Newsy



:Aktualności
.Blog przechodzi obecnie renowację
.Już niebawem pojawią się nowości

:Pogoda
Obecna pora roku ~ Jesień
.Temperatura waha się między 10+ a 0- stopni Celcjusza
.Zmiana pory roku nastąpi 15.12.2022

Liczba wilków ~ 27
Wadery ~ 18 + 1 NPC
Basiory ~ 7 + 4 NPC
Szczeniaki ~ 1
Nieobecni: Brak

~Serdecznie zapraszamy♥~

piątek, 24 września 2021

Od Bai Langa Cd. Tarou ~ Los naszym panem


Tłumaczenie Hanako jak najbardziej zapadło w pamięci Baiego. Zapamiętał praktycznie wszystko z jej wykładu, zdecydowanie należy on do osób, które uczą się poprzez słuchanie. Wszystko, co już się tu dowiedział, z pewnością mu się przyda. Naprawdę podobało mu się to, z jaką pasją Hanako wszystko opisywała, było dla niego czymś naprawdę wspaniałym. Zawsze uwielbiał słuchać wilków z wielką pasją. Przez to aż przypominało mu się, jak jego matka opisywała mu to wszystko. Naprawdę cieszy się z tego, jacy byli jego rodzice. Przez co mocno się zamyślił, jednak szybko wyszedł z tego stanu. Aż chwilę potem niespodziewanie Tarou wpadł na niego, skutkując, przewróceniem ich obu. Takie sytuacje między nimi są już chyba tradycją. Kiedy jednak Bai zorientował się, jak owa sytuacja wygląda, jego pysk pokrył się rumieńcem.
- No, jeśli wy na siebie nie lecicie, to ja nie mam szczeniąt. - odparła niespodziewanie Hanako. Chwilę po tym kremowy samiec “uwolnił się” z tej niezręcznej sytuacji i Lang mógł wstać na cztery łapy. Zaraz po tym Tarou zaczął go przepraszać, Baiego martwiło tylko to, że Tarou unikał jego wzroku.
- No już, już gołąbeczki. Ruszajmy, ponieważ czekają nas łowy obiadu. - odparła Hanako, idąc przodem. Przez dosłownie chwilę w jego głowie przebiegła jedna myśl, była to zaledwie chwila, ale zaczął na nią rozmyślać. Dokładniej mówiąc, była to wizja, gdyby on i Tarou darzyli siebie większym uczuciem niż przyjaźń i, krótko mówiąc, byli ze sobą. Samo myślenie o tym zawstydziło, a jego pysk pokrył się dosyć widocznym rumieńcem. “Nie, jestem pewien, że Tarou nie myśli tak o mnie. Przecież jesteśmy przyjaciółmi, niczym więcej, prawda?”- pomyślał, choć przy tym wyglądał trochę, jakby posmutniał. Jednak i tak nikt nie miał okazji tego zauważyć. W końcu Bai został sam i jeszcze nie zauważył, że Hanako i Tarou zdążyli już wyruszyć.
- Bai, idziesz? - Niespodziewanie głos medyka wyrwał go z rozmyślań.
- T-tak, tak! - Odpowiedział szybko, starając się dogonić dwa wilki. Dosyć szybko udało mu się to, przez co szedł kilka kroków z tyłu, za Tao.

~-~
Już po obiadowym polowaniu Hanako postanowiła dać im jeszcze dodatkowy wykład. Akurat ten nie tyczył się wiedzy o ziołach czy ich zastosowaniach, a o samej wiedzy medycznej, a także jak postępować w różnych sytuacjach. W tym czasie Guree, z tego, co Bai wiedział, pomagał w przygotowaniu swojej rodzaju wyprawki dla Baiego i Tarou z polecenia Hanako rzecz jasna. Lang nawet nie wie jak ma jej podziękować. Zrobiła naprawdę wiele i robi jeszcze więcej. Hanako jest naprawdę wspaniałą waderą. Nadal jednak gdzieś z tyłu głowy cały czas rozmyślał o tym, co przyszło mu do głowy o nim i Tarou. Nawet wydawało mu się to niedorzeczne i traktował to niczym jakąś fantazje.

~-~
Koniec końców, kiedy nastał już dosyć późny wieczór, wszyscy poszli wykonać ostanie czynności, by potem pójść udać się na sen. Dosyć szybko wszyscy położyli się na swoich leżach. Bai także już leżał, jednak nie mógł zmrużyć oka. W jego głowie panował istny harmider, co nie pozwalało Langowi przez większość nocy zasnąć. Zbyt wiele myśli przechodziło mu przez głowę na raz. Głównie dotyczyły one pewnego wilka, którym był oczywiście Tarou. Nastał następny dzień, a wszystko leniwym krokiem budziło się ponownie do życia. Słońce powoli wschodziło, przy czym niebo przybrało pomarańczowo-żółty odcień. Tej nocy zielarzowi naprawdę udało się przemyśleć wiele rzeczy, dlatego też dziś Bai coś postanowił, ale sam nie był pewny czy uda mu się wcielić ten plan w życie. Wiele emocji było w nim teraz, ale panowała głównie niepewność.

 Tao? :D Wybacz, że tak długo mi to zajęło~
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 578
Ilość zdobytych PD: 289
Obecny stan: 4713

czwartek, 23 września 2021

Od Naharysa c.d Lonya ~ Zakute łby

- Żartujesz sobie? Jesteś moją siostrą! Przybraną, ale siostrą i przysiągłem sobie, że będę się tobą zajmował, bez dyskusji ładuj mi się na plecy.
- No piękna przemowa, braciszku, aż z wrażenia nie skorzystam z okazji. - odpowiedziała z ironią i zaśmiała się przeciągle. Uniosłem brwi wysoko, zmarszczyłem czoło, przyglądając się, jak Lonya przez swoje poparzenia próbuje stawiać kroki, ale robiła to... dość nieudolnie.
- No idziesz? Ze ślimakiem bym szybciej doszedł do tej lecznicy. - zażartowałem, zachichotałem cicho, po czym przysłoniłem łapą oczy.
Przy krótkiej wymianie argumentów za i przeciw w końcu udało się mi przekonać Lonyę, abym zaniósł ją na grzbiecie, do jej lecznicy, która na szczęście nie była daleko. Całą drogę spożytkowaliśmy na rozmowie o naszej przeszłości, dzieciństwie. Gdy wszedłem do lecznicy, do naszych nosów uderzył zapach ziół... dość przyjemny. Czułem między innymi zapach lawendy, jagód konwalii. Posadziłem Lonyę na miejscu chorego i pozwoliła mi "pobawić się" w medyka i za jej wskazówkami, gromadziłem wszystkie potrzebne leki.
- Ta maść z żywicy sosny... tak, właśnie ta pachnącą sosną, weź ją. - Lonya bez ustanku instruowała krok po kroku. Skończyło się na bandażach.
- No, no, braciszku! Nie wiedziałam, że z ciebie taki urodzony medyk! - skomentowała mój starannie wykonany opatrunek.
- Daj spokój! Idziemy się napić, czy będziesz mi tu farmazony kleić?
- Chodźmy, alkoholiku!
Tak więc zgodnie z naszym kolejnym celem, udaliśmy się na zachód, gdzie upatrzyliśmy sobie sad jabłoni i winorośli, znajdujący się niestety poza terenami watahy, więc nie byliśmy pod niczyją jurysdykcją. Zlatywały się tutaj także inne wilki, przywołane zapachem sfermentowanych owoców, z których to później wyciskany był sok. Znaleźliśmy sobie miejsce obok młodej jabłonki, przy której podano nam alkohol. Oboje nachyliliśmy się nad rozkosznie pachnącym płynem.
- No to chlup, bracie! - powiedziała Lonya, zderzyliśmy się rogami z alkoholem i wypiliśmy prawie do dna. Smak alkoholu przypominał mi czasy szczenięce w naszej watasze, gdzie to rodzice pozwalali nam wypić po dwa rogi dziennie, aby nie doprowadzić nas do skrajnego pijaństwa przed treningiem. Tak, przez ten trening, nigdy nic nie mogłem zrobić coś wspólnego z Lonyą. Tylko trenować. A teraz? Teraz mogliśmy pozwolić sobie na więcej.
- No i jak widzisz nasz pobyt w watasze? - spytała Lonya po wypiciu paru rogów, język zdążył się jej zaplątać, a jej wzrok wydawał się lekko senny.
- A jak mam to widzieć? - odpowiedziałem pytaniem, czując, jak zaczyna mi ćmić w głowie. - Wataha jak wataha... wilki jak wilki? Nad czym się tutaj zastanawiać?
- A bo ja wiem?! Ale wiem na pewno... zabujałeś się w tej Pinie, co? Przyznaj się, ogierze! - Wiedziałem, że to było zwykłe podpuszczanie ze strony Lonyi i nie zamierzałem dać jej satysfakcji.
- Siostra, weź, wścibiaj nos we własnych pacjentów, dobrze?! - opowiedziałem po wypiciu łyku, po czym zachichotałem znowu. - Owszem, jest ładna, sympatyczna, łagodna. A co? Mam ci skołować szwagierkę?
- Nie obraziłabym się, draniu. - rzekła i puściła mi serdeczne oczko, uśmiechając się podstępnie.
Kolejne chwile mijały nam dość wesoło, co jedynie świadczyły o tym nasze śmiechy, które niosły się po całym sadzie. Pieśniom, które nauczyliśmy się od rodziców, nie było końca, zazwyczaj rozsławiające czyny wojowników i sławetne bitwy. Z naszej dwójki Lonya miała piękny, melodyjny głos, a mój natomiast był nieco gorszy od jej, ale też uszy nie więdły na jego wydźwięk. Po prostu zaczęliśmy czuć, że życie na własną łapę, bez wymagających rodziców, miała swoje plusy, jak i minusy. Minus był taki, że zacząłem odczuwać pustkę, którą mógł wypełnić jedynie widok rodziców. Zacząłem tęsknić za ich głosem i miłością. Nie byłem pewien, czy to samo odczuwa Lonya. W końcu lepiej w rodzinie zastępczej niż bez żadnej innej.

<Lonya, wiem, opowiadanie wygląda, jak wygląda... czyli dziecinnie, bez głębi, ale po prostu nie mam pomysłu na ciebie>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 577
Ilość zdobytych PD: 288
Obecny stan: 2997 + 288 = 3285

środa, 22 września 2021

Nasi członkowie powracają!

 Witajcie moi drodzy. 

Dziś pragnę was poinformować o powrocie dwóch postaci. Są nimi Capitán oraz Tristana. 


Witamy was ponownie kochani !

Wataha Renaissance

wtorek, 21 września 2021

Od Lonyi cd Naharys'a ~ Zakute łby


Reszta dnia spędzona na upojanianiu się sfermentowanymi sokami owoców brzmiała jak dobrze wykorzystany dzień wolny od pracy w szpitalu. Trzeba jeszcze uporać się z zatarciem śladów po naszym małym sparingu, a jak na złość niebo bezwstydnie obnażało swój lazurowy kolor, nie skrywając się za nawet calem białego obłoku.
- Jak nowicjusze — syknęłam przez zęby, próbując wymyślić, co może uratować nam dupy. Ogień niczym stado spłoszony saren parł przed siebie, pochłaniając życie roślinności. Że też obydwoje musimy władać żywiołem zniszczenia. Nagle wbiłam wzrok w brata, który podobnie jak ja liczył, aż któryś z bogów ześle nam genialną myśl, albo chociaż ogarnie ten syf za nas, by później zlać nas jak niesforne szczeniaki.
- Nie poradzę sobie sama, więc liczę, że pozwolisz mi przejąć dowodzenie.
- Czyżby praca zespołowa? Nareszcie jakieś konkrety — zaśmiał się dla rozluźniania atmosfery.
- Cicho, spróbuj zrobić na jej końcu swoją ognistą pułapkę i nie pozwalaj przedrzeć się płomieniom dalej. Ja zajmę się przodem. Exan zniknął kilka sekund później, kiedy ja pędziłam na prawą stronę polany, wbiegając w języki ognia, które chwytały mnie za futro. To jednak, zamiast zająć się płomieniem, jak gąbka chwytały ciepło, dusząc żar metr po metrze. Kilka minut później dystans między mną a bratem znacząco się zmniejszył, tak samo, jak to szalone ognisko, jakie urządziliśmy z Naharysem.
- Wiem, że nie powinienem Cię pośpieszać, ale byłoby miło, gdybyś się streszczała.
- Spokojnie, zaraz kończę się opieprzać i wezmę do pracy. Kiedy ostatnia iskra tliła się w spalonych chwastach, Exan legł na trawie z wywalonym językiem. Obydwoje pół żywi patrzyliśmy na wypalone ślady okrywające większą część łąki.
- Szybko to nie odrośnie. - westchnął basior.
- Masz rację, kwiaty w ogrodzie mamy odrastały tygodniami — Tu myślę, że będzie podobnie.
- Szczerze mówiąc, to chodzi mi o... - wskazał na moje łapy, gdzie zamiast czarnego jak sadza futra, była dosłownie sadza. Resztki futra skwierczały, aż do nadgarstków i dopiero teraz zdałam sobie sprawę z kłującego bólu w tej okolicy.
- Cholera, za stara już jestem na tego typu pokazy kaskaderskie — próbowałam wstać, ale mózg już dawno odnotował, że chodzenie powinno wywoływać dyskomfort, przez co niepewnie stanęłam na nogi.
- Poradzisz sobie?
- Ta... Powinnam rzucić jakimś suchym żartem na temat moich łap, ale boję się, że go spalę — parsknęłam śmiechem, starając się używać jak najmniejszej powierzchni kończyny do przemieszczania się.
- Mogę Cię zanieść.
- Nie wygłupiaj się! Wyglądam Ci na byle chuchro? Pomóż mi dotrzeć do jamy. Tam się opatrzę i idziemy siać spustoszenie wśród drzew owocowych.

<Exan?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 397
Ilość zdobytych PD: 198
Obecny stan: 340 + 198 = 538

sobota, 18 września 2021

Od Naharysa cd Atrehu/Tsumi/Pina ~ Nowe znajomości


W pewnym sensie rozumiałem rozdrażnienie w głosie Atrehu, gdy chciał zmienić temat. Wieść o śmierci Alfy z Watahy Sol Rojo, rozniosła się, także do innych wilczych klanów. Żal i gniew kumulowały się w jego oczach, spostrzegłem zaś, jak Atrehu ciężko stawiał kroki. Jakby gniewne.
- Daleko jeszcze? - zapytał ponownie, tym samym, gwałtownie wynurzając mnie z rozmyślań. Potrząsnąłem lekko głową, nasze oczy, jego i moje, zetknęły się znowu. To znudzenie w płomiennych oczach pokazywało swe znaki.
- Już nie daleko. - Odparłem, lecz po chwili dodałem na widok niewyraźnej czerwieni mięsa, ukrytego za zasłoną krzewów. - A nie, już jesteśmy na miejscu.
Nasi nowi znajomi podeszli do sarny, przy której mogłoby się posilić sześć wilków, a i tak zostałoby coś na jutro. Na myśl o skruszonym mięsie, ślinka podpłynęła mi do pyska, ale świeże też dobre. Całą czwórką zabraliśmy się do jedzenia młodego, soczystego mięcha. Atrehu z tego, co zauważyłem, wygryzał kęsy, tak ogromne, że wydawało mi się, iż wyczyszczenie sarny do białego szkieletu zajęłoby mu niecałą minutę. Skubaniec musiał być głodny. Wadery jadły i rozmawiały przyciszonymi głosami, szeptały sobie coś do ucha, chichotały cicho. Ten widok cieszył mnie niezmiernie, zmuszał do lekkiego uśmiechu. Atrehu oblizał się z juchy, która znaczyła jego szeroki podbródek i masywny pysk. Spoglądał na Pinę ciekawsko i jakby uwodzicielsko, co sprawiło, że fala niepokoju powróciła. Jednakże nic nie robiłem. Mogłem w tej sytuacji być tylko biernym, dopóki samiec obok mnie, nie wykonywał żadnych gwałtownych ruchów. Wydawało mi się, że jego spojrzenie płomiennych oczu przeszło na mnie. Przez gardło przecisnęło się warknięcie, które z trudem stłumiłem.
~ Pina jest moją przyjaciółką, rozumiesz! Nie pozwolę ci jej tknąć! - warczałem na niego w myślach. Złapałem za kawał mięsa i wyrwałem z taką siłą, jakbym chciał dać upust swej złości, po czym wszyscy zerknęli na mnie. Po chwili trzymałem spory kawał, który ledwo mieścił się mi w pysku.
- Chce ktoś się podzielić? - spytałem, wyszczerzając się szeroko. Musiałem wtedy wyglądać jak przygłup. Wadery parsknęły śmiechem, a Atrehu zmierzył mnie badawczo wzrokiem.
- Opowiesz coś o sobie? - spytał Atrehu, gdy nasze panie powróciły do swych tajemniczych rozmów. Wyglądało, jakby nad czymś spiskowały — Taka myśl zazwyczaj napadała wilka, gdy widział dwie szepczące między sobą wadery. Zwróciłem się do Atrehu.
- A co chciałbyś wiedzieć? - odpowiedziałem pytaniem, w miarę naturalnym głosem.
- Jak tutaj dołączyłeś?
- Hmmm, w sumie nie ma tu czego opowiadać. Przecież każdy w tej watasze przeszedł obowiązkową rozmowę z alfą na dywaniku, prawda. - Spróbowałem się jakoś zaśmiać, ale nie byłem w stanie, gdyż nawet w trakcie rozmowy ze mną, Atrehu co jakiś czas, kątem oka spoglądał na wadery. Nie byłem pewien, czy na Tsumi, czy Pinę. Obie były małe, słodkie i urocze. Nic dziwnego, że Atrehu miał obok siebie Tsumi, bo swą urodą potrafiła doprowadzić basiora do szybszego bicia serca. Jej z początku biała grzywa, wodospadem spływająca na lewe oko, stopniowo przechodziła w brąz, była zaś tak bujna, że aż się chciało w nich zanurzyć swe łapy. Drugie oko było złote, nieco ciemniejsze od moich, gdy nastawała noc. Była w nich ukryta ponętność i słodycz. Po chwili zorientowałem się, że z nieświadomością wpatrywałem się w Tsumi, która przyciągnięta siłą mego wzroku, skierowała swój na mnie i pomachała łapą. Pina wykręciła głowę w naszą stronę. Równie słodka i urocza, co Tsumi.
- W sumie to... zaczęło się wszystko od spotkania z Piną. - dopowiedziałem po chwili, zwracając się ku Atrehu. Usłyszawszy imię mojej towarzyszki, dostrzegłem w jego oczach pewien napływ zainteresowania. - Kierowałem się z siostrą na zachód od naszej rodzinnej watahy, a droga zajęła nam prawie trzy dni. W trakcie popasu, od razu dopadła mnie straszna nuda, którą postanowiłem wyładować na budowie pułapki. Przekonałem się dzięki Pinie, że pułapka zadziałała i jednocześnie uratowałem życie waderze. Pułapka skutecznie oddzieliła ją od wkurzonego niedźwiedzia, który ścigał ją przez pół lasu. I tak oto pierwszy raz spotkałem Pinę i tego samego dnia, dołączyliśmy do watahy.
- Jak się nazywa twoja siostra? - zapytał Atrehu, nie wyzbywając się swego figlarnego tonu. W duchu burknąłem ~ Atrehu, ty psie na baby.
- Lonya i jest hybrydą wilka z lisem.
- No proszę, czyli ja i twoja siostra już mamy coś wspólnego! - odchylił głowę do tyłu i wybuchnął śmiechem. To było dziwne, ale przez moje gardło również przedarł się śmiech. A jednak było coś w porzekadle, że osoby wesołe, zarażają swym śmiechem innych. Nawet nie wiedziałem, kiedy złapałem z basiorem wspólny język, przez co czas mijał nam przyjemnie i szybko. Zanim się zorientowaliśmy, nastało późne popołudnie, a zaraz potem wieczór. Wiatr częściowo blokowany przez ścianę lasu przelewał się między drzewami. Las stawał się stopniowo mrocznym miejsce, przez ściśle tworzący dach liści, który szczelnie odcinał nas od światła. Od zachodu słońce spoglądało na dolinę, skryte częściowo za linią horyzontu, zalewając ją swym pomarańczowym blaskiem.
- Idziemy na spacer? - zaproponowała Pina, a Tsumi przytaknęła, potrząsając swą bujną grzywką.
- Czemu nie? Chodźmy! - zgodził się Atrehu, a ja kiwnięciem głową, zgodziłem się z resztą.
- Chyba nie będziesz mieć nic przeciwko, jeśli pójdę pogadać z Piną?- zwrócił się po chwili basior, spoglądając jednocześnie na moją małą przyjaciółkę.
- Czemu miałbym mieć coś przeciwko? Jej ojcem, bynajmniej, nie jestem. - odparłem już bardziej rozluźniony, niż wcześniej. Wtedy miałem ochotę rzucić się na Atrehu z zębami, za te jego bezczelne spoglądanie na Pinę.
- Ale widzę, jak na nią spoglądasz, wiesz? - odparł, unosząc brwi, jego oczy zaś zalśniły ciekawością. - Przyznaj, że coś chciałbyś ją mieć... - dodał szeptem.
- Pina jest słodka, ładna, ale...
- Jakie "ale"? Bądź jak ja! Widzę, że jesteś spoko, Naharys, więc zdradzę Ci coś. Nie marnuj czasu, bo ono bezlitośnie pogania wskazówki zegara i zanim się obejrzysz, Pina będzie w ramionach innego. Wykorzystaj to, że jest wolna.
- Jak chcesz z nią pogadać, więc idź do niej i nie zawracaj mi głowy związkami. - Parsknąłem cicho i odwróciłem od niego spojrzenie. Słyszałem, jak przeciągle chichocze, dodatkowo potruchtał w stronę Piny, zamiatając ziemię swym długim, puchatym ogonem. Opuściliśmy po chwili las, a od jego ujścia rozpościerał się widok na zalaną pomarańczowym światłem polanę. Tam gęsta trawa sięgała nam prawie do szyi, także ja i Atrehu wzięliśmy nasze towarzyszki na grzbiety. Z tą różnicą, że Tsumi wylądowała u mnie, Pina zaś usadowiła się na grzbiecie Atrehu. Oboje o czymś rozmawiali, a w ostatecznym rozrachunku, skupiłem na sobie uwagę Tsumi.
- Odpowiednia pogoda na spacer, prawda! - odezwała się wadera, wyciągnęła szyję, zmuszając tym samym mnie, abym spojrzał jej w oczy.
- Pewnie, ten wspaniały zachód słońca, wieczorny wiatr pieszczący nasze futra... po prostu istna gratka dla zakochanych. - Odparłem z uśmiechem, który nadałem mu dość... ciepły charakter.
- Opowiesz mi coś o sobie? W jakiej watasze się urodziłeś? - zapytała swym słodkim, wydawałoby się, że dziecinnym głosem. Czułem, jak kosmki jej długiej grzywki muskają mój kark. Westchnąłem cicho i zacząłem opowiadanie.

< Retrospekcja ~ Dwa lata wcześniej.... >
Zbudziły mnie silne pchnięcia ojcowskiej łapy, ale moje ciało, owładnięte jeszcze zmęczeniem po wczorajszym treningu, niemal całkowicie odmawiało posłuszeństwa. Oczy nie chciały się otwierać. Mięśnie grały nadal bolesny marsz. Założę się, że cała ich struktura, to jeden wielki kwas mlekowy. Po chwili z resztek snu wyrwało mnie, głośne warkniecie ojca.
- Pobudka, leniu!
- Tato, dałbyś nam chociaż jeden dzień wolnego. - burknąłem, ziewając przeciągle i głośno. Oczy miałem nadal zamknięte jak nowo narodzony szczeniak.
- Twój wróg z chęcią wykorzysta chwilę twego zmęczenia i niekompetencji! Musisz być w pogotowiu o każdej porze, bo od tego może zależeć życie twojego oddziału, synu. No podnieś się w końcu, bo twoje rodzeństwo wszystko ci zje! Nie mam zamiaru trenować cię na głodnego.
Otworzyłem oczy. Dosłownie rozchyliłem je ledwo, niewyraźnie widziałem zerkające zza horyzontu słońce, które zwiastowało koniec brzasku i początek bardzo wczesnego ranka. Podniesienie się na równe łapy było równie trudne, co bardzo bolesne, przez ciągłe zakwasy. Leniwie podreptałem korytarzem do odnogi jaskini, gdzie moje rodzeństwo, równie zaspane, co ja, zajadało się soczystym dzikiem.
- Jak tam, Naharys? Wyspałeś się? - zapytał z udawanym sarkazmem Asdan. Był o rok starszy ode mnie, a jego gęste futro zaś mieniło się odcieniami brązu i kremu tak jak naszej matce. W jego brązowych oczach, mimo że były zaspane i zmęczone, tlił się w nich blask motywacji. Z mojego futra już prawie spłynęła cała czerń, którą stopniowo zaczęła zastępować biel i szarość.
- Zabijcie mnie, proszę was... - burknąłem i z zamkniętymi oczami, zanurzyłem zęby w mięsiwie.
- Ale najpierw ty mnie. - skomentowała ponuro Lonya, żując leniwie kęs mięsa.
- Jesteście banda chuderlaków, wiecie? - rzucił Asdan.
- Spadaj na drzewo, banany na biało kolorować... - Ja i moja siostra bezlitośnie skontrowaliśmy jego słowa.
- Co tym razem nam starzy zgotują? Bieg przez milowe błoto? Czołganie się przez pole cierniowe, czy skok w dal, wśród wybuchów i latających pocisków?
- Na początku bieg na dwadzieścia kilometrów. - Odezwał się głos ojca, który pojawił się, jakby wyrósł spod ziemi. Podskoczyliśmy głośno zaskoczeni. - Musimy rozruszać te zwiotczałe mięśnie!
- Mówisz tato, że zwiotczałe, a ja czuję się napięty, jak struna. - skomentowałem bezradnym tonem.
- Naharys, będą sytuacje, gdy twe mięśnie pod wpływem adrenaliny, będą w stanie rozgruchotać ci kości od ciągłego napięcia. W bitwie to nieodłączna fizjologiczna reakcja twojego organizmu na stres. Sądziłem, że się do tego przyzwyczaiłeś!
Po odsłuchaniu reprymendy od ojca całą trójką ruszyliśmy na poligon.
< Teraźniejszość >
- Coś surowy był twój ojciec. - powiedziała Tsumi, która przysłuchiwała się mi bez ustanku.
- Minus życia z rodzicami-generałami. - odparłem gorzko, ale momentalnie dodałem wesoło. - Ale to i tak byli najlepsi rodzice. Od najmłodszych lat wpajali nam, że rodzina, lojalność, przyjaźń jest najważniejsza. Prawdziwy żołnierz, poza wykonywaniem rozkazów, powinien nieść ratunek niewinnym i umierającym. Ojciec ciągle nam wbijał do głów, że pomimo lejącej się krwi, dekoncentrującego bólu, powinniśmy zachować honor i dyscyplinę.
- Ciekawą masz historię.
- Dzięki.
Przedarłszy się przez gęstwinę traw, dotarliśmy na gołe równiny, dalej zaś rozciągało się wrzosowisko. Słońce już ledwo zaniknęło za widnokręgiem, a niebo poczęło przybierać granatową barwę. Gwiazdy zamigotały wyraźnie, zgromadzone wokół księżyca w drugiej kwadrze. Wiatr stał się coraz to bardziej porywisty, szarpiący wysoką trawę, niczym końską grzywę w galopie. Tsumi zeskoczyła z mojego grzbietu i powędrowała skocznie w stronę Atrehu, który, o dziwo, wtopił się w dłuższą rozmowę z Piną. W prawdzie... nie powinno mnie to dziwić. Zniżyłem nieco głowę, aby zrównać swe oczy ze wzrokiem Piny, która podbiegła do mnie z bajecznie szerokim uśmiechem.
- Co tam? - spytałem.
- Fajny ten Atrehu, taki trochę bajerant i podrywacz, ale ja go lubię. - odpowiedziała radośnie moja przyjaciółka. Czy powinienem się czuć zazdrosny? Mam nadzieję, że to nie będzie potrzebne. W odpowiedzi obdarzyłem ją ciepłem i uczuciem w oczach. Uczuciem, jakim obdarowuje przyjaciel przyjaciółkę.
- My już pójdziemy. Część wam! Miło było was poznać! - zawołał w oddali Atrehu, a jego towarzyszka natomiast pomachała nam na pożegnanie. Pozostaliśmy tylko my. Ja i Pina. Na ogarniającym placu równiny mrokiem nocy, w ciszy, przerywanej od czasu do czasu donośnym pohukiwaniem puchacza.
- To, co robimy teraz? - spytała po chwili Pina, spoglądając mi w oczy.
- Hmmm, zrobisz mi jeszcze raz to, co zrobiłaś po treningu? Bardzo mnie to wkręciło.
Ułożyłem się na zimnej, suchej trawie, obok zaskoczonej moją prośbą Piny. Z początku miała pewne wahania, lecz swym oczekującym wzrokiem, zachęciłem ją do tego. Jej nos zaczął przejeżdżać po moim uchu, czując rozkoszną przyjemność, jakiej jeszcze nie czułem. Pina usłyszawszy moje ciche pomrukiwania, zniżyła nos nieco niżej, do mojego policzka. Wtem czas nie wiadomo, co mnie napadło, ale nieoczekiwanie dla Piny, moja łapa przewróciła ją na bok. Zanurzyłem swój nos w jej grzywkę, może nie tak bujną, jaką posiada Tsumi, ale jej zapach był poezją rozkoszy dla mego węchu. Pina chichotała cicho. Nie wiedzieliśmy kiedy, nasze przekomarzanie, zamieniło się w totalne łaskotanie. Ona leżała, tarzając się w trawie, w czasie, gdy ja doprowadzałem ją do śmiechu swymi łaskotkami. Przez całą polanę niósł się jej śmiech, a my i tak nic sobie z tego nie robiliśmy. Czuliśmy się, jakby cały świat przestał istnieć. Tylko ja i ona. I nasze zabawy. Pochłonięty zabawą, nie myślałem wtedy racjonalnie, a to spowodowało, że owa zabawa lekko się przeciągnęła...
- Pina, ja przepraszam cię! - odsunąłem się od niej, niczym poparzony szczeniak. Moje policzki płonęły dzikim rumieńcem. Moje futro przybrało granatowe barwy i wtedy zrozumiałem, że nastał już zmierzch. - Bardzo cię przepraszam. Coś mnie poniosło...

< Pino, Atrehu, Tsumi? >

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1959
Ilość zdobytych PD: 980 + 5% (49) za długość powyżej 1000 słów.
Obecny stan: 1968 + 1029 = 2997

Nowe zmiany i sprawdzenie aktywności

Witajcie moi drodzy!

Ostatnio na blogu dzieje się naprawdę wiele. Spowodowane jest to przygotowaniami do małej przemiany naszego domku i dodaniu paru ulepszeń. Z nowości możecie zauważyć:

  • Zaktualizowany regulamin;
  • Poprawiona hierarchia;
  • Nowy, piękny formularz;
  • Urozmaicone Karty Bohaterów;

Nadchodzące zmiany prezentują się następująco:

  • Zaktualizowane doświadczenie i umiejętności;
  • Nowy system rang;
  • Więcej Questów i zadań;
  • Nowa grafika promująca;
  • Nowa grafika, nie łamiąca praw autorskich;
  • Nowe/odświeżone zakładki: mechanika/itp.

WAŻNE:
Każdy członek ma obowiązek na nowo rozdzielić swoje punkty umiejętności - 400pkt dla dorosłego bohatera i 200 dla szczeniaka.

Proszę aby o spełnienie prośby i wysłanie jej albo na nasz adres gmail: wataharenaissance@gmail.com lub na discordzie. Każdy jest także proszony o zgłoszenie aktywności. 

Jeżeli właściciel postaci nie zgłosi swojej obecności, każda jego postać zostanie WYDALONA z naszego bloga. Proszę tylko o napisanie kto i jakie postaci zgłaszają obecność oraz o rozdanie punktów. 

Trzymajcie się ciepło~
Administracja bloga

piątek, 17 września 2021

Od Atrehu c.d Naharys'a i Tsumi ~ Nowe znajomości

 


Krok za krokiem, łapa za łapą. Coraz szybciej i szybciej. Coraz bliżej celu. Ściemnia się. Słońce już zachodzi. Idealnie. Szum i skrzek poruszanych drzew. Cisza lasu. Wszystko słyszę, widze, ale ignoruje, pędząc przed siebie. Zwinnie i cicho omijam przeszkody, myśląc tylko o dziwnym uczuciu wewnątrz mnie. Coś mi każe biec. Żadnego zbędnego rozpraszania, bólu. Silny wiatr smaga moje lisie futro. Już blisko — serca przyśpiesza mi nagle, boję się. Ukryty w mroku szybko lustruję okolicę. Czysto, ruszam dalej. Jeszcze tylko kawałek. Podchodzę bliżej, ostrożnie stawiając łapy. Cichy jak kot, którym nie jestem, zbliżam się do celu. Jasne światło rzucane przez zdradliwy księżyc oświetla samotną postać na polanie. Nie widzącą i niesłyszącą. Niewinną, a jednak nieczystą. Uważaną za ideał a ukrywającą swoje zbrodnie. Kapiąca z pyska krew alfy sfory. Jego ból fizyczny i psychiczny, gdy spoglądając na swojego sprawcę, dostrzegł w nim znajomą postać. Członka sfory, a teraz tylko mordercę. Serce ojca przestaje bić. Niedoszły przyjaciel, ktoś z rodziny stoi tyłem, pochylony nad zwłokami. Zbliżam się i obnażam ostre kły. Oczy świecą mi krwistą czerwienią. ~ Coś ty zrobił!? Odwraca się, lecz nie rozpoznaje osobnika. Uśmiech zamiera mu na pysku. Upada. Panika i początkowy strach w jego oczach nagle nikną — znów się szczerzy po wilczemu. ~ Dlaczego!? - Przyszpilając go do ziemi, powarkuje głośno. ~ Jesteś zdrajcą, zabiłeś własnego ojca! - krzyczy nagle, uśmiechając się przy tym, jak psychopata. Jak za machnięciem różdżki, znikąd pojawiają się członkowie naszego stada. Patrzą na mnie z oburzeniem i obrzydzeniem. ~ Morderca! - słyszę, lecz nie rozumiem. ~Ale...ale ja nic nie zrobiłem! - próbuje się bronić, bez skutku. ~ Nie jesteś już jednym z nas! - Postać znika spod moich łap i materializuje się przede mną w postaci mojego brata — Lupusa. ~ Nie zabije Cię, bracie. Żyj w hańbie, jako wygnaniec! Wynoś się stąd, odmieńcze, precz z mojego terenu i nigdy nie wracaj! — Czuję ból. Nastaje ciemność...
Ocknąłem się gwałtownie. Serce dudniło mi w piersi. W głowie szumiało jak stado szerszeni. Było mi dziwnie gorąco. Mój przyspieszony oddech roznosił się echem po jaskini. Nie wiedziałem z początku, co się dzieje. Wszystko mnie bolało. By się uspokoić, zacząłem brać coraz to głębsze hałdy powietrza. Poskutkowało po dłuższej chwili. ~ Na szczęście to był tylko dziwny sen — pomyślałem, lecz po chwili uświadomiłem sobie, że to nie prawda. Lodowaty dreszcz przebiegł mi po kręgosłupie. To nie był sen, a niechciana przeszłość. Coś, o czym pragnąłem za wszelką cenę zapomnieć, lecz wracało jak bumerang. Wstałem, chwiejąc się. Łapy odmawiały mi posłuszeństwa. Zdałem sobie sprawę, iż rzucałem się w agonii. Spadłem z miękkiego podłoża na twardą ziemię. ~ Choć jedna zagadka rozwiązana — prychnąłem, krzywiąc się. Nie potrafiłem ponownie zasnąć. Adrenalina nadal wrzała w moich żyłach, mimo że od feralnego koszmaru minęła już dobra chwila. Nie czułem zmęczenia, mimo to podejrzewałem, iż o świcie dopadnie mnie nieprzepasana noc. Otrzepałem się z trudem, pozbywając się resztek snu. Tumany kurzu wniosły się ku górze, drażniąc moje nozdrza. Nim opadły, zdążyłem ze dwa razy kichnąć. Ught. Wyszedłem, nie ja wybiegłem ze swojej jaskini jak burza. Musiałem rozprostować kości, nagrzać je. Zmęczyłem się, nie powiem, a to przecież był tylko szybki trucht. Była jeszcze noc, a ja biegam jak idiota. Przysiadłem. Obserwowałem pogrążony w ciszy las — wysokie liściaste drzewa, których barwy ciemniały od mroku nocy. Zdołałem wychwycić tylko leniwy szum gałęzi poruszanych przez rześki, chłodnawy wiaterek. Gdzieś dalej pohukiwała sowa. Skierowałem wzrok ku górze, na granatowe, bezchmurne niebo. Skrzyło się na nim miliony gwiazd. Niektóre układały się w konstelacje, jedne świeciły mocniej, inne migały, tu większa, tam mniejsza błyskotka. Księżyc był dzisiaj w pełni. Uśmiechnąłem się. Zamknąłem oczy, lecz znajoma przyjemność mnie nie tknęła. Czemu czułem w sobie pustkę? Nie rozumiałem tego uczucia... to tak jakbym stracił część siebie. Jak się tak dłużej zastanowić, to właśnie tak było. Westchnąłem, skołowany tym wszystkim. Obiecałem sobie już dawno, że zapomnę. Że się nie poddam i co ważniejsze — będę walczył dalej o lepsze jutro. Byłem przecież wolny, tak mi się przynajmniej zdawało. Podobno ból utrzymuje nas przy życiu, więc czasem wolałbym być już martwy. Pokręciłem głową, odpędzając te myśli. Więc co należy robić w takiej sytuacji? Myśleć pozytywnie. Optymizm trzymał się mnie jak starego, dobrego towarzysza — nie pozwalał spaść na dno, nie miał zamiaru mnie opuszczać i prawdopodobnie zostanie przez dłuższy czas. Zaburczało mi nagle w brzuchu. Czułem potworny głód. Ostatnio jadłem niewiele. Zatem punkt drugi — znaleźć jak najlepsze rozwiązanie. A w tym momencie najlepszym wyjściem z owej sytuacji jest znalezienie tego jednego, kluczowego elementu — ŻARCIA! Najpierw jednak sowita kąpiel i zaspokojenie pragnienia. W pysku czułem Saharę. Przede mną rozciągała się ściana, wysokich, prastarych drzew wszelkiego pokroju. Korony łączyły się w jeden dach lasu, przez co nawet wątłe światło księżyca nie było w stanie sięgnąć podłoża. Szedłem na oślep, wiedziony naturalnym instynktem. Jeziorko na moje szczęście było dość blisko jaskiń. Właściwie to po zaledwie kilku minutach byłem już na miejscu. Rzuciłem się na wodę, o mało do niej nie wpadając. Szybko zaspokoiłem pragnienie. Oblizałem pysk, szykując się do powrotu. Tuż po chwili poczułem znajomy zapach. Taki słodki jak gofry z bitą śmietaną i truskawkami, polane nutellą. ~ Tsumi! - wyłoniła się z lasu jak leśna nimfa, w pysku niosąc truchło. Z uwagą się mu przyjrzałem. Był to sporej wielkości królik, aż nadto podobny do tego, którego goniłem przed dołączeniem do watahy! Wadera bez słowa podeszła, kładąc zawiniątko przy moich łapach. Patrzyłem to na nią, to na królika, starając się pojąć, o co chodzi.
- Nie patrz się tak na mnie, bierz, co ci dają — rzuciła stanowczo, uśmiechając się przy tym. Głód dał o sobie znać głośnym pomrukiem. Truchło leżało u mych łap, czekając na konsumpcję. Przyjemny zapach ciepłego mięsa dotarł do mych nozdrzy. Oblizałem się i spojrzawszy z wdzięcznością na waderę, wgryzłem się w soczyste mięsko. Z mojego gardła wydobył się pomruk zadowolenia. Zamknąłem na chwilę oczy, delektując się tą chwilą. Gdy ponownie je otworzyłem, natrafiłem na rozbawione spojrzenie Tsumi.
- No co? - zapytałem z wesołym uśmiechem, podając jej drugą część zdobyczy. Zdziwiona, spojrzała na mnie z pytająco — Upoluje dla nas coś większego. Jedz.
- Ale... to było dla ciebie. - zbliżyłem się powoli i delikatnie trąciłem nosem jej uszko.
- Dama nie będzie mi chodzić głodna! Poza tym mam zamiar o ciebie dbać.
- Hmmm... Wszędzie dobrze, ale przy mnie najlepiej? - zapytała, unosząc jedną brew do góry.
- Żebyś wiedziała. - zaśmiałem się. - Mam nadzieję, że skoro już się spotkaliśmy, to będziesz mi towarzyszyła i nigdzie mi nie zwiejesz? - zapytałem, zerkając na nią z uśmiechem.

< Time speed ~ jakiś czas później >
Przechadzki bez celu dzielą się na dwa rodzaje — pierwszy rodzaj to takie zwyczajnie, gdzie krążysz po terenie watahy i spokojnie wracasz do jaskini. Drugie natomiast to przechadzki niezwyczajne. Czyli wałęsasz się aż tu nagle niespodzianka. Ja zaliczyłem ten drugi rodzaj przechadzki. I koniec, końców wracałem z waderą na grzbiecie. Była zbyt zmęczona po zakładzie, który sama mi zaproponowała. Mianowicie chodziło o upolowanie jak największej ilości królików. Populacja tych małych zwierząt gwałtownie rosła. Spotkać je można było dosłownie na każdym kroku. Tsumi wzięła sobie za punkt honoru pokonanie mnie. Nie udało jej się do końca. Przegrała w ostatniej sekundzie, nim słońce zajęło odpowiednią pozycję. Popołudnie — czas oznaczający koniec wyścigu. Byłem zwycięzcom, lecz nie dostałem nagrody. Zamiast tego robiłem za miękką podwózkę. Spoglądałem na nią z uśmiechem, a przynajmniej próbowałem zerknąć, wyginając maksymalnie szyję. Strasznie wkręciła się w historię z krwiożerczymi płatkami wiśni. Opowiadała o nich z zapałem i błyskiem w ślepiach. Nie potrafiłem ukrywać swojego rozbawienia. Mój ogon kołysał się niemrawo na boki, kiedy słuchałem jej słów. W końcu, kiedy jej wypowiedź zakończyła się pytaniem, zaśmiałem się krótko i spojrzałem w jej oczy o barwie zachodzącego słońca. Tak ufne i wpatrzone we mnie z największą czułością. Tę uroczą scenkę przerwało uderzenie czegoś małego. Prawie tego nie poczułem, lecz to coś obiło się o mnie i z łomotem padło na ziemię. Nie zdążyłem obrócić głowy, gdy dosłownie w tym samym momencie Tsumi zleciała z mojego grzbietu.
- Aaaaaa! - po raz kolejny nie zdążyłem jej złapać. W ostatniej chwili mi umknęła. Spojrzała na mnie wystraszonymi oczami. Stwierdziwszy, że nic jej nie jest, przeniosłem swój wzrok na powód tej katastrofy. Przede mną leżała młoda wadera. Na moje oko kilkuletnia, ale co ja się tam znam.
- Pina?!! - z zarośli wyskoczył nagle nieznany mi samiec. ~ Co tym razem!? Automatycznie spiąłem wszystkie mięśnie, w każdej chwili gotowy do ataku. Warcząc, zasłonił swoim ciałem leżącą jeszcze samicę. Miałem chwilę czasu na obserwację. Basior o biało sierści z domieszką szarości na grzbiecie był trochę większy ode mnie, lecz z całą pewnością krótszy. Jego masywne łapy, twardo wczepiły się w podłoże. Puchaty ogon stał sztywno. W przeciwieństwie do mojego, nie zwisał luźno. Hmm...Był ewidentnie podminowany, lecz starał się tego nie okazywać. Napięte mięśnie, tak jak u mnie sugerowały gotowość do ataku. Zielone oczy, utkwione w moją osobę miały w sobie pogardę. Znam to spojrzenie. Oceniające, nieufne. Pewnie zdążył już zaszufladkować mnie, nawet ze mną nie rozmawiając.
- Pina, wszystko w porządku? - zapytał, nie przestając się na mnie gapić. Pina, tak miała na imię wadera, która z łomotem na mnie wpadła. Dziwiłem się, że nie wybiła sobie kłów, uderzając o moją klatę. Przypomniało mi to pewną sytuację. Dokładnie tak samo zachowywała się Renesmee przy pierwszym spotkaniu. Również mnie oceniła, choć chyba w żadnym stopniu nie dałem do zrozumienia, iż mam niecne zamiery.
- Tak, wszystko w porządku. - skupiłem się na przybyszach. Samica stanęła obok zielonookiego i przekrzywiając głowę, zlustrowała mnie swymi fioletowymi oczyma.
- Kim jesteś? - pytanie jak pytanie, ale z jakiej racji mam odpowiadać pierwszy? Przecież to na mnie naskoczono.
- Ty pierwszy. - odparłem lekko zirytowany. Takie pytania powinny być omawiane na jakichś spotkaniach watahy. Tłumaczenie się każdemu z osobna jest denerwujące. Z drugiej strony, wcale nie muszą być z watahy. Jeśli okażą się wrogami, będę musiał ich przegonić. W najgorszym z możliwych - stoczyć walkę, pamiętając, że tuż za mną jest Tsumi.
- Naharys Exan Ravennight.
- Atrehu. - przedstawiłem się, spuszczając nieco z tonu. Widząc jednak wciąż ten sam wyraz pyska, westchnąłem w duchu. - I zanim zaczniesz zadawać absurdalne pytania, co zrobiłem twojej przyjaciółce, od razu mogę powiedzieć, że nic takiego. Wpadła na mnie, gdy biegła.
- Wierzę Ci. - ~Alleluja! - Jesteś tutaj nowy? Wcześniej cię nie widziałem.
- Tak, dołączyłem niedawno.
- Pina!
- Tsumi! - jak na komendę, oboje spojrzeliśmy na wadery, które podbiegły do siebie. Na raz zaczęły się ściskać i tulić.
- Wy się znacie? - zapytaliśmy chórem, patrząc to na siebie, to na nie. To było dość... zabawne. Dwa basiory z rozdziawionymi pyskami, dziwiące się, że ich towarzyszki się znały.
- Tsumi to moja mentalna siostrzyczka!
- Przyjaciele Tsumi są też moimi przyjaciółmi, ty również. - odparłem, spoglądając na Naharys'a. Aby nieco rozładować napięcie, uśmiechnąłem się delikatnie.
- No nie wiem. - odparł z dozą nieufności. I jak tu z takim gadać?
- Exan, Atrehu zna się z Tsumi. A to oznacza, że możesz mu ufać, jak ja ufam jej. - wtrąciła się Pina, wchodząc między mnie a owym Exanem. Nie chciałem konfrontacji. Skoro nie stanowił zagrożenia dla Tsumi, nie jest moim wrogiem.
- Zjecie z nami sarninę. Niedawno polowaliśmy.
- Hmmm.. Czemu nie, jeśli to ma zapieczętować nową znajomość. - uśmiechnąłem się do niej, puszczając przy tym perskie oczko. Usłyszałem cichy warkot samca, ale nie zawracałem sobie nim głowy. Posłałem mu długie, zawadiackie spojrzenie. Niech wie, że jestem figlarny, ale krzywdy damie nie zrobię. Jeśli jest jednak zazdrosny, cóż, musi przeboleć.
- No to w drogę! - ramię w ramię ruszyliśmy przed siebie. Nie wiedziałem w sumie dokąd, ale widząc pewne siebie, maszerujące wadery, uśmiechnąłem się. Miałem okazje pooglądać sobie je z tyłu, gdyż szły przed nami. W sensie, przede mną i tym nie zadowolonym Exanem. Mimika jego pyska nie zdradzała za wiele, lecz w oczach dostrzec było można zniecierpliwienie. Wciąż mi nie ufa.. hmmm
- Więc... - zacząłem dość niepewnie, zerkając na niego. Nie był wcale taki wysoki. Owszem przewyższał mnie o głowę, ale tak, jak myślałem - był krótszy ode mnie. Końcówka jego ogona była ledwo w połowie długości mojego. - długo już tu jesteś?
- Nie, dołączyłem niedawno, tak samo jak ty. 
- Sam?
- Nie. Towarzyszyła mi starsza siostra. Ona również tu jest i to ona upolowała nasz obiad. - przez chwilę czułem ukłucie w sercu. Nie jest sam, jak ja. Ma tu członka rodziny, z którym z pewnością dorastał. - A co z tobą? - wzdrygnąłem się na jego pytanie.
- W sensie?
- Jak tu trafiłeś? - zamyśliłem się na chwilę. Po chwili namysłu, pomijając oczywiście wrażliwe kwestie, opowiedziałem mu swoją historię. Całości wiedzieć nie musiał. Gdy skończyłem, spojrzał na mnie jakby w zamyśleniu. - Więc jesteś z Watahy Sol Rojo. Słyszałem, że ktoś bestialsko zamordował przywódcę, a sprawcę wygnano. - spojrzał na mnie podejrzliwie. Czyżbym się jednak co do niego mylił? Może nie powinienem był mu tak szybko ufać?
- Nie zrobiłem tego, nie zabiłem swego ojca! - uniosłem się, zwracając tym uwagę całej trójki. Ból dopadł mnie błyskawicznie. Zamknąłem oczy, skupiając się na oddechu. ~ Nie, nie chcę do tego wracać, nie chcę widzieć ich nienawistnych oczu!
- Wierzę ci. - spojrzałem na niego w szoku. - Uczyłem się, jak rozpoznawać kłamców. Twoja reakcja jest prawdziwa... - odetchnąłem z ulgą.
- Zmieńmy może temat... Daleko jeszcze?

<Naharys ? Tsumiś? >

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 2113
Ilość zdobytych PD: 1056 + 10% (105 PD) za długość powyżej 2000 słów.
Obecny stan: 1793 + 1161 = 2954