Newsy



:Aktualności
.Blog przechodzi obecnie renowację
.Już niebawem pojawią się nowości

:Pogoda
Obecna pora roku ~ Jesień
.Temperatura waha się między 10+ a 0- stopni Celcjusza
.Zmiana pory roku nastąpi 15.12.2022

Liczba wilków ~ 27
Wadery ~ 18 + 1 NPC
Basiory ~ 7 + 4 NPC
Szczeniaki ~ 1
Nieobecni: Brak

~Serdecznie zapraszamy♥~

środa, 18 maja 2022

Od Ynerytha: Quest V – Niezwykłe zdarzenie + Pełnia

Słońce powoli chowało się za horyzontem. Lekki, lecz zimny wiatr wiał, przeszywając lasy. Liście lekko kołysały się, poddając się sile natury. Wraz z zachodzącym słońcem, ujawniało się coś innego. Tym razem nie chodziło już tylko o księżyc. Biały nie zdążył jeszcze nawet się przebudzić. Błękitna poświata zaczęła pojawiać się na niebie, zwiastując nadejście księżyca. Talerz wysuwał się za odległych gór. Tej nocy ujawniał się on w całości. Yneryth śpiąc, błądził pewnie po swojej głowie, nieustannie szukając odpowiedzi, które go nurtowały. Słodki sen jednak nie mógł trwać dłużej. Głosy były dziś wyjątkowo bezlitosne. Szum gwałtownie zaczął narastać, wypychając wilka z własnego snu. Otworzył oczy, a głosy zaczęły się nasilać. Zimno oplotło wilka. Powoli zaczął sobie zdawać sprawę, że to chyba dziś. Obrócił się, a swój wzrok skierował ku szczytom. Tam zobaczył to, czego szukał. Księżyc znajdował się już w pełni. To tłumaczyło nasilenie się głosów. Pomyślał szybko, czy fatygować z sobą kogoś. Noiter pewnie byłby chętny. Na samą myśl o powrocie do centrum watahy, głos znów doprowadzał go do niestabilności. Zdawało się, że podświadomość nie chce go puścić. Magia wypadała mu z łap. Kamienne ostrza, gwałtownie zaczęły go odgradzać od stada. Żółtooki próbował oprzeć się głosom, było to jednak nieskuteczne. Jego zdolności same zmuszały go do odpuszczenia. Pełny złości i mętliku w głowie, obrócił się i udał ku lodowej pustce, która jak mówił alfa obcego stada, znajdowała się w osiągalnym dystansie.
Pierwsze kroki wilka w kierunku celu, uwolniły go od magicznej niezdolności. Szczątki kamiennych ścian zostały jednak na miejscu w całości. Idąc prosto do poznanej watahy, przypomniał sobie o Zephyrah’u. On pewnie nie przepuści okazji, by powitać Yneryth’a na swoim obszarze. Biały na samą myśl o ponownym spotkaniu uśmiechnął się, ukazując przednie zęby. Nie chciał marnować czasu, nie każdego dnia jego futro wygląda tak niebiańsko. Z oddali było widać, jak ochoczo biegnie, kierując się na spotkanie z własnym losem. Jedynym śladem, jaki po nim został, była trawa wgnieciona po śnie.
Basior powoli zbliżał się do ściany lasu. To tutaj zaczęła się ostatnia przygoda. Czuł znajomy mu zapach, rozchodzący się po okolicy. Zapach, którego szybko nie zapomni. Stanął w miejscu, patrząc na gęsty las. Zastanawiał się, czy powinien przemknąć przez teren lasu niezauważony, czy raczej bezpośrednio udać się w szczęki innych wilków. Ostatecznie uznał, że jego iluzja i tak na wiele się nie zda, jeden z tutejszych wilków umiał rozpraszać jego iluzję za pomocą zdolności. Pułapki porozstawiane na dziką zwierzynę też nie ułatwiały zadania. Yneryth był w lekkim impasie. Ostatecznie wszedł w gaj jak zwykły wilk. Dziś nie zamierzał się ukrywać. Ostrożnie stawiał kroki, uważając na magiczne sidła. Wpadka znacznie komplikowałaby jego podróż. Przemierzał las, rozglądając się za jasnymi linkami, leżącymi na ziemi. W pewnym momencie zaczął zastanawiać się, dlaczego nie mógł opanować swojej mocy. Zaistniałe zdarzenie zostawiło na nim widoczny ślad. Z drugiej strony przestał się martwić, o spotkanie z Zephyrah’em. Głosy totalnie odcięły go od swobodnych myśli, jak więc potraktowałyby wilka stającego mu na drodze do celu? To pytanie bardzo zaciekawiło basiora, a on sam zaczął mieć ochotę wpakowania się w sam środek lasu.
Czas powoli mijał, a błękitny jeszcze nie wydostał się z lasu. Omijanie sideł nie było takie proste, las był wręcz usiany dużą ilością działających pułapek. Yneryth miał dość unikania ich, marnował tylko swój czas. Do głowy przyszedł mu ciekawy plan. Co, jeśli by je lekko zdewastował. Po szybkim rozrachunku ryzyko zdawało się małe, dziś był pewien, że da radę pokonać tutejszego wilka. Wdrążył więc swój plan w działanie. Na pazurach powoli zaczęła się zbierać lodowa powłoka. Gdy były już gotowe, można był zacząć zabawę. Wilk, zamykając oczy, skupił się na swoim otoczeniu, tak jak uczył się za dzieciństwa. Szumy i różnorakie dźwięki dochodziły do niego, a ona sam starał się analizować otaczającą go przestrzeń. Śpiew ptaków przerwała fala donośnych dźwięków. Kamienne koce zaczęły wyłaniać się z ziemi i szarpać sidła. Każda przerwana nić powodowała jasny rozbłysk, co na pewno nie umknęło właścicielowi. Błękitny otworzył oczy, patrząc na swoje dzieł. Nie zwlekał długo by udać się susem w kierunku, wspomnianym przez tutejszego alfę. Biegnąc, rozrywał sidła kolejnymi skałami. Ostatecznie i tak musiał stanąć w miejscu. Tak jak przewidywał plan, nie dało się obejść Zephyrah’a. Basior stał już na wprost Yneryth’a, zdecydowanie niezbyt szczęśliwy.
- Czego tu szukasz? – Zapytał ze złością.
- Kieruję się w zimniejsze okolice. – Powiedział dość spokojnym głosem.
- Nie pomyślałeś, żeby się przywitać ? – Zapytał z ironią.
- Wybacz, jakoś wypadło mi to z głowy.
Gdy samce rozmawiały, atmosfera znacznie się zacieśniała. Oboje nie byli w humorze, że znów się muszą widzieć. Rozmowa jednak nie mogła trwać dłużej, nie dziś. Oczy Yneryth’a zaczęły powoli rozbłyskiwać, a on sam tracić nad sobą kontrolę. Głosy stawały się coraz bardziej irytujące, coraz bardziej wciskały się w głąb, powodując dwubiegunowość. Głosy chciały pozbyć się przeszkody jak najszybciej i zmierzać dalej ku celowi. Yneryth nie dawał sobie rady, nie mógł dłużej opierać się głosom. Zbyt bardzo go kontrolowały. Po krótkim, lecz dla błękitnego długim procesie, stracił nad sobą kontrolę. Moce znów żyły własnym życiem. Zephyrah wyglądał na bardzo zaciekawionego i zarazem zaskoczonego, zmiennością i brakiem opanowania. W pewnym momencie stało się nieuniknione. Łapy Yneryth’a znacznie naprężyły się, szorując pazurami po miękkim podłożu. Wilk zdawał się nie być sobą. Gdy całe napinanie mięśni doszło do końca, samiec ruszył wprost przed siebie. Kremowy nie zamierzał ustępować, czekał tylko na zmniejszenie dystansu. Wilki były już w swoim zasięgu, oba zaczęły już swoją rywalizację. Zephyrah uderzył swoimi łapami o ziemię, powodując świetlisty rozbłysk.


< Po walce >
Yneryth obudził się wyczerpany, leżąc na ziemi. Zmęczony wstał, zaczynając rozglądać się po okolicy. Dalej znajdował się w tym samym lesie, mniej więcej 300m od miejsca, gdzie spotkał kremowego basiora. Wilk nie pamiętał, co się wydarzyło, ani dlaczego czuł się taki wyczerpany. Wstając, widział kolejne niepokojące znaleziska. Leżał w okruchach lodowatej zmarzliny i skał. Nigdy czegoś takiego nie widział. Domyślał się tylko, że ma to związek z głosami i przeszkodą napotkaną na drodze. Obrócił się lekko za siebie. Był jeszcze bardziej zdziwiony, gdy zobaczył pocięte drzewa i połamane gałęzie. Na kilku drzewach było widać coś, co już niestety znał. Krew nieznanego mu jeszcze pochodzenia, zastygła na ziemi i pobliskich drzewach. Szybko przeszukał swoje ciało w poszukiwaniu ran, do których niestety był już przyzwyczajony. Tak jak się spodziewał, posiadał na sobie liczne zadrapania, nawet jedna z jego wcześniejszych blizn była rozdrapana. Futro jednak nie zdawało się zabarwione jego własną krwią. Krew na jego futrze była w innych miejscach niż jego rany. Dla niego oznaczało to tylko jedno, wilkowi, który stanął mu na drodze, na pewno nie jest kolorowo. Yneryth z lekkim problemem, zastanawiał się, czy żałować tego, że stracił nad sobą kontrolę. Nie miał jednak na to czasu, szum znów zaczął się objawiać. Samiec stwierdził, że sprawdzenie co stało się Zephyrah’owi, może poczekać. Przestał się już oglądać w przeszłość, ruszył prosto, tam, gdzie kierował go los. Wychodząc z lasu, wymazał wspomnienia, których właściwie nie pamiętał. Jeśli los chciał, żeby sam nie pamiętał, co robił, to po co ma się kłócić. Los jest nieunikniony, była to jedyna rzecz, której wilk był świadom i jej ufał.


C.D.N

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1168
Ilość zdobytych PD: 584 + 10% (58 PD) za długość powyżej 1000 słów.
Nagroda za Quest: 350 PD +3 pkt siła, +3 pkt obrona, +2 pkt spryt
Obecny stan: 992

piątek, 13 maja 2022

Od Itami c.d Itachi ~ Poszukiwanie miejsca | Były pacjent, interesujący znajomy

Itachi'ego w końcu udało się wyleczyć i jakoś zrehabilitować - podejrzewała jednak - z natury medycznej - że mogą wystąpić pewne dodatkowe powikłania po złamaniu. Miała nadzieję, że to nauczy Itachi'ego ostrożności i rozwagi. Być może też oduczy zabawę w drzewołaza - Itachi, na bogów, jesteś wilkiem! 
Lecz wtedy przypomniała sobie jego słowa z zeszłej jesieni, gdy po raz pierwszy Itachi wylądował na szpitalnym łożu. 
- Zawsze śpię na drzewie...  Spałem tak od urodzenia, nie zmienię miejsca, tylko dlatego, że mogłem przestać chodzić... Czuje się tam bezpieczniej. Chowałem się tam przed starszym bratem...
Z tymi myślami, waderze zrobiło się żal kremowego basiora. Biedak... musiał mieć przeklęte i paskudne dzieciństwo - będące jednocześnie okresem, gdzie Itachi powinien rozwijać kontakty między wilkami. Natura ich do tego stworzyła. Wilki we krwi mają pewne zachowania społeczne, które różnią ich od innych, niższych im zwierząt. Jej rodzinna wataha ceniła sobie rodzinność, ciepło i miłość... miłość przede wszystkim! Do czasu, gdy na tron nie wskoczyła ta bestia, brat Atrehu... zwany przez nią pogardliwie Lupus zwyrodnialec. Kiedy wadera wyrzuciła z siebie nieprzyjemne myśli, znów wróciła do jej byłego pacjenta... 
~ Może pójdę do niego i sprawdzę, czy wszystko w porządku. Wygląda na samotnika, ale przecież lekka dawka towarzystwa jeszcze nikomu nie zaszkodziła, ani tym bardziej nikogo nie zabiła. Więc na jej prośbę, Lonya dała waderze kilka wolnych chwil - wykorzystam je rozsądnie, pomyślała z uśmiechem. W powietrzu niosło się wiele zapachów, lecz żaden nie należał do kremowego basiora, choć bardzo starała się go przechwycić. Ruszyła więc w stronę rzeki - być może tam bierze kąpiel? Z takową myślą ruszyła krzaczastą, wytyczoną przez siebie ścieżką - powietrze było wręcz przesycone rozkosznym zapachem dojrzałych, dziko rosnących jagód. Wzrokowo, aż prosiły się, aby je zebrać i zjeść ze smakiem, wiedziała jednak, że to może skończyć się dość drastycznie. Były to bowiem owoce czworolistu. Granatowe, niczym nocne niebo, jagody wyrastały ponad gruszkowate liście, które ociekały poranną rosą. W końcu zignorowała owoce i ruszyła dalej, przed siebie, wzdłuż wąskiej stróżki. Była tak zajęta tropieniem jakichkolwiek śladów, świadczących o wcześniejszej obecności Itachi'ego, że nieświadomie wpadła na kogoś... Czubkiem głowy uderzyła o silne ramię Atrehu, który powitał ją ze śmiechem i zawadiackim grymasem na pyszczku. 
- A czemu to nie patrzymy przed siebie? Czyżbyś czegoś szukała? - zapytał miłym, typowo dla rudego basiora tonem z charakterystyczną, męską chrypką. Chrypką, która podobała się wśród samic. Impet uderzenia był tak silny, że straciła równowagę i upadła głucho na swój zgrabny zad. 
- Ugh,,, - mruknęła wadera, podnosząc się z obolałych pośladków - Atrehu, wybacz, nie zauważyłam cię. 
- Akurat dostałem rozkaz, aby patrolować tę okolicę. A za godzinę muszę jeszcze iść do Naharys'a, aby zająć się treningami. Te nowe obowiązki Bety spadły na mnie tak nagle, że nie jestem w stanie poukładać sobie tego wszystkiego. Niby wielki przywilej, ale więcej obowiązków. Masakra. 
- Musisz pewnie być w ciągłym stresie, skoro tak mówisz o tym, z takim zmartwieniem. Nie przejmuj się, Atrehu. Słuchaj, widziałeś gdzieś może Itachi'ego? 
- Akurat go widziałem. Zmierzał w stronę lecznicy z czymś świecącym w pysku. Jakieś naszyjniki. Muszę ci przyznać, że jeżeli on zrobił je samodzielnie, to okazuje się, że zdolna z niego bestia. 
- I przystojna - dodała ze śmiechem Itami. 
- Przystojniejsza ode mnie? - spytał uwodzicielskim tonem, postępując śmiały krok w stronę medyczki. 
Ten ruch i słowa tak zaskoczyły Itami, że nie zauważyła nawet, jak rumieńce zalewają jej delikatne policzki, co też nie uszło uwadze Atrehu. 
- Rumienisz się - dodał z żywiołem w głosie. 
Zawsze rumieniła się, gdy Atrehu miał w zwyczaju zwracać się do niej dość osobiście, a jego uwodzicielski ton wcale nie poprawiał sytuacji. Wręcz przeciwnie, czerwieniła się, jak dojrzały pomidor za każdym razem, gdy samiec w głosie nie szczędzi pikanterii. Odkąd między Atrehu a Tsumi drastycznie zerwały się więzy partnerskie, samiec podchodził do ich relacji dość śmielej. Przykładem może być chwila, jaką spędzili ze sobą, dzieląc się uczuciem w lisiej norze. Nie wiedziała sama, co wtedy napadło rudego basiora... być może, jak Atrehu to nazywa... "dopadło go zamglenie" 
Pokręciła szybko głową, odpędzając od siebie natrętne myśli. Spojrzała trzeźwo na basiora, który najwidoczniej chciał coś od niej. I to na pewno nie była chęć podzielenia się połówką czerwonego macintosha.
- Obaj jesteście bardzo przystojni - przyznała Itami po chwili milczenia. 
- Hmmm, wiesz... a mimo wszystko, nie zgadzam się z tym werdyktem. Pozwól, że ci udowodnię moją rację... 
Z tymi słowy, odważnie postawił kroki w jej stronę. Itami, chcąc jakoś wyminąć basiora, otworzyła usta, aby coś powiedzieć, lecz słowa ugrzęzły jej w gardle. Powodem tego był język Atrehu, który niemalże, jak ogon węża, wił się w jej ustach. Z jednej strony, nie miała nic przeciwko trzeźwej nachalności basiora, ale z drugiej, mógłby od czasu do czasu zapytać o pozwolenie na tak bliski kontakt. Trwała tak przez jakiś czas, obdarowywana gorącymi i namiętnymi pocałunkami, w trakcie, gdy Atrehu wbijał się i wbijał, chcąc czegoś więcej. Jednakże, gdy odsunął się od wadery, obrzucił ją znaczącym, gorącym spojrzeniem. 
- I co teraz myślisz? 
Oblizała swe wargi powolnym ruchem języka. 
- Myślę, że pozostanę przy tej samej kwestii - odparła Itami, uśmiechając się bezwzględnie. 
- Oh, ranisz mnie, wiesz? - rzekł z udawanym smutkiem Atrehu, lecz po chwili puścił waderze oczko - a pogoda jest tak piękna, jesteśmy sami. Cicho jest i spokojnie. 
- Atrehu, masz obowiązki. Ja też mam. Muszę się zobaczyć z Itachim. - powiedziała zdecydowanie Itami i specjalnie, na odchodne, wstrząsnęła zmysłowo ogonem i zakręciła zadem. 
~ Niech się trochę pomęczy, drań - pomyślała, perfidnie uśmiechając się pod nosem. 
Swój cel namierzyła po zapachu, a stało się to, w drodze do lecznicy. Nagła, dobrze znana jej woń, powiodła ją w stronę morza. Zbliżało się już późne popołudnie, więc nadciągający zachód słońca, odtwarzał czarujące dla oka tło morskiej wody, które wydawało się przybierać pomarańczowo szkarłatne kolory. Pierwsze co, myślała, że ujrzy kąpiącego się basiora, lecz ten, leżąc na suchym, sparzonym od słonecznego światła piachu, zabijał czas i nudę układaniem wież i figur z kamyków. Itami, z początku nieśmiało, podeszła do niczego nieświadomego basiora. Jednocześnie układała w głowie tekst powitalny, ale żaden w swoim brzmieniu, nie wydawał się jej zbyt odpowiedni. W końcu bez namysłu wypaliła. 
- Cześć. 
Basior uniósł głowę i wykręcił ją w stronę wadery, która przyglądała się mu niepewnie. Itami, wydając się, że widzi w błękitnych oczach Itachi'ego pewien rodzaj znajomej... powiedzmy akceptacji, zbliżyła się do niego, tym razem bardziej pewnie. Ułożywszy się u lewego boku Itachi'ego. zapytała tonem dość spokojnym i ciekawym. 
- Coś układasz? 
- Układam - odparł Itachi - to mnie uspokaja i pozwala zapomnieć. 
- A o czym chciałbyś zapomnieć? Oczywiście, jeśli to nie tajemnica. - zapytała Itami. 

PODSUMOWANIE:
Ilość napisanych słów: 1059
Ilość zdobytych PD: 529 +5% (25 PD) za długość powyżej 1000 słów
Obecny stan: 555 PD

czwartek, 12 maja 2022

Od Naharys'a c.d Yneryth ~ Początek

  Każda minuta wzbudzała w Naharysie poczucie piekielnej desperacji - a ona zaś podsuwała mu dość niepokojące myśli. W głowie zaczęły się mu kształtować różne wersje tego, co mogło się wydarzyć jego córkom. Utknęły gdzieś w nieznanej nikomu szczelinie z połamanymi kończynami, albo zaatakowało je jakieś dzikie zwierzę; niedźwiedzi o tej porze roku nie brakuje. Jednak surowo warknął na siebie w duchu, zganił się za takie myślenie i natychmiast zaczął szukać w tym pewnych pozytywów - córki nie mogły spaść gdzieś daleko. Usilnie próbował zwietrzyć ich zapach, wydawało się mu jednak, że powietrze było kompletnie puste. Puste w sensie, nozdrza Naharys'a nie były w stanie zarejestrować jakiegokolwiek zapachu, pozostawionego przez Shori czy Sininen. Noiter, po tym, jak skrupulatnie przeszukał teren nieopodal, nie odstępował wściekłego i zdesperowanego Naharys'a. Chętnie służył pomocą swym nosem oraz sugestiami. Naharys, wiedząc, iż to do skrzydlatego basiora należało dbanie o bezpieczeństwo jego szczeniąt, nie był na niego wściekły, nie umiał, bowiem przypadki w pracy zdarzają się każdemu. Tylko pytanie brzmi, czy przez takowy przypadek, nie grozi dziewczynkom jakieś potencjalne niebezpieczeństwo? Jeszcze bardziej wnerwiło go wspomnienie o reakcji Yneryth'a na wieść o jego nieszczęściu... mógł pomóc, bowiem należał do watahy, a wataha, oznaczała też przynależność do rodziny. Rodziny, opierającej się na wzajemnej pomocy. Wzajemnym wsparciu. 
~ Eh, skoro nie chce pomagać, dobrze, że chociaż nie przeszkadza... - pomyślał gorzko Naharys, gdy obserwował spokojnie odchodzącego basiora, który zanikając za kurtyną wysokiej trawy, nawet nie obejrzał się za siebie. Złote ślepia błysnęły wściekle w blasku pełnego talonu księżyca. 
- Noiter, spróbuj jeszcze poszukać na południe, ja wezmę się za północną stronę watahy. One nie mogły po prostu zniknąć - oznajmił Naharys dość stanowczo - Opiekun musiał mu wybaczyć ten ton, lecz w chwili obecnej, na żaden inny nie było go stać. Zdołał się jedynie na pokrzepiające słowa. - I nie przejmuj się, znajdą się całe i zdrowe, nie traćmy nadziei. 
Basior jednak westchnął cicho, kiwając smutno głową, po czym rozpostarłszy szeroko skrzydła, wzbił się wysoko ku granatowemu niebu, ku pięknym gwiazdom rozmigotanym jasno, niczym rozsypane diamenty. Pozostał sam, na środku polany, ogarniętej mrokiem i uzależniającą ciszą - dla skołatanych uszu po całym dniu, taka melodia to poezja. Nie czas jednak na radość obecnym stanem, ktoś bowiem potrzebuje jego pomocy... no kur*a mać, Naharys serio? Oazy nie odkryłeś. 
Z gniewnymi i zdesperowanymi myślami, ruszył w dalszą drogę, szukając jakichkolwiek tropów, pozostawionych przez córki. 

< Jakiś czas później> 
 Trudno w to uwierzyć, lecz misja poszukiwawcza trwała drugi dzień. Drugi dzień! I dotąd Naharys nie zdobył, choćby nawet szczyptę informacji o losie waderek. Szaleństwo i desperacja zaczęły zagłębiać się w nim, jak popękane szkło w delikatne mięso. Niczym zębiska odrażającego potwora, szarpiące skórę, miażdżące kości i mięśnie. A najgorsza jednak była myśl, jaka niedawno narodziła się w szalejącej głowie basiora; ~ Dotąd nie odnalezione, musiało im się przytrafić coś strasznego. Bogowie, miejcie je w swojej opiece. Ten dzień wydawał się być wydany na kolejne straty, gdyby nie to, że przed wieczorną chłodną porą, przyszedł do niego Noiter... ze szczeniakami na swym grzbiecie. 
Możecie sobie wyobrazić, jaka ulga spadła na basiora? Jakby właśnie zrzucił z siebie ciężki głaz, dźwigany od dwóch dni. Złapał obie waderki i zamknął je w mocnym uścisku. Z kołatającym ze szczęścia sercem i uśmiechem wycałował każdą po kolei, następnie zasypywał je potokiem pytań. 
- Gdzieście były? Jak się wam udało przeżyć? Gdzie nocowałyście? Jesteście zapewne głodne, chcecie kawałek królika? 
- O, znalazłeś swoje skarby - zabrzmiał głos za nim. Naharys zaskoczony lekko, odwrócił się szybko, aż w szyi mu strzeliło i ujrzał... Noiter'a? 
- Jak to? Przecież to ty je znalazłeś, nie pamiętasz?
- Właśnie, Noiter. Przecież siedziałyśmy Ci na grzbiecie - odparła równie zdziwiona Shori. 
 Uwierzcie mi, bądź nie, ale w tamtym momencie Noiter zrobił iście komiczną minę; Oczy wywalił szeroko, które przeskakiwały z białego (prawie już granatowiejącego) basiora, na szczeniaki, będąc jednocześnie przepełnione niezrozumieniem i iskierkami zakłopotania.
- To nie są żarty. Ja poleciałem na zachód i wznowiłem poszukiwania... gdy przyleciałem, zobaczyłem ciebie ze szczeniakami. Nic nie zdziałałem. 
- Teraz to ty nie żartuj z nas. Przecież widziałem, jak szczeniaki zeskakiwały Ci z grzbietu... Noiter, czy aby wieczorne powietrze Ci nie zaszkodziło? Nieważne... dziękuję! - Naharys objął wdzięcznie zszokowanego Noiter'a - dzięki tobie, dziewczynki są znów bezpieczne! 
- Nie ma za co... Naharys... dusisz mnie... - wystękał Noiter. 
- Ups... wybacz. - odparł krótko Naharys, odsuwając się nieznacznie.     
Noiter złapał kilka głębokich haustów powietrza, odchrząknął cicho i powiedział po chwili. 
- Mówię prawdę, nie mam nic wspólnego z odnalezieniem twoich dzieci. Ze szczęścia może coś Ci się pomyliło i nawet cię rozumiem. Dwa dni szukać swych pociech bez cienia rezultatu, to prawdziwe piekło... Cieszę się, że mogłem ci pomóc. Muszę już jednak iść... 
- A co powiesz, Noiter, że w podzięce za pomoc... zjesz z nami? 
Basior z uśmiechem przyjął propozycję. Nie wiedząc dlaczego, Naharys jednak nie był w stanie przepchnąć przez siebie, ani kęsa pożywienia - z dwóch spraw. Pierwsza; był pod wpływem takiej euforii, związanej z odnalezienia dziewczynek, że gardło miał dziwnie spięte. Jakby wokół szyi zacisnęła się pętla wisielca. Z drugiej; Noiter nonstop mawiał, że nie maczał swych palców w odnalezieniu waderek. Powtarzał to, jak zacięty gramofon, i do tego takim tonem, że Naharys'a zaczęły nawiedzać pewne wątpliwości. 
~ Skoro to nie on odnalazł moje córki, w takim razie kto mógłby być tak bezbłędnie podobny do Noiter'a? Iluzja? Hmmm ale kto, poza mną, panuje nad iluzją... 
Myśl o tej sprawie stała się dla niego zagadką, której być może nigdy nie odkryje? Będzie musiał zweryfikować pewne okoliczności. 
~ Noiter... Noiter... gdyby tak spojrzeć, dziwnie się poruszał, gdy niósł Sini i Shori na swym grzbiecie. Jakby się bał, że zaraz jego ciało się rozsypie na drobny piach - Ale hej! Przecież to jeszcze o niczym nie świadczy... tylko, że... Noiter nie porusza się, na co dzień, w tak dziwaczny sposób. 
W trakcie, gdy Noiter zabawiał szczeniaki jednym ze swoich sztuczek, z wykorzystaniem skrzydeł, Naharys, będąc gnębiony natrętnymi myślami o Ynerycie, ruszył więc pozostawionym przez niego tropem - zapach basiora na tutejszej łące był bardzo mocny. Musiał przesiadywać tutaj niedawno... tak... jadł tutaj zająca. Zostawił po sobie tylko zajęcze uszy. Na niebie zagościł księżyc, a wraz z nim, futro basiora przybrało mroczne kolory. Płomień zgasł, nastał mrok. 
- A więc to tobie należą się podziękowania - powiedział Naharys, gdy spostrzegł błysk oczu basiora, przesiadującego w gęstej, wysokiej trawie. Mina Yneryth'a była niezmienna; ten sam grymas dumy i pewności siebie. 
- Jak się tego domyśliłeś? - zapytał spokojnie. 
- Nie tak łatwo mnie oszukać. Niezależnie od tego, jakie miałeś intencje, chciałem Ci podziękować za pomoc. Oczywiście, jeśli można - odparł Naharys. Usiadł bez krępacji na przeciwko basiora, podwijając ogon blisko swych łap. 

<Yneryth?> 

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1074
Ilość zdobytych PD: 573 +10% (67 PD) za długość powyżej 1000 słów
Obecny stan: 630 PD

wtorek, 10 maja 2022

Od Sininen c.d Shori ~ "Oszroniony ogień"

< Akcja dalej toczy się przed "Anatomia obłędu 3 cz." >
Prowadzone od pewnego czasu obserwacje starszej siostry wyraźnie wskazywały, że męczy ją kilka spraw na duszy i sercu, gdyż jej własny blask był osłabiony i pozbawiany życia, czy też siły. Najbardziej było to widoczne nocą, gdy to była dręczona marami sennymi. Najstarsza z trójki przeżywała to być może nawet gorzej w pewnym sensie, gdyż utraciła drugi raz waderę, którą nazywała matką. Do tego doszły coraz bardziej napięte starcia młodszego rodzeństwa, gdzie rozpoczęcie ataku zawsze wychodziło od jednej wilczej persony. Błękitna nie była święta, wiedziała, że ma swoje za uszami, ale nigdy nie rozpoczynała awantury, winą leżała bez dwóch zdań w skrajnie różnych charakterach całej świętej trójcy. To też zauważała. Widziała przeżywane udręki Chmureczki, gdy sama chciała pokazać swoją siłę i możliwość polegania na niej, przy tym również chowając w mroku własne lęki, które miały się objawiać nocami, kiedy nikt nie miał prawa tego widzieć.
A jednak Sininen doskonale widziała to oraz czuła, czego najpewniej starsza za nic nie chciała dać po sobie poznać. Wiedziała, że to musi być to — pod tym względem były bardzo podobne do siebie. Różniło je to, że Shori miała problemy z maskowaniem tego przed kimś innym o podobnych niepokojach oraz fakt, że inaczej ich młode umysły to przetrawiły. Noce spędzane na ukrywaniu bezsenności tylko umocniły najmłodszą, że starsza niemo woła o pomoc, którą również nie chciała oficjalnie wybłagać czy przyjąć. Być może ta chęć pozostania opoką we wcześniejszych próbach rozdzielania młodszego rodzeństwa lub duma nie pozwalały na inne postępowanie. Sini zaskakiwała ją i często nocami otulała i wsuwała między łapki swoją maskotkę, cicho powtarzając w kółko, że to był tylko zły sen.
Teraz gdy ojciec miał na głowie obecny koszmar z pogrążonym w śpiączce jedynym męskim potomkiem i głównie krążył wokół jaskini medyków, siostry tworzyły swój własny świat. Nie zamierzał je zaniedbywać i starał się spędzać z nimi dużo czasu, ale w dużej mierze nie był w stanie odejść myślami od syna, tym samym powierzając opiekę nad córkami w łapy Noitera. Obie nawet nie miały myśli z jakimikolwiek wyrzutami zaniedbania w stronę ojca — Sininen nie mówiła tego wprost, ale podziwiała go i szanowała, gdyż dwoił się i troił, aby otoczyć opieką wszystkie z trojga młodych, bez pomijania mimo dotychczasowych nieprzyjemnych sytuacji. Młoda doskonale zdawała sobie sprawę z jego słusznego postępowania i za to wszyscy będą mu wdzięczni za podjęcie prób i walki o cały sens. To było proste do wytłumaczenia: być może nie zgadzali się we wszystkich kwestiach, ale miała do ojca niezłomny i głęboki szacunek.
Nigdy nikomu nie powie, że nawiedzały ją myśli o byciu w pełni porzuconą, wyklętą i zapomnianą przez ojca za bycie powodem, dla którego stracili matkę. Ten nieprzyjemny głosik pieszczotliwie karmił siebie i ją strachem, że przecież biały mógł ją znienawidzić za ten katastrofalny w skutkach incydent. Niewidzialna siła powtarzała jej, że przecież cała rodzina znienawidziła ją za to, ojciec szczególnie.
„To ja powinnam zniknąć zamiast mamy. Wszystkim by to wyszło na lepiej” - myślała sobie podczas pocieszania starszej siostry i kojenia jej do snu, powtarzając w kółko, że to tylko złe sny i że wszyscy ją kochają, a niedobre myśli w końcu odejdą.
Była z niej całkiem niezła pieprzona hipokrytka.

*
Opuściła śpiącą siostrę z maskotką dłuższą po rozpoczęciu przez słońce wędrówki przez niebo, ojca już nie było z nimi w jaskini, jednak jego zapach dalej był odczuwalny. Musiał niedawno wyjść. Najbardziej prawdopodobnym scenariuszem było to, że wyszedł szybko w celu zapolowania śniadania i doglądania syna w lecznicy, potem najpewniej trenować. Trzymając się tego pomysłu, wyszła przed jaskinię i niby sunęła w okolicach wejścia.
Pojawił się jakiś czas później podczas ciągnięcia dorodnego młodego jelenia, nieco zaskoczył go widok oczekującej go najmłodszej córki przed wejściem do ich groty.
- Sini? Co się stało, nie mogłaś spać? - Zapytał się troskliwie po odłożeniu mięsa na bok. Zniżył lekko głowę ku szczenięciu.
- Nie, po prostu nie chciałam dłużej leżeć. - powiedziała po prostu. Spojrzała w stronę upolowanej zdobyczy, nim zadała zdanie brzmiące bardziej na stwierdzenie niż na pytanie. - Część z mięsa idzie do ciotki.
- Tak, zaraz tam zajrzę. - zgodził się z młodą. Zaraz delikatnie się uśmiechnął ku niej. - Wiesz, że spotkałem po drodze waszych nauczycieli? Załatwiłem wam obu wolne, też wam się od życia coś należy, nie tylko treningi i zajęcia. Nawet ja miałem przerwy...
- Tato, czy wszystko gra? Brzmi, jakby coś nie pasowało. - dodała jej cichym tonem. Faktycznie, wydawał się lekko przygaszony, albo coś w tym rodzaju. Rozgryzanie stanów emocjonalnych ojca szło jej trochę wolniej niż w przeciwieństwie do innych wilków.
- Czy będzie w porządku, jeśli będziecie wyjątkowo same? - Posłał jej lekki uśmiech.- Nie gniewasz się skarbie?
- Będziesz bardzo zajęty. - ponownie stwierdziła fakt.
- To też. Tak mi przykro, ale! Tata obiecuje zrobić co w jego mocy, żeby wrócić do was jak najprędzej. Choćby to miało być zrównanie z ziemią pewnych spraw.
- Nie martw się tato, wszystko gra. - powiedziała z lekkim uśmiechem dla pokrzepienia serca ojca.- Starsza siostra też zrozumie, że masz dużo zajęć. Zrobimy sobie... O, babski dzień!
- Moje zuchy. - powiedział z nutą śmiechu w głosie. - Powiedz swojemu ojcu, że po prostu nie chcesz, żeby wam przeszkadzał podczas tego żeńskiego wypadu i chcecie być same. Tylko bez większych szkód na terenie watahy, w porządku młoda damo?
Nie było dane im się nie roześmiać z tego rozwoju rozmowy, oboje zdrowo parsknęli. Bezskrzydłe szczenię uświadomiło sobie, że mało kiedy dane było jej usłyszeć śmiech rodzica, który wydawał się być przeznaczony dla innej pary uszu niż jej własnych. Nie przykuła temu swoją uwagę, skupiła się natomiast na tacie, któremu chciała pomóc się, chociaż nieco rozluźnić.
- Będziesz teraz szedł do lecznicy? - Spytała się po chwili od uspokojenia drżenia oddechu po chwili śmiania się. Wydawał się być nagle aż trochę niepewny jednej myśli, zupełnie jakby coś go gryzło.
- Tak, taki miałem zamiar... Chcesz się przejść ze mną?
Zawahała się tak szczerze nad odpowiedzią. Oboje zdawali sobie sprawę z dotychczasowego traktowania brata w jego relacji z młodszą siostrą oraz tego, jak się znacznie pogorszyło od katastrofalnego wypadku. Sininen jednak wiedziała, że tacie jest teraz potrzebne każde możliwe wsparcie.
- W porządku. - odparła po krótkiej chwili namysłu na zebranie myśli. Pójdzie, dla niego. Wilk wydawał się być w stanie przejrzeć myśli młodej w pewnej części, gdyż pogłaskał ją po głowie w ramach bezsłownej odpowiedzi. Dodał cichym tonem jeszcze kilka słów dla poprawy nastroju i już zaraz szli ku celowi.
Na miejscu było cicho. Wyglądało, że poza młodym basiorem nie było faktycznie innych pacjentów. Wchodząc do środka, mała mogła usłyszeć ciche krzątanie się przy ziołach i reszcie zaopatrzenia dwójki wader medyków, ciotka natomiast była w trakcie wykonywanych badań u pogrążonego w śpiączce bratanka. Podniosła głowę, słysząc ich przybycie, rodzeństwo się cicho przywitało, a mała kiwnęła głową.
- Jak się dziś ma? Jakaś zmiana? - Spytał się ojciec, podchodząc do bezwładnie leżącego ciała syna. Samica pokręciła głową.
- Bez zmian, cały czas go monitorujemy. Możemy tylko czekać. - odparła w stronę swojego brata, który tylko ciężko westchnął. Przeniósł swój wzrok na nieprzytomnego syna i utrzymywał go kilka sekund, nim przypomniał sobie o innym powodzie swojego przybycia. Powiedział coś na ucho siostrze, przez co oboje się uśmiechnęli, zaraz rozdzielili mięso po równo na dwie części.
Podczas gdy dorosłe rodzeństwo zaczęło cichą rozmowę, Sininen spojrzała na pogrążonego w śpiączce starszego od niej szczeniaka. Patrzyła tak na niego jakiś czas, ale nic nie czuła ku niemu. Czy to był efekt tego dręczenia? Nie zastanawiała się, czy poczucie będąc obdartą z emocji dla jednej jednostki, byłoby powodem debat innych wilków czy coś, nie interesowało ją czy było to pewnego rodzaju normą. Tylko wpatrywała się w leżącego, bez wydawała jakichkolwiek dźwięków. Ktoś mógłby stwierdzić, że w myślach wyzywała go, obrażała od najgorszych miernot lub podobnego typu, wyśmiewała się i cieszyła z jego położenia, tym samym życząc mu rychłej żałości w odwecie za wszystkie krzywdy, jakie sprawił wszystkim wokół, zwłaszcza swojej najbliższej rodzinie. Nic bardziej mylnego. Niemo pytała się go, dlaczego nie był w stanie pokochać Shori jak najprawdziwszą siostrę i nie pozwalał rodzicom, a zwłaszcza ojcu, na przemówienie do rozsądku. Dlaczego dyskryminował i z lubością gardził wilkami o innych cechach fizycznych, niekoniecznie sprecyzowanych do ich gatunku. Czy był z tego i siebie zadowolony? Jej myśli krążyły tylko wokół innych - nigdy wokół niej samej. Zadziwiające, czyż nie?
Z milczącej obserwacji oraz myśli wyrwał ją delikatny dotyk ojca na swoim barku, który spoglądał na młodą z miękkością w oczach, smuga lekkiego, acz smutnego uśmiechu błysnęła na jego pysku. Czyżby myślał, że jego najmłodsze młode cieszy się z obecnego położenia Eredena i życzy mu z całego serca jak najgorzej? A może to echo jakiegoś poczucia winy? Sini była pewna, że w końcu uda się jej w pełni pojąć całość w postępowaniu ojca, jego rozumowaniu oraz poglądu z jego perspektywy.
- Odprowadzę cię do jaskini. - powiedział łagodnie i po pożegnaniu się, ruszyli ku wyjściu z groty medyków.
„Nie martw taty, siostry i innych. Obudź się w końcu” rzuciła niemo przez ramię ku pogrążonego w śpiączce młodego basiora, by opuścić przybytek.
Zgodnie z obietnicą, biały wilk odprowadził bezskrzydłe szczenię niemal pod same wejście do ich rodzinnej jaskini, po czym przystanął w celu przytulenia małej waderki, która delikatnie wtuliła się w jego objęcia.
- Wieczorem spędzimy trochę czasu, w porządku? Ufam, że będziecie z Shori grzeczne. - powiedział, głaszcząc Sininen po głowie. Posłała mu łagodny uśmiech o słodkiej tonacji.
- Nie martw się tato. - powiedziała cicho do niego. Czuła się komfortowo podczas bycia przytulaną przez ojca.- Nie będziemy robiły nic złego, zabawy w pełni odpowiedzialne.
- Dziękuję skarbie. - pomiział ją po uszku, na co wydała z siebie cichy chichot. Skąd wiedział o takim ruchu? Był bardzo kochany!
- W porządku. - uśmiechnął się i podał jej soczysty kawał upolowanej zdobyczy.- A teraz wracaj do siostry i zjedzcie śniadanie. Miłej zabawy.
Po tych słowach obrócił się i zaczął się oddalać od córki. Dopiero po jego zniknięciu z horyzontu, chwyciła mięso i weszła do jaskini. Miała dobre wyczucie czasu, ponieważ Shori akurat wstała z posłania po obudzeniu się. Młodsza od razu położyła przed nią powierzone mięso.
- Mamy dzisiaj wolne. Wspólne śniadanie to fajny pomysł, prawda siostro? Dawno nie jadłyśmy razem.
Siostry uśmiechnęły się do siebie, życzyły smacznego, już po chwili zajadały się zwierzyną. Jeśli należałoby wskazać, z kim była szczególna więź w młodym pokoleniu, bez wahania wskazałoby się na Shori i Sininen. Dzieliły szczególną relację, atmosfera pomiędzy nimi zawsze była ciepła i gładka. Co więcej, młodsza miała w pewnych tematach inne opinie, lecz zawsze szanowała zdanie starszej, dodatkowo Chmureczka mogła cieszyć się mocnym wsparciem od drugiej, nieważne w jakiej sprawie. Związek sióstr był szczególnie pielęgnowany, cieszyło to niezmiernie oko.
W końcu skończyły jeść i już wkrótce kierowały się do strumienia, który zaproponowała starsza.
- Nie miałabyś ochoty polecieć tam ze mną? Byłybyśmy szybciej i dłużej mogłybyśmy cieszyć się łapaniem żab. - odezwała się w pewnej chwili Shori. Sini czuła jej lekkie zniecierpliwienie i chęć szybowania w powietrzu, rozumiała to dobrze. A jednak bolało ją to i czemu tak kurczowo trzymała się swojego zdania.
- Shori, nie zaczynaj znowu tego tematu. Przecież już ci mówiłam, dlaczego nie chcę używać skrzydeł. - powiedziała z niechęcią, po czym poczuła ucisk na sercu po dostrzeżeniu reakcji siostry. Mniejsza odczuwała pewnego rodzaju wstyd: nie miała odwagi pokazać jej swojego lotu, który jeszcze dalej opanowywała. Shori po prostu mogła sobie pozwolić na więcej, w przeciwieństwie do niej.
- Dobrze. - odparła tylko tyle, jednak podczas ich kierowania się ku strumieniowi, często podskakiwała i unosiła się w powietrze. Szczerze to zazdrościła jej tej beztroski, chciała jej kiedyś w końcu zakosztować bez zamartwiania się o wiele czynników.
Mimo krótkiej rozmowy o lataniu, nastroje nie uległy załamaniu, jedynie przez kilkanaście minut nie rozmawiały zbyt dużo, raczej ograniczały się do krótkich zwrotów i pojedynczych odpowiedzi, które trały mniej więcej do połowy trasy. Od tamtego punktu już ich radosne nastroje, głównie u Chmureczki, wróciły z możliwości spędzenia całego dnia w swoim towarzystwie. Wizja tak wielu możliwości była aż nazbyt wspaniała w swym bycie, można się śmiać, że wszystko, co mogło, kusiło je z każdej strony. Było pewne, że będą musiały należycie powybierać każdą formę spędzenia wspólnego czasu we dwie. No bo kto zabroni dwójce sióstr trochę zaszaleć na ich babskim wypadzie? Na pewno nikt z obecnych, ponieważ były same! Oby ta radość utrzymywała się jak najdłużej. - Sini przysięgła sobie, że zrobi co i ile może dla rozpogodzenia skrywanych ciężarów na duchu u starszej siostry, a ten dzień był jak znalazł niczym dar z niebios.
Pierwsze, co zrobiły po przybyciu nad strumień, było ugaszenie narastającego pragnienia i ciche chichoty przed w trakcie i po napiciu się. W końcu przyszła pora na znalezienie chociaż jednej żabki, gdyż pomysł starszej z sióstr był aż nazbyt kuszący w formie rekreacji. To właśnie ona po pewnym czasie zlokalizowała niezbyt dużą żabę o zielonkawym ubarwieniu, która znajdowała się na płaskim kamieniu umiejscowionym na brzegu, zza wyższą trawą. Obie waderki skryły się za roślinnością i obserwowały upragniony cel. Sini dodatkowo przelatywała wzrokiem otoczenie dla wychwycenia dodatkowych uwag.
- Ta, która ją złapie, wygrywa jutrzejszy „dzień na tak". - Shori odezwała się cicho, wyraźnie sygnalizując rychłą rywalizację. To był również dobry moment na zobaczenie jej efektów nauk z jej mentorem oraz czego już się nauczyła. Sininen kiwnęła jej głową na znak zgody po kilku sekundach, tym samym obie mogły zacząć polowanie na konkretną żabę. Bez większych słów, obie rozeszły się w wysokiej trawie, Shori poszła wówczas na prawo. Wybrany kierunek przez młodszą wydawał się mniej zarośnięty, ale przy tym był bardziej kamienisty, przez co musiała uważać przed potrąceniem byle kamyczka i tym samym spłoszenia żabki. Miała jednak kątem oka dobry widok na szacowane położenie siostry oraz cel. Była ciekawa, czy jej założenia odnośnie postępowania Shori okażą się słuszne.
W zasadzie nawet nie minęła się ze swoim zakładanym tokiem rozumowania siostry, gdyż zadziałała niemal kropka w kropkę, jak prognozowała. Zobaczenie, że zaatakowała bez solidniejszego poznania tego, co ją otacza i działanie według utartego schematu zabolało. Z drugiej strony, widok zmoczonej siostry w strumieniu był całkiem zabawny i tylko cudem nie parsknęła życzliwie. Wykorzystała jednak okazję i sprawnie złapała żabkę, skutecznie przyciskając ją delikatnie, acz stanowczo do gruntu.
- Wygrałam. - odezwała się swoim przyciszonym, ale nieco rozbawionym głosem w stronę Shori, która porządnie się otrzepała z wody, nim kiwnęła głową na przyznanie racji młodszej.
- Jak ją złapałaś? - Zapytała się po podejściu ku bezskrzydłej waderce i rozłożeniu się na brzuchu. Zadając ów pytanie, spoglądała w oczy młodszej. Ta z kolei przyjęła podobną pozę ułożenia się na podłożu.
- Wiedziałam, że jeśli nie uda Ci się jej złapać, to ją spłoszysz. Musiałam tylko obserwować twoją taktykę i czekać. - Odparła dyplomatycznie z nutą humoru, co było dosyć mało zauważane u Sininen.
- Nie wolałaś mieć 100% pewności na wygraną? Przecież mogłam ją złapać. - Chmureczka zadała kolejne pytanie, tym razem udając przekonanie do swoich racji. Kolejny całkiem uroczy i zabawny obrazek, który nie mógł przejść bez echa.
- To by było za proste. - Skwitowała w skrócie założenie starszego rodzeństwa.

**
- Skoncentruj się na ułożeniu łap! - Zagrzmiał Naharys podczas posyłania w młodszą z córek przeszkód, które musiała unikać na ruchomym pniu i nie spaść przy tym w dołek poniżej.
Rodziciel przybył późnym popołudniem, tak jak obiecał, by zaraz zabrać Sininen na niespodziewany trening, podobno w ramach pilnowania formy czy coś. Tym razem to wyglądało, jakby usiłował ćwiczyć jej koordynację wzrokowo-ruchową, ewentualnie pobawić się w ciskanie głównie gałęziami i konarami w obecnie uczennicę. Od początku się nie patyczkował się z córką, był wyjątkowo twardy i wymagający od niej skoro poprosiła o nauki walki, głównie defensywy. Chociaż wszystko było dostosowane pod młodą, jej możliwości się diabelnie szybko rozwijały, przez co była coraz wyżej podnoszona poprzeczka w fizycznych zakresach szybkości i zwinności jako najpotężniej kwitnących. Przy wymaganiach wobec fizycznego rozwoju waderki i ich pomyślności, ojciec często modyfikował treningi sprawnościowe przed i w trakcie ich trwania. Bez dwóch zdań, dostawała od niego solidny wycisk na własne życzenie.
- Nie poruszasz się za szybko? - Zapytał, podchodząc do gwałtownie oddychającej córce. - Znacznie prędzej zmęczysz się w tym przypadku.
- Szybko? Ale ja nic nie przyspieszam. - powiedziała jednym tchem i zakaszlała. Biały podniósł brew.
- Chcesz powiedzieć, że to twoja naturalna prędkość? Jeśli tak, rozwija się w zastraszającym tempie. W zasadzie jest już równa twojej mam... - ojciec urwał w pół słowa, ale wiedziała, co chciał powiedzieć. Już na tym etapie była równie szybka, co mama, a to nie był koniec jej dorastania. Wielkie nieba, czy to znaczy, że jej szybkość, chociażby biegu powali na łopatki tą, z której słynęła Pina? Oh boi.
- Tato? - Zapytała się w końcu mocniejszym w brzmieniu głosem, a jej normalnym w głośności. On jednak spojrzał na nią wyrwany z tęsknoty i posłał lekki uśmiech.
- Na dziś kończymy. Chodźmy, Shori czeka na nas z kolacją. - dodał, po czym chwycił córkę i posadził na własnym grzbiecie. Najpewniej chciał się nacieszyć jej rozmiarami, gdyż wówczas osiągała już te, jakie posiadała matka młodych.
Shori, która faktycznie czekała na ojca i młodszą siostrę nad pozostałą częścią mięsa jelenia z poranku, niezmiernie ucieszyła się z ich powrotu. W trakcie kolacji radośnie opowiadała o ich formach spędzania czasu, wówczas zachwycając się scenerią kwitnących kwiatów, jakie widziały podczas spacerów.
- Tato, to prawda, że jutro będziemy z Noiterem? - Zapytała się podekscytowana Chmureczka, na co dorosły kiwnął głową z uśmiechem.
- Tak, jutro on się wami zajmie. Macie już plany?
- Jutro Sini decyduje. - odparła mu melodyjnie i opisała mu, jak do tego doszło. Ojciec gromady pokiwał głową, całkiem możliwe dumny z wybranych form spędzania czasu przez córki.
- Brawo Sini, dobra robota. - pochwalił młodszą, na co uciekła wzrokiem na bok. Zdecydowanie źle reagowała na komplementy. Zaraz zwrócił się do drugiej. - Uszy do góry Shori, na pewno uda ci się następnym razem.
- Zobaczymy tato, ale wątpię. Do tej pory co nie wybierzesz za czynność, Sini bije mnie na głowę i nie mam z nią najmniejszych szans. - dodała żartobliwie. Wspomniana natychmiast podniosła głowę i zaprzeczyła jej ruchem.
- Wcale nie! Mogę się założyć, że jest przynajmniej kilka rzeczy, w których nigdy tobie nie dorównam siostro...
Nie wiedziała, czemu poczuła jakby cios w żołądek po wypowiedzeniu tych słów. Widok jednak prawdziwie szczerego uśmiechu u białej waderki jednak był potwierdzeniem, że niezmiernie się cieszyła z tego. I powinna. Sini zawsze uważała Shori za znacznie lepszą we wszystkim, tylko nie wiedziała, czemu nie uważa się za taką. Jasne miały inne specjalizacje no ale! Chmureczka była znacznie lepsza i powinna być non stop chwalona. Jeśli nikt tego jeszcze nie robi, to mała się tym zajmie.
Wtedy wówczas postawiła sobie jeden z życiowych celi. Nigdy nie pozwoli nikomu na jakiekolwiek szydzenie z siostry. Będzie ją wspierać w każdej podejmowanej decyzji, nawet z ukrycia.
- Kto wie, może coś się takiego dowiecie w bliskim czasie? Tylko pamiętaj Sini: nie oszukuj, bo to zrobi większą przykrość twojej siostrze. - dodał ze śmiechem Naharys w celu rozluźnienia atmosfery. Udało mu się, ponieważ starsza z córek zachichotała wesoło, z kolei młodsza się uśmiechnęła, kiwając przy tym głową.

***
Następnego dnia obie młode panny szły w stronę jaskini opiekuna, pod którego okiem miały być tego dnia. Albo raczej tak najmłodsza nieśmiało zasugerowała. Wcale nie dlatego, że jej zakres pomysłowego i miłego wspólnego spędzania czasu był totalnie ubogi. Nie no, wcale. Shori w zasadzie podskakiwała, okazując swoje podekscytowanie faktem, że tym razem to młodsza z nich będzie decydować o sposobach spędzania czasu. W pewnym sensie to nie było ni w ząb dla Sininen, która z reguły była stanowczo znacznie potulniejsza z nich obojga i preferowała dowodzenie we wskazywaniu spędzania czasu właśnie przez Chmureczkę, sama przy tym niespecjalnie wychodząc z jej cienia. W tej parze to młodsza lubowała się w dawaniu Shori pałeczki prowadzenia, lubiła taki obrót spraw. Ale całodzienne jej zarządzanie i zgadzanie się na okrągło, co było przeciwieństwem dotychczasowych działań? To raczej było ponad jej siły mentalnie. Jednak widok starszej siostry pełnej radości z tym dniem skutecznie zapobiegał chęci skapitulowania i oddania tejże nagrody. Widziała, że to ją cieszy, przez co nie miała serca przeciwstawić się temu nastawieniu ani, co gorsza, pozbawić ją w formie zepsucia.
W końcu dotarły pod szukaną jaskinię spacerowym krokiem, opiekun już czekał na pojawienie się słodkiej pary.
- Dzień dobry. - siostry odezwały się chórem, tradycyjnie Sini wypadała bardzo cicho przy starszej, lecz nigdy to jej nie wadziło. Rogaty uśmiechnął się sympatycznie i zaprosił je do jaskini.
- Dzień dobry moje drogie. Co chciałybyście dzisiaj porobić? - Zapytał dokładnie w tej samej chwili co wykonanie gestu. Biała natychmiast zaczęła zerkać na ciemne szczenię, które się lekko spłoszyło. Nie musiała na nią patrzeć, intensywność spojrzenia oraz podekscytowanie było aż nazbyt dobrze odczuwalne. Dla Noitera musiało być to całkiem zabawne, ponieważ się zaśmiał. - Hej, hej, Shori! Co to za euforia?
- Dziś Sini decyduje, co robimy - odparła radośnie z nutą dumy. - Wygrała wczoraj zabawę, która chwyci pierwsza żabkę. Mam dzień na tak dla wszystkich jej propozycji!
- Kurczę, to musiał być niezły pojedynek. Mam nadzieję, że nie zrobiłyście sobie żadnej krzywdy.
- Nie, żadnej nic się nie stało. - wtrąciła cichym głosem bezskrzydła. Nawet jeśli jedna z nich zaliczyła majestatyczny wślizg w wodę, mowy nie było o powiedzeniu tego. Siostrzana solidarność i dbanie wzajemnie o dumę, coś w tym guście. W następnej sekundzie poczuła pieszczotliwe potrącenie skrzydłem od Shori, która puściła jej wdzięczne oczko. Opiekun nie zauważył tego szybkiego gestu między siostrami.
- W takim razie, Sini, dzisiaj ty nas prowadzisz. - powiedział z entuzjazmem, by zaraz obciążyć ją spojrzeniem wspólnie ze starszą z dziewczynek. Sininen natychmiast poczuła nieprzyjemną gulę w żołądku i uciekła wzrokiem ku glebie.
- Umm... Może... - Zaczęła się gubić we własnych słowach, mówiąc je coraz szybciej. Nie umiała jasno określić powodu nagłego zdenerwowania, który narastał z każdą chwilą.
- Sini? Wszystko gra? - Troskliwe pytanie i dotyk na własnym barku od Shori, przywołał ją do jaśniejszego umysłu. Prędko jej wzrok spoczął na siostrze. Miała okazję dostrzec przez sekundę jej wargi zaciśnięte w wąską linię. Zaraz wzięła głęboki wdech nosem i wypuściła ustami.
- Przepraszam. - odezwała się bardzo cichutko. Zaraz przyznała, z rozbrajają szczerością do zatroskanej waderki. - Nie wiem co robić.
Nawet nie odważyła się podnieść wzroku wbitego w ziemię na Chmureczkę. Na pewno było albo zła na nią za durne zmartwienie, wyolbrzymianie sprawy, ewentualnie nie dowierzała, co w nią wstąpiło. Przecież w końcu będzie musiała ją wyśmiać, nieważne z jakiej przyczyny. Ta jest całkiem jak znalazł. Echo dawnej Sininen nasiliło się, przez co młoda odruchowo zastygła w napięciu całego ciała. Już była w pełni pogodzona z faktem, że zaraz zostanie zrugana i wystawiona przez członka rodziny bliskiemu sercu. Szczerze? Tego bardzo się bała, ale wiedziała jedno: nie zasługiwała na taką rodzinę, była ich zakałą. Pod tym względem On miał rację z jakże żałośnie mizernym bytem egzystencjalnym w jej wykonaniu. To była jedynie kwestia czasu kiedy jej to powiedzą bądź pokażą.
- Siostrzyczko, czy to tak ciebie od wieczora męczyło? - Wyjątkowo łagodnie ciepły głos Chmureczki wyrwał ją z pogrążania się w czarniejsze myśli. Usłyszała jej westchnienie, ale nie podniosła wzroku. - Czemu nic nie mówiłaś?
- Bo to głupota. - mruknęła, będąc na siebie coraz bardziej zła.
Całkowicie została zaskoczona tym, że Shori delikatnie ją objęła i przytuliła.
- Wcale nie. - odparła na tyle cicho, by te słowa dotarły tylko do jej uszu. - Myślałam, że będziesz zachwycona, że nie zagłuszam cię i twoich pomysłów, skoro zawsze to ja decyduje o zabawach. Powinnam pamiętać, że wolisz podążać... Przepraszam.
- Nie mów tak... - To było niesamowicie rzadkie zjawisko, móc usłyszeć jej załzawiony głos. A jednak Shori się udało rozbroić młodszą, która zaraz sprawnie zaczęła wycierać oczy własną łapką. Biała nie puszczała ją z uścisku, tym samym pokazując swoje wsparcie i bliskość.
- Wszystko gra dziewczynki? - Całkiem zapomniały, że Noiter odszedł po jedną rzecz z jaskini. Jego pytanie tylko obwieszczało rychły powrót, chociaż dla Sini to był czas liczony niemal w godzinach.
- Tak! - odparła prędko Chmureczka. Podobnej szybkości również poszła w jej ślady i na szybko wymyśliła wymówkę. - Sini, coś wleciało do oka i nie może się tego pozbyć.
- Ajajaj, to nigdy nie jest przyjemne. Mnie raz wleciała drobna muszka. Myślałem, że nigdy jej nie wypłaczę. - było aż słychać, jak opiekun się wzdrygnął. Po chwili ponownie skierował swoją uwagę na młodszą. - Wszystko w porządku, takie małe paproszki trzeba w ostateczności pozbyć się łzami, nikt nie uważa tego za słabość... Już lepiej? - Pytanie zadał po jakiejś minucie, gdy odsunęła się od ramienia siostry. Kiwnęła głową.
- Tak, przepraszam za problem.
- Nic się przecież nie stało. - posłał jej uśmiech. Był to całkiem fajny uśmiech niewiedzy, co tak naprawdę miało miejsce pod jego nieobecność. - Zatem co byś chciała robić?
Ciemne szczenię spojrzało na niego, po czym przeniosło wzrok na ciepło uśmiechającą się siostrę. Zdawała się niemo mówić, żeby przestała się krępować i spróbowała wejść w stan zrelaksowania.
- Czy... czy możemy iść na łąkę?
- Pewnie! Masz którąś konkretną na myśli? - Zapytał Noiter, dając najmłodszej z grona nieco się wysunąć na przód pochodu trójki. Odparła, że chyba tak, albowiem rozchodziło się o obecność roślin kwiatowych. Shori nie opuszczała jej boku, przez co czuła się nieco pewniej w trakcie spaceru.
- Uwaga, coś dzisiaj może być ślisko nad skarpą. Nie chodźcie tam. - przestrzegł je opiekun w trakcie mijania jednego problematycznego miejsca o pięknych widokach, lecz również wymagającym zachowania uwagi.
Podczas gdy Shori wyraziła swój zachwyt z możliwych obrazków krajobrazowych z tamtego punktu, Kropelce przemknęła myśl, że zakończenie tam życia przynajmniej dałoby ładne widoki, które byłyby jako ostatnie widziane.
W końcu dotarli na szukaną łąkę, powitała ich uderzająca w nozdrza fala zapachów wiosennych kwiatów o wyjątkowo rozkosznym tonie. Ciekawe czy miało to związek z dużą ilością otrzymywanych promieni słonecznych w tym roku, bo jeśli tak, było wystarczającym zaproszeniem do modlitw o dobrą pogodę.
- Jaki masz plan Sini? - Zapytał życzliwie basior, na co wspomniana podrapała się po uchu.
- Umm, no cóż...
- Co chciałabyś na tę chwilę robić? - Dodała miło Shori. Spojrzenie na siostrę wyrażało opiekuńczość, którą pokazała fizycznie wcześniej.
- ... Chyba na razie po prostu pochodzić. - powiedziała po kilku sekundach najniższa.
I faktycznie, cała trójka zaczęła niezbyt głośno rozmawiać i jednocześnie spokojnie spacerować w otoczeniu flory watahy. Ba, nawet kilka par motyli mogli zobaczyć przy słuchaniu ćwierkania ptaków. Całkiem miły krajobraz. W pewnej chwili młoda zatrzymała się, ponownie sprowadzając na siebie uwagę.
- Siostro?
- Hm? Co się dzieje Sini? - Zapytała, widząc jej lekkie skrępowanie.
- Umiesz może robić coś z kwiatów?
- Nigdy nie próbowałam. - odparła lekko zaskoczona pytaniem od młodszej.
- Masz na myśli wianki? - Wtrącił się Noiter. - Mogę wam pokazać!
I nim zdążyły zapytać, już siedziały i obserwowały proces plecenia na szybko zerwanych kwiatów. Kropelka musiała przyznać, że wyglądało to naprawdę ładnie. Po jakiejś minucie pokazywał im upleciony wianuszek z mleczy.
- Chciałybyście spróbować? - Zapytał się je, ale głównie ciemną. Kiwnęła głową.
- Jeśli siostra też chc... - niedane było jej dokończyć, gdyż Shori szybko się wtrąciła z uśmiechem.
- Jestem na tak! - Po czym posłała cichy chichot do bezskrzydłej.
- Zerwijcie kwiaty, jakie chcecie, najlepiej taki pęczek z dłuższymi łodyżkami. - polecił im opiekun, który wydawał się uradowany z inicjatywy.
Sininen od początku wejścia na łąkę miała w głowie w zasadzie same stokrotki, których było zresztą całkiem dużo. Starała się zerwać o nawet trochę dłuższych łodygach i więcej w formie zapasu, dopiero wtedy wróciła i usiadła przy czekającej parze towarzystwa. Noiter ponownie im zaprezentował proces plecenia łodyg, tym razem powoli, aby mogły zapamiętać wykonywane ruchy. Dopiero po wykonaniu własnego wianka, zaczął pomagać dziewczynkom.
„Rany boskie, jakie to złośliwe” - pomyślała sobie ciemna waderka w trakcie karkołomnej walki z kwiatkami. Plecenie szło jej bardzo opornie, łodyżki zdawały się być słabe lub właśnie za słabo powiązane ze sobą. Shori w tym czasie skończyła swój pierwszy wianek, który wyszedł jak u doświadczonego w tym fachu, za co została pochwalona przez opiekuna, który sam po chwili zerknął na mozolne próby młodszej.
- Jak ci idzie? Wszystko okej? - Shori zerknęła przez ramię, napotykając skoncentrowany wzrok Sininen utkwiony w leżących stokrotkach.
- Mówiąc, średnio bym przesadziła. - odparła dyplomatycznie, podczas gdy w myślach nie mogła wyprzeć obraz kwiatów. - Nie mogę ich zapleść.
- Czekaj, tu masz za słabe związanie, dlatego wypadają. - pokazała łapką Shori.
- Nie są za cienkie? Jak myślisz? - Sini podniosła w powietrze próbę zaczęcia wianka, z którego zaraz wypadły dwa kwiaty. - Nosz kurczę.
- Nie, nie, są dobre. Początek masz za słaby, spróbuj go zacieśnić. - poradziła jej starsza. Po chwili instruowała ją na podstawie własnego, który wówczas leżał obok niej.
Mimo tego oraz rad Noitera to zwyczajnie nie chciało wyjść. Przynajmniej nie od razu. Po upływie blisko niemal kwadransa trzymała bardzo ostrożnie luźny wianek w powietrzu.
- Dobra robota. - uśmiechnął się do niej dorosły. Patrzyła na niego, nim przeniosła wzrok na swój twór.
- Dałaś z siebie wszystko! To najważniejsze. - dodała wesoło Chmureczka.
-To zdecydowanie nie moja bajka. Ale zabawa bardzo fajna. - dodała po zastanowieniu. - Przynajmniej wiem, że nie mam łapy do wianków. Siostro, twój jest o niebo lepszy.
- Dziękuję za słowa uznania. - zachichotała biała. Na pewno musiała być szczęśliwa, bo Sini też taka była, że w końcu odnalazły mocną stronę Shori, która była akurat słaba u Sininen.
- Chyba może być odpowiedni. - powiedziała tak cicho, że nawet siedząca obok starsza nie miała prawa tego usłyszeć. Zaraz odwróciła się do siostry i bardzo ostrożnie, niemal niepewnym gestem, położyła wianek na głowie Shori, niby wyglądając na koronę. Nieśmiało się uśmiechnęła. - Wiedziałam, że stokrotki będą ci bardzo dobrze pasować.

< Shori? Mam nadzieję, że korona ze stokrotek się podoba ^-^ >

PODSUMOWANIE 
Ilość napisanych słów: 4734
Ilość zdobytych PD: 2367 + 20% (473 PD) za długość powyżej 4000 słów.
Obecny stan: 2840

sobota, 7 maja 2022

Od Ereden'a c.d Lonyi ~ Ujarzmić diabła | Druga natura

Lonya po chwili stała się niespokojna - a pomyśleć, że jeszcze przed chwilą, mały Ereden świetnie się bawił, udając zielarza. Co prawda lubił się o nich uczyć, ale w szczególności upodobał sobie te trujące - to pewnie przez tę woń, którą również poczuł malec. To była dość skondensowana energia mroku i tajemniczej furii, sterowanej przez nią - oczywiście, Ereden był zbyt mały na tak rozłożoną diagnozę. Jedynie, co mógł stwierdzić po zapachu, to fakt, że od samego początku się mu nie podobał. Ani trochę. Dokładnie obserwował poczynania Lonyi, która właśnie zniżyła pysk ku dziwnym tropom, odciśniętym w miękkiej, wilgotnej ziemi. Węszyła długo, ale dokładnie - wydawało się malcowi, że jego ciotce nie może umknąć żaden, nawet mało znaczący szczegół. Nawet mało znaczący szczegół, może mieć wpływ na wiele wydarzeń Kiedy wadera uniosła głowę, chwyciła malca za jego chudy kark, usadowiła go na swym grzbiecie, po czym szybkimi krokami, poprzez wytyczoną, zawijaną między krzewami ścieżkę, Lonya dotarła na skraj polany. Ereden wspiął się po jej karku, aby potem wyjrzeć zza jej głowy, układając swe łapki między jej lisimi uszami. To, co wtedy zobaczył, nie był w stanie pojąć, nawet w najmniejszym stopniu. Ziemia śmierdziała dziwnym, metalicznym fetorem, ponadto była ponaznaczana wieloma śladami walki. Trawa, zamiast świeżą i żywą zielenią, mieniła się szkarłatem i czernią - i gorsza, ona też cuchnęła, pomyślał Ereden - a w niej, leżało ogromne truchło monstrualnego potwora z wystającymi kłami.
- Ciociu, co to takiego? - zapytał dość niepewnie malec.
- Odyniec, samiec dzika - odpowiedziała poważnie Lonya, po czym zaczynała się mu przyglądać dość badawczo.
- Wszystko w porządku? - zapytał, spoglądając na ciocię z przejęciem.
- Nie sądzę. Musiał zginąć tej nocy, to nie jest robota dla jednego wilka.
Skoro nie zrobił to wilk, w takim razie, to musiało być coś silniejszego i groźniejszego, skoro zostawił w zwierzęciu potworną dziurę w klatce piersiowej i brzuchu. Ereden spojrzał na rozwleczone jelita, jak na coś okropnie paskudnego, wzdrygnął się tylko, po czym odbił wzrokiem na groźnie wyglądające kły odyńca.
- To, co to mogło być?
Z tymi słowy zjechał z grzbietu ciotki i jak na malca, zleciał na lekko ugięte łapki - Lonyi oczywiście nie uszło to jej uwadze, wyglądała, jakby zakładała, że młody zaryje pyskiem o ziemię - po czym zbliżył się powoli do ciała, aby przyjrzeć się bliżej ranom na udzie i brzuchu odyńca.
Kiedy tak kroczył wokół martwego zwierza, odkrył, iż jego łapki są lepkie i brudne od starej, wsiąkniętej w ziemię juchy, na co zareagował cichym burknięciem.
- Hmm, nie wiem, ale nie powinniśmy tu dłużej być. Musimy kogoś zawiadomić - Ciocia Lonya uniosła głowę, wysoko jak mogła, zaczęła obserwować bacznie poszycie terenu, jakby swym czujnym wzrokiem szukała, choćby najmniejszych oznak czegoś, co mogłoby wydawać się niebezpieczne. Nic. Nie ujrzała, ani nie posłyszała - Malec słyszał, jak pisklaki jaskółek drą się w niebogłosy, domagając się pokarmu, w wysokich krzewach, ptaki urządzały sobie konkurs na piękniejszy trel, w oddali zaś jelenie przygotowywały się do rykowiska - ot, zwyczajne odgłosy natury, nic nadzwyczajnego. A mimo, pod tą iluzją naturalnego spokoju i harmonii, dało się wyczuć coś osobliwego - Ereden niestety tego nie potrafił wyczuć. Brak mu doświadczenia.
- Chodź Ereden, zaprowadzę Cię bezpiecznie do ojca, a potem będę musiała to komuś zgłosić.
Ereden jednak zatrzymał się na chwilę. Miał nadzieję ubłagać Ciotkę, aby ta zajęła się nim, przynajmniej jeszcze przez kilka godzin. Jednakże w tamtym momencie, Lonya nie przyjmowała odmów.
- Chcę zostać z tobą, chociaż na chwilę!
- Ta sprawa nie podlega dyskusji! Wracamy do twojego ojca!
W tonie poczuł, że nie warto było dyskutować z ciotką, więc nie pozostało nic innego, jak bez słowa zgodzić się na zamierzenia wadery. W trakcie ich długiej drogi, ciotka nie odzywała się słowem, chyba, że musiała odpowiedzieć bratankowi na typowo młodzieńcze pytania. Ruszyli spokojniejszą dla nich drogą, która wyprowadziła ich na skraj łąki, na której to wszystko się wydarzyło - a stamtąd do domu, to już prosta ścieżka, przechodząca przez zagajnik. Naharys czekał przed wejściem do lecznicy z wyraźnie zniecierpliwioną miną - bądź, co bądź, musiał zostać kilka chwil dłużej, aby odebrać syna, ale cóż...
- No już myślałem, że zamierzałaś go adoptować - powitał ich Naharys z teatralnie naburmuszoną miną, ale w rzeczywistości cieszył się, że zobaczył ją całą i zdrową, wraz z jego synem - Ereden był grzeczny?
Z tym pytaniem, Naharys spiorunował syna groźnym spojrzeniem, jakby z oczu szczeniaka wyczytał, że cała ta przygoda, to było jedno wielkie utrapienie dla siostry, jednakże wadera miała inne zdanie.
- Cały czas siedział przy mnie w lecznicy i bez narzekania zajmował się tym, co mu dawałam do pracy, z chęcią, sumiennie i bez narzekań. Po południu zabrałam go ze sobą do Nabi, aby poszukać odpowiednich ziół, jakich brakowało nam w składziku, a Ereden czytał sobie botaniczne zwoje, żeby się chłopakowi nie nudziło. Oczywiście, bywały chwilę, gdy musiałam go zrugać, ale poza tym, był grzeczny... - po zdanej relacji, Lonya uśmiechnęła się psotnie - Szczeniak zachowuje się lepiej, niż ty, powinieneś wziąć przykład z własnego syna.
- Ereden był grzeczny? - zapytał z niedowierzaniem Naharys, po czym znów wzrok przeniósł na swego syna - Młody, ile dałeś ciotce w łapę, za opowiadanie takich bzdur?
Ereden na widok uśmiechającego się lica ojca, zakołysał się wesoło, wyszczerzając swe szczenięce, niedorośnięte kiełki.
- Poza tym... - tutaj Lonya zmieniła nieco ton, wesoła i żartobliwa nutka, ustąpiła tory powadze i stanowczości. Ereden z początku myślał, że to nadal dotyczy jego sprawę - w końcu bywały chwile, gdy Ereden niezbyt dobrze się zachowywał przy pacjentach, odbiegających w jego mniemaniu, od normy wyglądu prawdziwego wilka, ale odetchnął z ulgą, gdy Lonya zaczęła nagle.
- Musisz coś zobaczyć! Myślę, że Alfa też to powinna zrobić. Nieopodal lasu stało się coś złego i podejrzanego, trzeba się tym zająć natychmiast, póki nie jest za późno.
Naharys kiwnął z powagą, po czym przemówił do Ereden'a stanowczo, uderzając ogonem o ziemię - zawsze tak robił, gdy ojciec chciał pokazać, że w tamtym momencie nie przyjmuje odmów.
- Synu, w jaskini jest Noiter, który opiekuje się dziewczynkami. Zostaniesz z nimi, a jeśli usłyszę znowu, że wykręciłeś numer z jakimś trującym zielem, osobiście wygarbuję Ci skórę!
- Nie krzycz na mnie, tato! Już nic takiego nie zrobię.
- Racja! Nie zrobisz już czegoś takiego, bo jak się ośmielisz...
- Naharys, może to nie czas i miejsce na reprymendę, ale musimy ruszać! - ponagliła go Ciotka Lonya.
- Zaniosę tylko małego do jaskini i możemy iść!

< Koniec wątku "Ujarzmić Diabła, czas zacząć nowy, pod tytułem "Druga Natura" >

<Ereden w wieku nastoletnim> 

Znowu to samo! Pomyślał wściekle Ereden, gdy rozmasowywał sobie miejsce upadku. To miał być ten sprawdzian siły, tato? ~ Pomyślał Ereden, gdy spojrzawszy na smętnie zwisające jabłko, zawieszone za ogonek na cienkim rzemyku, tupnął nerwowo łapą. Kiedy w końcu pomoże mu ktoś odkryć w sobie tę część mocy? Sini na okrągło jej używa, zupełnie, jakby chciała przypomnieć bratu, że to ona wcześniej odkryła swoją, a on? Jak dotąd nigdy nie udało się mu żadnej poznać i okiełznać - I jak na razie, jego życie toczyło się wokół ciągłych treningów. W tamtym momencie miał trzepnąć ogonem o konar i iść sobie stąd, ale ojciec patrzył i raczej nic nie wskazywało na to, aby się znudził. Spróbuj jeszcze raz! - mówił jego wzrok. Do zdobycia jabłka miał czystą drogę - jak to wyraził się Naharys.
Miał rozpędzić się w stronę wysokiego głazu, z którego później miał wybić się w prężnym skoku, aby później wczepić się długimi pazurami w miękką korę młodej, wysokiej jabłoni, po czym musiał całą skondensowaną siłę w mięśniach ramion i ud wykorzystać do odbicia w lewo, ku wiszącemu owocu - Jak dotąd, przy ostatnich czterech razach, udawało się mu dotknąć go czubkiem nosa - Ciekawe, jak wypadnie mu następnym razem? Najważniejsze są te trzy albo cztery głębokie wdechy przed startem - Nie miał pojęcia, ale ten sposób oddychania pozwalał się mu odprężyć i spojrzeć na to ćwiczenie, z dość innej perspektywy. Powinno się udać! Kiedyś musi!
Z tymi myślami popędził w wiadomym celu, ku rosłemu głazowi, doskoczył do niego w trzech susach, po czym zwinnie i z kocią gracją, wdrapał się na szczyt, nie tracąc pędu. Następnie napiął mięśnie do granic możliwości swych tylnych łap i jak młoda pantera, wybił się od szorstkiej nawierzchni skały, aby potem wbić się pazurami w pień drzewa. Z zaciśniętymi mocno zębami próbował utrzymać się na pozycji - mięśnie niestety wydawały się mu zaraz trzasnąć, jak gumowy węzeł, a moc przyciągania ziemskiego, wcale nie poprawiała jego sytuacji. Ani na jotę. Ereden z trudem wymalowanym na pysku, wykręcił głowę w stronę jabłka, którym lekko kołysał popołudniowy, łagodny wiaterek. Jakby owoc, dyndając, chciał powiedzieć "Juhu! Tutaj jestem i czekam na ciebie!" Jak się można było oczywiście spodziewać, Ereden zleciał z drzewa, zanim zdążył się wybić. Nie próbował nawet krzyczeć, ale zamknął oczy, nim kolejny raz, jego bok zaliczył bolesne spotkanie z glebą. Ereden zaklął siarczyście, na głos, co nie uszło to słuchowi Naharys'a, który właśnie schodził do syna, z kamienistego wzniesienia - skąd miał dobre wejrzenie na trening basiora.
- Przekleństwa nic tu nie dadzą! Próbuj dalej!
- Ty też się tego uczyłeś?! Bo nie wierzę, że potrafiłbyś zdobyć się na taki wyczyn. Tego, to nawet sama ciotka Lonya nie umie!
Ku zdziwieniu Ereden'a, jego ojciec uniósł lekko brew, jakby nie przejął się wyznaniami syna.
- Ja nie potrafię? No to patrz i ucz się, młody, jak twój stary to robi! - odparł hardo Naharys.
Powtórzył całą trasę. Ereden jednak zauważył, jak jego ojciec wybijając się z kamienia, robi to z nadzwyczajną gracją i siłą, a gdy zaczepiwszy pazurami o pień, wykręcił zwinnie swój grzbiet, niczym rzucony w powietrze łosoś, po czym pochwycił owoc w stalowy uścisk swych szczęk. Całość zadania zakończył lądowaniem na lekko ugięte łapy, a zrobił to z taką finezją, że Ereden wręcz nie mógł wyjść z podziwu... a jednocześnie był wściekły. Naharys, trzymając w pysku owoc, poruszył prowokująco brwiami.
- Nie mówiłeś, że po skoku na drzewo, mam zrobić od razu! - warknął Ereden.
- Bo nie pytałeś - odparł Naharys, wypluwając owoc - masz, zjedz jabłko.
- Nie chcę twojego zasranego jabłka! - kłapnął wściekły Ereden.
Naharys, lekko zaskoczony wybuchem agresji syna, przekrzywił lekko głowę, wygiął usta w grymas zastanowienia.
- Synu, nie udało Ci się dzisiaj, uda się jutro. Albo pojutrze. Nie od razu watahę zbudowano, przecież wiesz.
- Nie o to chodzi! Ciągle każesz mi skakać po drzewach i zrywać owoce, przeskakiwać przez durne kamienie nad rzeką albo ciągle walczyć z głupimi badylami, w trakcie, gdy Shori i Sininen rozwijają swoje moce!
- Ah, tu cię boli - odparł przekonany Naharys - Nie odkryłeś swych mocy, bo to nie jest jeszcze czas.
Wiesz, ile ja miałem lat, kiedy odkryłem swoje pierwsze moce? Dwa lata!
- Ciotka powiedziała, że nieco młodziej, przed wiekiem nastoletnim.
Naharys opuścił ramiona przegrany, podrapał się powoli w szczękę.
- Powinienem dłużej z tobą spędzać czasu, niż wysyłać Cię do Lonyi.
Naharys oczywiście rzekł to w geście żartu, lecz Ereden był już tak wściekły, że każde inne słowo brał na poważnie - po prostu nie miał już nawet sił, aby zastanawiać się nad przekazem.
- Ciocia Lonya nic nie zrobiła! Nie zakażesz mi się z nią widywać!
Łaził w kółko, rzucając pod nosem przekleństwa, tak paskudne, że nawet sam Naharys się dziwił, skąd też poznał tak nieprzyzwoity zasób słów. Naharys wstał, spokojnym, aczkolwiek stanowczym krokiem, zbliżył się do syna. Objął go silną łapą wokół dobrze umięśnionego karku, ale Ereden strząsnął ją bezceremonialnie.
- Ereden, o co chodzi? - zapytał Naharys, tym razem stanowczym, dość surowym tonem dowódcy - Odpowiedz mi!
- A co Cię to obchodzi?! - warknął młodzieniec, obrzucając ojca gniewnym spojrzeniem, które nieco go przeraziło. Nie przez wyraz jego oczu, gdyż normalnie, nie zawracałby sobie tym głowy, lecz tym, co się z nimi stało; Zielonozłote pierścienie tęczówek zatopione były we wściekłej smolistej czerni. Na powiekach zakreślały się dziwne mroczne szramy, które jedynie podkreślały makabryczny charakter jego oczu - Interesuje cię tylko to, ile zrobię pompek, albo... czego się tak na mnie patrzysz?!
- Ereden, Co ci się stało? - zapytał zaniepokojony ojciec, zbliżając się do młodzieńca. Nakazał mu się nie ruszać, aby mógł palcami odgarnąć nieco powiekę z lewego oka, żeby się móc dokładnie przyjrzeć. Gałka oczna była kompletnie czarna, co jeszcze bardziej wprawiło w niepokój Naharys'a. Przyjrzał się dokładnie szramom na powiekach - w dotyku i wyglądem przypominały one, jakby naczynka wokół oczu basiora, wypełnione były roztopioną smołą, miast krwi.
- Co jest? - zapytał ożywionym tonem Ereden.
- Jak się czujesz? Boli cię coś?
- Nie. Czuję się tylko... jakby bardziej ożywiony i... silniejszy - Ereden odpowiadał lakonicznie, dość niepewnie, ale jedno, co było dla niego pewne, to to, że nie czuł żadnego bólu ani zmęczenia tym stanem. Poruszył żywo mięśniami ramion - wydawały się mu takie elastyczne i silne, mogące znieść największe obciążenia i wykonać dość spory wysiłek. Dziwne, że jakoś wcześniej nie zwrócił na ten stan żadnej uwagi, prawdopodobnie za bardzo był skupiony na swym gniewie.
- Idziemy do Lonyi. Ona cię zbada i stwierdzi, co Ci się mogło stać.
- Tato, nic mi nie jest! Czuję się wręcz znakomicie!
I z tymi słowy pobiegł z nową siłą w kierunku młodej jabłonki, z której miał zerwać wiadomy owoc - a zrobił to z przekonaniem, że tym razem nic nie stanie mu na przeszkodzie. Dotąd nie czuł się tak silny, niepowstrzymany! Niepokonany! Przekonał się na tym, gdy wybijając się od wyrastającego głazu - i Naharys mógł przysiąc, że widział, jak Ereden bez trudu wykonał kilka kroków wzdłuż pnia, tym samym zdołał złapać w zęby kolejne jabłko. Kiedy upadł na ziemię, zrobił to miękko i z gracją, godną mistrza zabójców. Kiedy młody potrząsnął swym futrem, w powietrzu dało się wręcz wyczuć elektryzującą energię, wylewającą się wraz z falującą na wietrze sierścią. Naharys zamrugał ze zdziwienia oczami, jakby usiłował upewnić się, że to, co przed chwilą zobaczył, nie jest wymysłem jego wyobraźni. Ereden wziął potężny kęs owocu, zmrużył lekko oczy, jakby rozkoszując się jego słodkim smakiem, po czym oblizał się z jego soku, który ściekał mu obficie z podbródka.
- Na ogon Soleil'a, Ereden, coś ty zrobił! Ja... o żesz...
Ereden spojrzawszy na ojca hardym spojrzeniem, wyrzucił jabłko za siebie, które głucho poturlało się z trawiastego pagórka.
- Nie trzeba czekać do jutra, czy na pojutrze, aby Ci pokazać, że potrafię, tato!
- Mimo tego chciałbym, aby twoja ciotka Cię obejrzała. Martwię się o ciebie, synu!

*** 
Ereden, po raz któryś z kolei próbował wytłumaczyć ojcu, że wszystko jest w jak najlepszym porządku - gotów był nawet nazwać go histerykiem, ale prędko powstrzymał swój wściekły język. Opuścili więc dość młody lasek jabłoni, aby potem zawiłą ścieżką, kreślącą się wzdłuż dzikiego ostępu, dojść na niezbyt wysokie wzgórze, z którego to grzbietu, dostrzegli dokładny zarys lecznicy, gdzie obecnie krzątała się Lonya. W ten wiosenny kolorowy dzień, miała pod swym skrzydłem tylko dwóch, ale ciężko chorych pacjentów - jeden z poważnie złamaną kością udową, a drugi zaś zwijał się w gorączce pod stertami futer. Jednakże to nie był powód, aby młoda medyczka nie znalazła chwili na obserwację bratanka. Moment, kiedy Lonya z szokiem w oczach, dostrzegła w basiorze pewnych "zmian w wyglądzie", Ereden zapamięta na dość długo. To moment, kiedy nie widzi się już dobrej, bliskiej jemu sercu wadery, lecz kogoś, kto właśnie stanął oko w oko z najgroźniejszą bestią.
- Lo, musisz zerknąć na Ereden'a, z nim jest coś nie tak! - powiedział z nieudawanym przejęciem Naharys, a Lonya potrafiła wyczuwać takie rzeczy.
- Tato, setny raz, już sam nie przeliczę, mówię Ci, że nic mi nie jest! Czuję się zajebiście! - powiedział, prawie warknął Ereden, ale ten, jakby nie słuchając, pchnął go lekko w stronę ciotki.
W następnej chwili, Lonya przyglądała się badawczo jego źrenicom na tle smolistej czerni, zbadała palpacyjnie mięśnie, które w dotyku okazały się mocno napięte i równie twarde, co stop wytrzymałej stali, a oddech zaś był niewiarygodnie przyśpieszony, jakby Ereden właśnie dopiero co przebiegł dość spory maraton. Całokształt niespecjalnie napawał optymizmem, biorąc też pod uwagę fakt, iż tętno Ereden'a można by porównać do galopującego ogiera, któremu właśnie podano sterydy.
- Kiedy to się zaczęło u niego objawiać?
- Normalnie ćwiczyliśmy, niestety Ereden nie mógł sobie poradzić, więc zaprezentowałem mu na swym przykładzie, jak to się powinno robić... nie wiem, czy to ma jakieś znaczenie, ale Ereden wściekł się jakoś i to dość mocno. Dopiero w trakcie, gdy chciałem przemówić mu do rozumu, on spojrzał na mnie i... to już mu zostało, aż do teraz.
- Czyli myślisz, że mogło mu się to pojawić w trakcie gniewu? Hmmm... Ereden, jak się czujesz?
Ereden znudzony już tym pytanie, przewrócił zirytowany oczami.
- Ile razy mam powtarzać?! Czuję się dobrze! - warknął i tupnął wściekle łapą - zaczynacie mnie denerwować!
- Podniesiony poziom adrenaliny i kortyzolu - powiedziała Lonya, nie przestając się mu badawczo przyglądać - dawka oksytocyny powinna Ci pomóc, młody! Itami! Mamy jeszcze w zapasie leki stymulująco- uspokajające?
- Myślę, że mamy jeszcze w zapasie - odparła młoda, niska wadera, która pojawiła się nagle za rogiem wejścia do przedsionka jaskini.
- Zaaplikuj młodemu średnią dawkę, tak dla pewności, że to zadziała. Gdyby nie, wiesz co masz robić? Podwoić dawkę.
Ereden'owi było nie w smak, gdy kazano mu żuć te wszystkie ohydne zioła, połączone z jakimiś alchemicznymi wyciągami z dziwnie wyglądających alembików i flakoników - a czuł się przy tym niezwykle żałośnie, bowiem już jako nastolatek, czuł że potrafi już zadbać o siebie i swoje sprawy, co też nie powinno nikogo interesować ani przejmować. Wiedział jednak, że z własnym ojcem oraz ciotką dyskutować nie można, gdyż to wilki wielce uparte. Nie minęła nawet dobra minuta, jak mięśnie młodzieńca zaczęły się rozkurczać - wydawało mu się, jakby miękły - oddech stał się uregulowany, spokojny. Mimo wszystko, na ciało młodzieńca spadło ogromne zmęczenie - o dziwo fizyczne, jak i te psychiczne - czuł, jakby został wyprany ze wszystkich sił i energii życiowej. Kiwając głową na boki, przed oczami widział zdwojony obraz, mroczki i wszystko wydawało się takie zamazane, pozbawione szczegółów i konturów.
- Nie rozumiem - powiedziała po chwili Lonya - powinien się uspokoić, a wygląda, jakby miał zaraz paść z wycieńczenia... Naharys, łap go!
Biały wilk pochwycił Ereden'a w ostatniej możliwej chwili - młody dosłownie osunął się z łap, nie czując nawet, że traci kontrolę nad swym ciałem. Opadł ciężko w objęcia Naharys'a, który później, na polecenie Lonyi, załadował go na szpitalne łózko i zakopał pod stertę czystych futer.
Kiedy się ocknął, nie był pewien z początku, gdzie jest, lecz silny zapach ziół i lekarstw, chyżo mu o tym przypomniały. Lecznica wydawała się być zatopiona w lekkim letargu, albo to tylko sprawiała takie wrażenie, bowiem prócz głośnych i miarowych oddechów pogrążonych we śnie pacjentów, nie słyszał nic. Być może percepcja jego zmysłów została skutecznie przytępiała, albo na świecie panuje noc, w trakcie gdy inne wilki korzystają z zasłużonego odpoczynku. Nie był już pewien tego wszystkiego... Rozejrzał się wokół, mając jednocześnie ochotę wyskoczyć spod warstwy futer, lecz zmęczenie nadal odzywało się wyraźnie w bolących mięśniach. Kiedy chciał mrugnąć, potworne pieczenie odezwało się w oczodołach, więc szybko zamknął oczy, mając jednocześnie wielką ochotę, aby je potrzeć.
~ Cholera, co jest ze mną nie tak!? - pomyślał Ereden. W końcu dał za wygraną i ułożył głowę na prostych łapach, próbując zatopić się w objęcia morfeusza. Na próżno starał się zasnąć, więc w ciągu nocy, wiercił się z boku na bok, szukając dogodnych pozycji, lecz żadna inna nie wydawała się mu wygodna. W końcu trzasnął gniewnie ogonem i postanowił poszukać czegoś, co pomoże mu zasnąć. Niestety, na jego nieszczęście - bowiem piekące oczy łzawiły mu i cały ten obraz widział w zamazanych konturach - błądząc w mrocznym korytarzu, strącił na siebie flakon z podejrzanie śmierdzącą substancją. Zamroczyło basiora, gdyż naczynie roztrzaskało się w drobny mak na jego głowie, zatoczył niepełne koło w miejscu, po czym runął jak długi na kamienistą posadzkę.

***
- Doprawdy masz niezłego guza! - skomentowała dość ostro ciotka Lonya, przykładając młodemu spory kawał lodu na miejsce między jego uszami - Co ci strzeliło do głowy, żeby kręcić się w medycznych zapasach, ty mały gnomie?
- Szukałem czegoś na sen - odparł ponuro basior, zaciskając zęby z bólu, tępo odzywającego się na czubie głowy.
- I w tym celu rozwaliłeś sobie na głowie pojemnik z olejkiem rycynusowym? Młody, teraz to Ci sierść wyrośnie, tak bujnie, jak w ogrodzie jordanowskim krzewy winogron!
- To chyba dobrze, prawda?
- O ile marzysz o czuprynie, to raczej dobrze - odparła ciepło Lonya - poza tym będziesz mieć zdrową skórę i włosy... ale o tym później. Chciałabym, abyś o czymś wiedział, Ereden.
Ereden uniósł głowę, chciał się uśmiechnąć, lecz pewna część duchowego siebie, skutecznie mu to uniemożliwiała. Miał złe przeczucia.
- Pamiętasz jeszcze tego pasożyta, który zaatakował Cię za szczeniaka?
Młody pokiwał głową z wyraźnie malującym się niepokojem na pysku.
~ Jakbym miał zapomnieć? Przez niego omal nie przekręciłem się na tamten świat! - pomyślał zaniepokojony Ereden.
- Otóż... gdy byłeś nieprzytomny, więc zbadałam dokładnie twoje ciało... a konkretnie twoją głowę i... cóż...
- No, wykrztuś to z siebie, ciociu! - powiedział Ereden, nie tracąc z wadery swych przenikliwych oczu.
-... mówiąc wprost. To siedzi w twojej głowie. Druga wersja pasożyta. Dziwnie zmienionego pasożyta... tego samego gatunku, ale przepoczwarzonego. Dzieje się to tak, gdy pierwotna wersja pasożyta złoży w żywicielu " awaryjne jajeczko". Z tego jajeczka wyrasta druga wersja pasożyta, ale mocno odmieniona od poprzednika. Wczoraj, wściekając się na ojca, wiesz dlaczego nagle poczułeś się taki silniejszy i sprawniejszy? Ponieważ ten pasożyt, usadowiony w twoim móżdżku, jest w stanie stymulować wszystkie procesy mięśniowe, powodując, że są one silniejsze, wytrzymalsze i zdolne do nadnaturalnych wysiłków. Stan jego aktywności wzrasta wraz z poziomem adrenaliny i kortyzolu we krwi.
- Skoro ten pasożyt jest dla mnie taki dobry, to dlaczego tak osłabłem po transie? - zapytał niepewnie Ereden.
- Ponieważ, jak sama nazwa wskazuje, pasożyt żywi się energią, wytworzoną w twoim ciele... aby móc funkcjonować, musi się żywić. Im dłużej znajdziesz się pod jego wpływem, tym więcej energii od ciebie zażąda, co też musisz z tym fantem uważać. To się może dość śmiertelnie dla ciebie skończyć. Możesz paść z wycieńczenia.
- A nie możesz go ze mnie jakoś usunąć?
Im więcej Ereden pytał, tym bardziej zaczynał powątpiewać w swoją przyszłość, wraz z otrzymanymi odpowiedziami.
- Cóż... gdybym to zrobiła... zrobiłabym z ciebie roślinę. Twój mózg i układ nerwowy uzależnił się od woli pasożyta. Gdybym tylko wiedziała, że to się tak może dla ciebie skończyć, wraz z tym pasożytem, usunęłabym też to cholerne jajeczko. Ereden, posłuchaj mnie! Musisz uważać na siebie. Musisz panować nad emocjami, bo to się może dla ciebie skończyć źle.
- To nie będzie takie proste - odparł ze zmartwieniem Ereden - Znasz mnie, ciociu. Bywam wybuchowy.
- Zupełnie, jak twój ojciec - skwitowała Lonya - Opowiadałam Ci, jak dla mnie próbował zabić swojego najlepszego przyjaciela?
Ereden pokręcił głową z zaprzeczeniem, uniósł lekko brew, wyraźnie zaciekawiony.
- Opowiesz mi tę historię? - zapytał.
- Może kiedyś... jak będziesz na to gotowy...
- Ale ja jestem gotowy, ciociu. Mam czas, nie mam zajęć. Mogę posłuchać.
- A w kwestii czasu, to mnie jakby go brak. Muszę zająć się pacjentami, ale spokojnie, kiedyś Ci o tym opowiem, ale nie teraz.
Usiadł Ereden z westchnieniem, uderzając ogonem o kamienną posadzkę i przyglądając się, jak jego ciotka zbiera bandaże, leki przeciwbólowe i wiklinowe naczynie z lodem.
- Skoro tak mówisz.

<Lonya?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 3711
Ilość zdobytych PD: 1855 + 15% (278PD)  za długość powyżej 3000 słów
Obecny stan: 2133 PD

czwartek, 5 maja 2022

Od Pawony do Eredena ~ "Więcej niż myślisz"

Piaskowa wadera mruczała pod nosem najróżniejsze przekleństwa w swoim ojczystym języku. Dlaczego? Otóż w natłoku nowych obowiązków stłukła bardzo ważne flakoniki z silnymi substancjami odurzającymi i musiała zrobić nowe.
– Fumps kopo! – Rzuciła gniewnie w stronę wiklinowej misy z wodą, znajdującej się nad paleniskiem, która nie chciała się zagotować. Niewysoka wadera nie spała już od trzech dni, a wiszący wysoko na niebie księżyc wiedział, iż fioletowo oka nie zaśnie, póty nie skończy swojej roboty. Wilczycę przepełniała frustracja z powodu dorzucenia sobie pracy. Energicznie machając ogonem, Shanar chodziła z jednej strony jaskini, na drugą, w poszukiwaniu potrzebnych jej składników. Nazwy? Po co komu nazwy? Kto by pomyślał, że jakieś głupie oznaczenia mogłyby jej znacząco ułatwić sprawę. Poza tym, co niechętnie lubi przyznawać, Pawana nie ma głowy do nazw, czy imion. Pamięta świetnie wygląd, zapach i przede wszystkim właściwości. Nie potrzebowała dotąd zapisków, chyba że pisała nowe zwoje. Oczywiście, gdy nadzieje się na nazwę jakiejś rośliny, o ile ją zna, będzie wiedziała, o co chodzi, jednakże wadera nigdy nie przykłada do tego większej wagi.
– Gdzie jest ten zielony, aksamitny proszek? Przecież jeszcze wczoraj go tu widziałam. – Rzuciła w powietrze, zatrzymując się przy wyżłobionej w ścianie półce. Przymrużając oczy, w końcu dostrzegła poszukiwaną przez siebie substancję. Używając swej zdolności, ostrożnie wyciągnęła kryształowe naczynie i ruszyła z nim w stronę misy z gotującą się wodą. Najdelikatniej jak potrafiła, odłożyła naczynie obok pozostałych składników, które niestety musiały poczekać, aż woda zacznie wrzeć. Nie chcąc marnować czasu, wilczyca sięgnęła po moździerz i cztery ogniste fasolki, po czym starannie zaczęła je rozcierać, tak że w powietrzu unosił się ostry aromat przypominający swym zapachem pieprz. Pawona z trudem powstrzymała się od kichnięcia. Na całe szczęście intensywna woń ulotniła się szybko, z powodu nagłego przeciągu. Zaniepokojona takowym zjawiskiem wadera po sprawnie zakończonym działaniu, ruszyła w kierunku wejścia do swej jaskini. Przez ciało wilczycy przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Wiatr przygnał chmury, jednak nie zapowiadało się na deszcz. Zjawisko to zwiastowało, iż noc będzie zimna, a dzień chłodny, czyli coś, czego kuzynka fenków nie cierpiała najbardziej. Zasłoniwszy wejście kotarą ze skór, Pawona wróciła do pracy. Woda właśnie się zagotowała i można było dodać starannie odmierzone składniki. Stara, wystrugana z udowej kości łosia chochla, była idealnym narzędziem do wolnego mieszania wywaru, który już samym swym zapachem zachwycał. Wilczyca miała wielką ochotę spróbować swego produktu, jednak wiedziała, że nie może sobie na to pozwolić, nie w czasie pierwszych tygodni w watasze. ~ Co sobie Alfa pomyśli? ~ zganiła się w myślach wadera. Shanar nie zamierzała się od razu pokazywać od tej złej strony. Propozycja relaksu była jednak bardzo kusząca i Pawona już wyobrażała sobie błogi sen, po zażyciu jakiegoś ze swych wyrobów i zakopaniu się w stosie puszystych futer, na piętrze nowego domu. Dla lepszego snu przeczytałaby jeszcze jakąś fajną powieść, spisaną na jednym ze zwojów z rodzinnej watahy.
– Mrr – pomruk rozkoszy wydobył się z pyska Pawony, gdy tylko zdecydowała, które romansidło będzie jej ofiarą, a zarazem towarzyszem wyprawy do krainy morfeusza.

< Rano >
Z dobrym nastawieniem czas szybko minął, a praca dobiegła końca. Była jakaś godzinka po wschodzie słońca, gdy Shanar sięgnęła łapą po mieszankę mięty, melisy, zielonej herbaty oraz suszonych pomarańczy. Jakaż rozpacz i złość ogarnęły zmęczone ciało wadery, gdy ta znalazła miskę z dosłownie jednym listkiem herbaty.
– To już herbaty mi zrobić nie dają?! Skąd mam teraz wytrzasnąć choćby melisę?! – Pawona niewiele myśląc, cisnęła naczyniem o najbliższą ścianę. Kryształ rozpadł się z głośnym trzaskiem tłuczonego szkła, a to, co po nim zostało to tylko listek i perłowy proszek. Wadera stała cała nastroszona, wpatrując się w to, co zrobiła, jak w jakiś najpiękniejszy obrazek, by po chwili jej oddech zwolnił, a sierść opadła. Gdy napięcie powoli opuściło jej ciało, piaskowa hybryda fenka i wilka sprzątnęła bałagan, po czym wyszła na zewnątrz, aby zaczerpnąć świeżego powietrza i choć odrobiny promieni słonecznych, którym co jakiś czas udawało się przebić przez gęstniejące chmury. Shanar usiadła, szukając w swej pamięci informacji o jakimś zielarzu, bądź zielarce. Jej oczy zabłysły, gdy znalazła słowa pasujące do klucza. Od razu poderwała się i truchtem ruszyła w kierunku jaskini niewidomej, kremowej wadery, której imię brzmiało prawdopodobnie Nabi. Z tego, co wspominała wadera, przy ich pierwszym spotkaniu, kremowa zajmowała się roślinami. Shanar jednak nie mogła dać sobie za to łapy uciąć. Gdy zbliżała się do mieszkania poszukiwanej wilczycy, wadera wyczuła aromatyczne zapachy ziół, ale i również świeży zapach innego wilka. Ewidentnie był to basior. Mieszanina gruszki i kwaśnego jabłka wyjątkowo dobrze się ze sobą komponowała, sprawiając przyjemne wrażenie. ~ Czyżby wilczyca miała gościa?~ Zastanawiała się piaskowa. Przed wejściem do jaskini postanowiła zawołać jej właścicielkę, aby nie doszło do niekomfortowej sytuacji.
– Nabi? Hej, tu Shanar. Nie przeszkadzam? – Spytała i chwilę czekała na odpowiedź, aż z pogrążonego mrokiem korytarza wyłoniła się kremowa sylwetka.
– Witaj. Co cię do mnie sprowadza. – Spytała. Pawona nie wiedziała, jak wilcza siostra to robi, ale swoje oczy miała skierowane wprost w kryształowe patrzałki pisakowej. Potrzebowała krótkiej chwili, by dobrać słowa. Zmęczenie dawało o sobie znać, jednak nic oprócz przekrwionych oczu i nieco wolniejszych reakcji nie dawało o tym znać. Pawona wzięła wdech, po czym niechętnie przyznała, czego poszukiwała.
– Nie masz może zapasu melisy? Albo, czy mogłabyś mi zdradzić, gdzie ją znajdę? Jeszcze nie odnajduję się zbyt dobrze w okolicy. – Przyznała jak szczerej przyjaciółce. Kremowa wilczyca jednak pokręciła głową.
– Niestety, nie mam wystarczających zapasów w jaskini, ale Ereden mógłby Cię zaprowadzić w odpowiednie miejsce. – Oznajmiła ze spokojem niewidoma. Pawona zastrzygła uszami, słysząc nowe imię. – Eredenie? Spotkamy się następnym razem. Pomożesz naszej alchemik. – Oznajmiła, gdy tylko sylwetka basiora zaczęła wyłaniać się z jaskini. Pawona zwróciła swój wzrok w kierunku zdecydowanie wyższego od niej basiora. Przedstawiciel płci przeciwnej miał niemalże śnieżną sierść, zdobioną z rzadka czarnymi znaczeniami i waniliową „maską” na pysku. Jego świecące oczy zmierzyły Pawonę. Wilk musiał opuścić nieco pysk, by dokładnie jej się przyjrzeć, z kolei wadera musiał swój zadrzeć do góry.
– Dobrze – Mruknął do Nabi. Zapewne milczałby, gdyby nie fakt, iż wadera była niewidoma. Milczenie wilka było nawet Shanar na łapę, byle by dostała to, czego szukała. Po chwili przypatrywania się sobie i szufladkowania na różne sposoby nadszedł czas by wrócić do ważniejszych spraw.
– Możemy ruszać? – Spytała prosto z mostu piaskowa, gdyż Nabi opuściła dwójkę wcześniej. Czekała na ruch basiora, gdy ten przytaknął ruchem głowy i ruszył w tylko sobie znanym kierunku. Shanar dumnym, jak to ma w zwyczaju, krokiem ruszyła za nim. Para wilków szła przez zielony las. Zbliżało się lato, a sam obraz był piękny, mimo iż słońce praktycznie nie wyłaniało się zza chmur, czy też gałęzi. Pawona skrycie podziwiała i fascynowała się tutejszą przyrodą. Klimat umiarkowany jest dla niej czymś nowym i fascynującym. Chłodne pory roku nie przeszkadzały jej tak bardzo, gdy mogła podziwiać takie cuda natury. Wadera musiała jednak przyznać, że obawiała się zimy, o której tyle słyszała, a nie miała nigdy z nią odczynienia. Wilki szły w ciszy. Wadera pogrążona w swych myślach i fantazjach, które zapobiegały jej zaśnięciu na łapach, a młody basior z czujnie postawionymi uszami. Ereden nie oglądał się za siebie. Chciał mieć już to zadanie z głowy. Jakaż była jego ulga, gdy dotarli na miejsce.
– To tutaj – Oznajmił wilk, zatrzymując się przed niezbyt stromym zboczem boru, którego podłoże wyścielał dywan z melisy lekarskiej. Zamierzał odejść, jednak głos wadery zatrzymał jego działanie. Ereden spojrzał na Wilczycę, która skupiwszy swój wzrok na roślinach, zwracała się ewidentnie do niego.
– Mógłbyś mi pomóc? Potrzebuję większych zapasów, a szkoda iść taki kawał tylko po kilka gałązek. – Było to raczej stwierdzenie niżeli pytanie, jednak głos wilczy miał w sobie coś takiego, że basior bez sprzeciwu przytaknął ruchem pyska i dumnym, acz energicznym krokiem zabrał się do zbierania roślin. Piaskowa wadera, zadowolona z takowego przebiegu sytuacji, również ruszyła do pracy. Zanurzyła się niczym rekin, w morze ziela, tak że tylko głowa wystawała jej od czasu do czasu ponad busz. Wyćwiczonymi ruchami ogona, zebrała rosę z okolicznej roślinności i splotła z niej coś na kształt sieci, do której to wrzucała zerwane przez siebie gałązki z dorodnymi liśćmi. Gdy sieć się zapełniła i pyski wilków również, nasi bohaterowie udali się wolnym krokiem w kierunku jaskini wadery. Zbliżało się południe, a piaskowa wilczyca niezależnie od woli od czasu do czasu uginała się na łapach. Nie uniknęło to uwadze basiora, jednak ten, milczał, widząc, iż Shanar uparcie szła dalej.

< Na miejscu >
Po dotarciu do jaskini wilczycy, palenisko nadal lekko się tliło, uwalniając przyjemny żar, grzejący wnętrze. Dom wadery składał się z dwóch poziomów. Parteru, gdzie to znajdowało się palenisko nieopodal szczeliny (wentylacji), wyżłobiona kamienna misa, do której zbierała się deszczówka, kąt ze stołem oraz półkami, na których stały kryształowe naczynia, w większości wypełnione różnymi substancjami oraz coś, co miało przypominać i pełnić funkcję schodów. Parter wyposażony był w otwór przypominający okno (obok misy z wodą), przez który Pawona zaopatrywała się w deszczówkę oraz wejście. Oba otwory obrobione zostały w taki sposób, by można było je zasłonić grubymi skórami. Na piętrze z kolei dwie ściany wypełnione były różnymi zwojami spisanymi na skórach (w tym znaczna część na skórach aligatora) oraz ogromne posłanie leżące w centrum. Legowisko skonstruowane było ze sporej ilości, grubych i miękkich futer, głównie w białych, kremowych oraz piaskowych barwach. Uroku temu miejscu dodawały suszące się wiązki ziół oraz grzybów, a także coś na kształt niewielkiej norki, w której to poukrywane były różne pióra, zwierzęce nóżki, łuski i inne cudactwa. Gdzieniegdzie mrok jaskini rozświetlały fluorescencyjny mech lub porosty. Całość wkomponowana została w spory klif znajdujący się w lasku, dosłownie pięć minut od Jeziora Lac de Cristal. Dość daleko od jaskiń pozostałych członków watahy, jednak owo miejsce było specjalnie wyproszone u władz. Argument, który przemówił to wyjątkowe właściwości tutejszej wody, po którą trzeba by było pofatygować się przez większość terenów watahy.
Wadera odgarnęła łapą kotarę ze skory i wpuściła basiora do środka, po czym sama wkroczyła za nim. Sufit był dość wysoki, głównie przez wzgląd na bogactwo aromatów, które musiały się tu pomieścić. Pawona ruchem uszu wskazała Eredenowi schody prowadzące na piętro. Gdy ten nieco niechętnie poszedł w wyznaczonym kierunku, Shanar ugięły się łapy, sprawiając, że z cichym jękiem wylądowała w niezbyt zgrabnej pozycji leżącej. Wykończona pozwoliła sobie na chwilę odpoczynku. Wzięła kilka wdechów i wydechów po czym, wykrzesała z siebie resztki energii na dotarcie do miejsca docelowego. Nim zwróciła uwagę na poczynania basiora, odstawiła cały zapas melisy w kąt, a wodę wyprowadziła pod krzak na zewnątrz. Opadła jak długa, na swoje legowisko, po czym odwróciła pysk w stronę basiora.
– To pólka z powieściami – Wymruczała, a basiora przeszedł ledwo zauważalny dreszcz. Odwrócił się podenerwowany w stronę właścicielki tejże kolekcji.
– Wiem. Tylko się rozglądałem. – Powiedział zdecydowanie, choć wilczycy coś podpowiadało, że był podejrzany. Olała swoją intuicję, chcąc na chwilę zregenerować siły na tyle, by móc w znośny sposób podziękować wilkowi za pomoc. – Ładna kolekcja. – Przyznał po chwili basior. ~ Oczywiście. W końcu moja. ~ Pomyślała.
– Dziękuję. Może kiedyś pożyczę Ci jakiś łapopis. – Odpowiedziała po chwili. – To wszystko, możesz iść. Dziękuję za pomoc. – Nie czekała jednak na to, co zrobi wilk. Oczekiwała, iż był on na tyle ułożony, że się zmyje. Zasnęła, wykończona trzema dniami pracy. Ereden jednak nie opuścił jaskini piaskowej wilczycy. Stał i przez chwilę mierzył każdy jej centymetr wzrokiem, by po chwili podejść jeszcze raz do półek ze zwojami i zabrać jeden z nich. Wypalona była na nim obrazkiem małego jabłka z czaszką w środku. Ów piktogram wyraźnie zaciekawił młodzika. Był to zwój o Hippomane mancinella, jednak spisany został w ojczystym dialekcie Shanar, czego nie był jednak świadomy wilk. Ereden ostrożnie opuścił progi jaskini, po drodze przyglądając się kolekcji składników na parterze. Basior spacerkiem udał się, w sobie znanym kierunku, pozostawiając śpiąca alchemiczkę i jej dom, daleko w tyle.


<Eredenie?>

Jak Ci pójdzie odczytywanie „szyfru”? Myślisz, że Pawona zauważy brak, zwoju, czy pożyczenie go uszło Ci płazem? Nazwa rośliny nie jest napisana wprost. Ona również została zaszyfrowana ;3
Dla chętnych dodam, że oprócz różnicy języka używany jest też inny alfabet ;)

PS. (przerywniki i dopiska do słów „uszło Ci płazem?” mają łącznie 21 słów ;3)

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1903
Ilość zdobytych PD: 951 + 5% (47 PD) za długość powyżej 1000 słów.
Obecny stan: 998

środa, 4 maja 2022

Od Shani c.d. Ynerytha ~ Pogrzebać przeszłość

- Musimy rozpalić ogień. - odpowiedziała wadera, uzmysławiając sobie jednocześnie, że nigdy wcześniej tego nie robiła. Na jej pyszczku odmalowała się konsternacja, co nie umknęło uwadze Ynerytha.
- Robiłaś to kiedyś? - Zapytał.
- Nie. Masz może jakąś moc... - Szara nie zdążyła nawet do końca zadać pytania. - basior pokręcił przecząco głową.
- Hm. - zaczęła więc. - Mój ojciec mówił mi, że ogień można wykrzesać, pocierając ze sobą krzemień i inny kamień.
Posmutniała na ułamek sekundy, kiedy wspomnienia ze szczenięcych czasów zalały jej umysł. Ojciec, który wręcz stawał na głowie, by objaśnić Shani i jej rodzeństwu, jak działa świat. Matka, która nuciła pod nosem swe ulubione melodie, gdy z czułością pielęgnowała futro Shani... Rodzicielska miłość, kiedyś będąca oczywistą składowaną codzienności wadery, zniknęła bezpowrotnie za sprawą jednego kłamstwa. Wilczyca miała ochotę pogrążyć się w tych słodko-gorzkich wspomnieniach, jednak świadomość, że nie jest tu sama, wymusiła na niej szybki powrót do rzeczywistości.
Rzuciła szybkie spojrzenie na Ynerytha. Basior, jak się zdawało, nie zauważył jej chwilowej niedyspozycji, co przyniosło waderze ulgę.
Podniosła z ziemi losowe kamienie, nie mając przekonania, czy wybrała właściwy kruszec, podeszła do przygotowanego ogniska i zaczęła bez przekonania zderzać je ze sobą na różne sposoby. Pierwsza wykrzesana iskra przyniosła jej nadzieję, choć nie dała początku ogniowi. Druga już nieco ją sfrustrowała, natomiast trzecia, wykrzesana po długiej „walce”, rozbłysnęła jedynie na krótką chwilę w akompaniamencie głośnego przekleństwa.
- Może ja spróbuję? Chyba już widzę, o co w tym chodzi. - zaproponował Yneryth, który do tej pory w ciszy i z zaciekawieniem przyglądał się staraniom wadery.
- W porządku.
Wilczyca spojrzała na niebo. Minęło już sporo czasu, a ona nadal nic nie zjadła. Samo palenie ciała też z pewnością chwilę potrwa. Miała wrażenie, że jej żołądek za chwilę wywinie się na lewą stronę.
- Zostawię cię tutaj i znajdę dla nas coś do jedzenia. - zaproponowała, a gdy tylko uzyskała aprobatę ze strony basiora, zniknęła wśród drzew.

*
Łania zastrzegła nerwowo uszami, gdy żołądek Shani wydał z siebie przerażająco głośną serię gulgotów i jeszcze mniej atrakcyjnych dźwięków. Wadera wiedziała, że to jej jedyna okazja. Wybiła się mocno z ziemi, rzucając się w pogoń za swoją zdobyczą.
Po chwili udało jej się dosięgnąć ofiary. Ostre kły zatopiły się w twardej, żylastej kończynie, przecinając ścięgno albo i kilka. Słodki smak krwi pobudził waderę do dalszej pogoni, a łani z każdą chwilą ubywało sił. W końcu wilczyca sięgnęła szyi i zacisnęła szczęki na tchawicy, pozbawiając ofiarę życia.
Oddech wadery powoli uspokajał się, a zapach posoki budził w niej pierwotne wręcz żądze. Miała ochotę szarpać, rozrywać, połykać... Ale! Gdzie jej maniery. Co jak co, ale przyniesienie w ramach poczęstunku napoczętej, oblepionej piachem czerwonej masy raczej nie byłoby zgodne z zasadami savoir-vivre’u.
Droga powrotna okazała się prosta. Wadera nie musiała nawet specjalnie zwracać uwagi, by wracać własnym śladem, mogła bowiem podążać za słupem dymu zwiastującym sukces Ynerytha.
W końcu udało jej się dotrzeć tam, gdzie wcześniej zaprowadziła ją cała ta dziwna przygoda. Yneryth siedział wpatrzony w ogień, jednak uśmiechnął się na powitanie, gdy usłyszał kroki Shani.
- Jedz pierwszy. - zaproponowała. - Ja chyba nie mam ochoty.
Faktycznie, choć jej żołądek błagał wręcz o jedzenie, cała ta sytuacja wprowadziła ją w dość melancholijny nastrój. Czuła też pewien rodzaj obrzydzenia, gdy zapach palonego ciała, w makabryczny sposób podobny do zapachu pieczeni, pobudzał jej gruczoły ślinowe do intensywniejszej pracy.
Położyła się na ziemi, opierając głowę na łapach, tak, by patrzeć na stos. Ciało powoli zajmowało się płomieniami, a czerń zastępowała wcześniejsze szarości. Było jej szkoda starca. Choć nie znała nawet jego imienia, czuła się w jakiś sposób z nim związana. Nie było to jej pierwsze zetknięcie ze śmiercią, ale czy z nią można się kiedykolwiek w ogóle oswoić?
Spojrzała na chwilę w bok, na Ynerytha, który wyraźnie zmieszany, nie wiedział, czy powinien tknąć zwierzynę. Może on jest z tych, co to uważają, że dama powinna jeść pierwsza?
Nie zdążyła jednak wyjaśnić z nim tej sprawy, bo nagle jak gdyby znikąd zabrzmiał nowy, nieznany waderze głos.
- Co tu się wyrabia?

Yneryth? Któż to taki nakrył nas na paleniu ciała i jak mu się z tego wytłumaczymy? :D

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 646
Ilość zdobytych PD: 323
Obecny stan: 323