słodką i rozkoszną, dość nietypową w tych stronach - woń przepełniona była tropikami i soczystymi owocami, których Ereden jednak nie znał. Gdy podszedł bliżej, młody ściągnął oczy w dół, aby zachować kontakt wzrokowy z nową waderą. Lubił widzieć swoją rozmówczynię, a także w ten sposób okazywał, iż nie da się go tak łatwo owinąć wokół palca. Stwierdził jednak, że jej fiołkowe, przepełnione pewnym urokiem oczy, potrafiły zainteresować, przykuć do siebie uwagę. Oczarować, zahipnotyzować. 
- Ereden'ie, spotkamy się następnym razem. Pomożesz naszej nowej alchemiczce. - oznajmiła niewidoma Nabi. 
- A co z tobą? Dasz sobie z tym wszystkim radę? - zapytał Ereden, ześlizgując oczy z drobnej, piaskowej wadery na niewidomą botaniczkę. 
- Ja... Poproszę o pomoc kogoś innego. Tak czy siak, dam sobie radę w niektórych sprawach.
- Dobrze - mruknął spokojnie Ereden, po czym znów obdarował piaskowowłosą waderę swym przenikliwym wzrokiem. Nabi zabrała jednak kilka chwil Ereden'owi, aby pomógł jej ściągnąć pozostałe warkocze suchych ziół, które zwisały z górnej części jaskini, po czym zostawiła dwójkę wilków samych w jaskini. 
- Możemy ruszać? - zapytała prosto z mostu wadera o pięknych fiołkowych oczach. Czekała cierpliwie przed wejściem, spoglądając ciekawie na ruch Ereden'a, Przytaknął jedynie ruchem głowy, po czym bez słowa ruszył pewnymi krokami. Niezbyt wiele rozmawiali w trakcie wędrówki, która okazała się dla Ereden'a kolejnym obowiązkiem do spełnienia - w końcu dostał konkretne polecenie. Czas milczenia wykorzystywał na badawczej obserwacji nowo zapoznanej wadery. Poruszała się dość dumnie - co niezbyt spodobało się basiorowi. Zazwyczaj podobne zachowania kojarzyły mu się z czymś, co starsze wilki nazywają "wygórowane poczucie własnej wartości", ale ona nie wyglądała na taką. Owszem, w swym wyglądzie mogła się czym pochwalić - jej piękny, długi ogon, pieczołowicie zadbany i zaskakująco prężny. Czarujący wzrok fiołkowych oczu, które aż lśniły zachęcająco - zapewne każdy basior odczułby chęć zatopienia się w nich, gdyby okazały się one wodami bezkresnego morza na tle zachodzącego słońca. Wydawać się mogło, ale podziw, w jaki wprawiła go wadera swą urodą, przyniosła mu pewną ulgę - w sensie czuł się rozluźniony i spokojny. Każde towarzystwo wader tak działało na młodzieńca. W szczególności tych pięknych. 
~ Ereden, ogarnij kuper, ona wygląda na starszą od ciebie!! Ona jest w wieku twojej matki, gdy cię rodziła! - skarcił się w myślach basior, po czym wstrząsnął energicznie głową. Myśli rozmyły się natychmiast. Wadera swym podziwem i fascynacją, wymalowanymi na smukłym pyszczku, dawała świadectwo Ereden'owi tego, że była oczarowana cudem natury, otaczającym ich zewsząd. Ereden widział, jak fiolet jej oczu zalśnił na widok rozpościerającej się złotej rzeki kwiecistości.
Ereden przyznał jednak, że mimo wszystko ciekawego towarzystwa, chciałby już wrócić do swych spraw. Kiedy zbliżali się do celu, na pysku Ereden'a nakreślił się widoczny uśmiech. 
- To tutaj - oznajmił Ereden, wyciągając szyję, aby przeczesać wzrokiem głębokie dno boru, którego zbocze zaścielała leśna ściółka i wyrastające spod jej warstwy kwiecistości, nie zawierające w sobie żadnych leczniczych wartości. Na jego dnie zaś rósł cenny skarb i cel ich poszukiwań - melissa, dziko rosnąca w dodatku, a takie były najlepsze.
- Mógłbyś mi pomóc? - zapytała... Ereden z początku wziął to za pytanie, lecz po chwili zdał sobie sprawę, co wadera chciała mu przekazać -Potrzebuję większych zapasów, a szkoda iść kawał tylko po kilka gałązek. 
 Ereden nic nie mówiąc, kiwnął jedynie głową. Napiął mięśnie i w prężnym skoku znalazł się na dnie boru, lądując z gracją na lekko zgiętych łapach. ~ Ereden, nie popisuj się, tylko bierz, co masz brać i kończ już - Skarciłem go bez cienia litości. 
Niebawem wadera dołączyła do niego. Ereden dostrzegł kątem oka jej poczynania; Oczy, dopiero teraz spostrzegł, że kryją się w nich zmęczenie... jakby wadera nie mogła ich zmrużyć od kilku dni. Wydawała się też niespokojna i uszczypliwa - wyczuwał to w jej głosie. Powiedzmy, że Naharys nauczył go pewnej sztuki rozpoznawania emocji, zaszyfrowanych w słowach. Była też tak mała, że bywały momenty, kiedy gęsta szata ziół pochłaniała ją całkowicie. Wyłaniała też od czasu do czasu głowę, z coraz to większym zbiorem melissy w smukłym, drobnym pyszczku... A gdyby Ereden położył się na niej, prawdopodobnie zakryłby ją całkowicie, swym stosunkowo większym ciałem. Ogonem też, gdyby się postarał... No, ale nic... kiedy uzbierali zadowalającą piaskowowłosą ilość zioła, nasza parka wilków skierowała się do jaskini mieszkalnej. A mianowicie, to była norka - prawdę mówiąc, to był cud, iż Ereden bez problemu zmieścił się w przejściu. 
- Swoją drogą, nie przedstawiłem Ci się - zaczął basior, przerywając w końcu tę niezręczną ciszę między nimi - Jestem Ereden, uczę się tutaj na paladyna. 
- Na paladyna? - odparła zaskoczona wadera - Co w takim razie robiłeś u botaniczki? 
- Lubię łączyć obie pasje razem - powiedział tajemniczo uwodzicielskim tonem, który zaszyfrował w lekko znaczącym uśmiechu - A ty widzę, jesteś alchemiczką. Pociąga cię to, prawda? 
- Tak, jest to mój i wyłącznie wybór. A tak poza tym, jestem Pawona Shanar. - przedstawiła się dumnie unosząc swój podbródek. Widział, że Pawona była dumna z tego, kim jest i skąd pochodzi. Ereden uśmiechnął się znów, choć w środku odczuł dość nieprzyjemne ukłucie. 
~ Widzę, że i ona nie da sobie w kaszę dmuchać. Dumna i jakże zabójczo piękna. Pan Atrehu uważa, że o każdą waderę należy dbać, pieczołowicie spełniać każde ich zachcianki. Ja uważam jednak, że ta mała bestia, bez dyskusyjnie nie potrzebuje niczyjej opieki. Dumna, piękna i niezależna... 
- No dobrze, Pawona - odparł po chwili Ereden. Jego oczy błysnęły dziko w umierającym świetle tlącego się ogniska - Gdzie mam Ci odstawić te zioła? 
Pawona bez zbędnych słów, jednym ruchem swego uroczo pokaźnego ucha, wskazała młodemu schody na piętro, odsuwając jednocześnie kotarę z cienkiej jagnięcej skóry. Ereden nie rozglądał się zbytnio - do czasu oczywiście - aż spostrzegł kątem oka pokaźny zbiór zwojów, ułożonych jeden na drugim w starannie wyciętej wnęce skalnej w ścianie. Kiedy odstawił zbiór melisy we wskazane miejsce, postanowił przyjrzeć się bliżej biblioteczce Pawony, oczywiście jeśli nie miała ku temu nic przeciwko. Nie zauważył jednak, że towarzyszka, a zarazem Pani tej jaskini znajdowała się tuż za nim. 
- To półka z powieściami - odezwała się, na co, Ereden zareagował dość nerwowo. Wzdłuż jego grzbietu przepłynął zimny dreszcz, a serce podskoczyło mu niebezpiecznie. Odwróciwszy się w stronę wadery, przez moment zajaśniał mu strach w oczach, lecz opanował się nagle. Wrócił do pewnej postawy; wyprostował się - był wcześniej skulony, bowiem ze strachu, uderzył głową o niskie sklepienie - a wzrok na nowo powrócił do poprzedniego wyrazu; surowego i przenikliwego. 
- Wiem. Tylko się rozglądam - odparł spokojnie i zdecydowanie - Ładna kolekcja. 
- Dziękuję. Może kiedyś pożyczę Ci jakiś łapopis - odpowiedziała po chwili. - To wszystko. Możesz iść. Dziękuję za pomoc. - I z tymi słowy, ułożyła swoją głowę na wygodnych futrach, wzdychając cicho. Zasnęła nagle, szybko, jak po zażyciu melisy, którą właśnie nazbierali. Leżała wyczerpana, pozbawiona sił i jakiejkolwiek świadomości. Normalnie, jak nakazuje zasada dobrego wychowania, Ereden powinien zabrać się stąd już dawno, ale nie mógł. Stał i przyglądał się drobnej sylwetce Pawony, na jej miarowo unoszącą się klatkę piersiową, rozczulająco zamknięte oczy. Jednakże siła ciekawości przyciągała młodzieńca, niczym magnez, ku pokaźnemu zbiorowi łapopisów wadery... W końcu, bez jakiegokolwiek namysłu, chwycił jeden na chybił trafił i zabrał się stąd. Nieelegancko, pomyślisz czytelniku. Ereden, owszem, czuł, że źle zrobił, ale ciekawość była silniejsza... która, ogólnie rzecz biorąc, popchnęła go do kradzieży. 
~ Przecież nie zamierzam tego zabierać... przyjrzę się tylko i oddam jej to - starał sobie tłumaczyć Ereden. Z tymi myślami przemknął się do wyjścia, bezszelestnie niczym duch, tak jak uczył go ojciec. Po drodze minął starannie ułożone w tajemniczych naczyniach substancje i mikstury, zapewne znane wyłącznie Pawonie, bowiem nie potrafił porównać ich koloru, ani tym bardziej woni, do tego, co Ereden już znał. A uwierzcie lub nie, wiedział dość sporo, jak na swój niewyrośnięty wiek. Lecz sporo, czasami może nie wystarczać, bowiem gdy nadarzyła się Ereden'owi spokojna okazja, rozwinął skradziony pergamin i to, co wtedy tam ujrzał, nie zrozumiał z pisma ani słowa. W ogóle pismo, symbole miały inne kształty od tych, które znał; mógłby spokojnie nazwać je robaczkami, bo tylko z nimi skojarzyły się basiorowi owe szlaczki. W końcu wpadł na pewien pomysł! Porwał długi kawał skóry w pysk i popędził z nim, ile sił w nogach do jaskini. Tam znalazł swoją skórzaną torbę, opartą o jeden ze stalagmitów, po czym przerzuciwszy ją sobie przez szyję, obrał kierunek w stronę samotnie rosnącego dębu. Z rozłożystymi szeroko starymi gałęziami, górował nad doliną - można by pomyśleć, iż drzewo było starsze od samej doliny. Liście zaszeptały coś pod wpływem zachodniego spokojnego wiatru, szeleszcząc charakterystycznie. Ereden zbliżył się powolnymi, ale pewnymi krokami do giganta, wypatrując wzrokiem niewielkiej dziupli. 
- Kra kakamiri - zawołał Ereden. Nie minęła chwila, a z mroku dziupli w pniu starego dębu, wyłoniła się sędziwa głowa białoczarnego kruka. Ptak przekręcił z ciekawością głową, spoglądając na młodzieńca, który cierpliwie czekał na odzew. 
- Kraa! - wykrakał ptak. 
- Yyyy... kakri kraa ma krakari kre korr kree... - urwał Ereden, szukając słowa w kruczym języku - który wbrew pozorom, wcale łatwy nie był. Cóż z tego, że prawie każde słowo zaczyna się na "k"? Szkopuł polegał na tym, że każde jedno słowo trzeba odpowiednio zaakcentować. Inaczej kruk nie zrozumie przekazu. Basior zrzucił z siebie torbę i wyłonił z jej trzewi długi rulon pergaminu. Szybkim ruchem łapy rozwinął skórę i przejeżdżając palcem po wypalonym piśmie, szukał zgubionych słów -... kreke kreem mokori... - dokończył.    
 Kruk zakrakał głośno, jako odzew akceptacji, po czym schował się we wnętrzu dębu, by pojawić się ponownie, z grubym starym rulonem jeleniej skóry. Od strony licowej wyścielona była gęstym brązowym futrem - był to oczywiście element dekoracyjny. Kruk złożył pismo u łap Ereden'a, po czym wrócił na swoje miejsce. 
- Kra! - zaalarmował kruk. 
- Dobrze, oddam Ci to w całości - odpowiedział wymijająco Ereden, po czym zwrócił się do ptaka w kruczym języku, aby podziękować i ukłonić się nisko. Sędziwy ptak odkłonił się, kiwając dziobem i skrył się w mroku dziupli. 
- No dobrze, co my tu mamy - mruknął pod nosem basior, rozwijając pokryty starą sierścią wolumin, który skrywał w sobie teorię gramatyki języka Griffolk. Pod zawiłą teorią, został wypisany alfabet, mocno różniący się od tego, co znał. Wyobrazić więc sobie możecie, ile czasu młodemu zajęło nad rozszyfrowaniem tajemniczego zwoju. Na górnej części starej skóry był wypalony wizerunek małego jabłka z czaszką - już sam obraz mówił sam za siebie. To był złowieszczy zwój. Nie spodziewał się szczerze, że tak długo zajmie mu tłumaczenie traktatu - gdy skończył, uniósłszy głowę ku niebu, zdziwił się bardzo, widząc zniżające się słońce ku zachodowi - które i tak przyniosło mu połowiczne zwycięstwo. Za pomocą alfabetu Griffolk zdołał odczytać, że miał do czynienia z woluminem, opisującym najbardziej trujące drzewo na świecie, zwane przez botaników Manchineel, czyli "Drzewo śmierci". Mówi się, że jakikolwiek kontakt z nim, może grozić poważnym zatruciem... 
~ To jak? Nawet patrzeć na nie nie można? - parsknął pod nosem Ereden, pocierając łapą zmęczone oczy. O bogowie... wydawało się, że mu czaszka paruje - przyznać musiał, że to wymagało sporego wysiłku umysłowego. 
- Dobrze, że nie dostałem wodogłowia - mruknął do siebie, zabierając w pysk zwędzony Pawonie zwój, po czym szybkim truchcikiem zmierzał w do jej jaskini. 
~ Jak mówiłem. Zamierzam jej to zwrócić - powiedział do siebie w myślach młodzik. Jednak... gdy wkroczył bez pardonu do jaskini Pawony (miał nadzieję, że wadera jeszcze śpi) gdzie stała ona. Fiołkowooka wadera o piaskowej barwie futra. Nie wyglądała na zachwyconą, widząc Ereden'a z jej własnym łapopisem w pysku. Można by powiedzieć... była wkur***na. Stał tak naprzeciw niej, bez słowa, wpatrywał się w skrzące agresywnie oczy Pawony, aż w końcu bezwolnie wypuścił wolumin z pyska. 
- Pawona... - chciał zacząć, ale wadera przerwała mu, unosząc łapę. 

<Pawona? Proszę, nie bij xD> 

Ilość napisanych słów: 3182
Ilość zdobytych PD: 1591 + 15% (239 PD) za długość powyżej 3000 słów
Obecny stan: 1830 PD