Newsy



:Aktualności
.Blog przechodzi obecnie renowację
.Już niebawem pojawią się nowości

:Pogoda
Obecna pora roku ~ Jesień
.Temperatura waha się między 10+ a 0- stopni Celcjusza
.Zmiana pory roku nastąpi 15.12.2022

Liczba wilków ~ 27
Wadery ~ 18 + 1 NPC
Basiory ~ 7 + 4 NPC
Szczeniaki ~ 1
Nieobecni: Brak

~Serdecznie zapraszamy♥~

czwartek, 3 grudnia 2020

Od Rodrigo Cd. Vaayu



Rodrigo został mianowany strażnikiem terenów watahy. Tego stanowiska nikt jeszcze nie zajmował, co wydało się basiorowi dość dziwne, przecież to ważna funkcja. Wataha stawała się coraz bardziej liczna, ktoś musiał zająć się pilnowaniem terenów.

Oczywiście strażnik musiał owe tereny znać, dlatego siostra oprowadziła wcześniej Roda po bliższych terenach, jednak takie miejsca jak Forêt Ombragée czy Sommets interdits poznał jedynie z opisu. Raquel opowiedziała mu o swoich przygodach w mrocznym lesie i samiec szybko zrozumiał, że nie ma ochoty się tam zapuszczać. Jednak jego siostra nigdy nie była w tajemniczych górach na północnym-zachodzie terenów. Rodrigo postanowił, że warto będzie zbadać ten teren, w końcu tam też może spotkać intruzów, których wypadałoby przegnać z terytorium watahy.

To był mroźny dzień. W nocy padał śnieg, nie było go bardzo dużo, jednak łapy samca stąpały po cienkiej warstwie białego puchu. Z marszu szybko przeszedł w bieg dla rozgrzewki.

To, co zaskoczyło go w jego siostrze, to fakt, jak rozwinęła się fizycznie. Pamiętał ją jako drobną samiczkę, która nie potrafiła sama zapolować, jednak czas zmienił ją w dorosłą, silną waderę. Cieszył się z tego, jednak jego dusza starszego brata nakazała mu poćwiczyć nieco, żeby znowu móc być jej ochroniarzem. Taki bieg i wycieczka w góry na pewno mu pomogą.

W końcu znalazł się u stóp najbliższej góry i zaczął wspinaczkę. Zdawał sobie sprawę z tego, że wyżej będzie jeszcze zimniej i może znaleźć więcej śniegu. Cóż, musiał jakoś sprawdzić się jako strażnik.

Szedł przez jakiś czas na jednym poziomie, żeby po prostu pójść dalej w góry, nie zależało mu na znalezieniu się na najwyższych wysokościach. Po kilkunastu minutach znalazł się u stóp kolejnego wzniesienia. Przeszedł jeszcze trochę i w końcu w oddali zobaczył Lac de Cristal. Widok przesłaniała mu mgła, która zaczęła się zbierać w okolicach jeziora.

Rodrigo postanowił, że to czas wspiąć się trochę wyżej. Podejście nie było specjalnie strome, ale to wydłużało tylko czas wędrówki. Przeszedł kawałek i specjalnie wybrał bardziej stromą trasę.

W pewnym momencie poczuł zapach wilka. Obcego wilka, nie znał tego zapachu. Poznał już kilku członków watahy, w góry raczej zaglądali rzadko. To musiał być ktoś spoza stada. Basior zniżył się, żeby być mniej widocznym. Pomagała mu mgła, która w tym miejscu była gęstsza. Jednak przez to nie potrafił dostrzec drugiego wilka. Ten ktoś szedł w jego kierunku.

We mgle mignęło białe jak śnieg futro. Obcy zbliżał się niepewnie do samca. Strażnik postanowił zareagować i zaczął biec w stronę wilka.

- Kim jesteś i co tu robisz? - jego donośny głos rozległ się po górach.

Wilk nie otrzymał odpowiedzi. Uznał to za podejrzane i skoczył w kierunku intruza. Już po chwili natrafił na wilcze ciało, które obalił na ziemię. Przetoczył się wraz z tym niezidentyfikowanym towarzyszem parę metrów. Kiedy się zatrzymali, Rodrigo stał nad obcym, blokując leżącemu drogę ucieczki.

Z bliska basior wreszcie mógł zobaczyć „napastnika”. Była to wadera o szaroniebieskich oczach, które wpatrywały się w niego z lekkim strachem. Speszył się i odsunął się nieco na bok, żeby nie stać nad wilczycą. W innej sytuacji nadal blokowałby przeciwnika, jednak jego ogromny szacunek do płci przeciwnej nie pozwolił mu na to w tej sytuacji. Zarumienił się pod warstwą czarnego futra, ale przypomniał sobie, po co właściwie gonił za nieznajomą. Na jego pysku nie było widać żadnych emocji. Poważnie powtórzył pytanie, choć w głębi był trochę zmieszany.

- Kim jesteś i co tu robisz? Znajdujesz się na terenach Watahy Renaissance. - poinformował ją.

<Vaayu?>

Od Rodrigo - 1 trening obrony

Rodrigo wstał skoro świt. Chciał potrenować swoje umiejętności, w końcu przydałoby się, żeby strażnik potrafił obronić tereny. Długo myślał, w jaki sposób może poprawić tę zdolność. Chciał ćwiczyć w samotności, zawsze łatwiej mu się wtedy skupić, jednak żeby skutecznie nauczyć się obrony, potrzebował pomocy. Nie znał bardzo dobrze członków watahy, a jego siostra musiała zająć się własnymi sprawami, na szczęście pozostała jeszcze jedna opcja. Poprosił Raquel, żeby „pożyczyła” mu swojego towarzysza - małego smoka Halcóna. Malec mieszkał z nim i Raquel w jaskini, więc był już przyzwyczajony do jego obecności. Z początku smok bał się dużego basiora, ale Raquel przekonała go, że jej brat nic złego mu nie zrobi.

- Halcón! - zawołał stworzonko Rodrigo.

Smoczek dziarskim krokiem przytuptał do samca. Był w dobrym humorze.

- Chodź, idziemy… - tu Rod się zaciął.

Gdzie mogli pójść? Przypomniał sobie, że Raquel wspominała mu o spokojnej polanie, na której sama zaczynała trenować. Udał się więc z towarzyszem siostry na Clairière Verte. Tam poprosił istotkę, żeby atakowała go na razie bez użycia magicznych mocy.

Rodrigo myślał, że odpieranie ataku tak małego smoka przyjdzie mu łatwiej. Halcón był mimo wszystko silny i niezwykle szybki. Zaskakiwał Roda z różnych stron, kilka razy basior „przegrał” walkę, czyli dał się obalić, mały smok oczywiście nie wyrządzał mu krzywdy.

Po dwóch godzinach treningu Rodrigo odpierał już wszystkie ataki. Zarówno on jak i Halcón byli zmęczeni ćwiczeniami i w końcu udali się do wodopoju. Tak skończył się pierwszy trening obrony Rodrigo.




Od Leonarda do Andzi

- Hej Leo. - Powiedziała biała wilczyca, posyłając szczeniakowi ciepły uśmiech.Wilczek odwrócił głowę, nic przy tym nie odpowiadając. Leonardo zauważył, że Tristana była dla niego bardzo miła już od pierwszych dni, było to dla niego bardzo dziwne uczucie. Biała wadera często pytała go, czy jest coś, co chciałby porobić, albo czy ma ochotę coś zjeść. Szczeniak jednak bardzo rzadko jej odpowiadał. Choć Leo potrafił sam przed sobą przyznać, że miejsce, do którego trafił, było wspaniałe, a większość wilków go otaczających naprawdę miła, to nie potrafił on zaakceptować faktu bycia tu samemu. Był zły nie tylko na los, ale także na siebie. Nie potrafił sobie wybaczyć, że gdyby tylko obudził się wcześniej, miałby okazję pożegnać się z Lisą, albo nawet przekonać także i ją do ucieczki.
- Wiesz... - Zaczęła Tris i spojrzała na szczeniaka, aby sprawdzić, czy ma jego uwagę. - Jest na naszych terenach pewien piękny wodospad. Słyszała, że potrafi spełniać życzenia.
Leonardo zastrzygł uszami, pierwszy raz słyszał, aby wodospad był w stanie spełniać życzenia. Czarna wilczyca opiekująca się nim w przeszłości zawsze powtarzała mu, że musimy sami o siebie zadbać, a nie liczyć na szczęście. Szczeniak nie wyglądał więc na zbyt przekonanego słowami wadery.
- Chodź. - Powiedziała biała wilczyca. - Obiecuję, że widok będzie tego wart.
Szczeniak bez słowa skinął przytakująco głową. Tristana poprowadziła więc Leonarda do Cascade de rêve. Malec aż otworzył pyszczek oszołomiony widokiem wodospadu. Szczeniak podszedł nieco bliżej, spoglądając na swoje odbicie w tafli wody. Po chwili wizerunek śnieżnobiałej wilczycy pojawił się obok.
- Pięknie prawda? - Zapytała wilczyca, ponownie uśmiechając się ciepło do szczeniaka.
- Mhm. - Mruknął Leo, odwracając przy tym wzrok.
- Cieszę się, że cię podoba. - Zaśmiała się wadera. - Jeśli chcesz, możesz wrzucić kamyk do wody i pomyśleć życzenie. Chyba nie zaszkodzi spróbować, co?
Czerwony szczeniak uniósł wzrok, spoglądając na waderę. Walczył wewnętrznie sam ze sobą, nie potrafił jednak zaprzeczyć słowom wilczycy. Nie zaszkodzi spróbować. Leo podniósł więc niewielki kamień i rzucił nim w stronę wodospadu. Skała nie poleciała zbyt daleko, ale przecież nikt nie powiedział, że musi. Wymyślenie życzenia nie trwało zbyt długo. Szczeniak wiedział, czego chciał, choć wątpił, aby jego życzenie w ogóle mogło się spełnić. Wilki siedziały jeszcze chwilę przy wodzie, gdy jednak lekkie dreszcze spowodowane chłodnym wiatrem zaczęły przechodzić szczeniaka, Tris zaproponowała, aby oboje wybrali się w nieco bardziej zalesioną część terenów. Leonardo zgodził się bez większego namysłu. Wodospad wydał mu się fajny, ale siedzenie przy wodzie gdy temperatura z dnia na dzień wydawała się spadać, nie było dla niego zbyt przyjemne. Oboje szli leśnym korytarzem, pozwalając mu ochronić ich od chłodnego wiatru. Następnie minęli grotę alfy i ponownie znaleźli się w centralnym lesie. Miejscu, które Leo już całkiem nieźle znał, i które wydało mu się dotychczas jednym z najbezpieczniejszych.
- Może chciałbyś się w coś pobawić? - Zapytała Tristana.
Leonardo zastanowił się chwilę, nic jednak nie przychodziło mu do głowy. Będąc w zamknięciu, szczeniak nie miał za wiele możliwości do zabawy.
- A może tak berek? - Odezwał się nagle inny głos, a sierść na karku szczeniaka momentalnie się zjeżyła. Gdy tylko maluch się odwrócił, zobaczył za sobą szarą wilczycę. Leo patrzył na nią z mieszanką strachu i podziwu. Wystraszyło go, jak blisko znalazła się samica, jednocześnie jednak swego rodzaju zaciekawienie wzbudziło w nim tak ciche zbliżenie się samicy do niego. Szczeniak mimowolnie skurczył się, kładąc uszy po sobie. Szara wilczyca usiadła przed Tristaną i obie zaczęły rozmawiać. W tym czasie Leonardo okrążył wadery, starając się dobrze przyjrzeć Andzi, bo jak szybko podchwycił, tak miała na imię. Wilczek poczuł się zafascynowany cichymi krokami nakrapianej wilczycy. Nie przypominał sobie bowiem aby komukolwiek wcześniej udało się podejść do niego tak blisko, nie będąc wcześniej usłyszanym. Nie zajęło długo gdy szara wilczyca podchwyciła ciekawski wzrok Leo. Zaskoczony nagłym skrzyżowaniem spojrzeń szczeniak odskoczył, mimowolnie starając się ukryć za Tris. Szczeniak zacisnął zęby, rzucając Andzi podejrzliwe spojrzenie. Nie zauważając jednak żadnej agresywnej reakcji ze strony szarej wadery, ponownie się rozluźnił.
- Wygląda, jakbyś chciał coś powiedzieć. - Zauważyła Tristana, patrząc na szczeniaka.
Wilczek spojrzał na nią, a następnie skierował wzrok na Andzie.
- Chodzisz bardzo cicho. - Powiedział Leo do szarej wilczycy.

Andzia?

środa, 2 grudnia 2020

Od Ice Queen - 3 trening inteligencji

Dziś dzień był cudowny , lecz miałam wrażenie że o czymś zapomniałam. Dopiero późnym południem gdy weszłam do jaskini i zobaczyłam na ścianie lekką białą kreskę, przypomniałam sobie o magicznym kamieniu którym można rysować. A co najlepsze pisać i uczyć się tego. Sam i Tris akurat były a jaskini, uśmiechnęłam się promiennie i zaczęłam im o tym opowiadać. Tris stwierdziła że to nie jest żaden magiczny kamień , ani kryształ. Nic z tych rzeczy, to po prostu kamień, minerał... wapień, wapno. Jak kto woli, przynajmniej dokładnie wiedziałam już co to. No i że jest tego na świecie więcej, całe szczęście. Wadery zabrały się do rysowania, na początku szło to dość opornie. Ale po paru minutach nawet zadawałyśmy sobie zagadki. Jedna rysowała jakąś część i musiałyśmy zacząć myśleć, ruszyć tą mózgownicą. Działał też płat który odpowiadał za kreatywność, to już coś. Samya narysowała podłużną kreskę, czułam się głupio. Ale po chwili zaczęła rysować ją slalomem, oczy , zero odnóży. Kiedy już wiedziałam co tam mogłam albo krzyknąć co to, albo iść dorysować. Wybrałam drugą opcje i podchodząc do wadery dorysowałam resztę węża. Przyszła kolej na mnie, musiałam dać im coś łatwego ale podchwytliwego. Spojrzałam na Tris i zaczęłam ją rysować, nie wychodziło mi to jakoś perfekcyjnie. Ale jej kontury rysowały się białą kreską bardzo sprawnie. Po chwili musiałam przyznać się co to, po paru rundach wydawało mi się to coraz łatwiejsze. Stwierdziłam ze to dobra zabawa na rozwijanie swoich umiejętności , lecz jutro chciałabym przejść się do Raq i poprosić o jakąś książkę o Alchemii. Czemu by nie dowiedzieć się więcej o jej pracy, w końcu jest dla mnie trudna, niezrozumiała i bardzo skomplikowana. Kto wie, może wreszcie pojmę, czemu wadera ją tak lubi...


PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 279
Ilość zdobytych PD: 139
Nagroda za trening: 100 PD + 3 punkty do inteligencji

Od Kzen'a Cd. Raquel



Kzen zaciął się na chwilę, ale szybko go odcięło:
- No jak to? O wsz-szystkim. O jakiejś spraw-wie z wygnaniem. O-o, coś o mnie i takie inne... - wadery patrzyły na niego ze zdziwioną miną. Nastała cisza. Na szczęście Ice Queen przerwała spokój:
- No to może... - ale i tak zaniemówiła. Basior strzepnął ogonem i zaczął się rozglądać w koło siebie, ale jedynie co dojrzał do Douce Cascade. Ta cisza aż zapiszczała w uszach samca, który trzepnął pyskiem. W końcu ktoś się odezwał:
- No to co robimy? - była to Raquel. Nie otrzymała odpowiedzi. Jednak Kzen się parsknął:
- Dobra. To ja idę
- Ej, czekaj! - zaczepiła go alchemiczka
- Co?
- Może... Może pójdziemy... gdzieś...
- Ale gdzie? I po co? Ja nie chcę nigdzie iść! - samiec nie słuchał już jej dalszych słów. Znowu wskoczył w krzaki i skierował się w stronę Vallée Sombre. Nie miał pojęcia po co. Chciał po prostu sobie pospacerować. Tak właśnie usłyszał wadery. Wcale nie chciał ich zaczepiać, ale... Nieważne. Wilk spieszył się. Nie wiadomo dlaczego. Co chwilę odwracał łeb do tyłu, by zobaczyć czy żadna z wader za nim nie biegnie. W końcu ukazał mu się las. Był jak zawsze mroczny i ponury. Kzen co chwilę ocierał się o jakiś krzak. Oczywiście trzymał w pysku latarnię, a jego oczy świeciły się, bo było aż tak ciemno. Żaden promień światła tam nie docierał. Alchemik zjeżył futro. Trochę się bał. Nie miał pojęcia co może zrobić mu Smok. Zagubionych Dusz się...
- Kzen! Miałam nadzieję, że tu cię znajdę! - odezwał się głos wilczycy
- Raquel? Co ty... Co ty tu robisz?! Tu jest niebezpiecznie!
- No... ja poszłam cię szukać, bo chciałam ci coś powiedzieć
- I tylko po to tu przyszłaś?
- No, nie
- To po co?
- Nie wiem...
- No dobra. Jak już tu jesteś, to spróbuj nie zginąć! - Alchemiczka ruszyła za basiorem zapominając o wiadomości. Samiec szedł dość szybko i nie zwracał uwagi na wilczycę. Jego myśli przerwał mu głośny ton Raquel:
- P-patrz! - alchemik odwrócił się i zobaczył duże zwierzę. Wśród najgorszych była to Mroczna Dusza. Wróg zaczął biec w ich stronę, ale szybko zawrócił. Blask latarni oślepił stworzenie, które natychmiast zwiało. Kzen uśmiechnął się lekko, a jego kompanka wydała pomruk zaciekawienia. Na szczęście ukazał się błyska światła. Było to wyjście z lasu. Widocznie tajemnie zawrócili. Samiec kompletnie zapomniał o samicy. Nawet nie wiedział gdzie jest. Nie wiadomo nawet czy wyszła z lasu. Kzen śmiało stanął w blasku światła, a jego oczy natychmiast zgasły, a latarnię pozostawił na kolejną noc.

Raquel??

Od Vaayu do Rodrigo

Vaayu otworzyła powoli oczy i rozejrzała się dookoła. Znajdowała się w ciemnej, dość małej jaskini, niezbyt przyjemnej do spędzania w niej nocy. Była ona jednak najbezpieczniejszym miejscem na nocleg w tej okolicy. Wejście do niej było na tyle ciasne, że nie mógł się tu dostać żaden większy drapieżnik, jednak wystarczająco szerokie, aby Vee bez problemu się tam zmieściła. Wzrok wadery padł na leżące niedaleko resztki z wczorajszego posiłku i poczuła burczenie w brzuchu. Zapuściła się w góry już parę dni temu i od tamtego czasu towarzyszył jej głód. Tutejsze tereny nie obfitowały w zwierzynę, było tu za to dość sporo niebezpiecznych stworzeń, więc Vaayu poruszała się i polowała tylko w dzień, a także starała się za wszelką cenę nie zwracać na siebie uwagi. Niektórzy mogliby uznać ją za tchórza, ale wilczyca wolała nie szukać kłopotów. Powoli wyszła z jaskini i rozejrzała się dookoła. Była względnie bezpieczna, bo nie towarzyszyły jej żadne negatywne emocje, wolała jednak się upewnić i nie podejmować bezsensownego ryzyka. Kiedy była pewna, że nic jej nie grozi ostrożnie zeszła ze skalistego zbocza nad jezioro, aby ugasić pragnienie. Woda była bardzo zimna, ale czysta i zadziwiająco smaczna. Kiedy Vee skończyła pić, skierowała się w stronę lasu. Było to najlepsze miejsce do polowania w tej okolicy, jednak wciąż nie obfitowało ono w zwierzynę. Tym razem wadera miała szczęście, bo dość szybko odnalazła i schwytała swoje śniadanie. Co prawda nie było ono obfite, zaledwie jedno niebieskie stworzenie przypominające wyglądem wiewiórkę, ale wystarczyło, aby ruszyć w dalszą podróż. Po skończonym posiłku Vaayu ruszyła na południe, brzegiem jeziora. Poruszała się dość szybko i mimo tego, że dni nie były już zbyt długie, weszła w góry jeszcze zanim zaczęło się ściemniać. Tak naprawdę mogła to zrobić w każdej chwili, ale kiedy dotarła nad jezioro, uznała, że najbezpieczniej będzie zacząć się wspinać dopiero na jego przeciwległym krańcu. Dokładnie tak zrobiła. Kiedy zmierzchało była mniej więcej na wysokości większości szczytów. Vee miała zamiar udać się na polowanie, ale dookoła nie wyczuwała świeżego zapachu zwierzyny. Znalazła się za to niebezpiecznie blisko gniazd czarnych gryfów. Oddaliła się odrobinę, a kiedy natrafiła na przyzwoitą jaskinię, w której pozostawała poza zasięgiem innych drapieżników, postanowiła spędzić tam noc. ***
Następnego dnia głód doskwierał waderze jeszcze bardziej. Wstała chwilę przed świtem, aby jak najszybciej kontynuować wędrówkę. Vaayu była odrobinę zestresowana, bo w powietrzu unosił się dość świeży zapach dużego kota, ale uznała, że im szybciej się oddali, tym lepiej. Mimo tego, że była dość wysoko, przez gęstą mgłę nie widziała, co znajduje się na dole. Stwierdziła jednak, że warto zaryzykować. Schodziła szybko, ale ostrożnie. W miarę ze spadkiem wysokości słabł zapach kotów, więc wadera poczuła się trochę bezpieczniej. Niedługo poczuła jednak lekką woń innych wilków. Stała się ona dużo mocniejsza, kiedy wadera opuściła góry. Vee była całkowicie spięta. Domyślała się, że las, do którego zmierzała, był ich terytorium i że mogła nie być tam mile widziana, ale zignorowała to, bo była już bardzo głodna i wyczerpana. Miała nadzieję, że nikogo nie spotka, ale przeliczyła się. Bardzo szybko wyczuła obecność innego wilka. Nie chciała uciekać ani walczyć. Liczyła jedynie, że obcy nie jest do niej wrogo nastawiony.

<Rodrigo?>

Od Rodrigo do Ice Queen

Ból. Cierpienie. Choroba. Śmierć. Samotność.

Od dłuższego czasu tylko takie słowa pojawiały się w głowie czarnego basiora. Utracił wszystko, co kochał: rodzinę, miłość… Brnął przed siebie w tej bańce rozpaczy, która zdawało się, że wyzbyła go z emocji.

Tak wyglądało jego życie, aż pewnego wieczoru trafił na swoją młodszą siostrę. Długo rozmawiali, tłumacząc sobie, co działo się w ich życiu przez ostatnie lata. Rodrigo odzyskał rodzinę.

Rankiem obudził się w większej części jaskini Raquel. Siostra nazywała to pomieszczenie „laboratorium”, zajmowała się alchemią, więc zrozumiałe było, że potrzebowała miejsca do pracy. Na dworze kropiło, Rod słyszał krople deszczu obijające się o skały tworzące wejście do jaskini. Zauważył, że przy stole z fiokami stała Raquel, mieszając w nich jakieś mikstury.

- O, już wstałeś. - zauważyła.

Rodrigo przeciągnął się i usiadł.

- Tak. Dzień dobry - uśmiechnął się.

Samica odwzajemniła uśmiech.

- Wiesz… Tak sobie myślę. Nie muszę nigdzie wyruszać, bo po co. Chciałbym zostać w tej watasze. - oznajmił z poważną miną.

Raquel przestała mieszać eliksir. Przez moment kompletnie się nie ruszała, wreszcie spojrzała w stronę brata.

- Naprawdę…? Tak bardzo się cieszę! - wyraziła swój entuzjazm.

- Skoro jest już rano, może zaprowadzisz mnie do Alf? Oficjalnie się przywitam z resztą i może przydzielą mi jakieś zadanie…

- Mamy jedną Alfę. - poprawiła go Raquel.

- Waderę? To coś nowego… Czyli wataha była założona niedawno? - zrozumiał.

- Można powiedzieć. W tej watasze Renesmee jest pierwszym „władczym” pokoleniem, więc tak. - pokiwała głową ciemnoszara wilczyca.

Rodrigo kiwnął ze zrozumieniem. Rodzeństwo wyszło z jaskini. Przez deszcz przyspieszyli do truchtu i ruszyli na południowy-zachód. Kilka minut później Rodrigo znalazł się na polanie między niewielkim wodospadem a dużą kamienną konstrukcją.

- Imponująca budowla. - powiedział z kamienną twarzą.

- To jaskinia Alfy. Pójdę pierwsza i cię zapowiem.

Raquel stanęła przed wejściem, chwilę odczekała i weszła do środka. Siostra znikła Rodowi z oczu. Został sam na polanie. Rozejrzał się. Deszcz i chmury sprawiły, że było dość szaro, jednak basior pomyślał, że przy lepszej pogodzie musi być tam pięknie. Zastanawiał się, jak duże są tereny watahy.

Nagle zauważył zbliżającą się białą samiczkę. Miała czarne znamiona na końcu pyska i ogona. Była silnie zbudowana i miała pewny krok. W końcu wadera zauważyła Rodrigo, który siedział sam przed jaskinią Alf. Kiwnął głową jako powitanie. Normalny wilk pewnie posłałby uśmiech, ale nie było to w stylu Rodrigo.

Reakcja wadery była dziwna. Zaczęła biec w jego stronę z gniewem wymalowanym na pysku. Po chwili wokół Roda pojawiło się pięć lodowych szpiców skierowanych w jego stronę, uniemożliwiałoby to jego ucieczkę gdziekolwiek, a przynajmniej na pewno by ją spowolniło.

- Kim jesteś i co tu robisz? - wyrzuciła biała wadera, kiedy znalazła się przed nim.

- Rodrigo, kandydat na nowego członka watahy, brat Raquel, która jest jedną z was. - basior zmarszczył czoło i wyrecytował odpowiedź z pokerową miną.

<Ice?>