Newsy



:Aktualności
.Blog przechodzi obecnie renowację
.Już niebawem pojawią się nowości

:Pogoda
Obecna pora roku ~ Jesień
.Temperatura waha się między 10+ a 0- stopni Celcjusza
.Zmiana pory roku nastąpi 15.12.2022

Liczba wilków ~ 27
Wadery ~ 18 + 1 NPC
Basiory ~ 7 + 4 NPC
Szczeniaki ~ 1
Nieobecni: Brak

~Serdecznie zapraszamy♥~

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Quest. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Quest. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 listopada 2022

Od Shani - Quest II | III | XII ~ W Pułapce | Zaraza | Spojrzenie

"Wdech i wydech. Nie spieprz tego" – powtarzała sobie wadera raz za razem. Miała świetną okazję, by bezszelestnie podkraść się do pasącej się nieopodal łani. Kępy wysokiej, maskującej trawy, ciągnęły się na całym dystansie od drapieżnika do ofiary. Wiatr również przybrał kierunek korzystny dla wilczycy. O ile nie postąpi zbyt gwałtownie, zapowiadał się łatwy obiad. Wystarczyło tylko skierować pierwszy cios na tylną łapę, by przeciąć ścięgna i uniemożliwić skuteczną ucieczkę. Wilczyca robiła to już setki razy, więc co mogło pójść nie tak? Oj, Shani nie przypuszczała nawet, do czego doprowadzi to, wydawać by się mogło, rutynowe polowanie.
W zasadzie powinna była domyślić się już wcześniej – kiedy sarna, zaalarmowana jakimś niespodziewanym dźwiękiem, rozejrzała się nerwowo po otoczeniu, a jej oczy błysnęły czerwienią. Wadera stwierdziła jednak, że musiało jej się przewidzieć. Przeczytała o jeden zwój o niewyjaśnionych zdarzeniach za dużo i umysł musiał płatać jej figle.
Również fakt, iż łania pasła się podejrzanie blisko terenów, gdzie wilki z watahy lubiły spędzać czas (a w konsekwencji przepełniać okolicę swoim zapachem) nie wzbudził u Shani podejrzeń.
Tak właśnie myśliwy stał się ofiarą. I to w ułamku sekundy! Wadera już naprężała mięśnie w łapach, szykując się do skoku, gdy łania odwróciła się w jej stronę i rozpoczęła szarżę.
Wilczyca wykonała szybki unik, po czym wskoczyła na najbliższy pieniek. W tym ułamku sekundy, który miała na ocenę przeciwnika, zdążyła dostrzec czerwień oczu, która okazała się nie być złudzeniem. Z pyska zwierzęcia toczyła się piana, a w jego gardle brzmiał niezwykły jak dla gatunku zwierzęcia warkot.
Łania przeorała kopytem ziemię i ruszyła gwałtownie w kierunku wilczycy, która zaczęła pędzić ile sił w łapach. Świat zawęził się do ledwie kilku bodźców – rytmu jej własnych łap oraz stukotu kopyt, które wcale nie zdawały się niknąć w oddali. Wręcz przeciwnie – każdy kolejny stukot zdawał się wybrzmiewać coraz bliżej. Serce Shani biło jak oszalałe, lecz męczyło się już; podobnie zresztą płuca, w których płonął żywy ogień. Panika narastała w jej ciele w miarę, jak mięśnie zaczynały odmawiać posłuszeństwa. Wiedziała, że napastnika dzieliło od niej ledwie kilka kroków. Już prawie czuła ciepłotę ciała zwierzęcia, gdy nagle… Głośny brzdęk położył kres galopowi łani. Zwierzę wydało z siebie ryk przepełniony bólem.
Shani ostrożnie odwróciła się o sto osiemdziesiąt stopni, by zobaczyć łanię wierzgającą się we wszystkie strony. Jej noga utkwiła w potrzasku, który wyglądał jak zaciśnięte szczęki niedźwiedzia i był zrobiony z metalu. Wadera uznała, że musi czuwać nad nią jakaś opatrzność – w zasadzie tutejsze wierzenia mocno różniły się od jej rodzimych, co wprowadzało medyczkę w lekki zamęt, ale to temat na inną okazję. Teraz przerażenie ustąpiło miejsca ciekawości. Niepokój jednak nie ustąpił całkowicie i wilczyca stanęła tyłem do pokaźnego drzewa, by zminimalizować ryzyko, że ktoś – lub coś – zajdzie ją od tyłu. W czasie, gdy rytm jej serca wracał do normalności, przyglądała się zwierzęciu z oddali. Jego zachowanie nie przypominało wystraszonej łani znajdującej się w śmiertelnej pułapce, o nie. Zwierz wił się wściekle jak bestia na uwięzi, czekająca, aż będzie mogła rozszarpać wszystko wokół.
Shani rozważyła w głowie, jak powinna postąpić. Nie mogła przecież zostawić tej anomalii bez nadzoru i wrócić do porządku dziennego. W końcu doszła do wniosku, że powinna zneutralizować zagrożenie i odkryć jego genezę. Należało też poinformować Renessmee o tym dziwnym zdarzeniu.
Tylko jak miała zabić zwierzę? Bała się użyć do tego zębów. Czytała o chorobach, które prowadzą do agresywnych zachowań – wedle jej wiedzy, wszystkie te choroby były nieuleczalne, śmiertelne i przenosiły się przez kontakt z krwią bądź innymi płynami ustrojowymi. Cóż, nie warto ryzykować.
Chwyciła sporą gałąź, którą niedawna burza musiała strącić z drzewa. Koniec zdawał się w miarę ostry, ale wadera dla pewności oskubała go z wszelkich zbędnych elementów. Prowizoryczna włócznia nie była może idealna, ale w tych warunkach, bez odpowiednich narzędzi, nie mogła liczyć na nic lepszego. Wilczyca wzięła spory zamach i wycelowała broń w klatkę piersiową zwierzęcia. Ostrze wbiło się z nieprzyjemnym, mokrym dźwiękiem. Shani była przekonana, że przebiła płuco. Zmęczona łania walczyła już coraz słabiej, a każdy kolejny jej oddech był płytszy od poprzedniego. Pomimo agresywnego nastawienia zwierzęcia, waderze ciężko było znieść widok jej cierpienia. Nie widziała jednak rozwiązania, jak bezpiecznie mu ulżyć. Dlatego też, choć nie była z tego dumna – odwróciła wzrok.
Wśród leśnego poszycia zauważyła wtedy błysk. Z braku lepszego zajęcia w oczekiwaniu na śmierć sarny, podeszła do jego źródła. W nietypowym przedmiocie rozpoznała to samo narzędzie, które wcześniej schwytało sarnę. Na jego środku, z niewiadomego powodu, rozsypane były ziarna. Medyczka ostrożnie wsadziła patyk między dwa zębate półkola i… brzdęk! Pułapka zamknęła się tak szybko, że Shani, choć wiedziała, co się stanie, odruchowo odskoczyła w tył.
Obrzuciła okolicę uważnym spojrzeniem. Dostrzegła, iż okolica usiana jest drobnymi błyskami zdradzającymi lokalizację licznych, groźnych mechanizmów.
Cóż, dwie zagadki na raz, to trochę za dużo, nawet jak na Shani – choć wilczyca nie mogła się pozbyć przeczucia, że te sprawy są w jakiś sposób ze sobą powiązane. Musiała jednak działać metodycznie i skupić się na jednym zadaniu na raz.
Minęło jeszcze kilka chwil, nim zwierzę skonało – wadera wykorzystała ten czas na przygotowanie prowizorycznej liny z rozmaitych podłużnych kawałków roślin. Gdy przestało oddychać, wilczyca, dla pewności, rzuciła w jego stronę kilka kamieni, a potem przebiegła truchtem przed jego nosem – po jego wcześniejszym zachowaniu spodziewała się, że może to być jakaś sztuczka, a – zdaniem Shani – ostrożności nigdy za wiele. Gdy nabrała pewności, że łania nie żyje, owinęła ostrożnie linę wokół jej szyi i zaczęła taszczyć ciało w kierunku jaskini medyków. Słyszała nieprzyjemny trzask, gdy tkanki uwięzione w pułapce rozrywały się, aż w końcu uwolniły nogę ofiary.
Jasne, może wnoszenie potencjalnie zakaźnej zwierzyny w obszar, gdzie przebywało więcej wilków, nie było bezpiecznym rozwiązaniem, ale to wciąż lepsze, niż pozostawienie jej bez nadzoru. W końcu ktoś mógł zjeść świeżą padlinę… W każdym razie ostatecznie Shani udało się donieść ładunek na miejsce.
Stojąc przed jaskinią medyków, czuła lekki niepokój i ekscytację. Te uczucia pojawiały się u niej już od jakiegoś czasu za każdym razem, gdy stawiała się w pracy. Nie chodziło tu o sam fach – wilczyca nie wątpiła w swoje umiejętności. Musiało tu chodzić o coś innego, czego Shani sama nie była w stanie określić.
Ostrożnym krokiem weszła do środka. Zobaczyła Itami, która przygotowała jakąś ziołową mieszankę; sądząc po zapachu, było to coś przeciwbólowego.
- Itami? Cześć, masz chwilę? Mam tu chyba nagły przypadek. To znaczy nie taki nagły, bo martwy, ale trzeba to zbadać!
- Jasne. Co się dzieje? – Zapytała lisiczka, wyraźnie zdziwiona, że Shani pojawia się w pracy w wolnym dniu.
- To zabrzmi głupio, ale zaatakowała mnie dzisiaj łania. Myślę, że musiała być chora. Zabiłam ją, a ciało przyniosłam tutaj. Chciałabym zrobić jej sekcję.
- Łania? – Do rozmowy dołączył inny, melodyjny głos, a chwilę później w wejściu do jaskini pojawiła się kolejna wilczyca. – To by sporo wyjaśniało. Jeden z pacjentów twierdził, że pogryzła go zwierzyna, ale byłam pewna, że to majaczenie gorączkowe! Rana wygląda naprawdę paskudnie. Biedak, zakażenie rozprzestrzenia się na cały organizm…
Shani poczuła lekkie uczucie smutku, gdy zorientowała się, że również Lonya jest dziś w pracy. To nie tak, że nie przepadała za biało-różową wilczycą. Wręcz przeciwnie. Współpraca z nią była czystą przyjemnością. Po prostu… Szara pracowała tu najkrócej z całej trójki i zdarzało jej się czuć jak przysłowiowe piąte koło u wozu. Być może z czasem, wraz z długimi wspólnymi zmianami i dziesiątkami uratowanych żyć, uda jej się tu całkowicie wpasować? Ale czy to wystarczy, by uczucie zazdrości zniknęło całkowicie? Zaraz, jakiej zazdrości? Przecież tu nie ma o co być zazdrosnym. Shani odpędziła od siebie tę myśl jak natrętną muchę.
- W takim razie tym bardziej musimy dowiedzieć się, co tu jest grane. Łanię spotkałam na granicy Foret de Vie. Zachowywała się jak wściekły niedźwiedź, a z jej pyska toczyła się piana. Goniła mnie aż do Golden Grove, a tam… też wydarzyło się coś dziwnego. Złapała się w pułapkę! I tych pułapek było tam więcej. Zobaczcie, co zrobiła z jej nogą – opowiadała Shani, prowadząc współpracownice do ciała.
- Ała – skwitowała jedna z nich.
- Dokładnie, ała. Muszę jeszcze poinformować o tym Renessmee. Czy mogę liczyć na waszą pomoc? Myślę, że łanię trzeba poddać sekcji i przeszukać dostępną literaturę.
- Poradzimy sobie z tym – zapewniła Itami, a Lonya zawtórowała jej kiwnięciem głowy.
- Dziękuję. Wrócę do was, jak tylko porozmawiam z alfą!


*
Rozmowa z Renessmee poszła sprawnie. Przywódczyni zachowała zimną krew i zwołała zebranie, na którym miała zachęcić wilki do ostrożności podczas polowań oraz do zgłaszania wszelkich niecodziennych obserwacji. Jedynie medycy byli zwolnieni z apelu – ich zadaniem było jak najszybsze poznanie przyczyny zjawiska.
Gdy Shani wróciła do jaskini medyków, zastała niecodzienny widok. Lonya stała nad rozkrojonymi zwłokami łani, a Itami siedziała na podłodze, otoczona zwojami posegregowanymi wedle znanego tylko jej systemu.
- I jak, macie coś?
- Lepiej sama zobacz – odpowiedziała Lonya.
I rzeczywiście, było na co patrzeć. Trzewia wyglądem nie odbiegały od normy, natomiast w czaszce pulsowała dziwaczna, mięsista, struktura, przypominająca wyglądem kraba. Pokrywała mózg niczym peleryna, a jej czerwone wypustki sięgały do oczu (zapewne to one nadały im rubinową barwę), kanałów słuchowych i rdzenia kręgowego.
- Na bogów, co to takiego?!
- Niestety jeszcze nie wiemy – odparła Itami znad kolejnego zwoju. Stosik skryptów, które nie zostały jeszcze przejrzane przez lisiczkę, był już niepokojąco mały.
Z pomocą Shani (Lonya bowiem zajęta była doprowadzaniem siebie i otoczenia do porządku po przeprowadzonej sekcji) szybko zmalał do zera.
Odpowiedzi nigdzie nie było. Tym większy niepokój ogarnął medyczki, gdy w wejściu do jaskini stanęła Belief wraz z wysokim, ale szczupłym wilkiem idącym niepewnie kilka kroków za nią. Od wszelkich „formalności” typowych dla przychodzących do jaskini medyków po pomoc, szybko przeszła do konkretów:
- Ten tu twierdzi, że upolował rano jelonka, który walczył o swoje życie jak wściekła wiewiórka. Jego oczy były czerwone, a z pyska toczyła się piana – zaraportowała wilczyca.
Chuderlawy, młody basior o brązowym futrze, stał tymczasem kilka kroków za nią. Nerwowe przebieranie przednimi łapami, oblizywanie nosa i unikanie wzroku – ten osobnik całym sobą dawał wyraz zakłopotaniu, jakie odczuwał.
- T-to prawda – wydukał w końcu. – A teraz boli mnie brzuch.
- Chodź za mną, zbadam cię. Belief, zostań proszę jeszcze chwilę. Możesz być nam potrzebna, gdy poznamy wynik badania – zaordynowała Shani, ruszając w stronę wolnego posłania. Z trudem przyszło jej odpuszczenie wykładu dla nieostrożnego młodzieńca. – Połóż się, proszę. Czy boli, kiedy tu dotykam? A teraz?
Obraz kliniczny pacjenta nie jawił się kolorowo. Jego brzuch był twardy i bolesny. Błony śluzowe – blade. Skóra – ucieplona i mało elastyczna, wskazująca na gorączkę i odwodnienie. Przyspieszone bicie serca i wzmożony wysiłek oddechowy nawet w spoczynku stanowiły ostrzeżenie, że pacjent w każdej chwili może się pogorszyć.
Shani nie musiała raportować przypadku koleżankom z pracy - wilczyce z pełnym zaciekawieniem uczestniczyły w badaniu. Na koniec pozostało im tylko wymienić spojrzenia pełne determinacji, ale nie pozbawione strachu. Jasne, to mógł być zwykły zbieg okoliczności. Pogryzienie chorego jelonka połączone ze spożyciem innego, nieświeżego posiłku w innym czasie. To tłumaczenie brzmiało jednak dość naiwnie nawet w myślach. Wszystko wskazywało na to, że choroba mogła atakować również wilki. Łagodnie mówiąc, oznaczało to, iż wszyscy mieli przesrane. Jak leczyć chorobę, o której nie wie się zupełnie nic?
- Belief – zwróciła się Shani do białej, zerkając jednocześnie na twarze koleżanek z pracy. – Powiadom proszę Renessmee, że mamy chyba pierwszy przypadek. Sytuacja jest poważna. Nie wiemy jeszcze, co to za choroba, ale nie mów o tym nikomu oprócz alfy. Niech ona zdecyduje, co zrobić. Przyda nam się każda pomoc.
Wilczyca skinęła głową, po czym wyrecytowała wiadomość (zapewne, by lepiej utrwalić ją w pamięci), po czym opuściła jaskinię. Teraz Shani, Itami i Lonya zostały same z problemem.
Brak jakichkolwiek informacji w literaturze sprawiał, że krążyły jak dzieci we mgle. W zasadzie reszta dnia upłynęła im na dyskutowaniu o tym, co powinny bądź nie powinny zrobić z problematycznym pacjentem. Stanęło na tym, że został odizolowany od innych i dostawał napary z ziółek, których efekt, poza tym nawadniającym, mieścił się w granicach placebo. Wraz z narastaniem dolegliwości bólowych, otrzymywał również preparaty analgetyczne, podawane jednak w rozsądnych dawkach.
Ratunek przyszedł w niepozornym przebraniu drobnej, piaskowej wadery, która niosła w pysku opasły zwój. Z oczywistych względów nie mogła mówić, dlatego jej przybyciu towarzyszyła pełna momentu cisza – do czasu, aż przedmiot spoczął na stole.
- Jestem Pawona Shanar – przedstawiła się, chyba tylko wobec Shani; pozostałe wilczyce już raczej ją znały. – I chyba mam rozwiązanie waszego problemu.
Mówiąc to, rozwinęła zwój tak, by ukazał się odpowiedni fragment. Jedna ze znajdujących się obok tekstu rycin wyglądała znajomo. Shani poczuła, jak w jej wnętrzu coś rośnie – mieszanina ekscytacji i… nawet nie wiedziała, jak to możliwe, lecz odczuwała strach i ulgę zarazem. Podniecenie ostygło jednak, gdy spostrzegła, iż tekst napisany jest nieznanym jej językiem. Tu znów pomogła Pawona, która przeczytała całość na głos, tłumacząc na bieżąco:
„Clonorhis eplythicus – przywra, pasożyt wewnętrzny. Jej żywicielem ostatecznym są wilki grzywiaste oraz duże kotowate, których odchody stanowią źródło zakażenia dla żywicieli pośrednich – zwierząt roślinożernych, takich jak kapibary, inne gryzonie, tapiry, nieloty. Pasożyt atakuje układ nerwowy za pomocą wyspecjalizowanych tworów z tkanki łącznej (ryc. 1), zmieniając jego funkcję. Zainfekowana zwierzyna staje się niezdolna do odczuwania stresu, a tym samym nie ucieka przed drapieżnikiem i staje się łatwym łupem. Równocześnie w jej mięśniach wytwarzają się cysty (ryc. 2), których zjedzenie przez drapieżnika skutkuje zakażeniem. Zakażony drapieżnik, w początkowym okresie choroby, doznaje dolegliwości ze strony układu pokarmowego (wymioty, biegunka), co ma na celu zwiększenie rozsiewania jaj przywry. Rozmnażanie pasożyta jest jednak pozbawione mechanizmów samoregulacyjnych – namnaża się on w organizmie nosiciela, zużywając wszelkie zapasy energii i prowadząc ostatecznie do śmierci z wycieńczenia, bądź, w skrajnych przypadkach, niewydolności wielonarządowej spowodowanej zastąpieniem żywej tkanki przez masy pasożytów.
Odnotowano pojedyncze przypadki, w których nosicielem stawał się kręgowiec spoza typowego cyklu życiowego Clonorhis eplythicus. Skutki takiej infekcji potrafią być nieprzewidywalne. W przypadku zakażenia u wilków, należy użyć wysokich dawek leków przeciwpasożytniczych – istnieją pojedyncze doniesienia o sukcesie terapeutycznym po stosowaniu 500 ml naparu z piołunu (1 porcja suszu na 2 porcje rozpuszczalnika) 3 razy dziennie przez okres minimum dwóch tygodni. Należy pamiętać o tym, jak obciążająca jest to terapia i zastosować leczenie wspomagające dostosowane do pacjenta, ze szczególnym uwzględnieniem preparatów osłaniających wątrobę oraz ziół przeciwpsychotycznych”.
- Ile piołunu?! – Wymsknęło się Lonyi, która złapała się łapami za głowę. – Na tego jednego pacjenta zużyjemy całe zapasy.
- Chyba jestem w stanie pomóc – zaoferowała Shani. – Mogę… leczyć rośliny. To nic spektakularnego, ale gdyby tak znaleźć żywe okazy, mogę je leczyć po zbiorach. Nie zagwarantuję sukcesu, bo wykorzystuję do tego energię, którą roślina ma zgromadzoną w swoich tkankach, ale… lepsze chyba to, niż nic.
Shani nie udało się ukryć zakłopotania. Spojrzała na łapy, które jakby żyły swoim życiem, przenosząc ciężar z jednej na drugą. Na pyszczkach koleżanek pojawiło się zdziwienie. Czemu wcześniej nie powiedziała im o swojej zdolności? No cóż, szara nie była z niej dumna i nie czuła, by miała czym się chwalić.
Koniec końców zdolność okazała się jednak rzeczywiście przydatna. W najbliższych dniach nowe przypadki choroby wyrastały jak grzyby po deszczu, ale stosowane leczenie przynosiło odpowiednie skutki. Co najważniejsze, nie doszło do ani jednego zgonu z powodu zarazy. Po kilku tygodniach zrobiło się nawet spokojniej – wilki nauczyły się z daleka rozpoznawać chorą zwierzynę. Tej jednak nie ubywało, co rodziło niepokój – czy groziła im klęska głodu? Nie dość, że zdrowych osobników było zwyczajnie mniej, to konieczność sprawdzenia każdego delikwenta pod kątem objawów choroby często wymuszała zmianę taktyki polowania na… cóż, zauważalnie mniej skuteczną.
Shani, tak jak pozostali medycy, dobrze wywiązywała się ze swoich obowiązków. Mimo wszystko wciąż czuła, jakby robiła zbyt mało. Doszło nawet do tego, że odczuwała wyrzuty sumienia, gdy poświęcała czas na (i tak skrócony) sen. Ponadto, jedna myśl nie dawała jej spokoju. Dzisiaj stała się ona tak nieznośna, że nie pozwalała jej zmrużyć oka przez całą noc. Chodziło, oczywiście, o metalowe pułapki, jakie znalazła w Golden Grove. Cały czas sądziła, że mogą być powiązane ze sprawą. Kiedy już kolejny raz przewróciła się w leżu z jednego boku na drugi, frustracja wzięła górę. Wilczyca przeciągnęła się, przy czym zachrupało jej w kościach aż miło. Wyszła ze swojej norki dość ostrożnym krokiem. Nie, żeby robiła coś złego czy niebezpiecznego, nie miała po prostu ochoty, by tłumaczyć się ze swoich działań przypadkowemu przychodniowi.
Gdy doszła do Golden Grove, pułapki leżały dokładnie tam, gdzie je zastała. Zatrzasnęła jedną z nich, wsuwając patyk w zębatą „paszczę”. „Szczęki” kłapnęły głośno, płosząc jakieś małe zwierzę, które zaszeleściło w krzakach. Shani ostrożnie pochyliła się nad metalowym sprzętem, będąc gotowa w każdej chwili odskoczyć. Nie wyczuła żadnego charakterystycznego zapachu, czego się zresztą spodziewała. Złapała nowy patyk i zaczęła rozgrzebywać nim ziemię wokół pułapki. Konstrukcja była częściowo zagrzebana, ponadto do gruntu mocował ją kołek na łańcuchu. Ktoś musiał zadać sobie sporo trudu, by umieścić tak dużą ilość pułapek w jednym miejscu. Ktoś…
Shani usłyszała trzask łamanej gałązki. Napięła wszystkie mięśnie i ostrożnie, powoli, by nie rzucać się w oczy, rozejrzała się po okolicy. Strach ustąpił miejsca ekscytacji, gdy zobaczyła całkiem zdrową sarnę. Tak, miała pewność, że ona jest zdrowa. Nie zdradzała żadnych objawów choroby – czerwonych oczu, piany z pyska ani charakterystycznego, pewniejszego chodu. Wiedziała, że niezainfekowanej zwierzyny ostatnimi czasy jest mało. Nie mogła przepuścić takiej okazji, zwłaszcza, że czuła bolesne ssanie w żołądku.
Wilczyca, początkowo bardzo ostrożnie, zmniejszała dystans do zdobyczy. Musiała uważać nie tylko na to, by pozostać niezauważoną, ale też wypatrywać porozstawianych na ziemi pułapek. W końcu udało jej się znaleźć w miejscu na tyle bliskim, a jednocześnie wystarczająco bezpiecznym, by rzucić się na ofiarę. Ta niestety w ostatniej chwili zorientowała się w swoim położeniu. Wierzgnęła tylnymi nogami. Czarne, twarde kopyto minęło nos Shani o milimetry; wilczyca poczuła na skórze smagnięcie powietrza. Sarna zaczęła uciekać, a medyczka pobiegła za nią.
Na chwilę świat zwęził się dla niej do dwóch punktów – jej samej i zdobyczy. Biegła, ile sił w nogach, zostawiając w tyle dziesiątki drzew. W końcu jednak nastąpił moment, od którego już każdy kolejny krok i każdy kolejny oddech stawały się coraz to większym wyzwaniem. Shani wiedziała, że może z siebie wykrzesać jeszcze trochę energii, przebiec ostatnie kilkaset metrów… Wiedziała też, że nie ma to już najmniejszego sensu. Sarnie udało się zwiększyć dystans, a w końcu jej biały zad zniknął gdzieś między drzewami.
Shani zatrzymała się na chwilę, by złapać oddech. Dopiero wtedy zdała sobie sprawę, jak ciężkie jest powietrze. Tak jakby ciemność wokół zgęstniała i wdzierała się do płuc. Wilczyca poczuła, jak niepokój narasta jej w piersi. Rozejrzała się i nie potrafiła zlokalizować żadnego charakterystycznego punktu. Spojrzała w górę, lecz księżyc został przesłonięty przez ciemne, ciężkie od deszczu chmury. Cała ta mroczna atmosfera sprawiła, że Shani bała się nawet bardziej, niż podpowiadał rozsądek.
Próbowała wrócić po swoich śladach, jednak podążanie własnym zapachem zawsze było dla niej trudne. W końcu jak miała oddzielić to, co czuje na ziemi, od aromatu otaczającego jej ciało? Niepokój, który odczuwała, nie pomagał w skupieniu. Shani nie mogła pozbyć się wrażenia, że ktoś ją obserwuje… Patrzy na każdy jej ruch z drwiącym uśmieszkiem przyczepionym do pyska. Wilczyca na chwilę zatrzymała się i otrzepała futro, jak gdyby mogła w ten sposób pozbyć się nieprzyjemnego odczucia. Przyłożyła z powrotem nos do ziemi i… nie mogła już wyczuć zapachu! W zasadzie to nic nie czuła. Świat wokół zasnuł się mgłą, a dźwięki zbiły w ledwie słyszalny szum.
Usłyszała kroki, a chwilę później zobaczyła dwa punkciki we mgle; parę oczu wpatrzoną prosto w nią. Nie zdążyła się nawet ruszyć, zanim świat wokół na powrót zniknął, po czym eksplodował tysiącem barw w odpowiedzi na… ból. Straszliwy ból, jakiego wilczyca dawno nie czuła. Rozlał się po jej czaszce, a w miarę, jak schodził coraz to niżej, wyłączał z użytku kolejne elementy jej ciała. Shani jeszcze chciała walczyć, zareagować w jakikolwiek sposób, ale… nie mogła. Zanim wykonała jakikolwiek ruch, jej świadomość odpłynęła w najgłębsze zakamarki umysłu.

*
Ból. Pierwszym, co poczuła po przebudzeniu, był ból. Z wielką determinacją próbował odebrać wilczycy wolę walki, ale Shani nie zamierzała się poddać. Otworzyła jedno z oczu – powieka drugiego zaprotestowała bolesnym ukłuciem, gdy próbowała ją podnieść. Delikatnie zbadała narząd łapą – był opuchnięty, ale nie wyczuwała nic szczególnie niepokojącego, choć na ten moment ciężko stwierdzić cokolwiek więcej. Mimo wszystko nie widziała niemalże nic. Musiała polegać na innych zmysłach, by zorientować się w swojej sytuacji.
Na pierwszy plan wysuwał się zapach. Fetor choroby, fekaliów i strachu tworzył zabójczą wręcz mieszankę. Wilczycy zbierało się na wymioty, ale ilekroć zawartość żołądka podchodziła jej do gardła, wsuwała nos we własne futro, które nie przestało jeszcze pachnieć domem; przynosiło wspomnienia o przytulnej norce i czasie spędzanym wśród ziół. Węch przyniósł jednak choć jedną pokrzepiającą informację – nie była tu sama. Choć, z drugiej strony, może wcale nie był to powód do szczęścia?
Grunt pod łapami był zimny, twardy i wilgotny. Krople wody spadały na ziemię w towarzystwie charakterystycznego pogłosu. Jaskinia? Być może.
Shani postąpiła ostrożnie krok do przodu. Potem kolejny. Następny krok zakończył się już jednak spotkaniem z czymś równie twardym i zimnym jak podłoże, a do tego pionowym. Wadera obmacała strukturę łapami, kilkanaście centymetrów dalej znalazła kolejną. Kraty. Była w klatce?
Zmysły zaczęły powoli przyzwyczajać się do panujących w tym miejscu warunków. Nos nie reagował już tak czule na fetor, za to oczy… zaczęły dostrzegać kształty. Potwierdziły się jej przypuszczenia. Znajdowała się w klatce i nie była jedyna.
Ogarnęło ją przerażenie. Czy to jakieś więzienie? Albo gorzej? Shani ciężko było wyobrazić sobie, co mogłoby być gorsze od więzienia. Czuła, jak szybko bije jej serce. Widziała, jak pręty klatki otaczają ją coraz ciaśniej, odbierając przestrzeń z sekundy na sekundę. W uszach rozległ się ni to szum, ni to pisk. Jej oddech przyspieszył do tego stopnia, że zaczęła widzieć białe punkciki przed oczami. Oddychaj, Shani, mówiła do siebie. Wdech i wydech. Wdeech i wyyydech. Tak, tak dobrze. Coraz wolniej. Ściany jej więzienia zaczęły powoli wracać na swoje miejsce, a wilczyca w szybkim tempie odzyskiwała jasność myślenia.
- A cóż to, nasz nowy nabytek się boi?
Słowa okraszone były śmiechem. Dobiegały z tej samej strony, co… światło! Nadchodzący wilk trzymał w pysku latarenkę zasilaną olejem. Blask niemal oślepił przyzwyczajone do ciemności oczy, pozwolił jednak dostrzec, że ma sąsiada. Nie tylko w tym upatrzyła swoją szansę. Z sufitu zwisał smętny korzeń. Gdyby tak tylko…
- Masz. Nie licz na nic lepszego – kawałek mięsa z mokrym „plask!” spadł na ziemię u łap Shani.
Takie samo mokre plaśnięcie słyszała jeszcze dobrych kilkanaście razy. Powietrze przesycił zapach nieświeżej padliny.
Kiedy „karmiciel” sobie poszedł, usłyszała głos po swojej lewej.
- Dobrze słyszałem? Mamy nową?
Shani postanowiła zignorować zaczepki.
- No masz, już myślałem, że będzie z kim pogadać, a tu niemowa się trafiła!
- Jak tak dalej pójdzie, to ty zostaniesz niemową! – Był to oczywisty blef. Shani czuła, jak pulsuje jej żyłka na czole. Definitywnie nie była w nastroju na żarty.
- Stanowczo odradzam! Oj, uwierz.. kiedy posiedzisz tu tyle co ja, będziesz chciała mieć towarzysza do rozmów. Jestem Fuks.
Cóż, Fuks chyba nie miał zbytniego… fuksa, że tu trafił, pomyślała wilczyca. Widziała jego drobną sylwetkę i duże uszy rysujące się w ciemności. To nie był wilk, ale, skoro mogła się z nim porozumieć – z całą pewnością miała do czynienia z psowatym.
- Jak długo tu jesteś? – Próbowała pociągnąć temat.
- Ciężko liczyć dni, gdy nie widać słońca! Ale dość długo, by doświadczyć na własnej skórze okrucieństwa tego miejsca.
- O czym ty mówisz? – Wilczyca podeszła bliżej kraty, by lepiej słyszeć, co uszaty do niej mówi.
- Tego nie da się opisać! Pierwszy raz jest przerażający, ale z każdym kolejnym jest coraz lepiej. W końcu jakaś rozrywka.
Shani zmroziły te słowa. Nie odezwała się już więcej do Fuksa, nie chcąc pogłębiać swojego strachu. Położyła się na ziemi i oparła głowę na łapach. Jedyną rozrywką było dla niej obserwowanie spowitego mrokiem otoczenia.
Wilczyca wlepiła spojrzenie w miejsce, gdzie majaczył zarys korzenia. Otaczająca ją cisza i ciemność pomagały utrzymać skupienie. Widziała w tej małej roślince swą jedyną nadzieję na ratunek, przyćmiewaną jednak przez brak wiary we własne umiejętności. Mimo wszystko próbowała. Wyobraziła sobie, jak jej świadomość opuszcza granice jej umysłu i sięga do tego wątłego korzenia, w którym wciąż jednak tliło się życie. Wyczuła niewielkie nagromadzenie sił witalnych w koniuszku odgałęzienia. Ruszyła je, z początku niepewnie, pobudzając do działania. Czuła, jak zasoby energii rośliny kurczą się, rozpraszają na coraz to dłuższym odcinku. Shani, zmęczona jak po lekturze wybitnie trudnego tekstu naukowego, dostrzegła sukces. Korzeń wydłużył się o dobre kilkadziesiąt centymetrów. Zachęcona rezultatami, sięgała umysłem do sąsiednich wiązek korzeni, przekierowując ich energię tak, jak chciała, powtarzając ten proces wiele razy. W końcu poczuła, jak tkanki rośliny wrastają w kłódkę, która stanowiła jej barierę do wolności. Napierała dalej, nadbudowując coraz to większą objętość drewna w małym otworze na klucz. Usłyszała delikatny trzask, a zaraz po nim odgłos metalu uderzającego o kamień.
Momentalnie straciła skupienie. Nie widziała już otaczającej jaskinię sieci roślinnej energii; rzeczywisty świat ponownie docierał do jej zmysłów. Nie spodziewała się, że jej plan ma szansę zadziałać – a jednak! Pchnęła kufą drzwiczki – była wolna! Rozejrzała się po klatkach sąsiadujących z jej własnym więzieniem. Sumienie nie pozwalało jej tak po prostu stąd wyjść.
Chwyciła kłódkę w zęby, by na powrót zawiesić ją w pierwotnym miejscu. Wśliznęła się z powrotem do klatki i zamknęła drzwiczki pyskiem. Ponownie rozszerzyła swoją świadomość, kierując korzeń do kłódek na celach współwięźniów. Jedna po drugiej spadały z głośnym, metalicznym dźwiękiem na ziemię.
Shani czuła się wyczerpana jak nigdy w życiu. Choć jej oddech i serce pozostawały spokojne, wilczyca ledwo stała na łapach. Nie sądziła, że używanie mocy może ją tak wykończyć! Ba, wszystkie wcześniejsze eksperymenty z tą formą magii kończyły się co najwyżej zmęczeniem umysłowym, podobnym do tego, jakie towarzyszyło długiej nauce z ksiąg.
Odgłosy poruszenia wywołanego nagłym uwolnieniem współwięźniów ledwie docierały do jej uszu. Podobnie sygnały, które próbowała wysłać do łap, napotykały jakby jakiś opór, popychając kończyny po trajektorii właściwej raczej dla mocnego stanu upojenia alkoholowego. Również kiedy umięśnione ciało strażnika przygniotło ją do ziemi, Shani poczuła jedynie tępy ból, który wydawał się nie być nawet jej własnym… Jak zza ściany słyszała warknięcia i obelgi odbijające się echem w wilgotnej jaskini. Dopiero zastrzyk adrenaliny, wywołany nagłym bólem w okolicy kostki, pozwolił jej odzyskać zmysły.
Wilczyca odwróciła głowę w stronę bolącej łapy. Zobaczyła malutkiego fenka, który próbował ją ciągnąć w stronę, która zdawała się prowadzić do wyjścia. Szara szybko podniosła się na nogi i pobiegła za pozostałymi uciekinierami, czując wzrok strażników na karku. W końcu udało jej się wydostać na zewnątrz. Zmrużyła oczy, odwykłe już od światła i wzięła w głęboki oddech, który napełnił jej płuca świeżym powietrzem i zapachem lasu. Nie mogła jednak pozwolić, by ta chwila zachwytu trwała dłużej. Musiała pozbyć się ogona. Przeliczyła na szybko tych, którym udało się uciec. Wyglądało na to, byli w komplecie.
Jeszcze w jaskini czuła, że formacja trzyma się wyłącznie dzięki korzeniom. Mogła poczuć, z jaką siłą ziemia napiera na każde odgałęzienie, jak tkanki rośliny walczą z tym ciężarem. Wciąż, nie mogła zmusić korzeni, by wycofały się z gleby. Jej moc pozwalała tylko kierować energią w roślinie tak, by rosła w określony sposób… Bingo! W głowie wilczycy zrodził się pomysł, który nawet miał szansę zadziałać. Wysłała silny impuls do zewnętrznych części drzewa, nakazując im rosnąć. Siły witalne opuszczały korzeń, momentalnie czyniąc go bardziej podatnym na złamania. I tak Shani czuła, jak korzenie, jeden po drugim, pękają. Każdy taki uraz bolał ją, jakby sama go doświadczała. Pomysł okazał się jednak skuteczny. Jaskinia zawaliła się, więżąc, a może i nawet zabijając, jej oprawców.
Shani powinna czuć w tym momencie satysfakcję, jednak na jej miejscu znalazł się żal. Stare drzewo, opadając razem z murami jaskini, złamało się w pół, krzycząc bezgłośnie w swoich ostatnich chwilach. Życie prawdopodobnie stracili również jej oprawcy. Żołądek podszedł wilczycy do gardła. Nigdy wcześniej nie zabiła. Ta przerażająca świadomość, wraz z wyczerpaniem, spadły na waderę niczym czarna chmura, posyłając jej świadomość w niebyt.

*
- No, w końcu – melodyjny, znajomy głos dobiegł do uszu wilczycy, zanim jeszcze jej oczy przyzwyczaiły się na nowo do, skądinąd skąpego, światła. – Pozostali już dawno wrócili do formy. Martwiłyśmy się.
- Że już na stałe przybędzie wam obowiązków? Spokojnie, nie wybieram się jeszcze na tamten świat – Shani uśmiechnęła się, by złagodzić ton swojej wypowiedzi.
W oczach Itami pojawiła się… troska? Lisiczka bywała dla Shani zagadką, a więc i teraz nie była pewna, co też kryje się za tym spojrzeniem.
- Mieliście sporo szczęścia. Jeden z naszych strażników natknął się na zbłąkanego kojota, co od razu wzbudziło jego ciekawość. W końcu nieczęsto spotyka się je w tych stronach. Ten zaprowadził go do pozostałych i tak wszyscy trafili tutaj. Chyba przy okazji odkryliśmy źródło naszej epidemii… Kilkoro z was było zakażonych. Och, Shani, co ty tam przeżyłaś?
- W zasadzie to… niewiele. Szybko udało mi się uciec. Nie wiem nawet, co tam się działo.
- Może… może to i lepiej – Itami odwróciła wzrok.
- Co tam się działo? – Shani podniosła się na leżance i wbiła w lisiczkę stanowcze, świdrujące spojrzenie.
- W zasadzie to nie do końca to rozumiemy. Renessmee, wysłuchawszy historii twoich towarzyszy niedoli, wysłała patrol w miejsce jaskini. Znaleziono kilka ciał, ale nie mamy pewności, czy wszyscy odpowiedzialni za waszą krzywdę zaznali sprawiedliwości. Próbowaliśmy ustalić ich motywacje, ale cała ta sprawa wygląda dziwnie. Na miejscu było pełno narzędzi, słojów z dziwną zawartością i zaplamiony, kamienny stół. Chyba… chyba prowadzono tam jakieś eksperymenty medyczne. Jakby zarażali was celowo pasożytami czy coś. To znaczy… Ty jesteś czysta, ale nie wszyscy mieli to szczęście. Zbierali różne gatunki psowatych, pewnie chcąc w jakiś sposób porównać działanie stosowanych przez nich „zabiegów”. Tylko po co ktokolwiek miałby to robić?
- Itami, chodź! Potrzebuję dodatkowych łap! – Głos Lonyi dobiegł jakby zza ściany.
Lisiczka rzuciła do Shani szybkie „zaraz wracam” i z gracją oddaliła się z pola widzenia szarej.

*
Shani wyszła z medycznej jaskini i wciągnęła świeże, jesienne powietrze głęboko w płuca. Napawała się zapachem opadłych liści i ziemi świeżo zmiękczonej długim deszczem. Nie przeszkadzało jej nawet, że błoto oblepia jej łapy. Dziś w końcu pierwszy raz pozwolono jej, by wyszła na dłużej. Dziś był też dzień, w którym jej współwięźniowie mieli opuścić tereny watahy Renaissance. Shani w ostatnim czasie zdążyła się z nimi zaprzyjaźnić, w końcu długie dni spędzone w medycznej jaskini nie pozwalały na rozrywki inne niż rozmowy. Dlatego też postanowiła towarzyszyć im do samej granicy.
Na miejscu spojrzała jeszcze ten jeden raz na Fuksa, małego otocjona, który stał się niepisanym przewodnikiem tej nietypowej grupki.
- Na pewno nie chcesz z nami zostać? Wataha Renaissance zawsze chętnie przyjmie nowych członków.
- Nie, nie. Wiesz przecież, że mam dokąd wracać. Ale nie martw się. Jesteśmy wdzięczni za pomoc. Wiedz, że każdy członek watahy Renaissance może liczyć na schronienie i opiekę w rodzinnych stronach każdego z nas. Żegnaj, Shani. Może nasze ścieżki jeszcze kiedyś się skrzyżują.
Shani usiadła na wydeptanej ścieżce, trochę nie wiedząc, co ze sobą począć. Kiedy już ostatni wilczy ogon zniknął jej z pola widzenia, westchnęła głośno. Chciała – naprawdę chciała! – wrócić prosto do domu. Jej łapy postanowiły jednak za nią i zaprowadziły ją do miejsca, gdzie jeszcze niedawno była więziona. Widok ten automatycznie obudził w niej strach, który jednak odszedł, gdy dostrzegła wiewiórki buszujące po ruinach jaskini. Rude kity spłoszyły się na jej widok. To dobry znak – nie było tu nikogo, kto mógł wystraszyć je wcześniej.
Spojrzała ze smutkiem na dąb, któremu odebrała życie, by ratować własne. Sięgnęła do niego swoją mocą, nie dostrzegła jednak choćby cienia tlącej się energii. Zresztą, nawet gdyby w drzewie pozostała jeszcze choćby odrobinka sił witalnych, Shani wiedziała, że nie będzie w stanie jej ruszyć. Już niejeden raz próbowała powtórzyć swoje ostatnie wyczyny, ale napotykała olbrzymi opór. Nawet to, co wcześniej było dla wilczycy drugiej naturą, stało się dla niej niemożliwe. Próba poruszenia energią najdrobniejszego źdźbła trawy była dla niej jak próba przesunięcia olbrzymiej góry siłą własnych mięśni.
Wadera, obserwując miejsce w zadumie, dostrzegła leżące wśród opadłych liści żołędzie. Chwyciła jeden z nich w pysk, delikatnie i z namaszczeniem. Czy wierzyła, że posadzenie tego małego nasionka w pobliżu jej jaskini w jakiś sposób wynagrodzi krzywdę, którą wyrządziła temu pięknemu drzewu? Nie, Shani dobrze o tym wiedziała. Cóż innego jej jednak pozostało?

PODSUMOWANIE 
Ilość napisanych słów: 5208
Ilość zdobytych PD: 2604 + 25% (651 PD) za długość powyżej 5000 słów.
Nagroda za Quest: 900 PD | +3 pkt zwinność | +11 pkt inteligencja | +2 siła | +5 pkt kondycja
Obecny stan: 4155

czwartek, 25 sierpnia 2022

Od Eowiny c.d Belief ~ Kiepsko to wygląda + Quest IX: Na ratunek

Gdy zaczynała odchodzić, jej oczom ukazała się zasypiająca Belief. Stanęła i chwilę jeszcze wpatrywała się w białawą wilczycę, a na jej pysku pojawił się grymas. Zapomniała o jednej rzeczy i dziwiła się sobie, że nie zaczęła od tego. Ranę należało najpierw oczyścić, jednak patrząc z drugiej strony, jej przyszła pacjentka, będąc zajęta jedzeniem, nie będzie tak skupiona na ranie. Praca nie będzie należała do przyjemnych dla pacjentki.

***
Pobiegła sprintem w las. Czas naglił, albowiem rana nie wyglądała dobrze i jak najszybciej trzeba się nią zająć. Jednak wygłodzona wilczyca nie będzie miała sił, by rozpocząć proces regeneracji, który miała zamiar trochę przyspieszyć. I nawet na rękę jej by to było, gdy wilczyca będzie zajęta na czymś innym niż jej leczenie. Wybiegła na otwarte przestrzenie niedaleko jeziora Arbre Divin w poszukiwaniu jakiegoś zająca. Ledwo o nim pomyślała, a tuż koło niej biegł właśnie jeden z nich. Spojrzała się na niego i nagle zdziwiona stanęła. Zrobiła zdziwioną minę, jak to nie zauważyła go, skoro biegł koło niej. Dopiero gdy zorientowała się, że zając już dawno odbił w drugą stronę, wróciła jej jasność myślenia i czym prędzej ruszyła z miejsca, pędząc za jej potencjalną zwierzyną. Musiała naprawdę przyspieszyć, by nadrobić odległość między nimi. Była już trochę zmęczona tak szybkim biegiem i zabrakło już jej siły na decydujący skok. Nie chciała używać mocy, albowiem siły zaraz jej będą najbardziej potrzebne. Po prostu, gdy udało jej się zrównać z zającem, rzuciła się na niego, mając na myśli zaciśnięcie szczęk na jego szyi w locie. Jednak coś poszło nie tak i wilczyca pokoziołkowała z zającem ładnych kilka metrów i gdy wstała na chwiejnych łapach, ofiara już nie żyła. Skręciła kark na skutek upadku wilczycy na jej łepek. Ta tylko wzruszyła barkami i wzięła w zęby zająca, następnie już znacznie wolniejszym tempem ruszyła w kierunku skąd przybyła.

***
Po krótkiej rozmowie z Belief, położyła zająca tuż pod jej pyskiem.
- Zaraz wszystkiego się dowiesz, a teraz jedz. Jesteś u skraju sił, proces regeneracji nie zacznie się, póki organizm się nie wzmocni. - Następnie podeszła do rannej łapy wilczycy i poddała się najpierw badaniu palpacyjnemu, co na pewno biała poczuła. Rana była pobieżnie oczyszczona, ale jednak zakażenie się wdało przez to, że tak długo zwlekała z pójściem do medyka. Zakażenie nie było jednak jeszcze dość rozwinięte, więc szybko powinna dać sobie z tym radę. Na szczęście ze względu, że Eowina, głównie tutaj przesiaduje i trochę się tu już zadomowiła. Miała kilka ziół tu pochowane i na czarną godzinę, które później miała zanieść do swej jaskini. Niedaleko Belief rozpaliła malutkie ognisko, na którym położyła wydrążony kamień. Nalała do niego wody i wrzuciła Arniki i babki lancetowatej. Po czym zostawiła, by spokojnie się zagotowały. W tym czasie wróciła do rozmowy z Belief, widząc, że ta kończy swój posiłek.
- Odpowiadając na twoje pytanie, sama nie wiem, co mnie podkusiło, by dołączyć do watahy. Życie w watasze jest bardziej ekonomiczne. - Tak naprawdę to ukrywała prawdę, że nawet jej, wielkiej samotnicze w końcu jej samotność zaczęła ją męczyć. Nie przyzna się, że tę walkę przegrała z kretesem. Jednak instynkt stadny okazał się zbyt silny. Kiwnęła głową w zamyśleniu, po czym uśmiechnęła się i dodała.
- Nie poznaję Cię, kiedyś byłaś zupełnie inna, ale i ja byłam inna, samotność zbyt mocno się we mnie odcisnęła i zapragnęłam zmienić to i wrócić do życia w grupie, czuć się potrzebnym. - posłała jej serdeczny uśmiech, gdyż przeczucie podpowiadało jej, że z Eowiną jest teraz całkiem podobnie.
- Poczekaj z oceną czy się zmieniłam. - Spojrzała na kamień i szybkim ruchem łapy kazała odrobinie wody z jeziora zgasić ogień pod kamieniem i zostawiając go, by wywar z kamienia trochę ostygł.
- Trudno żyło się samemu. W społeczeństwie jest bezpieczniej, co w końcu pozwala na odpoczynek i tereny watahy obsypują w zwierzynę łowną. Głównie patrzyłam, jak przeżyć. - Powiedziała chłodnym głosem. Nie chciała pokazać słabości, jakiej się poddała. Choć Belief już zdążyła poznać na tyle, by wiedzieć, że nie musi tak mocno zamykać się przed wilczycą. Stare nawyki dają o sobie znać, ale Bel trafiło w sedno i nie chciała tego okazać.
- Teraz uwaga, zaboli. - Ostrzegła i położyła kamień z zastygniętym już, ale dalej parującym wywarem do oczyszczenia rany wilczycy. Za pomocą swojej mocy uformowała małą kulę wody nad kamieniem, zostawiając w nim rozgotowane rośliny i dała trochę swojej energii, by wzmocnić działanie roślin. W sumie to było odwrotnie — użyła roślin, by mniej oddać swojej energii do leczenia Belief. Następnie skierowała wywar na ranę, pozwalając, by się po niej rozlał i utrzymała, by z niej nie spłynął. Poczekała chwilę, po czym zakończyła panować nad wodą i to, co się nie wchłonęło, ściekło z ciała białej na ziemię. Przeniosła wzrok na jej pysk, obserwując, jak zaciska zęby z bólu i dała jej chwilę, by doszła do siebie.
- Daj spokój, wiem, że Ci się tutaj podoba. - posłała jej kolejny zadziorny uśmiech i gdyby mogła, szturchnęłaby ją teraz zabawnie, jednak żarty odeszły na bok. Biała syknęła z bólu i wyprostowała całe swoje ciało w boleści. Eowina spojrzała na Belief wzrokiem mówiącym: „A daj mi ty spokój”. Jednak biała trafiła w punkt. Naprawdę zaczynało się jej tu podobać, choć sama w to nie dowierzała. Ona? Samowystarczalna i silna samica mogłaby poddać się instynktowi stadnemu? Tak, dokładnie tak się właśnie działo. Za nic, dzisiaj by się do tego nie przyznała, albowiem do niej samej zaczęło to dopiero dochodzić.
- Spokojnie zaraz zrobię miksturę przeciwbólową, co uśmierzy trochę ból i pomogę dość ci do jaskini medyka lub jak chcesz do mojej i tam na przestrzeni kilku następnych dni będę leczyć twoją ranę. - Łgała jak pies. Mogła od razu ją wyleczyć, ale instynkt samozachowawczy kazał się nie wychylać za bardzo przed szereg. Tłumaczyła sobie to tym, że nic się nie stanie, bo jej życiu nie zagraża już niebezpieczeństwo i przecież ja wyleczy, tylko potrwa to trochę dłużej. Korzystając, że szybko zmieniła niewygodny dla niej temat, odeszła od Belief dając jej odpocząć. Znowu rozpaliła małe ognisko, wzięła i nalała do wydrążonego kamienia wody i położyła na ognisku, by woda się zagotowała, jednocześnie dodając do wody jarzębiny, wrzosu i goździków, zostawiając mieszankę do zagotowania. Gdy mikstura była gotowa, zgasiła wodę jednym ruchem łapy, każąc małej ilości wody z jeziora zgasić ogień i zostawić do wystygnięcia. W czasie oczekiwania spojrzała na prawdopodobnie drzemiącą Belief i zaczęła rozmyślać o swojej egzystencji tutaj. Wróciła do rzeczywistości, gdy łapą weszła w kamień z miksturą, powodując, że kilka kropel uleciało z naczynia.
- Belief. - Ta zaspana podniosła głowę i spojrzała na Eowinę. Okazało się, że wilczyca jednak zasnęła.
- Mikstura gotowa, wypij i gdy zaczniesz odczuwać mniejszy ból, daj znać. - Po czym podała jej kamień z naparem już letni i gdy tylko dostała znak podeszła do Belief i pomagając jej wstać, ruszyły powoli w kierunku jaskiń.

Belief?

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1101
Ilość zdobytych PD: 550 + 5% (27)
Nagroda za Quest: 400 PD +7 pkt obrona, +6 pkt inteligencja, +2 pkt spryt
Obecny stan: 977

wtorek, 2 sierpnia 2022

Od Visiali: Quest XII ~ Spojrzenie

Zatrzymawszy się by złapać oddech, wilczyca obejrzała się za siebie. W uszach nie słyszała nic poza dudnieniem własnej krwi, chociaż jej paranoiczny umysł upierał się, że ktoś ją śledzi. Powoli zaczerpnęła tchu, odganiając te myśli. Wbiła wzrok w krzewy, gdzie światło gwiazd wydawało się odbijać od ostatnich jaskiń na terenach jej ukochanej watahy. Visala wiedziała jednak, że to tylko pobożne życzenie i tak naprawdę otaczała ją jedynie ciemność nocy. Nikt za nią nie przyjdzie. Nikt nie zauważy zniknięcia, a przynajmniej nie przed późnym popołudniem następnego dnia. Ból i miłość do rodziny zdawały się rozrywać jej serce na pół. Zmieszanie łączyło się z poczuciem słuszności. Nie planowała tego, przez te wszystkie lata pomysł na odejście pozostał jedynie cichym głosikiem w tyle jej umysłu. Aż do dzisiaj. Tej nocy sen jej umykał, a krzyki Inella sprzed kilku dni, wraz ze wściekłością i smutkiem wymalowanymi wtedy na jego pysku, rozgrywały się w jej umyśle w pętli. I w tym momencie coś po prostu kliknęło. Odeszła jak stała, bez słowa pożegnania – to chyba bolało ją najbardziej. Głęboko w niej tkwiło jednak przeświadczenie, że była to dobra decyzja. Nadszedł czas, a ona walczyła już z tym zbyt długo. Sprawi, że jej rodzina będzie dumna. Odwróciła powoli wzrok od znajomych terenów i ruszyła przed siebie nieco wolniejszym truchtem. Nie miała czasu do stracenia. Musiała w końcu dotrzeć jeszcze do strumienia i ruszyć w górę rzeki, aby zatrzeć swoje ślady. Może nie będą jej szukać, ale zamierzała zrobić to dobrze. Księżyc powoli wyłonił się zza chmur, oświetlając jej drogę.

 ~*~
Trzask! Dźwięk łamanej gałązki przerwał ciszę lasu. Uszy pasącej się na polanie sarny podniosły się, a nozdrza rozszerzyły szukając zagrożenia. W oddali słychać skrzek jastrzębia zataczającego kręgi nad piętrzącymi się górami. Czas jakby na kilka sekund zatrzymał się w miejscu. Wtem na raz dzieją się dwie rzeczy – spłoszona sarna rzuca się do ucieczki, a z okolicznych krzaków wyskakuje drobna wilczyca, ruszając za nią w pogoń. Ciemnogranatowe futro wadery lśni w promieniach zachodzącego słońca, kiedy ta stara się nadrobić odległość, którą zwierzyna zyskała przez chwilę nieuwagi. Dzieli je może dwieście metrów. Dudnienie łap o ziemię przyspiesza. Drobne kamyczki odskakują od miejsca kontaktu. Sto metrów. Zdobycz wbiega w gęste krzewy. Gałęzie smagają wilczycę po pysku. Osiemdziesiąt metrów. Czarny ptak wzbija się w powietrze przestraszony hałasem. Pięćdziesiąt metrów. Blask słońca uderza wilczycę w pysk, tak że zbliżająca się polana jest ledwie widoczna dla jej zmrużonych oczu. Nagle sarna staje dosłownie jak wryta. Rozpędzona wadera ma tylko czas na wydanie z siebie pisku zaskoczenia, zanim przelatuje obok swojej kolacji, potyka się na wzniesieniu terenu, koziołkuje kilka dobrych metrów i z hukiem zatrzymuje się na jednym z drzew. Mrugając, aby odgonić zawroty głowy, wilczyca spojrzała w stronę swojej niedoszłej ofiary. Sarna jedynie wpatrywała się w nią w bezruchu przez kilka sekund, po czym w mgnieniu oka odwróciła się i pogalopowała w przeciwnym kierunku. Visala potrząsnęła gwałtownie łbem, co tylko pogorszyło rozdzierającą migrenę, ale poczucie śledzącego ją wzroku nie odeszło. Podniosła się chwiejnie na łapy, uważając przy tym na swój obity zad. Zanim zdążyła się opanować, słowa same wyrwały jej się z pyska:
– Co to było do kur...
– Cóż, nie nazwałbym tego spektakularnym polowaniem, to na pewno – przerwał jej głos po prawej.
Visala podskoczyła, odwracając się gwałtownie. Przez chwilę szukała wzrokiem źródła dźwięku, zanim dostrzegła niewyraźną sylwetkę wilka. Jego brunatne futro niemalże zlewało się z drzewami, przed którymi stał. Teraz kiedy nie była już pochłonięta polowaniem, obcy wilczy zapach był wyraźnie wyczuwalny na polanie. Pozwoliła sobie na cichą nadzieję, że będzie to przyjazne spotkanie.
– Ja.. To znaczy, tego, no, chyba... eee, się no potk-ne-nęłam? – wybełkotała słabo, chichocząc nerwowo na końcu. Jej głos brzmiał na zdyszany. Basior był smukły, ale wyglądał na dużo silniejszego od niej. Przez głowę przemknęła jej przelotna myśl, że nie miałaby z nim szans.
– Tak, tyle zauważyłem – odpowiedział, przeciągając protekcjonalnie sylaby. Następnie zbliżając się, kontynuował niewzruszony: – Ale być może mógłbym pomóc. Byłoby naprawdę niefortunnie, żeby taka piękna drobina jak ty poszła dzisiaj spać głodna, kiedy ja jestem w pobliżu, czyż nie?
– Och, hihihi, naprawdę nie trze-eba.
– Ależ nalegam. To żaden problem naprawdę. Coś w rodzaju wymiany przysług, od jednego samotnika do drugiego, jeśli wolisz. – Visala widziała w jego złotych oczach niepokojący błysk. Niespokojnie zaszurała łapami, odwracając wzrok. – Ale, hm, nie znam-my się, a ja powinnam... – Ach, gdzie moje maniery, nazywam się Caden. – Uśmiechnął się, podchodząc jeszcze bliżej, praktycznie w jej przestrzeń osobistą. – Więc jak będzie śliczna?
– Ja, no, hm... Przed odpowiedzią uratował ją drugi męski głos dobiegający z kierunku, z którego przyszedł nieznajomy basior:
– Cade! Gdzie jesteś stary idioto? Miałeś tylko znaleźć nam...
– Cicho, nie widzisz, że jestem w środku czegoś?! – syknął Caden, odwracając się od niej. Na pysku nowoprzybyłego białego wilka zaświtał błysk zrozumienie, po czym dziwny uśmieszek wkradł mu się na usta.
– Ach, rozumiem, ale wiesz... Visala nie czekała już na resztę wypowiedzi, tylko rozpoznając rozproszenie uwagi jako swoją szansę, rzuciła się do biegu w przeciwnym kierunku. Nie oglądała się za siebie, ale z tyłu usłyszała podniesione głosy i pospieszne kroki potwierdzające jej wcześniejsze obawy. Serce na chwilę podskoczyło jej do gardła. Przyspieszyła swój bieg, skręcając gwałtownie w pobliskie krzaki. Przeskoczyła przez powalone drzewo, uważnie nasłuchując, ale pogoń nie wydawała się słabnąć. Ostry pagórek, na który właśnie się wspinała, nie pomagał jej sprawie. Niebo, które wcześniej było całkowicie czyste, gwałtownie pociemniało i wydawało się, że lada moment zacznie padać. Visala warknęła pod nosem. To naprawdę nie był najlepszy moment, żeby jej moce wymykały się spod kontroli. Miała wystarczająco dużo problemów bez konieczności topienia się w błocie, które przypadkowo sama stworzyła. Jednak jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, szczęście nie było po jej stronie i już po chwili pierwsza ciężka kropla deszczu kapnęła jej na nos, a za nią następne. Wadera po raz kolejny gwałtownie skręciła, a jej ciężki oddech był wyraźnie słyszalny. Wiedziała, że powoli brakuje jej sił i musi szybko pozbyć się wilków siedzących jej na ogonie. Ich kroki wydawały się oddalać, jednak wyraźnie jeszcze się nie poddali. Widząc po swojej lewej górską ścieżkę, Visala skorzystała z okazji, mając nadzieję, że jej prześladowcy nie będą chcieli zapuszczać się tak daleko i zrezygnują. Kamień odtoczył się spod jej łapy, przez co prawie poślizgnęła się na mokrym podłożu. Zerwał się wiatr, a ulewa zyskała na intensywności. Skręciwszy za kolejny zakręt, wilczyca zwolniła kroku. Starając się uspokoić oddech, uważnie nasłuchiwała swojego otoczenia. Jej granatowe futro było przemoczone i ciężkie, a woda kapała jej do oczu. Poza wyciem wiatru, okolica wydawała się spokojna. Westchnęła z ulgą. Naprawdę nie miała ochoty wiedzieć, co krążyło w głowach dwóch basiorów. Postanowiła jednak na razie się nie zatrzymywać, gdyż jej zapach był z pewnością wciąż wyraźnie wyczuwalny. Nie było sensu już wracać do jaskini, w której spała przez ostatnie kilka tygodni. I tak specjalnie się do niej nie przywiązała. Odkąd opuściła rodzinę prawie osiem miesięcy wcześniej, nie zagrzała nigdzie miejsca na dłużej. Nie była pewna, czego tak naprawdę szuka.

 ~*~
 Zanim wywołana przez Visalę ulewa ustała, minęło wiele godzin. Powoli jednak niebo się oczyściło, a zza chmur wyjrzał księżyc, oświetlając drogę schodzącej z góry wilczycy. Powinna znaleźć sobie schronienie na noc już prawdopodobnie jakiś czas temu, jednak na razie bardziej skupiała się na zapachu wody, który wyczuwała. Teren powoli stawał się nieco mniej stromy, dlatego przyspieszyła kroku. Gdzieś słyszała huczenie sowy. Nareszcie wadera wyszła z lasu i zatrzymała się jak wryta, zachwycona roztaczającym się widokiem. Zaledwie kilka metrów przed nią rozciągało się ogromne jezioro, którego czysta woda wręcz lśniła błękitem, odbijając światło gwiazd. W tle majaczyły majestatyczne szczyty gór pokryte śniegiem. Oczarowana podeszła do brzegu, pragnąc przyjrzeć się bliżej. Jednocześnie z tyłu głowy poczuła dziwne uczucie, prawie jakby znowu była obserwowana. Podniosła łeb, strzygąc uszami i wbijając wzrok w ciemność. Powęszyła w powietrzy, nic jednak nie wyczuwając, gdyż wiatr wiał jej głównie zza pleców. Wydawało się, że między drzewami dostrzegła białe futro. “Zapewne tylko zając” – pomyślała Visala, odrzucając swój niepokój jako pozostałość po wcześniejszym nieprzyjemnym spotkaniu z basiorami. Odwróciła się z powrotem w stronę wody i pozwoliła ukoić się delikatnemu kołysaniu fal.

PODSUMOWANIE 
Ilość napisanych słów: 1320
Ilość zdobytych PD: 660 + 5% (33 PD)
Nagroda za Quest: 250 PD +5 pkt kondycja, +5 inteligencja 
Obecny stan: 943

sobota, 30 lipca 2022

Od Sininen: Quest IV ~ Starzec

Wielu jest zdania, że panująca pogoda w ciągu dnia i mogąca się nagle zmienić jest w stanie reagować wspólnie na dziejące się sytuacje i wynikające z nich kumulacje. Jako taki przykład mogłaby być życzliwa relacja między dwojgiem, wtedy słońce rozkosznie grzeje na niebie pozbawionym byle chmur, tak by momentalnie zmienić się na sprawnie nadciągającą burzę jako wynik narastającej awantury między wspomnianą parą istot. Niby takie małe rzeczy, a tak pięknie oddawałyby symboliczne znaczenie.
Tego dnia było już całkiem ciepło od samego rana, niemal ogarniała zwodnicza duchota, na tyle, że podświadomie się wyciągało byle część ciała w stronę nieba z modleniem się o nadejście zbawiennej ochłody i wilgotności za pomocą deszczu. Pewna ciemna wadera była tego samego zdania, ta duchota zaczynała działać jej na nerwy zwłaszcza w momencie, kiedy po raz kolejny w przeciągu dziesięciu minut otarła sobie czoło z drażliwym pragnieniem przynajmniej umoczenia warg w chłodnej wodzie.
- Nosz ile można — mruknęła pod nosem podczas dojścia do wniosku, że wyjątkowo ciężko jest jej się skupić. - Zabiję za ochłodzenie.
Doskonale zdając sobie sprawę, że w stanie rozdrażnienia będzie się jej pracowało i myślało bardzo opornie, wyszła w stronę byle jakiego zbiornika wodnego, który uratowałby ją zbawienną niższą temperaturą. Im szybciej napije się i zanurzy się w pożądanej wodzie chociaż przez kilka minut, to będzie szukany oraz osiągnięty rewelacyjny wynik. Jeśli dałoby się w tamtej chwili i momencie zażartować, woda w oczach Sininen była niczym śpiewająca syrena, a ona sama zwykłym marynarzem. Może nie sprzedałaby duszę demonowi, wizja chłodnej wody to poddawała ten temat do żarliwej dyskusji. To właśnie było powodem, dla którego szła nieco szybszym krokiem, taka trochę narastająca desperacja. Potrzebowała się w miarę szybko schłodzić i w całości zanurzyć, bo nerwicy dostanie. I to jak najprędzej.
Kiedy dotarła do szukanego celu, jakim okazał się Lac doré, akurat opustoszały. Nawet nie starała się zachować godności — wskoczyła do wody po wykonaniu całkiem imponującego wyskoku, prawie wydając z siebie jęk na uczucie letniej wody, która moczyła jej sierść. Nie ma mowy, żeby wyszła po samym zmoczeniu, oj nie. Sininen w zasadzie siedziała w wodzie aż pod nos dobre kilkanaście minut z dbaniem o aktywne chłodzenie całego swego ciała.
- Na wszystkich bogów, czemu dziś jest taka duchota — wymamrotała pod nosem z powodu nie znoszenia wyższych temperatur. Jakby nie wystarczyło fatalne radzenie sobie w znacznych hałasach, to najpewniej od tego ciśnienia dostawała migreny. Po prostu pięknie. Dlatego to zamknęła w oczy i starała się wyciszyć wszelki myśli.
Ledwo opuściła zbawienny zbiornik wodny i już poczuła, jak na nowo atakuje ją parne powietrze, przez co od razu zwróciła głowę w kierunku tafli z utęsknieniem w duszy. Teraz duchota nabrała na sile.
W momencie chęci ponownego wkroczenia w jezioro zarejestrowała kątem oka kręcącą się w miejscu postać, tak po skosie od niej. Z całą pewnością mogłaby powiedzieć, że nie jest to jeden z tutejszych wilków w watasze. Powołując się na zakres obowiązków jako strateg, powietrzny zwiad oraz zwykły członek, natychmiastowo skierowała swoje kroki w stronę nieznajomego jej wilka. Kij wiedział, kogo tym razem tu przywiało.
Z każdym pomniejszaną odległością między nimi, zauważała więcej szczegółów. Był to dosyć stary wilk, gdyż siwość w znacznej części opanowała jego sierść, która w czasach swojej świetności musiała być barwy miedzianej. Już z dziesięć metrów przed nim dało się dostrzec mętne, niemal nieobecne spojrzenie oczu i niespokojne drżenie całego ciała.
Kiedy w końcu zbliżyła się na komfortową dla niej odległość między nimi, skierował ku niej swoją głowę z trudnością czy też wahaniem. Na jego oko był ślepe.
- Woda... Spadająca woda... - Mówił niezbyt głośno niczym modlitwę.
- Słucham? - Zapytała się go ciemna wadera. Mogła zauważyć, jak jego spojrzenie staje się bardziej wyraźne.
- Zabierz mnie do spadającej wody. Proszę... Mogę je zaoferować w podzięce za pomoc.
To powiedziawszy, upuścił kilka kolorowych kamyczków. Jego oczy z powrotem wydawały się zasłaniać mgłą pewnego rodzaju otępienia.
Prawdę mówiąc, zamierzała mu odmówić na tą prośbę. Nie wyjawił swojego imienia, nie zdradził, skąd pochodzi ani jakie ma zamiary podczas przebywania na terenach jej rodzinnej watahy. Zamiast tego stał przed nią raczej na pewno jakoś obłąkany starzec, z którym już było z góry wiadome o dosyć wyraźnie utrudnionym kontakcie, który nie umiał poprawnie wskazać jej dokładnego celu, do którego próbował się dostać.
"Żyj i daj żyć innym" chciałaby rzec. Już była skora zgrabnie, acz prosto z mostu powiedzieć mu, że mu nie pomoże i żeby opuścił terytorium watahy, kiedy odezwała się w niej cząstka empatii, która bywała najzwyczajniej w świecie całkiem upierdliwa. Podobno każdy dobry gest przybliża nam dobrą karmę, tak? Chociaż może raczej, ten głosik bardziej przypominał w odbiorze słodziutkie brzmienie, które trzyma ci pod twoim gardłem ostrze, grożąc nim. Tak, słodko i niebezpiecznie. Psia jego mać.
Niech zatem szlag trafi miękką stronę, która była również wpajana od młodego. Być może dlatego nie wdawała się obecnie w byle walki i tylko w ostateczności potrafiła solidnie skopać komuś tyłek. Ojciec byłby dumny.
- Czego dokładnie szukasz? - Zapytała się po wewnętrznym ciężkim westchnieniu.
- Spadająca woda... Spadająca woda... - Znowu zaczął powtarzać w kółko te dwa słowa.
- Chodzi ci o wodospad? - Mimo pytania, staruszek w żaden sposób nie odpowiedział, jedynie mówił jakby zacięty przed dalszą wiadomością. Nie mogąc doprosić się od niego o byle wiadomość zwrotną, tym razem westchnęła na głos. Odwróciła się do niego bokiem i wykonała ruch głową. - Chodź, poszukamy twojego celu.
Starzec zaczął za nią podążać z dziwnie wywijającym się ogonem na wszystkie strony, jakby chciał wytyczyć nowy kierunek świata. Czy trzeba było mówić, że z całą pewnością będzie na nim swoje pokłady cierpliwości?
- Jak masz na imię? - Zapytała po przejściu kilku metrów. Wilk w podeszłym wieku w dalszym ciągu majaczył. Samica westchnęła na to. Postanowiła zatem zwracać się do niego we własnych myślach per "staruszek". Dziadzio brzmiał niepokojąco.
Najbliższym punktem z wodospadem w ich obecnym położeniu był Cascade de rêve, bez słowa czy myśli niepewności skierowała się tam z bezimiennym towarzyszem. Co chwila musiała zaglądać przez ramię czy idzie w jej ślady, gdyż miała wrażenie, że w chwilach, gdy na niego nie patrzy to on albo stoi w miejscu, ewentualnie się zgubi. To dopiero byłoby ciężkie do wytłumaczenia.
Nie szli długo, może góra kwadrans z uwagi na częste postoje, nim dotarli na skraj miejsca z całkiem urokliwym wodospadem. Zrobiła krok w bok, tym samym dając lepszy widok podeszłemu wilkowi. Ten ruszał głową, jakby rozglądając się, ale jego oczy nie wyglądały obserwować. Nagle chwycił się za głowę i zaczął w sposób prędki się kołysać do przodu i do tyłu. Czyżby jakiś atak manii?
- Spadająca woda... Spadająca woda... - Mamrotał pod nosem.
- Jesteśmy przy niej. O to ci chodziło, prawda? - Zwróciła się do niego. Momentalnie wydał z siebie charczący zduszony krzyk, którego końcówka brzmiała już raczej jako pisk. Teraz jego ogon energicznie bił o glebę. Wadera w duchu czuła lekko pulsującą żyłkę na czole. Natomiast na głos to jedynie krótko skwitowała reakcję specyficznego staruszka. - Czyli nie tu. Sprawdźmy drugie miejsce.
To, czego była pewna, było to, że po odwiedzeniu jeszcze jednej lokacji, zaprowadzi go do lecznicy, gdyż starzec może mieć uszkodzoną głowę. Czy coś. Wydawał się na skraju załamania, manii, czy też zwykłego szaleństwa. Fantastyczne towarzystwo, czyż nie?
Skwar i duchota nabierały na sile.
Musiała go prowadzić, ale z powodu, iż co chwilę stawał w miejscu, sama się zatrzymywała. Gdyby nie fakt, że miała problem z obcym dotykiem (strach to raczej za dużo powiedziane, ale silny dyskomfort i brak bezpieczeństwa już tak), nie było mowy, by go chwyciła i w ten sposób poprowadziła w kierunku terenu znanym jako Douce Cascade, gdyż tylko ona jeszcze jej się kojarzył z jakimkolwiek wodospadem w watasze. Niestety duchota nie pozwalała na poprawne funkcjonowanie, dlatego zbliżyła się do większego drzewa w celu skrycia się w cieniu jego potężnych i bogatych w liście gałęzi po zbawienne jakieś odgrodzenie od zdradliwych promieni słonecznych. W geście ulżenia sobie przymknęła oczy, tylko na chwilę. Trwało to być może z minutę, więcej na pewno nie, kiedy przestała słyszeć nieco niemrawe tempo wiercenia się starego basiora, przez co otworzyła oczy. Faktycznie, znikł jej z pola widzenia.
Jakim cudem stary i być może obłąkany wilk nagle rozpłynął się w powietrzu w niecałą minutę? I to w dodatku przy Sininen o wyczulonym słuchu? NO JAKIM PRAWEM?
- Dziadku? Gdzie jesteś? - Zapytała się swoim nieco podniesionym głosem, który formalnie u innych wilków był normalną głośnością porozumiewania się. Samica wstała z pozycji siedzącej i rozejrzała się wokół. - Staruszku? Hej, dokąd poszedłeś? Wyjdź, przecież chciałeś naszą drugą spadającą wodę. Halo?... Nosz purwa — po czym ciemna wadera pięknie, acz soczyście, zaklęła.
I tym sposobem, samica zaczęła swój chód i ciche nawoływanie podeszłego wiekiem towarzysza. Musiała się sprężyć, żeby nie daj bogowie, ktoś z wilków ją spotkał albo tego staruszka. Nie będzie mogła spojrzeć we własne odbicie, jeśli to się wyda. Jaki kurde wstyd.
Swoje kroki skierowała w stronę Douce Cascade, łudząc się przy tym, że być może czystym przypadkiem tam go odnajdzie. Albo w drodze. A tam, pieprzyć szczegóły! Musiała jak najszybciej znaleźć wilka przed watahą, która i tak umierała na swój sposób od tego upału. Przynajmniej tak tłumaczyła sobie wyjątkowo panującą ciszę wszędzie w ciągu tego dnia.
Nie była pewna, czy jakieś bóstwo ją wysłuchało, czy co. Fakt faktem, ten bardziej siwy basior niż miedziany, kręcił się w kółko wokół najbardziej wysuniętych kamieni nad poziomem wody.
- Ach, więc tu się podziałeś — powiedziała swoim standardową głośnością po zatrzymaniu się na pięć metrów od staruszka. Ten stanął sam, jedynie ogon mu latał na wszystkie strony, podczas wpatrywania się w niewielki wodospad. Nagle wydał z siebie dźwięk śmiechu, który zdawał się go odmładzać przy tym.
Odwrócił głowę ku niej z całkiem przejrzystym spojrzeniem i uśmiechem.
- Dziękuję — powiedział, by następnie podrzucić w jej stronę te kilka kolorowych kamyczków.
- Tu nasze drogi się rozchodzą, co? - Spytała, sięgając po kamienie. Ten spojrzał na nią z zagadkowym wyrazem pyska przy przekrzywieniu głowy na swoje prawo.
- A czy kiedykolwiek się spotkały?
Zamknęła oczy.
- Naprawdę? Teraz mi to mówisz?

*
- Sini! Ile jeszcze będziesz siedzieć w tej wodzie? - Ciemna wadera otworzyła oczy na usłyszenie wołania starszej siostry, która stała na brzegu. - No dalej, wychodź, bo się zaziębisz!
Zamrugała oczami i się rozejrzała. Słońce było dalej wysoko na niebie, tylko szczęśliwie duchota nieco popuściła i dało się oddychać.
Czyżby miała właśnie sen, czy raczej halucynacje z tych temperatur?
W dalszym ciągu nienawidziła takiego ciepła.

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1681
Ilość zdobytych PD: 840 + 10% (84 PD)
Nagroda za Quest: 400 PD +5 pkt inteligencja, +3 pkt zwinność, +4 pkt kondycja 
Obecny stan: 4 898

czwartek, 14 lipca 2022

Od Belief: Quest 11 ~ Będą kłopoty | "Dwie watahy, jedna więź" [Cz. 1]

Od kilku dni nie mając niczego w pysku, ponieważ polowanie nie należało do moich mocnych umiejętności. Marząc o soczystym kawałku mięsa, coś zaszeleściło w oddali. Natychmiast zastrzygłam uszyma i napięłam instynktownie mięśnie. Musiałam być w gotowości, ponieważ leżałam w swojej niewielkiej grocie zupełnie sama. Znałam już kilkoro wilków z watahy, ale wciąż nie czułam się jeszcze na tyle pewnie, by przebywać swobodnie z nimi i spać we wspólnych grotach. Wstałam i wychyliłam łeb zza kamieni, które otaczały moją norę. Było bardzo ciemno, a las wydawał się tak spokojny, jak zawsze. Zaburczało mi w brzuchu, westchnęłam więc i spojrzałam na dwie obgryzione do cna kostki, rzucone pod ścianą groty. Skarciłam się w myślach i wyszłam na zewnątrz. Kiszki marsza grały, więc pobiegłam w stronę granicy stada. W stronę, z której pierwszy raz przybyłam na te tereny. Tamta strona granicy była mi dobrze znana, ponieważ pałętałam się tam długo w samotności.

Kiedy byłam już blisko granicy watahy, poczułam zapach. Był to wspaniały zapach, na którego woń od razu zaczęła mi ciec ślinka. Poczułam mięso i świeżutką krew. Ugięłam łapy i sunęłam teraz bezszelestnie wzdłuż ścieżki, która zdawała się prowadzić mnie wprost na ciepły posiłek.
Zatrzymałam się i skuliłam, ponieważ zobaczyłam coś obrzydliwego. Śliniło się i wydawało skrzeczące dźwięki. Paszcza zasnuta kłami i kolce na grzbiecie aż po ogon. Jakby tego było mało, bestia posiadała jeszcze skrzydła, ale dość małe, więc pomyślałam, że to pewnie nielot. Zastanowiło mnie to przez moment, ale szybko wyrwał mnie z zamyślenia napływający zapach mięsa, które właśnie stwór oderwałby odwrócić się i połknąć, zadzierając łeb kilkakrotnie w górę niczym jakaś kura. Zaobserwowawszy sposób jedzenia, pomyślałam, że to jest moja szansa i natychmiast wystartowałam. Dopadłam spory kawałek mięsa i zaczęłam wiać ile sił w łapach. Odbiegłszy wystarczająco, położyłam mięso i zaczęłam szybko jeść, jak gdyby każdy połknięty kęs się liczył. I nie myliłam się. Zastrzygłam uszyma i usłyszałam, jak przez drzewa przedziera się skrzeczący wściekły potwór. Podniosłam mięso i znów odskoczyłam w zarośla, jedząc na raty po trochu posiłku i co chwila, uciekając stworowi. Stwór nie dawał za wygrana i uparcie węszył w każdym miejscu, w którym robiłam pauzę na jedzenie, by znów rzucić się w ślad za mną. Nie biegłam szablonowo wciąż naprzód, lecz zmieniałam dowolnie kierunki i bywało, że chwilami kręciłam się z nim w kółko. Z każdą chwilą ta zabawa zaczynała mi się podobać coraz bardziej, mimo iż nie miałam pojęcia, z czym tak naprawdę mam do czynienia. Wtem jednak mój posiłek się skończył, więc odbiegłam znów kawałek dalej. Nie miałam jednak czasu, by się rozeznać w terenie, ponieważ bez skradzionego mięsa, również byłam ściganą ofiarą. Chyba teraz to ja miałam stać się obiadem, ale czy na pewno?

Zdałam sobie sprawę z tego, że jestem w zupełnie nieznanym miejscu i choć początkowo wydawało się, że powrót do domu miał być prosty, to ja znów się zgubiłam i kolejny raz nie wiedziałam jak sobie z tym poradzić. Tym razem jednak nie miałam zbyt wiele czasu na przemyślenia, ponieważ mój trop miała wstrętna bestia, nie mając więc wyjścia, biegłam dalej. Przypominając sobie w drodze moją ostatnią wycieczkę tego typu, kiedy to spotkałam małego liska, uśmiechnęłam się na to wspomnienie. Miałam nadzieję, że gdy tylko wstanie dzień, odnajdę się bez problemu i wrócę do miejsca, które od jakiegoś czasu zaczęłam nazywać swoim domem.

Zwolniłam tępa, mając wrażenie, że nie słyszę już za sobą gadziego pocharkiwania, a jedynie świergot ptaków, które wskazywały na to, że niebawem nadejdzie świt i wszystkie moje problemy się rozwiążą. Jednakże nie sądziłam, że ten poranek przyniesie mi o wiele trudniejsze sytuacje niż za poprzednim razem, gdy byłam zgubiona. Szłam więc ze zniżoną szyją, węsząc w powietrzu własnego zapachu i próbowałam iść drogą powrotną. Uważnie trzeba było stawiać kroki, ponieważ w każdej chwili mógł wyskoczyć na mnie stwór. Może ta cisza to tylko przykrywka i tak naprawdę tylko czeka, aż zbliżę się odpowiednio i wpadnę w jego sidła. Myśli zajęły mi całą głowę, kiedy nagle coś przykuło całą moją uwagę. Zatrzymałam się jak wryta, widząc po drugiej stronie małej polany, na którą właśnie weszłam, całkowicie obcego wilka. Był cały czarny, jedynie łapy miał białe, co z początku wydawało mi się trochę dziwne, jak na wilka. Spoglądał na mnie w milczeniu więc i ja spojrzałam mu prosto w oczy czujnie i ostrożnie. Nastała cisza. Stojąc nieruchomo, nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, że zostałam otoczona przez całą watahę. Jednak zostawili mnie w spokoju z pozoru. Czarny wilk skinął łbem i zszedł mi z drogi, na co skinęłam lekko łbem i czym prędzej ruszyłam przed siebie. Długo nie musiałam czekać na to, aż potwierdzą się moje wcześniejsze obawy. Wpadłam wprost na bestię. Znowu! Leżała wśród traw i spała, jednak przez moją nierozwagę przydepnęłam jej ogon i zerwała się na równe nogi jak oparzona, parskając wstrętnie w moim kierunku. Szybko zorientowałam się, że bestia, która mnie ścigała nocą, wyglądała nieco inaczej. ~ A więc są dwie... no pięknie ~ A może i jeszcze więcej? Cofnęłam się kilka kroków, ale poczułam jak mój zad, styka się z czymś twardym i szorstkim. Tak to było drzewo. Nie wiedząc co robić, postanowiłam podjąć się walki. Tak też się stało, kiedy bestia wyskoczyła w moją stronę, wykonałam zgrabny unik i nim ta, zorientowała się, że nie trafiła, ja już gryzłam ją od bocznej strony, szamocząc jej małe skrzydło. Zawyła i odepchnęła mnie, ale miękko udało mi się uskoczyć na łapy. Zawarczałam, na co w odpowiedzi oberwałam jej ogonem. Padłam na ziemię i kiedy chciałam wstać, zobaczyłam innego wilka. Tego samego, który stał wcześniej i mi się przyglądał. Rzucił się na bestię, raniąc ją i przeganiając. Wstałam zdezorientowana.

- Chodź, nim przybędą następne! - usłyszałam miękki męski głos, w akompaniamencie emocji, które mu towarzyszyły. Posłusznie wstałam i odbiegłam kawałek razem z nieznajomym. Jednak oboje wpadliśmy na kolejne bestie, tym razem dwie sztuki. Zza pleców słyszałam powracającą ranną i jeszcze jedna w oddali. Tego było zbyt wiele. Czarny wilk bez wahania zawył na alarm, najgłośniej jak potrafił. Kiedy próbowaliśmy walczyć z potworami, dostrzegłam cień przemykający polanę. Wyglądał znajomo, ale teraz nie miałam czasu się temu przyjrzeć. Kiedy walka zdawała się już przegrana, ponieważ była tylko nasza dwójka i 3 okropne stworzenia, dołączyło do nich jeszcze jedno, czwarte. I wtedy to leżałam z obitą nieco głową w szoku kompletnym, zdawało mi się, że śnię lub odchodzę do krain śmierci, bowiem zobaczyłam swojego brata. Był taki piękny i dostojny, jak zawsze, kiedy go pamiętałam. Walczył zaciekle ze stworami wraz z potężną watahą wilków. Wspólnymi siłami udało im się wygrać i przegnać stworzenia. To było tak nierealne, że z tego wszystkiego położyłam łeb na ziemi i .... zemdlałam.



Obudził mnie dźwięk rozmów. Otworzyła najpierw jedno oko, potem drugie, powoli badając otoczenie. Leżałam w najciemniejszym miejscu wielkiej groty, w której krzątało się bardzo wiele wilków. Jedne rozmawiały, inne doglądały szczeniąt, jeszcze inne segregowały zioła. W oddali dostrzegłam również czarnego wilka o białych łapach. Siedział na najwyższej skale, jakby doglądając swoich braci. Nagle moje ciało drgnęło, pod delikatnym naciskiem malutkiej łapki. Podniosłam łeb i spojrzałam za siebie. Moje spojrzenie spotkało się z wilczym maleństwem. Dawno już nie widziałam szczenięcia i troszkę mnie to rozczuliło. Miało piękne zielone oczy, a futro całkiem brązowe. Zaśmiało się i przytuliło się do mnie. Poczułam się nieswojo. Nigdy nie miałam dzieci i nie znałam tego uczucia, więc nie było to dla mnie komfortowe i nie wiedziałam co zrobić, ani co powiedzieć.
Nim zdążyłam zrobić cokolwiek, malec pomaszerował do wilków zajmujących się ziołami i wesoło zawołało:
- Mamo, Tato! Obudziła się!
Wilki spojrzały w moją stronę, a ja skuliłam uszy. Serce mi zabiło, ponieważ nie znałam ich zamiarów.
- Wspaniale! Alpho! Obudziła się. - krzyknął jakiś samiec, który najwyraźniej zareagował na hasło "tato".
Czarny wilk o białych łapach spojrzał w dół w moją stronę i uśmiechnął się szeroko, po czym wstał i zeskoczył na dół. Podszedł do mnie i usiadł naprzeciw.
- Witaj. Było z Tobą kiepsko, ale już jest dobrze. - jego miękki głos wręcz rozpływał się po całej jaskini, niosąc ze sobą przyjemny dla uszu ton. - Nie obrażę się, jeśli będziesz chciała wrócić do domu, wyglądałaś na zagubioną. Ale gdybyś tylko chciała, nie obrażę się również, jeśli zostaniesz w moim stadzie na dłużej. - posłał jej szarmancki uśmiech i zamachał ogonem, widząc brązowe szczenie. - Naszą małą pociechę Iskrę już znasz, a Tobie jak na imię?
Spojrzałam na młodziutką wilczycę z uśmiechem.
- Belief Panie, nazywam się Belief i faktycznie się zgubiłam. Przybyła z watahy Rene, chciałabym wrócić, lecz nie znam drogi.
- Belief powiadasz. - samiec wydał się zaskoczony i spojrzał w górę na półkę skalną. Spojrzałam również w tamtym kierunku i zamarłam. To nie był sen. To naprawdę on.

PODKŁAD --> https://www.youtube.com/watch?v=dzNvk80XY9s
- ARIES!? - Wrzasnęłam, nie panując nad własnymi emocjami. - Czy to naprawdę Ty?
Szary samiec długo nie odpowiadał. Na jego pysku było widać zamyślenie i jednocześnie szeroki uśmiech. W końcu, bez słowa, wstał i rozpostarł skrzydła, by zaraz potem wzbić się w powietrze i opaść tuż przede mną, tuż obok swojego alphy.
- W całej okazałości Bel.
Zapiszczałam ze szczęścia.
- Tęskniłam! Szukałam Cię.
- Ja również Cię szukałem, ale... - spojrzał na alphę i skinął mu łbem - ale Kazani uratował mi życie i wierny mu byłem służyć w zamian za to.
- Ari dużo o Tobie opowiadał. - rzekł czarny z uśmiechem. - Miło w końcu Cię poznać. - samiec alpha wydawał się tak miękko do mnie mówić, że aż momentami czułam się dziwnie. Co najmniej, jak gdybym wyczuła zainteresowanie z jego strony. Jednak postanowiłam to zignorować, ponieważ to wszystko było zbyt dziwne i nowe dla mnie. Po tylu latach w końcu odnalazłam swojego ukochanego braciszka, ale jednocześnie dobrze wiedziałam, że nie mogę z nim zostać. A on nie może pójść ze mną. Choć nasz los był złączony za młodu, teraz nasze życia były splecione z dwoma różnymi stadami. Rozejrzałam się na około, wataha brata wyglądała na wesołą i pogodną. Choć czułam się tutaj dobrze, to tęskniłam za watahą Rene. Jednak zdążyłam już się tam zaaklimatyzować i polubić wilki oraz klimat tam panujący. Nie dało się zapomnieć o przygodzie z Biesem, podczas gdy poznała wilka imieniem Yneryth, a także wiele innych wspaniałych postaci. Nie mogłam sobie wyobrazić, żeby teraz ich tak po prostu opuścić.
- Dziękuję bardzo za pomoc. - ukłoniłam się delikatnie i z szacunkiem, co najwyraźniej zaimponowało alphie. - ale... muszę wrócić do swoich. - mówiąc to, patrzyłam głęboko w oczy brata. Jego wyraz pyska był smutny, lecz oczy wyrażały zrozumienie. On również pragnął znów zajmować się swoją młodszą siostrą, jednak honor samca mu na to nie pozwalał. Posłał mi jedynie ciepły uśmiech.
Pożegnaliśmy się. Alpha stada pozwolił Ariesowi, by odprowadził siostrę, czyli mnie do Rene. Tak też się stało. Szliśmy długo, a samiec co jakiś czas wzbijał się w powietrze ponad drzewa, by upewnić się, czy na pewno idziemy w dobrym kierunku. Teraz mieliśmy chwilę, by porozmawiać.
- Bel, moja mała słodka Bel. Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że Cię odnalazłem!
- Nie, to ja odnalazłam w końcu Ciebie! Żałuję jedynie, że nie odnaleźliśmy się wcześniej, może wtedy... no wiesz..
- Bylibyśmy w jednym stadzie. - dokończył brat.
Rozumieliśmy się doskonale niemal bez słów. Spojrzałam na niego i idąc, wślizgnęłam się pod jego skrzydło, tak jak za starych dobrych czasów i wtuliłam się mocno w jego sierść. Było mi tak okropnie smutno i przykro. Chciałam, żeby poszedł ze mną i został ze mną, wśród moich nowych przyjaciół. Czułam, że on też tego chce, tak samo mocno jak chciałby, abym ja została w jego stadzie. Zatrzymaliśmy się, a on przytulił mnie bardzo mocno, obejmując szczelnie swoimi wielkimi skrzydłami.
- Tego mi brakowało, braciszku. - szepnęłam z uśmiechem na pyszczku.
Wilk złożył skrzydła i ruszyliśmy ponownie, bok przy boku, idąc równym krokiem.
Z wolna zaczęłam poznawać tereny. Byliśmy zdecydowanie blisko granicy mojego stada. Podbiegłam radośnie do jednego z większych drzew i szczeknęłam radośnie. Odwróciłam się za siebie i spojrzałam na szarego. Stał w cieniu, dokładnie na linii naszych granic. Był smutny, bo nie mógł pozwolić sobie na ani jeden krok więcej.
- Bel, dzisiaj nie mogę przekroczyć tej granicy. - położył uszy po sobie wyraźnie rozgniewany, jakby sam na siebie, albo na coś, co nie pozwalało mu się ruszyć z miejsca.
- Dlaczego?
- Wyjaśnię Ci wszystko, ale dziś nie mogę. Odwiedzę Cię, jak tylko będę mógł. Z góry na pewno Cię odnajdę. Obiecuję siostrzyczko. - Mówiąc to, rozłożył skrzydła i zaczął się odwracać, jakby chciał wzbić się w powietrze. - Trzymaj się siostra i pozdrów swoje stado! - Po tych słowach wzbił się w górę i zniknął w koronach drzew, pozostawiając za sobą jedynie szum powietrza prześlizgującego się przez jego potężne skrzydła.
- Do widzenia braciszku. - rzekłam dość pewnie, jednak bardziej do siebie, wiedząc, że on już tego nie słyszał. Stałam przez chwilę wpatrzona w przestrzeń przede mną, po czym głęboko westchnęłam. Cóż, trzeba żyć dalej, wrócić do swojej groty, pokazać się stadu. Odwróciłam się i teraz już szłam w stronę polany, na której najczęściej spotkać można było stado. Szłam z uśmiechem na pysku. Wiedziałam, że na razie nie mogę nikomu nic powiedzieć. W moim sercu zapanował spokój, przynajmniej od tej chwili wiedziałam, że braciszek żyje i ma się dobrze, to dodawało mi otuchy, by się starać żyć jakoś dalej.

C.D.N.

PODSUMOWANIE 
Ilość napisanych słów: 2147
Ilość zdobytych PD: 1073 + 10% (107 PD)
Nagroda za Quest: 400 PD + 8 pkt kondycja, +6 pkt zwinność 
Obecny stan: 2676

Od Shani: Quest I ~ Lisek

Shani, jak niemalże każdego dnia, przemierzała spokojnie drogę prowadzącą z jaskini medyków do jej przytulnej norki. Myślami, oczywiście, była zupełnie gdzie indziej – mechanicznie stawiała więc łapę za łapą, nie zawracając w zasadzie uwagi na otoczenie. Na dzisiejsze popołudnie zaplanowała sobie zbieranie dziurawca – w końcu sezon w pełni! Sama nie wiedziała, czy ekscytuje się na myśl o zajęciu, czy raczej wolałaby go uniknąć. Żar lał się z nieba, co skutecznie zabierało wszelki zapał do pracy. Z drugiej strony, w otoczeniu roślin Shani czuła się… po prostu na swoim miejscu. Zapach ziół przywoływał wspomnienia o naukach pobieranych u wymagającego mentora… Ale to nie jedyna rzecz, jaka zaprzątała jej głowę. Już od jakiegoś czasu znajdywała przy swojej norce odciski małych łapek, które z pewnością nie należały do żadnego psowatego. Część jej zapasów też zdawała się znikać…
Wtem! Z zamyślenia wyrwał ją nagły dźwięk. W pierwszej chwili był to tylko szelest dochodzący gdzieś zza krzaków rosnących przy wydeptanej ścieżce. Wkrótce dołączył do niego jednak przestraszony, szczenięcy głosik.
- Wrr! Idź sobie! Sio! Nie zjesz mnie!
Shani, nie czekając ani sekundy, przeskoczyła krzaki, by stać się świadkiem niecodziennej sceny. Mały lisek, przyparty do szerokiego pnia drzewa, z napuszoną sierścią mierzył się wzrokiem z napastnikiem, jakim był… borsuk! Zwierzęta te raczej nie atakują psowatych, chyba że mały rudzielec zbliżył się zanadto do jego młodych… No cóż, cokolwiek się nie zadziało, Shani musiała działać!
Wykorzystując element zaskoczenia, zaszarżowała wręcz w stronę czarno-białego agresora, warcząc jednocześnie tak groźnie, jak tylko umiała. Borsuk w pierwszej chwili odpowiedział nastroszeniem sierści i wysokim, oburzonym piśnięciem. Gdy jednak zdał sobie sprawę z rozmiarów wilczycy, stracił nieco ze swojego wigoru. W zasadzie powinien był już uciec, ale… Tak jak Shani przypuszczała, zaraz obok znajdowała się mała norka, z której wystawało kilka czarno-białych, ciekawskich łepków.
Wilczyca wiedziała, że borsuk nie odpuści, dopóki jego młode nie będą bezpieczne. Zrobiła więc to, co wydało jej się w tej sytuacji jedynym słusznym rozwiązaniem. W dwóch susach doskoczyła do małego liska i złapała go za skórę na karku. Malec wiercił się, krzyczał i próbował sięgnąć skóry Shani, gdy ta biegła z nim co sił w łapach. Nie odbiegła daleko – oddychanie z takim balastem w pysku okazało się trudniejsze, niż przypuszczała. Odstawiła więc liska na ziemię, gdy tylko znalazła się w bezpiecznej odległości od borsuczej norki.
Malec natychmiastowo po odstawieniu na ziemię przybrał obronną pozycję.
- Wrr! Idź stąd! Nie zrobisz mi krzywdy!
- Masz rację, nie zrobię – odpowiedziała Shani, cofając się o krok, by oddać malcowi trochę przestrzeni. – Co więcej, nie mam nawet takiego zamiaru.
- Kłamiesz!
- A to dlaczego? – Przekrzywiła głowę.
- Niesiesz mnie w przeciwnym kierunku, niż mój dom. Na pewno chcesz mnie porwać i zjeść.
- Nie wiem, gdzie jest twój dom. Zgubiłeś się?
- W-wcale nie! Wszystko w porządku. A tak poza tym, to rodzice mówili mi, żeby nie rozmawiać z obcymi! I że wilki są straszne i mnie zjedzą!
- Mogę ci pomóc znaleźć dom. Rozumiem, że znajduje się on gdzieś w przeciwnym kierunku, niż teraz szliśmy?
- T... Nie! Nie powiem ci, bo zjesz moją siostrę!
- Hej, mały. Naprawdę nie chcę cię zjeść – wadera usiadła, licząc, że w ten sposób wyda się mniej groźna. – Co więcej, nie dam ci spokoju, dopóki nie zaprowadzę cię do rodziców. Tu jest niebezpiecznie, zresztą sam to wiesz. Przed chwilą musiałam ratować ci tyłek!
- N-no dobrze… ale na pewno mnie nie zjesz?
- Na pewno – Shani się uśmiechnęła. – To co, idziemy w tę stronę?
- W zasadzie to… w sumie to nie wiem – oczka malca zaszkliły się.
- No już, spokojnie, poradzimy sobie. Pamiętasz, jak wygląda najbliższa okolica twojego domu?
- No… są drzewa… I krzaczki. Obok mojej nory rosną dzikie maliny, wiesz?
- Skup się, mały. Czy jest tam coś, czego nie widziałeś nigdzie indziej?
- Hmm… jest takie przewrócone drzewo, pod którym mama nie pozwala przechodzić, bo opiera się o skałę i może się zsunąć.
- To już jakiś trop. Kojarzysz jeszcze jakieś szczególne obiekty? Jezioro, góry?
- Niedaleko przebiega rzeczka… Ale to niebezpieczna rzeczka. Mama mówi, że zabrała jej brata, gdy była mała.
- Chyba wiem, o którym strumyku mówisz. Pójdziemy tam i będziemy iść wzdłuż, dobrze? W końcu powinniśmy trafić na znajomą ci okolicę.

*
- Tak, to tu, już poznaję! – Wykrzyknął malec.
Shani rozejrzała się po okolicy, szukając oznak lisiej bytności. Nie zauważyła niczego interesującego, jednak udało jej się wychwycić lisi zapach przy ziemi. Tym sposobem już za chwilę znaleźli się przy norce. Na miejscu nie było jednak nikogo.
- Mamo! Tato! – krzyczał lisek, nikt jednak nie odpowiadał.
- Pewnie cię szukają. Zaczekajmy tutaj, ktoś w końcu musi wrócić do domu.
I rzeczywiście – wrócił. Zgrabna lisiczka podeszła do nory z dużą dozą niepewności – w końcu niecodziennie spotykała w swoim domu wilczych intruzów. Gdy jednak zobaczyła małą, rudą kulkę kręcącą się przy łapach Shani, od razu wykrzyknęła:
- Ron!
- Mama! – Krzyknął, a w zasadzie wydarł się mały lisek. Jego głos zachwiał się, a w oczach pojawiły małe łezki.
Shani odruchowo odwróciła wzrok, jakby ta scena rodzicielskiej miłości była zbyt intymna dla jej oczu.
- Dziękuję ci – odezwała się lisiczka o pięknych, zielonych oczach. – Już się bałam, że…
- Nie ma za co – przerwała jej wadera. – Każdy by tak postąpił. Jestem pewna, że pani syn sam znalazł by drogę – wilczyca puściła oczko do malca. – No, to nic tu po mnie.
- Zaczekaj! - Krzyknęła lisiczka, która w mgnieniu oka zniknęła w norze i równie szybko wyskoczyła z niej, niosąc coś w pysku. – To rodzinny talizman. Ponoć ma właściwości magiczne, ale w naszych żyłach dawno przestała płynąć magia. Może tobie bardziej się przyda.
- Nie ma potrzeby – odparła zmieszana wilczyca.
- Nalegam.
- Dobrze. Dziękuję więc… W zasadzie, to mieszkam całkiem niedaleko, między dwoma starymi świerkami na południe stąd. Gdyby młody chciał poznać tajniki zielarstwa, chętnie udzielę mu lekcji.

*
Wadera umościła się wygodnie na futrach stanowiących jej posłanie. Oglądała podarunek pod różnymi kątami. Mały kryształ, owinięty ozdobnie zwiniętym, miedzianym drucikiem, wyglądał jej na turmalin. Nie miała jednak pewności, czy trafnie oceniła kamień. No, cóż, zajmie się tym jutro, podobnie jak zbieraniem dziurawca – dziś już czas odpłynąć w krainę snów.

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 978
Ilość zdobytych PD: 489
Nagroda za Quest: 250 PD  + 2 pkt inteligencja, +1 spryt 
Obecny stan: 1302

środa, 8 czerwca 2022

Od Sininen: Quest I | II ~ Lisek | W pułapce

(Wydarzenia mają miejsce między wątkiem "Odwilż" a dołączeniem Pliszki)
Ciepłe promienie słońca w sposób nawet słodki padały na każdy z pysków oraz futra, rozkosznie pieszcząc swoją temperaturą wszystkie ciała, które postanowiły wyjść poza zamknięte przestrzenie, nie tyczyło się to jedynie wyłącznie wilków. Pewna wadera, która miała w zwyczaju ukrywać swoją parę skrzydeł pod fasadą ciemnej sylwetki z magicznym ogonem przypominającym namiastkę kosmosu, nie była odosobnionym przypadkiem. Wadera i tak miała trochę pracy do zrealizowania na świeżym powietrzu, zatem jakby nie patrzeć, można by powiedzieć, że zwyczajnie nie miała innej możliwości niż cieszenie się dopisującą pogodą. Nie zrozumcie jej źle: pozostałości po szczenięcej jaźni istniały i podświadomie cieszyła się, doceniając uroki coraz to cieplejszych dni, jednak utworzona maska skutecznie maskowała jej emocje, tym samym wszyscy wokół mogli ją uważać za nawet bezduszną wilczycę, gdyż zimną to raczej na pewno. Domyślała się, jak była widziana w oczach reszty watahy, jednak średnio się tym przejmowała. Opinia publiczna nie grała dla niej roli, dopóki mogła pożytecznie funkcjonować dla watahy i bronić dobrego imienia rodziny z ochroną ją, niekoniecznie interesowały ją inne rzeczy.
Przecież tak powinno być. Nie miała nawet prawa myśleć o własnym dobru, gdyż to by znaczyło tylko jedno, że była egoistką. Dobro ogółu było najważniejsze, a nie pojedynczej jednostki. Tak powinno być. Jej serce nie miało możliwości być istotne.
Z rozmyślań wyrwało ją nadciąganie jednego wilka, z którym już za szczeniaka miała sporo interakcji. Spojrzała na zbliżającą się sylwetkę osobnika, dopiero po cichym westchnięciu.
- Dzień dobry, Sininen! Piękny dziś mamy dzień, czyż nie? - Ciemny basior ze skrzydłami i rogami uśmiechał się wyraźniej z każdym krokiem w stronę swojej byłej podopiecznej. Wadera zatrzymała się, tym samym czekając na zbliżenie się przybyłego.
- Witaj opiekunie — przywitała się z lekkim skinięciem głowy. - Tak, to prawda. Szykuje się, że będzie jeszcze cieplej niż wczoraj. Spacerujesz?
- Tak, szukam sobie byle zajęcia. Odkąd cała wasza czwórka dorosła, nie mam co robić — po dodaniu ostatniego zdania w powietrzu zabrzmiał rozbawiony śmiech Noitera z całej tej sytuacji. Najwyraźniej ktoś tu się nie pogodził z leniwym życiem do momentu pojawienia się kolejnych małych łapek w watasze. Dosyć przykra sprawa, tak swoją drogą.
- Być może wkrótce będziesz miał znowu łapy pełne roboty? - Powiedziała po namyśle Nen, gdyż nie była pewna czy była na tyle z nim zaznajomiona, by spróbować pocieszyć go.
- Dziękuję za słowa wsparcia, doceniam. No, ale dość o mnie, co u ciebie? Też wyszłaś na spacer?
- Niekoniecznie, - zaprzeczyła delikatnym ruchem głowy. - Mam dziś trochę do zrobienia, w zasadzie wszystko w terenie. A tak poza tym, wszystko gra. Starsza siostra przypadkiem nie wpadła na ciebie kilka dni temu?
- Shori? Pewnie, że tak. Ucięliśmy sobie miłą pogawędkę. Wspomnienia wracają, wiesz, co mam na myśli? - Opiekun zdawał się rozmarzyć o tych wielu przypadkach, kiedy to opiekował się obiema siostrami i wymyślali wiele zabaw, które rozluźniały atmosferę i jednocześnie zacieśniały więzy między nimi.
- Coś w tym jest — zgodziła się zamyślona.
- Ach, co ja robię! Jesteś zajęta, a ja cię zatrzymuję... Już cię zostawię w spokoju. Pamiętaj Sininen, zawsze możemy powspominać sobie miłe momenty zabaw.
- Przekażę to też starszej siostrze. Do zobaczenia opiekunie.
Tak oto zakończyła się krótka rozmowa między dwojgiem wilków. Noiter jeszcze odchodząc, machał jej łapą na do widzenia z tym swoim uśmiechem, który łączył się z cichym śmiechem.
Spoglądała w jego kierunku podczas zwiększania dystansu między nimi, nagle sobie uświadamiając, jak dawno się nie śmiała. W sumie najwięcej takich zjawisk miało miejsce podczas spędzania czasu z ojcem i starszą siostrą, głównie z tą drugą. Dopiero jakiś czas temu zorientowała się, że chciała wydawać z siebie te radosne odgłosy, naprawdę! Nie umiała powiedzieć, czemu jakaś niewidzialna siła skutecznie blokowała ją w wyrażaniu emocji, tworząc łatkę niezdolnej do ukazywania innych odczuć niż chłód i zdystansowanie. Była tym zmęczona — ilekroć nie próbowała, nie znalazła jeszcze tego złotego środka na zrobienie dziury w twardej skorupie na swoim sercu. Doskonale wiedziała, że starsza siostra robiła wiele, by przywrócić ciepło szczerego spojrzenia z czasów szczenięcych, niestety, nie była w stanie zdziałać zbyt wiele. Kurtyna oddzielająca serce i umysł poranionej dotkliwie wadery była zbyt gruba.
- Jak to wszystko ssie — mruknęła pod nosem, gdy w jej oczach pojawił się przebłysk psychicznego zmęczenia tym wszystkim i samą sobą. Chyba nie trzeba było mówić, jak bardzo pragnęła wewnętrznie zmiany. Z drugiej strony obawiała się jej. Czy byłaby jeszcze przydatna? Jeśli nie będzie twarda, to jak do licha ciężkiego miałaby wyglądać? Nie będzie przecież potrzebna po czymś takim...
Z ponownego nagromadzania się ciemnych chmur w myślach wyrwał ją szelest w krzakach nieopodal siebie, a następnie jej uszu dobiegło ciche popiskiwanie, które brzmiało bardzo błagalnie. Nie brzmiało to w żaden sposób groźnie, lecz zastanawiająco, dlatego powolnym krokiem zbliżyła się do roślinności w celu zbadania ów hałasów. Jej brwi poszły tylko lekko w górę na widok kręcącego się młodego liska ze łzami w oczach. Gwałtownie podskoczył po zorientowaniu się, że dorosły przedstawiciel innego psowatego gatunku obserwuje go, po czym skulił się w formację zjeżonej i przerażonej kuleczki.
- Co tu robisz, mały? - Zapytała się go cichym głosem, starając się na wykrzesanie z siebie delikatności. Ruda kruszynka była już wystarczająco wystraszona, nie chciała dolewać oliwy do ognia. Mimo podjętej próby malutki lisek zaczął się delikatnie trząść ze strachu. Nie odrzucała jednak cichego mówienia bardzo delikatnym tonem, który nawet brzmiał z nutą słodkości. - Nie zrobię ci krzywdy, słowo.
- Moi rodzice... Zniknęli — wyszeptał młodziak, tym samym ujawniając swoją płeć. Ona jednak pokiwała głową na znak zrozumienia.
- Kiedy ich ostatnio widziałeś? Dlaczego tu się ukrywasz? - Wolnym ruchem zniżyła głowę ku osiągnięcia poziomu wystraszonego malca.
- Był... Dziwny hałas... Mama krzyknęła, żebym się ukrył i czekał. Od dawna ich nie ma — wyszeptał, a pojedyncza łza opuściła jego oko. Biedactwo.
- Mogę ich poszukać, ale nie chcę cię samego tutaj zostawiać. - Ponownie przemówiła łagodnym głosem. Ostrożnie opuściła górną część ciała, gestem proponując, by wdrapał się na jej własny ciemny grzbiet. - Zajmę się tobą na ten czas, jeśli pozwolisz. To jak? Pójdziemy po twoich rodziców?
Lisek podniósł nieco wzrok i zaraz po nim głowę ku waderze. Serce jej ściskało na ten widok, gdyż w jego postaci widziała rozpaczliwe wołanie o pomoc. W jego oczach widziała własne odbicie. Ku jej niejakiemu zdziwieniu, zgodził się na propozycję, po czym zaraz znalazł się na Sininen. Uśmiechnęła się delikatnie na to.
- Zuch chłopak. Poprowadzisz mnie do miejsca, gdzie ostatni raz widziałeś rodziców?
Kiedy usłyszała kolejne słowa na potwierdzenie, jeszcze raz posłała mu uśmiech i ruszyła przed siebie w stronę wskazaną przez młodego liska. Nie przeszła nawet kilkunastu metrów, nim poczuła się zżyta z towarzyszem, którego nosiła na własnych barkach. To musiał być szok dla możliwych świadków tego widoku zrelaksowanej i uśmiechniętej Sininen, która uchodziła za chłodną, podczas rozmawiania z małym kolegą podczas osobistego niesienia go.
Przyjemna rozmowa została przerwana w momencie natrafienia wzrokiem na leżącą częściowo ukrytą pułapką, która znajdowała się nie dalej niż metr przed kroczącą ciemną waderą.
- Co jest? - Zapytała się siebie bardzo cichym głosem, lustrując przedmiot. Jego ostrość nie wyglądała do najbardziej przyjaznych. To był powód, dla którego sięgnęła po pobliski patyk i ostrożnie wsunęła go w powietrzu nad pułapką. Zgodnie z przewidywaniem, przedmiot aktywował się i zatrzasnął z głośnym łoskotem. Lisek na jej grzbiecie aż podskoczył na usłyszenie tego.
- Jest tego więcej... Trzymaj się mnie mocno i nie puszczaj — powiedziała do niego cichszym tonem po bacznym rozejrzeniu się.
Kolejne kroki stawiała wolniej, z rozmysłem. Następne pułapki nie leżały w dalekiej odległości od siebie, nawet jeśli część z nich była odsłonięta, należało zachować ostrożność. Dziwne, pomyślała. Skąd tu nagle tyle przedmiotów do pochwycenia? Jeszcze kilka dni temu nie było ich tu to dlaczego teraz ich jest na pęczki?
Dygotanie malucha znajdującego się na jej grzbiecie wysnuło podejrzenie, że to ten dźwięk usłyszał przed utratą kontaktu z rodzicami. Kierując podejrzenie, zbliżała się do sedna problemu.
Trafiła ze swoją hipotezą w momencie, kiedy usłyszała słabe szamotanie się rozlegające się dziesięć metrów przed nią, tuż za tym ogromnym kamieniem. Mając kolejne podejrzenie na zastały widok, delikatnie odłożyła młodego między wystającymi korzeniami jednego drzewa.
- Zaczekaj tu, dobrze? Zaraz wrócę — obiecała mu. W następnej chwili wskoczyła na wspomniany głaz i spojrzała, co się za nim kryje.
Widok nie należał do przyjemnych. Dwa lisy znajdujące się w potrzasku, grunt zabarwiony powoli krzepnącą krwią, zaobserwowana słaba siła działania. Tylko bogowie wiedzą, ile spędzili w tym czasu. Mówili do siebie słabym słyszalnym głosem, zapewne w celu utrzymania się przytomnymi, nawet nie szamotali się: musieli dojść do wniosku, że zrobi im to więcej szkody niż pożytku.
- Jesteście rodzicami takiego małego liska? - Zapytała się, zeskakując do nich. Samica słabo podniosła wzrok na przybyłą wilczycę.
- Mój... Syn...?
- Jest za kamieniem. Zaczekajcie, pomogę wam.
Nie było sensu wkładać łap między ostrza, musiała sięgnąć po solidną gałąź i podważyć zamknięcie w celu otworzenia go. Koniecznym było zachowanie szczególnej ostrożności, gdyż mogła się spodziewać głębokich urazów w pochwyconych kończynach i pospieszenie się.
Nawet nie wiedziała o prędkości swojego działania. Nim się zorientowała, kończyła prowizorycznie opatrywać u lisiej pary po jednej łapie, która ucierpiała. Natychmiast zwróciła się do poszkodowanych.
- Zaznaczyłam bezpieczną trasę, idźcie cały czas prosto, aż do granicy lasu. Zaraz do was dołączę.
Spodziewała się raczej namiastki awantury, jednak została mile zaskoczona: oba lisy pokiwały głowami i cicho poszli we wskazanym przez nią kierunku. Na pewno zaraz spotkają swoje młode, jednak wadera miała co innego do zrobienia obecnie. Prędkim ruchem przeleciała się nad wszystkimi pułapkami i spowodowała ich zatrzaśnięcie się, które tym samym zlikwidowało wiszące zagrożenie. Dopiero po zrobieniu tego, dołączyła do lisiej rodziny, która faktycznie czekała na nią.
- Zaprowadzę was do naszych medyków. Zajmą się wami lepiej niż ja - zakomunikowała im.
Widząc jednak ich osłabienie, musiała zmodyfikować plan. Zamiast prowadzenia, pomagała im iść, ale to samicy pozwoliła się o siebie oprzeć, małego ponownie wzięła na swój grzbiet. W tym składzie dotarli po dłużących się minutach pod szukaną jaskinię, gdzie od razu trafili w wykwalifikowane łapy. Podczas badania i następnie rzetelnego opatrywania ran u poszkodowanej lisiej pary, Sininen bez dalszej zwłoki ruszyła zgłosić fakt pojawienia się niebezpiecznych przedmiotów, które ktoś inny mógł usunąć niż ona sama, nawet jeśli nie cierpiała tego pomysłu. Odbębniła to w ciszy, lisy nie zorientowały się nawet.
Dopiero kiedy wyszły z jaskini po szczodrym podziękowaniu wszystkim za okazaną pomoc i pomachały obecnym na pożegnanie, Sininen obiecała sobie jedno podczas odmachiwania im z lekkim uśmiechem. Jak tylko dorwie drania od pułapek to mu kończyny z dupy powyrywa za narażanie bezpieczeństwa innych.

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1693
Ilość zdobytych PD: 846 + 5% (42 PD).
Nagroda za Questy: 550 PD  | + 4 pkt inteligencja | +1 spryt | +3 pkt zwinność
Obecny stan: 7428

wtorek, 7 czerwca 2022

Od Sininen: Quest VI | VIII | IX | X ~ W opałach | dziwny stwór | na ratunek | halucynacje [+16]

<Akcja dzieje się bezpośrednio przed wydarzeniami z początku "Odwilż">
To był zwykły dzień, taki jak inny. Sininen w swoim zwyczaju miała zjeść lekki posiłek na rozpoczęcie dnia, by następnie opuścić rodzinny przybytek w celach realizacji planów na resztę czasu za górowania słońca na nieboskłonie. Za kilka minut przybędzie na ogólnodostępny teren treningowy, zabawi tam długi czas, potem czeka ją robota papierkowa i inne powiązane z pełnioną funkcją, by na sam koniec dnia zostawić sobie tylko trening powietrzny — do jaskini i rodziny wróci najszybciej o zmierzchu, najpewniej jednak po zapadnięciu zmroku.
- Wszystko w porządku kochanie? - Usłyszała pytanie od ojca, który ją zatrzymał przed wyjściem z ich zajmowanej groty. Spojrzała na niego przez ramię, ponieważ nie była pewna o to, co miał na myśli. Biały basior uśmiechnął się delikatnie z nutą smutnego zatroskania w oczach podczas spoglądania na swoją najmłodszą ze wszystkich dzieci. - Jak się czujesz na nowym stanowisku?
- Wszystko w porządku ojcze. Cieszę się z tego wyboru — odparła mu ściszonym tonem.
- Wiem, że sobie poradzisz i to pierwszorzędnie, nie zrozum mnie źle. Jednak czy ta samotność ci nie przeszkadza?
W mig pojęła o chęć przekazanego sensu. Odkąd poprzedni strateg odszedł, który był jednocześnie mentorem Sininen, wadera po dorośnięciu została jedna w tym fachu. Serce w dalszym ciągu jej ściskało na myśl, że znikł jakiś czas temu, nim wadera dorosła na tyle, by oficjalnie zająć stanowisko. Bolał ją fakt, że ze swoim odejściem pozostawił watahę z pustką oraz fakt, że nie był świadkiem niejakiego przysięgania nikogo ze szczeniąt do swoich prac. Bardzo go lubiła, wiele mu zawdzięczała i zwyczajnie miała ciche i liche nadzieje, że będzie wtedy i kto wie? Może by jej pogratulował i życzył wspólnej owocnej współpracy? A tak... Była sama, zwyczajnie czuła ogłuszającą pustkę w części dla strategów, podczas gdy jej rodzeństwo przynajmniej miało cały czas okazję do otwierania pyska ku swoim wspólnikom — ci przynajmniej mieli chociaż jednego wilka do towarzystwa w głównej profesji. A co z nią? Gdyby nie fakt, iż poszła również w ślady powietrznego zwiadu, który tak swoją drogą zamierzała inaczej wykorzystywać pod własne preferencje i zdolności, to każdego dnia byłaby skazana na głuchą ciszę. Nawet jeśli samica alfa nie zawsze spotykała się z nią w kwestii tego zawodu, to tylko z nią najwięcej miała wspólnego. Renesmee często zagajała rozmową młodą, nie raz mówiąc jej, że na pewno jej własne strategie będą świetne, już nie mówiąc o połączeniu jej smykałki z innymi umysłami. Naturalnie, alfa dodawała, że wolałaby, aby nie doszło do takich czasów. Idylla w postaci panującego spokoju i miru watahy.
Zatrzymała się w trakcie spacerowego kroku ku miejscu odbywania swoich porannych ćwiczeń, starając się odeprzeć od siebie te myśli. Musiała aż zagryźć wargę do krwi w celu odzyskania przejrzystości własnego umysłu, by zaraz splunąć mieszankę krwi i śliny, która zalegała w jej ustach. W następnej chwili spojrzała ciężko przed siebie. Nie, nie powinna sprawiać problemu innym i mówić o takich żałosnych durnotach, przecież każdy ma własne problemy, jeszcze tylko niepotrzebnie dołoży im kolejnych trosk, z pewnością takich totalnie zbędnych.
Powinna była się skupić na świecie prawdziwym i realnych zadaniach do wykonywania, nie na marnym użalaniu się nad sobą. Musi być twarda. Musi być silna. Nie może być kimś słabym psychicznie i fizycznie, jak to miało miejsce za swoich szczenięcych lat, godne upodlenia. Zwłaszcza przez zachowania jednej persony, która zdefiniowała jej dzieciństwo jako podłe. Ciekawe jak teraz wyglądałaby sytuacja, gdyby faktycznie nie dopadło go to draństwo, przez które ojciec niemal nie zszedł ze strachu i obawy o niego, podobnie jako kilkoro innych wilków. Były dalej takim skończonym draniem? A może jeszcze gorzej?
To była interesująca kwestia — jak zareagowałby na tą chwilę, czy to po przeżyciu pasożyta, czy bez doświadczenia tego piekła, gdyby mu powiedziała wprost, że gdyby tamtego dnia ojciec nie zainterweniowałby między nimi, mając okazję poznać prawdziwe oblicze swego syna wobec jego sióstr, wtedy w stosunku do młodszej, Sininen tamtego wieczora zamierzała popełnić samobójstwo?
- Doprawdy, godne pogardy — mruknęła cicho do siebie, po kolejnym odepchnięciu od siebie tego typu myśli. Zdecydowanie, za dużo myślała o sobie. Zupełnie jakby była ważna lub miała większe znaczenie dla kogokolwiek bądź jakiegoś grona.
Przecież i tak zostałaby z niebanalną łatwością wymieniona w zamian za kogoś znacznie lepszego, zostając w sposób imponujący lekko zepchnięta na plan oficjalnie nieudanych planów. Nigdy nie będzie doskonała dla nikogo. Taka była prawda jaką się karmiła od najwcześniejszych dni.
Z tego wszystkiego, odruchowo zerwała bez patrzenia leśny owoc, który wrzuciła sobie do pyska w celu odświeżenia się. Zresztą, rzucie takich drobiazgów nawet działało kojąco na jej umysł. Wiedziała, że będzie tak i tym razem. Nie zdawała sobie jednak w jakiej skali.
Ostatnie co zapamiętała przed gwałtownie przybyłą falą czerni był rozmazany obraz leśnej ścieżki przed sobą.
...
Oh boi.
...

*
Poczuła ogarniający ją subtelny chłód pieszczący ją po futrze. To było w pierwszej chwili. Kolejnym zarejestrowanym faktem było to, że leżała niemal wyłożona w pozycji bocznej na czymś twardym, zdecydowanie obce podłoże. Leżąc na lewym boku, poczuła, jak prawe skrzydło na niej i dodatkowo obciążało ją i jej oddech. Moment. Kiedy się przemieniła w prawdziwy wariant wyglądu? Przecież od samego rana, ba, nawet dłużej pozostaje w formie nabytej za pomocą swojej mocy.
Zdecydowanie coś tu jej nie grało.
Nie wydawała z siebie żadnego odgłosu, podobnie jak nie zmieniała pozycji ciała, jedynie nasłuchiwała otaczającego ją świata, chcąc przy tym zebrać jak najwięcej informacji o zastałej sytuacji. Niestety, nie było dane jej poznać, ponieważ panowała cisza, mogąca śmiało uchodzić za spokojną. Postanowiła przeczekać jeszcze kilka minut, udając tan nieprzytomności, nim zmieni plan działania. Lecz i tu zaskoczył ją niezachwiany rozwój sytuacji, co spowodowało przymus zmiany pozycji z leżącej na stojącą, dzięki czemu mogła się rozejrzeć.
Dziwne, pomyślała sobie. Znajdowała się w jaskini, która była jej znajoma i jednocześnie obca. Jasne, miała okazję dojrzeć groty wchodzące w skład terenów watahy, w której się urodziła, ale z tą było coś konkretnie mocno nie tak. Każdy z nas zna to uczucie, kiedy coś swędzi na żołądku lub podobnego typu i podświadomie mówi, że coś nie gra w czymś? To było coś takiego w odczuciu skrzydlatej. Jej pierwszym ruchem było telepatyczne nawoływanie Kuki, bliskiego przyjaciela z grona duszków wiatru, ale nie spotkała się z żadną odpowiedzią mimo długo trwających prób uzyskania kontaktu. Z jej strony była jedynie głucha cisza. To nie było w stylu Kuki, oj nie.
Błękitna wadera zaryzykowała ciche wyjrzenie poza otoczenie groty, w jakiej się ocknęła, ostrożnie stawiała kroki w kierunku wyjścia. Nie było zaskoczeniem stwierdzić śmiało fakt, że na otwartej przestrzeni również panowała cisza, jedynie bzyczenie owadów i echo ćwierkania ptactwa ratowało nazwanie tego krajobrazu martwym. Nic innego nie mogła zarejestrować, chociaż nie zamierzała ani nie mogła sobie pozwolić na spuszczenie gardy. Dopóki nie dowie się co to za miejsce i co tu do ciężkiego licha robi, musi pozostać na baczności.
Zastanawiającym faktem było to, że nie dostrzegła żadnej polany bądź chociażby częściowo utartej ścieżki. Nie, oj nie. Zewsząd rozpościerał się ogromny i do tego gęsty las, którego jedynym wybrakowanym elementem w wystroju była ta jedna jaskinia, w której to samica się obudziła, co sprawdziła podczas obejścia groty wokół i następnie wejścia na wybrzuszenie gleby, które ją tworzyło.
- Co jest? - Zapytała się cicho samą siebie po realizacji faktycznego położenia i otaczających ją terenów. Przecież to nawet kupy się nie trzymało.
Labirynt bez wyjścia czy kij czort? Nie istniało na to żadne logiczne wytłumaczenie. No i, właśnie, najważniejsze pytanie — jak ona się tu znalazła i co tu w ogóle robi? Nie napawało ją to optymizmem, zdecydowanie.
Łagodnie zeskoczyła z wdziękiem na równiejsze podłoże i ponownie rozejrzała się wokół siebie. Nic to, zero jakiejkolwiek zmiany. Czyli co, ma siedzieć grzecznie na tyłku i liczyć na jakiś najmniejszy cud z wyjaśnieniem tego wszystkiego? Już zamierzała nazwać sytuację rodem z burdelu, jednak w porę się powstrzymała. Nie dajmy się zwariować, powiedziała sobie w duchu, musi pozbierać informacji o swoim obecnym położeniu. Zaraz... Czy powietrze od początku było takie ciężkie? Jakby coś chciało jej zwrócić uwagę o zachowaniu szczególnej ostrożności, co już sama pojęła od razu. Widmo zdawało się ją przed czymś ostrzec, ale wypadałoby poznać swojego przeciwnika, by się odpowiednio przygotować, czyż nie?
To był moment, w którym postanowiła wejść w leśną gęstwinę przed siebie, tym samym zostawiając jaskinię za sobą.
Drzewa, krzewy, wszystko możliwe z flory leśnej było położone jedno obok drugiego, co jednogłośnie dawało skojarzenie morza zieleni, nie było innej możliwości przychodzącej na myśl. Kwestia zagubienia się pośród przytłaczającej zieleniny była nazbyt realna do urzeczywistnienia, dlatego musiała obrać jakąś taktykę działania. Tym właśnie sposobem szła wyłącznie przed siebie, prosto bez skręcania na prawo czy w lewo. Obrane działanie było proste i tym samym nie powinna natrafić na jakieś trudności, trasa powrotna powinna być stosunkowo łatwa. Zawsze też zostawała możliwość wyłącznie kierowania się na którąś stronę przy nieprzerwanym kontaktem ogona z zieleniną.
- Ale tu wszystko zarosło — wyraziła pod nosem cichą uwagę, nie spuszczając wzroku z widoku przed sobą, mentalnie była napięta jak pajęcza nić między liśćmi kilku kwiatów. Bo czego mogła się spodziewać jak nieznanego? Poruszanie się w tej gęstwinie nakazywało poleganie w zasadzie wyłącznie na wzroku i słuchu, ale i tak wszystko zależało od szybkości reakcji. Nie było innego wyjścia niż to.
Wszystko uległo zmianie z chwilą, kiedy usłyszała całkiem nieznany jej hałas, który rozległ się może maksymalnie kilkanaście metrów od niej, tak gdzieś po prawej. Natychmiast się zatrzymała i mogła się niemal założyć, że i jej krew również zatrzymała swoje krążenie. Dosłownie po upłynięciu pięciu sekund miała okazję dojrzeć rzucany cień przez właściciela tego wydawanego hałasu.
Co to ma być?! To nie jest żadne ze zwierząt, jakie zna!
Podczas przeminięciu kilku kolejnych sekund istota poznana właśnie z wydawanego przez siebie hałasu i rzucanego cienia odeszła, tym samym pozostawiła Sininen w tyle. Poruszyła się dopiero po upewnieniu się, że kreatura jest na tyle daleko, że nie zorientuje się o fakcie, iż nie była sama tą chwilę temu. W pierwszym odruchu zrobiła krok w stronę istoty, kiedy dotarła do niej ta chęć działania.
Pójść i podążać za nieznanym bytem?
...
Nie ma mowy, spindala stąd z powrotem do tamtej jaskini.

*
Poza własnym oddechem i biciem serca rejestrowała odległe skapywanie kropel ze stalaktytów, gdzie ciesz opadała w sposób subtelny na mokrą posadzkę i gdzieniegdzie w kałuże, zaburzając panującą ciszę w jaskini. Musiała spędzić tam już przynajmniej trochę czasu, ale oświetlenie zewnątrz nie wyglądało by uległo zmianie. Sininen już dobrą godzinę temu doszła do wniosku, że to nie było normalne miejsce - niepokojąca dziwność tego wszystkiego wisiała w powietrzu, zupełnie jakby chciała z niej sobie drwić w najlepsze.
Co mogła robić? Nie miała żadnych informacji, była w nieznanym miejscu i jeszcze gdzieś w lesie krążyła jakaś istota o nieznanych dla niej intencjach. Chociaż szczerze nie chciała, musiała jakiś okres czasu przeczekać, zanim zdecyduje się na jakiś nowy krok w sprawie swojego położenia. Naprawdę chciała zdziałać coś więcej, a nie tylko siedzieć na tyłku w jakieś jaskini.
Przymknęła oczy i wypuściła powietrze nosem. Nawet jeśli opierała się grzbietem ścianę za sobą, próbowała myśleć na to z jasnej strony, tak jak starsza siostra ją usilnie usiłowała nauczyć. Przynajmniej grota nie była zimna, ta część za nią była tylko lekko chłodna mimo panującej wilgoci wewnątrz. To był kolejny szczegół, który nie miał ni joty sensu w tym wszystkim. Zresztą, ten spokój był zwyczajnie niepokojący — odczuwała niejako widmo aury, która wywoływała stopniowe mrowienie skóry na karku, chłód zdawał się ją ostrzegać przed chęcią przeszycia. Szósty zmysł wadery podpowiadał jej, że nieważne co, musi nie dać się zwariować i zastraszyć. Z kolei inna myśl stanąwszy przed jej oczami była taka, że prędzej padnie na zawał niż zaśmieje się beztrosko w tym miejscu. Krótko mówiąc, szło dostać kręćka.
Wsłuchując się w otaczającą ją scenerię, ponownie zamknęła oczy. Tym razem na dłużej.

*
Momentalna zmiana w otoczeniu wyrwała ją ze zbierania myśli niby w śnie, wszystko przez hałas. Brzmiało to zupełnie tak, jakby coś biegło z daleka i zbliżało się z dużą prędkością do miejsca, w którym błękitna obecnie przebywała. Wadera natychmiast stanęła w pewnej pozycji do działania wiedząc, że teraz to będzie tylko kwestia sekund do podjęcia każdej decyzji w celu ratowania siebie i nie tylko.
Coraz bliżej.
Zaraz najpewniej wpadnie do jaskini.
Już zaraz.
Wadera przeszyła szok na widok osobnika, który wpadł do jaskini. To był ktoś, kogo bała się nigdy nie zobaczyć więcej w swoim życiu. Oddech ugrzązł w jej gardle, serce zdawało się przestać bić w przeciągu ułamka milisekundy. Ów postać szybko rzuciła okiem na nią i tylko wpół krzyknęła jedną, acz prostą komendę do działania.
- W nogi, teraz!
Bez wahania, obie zaraz zaczęły biec w kierunku prowadzonym przez wcześniej przybyłą postać do pieczary. Sininen co prawda mogła zrozumieć czemu biegły coraz to głębiej w jamę, ale nie to, że napotkała tam obecność lekkiej zasłony mgielnej. Nawet nie musiała pytać o przyczynę biegu, a raczej ucieczki — gdzieś w tyle rozległ się ponownie ten hałas, który usłyszała jakiś czas temu w lesie. Tak, dokładnie ten, który spowodował jej prędki powrót do jaskini.
Gwałtownie skręciły w węższe przejście i tylko cudem uniknęły brutalnego wpadnięcia na ścianę, tylko po to, by ześlizgnąć się w tajemny przesmyk i zatrzymać się przy małym zbiorniku wodnym, który był oświetlany kryształami i latającymi świetlikami. Nie ruszały się, czekały na zapanowanie ciszy od tajemniczego stworzenia, przed którym zwyczajnie się uciekało. Dopiero po blisko minucie uzyskano pewność, że kryzys został tymczasowo zażegnany.
- Na razie mamy spokój — postać mruknęła, spluwając na bok po czym westchnęła. Spojrzała na skrzydlatą i czas znowu się zatrzymał. - Wszystko gra?
- Jakim cudem? - Sininen zapytała się głucho.
- To bardzo dobre pytanie — usłyszała w odpowiedzi, tym razem ciepłym tonem. - Też chcę poznać na to odpowiedź. Co tu robisz?
Czy wiecie, z kim rozmawiała? Kto stał przed nią jak gdyby nic?
- ... M-mamo - głos błękitnej nie tyle, co stał się w odczuciu chropowaty, ale również i głuchy. Miała głęboko w poważaniu powłokę silnej wadery, teraz była święcie przekonana, że było widoczne to jak na łapie, iż zwyczajnie balansuje na granicy łez.
Pina stała przed nią cała i zdrowa z tym swoim uśmieszkiem. Dokładnie taka, jaką wszyscy ją zapamiętali. Tego dnia, gdy ją stracili.
- No już, Sini. Czemu poszłaś za mną? Przecież wszystkim wam mówiłam, że to tylko moje zadanie. To było zwłaszcza do twojego ojca. Naprawdę, ciebie ostatnią podejrzewałam, że będziesz śledziła własną matkę.
Zaraz, co?
Sinen jak chwilę temu patrzyła na matkę ze wzruszeniem i możliwymi łzami w oczach, teraz była niczym po lodowatym prysznicu, w oczach lśniło wówczas niedowierzanie. Skąd u Piny ten niejaki relaks? Czemu zachowywała się jakby wszystko grało i wyszła jedynie na misję, a nie została porwała na oczach córki?
Przecież to się kupy nie trzymało — chciałoby się krzyknąć wyraźnie na głos. Przecież zniknęłaś! Odebrano nam cię!
- No, moja panno? - Fielotowooka zdawała się oczekiwać wyjaśnień od młodszej córki. Młodsza z wader tylko wpatrywała się w sylwetkę matki z minimalnie otwartym pyszczkiem usiłując zrozumieć, co tu się do jasnej ciasnej odwalało.
I wówczas dotarło do niej, że w tej sytuacji i całokształtu było mnóstwo nieścisłości. Coś było tu solidnie nie halo, jedynie nie można było tego jeszcze powiedzieć na glos i wprost. Mimo wyraźnych luk, w dalszym ciągu brakowało puzzli do pełnej układanki. Jedynym ruchem, na jaki mogła sobie pozwolić było tylko granie w tym przedstawieniu. Zamknęła usta i spojrzała na wilczyce przed sobą, starając się przy tym zachować zimną krew.
- Znasz ojca, bardzo się martwi za każdym razem jak chcesz w pojedynkę rozwiązywać problemy na misjach. Akurat miałam wyjście w teren to chciałam rzucić okiem, żeby potem mógł spokojnie trenować młode twarze.
Starsza zamyśliła się, ale pokiwała głową. Całe szczęście kupiła pierwszą wymówkę, na jaką skrzydlata wpadła. Zaraz westchnęła i zaśmiała się cicho.
- Skaranie boskie. Co ja mam zrobić z waszym ojcem, co?
Sininen wzruszyła ramionami, by zaraz się uśmiechnąć.
- Kochać. Czy to nie jest oczywiste?
Głośniejszy śmiech wywołał ścisk serca na samo usłyszenie go. Sini chciała tak bardzo w tamtej chwili odrzucić te udawane ruchy i zwyczajnie rzucić się w stronę matki, w jej objęcia. Płakać za wszystkie stracone czasy. Błagać o przebaczenie, że to z powodu jej żałosnej egzystencji została im odebrana przez jakieś chore gówniane monstrum. Wyć rozpaczliwie, by wróciła do nich. Żeby dała im jakiś znak o swoim losie.
A jednak musiała zachować to dla siebie. Musiała z całej siły powstrzymywać możliwe drżenie ciała i groźbę polania się łez za sprawą samego spoglądania na matkę.
Z wewnętrznego bicia się z własnymi myślami wyrwało ją usłyszenie ponownie dziwnego hałasu, który tym razem rozlegał się przy wnęce za zakrętem, w który wpadły i znalazły się w obecnej przestrzeni. Ty razem obie zerwały się czym prędzej na własne łapy, każda z nich gotowa do działania.
- Schowaj się za mną — mruknęła lub może nawet syknęła Pina w kierunku córki. - Nie bądź uparta jak twój brat, rób co mówię.
- Nie ma chowania się. Stajemy ramię w ramię — odparła dokładnie tak samo młodsza.
- Przypomnij mi, żebym przejęła od ojca nauczanie cię walk naziemnych. Stajesz się zbyt podobna do niego w tej kwestii - dodała schylając nieco przednią część ciała.
- Hah i kto to mówi?
Nie było im dane dalej żartować między sobą jak równe wojowniczki, a nie jak matka i córka, gdyż z wnęki wyłoniła się ta sama ciemna macka, co tamtego dnia. Na jej widok skrzydlata zamarzła wewnętrznie, dawne lęki i fobie wróciły z uderzającą siłą. Nie mogła się za nic ruszyć mimo okrzykiwania mentalnie, kompletnie nie docierało to do niej. I, tak jak wtedy, potwór natychmiast skierował swoje ruchy dokładnie w jej kierunku. Tak samo matka ją odepchnęła, tym razem na ścianę, ponownie biorąc atak tego monstrum na siebie. Sini ponownie mogła jedynie oglądać tę koszmarną powtórkę z przeszłości, która rozgrywała się na jej oczach, a ona sama kolejny raz najwyraźniej była skazana na przeżywanie na nowo tej przerażającej dokładności wydarzeń. Jak wtedy, gdy była bezbronnym szczenięciem. Bycie jeszcze raz świadkiem traumatycznego wydarzenia z przeszłości.
- NIE! - Skrzydlata wrzasnęła i wskoczyła przed matkę, by skrzydłem odbić atak tej piekielnej macki. Nie pozwoli na ponowienie się incydentu. Tym razem sięgnie po wszystkie środki, nawet te radykalne, ale nie pozwoli na kolejne oglądanie utraty matki.
- Sininen, odsuń się! Natychmiast! - Pina krzyknęła w stronę córki, ale spotkała się tylko z zablokowaniem przejścia do przodu, przed skrzydlatą.
Macka cofnęła się tylko w celu ponowienia ataku, który ponownie zablokowała skrzydłem, tym razem odepchnęła z drugim. Chciała wykorzystać chwilę otumanienia ze strony istoty i zaatakować z nauczonej od jakiegoś czasu umiejętności w postaci salwy ostrzy w kształcie piór, kiedy...
Nic nie wyszło. Zupełnie jakby nie posiadała takiej zdolności. Wyglądało na to jak bycie niemagicznym wilkiem, bez najmniejszej kropli ów możliwości.
To był błąd, że spojrzała z niedowierzaniem na swoje skrzydła. Następne co zarejestrowała to jednoczesny zagłuszony krzyk Piny i bycie pochwyconą przez mackę. Siła zacisku była tak mocna, że została pozbawiona powietrza z płuc. Nie trwało to długo. Zaraz coś ją cisnęło w wystające elementy kamienne z prędkością, która mogła zwiastować tylko jeden scenariusz.
Nie dotarł do niej już rozpaczliwy wrzask matki, która zobaczyła moment przeszywania czaszkę córki o rosnącym po skosie stalagmitu, plamiąc na głęboki szkarłat okolicę z cząstkami mózgu.

*
- Ach! - Sininen zerwała się z częściowo zduszonym wrzaskiem z lekkiego opierania się grzbietem o ścianę jaskini, kawałek od głównego wejścia. Gwałtownie dysząc, ciskała oczyma po otoczeniu, by zaraz szybko dotykać się łapami. Co to miało być?! Przecież dosłownie chwilę temu zginęła! I co się stało z mamą?!
- Jak drzemka? Zregenerowałaś siły? - Usłyszała pytanie po swojej prawej, gdzie natychmiast spojrzała wystraszona. Tam, tuż przy niej, siedziała Pina, zupełnie zrelaksowana na tyle, ile jej pozwalała sytuacja. To kontrast między nimi był nawet zabawny: młodsza spoglądała ku drugiej z przerażeniem i niedowierzaniem, natomiast starsza tylko posyłała jej łagodny uśmiech.
- ... Drzemka? - Zapytała się nie będąc pewna własnym i jej słowom. Pina z kolei pokiwała głową.
- Tak. Weszłyśmy tutaj z lasu i kilka minut temu zamknęłaś oczy. Za dużo mieniącej się w oczach zieleni, prawda? Dla mnie to też same oczopląsy. Nawet ci się nie dziwię, że potrzebowałaś chwilę uspokojenia wzroku.
- Mmmh. Chyba tak...
- Wszystko w porządku skarbie? Wyglądasz jakbyś zobaczyła ducha.
„Nawet nie wiesz, jak jesteś blisko prawdy” - pomyślała sobie skrzydlata podczas spoglądania na rodzicielkę. Wiedziała jednak, że musi udawać, by cały ten teatrzyk ciągnąć dalej. To był powód, dla którego machnęła łapą.
- Nawet nie wiem, jak to opisać... Nieważne, jaki mamy plan działania?
Nim zdążyła usłyszeć odpowiedź od matki, jej uszu dobiegł ponownie ten sam hałas. Tym razem jednak nie wahała się przy tym, jak Pina zawołała do niej o natychmiastowe podjęcie ucieczki. Po chwili obie biegły przed siebie, na nowo w stronę tego częściowo ukrytego zakrętu prowadzącego do małego punktu wodnego. Kiedy tam ponownie się znalazła, od razu się rozejrzała wokół i zbladła mentalnie. Tu nie było innego przejścia, to był ślepy zaułek. Czemu jej matka wybrała akurat takie miejsce? Nie dawało żadnych realnych szans w przypadku starcia, które w zasadzie było nieuniknione.
Spodziewała się powtórki z rozgrywki. Nie pomyliła się.
Ponownie w ich kierunku wyskoczyła ciemny smolisty twór, kolejny raz w stronę skrzydlatej wadery. I tym razem została odepchnięta z całej siły przez matkę, tym razem jednak nie rozbiła się o skalne formacje. Widziała za to, że w imię poświęcenia się Piny w celu ratowania córki, znowu została wciągnięta prędkim tempem w kierunku właściciela tejże macki. Sininen znowu krzyczała tak jak wtedy.
Ponownie była świadkiem uprowadzenia swojej matki przez tę demoniczną kreaturę.

*
Gwałtownie otworzyła oczy i rozejrzała się wokół otaczającej ją scenerii. Znowu była w tej pieprzonej jaskini. Po spojrzeniu kolejny raz na swoje prawo mogła jeszcze raz zobaczyć matkę, która teraz wynurzała się z głębszej części pieczary. Uśmiechnęła się nieco na widok obudzenia najmłodszego ze swoich dzieci w trakcie kierowania się ku niej.
- Widzę, że ktoś miał nie za fajną noc, hm? Naprawdę skarbie, powinnaś skonsultować to z którymś z medyków, może doradzą ci jakieś środki nasenne? Nie chcę żebyś się z tym męczyła. A nuż ci pomoże? Nie myśl, że nie widzę, jak bardzo słaby masz sen. Trzeba coś na to zaradzić i nie mów mi, że nie mam racji, bo zawsze ją mam.
- Tata o tym wie? - Wysiliła się na powiedzenie tych słów. Spotkały się z rozbawionym śmiechem matki.
- Oczywiście! Czego się spodziewałaś?
„Odpowiedzi, jakim cudem się zeszliście” pomyślała w duchu. Wadera wielokrotnie miała okazję usłyszeć, jak to jej ojciec nie był twardo stąpającym wilkiem i nie dawał sobą rządzić. Najwyraźniej nie dotyczyło jego partnerki a jej matki. Zresztą, ktoś kiedyś parsknął, że to faktycznie Pina rządziła w ich związku, w tym momencie miała niejako podstawy rozumieć, co ten ktoś miał na myśli. Gdyby nie cała ta dziwna sytuacja i aż niekomfortowe przebywanie z matką, która formalnie pozostawała porwana, mogłaby naturalnie się cieszyć ich przebywaniem oraz zwyczajnie śmiać się, jak zapewne chciała tego jej rodzicielka.
W kolejnej chwili znowu usłyszała hałas, dokładnie wtedy, gdy znowu telepatycznie próbowała przyzwać Kuki w celu nawiązania kontaktu, co próbowała od samego początku, w dalszym ciągu bez skutku. Ponownie się zerwały, jeszcze raz dała prowadzić się Pinie w już doskonale znanym kierunku — nieszczęsna ślepa uliczka.
Tym razem postanowiła w pełni wyprzedzić działanie matki o fioletowych oczach i całkiem wyskoczyła przed nią w celu osłonięcia. Ignorując jej ostrzeżenia i nakazy o wycofaniu się za nią i „przestaniu robienia z siebie durnego bohatera”, stanęła w pełnym rozkroku przy częściowym rozłożeniu skrzydeł. Skoro pierwszy plan i drugi nie wypaliły, to może trzeci coś zmieni?
Takiego wała.
Efektem było to, że uratowała matkę z chwytu smolistej macki, ale za to sama została zmiażdżona. Jak to już kwestia, o której wolała nie mówić.
Nosz purwa.

*
Otworzyła oczy bez nawet delikatnego wzdrygnięcia się, spojrzenie miała już matowe w pełni tego znaczenia. Po piątym podejściu w starciu z tą macką przestała liczyć, ile razy napotykała ją z matką w tej okrutnej pętli czasowej, czy jak to gówno nazwać. Zwyczajnie już nie, była wyczerpana psychicznie.
Ile jeszcze? Jak wiele razy ma to oglądać?
- Sini? - Głos matki przywołał ją do częściowego myślenia. Wolno odwróciła głowę ku niej tylko po to, by spotkać się z zatroskanym spojrzeniem. - Skarbie, wszystko w porządku?
- Nie masz myśli, że przeżywasz coś takiego w stylu déjà vu? - Zapytała się matki bezbarwnym tonem. Ta tylko podniosła brwi.
- O czym ty mówisz? Kochanie, nie poznaje cię. Tak bardzo chciałaś pójść ze mną na misję, a tylko zaczęłaś marudzić. Jeśli dalej będziesz tak smęcić, będziesz musiała wrócić do taty i rodzeństwa.
- Po prostu zapomnij — mruknęła skrzydlata. Zresztą, jak miała powiedzieć, że dosłownie poprzedni wariant scenki skończył się w taki sposób, że jej mama została zmiażdżona głazem, który na nią zleciał po ciosie macki? Jeszcze wcześniej została przeszyta na wylot. Innym razem macka oderwała jej głowę, i to na żywca. Nen była zwyczajnie chora widząc już tyle spełnionych scenariuszy z obserwacją morderstwa matki, siebie całkiem odstawiała na bok, chociaż też zaliczyła już sporo śmierci. Ilość zabójstw, porwań i nie tylko zwyczajnie przestawały mieć znaczenie.
Jak długo ma jeszcze odbębniać to przedstawienie? JAK DŁUGO CHCECIE JĄ TORTUROWAĆ?
Nawet nie zdziwiła się na usłyszenie ponownego hałasu, który nadciągał w ich stronę. Tym razem jednak złapała w porę matkę za ogon, tym samym blokując jej możliwość ucieczki.
- Sini, puszczaj! Podążaj za mną, w tej chwili!
- Nie mamo. Musimy wyjść temu czemuś na spotkanie — odparła nieco mechanicznie, by sama wyskoczyć z jaskini. Pina nie miała innego wyboru niż pobiec za córką.
Tak oto obie wadery znalazły się przed jaskinią, burząc wcześniej zbudowany schemat odbywający się w grocie. Być może młoda miała już serdecznie dosyć tych przeżyć, a może zwyczajnie straciła cierpliwość? Kto wie. Fakt faktem, nie zamierzała spędzić kolejnych sekund w tej piekielnej dziurze. To było tak silne, jak w poprzedniej sekwencji, gdzie to po prostu zaczęła tak solidnie przeklinać bogatym słownictwem, że Pinie wysiadły na tyle uszy i musiała za wszelką cenę uciszać córkę, gdyż miała znacznie większy zakres na określenia wszystkiego.
I teraz stały skierowane głowami w stronę tego tajemniczego lasu, mając za sobą jeszcze bardziej tajemniczą jaskinię, oczekując na rozwój sytuacji. Po prostu dajcie mi już spokój, myślała z rozpaczą, litości.
Nie było jej dane się rozkoszować rozpaczą i gromadzącymi się pokładami, które mogłyby spokojnie już dawno doprowadzić do podjęcia próby samobójczej, gdyż kreatura nadciągała z czeluści lasu.
- Zakończmy to — mruknęła do siebie i matki, dosłownie na kilak sekund przed ujrzeniem potwora.
W końcu dostrzegła go w pełnej okazałości i do tego w świetle dnia.
Pierwsze skojarzenie, jakie przyszło jej na myśl było takie, że to kosmiczny robal. W przeciwieństwie do tego, co zapamiętała z dzieciństwa, ta bestia nie była czarna, lecz ciemnofioletowa z dwoma odmiennymi zestawami macek, które wyłaniały się z jej ciała. Pośrodku jakby serca unosiła się dziwna materia, która kojarzyła się jej z pustką.
- Calamity — usłyszała zduszoną nazwę, która padła z ust Piny na widok potwora. Sininen otworzyła szerzej oczy. Matka znała to coś?
- Nie daj się złapać przez macki! - Krzyknęły obie do siebie, po czym zaraz odskoczyły od siebie. Tym razem dwie macki ruszyły do ataku na wadery powiązane ze sobą krwią.
Skrzydlata radziła sobie wprost fenomenalnie w wykonywanie każdorazowego uniku przed pochwyceniem przez to coś zwane Calamity, czyli w rejonach matki uchodziło za nieszczęście, jeśli dobrze kojarzyła fakty. Pina była co prawda wolniejsza od córki, ale nie ustępowała jej w unikaniu bestii. Nawet nie była pewna za co walczy. Przecież i tak czas się znowu zresetuje do chwili pobudki podczas przebywania w jaskini, przed nadejściem potwora. Znowu ma przeżywać śmierć lub porwanie matki, ewentualnie własny żałosny los? A może tym razem posunie się do samobójstwa i z ochotą wysunie się ku kreaturze i da się zabić?
A jednak coś jej podpowiadało, że musi podjąć walkę przed jaskinią.
I niby co to zmieni?
Poddała się woli instynktu i postanowiła być gotową do faktycznego walczenia. Najwyżej zginie kolejny raz. Żadna nowość! To już nawet przestało niejako boleć.
Chociaż odczuwała niejakie zablokowanie, pewnego rodzaju nałożoną pieczęć na siebie, nie przestawała podejmować wysiłku w kwestii atakowania macek po wykonaniu byle uniku. Chociaż nie miała możliwości wykonywania ataków magicznych, zawsze pozostawały jej fizyczne, te, które się uczyła z dwóch źródeł w celu wykorzystania. Ponieważ potwór był dosyć szybki w działaniach, mogła w dużej mierze polegać na wykonywaniu ciosów skrzydłami i pazurami, przynajmniej na razie. Zauważyła pojedyncze miejsca, które zdawały się być bardziej wrażliwsze i przez to bardziej chronione, wszystko po zorientowaniu się w działaniu skrzydlatej. Istniała możliwość zadania obrażeń, być może i osłabienia potwora. To było to! Musiały spróbować odcinać macki!
- Matko! - Krzyknęła do naziemnej wadery, która dokładnie w tej samej chwili była zmuszona wykonać ślizg po glebie w celu uniknięcia próby pochwycenia przez chyba kończynę potwora, który również pozostawał w ruchu. Wyglądało na to, że nie był to twór o podłożu bezrozumnym, ponieważ dawał sygnały o posiadanej inteligencji. Dobry przeciwnik. A jaki jest dobry przeciwnik, jak to zwykle wojownicy mówią? Dobry przeciwnik to martwy przeciwnik. Najwyraźniej były zmuszone do podjęcia wyzwania o przekonaniu się prawdy tych słów.
W pewnej chwili Pina została złapana przez Calamity. Od tego momentu było już kwestią sekund przekonania się o dalszym potoczeniu się scenariusza. Jednak, podczas tego podejścia mowy nawet nie było, żeby po raz enty oglądała ten sam obrazek. Po jej trupie, i to całkiem dosłownie. Sininen sposób bardzo szybki zerwała się z miejsca gdzie się unosiła i zaczęła w zasadzie pikować w kierunku skrępowanej matki. Łapiąc ją, wysunęła jedno skrzydło pod kątem ostrym na tyle, że zaraz dobiegło ją zarazem błogie uczucie i odgłos bestii, by zaraz kolejnym dźwiękiem było głuche mlaśnięcie o grunt. Udało się jej. Dała radę przeciąć mackę i uratować rodzica.

Nieszczęście nie przestawało wydawać z siebie dźwięków obwieszczających przeokropny ból po brutalnym amputowaniu jednej z jego macek, skrzydlatej udało się jej zniszczyć koncentrację przeciwnika. Wadery wymieniły się spojrzeniami bez słowa, nawet nie musiały wymieniać się telepatycznie informacją, gdyż w mig ją pojęły. Musiały jak najszybciej wykorzystać dekoncentracje wroga, to była ich jedyna największa szansa na łudzenie się zwycięstwem. Skrzydlata po odłożeniu Piny na ziemię wzbiła się ponownie w powietrze, mając w głowie jeden cel: jak największe uszkodzenie macek i możliwie ponowienia pomyślnego ucięcia ich za pomocą skrzydeł, których ostrość wydawała się być dobrym atutem w tym. Planu jednak nie ułatwiał fakt, że po brutalnej amputacji reszta macek wydawała się oszaleć, miotały się agresywnie na wszystkie strony. Oczekiwał litości? Zapomnij. Zaraz pozna namiastkę wściekłości w sercu Sininen, która musiała już tyle razy oglądać w tym otoczeniu tragicznych zakończeń sytuacji o jednym i tym samym podłożu. Nie była łagodna, latała pośród macek z taką agresją w oczach, że to zwyczajnie paliło. Nie wahała się podczas atakowania skrzydłami każdej macek z osobna, miała jeden cel i zamierzała się go trzymać.
Opadła na grunt cała w mazi Calamity, dopiero po jego głuchym upadku, które oznaczało tylko i wyłącznie pozbawienie kreatury życia. Nen oddychała szybko i płytko, z każdą sekundą ciężar powietrza nabierał na sile. Stała nad truchłem wprost nie mogąc uwierzyć w to, co widzi. Zaraz doskoczyła do jej boku Pina. Co dziwne, nie odzywała się nic, ani ku córce, ani na temat potwora.
- Nie mogę w to uwierzyć. Wygrałyśmy, w końcu — powiedziała zdyszana błękitna. Ile to musiało upłynąć pętli czasowych dla bycia świadkiem takiego kwiatka? Poza tym, matka była cała i zdrowa tuż obok!
- Calamity to zmaterializowane nieszczęście w moich rodzinnych stronach. Mówiłam ci o nim legendy, pamiętasz? Jego pojawienie się zawsze wróży jakąś katastrofę. - Pina cicho powiedziała. Sininen natychmiast podniosła uszy i wzrok na matkę, która spoglądała na leżące przed nimi truchło. Cichy głosik w myślach krzyczał "zapamiętaj!".
- Co teraz zrobimy matko?
- Jak to "co"? To bardzo proste.- Głos starszej nagle stał się zniekształcony, a ona sama gwałtownie obróciła głowę w kierunku córki. Jej oczy w barwie fioletu nagle stały się czarne i puste, uśmiech przerażający. - Potrzebna jest ofiara dla obudzenia kolejnego Nieszczęścia.
Nim się zorientowała, ciało Sininen zostało przeszyte na wylot grubym iskrzącym się na fioletowo kolcem, który momentalnie wyrósł z ziemi, bezpośrednio pod nią. Z jej ust buchnęła krew i czarna ciecz, gwałtownie czuła żegnanie się ze światem. Chociaż całe ciało prędko opadło bezwładnie, ostatkiem sił wysiliła się na uniesienie głowy w stronę drugiej wadery. To już nie była Pina, to coś zaczynało niejako topić ciało jej matki, tym samym przemieniając się w twór rodem z najgorszych koszmarów.
- Jeszcze się spotkamy, mała dziwko — wyplute słowa brzmiały na powiedziane z obrzydzeniem i jednocześnie słodką obietnicą.
- Pierdo... - Nie dokończyła.
Oczy młodej dorosłej Sininen zgasły, a głowa bezwładnie opadła w kierunku ziemi, obwieszczając jej zgon.

*
Z głośnym świstem podniosła głowę, teraz już całkiem znerwicowana. Co tym razem?! Jakież jednak przeżyła zdziwienie, kiedy usłyszała inny głos.
- Dziewczyny! Obudziła się! - Nigdy by nie myślała, że tak wryje ją z zaskoczenia i radości widok Tarou. Zaraz ciotka Lonya znalazła się przy niej, która mimo poznania faktu o niechęci do dotyku młodszej, musiała ją sprawnym okiem obejrzeć. Podobno mimo niechęci, tylko ta wilczyca była jedynym osobnikiem, który dałby radę zbliżyć się do niej.
- Jak się czujesz? Jakieś zawroty, nudności? - Zapytała się ją cicho podczas skrupulatnego badania wzroku.
- Nie... Co się stało? Jakim cudem leżę... Lecznica? - Sininen rozejrzała się podczas słuchania i mówienia. Nie mogła zrozumieć o swoim położeniu, nawet jeśli znowu dostrzegła swoje ciemne barwy, obwieszczające bycie w drugiej formie. Co z tą jaskinią i lasem? A z matką?
Lonya westchnęła po cofnięciu się na odległość, która była już komfortowa dla bratanicy.
- Jakiś cymbał zabrał nam wysokoprocentowy wyciąg z rumianku i porozlewał go po krzewach z owocami, chyba w formie zastosowania jako nawozu. Musiałaś najpewniej zjeść coś z nich, bo jak Noiter cię przypadkiem znalazł to leżałaś jak śpiączce. Twój ojciec prawie zaczął odchodzić od zmysłów po usłyszeniu tego. Sama wiesz, to przez sprawę Eredena - dodała wzdychając.
- Jak długo leżę? - Zapytała się rzeczowo normalnym tonem głosu. W zasadzie nie czuła żadnej różnicy w związku z tym.
- Półtora dnia — usłyszała krótką odpowiedź.
Musiała podeprzeć się łapą, żeby głowa nie opadła raptownie na posłanie. Nawet nie wiedziała, jak powinna zareagować. To nie było prawdziwe, pomyślne nawiązanie kontaktu z Kuki tylko utwierdziło ją w tym przekonaniu.
- To były posrane halucynacje. Tylko durny sen — powtarzała sobie w kółko niczym mantrę. A jednak widmo ostatnich chwil, całej ostatniej sekwencji czasowej krążyły w jej głowie, niczym ptactwo nad smaczną padliną. Coś było na rzeczy. Już nawet pomijając nowy, świeżo poznany fakt, jak bardzo była podatna na środki usypiające.
Musiała jednak odłożyć to na dalszy plan, gdyż w pierwszej kolejności musiała stawić czoła zaniepokojonemu ojcowi, któremu musiał spory ciężar spaść z serca na widok przytomnej córki.

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 5621
Ilość zdobytych PD: 2810 + 25% (702 PD)
Nagrody za Questy: 1600 PD +19 pkt obrona | +9 pkt siła | +12 pkt spryt | +6 pkt inteligencja
Obecny stan: 5990