Newsy



:Aktualności
.Blog przechodzi obecnie renowację
.Już niebawem pojawią się nowości

:Pogoda
Obecna pora roku ~ Jesień
.Temperatura waha się między 10+ a 0- stopni Celcjusza
.Zmiana pory roku nastąpi 15.12.2022

Liczba wilków ~ 27
Wadery ~ 18 + 1 NPC
Basiory ~ 7 + 4 NPC
Szczeniaki ~ 1
Nieobecni: Brak

~Serdecznie zapraszamy♥~

czwartek, 25 sierpnia 2022

Od Eowiny c.d Belief ~ Kiepsko to wygląda + Quest IX: Na ratunek

Gdy zaczynała odchodzić, jej oczom ukazała się zasypiająca Belief. Stanęła i chwilę jeszcze wpatrywała się w białawą wilczycę, a na jej pysku pojawił się grymas. Zapomniała o jednej rzeczy i dziwiła się sobie, że nie zaczęła od tego. Ranę należało najpierw oczyścić, jednak patrząc z drugiej strony, jej przyszła pacjentka, będąc zajęta jedzeniem, nie będzie tak skupiona na ranie. Praca nie będzie należała do przyjemnych dla pacjentki.

***
Pobiegła sprintem w las. Czas naglił, albowiem rana nie wyglądała dobrze i jak najszybciej trzeba się nią zająć. Jednak wygłodzona wilczyca nie będzie miała sił, by rozpocząć proces regeneracji, który miała zamiar trochę przyspieszyć. I nawet na rękę jej by to było, gdy wilczyca będzie zajęta na czymś innym niż jej leczenie. Wybiegła na otwarte przestrzenie niedaleko jeziora Arbre Divin w poszukiwaniu jakiegoś zająca. Ledwo o nim pomyślała, a tuż koło niej biegł właśnie jeden z nich. Spojrzała się na niego i nagle zdziwiona stanęła. Zrobiła zdziwioną minę, jak to nie zauważyła go, skoro biegł koło niej. Dopiero gdy zorientowała się, że zając już dawno odbił w drugą stronę, wróciła jej jasność myślenia i czym prędzej ruszyła z miejsca, pędząc za jej potencjalną zwierzyną. Musiała naprawdę przyspieszyć, by nadrobić odległość między nimi. Była już trochę zmęczona tak szybkim biegiem i zabrakło już jej siły na decydujący skok. Nie chciała używać mocy, albowiem siły zaraz jej będą najbardziej potrzebne. Po prostu, gdy udało jej się zrównać z zającem, rzuciła się na niego, mając na myśli zaciśnięcie szczęk na jego szyi w locie. Jednak coś poszło nie tak i wilczyca pokoziołkowała z zającem ładnych kilka metrów i gdy wstała na chwiejnych łapach, ofiara już nie żyła. Skręciła kark na skutek upadku wilczycy na jej łepek. Ta tylko wzruszyła barkami i wzięła w zęby zająca, następnie już znacznie wolniejszym tempem ruszyła w kierunku skąd przybyła.

***
Po krótkiej rozmowie z Belief, położyła zająca tuż pod jej pyskiem.
- Zaraz wszystkiego się dowiesz, a teraz jedz. Jesteś u skraju sił, proces regeneracji nie zacznie się, póki organizm się nie wzmocni. - Następnie podeszła do rannej łapy wilczycy i poddała się najpierw badaniu palpacyjnemu, co na pewno biała poczuła. Rana była pobieżnie oczyszczona, ale jednak zakażenie się wdało przez to, że tak długo zwlekała z pójściem do medyka. Zakażenie nie było jednak jeszcze dość rozwinięte, więc szybko powinna dać sobie z tym radę. Na szczęście ze względu, że Eowina, głównie tutaj przesiaduje i trochę się tu już zadomowiła. Miała kilka ziół tu pochowane i na czarną godzinę, które później miała zanieść do swej jaskini. Niedaleko Belief rozpaliła malutkie ognisko, na którym położyła wydrążony kamień. Nalała do niego wody i wrzuciła Arniki i babki lancetowatej. Po czym zostawiła, by spokojnie się zagotowały. W tym czasie wróciła do rozmowy z Belief, widząc, że ta kończy swój posiłek.
- Odpowiadając na twoje pytanie, sama nie wiem, co mnie podkusiło, by dołączyć do watahy. Życie w watasze jest bardziej ekonomiczne. - Tak naprawdę to ukrywała prawdę, że nawet jej, wielkiej samotnicze w końcu jej samotność zaczęła ją męczyć. Nie przyzna się, że tę walkę przegrała z kretesem. Jednak instynkt stadny okazał się zbyt silny. Kiwnęła głową w zamyśleniu, po czym uśmiechnęła się i dodała.
- Nie poznaję Cię, kiedyś byłaś zupełnie inna, ale i ja byłam inna, samotność zbyt mocno się we mnie odcisnęła i zapragnęłam zmienić to i wrócić do życia w grupie, czuć się potrzebnym. - posłała jej serdeczny uśmiech, gdyż przeczucie podpowiadało jej, że z Eowiną jest teraz całkiem podobnie.
- Poczekaj z oceną czy się zmieniłam. - Spojrzała na kamień i szybkim ruchem łapy kazała odrobinie wody z jeziora zgasić ogień pod kamieniem i zostawiając go, by wywar z kamienia trochę ostygł.
- Trudno żyło się samemu. W społeczeństwie jest bezpieczniej, co w końcu pozwala na odpoczynek i tereny watahy obsypują w zwierzynę łowną. Głównie patrzyłam, jak przeżyć. - Powiedziała chłodnym głosem. Nie chciała pokazać słabości, jakiej się poddała. Choć Belief już zdążyła poznać na tyle, by wiedzieć, że nie musi tak mocno zamykać się przed wilczycą. Stare nawyki dają o sobie znać, ale Bel trafiło w sedno i nie chciała tego okazać.
- Teraz uwaga, zaboli. - Ostrzegła i położyła kamień z zastygniętym już, ale dalej parującym wywarem do oczyszczenia rany wilczycy. Za pomocą swojej mocy uformowała małą kulę wody nad kamieniem, zostawiając w nim rozgotowane rośliny i dała trochę swojej energii, by wzmocnić działanie roślin. W sumie to było odwrotnie — użyła roślin, by mniej oddać swojej energii do leczenia Belief. Następnie skierowała wywar na ranę, pozwalając, by się po niej rozlał i utrzymała, by z niej nie spłynął. Poczekała chwilę, po czym zakończyła panować nad wodą i to, co się nie wchłonęło, ściekło z ciała białej na ziemię. Przeniosła wzrok na jej pysk, obserwując, jak zaciska zęby z bólu i dała jej chwilę, by doszła do siebie.
- Daj spokój, wiem, że Ci się tutaj podoba. - posłała jej kolejny zadziorny uśmiech i gdyby mogła, szturchnęłaby ją teraz zabawnie, jednak żarty odeszły na bok. Biała syknęła z bólu i wyprostowała całe swoje ciało w boleści. Eowina spojrzała na Belief wzrokiem mówiącym: „A daj mi ty spokój”. Jednak biała trafiła w punkt. Naprawdę zaczynało się jej tu podobać, choć sama w to nie dowierzała. Ona? Samowystarczalna i silna samica mogłaby poddać się instynktowi stadnemu? Tak, dokładnie tak się właśnie działo. Za nic, dzisiaj by się do tego nie przyznała, albowiem do niej samej zaczęło to dopiero dochodzić.
- Spokojnie zaraz zrobię miksturę przeciwbólową, co uśmierzy trochę ból i pomogę dość ci do jaskini medyka lub jak chcesz do mojej i tam na przestrzeni kilku następnych dni będę leczyć twoją ranę. - Łgała jak pies. Mogła od razu ją wyleczyć, ale instynkt samozachowawczy kazał się nie wychylać za bardzo przed szereg. Tłumaczyła sobie to tym, że nic się nie stanie, bo jej życiu nie zagraża już niebezpieczeństwo i przecież ja wyleczy, tylko potrwa to trochę dłużej. Korzystając, że szybko zmieniła niewygodny dla niej temat, odeszła od Belief dając jej odpocząć. Znowu rozpaliła małe ognisko, wzięła i nalała do wydrążonego kamienia wody i położyła na ognisku, by woda się zagotowała, jednocześnie dodając do wody jarzębiny, wrzosu i goździków, zostawiając mieszankę do zagotowania. Gdy mikstura była gotowa, zgasiła wodę jednym ruchem łapy, każąc małej ilości wody z jeziora zgasić ogień i zostawić do wystygnięcia. W czasie oczekiwania spojrzała na prawdopodobnie drzemiącą Belief i zaczęła rozmyślać o swojej egzystencji tutaj. Wróciła do rzeczywistości, gdy łapą weszła w kamień z miksturą, powodując, że kilka kropel uleciało z naczynia.
- Belief. - Ta zaspana podniosła głowę i spojrzała na Eowinę. Okazało się, że wilczyca jednak zasnęła.
- Mikstura gotowa, wypij i gdy zaczniesz odczuwać mniejszy ból, daj znać. - Po czym podała jej kamień z naparem już letni i gdy tylko dostała znak podeszła do Belief i pomagając jej wstać, ruszyły powoli w kierunku jaskiń.

Belief?

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1101
Ilość zdobytych PD: 550 + 5% (27)
Nagroda za Quest: 400 PD +7 pkt obrona, +6 pkt inteligencja, +2 pkt spryt
Obecny stan: 977

poniedziałek, 22 sierpnia 2022

Od Yneryth’a c.d. Shani ~ Pogrzebać przeszłość

Sytuacja nie wyglądała zbyt kolorowo, ptak siedział z dala od zasięgu łap obojgu wilków. Oboje patrzyli do góry w konsternacji. Nie wiedzieli jak odzyskać tak cenny dla nich worek prochów. Stali bezradnie pod koroną, patrząc teraz na siebie. Po chwili niemocy, żółtooki wpadł na prawdopodobne rozwiązanie problemu. Niestety nie mógł po prostu zacząć faszerować drzewa skałami, tak aby utworzyć sobie schody dookoła pnia. Takie rozwiązanie na pewno spłoszyłoby złodziejaszka. A to nie było pewnym zwycięstwem. Samiec zdawał sobie sprawę, że ptak mógł odlecieć ze świeżo zdobytym łupem, co znów zmusiłoby ich do biegnięcia za celem. To zadanie wymagało finezji, za która nieszczególnie przepadał.
- Mam plan. – Powiedział pewnym siebie głosem. – Byłoby bezpieczniej, gdybyś na chwilę odeszła z okolicy tego drzewa. – Wyciszając się, nie słuchał, co odpowiedziała, w tym momencie nie było to dla niego istotne.
Yneryth rozstawił nogi, tak aby mieć stabilną i pewną pozycję. Wyprostował ogon i zamknął swoje oczy. Powietrze w jego okolicy zdawało się powoli wibrować, a lekkie smugi wiatru go okalać. Powietrze powoli zmniejszało swoją temperaturę. Wraz z przepływem czasu było widać, jak powietrzna bańka jaśniała, wyróżniając się od reszty. Powietrze wraz ze zmianą koloru zmniejszało swoją objętość. Chwile później nie było już śladu po zaistniałym zdarzeniu, jedynie pozostały ślady na jego ciele. Futro było oszronione, a sam wilk zdawał się lekko połyskiwać. Z daleko nie było najważniejszego. Zarówno łapy, jak i jego pazury pokryły się lodem. Jednak to nie był jeszcze koniec. Biały otworzył oczy. Gałki oczne zdawały się lekko błyszczeć. Po otwarciu oczu wilk rozluźnił postawę. Basior zaczął powoli wykonywać kroki do przodu. Spod jego łap wymywał się piasek. Wił i plótł po ziemi niczym uciekający wąż. Trawa kładła się pod jego naporem i układała na ziemi. Piasek zbierał się przed wilkiem, formując się i usztywniając. Gdy piasek ułożył się w kształcie rampy, Yneryth zaczął swój bieg. Wyskakując z podniesienia, kierował się na pobliskie nieco niższe drzewo. Kiedy jego łapy szybowały już w powietrzu. Rampa gwałtownie znów wróciła do swojego naturalnego kształtu w postaci piasku. Część ze skalnych okruchów poszybowała wraz z basiorem. Biały dosłownie zniknął, dotykając drzewa. Yneryth’owi wydawało się, że cała operacja została wykonana wystarczająco cichy, lecz mimo wszystko nie opuszczał sąsiedniej korony. Czekał czy ptak jakoś zareaguję. On zaś jednak nie przejmował się niczym, siedział i bawił się swoją nową zabawką. Widząc to, samiec wykonał ostrożnie kilka kroków po gałęziach. Ostrożnie przesuwał się w głąb i górę, za pomocą swoich przedłużonych o lód pazurów. Będąc już w zasięgu skoku na drugie, lekko się zawahał. Skok mógł się skończyć bolesnym upadkiem, ponieważ powierzchnia gałęzi drugiego drzewa była dość mała. Nie miał jednak wyboru, skoczył, licząc na to, że się uda. Nie udało mu się złapać wybranej gałęzi, minął ją i przeleciał tuż obok. Z lekko paniką uderzył o pień wysokiego drzewa. Zdawało się, że dziś jednak miał trochę szczęścia. Szpony wbiły się w kory. Wilka powoli osunął się metr niżej, pozostawiając dość spory ślad na drzewie. W tej chwili jednak nie myślał o upadku, tylko o tym, czy ptak przypadkiem nie odleci spłoszony dźwiękiem. Trzepot skrzydeł rozległ się zaraz po zderzeniu. Liście i stare wyblakłe pióra posypały się z korony drzewa. Między nimi zaczęły przedzierać się promyki słońca. Yneryth gwałtownie sprawdził stan lodu. Nie był on już pierwszej świeżości, tyle musiało mu wystarczyć. Napiął mięśnie przednich łap i podciągnął się. Kilka minut później, siedział już na jednej z gałęzi. Pazury jednak nie nadawały się do dalszej podróży. Złapał szczękami za łapę i zacisnął na niej swoje zęby, Lód po chwili strzelił, rozsypując się. Teraz zdany był już tylko na siebie. Gdzieś w głębi wiedział, że szanse na upadek gwałtownie wzrosły. Przełknął ślinę i zaczął wspinaczkę.

*
Był już, prawię na samym szczycie, widział już gniazdo i złodziejaszka. Ptak przesiadywał na kupie jakiś błyszczących rupieci. Dla Yneryth’a tamte klamoty nie miały żadnego znaczenia. Właściwie to worek z prochami również, mimo tego, że była to przepustka na nowy świat. Teraz w głowie układał sobie plan jak dobrać się do worka, tak aby go nie uszkodzić. Nie przychodziło mu do głowy wiele rozwiązań. Z chęcią pozbyłby się ptaka, zaciskając na nim swoje uzębienie. Wypadało jednak w miarę się opanować, gdyż z dołu ktoś obserwował jego poczynania. Wypuścił powietrze bez większego zastanowienia. Skrzydlaty usłyszał świst powietrza, uniósł swoje skrzydła i zaczął nimi trzepotać, wydając przy tym okazałe dźwięki.
- Lepiej już nie będzie. – Powiedział w myślach, po czym zaczął zbliżać się do stworzenia.
Złapał go szczękami za jedną z nóg, tą, która trzymała worek. Ciągnął i szarpał łbem, lecz nie przynosiło to upragnionego rezultatu. Oboje szarpali się, przetrącając różne błyskotki. Szarpanina trwała w najlepsze, jedno i drugie było równie uparte. Ptaszysko próbowało złapać wilka pazurami, jak równie trafić dziobem. W samo obronie biały nie miał jednak dużego pola do popisu. Tak też gniazdo spłynęło krwią, piórami i futrem. Światło, które wcześniej odbijało się od przedmiotów, zniknęło. Maź odizolowała powierzchnie od promieni słońca. Pomiędzy błyszczącymi jeszcze kamieniami płynęła wolno stróżka świeżej krwi. Kolor cieczy powoli ciemniał pod wpływem zgęstnienia. Krew ów wypływała ze złodziejaszka, basior jednak nie uszedł bez uszczerbku na własnym zdrowiu. Na ciele Yneryth’a pojawiły się nowe rany i zadrapania. Basior jednak niezbyt się nimi przejmował. Podszedł do krawędzi gniazda i zrzucił worek z prochami. Zanim zszedł, musiał się jeszcze rozejrzeć po gnieździe, za jakimiś specjałami natury. Snuł się od kupki do kupki ostatnich migoczących rzeczy, szukając czegoś, co kupi jego oczy. Przekopując jedną z kupek, znalazł coś, co od razu wpadło mu w oko, był to kamień o płaskich i gładkich ściankach. Przedmiot był prawie przeźroczysty, ale kolor wypełniający skałę był onieśmielający. Nie był pewien, po co to zabiera, samemu wcale tego nie potrzebował, może Shani będzie chciała sobie zabrać pamiątkę. W najgorszym wypadku będzie go taszczył i odda go Noiter’owi. Warto jednak spróbować pozbyć się go od razu.

< Po zejściu z drzewa >
- Zabrałem ci jedno ze świecidełek, o ile chcesz. – Pokazuje kamień, po czym łapie w pysk upuszczony worek.

Shani?

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 977
Ilość zdobytych PD: 488
Obecny stan: 1169

piątek, 19 sierpnia 2022

Od Hattie c.d. Yneryth'a ~ "Wschód Słońca"

Wadera weszła niepewnym krokiem do jaskini alfy. Niemalże od razu napotkała zaciekawione spojrzenie zielonych oczu na sobie. Hattie zdała sobie sprawę, że przez całą drogę od jeziora, aż tutaj, nawet przez chwilę nie pomyślała o tym, co chciałaby właściwie powiedzieć. Podeszła jeszcze dwa kroki bliżej, stąpając bardzo ostrożnie. Zaczekała, aż o wiele wiosen starsza od niej samica także podejdzie do niej. Bił od niej niezwykły spokój, który otulił Hattie jak mięciutki mech. Mimowolnie, na pyszczek samicy wdarł się delikatny uśmiech.
- Witaj, droga alfo tutejszej watahy. Na imię mam Hattie i zostałam tutaj sprowadzona przez basiora o imieniu Yeneryth. - przedstawiła się. Srebrno-ognista wadera skłoniła serdecznie głowę.
- Miło Cię poznać. Na imię mam Renesmee, co Cię tutaj sprowadza? - zapytała, zerkając za plecy kruczoczarnej, jak gdyby czegoś, bądź kogoś, wypatrywała. „O czymś chyba jeszcze nie wiem?” - pomyślała Hattie, przypominając sobie, że wiele wilków ma magiczne zdolności, o których zapewne nawet nie ma pojęcia. Młoda samica odetchnęła głęboko i szczegółowo wyjaśniła alfie, jak tutaj trafiła oraz czego bardzo by chciała.
- Oczywiście, moja droga, że możesz się u nas zatrzymać. Oczywiście, przez pewien czas będziemy mieli na Ciebie oko. Mam nadzieję, że szybko zaaklimatyzujesz się w naszych szeregach. - uśmiechnęła się. Hattie już polubiła Renesmee. Bardzo ceniła jej pewność siebie oraz opanowanie. „Chyba jest alfą idealną” - pomyślała ciepło Hattie.
Wychodząc z jaskini, kruczoczarna wadera o włos nie dostała zawału, gdy tuż zza ściany wyłonił jej się ciekawski pysk Yeneryth’a. Samiec przez moment wydał się zawstydzony, przez co Hattie przekręciła w bok głową.
- Podsłuchiwałeś nas? - zaśmiała się przyjaźnie.

<Yeneryth? Przepraszam, że musiałeś tak długo czekać! >

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 253
Ilość zdobytych PD: 126
Obecny stan: 126

Od Sininen ~ Egzekutor [Cz. 1]

Wzdycham ciężko i podobnie wypuszczam nagromadzone powietrze ustami, wzrok wodzi po pustej ciemności. Już dawno straciłam rachubę o ilości czasu, który przeminął, odkąd tu się znalazłam. Na pewno minęło sporo tego, już blisko po kilku latach przestałam liczyć. Nawet zapomniałam już, jak tu się znalazłam... Wszędzie tylko ta ciemność, która ogarnia mnie z każdej strony. Nigdzie nie ma jakiegoś punktu w celu zawieszenia wzroku. Kompletna pustka. Czasem, nieświadomie wyciągam swoją łapę i przejeżdżam nią po piórach, zastanawiając się przy tym, jak to się stało. Pamiętam, że znaczyły one wiele, były wychwalane, podziwiane... Nie pamiętam tylko ich imion oraz postaci, które wznosiły głośne okrzyki. Moja postać nawet w tej pustce straciła swoje barwy z czasów świetności, stałam się częściowo prześwitująca, kolory ciała również się rozproszyły.
Patrzę przed siebie całkiem często. Podobno miałam jakąś misję to wykonania, tą z rodzaju wielkich. Co przypominam sobie na tą chwilę? Od początku czekam na swojego następcę, dziedzica mającego przejąć pałeczkę i dokończyć moje zadanie, gdyż ja już nie mogę. Pozostaje mi tylko czekać na tego, kogo wybrał los.
Nie pamiętam, jak się właściwie nazywam. Miałam wiele imion, których nie mogę sobie przypomnieć. Ale jedno jest pewne. Jak mnie najczęściej nazywali.
Egzekutor.

*
Czasem spoglądam na swoje ciało i ciężko jest mi sobie wyobrazić, jak kiedyś wyglądałam. W obecnym stanie przypominam starego ducha pokrytego dodatkowo grubą warstwą kurzu, ponieważ inaczej trudno jest mi opisać zastałe barwy i tego typu rzeczy. Stałam się również nieco ciemniejsza i mogę się założyć, że oczy nie wyglądają w lepszym stanie. Niestety, tutaj nie ma żadnej formy zwierciadła na dostrzeżenie swego odbicia. Pozostają same wyobrażenia. Z jednej strony to dobre, gdyż pozwala na zajęcie myśli podczas pozostawania w stanie ciszy w tej ogromnej pustce, ale z drugiej na jak długo? Mogę jedynie tutaj czekać, nic więcej. Odczuwam jedynie cierpliwe oczekiwanie. Nie odczuwam przecież żadnych potrzeb fizjologicznych, zatem głód, pragnienie czy zmęczenie nie jest mi straszne.
Pewnie zastanawiasz się, czemu tak jest, prawda? Sprawa jest banalnie prosta.
Nie żyję od wielu lat.
Jestem jedynie pozostawionym cieniem po sobie samej.
Nie uskarżam się na swój los, nie. Cierpliwie czekam na wskazanego przez los spadkobiercę i będę pozostawać w oczekiwaniu tyle, ile tego wymaga. Może jeszcze się nie narodził? Albo nie obudził w pełni swoich mocy? A może jeszcze nie jest gotowy na zgłębienie się w siebie? Jest tak wiele możliwości... Lecz nie bój się, kimkolwiek jesteś lub gdzie jesteś, jestem od początku z ciebie bardzo dumna i nie mogę się doczekać naszego poznania. Na pewno mamy wiele wspólnego... Ach, sama myśl wywołuje lekki uśmiech na pysku!
Pospiesz się w miarę możliwości, mój drogi. Nie mogę już się ciebie doczekać...

*
W końcu coś zaczęło się zmieniać. Pustka, która do tej pory była ciemna, zaczęła przejaśniać swe barwy do ciemnej szarości. Było to o tyle niecodzienne zjawisko, że od razu wyłapałam powolną przemianę otoczenia, najpewniej z powodu długotrwałego zawieszenia tutaj w geście oczekiwania na całkiem niezrozumiały los w swoich warunkach. Znaczny czas później i moja postać stała się bardziej cienista, jakby mimowolnie pragnęła zrobić kolejny krok dalej w celu stania się jednością z otaczającą mnie pustką. Kontur ciała i wyraźne zaznaczenie każdej części z niego jednak cały czas pozostawał na swoim miejscu oraz w widoczności.
Podniosłam uszy. To musiał być znak, iż niedługo dane będzie mi poznać tego, na kogo od tak dawna czekam. Od razu poczułam iskrę oznaczającą pozytywne niemożność doczekania się.

*
To było niezwykle interesujące do oglądania, wiesz, o co mi chodzi? Moment, podczas którego twoja sylwetka zaczęła się pojawiać. Trochę to trwało, zdajesz sobie sprawę? Z początku to były bardzo słabe, gdyż ledwo widoczne błyski, które trwały najwyżej ułamek sekundy. Twoje ciało leżało w nieco zwiniętej pozie spania, tak bardzo przypominało mi to widok młodych szczeniąt przy bokach ich rodziców. Rozczulało to za każdym razem, zatem tym bardziej obserwowałam z podekscytowaną namiętnością twoje przybywanie. Nareszcie zaczęliśmy nawiązywać wspólny sygnał. Od początku byłam ciekawa, co było tego przyczyną. Ach, niedługo powiesz mi!
Twoje ja najwyraźniej było bardzo zagubione i nie znało tego miejsca, dlatego tak długo i krótkotrwale migało, nim zaczęło w pewien sposób rozumieć sytuację. Rozumiem to, nawet bardziej niż myślisz. Skłamałabym, gdybym ci powiedziała, że przeżyłam dokładnie to samo, bo tak nie było. Twoje wewnętrzne ja umysłu lub duszy może tu dobrowolnie wejść po usłyszeniu mojego zaproszenia, z kolei ja zostałam tu zapieczętowana, chociaż może raczej część mnie. I chociaż czekam tu na ciebie, decyzja nie należy do mnie, gdyż to ty zostałeś wskazany przez los na dokończenie mojego zadania. Mój najdroższy dziedzicu, tak długo na ciebie czekałam...
W końcu, twoje ja zaczęło stopniowo ostawać w pustce, gdzie i ja wiszę od niesłychanie dawna. Rozpoznałam to w momencie, gdy twoja postać stawała się bardzo powoli jaśniejsza i widoczna na około sekundę, aż w końcu całkiem cię mogłam widzieć. Możesz sobie myśleć i mówić co chcesz, ale z chwilą zobaczenia cię lepiej od razu wiedziałam, że cię kocham. To coś w stylu więzi rodzinnej, jeśli się zastanawiasz, kochałam cię od zawsze, jak matka swoje szczenię i to w dodatku wyczekiwane. Może jeszcze nie otworzyły się twoje oczy, ale natychmiast byłam pewna, że jesteś idealną personą, podświadomie to czułam i miałam niezachwianą pewność swojej racji. Wiesz, co było dla mnie jeszcze lepsze? Z każdym wyraźniejszym dostrzeżeniem twojej śpiącej sylwetki, coraz mocniej cię kochałam w pełni znaczenia tych słów.
W końcu, dostrzegam, jak otwierasz swoje oczy. Z początku powoli, zapewne musisz się czuć jak wybudzanie z głębokiego snu, ale tylko do momentu zorientowania się znajdowania się w ciemnoszarej pustce o niewiadomym pochodzeniu i celu. Po dotarciu tej informacji otwierasz gwałtownie oczy i podobnie zrywasz się z pozycji leżącej, żeby natychmiast rozejrzeć się wokół siebie. Odczuwasz strach, czy też raczej dyskomfort?
- Nie obawiaj się. - Odzywam się spokojnym głosem ku tobie. Dostrzegasz moją obecność, ale nie wykonuje ku tobie żadnego niepokojącego ruchu. - Krzywda cię tu nie spotka. Czekałam na ciebie od tak dawna...
- Kim jesteś? - Ach, mogłam się spodziewać tej nieufności w głosie i pozie. Uśmiecham się jedynie na tyle delikatnie, na ile mogę. Nie chcę cię przestraszyć.
- Już dawno zapomniałam moje faktyczne imię. Możesz mi mówić Egzekutor. Tak się cieszę, że udało nam się nawiązać kontakt...
Nie dane jest mi dokończyć i nacieszyć się twoją obecnością, gdyż nagle twoja postać wibruje i gwałtownie znika, równie szybko co się zmaterializowała w pełni. Coś musiało zerwać połączenie, może obudzenie się albo wyrwanie z własnych myśli? Ja się jednak nie martwię — skoro już udało nam się porozumieć, teraz pójdzie to znacznie prościej. Tylko czekać na zaśnięcie z twojej strony. Będę tu na ciebie czekać z radością. Nie mogę już wysiedzieć na samą myśl o poznaniu twojego imienia...

~*~
- Sininen! - Głos starszej siostry wyrwał młodszą z nieświadomej i mimowolnej drzemki za dnia. Wspomniała, natychmiast spojrzała na Chmureczkę, która spoglądała na nią z troską. - Wszystko gra? Pierwszy raz widzę, że przysypiasz poza nocą.
- Tak... Wszystko gra. Zamyśliłam się chyba — odpowiedziała jej po chwili zastanowienia. To był bardzo dziwny sen.
...
Bo to był sen, prawda?

Cdn.

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1142
Ilość zdobytych PD: 571 + 10% (57 PD)
Obecny stan: 628

Od Belief c.d Lorelai ~ "Powiew nadziei"

Wracała wieczorową porą do swojego domu, zmęczona po treningu. Trzeba przyznać, że Naharys dał jej dzisiaj porządnie w kość, ponieważ czuła wszystkimi łapami delikatny ból. Marzyła jej się teraz tylko kąpiel i sen na miękkiej ściółce tuż obok swojej nory. Brała głęboki oddech raz po raz, uśmiechając się radośnie do każdego napotkanego motyla czy innego stworzenia. Czuła po raz pierwszy od dawna jakąś namiastkę szczęścia, mimo że wciąż jeszcze noce spędzała samotnie i z dala od pozostałych członków stada. Przynajmniej każdego dnia miała przymusowy długi spacer, który nie pozwalał jej na rozleniwienie mięśni. Niczym niezmącony spokój, zaprowadził białą waderę wprost nad jezioro Lac de Cristal, które czarnoucha obrała sobie za swój dom, znajdujący się w norze nieopodal, u podnóża jednej z gór. Gdy była już blisko, zatrzymała się, by wziąć głęboki oddech, jak zawsze, kiedy chciała się upewnić, że jest sama. Dzisiejszego wieczora jednak coś ją zaniepokoiło. Wiatr zawiał w jej plecy, niosąc ze sobą nieznajomy zapach całkiem obcego wilka. Wadera nie odwracając się nawet, przez wzgląd na to, że mogłaby być obserwowana, zastrzygła lekko uchem. Od razu przypomniała jej się, groźba cieni, które zapuszczają się na tereny watahy w ostatnich czasach. Jednak były widywane do tej pory w zupełnie innym miejscu. Czyżby zawędrowały tak daleko by teraz uprzykrzać życie młodej posłańczyni? Zastrzygła czarnym uchem raz jeszcze i ruszyła w dół ścieżki. Gdy była już na dole, nagle ruszyła biegiem w bok w zarośla. Przebiegła kilkadziesiąt metrów wykonując różne manewry mające na celu zgubienie istoty, która ją śledzi, po czym nie mając za bardzo innego wyjścia, wślizgnęła się do swojej nory. Ułożyła się w niej wygodnie i wystawiła łeb na zewnątrz, moszcząc go w trawie, która okrywała wejście i wilczycę. Miała widok na jezioro, więc zastygła w bezruchu i czekała na to, co się wydarzy, odrzucając kąpiel na dalszy plan.

^^
Samotna wadera, idąc tropem Belief, musiała nieźle się na główkować, nim pokonała wszystkie przeszkody, na którą trasie pokonała wilczyca, której poszukiwała. W końcu jednak trop się urwał, ale jej oczom ukazało się potężne jezioro. Nikt nigdy nie zaprzeczał piękności tego miejsca, bowiem za jeziorem rozciągały się wspaniałe dla oczu pasma górskie. Samotniczka westchnęła i podeszła do tafli jeziora, by napić się wody. Nie umknęło to spojrzeniu, ukrytej w pewnej odległości Bel. Przyglądała jej się uważnie, oceniając ryzyko, jakie mogłaby przysporzyć stadu. Jednak po chwili obserwacji jej zachowania, stwierdziła, że nie ma się czego obawiać. Bel zobaczyła w białej wilczycy siebie, przed laty, kiedy tułała się w samotności, po obcych terenach, szukając swojego miejsca na ziemi. To natychmiast dodało jej otuchy i spoglądając jeszcze chwilę na samicę, nasunęła jej się myśl, że samica wygląda na wyczerpaną i zagubioną. Wyszła więc z nory bardzo cicho i pobiegła w głąb lasu, zostawiając nieszczęśniczkę, ale to tylko pozory. Po paru chwilach Belief powróciła, niosąc coś w pysku. Położyła to na ziemi i spojrzała jeszcze raz na samicę, która ku jej myśli, została przy jeziorze, siedząc przy nim i obserwując otoczenie. Wzięła więc znów do pyska martwego zająca i potruchtała wesoło bliżej, zwalniając, gdy przekraczała ścianę krzewów i wyszła na kamienne podłoże. Gdy została już zauważona, podeszła bardzo powoli do samicy, pod kątem, by jej nie wystraszyć. Położyła zająca na ziemi i spojrzała na nią. Zapadła chwila ciszy, a samice przyglądały się sobie. Lorelai dostrzegła białą wilczycę o zielonych oczach, trzech zielonych kreskach pod oczami, bujnym czarnym ogonem, końcówki uszu i łap o atletycznej budowie. Belief zaś zobaczyła z bliska samicę, którą obserwowała wcześniej z daleka i dopiero teraz zobaczyła dokładnie jej futro i umięśnione łapy. Przekrzywiła lekko głową i posłała jej serdeczny uśmiech, jak to miała w zwyczaju.
- Cześć. Nazywam się Belief.
- Witaj, ja jestem Lorelai. - odpowiedziała nieśmiało tamta, wciąż spoglądając na Bel nieco zestresowana.
- Wyglądasz mi na zmęczoną, zagubioną, głodną i....
Nie dokończyła, ponieważ Lorelai to zrobiła
- ... samotną?
- właśnie! Przypominasz mi mnie, kiedy byłam równie samotna i oddalona od domu.
- Jaa.... już nie pamiętam, kiedy ostatnio...
Tym razem to Belief przerwała.
- Nic nie musisz mówić, wiem jakie życie potrafi być brutalne. - zniżyła łeb z uśmiechem i nie wymagając niczego więcej w zamian, popchnęła nosem królika pod jej łapy. Podniosła łeb i oddaliła się w bezpieczną odległość, by samica czuła się bezpiecznie.
Kiedy zjadła, Belief zaprowadziła ją do swojej nory. Nie była to może wielka grota, ale z pewnością wystarczająca, by pomieścić dodatkowych gości. Bel opowiedziała jej o sobie i swojej nieśmiałości wobec watahy z uwagi na dość trudną historię życia, co i Lorelai potwierdziła u siebie. Belief gdzieś w podświadomości czuła jakieś podobieństwo z waderą. Choć pochodziła z całkiem innej watahy, przecież jej przodkowie mogli być z krain pochodzenia Lorelai. Nigdy nic nie wiadomo, zwłaszcza jeśli nie wie się zbyt wiele tak jak w przypadku Bel.
Lorelai spędziła spokojną noc w norze czarnouchej, która spała na zewnątrz, pilnując, aby niebezpieczeństwa trzymały się na dystans. Kiedy Bel zbudziła się rankiem, Lorelai czekała już na nią przy jeziorze.
- Dziękuję za bezpieczną noc.
- Polecam się, jeśli będziesz potrzebowała pomocy, wiesz gdzie mnie szukać.
Samica kiwnęła głową i uśmiechnęła się delikatnie. Samice rozmawiały jeszcze przez chwilę.
Zupełnie odruchowo i naturalnie Bel zapytała nową członkinię o to, czy chciałaby poznać tereny, gdy tamta kiwnęła głową z aprobatą, wilczyce wstały i ruszyły na długi spacer. W pierwszej kolejności, gdy zatrzymały się na wielkiej polanie, Belief wskazała łapą na rosnący w oddali bujny i ciemny las Forêt Ombragée.
- Tam pod żadnym pozorem nie wolno chodzić, a zwłaszcza samemu. Alpha przestrzegła nas przed tymi lasami. Mieszkają tam podobno stworzenia, które nie są dla nas przyjazne, a nawet wrogo nastawione. - tłumaczyła. - czasem zapuszczają się na nasz teren i trzeba uważać, by nie znaleźć się zbyt blisko tamtego miejsca.
Dalej wilczyce maszerowały na południe, Belief po wcześniejszym wywiadzie, omijała miejsca, które samica już zdążyła poznać, aby uniknąć znudzenia. Gdy weszły ponownie do wielkiego lasu i minęły kilka lokacji, nagle Belief zastrzygła uszami i rozejrzała się. Usłyszała bowiem bardzo dziwny dźwięk z głębi lasu. Obie przystanęły na chwilę i niespokojnie badały wzrokiem teren. Instynkt Belief i osobowość która, podpowiadała jej w takich momentach, by sprawdzić każdą dziurę, byle by się dowiedzieć, co to było, rwały ją na przód. Jednak świadomość, że ma u boku całkiem nową osóbkę i przypominając sobie siebie przed laty, skuliła się jedynie i spojrzała na Lorelai, by odczytać z jej pyska, co chciałaby teraz zrobić.

Lorelai?

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1035
Ilość zdobytych PD: 517
Obecny stan: 517

poniedziałek, 15 sierpnia 2022

Od Lorelai do kogoś ~ "Powiew nadziei"

Życie na Wiecznych Zboczach nie należało do najłatwiejszych. Niskie, momentami skrajnie niskie temperatury połączone z silnym, mroźnym wiatrem sprawiały, że nawet najsilniejsze i najzdrowsze wilki z watahy często drżały z wychłodzenia. Śnieg nie padał tu często, jednak gdy nadchodził, sytuacja stawała się jeszcze gorsza. Nie widywano go tutaj bowiem w formie lecących powolutku z nieba pięknych płatków, nadających urok zimowemu krajobrazowi i dających choć trochę radości zmęczonej watasze, lecz jako ostre i niebezpieczne śnieżyce. Trwały one zazwyczaj po kilka dni, a w ich trakcie śnieg nie przestawał sypać nawet na chwilę. Podczas ich trwania widoczność spadała diametralnie i całe dnie pogrążone były w ciemności. W połączeniu z porywistym, nieustającym wiatrem, niosącym za sobą fale śniegu, skutecznie uniemożliwiało to opuszczanie jaskiń na dłużej niż chwilę. Nikt z resztą nie miał wtedy powodu, aby wyruszać poza bezpieczne schronienie. Zwierzyna, która była dość nieliczna w tych rejonach nawet w trakcie najbardziej sprzyjających pór roku, podczas śnieżyc znikała całkowicie, chowając się w swoich norach, bądź uciekając w stronę nizin, co wykluczało polowanie nawet na kilka następnych dni. W takich momentach wataha musiała przeżyć, korzystając jedynie ze zgromadzonych zapasów, co było nie lada wyzwaniem, nie były one bowiem liczne.
W zimę wszystkie te problemy narastały. Dlatego właśnie w tym okresie pogoda zbierała najbardziej krwawe żniwo. Wiele wilków nie wracało z wypraw, przymierało głodem, a także padało ofiarą wyziębienia, które powodowało z kolei liczne choroby, szczególnie u młodych wilków. Niestety nietopniejący śnieg znacznie utrudniał uzyskiwanie roślin leczniczych, przez co to właśnie choroby były przyczyną największej ilości zgonów.
Lorelai zdała sobie z tego sprawę już pierwszej zimy. Kiedy jeszcze jako półroczny wilczek wraz z trójką rodzeństwa tuliła się do boku matki, cały czas drżąc z zimna, jeden z jej braci zaczął zanosić się przeraźliwym kaszlem. Mimo tego, że maluchów zupełnie to nie obeszło, bo jedyną rzeczą, o której myślały w tamtym momencie, było ciepło kryjące się przy boku rodziny, to wśród dorosłych wilków wywołało to pewne zamieszanie. Mama Lorelai, Lilith, od razu zerwała się na nogi i z paniką oddzieliła chorego brata od reszty rodzeństwa. Odpoczywający nieopodal ojciec również zareagował natychmiastowo i podbiegłszy do reszty rodziny, wziął przerażonego, małego basiora za kark i pospiesznie odniósł go do innej jaskini. Przyczyną całego poruszenia był oczywiście strach. Rodzice obawiali się najgorszego, że wilczka dopadła choroba zwana w tych rejonach szczenięcą grypą. Spotykała ona, jak sama nazwa mówi, młode wilczki, szczególnie w okresie zimowym, a po wystąpieniu pierwszych objawów nie było już szans na ratunek. Przynajmniej w panujących na Wiecznych Zboczach warunkach. Niestety obawy rodziców okazały się prawdą i wkrótce basior, który od samego początku był najsłabszy z miotu, wydał swoje ostatnie tchnienie. Nikt po nim nie płakał.
Była to pierwsza, lecz nie ostatnia tragedia, której doświadczyła Lori w swoich młodzieńczych latach. Stała się dla niej dość brutalną lekcją, że tu, na północy, życie wilka nie ma za dużej wartości. Gdyby wataha przejmowała się odejściem każdego członka na tamten świat, to nigdy nie wychodziłaby z żałoby, dlatego właśnie wszyscy akceptowali to, dość bezduszne, podejście. Na początku Lori nie mogła tego pojąć, jednak z upływem czasu zrozumiała, że to tak naprawdę jedyna opcja, aby radzić sobie z życiem tutaj, bez szwanku na psychice.
To właśnie odejście kilku bliskich jej wilków w przeciągu tamtej zimy pozwoliło jej się przygotować na wydarzenia, które nastąpiły już rok później. Nawet jeśli Lorelai nie była wtedy jeszcze w pełni dojrzałą waderą, to bez problemu wyczuwała rosnące w watasze napięcie. Pojawiło się ono kilka lat przed jej narodzinami, ale tego nie mogła już wiedzieć. Zaczęło się od słownych sprzeczek, które szybko eskalowały do bójek obejmujących coraz większą grupę wilków. Basior, który pragnął odebrać władzę prawowitemu alfie, był coraz bliżej swojego celu, bo szerzenie osobliwych, antymonarchistycznych idei za plecami władcy nareszcie zaczęło przynosić skutek. Coraz częściej dostrzec było można kierowane w stronę alfy ukradkowe, pełne nienawiści spojrzenia. Zbuntowana część watahy, która w pewnym momencie była znacznie liczniejsza niż pokojowo nastawione wilki, wkrótce zaczęła odnosić się wrogo nie tylko do władcy, ale również do jego krewnych, w tym rodziny Lorelai, a nawet do zwyczajnych członków, którzy nie zgadzali się z głoszonymi przez nich hasłami.
Co gorsza, nadeszła wtedy ciężka zima, najcięższa od kilkunastu lat. Śnieżyce nadchodziły bardzo często i trwały coraz dłużej, skutecznie skracając czas na polowania i utrudniając wyżywienie watahy. Kiedy jeden z opadów trwał już prawie tydzień, przywódca buntowników uznał, że nadeszła już właściwa pora.
Czynnikiem, który pozwolił Lori przeżyć tamtą noc, było jedynie głupie szczęście. Kiedy nadszedł wieczór wadera wraz ze swoją siostrą, w ramach zakładu, wykradła się poza jaskinię. Aby ukończyć wyzwanie, miały za zadanie znaleźć ukryty przez braci pośród śniegu czerwony, wyróżniający się kamień i odnieść go rodzeństwu. Były już bardzo blisko celu, gdy nagle usłyszały hałas dochodzący z wnętrza jaskini. Przestraszyły się, że wykryto ich nieobecność, więc postanowiły ostrożnie zakraść się do wejścia, aby zorientować się, o co chodzi w zamieszaniu i czy uda im się wejść niepostrzeżenie i uniknąć nagany. Kiedy zbliżyły się wystarczająco, aby dostrzec wnętrze jamy, cały czas pozostając w ciemności, by nie dać się zauważyć, wadery spostrzegły biegnącego w stronę wyjścia młodszego brata. Leah już otworzyła pysk, aby go zawołać, ale Lori powstrzymała ją, stanowczym pacnięciem łapą.
- Oszalałaś? – syknęła. – Nie wiem, o co chodzi Balorowi, ale mogłabyś się trochę opanować, bo jak nas zauważą, będziemy miały przechlap… - urwała nagle.
Z wnętrza jaskini, za małym braciszkiem, wyłonił się kolejny wilk, dorosły, czarny basior. Nie zastanawiając się, skoczył na biegnącego szczeniaka i rozszarpał mu gardło. Maluch nie zdążył nawet pisnąć. Leah nie udało się powstrzymać pisku przerażenia. Ku nieszczęściu sióstr wrogi wilk zdołał usłyszeć dźwięk i warcząc, podszedł do wyjścia. Lorelai zerwała się do biegu, ale jej towarzyszka nadal stała jak wryta, podczas gdy basior zbliżał się niebezpiecznie i zdawał się je dostrzegać. W ostatnim momencie waderze udało się pociągnąć siostrę i porwać ją do biegu. Wrogi wilk ruszył za nimi w pogoń, ale podczas szaleńczej gonitwy w dół zbocza pod uciekinierkami osunął się śnieg. Straciły równowagę i spadły. Ślizgając się po skale, udało im się zniknąć z oczu mordercy, który ze względu na warunki pogodowe postanowił zrezygnować z pogoni. Lori była na tyle zszokowana, że nie była w stanie się ruszyć. Poddała się jedynie sile śniegu, by po chwili uderzyć w drzewo i stracić przytomność.

***
Następnego ranka waderę obudziła siostra, trącając ją nosem i odgarniając śnieg, który spadł na nią w ciągu nocy. Kiedy Lorelai otworzyła oczy, Leah nawet się nie uśmiechnęła. Pokazała jedynie w stronę znajdującego się nieopodal urwiska, z którego powoli kapała krew. Z jego szczytu zrzucane były zmasakrowane ciała, wiele ciał. Jak udało się spostrzec siostrom, znajdowały się tam również te należące do ich rodziców i braci.

***
Wędrówka Lorelai trwała już prawie dwa lata. Mimo tego, że podczas niekończącego się marszu zdołała przyzwyczaić się do samotności, to miewała momenty, w których wyjątkowo doskwierał jej brak towarzystwa. Była to właśnie jedna z tych nocy, w których wadera nie była w stanie cieszyć się pięknem zielonego otoczenia, tak pełnego życia i diametralnie różnego od jej rodzinnych stron. Krocząc przez las, wsłuchiwała się w melancholijne huczenie sowy, a gdy wyszła na niewielką polanę przysiadła zrezygnowana i skierowała oczy ku niebu.
- Gdybyś tylko była tu ze mną – westchnęła, wpatrując się w jedną z gwiazd. – Marzyłyśmy kiedyś, żeby wybrać się razem w podróż, by zobaczyć coś poza naszymi górami, pamiętasz? Spodobałoby ci się tutaj. Ciepło, pełno zieleni, zupełnie tak jak sobie wyobrażałaś. Nawet nie wiesz, ile bym oddała, aby nie musieć oglądać tego sama – zakończyła cicho.
W tym właśnie momencie omiótł ją podmuch ciepłego wiatru. Niósł się z nim zapach, którego dawno nie czuła, a za którym głęboko skrywana tęsknota towarzyszyła jej od miesięcy – woń innych wilków. Wiedziona momentem słabości, wyczerpaniem wędrówką, a także migoczącą gdzieś w środku iskierką nadziei, ruszyła w stronę, z której zawiał wiatr. Po niedługim marszu, spośród wielu unoszących się w powietrzu zapachów zaczął się wyodrębniać jeden, świeży, należący do wilka, który przechodził tędy całkiem niedawno i musiał jeszcze być w okolicy. Lorelai postanowiła go odnaleźć.

<Ktoś?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1308
Ilość zdobytych PD: 654 + 5% (33 PD)
Obecny stan: 687

Od Yneryth’a c.d. Belief ~ Biel rozjaśniająca ciemność

Basior ocknął się w nieznanym dla siebie miejscu. Spostrzegając przed sobą miskę z wodą, odruchowo zaczął pić z niej wodę. Spragniony samiec pragnął nadrobić braki w tak ważnym dla organizmu płynie. Kilka sekund potem zaczął się zastanawiać, co tu robi i gdzie właściwie jest. Widząc znaną już mu waderę, od razu wstał. Spokojnym krokiem podszedł i stanął tuż obok niej. Po czym zapytał.
- Co tu robię? – Specyficznym dla siebie głosem. Ból głowy lekko ukierunkował wydany przez siebie odgłos.
Słysząc odpowiedź wadery, przypomniał sobie, co zaszło. Co prawda nie do końca, ale ważne było dla niego to, że jest w miarę cały. Wilk mocno zagrzał się, gdy usłyszał, że ta istota jest mu wdzięczna. Głęboko w poważaniu miał to, co ona uważa, jednak nie mógł teraz tego okazać. Nie przy Belief, która zdawała się pozytywnie oceniać ów twór. Basior odruchowo zapytał, czy go widziała i jak wyglądał. Odpowiedź, że wygląda tak jak w legendach, zbytnio nic mu nie dała. Wręcz przeciwnie wygenerowała kolejny problem i jednocześnie cel do osiągnięcia. Yneryth z góry zakładał, że lepiej wiedzieć co może ingerować w jego życie, a tym bardziej, jak usunąć owe przeszkody ze swojego toru. Nie mniej jednak był zmieszany, nie widział, jak powinien zareagować. Wadera jednak nie była odpowiedzialna za to, co się wydarzyło. W tym wypadku samiec musiał się obejść smakiem „wygranej” i przygotować na kolejne zdarzenia, ingerujące w jego plany. Rozumiał, że los mógł mieć dla niego inne plany, lecz wyjątkowo coś mu się nie zgadzało. Nie wyglądało to na przypadkowe zdarzenia. Nie mniej jednak nie znajdował się w najlepszym położeniu do dłuższego dumania i rozmyślania. Podziękował Belief, w dojść przyjazny sposób. Z trzeciej osoby musiało wyglądać to dość nie naturalnie. To nie było jedno ze standardowych ruchów basiora, ów wypowiedź brzmiała zbyt miękko. Wypowiedziane słowa jednak nie wpłynęły na zachowanie wilka, równo i bez większego zastanowienia wyszedł z jaskini. Cień przesuwał się za nim, powoli oddalając się z wejścia do obszaru zamieszkanego przez wilczyce. Gdy był już w pewnej odległości od wejścia, przystanął i spojrzał prosto w przestworza. Oczy lekko rozluźniły się, przez dochodzący do nich blask słońca. Przez myśl Yneryth’a przeszło, że jest to całkiem ładny widok. Chwile po tym otrząsnął się gwałtownie. Jego ruch był na tyle żwawy, iż wzruszył podłożem. Zaraz po tym piasek zaczął owijać jego ciało, tak jakby chciał go pochłonąć. Po chwili nie było widać już nic nadzwyczajnego. Jedynie horyzont i otaczającą przyrodę. Między drzewami widoczna był znaczący prześwit, taki, że blask wschodzącego słońca wypełniał luki, pomiędzy nimi. Widok musiał być dość majestatyczny, że nawet kochanek księżyca, spostrzegł w słońcu jego własny blask.

END

PODSUMOWANIE 
Ilość napisanych słów: 430
Ilość zdobytych PD: 215
Obecny stan: 681