Newsy



:Aktualności
.Blog przechodzi obecnie renowację
.Już niebawem pojawią się nowości

:Pogoda
Obecna pora roku ~ Jesień
.Temperatura waha się między 10+ a 0- stopni Celcjusza
.Zmiana pory roku nastąpi 15.12.2022

Liczba wilków ~ 27
Wadery ~ 18 + 1 NPC
Basiory ~ 7 + 4 NPC
Szczeniaki ~ 1
Nieobecni: Brak

~Serdecznie zapraszamy♥~

poniedziałek, 20 czerwca 2022

Od Belief c.d. Yneryth’a [Cz. 12] ~ Biel rozjaśniająca ciemność

Samica lekko zadrżała, słysząc swoje imię. Dotarło do niej, że wilk chyba w końcu doszedł nieco do siebie, ponieważ jego głos wydawał się już być całkiem normalny i przyjemny dla uszu, tak jak wcześniej, gdy rozmawiali. Zastrzygła nerwowo czarnym uchem, przez chwilę jeszcze pozostając nieruchoma w ukryciu. Oblizała nos i dopiero wtedy odważyła się podnieść, jednak nie wyprostowała się. Zatrzymała się w pozycji przyczajonej, na ugiętych łapach.
- Owszem, jestem.
Samiec nadal miał przechyloną głowę i również zastrzygł uszyma, słysząc delikatny szelest dobiegający z pobliskich zarośli.
- Dlaczego za mną idziesz? - spytał po chwili.
- Jak to dlaczego? - wilczyca była wyraźnie zdziwiona pytaniem i pozwoliła sobie na kilka kroków naprzód by pokazać swój biały łeb samcowi. Spojrzała na niego swym przenikliwym zielonookim spojrzeniem, za którym krył się wielki znak zapytania.
Samiec nie odpowiedział. Miał mętlik w głowie i czuł spore zakłopotanie. Ona zaś poczyniła kolejny krok, wychodząc z zarośli coraz odważniej.
- Martwiłam się o Ciebie Yn - rzekła to z tak mocnym przekonaniem i wczuciem się w sytuację, że nie pozostawiało to żadnych wątpliwości dla samca, który nadal stał w osłupieniu, nie bardzo wiedząc, co ma powiedzieć. - byłeś w kompletnym amoku. Bałam się, że zrobisz sobie krzywdę.
- Dlaczego miałbym sobie robić krzywdę? - spytał po chwili samiec. Spojrzawszy w niebo, uspokoił się, ponieważ niebo znów zakryły gęste chmury, a księżyc zdawał się zniżać ku horyzontowi. Zwiastowało to nie co innego, niż bliskie nadejście poranka, jednak wciąż jeszcze było dość ciemno. Zdał sobie sprawę, że niewinny spacer z nową wilczycą, zajął im całą noc.
- Nie pamiętasz, prawda? - jej głos zdawał się na moment posmutnieć, ale zaraz po chwili zaczęła mu wszystko tłumaczyć.
- Pamiętam, że zaatakował nas Bies.
- Właśnie! - wyraźnie ucieszyła się wadera. - jego trzecie oko, musiałeś nieostrożnie w nie zajrzeć i najpewniej zahipnotyzował Cię. - wyszła z zarośli i obeszła samca dokoła, opowiadając mu, jak mniej więcej wyglądała walka w jej oczach. Wspomniała też o chwilowej utracie przytomności i o znalezieniu ciała biesa nad przepaścią.
Samiec w milczeniu słuchał opowieści, a wilczyca kontynuowała:
- i wtedy to nie odpowiedziałeś na moje wołanie, po prostu patrzyłeś na mnie i jak gdyby nigdy nic odwróciłeś się i sobie poszedłeś. Wiem, że znam Cię w zasadzie od dzisiaj, to nie jest jakoś dobrze... - wilczyca wpadła w zakłopotanie - ale... ale to było bardzo dziwne. Jestem przekonana, że to za sprawą trzeciego oka Biesa. Że to jego sprawka.
Wilczyca opowiedziała mu również historie ze swej rodzinnej watahy. Niedaleko jej stada miał leże bies, o wiele potężniejszy, niż ten, którego dzisiejszej nocy napotkali. Był lokalny postrachem i wiele wilków odeszło, robiąc sobie krzywdę w taki czy inny sposób, poprzez jego silną hipnozę. Każde szczenie było uczone na ten temat, aby pod żadnym pozorem nie patrzeć mu w oczy.
- Przyszłam aż tutaj za Tobą, ponieważ martwiłam się, że coś sobie zrobisz. Może to zabrzmi dziwnie, ale zdążyłam Cię polubić i nie chciałabym, abyś skończył jak tamci z mojej rodzinnej watahy, robiąc coś głupiego. Ale na szczęście skończyło się tylko na tym, że gadałeś coś sam do siebie. Poza tym cóż ja bym powiedziała Rene! Że zostawiłam Cię samego? Nie byłoby dla mnie wytłumaczenia. - zaskomlała cichutko, jakby chcąc skwitować swoje słowa. Jednocześnie skrzywiła się nieco, ponieważ, krzywo postawiła łapę i znów przeszył ją ból. - cholera. - usiadła na przeciw niego i spojrzała na swoją tylną nogę. Rana nie wyglądała zbyt dobrze, ale na tę chwilę nie wyglądała też tragicznie. Yneryth spojrzał na nią dokładniej i zbliżył się nieco, by lepiej widzieć. Dopiero teraz dostrzegł, że jest ona ranna. Sam też był, ale były to tylko drobne zadrapania, a ona miałą dwie głębokie rany po pazurach bestii na udzie.
- Belief! Czy wszystko okey?
- Tak wiem. Nie przydałam się za bardzo w walce. Kiedy go zaatakowałam, wbił mi łapsko w udo i zrzucił mnie z siebie, a ja wtedy straciłam przytomność, tak jak mówiłam wcześniej.
- Ale nie mówiłaś, że jesteś ranna. - dodał, prawie szepcząc. Troszkę za dużo się działo. Najpierw potwór, potem pełnia i jego własne problemy z tożsamością, do tego wszystkiego podobno "gadał sam ze sobą" a przecież wyraźnie widział wilka, z którym mówił. Teraz jeszcze ona i do tego ranna. Czy to wszystko miało jakieś znaczenie? Na te chwile wilk nie mógł nic z tej układanki zrozumieć.
- Nie mówiłam jeszcze o czymś. - uśmiechnęła się subtelnie z wyrazem niewinności. - Gdy biegłam do Ciebie, z ciałem Biesa działy się dziwne rzeczy... Oplotła go roślinność, zdawało mi się, jakby ziemia chciała go pochłonąć. Las jakby śpiewał, jakby płakał. Było jakoś ... dziwnie wiesz? Może powinniśmy tam pójść jeszcze raz i to sprawdzić? - spytała i nie czekając na jego reakcję, zajęła się wylizywaniem rany bowiem czuła, że czeka ją kolejna wędrówka przez las.

Yneryth ?

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 762
Ilość zdobytych PD: 381 PD
Obecny stan: 2612 PD

niedziela, 19 czerwca 2022

Od Yneryth’a c.d. Belief [Cz.10] ~ Biel rozjaśniająca ciemność

Ciało wilka zmierzało ku górom. Stojąca po drugiej stronie kanionu Belief zdawała się zdziwiona reakcją basiora. Samiec totalnie ją zignorował. Nawet Yneryth, sam z siebie, nie jest do tego zdolny. Wtedy już było pewne, że jego świadomość znów odpłynęła, a ciało kroczyło wybranym przez siebie szlakiem. Żółtooki wchodząc w zarośla, zniknął z pola widzenia samicy.
Basior, a dokładnie jego ciało, kierowało się do podnóża gór. Tamto miejsce znajdowało się, po drugiej stronie lasu. Lasu, po którym wiele się zmieniło. To na jego skraju widział po raz pierwszy dziwną, acz znajomą sylwetkę. Wszystkie wiadomości, nie układały się w żadną sensowną kupę. Każda część była wyjątkowa, posiadała swoją własną niepowtarzalną krawędź. Tamtych informacji nie dało się posklejać jak puzzli. Basior spędził sporo czasu, od ostatniej pełni, by wymyślić coś, co mogłoby mu poradzić. Na próżno jednak miał nadzieję, nie istniało żadne sensowe wytłumaczenie. W tamtym okresie zaplanował, iż zacznie szukać kogoś, a nie czegoś. Teraz na pierwszym palnie, stał ten, którego ostatnio przegapił. Ciało zdawało się słuchać doli wilka. Grzecznie, w całkowitej ciszy przemierzało pobliskie tereny, by dostać się do gór. Czas mijał, a droga się skracała. Po pewnym czasie Yneryth wylądował na polanie. Dosłownie wylądował, bo to wtedy ocknął się z dziwnego transu.
- VehMedDonUnCeph PaUrGonCephGraphGed – Wyszeptały głosy zaraz po przebudzeniu. ( Podpowiadajka dla ciekawskich ,,w anielskim”)
Wstając z trawy, nie wiedział, jak powinien teraz zareagować. Ze zrezygnowaniem znów zaczął przeprawę przez las. Mijając drzewa i krzewy, czuł się jakoś inaczej. Coś mu nie pasowało, miał dziwne wrażenie, że ktoś go śledzi. Przeszukał więc wzrokiem okolice w poszukiwaniu obserwatora. Zawiedziony, że nawet jego intuicja go zawodzi, posmutniał. Z nadzieją na lepsze jutro, zastanawiał się jakie pytanie może zadać nieznajomemu, o ile go spotka. Tak rozmyślając, natrafił na dość cenną dla niego okazję. W lesie pomiędzy drzewami wypoczywało małe stadko saren. Szybki posiłek na pewno mu nie zaszkodzi. Skradał się trochę bliżej, by móc złapać odpowiedni dystans. Gdy był już w dogodnej dla siebie pozycji, przetarł łapą po podłożu. Zamykając na chwilę oczy, pozwolił, by energia znów przez niego przepłynęła. Podłoże wokół wilka powoli zaczęło zamarzać. Lód stopniowo rozchodził się od wilka do celu. Gdy podłoże było już gotowe, Yneryth z gracją wyskoczył na leżącą zwierzynę. Kopytne gwałtownie się poderwały, by uciec w popłochu. Jedna z nich odpadła już na samym starcie. Wstając, pośliznęła się i upadła. Ta krótka chwila wystarczyła, by wilk ją wykorzystał. Chwycił szczękami za szyję zwierzęcia i śliznął się z do przodu. Gdy poślizg się zakończył, sarna niestety już nie żyła. Basior pożywił się nią do pełna, tak by ograniczyć możliwość kolejnych zbędnych postojów. Kończąc posiłek, przerzucił resztki obrotem wprost w jedno z zarośli. Krzak znacznie się poruszył, po tym, jak wpadła tam sarna, a raczej to, co z niej zostało. Żółtooki lekko zaciekawił się tą sytuacją, lecz ostatecznie uznał, że to pewnie jakieś zwierzę. Pewnie nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że ktoś go śledzi.

*
Wilk nie zdążył nawet ostatecznie wyjść z lasu. Tuż przed krańcem drzew słyszał ten głos. Tym razem nie był one w jego głowie. Wybiegł więc szybko, by go nie zgubić. Wyłaniając się spomiędzy drzew, już go widział. Tamten wilk siedział na płaskim kamieniu, o jasnym ubarwieniu. Po jego minie było widać nutkę zniecierpliwienia, lecz siedział w ciszy i spokoju. Yneryth od razu powędrował w jego stronę.
- Kim jesteś? – Zapytał z ciekawością.
- To jest akurat nieważne. Myślę, że możesz z siebie wydusić lepsze pytania.
- Zmieszany, dalej próbował. – Czemu słyszę głosy i co mnie z tobą łączy?
- One ci pomogą. – Zapewnił, wstając. – Powiedzmy, że mamy wspólny biznes. Szukaj mnie tam, gdzie one cię prowadzą. Teraz zajmij się kimś, kto cię śledził. – Zakończył z uśmiechem.
- Yneryth obrócił się na chwilę, szukając w otoczeniu kogokolwiek, nic nie widząc, wrócił wzrokiem na białą skałę. Tam jednak już nikogo nie było.
Belief leżąc pomiędzy drzewami, zastanawiała się, dlaczego Yneryth rozmawia sam ze sobą. Cała ta dziwna sytuacja zdawała się ją przerastać. Nie wiedziała, czy powinna się martwić, czy też złościć. Widząc, że samiec zaczął się oglądać, tak jakby czegoś szukał, zwiększyło się jej tętno. Serce szybciej biło. Yneryth podniósł głowę do góry, wciągając przez nozdrza pobliskie zapachy. Tamten wilk miał rację, ktoś był w pobliżu. Ten zapach, on był znajomy. Stając już normalnie i wpatrując się w las, zapytał.
- Belief, jesteś tam? – Lekko przechylił głowę.

Belief?

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 706
Ilość zdobytych PD" 253
Obecny stan: 2661

czwartek, 16 czerwca 2022

Od Yneryth’a ~ Pełnia

Basior kontynuował swoja podróż, ku nieznanemu. Od celu podróży nie dzieliło go już wiele. Wychodząc z lasu, wiedział, że lodowe pustkowie jest nie daleko. Wędrując nieustanie, czuł już głód, a wyczerpanie potęgowało to uczucie. Nie zdążył jeszcze dojść do celu, a już brakowało mu sił, by kontynuować swoją podróż. Gwałtownie rozejrzał się do około w poszukiwaniu śladów życia. Nic jednak nie udało mu się wypatrzeć. Głodny musiał kontynuować swoją tułaczkę. Wraz z mijaniem czasu, jego ciało stawało się coraz cięższe, choć żołądek zdawał się już całkiem pusty. Basior tracił siły z każdym pokonanym odcinkiem drogi. Błękitno brązowy już wilk, spowalniał. Nad polaną zaczęły zbierać się kruki i wrony, ewidentnie czyhające na koniec wilka. Krążyły nad nim, kracząc i wydając swoje ptasie dźwięki. Samiec rzucił wzrokiem ku przestworzom, widząc zbierające się ptactwo, zrozumiał swoje nijakie położenie. Chciał na chwilę przystanąć, by odpocząć i zastanowić się co dalej. Położył się na trawie, by chociaż trochę odpocząć. Nie trzeba było wiele czekać, aby głosy znów zaczęły go męczyć. Szmery w jego głowie nie chciały dać mu spokoju nawet na chwilę. Yneryth gwałtownie zaczął machać swoją głową na boki, widać było ślady furii wypełniające jego oczy. Męczące go głosy jednak go natchnęły. Widział, że nigdy nie pojawiają się bez powodu, tak było i teraz. Basior wpadł na sprytny plan. Piasek w okolicy zaczął gwałtownie się podnosić, tworząc swego rodzaju wir wokół wilka. Wir na samym końcu jakby eksplodował, rozwiewając piasek na boki. To, co się wydarzyło, nie wyglądało na dobre. Yneryth leżał nieprzytomny pośrodku traw i własnego piasku. Ptactwo zauważywszy zaistniałą sytuację, zaczęło pikować w dół ku darmowej wyżerce. Ptaki osiadały na ziemi i zaczęły dziobać ciało wilka. Okolica zaczęła wypełniać się donośnymi ptasimi dźwiękami. Ptaki zaczęły zjadać wilka w całości, tak przynajmniej się wydawało. Głośny ptasi gwar nagle ustąpił, a wszystkie ptaki znów gwałtownie zaczęły podrywać się do lotu. Kamienne iglice zaczęły wyłaniać się spod miękkiej ziemi, rozrywając trawę. Kolce zaczęły rozbijać się o siebie, powodując trzaski. Kamienne odłamki odstrzeliwały w wyniku zderzeń. Po całym natłoku zdarzeń kilka ptaków była poprzeszywana i pozgniatana przez ów kamienne struktury. Polana znów pełna była ciszy. Chwile po tym lekki wiatr zaczął wywiewać ciało wilka. Struktura ciała wilka dosłownie ulatywała. Całe powietrze zaczęło być usiane drobinami piasku. Gdy wiatr przestał już wiać, sytuacja była znacznie jaśniejsza. Yneryth stał około dwóch metry od kamiennego stelażu, a w miejscu, gdzie wcześniej się znajdowało jego ciało, był jego pokarm. Żółtooki uśmiechnął się, widząc, jak dobrze zadziałała jego iluzja. Nie czekając na oklaski, od razu wziął się za dostanie się do upolowanej zwierzyny. Wiedząc, że musi się śpieszyć, zjadł szybko tyle, ile mógł, nie zostawiając zbędnych resztek dla padlinożerców.

Najedzony basior, będąc już gotowym, by kontynuować drogę, od razu wyruszył przed siebie. Pełen żołądek znacznie zmienił jego samopoczucie. Dużo łatwiej było mu się przemieszczać. Wędrując ku celowi, spojrzał w górę, szukając ile czasu, już minęło. Widząc, że minęła już noc, zdał sobie sprawę, że zbyt szybko nie wróci do domu, a raczej do watahy. Jeszcze nie wiedział, czy może nazywać to miejsce swoim domem. Niektórych nawet zdążył już polubić, na swój własny sposób. Najbardziej jednak kręciło go pogrywanie na granicy. Tak też starał się prowadzić swoje życie. Czasem reakcje innych były nieoczekiwane, czasem pełne złości, inne zaś specyficzne. Sam Yneryth zawsze starał się być opanowanym, nie pozwalając innym dobierać się do jego osobowości. Czasem jednak życie wyciekało z niego i płynęło po podłożu, to właśnie wtedy preferował odizolowywać się od interakcji. Po nieco dłuższych przemyśleniach niż planował, zobaczył w oddali to, czego szukał. Lodowa pustka otwierała się między dwoma potężnymi kamieniami. Dwa głazy wyglądały jakby jak wrota do innego świata. Basior uśmiechnął się, widząc początek nowego śladu. Pomimo otaczającego jego ciało bólu, pobiegł bezpośrednio ku lodowej krainie.

Podchodząc do jednego z dwóch kamieni, zauważył na nim szczególne znaki. Kamień był jakby pokruszony w odpowiedni sposób, pokazując na sobie kształty. Wilka zaczął obchodzić go i podziwiać przeróżne kształty. Nigdy dotąd nie spotkał się z czymś takim. Zaczął się zastanawiać czy za pomocą swoich umiejętności mógłby wytworzyć coś podobnego. Na pytanie jednak nie miał jak uzyskać odpowiedzi. Obrazki pokazywały jakby historię, wybita i wydrapaną w kamieniu. Samiec nie wiele rozumiał. Widział jednak jakby wilcze stado, panujące lodem i śniegiem. Od razu skojarzył, że musi mieć to coś związanego z jego pochodzeniem. Nie był niczego pewien, ale na lepszy trop na razie nie trafił. Wymijając kamień, wkroczył na śnieżną pokrywę. Śnieg pod jego łapami wywołał sporo wspomnień. Zamykając oczy i wypierając to, co już wiedział, szedł dalej w głąb. Z każdym krokiem, śnieżne opady zagęszczały swoją przestrzeń. Z każdym krokiem wilk widział coraz mniej.

Minęło około dziesięciu minut podróży w śniegu, Yneryth nieulegle przedzierał się przez śnieżną zamieć. W pewnym momencie jednak ogłupiał. Stanął i zaczął się rozglądać. Cały śnieg nagle zniknął, lód przy podłożu również. Basior kompletnie nie wiedział, co się dzieje. Przed nim rozpościerał się teraz step, pełen wysokiej trawy i pojedynczych drzew. Obrócił się prędko, by spojrzeć za siebie. Za wilkiem rozpościerała się jakby dziwna powłoka. Zrobił kilka kroków wstecz i znów znajdował się na lodowym pustkowiu, które zdawało się nie mieć końca. Wykonał kilka kroków w głąb i znów znajdował się na trawiastym terenie. Zupełnie zdezorientowany wilk, przysiadł, podziwiając nowe dla niego widoki. Nowe gatunki zwierząt i roślin. Przez całe swoje życie, nie widział niczego podobnego. Z nutką niepewności, zaczął w nowo otaczający go świat. Roślinność miała swój własny niecodzienny zapach. Samiec zatrzymywał się przy każdej roślinie, badając ją wzrokiem i zapachem. Przedzierając się poprzez tumany nowych rzeczy, myślał, co on tu robi. W jego myślach rysowało się jedno z cięższych do tej pory pytań. Po co los go tu przysłał. Okolica nie zdawała się w żadnym stopniu przypominać obrazy widziane za szczeniaka. Teraz jednak szkoda było mu czasu, by wspominać przykre dla niego czasy. Ostatecznie doczłapał do lekkiego wzniesienia, widok z tamtego miejsca był przecudowny. Niebo mieniło się w odcieniach czerwieni, pomarańczu, przechodząc aż w lekko brzoskwiniową żółć. Motyle latały w kółko, trzepotając swoimi delikatnymi skrzydełkami. Cały krajobraz wypełniała rozlewająca się rzeka. Przy korycie wylegiwały się potężne gady, z którymi Yneryth miał już do czynienia. Krokodyle były na pewno jedną z tych rzeczy, do której wolałby się już nie zbliżać. Wielkie gady wyglądały na ociężałe, jednak potrafiły poruszać się i atakować z wystarczającą prędkością, by upolować wilka. Basior, schodząc ze wzgórza, rozglądał się, mając oczy pełne połysku i zaciekawienia. Zapatrzał się w krajobraz w takim stopniu, że nawet nie zauważył, iż zaraz wejdzie w potężną pajęczynę, rozplecioną pomiędzy gęstą wysoką trawą. Żółtooki zaraz po ze tchnięciu się z lepką powierzchnią, wzdrygnął się. Spanikowany kręcił się w koło, mając na celu pozbawienia się pajęczyny i jej właściciela. Trochę czasu minęło, aż wilk w pełni się uspokoił. Zastanawiając się, gdzie dalej ma zmierzać, wyczuł nawrót szeptów. Głosy rozpostarły się wewnątrz głowy wilka. Oczy lekko się rozświetliły, a sam wilk jakby posztywniał. Sztywna, lecz dalej naturalnie poruszająca się sylwetka wilka zaczęła bieg prosto przed siebie, z bliżej nieznanych powodów.

*
Basior ocknął się, leżąc w trawie, tuż przy samej dziwnej barierze. Ciało wilka zdawało się już całkowicie zrośnięte. Nie było widać na nim śladów walki z Zephyrah’em, głowa jednak tętniła mu życiem. Samiec czuł każdą ilości krwi przepływającej przez jego czaszkę. Nie miał pojęcia, co mu się stało. Zwrócił głowę ku niebu, by sprawdzić, ile czasu minęło w jego nieświadomości. Zdziwienie nie spadło z jego pyska na ani chwilę. Księżyc zdawał się już zachodzić. Oznaczało to, że cała noc, jakoś magicznie wypadła mu z głowy. Cała wyprawa trwała już dobre dwa dni, zdając sobie sprawę, że najwcześniej wróci za około dwa kolejne. Widział, że musi zacząć powrót. Rzucił oczami w kierunku magicznej dla niego krainie, z zastanowieniem co właściwie się wydarzyło. Głowa znów wróciła na swój właściwy tor, spostrzegając znów jego. Znajoma już mu sylwetka stała na wprost, na pograniczu terenów. Yneryth z brakiem zrozumienia, a szczyptą zdenerwowania wykrzyknął:
- Czego ode mnie chcesz? – Pokazując swoje kły.
- Mam lepsze pytanie. Czego to ty chcesz ode mnie? – Zapytał przenikliwym głosem, zdawać by się mogło, że słowa te trafiły prosto w bijące serce drugiego.
- Czego niby miałbym chcieć? – Odpowiada po chwili zastanowienia, ewidentnie zdezorientowany.
- Jeszcze się spotkamy, skoro jeszcze nie wiesz. – Mówiąc, wyszedł za barierę.
- Nie czekaj! – Wstał i pobiegł za podejrzanie znajomym mu wilkiem.
Wybiegł za kurtynę, znów zmagając się z ciężkim i męczącym śniegiem. Rozglądał się, pełen mieszanych uczuć wobec zaistniałej sytuacji. Nie mógł jednak spostrzec widzianego już kolejny raz wilka. Oczy błyskawicznie skierowały się ku podłożu, lecz na nim też nie było już ani śladu. Pełen złości i goryczy, zacisnął łapy na miękkim i delikatnym śniegu. Z furią zawył. Jego głos rozpostarł się po okolicy, nie uzyskał jednak żadnego odzewu. Wściekły Yneryth pozwolił na upust swoich emocji. Z wściekłością zaczął prędką drogę powrotną.

*
Po połowie dnia biały dotarł tam, gdzie przedostatnim razem, stracił nad sobą kontrolę. Zdawało mu się, że to tu zaczął się jego obłęd. Prawda była jednak zgoła inna. Samiec jednak nie miał jak się o tym przekonać. Wchodząc w głąb lasu, gdzie ścierał się z kremowym wilkiem. Rozglądał się po zdemolowanej okolicy. Dochodząc do miejsca, gdzie bezpośrednio miał kontakt z Zephyrah’em, zdziwienia zdawały się nie mieć końca. Na podłożu widać było kałużę zastygniętej już krwi. Yneryth kojarząc fakty, że zapewne to on ją wydobył, skrył się pod iluzją. Podchodząc bliżej ciemnej plamy, tracił w siebie wiarę. Wcześniej zdawał sobie sprawę z tak możliwego obrotu spraw. Zmieszanie jednak całkowicie nim zawładnęło. Powąchał zastygłą plamę, tylko po to, aby się upewnić. Miał rację, krew należała do tego, o kim myślał. Czy znów zabił jednego „ze swoich” , tym razem nawet o tym nie wiedząc? Basior, wierząc w swoją niewinność, sprawdził przekonać się na własne ryzyko. Pamiętając, gdzie dokładnie jest stado, zamierzał sprawdzić, czy ów wilk dalej dycha. Starał się skupić nad czymkolwiek, tak by nie stracić panowania nad iluzją. Sytuacja ujawnienia na pewno nie skończyłaby się za dobrze.

Kroki białego były już coraz bliżej. Prawda czekała na niego już tuż za rogiem. Wychylił się lekko spomiędzy drzew, by sprawdzić okolicę. Z daleka poznał alfę, z którym miał już przyjemność pogadać. Nigdzie jednak nie widział kremowego. Idąc dalej, za zapachem ziół i typowo leczniczych zapachów, natrafił chyba na klinikę. Wszedł głębiej do jaskini, skupiając się na iluzji. W jaskini spoczywało kilka wilków w ciężkim stanie. Niektóre ciężko ranne, inne z drobnymi urazami. Przechodząc pomiędzy leżącymi, nie mógł znaleźć, tego, czego szukał. Jedno z legowisk było już puste. Na ten widok rozweselił się, ranny wilk pewnie już wrócił do siebie. Znacznie uspokojony wyszedł z jaskini. Wyjście na światło dzienne, nie rozweseliło go, a wręcz przeciwnie. Wychodząc, spostrzegł to, czego chyba nie powinien. Dwa dość sporych rozmiarów samce targały ciało po ziemi. Mięso wiotko miotało się po podłożu. Martwy był pocięty podobnie do drzew, które basior widział na skraju lasu. Zwłoki nie miały jednak kremowego koloru. Niepewny Yneryth zaczął podążać za nimi, aż do końca, by przekonać się, czy to może być on. Minęło kilka minut, zanim trafili do końca swojej podróży. Pośrodku watahy rozłożone były gałęzie w kręgu. Martwe ciało trafiło na sam środek. Po tym wyłonił się zza reszty alfa. Stanął i pełen smutku, skruszonym głosem, zaczął przemawiać.

Jego słowa mówiły o jednym z ich stada. Przemowa pełna była słów o lepszych i nieco gorszych momentach z życia martwego. Niektóre opowieści nawet zafascynowała żółtookiego. Cała wypowiedź kończyła się pożegnaniem. Samiec, słysząc wypowiedziane imię, od razu zawrócił w kierunku domu. Odchodząc z wilczego siedliska, słyszał, jak inne wyły ku niebu.

Wyprawa zmieniła oblicze Yneryth’a. Kolejne czyny, uświadamiały mu, że już nie wie, kim jest. Brakowało mu pewności w jego misji. Już wcześniej wiedział, że świat nie jest ubarwiony niczym tęcza, na niebie po deszczu. Zdawał sobie sprawę, że świat jest brutalny i pełen nieograniczonej brutalności. Smuciło go tylko to, że sam powoli dołączał do grona swoich wrogów. Jego misja, którą sobie obrał, dążyła jedynie do wyniszczania, a nie budowania, jak planował. Przechodząc przez długą trawę, tam, gdzie kiedyś ostrzegał Noiter’a, rozmyślał nad własnym żywotem. Co jest ważniejsze? Jego chęć zemsty, czy nawet pragnienia. Czy dobro ogółu? Nasuwały mu się tylko pytania, a odpowiedzi wciąż brakowało. Wtedy uświadomił sobie, coś, co może mu pomoże. Tamten wilk, może to on zna odpowiedź na kilka pytań. Przystanął w miejscu, oglądając siebie i swoje ciało, w poszukiwaniu niepokojących dla innych sygnałów. Nowych ran nie było widać na pierwszy rzut oka. Nie cieszyło go to ani trochę, miał jednak pewność, że na razie nie będzie się musiał nikomu tłumaczyć. Ruszając, postanowił coś, co pomoże dbać o jego opinię. Cel jest ważniejszy niż środki, mówił to na głos w kółko, tak jakby sam chciał siebie do tego przekonać. Ostatnie słowa, które padły z jego ust brzmiały nieco bardziej opiekuńczo.
- Zawsze sam!

C.D.N.

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 2094
Ilość zdobytych PD: 1047 + 20% (209 PD)
Obecny stan: 2308

środa, 15 czerwca 2022

Od Atrehu c.d Itami ~ Wzloty i upadki [+16]

Sytuacja powoli wymykała się spod kontroli. Rene miała rację, coś złego wisiało w powietrzu i czekało na odpowiedni moment do ataku. No i wywołała tym stwierdzeniem wilka z lasu. To, co się stało, wstrząsnęło mną. Do głębi, tak bardzo mocno. Nie mogłem złapać oddechu i wcale nie ze względu na alergię. Nie docierały do mnie informacje, przyniesione przez Itami. Sama była w nie mniejszym szoku ode mnie. Przełknąłem ślinę, oczyma wielkimi jak spodki, wpatrywałem się w jej sylwetkę. To nie powinno się dziać, to nie mogła być prawda. Ze wszystkich sił starałem się wmówić sobie te słowa, byleby nie zaakceptować prawdy. Na zmianę wybuchałem gniewem oraz płaczem, iż mnie tam nie było. Nic nie zrobiłem, a może coś bym zdziałał. Nie wiem jak, lecz z pewnością byłbym w stanie pomóc. Nawet za cenę własnego życia...

*
Otępiałym wzrokiem, wpatrywałem się w niebo. Pina i Tsumi zostały porwane. Jakieś wielkie, mackowate coś wciągnęło je w glebę, niczym życiodajną wodę. I słuch po nich zaginął. Najgorsze, że wszystko działo się na oczach Sininen. Widziała tego potwora i sposób, w jaki porwało jej matkę i ciocię. To musiał być dla niej szok. Z pewnością wspomnienia niejednokrotnie nawiedzą ją w koszmarach. I na zawsze zmienią postrzeganie świata.
Może nie byłem lekarzem, lecz nawet ja dostrzegałem zmianę w jej zachowaniu. Nie, żebym wcześniej ich stalkował. Po prostu... od czasu do czasu spoglądałem w kierunku ich jaskini. Obserwowałem ich kłótnie i złe zachowania, ale też wiele miłości i czułości. Zastanawiałem się często, jakby to było, gdybym i ja się ustatkował. Wybrał w końcu tę jedną jedyną i tylko z nią żył. Budził się wtulony w jej miękką sierść. Zasypiał u jej boku, wdychając cudowny zapach futra. Może gdyby Tsumi nie poroniła, gdybym nie skakał z kwiatka na kwiatek, to dziś byłbym szczęśliwym ojcem. A tak... wciąż jestem sam. I to na własne życzenie. Tylko chyba nie potrafiłbym inaczej.
Dlatego podglądałem Naharysa. Starałem się jakoś zbliżyć. Nieznacznie. Byłem w końcu mentorem Shori. Więc kontakt z jej ojcem był mi pisany. Ah, jak ja zazdrościłem Naharysowi tej sielanki. Mimo iż nie było różowo, dawali sobie radę. Byli szczęśliwi. A mnie to omijało... Jeszcze do niedawna byłem pewny, że będę wujkiem chrzestnym. W sumie od dowiedzenia się o ciąży Piny byłem wręcz przekonany o swojej roli w ich życiu. Tymczasem nasze drogi się rozeszły. Wciąż skłóceni, nie potrafiliśmy znaleźć wspólnego języka. Oboje tak samo uparci. I nie zapowiadało się, by któreś miało wyciągnąć pojednawczą łapę. Ja, bo w sumie nie uważam, żebym coś źle zrobił. Naharys... cóż, chyba tylko on to wie. Wiecznie opiekuńczy braciszek. Tyle że Lonya jest dorosła i sama za siebie decyduje. Chciała tego tak samo, jak ja. Po prostu się stało. Powinien to zaakceptować, a nie stroszyć sierść, bo hurr durr, Atrehu przeleciał mu siostrę. Nie skrzywdziłem jej, nie zgwałciłem. Byłem delikatny, dałem jej przyjemność, uwagę i tyle uczuć, ile tylko byłem w stanie. On to widział jednak inaczej. I przez to nie mogliśmy się pogodzić. Dlatego zamiast być przy nich, obserwowałem wszystko z daleka. Nic innego nie mogłem uczynić.
**
Pokręciłem głową, skupiając umysł na tu i teraz. Ta sielanka się skończyła. Członkinie watahy zaginęły. Już nie będzie tak, jak dawniej. Więc nie czas i miejsce na rozdrapywanie ran. Poza tym wciąż nie wierzyłem w to wszystko, lecz histeryczny płacz Sini w jaskini medyka zdawał się potwierdzać najgorsze. Gdyby nie to... najpewniej nie zareagowałbym tak samo. A tak... Natychmiast zwołałem całą ekipę, zaczęliśmy kopać w miejscu ich zniknięcia. Szło nam to jak po gruncie. Od świtu do zmierzchu z małymi przerwami i na zmianę. Pod powierzchnią natchnęliśmy się jednak na bitą skałę. Żadnej dziury, przez którą to monstrum mogło się przecisnąć, nie było. Jakby nigdy nie istniało.
- Nie poddawajcie się. Musi tu coś być! - z zawieszenia wytrącił mnie błagalny ton Sininen. Pustym wzrokiem spoglądała w tamto miejsce. Nie wyglądała najlepiej. Coś było nie tak. Słyszałem o niedoszłej kłótni z Eredenem. Ten mały diabełek potrafił napsuć krwi. Jego pewność, iż wszystko, co inne od niego, to dziwactwa. Przez skrzydła Sini i Shori był wiecznie naburmuszony. Nie, żebym podsłuchiwał, ale... krzywiłem się za każdym razem, gdy Naharys na niego krzyczał i wyznaczał mu kary. Wzniecał jego nienawiść, przez co było coraz gorzej. Dlatego zmartwił mnie widok malutkiej wilczycy. W sumie wcale się jej nie dziwiłem. Ja sam pewnie nie wyglądałem lepiej. Bałem się też, co będzie dalej. Morale po dwóch tygodniach zaczęły opadać. Traciliśmy nadzieję. A musieliśmy wciąż wypełniać swoje obowiązki. Nic nie mogło stać w miejscu. Pomimo całego zamieszania, życie toczyło się dalej. Szkoda tylko, iż takim kosztem. Nie zasłużyły sobie na to. Ta myśl niczym koło ratunkowe trzymało mnie w pionie. Z trudem funkcjonowałem, wciąż nie pozbierawszy się z choroby, lecz nie mogłem się poddać. Za wszelką cenę pragnąłem je uratować. Mimo całej sytuacji z Tsumi wadera była mi naprawdę bliska. I skłamałbym, gdybym powiedział, że nic dla mnie nie znaczyła. Kątem oka spojrzałem na swego przyjaciela, który desperacko próbował coś uczynić. Ciężko było pogodzić obowiązki z opieką nad dziećmi i dalszymi próbami ich odnalezienia. Naharys stracił ukochaną, matkę swych dzieci. Przyjaciółkę i powierniczkę sekretów. Jego serce z pewnością rozbiło się na milion kawałków... A co ze mną? Mimochodem wróciłem wspomnieniami do wydarzeń sprzed kilku dni.
"Byłem wtedy w lecznicy. Z trudem oddychając i z zakatarzonym nosem leczyłem się z alergii na narcyzy. Pech chciał, że to były właśnie te cholerne kwiaty. Nie tyle byłem zły, ile sfrustrowany. Ich obecność zakłóciła to, co miało się stać. Byłem tak blisko posmakowania Itami. Już dotykałem jej sutków, czując, jak zamglenie zaczyna szaleć wewnątrz mnie. I właśnie w tamtym momencie wciągnąłem nosem powietrze. Wraz z zapachem wadery, dostały się też pyłki. I mój koszmar się rozpoczął. To było na tyle, jeśli chodziło o romantyczną sytuację. Nic nie zdziałałem, do niczego nie doszło. Co prawda nie powinienem narzekać. Zajęła się mną najlepiej, jak umiała. Pomijając przepłukiwanie nosa w rzece i ohydne zioła, które mi podała... było całkiem przyjemnie. Musiałem przyznać sam przed sobą, że nie był to jakoś szczególnie zły okres. Poza informacją, jaką wydobyłem z Itami. Wadera bała się bólu, co wykrzyczała mi w pysk. Może za mocno wtedy ją przycisnąłem, lecz gdybym odpuścił, z pewnością do dziś bym nie wiedział. I no... czyli jednak dobrze myślałem. Skrzywdziłem ją kilka razy i ani razu nie zareagowałem. Idiota, palant! Wyzywałem się w myślach raz po raz. Ona cierpiała, a ja czerpałem garściami przyjemność z erotycznych igraszek. Nie hamowałem się, brałem wszystko, co tylko mogłem. Pieprzyłem ją mocno i gwałtownie, niejednokrotnie dochodząc zanurzony w nią po jaja. Właśnie dlatego postanowiłem zmienić taktykę. Itami, bała się bólu, a tym samym bała się rodzić dzieci. Co za tym idzie, nie mogłem dłużej kończyć w niej. I nie stworzę z nią rodziny, o której tak marzę. Nie zmusiłbym jej do tego ani w żadnym stopniu nie zamierzałem kusić losu. Poza tym już raz straciłem szczeniaki, nie chciałbym powtórki z rozrywki. To nadal bardzo bolało. Myśl, że już ich nie ujrzę. Miałem tylko nadzieję, iż ich maleńkie duszyczki biegają po tęczowym moście. I jest im tam dobrze. Wracając jednak do tematu, spędziłem pod czujnym okiem Itami kilka dni. Doglądała mnie nawet wtedy, gdy zaciekle kopałem w ziemi. Byłem jej niezmiernie wdzięczny. Nie wiem, czy dałbym radę cokolwiek zrobić, gdyby nie ona. Tak wiele jej zawdzięczam. Była przy mnie, w najgorszych chwilach mojego życia. Również wtedy, gdy padły fałszywe oskarżenie, jakoż to ja zamordowałem tatę, ona gdzieś stała w tłumie i mi kibicowała. Wierzyła we mnie i w to, że jestem niewinny. Pocieszała mnie po naszym odnalezieniu i... jest do tej pory u mego boku”.
Patrząc na nią teraz, dostrzegałem jej starania i poświęcenie. Doceniałem wsparcie, jakim mnie obdarzyła. Zaufała mi mimo wszystko. Mimo iż zostałem wygnany z piętnem ojcobójcy. Z blizną, która nie chciała zniknąć. Raną, która... I jest ona obok, gdy cierpię. Pociesza mnie, ale nie matkuje. Wie, że wzburzony bywam niebezpieczny. Nigdy na mnie nie krzyczy, po prostu... pozwala sobie być obok. Uśmiechnąłem się delikatnie, obserwując, jak rozmawia z jednym z naszych. To był chyba Kotori albo Dusław? Nie byłem do końca pewny, lecz to nie miało znaczenia. Liczyła się tylko ona. I uczucia, które do niej żywiłem. No właśnie i tu był cały problem. Nie znałem dokładnej definicji miłości, lecz chodziło chyba o wsparcie, dzielenie się swoimi rozterkami. Wspólne spędzanie czasu, martwienie się, gdy tej drugiej stronie coś dolega. Spędzenia ze sobą czasu, dbanie o bezpieczeństwo i swobodę. Niby to wszystko między nami było. Nawet jeśli nie intensywne, to jednak istniało. Dlaczego zatem nie potrafiłem wypowiedzieć tych dwóch słów? Wszystkie moje problemy by znikły. Ustatkowałbym się, miałbym partnerkę na całe życie. U jej boku bym zasypiał i budził się co dnia. Z nią wychowywałbym szczeniaki i wspólnie polował. To było takie proste. Dwa słowa: Kocham Cię. Wypowiedziane głośno i wyraźnie. Choć wciąż odczuwałem ból po stracie swych dzieci i Tsumi, zdałem sobie sprawę, że życie trwa dalej. Nic nigdy nie stoi w miejscu. Nawet jeśli bym nie chciał, nie uciekłbym przed mijającym czasem. Zresztą, nie o to tu chodzi. Zbytnio odbiegam od tematu. Nie rozumiałem siebie i swoich obaw, lecz na myśl o wyznaniu miłości Itami, poczułem dziwny ucisk w sercu. Jakby jakaś cząstka mnie nie chciała z nią być jakby... Nań poczułem obezwładniający zapach herbaty z miętą. Nim ją dostrzegłem, moje ciało wyczuło, że się zbliża. Odwróciłem się w momencie, w którym wyszła zza drzew. Piękna, lisia i taka ponętna. Podeszła do Itami, szepcząc jej coś na ucho, po czym obie się zaśmiały. Niczego tak nie pragnąłem, jak być obok. Tylko... którą z nich mam na myśli? Mój wzrok przeskanował Lonyę na wskroś. Poczuła to, a gdy nasze spojrzenia się spotkały... czas jakby zwolnił. Zachłysnąłem się powietrzem, uświadamiając sobie, że nie wyznam miłości Itami, gdyż... część mej duszy należy do Lonyi. I część do Itami... Jak mam zatem z tego wybrnąć?!

***
< Czas obecny >
Wszystko stanęło w miejscu. Nasze poszukiwania, problemy i dziwne zjawiska pogodowe. Od momentu porwania Tsumi i Piny, mrok jakby zaczął usypiać. Nie wiedziałem, czy się z tego cieszyć, czy też tym martwić. W każdej chwili mogło się coś zmienić. Wybuchnąć niczym uśpiony przez długi czas wulkan. Żadna siła nie jest i nie byłaby w stanie tego zatrzymać. Stąd moje zmartwienia. W zakazanym lesie uspokoiło się, aż za bardzo. Mroczna energia już nie emanowała spomiędzy drzew, a promienie słońca delikatnie przedzierały się przez gęstwinę liści. Stałem u jego wejścia, wpatrując się nań w środek, doszukując się oznak zła, które tylko czyhało, byśmy spuścili gardę. Kto wie, co też czaiło się między drzewami. Postanowiłem być czujny. Problem w tym, iż przymierałem już głodem. Dochodziło południe, słońce wisiała wysoko nad moją głową, ogrzewając mnie swym ciepłem. Pić mi się chciało, a do tego burczało mi w brzuchu. Sterczałem tu całą noc, aż do teraz czekając na nie wiadomo co. Ilekroć chciałem zawrócić, tylekroć wracałem spojrzeniem. Jakby coś tam było i mnie zatrzymywało. Nieraz wydawało mi się, iż widzę jakieś niewyraźne sylwetki, przemykające między konarami. Jakby się mną bawiły. Sfrustrowany ponownie odwróciłem się w stronę terenów watahy. Nagle usłyszałem szelest liści, lecz gdy zerknąłem za siebie, nie dostrzegłem niczego. Tupnąłem łapą o ziemię, wstając na równe łapy. „W dupie to mam!” - warknąłem do siebie, rozpoczynając swój bieg. Walczyłem, by się nie odwrócić, by nie zerknąć raz jeszcze. Nie, nie mogłem tego zrobić. Ucieczka to najlepsze, co mogłem uczynić. Byle jak najdalej od tego miejsca. Musiałem oczyścić umysł. I to teraz. Im dalej byłem, tym spokojniejszy się czułem. Jakby niewidoczny ciężar, został zabrany z mych barków. Uśmiechnąłem się. Byłem wolny. Jakież to było proste. Odejść, nie przejmując się niczym. Prawie niczym. Zdałem sobie sprawę, iż po raz kolejny zaniedbałem swoje stanowisko. Od dawna powinienem był skontrolować swoją część terenów.
- Hmmm.... - kąciku wilczych warg podniosły się delikatnie. Od czego mam swą moc? Za jej pomocą w mig uporam się z obowiązkami. To pomyślawszy, skupiłem się na przestrzeni. W swym umyśle dostrzegłem jakby zarys całego terytorium wraz z ukształtowaniem terenu. Czując znajome ciepło, uwolniłem zaklęcie, teleportując się. W mig znalazłem się w ważnym punkcie, skąd miałem dobry widok na okolicę. Powąchałem powietrze, nastroszyłem uszu, lecz nie dostrzegłszy niczego, ruszyłem dalej. Nim się obejrzałem, a skończyłem. Zajęło mi to o połowę mniej czasu niż wolnym spacerkiem. Pozostało mi zatem znaleźć się w miejscu spotkania. Przestrzeń wokół mnie się zakrzywiła. Powstał mini wir, wokół którego dostrzec było można wyładowania elektryczne. I dziwne pentagramy w nieznanym języku, które nawet ja, jako posiadacz tejże mocy, nie potrafiłem rozczytać. Tak to mniej więcej wyglądało, gdy używałem teleportacji. Otworzyłem oczy, rozglądając się na boki. Byłem na miejscu tuż przed czasem, a tym samym w idealnym momencie skończyłem zwiad. Uśmiechnąłem się szeroko. Moja narcystyczna dusza cieszyła się jak głupia.
- Znów to zrobiłeś, wujku? - odwróciłem się z cichym chichotem, spoglądając delikatnie w górę. Dumnie wypiąłem pierś, czekając na waderę, która ze sowim podmuchem, sprawnie wylądowała na ziemi. Przyjemne uczucie zagościło w mym wnętrzu. Serce zaczęło szybciej bić. Shori, moja podopieczna i obecnie towarzyszka w patrolu, stała naprzeciwko mnie. Dorosła i piękna. Poruszała się z gracją, trzepocząc przy tym skrzydłami. Duma wypełniła mi pierś. Jeszcze nigdy nie czułem takiego szczęścia.
- Po co pytasz, skoro znasz odpowiedź? - przekrzywiłem delikatnie głowę w bok, przyglądając się blasku w jej szarych oczach. Do dziś nie wiem, co oznaczają te gwiazdki, lecz to nie miało najmniejszego znaczenia. Liczyło się to, iż moja podopieczna dorosła pod moją opieką. Niegdyś niepewna i strachliwa, dziś pewna siebie i elegancka panna, która już niedługo nie jednemu basiorowi zawróci w głowie. Poniekąd martwiłem się tym faktem. Była za młoda na tego typu feneberie. Acz, ja w jej wieku...
- Wiesz, po co pytam, więc po co zadajesz to pytanie? - oboje wybuchnęliśmy cichym śmiechem. Chmureczka jak nic potrafiła zbić mnie z pantałyku. Zawsze ze mną wygrywała, więc albo to ja się starzeje, albo to ona ma to po prostu w sobie. I zakładam, że to drugie jest najpewniejsze. Wszakże nie jestem taki stary. Chyba. Nie czuję się taki, nic mnie niby nie boli. Niekiedy tylko z trudem się ruszam, ale co poradzić? Treningi przeprowadzane są dość intensywnie. - Więc? - spojrzałem na nią przeciągle, po czym poczochrałem tę jej czuprynkę.
- Moja droga, zdania nie zaczyna się od „więc". Jednakże tak, zaś użyłem swych mocy. Muszę je trenować, by poznawać swoje możliwości i przekraczaj limity.
- Phi, to ja przedzieram się przez chaszcze, chociaż mam skrzydła, a ty idziesz na łatwiznę? - prychnąłem na te słowa, wystawiając jej język. Nie powiem, uraziło mnie jej stwierdzenie. To wcale nie tak! Znaczy owszem, ale ma to swoje plusy.
- Nie chmureczko. Używanie zaklęć nie jest wcale takie proste i wymagana dużo siły. Jednakże masz rację, jest to ciut chodzenie na łatwiznę.
- Miałam rację, ha!
- Taaak, ale zauważ, iż mam dużo więcej obowiązków. Samo bycie czujką to jedno, ale ty se teraz wrócisz do domu i masz wolne, a mnie czeka jeszcze wieczorny trening z wojownikami i zdanie patrolu Renesmee.
- Oh, na śmierć zapomniałam! Spotkałam Renesmee, mówiła, że nie będzie jej do jutra, więc nie musisz do niej iść. - na słowa Shori uśmiechnąłem się szeroko. Ogon sam zaczął się poruszać. Drgnąłem zadowolony, wyobrażając sobie, co dziś jeszcze zrobię.
- Yey, wolne popołudnie! W porządku, w takim razie co, idziemy?
- Pewnie! - ramię w ramię ruszyliśmy w drogę powrotną. Delikatny wiaterek przynosił ukojenie od upalnego dnia. Przymknąłem oczy, delektując się melodyjnym śpiewem ptaków i leśną ciszą. - Atrehu? - głos Shori wyrwał mnie z błogiego stanu.
- Ta...? - Otworzyłem oczy, by móc na nią spojrzeć, gdy potykając się o własne łapy, zaryłem pyskiem o ziemie. - Ught!
- Jesteś cały?
- Żyje. - odrzekłem, pośpiesznie wstając, po czym nasze spojrzenia się skrzyżowały. To wystarczyło, byśmy wybuchli śmiechem.
- Wiesz, to było piękne.
- Czyżby? - uśmiechając się przebiegle, otrzepałem futro z piasku. Z satysfakcją obserwując, jak jego drobinki lądują na waderze.
- No wiesz Ty co!?
- Hahha, wybacz. - mój chichot wcale jej się nie spodobał. Gdyby wzrok mógł zabijać, zapewne już bym nie żył. Shori bowiem posłała mi długie spojrzenie, od którego ciarki przeszły mi po grzbiecie. Zaśmiałem się nieco nerwowo. - No już daj spokój.
- Tym razem przeżyjesz.
- Dziękuję, o Ty mój łaskawco.
- Prosisz się o lanie?
- Czy to wyzwanie? - nim zdążyłem przemyśleć swoje słowa, Shori zaatakowała znienacka, powalając mnie przy tym na ziemię. Ze zdziwienia otworzyłem szerzej oczy. Takie to małe, a tak silne! Górując nade mną, rozłożyła dumnie swe skrzydła.
- I co teraz Panie Beto? - wykorzystując chwilę, skumulowałem swą moc, teleportując się nad nią. Z impetem, ale tak, by nie zrobić jej krzywdy, przycisnąłem jej ciało do ziemi.
- Nigdy nie spuszczaj swej ofiary z oczy, bo może się zdarzyć, że ci się wywinie.
- To nie fer!
- No już, już. - puściłem ją, odsuwając się nieznacznie, a gdy wstała, złożyłem delikatny pocałunek na jej czole. Chwilę się dąsała, chyba jak to samica, ale w końcu uśmiechnęła się delikatnie. Śmiejąc się z całej sytuacji, tym razem bez przeszkód wznowiliśmy dalszą drogę.

****
Nie uszliśmy daleko, gdy spomiędzy drzew wyłoniły się dobrze nam znane sylwetki. Itami wraz ze swoją macochą kierowały się wprost w naszą stronę. I Bogini mi świadkiem, Itami wyglądała dziś przepięknie. Jej oczy lśniły delikatnym blaskiem, a sierść mieniła się w promieniach słońca. Poruszała się z gracją gazeli, zmysłowo kręcąc przy tym biodrami. Jej ciało, smukłe i tak idealne do mnie dopasowane... Uhmm... Serce zaczęło mi szybciej bić, a wzrok z uwagą i pragnieniem, dokładnie zlustrował ciało przyjaciółki. Choć chyba powinienem nazywać ją kochanką, a może jednak partnerką? W tej chwili to nie miało znaczenia. Czułem bowiem, jak zamglenie podsyca moje pożądanie. Ogień zaczął się tlić. Wystarczyłaby teraz iskra, bym zapłonął żywym ogień. Kątem oka zerknąłem na idącą obok mnie Shori. Nie, musiałem się uspokoić. Pokręciłem głową, odpędzając to uczucie. Nie przy niej. Jest za młoda na takie widoki. I jakby nie patrzeć, to moja podopieczna. Pełnoletnia, lecz dla mnie wciąż jak małe dziecko, które nie dorosło do tych spraw. Tak bardzo bałem się stracić w jej oczach. Nie przeżyłbym, gdyby przestała mnie traktować jak swego wujka, czy mentora. Zabiłoby mnie na miejscu. Wziąłem głęboki wdech, uspokajając oszalałe ciało. Nie moja jednak wina, że ono pragnęło Itami. Tej, przez którą w ostatnim czasie niejednokrotnie traciłem zmysły. Wszelkie hamulce, od dawna były zwolnione. Nic więc dziwnego, iż reagowałem na nią w ten sposób. Nie mniej nie potrafiłem ukryć ekscytacji. Zamachałem ogonem, szczęśliwy, że ją widzę. Delikatny, acz zawadiacki uśmiech sam wkradł się na mój pysk. Przystanąłem na chwilę, dezorientując tym skrzydlatą waderę, lecz po chwili i ona dostrzegła nowe towarzystwo. Kiwnęła mi szybko głową na pożegnanie, ruszając zapewne do domu. Odprowadziłem ją wzrokiem, nim zniknęła mi między drzewami, po czym podszedłem do wader. Zuri, jak to ona, gdy tylko mnie zobaczyła, pokłoniła się należycie. Nie, żebym tego nie lubił, lecz tu nie było to wskazane. Nie chciałem, by mi się kłaniała, lecz ona sama twierdzi, że jestem jej Alfą mimo wszystko. Bez względu na to, kim jestem teraz. To było... miłe i jednocześnie powodowało dziwne uczucie. Bardzo przyjemne. Dobrze jest wiedzieć, iż jest się dla kogoś ważnym.
- Co za miłe spotkanie, Atrehu — uśmiech Zuri był zaraźliwy i nawet gdybym postarał się bardzo, nie potrafiłbym go nie odwzajemnić.- Jak Ci minął dzień?
- Ah! Nie najgorzej. Akurat mieliśmy spokojny patrol. Nic nie panoszyło się na naszych terenach, więc czas płynął nam dość leniwie. I przyznam, że przez ten czas — dla efektu skierowałem swój wzrok na Itami. Tylko dla niej był zarezerwowany i tylko ona potrafiła go odczytać. Posłałem jej długie, maślane i tęskne spojrzenie, pełne pragnienia i tego, czego w ostatnim czasie mieliśmy w nadmiarze. I czego wciąż mi brakowało. Jej policzki zarumieniły się, co znaczyło, że zrozumiała przekaz. Postanowiłem ciut się zabawić. - tęskniłem za Itami. - uśmiechnąłem się, patrząc jej intensywnie w oczy.
- Rozumiem. Trudno nie tęsknić za kimś, kto jest dla ciebie ważny, mój Alfo. Czy chcielibyście, abym pozostawiła was samych? - O, tak. Bardzo tego pragnąłem. Nie chciałem jednak być niegrzeczny i kazać jej odejść. Zuri mnie jednak zaskoczyła, gdyż nie czekając na odpowiedź, szybko się pożegnała, po czym ruszyła w drogę powrotną. Idealnie. Teraz byliśmy sami. Nikt nam nie przeszkadzał.
- Masz ochotę na spacer?
- Skoro już jesteśmy na powietrzu, to czemu nie. Tylko pamiętaj, z daleka od narcyzów! - w głębi ducha prychnąłem na jej słowa. Mogła mi o nich nie przypominać. Chyba najgorsza z możliwości, to ponowne spotkanie z tymi cholernymi kwiatami. Jak ojca kocham, znienawidziłbym je do końca życia.
- Haha, wiadomo. - przymknąłem na chwilę oczy, delektując się jej zapachem i leśną ciszą. Była obok mnie, szła u mego boku. Nasze ciała ocierały się o siebie delikatnie. Powodowały tarcia. Mmm. Moc we mnie się wzburzyła. Moim żywiołem wszakże była elektryczność i wszystko, co z nią związane, powodowało wzrost energii. Ah, przyjemnie. Czemu nie może tak być zawsze? Z jakiegoś powodu ta myśl spowodowała, że uśmiech zszedł z pyska. Mniej więcej wiedziałem, co jest powodem moich rozterek. Dlaczego tak bardzo boję się wyznać swoje uczucia? Westchnąłem w duchu. Byłem pewny, że Itami czeka, aż powiem te dwa słowa, a ja wciąż nie potrafiłem tego zrobić. Byłem zwyczajnym tchórzem. Oszustem, manipulantem. Nie zasługiwałem na miano Bety, nie powinienem był urodzić się także Alfą. Nieprzyjemny dreszcz zawładnął mym sercem. Potrząsnąłem głową. Nie, nie mogłem tak myśleć. Każdy rodzi się w jakimś celu i wszystko, co go spotyka, to po prostu przeszkody. Przeszkody, które należy ominąć bądź przez nie przejść. W tym wypadku wybrałem to pierwsze. Znowu.
- Jak humorek?
- Nie narzekam. Dzisiejsze słońce i wcześniejsze wychodne sprawiło, że mam więcej czasu dla siebie!
- Haha, zazdroszczę wolnego. Za niedługo noc nas zastanie, a czasu dla mnie niezbyt dużo zostało. Jak sobie pomyślę, że znów będę musiał wcześnie rano wstawać, to aż mnie gęsia skórka łapie.
- Nie gadajmy już o przyziemnych sprawach. Powiedz mi lepiej, jakie masz plany w wolny dzień? - jej uśmiech był taki słodki i uroczy. Gdybym mógł widzieć go codziennie i bez przerwy...
- To, co umiem najbardziej. Czyli lenić się i spędzać czas ze swoją przyjaciółką! - mój żart przeszedł chyba bokiem, pomimo mojego poczochrania jej za uszami. Wadera zwyczajnie zignorowała to, zaintrygowana czymś innym.
- O! Patrz, jakie znalezisko! - wskazała na samotnie rosnący kwiat, którego płatki rozłożone szeroko na boki, przypominały kształtem kocie opuszki. Miały intensywnie jaskrawy kolor. Nic dziwnego, że go dostrzegła. Rzadko spotykany odcień, więc z pewnością i sam kwiat zaliczał się do tego statusu. - To latolista szkarłatna! Bardzo rzadki kwiat, widzisz?!
- Widzę. Chcesz zerwać?
Itami uniosła wysoko uszy, mocno rozentuzjazmowana. Uśmiechnąłem się na ten widok. Wyglądała tak niewinnie w tej odsłonie. I tak diabelsko kusząco. Ah, co ja bym dał, żeby ją teraz... ah!
- Jasne! Ten kwiat to niezwykłe znalezisko. Zaniosę jutro Lonyi. Wiesz, że jeden płatek tego kwiatu magazynuje w sobie odpowiednio dużo soku, którego wystarczyłoby do wyleczenia połowy stada. To bardzo sporo! - nie czekając na mnie, rozpoczęła niebezpieczną wspinaczkę, kompletnie mnie tym nokautując. Martwiłem się, czy czegoś sobie czasem nie zrobi. Z nią nigdy nie wiadomo. Z drugiej zaś, zamiast coś zrobić, stałem jak słup, wpatrując się zahipnotyzowany. Moja głowa poruszała się w rytm ruchów jej ogona. A raczej tego, co znajdowała się za nim. Nie myślałem, szczerze mówiąc nad tym, co robię, to się po prostu stało. Nim zdołałem zorientować się w sytuacji, mój język samowolnie rozpoczął taniec. Przytrzymałem jej biodra łapami, smakując to, co tak nieświadomie mi zaoferowała.
- Ah, Atrehu...

*****
< Time Speed ~ Godzinę później >
Chichocząc i śmiejąc się naprzemiennie, co rusz przewracaliśmy się na ziemię. Spacerowaliśmy po okolicy, kierując się powoli w stronę jaskini medyka. Itami po nieudanej próbie zerwania kwiatu, do czego oczywiście się przyczyniłem, oddała się oferowanym przeze mnie przyjemnością. Po cudownej zabawie nie miałem jednak serca zostawiać ją z niczym. Zwłaszcza, iż jak sama powiedziała, to bardzo rzadki kwiat. Niespecjalnie widziało mi się stykać z ów rośliną, lecz czego się nie robi dla samicy? Zwłaszcza gdy tak zerka na ciebie zamglonym wzrokiem. Całując ją więc przelotnie w policzek, użyłem swej mocy. Teleportując się możliwie blisko celu, chwyciłem kwiat w zęby wraz z patykiem, na którym był zawieszony. Sprawnie wylądowałem na ziemi, uśmiechając się przy tym, jak głupi. Wypiąłem dumnie pierś, prezentując swą zdobycz. Po położeniu trofeum u jej łap czule spojrzałem w oczy. Jak przypuszczałem, Itami patrzyła na mnie intensywnie. Jej ogon uderzał rytmicznie o podłoże, ewidentnie się cieszyła.
- Dziękuję! - rzuciła się do przodu, wtulając się w moje futro. Przygarnąłem jej drobne ciało do siebie. Trwaliśmy tak chwilę, sycąc się swoją bliskością. Wadera w końcu odkleiła się ode mnie. Łapiąc kwiat w pysk, ruszyła przed siebie. I tak oto znaleźliśmy się u wyjścia z lasu. Nasz następny cel, to oczywiście lecznica, gdzie dzisiejszą zmianę miała Lonya. Nie mogłem się doczekać spotkania z nią. Choć było to irracjonalne, wciąż pamiętałem zapach jej futra. Ciche jęki, wydobywające się ze strun głosowych, wciąż dźwięczały mi w uszach. Pokręciłem łbem. Chyba wariuje. Z pewnością. Będąc z Itami, dopiero co z nią kończąc się bawić, zacząłem myśleć o innej? Co jest ze mną nie tak!? Do k*rwy nędzy, ja się chyba muszę leczyć! Byłem na siebie wściekły. Tak bardzo. Mocno. Najgorsze, że nie rozumiałem tego, co czułem i dlaczego moje zachowanie było takie... jakie było... Nie istniało chyba określenie, które w pełni oddałoby to, co odwalałem. Jednego byłem jednak pewien. Nic dobrego z tego nie wyniknie. Wcześniej, czy później stanę pod ścianą, a znikąd pomocy. I co wtedy? Jaką decyzję podejmę? Kim się stanę, jeśli nawet teraz mam problem sam ze sobą!?
- Już jesteśmy! - cichy głos Itami przebił się przez mgłę w mym umyśle. Zlustrowałem zdezorientowany okolicę, zdając sobie sprawę, iż rzeczywiście. Byliśmy na miejscu. Wejście do jaskini medyków stało naprzeciwko nas. Nawet stąd, z większej odległości, mogłem poczuć zapach ziół. Bodźce zareagowały niemal natychmiast. Skrzywiłem się. Musiałem chyba wyglądać śmiesznie, gdy naraz usłyszałem wesoły śmiech wadery. - No już, nie musisz ze mną iść, jeśli nie chcesz.
- Nie no, odprowadzę Cię. Nie zbliżę się po prostu do tych roślin.
- To są zioła Atrehu.
- Zwał jak zwał. - wzruszyłem ramionami, robiąc krok naprzód. - Obrzydliwe, śmierdzące rośliny, od których żołądek się przewraca!
- Te, jak o określiłeś obrzydliwe rośliny, uratowały Ci życie. Nie jeden raz! - w duchu musiałem przyznać jej rację, lecz na zewnątrz prychnąłem tylko pogardliwie. Wiedziałem co prawda, o ich skuteczności, lecz na myśl, iż miałbym zażyć któryś z nich... chyba prędzej wybrałbym drogę na tamten świat. Nim zdążyłem pomyśleć coś jeszcze, Itami zamachnęła się łapą, zdzielając mnie po łbie. - Aua, za co!? - na jej pysku malowała się czysta złość, wargi miała zaciśnięte, a w oczach płynęła pogarda.
- Czy choć raz możesz docenić To, czym się zajmujemy i przyjąć do wiadomości czyjeś zdanie poza swoim!? 
- Co tu się dzieje? - oboje odwróciliśmy się na znajomy dźwięk głosu. U wejścia do jaskini, w swej pełnej krasie stała Lonya, a tuż obok niej... Naharys.

Itami?

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 4361
Ilość zdobytych PD: 2180 + 40% (872 PD)
Obecny stan: 3052

wtorek, 14 czerwca 2022

Od Belief do Eowiny [ cz 1] ~ Kiepsko to wygląda

 Biała nie mogła spać. Ból zdawał jej się nie do zniesienia. Odkąd ostatnim razem widziała się z Ynerythem, minęło już kilka dni. Podniosła głowę i sapnęła. Tamta noc była przerażająca i przyniosła białej tylko koszmary, które odwiedzały ją co noc. Pamiętała każdy szczegół z tamtej chwili. Te potężne zakręcone rogi i pazury, które wbiły się w jej udo jak nóż w masło. Westchnęła ciężko, zastanawiając się nad tym, jak samiec radzi sobie z wydarzeniami z tamtej nocy.
Wyciągnęła głowę w stronę rany i liznęła kilka razy. Jako sanitariuszka, czyli pomoc medyczna w terenie, sama zadbała o to, by usunąć jad i wszelkie zanieczyszczenia z rany, ale rana była zbyt głęboka i Bel potrzebowała chyba pomocy kogoś bardziej doświadczonego. Wzięła do pyska nieco krwawnika i babki i przyłożyła do rany, która jeszcze nieco jątrzyła się. Wydała z siebie jęknięcie, ponieważ nie miała sił dłużej utrzymać się w tej pozycji. Od kilku dni niczego nie jadła i wiedziała, że jeśli teraz nie wyjdzie i czegoś nie zje, to może być z nią naprawdę kiepsko. Wstała więc i trzęsąc się nieco od długiego leżenia, wyszła z niewielkiej groty. Od razu wzięła głęboki wdech świeżego pięknego powietrza. Tego było jej trzeba. Zdecydowanie spacerów i kontaktu z przyrodą. Belief swoją grotę leczniczą obrała sobie nieopodal jeziora Lac de Cristal, które było tutaj uważane za lecznicze, zwłaszcza nocą, a właśnie była noc. Skierowała więc swoje kroki w tamtą stronę, licząc na łatwy posiłek w postaci, chociażby jakiejś małej rybki, wspominając teraz sytuację, kiedy to wspólnie z Cianem je łapali i jedli. No właśnie, ciekawe co u niego słychać, gdzie się podziewa, może by jej mógł pomóc. Westchnęła, włócząc łapami naprzód.
Kiedy dotarła na miejsce, zobaczyła, że nie jest tutaj jedynym wilkiem, który przyszedł podziwiać piękno jeziora nocą. Nie znała zapachu tego wilka, ale wyczuła, że jest to samica. Siedziała tyłem do Bel wpatrzona w jezioro, które mieniło się nocą, pięknym błękitem. Bel zastrzygła uchem i patrząc na niebo, westchnęła znów cicho. Nie miała wyjścia, tak bardzo zaschło jej w gardle i była tak bardzo głodna, że nie w sposób byłoby teraz zawrócić i szukać innego miejsca. Postawiła więc na konfrontację.
-Dobry wieczór - biała szła powoli w stronę szarej. Szara odwróciła się w jej stronę, wyraźnie zmieszana, ale po chwili odezwała się:
- Witaj, wybacz, jeśli nie powinno mnie tutaj być, ale ... tutaj jest tak pięknie. - szepnęła ostatnie słowa.
- Nie przeszkadzaj sobie, przyszłam tylko się napić i może coś zjeść. - mówiąc to, zrównała się z nią i spojrzała jej w oczy na kilka sekund. Samice miały wrażenie, jakby ich spojrzenia spotkały się na całą wieczność, choć w rzeczywistości trwało to zaledwie kilka sekund.
- Zaraz.. ja Cię znam! - pisnęła aż radośnie szara wadera i natychmiast jej ogon rozradował się.
Biała natomiast przekrzywiła lekko łbem zdziwiona. Była od kilku dni wyczerpana, głodna i spragniona, przez co nie mogła zebrać myśli, ale również jej spojrzenie coś jej przypomniało. Uśmiechnęła się tylko.
- Tak, chyba kiedyś się spotkałyśmy, jako samotniczki bez własnych stad... gdzieś na szlaku.
- Dobrze Cię widzieć Belief
- Mnie również Eowino.
Wilczyce wymieniły się szczerymi uśmiechami, i kilkoma ciepłymi słowami, oraz tym jak fajnie, że obie trafiły do tego samego stada, po czym biała ruszyła w stronę jeziora. Przede wszystkim potrzebowała teraz się napić. Zatrzymała się, mocząc przednie łapy w wodzie i schyliła się z cichym jęknięciem, by w końcu wyciągnąć język i napić się tak potrzebnej jej wody. Szara przyglądała jej się z wielką uwagą. Każdy krok był dla niej niepokojący. To jak sztywno szła i jeszcze to zająkniecie się na końcu.
- Bel, kiedy widziałam Cię ostatnim razem, byłaś ... zupełnie inna.
- Tak, byłam. - piła dalej.
- Co się stało?
- To długa historia. Jestem wykończona. Od kilku dni próbuję dość do siebie po ataku potwora. - Biała odwróciła się, w taką stronę, aby wadera mogła zobaczyć jej ranną tylną nogę. - opowiem, kiedy tylko będę miała siłę na więcej słów. Muszę coś upolować. Czy mogłabyś mi pomóc? - Belief położyła się w wodzie z sykiem, kiedy jej rana zetknęła się z taflą jeziora. - Próbuję już wszystkiego, a chodzą legendy, że to jezioro ma działanie lecznicze, lecz nie mam tak dużego doświadczenia, jak Ty....
- Oczywiście że pomogę, ale najpierw musisz coś zjeść, ponieważ już jest z Tobą źle! Ale nie martw się, wyjdziemy z tego razem. Nie pozwolę, aby Ci się pogorszyło, w końcu pomogłaś mi kiedyś, więc teraz ja pomogę Tobie.
- Dziękuję. - szepnęła Belief, przymykając nieco oczy. Teraz faktycznie najważniejsze było, aby zjadła jakiś posiłek, to zdecydowanie pomogłoby jej organizmowi trochę zawalczyć.

Eowina?

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 737
Ilość zdobytych PD: 368 PD
Obecny stan: 2231 PD

Od Yneryth’a c.d Eowiny ~ Zagubienie

Samiec leżał we wzgórzu pośrodku swojej polany. Tak jak zwykle, z bólem odrywał się od swojego nocnego trybu życia. Słońce świeciło mu prosto w pysk. Basior powoli otworzył jedną z powiek, aby sprawdzić, czy to już należy powstać. Lewe oko ujrzało szarą dla niego rzeczywistość. Od razu spostrzegł górujący nad nim talerz słoneczny. Chwile po tym otworzył i drugie, teraz rozglądając się po swoim najbliższym otoczeniu. Całe otoczenie było nie zmienne, wszystko prawię identyczne. Jedynie trawa zmieniała się z dnia na dzień, wciąż nieustannie rosnąc ku niebu. Yneryth niechętnie wstał, pamiętają, co go dziś czeka. Tego dnia znów czekał go jeden z „obowiązkowych” treningów. Ze złością myślał o tych, którzy sobie to wymyślili. Nie uważał się już za niepokonanego, lecz wciąż nie uważał, że potrzebuje trenować jakieś głupoty, co gorsza w otoczeniu innych dość męczących dla niego towarzyszy. Nic dla niego nie usprawiedliwiało tego, że musiał wstać za dnia. Pełen rozczarowania powędrował, by spotkać się ze swoimi pobratymcami.

*
Szedł z innymi poznanymi już przez siebie wilkami, w kierunku placu treningowego. Całą wycieczkę prowadził Naharys wraz z Atrehu. Za nimi szli inni. Yneryth starał się ograniczać zbędny kontakt z innymi, dlatego też szedł na samym końcu, zamykając pochód. Dla swojego własnego bezpieczeństwa, a dokładniej dla świętego spokoju, schowany był we własnej iluzji. Ograniczało to możliwość kontaktu z innymi, co bardzo mu pasowało. Wilki były zajęte rozmową pomiędzy sobą i wymienianiem się nowość ze swojego życia. Były zajęte sobą nawzajem, nie zwracając większej uwagi na otaczające ich otoczenie. Biały samiec rozglądał się i podziwiał piękno natury. W całym otoczeniu coś mu jednak nie pasowało, coś zdawało się nie grać. Szedł jednak dalej coraz bardziej skupiony na pobliskim terenie. Po pewnym czasie zorientował się, co mu nie pasuje. W powietrzu czuł nutkę nieznanego dla niego jeszcze zapachu. Ciekawość zaczęła napływać mu do głowy i wprowadzać go w coraz większy stan zainteresowania. Zapach jednak był zbyt słaby, by udać się jego śladem, to też dalej szedł śladem za innymi. Po pewnym czasie, wraz z pokonaną odległością zapach powrócił, teraz był lepiej wyczuwalny. Przystanął w miejscu i znów zaczął się rozglądać. Inni zdawać by się mogło, że nic nie wyczuli, lub po prostu ich to nie obchodziło. Yneryth jednak od razu udał się za nieznanym zapachem. Szedł, skradając się, pośród suchych liści i połamanych gałęzi. Męczenie się z podążaniem za wonią, w pewnym momencie straciły sens. Samiec znalazł coś, co na pewno ułatwiło mu dalsze poszukiwania. Na ziemi widać było ślady łap. Wpatrując się w pozostawiony trop, miał pewność, że musi być to jakiś wilk. Szybko zaczął szukać w głowie, wspomnień dotyczących jakiś nowo przybyłych wilków. Jego myśli jednak nie trafiły w sedno i nie przypomniały mu o niczym nowym. Z ostrożnością i ciekawości kontynuował podróż, wzdłuż pozostawionego tropu. Wiele, nie trzeba było czekać. Kilkanaście metrów dalej zlokalizował coś, czego szukał. W średniej odległości widział nieznanego mu wilka, dokładniej waderę. Usiadł na podłożu, w swojej iluzji, tak by móc poobserwować co się wyprawia. Samica zdawała się zmieszana. Sytuacja lekko rozbawiła samca, gdyż wadera obserwowała resztę stada. Ostatecznie jednak wychyliła się zza zasłony. Yneryth nie miał pojęcia już, co ona kombinuje. Jedyne czego był pewien to to, że samica nie ma raczej złowrogich planów. Skierował swoje kroki prosto na nią.
Samiec był już w pobliżu wadery, teraz widział już ją z bliska. Widział dokładnie jej ubarwienie i kształt. Nie przypomniał sobie, by spotkał kogoś o tak szczególnym ubarwieniu. Pozwoliłby iluzja opadła i normalnym krokiem podszedł jeszcze bliżej, siadając w odległości nawet dla niego, zbyt bliskiej. Samica znacznie wzdrygnęła się, z powodu zaistniałej sytuacji. W jej oczach widać było tysiące myśli przepływających prosto do głowy. Yneryth nie czekając na marnowanie czasu w ciszy, postanowił od razu zapytać.
- Witaj, czemu się tak tu przyglądasz? – Powiedział spokojnym głosem, patrząc na idące przed nim wilcze stadko.

Eowina?

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 626
Ilość zdobytych PD: 313
Obecny stan: 1052

poniedziałek, 13 czerwca 2022

Od Pliszki c.d Noiter'a ~ Guide of despair

Szczeniak położył po sobie uszy, widząc dorosłego wilka. Skuliła się, przy okazji strosząc sierść oraz pióra na szyi, przez co w tamtym momencie mocno przypominała będącą niedaleko niej przestraszoną sowę. Jednak po chwili słysząc, że starszy wilk przedstawiający się jako Noiter nie brzmiał, ani nie wyglądał zbyt groźnie, ponownie nastawiła uszy. Widząc jej gest Noiter spróbował odrobinę zmniejszyć dystans dzielący go od szczeniaka próbując jakoś uspokoić przestraszoną Pliszkę jednak wywołało to odwrotny efekt, ponieważ szczeniak, widząc ruch, cofnął się, przy okazji przypadkiem dotykając tylną łapą sowy, która w tym momencie wydała z siebie przestraszony pisk, na który Pliszka aż podskoczyła. Teraz nie licząc nastroszonej sierści i piór na karku również podniosła i rozłożyła skrzydła, jakby próbowała zrobić się większa.
-  Hej, hej, spokooojnie — powiedział Noiter odrobinę przeciągając ostatnie słowo i zniżając głowę i ogólnie prawie kładąc się na ziemi, żeby być na tym samym poziomie co szczeniak — Nie chcę ci nic zrobić — dodał, zastygając w miejscu i czekając na jakąkolwiek reakcje szczeniaka — Czy gdzieś tu w okolicy są twoi rodzice?
- Nie — rzuciła bardzo szybko, dalej skulona Pliszka, bacznie obserwując starszego wilka, nie wiedząc, co powinna zrobić, nie wydawał jej się tak naprawdę groźny, ale skąd mogła mieć pewność? Nigdy nie spotkała innego dorosłego wilka, nie licząc jej rodziców.
- Zgubiłaś się? - ponowił wcześniejsze pytanie Noiter, na co szczeniak po chwili zastanowienia pokręcił głową. Starszy wilk przyglądał się nastroszonej kulce futra z za dużymi jak na tak drobne ciało skrzydłami i dość szybko połączył fakty. Szczeniak bez opieki, który mówi, że nigdzie w pobliżu nie ma  jej rodziców i znajduje się na samym obrzeżach terenu watahy, kiedyś słyszał o takiej historii, że czasem niektóre wilki w taki sposób podrzucają niechciane szczeniaki do innych watah, ale nie sądził, że kiedyś będzie świadkiem jednej.
- Naprawdę nie musisz się bać, dodatkowo jesteś teraz na terenie watahy, wiesz, tu jest dużo innych wilków i z pewnością dzięki temu twoim rodzicom będzie łatwiej cię znaleźć — powiedział samiec, dalej leżąc płasko na ziemi. Pliszka cały czas przyglądając się Noiter’owi nawet nie zwróciła uwagi na fakt, że sowa w tym czasie zdążyła uciec, odrobinę zaczęła się rozluźniać. Jeśli są tam inne wilki, to chyba będzie bezpiecznie? Na pewno bezpieczniej niż całkiem samej.
- Jak się nazywasz? - po raz kolejny padło to samo pytanie, jednak tym razem uzyskując, już odpowiedz.
- Pliszka — powiedział szczeniak, siadając na ziemi.
- W takim razie, miło mi cię poznać Pliszko — powiedział Noiter powoli się podnosząc — W takim razie chciałabyś poczekać w bardziej bezpiecznym miejscu i poznać inne wilki?- Zapytał, a Pliszka jedynie pokiwała głową, wiedząc, że czekanie nie ma sensu, bo jej rodzice nie wrócą i nie ma w tym momencie lepszej opcji.

PODSUMOWANIE
Słowa: 435
Ilość zdobytych PD:
Obecny stan: