Newsy



:Aktualności
.Blog przechodzi obecnie renowację
.Już niebawem pojawią się nowości

:Pogoda
Obecna pora roku ~ Jesień
.Temperatura waha się między 10+ a 0- stopni Celcjusza
.Zmiana pory roku nastąpi 15.12.2022

Liczba wilków ~ 27
Wadery ~ 18 + 1 NPC
Basiory ~ 7 + 4 NPC
Szczeniaki ~ 1
Nieobecni: Brak

~Serdecznie zapraszamy♥~

wtorek, 11 października 2022

Od Naharys'a c.d Yneryth ~ "Pokłosie"

 Naharys zbudził się po chwili, a owym powodem był znajomy chichot i nieustanne szturchanie czyjejś łapy. Dyskretnie rozwarł lekko powiekę i poprzez mgłę zaspanego oka dostrzegł złośliwą minę Yneryth'a, który trącając go w ramię, powtarzał ciągle jedno zdanie. 
- Ej, Naharys, zbudź się! - powiedział przez śmiech Yneryth - Zrzygałeś się. 
- Zaraz ty się zrzygasz, jeśli szturchniesz mnie jeszcze raz! - burknął ponuro Naharys, podnosząc się z miejsca. 
- O, ty już nie śpisz?! - odparł Yn, udając zaskoczenie, niezbyt wprawnie chciałoby się dodać. Naharys niezbyt chętnie rozejrzał się po jaskini, łożu na którym leżał i wnękach wyżłobionych w skalistej ścianie, w których spoczywały kamienne i gliniane naczynia z lekami. Lecznica. Tak, mógł się tego spodziewać po nieznośnym zapachu leków i choroby, roztaczającej się w wilgotniejącym powietrzu. Kiedy chciał usiąść, ból w potylicy odezwał się nagle, tępo, ale na tyle znośnie, że Naharys powstrzymał się od skrzywienia. 
- Co ty tu w ogóle robisz, Yneryth? - zapytał bardziej z ciekawości - Nie powinieneś być na treningu? 
- Chciałem się pochwalić, że przez czas twojej nieprzytomności, jabłoń wyzdrowiała. To wszystko dzięki temu... gęstemu sokowi... 
Naharys pomasował sobie obolałe skronie, ziewnął głośno, drapiąc się leniwie po boku, ale ze zdziwieniem poczuł, że jego futro było czymś przemoczone. Uniósł łapę, powąchał dziwną wydzielinę, która okazała się być tym uzdrowiskowym sokiem ze starodawnego drzewa, który zdobył dla Yneryth'a. Jego konsystencja była tłusta i lepka, dlatego nie zdołała wyschnąć przez tak długi okres czasu, ale pytaniem było... jak się tym zdołał pobrudzić. Potem podejrzliwie zerknął na głupio uśmiechniętego basiora. 
- Długo byłem bez przytomności? - zapytał cicho Naharys, po prostu z czystej niechęci, oszczędził sobie głosu. 
- Noo, przeszło trzy dni. To dość długo. 
- Wspaniale - odparł, wstrząsając łapą, pozbyć się tego lepkiego świństwa, które na nieszczęście Yneryth'a pobrudziło jego futro na szyi. Oczywiście Naharys nie zauważył rzednącej powoli miny towarzysza, bowiem kiedy wstał, od razu ruszył ku odnodze lecznicy na przeciwko, gdzie przesiadywała Lonya, gdy dokonywała segregacji ziół pod względem jakościowym. Zerknąwszy zza rogu waderę, odchrząknął cicho, sygnalizując swoją obecność. Siostra uniosła głowę lekko zaskoczona. 
- Naharys, nie powinieneś leżeć? Twój organizm jest osłabiony. 
- Nic mnie tak nie osłabia, jak leżenie w tym miejscu - przyznał z uśmiechem basior - gdyby nie ty, moja łapa by tutaj nie powstała. 
- Nie wiem, czy mam to uznać za komplement - odparła złośliwie szczerząc zęby - ale chyba z tobą wszystko dobrze, skoro wróciły twoje szczeniackie żarty. A teraz słuchaj, mógłbyś coś dla mnie zrobić? 
- No wiesz, dla ciebie wszystko. 
- Zaniósłbyś te zioła do Nabi? Te lepsze, a te gorsze spal. Żaden z nich pożytek, tylko robią zamęt w magazynie. 
Naharys bez dalszych słów chwycił za wiklinowy koszyk wypełniony po same jego brzegi roślinami - po jednej stronie plątała się świeża lawenda, przemieszana z nagiętkiem i czarnym bzem, a po drugiej smętnie leżały wysuszone, stare i bezużyteczne rośliny, których Naharys nie był w stanie rozpoznać. 
Kiedy jego biała masywna sylwetka wyłoniła się z mroku przedsionka, Yneryth'a już nie było w lecznicy - pewnie pobiegł pod tę swoją jabłoń, aby sprawdzić, czy wszystko z nią w porządku. Naharys westchnął tylko pod nosem, ruszył w drogę przez młody lasek, którego ścieżka doprowadziła go do jaskini watahowej botaniczki. Nabi, jak zwykle krzątała się tu i tam, z nosem uniesionym wysoko, jakby próbowała dotknąć nim snującego się w powietrzu balona, napompowanego helem. 
 Później swą podróż zakończył przy wejściu na poligon - pustym trzeba by dodać, bowiem tam biały wilk nie napotkał ani jednej żywej duszy. W sumie, czemu się miał dziwić - pomyślał, kiedy zadarł głowę do góry. Słońce snuło się już ku zachodowi, oznajmiając że już nadeszło późne popołudnie. Cóż, trening na rozruszanie mięśni o tej porze jeszcze nikomu nie zaszkodził. 

***
(
Czasy obecne)
Drzewa już nabierały ciepłych kolorytów, odkąd nastała pora jesieni - Cynmseis, jak się mawia w jego stronach, a oznaczało to porą płomiennych drzew. Oczywiście, Naharys'owi nic do tego, jak miewała się jabłoń Yneryth'a, ale z wrodzonej ciekawości, biały wilk odwiedził go pewnego jesiennego poranka. Niebo zasnuły bure chmury - podejrzewać można, że niebawem spadnie sporadyczny deszcz. Drzewo, aż miło popatrzeć, wydało na świat soczyste owoce, ale Yneryth'a nie było w pobliżu niego, więc pomyślał sobie, że poczeka na niego... W końcu, na chwilę obecną nie miał nic ciekawego do roboty. 
<Yneryth?>

PODSUMOWANIE: 
Ilość napisanych słów: 685
Ilość PD: 342 PD 
Obecny stan: 4971 PD

Od Belief c.d Eowiny ~ Kiepsko to wygląda [cz5]

- Wolałabym pójść do Twojej jaskini, jeśli nie masz nic przeciwko. Coś czuję, że u medyków stadnych mi się oberwie. - położyła uszy po sobie i westchnęła. - wiesz, nie chcę podpaść na początku. Zapewne coś niecoś o tym już wiesz. - posłała jej uśmiech, po czym wypiła miksturę, która miała uśmierzyć jej ból. Kiedy wypiła, syknęła jeszcze kilka razy z bólu, zmieniając nieco pozycję. Ziewnęła przeciągle. Mimo że już żołądek był pełen, to wciąż jeszcze nie odzyskała sił.
- Sama nie wiem, jakim prawem jeszcze żyję. - zaśmiała się nieco ironicznie. - to, co przeżyłam tamtej nocy, było takie.... niewyobrażalne.
- Co takiego się wydarzyło? - Eowina usiadła zaciekawiona życiem białej.
- Poznałam wilka z watahy, późnym wieczorem w lesie, bo zastał mnie na drzemce, usłyszeliśmy hałas, a potem jakby wycie łosia. Poszliśmy to sprawdzić. Długo szukaliśmy, aż w końcu znaleźliśmy ciało łosia rozszarpane bez najmniejszego problemu i ślady wleczenia przez spory odcinek. To był Bies, to bydle jest naprawdę niebezpieczne. - spojrzała na swoją ranę. - Drasnął mnie dość mocno, nie sądziłam, że aż tak długo będę z tego się wygrzebywać. - położyła uszy po sobie i zerknęła na szarą. - Zabiliśmy go i chyba to jest najważniejsze.
Eo wysłuchała uważnie wypowiedzi Belief, na temat przyczyny jej obecnego stanu, kiwając co jakiś czas łbem na znak, że rozumie co biała do niej mówi. Wyglądała na zainteresowaną tematem, choć znaki zainteresowania nie były wymowne.
- Dla mnie nie było to dość mądre walczyć z taką istotą we dwójkę. - Wypowiedziała to tak spokojnie, jakby mówiła o pogodzie.
Nie pozwoliła jednak wypowiedzieć się białej i mówiła dalej. - Jednak cieszy mnie, że nic wam nie jest. - Choć wilczyca starała się ukryć, że brak swobody przy wypowiedzianych słowach, to i tak zdradził ją zachwiany głos. - A jeszcze głupsze było odwlekanie pójście do medyka. - Pouczyła ją jak niesforne szczenię, na co Belief skarciła ją w myślach. To było ostatnie, o czym chciała słyszeć w tej chwili, zwłaszcza że zwróciła się do niej, by nie usłyszeć tego od innego medyka. Eowina spytała po chwili.
- A twój kolega, gdzieś tutaj jest? Potrzebuje pomocy? - Zaczęła się rozglądać za ewentualnym, kolejnym pacjentem mając nadzieję, że nie jest w gorszym stanie niż Belief.
- Nie. Tylko ja oberwałam. On walczył dzielnie i poza kilkoma zadrapaniami, wyszedł z tego o niebo lepiej niż ja. Ma się dobrze. - posłała jej delikatny uśmiech, przypominając sobie jednocześnie o basiorze. Zastanawiała sie, co też teraz on porabia, jednak szybko ta myśl rozpierzchła się, gdyż poczuła niesamowitą ulgę w pieczącym bólu, jaki nie dawał jej od jakiegoś czasu spokoju. Z zadowoleniem odwróciła się od rozmówczyni, by spojrzeć i nachylić się nad raną. Eowina uważnie ją obserwowała, kiedy biała napięła mięśnie, by zbliżyć pysk do bolącego miejsca. Obwąchała starannie, po czym spojrzała na szarą z delikatnym uśmiechem.
- Chyba możemy już ruszać. - po tych słowach czarnoucha wadera napięła ponownie mięśnie i podpierając się na przednich łapach, zaczęła mozolnie się podnosić. Wcześniej robiła tak samo, tylko o wiele wolniej. Teraz robiła to podobnie z tą różnicą, że nie bolało, ale mimo to nie chciała niczego naciągnąć. Kiedy już stała na czterech łapach, odwróciła się jeszcze za siebie, by spojrzeć na swoją grotę, niewidoczną dla nikogo, kto w niej wcześniej nie był, po czym spojrzała na Eowinę. - Prowadź.
Ta tylko kiwnęła łbem i spojrzała z konsternacją, obmyślając plan jakby teraz przetransportować Belief do groty medyków. Po chwili wpadła na pewien pomysł. Najpierw oblała wodą ranę wilczycy i lekko ją przymroziła, powodując lekkie odrętwienie nogi.
- Na drogę powinno wystarczyć. - Powiedziała bardziej do siebie niż do Belief. - Nie będziesz przez drogę czuła bólu, ale coś za coś i nogi też nie. - po czym podeszła do niej i pomagając jej utrzymać równowagę, ruszyła w drogę. Szła tak wolno, by Belief mogła nadążyć i by w razie czego, gdy się zachwieje ją przytrzymać. Eowina nie da rady jej ponieść sama. Co jakiś czas robiły przerwy, by biała mogła odpocząć. Podczas jednej z takich przerw, Bel zebrało się na ciepłe słowa i zaczęła niepewnie.
- Wiesz Eowino? Nie znam Cię aż tak dobrze, nie wiem co nas łączy, a co nas dzieli tak naprawdę, ale chcę, abyś wiedziała, że jakimś trafem, czuję do Ciebie zaufanie. - Przekręciła łbem, jakby sama nie wierzyła, w to, co mówi, ale tak właśnie powiedziała i nie żałowała swoich słów. - Nie mam pojęcia skąd to uczucie, ale wydaje mi się, że jeszcze nie jedna przygoda przed nami. - zaśmiała się cicho i jednocześnie pokrzepiająco, gdyż na pysku Eo malowało się zakłopotanie. Zapewne szara chciała jak najszybciej zakończyć leczenie i mieć "z głowy" Bel, a ta jeszcze gada do niej takie rzeczy, prosto z mosto i bez ogłady. Te miłą chwilę jednak przerwał im szmer nieopodal. Biała natychmiast uchwyciła ten szelest i spojrzała w owym kierunku. Drygnęła lekko i schyliła głowę, szepcząc do szarej.
- Chyba któryś z członków watahy przechadza się nieopodal. Chodźmy szybciej. - wyszeptała, tak cicho, jak tylko mogła, niemal wprost w ucho szarej, po czym ruszyły bez wahania na przód. Szły już do końca w całkowitym milczeniu, co jakiś czas tylko wzdychając cicho, gdy Bel czuła lekki ból.
Kiedy w końcu dotarły do jaskini Eowiny i weszły do środka, Belief natychmiast znalazła sobie miejsce, które jej zdaniem zostało przygotowane dla potencjalnych pacjentów, po czym obwąchała go, sprawdzając, czy ktoś przed nią grzał to miejsce. Zaraz po tym, starannie umościła się w nim i położyła się na boku, tak by ranna noga była całkowicie dostępna dla medyczki. W następnej kolejności powiodła wzrokiem po grocie, zwracając uwagę na gdzieniegdzie porozrzucane zioła, które Belief doskonale znała, ale były też takie, których nie wiedziałaby jak użyć. W końcu Belief była zaledwie sanitariuszką i posługiwała się jedynie podstawami medycyny, a przecież leczenie to o wiele bardziej zawiła sprawa.
- Muszę przyznać, że całkiem ładnie się urządziłaś. - zagaiła z uśmiechem, mając ciągle w głowie obraz swojej norki. - Musisz kiedyś wpaść do mnie. Mam może trochę ciasno, ale ciągle pracuję i kopię, by ją nieco poszerzyć. Goście są ostatnio w moim życiu w cenie. Szara wilczyca odpowiedziała jej uśmiechem.
- No więc czas, bym zajęła się Tobą na poważnie. - Odwróciła się jeszcze od białej, by pogrzebać w stercie swoich ziół, mamrocząc coś cicho pod nosem. Belief grzecznie czekała, delikatnie poruszając końcówką czarnego ogona. Prawdopodobnie był to efekt lekkiego poddenerwowania. Ufała szarej, ale czy na pewno powinna? Taka myśl jej teraz krążyła po głowie. Położyła niedbale łeb na łapach, czekając na to, co Eowina dla niej szykowała.

Eowina?

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1040
Ilość zdobytych PD: 520 PD + 10% (52 PD) za długość powyżej 1000 słów
Obecny stan: 2561 PD

poniedziałek, 10 października 2022

Od Naharys'a c.d Belief [cz.10] ~ Pozbawieni snu

 Po tym, jak wadera odeszła za jego polecenie, począł dokładniej przyglądać się rozmytym kształtom, przemykającym między drzewami Haute Forêt. Kiedy jeszcze mieszkał w rodzinnej watasze, wilki miewały - nader dość częste - problemy z istotami, które nam, ludziom, trudno było sobie je wyobrazić, lecz nawet Naharys nie widział czegoś podobnego. Czegoś, co na sam widok, ciarki przeszywały na wskroś. Mimo tego, chciał przyjrzeć się tym istotom z bliska, bowiem miał w zamiarach poobserwować je trochę, wybadać ich słabe punkty, oraz czy stanowią poważne zagrożenie dla istnienia tej watahy. Rene, gdyby tu stała, pewnie kazałaby mu czekać na nadejście posiłków, lecz instynkt podpowiadał mu kompletnie co innego. Lewa, potem prawa i tak łapy niosły go powoli, ku cieniu rzucanym przez drzewa owego lasu - starał się nie wychylać poza obręb wysokiej trawy, aczkolwiek świerzbiło go, aby podbiec bliżej. Na wyprostowanych kończynach. Byłby jednak skończonym głupcem, gdyby tak uczynił... bez dwóch zdań, istoty przyuważyłyby go. Zwlekać też nie zamierzał, bowiem któż mógł wiedzieć, jakie plany wobec tej krainy miały te stwory?
~ To już nawet najwięksi rozkminiacze tego świata nie wiedzieli. 

Zanim jednak zdążył pokonać, choć pół drogi do granicy lasu, spostrzegł dziwną, humanoidalną postać, niosącą się po łące, niczym liść, bezwiednie ciągnięty przez wiatr. Mieniła się barwami czerni, wyglądała, jakby całe jej ciało okrywał przewiewny, delikatny aksamit utkany z mroku. 
I to do niej poczęły się gromadzić rozmyte kształty, które w blasku rozgrzanego słońca, przybierały wilcze formy - w jej obecności nie bały się złotych promieni, ich ciepło nie robiło na nich najmniejszego wrażenia. Z chwili na chwilę, mroczne istoty tłumnie gromadziły się wokół, z uniesionymi wysoko pustymi oczodołami, przyglądały się humanoidowi, jakby wyczekując rozkazów. Ich czarne czaszki w blasku słońca mieniły się srebrzyście, niczym dobrze oszlifowany obsydian. 
~ Chyba powinienem wrócić - mruknął w myślał Naharys. Już miał odwrócić się w drugą stronę, ku swej poprzedniej pozycji, gdy jego uszy posłyszały głośny skowyt. 
Od zachodniej strony Haute Forêt zaczęła nadciągać kolejna fala - czarna, bezmyślnie pędząca w jego stronę horda stworów, skutecznie uniemożliwiła ucieczkę, a jednocześnie spychała go w stronę tej humanoidalnej poczwary. W tej sytuacji już nie wiedział sam, jak potoczy się jego los, który postawił go przed tak patową okolicznością. Mknąca bestia wyskoczyła z zarośli, potknęła się o wystający bark Naharys'a, po czym wyrżnęła szczęką o twardą ziemię. Z szeroko rozwartymi oczami obserwował, jak twór unosi nagle łeb, warczy przeciągle błyszcząc długimi, obsydianowymi zębiskami. Nie czekając na dalszy rozwój wydarzeń, poczęstował potwora sporą dawką ognia, który o dziwo strawił go, jak sok żołądkowy dobre żarcie. Oczywiście szczęście dopisało tym razem Naharys'owi, bowiem reszta stworów, nawet bez kłapnięcia pyskiem, nie zareagowała na śmierć jednego z nich, tylko mknęły przed siebie - co świadczy o tym, że nie mają własnej woli, jedynie działają w imię innych priorytetów, a jednym z nich była ta istota. Gromadziły się wokół niej, jak pszczoły sławiące swą monarchinię, gotowe ją słuchać, pielęgnować i dbać o bezpieczeństwo - właśnie takie skojarzenie miał biały wilk, gdy przyglądał się temu wszystkiemu. 
Wykorzystawszy chwilę nieuwagi bestii, począł szybko skradać się w stronę swej poprzedniej pozycji, skąd odprawił Belief z wiadomością do Alfy.
- Na litość wszystkich wilków na świecie, Naharysie! - szepnął czyiś głos za jego plecami. Naharys, na odzew swego imienia, wykręcił głowę w stronę białego basiora w towarzystwie trzech wilków. Itachi'ego, Lawrenca i Belief - a jednak wykonała zadanie! Powitał ich uśmiechem, ruchem lewego ucha polecił im przyjąć pozycję obok siebie. - Co się tutaj stało? Gdyby nie Belief, nie chcę wiedzieć. jak byś tutaj skończył. 
Stali tak i dopiero wtedy zorientował się, jak bardzo dyszał - cholera, przez napięcie, jakie dopadło go na polu wysokiej trawy, w ogóle jego stan nie zrobił na nim wrażenia, bowiem kierował się jednym celem - znaleźć się w bezpiecznym miejscu. 
- Dobrze, że jesteś cały. - Wyszeptała Belief, nie kryjąc zmartwienia. Naharys obdarował ją ciepłym spojrzeniem - byłaby z niej dobra posłanka, pomyślał ochoczo. Miał ochotę jej pogratulować i podziękować, lecz to nie czas na czułości.  - Pędziłam ile sił w łapach, a teraz powiedz, proszę, co się działo w tym czasie? No i co teraz będziemy robić?
Pozostałe wilki przyglądały się mu, w oczekiwaniu na jego słowa. Początkowo Naharys po krótce opowiedział im, czego doświadczył, w czasie, gdy oni biegli z odsieczą - w trakcie jego opowieści, pozostali słuchali go w ciszy, a wraz z jej ciągiem, ich oczy rozszerzały się z sekundy na sekundę. 
- Więc, co proponujesz, dowódco? - zapytał Hinata. 
- Proponuję odwrót, jest nas zdecydowanie za mało na całą hordę. Musimy zgromadzić więcej sił! Za mało nas, aby ich otoczyć, zdecydowanie też nasze siły są zbyt słabe na frontalny atak, albo na zajście od flanki z którejkolwiek strony. Słyszycie? Odwrót! 
- To czemu kazałeś nas zawezwać? - zapytał zdziwiony Itachi. 
- Bo wcześniej nie byłem świadom ich prawdziwej liczebności! - wyjaśnił Naharys - Spójrz na tę hordę, nie mamy z nimi szans! Musimy ostrzec Alfę, ruchy! 
I z tymi słowy wilki zerwały się z miejsc, sprintem mknąc przez łąkę bogatą we wrzosy, które sięgały im do brzuchów. Kiedy Naharys zrównał się w biegu z Belief, rzekł nad wyraz wdzięcznie. 
- Świetnie się spisałaś. 
- Dziękuję - odparła, odwracając lekko głowę, zapewne w celu ukrycia rumieńców.
- Teraz musimy opowiedzieć Alfie o wszystkim, co widzieliśmy. Ze szczegółami i nie możemy o niczym zapomnieć.  

<Belief?>

PODSUMOWANIE: 
Ilość napisanych słów: 847
Ilość zdobytych PD: 423 
Obecny stan: 4629 PD 

Od Visali c.d Shori ~ "Fale"

– Chodźmy, powinnyśmy zdążyć przed popołudniowymi zadaniami – powiedziała Shori. Visala miała wątpliwości, czy to naprawdę najlepszy pomysł. Pomimo tego skinęła głową w stronę nowo poznanej wadery o wiele pewniej, niż się czuła. Ruszyły dosyć pospiesznym tempem. Na szczęście Shori nie odezwała się więcej, najwyraźniej wyczuwając małomówność Visali (albo być może sama była niezbyt rozmownym typem). Dało to Vis aż nadto czasu na introspekcję. Czuła, że drży trochę z niepokoju, a w pysku wyschło jej, jakby nie piła od tygodnia. Zaledwie kilka miesięcy temu opuściła swoją rodzinną sforę, żeby oszczędzić im niepokoju i zapewnić bezpieczeństwo przed katastrofą naturalną, jaką była ona sama. A teraz co? Miała tak po prostu dołączyć do nowej watahy jak gdyby nigdy nic? Z pewnością tutejsze wilki równie szybko zorientują się, że jest zagrożeniem? Z drugiej jednak strony, jakie inne opcje miała w tej sytuacji? Mogła jedynie spróbować uciec tam skąd przyszła, ryzykując ponowne spotkanie z basiorami z wcześniej. Zresztą musiała przyznać, że zmęczenie przeszywało ja do kości – potrzebowała schronienia, a wataha gwarantowała bezpieczeństwo. Jednocześnie w pamięci miała spokój i ulgę, które ogarnęły ją nad jeziorem zaledwie kilka chwil wcześniej. Być może to nie był aż taki zły pomysł. Spróbuje powstrzymać swój “dar” jak najdłużej, a później po prostu odejdzie, kiedy nie będzie to już możliwe. “Może sytuacja wcale nie jest taka tragiczna” – pocieszała się w myślach.
Zwracając nieco baczniejszą uwagę na swoje otoczenie, Visala dostrzegła, że zbliżają się ponownie do lasu. Mieszanina zapachów innych wilków stawała się coraz bardziej wyczuwalna, a w pewnej odległości słychać było szum wody. Zapewne z małego wodospadu lub płytkiego strumienia. Spojrzała na swoją towarzyszkę, ta jednak wyraźnie skupiała się na swoim zadaniu, gdyż była niemal całkowicie od niej odwrócona. Visala była prawie pewna, że między drzewami mignęła jej jakaś szaro-niebieska wadera. W końcu obydwie wilczyce zatrzymały się przed masywną formacją skalną, najwyraźniej jaskinią Alfy. Vis poczuła, jak niepokój bulgocze jej w żołądku, kiedy Shori skinęła zachęcająco głowa w stronę wejścia. Biorąc głęboki oddech, Visala weszła do środka. Powitał ją widok raczej przyjemnej jamy oraz wadery o futrze jedynie trochę jaśniejszym od jej własnego. Alfa spojrzała na nią wyczekująco, chociaż wyraz jej pyska wydawał się przyjazny. Zanim jednak miała szansę coś powiedzieć, Visala odchrząknęła dwukrotnie i chichocząc nerwowo, zaczęła mówić:
– Ja, hm, eee... Shori? To znaczy tak, Shori mnie tutaj, emm, przy-p-prowadziła. Do Alfy, to znaczy to cie-ciebie. Oczywiście do ciebie, ha ha. Bo prze-prze-przekroczyłam granice. Niespecjalnie o-oczywiście! P-p-po prostu biegłam i nagle by-byłam tutaj, i zobaczyłam to jezioro, i później zobaczyłam Shori i... – Visala mówiła coraz szybciej i szybciej, aż w końcu zamilkła, łapiąc oddech. Stojąca przed nią Alfa uniosła brew, wyglądając na raczej rozbawioną.
– I jak masz na imię? – odezwała się po raz pierwszy. Mimochodem Visala zauważyła, że jej głos był naprawdę przyjemny, prawie melodyjny. Przestąpiła nerwowo z łapy na łapę.
– Vi-visala. Visala z rodu Lukerrid, hm, pani Alfo proszę pani.
– Renesmee w zupełności wystarczy. – Uśmiechnęła się. Visala czuła bulgoczące w niej zakłopotanie. Postanawiając się wreszcie zamknąć, wbiła wzrok w niezwykle interesujący zielonkawy kamień leżący tuż obok jej łapy. Widząc to, Renesmee w końcu przerwała niezręczną ciszę: – A więc co cię tu sprowadza Visalo?
– Ja... To znaczy, jakby szukam schronie-enia. Tak myślę? To znaczy, nie musisz mnie tu wcale witać czy coś, mo-mogę sobie pójść!
– Hmm. W czym jesteś szczególnie dobra w takim razie?
To pytanie Visala mogła całkowicie zrozumieć – zresztą ona sama nie miała nic przeciwko byciu przydatną dla lokalnej społeczności, skoro już chciała skorzystać z ich gościnności. Nie zmieniało to jednak faktu, że w jej mózgu pojawiła się pustka. Nic, cisza, biały szum, zero. Odlegle pomyślała, że nikt wcześniej jej o to nie zapytał. Nikt nigdy nie musiał pytać. Czując presję narastającego milczenia, odezwała się:
– Ja, hm, ekhem, to znaczy, eee... Medycyna? Tak myślę. To znaczy, nie jestem jakaś wybitna
czy, hm, czy coś, ale szkoliłam się w domu i...
– W takim razie, może spróbujesz swoich sił jako sanitariusz – Renesmee przerwała jej, zanim zdążyła na dobre się rozkręcić w swojej chaotycznej paplaninie. – Kiedy już się zadomowisz, to znaczy. Poznasz kilka innych wilków, znajdziesz suche miejsce do spania.
Wtedy możesz się zgłosić do Belief, ona cię odpowiednio pokieruje.
– Och! Ja, hm, dziękuję. To b-bardzo uprzejme z twojej s-s-strony!
Renesmee uśmiechnęła się miło, co Visala entuzjastycznie odwzajemniła.
– Witamy w Watasze Renaissance.
Visala nigdy nie sądziła, że zostanie tak ciepło przyjęta. “Ale jak zawsze pozytywne nastawienie to podstawa” – pomyślała zadowolona. Następnie reflektując się, że niepotrzebnie przedłuża rozmowę, szybko odezwała się:
– Myślę, że cz-cz-czas już na mnie, ekhem. Jeszcze raz, hm, dziękuję. – Po czym pospiesznie wycofała się na zewnątrz. Była prawie pewna, że za sobą usłyszała serdeczny śmiech. Zmrużyła nieco oczy na oślepiające słońce na zewnątrz jaskini.
— Hej Visalo, jak poszło? — odezwała się Shori. Visala spojrzała na nią zaskoczona, że wciąż tam jest. Szczerze spodziewała się, że Shori ruszy dalej bez chwili zawahania po wykonaniu swojego obowiązku, zostawiając ją samą sobie. Vis musiała przyznać, że było to przyjemne, choć obce uczucie. Uśmiechając się, odpowiedziała:
– Renesmee powiedziała, hm, że mogę się tu zatrzymać. I że mogę zbadać okolicę.
– W takim razie cieszę się, że zostajesz z nami. – Po czym z wahaniem dodała: – Niestety muszę już lecieć. Patrol, sama rozumiesz.
– Och, jasne, hm, pewnie, rozumiem. To ja może już, hm, pójd… – pospiesznie wydukała
Visala.
– Mogłabyś iść ze mną! Pokażę ci trochę terenów w drodze, a później rozejrzysz się sama –
przerwała jej Shori.
– O. Ja, hm, tak, pewnie. – Nieśmiały uśmiech wpełzł na jej pysk. To byłoby naprawdę miły gest ze strony nowo poznanej wadery. – W takim razie, hm, prowadź. Shori rozpromieniła się i wskazując łbem w kierunku południa, ruszyła umiarkowanym krokiem.
– Chodź, pokażę ci trochę wybrzeża. – Po chwili wahania dodała: – Miałaś morze w swoich rodzinnych stronach?
– Je, eee, nie, nie bardzo. To znaczy, mieszkaliśmy głównie w górach, więc hm, dużo, dużo
drzew i bardzo mało wody. Poza strumykami to znaczy. – Visala zaśmiała się nerwowo.
Shori jedynie skinęła twierdząco, przyspieszając nieco tempo. Między waderami zapadła niezręczna cisza, przerywana jedynie trzaskiem gałęzi, kiedy przedzierały się przez gęstsze krzewy. Visala przestąpiła niespokojnie, łamiąc sobie głowę w poszukiwaniu tematu do rozmowy. Jej myśli wydawały się jednak kręcić w koło, bez żadnego ładu i składu, z jedynym spójnym pytaniem “Co powiedzieć dalej?” na czele. Kątem oka mogła dostrzec, że druga wilczyca również czuje się raczej niewygodnie w tej sytuacji. Desperacko rozejrzała
się dookoła, szukając jakiejkolwiek inspiracji, a znajdując jedynie trochę zielonych liści, pożółkłych igieł i ładne, ale niezbyt pomocne jezioro. A może…
– Jaki jest twój ulu… – odezwała się Visala, w tym samym momencie, w którym Shori
zaczęła mówić:
– Więc właśnie mija…
Obydwie zamilkły, uśmiechając się do siebie niezręcznie.
– Mo-hm-może ty pierwsza – wypaliła Vis.
– O, chciałam tylko powiedzieć, że mijamy Lac doré. Nie robi teraz wrażenia, ale jeśli wrócisz o zachodzie słońca, możesz być zaskoczona. Więc… o co chciałaś zapytać? Wzrok Visali powędrował niespokojnie w bok, uświadomiwszy sobie, jak głupie było wymyślone przez nią naprędce pytanie. Czując się niezwykle kretyńsko, że nawet wypowiada je na głos, wydukała zarumieniona:
– Ja, hm, to znaczy, jaki jest twój, eee, ulubiony kolor?

Shori?

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1166
Ilość zdobytych PD: 583 + 5% (29 PD)
Obecny stan: 612

niedziela, 9 października 2022

Od Atrehu c.d Shori ~ Nowy dom | Trening czyni mistrza

Z rozdziawionym pyskiem i szeroko otwartymi oczyma, wpatrywałem się w miejsce uderzenia. Ciało rozpierała duma, puls mi przyśpieszył. Uśmiechnąłem się szeroko, machając ogonem jak wariat. To było właśnie to, czego się po niej spodziewałem. Moja podopieczna jest niezwykle utalentowaną waderą. Wierzę, że kiedyś będzie równie potężna, co mądra. W tak młodym wieku zapanowała nad swoją zdolność. Nawet jeśli to dopiero początek. Wszakże nie znamy wszystkich jej możliwości, lecz na była dobrej drodze. Byłem pewien, iż kiedyś prześcignie siłą również i mnie.
- Niesamowite! - błyskawicznie znalazłem się przy niej, składając całusa na czubku jej głowy. Objąłem ją wujowskim uściskiem, tarmosząc nieco jej grzywkę. - Spisałaś się na medal, jestem z ciebie dumny! - Wadera stanęła pewnie, z wysoko podniesionym łbem. Zaśmiała się perliście, po czym na nowo przywołała świecącą kulkę. Ta, bezzwłocznie pognała w jej kierunku, po czym zaczęła krążyć wokół nas. No, wokół niej, ale, jako że stałem tuż obok, to również i mnie.
- Nazwałam ją kometa. - Shori przysiadła, ogonem opatulając przednie łapy. Ja w tym czasie przyjrzałem się temu czemuś i natychmiast pojąłem, skąd pomysł na imię.
- Kometa, powiadasz? Podoba mi się. Pasuje. - uśmiechnąłem się zaś, odsuwając się na bezpieczną odległość. - Skoro tak dobrze idzie Ci panowanie nad nią, czas najwyższy wypróbować jej możliwości w boju.
- Ale... - Shori chciała coś powiedzieć, lecz zamilkła, przypatrując mi się badawczo. - A co jeśli zrobię Ci krzywdę?
- Nie zrobisz.
- Skąd ta pewność? - nadal nie wydawała się przekonana. Jej strach widać było w źrenicach. Próbowała go ukryć, spuszczając łeb w dół. Westchnąłem ciężko. Jakby jej to wytłumaczyć? Jak podnieść na duchu i przekonać, że nie ma się o co martwić. Wiedziałem, że jeśli coś pójdzie nie tak, może zrobić się gorąco. Nie znałem możliwości Shori, lecz coś mi szeptało, by zaufać instynktowi. Pozwolić jej działać. Jeśli będzie się hamować, jej moc wyrwie się spod kontroli i tym samym, może komuś zagrozić.
- Kochanie, spójrz mi w oczy. - wykonała prośbę. Podniosła głowę, a nasze spojrzenia się spotkały. - Wierzę w Ciebie i Twoje możliwości. Potrafisz nad tym panować. Musisz zaufać sobie i słuchać swego serca. Nie myśl, pozwól sobie czuć. Niech moc przez ciebie przepłynie, niech obejmie twe ciało. Gdy będzie blisko krawędzi, natychmiast to wyczujesz. Postaw granice.
- Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić.
- Skąd możesz to wiedzieć, jeśli nawet nie spróbowałaś? - coś chyba w niej drgnęło. Oczy stały się stalowe. Ogień na chwilę zgasł, lecz już po chwili płonął żywym żarem. Wadera podniosła się, wyprostowała grzbiet.
- Dobra, ale gdyby co, nie przychodź do mnie z płaczem.
- Bez obaw, w razie czego dam Ci chusteczkę. - oboje wybuchliśmy krótkim śmiechem, nim z szerokim uśmiechem, przystąpiliśmy do walki. Przyjąłem pozycję bojową. Moc niczym uśpiony wulkan, natychmiast zaczęła drgać. Skupiłem się na waderze, dokładnie obserwując jej poczynania. Nie zapomniałem także mieć na oku Komety. To ona stanowiła największe zagrożenie. Hmm... jakby tak o tym pomyśleć, Shori idealnie nadaje się do walki długodystansowej. Nie wiem co prawda, jakby poszło jej w zwarciu. Można to w sumie przećwiczyć później.
- Pilnuj siedzenia! - jak na komendę, wystrzeliłem w bok, z trudem unikając świecącej kulki. Pojawiła się tuż za mną znienacka. Minęła mnie ledwo o cal. Otrząsnąłem się, zdając sobie sprawę, jaką gapę zrobiłem. Miałem uczyć, a nie odfruwać myślami. Warknąłem w myślach, rozglądając się na boki. Komety nigdzie nie było. Musiałem przyznać, iż ciężko nadążyć za czymś tak małym i szybkim. Jedyną opcją wydawało się użycie przestrzeni. W ostatnim czasie bardzo ją wzmocniłem. Skupiłem się na otoczeniu, a w umyśle dostrzegłem niebieski pentagram, monitorujący wszystko i wszystkich. W jego okręgu pojawiły się świecące istoty, w tym także i Shori. Wyciszyłem wszystko, co znajdowało się dalej. Błysk przeciął powietrze. Sprawnie uchybiłem się przed atakiem. Niczym w tańcu, wykonywałem koleje uniki. Kometa widać była szybka, lecz zwinnością przeważałem ja. Potrzebuje znacznie mniej czasu, by zmienić kierunek. Zatrzymałem się. Czekając, aż się zbliży. Gdy to się stało, teleportowałem się nad nią, a elektryczny puls, wydobył się z mojego ciała. Kometa rozpadła się w pył.
- O! - zerknąłem na Shori. Wydawała się zdziwiona.
- No, wygląda na to, że twoja broń nie jest odporna na błyskawicę. I ma kiepski refleks.
- Hmmm...
- Spróbujmy czegoś innego. - przysiadłem obok nie, wpatrując się w niebo.
- To znaczy?
- Kometa skupia się na twoich myślach, ale jestem ciekaw, czy może atakować również bezwiednie.
- To... twardy orzech do zgryzienia.
- Zgadzam się. - przytaknąłem, uśmiechając się do niej. - Dlatego poćwiczymy inaczej. Przywołaj kometę i każ jej wzlecieć w niebo. Musimy zobaczyć, jak dalece może się oddalić.
- Dobra. - Shori wzięła głęboki wdech, nim przywołała swoją moc. Zwiesiła się, wpatrując się w Kometę nieobecnym wzrokiem.
- Shori?

Shori? Co cię tak zastanowiło?

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 740
Ilość zdobytych PD:  370
Obecny stan: 370

Od Naharys'a c.d Sininen~ "Zapomniana melodia"

Jemu też nie był na rękę słuchać dokładnej opowieści o porwaniu. Wiedział, że dla Sini to wydarzenie było niemal nie do przeżycia - z tego też powodu chciał zaprotestować. Nie chciał, aby z powodu jakichś trzech obcych typków, podających się za braci jego jedynej miłości, Sini musiała rozdrapywać rany, które ledwo się zasklepiły, lecz nadal krwawiły przy najmniejszym dotknięciu. 

Jeszcze większej wściekłości dostał, kiedy Ci trzej poprosili... nie! Ton ich wskazywał, że nakazywał mu, aby wraz ze swoimi dziećmi, wyruszył z nimi do ich watahy. Obcej watahy, po której nie wiadomo, czego się spodziewać - w tej kwestii, Naharys wolał zachować nieufność. Jeśli ta wataha to zgraja żądnych krwi bandziorów, a Ci trzej podszywają się pod braci Piny, to nie zawaha się dokonać morderstwa, choćby w obronie Sininen, Shori i Ereden'a. Po tym, jak tych trzech opuściło ich jaskinię, Naharys rozluźnił się nieco, ale widząc załamaną Sininen - bardzo dobrze wiedział czym - zbliżył się do niej, otulił silnym ramieniem i przygarnął do siebie. Ereden wyglądał, jakby sam nie wiedział, co miał myśleć o tym zajściu, a Shori w zamyśleniu wpatrywała się w łapy swej przybranej najmłodszej siostry. Nie minęła jednak chwila, gdy cała trójka nagle wzięła pod wzrokowy ostrzał swego rodziciela, który, doprawdy sam nie wiedział, co myśleć o tym wszystkim. 
- Nie mamy pewności, czy Ci trzej mówią prawdę - powiedział po chwili Naharys, tonem pełnym podejrzeń i nieufności. Miał, co do tego pewien powód, gdyż rzadko kiedy się zdarza, że pewnego dnia spotykasz basiorów, podających się za braci twojej ukochanej. Oczywiście, Pina opowiadała mu kiedyś, że wychowywana była  przez starszych braci, co też świadczyło o tym jej zadzierżysty charakter. Dla niego, jak i swoich dzieci, była mimo wszystko, upersonifikowanym ciepłem, synonimem słodyczy i opiekuńczości. Uwielbiała tulić się w futro Naharys'a, rozpieszczać ich szczeniaki, aczkolwiek bywały dni, kiedy wcielał się w nią dowódca, który ustawiałby wszystkich do pionu. 
- Może pójdziemy do nich, na granicę, przyciśniemy ich, czego dokładnie chcą. Jeśli to tylko zawracanie głowy, damy sobie spokój - zaproponował Ereden, przekonująco kiwając głową w stronę ojca. - Jeśli jednak będzie to pułapka, rozwalimy ich na kawałki! 
- Hej, hej, Rambo, nie zapędzaj się tak! - odezwał się Naharys - Wydają się być doświadczonymi wojownikami. 
- Tato, proszę cię! - rzucił beztrosko Ereden - Tacy z nich wojownicy, jak ze mnie śnięty pstrąg! Sininen rzucała tym...Saarielem, czy jak mu tam, jak wypatroszoną wiewiórką. 
 Nieczęsto Ereden chwalił Sini za jej wyczyny w walce, co też sprawiało, że najmłodsza z rodzeństwa lekko unosiła głowę, z lekkim niedowierzaniem zerkała na brata, a potem Naharys widział, jak ponownie spuszcza smutno uszy, wtulając się jeszcze głębiej w płaszcze swego świata, do którego dostęp miała tylko ona. Miał rację, przyznał Naharys - Sini rozprawiła się z tym basiorem zawodowo. 
- Musimy się dowiedzieć jednego od tych typków - odparł po chwili ojciec trójki wilków - O czym oni gadali? To nie Pina była celem porwania, tylko Sini? Jestem zagubiony, jak na razie. Co o tym myślisz, Ereden? 
- Myślę, że oni coś kombinują! - powiedział syn, spoglądając podejrzliwie w stronę trzech punkcików, odchodzących w stronę granicy. 
- A ty, Chmureczko? - zwrócił się Naharys do Shori. 
- Sama nie wiem. Może powinniśmy się przynajmniej dowiedzieć, o co chodzi z porwaniem Sini, dlaczego zamiast tego, mama została porwana?  
- A ty, Sini? - spojrzał na najmłodszą córkę - Co o tym myślisz?  

<Sininen? Wiem, krótkie, ale to z powodu braku pomysłów na dalszy rozwój wydarzeń xD>

Ilość napisanych słów: 533
Ilość zdobytych PD: 266 
Obecny stan: 4206 PD 

sobota, 8 października 2022

Od Amber do Naharys ~ "Zezowate szczęście"

Wędrowałam przez Forêt de Vie, był to piękny dziki las. Od niedawna byłam w watasze. Szczerze mówiąc, dziwiłam się, czemu mnie przyjęli, nie ma ze mnie pożytku, tam mawiano w moim stadzie. Nie czułam się swobodnie, przemierzając tereny, ale nie dałam po sobie tego poznać. Uśmiech od ucha do ucha i skocznym krokiem szłam przed siebie, na głowie podskakiwał mi Bob. Czasem zlatywał na grzbiet, lecz nie przeszkadzało mi to dopóki czułam, że jest na mnie. Miałam nauczać medycyny młode wilczki, jak i być zaopatrzeniowcem, to chyba najbardziej mi pasowało. Zdobywanie i szukanie ziół i potrzebnych składników. Musiałam poszukać również miejsca, gdzie mogłabym śpiewać w samotności, to byłoby moje jedyne miejsce, gdzie mogłabym być sama z Bobem i nikt by nam nie przeszkadzał. Jak byłam oprowadzana przez Alfę, najbardziej przypadło mi do gustu Côte Focheuse. Gdy by jakoś znalazła przejście na dół i tam śpiewać byłoby cudownie. Nie mogłam sobie pozwolić na zaniedbanie obowiązków. Oczywiście na razie miałam dwa dni wolnego, by się zapoznać z wilkami, to co lubię najbardziej! Miałam nadzieję, że zaprzyjaźnię się z dużą liczbą i będziemy przyjaciółmi. Szłam i szłam, nagle poczułam, że gdzieś znikł mi Bob. Zaczęłam się rozglądać i widziałam, jak turla się z górki do krzaków. Szybko ruszyłam za nim, nie mogłam pozwolić, by coś mu się stało, on jedyny był mi bliski. Na szczęście wpadł w gęste krzaki, na pewno mu się nic nie stało. Wczołgałam się w nie, by znaleźć mojego żabiego przyjaciela. Gdy zauważyłam, że siedzi patrząc w małą dziurę w krzaku, byłam ciekawa, na co się tak gapi, chodź pewnie i tak w dwa różne miejsca. Spojrzałam przez małą dziurę, na szczęście Bob dalej mógł patrzeć ze mną. Widziałam, jak wilki trenują walkę, jedenaście wilków naliczyłam, lecz był jeszcze jeden wilk, tylko on nie ćwiczył, bardziej pilnował innych, czyli szkolił. Wtedy sobie przypomniałam swoje stado, zrobiło mi się smutno, lecz na pysku było i tak widać było przeciwieństwo. Nie umiałam się smucić na pysku, gdyż życie było zbyt krótkie na takie smutki. W swojej frakcji nigdy nie nauczono mnie walki, gdyż wadery i samice nie mogły walczyć, były tylko do jednego rozmnażania, opiekowania się młodymi i medycyną. Na szczęście nie walczyliśmy z nikim od zarania dziejów, nikt nie znał naszego położenia, było ono tak ukryte, że samo wejście w jaskinie i przejście pomyślnie pułapek tam zastawionych, trzeba było przejść labirynt. Ostatecznie stał na straży też smok, który nie wpuszczał nikogo o złych zamiarach, on sam jedynie mógł otworzyć wrota, dlatego musiał on przedłużać swój ród przez wieki, bo nikt by nie mógł przechodzić.
Próbowałam podsłuchiwać i obserwować, gdyż zawsze chciałam się nauczyć tego, czego się nie nauczyłam. Niestety walka była to dla mnie czarna magia. Oni byli wysportowani i umięśnieni, bardzo! Prawdziwi mężczyźni ! Ich szef nagle się odezwał.
- Na dziś koniec możecie odpocząć, do jutra — odparł do wszystkich.
Gdy wilki się już wszystkie rozeszły prócz niego, ja również, chciałam wyjść z krzaka i przywitać się, lecz nagle zauważyłam, że znikł mi BOB! Szukałam go i wołałam, by wilk mnie nie usłyszał, gdyby wyszło, że cały czas tu siedziałam, zapadłabym się pod ziemię. Nagle zauważyłam go za wilkiem, nie wiedziałam, co planował. Patrzył się na jego ogon, bałam się najgorszego. Szybko postarałam się wyjść z krzaków i pobiec w stronę Boba i wilka. Niestety, gdy się zatrzymałam przed wilkiem, a on spojrzał na mnie zaskoczony.
- Ja... chciałam... - nie wiedziałam, co powiedzieć.
Spojrzałam na Boba, a ten otworzył pysk, i wystrzelił swój język. Przez to, że ma zeza, nie trafił w ogon tylko w „anus". Mina wilka wyglądała tak:

Po krótkiej chwili wilk skoczył w górę, a Bob schował język. Szybkim ruchem schowałam go za plecami i siadłam z uśmiechem.
- Wszystko w porządku ? - zapytałam.
- Co to było! - zawołał zszokowany biały wilk. Był tak niemile zaskoczony, że nawet nie przyszło mu do głowy, iż właśnie siedzi przed nim całkiem obca mu wadera. Wadera, która w dodatku uśmiechała się nerwowo — oczy zaś wskazywały, że się denerwowała, bo miotały się jej, jak dwa niebieskie mrówki.
- Wybacz... On nie chciał naprawdę, chciałam się przywitać, a on wszystko zepsuł eh — podrapałam się za uszkiem.
- On ? - zapytał zaskoczony — nikogo tu nie ma prócz nas.
- No... nie do końca — wyciągnęłam zza pleców Boba. I pokazałam go Basiorowi.
- Naucz lepiej swojego... - jeszcze raz zerknął na bajecznie pomieszane żabie źrenice płaza, który głupkowato wpatrywał się w basiora — dobrych manier. I wszelkich zasad dotyczących czyjejś intymności. Cholera, co jest nie tak z tą żabą?
- Nie tak? Przecież wszystko jest z nią w porządku — posadziłam Boba na moją głowę, a on od razu położył się na brzuchu, a raczej grawitacja przyciągnęła jego.
Wilk pokręcił lekko głową, z zażenowaniem posadził zad na miejscu, czując jednocześnie to obślizgłe uczucie po... jęzorze? Jęzorze tego płaza. Sam nie wiedział, gdzie oczy podziać, w trakcie, gdy wadera, choć zmartwiona całym tym zajściem, sprawiała wrażenie, jakby miała zaraz parsknąć śmiechem.
- Jestem Amber. - podałam wilkowi łapę.
- Naharys. - odparł basior.
- Miło mi Ciebie poznać Naharys. - uśmiechnęłam się od ucha do ucha. - kim jesteś w watasze ?
Naharys zerknął na waderę.
Przechyliłam łebek w lewą stronę, bo basior ciągle mi się przypatrywał. Pomachałam mu po chwili łapą przed oczami, by go obudzić.
- Halo prze pana, nie śpimy. Bob ma pomóc obudzić? - spytałam i zachichotałam.
- Huh, co? - wypalił nagle Naharys, potrząsając lekko głową. Wyrwał się z zamyślenia i odparł. - Hmmm, pytałaś o coś?
- Hah tak pytałam, czym się pan zajmuje panie Naharys? - odparłam z uśmiechem, Bob tylko powolnym ruchem zamknął najpierw lewą powieką a później drugą.
- Jaki pan?! - zawołał basior, spektakularnie udając wściekłość, a żeby to udowodnić, uśmiechnął się ciepło do wadery. - mów mi Naharys. Jestem Kapitanem watahy. Szkolę wojowników, a w razie czego, dowódcą wojsk, do usług.
Moje oczy zaczęły połyskiwać jak sto gwiazd na niebie. Idealnie się złożyło, może mógłby mi pomóc! Bobowi też by się trening przydał.
- W takim razie mam prośbę, czy mógłbyś mnie i Boba nauczyć samoobrony ? Takich podstawowych chwytów i innych. - odparłam, moje oczy nie przestawały świecić, byłam podekscytowana.
Z tym pytaniem, Naharys przyjrzał się jej uważnie. - pomyślał Naharys, przekrzywiając lekko głowę. Przymrużył nieznacznie oczy, zjeżdżając nimi po zgrabnych łapach Amber.
- Czemu nie? Pasowałoby nieco popracować nad twoim... ummm... Umięśnieniem i nad ich siłą. A potem zobaczymy.
- Super. - wzięłam w łapy Boba tak, by jakąś gałką oczną patrzył na mnie. - Słyszysz Bob, będziemy wojownikami, pewnie nie tak dobrymi, jak on, ale w mniejszej merze wojownikami ! - odparłam.
Bob nie mógł skupić wzroku w jednym miejscu, jedna gałka patrzyła na drzewa za mną a druga we mnie. Uściskałam go i znów położyłam na łbie.
- Powiedz tylko, kiedy co i jak ! - miałam nadzieje, że moja waga nie będzie mu przeszkadzać w treningu. 25kg to jest mało jak na wilka, a ja od urodzenia mam niską wagę, choćbym jadła ile wlezie, nie przytyje więcej niż 30kg. Cieszyłam się z nowo poznanego wilka, miałam nadzieję, że będzie więcej osób do poznania.

Naharys ?

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1228
Ilość zdobytych PD: 614 + 5% (31 PD)
Obecny stan: 645