Newsy



:Aktualności
.Blog przechodzi obecnie renowację
.Już niebawem pojawią się nowości

:Pogoda
Obecna pora roku ~ Jesień
.Temperatura waha się między 10+ a 0- stopni Celcjusza
.Zmiana pory roku nastąpi 15.12.2022

Liczba wilków ~ 27
Wadery ~ 18 + 1 NPC
Basiory ~ 7 + 4 NPC
Szczeniaki ~ 1
Nieobecni: Brak

~Serdecznie zapraszamy♥~

czwartek, 16 września 2021

Od Naharys'a c.d Lonyi ~ Zakute Łby



W pamięci naszej idealnie zachowała się scena totalnej pożogi w ogrodzie naszej matki. Jej mina wyglądała, jakby właśnie spoglądała na obraz totalnego mordu. Jej ukochane rośliny, które pielęgnowała z taką czułością, w tamtym momencie stały się historią. Pożarte przez płomienie. Tata zaś powiedział wtedy.
- Moje dzieci! - wziął nas i po kolei wyściskał. - Będą z was żołnierze.
Mama jednak długo opłakiwała swój ogród, w który włożyła tyle serca. Nasze sumienia nakazały jednak, aby wspomóc ją przy jego odbudowie. Nikt nawet nie jest w stanie ogarnąć, co może wilk stworzyć, gdy coś tak naprawdę kocha? Wspólne siły, chęci i co prawda odrobina dyscypliny sprawiły, że to, co kiedyś było odzwierciedleniem piękna i spokoju, na nowo nabrało podobny charakter.
- To co? Może mała próba sił? - zawisła nade mną, tak aby nasze nosy dzieliło zaledwie kilka cali.
- Myślałem, że chcesz pozbyć się z okolicy kilku szkodników- łypnąłem na nią jednym ślepiem.
- Właśnie na jednego patrzę, ale jest tak leniwy, że nie chce nawet dostać kilku kopniaków od niewyrośniętej wilczycy - Zerknęła na mnie zadziornie, odskakując na bok.
- Zaraz się przekonamy, kto tu od kogo dostanie kopniaki, siostrzyczko.
Nagłym ruchem pozbierałem się na równe łapy jak na rozkaz wydany wewnątrz mojej głowy. Powtarzaliśmy wszystko to, co uczyli nas rodzice. Od postaw bojowych, wykorzystanie otoczenia na własną korzyść... tak przypominając sobie znane regułki, patrzyliśmy sobie w oczy, jak dwa lwy w bitwie o terytorium. Lonya zaczęła krążyć wokół, szukała momentu do przypuszczenia ataku... byłem pewien, że użyje któregoś ze swoich ogonów. I nie myliłem się zbytnio. Ledwo odwróciłem się w lewo, gdy koło ucha świsnął mi dźwięk przecinającego powietrze lodowego ostrza. Odskoczyłem przed następnym atakiem, dałem susa w bok przed mknącym ku mnie ostrzom.
- Nie uciekaj! Walcz tchórzu! - zawołała siostra, po czym posłała w moją stronę ognisty pocisk. Dźwięk rozpryskującego się ognia, zapach palonej trawy kąsał w nos. Póki ogień nie strawi wysokiej trawy, miałem zamiar wykorzystać ją, jako zasłonę. Wykorzystawszy też zamieszanie, jakie tworzył wywołany przez moją siostrę pożar, zatoczyłem koło aż pojawiłem się tuż za plecami Lonyi. Z płonącymi łapami odbiłem się od ziemi i z wyskoku ciąłem pazurami. Moja siostrzyczka, gdy otrzymała płomiennego klapsa powyżej lewego pośladka, odskoczyła, jak poparzona.
- O ty biała mendo! - skomentowała z rywalizującym uśmiechem, po czym wykręciła się zwinnie, wyprowadziła finezyjny cios ogonem. Odskoczyłem na bok, efektownie unikając ciosu, lecz na drugi zabrakło mi refleksu. Lodowy kolec ugodził mnie w pierś, a potem miałem wrażenie, jakby mi odebrano zdolność do oddechu.
- Własnego brata! Lodem! - Rzuciłem z udawanym smutkiem. - Ranisz me serce.
- Przybranego brata, chciałeś powiedzieć. - Zachichotała przeciągle, po czym gotowała się na kolejny atak.
- A kuku! - posłałem w jej stronę ognisty pocisk, który co prawda, nie zrobił jej krzywdy, ale uwięził ją w środku płomienia. We wnętrzu powinien wirować wulkaniczny pył, który miał za zadanie dusić ofiarę, ale przecież to nie była walka na serio.
- Wypuść mnie, młocie! - zawołała Lonya z wnętrza pułapki.
- Magiczne słowa? - odparłem, unosząc lekko brew.
- Niby jakie?
- Exan, jesteś najsilniejszym, najmądrzejszym i najsprytniejszym wilkiem ode mnie.
- Chyba jak sobie narysujesz, ćwoku! - parsknęła przeciągłym śmiechem. - Wypuść mnie. Idziemy się czegoś napić?
- A co proponujesz? - zapytałem.
- Hmm fermentowany sok z jabłka i winogron. Pasuje ci?
- W sumie, jeszcze nigdy nie narżnąłem się z własną siostrą. Ah! Ty wiesz, jak mnie do czegoś przekonać.
Ognista klatka prysła i Lonya z gracją upadła na ziemię, jak to osobniki, które posiadają w sobie lisie geny. Jednakże, zanim ruszyliśmy opić nasz trening, musieliśmy zrobić coś z pożarem, który zaczął rozprzestrzeniać się, zgodnie z wiejącym południowym wiatrem. Z początku wpatrywaliśmy się w ten szokujący obraz, stojąc jak te kołki. Zdaje mi się, że nasz fermentowany sok z jabłek i winogron będzie musiał jednak poczekać
.
<Lonya?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 601
Ilość zdobytych PD: 300
Obecny stan: 1668 + 300 = 1968

środa, 15 września 2021

Od Naharys'a c.d Piny ~ Zostajemy tu / Nowe znajomości



Stałem jak długi kołek wbity głęboko w ziemię. Kopara lekko mi opadła. Wpatrując się jak Pina po tym, co zrobiła, zaczęła skocznymi krokami zmierzać ku mojej siostrze. Lonya zaś siedziała w cieniu, rzucanym przez młodą sosenkę, z miną pełną uznania oraz pewnego rodzaju zdumienia. Zaraz po tym podszedłem do pań, z namalowanym mimowolnie bananem na pysku. Musiałem wyglądać wtedy kretyńsko.
- Lonya, a ją co napadło? - zapytałem, wskazując na mega zadowoloną Pinę.
-"Miłość rośnie wokół nas..." - Lonya zaśpiewała swym słodkim i melodyjnym głosem. - Tylko jeszcze brakuje spokojnej, jasnej nocy.
Lonya zaśmiała się głośno, zarzucając głowę w górę. Mnie jednak cholernie nie było do śmiechu. Wpatrywałem się w obie panie bez cienia wesołości. Nikt jednak nie wiedział, że to pozór jedynie.
- Lonya, gdzie moja sarna? - spytała Pina z namalowanym na swym pyszczku chytrym uśmieszkiem.
- A więc to był zakład, hę? - zapytałem z początku agresywnym tonem. Stało się tak, jak się spodziewałem. Ich uśmieszki powoli zmazywały się z pyszczków. Po chwili dodałem tonem, zmienionym o sto osiemdziesiąt stopni.
-Znajdzie się dla mnie trochę sarniny?
- Jak sobie upolujesz, kołku! - powiedziała Lonya gniewnie, ale jakże mistrzowsko udawanym. Wiedziałem to po jej lekko uniesionym kąciku ust.
Ostatecznie skończyliśmy polowanie na sarnę, którą moja siostrzyczka winna była Pinie, a ja jedynie wspomogłem ją w dotrzymaniu umowy. Koniec końców cała trójka cieszyła się soczystą, grubym obiadem. Tego po treningu mi brakowało, a jednocześnie wspomnienia z rodzinnych stron wracały, niczym strony poprzedniego rozdziału. Też po treningu zajadaliśmy się zdobyczą w ciepłym, rodzinnym kręgu. Pamiętam, jak mięśnie ostro grały pod skórą, zaś mama opowiadała nam historie o magicznych istotach, które można spotkać w lesie. O niebezpieczeństwu czającym się w dolinie wiecznie skutej lodem, gdzie żywi tracą swe dusze, które później są spaczone przez demoniczne moce.
- Pamiętasz Exan, jak rodzice opowiadali nam wiersze i historie przy ognisku oraz kawale sporego mięsa?
- Tak, pamiętam, jakby to było wczoraj. - odparłem, wracając wspomnieniami do tamtych czasów.
- Jakie historie? Wiersze? - wyskoczyła Pina z zainteresowaniem w głosie.
- Chcesz posłuchać, ale ostrzegam, że zapamiętałem tylko tę negatywną. Nadal chcesz posłuchać?
- Pewnie! - oznajmiła ostatecznie Pina.
- W naszych stronach wiersz zatytułowano "Pieśnią o lodzie". A brzmi ono tak.
"Jęzor szkaradny ogniem pluje.
W dolinie bieli swe korytarze rysuje.
Korona lodu wznosi się wysoko
Aż pod pięty samego Soko.
Tam swe ziarno zło sieje
Ciepło i dobro wręcz nie istnieje.
Tam brat bratu kły w serce wbija.
Tam zimny oddech śmierci w powietrzu się wzbija.
Tam się rodzi zło szkarłatne
W łonie wiecznych łez.
Tak się maluje obraz smutny
Doliny wiecznej zmarzliny Targmarynu. "
Ja i Lonya recytowaliśmy zwrotkę po zwrotce poematu, którego nauczyliśmy się od rodziców. Pieśń miała dać do zrozumienia każdemu, że nawet zło ma miejsce na tym świecie. Nie można go ignorować, nawet gdy wilk ma położyć się spać. Pina z zainteresowaniem nas słuchała i wydawałoby się, że nie widać po niej cienia strachu.
- Nie wyglądasz na zmartwioną?
- A czym? Przecież to tylko wiersz i to całkiem ciekawy.
- Dobrze więc gołąbeczki, ja wracam do swych pacjentów. Do zobaczenia, bracie. - Zanim odeszła, trąciła mnie czule swym ogonem w ramię. Patrzyliśmy tak na siebie znad niedojedzonej sarniny, ze szczególną uwagą. Oboje byliśmy brudni od juchy, która powoli zaczęła krzepnąć na naszych pyszczkach.
- Ścigamy się? - zaproponowała po chwili Pina.
- Z pełnymi brzuchami? Będziemy ociężali.
A poza tym, co z sarną?
- Wrócimy po nią. No nie daj się prosić, Exan! - zawołała z namalowanym na pyszczku chytrym uśmieszkiem.
- No dobrze, dam Ci pobiec dwadzieścia metrów przed siebie. Z moimi łapami dogonię cię z łatwością.
- No wiesz? - wydała z siebie Pina krótkie westchnienie, ale po chwili namysłu, kiwnęła głową. I jak to ona, wykorzystała swą szansę.
- 3...2...1...Start!
Pina pomknęła o dziwo szybkim biegiem przed siebie, zostawiając za sobą tumany kurzu. Jak na jej wzrost, wadera szybko biegała.. Ma jakiś talent? Po chwili rzuciłem się za nią w pogoń, czując podświadomie, że zabawa zamieniła się w kotka i myszkę. Chyba źle ją oceniłem, sądząc, że na swych krótkich łapkach nie zdoła pokonać nawet kilku metrów. Uwierzcie mi na słowo, że w tamtym momencie zrobiło się mi strasznie głupio. Już sobie też wyobrażam, jak Pina w duchu naśmiewa się ze mnie. Niech się śmieje na zdrowie, mała cwaniara...
- AAAA!!
- Pina?!! - zawołałem wystraszony nagłym jej krzykiem, dobiegającym od strony gęstej ściany lasu. Sprintem zboczyłem ze ścieżki, skracając sobie drogę skrótem, a w głowie, będąc pod napięciem emocji, zaczęły się kreować wizje nieprzyjemnych rzeczy dla Piny. Kolejny niedźwiedź, który nabrał ochotę na małą waderkę. Jakiś obcy Wilk może jej teraz robić krzywdę. Jak się okazuje, odpowiedź szybko mi się nasunęła, jak na tacy.
Pina leżała na ziemi, jakby wpadła na stojącego przed nią basiora. Wyglądem przypominał mieszańca, u którego wilcze geny widocznie dominowały w jego posturze. Silne łapy, masywny pysk. W doskoku dotarłem do Piny, oddzielając ją swym ciałem od nieznajomego.
- Pina, wszystko w porządku? - zadałem pytanie, nie tracąc ze wzroku płomiennych oczu obcego basiora.
- Tak, wszystko w porządku. - odparła i stanęła obok.
- Kim jesteś? - zapytałem nieznajomego na chwilę obecną spokojny tonem. Moje mięśnie łap były w każdej chwili gotowe do wyprowadzenia ataku, ale nie dałem tego po sobie poznać.
- Ty pierwszy. - odpowiedział basior. Jego głos był dość wyniosły, typowy dla wilków, które miały zaszczyt urodzić w rodzinie Alfy. Mój zaś był czysty, płynny.
- Naharys Exan Ravennight.
- Atrehu. - przedstawił się. - I zanim zaczniesz zadawać absurdalne pytania, co zrobiłem twojej przyjaciółce, od razu mogę powiedzieć, że nic takiego. Wpadła na mnie, gdy biegła.
- Wierzę Ci. - odparłem z opanowanym i chłodnym spokojem, nie odkrywając wzroku z oczu Atrehu. - Jesteś tutaj nowy? Wcześniej cię nie widziałem.
- Tak, dołączyłem niedawno.
- Pina! - zawołał jakiś głos, dobiegający zza pleców Atrehu, a w następnym momencie pojawiła się równie niska, co Pina, urocza wadera o zachwycającej grzywce i oczach.
- Tsumi! - odpowiedziała na odzew Pina i obie panie przywitały się serdecznie.
- Wy się znacie? - zapytaliśmy chóralnie. Ja i Atrehu.
- Tsumi to moja mentalna siostrzyczka! - powiedziała i obie panie wpadły w cichy chichot. No nie powiem, ciężki kamień spadł mi z serca.
- Przyjaciele Tsumi są też moimi przyjaciółmi, ty również. - oświadczył po chwili Atrehu.
- No nie wiem. - odparłem pozbawionym ufności tonem.
- Exan, Atrehu zna się z Tsumi. A to oznacza, że możesz mu ufać, jak ja ufam jej. - wtrąciła się Pina, wchodząc między mnie a basiorem. Pina zwróciła się po chwili do Atrehu.
- Zjecie z nami sarninę. Niedawno polowaliśmy.
- Hmmm.. Czemu nie, jeśli to ma zapieczętować nową znajomość. - Płomienne oczy skierowały się ku Pinie.

<Pina, Atrehu? >


PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1046
Ilość zdobytych PD: 523 + 5% (26 PD) za długość powyżej 1000 słów.
Obecny stan: 1119 + 549 = 1668

poniedziałek, 13 września 2021

Od Piny c.d Naharys'a ~ Zostajemy tu

- Co ci się tak spodobało noszenie mnie? - Zapytała rozbawiona.- Umiem chodzić.
- Tak, ale moje tempo chodzenia to twój szybki trucht, nie pamiętasz?
- Co ja poradzę, że genetyka mnie nie lubi i poskąpiła mi wzroku? - Wymamrotała udawaną obrazę, co wywołało parsknięcie Exana. Kto by pomyślał, że znajdą nic, porozumienia tak szybko zresztą, hah.
Spacer na miejsce docelowe umilali sobie rozmowami albo raczej żartami, skoro co chwila ktoś wydawał z siebie rozbawione odgłosy. W takich właśnie pozytywnych nastrojach dotarli na miejsce treningowe dla wojowników, gdzie to już trenował Hinata, co na ich widok kiwnął głową. Nie chcąc męczyć towarzysza, niska wadera delikatnie zeskoczyła z grzbietu Exana i zajęła miejsce obok w cieniu, w formie ochrony przed słońcem. Może nie grzało aż tak, wolała dmuchać na zimne.
Pina, co tu ukrywać, z uwagą obserwowała trenującego basiora i to na tyle, że ograniczyła rejestrowanie otaczającego ją świata. To był powód, dla którego wzdrygnęła się na nieco rozbawiony głos innej wadery obok.
- Rozumiem, że to pewnie jest bardzo pasjonujący obrazek, co?
- Ach?! Och, dzień dobry Lonya. - Pina przywitała się po tym mini zawale serca. Pół lisica zerknęła na nią kątem oka, po czym zaraz znowu patrzyła na brata.
- Skaranie boskie z rodzeństwem, co? Ale on zawsze taki był, taki jego urok.
- Coś w tym musi być. - zgodziła się mniejsza.
- Ale wiesz co? - Lonya nagle uśmiechnęła się tak, że było wiadome o jakimś planowaniu.- Mogę się założyć o sarnę, że...
- Że co? - Wizja darmowego obiadu skutecznie ściągnęła uwagę na medyka.
- Że nie dałabyś rady wykonać ku niemu jakiegoś gestu, który jednoznacznie wskazuje na głębsze zainteresowanie.
- Ahaha, na pe... Zaraz, co?
Wyższa jedynie się uśmiechnęła z nutą przebiegłości. Skąd to się nagle wzięło? Spojrzała wyraźnie z tym pytaniem w oczach, jednak nie zyskała odpowiedzi. Zamiast tego, jedynie narzekanie, że myślała o Pinie jako odważniejszej a tu taki klops.
- Bogowie, jakbym słyszała Letho - wymamrotała. Zaraz jednak wstała i rzuciła przez ramię do Lonyi- ale ta sarna ma być tłuściejsza!
Odpowiedzi brak, ale zamiast czekać na nią, podeszła do Exana kończącego trening. Pytanie, jakie powinna była sobie zadać, brzmiałoby następująco: ile czasu upłynęło od rozpoczęcia do zakończenia serii?
- Hm? Co tam słychać? Nie nudziłaś się? - Zapytał po przeciągnięciu się i zauważeniu koleżanki. Machnęła łapą na znak, że wszystko gra.
-Spokojnie, wszystko w jak najlepszym porządku. - uspokoiła go z przyjemnym oku uśmiechem.- Widziałam, że trenowałeś ciężko, chciałam ci jakoś dać nagrodę za twoje starania.
- Och, co takiego?
- Zniż trochę głowę. - poprosiła, co zaraz zrobił. Pina wykorzystała tę okazję i zaraz delikatnie pomiziała go po uchu swoim noskiem. Zaraz odsunęła się lekko zarumieniona i z cichym chichotem oznaczającym zawstydzenie, wycofała się, by zaraz wesoło wystrzelić jak z procy przed siebie.

Naharys? C:

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 439
Ilość zdobytych PD: 220
Obecny stan: 711 + 220 = 931

Od Atrehu c.d Tsumi ~ Początek przygody


Krzyk wadery o mało nie uszkodził mi słuchu. Zabolało. Na domiar złego oberwałem po pysku. Jasny gwint. Zdecydowanie totalnie po całości nie było dobrze, zwięźle to ujmując. Cofnąłem się oszołomiony. Pocierając swój podbródek, spojrzałem na wystraszoną postać przede mną. Widząc jej stan, to, w jaki sposób kuli pod sobą puchaty ogon — natychmiast otrzeźwiałem i zrozumiałem. Oczy miałem pewnie jak spodki. Wielkie, niedowierzające. ~ Cholera! Naprawdę to zrobiłem — polizałem obcą waderę. W jednej chwili, przez dosłownie sekundę czułem niezrozumiałą błogość na języku. ~ Smakowała tak wybornie, pysznie. Samica świeżo po rui — aż jęknąłem w duchu. W następnej przyszedł wstyd i zażenowanie. ~ Co ja na wszystkich Bogów wyprawiam! - O mój...
- Co się stało?! - nie dokończyłem zdania, gdy znikąd pojawiła się inna wadera. Spojrzawszy na mnie groźnie, przyjęła pozycję obronną i najeżając sierść, obnażyła śnieżnobiałe kły. - Kim jesteś i co zrobiłeś Tsumi?! - spojrzałem na nią beznamiętnie. Jej zachowanie nie zrobiło na mnie specjalnego wrażenia. Byłem wszak ciut większy i masywniejszy. Bez trudu bym ją pokonał, ale po co używać siły? - pomyślałem, przyjrzawszy się jej bardziej. Z całą pewnością nie należała do młodzików. Miała coś około ośmiu-dziewięciu lat. Świadczyło o tym jej potargane futro. Wystarczyło przejechać po nim łapą, by z łatwością wyciągnąć martwe włoski. Jej futro było szare, ale sprawiało wrażenie miłego w dotyku. To, co rzuciło mi się w oczy, to jej czerwono-złote skrzydła i bujna grzywka. Niezwykle dziwnie dobrane kolory. Takie inne od szarego ciała, lecz przyciągające wzrok. Zaciekawiło mnie, jakaż to historia musi się za tym kryć. Nie myśląc wiele, podniosłem się z brudnej ziemi. Nie spodobało się to skrzydlatej samicy. Zrobiła krok w przód, warcząc przeciągle. Nie wyglądała specjalnie na przyjaźnie nastawioną. Zresztą, kto normalny byłby w takiej sytuacji? Spojrzałem w jej zielone oczy. Miałem tylko kilka sekund na odpowiedź, nim nastąpi atak. Byłem zmęczony, brudny, głodny i z pewnością nie pachniałem za ładnie. Nie chciałem konfrontacji. Westchnąłem ciężko, przymykając na chwilę oczy.
- To był wypadek! Potknąłem się i wylądowałem na niej...
- To prawda. - oboje spojrzeliśmy na małą. Nie była już wystraszona. Nie kuliła się. Siedziała dumnie wyprostowana i patrzyła to na mnie, to na zielonooką. Tsumi, jak zapamiętałem — tak miała na imię ta samica. To bardzo... urocze imię, idealnie pasujące do tak drobnej i słodkiej istotki. Chciałem przyjrzeć jej się bliżej. Nie zdołałem. Skrzydlata spojrzeniem kazała jej odejść. Tsumi czmychnęła natychmiast w las, pozostawiając za sobą jedynie kurz. Byliśmy sami. W powietrzu pulsowała dziwna energia. A może to tylko takie wrażenie? Wadera pokiwała powoli głową. Pysk miała zwrócony w moją stronę. Zaczęła nerwowo podążać w kółko, jakby zastanawiając się nad rozwiązaniem. Usiadła po chwili, dając mi do zrozumienia, że mam zrobić to samo. Chętnie wykonałem polecenie. Od pogoni za królikiem, łapy miałem jak z waty. Ledwo na nich stałem.
- No dobrze. Zacznijmy od początku. - badawczo spojrzałem na samicę, która oddychała równo i spokojnie, lecz w jej oczach dostrzegłem niebezpieczny błysk. - Po pierwsze, nie wiem, kim jesteś i co tu robisz, ale lepiej dla ciebie, żeby taka sytuacja się więcej nie wydarzyła! - w pierwszym odruchu miałem ochotę odwarknąć. Kto daje jej prawo, by mnie pouczać?! Niedoczekanie! Zaraz jednak uświadomiłem sobie, jak głupi to pomysł — po pierwsze, nie jestem na swoim terenie. Po drugie, nie mam pojęcia, jak wysoko w hierarchii stoi. Po jej zapachu ciężko to stwierdzić. Głosu Alfy jako tako nie posiada. No i nie uśmiechało mi się zbyt zamęczanie innych istot, nawet bez względu na to, jak irytujące by nie były. Z trudem pohamowałem swój głos. Cholera by to! Przełknąłem dumę i postanowiłem. Nie powiem nic niewłaściwego, przeproszę prędko, jak należy i dowiem się, w którą stronę mam iść, by bezpiecznie opuścić ten teren. Jeśli to nie pomoże, jeśli wywiążę się walka, zabije bez wahania. - Po drugie... jestem Renesmee, alfa Watahy Odrodzenia i właścicielka tych ziem. - ~Ah, czyli jednak. - pomyślałem z przekąsem. Intuicja nigdy mnie nie zawiodła. - Teraz ty się przedstaw.
- Po pierwsze, gdyby to ode mnie zależało, taka sytuacja by nie zaistniała. To nie było celowe działanie. Nie mniej jednak chciałbym przeprosić za swoje zachowanie. Po drugie, nazywam się Atrehu. Zgubiłem się w tym cholernym lesie i błąkając się bez celu, trafiłem tu. Jestem...wygnańcem. - ostatnie słowa wypowiedziałem niemal szeptem, lecz z pewnością je usłyszała.
- Rozumiem. - nasze spojrzenia się spotkały. Nie było w nich wrogości. - Może...
- Tak?
- Może...chciałbyś tu zostać? - zatkało mnie. Tego się nie spodziewałem. Zostać tutaj, mimo bycia wygnańcem? Mimo całej tej sytuacji?
- N..nie przeszkadza Ci, że jestem odmieńcem? - posłała mi długie spojrzenie, jakby mnie oceniając. Nie wiem, do jakich wniosków doszła. Uśmiechnęła się jednak. Czyli... to chyba dobrze?
- Nie. Nie przeszkadza.
- Ale dlaczego? - zapytałem. Odpowiedziała mi uśmiechem. Niczym innym.
- Witaj w nowym domu, Atrehu. - szepnęła i już jej nie było. Błyskawicznie i ze szczerym śmiechem wzbiła się w powietrze, zostawiając mnie z tumanem niezadanych pytań i rozdziawionym pyskiem. Dopiero po chwili dotarło do mnie to, co zrobiła. Źle ją oceniłem. Cwana z niej osóbka, będzie trzeba ją poznać. Koniecznie. ~To się porobiło.

< Time speed ~ Jakiś czas później >
Zostałem przyjęty do watahy. W końcu nie muszę się włóczyć. Mam dom, tzn. miałbym, gdybym wiedział, gdzie jestem, ale... nie mam pojęcia. Renesmee zostawiła mnie ot, tak na pastwę losu. W środku lasu, bez wskazówek, informacji. Czułem się dziwnie zdezorientowany. W jaką stronę się udać, by nie wrócić na bagna? Z westchnieniem przycupnąłem przy drzewie. Nie chciałem nadużywać swoich mocy. Teleportacja to dobra opcja. Mogę się przenieść gdzieś blisko jaskiń. ~ Więc dlaczego nadal tu jestem? - zapytałem samego siebie. Nie dostałem odpowiedzi. Meh. Rozglądając się na boki, dostrzegłem nagle piękny kwiat. Przyjrzałem mu się. Samotny jak ja rósł niedaleko. Kolor jego płatków przypominał mi oczy Tsumi. Piękne, migoczące złotem tęczówki. Uśmiechnąłem się delikatnie i zamknąłem oczy. ~ Co ona ze mną zrobiła? Rozkoszowałem się cudownym uczuciem. Chłodny wiatr przyjemnie muskał moje ciało. W powietrzu czuć było zapach jesieni. Wszak lato miało się ku końcowi. Cóż, jeśli mam być szczery, to uwielbiam każdą porę roku. Na samą myśl o zielonej wiośnie, gdy wszystko budzi się do życia, a kwiaty nieśmiało rozkwitają na łąkach, tworząc barwny, pachnący kobierzec, miałem ochotę skoczyć na równe łapy i wykonać taniec radości. Do tej pory czułem też przyjemne ciepło lata, choć nieraz myślałem, że po tych falach upałów będzie ze mnie rudo-czerwona kałuża. Tęskniłem za tą złotą tarczą, która przez tyle godzin niestrudzenie rozświetlała niebo, i za gwieździstymi, bezchmurnymi nocami, które spędzałem na wpatrywaniu się w niebo. Z błogiego stanu wyrwał mnie szelest liści. Zaalarmowany odwróciłem głowę. Tsumi. Dostrzegłem ją z daleka. Wolno kroczyła ku mnie. Taka mała, słodka, cudownie pachnąca. Z pewnym rozczuleniem spojrzałem na nową poznaną waderę. Nawet jeśli znaliśmy się raptem niecałe kilka minut, szczerze ujęła mnie swoim charakterem. Znaczy, nie poznałem jej jeszcze tak dokładnie. Miałem nadzieję, że wybaczy mi moje zachowanie i pozwoli się bliżej poznać. Z tymi myślami wyrwałem szybko ów piękny kwiat i pognałem w jej stronę. Otaczała ją delikatna aura, dzięki której zdawała się wręcz promieniować wdziękiem.
- Przepraszam za tamto. - mruknąłem cicho i wkładając jej za ucho trzymanego kwiatka, uśmiechnąłem się promiennie. - Nie chciałem ci zrobić krzywdy.
- Nic się nie stało. Jestem Tsumi, a ty?
- Atrehu. - przestawiłem się, dumnie wypinając pierś. Dopiero wtedy zwróciłem uwagę na różnicę we wzroście. Wygląda przy mnie jak krasnal. Tylko taki piękny, słodki. ~Losie, powtarzam się. Już któryś raz myślę o niej w ten sposób.
- No więc Atrehu, jeśli dalej się gryziesz mimo moich słów, to możesz zabrać mnie na wspólny posiłek i będziemy kwita.
- Kolacja wchodzi w grę?
- Jak najbardziej. - uśmiechnęła się słodko. Moje serce zabiło mocniej. Atrehu, do k*rwy, ogarnij zad!
A, tak. Kolacja. Muszę coś upolować. Tylko, nie znam terenu. Płonna nadzieja, że akurat napatoczy się jakaś zwierzyna. Zbadałam uważnie nosem powietrze, szukając oznak zbliżających się zwierząt. Jak na złość, nie wyczułem kompletnie niczego. Mój węch był do bani. Być może z tego powodu nieco martwiłem się o miejsce, które na swój dom wybrałem. Nie mogłem odmówić mu co prawda uroku.
- Atrehu, słuchasz mnie? - zwróciłem z powrotem całą swoją uwagę na Tsumi. Tym bardziej że wadera najwyraźniej coś do mnie mówiła. Drgnąłem leciutko, gdy ze wstydem uświadomiłem sobie, że znowu odpłynąłem. Ech, tak, Atrehu, może i lat ci przybyło, ale nie sprowadziły cię one bardziej na ziemię...
- Huh, wybacz... - mruknąłem z zakłopotanym uśmiechem. - Mogłabyś może powtórzyć? Zamyśliłem się..
- Widzę po Twojej reakcji, że teren sfory jest ci nieznany. Zapraszam zatem na spacer. Oprowadzę cię, a potem pójdziemy do mnie. - słysząc słowa wadery, nie zdołałem powstrzymać nagłego wybuchu wesołości. Roześmiałem się zatem na cały głos, dając upust wszelkim emocją.
- W-wybacz... - zacząłem wreszcie, gdy jako tako zapanowałem nad sobą. - To było właśnie to, czego potrzebowałem od kilku miesięcy. Pomysł jest przecudny i... no cóż, będę zaszczycony. - powiedziałem cicho, kłaniając się nisko, po czym żwawym krokiem ruszyliśmy przed siebie. Szliśmy, rozmawiając o lesie, w jakim się właśnie znajdowaliśmy. Haute Forêt, którego charakterystyczną cechą są ogromne drzewa. Nic więc dziwnego, że się w nim zgubiłem. Z moich wyliczeń i zgromadzonej wiedzy wynika, iż przybyłem od strony Vallée Sombre, potem chodząc w kółko w Forêt Ombragée, aż w końcu goniąc za królikiem, trafiłem tu. Ciarki przeszły mi po plecach na wspomienie ogromnego węża. Pokręciłem głową, skupiając się na drodze. Podczas spaceru nie bałem się o nic pytać. Powoli zaczynałem wyzbywać się niepewności spowodowanej znalezieniem się nagle w zupełnie nowej, obcej sytuacji. Na dodatek sam na sam z waderą, na którą od dłuższego czasu mam ochotę. ~Tzn, co? O czym ja myślę?! - zerknąłem na nią niepewnie. Była taka malutka, ale przy tym tak kusząca. Szła tuż obok mnie, zmysłowo kręcąc biodrami. Zamknąłem oczy. Wdech i wydech. Tsumi nagle skręciła w bok, ku wyjściu z lasu. Z początku nie wiedziałem, dokąd idziemy. Teren nagle zaczął się gwałtownie obniżać, ziemia stawała się pokryta piaskiem, drzewa przestały rosnąć tak gęsto, a w powietrzu latały hałaśliwe, białe ptaki. Wyczuwałem zaskakująco zwiększoną wilgotność powietrza, które także jakoś inaczej pachniało. Dopiero później stanęliśmy na gładkiej powierzchni i zobaczyłem... Wodę. Ogromną, gigantyczną połać wody, ciągnącą się aż za horyzont. Poruszała się gładzona wiatrem, z zaskakującą siłą uderzała w piasek, a jej szum wydawał się najpiękniejszą melodią. Oniemiałem, a na mój pyszczek wpłynął ogromny uśmiech. Zaraz, jak to było... Morze? Tak. Plaża i morze. Dotychczas znałem coś takiego tylko z opowieści, moja wataha zamieszkiwała tylko lasy, a teraz...? Zacząłem krzyczeć w euforii, rzucając się biegiem przez piaszczystą plażę. - Chodź, Tsumi! - Nie wiedziałem, że potrafię w ogóle gnać tak szybko. Nie zatrzymałem się, gdy moje łapy zanurzyły się w wodzie, choć opór silnych fal sprawił, że bieg stał się praktycznie niemożliwy. Chwilę później straciłem przez to równowagę, fala przewróciła mnie i zabrała pod powierzchnię. Czułem w pysku smak słonej wody i miałem ochotę się śmiać. Pozwoliłem, by woda zabrała mnie do tyłu, a potem się wynurzyłem. Obejrzałem się wokół. Dopiero po dłuższym czasie uspokoiłem się na tyle, by przypomnieć sobie o waderze, którą zostawiłem na brzegu. Wypatrzyłem ją wśród wydm obrośniętych niekiedy zieloną roślinnością. Stała bez ruchu i uśmiechała się do mnie. Wpadłem na szatański pomysł. W mig zmaterializowałem się obok niej. Ze śmiechem zacząłem poruszać futrem, pozbywając się nagromadzonej wody. Wody, które bryzgała na wszelkie strony. Również na Tsumi, która zamknęła oczy, robiąc przy tym skwaszoną, acz uśmiechniętą minę. Kilka minut później była już całkiem przemoczona. Spojrzała na mnie tymi złotymi oczyma, po czym rzuciła się na mnie. Błyskawicznie skoczyła mi na plecy. Musiałem przyznać, jak na tak małą istotkę ma wysoki skok. Starałem się nie ruszać, ale przez mokre futro i tak straciła równowagę. Runęła na piach. Wystraszony zawisłem nad nią, obwąchując, trąc nosem o jej nos i poliki.
- Tsumi, słońce ty moje, nic ci nie jest? - potok słów wypływał ze mnie niekontrolowanie. - Powiedz coś!
- Czy ty...
- Tak?
- Czy ty... nazwałeś mnie swoim słońcem? - jak słup stałem nad nią, wpatrując się w jej oczy. Że jak ją nazwałem? Nie zrozumiałem od razu. Dopiero za którymś razem, dotarł do mnie sens jej pytania.
- Ja.. to znaczy. - jąkałem się, szukając jakiegoś wyjścia. Słodki śmiech wadery wypełnił moje ciało. Śmiała się, rozbawiona, ale śmiała. Czyli wszystko w porządku? Szukając potwierdzenia, zbliżyłem się jeszcze bardziej. Przestała się śmiać, czas nagle zwolnił. Nie wiem, kiedy ani z czyjej inicjatywy to wyszło, lecz... pocałowałem ją. Krótko, delikatnie, ale jakby z obietnicą, po czym odsunąłem się, czekając na jej reakcję. Nie powiem, że nie byłem w potrzebie, bo byłem. I to cholernej potrzebie!
<Tsumi?> P.s zgadzam się na odmowę i droczenie. Zwódź go xD
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 2021
Ilość zdobytych PD: 1010 + 10% (101 PD)  za długość powyżej 2000 słów.
Obecny stan: 682 + 1111 = 1793

Od Naharys'a c.d Piny ~ Zostajemy tu

Pierwszy tydzień minął odkąd ja i moja siostra dołączyliśmy do watahy i zdołaliśmy przez ten czas wyciągnąć same pozytywy. Oboje mieliśmy jakieś zajęcie, któremu z pasją się oddawaliśmy. Lonya wzbogacała się co jakiś czas o kilku nowych pacjentów, zaś ja do czynienia miałem z treningiem wraz z innymi wojownikami. Tego dnia niezbyt dobrze się czułem, ale starałem się zrozumieć dlaczego. Po prostu nie wyspałem się z powodu dręczących mnie koszmarów, których Bogu dzięki nie pamiętam. Zamiast udać się na trening, swój czas poświęciłem na poszukiwaniu jakiegoś zacienionego miejsca. Jakiejś ostoi, gdzie będę mógł się w spokoju zdrzemnąć. Znalazłem je pod cieniem niskiego buczka, otoczonym ostrokrzewem. Cień i schronienie przed wzrokiem innych. Tego teraz potrzebowałem.
Ułożywszy się wygodnie, szybko zapadłem w twardy, mało szczegółowy sen, który brutalnie został przerwany przez kogoś, komuś zachciało się żartów. I tym kimś była Pina. Poderwałem się lekko, myśląc z początku, że zostałem zaatakowany, zaś w następnej chwili spostrzegłem, że ktoś na mnie leży. Fioletowe piękne oczy wpatrywały się we mnie z rozbawieniem. Pina ułożyła brodę na mojej klatce piersiowej i wywaliła jęzor.
- Wstawaj śpiochu! - zawołała wesoło.
- Pina?! O cholera, Pina! - zaniepokojony zilustrowałem waderkę swym zaniepokojonym wzrokiem. - Jakby co, nic nie widziałaś, dobrze?
- To znaczy, czego nie widziałam? - zapytała tym swoim uroczym głosem.
- Noo, że ja tu tak śpię. Jakby zamiast ciebie, obudziłaby mnie alfa, byłbym w drodze do granicy ze śladem kopniaka na rzyci.
Na moje słowa, Pina zachichotała cicho, po czym zbliżyła swój nos blisko mojego.
- Nie martw się. Nic nie widziałam ani nie słyszałam. Umówmy się, że mnie tu nie było.
- Dobrze. Dobra dziewczynka. - odparłem, dziarsko się uśmiechając, po czym zerwałem się na równe łapy. Teraz to Pina leżała na plecach w cieniu rzucanym przez moje ciało.
- A skąd możesz wiedzieć, że jestem dobra? - mruknęła, nie ruszając się z miejsca, bo nagle schyliłem się ku niej, aby nasze oczy zaliczyły bliższe spotkanie.
- Ja wiem wszystko. Pamiętaj o tym. - mruknąłem i ponowiłem swój dziarski uśmiech.
- Dobrze, panie niebezpieczny. Co dzisiaj robimy?
- Chce ci się iść ze mną na trening? Co prawda lekko spóźniony...
- Pewnie. Nigdy nie widziałam cię w akcji. Pora to odhaczyć.
- No do jazda. - oznajmiłem, po czym poderwałem Pinę w powietrze i zarzuciłem ją na swój grzbiet.
- Już nie mam bandaża, pamiętasz?
- Pamiętam, ale tak jakoś zdążyłem się przyzwyczaić.

<Pina? >

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 377
Ilość zdobytych PD: 189
Obecny stan: 930 + 189 = 1119

Od Lonyi c.d Naharys'a ~ Zakute łby



Nie wiem, jak długo wędrowaliśmy przez nieznane tereny, ale najwidoczniej długo, skoro czułam, że obecność innych członków jest mi zbędna do życia. Kilometry w towarzystwie wyłącznie mojego brata, skromne polowania we dwójkę i szukanie noclegu- przyjemna, jednak niezwykle skromna rutyna. Kolejny dzień nie wróżył żadnych niespodzianek.
Chociaż przenikliwy skowyt bestii i krzyk jakiejś niewiasty nie należały do planu naszych rytualnych popołudni.
Nie musiałam nawet patrzeć na brata, by wiedzieć jaki kierunek teraz obieramy.
Muskularna sylwetka niedźwiedzia (nawiasem mówiąc wyglądał jak niedźwiedź kodiacki, jednak tereny, na jakich się znajdowaliśmy, bardziej wskazywały na ogromnego Grizzly) napierała na konar, który zamykał wlot do pułapki zastawionej przez mojego kompana. Bestia w jednej chwili zamilkła, pociągając donośnie kilka razy na nosie. Ciężki łeb odwrócił się w naszą stronę, a czarne małe oczka pełne szału wbiły się w nasze ciała.
Myślę, że szybko nie zbliży się do żadnego wilka, po tym, jak za uciekającym stworem pojawiały się kłęby dymu i swąd palonej skóry. Mówiąc o wilkach, dosyć szybko odkryliśmy, co też udało się złapać mojemu braciszkowi. Pomogliśmy wyjść młodej waderze z dołka, a Naharys jak to szarmancki basior zaniósł ranną wilczycę na jej tereny, gdzie też postanowiliśmy się zadomowić za zgodą od teraz naszej Alfy, a ta pokazała nam kilka jaskiń. Pina, bo tak nazywa się nasza nowa znajoma, wraz z Naharysem upodobali sobie dużą jaskinię skrytą w leśnej roślinności. Mnie od razu zauroczyła niewielka jama osadzona blisko brzegu. Panująca w niej wilgoć i przytulność od razu usadowiły mój rudy tyłek w jednym ze wgłębień, gdzie od razu wyobraziłam sobie własne gniazdo.
W głębi poczułam ulgę, że nasza podróż kończy się w taki sposób, jednak gdzieś z tyłu głowy te obawy o odnalezienie się wśród obcych wilków. No i... pierwsza noc od dawna bez brata. Myśli wciąż kłębiły się w głowie, jednak nie przeszkodziły mi w dostosowaniu nowego schronienia do własnych potrzeb. Gdy ostatnia wiązka suszonych ziół trafiła na swoje miejsce, w tafli wody wdzierającej się nieśmiało do jaskini zaczęło pojawiać się złoto pierwszych promieni Słońca.
- Najwyższa pora się zdrzemnąć, nie sądzisz? - rzuciłam bezmyślnie do brata, by chwilę później przypomnieć sobie, że ten już od dawna zgonuje we własnej jamie. Mnie również przydałby się odpoczynek.
Nie trwał on długo, bo zaledwie kilka godzin później usłyszałam znajomy głos, ostrzegający mnie przed szczurem grasującym w zapasach.
Byłam gotowa posłać brata do piachu za tak brutalną pobudkę, jednak z kim będę podbijać świat i posyłać zdrajców na pohybel?
- Jak minęła Ci pierwsza noc bez swojej ukochanej siostrzyczki?- ziewnęłam, wychodząc z jaskini.
- Nawet nie zauważyłem, że Cię nie ma. Już dawno tak dobrze nie spałem. - wzruszył barkami, starając się nie zdradzić swoich emocji, chociaż kąciki ust rwały się ku górze.
- Naprawdę prosisz się o zmrożenie Ci tej białej dupy! - trzasnęłam go ogonem, a ten pospiesznie zaczął zwiewać na bardziej zalesione części terenu.
Mała polana porośnięta wysoką trawą, w którą wplecione były polne kwiaty. O tej porze roku tworzyły kolorowy dywan chwiejący się na wietrze i dawały pokarm wielu owadom.
- Co jest? - Exan zbliżył się do mnie, widząc, jak pochłaniam otoczeniem wzrokiem.
- Ta polana... Bardzo przypomina to miejsce, gdzie odkryliśmy nasze zdolności pirotechniczne, kiedy byliśmy dziećmi. Spojrzenia mamy w momencie, gdy jej ukochane konwalie zwijały się w językach ognia, nie zapomnę nigdy- nostalgiczny uśmiech pojawił się na moim pysku.
- Ale przyznaj, że duma ojca była tego warta — Naharys bez cienia gracji padł w polne zielsko, układając się na grzbiecie.
- Jakby samo jej spojrzenie było warte całego zajścia. - parsknęłam śmiechem, pierwszy raz wyjawiając moją tajemnicę.
Leżeliśmy tak chwilę w ciszy, wsłuchując się w okoliczne odgłosy. Pszczoły wartko obrabiały każdy kwiat, w poszukiwaniu pyłku, ptaki przekrzykiwały się w koronach, pomimo takiej pustki, ciężko było o chwilę ciszy, co niespecjalnie mi przeszkadzało w obecnej sytuacji.
- To co? Może mała próba sił? - zawisłam nad bratem, tak aby nasze nosy dzieliło zaledwie kilka cali.
- Myślałem, że chcesz pozbyć się z okolicy kilku szkodników. - łypnął na mnie jednym ślepiem.
- Właśnie na jednego patrzę, ale jest tak leniwy, że nie chce nawet dostać kilku kopniaków od niewyrośniętej wilczycy! - Zerknęłam na niego zadziornie, odskakując na bok, by nie dostać kopniaka w brzuch, który spokojnie mógłby mnie posłać metr w przestworza.


<Exan?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 681
Ilość zdobytych PD: 340

Od Piny c.d Naharys'a ~ Zostajemy tu

Mimo iż rozmawiali co nieco podczas wspólnego powrotu do jaskini, wadera raczej miała ułożoną głowę na nim w ten sposób, że brodą opierała się o jego bujne futro na karku. Swoją drogą, jakie to było komfortowe i mięciutkie... Przez jej myśl przeszło wspomnienie z wczesnego dzieciństwa, kiedy to miała kilka okazji do zasypiania wtulona w któregoś ze starszych braci, jednak żaden z nich nie miał równie przyjemnego futra. Mimo to cieszyło ją coś takiego. Czy zbrodnią było nazwać to zjawisko, że czuła się po prostu ukojona na pewien sposób? Odłożył ją pośrodku jej niezbyt obszernego lokum i przed opuszczeniem sąsiadki życzył dobrej nocy, nim zniknął w mroku ogromnej jaskini. Napawając się ciszą, ułożyła się i przymknęła oczy. Kiedy już myślała o zaśnięciu... Pina ocknęła się i rozejrzała wokół, całkiem zapominając o jednej sprawie z wcześniej, która nie dawała jej spokoju o poranku, konkretniej z momentu poznania dwójkę rodzeństwa. Cóż, po raz kolejny zapomniała zapytać się nowego znajomego o jedną kwestię. Mając na uwadze scenariusz, że najprawdopodobniej nie zaśnie dziś, dopóki nie zapyta się o tę pierdołę, zamyśliła się. Godzina nie powinna być jeszcze na tyle późna, ale Exan mógł zwyczajnie już spać po dzisiejszych atrakcjach... Z tych myśli wyrwał ją głuchy łoskot i ciche bluzgi nieopodal. Ach, czyli jednak nie śpi. „Spróbować zawsze warto” pomyślała sobie i zaraz, odciążając poturbowaną łapę, skierowała się do najbliższej wnęki od jej własnej, którą zajmowała. Oczywiście najpierw zapukała, dając znać o swojej obecności.
- Cześć, wybacz późną porę, ale... Kim do licha jesteś i co robisz w jaskini Exana? - Nieco podniosła głos na widok zupełnie obcego czarnego wilka, który właśnie przecierał głowę, jakby miał chwilę wcześniej bliskie spotkanie z którąś z półek. Tamten zamrugał powiekami i spojrzał na nią.
- Pina? Co tu robisz?
- Exan? - Zapytała się nieco oszołomiona na usłyszenie tego samego głosu, tym razem od kogoś innego. Z wrażenia bez wiedzy własnej, osunęła się do pozycji siedzącej.
- To ja. - może i się lekko uśmiechnął, jednak mogła się założyć o śniadanie, że w jego aurze była nerwowa nuta.
- Co ci się stało? - Patrzyła się na niego, jakby doszukując jakichś ran czy jakichkolwiek uszkodzeń ciała. - Przecież...
- Moje futro ciemnieje nocą, taka przypadłość. Nie rozumiała jednej rzeczy: dlaczego to jej wyjaśnił? Przecież równie dobrze mógł powiedzieć coś w stylu „to nie twój interes”, jak to często słyszała od swoich braci przez ciekawość z jej strony. A jeszcze odpowiedział jej to raczej spokojnie...
- Czy to boli? - Spytała się cicho, znajdując się znacznie bliżej wilka. Z bliska sierść basiora nie wyglądała na odmienną od tej, którą miała okazję poznać w ciągu dnia, wydawało się to jedynie kwestią koloru.
- Nie, wcale. - odparł spokojniej i nieco ciszej. Przyjrzała się jemu oczom. One również zmieniły barwę... - Wystraszona?
Nie, nie była. To dalej był Exan, wilk, którego tamtego dnia poznała i na start uratował jej skórę. Mimo innych kolorów był taki sam jak za dnia. Powiedziała mu to. Po tygodniu wadera już poruszała się normalnie, w końcu pozbyła się bandaża, który wysoce jej pomagał, ale denerwował jak sam pierun. Oczywiście, tego zbawiennego dnia miała sporo do roboty, więc niemal w biegu wszystko robiła. Zaiste całkiem zabawny widok przedstawiała: taka mała postać, tak szybko popylająca. Ledwo co zwolniła z uwagi na bycie zaczepioną przez inną waderę w geście rozmowy, w charakterze pomocy. W zasadzie to musiała wyhamować.
- Dzień dobry Pino. - głos jej był nieco podenerwowany. - Bardzo przepraszam, że ci przeszkadzam, ale czy mogłabym liczyć na twoją pomoc? Widziałaś gdzieś Renesmee?
- Och? Właśnie kieruje się do niej. Chodźmy razem.
Faktycznie, obie wpół spokojnym wpół szybkim krokiem przemierzały trasę przed sobą. Naturalnie, zawsze znajdzie się jakaś przeszkoda i otóż ją miały! Pewien samiec rozłożył się w poprzek wąskiego, acz jedynego przejścia do pokonania.
- Um, przepraszam, ale potrzebujemy iść tędy... - wydukała nieśmiało. Tamten spojrzał leniwie na obie wadery i uśmiechnął się raczej rozbawiony nieporadną pierwszą. Pina aż za dobrze to znała.
- Hm, ależ mi tu wygodnie...
Brewka u Piny nawet nie drgnęła, przerabiała to z braćmi. Kątem oka jednak zarejestrowała, że pewne rodzeństwo przechodzi kawałek od nich. Olać, stanie się.
- Powiem to tylko raz... - zaczęła słodko Pina, czym ściągnęła sobie uwagę leżącego obiboka. Druga wadera chciała coś wnieść, ale nie zdążyła, gdyż Pina wręcz ryknęła. - RUSZŻE TO SWOJE WIELKIE LENIWE DUPSKO I ZRÓB PRZEJŚCIE!
Basior jak nie podskoczył, tak od razu zabrał się i cofnął na dwa metry wystraszony tej mniejszej.
- Co mówiłaś? - zapytała się uroczo koleżankę, ponawiając krok. Gdzieś dalej usłyszała zdrowe parsknięcie, ale nie za bardzo się tym przejęła. Wielbić wychowanie przez starszych braci, z którymi też musiała tak działać, amen.


Naharys? XD

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 746
Ilość zdobytych PD: 373
Obecny stan: 338 + 373 = 711