Newsy



:Aktualności
.Blog przechodzi obecnie renowację
.Już niebawem pojawią się nowości

:Pogoda
Obecna pora roku ~ Jesień
.Temperatura waha się między 10+ a 0- stopni Celcjusza
.Zmiana pory roku nastąpi 15.12.2022

Liczba wilków ~ 27
Wadery ~ 18 + 1 NPC
Basiory ~ 7 + 4 NPC
Szczeniaki ~ 1
Nieobecni: Brak

~Serdecznie zapraszamy♥~

niedziela, 20 marca 2022

Od Noitera c.d. Ereden'a – Rogata znajomość

Ty... TY KŁAMCO!!! – wrzasnął szczeniak, rzucając się na niego. Na całe szczęście zdążył odskoczyć – treningi dały mu potrzebny refleks. Zobaczył, że siostry malca też odskoczyły na bezpieczną odległość. Przestał się śmiać:
- Ereden, uspokój się, proszę Cię! To miał być żart!
- Mam gdzieś takie żarty! - warknął szczeniak, wywracając farby na rysunek, który został zniszczony. Część farby wylądowała na Shori, która nie stała w aż tak bezpiecznej odległości, jak myślała.
- Ereden! - powiedział poważnie Noiter. - Jak ty się zachowujesz?!
Szczeniak tylko wybiegł bez słowa.
- Ereden, wracaj tu! – zawołał. W głosie basiora dało się słyszeć niepokój i desperację.
~Nie, nie, nie – pomyślał gorączkowo – co ja teraz zrobię? Nie mogę zostawić dziewczynek bez opieki, w końcu może im się coś stać. Z drugiej strony, na zewnątrz jest niebezpieczniej niż w jaskini… Co mam począć? Sytuacja jest patowa. ~ Wziął się jednak w garść, uspokoił, po czym zwrócił się do młodych wader, próbując trzymać nerwy pod kontrolą:
- Dobrze moje drogie, może w czasie gdy czekamy na waszego brata, posprzątamy z podłogi resztkę tej farby? Co wy na to? – lekko drgnęła mu powieka.
Te tylko przystały na to cicho, jakby wyczuwając, że sytuacja jest poważna.
Właśnie kończyli sprzątanie, gdy zobaczył, iż szczeniak marnotrawny powraca.
- Ereden! A jednak postanowiłeś wrócić! - zawołał Noiter widocznie uradowany, a po jego oczach dało się zobaczyć, jak kamień spada mu z serca.
Ten zaczął go przepraszać i nawet wręczył mu prezent! Noiter był niezwykle z tego zadowolony i już miał wziąć kwiatek w pysk, gdy odezwała się Shori:
- Noiter, nie! Nie przyjmuj od niego kwiatu! Ereden cię wrabia... On... on... wiem, co czyta! O trujących roślinach, a on sam z chwili na chwilę, nie zmienia swojego postępowania, zwłaszcza dla nas! Bo mamy skrzydła! To do niego niepodobne. Noiter, nie bierz od niego tego kwiatka!
- Shori, nie ładnie tak myśleć o bracie. Wiem, że może się wydawać trochę… Nieokrzesany, ale w każdy z nas jest taki sam w środku. Dobry! Właśnie tak, w każdym nas jest dobra dusza, która czasami skrywa się pod nieprzyjemnym kurzem. Potrzeba trochę cierpliwości, ale da się ją wydobyć z każdego. W każdym demonie kryje się piękna tęcza! Ereden zrozumiał swój błąd i postanowił przeprosić, a ja z radością przyjmuję przeprosiny – powiedział, chwytając kwiatek w pysk. Położył go do jednego z pojemników, w którym wcześniej była farba, a teraz stały puste. Wrócił do kończenia sprzątania, lecz po chwili poczuł się niezwykle zmęczony. Łapy stały się sztywne, a oddech stał się utrudniony.
- Wiesz co, Shori? Chyba miałaś rację – powiedział ostatkiem sił. – Chyba potrzebna mi pomoc. – mówiąc to, runął jak długi na ziemie, robiąc czaszką prosto w ścianę jaskini. Świat mu pociemniał.

<Ereden? Co mały diabełek na to?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 429
Ilość zdobytych PD: 214
Obecny stan: 3286

sobota, 19 marca 2022

Od Atrehu c.d Naharys'a | Lonyi | Piny | Tsumi ~ W głowie się nie mieści

Stało się. Naharys nakrył nas na spółkowaniu. Dowiedział się, że między mną, a jego siostrą do czegoś doszło. I nie był zachwycony. Choć to raczej mało powiedziane. Był wściekły. Wkurwiony mógłbym rzecz. Oczy świeciły się nienaturalnie. Zionęły nienawiścią. Nie były przyjemne. Chciał mnie zabić. Czułem to każdą cząstką siebie. Szarpałem się, próbując uwolnić ciało. Przed chwilą złapał mnie swoimi mocami. Podniósł mnie wysoko nad ziemią. Zawisnąłem nad klifem.
- A teraz podaj mi jeden solidny powód, dla którego miałbym cię nie rozj**ać o skały! - przyjrzałem mu się, wisząc do góry łapami. Z pyska ciekła mu ślina. Nie widziałem go nigdy w takim stanie. Najeżony do granic możliwości. Z wyszczerzonymi kłami i wyciągniętymi pazurami. Mogłem się uwolnić. Z łatwością dałbym radę oprzeć się jego zdolnością. Nie chciałem go jednak ranić. Nawet jeśli wyrzekł się mnie, ja nie uczynię tego samego. Nadal był dla mnie bratem. Rodziną, której nie chciałem skrzywdzić.
- Exan, proszę, wysłuchaj mnie! - na nic zdały się moje tłumaczenia. Basior nie słuchał niczego, co się do niego mówiło. - Ku** mać, stary, Lonya też tego chciała! - stał tam, niedaleko. Wpatrywał z niedowierzaniem w nasze sylwetki na zmianę. We mnie szczególnie. Z rozczarowaniem i bólem. Nie bez powodu mówi się, że siostry przyjaciela się nie tyka. Nie posłuchałem, dałem się ponieść instynktom. Pierwotnym rządzą, które kierują mną od lat. Nie dają spokoju. Powodują ogromną chcicę i nacisk.
Z drugiej strony, gdybym tego sam nie chciał, Lonya nie straciłaby ze mną dziewictwa. Do niczego by nie doszło. Wciąż byłoby tak samo, jak przed tą cholerną wyprawą. Nie dowiedziałbym się prawdy o sobie. O swoim pochodzeniu. Nie miałbym punktu zaczepienia. Tak bardzo chciałem odreagować to, w jaki sposób zostałem wych*jany przez własną matkę. I starszego brata. Kogoś, kogo uważałem za wzór do naśladowania. Lupus był w moich oczach wszystkim. Bohaterem, przyjacielem. Członkiem rodziny. Łączyły nas więzy krwi. Wierzyłem we wszystko, co mówił i robił. Może nawet zacząłem wierzyć, że to prawda. Zabiłem ojca, choć tego nie zrobiłem? Nie wiem. Wszystko przestało mieć znaczenie. Oszukali mnie. On i matka. O ile tę sukę można tak nazwać. Okazała się, być kimś innym niż była. Kłamczuchą, manipulantką. To na mnie spadła wina za śmierć ojca. Nic nie zrobiłem. Wiem o tym. Czasami jednak mam wrażenie, że to prawda. Na przekór mnie. Nie czuję się jednak z tym lepiej. Wciąż boli. Mocno.
Staram się do tego nie wracać. To jednak siedzi mi w głowie. Nie myślę za wiele. Wszystko samo przychodzi. O ile przeszłość nie była moją winą, tak obecna sytuacja miała się z grubsza inaczej. Doprowadziłem do tego. Świadomie przespałem się z Lonyą. Nie byłem z siebie dumny. Powinienem był pomyśleć. To nie leżało jednak w mojej naturze. Jestem impulsywny. Działam pod wpływem chwili. Robię coś, nie bacząc na konsekwencje. Gdzieś z tyłu czaiła się ostrzegawcza lampka. Zignorowałem ją. I teraz patrzę z bólem na swojego przyjaciela, brata.
Nienawidzi mnie. I to moja wina. Zawiodłem. Kiedyś było podobnie. Rozczarowałem ojca. Tak, jak i teraz Naharys'a. Oczywiście, nie było moim zamiarem zaciągnięcie wadery do łóżka. Myślałem raczej o zwykłych przytulasach, pieszczotach. Tego pragnąłem. Jej bliskości, nie ważne, w jakiej formie. Ona jednak chciała więcej. Dużo więcej. Widziałam to w jej oczach i ruchach ciała. Zapach był silny, pragnęła mnie. Ja ją też. Była tak cholernie mokra. Wciąż słyszę w głowie jej jęki rozkoszy. To było przyjemne. Podobało się jej.
Więc czemu on się wtrąca? To była nasza decyzja. Nawet jeśli nie do końca świadoma, to nadal nasza. Oboje byliśmy pełnoletni. Jego to nie powinno obchodzić. Mogłem to po części zwalić na alkohol. Nie byłoby to jednak na miejscu. Pogorszyłbym sytuację. Jednak... nie żałuję. Nie mógłbym. Kochaliśmy się i był to najlepszy seks, jaki doświadczyłem. Zmysłowy i głęboki. Nawet teraz, wisząc nad przepaścią, nie myślałem o konsekwencjach. Nie, myślałem o tym, jak chętnie bym to powtórzył. Wadera jest dorosła! Ma prawo podejmować takie, a nie inne decyzje. Nikt jej nie zabroni zrobić ze swoim ciałem, co zechcę.
Dla Naharysa widać nie ma to znaczenia. I teraz za to płaciłem. Więź z nim pękała niczym bańka mydlana. Kawałek po kawałku rozrywając moją duszę na strzępy. Było to dokładnie to, czego się najbardziej obawiałem. Nie byłem tylko pewien, czy bardziej mnie ten fakt zasmucił, czy wkurzył. Nie miał prawa mnie tak traktować. Mimo wszystko nie byłem wystraszonym gówniarzem. Nie jestem też workiem treningowym, na którym będzie się wyżywał. Rozumiem jego gniew. Przyjaciel przeleciał mu siostrę. Też bym się wkurwił, gdyby on zrobił to z Asui. Z pewnością jednak nie próbowałbym go zabić. Zdzieliłbym go tylko w pysk i kazał się zabezpieczać. By nie było „niechcianej” wpadki. I by traktował moją siostrę jak królową, którą w rzeczywistości dla mnie jest.
To, co jednak robił basior, było irracjonalne. Może se być moim bratem, ale nie będzie wyżywał się na mnie. Gniew zapłonął we mnie głęboko. Nie chciałem warczeć, użycie głosu nie miało sensu. Nie chciałem go atakować. Jeśli doszłoby do konfrontacji, jedno z nas by tego nie przeżyło. Wiedziałem, że jestem od niego trochę silniejszy. Moje moce są w stanie przebić się przez barierę. I to, że jest z rodziny wojowników, by go nie uratowało. Moja furia przeciwko jego. To byłaby rzeź.
- Exan! On mnie do niczego nie zmuszał! - kątem oka spojrzałem na Lonye. Była zdenerwowana nie mniej niż jej brat. Pewna siebie, podeszła do niego. Warknął na jej ruch. Nie zrobił jednak nic więcej, więc śmiało kontynuowała. - Sama też chciałam, jeśli chcesz zabić Atrehu, powinieneś też zabić i mnie! - słowa niezbyt do mnie dochodziły. Choć słyszałem je dokładnie. Nie mogłem się na nich skupić, zbyt pochłonięty swoimi uczucia. Ona mnie ratowała. Chciała dobrze, choć nie byłem tym zachwycony. Nie chciałem pomocy. Byłem za nią wdzięczny, ale... pragnąłem sam rozwiązać ten problem. Tymczasem czułem się słaby. Interwencja wadera z pewnością coś wskórała. Zawsze wiedziała co powiedzieć, by było dobrze. To jej dar i talent. Uwielbiałem to. Westchnąłem w duchu, wciąż nie robiąc nic. Mogłem coś zrobić. Szarpnąć się, chociaż. Zamiast tego, bezwiednie zwisałem na tym klifem. Czułem jak mrowieją mi kończyny. Krew spływała do mózgu. Nie czułem tylnych łap.
Czy się bałem? Trochę tak, lecz na pewno nie o swoje życie. Bardziej o nasze zepsute relacje. Marną przyszłość, która na nas czeka. Gdybym teraz coś zrobił. Zaatakował go. Użył w pełni swych zdolności, sytuacja mogłaby się odwrócić. To on by tak wisiał. Poczułby, co to znaczy. Może nawet przeprosił. Bądź wręcz przeciwnie. Szamotałby się w agonii. Jeszcze bardziej wkurwiony. Pokusa była tak silna. Z trudem powstrzymałem się od tego. Po raz pierwszy odgoniłem od siebie pragnienie zemsty. Nie na nim. Był dla mnie bratem. Nawet pomimo tej całej sprawy. Tego, co robił. Zgasiłem w sobie złość, skupiając się na tej dwójce. Naharys stał, jak stał. Naprężony i zły. Obserwował mnie, zaciskając mocno zęby. Wpatrywałem się w jego oczy. Głęboko. Odwrócił wzrok, przeklinając pod nosem.
Dostrzegłem swoją szansę. Wystarczyło ją wykorzystać. Minęła jednak chwila, a ja nawet nie drgnąłem. W dalszym ciągu nie zrobiłem nic, by się uwolnić. Tylko dlaczego?
Mógł mnie puścić. Nie robiło mi to różnicy. Błyskawicznie bym się teleportował w bezpieczne miejsce. Nie mogłem tego jednak uczynić. Byłoby to jak rzucone wyzwanie, doszłoby do konfrontacji, a ja chciałem tego uniknąć. Walka między nami byłaby krwawa. Moglibyśmy zrobić sobie krzywdę. I nie tylko fizyczną. Nasza psychika była słaba. Widziałem to dokładnie. Na samą myśl o jego krzywdzie z mojego powodu, żołądek podchodził mi do gardła. Czułem gule, nie mogłem przełknąć śliny. To by nas zniszczyło do końca. Mimo jego chłodu, złości wiedziałem, że nie chce mnie zabić. Chciał mnie upokorzyć. Pokazać, że ma racje i jest lepszy ode mnie. Silniejszy. Potwierdziło się to w momencie, gdy mnie uwolnił. Zdecydowanie i mocno. Wcale nie delikatnie. Niespodziewanie runąłem w dół. Celowo mnie tak ustawił, bym nie mógł się uratować. Sturlałem się w dół, uderzając o wystający pień. Zabolało.
Na chwilę straciłem jasność myślenia. Mój błąd. Basior zmaterializował się nade mną. Przycisnął mnie do ziemi. Furia we mnie powróciła. Nie miał prawa mnie dominować! Kim, że on niby jest, by tak mnie traktować?! Obnażyłem kły, starając się uspokoić. Ignorowałem to, co robił. W momencie, gdy kłapnął zębami przy moim pysku, miałem ochotę odgryźć mu te wargi. Wyrwać wszystkie kły i zrobić sobie z nich naszyjnik. O niczym bardziej nie marzyłem.
- Podziękuj mojej siostrze, za uratowanie Ci życia, bo już byś był martwy! - prychnąłem w duchu, patrząc mu głęboko w oczy. Nie dostrzegłem współczucia. Była tam tylko nienawiść. Odzwierciedlało to także i moje uczucia. Wiedziałem, że je dostrzega. Błysk w jego tęczówkach, ból, który tam dostrzegłem. Gdybym tego nie ujrzał, basior byłby już martwy. Powstrzymał mnie jednak ich widok. - To było pierwsze i ostatnie ostrzeżenie, a brzmi ono: Nie zbliżaj się do mnie, mojej siostry i całej naszej rodziny!
- Naharys, ochłoń i pogadajmy! - po raz ostatni spróbowałem przemówić mu do rozumu. Nic złego nie zrobiliśmy. Czemu on tego nie ogarnia? - Sami tego chcieliśmy, nie rozumiem, czemu tak jedziesz po mnie!
- A o czym tu gadać!? Tsumi już Ci się znudziła i postanowiłeś rwać do cudzych sióstr?! - na chwilę mój umysł jakby zwolnił. Że co on gada?! Wcale mi się nie znudziła, o czym on pieprzył? - Jak Lonya zaciąży, to potraktujesz ją tak samo, jak Tsumi?! Nie, wtedy już nie będzie następnego razu, bo wtedy twoje truchło będzie użyźniać glebę od spodu. - jego słowa bolały. Mocno i głęboko. Nie porzuciłem przecież Tsumi. O jej ciąży dowiedziałem się po seksie z Lonyą. Do kurwy nędzy jestem wolnym samcem i jak dotąd żadna nie powiedziała mi wprost, że chcę czegoś więcej. Skąd mogłem wiedzieć, że Tsumi zaciąży?! Nie miał prawa mnie oceniać. Te sprawy się nie łączyły! Jak on w ogóle śmiał o tym wspominać!? Warknąłem cicho, gwałtownie. Jakby wybudzony nagle z głębokiego snu. - Nienawidzę cię i żałuję, że cię kiedykolwiek poznałem, żałosny robalu! - serce przyśpieszyło swoje bicie. Nie chciałem tego słuchać. Wcale nie zasłużyłem na takie traktowanie. Powinienem coś zrobić, ale co? - Robale się rozgniata, ale Lo postanowiła cię uratować. Ciesz się więc swoim życiem, a jeśli ci ono miłe, nie pokażesz mi się już na oczy, w przeciwnym razie, nie będę czuł zapędów. Żadnych wyjątków. - basior zabrał swoją łapę, po czym pognał w dal. Patrzyłem za nim nieco oszołomiony. I wkurwiony.
*
Warczałem pod nosem. Z moich oczu buchał ogień. Miałem ochotę coś rozwalić. Podniosłem się do pionu. Twardo stanąłem na ziemi. Obok mnie zmaterializowała się Lonya. Spojrzała na mnie zaniepokojonym wzrokiem. Wiedziała, że słowa tu teraz nie pomogą. Widziałem, jak bardzo ją to zezłościło. Obawiałem się kłótni, powietrze było nasączone złą energią. Nie chciałem kolejnej konfrontacji.
Znów spojrzałem za Naharysem. Za jego znikającą sylwetką. Czułem... pustkę. Upokorzeniem nie mógłbym tego nazwać, ale jednak bolało mnie to, w jaki sposób zostałem potraktowany. Jak śmieć. I nie to, że coś, lecz właśnie w ten sposób się czułem. Część mnie została praktycznie wyrwana. Pozbawił mnie nadziei, którą jeszcze w sobie posiadałem. Straciłem go. Przez swoją własną głupotę. Być może jednak źle myślałem. I to on się mylił. Miałem prawo przespać się z jego siostrą, jeśli ona tego chciała. Dostałem pozwolenie, więc nic temu tępemu ch*jowi do tego!
- Atrehu? - odwróciłem się w jej stronę z cichym westchnieniem. Wadera unikała mojego spojrzenia. Nastała dość krępująca cisza. Widziałem, jak co rusz otwiera i zamyka pyszczek, próbując coś powiedzieć. Z początku nawet myślałem, że zrezygnuje. Nic nie powie. Nie doceniłem jej jednak. Lonya podeszła bliżej, przysiadając się tuż obok. - To, co mówił Naharys... - serce zaczęło mi mocniej bić. Uważa mnie za winnego? A może żałuję spędzonych ze mną chwil? W najgorszym wypadku zwyczajnie... - To prawda, że Tsumi jest w ciąży z Twoimi szczeniakami? - na chwilę zamarłem, po czym usiadłem. Stykaliśmy się barkami. To... było przyjemne uczucie. Uspokajające. Relaksujące. Stres jakby na chwilę wyparował. Wziąłem głęboki wdech. Mięśnie się napięły. Wypuściłem powietrze ze świstem. Ciało się rozluźniło. Nie miałem już sił.
- Tak... - szepnąłem, patrząc w górę na migoczące na niebie gwiazdy. Jakby szukając w nich ratunku. Ucieczki, od całego tego bagna. - I uprzedzając Twoje niezadane pytanie. Dowiedziałem się o tym tuż po tym, gdy odprowadziłem Cię wczoraj do jaskini. Tsumi podeszła do mnie, zaproponowała spacer. Była nerwowa, ale zganiałem to na efekty imprezy. Była przy Pinie aż do końca i późną nocą. Wcześniej w sumie była u waszego medyka. Nie chciała jednak wyjaśnić, co jej powiedział. Skoro czuła się dobrze, nie drążyłem tematu. I to był mój błąd. Może, gdybym wiedział wcześniej...
- Żałujesz? - z szokiem wymalowanym na pysku, zwróciłem się w jej kierunku. Wszystko, dosłownie wszystkiego bym się spodziewał, ale nie tego. Musiała zobaczyć moją minę. Wyglądałem komicznie. Wadera zaśmiała się nieco nerwowo. Potrząsnąłem głowę, splatając nasze ogony.
- Nie, nie żałuję. To była wspaniała noc i cieszę się, że to właśnie mi zaufałaś. Oddałaś mi swój pierwszy raz. Czułem się cudownie. Lekko, a jednocześnie nieco zestresowany. Nie mniej... nie doszłoby do niczego, gdybym wiedział. Nie jestem kanalią, za jaką uważa mnie Naharys...
- Kochasz ją? - na to pytanie nie znałem odpowiedzi. Uwielbiałem Tsumi. Ją, jej słodki charakter, niewinność, która znikała, gdy tylko była bliżej mnie. Ponętne ciało, które wiedziało, jak mnie zaspokoić. Czy była to jednak miłość? Nie czułem nic subtelnego, a powinienem. Żadne jednak motyle w brzuchu mnie nie dopadły. I.. Jakby to powiedzieć... Potrząsnąłem głową, spoglądając na waderę.
- Nie wiem. Lubię ją. Super się z nią gada i przebywa obok niej. Idealnie się zgrywamy podczas zabaw, ale... ja chyba nie potrafię kochać.
- Atrehu, nie opowiadaj głupot. Gdyby było tak, jak mówisz, nie zareagowałbyś w ten sposób na Naharys'a. - na sam dźwięk jego imienia, poczułem nieprzyjemne skurcze. Nie mogłem go jednak winić. Był, jaki był.
- To co innego. - posmutniałem, kładąc się na ziemi. - Jesteś jego siostrą...
- Nie miał prawa Cię tak traktować! - jej wybuch wydał mi się słodki. Cieszyłem się, że stoi po mojej stronie. Tylko... To jej brat. Powinna stawiać jego ponad wszystko. Tymczasem ona go ewidentnie zdradza.
- Wiem... - przytuliłem się do jej piersi. Zagłębiłem pysk w miękkim futrze. Chłonąć aromatyczny zapach jej ciała. Ufałem jej. Dlatego skoro już tak dużo o mnie, może powinna wiedzieć wszystko. - Wiesz... - wilczyca polizała mnie za uchem. To było cudowne uczucie. Na chwilę zapomniałem nawet, co chciałem powiedzieć. ~ Weź się w garść Atrehu. Teraz albo nigdy! - Kiedyś byłem zakochany. W swojej starej watasze. - poczułem, jak drgnęła niespodziewanie. Dreszcz przebiegł jej wzdłuż kręgosłupa. - Kochałem ją. Mocno i do szaleństwa. Myślałem, że jesteśmy sobie przeznaczeni. W moich oczach była nieskazitelna. Nie miała wad, a nawet jeśli... Akceptowałem je wszystkie. Nie próbowałem nic z tym zrobić. Nie widziałem, jaka jest naprawdę. Wydawało mi się, że jest ze mną szczęśliwa. Byłem na każde jej skinienie. Jak wariat wykonywałem powierzone mi zadania. Kolacja, drogie perfumy. Robiłem za wycieraczkę, bo przecież nie mogła zamoczyć łap w kałuży. Życzyła sobie rzadkich owoców, więc szedłem po nie. Szukałem godzinami. Gdy je znajdowałem, mówiła, że już ich nie chce. Za długo czekała. A ona czekać nie lubiła. Gdy nie udawało mi się znaleźć tego, czego chciała, wyzywała mnie. Godziłem się na to w imię „miłości". - na ostatnie słowa praktycznie prychnąłem. Cieszyłem się, że Lonya słucha. Nie przerywała. Chłonęła każde słowo. Wsiąkały w nią niczym gąbka wodę. - Inni śmiali się ze mnie. Przezywali od pantofla. Mówili, że jestem jej podnóżkiem, nie partnerem. Nie zgadzałem się z tym. Uważałem, że mi zazdroszczą. Jaki ja byłem głupi. Nie widziałem, co ona ze mną robiła. - potrząsnąłem głową, wstając. Spojrzałem na Lonye pustym wzrokiem. - W momencie mojego wygnania czekałem, aż się przy mnie pojawi. Powie, że w to nie wierzy. Poprze mnie. Nie zrobiła tego moja matka. Nikt. Miałem więc nadzieję, że choć ona jedna. Że siła naszej miłości jest na tyle potężna. Że sprzeciwi się mojemu bratu. - westchnąłem ciężko. Powrót do bolesnych wspomnień nie był przyjemny. Widziałem jednak, że Lonya domyśliła się, co stało się potem.
- Nie poparła Cię.
- Nie. Stanęła u mego brata, obwieszczając wszem i wobec, że od dziś jest ich luną. „Byliśmy” ze sobą pół roku. Znaliśmy się od szczeniaka. Byliśmy za młodzi na seks, więc myślałem, że jest „czysta". Ona tymczasem od początku była z Lupusem. Wszyscy o tym wiedzieli. Nawet mój ojciec. Tylko ja ślepy tego nie dostrzegałem. Wyszedłem na jelenia. Kompletnego idiotę. Zdradziła mnie z nim. Była nieletnia, a dała mu dupy jak zwykła zdzira. Na moich oczach pozwoliła, by ją brał. Upokorzyli mnie, zdradzili. Matka oskarżyła mnie o zabicie ojca, a przecież to nie byłem ja. Nie było mnie wtedy. Możliwe, że to Lupus, żądny władzy, dowiedział się prawdy. Tak samo, jak mój ojciec. To on go z pewnością zabił i ona mu w tym pomogła. Nie wiem czemu, skoro Lupus jest dzieckiem z gwałtu. Zawsze go faworyzowała, jakbym ja był gorszy. I wiem, że oni to ukartowali, by się mnie pozbyć. Zabicie mnie było niezgodne z naszym prawem, a zależało mu na poparciu stada. Zostałem zatem wygnany.
- Atrehu, nie obraź się, ale...
- Dlaczego ci to mówię? - wilczyca pokiwała głową, a nasze spojrzenia się spotkały. - Bo w ten sposób chcę w jakiś sposób usprawiedliwić swoje zachowanie. Bo Naharys miał po części rację. Pieprzę wszystko i wszystkich, nie dając nic w zamian. Myślałem, że tak jest dobrze. Że tak musi być. Że to normalne. Tak mi pokazano. Przez lata tkwiłem w tym chorym systemie. Cholernym trójkącie, w którym grałem drugie skrzypce. Przez te lata nie widziałem nic złego w tym, co robiłem i jak się zachowywałem. Dopiero teraz, gdy mi to powiedział... Zdałem sobie sprawę, że jest inaczej. Nic mnie nie usprawiedliwia, ale chciałem, byś to wiedziała. Tsumi... jest w ciąży i nie zamierzam jej zostawiać. Zaopiekuję się nią i szczeniakami. Wezmę odpowiedzialność, za swoje czyny. Nawet jeśli to nie miłość. Jestem pewny, że z czasem się w sobie zakochamy. Może...
- Rozumiem... - Lonya wtuliła się we mnie. Nasze spojrzenia się skrzyżowały. Nie wiem, które z nas wyszło z inicjatywą. Może ja albo jednak ona? Nie potrafiłem stwierdzić. Smakowała tak dobrze. Ten ostatni raz nasze wargi się spotkały. Całowaliśmy się zachłannie, intensywnie. Jakby miało być to pożegnanie. Nie było przecież. Nie wybierałem się na koniec świata. Gdy w końcu oderwaliśmy się od siebie, ciężko dysząc, uśmiechnęła się do mnie. Wydawała się też uspokojona moimi słowami. Nie wiedziałem, czy wierzy mi do końca. Może uznała jednak, że kłamię i tak jak twierdzi Naharys, wykorzystałem ją? Potraktowałem jak dz*wkę? Ze wszystkich sił starałem się przypomnieć sobie choć jeden moment. Sytuację, która wskazywałaby, że tak było. Nic jednak nie przychodziło mi do głowy. - Spotkamy się później. Musimy się powoli zbierać. Renesmee nie będzie czekać na nas w nieskończoność. - coś było nie tak, ale nie potrafiłem stwierdzić, co dokładnie. Jej uśmiech był jakiś dziwny. Nie sięgał policzków. Wadera ruszyła w stronę jaskiń.
- Lonya? - odwróciła się mnie z pytaniem. Nie wiedziałem, co chciałem powiedzieć. Błysk w jej oku, ta zaciętość. Była zła. - Obiecaj, że nie pójdziesz do niego.

Lonya?

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 3072
Ilość zdobytych PD: 1536 + 30% (460 PD) za długość powyżej 3000 słów.
Obecny stan: 30.081 PD

Od Ereden'a ~ Anatomia obłędu cz. 2

 IV dzień choroby

Mięso było zepsute, po którym wiły się drobne czerwie, obślizgłe i obleśne, przestrzeń wypełniona była słodkawym fetorem rozkładu i śmierci. Muchy bzykały w przestrzeni, wykonując swoje tańce nad czymś zgniłym i wynaturzonym. Ponadto płomień trawił wszystko, co dobre i zmuszał do krzyku, błagania o litość. Nie ma litości, mękom nie było końca - tak właśnie czuł się Ereden. Czuł, że gnije od środka, a pod skórą miał wrażenie, że owe mrowienie, to wijące się czerwie, a w efekcie trząsł się z zimna, gorączki i obrzydzenia. Gdyby to wszystko zebrać razem do kupy, szczeniakowi kojarzyło się z mlaskaniem rozwalanego przez kły mięsa - czuł się rozrywany, bowiem mięśnie odgrywały pod skórą swój bolesny marsz. Nie docierało do niego to, co ktoś do niego mawiał, nie rozpoznawał twarzy bliskich, a tym bardziej był oddalony od swej świadomości. Wydawałoby się, że Ereden w tamtym momencie, był jedynie tylko bezmyślnie leżącym woreczkiem mięśni i kości. Organizm wypychał z siebie lecznicze związki ziół, leki przeciwbólowe zawiodły, a maści i wyciągi, mające na celu zbicie gorączki, bardziej pogorszały sytuację, niźli ją poprawiały. 
W południe dopadły go omamy; mały, skryty w cieniu wilczek obserwował go bez wyrazu, swymi zakrwawionymi, wypełnionymi płomieniami ślepiami. Ciało jego wiło się od mrocznych macek, z których było zbudowane - nic nie powiedział, ani nic nie uczynił. Tylko obserwował. 
Ereden, chcąc go zapytać, zaniemógł momentalnie z powodu piekącego drapania w gardle. 
 Nagle obserwator, jakby wyczuwszy intencje Eredena, drgnął swą główką i mruknął swymi przerażającymi ślepiami. Powstał z miejsca i przemówił do niego, nawet nie musiał otwierać ust - głos wilczka brzmiał tak zimno, jak pękający lód zamarzniętego jeziora i złowieszczo, niczym krzyk matki, która właśnie straciła wszystkie swoje dzieci. 
- Zastanawiasz się, kim jestem, prawa? Twoją satysfakcją? Przyjemną i jakże wierną, gdy znęcałeś się nad siostrami, poniżałeś się, a ty jesteś moim karmicielem. Tak! Żywiłem się twą uciechą... Dalej mam ochotę na więcej... 
Ereden miał ochotę wstać i czmychnąć ze stołu, ale to na nic... 
Był uwięziony we własnym ciele, skuty kajdanami choroby, pozostało mu tylko jęczeć i stękać zaniepokojony. Jego kompan, jak się wcześniej przedstawił mianem Satysfakcja, zaśmiał się głośno - a był to śmiech okrutny, przywodzący na myśl potłuczone szkło, które wcina się w skórę, kroi mięśnie, wbija w czaszkę. Ciało wzdłuż przeszyły ohydne dreszcze, jakby wijące się czerwie, urządziły sobie wyścig pod jego skórą. 
- Czego chcę? - kontynuował wilczy kształt - Cóż... chciałbym, abyś nadal mnie karmił, bo w końcu twoje siostry, te dwie małe dziwadła, jak zwykłeś na nie mówić, były dla mnie idealną pożywką, a wiesz co? Chciałbym Ci w zamian przedstawić coś, co jeszcze bardziej mnie wzmocni... o tak! 
Ereden'owi wydawało się, że z powodu nadmiaru obrazów, pojawiających się mu przed oczami, zaraz eksploduje mu głowa. A owe obrazy przedstawiały takowe sceny; Wilk, tym razem dorosły, o śnieżnobiałej sierści, zupełnie jak on, wyrywa Shori jej piękne, długie skrzydło. W miejscu pęknięcia skóry, oraz tam, gdzie wbijały się długie zęby, tryskała jucha. Dźwięk wyrywanej kości ze stawu w okolicy łopatki oraz zrozpaczony krzyk siostrzyczki, doprowadzały go do obłędu. Po chwili pozbawił Shori wszystkich skrzydeł, jakie tylko miała - a ona, okaleczona i zrozpaczona, czołgała się po ziemi, jak bezradne, ślepie szczenię. Dorosła wersja samego siebie zwróciła głowę w jego stronę, upuszczając wyrwane skrzydło. 
- Nie cieszysz się? Przecież zawsze chciałeś to zrobić. Nigdy nie traktowałeś jej, jak członka rodziny. Była jedynie podrzutkiem, nic nie znaczącym dla ciebie śmieciem, którego przygarnęli twoi NORMALNI rodzice... Ciesz się tym widokiem. 
Obraz rozpłynął się w powietrzu, pojawił kolejny... nie lepszy od poprzedniego. A przedstawiał on zapłakaną Sininen, która wpatrywała się w swe odbicie w nurcie płynącej wartko rzeki. Łzy waderki spływały powoli z jej policzek, pociągała nosem i co jakiś czas, pocierała łapką swe zaszklone oczy. W końcu postąpiła jeden, ostatni krok, który sprawił, że jego siostrę porwała rzeka. Nie krzyczała, ani nie wyrywała się, bo nie było już odwrotu. 
- Nie cieszysz się? - głos wilka nie ustępował - Zawsze chciałeś, aby twoja najmłodsza siostra zniknęła z twojego życia. Nie jesteś ciekawy, jak rozwala się o okoliczne skały, jak dorodny arbuz? Jak wyrzucona przez nurt wodospadu, spada ze sporej wysokości na wystające głazy? Przyznaj się, że tego właśnie chciałeś. 
~ Nie chciałem! - warknął w myślach Ereden. Nikomu nie życzyłem śmierci! 
- Ale myślałeś o wstręcie, gdy patrzyłeś na swoje siostry! - warknął na niego wilk, będący dorosłą wersją jego samego. Oczy miał okrutne, wypełnione czernią. Puste i bezlitosne - Nie pie**ol mi tu, mały gnoju, że było inaczej! Byłem przy tobie! Byłem każdą twą myślą i czynem, nie oszukasz mnie, przyjacielu. 
- Możesz ze mną być, ale jesteś tylko moim wymysłem. NIKIM INNYM! - warknął Ereden na całe gardło. Itami zjawiła się natychmiast, aby sprawdzić, czy ze szczeniakiem wszystko było w porządku. Nic nie było w porządku. Ereden trząsł się okropnie, krew cienkimi stróżkami spływała mu z nosa, a spod ogona poszerzała się plama żółtej substancji. 
Lonya nakazała zabrać malca na natychmiastową higienę - a miejsce doprowadzić do względnego porządku. 
                                                                                                                                                           ***
Wieczór, po przyjęciu kolejnej dawki leczniczych ziół, zamienił się w prawdziwy koszmar. Pod skórą, wzdłuż kręgosłupa, coś przemieszczało się w ślamazarnym tempie. Itami próbowała coś na to zaradzić, ale gdy to widziała, pobladła momentalnie. To coś, pod postacią podskórnej kulki, posuwało się coraz bliżej szyi malca, a on sam, z donośnym chrzęstem w stawach i wyrazistym mlaskaniem mięśni, wykrzywiał łapy w nienaturalny sposób - jakby nie on, tylko jakaś tajemnicza mroczna siła. Młoda medyczka z krzykiem pognała do Lonyi, która w mgnieniu oka pojawiła się, ze zmartwieniem wymalowanym na twarzy. Jej bystrym oczom nie umknęło poruszające się coś - było już blisko, coraz bliżej okolicy, gdzie znajdował się móżdżek malca.
- Itami! Szykuj stół operacyjny i zabierajmy się do pracy! - zarządziła Lonya, po czym rzuciła się w nurt pracy - zaczęła gromadzić wszystkie potrzebne jej zioła i leki oraz niezbędne narzędzia - jeśli to jest to, o czym myślała, czas odgrywa tutaj główną rolę.  
~ Bogowie, pomóżcie mi! - pomyślał Ereden - Nie chcę już tego! Za to, co robiłem swym siostrom, zasługuję na bolesną karę. Ale jeśli mam umrzeć, proszę was, dajcie mi możliwość pogodzić się z siostrami. Jeśli bogowie chcą odebrać mi życie, nie chcę więc umierać w samotni...
- Bogowie nie istnieją - odparł skądś znajomy głos - Są tylko waszym wytworem, aby w godzinie niemocy, poczuć się lepszym, silniejszym, ale to jedynie złuda. Bogowie zostali stworzeni przez nas, a nie na odwrót. Nie oczekuj, że się z nimi spotkasz po życiu doczesnym, bo takowi nie istnieją, głupcze! 
To tylko omamy - pomyślał malec. 
- Możesz we mnie nie wierzyć, twoja wola. Ale ja jestem przy tobie i będę na wieki, aż twe ciało zjednoczy się z ziemią. 
- NIE!! - Ereden krzyknął ogłuszająco, na całe gardło.
- Już dobrze, Ereden! Zaraz będzie po wszystkim, obiecuję! - odezwała się Lonya, ale owe słowa, nie dotarły do świadomości malca, bowiem nadal miał przed oczami obraz, ukazujący jego samego, tym razem znęcającego się nad Sininen. Rwał pióra, kopał ją po brzuchu i silnymi szczękami usiłował wyrwać jej skrzydła ze stawów, a przy okazji, miażdżąc jej kości, swymi długimi, stalowymi zębami. 
~ Przestań! Przestań to robić! - wrzeszczał w myślach Ereden.
- Podaj malcowi zioła przeciwbólowe, najsilniejsze jakie masz... Naharys?! Zajebiście, że jesteś! Chodź tu i przytrzymaj Eredena! Miota się, jak ryba w sieci... Itami! Co z tymi ziołami, do cholery! - wrzeszczała Lonya. Ciało szczeniaka, w dalszym ciągu, nie przestawało się miotać pod wpływem jakiejś tajemniczej mocy, która wykręcała nienaturalnie jego kończyny, wyginała kręgosłupem, jak ramionami łuku, pod wpływem napiętej cięciwy, przy tym wszystkim, wyduszając z malca ogłuszające krzyki bólu.  
- Usypiamy go. Itami, wpłyń na organizm malca, niech związki szybciej wchłaniają się w krew. Tylko operacja pozwoli nam stwierdzić przyczynę. 

 VI dzień choroby

Ereden spał prawie trzy dni. Nadal leżał otępiały i pozbawiony świadomości, ale przynajmniej udało się mu zbić gorączkę. Wrażenie, że całe jego wnętrze gnije, a pod skórą czerwie wiją się obleśnie, trwało nadal i od czasu do czasu, malcem wstrząsały nieprzyjemne dreszcze. Głowa nadal dawała o sobie znać tępym bólem w okolicy miejsca, poniżej potylicy. Kaszel nie był już tak okrutny, ale nadal objawiał się niepokojącym wydźwiękiem - donośnym, mokrym skrzeczeniem. Obraz miał lekko zamazany, ale i to nie stawało mu na przeszkodzie, aby dostrzec, że ktoś koło niego siedzi. Ktoś niski - żałował, że nie potrafił rozpoznać zapachu z powodu przytępionego węchu - a ten ktoś, siedzący w gęstej, niewyraźnej mgle, miał futro białe, jak te chmury rozciągające się po błękitnym niebie. Spróbował zamrugać parę razy, aby wyostrzyć wzrok i wtem dostrzegł - dobrze mu znany element do aparycji - skrzydła. Wcześniej skrzywiłby się ze wstrętu i poczułby żywą pogardę na ich widok. A teraz? Nie czuł nic. Spojrzał na lśniące srebrne oczy, a przyglądał się im dość długo, ale nie potrafił sobie przypomnieć, do kogo one należą. Skrzydła, srebrne oczy i białe futro... miał kompletną pustkę w głowie - która z kolei bolała go coraz mocniej, gdy próbował ją unieść - zmysły miał przytępione nadal, umysł był kompletnie zakuty - czuł jedynie, że jest więźniem własnego ciała. Albo to kolejne omamy? 
~ Może to kolejny demon majaków?  
Był tak otępiały, że nie czuł nawet strachu. 
- Jego stan jest już stabilny, ale w każdej chwili może się pogorszyć - powiedziała Lonya do swego przybranego brata, który nagle pojawił się w wejściu do odnogi. 
- Co mu dolegało? - zapytał jego ojciec. 
- Spójrz - odparła wadera i zaprowadziła Naharysa do kamiennego stolika, gdzie na rozłożonej skórze zająca, leżał nieruchomo, zwinięty w kłębek insekt, mający wygląd zbliżony do skorpiona, jeno pozbawiony swego ogona. Insekt był niewielki, osiągał rozmiary podobne do szczenięcej łapki - ślepia, bladoczerwone, połączone ze złotem, wypełnione były pustą i bezmyślną bezwzględnością, wpatrywały się w nieznany punkt przed sobą. Naharys omal nie wpadł na zwisające na susz zioła, czując odrazę i strach, gdy tylko w nie spojrzał. 
- Lonya, co to, do kur**y nędzy jest!? 
Wadera podniosła głowę, przekrzywiła usta ze strachu. 
- Pasożyt. Ereden miał go w sobie i to on, omal nie doprowadził do kompletnego wyniszczenia organizmu malca. Gdyby dotarł do móżdżku, mógłby go doszczętnie sparaliżować i bez trudu żywić się nim dalej, aż do jego śmierci - wyjaśniła Lonya, przyglądając się długim, śmiertelnie ostrym żuwaczkom pasożyta - bez wątpliwości, wyglądał niebezpiecznie i był niebezpieczny. Naharys zaklął na ten widok. 
- Malec potrzebuje sporo odpoczynku na regenerację organizmu - kontynuowała Lonya - Będziemy mu podawać sporo mleka i wszelkich produktów, bogatych w białko. Przez gorączkę i tego robala, mnóstwo go stracił, zioła regeneracyjne i stymulujące jego procesy życiowe, a ponadto... hmm cholera... 
- Co jest? - zapytał niepewnie Naharys. 
- Szkoda, że nie jesteśmy w rodzinnej watasze. Woda Midereweth załatwiłaby sprawę za te wszystkie bzdury. No nic, musimy zadowolić się i nimi. Tak czy siak, Ereden zostanie u nas na obserwacji jeszcze przez jakiś czas, a ty zaś wracaj do swoich spraw. Z nami jest bezpieczny. 
- Dziękuję Ci! Shori, zaprowadzić Cię do Atrehu na lekcje, czy sama trafisz? 
Mała wadera odwróciła wzrok od leżącego bez świadomości Eredena i odparła bez cienia niepewności. 
- Nie, spokojnie, trafię sama. Wiesz tato, nie jestem już taka mała - na koniec zaśmiała się wesoło. 
- Ah! No tak - odparł, odwzajemniając uśmiech. 
A Ereden natomiast, jak się czuł? Otóż... prawdę mówiąc; Jak roślina. Nim Naharys wyszedł z jaskini medycznej, zwrócił się ponownie do Lonyi, z niepewnością w sobie, która nie dawała mu spokoju. 
- Co by się stało z pasożytem, gdyby... uśmiercił Eredena? 
Lonya nie była zachwycona tym pytaniem. 
- Przebiłby się przez czaszkę malca i uciekłby, już jako dorosły osobnik, aby potem złożyć jajeczka, będące zdolne zainfekować kolejnego wilka. To strasznie niebezpieczny pasożyt, więc proszę cię, uważaj na siebie. Sama nie wiem, skąd ten diabeł go złapał, ale trzeba o tym powiadomić Alfę. Skoro Ereden go złapał, każdy może być w niebezpieczeństwie. Niektóre wilki po spotkaniu z nim, nigdy nie odzyskały świadomości - żyły i umierały, jak rośliny. Musisz się przygotować na fakt, że Ereden może nigdy nie odzyskać węchu, słuchu ani świadomości. Będzie żył, ale nic więcej. 
- Rozumiem - burknął przybity Naharys - Jakie są szanse, że on... no wiesz... 
- Zawsze jakieś szanse są. Organizm Eredena jest młody, silny, więc są one większe - odparła Lonya, tym razem z barwną nutką optymizmu. 

C.D.N

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1948
Ilość zdobytych PD: 974 PD + 5% (49 PD) za długość powyżej 1000 słów
Obecny stan: 4005 PD

Od Yneryth’a c.d Naharysa ~ Początek

- Widziałeś sam. W walce liczy się skupienie i obserwacja. Jak już to opanujesz, resztę roboty zostaw swej sile. Chciałbyś jeszcze potrenować na manekinie, czy wolisz sprawdzić coś nowego?
- Wydaje mi się, że nie mam już ochoty na wygłupianie się z zabawkami. – Szorstko odparł biały.
Yneryth zmęczony treningiem, nie miał już ochoty na kolejne wygłupy. Pytanie, czy chce jeszcze potrenować, potraktował jako nieśmieszny żart. Biały wilk nie zamierzał czekać na pozwolenie. Zaraz po wypowiedzeniu słów, zamiótł ogonem, wzbijając w powietrze piach. Kruszywo wzniosło się, a następnie rozproszyło, jak fala uderzeniowa. Piaskowa zasłona pozwoliła mu umknąć. Kontury wilka zniknęły Naharysowi z oczu. Dosłownie w ułamek sekundy basior zmył się w niewiadomym nikomu kierunku. Ocierając oczy z pyłu, widać było na jego pysku niezadowolenie.
Żółtooki szedł tam gdzie zwykle. Jego łapy zmierzały tam, gdzie znajdowało się jego serce. Wzrok i słuch kierował go w oczywistym kierunku. Yneryth zmierzał na polanę, tam, gdzie zaczęła się jego przemiana. Dawniej zgryźliwy i pełny pogardy wobec innych, był teraz nieznacznie milszy. Sam wilk nie dostrzegał tego, lecz był już inny. Mentalna przemiana omal nie została przyczyną jego śmierci. Zdrada i podstęp, ujawniły mu jego nową słabość. Uczucia wypełniały i jego. Akt kanibalizmu, nie pomagał mu, a wręcz przeciwnie, wszystko pogorszył. Ostatecznie zaczął uważać, że tamten posiłek miał przeciwstawić się emocjonalnej słabości, była to jednak tylko wymówka. Większość uczuć była niezrozumiała. Nie wiedział, czemu zaufał Noiter’owi, jednak tej decyzji nie żałował.
Zmęczony i wyczerpany ułożył się przy drzewie. Spoglądał dookoła siebie. Przyglądał się naturze i jej rozkwitaniu. Widział już wiele, ale natura zawsze go rozweselała. Tętniące życiem lasy, wraz z kwiatami w kolorze tęczy, malowały niezapomniany widok. Zieleń wraz z błękitem idealnie wywarzały kolorystykę. Jabłoń rosnąca na polanie, nie tętniła życiem. Yneryth nie był pewien czy to jego wina. Widok umierającego drzewa, jednak go wypalił. Zadowolenie zniknęło, a na jego miejsce wstąpił smutek i zaniepokojenie. Zastanawiając się nad sposobem ratowania rośliny, zasnął.
*
Księżyc powoli pojawiał się na widnokręgu. Gwiazdy powoli zaczynały świecić. Powietrze było chłodne i wilgotne. Na trawie osadzały się małe kropelki. Nocną ciszę, a zarazem sen wilka przerwał nagły odgłos. Yneryth zerwał się ze snu. Od razu zaczął lokalizować źródło dźwięku. Chwilę po tym już biegł w tamtym kierunku. Delikatnie błękitny wilk przemieszczał się szybko, jednocześnie wymijając przeszkody. Drogę jednak spowolniła nie byle jaka przeszkoda. Wilk prawie wywrócił się na gałęzi. Tym razem miał jednak szczęście. Wypuścił ciężko powietrze i wznowił podróż, zwiększając swoją ostrożność.
Dotarł już do źródła dźwięku. Widząc przyczynę, nie był zadowolony. Sytuacji nie poprawiało to, że stał tam i on. Tego wilka już znał. Naharys stał przed nim. Jego mina również nie była zadowolona widokiem błękitnego.
- Co tu robisz i co to był za hałas ? – Zapytał ze zdenerwowaniem.
Drugi jednak nie miał czasu odpowiedzieć. Od razu udał się szlakiem połamanych gałęzi.

Naharys ?

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 460
Ilość zdobytych PD: 230
Obecny stan: 1361

piątek, 18 marca 2022

Od Naharys'a ~ Anatomia obłędu cz.1

  I dzień choroby

 
Naharys, zgodnie z obietnicą, złożona swemu niesfornemu synowi, spełnił groźbę o porannym treningu. Noo... porannym, to zbyt przesadnie powiedziane. Ereden'a zbudzał stanowczy głos ojca o brzasku. Malec w tamtym momencie przypominał jego samego ze szczenięcych lat - niczym odbicie w lustrze przeszłości; Zmęczone oczka, zmrużone w ledwo dostrzegalne szparki, do tego malec wydawał przygnębiające pomrukiwania oraz rzucał prośby o jeszcze pięciominutowy sen. Tak, ten błogi sen - ale i to nie powstrzymywało Naharysa. Nie zamierzał dawać synowi taryfy ulgowej, za to, co nawywijał wczorajszego dnia!
Głos syna! Jego oskarżycielski ton i te wrzaski i odgłosy walki.
To przez ciebie mama zniknęła! Wrzeszczał na siostrę. To twoja wina, nigdy Ci tego nie daruję, parszywy dziwolągu!
Ciężko mu było po stracie wadery, którą szczerze kochał! Mocno zapisała się w jego pamięci, jako ta uśmiechnięta, psotliwa i drobna istotka - i do tego silna wadera, nie dająca sobie w kaszę dmuchać. Kochał ją za jej uśmiech, ciepło bijące prosto z serca ciepło i zapach, który przypominał mu każdą chwilę, spędzoną ze sobą. Sytuacji nie poprawiał syn, który jeszcze się bardziej nakręcił na psoty. Naharys zmarszczył pysk i warknął, a w jego głosie dało się wyczuć wrażenie syku zimnej stali. Głos był straszny, zmuszający do posłuszeństwa oraz do trawiącego serce strachu.
- Od jutra trenujesz ze mną! - warknął Naharys - I możesz zapomnieć o kolacji!
To był także moment, w którym na wszystkich odbiło się zniknięcie Piny - Także na Eredenie. Młodzika przepełniana nieopisana wściekłość i smutek zarazem, które kumulując się niebezpiecznie, doprowadził do wybuchu frustracji.
- Co? Ale jak to?! Czemu to za każdym razem ja dostaję karę?! - Oczy jego syna zapłonęły zielonym płomieniem gniewu i nienawiści, pielęgnowanej od dawna do swych sióstr - Jestem jedyny w tym miocie normalny! To wszystko ich wina! - Ereden wskazał łapą na swoje siostry trzęsącą się od gniewu łapką - TO ONE tu nie pasują i to JA muszę się z nimi użerać! A przez tę głupią beksę, straciliśmy mamę! I to ona powinna zniknąć! ONA! Nie mama!
- Wstawaj! - powiedział stanowczo Naharys, trącając syna łapą w ramię - Zjesz coś, a potem ruszamy na poligon! No już! Nie traćmy czasu!
Ereden z grymasem męczennika wstał ślamazarnie, przeciągnął się leniwie, ziewając głośno i długo - gdy mijał śpiące razem siostry, otworzył szerzej oczy i zmarszczył czoło.
- Czemu one z nami nie trenują? - zapytał, wskazując na siostry i spoglądając na ojca swymi pełnymi wyrzutu oczami.
- One nic nie zrobiły. Ty natomiast zachowujesz się, jak potwór! I zamierzam go z ciebie wyciągnąć, wszelkimi możliwymi sposobami! Mam nadzieję, że któregoś dnia w końcu się nauczysz szacunku do rodziny!
- One nie są moją rodziną - Ereden ściszył ton, aby ojciec nie mógł go posłyszeć, ale mocno się pomylił. Naharys usłyszał to i zmarszczył policzki, ukazując synowi swoje zęby.
- Przestań! - prawie warknął - Siadaj do jedzenia i ani słowa więcej, bo pożałujesz!
Ereden biegł pędem przez pokrytą rosą łąkę, drżąc od wilgotnego wiatru, a jego łzawiące z bólu mięśni oczy, witały wynurzający się zza widnokręgu złoty brzeg słońca. Jego promienie zaczęły ozłacać dolinę, wprawiać drobne krople rosy w lśnienie w ich blasku - a to dopiero dziesięć kilometrów pokonanych pod czujnym okiem ojca. Nie tracił go z oczu, ani na sekundę, jakby chciał mieć złotą pewność, że syn nie zatrzyma się, ani na moment. Biegł na złamanie karku, do utraty tchu, aż w końcu nie wytrzymał i przewrócił się w pędzie na wilgotną ziemię, orając ją tym samym swym podbródkiem. Leżał i dyszał głośno, łapczywie chwytał każdy haust powietrza - wydawało się malcowi, jakby jego płuca rozszerzały się z sekundy na sekundę i wszystkie łyki tlenu nie wystarczały, aby zaspokoić jego niedobór. Próbował podnieść się na cztery łapy, ale mięśnie drżały mu pod skórą, nie były w stanie utrzymać jego własnego ciężaru, po czym opadł ponownie na ziemię, jak upadły na jesień zwiędły liść.
~ Gdybym był twoim dziadkiem, już dawno mknąłbyś przez pole z czerwonym tyłkiem! - pomyślał gniewnie Naharys, zbliżając się do syna.
- Nie skończyłeś biegu, Ereden! - powiedział stanowczo Exan, zatrzymując się przy ciężko dyszącym szczeniaku - Zbieraj się i kontynuuj!
- Tato, ja już nie dam rady! - wydyszał Ereden takim tonem, jakby miał zaraz zwrócić z siebie duszę przez pysk -... okej, pojąłem już! Już nie będę!
- Wiem, że nie będziesz. I zamierzam upewnić się, że dotrzymasz słowa. Wstawaj i biegnij dalej! - warknął Naharys, pochylając się nad synem - Wstawaj, albo pożałujesz, smarkaczu!
Naharys taki nie był; Trudno by mu było zdobyć się na takową agresję do syna, niezależnie od tego, jakie psoty wyczyniał. Tęsknota za Piną i do tego ciągłe rozmyślania, co się z nią teraz dzieje - jak się czuje i czy w ogóle żyje - oraz zmęczenie, spowodowane obowiązkiem opieki nad trzema szczeniakami, z czego jeden z nich był nie do wytrzymania, kondensowały w nim kompletne uczucie bezradności i wściekłości. I tę wściekłość, bez jakiejkolwiek kontroli, miał zamiar wyładować na szczeniaku.
- Wstaniesz w końcu! - krzyknął basior - Wstawaj, albo Ci pomogę! Nie chciałbyś tego.
Ereden podniósł się na chwiejące się łapy, które z trudem utrzymywały go w pionie, po czym spojrzawszy na ojca z urazem, powiedział tonem pozbawionym jakiejkolwiek barwy.
- Wstałem! Rób ze mną, co chcesz, ale ja już nie dam rady dalej biec!
Naharys już miał otworzyć pysk i wyrzucić na syna falę wściekłej wiązanki, ale w tamtym momencie wydarzyło się coś, czego nie spodziewał się nikt - A mianowicie z ust Eredena począł wydzierać się paskudny kaszel, który brzmiał, jakby jego wydzielina gromadziła się od miesięcy - stąd takie nieznośne skrzeczenie. Szczeniak dostał po chwili takiego ataku, że kaszel nie odstępował go, ani na półkroku - Naharys z początku podejrzewał, że Ereden usiłuje symulować chorobę - bo też nigdy nie chorował, psia krew! - ale wydźwięk doprowadzał go do zmartwień, toteż nie czekając na nic, poderwał syna w powietrze, usadowił go na swój grzbiet i pędem, ile sił w łapach, pobiegł do lecznicy.
Naharys czuł na sobie, jak Ereden przeraźliwie dygocze, jakby siedział tyłkiem na zamarzniętym jeziorze, ponadto, spoglądając na syna od czasu do czasu, ujrzał wydzielający się śluz z jego nosa i pyska - owe symptomy zaniepokoiły go do tego stopnia, że zaczął rzucać przekleństwa w czasie biegu.

***
Lonya wyjrzała z jaskini, na ukwieconej trawie, niedaleko rosnącego samotnie dębu, ujrzała siedzącego niespokojnie Naharysa. Wiercił się, przebierał przednimi łapami i ciskał w przestrzeń paskudne przekleństwa. Nie zauważył jej, jak kroczyła w jego kierunku, równie zaniepokojona, co brat, ale posłyszał, jak zbliżała się powoli, niepewnie, z miną wykrzywioną w niemym płaczu.
- Z Eredenem coraz gorzej. Wypluwa plwocinę z ropą, ponadto zaczął krwawić z nosa - usiadła obok brata, kładąc łapę na jego ramieniu. Naharys nie tracił z oczu niknącą za zachodnim horyzontem tarczę pomarańczowego słońca. Stracił Pinę - oczywiście, nie potrafił założyć, że wadera umarła, ale bądź co bądź, na taką okoliczność też musi się przygotować - jeśli straci jedynego syna, nie będzie wiedział, czy zdoła pozbierać się po tym wszystkim.
~ Mam jeszcze dwie córki - pomyślał Naharys - bogowie, oszczędźcie mi je, a mego syna ocalcie od śmierci. Bywały chwile, że nie byłem dobrym ojcem, mimo starań. Kocham wszystkie moje szczeniaki, na równi, jak nakazuje sumienie rodzica. Błagam Was mocno, nie odbierajcie mi Eredena.
Z takowymi myślami, serce poczęło bić szybciej i mocniej, a oddech zaś miał niespokojny oraz głośny - Lonya, zauważywszy takowy stan, przytuliła się do brata.
- Hej, nie przejmuj się! Ereden to silny basior, jak jego tatuś - klepnęła brata przyjacielsko w ramię - Zobaczysz, ja i Itami, wyciągałyśmy szczeniaki cało z gorszych choróbsk, o których nawet nie miałeś pojęcia. Zobaczysz! Kilka tygodni i mały diabeł wróci do ciebie, aby znów rozrabiać.
- Nakrzyczałem na niego - przyznał po chwili Naharys, głosem tak załamanym, jakby był przekonany, że szczeniak tego nie przeżyje - Miałem ochotę go dzisiaj rozszarpać, za to, co na okrągło mówi o swoich siostrach. Chciałem mu dać nauczkę, a on teraz umiera.
- Hej! Nie myśl tak! Chłopak jeszcze nie umiera! Co prawda, jego kaszel nie napawa dość optymizmem, ale bądź dobrej myśli! A co z dziewczynkami? Ma się kto nimi zająć?
- Poprosiłem Noiter'a, aby je przypilnował, do czasu, aż nie wrócę - odparł bezbarwnie Naharys.
- Rozumiem. Mówię Ci! Nie masz się czym martwić - powtórzyła Lonya tonem, wypełniony barwami optymizmu i nadziei - Jeszcze będziesz się pluł w brodę za takie myśli, gdy ujrzysz znów śmigającego po łące syna. Klnę się na honor medyczki! - Z tymi słowy, teatralnym gestem przyłożyła łapę do piersi i stanęła na baczność, dumnie wypinając klatkę.
Naharys opuścił głowę, spoglądając na rosnącą trawę między palcami jego łap, po czym uśmiechnął się, obejmując waderę swym silnym ramieniem. Lonya przyłożyła śmiało policzek do szyi brata, uśmiechając się z nadzieją.
- Kocham Cię, siostrzyczko, wiesz o tym? Kocham cię mocno.
Lonya poklepała go kilka razy w pierś.
- Też cię kocham, olbrzymie - odparła śmiało Lonya. - Zobaczysz! Jeszcze ten diabeł zawojuje na tym świecie, a my będziemy chlać za jego zdrowie.
- Tak! Wszystkim ziomkom będę stawiał kolejkę - odparł z lekkim uśmiechem - A nawet dwa! Nie, trzy...
- Hej, hej, bo nas wszystkich uchlejesz tym sposobem - zaśmiała się Lonya.
- Myślę, że nie będzie z Wami, aż tak źle! - odparł Naharys, masując swą łapą ramię Lonyi. - Myślę, że nie...

II Dzień choroby

Gorączki nie udało się zbić, wręcz przeciwnie, było coraz gorzej - Ereden topił się we własnym pocie, był rozpalony do granic możliwości, niczym w hutniczym piecu, ponadto trząsł się mocno, jakby Lonya dopiero co wyjęła go z zamrażalnika. Ponadto zwracał wszystko, co podłożono mu pod pyszczek, z dodatkiem śladowych ilości krwi - jego organizm nie przyjmował nawet leków ani ziół, jakich zaaplikowała mu Itami, a wszelkie próby zbadania szczeniaka, wiązały się z dodatkowym bólem. Ereden bowiem stał się niezwykle wrażliwy na dotyk, a także na światło, dlatego też podjęto decyzję na przeniesienie go, w głąb jaskini, gdzie blask słońca był poza jego zasięgiem.
Naharys nie wrócił do domu na drugi dzień, po prostu nie potrafił, w końcu, za namową szczeniąt, Noiter przyprowadził je ze sobą do lecznicy, tłumacząc się, że dziewczynki bardzo tęskniły za nim. Basior wyszedł na poranne powietrze z widocznym zmęczeniem, kreślącym się na twarzy - oczy miał podkrążone i naznaczone cieniami pod powiekami, bowiem miał już za sobą nieprzespaną noc. Poza tym, nieznośnie bolała go głowa oraz dręczyło dojmujące zmęczenie - ledwo kontaktował i rozumiał znaczenie słów opiekuna, a piski szczęścia waderek na jego widok, doprowadzały go do szaleństwa - nie chodziło mu o nic innego, tylko o cierpiącą głowę. Mimo tego, chwycił waderki w silne objęcie i przytulił do siebie.
- Sini i Shori były bardzo grzeczne. Sini zabrałem do jej nauczyciela strategii, jak prosiłeś, a Shori natomiast świetnie sprawdziła się w nauce latania. Ino patrzeć, jak nasza dama zawładnie nad niebem!- powiedział Noiter z ciepłem i uczuciem, spoglądając na obie jego córki.
- Dziękuję Ci - odparł Naharys, spoglądając na basiora. Nie był w stanie wyrazić więcej ciepła w swych oczach, ani tonie, mimo iż się starał - dźwięczało w nim zmęczenie.
- Tato, co się stało Eredenowi? - zapytała Shori, tym samym przerywając rozwój spokojnej dla niego atmosfery, jaki przyniósł mu dotyk obu córek, świeży i orzeźwiający poranny poranek.
- Skarbie, on... wasz brat bardzo choruje i podejrzewam, że spędzi w lecznicy przez jakiś czas. Paskudnie z nim.
Obie córki nie powiedziały nic z początku; Shori usiadła między jego przednimi łapami, mrugnęła smutno oczami, a jej skrzydła bezradnie opadły na ziemię. Sininen natomiast... cóż, Naharys mógł się tego spodziewać - jej pyszczek nie wyrażał nic innego, jak chłodna obojętność, oczy tak pięknie lśniące w świetle złotego talonu, miały takowy wyraz, jakby chciały rzec "niech się z nim dzieje, co chce, nie interesuje mnie to" - Naharys'a niezwykle zasmucił ten widok.
- W końcu dostał za swoje - mruknęła Sininen.
Naharys nie miał już sił się wściekać za podobne odzewy, więc tupnął tylko łapą i mruknął zmęczony.
- Skarbie, proszę cię! Nie zaczynaj i ty!
- Jak dla mnie, Ereden może zamieszkać w tej lecznicy, będzie to z pożytkiem dla niego, jak i dla nas! - nie ustępowała najmłodsza z córek. Naharys tupnął łapą ponownie, tym razem mocniej i nieznacznie podniósł głos.
- Dosyć... tego! Jesteście rodzeństwem, a to coś powinno znaczyć dla was! Bogowie... o niczym innym teraz nie marzę, jak o spokoju, więc proszę Cię uprzejmie Sini, uspokój się!
- Sini, posłuchaj tatę, proszę cię - dopowiedział łagodnie Noiter.
Ale Sini słuchać nie chciała, toteż odwrócił się od basiorów i swej przybranej siostry plecami ~ Nie chce nam okazywać swej ulgi, że nie ma brata? - pomyślał przelotnie Naharys. Jedna z części jego osobowości podpowiadała mu, że to jedynie szczeniackie fochy kierują jego najmłodszą córką, miał nadzieję, że to kiedyś się skończy. To musi się skończyć!
Jakby jeszcze problemów miał mniej, na głowę wskoczyła mu także zaniepokojona Alfa - późnym rankiem przybył do niego posłaniec, cytując słowa ich pani - która zasypywała go gradem pytań. Ledwo trzymający się na łapach basior, ograniczał się w odpowiedziach do lakonicznych zdań.
- Dlaczego od dwóch dni uchylasz się od obowiązków, kapitanie? - zapytała Alfa, tym samym ze zmartwieniem przyglądając się jego zmęczeniu na twarzy.
- Mam chorego syna. Muszę nad nim czuwać.
Reneesme mruknęła tylko smutno.
- Czemu jesteś taki zmęczony?
Naharys twardo próbował mieć otwarte oczy, ale powieki, jakby pozbawiony nad nimi kontroli, same z siebie opadały na jego oczy.
- Nie spałem całą noc, pani. Czuwałem nad synem. - wydukał sennym głosem basior, kiwając się na boki.
- Czy potrzebujesz, aby ktoś przyjął za ciebie zastępstwo? Na przykład Atrehu? Nic mu się nie stanie, jeśli do grupy skrytobójców, dojdą twoi wojownicy. Będziesz dzięki temu miał możliwość na wypoczynek i zregenerowanie sił.
- Dziękuję, pani - mruknął niewyraźnie Naharys, pokłonił niezgrabnie głowę, po czym zniknął Alfie z oczu, ale zanim wróci do jaskini, zamierzał jeszcze chwilkę spędzić przy chorym synu. Wraz z gęstą plwociną, szczeniak pluł drobinkami krwi, a jego sierść stała się jeszcze bardziej biała - albo to tylko wrażenie sprawiał fakt, że Ereden był kompletnie blady - ponadto majaczył i zdawał się nie rozpoznawać nikogo, kto się koło niego kręcił - mówiąc wprost, wyglądał, jakby dzielił go jeden krok od śmierci.

C.D.N

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 2241
Ilość zdobytych PD: 1120 + 20% (224 PD) za długość powyżej 2000 słów
Obecny stan: 5152 PD

poniedziałek, 14 marca 2022

Od Noiter'a c.d. Copycat ~ Coś nowego

Odwrócił się i zobaczył waderę, którą tak bardzo pragnął zobaczyć. Znalazł ją! Tylko co dalej.
- Witaj, co tu robisz? – spytała, brzmiąc, lekko oschło.
No i tutaj pojawił się problem. Co on to w ogóle robił? Przyszedł tu bez żadnego planu ani wymówki, tylko dlatego, że jego słabe serce chciało zobaczyć znów tę piękną nieznajomą. Otworzył pysk, po czym go zamknął. Wtedy ona spojrzała mu w oczy. Miała piękne jasnozielone spojrzenie, które zdawało przeszywać go aż do duszy. Ciało zaczęło mu płonąć.
- Jestem Copycat, a Ty? – zapytała nagle.
- N-noiter. Miło Cię poznać! – wypalił z lekkim zająknięciem, nim zdążył pomyśleć, o czym mówi.
- Stało się coś, że tu przybywasz? Myślałam, że będę pracować w pojedynkę. – spytała się go, brzmiąc podejrzliwie. Właśnie, jak miał wytłumaczyć to, jak tu się znalazł? To był spory problem.
- Ja… Szukam kogoś na wspólne polowanie – wypalił, po czym dotarło do niego, że zupełnie nie zna się na polowaniu – Znaczy, szukam kogoś, kto by mnie nauczył. Yneryth próbował, ale nie miał za dużo czasu, a nie chciałem słuchać jego narzekań – odparł, lekko omijając prawdę – Wszyscy ostatnio są okropnie zajęci, więc szukałem kogoś, kto jest wolny. Masz może cz-czas?
~No pięknie, już po mnie. To chyba najgłupsza wymówka, jakiej kiedykolwiek użyłem. Pewnie pomyśli o mnie, że jestem stuknięty. ~ Był zły na siebie. Wadera już miała mu odpowiedzieć, gdy nagle usłyszeli szelest z pobliskich krzaków, po czym nagły kwik. Wtem, wyskoczył z nich młody dzik.
- To chyba znak od losu. Gonimy go? – zapytał zadowolony z tego obrotu wydarzeń. Wydawało się, że wszechświat mu sprzyja. Ciekawe na jak długo.

< Copy? Podobno lubisz polować :D >

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 259
Ilość zdobytych PD: 129
Obecny stan: 3072

niedziela, 13 marca 2022

Od Copycat c.d Noiter'a ~ Coś nowego

Ostatnie promienie słońca delikatnie przygrzewały moje ciało, a mięśnie powoli przygotowywały się na nocny patrol. Gdy przyjemne ciepło na całym ciele zniknęło, otworzyłam leniwie oczy i ziewnęłam. Po krótkim przeciąganiu zeskoczyłam ze skały, która już pierwszego dnia po przybyciu została moim ulubionym miejscem do dziennego leniuchowania. Po dłuższej chwili dotarłam na tereny, które przypadły mi do pilnowania.
- Ciekawe czy dzisiaj kogoś spotkam. - powiedziałam cicho i spojrzałam w niebo.
Rozmowa z samą sobą stała się moim nawykiem dawno temu, jeszcze za dzieciaka. Z podziwiania nieba i rozmyślań wyrwały mnie zapachy, które przywiał wiatr. Z ciekawością podążyłam za nową wonią. Znalezienie celu mojej podróży, nie zajęło mi długo. W moment znalazłam polankę, gdzie było wiele ziół i różnych dziwnych roślin. Ze zdziwieniem wspięłam się na skałę i zaczęłam węszyć. Tak wiele zapachów mnie otacza, muszę poznać, chociaż cześć z nich. Gdy powoli zaczęłam powoli przyzwyczajać do wszystkiego i układać wszystko w głowie, poczułam nowy zapach. Zrobiłam się lekko niespokojna, ponieważ woń na pewno nie należała do żadnego kwiatka. Zaczęłam się rozglądać, ale nikogo nie mogłam dostrzec. Zeskoczyłam z kamienia i przeskanowałam okolice raz jeszcze, ale mimo dziwnego uczucia obserwowania, nikogo w okolicy nie mogłam dostrzec. Wróciłam do mojego oryginalnego zajęcia, ale tym razem skupiłam się również na dźwiękach — tak na wszelki wypadek, gdyby nieznana mi istota chciała mnie zajść od tyłu. Wkrótce uczucie bycia obserwowaną ustąpiło, co pozwoliło mi na spokojny patrol.
- - 

Przez ostatni tydzień, dzień w dzień, moje myśli zajmowało to dziwne uczucie, którego doświadczyłam niedawno w nocy. Co to było? Czyżby…
- To ktoś mnie obserwował? - zapytałam głośno i otworzyłam oczy, a serce mi zabiło szybciej.
Albo obserwował mnie ktoś ze złymi zamiarami i powinnam aktualnie być przerażona, albo był tam członek watahy. Czy to znaczy, że w końcu kogoś poznam? Myśli zaczęły się kłębić w głowie jak szalone. Po wyobrażeniu sobie kilku scenariuszy stwierdziłam, że to czas by się zbierać. Słońce chyliło się ku zachodowi, więc bez zbędnych ziewnięć ruszyłam truchtem w stronę Haute Forêt. Zdążyłam chwilę powęszyć i pozwiedzać, gdy do moich nozdrzy dostał się dziwnie znajomy zapach. Nie minęła nawet chwila, gdy w głowie zapaliła mi się lampka.
- Pierwszy raz styczność z tym zapachem miałam tego wieczoru...! Gdy ktoś lub coś, mnie obserwował. - szepnęłam podekscytowana.
Głos rozsądku mówił mi, że to może być zagrożenie i nie powinnam biec w stronę nieznajomego, ale sama myśl, że mogę kogoś poznać, napawała mnie optymizmem. Zwinnym krokiem i z zachowaną ostrożnością, zbliżyłam się do istoty, która zaprzątała mi głowę. Po cichu zaszłam od tylu osobnika i przyjrzałam mu się na prędce. Okazało się, że przede mną stoi młody basior, którego skrzydła od razu rzuciły mi się w oczy.
- Witaj, co tu robisz? – spytałam, licząc, że moje pytanie nie zabrzmiało zbyt agresywnie.
Przecież nie musi mieć złych intencji, no nie? Moje wątpliwości straciły na sile, gdy wilk się odwrócił i na mnie spojrzał. Mimo rogów on wygląda tak miło i uroczo… Jak ktoś taki mógłby być zły? Nieznajomy widząc mnie, otworzył pysk i powoli go zamknął. Spojrzałam mu w oczy, licząc, że będę mogła wyczytać z nich intencje przybysza. Zamiast tego, nieznane mi uczucie, rozprzestrzeniało się po moim ciele. Z jednej strony jakbym otuliła się ogniem, z drugiej jakby skręcało mnie w brzuchu.
- Jestem Copycat, a Ty? – zapytałam, gryząc się lekko w język. Słowa wyszły z mojego pyska szybciej, niż zdążyłam pomyśleć.
- N-noiter. Miło Cię poznać! – powiedział mój rozmówca z lekkim zająknięciem się.
Próbowałam sobie przypomnieć czy gdzieś słyszałam to imię, ale w dalszym ciągu nie zbliżyłam się zbytnio do watahy i nie wiem za wiele o innych wilkach. Nie wiem, w jakim celu mógł tu przybywać, ale z jakiegoś powodu chciałam pociągnąć rozmowę.
- Stało się coś, że tu przybywasz? Myślałam, że będę pracować w pojedynkę. – rzuciłam i tuż po zadaniu pytania strzeliłam sobie mentalnego facepalma. Chciałam się z nim poznać, a to zabrzmiało, jakbym wyskakiwało z jakimiś pretensjami w stylu „co tu robisz, a kysz”. Basior otworzył pysk, by mi odpowiedzieć a ja nerwowo przestąpiłam z łapy na łapę. Zabłądził czy może jednak trafił tam, gdzie chciał, do mnie?

Noiter?

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 668
Ilość zdobytych PD: 334
Obecny stan: 334