Newsy



:Aktualności
.Blog przechodzi obecnie renowację
.Już niebawem pojawią się nowości

:Pogoda
Obecna pora roku ~ Jesień
.Temperatura waha się między 10+ a 0- stopni Celcjusza
.Zmiana pory roku nastąpi 15.12.2022

Liczba wilków ~ 27
Wadery ~ 18 + 1 NPC
Basiory ~ 7 + 4 NPC
Szczeniaki ~ 1
Nieobecni: Brak

~Serdecznie zapraszamy♥~

niedziela, 31 października 2021

Od Itami c.d Itachi/Atrehu/Reneesme ~ Poszukiwanie Miejsca

Po odprowadzeniu tajemniczego samca o imieniu Itachi, nasza bohaterka postanowiła nie czekać, mając skrytą nadzieję, iż ów osobnik dalej poradzi sobie sam, i wrócić do swych codziennych obowiązków. Dyżur pełniła wraz z Lonyą, której pomagała przy trzech pacjentach z połamanymi kończynami. Jako, że była młodsza od lisicy o wielu ogonach, we wszystkim się jej słuchała, wypełniała polecenia bardziej doświadczonej medyczki. W zakresie obowiązków wiązało się także szperanie w ziołach, tworzenie z nich lekarstw. Bardzo lubiła swe obecne położenie, gdyż tylko wtedy czuła spokój i szczęście z wykonywanej pracy, zgodnej z jej powołaniem. Pochłonięta obowiązkami, Itachi kompletnie wywietrzał jej z głowy, zapomniała o nim, jakby spotkanie z ów basiorem było mało znaczącą błahostką. Czas mijał jej, jak piasek przesypujący się w klepsydrze i zanim się obejrzała, niebo zaścieliła nocna kołderka, upstrzoną gwiazdami, które lśniły, niczym diamenty. Północny lodowaty wicher uderzał o skalne zewnętrzne ściany lecznicy. Itami w towarzystwie Atrehu, zaczęła zmierzać do swej jaskini, rozmawiając i żartując z przyjacielem, który od czasu do czasu, spoglądał na nią znacząco. Bywało też tak, że basior w konwersację wplatał dość sprośne żarty, przeplatane śmiałymi słowami, ale Itami to nie przeszkadzało. Cóż, taki już jest ten jej przyjaciel i nie zamierzała go zamieniać na nikogo innego. Gdy dotarli na miejsce, pożegnała basiora czule, wtuliła się w jego futro na piersi, obdarowując go słodkim całusem. Była już pewna, że na dziś już koniec przyjemności, gdy nagle Atrehu zapytał, czy może jeszcze z nią pobyć przez krótką chwilę. Oczywiście zgodziła się i wspólny czas spędzili na rozmowach, posiłku składającym się z kilku zająców.
Następny dzień rozpoczął się pięknym deszczem promieni słonecznych, które ozłacały równiny, pokryte intensywnym szronem. Wszystko lśniło, skąpane w słońcu. Pierwsze oznaki zimy, która oficjalnie zakrólowała na świecie. Itami lubiła tę porę roku, aczkolwiek nie była jej wierną zwolenniczką, gdyż uzmysłowiła sobie, iż zacznie porastać w grube futro, czego szczerze nie lubiła. Dzień zaczął się także od nieprzyjemnego faktu, jakim było krwawienie miesiączkowe.
~ Cholera jasna! - największa skaza dla wader. Wraz z krwawieniem odczuwała nieprzyjemny ból w podbrzuszu, który nasilał się z każdą godziną. W głowie czuła, jak kotłuje się chaos myśli, a psychikę drażnią negatywne emocje.
Boli czy nie, trzeba wykonywać obowiązki w watasze.
Otrzepała się z sennego pyłu, zjadła nie dużo, gdyż nie miała ochoty, byleby mieć czym zapełniony żołądek, gdy będzie w pracy.
Skuta szronem trawa chrzęściła jej pod łapami, a wiatr pędzący z północy przeczesywał jej futro, nieprzyjemnie kłuł ją w skórę, na której z czasem tworzyła się gęsia skórka. Futro nastroszyło się w fizjologicznym mechanizmie obronnym przed zimnem.
Zaczęła szukać ziół. Skurcze mięśniowe dręczyły ją niemiłosiernie. Nagle jej uszy zarejestrowały dźwięk czyjegoś biegu, głośnego sapania oraz przyspieszonego bicia serca. W następnej chwili pojawił się Atrehu, który zażywał świeżego powietrza, urządzając sobie poranny bieg. Powitał ją z uśmiechem.
- No serwus, Itami! - Gdy jednak podszedł bliżej, aby ją wyściskać, zaczął mu intensywnie pracować nos. - A więc to ty tak ładnie pachniesz?
- Nie wiem, o co ci chodzi. - odparła wadera, puszczając komentarz przyjaciela bokiem. Gdy słońce zbliżało się ku zenitowi, Itami zebrała pęk świeżych ziół. Wraz z nastaniem zimy, coraz trudniej przychodziło jej znajdowanie danych roślin, w określonych ilościach. Atrehu (mimo, iż nie prosiła go o to) towarzyszył jej na każdym kroku, zajmując nieprzyjemne myśli rozmowami, co w gruncie rzeczy, była mu nawet za to wdzięczna.
- I jak? Przyswoiłaś sobie to, co nauczyłem cię na lekcji polowania? - spytał z uśmiechem. - Pamiętaj, uszy nisko, gdy się skradasz. - Dotknął delikatnie jej uszu, następnie zjechał łapą do kręgosłupa piersiowego. - Brzuch przyległy do ziemi i... - dojechał łapą do jej bioder. Itami wtedy poczuła, jak palce Atrehu lekko zaciskają się na jej pośladku. Odwróciła się, jak poparzona.
- Atrehu, no co ty?! - warknęła i zdzieliła przyjaciela w pysk. Gdyby to nie był jej najbliższy znajomy, z pewnością nie szczędziłaby sił. Atrehu pomasował miejsce uderzenia na szczęce. Nie zamierzała go silnie bić. To był zaledwie delikatny cios.
- Przepraszam...- wymamrotał zmieszany basior. Westchnęła ciężko, obdarowując basiora niezbyt przyjemnym spojrzeniem, lecz widząc, jaki kąsa go wstyd, a w oczach zakiełkowało zmieszanie, wybaczyła mu w duchu. Zagłębiwszy się dalej w las, mając nadzieję na znalezisko ziół, nagle w jednej sekundzie, spadło im coś pod łapami. W drugiej, zorientowali się, że to był wilk. Grzmotnął o ziemię z takim impetem, że Itami poczuła poruszenie pod łapami, a głowę odruchowo schowała między ramionami.
- Excuse-moi - odparł
- Itachi? Co robiłeś na drzewie? - zapytała Itami, wybudzając się z szoku.
- Spałem. Ała! Moje biodro! - Syknął z bólu.
Itami zaklęła w myślach. Cholera, jeśli to złamanie talerza biodrowego, może spotkać Itachiego operacja. Chociaż z drugiej strony, nie widziała takiej potrzeby, bowiem biodro otoczone jest obszerną masą mięśni i odłamki kości nie miałyby możliwości na przemieszczenie, aczkolwiek wolała, aby Itachi znalazł się w lecznicy.
- Atrehu? Pomożesz mi z nim? Musi go obejrzeć medyk.
- Nie, nie ma takiej potrzeby...
- To ja decyduję, czy jest potrzeba, czy nie! - powiedziała Itami, bliska krzyku. Omal nie wydarła się na cały las, jednakże... cóż... waderze problemy doskwierały jej niemiłosiernie. Za jej prośbą, Atrehu wziął Itachiego na swój grzbiet i we trójkę obrali kierunek w stronę lecznicy.

<Atrehu, Itachi, Reneesme?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 830
Ilość zdobytych PD: 415
Obecny stan: 926

czwartek, 28 października 2021

Od Itachi'ego c.d Itami/Atheru ~ Poszukiwanie Miejsca

Wadera wydawała się bardzo miłą i ciepłą sobą, lecz nie mogłem wykluczyć, że to tylko pozory. Od małego byłem uczony, by nikomu nie ufać. Miała racje, że przez moje ubrudzone futro mogło, by się wydawać, że coś mi jest.
- Nic mi nie jest, chyba że brud się do tego zalicza — odparłem niewzruszonym tonem.
- Znam miejsce, gdzie możesz spokojnie wziąć kąpiel — zaproponowała.
- Z miłą chęcią skorzystam, nie wypada w takim stanie rozmawiać z Alfą — odparłem.
Doszliśmy w tym czasie do małej rzeczki, dotknąłem lekko łapą wody i była bardzo zimna. Nie miałem wyboru jak w niej wziąć kąpiel. Odłożyłem swój skarb na kamieniu tak, by się nie pomoczył. Wszedłem powoli i zgrabnie do rzeki, mimo iż czułem zimno, nie robiło to żadnego wrażenia, na mnie. Kiedyś kąpałem się w wodzie lodowcowej. Wtedy była ona zimna i umiała wywołać na mojej twarzy przeraźliwy wyraz twarzy. Zacząłem tarzać się w wodzie, by umyć sobie plecy, starałem się jak najdokładniej to zrobić. Gdy już myślałem, że to wszystko zapomniałem o pysku. Zanurzyłem głowę w wodzie i przez chwile nie wyciągałem. Gdy to zrobiłem, zacząłem trzepać się na wszystkie strony, by jako tako wysuszyć futro. Gdy było już lekko wysuszone, zacząłem je łapą układać. W kołtunach przecież nie pójdę. Założyłem znów na plecy skórę zająca i spojrzałem na Waderę, która, podczas gdy brałem kąpiel, cały czas się na mnie patrzyła.
- Możemy ruszać dalej. - odparłem bez uczuć.
- Dobrze. - odparła.
Ruszyliśmy dalej w stronę jaskini Alfy. Jaskinia wydawała się duża i przestronna. Przypominała mi zamek lub twierdzę. Stanąłem przed nią i westchnąłem. Wiedziałem, że czeka mnie rozmowa, a ja dalej nie byłem pewny czy zostać tu.
- Powodzenia. - odparła wadera. - Jeśli chcesz, mogę wejść z Tobą. - uśmiechnęła się miło.
Ja tylko przewróciłem oczami i wszedłem w głąb jaskini. W środku było czuć ciepło, które ogrzewało moje łapy i ciało. Znalazłem się w wielkim pomieszczeniu, było tam dużo siana. Wydawało się, że była to komnata do spania. Miękkie siano wydawało się komfortowe do spania. Zza rogu drugiego korytarza wyszła lekko niższa ode mnie Wadera. Jej futro było szare, łapy wyglądały na bardzo dobrze zbudowane. Przykuły moją uwagę jej wielkie skrzydła o kolorach ognia, również jej grzywka była o tym samym kolorze. Oczy miała koloru zielonego jak wiosenna trawa.
- Dzień Dobry. - odparła. - Jestem Alfą Watahy Renaissance. - dodała.
- Witam. - uchyliłem lekko w dół głowę, by okazać szacunek. - Jestem Itachi, pochodzę z Watahy Kamun.
- Przyszedłeś z propozycją sojuszu? - zapytała i usiadła na miękkim sianie.
- Nie.. Odszedłem stamtąd. Błąkałem się wszędzie po świecie, trafiłem na wasze tereny i znalazła mnie wadera. - moja pamięć mnie nigdy nie zawodzi, więc szybko przypomniałem sobie imię wadery. - Zwała się Itami.
- Ah wiem, która to. - odparła z uśmiechem.
Czemu innym wilkom tak łatwo przychodzi się uśmiechanie? Mi nigdy się nie zdarzyło to. Może dlatego, że nigdy nie czułem szczęścia ? Nie miałem szansy się zastanowić nad tym i rozmyślać, gdyż usłyszałem głos Alfy, przedzierający się przez głosy w mojej głowie.
- Więc czego szukasz na naszych terenach ? - spytała.
- Szczerze nie wiem, szukam swojego miejsca, gdzie mógłbym dożyć starości. Mógłbym jakiś czas zostać tu ? - spytałem.
- Najlepiej by było, gdybyś się określił. - odparła poważnie.
- Rozumiem to nastawienie, możemy się umówić, że Pani da mi trzy dni na zastanowienie się, czy chcę dołączyć. Jeśli nie odejdę, jeśli mi się tu spodoba, zostanę i dołączę. - odparłem.
Alfa chwile się zastanawiała, chyba słowo "Pani" ją trochę speszyło. Niestety ja stałem niewzruszony.
- Dobrze może tak być, widzimy się za trzy dni. - odparła.
- Dziękuje Ci. - ukłoniłem się i wyszedłem.
Promienie światła lekko mnie oślepiły, lecz oczy się od razu przystosowały. Rozejrzałem się i nie zauważyłem, tamtej wadery. Możliwe, że wróciła do obowiązków. Ruszyłem zwiedzać tereny, było to dość łatwe, gdyż tam, gdzie one były, czuć było ślady wilków. Oczywiście za świeżymi śladami nie podążałem, nie chciałem spotkać kogoś innego. Gdy znalazłem jakiś wielki kamień, usiadłem koło niego i zdjąłem z pleców futro. Zacząłem wyrabiać przedmiot. Tak dokładnie to w poprzedniej watasze miałem dwie role mordownie i tworzenie rzeczy z futer, skór i innych materiałów. Nie miałem pojęcia co robie, lecz naszła mnie ochotą na zrobienie naramiennika. Długo mi to zajęło, gdyż aż do zmierzchu, gdy był już gotowy, założyłem i zacisnąłem lekko, by się dopasował. Zacząłem chodzić, by zobaczyć czy nie jest za ciasno. Patrzyłem na moją lewą nogę, gdzie był ów wyrób. Na szczęście pasował, świetnie. Nie miałem gdzie spać, więc wspiąłem się na największe drzewo, bym zmieścił swoje cielsko na gałęzi i położyłem się na plecach. Patrzyłem przez już prawie gołą kopułę drzewa na gwiazdy. Jesień szybko przyszła i szybko pójdzie, zima nadejdzie. Nie martwiłem się tym za bardzo.
Lubiłem zimę, nie było wtedy kwiatów, które drażniły mój nos. Patrząc w niebo na gwiazdy, zastanawiałem się co u matki...co u siostry, czy wszystko w porządku. Byłem też ciekaw, ile będę miał nowych braci i sióstr. Może kiedyś odwiedzę ich, lecz najpierw muszę znaleźć miejsce dla siebie. Czemu musi być to takie trudne. W każdej watasze było tak samo... Wszyscy byli szczęśliwi i radośni, prócz mnie. Tylko ja byłem odrzynkiem, dlatego nie mogłem się odnaleźć w żadnej. Nie umiałem być szczęśliwy, lecz strachu też nie czułem. Gdy stanąłem w obronie matki przed ojcem, nie bałem się oberwać od niego. Szybko zasnąłem z myślą, jak będzie tutaj.
Nie miałem udanej nocy, śniły mi się koszmary związane z tym, że moja siostra Irma i matka zostały zamordowane przez ojca z zemsty tak samo ojczym i moje nienarodzone siostry i bracia. Z przyzwyczajenia owinąłem siebie ogonem i gałąź bym nie spadł. Koszmary trwały cała noc, a ja nie mogłem się obudzić z nich, to było najgorsze. Pod koniec koszmaru był tylko ciemna przestrzeń i ktoś, kto szeptał mi do ucha " zabij... ich.. " oraz " zabij ich wszystkich". Zaczynałem czuć, że wariuje..
Obudziły mnie poranne promienie słońca, strasznie raziły mnie w oczy, więc próbowałem zakryć je ogonem, by dalej móc spać. Zapomniałem, że to on trzymał mnie w równowadze na gałęzi. Szybko spadłem z drzewa, udało mi się na szczęście wylądować na boku, by nie uszkodzić kręgosłupa. Gdy otworzyłem lekko oczy, ujrzałem łapy jakiegoś wilka. Szybko pozbierałem się do kupy i otrzepałem futro z liści.
- Excuse-moi - odparłem

Itami , Atheru :3 ?

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1008
Ilość zdobytych PD: 504 + 5% (25) za długość powyżej 1000 słów.
Obecny stan: 1437

poniedziałek, 25 października 2021

Od Nabi c.d Atrehu ~ Prawdziwy dom

Samiec potrafił sprawić, że się zarumieniłam. Było to coś, czego chyba dawno nie doświadczyłam. W takim momencie bardzo żałowałam, że nie mogłam go po prostu zobaczyć. Nie, żebym się nad sobą użalała. Z tego, jak ja i on się opisał, wynika, że jest wyjątkowym wilko-lisem. Pewnie jego kolor futra i oczu wyglądał tak pięknie, jak jesienne liście.
– No, ale mniejsza o mnie, może teraz ty opowiesz coś o sobie? – z myśli wyrwało mnie pytanie rudego wilka.
– Więc z tego, co pamiętam, mam jasne futro – zaczęłam, ale szybko i cicho się zaśmiałam. Atrehu przekazał mi trochę swojej pozytywnej energii, to na pewno. – A tak na poważnie, jeśli mówimy o wyjątkowych oczach, zapewne zauważyłeś, że moje są dwukolorowe. W mojej watasze każdy miał wyjątkowe oczy. Każdy przez to wyglądał ślicznie – uśmiechnęłam się na to wspomnienie. – Ale gdy zachorowałam i... straciłam wzrok – zatrzymałam się na chwilę, westchnęłam na to wspomnienie i ruszyłam dalej. – To moje oczy zbladły i przez to inni członkowie watahy uznali, że to znak od bogów. Albo jakaś kara, w sumie już nie pamiętam. Miałam się oddać modlitwom i zostać kapłanką, co nie było mi na łapę. Chcieli odwieść mnie od mojej pasji.
– Trochę dziwne podejście ze strony twojej dawnej watahy – zatrzymał się na chwilę. – W sumie jestem ciekaw, czym się pasjonujesz – odparł z zainteresowaniem, chyba aby zmienić lekko temat.
– Od zawsze lubiłam wszelkiego rodzaju zioła – chętnie zaczęłam. Wolałam bardziej rozmawiać o moich zainteresowaniach niż o watasze. – Moje moce pomagają mi w zgłębianiu tego tematu. Na przykład – odwróciłam głowę w lewo i pociągnęłam nosem. – Rosną tu rośliny, które pomagają w leczeniu chorób skórnych i na przeziębienie. Gdzieś niedaleko rośnie też coś trującego.
– Skąd to wiesz? Po zapachu?
– Dostaję jakby impuls czasem od zapachu, czasem od dotyku. Znam jedynie właściwości niektórych roślin, ale dalej nie wiem, jak wyglądają czy się nazywają, dopóki bliżej ich nie zbadam. To w sumie nic takiego – odparłam spokojnie, ale lekko się zarumieniłam.
– Myślę, że to przydatna moc – usiadłam nieco bliżej samca.
Zrobiło mi się ciepło na sercu. Naprawdę miło było słyszeć jego akceptujący ton i chęć do rozmowy. Chyba żaden wilk, jeszcze nie sprawił na mnie tak dobrego wrażenia, a znam się z nim krócej niż z niektórymi wilkami z mojego starego domu.
– Dziękuję. Bardzo miło mi to słyszeć, serio – uśmiechnęłam się. – Inni nie byli aż tak dobrzy, ciągle na mnie naciskali. Mówili mi, co mam robić i kim być, więc postanowiłam odejść – nagle znowu jakoś wróciłam do tematu historii.
– Czy było ci ciężko odejść? – jego ton wydał się może bardziej... zamyślony?
– Poza dobrą relacją z moimi braćmi, to nikt mnie tam nie trzymał. Po części było ciężko, bo nie dość, że musiałam zostawić trzech braci, to ymm... bałam się? Nie wiem, jak to inaczej określić, ale przez chwilę czułam, że sama nie dam sobie rady. Chociaż nikomu o tym nie powiedziałam, gdy pewnego dnia po prostu poszłam do lasu i już nie wróciłam – zazwyczaj nie wylewałam z siebie aż tyle przemyśleń, ale poczułam, że samiec mnie zrozumie. Może to też dlatego, że od paru tygodni nie rozmawiałam z drugim wilkiem i przyjemnie było chociaż raz się wygadać.
Zapadła chwila ciszy. Nie wiedziałam, czy powiedziałam coś nie tak, czy samiec na serio się zamyślił. Sama oddałam się w rozmyślania o dawnym życiu. Pamiętam jeszcze uśmiechy moich trzech głupków. Przed chorobą, przed tym całym chaosem. Wyrwałam się jednak od tych myśli. Było, minęło. Nie warto było tego roztrząsać, bo nic mi to nie da. Przydała mi się zmiana otoczenia i wilków, którymi mam nadzieję, będę się otaczać.
– Ta rozmowa była... odświeżająca. Może powinniśmy się zbierać – chrząknęłam i wstałam. – Możemy potem pogadać, jeśli chciałbyś mnie potem oprowadzić po terenach watahy – uśmiechnęłam się zachęcająco.

Atrehu?

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 606
Ilość zdobytych PD: 303
Obecny stan: 664

niedziela, 24 października 2021

Od Atrehu c.d Nabi ~ Prawdziwy dom

Czułem się odrobinkę niezręcznie, gdy maszerując z Nabi w stronę jaskini Rene, panowała przy tym taka cisza. Niby nie było jakoś nieprzyjemnie, ale z drugiej strony czułem coś na kształt niepewności. Serce biło mi odrobinkę za szybko. Zerkając na nią ukradkiem, pilnowałem, by przez przypadek w nic nie uderzyła. O dziwo sprawnie manewrowała między drzewami, choć nigdy nic nie wiadomo. Wolałem dmuchać na zimne. Z tego powodu uważnie obserwowałem okolicę, starając się wyłapać niebezpieczne miejsca, by w razie czego ją ostrzec i być w stanie odpowiednio zareagować. Nigdy jeszcze nie spotkałem niewidomego wilka, a jeśli już, to przez bardzo krótki czas, albowiem nasz ojciec konsekwentnie pozbywał się słabych i chorych osobników. W historii naszej watahy zdarzyły się aż trzy takie przypadki, gdy któraś wadera urodziła chore szczenię. Dla wielu takie maluchy były niepotrzebne. Jedno z nich zostało zabite przez własnego ojca, jak tylko zła diagnoza została potwierdzona. Dwa pozostałe dorastały na końcu łańcucha pokarmowego. Wyrzutki, bądź omegi, tak były zwane. Nikomu nie potrzebne, były marginesem społeczności. Postrzegane jako śmiecie, które nie zasługują na przywileje, bo i tak nie przysłużą się sforze. Ja nie postrzegałem takie wilki za zbyteczne, a wręcz przeciwnie. Uważałem i wciąż uważam, że dzięki takim osobom uczymy się empatii i akceptacji oraz dajemy nadzieję na lepsze jutro. Poza tym wystarczyła dobra edukacja. Słyszałem z opowieść babci, że u naszych sojuszników syn alfy narodził się z wadą uszu. Protegowany, uważany był za słabego. Nauczył się jednak czytać z ruchu pyska, mimiki. Wyostrzyły mu się inne zmysły jak węch. Bez trudu odnajdował to, co nawet ja nie byłbym w stanie. Mój alfa jednak tego nie widział lub nie chciał widzieć. Tym się właśnie różniliśmy z ojcem. Dla niego tylko silne osobniki były coś warte, a cała reszta nie powinna mieć praw do życia. Był dobrym alfą, dbał o watahę najlepiej, jak potrafił. Nie licząc właśnie chorych członków, całą resztę traktował sprawiedliwie. Wysłuchiwał ich próśb i parł do przodu. Wszyscy go szanowali i podziwiali. Wrogowie natomiast kulili ogon na dźwięk jego głosu. Miał wielu wrogów, ale jeszcze więcej przyjaciół. Może właśnie dlatego cała ta sytuacja wydała się taka dziwna.
- Może to dziwne pytanie, ale.. – spojrzałem na waderę, wracając do teraźniejszości. Miałem pilnować jej bezpieczeństwa, a tymczasem odpłynąłem we wspomnienia. Potrząsnąłem łbem, zwalniając nieco tempa.
- Tak?
- Jak wyglądasz? - jej pytanie zbiło mnie z tropu. Szczerze powiedziawszy, nie spodziewałem się, że zacznie taki temat, bo jak ja miałbym siebie opisać, skoro ona i tak nie wiedziałaby, jakiej barwy jest moje futro. - Nie byłam niewidoma od urodzenia, więc możesz mówić różne kolory i tak dalej. Jestem ciekawa. - uśmiechnęła się delikatnie, a mnie było głupio, bo jakby, oceniłem ją, wcale jej nie znając. Od razu założyłem, że nie ma wyobraźni... cóż.. Trzeba to nadrobić.
- Hmmm... jakbym się miał określić, aby zbytnio nie przesadzić? - wadera zaśmiała się perliście, ukazując przy tym rząd ostrych ząbków. Miała ładny uśmiech, to musiałem przyznać. W sumie, jakby się tak dłużej zastanowić, to była śliczna. Nie interesowało mnie, że nie widzi. Miałem wrażenie, że ów relacja z nowo poznaną waderą, z całą pewnością będzie ciekawa i zaprowadzi nas na inny poziom.
- Opisz się tak, jak jest naprawdę. - przystanęła na chwilę, więc i ja się zatrzymałem. Nieco ze zdziwieniem, że zrobiła to tak nagle. Ona jednak ruszyła i okrążyła mnie. Potem przysiadła i z uśmiechem nastawiła uszy ku górze. - Z moich zmysłów wynika, że jesteś naprawdę wysokim i dobrze zbudowanym basiorem. Masz naprawdę długi i puchaty ogon.
- Zgadza się... - odrzekłem po chwili ciszy. Teraz to kompletnie mnie zadziwiła. Nie spodziewałem się, że ma aż tak wyostrzone zmysły orientacji. Owszem, słyszałem o tym, że jeśli jeden współczynnik szwankuje, pozostałe zyskają na sile. Tym samym, mimo iż nie widziała, była w stanie stwierdzić dość istotne rzeczy.
- Słysząc twojego głosu, mogę stwierdzić, że pochodzisz z wysoko postawionej rodziny. Alfa, bądź beta.
- To prawda, mój ojciec był przywódcą stada.
- Był?
- Ja... - k*rwa, Atrehu, po jakiego grzyba zaczynasz w ogóle ten temat. - Tak, był, ale nie chce o tym gadać.
- W porządku, rozumiem. - na nowo skoncentrowałem się na waderze. Nie wyglądała na przejętą tą dziwną wymianą zdań. Ze stoickim spokojem kontynuowała swoje obserwacje. - Twoja aura wskazuje na to, że jesteś, bądź też byłby dobrym przywódcą stada. Już teraz mogę ci powiedzieć, że widzę cię jako opiekuńczego i pewnego siebie samca, który gotowy jest oddać życia za swoich bliskich. - uśmiechnąłem się nieznacznie, słysząc te słowa, po czym napuszyłem się dumnie jak paw. Zresztą, kto na moim miejscu by tak nie postąpił? Usłyszeć taki komplement od obcej osoby?
- Dziękuję, to bardzo miłe. - wadera nagle się zarumieniła Jej początkowa niepewność znikła jak za dotknięciem czarodziejskiego patyka. Nie mniej jednak dopiero teraz chyba zdała sobie sprawę, co takiego powiedziała. - Wiesz... - zacząłem, spoglądając na nią z góry. Była taka malutka przy mnie. Dosłownie jak Tsumi, aczkolwiek jej postura była o wiele drobniejsza niż ów wadery. - Odpowiadając na twoje pytanie... moje ciało pokryte jest czerwono-rudą sierścią. Na pysku, przez pierś i brzuch rozciąga się biszkopt. Tak samo, jak na końcówce ogona. Kolor przypomina coś na kształt strzałki.
- Rozumiem... - uśmiechnąłem się do niej, mimo że nie mogła tego dostrzec. Trochę szkoda, bo jestem ciekaw, co by o mnie powiedziała. - Mało jest wilków o takim umaszczeniu.
- Racja, ale... to przez to, że odziedziczyłem ten kolor od swojej matki, która była lisem.
- Lisem? - zdziwiona, przysiadła na ziemi. Nie za bardzo wiedziałem, skąd ta reakcja. Postanowiłem jednak ciągnąć dalej i wyjawić jej kilka spraw.
- Owszem. Mój ojciec zakochał się w lisicy. Z tego, co wiem, wcześniej miał mate, która przedwcześnie umarła. Długo nie mógł się pozbierać, aż w końcu pojawiła się moja matka. I tak oto narodziłem się ja. Jako jedyny z mojego rodzeństwa odziedziczyłem po niej cechy.
- Jestem pewna, że jesteś bardzo przystojny. - tym razem to ja się zarumieniłem. Odchrząknąłem, by opanować narastające uczucie. ~ O nie, nic z tego, nie chcę o niej w ten sposób myśleć! Nawet o tym nie myśl! ~ pomyślałem, kierując te myśli w stronę pewnej części ciała, która dość często próbuje kierować moim życiem. Opanowując się, zaśmiałem się wesoło.
- Pozostawię tę kwestię ekspertą. - wstałem, po czym dałem do zrozumienia, że czas iść dalej. - wracając do mojego wyglądu i w sumie kończąc ten temat... moje oczy są koloru czerwonego. Wielu nazywa je płomiennymi, gdyż w tęczówkach i za rogówką błyska złoto. Wygląda to zatem jak rozżarzony płomień.
- Oh, to musi wyglądać naprawdę wspaniale.
- Cóż... dla mnie jako posiadacza tych oczu, to nic niezwykłego. Dla innych natomiast jest inaczej. Gdy jestem wkurzony, wzbiera we mnie gniew, czerwień ustępuje miejsca złotu. To tak jakby wymiana kolorami. No, ale mniejsza o mnie, może teraz ty opowiesz coś o sobie?

<Nabi?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1086
Ilość zdobytych PD: 543 + 5% (27) za długość powyżej 1000 słów.
Obecny stan: 2680

Od Atrehu c.d Eien'a ~ Nowa przygoda

Polowanie zakończone sukcesem to to, co my wilki kochamy najbardziej. Ten dreszczyk emocji, który powoduje szybsze bicie serca, wyostrzone zmysły, gdy niepostrzeżenie zbliżamy się do niczego niepodejrzewającej ofiary. Na koniec sprint za zdobyczą i jej śmierć, poprzedzaną wbiciem ostrych jak brzytwa kłów w tętnice zwierzęcia. Takie właśnie uczucia doświadczamy każdego dnia podczas tej czynności. Nie inaczej było ze mną jakieś pięć minut temu. Aktualnie rozkoszowałem się soczystym mięskiem młodej sarny, którą udało mi się upolować i z której wciąż wartką strużką leciała ciepła krew. Byłem nią ubrudzony. Od pyska po łapy i co nieco pod brzuchem. Nie przejmowałem się tym jednak, wspominając swój stan sprzed dołączenia do watahy. Brudny, śmierdzący, nie dało się koło mnie przejść, nie zatkawszy nosa. Tylko Tsumi w sumie jakoś wytrzymała. Zabrała mnie nad ocean, gdzie zażyłem swego rodzaju pierwszej kąpieli w słonej wodzie. Magicznie podziałało to na moje futro, które przyzwyczajone do słodkiej wody, napuszyło się i nabrało objętości. Więc krew na mym futrze nie robiła mi różnicy. Poza tym byłem zbyt zajęty jedzeniem, by się czymkolwiek przejmować. Wyszarpując z truchła duże kawałki, torowałem sobie drogę ku najlepszym kąskom. Szpik kostny był moim celem numer jeden. Nie smakował mi, ale był pożywny i zdrowy. Dobrałem się do niego, pochłaniając na raz. Dobra przystawka nie jest zła. Jako obiad wybrałem wątrobę. Czerwoną, obślizgłą, ale za to jaką smaczną. Na deser oczywiście wszystko inne.
Przez myśl mi przeszło, że zachowuję się tak, jakbym nie jadł od miesięcy. Było to dość zabawne. Zapewne osoba, która by mnie takiego widziała, pomyślałaby, że głodowałem od dawna. A ja zwyczajnie przechodziłem swego rodzaju napad głodu. Zdarzał mi się on dość rzadko i był krótko mówiąc — upierdliwy. Dlaczego? A dlatego, że byłem po nim ospały i nie miałem na nic ochoty. Nawet seks nie wydawał mi się w tym czasie tak cudowny, a ci, co mnie znają wiedzą, że uwielbiam się zabawiać. Z tego względu z dość dużym trudem, powstrzymałem się przed zjedzeniem całej sarny. Zrobiłem duży krok w tył, po czym odwróciłem się i potruchtałem w stronę jeziora. Nie uszedłem daleko, gdy do moich nozdrzy wdarł się obcy zapach. Piżmowy, ciężki, który o dziwo nie wywołał u mnie niepokoju. Nie mniej jednak nie należał do żadnego znanego mi osobnika. Zmarszczyłem czoło, starając się określić dokładne położenie osobnika oraz jego zamiary. Nie wyczuwszy niczego niepokojącego, ruszyłem w jego kierunku. Im bliżej byłem, tym woń stawała się silniejsza. By dotrzeć do celu, musiałem przedrzeć się przez gęste zarośla, naturalnie wywołując tym szelest liści. Bynajmniej nie jakiś cichy, ale taki dość głośny. Słyszalne dla wszystkich zwierząt w okolicy. Byłem zatem pewny, że ów wilk również go usłyszał. Świadczył o tym jego zmieniający się zapach. Nabrał on mocy, stał się jeszcze bardziej wyczuwalny. 
W końcu wyszedłem z zarośli, rozglądając się uważnie na wszystkie strony. Zapach dochodził znad jeziora i był na dość dużej przestrzeni. Zlokalizowanie jego źródła, zajęło mi chwilę. W końcu jednak dostrzegłem blask niebieskich oczu i białą sylwetkę, ukrytą za jasnym kamieniem. Nic więc dziwnego, że nie zauważyłem go od razu. Wilk z całą pewnością nie był członkiem watahy. Teraz miałem ku temu pewność. Wszak znałem wszystkie osobniki, żyjące w naszej sforze. A ten tu był mi obcy... Nastroszyłem sierść, wyprostowując się, by być jeszcze większym. Pewny siebie, ruszyłem ku basiorowi, który z zaciętą miną, obserwował każdy mój ruch. Nie uciekał, ale nie wyglądał również na bezbronnego. Górowałem nad nim wielkością, ale nie dawało mi to wcale przewagi. Wszak mógł być ode mnie dużo zwinniejszy i silniejszy, nawet będąc tak nikłej postury. W sumie to im bliżej byłem, tym więcej detali widziałem. Mój wzrok z dużej odległości wyłapał najdrobniejsze szczegóły. Samiec nie był ani duży, ale nie należał także do najmniejszej. Ot, zwykłej wielkości wilk o długim pysku i smukłej sylwetce. Jego puchaty ogon, zwisał luźno nad podłożem, aczkolwiek zauważyć było można drobne drgania. Był ewidentnie niespokojny, gotowy do ataku, a jednocześnie ostrożny.
- Kim jesteś i czego tu szukasz? - mój głos rozniósł się echem. Celowo nie użyłem mocnej nutki, gdyż byłoby to zbyteczne. Gość nie wykazywał agresji, był stosunkowo spokojny. Być może nie uznał mnie za wroga albo godnego siebie przeciwnika i z tego względu, nie przejmuje się zbytnio moją obecnością. Mógłbym tak rozmyślać dalej, gdyby całkowicie mnie olał, lecz nie robił tego.
- Mam na imię Eien. - odrzekł ze słyszalną chrypką. Chyba od dawna się do nikogo nie odzywał, po czym spojrzał mi uważnie w oczy. Jego spojrzenie diamentowych oczu było przeszywające, jakby próbował wejść głęboko w moje myśli. Nie byłem pewny jego zamiarów, więc uczyniłem to samo. Wpatrywałem się intensywnie w jego źrenice, szukając odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Walka na spojrzenie nie trwała długo, gdyż samiec się wycofał, odwracając wzrok. Westchnął, po czym klapnął tyłkiem o ziemię. - Nie mam złych zamiarów, nie jestem wrogiem. Szukam nowego domu. - uważnie spojrzałem w jego oczy. Nie dostrzegłem w nim kłamstwa, mówił prawdę. Wydawał się dość zdystansowany, odległy, ale i chłodny. Nie miałem co do niego przekonania, jednocześnie nie mogłem mu zabronić. Sam przecież dość niedawno byłem nowy. Dołączyłem, robiąc przy tym niezłe zamieszanie. Z tego względu postanowiłem spróbować.
- W porządku. - zwróciłem się do niego, po czym kiwając głową, spojrzałem w stronę lasu. - Chodź za mną, zaprowadzę cię do alfy. To ona tu rządzi i to ona decyduje, czy ktoś może dołączyć, czy też nie. Jeśli jednak chcesz tu zostać, musisz czynnie działać na rzecz watahy. Tym samym, z całą pewnością otrzymasz profesję do wykonania.
- Niech tak będzie. - Eien potruchtał do mnie i wspólnie udaliśmy się do Renesmee. Mogę tu napomknąć, iż samiec otrzymał rangę czujki dziennej, a tym samym, zostaliśmy niejako zmuszeni do współpracy. Nie wiem, czy Rene zrobiła to umyślnie, czy też nie. Nie mniej jednak w czasie drogi zdążyliśmy się nieco poznać. Eien okazał się naprawdę w porządku, aczkolwiek widać jak na łapie, że należy od do samotników i unika innych. Może i byłem dość wredny, ale nie zamierzałem jak na razie go odstępować. Będę jak wrzód na zadzie.
- No dobra, skoro oficjalnie jesteś już członkiem watahy, oprowadzę cię po terenach i wprowadzę w najważniejsze kwestie... - spojrzałem na samca figlarnie, wskazując łapą w dal.

<Eien?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1000
Ilość zdobytych PD: 500 + 5% (25 PD) za długość powyżej 1000 słów.
Obecny stan: 2110

Od Nabi c.d Atrehu ~ Prawdziwy dom

– Kim jesteś? – zapytał nieznajomy po krótkiej ciszy.
Przez chwilę nie wiedziałam, co powiedzieć. Tak długo czekałam na tę chwilę, a kiedy w końcu doszło do tego, że spotkałam wilka i to w dodatku samca o mocnym zapachu szczególnie dla mojego nosa, po prostu stałam się nieśmiała a może nawet lekko przestraszona? "Czy mam po prostu się przedstawić?" Przemknęło mi przez myśli. Gdy wilk chrząknął, aby przypomnieć o swoim pytaniu, drgnęłam uchem.
– Ja... jestem Nabi. Zwykła wadera, która poszukuje nowego domu, w którym czułaby się sobą – położyłam po sobie uszy, aby dodatkowo pokazać, że nie mam złych zamiarów.
Chociaż zapewne basior o tym wiedział. Powiedzmy, że poczułam jego spokojniejszą aurę. Nie zaatakował mnie, więc był to dobry znak.
– Ja jestem Atrehu. W porządku, zaprowadzę cię do naszej alfy – odpowiedział pogodnym tonem.
Uśmiechnęłam się delikatnie i wstałam. Mogłam się bardziej rozluźnić i odetchnęłam z ulgą. Zastanawiałam się, kiedy zapyta się o moją niepełnosprawność, ale o dziwo samiec po prostu poczekał, żebym do niego dołączyła. "Miła odmiana." Chociaż gdyby się zapytał, to mogłoby być niezręcznie.
Ruszyłam powolnym i bezpiecznym krokiem przed siebie. Nie chciałam zbytnio się zamyślać, gdyż jednak musiałam skupiać się na chodzeniu. Nastroszyłam uszy i sprawnie wyminęłam drzewo. Przy okazji słyszałam spokojne stąpanie łap Artehu, szum wody tuż za mną i szelest spadających liści. Było tak spokojnie.
W pewnym momencie jeden z liści spadł na mój nos i lekko się wzdrygnęłam. Potrząsnęłam głową i podbiegłam do basiora. Panowała przyjemna przynajmniej dla mnie cisza. Mogłam napawać się dźwiękami lasu, przez który przelatywał wiatr. Pomyślałam jednak, że byłoby dobrze poznać mojego towarzysza.
– Może to dziwne pytanie, ale – zaczęłam i chrząknęłam.
– Tak?
– Jak wyglądasz? Nie byłam niewidoma od urodzenia, więc możesz mówić różne kolory i tak dalej. Jestem ciekawa – przez chwilę pomyślałam, że to głupie, ale nie wycofałam się.
W sumie był jak na razie jedynym wilkiem, którego poznałam na tych terenach. "Być może uda mi się załatwić jakąś wycieczkę po terenach, jeśli alfa zechce, żebym tu została." Na tę myśl znowu lekko się uśmiechnęłam.


Atrehu?


PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 331
Ilość zdobytych PD: 165
Obecny stan: 361

Od Atrehu c.d Nabi ~ Prawdziwy dom

Tego dnia wstałem dość rześki i wypoczęty. Mogło to być za sprawą udanego wieczoru w towarzystwie Tsumi oraz tego, że darowałem sobie kolację. Jedzenie tuż przed snem zawsze kończyło się niewyspaniem. Nieważne, jak bardzo byłbym zmęczony i śpiący, za kija bym nie usnął. Muszę zatem zmienić swój tryb życia i przenieść ostatni posiłek na inną porę dnia. Przeciągnąłem się, wyprostowując wszystkie kości, aż wydały z siebie ten dziwny dźwięk, przypominający chrupnięcie. Ziewając i odganiając resztki snu, z uczuciem spojrzałem na śpiącą waderę. Jak miś, wtulona była w mój bok. Przypatrywałem jej się przez chwilę. Oddychała równo i miarowo, pochrapując delikatuśnie. Uśmiechnąłem się szeroko, liżąc jej uszko. Nie miałem ochoty jej opuszczać, ale obowiązki, to obowiązki. Z westchnieniem podniosłem się z posłania. Zerkając w stronę wyjścia, stwierdziłem, że jest jeszcze dość wcześnie. Było ciemno, wiał nieprzyjemny wiatr, gwiżdżąc przy tym przeraźliwie. Skrzywiłem się na ten dźwięk. Nim wyszedłem z jaskini, dałem mojej małej kulce słodkiego całusa. Mrugnęła tylko coś niewyraźnie przez sen, przewracając się na drugi bok. Parsknąłem przy tym śmiechem. Od razu humor mi się poprawił.
Pogoda na zewnątrz nie napawała optymizmem. Zimno przewiercało moje ciało na wskroś. Słońce dopiero co wychylało się znad horyzontu i choć nie padało, ciemne chmury nieubłaganie zbliżały się w stronę naszych terenów. To kwestia czasu, nim lunie jak z cebra. Lubiłem deszcz, aczkolwiek nie chciałbym zmoknąć na patrolu. Nie dziś, nie w tym mrozie. Tym bardziej pragnąłem mieć już za sobą swoje zadanie. Ruszyłem więc pędem na miejsce spotkania. Sprawnie omijałem chaszcze i zwinnie balansowałem między drzewami. Skacząc nad rozwalonym pniem, gładko wylądowałem na ziemi. ~ Powinienem dostać za to medal, a co! ~ pomyślałem ze śmiechem, będąc już u celu. Zapach mojego towarzysza roznosił się po polanie. Zwolniłem, wychodząc z lasu i gwiżdżąc sobie pod nosem, zbliżyłem się do wilka. Jego biała jak śnieg sierść, rzucała się w oczy. Jesienią trudno go nie dostrzec, choć wszystko się odwróci zimą, gdy spadnie pierwszy śnieg. Eien będzie niewidoczny wśród białego puchu. Idealny kamuflaż zapewni mu powodzenia podczas polowań. Co nieco mu tego zazdrościłem. W tej chwili to ja mieszałem się z otoczeniem. Moja ruda sierść, idealnie komponowała się z opadającymi liśćmi, lecz później będę łatwy do zauważenia. Jak kaczka. ~ No nic, nie można mieć wszystkiego. ~ Z tą myślą, zbliżyłem się do basiora. Samiec spojrzał na mnie i kiwając w moją stronę głową, ruszył przed siebie. Nie potrzebowaliśmy słów. Każdy znał swoje obowiązki. Poza tym było widać, że nie jest w nastroju do rozmów. Chyba tak, jak ja, chciał już wrócić do domu. Rozpoczęliśmy zatem codzienny obchód. Jako czujki dzienne, patrolowaliśmy teren watahy kilka razy dziennie, w różnych godzinach. Z tego względu trudno się komuś prześlizgnąć na nasze tereny. Nigdy bowiem nie wiadomo, kiedy będziemy w pobliżu.
- Proponuje się rozdzielić. - spojrzałem na Eien'a, który stojąc wyprostowany, uważnie obserwował swymi diamentowymi oczami otoczenie. Znajdowaliśmy się właśnie nad wysoko położoną skarpą Pic Céleste, z której rozpościerał się dobry widok na większość naszych terenów.
- Jestem za. Może uda się też po drodze coś upolować. - odrzekłem, kierując się ku Clairière Verte. Basior zdążył tylko coś mruknąć pod nosem, ruszając w stronę jeziora Arbre Divin. Patrol zazwyczaj odbywaliśmy wspólnie. Tym razem jednak postanowiliśmy się rozdzielić, by szybciej skończyć.
Ostrożnie stawiając łapy, w żółwim tempie schodziłem po ostrych zboczach. Wspiąć się nie było wcale tak trudno, wszak porządny rozpęd i kilka długich skoków wystarczyło, by dostać się na ową skarpę, lecz zejście z niej, to już ciężki kawałek mięcha. Gdy w końcu się udało, odetchnąłem z ulgą. Żyje, nie stwierdziłem przy tym żadnego uszczerbku na zdrowiu, łapy również nie są połamane. ~ Ufff... - puściłem się biegiem przez łąkę, nasłuchując i dokładnie obserwując otoczenie. Dość szybko dotarł do mnie nieznajomy zapach. Dziwna, ale przyjemna woń wanilii i truskawki.
- Wilk... - nastroszyłem nieco sierść, przyśpieszając bieg. Z pewnością była to samica. Basiory mają o wiele cięższe zapachy, drażniące w nozdrza. Samcowi mało kiedy podoba się zapach innego samca, chyba że jest on homoseksualny, tzn., odczuwa pociąg fizyczny do osobnika tej samej płci. Wtedy ciężka, samcza woń, wywołuje podniecenie. Wadery natomiast są wyczulone na feromony. To, jaki zapach będzie ich przyciągać, zależy od wielu czynników. Od jednych może zakręcić im się w głowie, od drugich zemdlić. Jeszcze inne wywołują rozdrażnienie. W takich przypadkach lepiej unikać płci pięknej. No, ale mniejsza. Przez to zamyślenie, nie zwróciłem uwagi na to, że zbliżałem się do celu. Byłem już na tyle blisko, że z pewnością mnie wyczuła. Mimo tego nie stwierdziłem, by wilczyca zamierzała uciekać. Wręcz przeciwnie, wyglądało na to, że czeka, nie ruszając się z miejsca. Zwolniłem, wychodząc z zarośli. Moim oczom ukazała się siedząca przy strumyku drobna postać o kremowej, acz puszystej sierści. Ogon wadery oplatał jej małe ciałko, a znad równie małego noska, spoglądały na mnie niebiesko-czerwone oczy. A raczej zwrócone były w moją stronę, lecz jakby nie nieskoncentrowane na mojej osobie. Wyprostowałem się, podchodząc do samicy. Jej postawione wysoko uszy, zdawały się dokładnie rejestrować każdy mój ruch. Będąc już blisko niej, przystanąłem nagle. Drgnęła, wciąż nasłuchując. Zdałem sobie w tej chwili sprawę, że ona jest niewidoma. Nie widziała mnie, lecz czuła i słyszała. Dlatego chyba nie uciekała.
- Witaj... - chrząknąłem, pozbywając się guli w gardle. Spodziewałem się wszystkiego, ale z pewnością nie tego.
- Yhmm... cześć. - niepewność w jej głosie i skulona sylwetka sprawiły, że uspokoiłem swoją aurę. Bała się mnie, choć próbowała to ukryć.
- Kim jesteś? - zapytałem po chwili ciszy, kładąc się na brzuchu po drugiej stronie strumyka.

<Nabi?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 891
Ilość zdobytych PD: 445
Obecny stan: 1585