Newsy



:Aktualności
.Blog przechodzi obecnie renowację
.Już niebawem pojawią się nowości

:Pogoda
Obecna pora roku ~ Jesień
.Temperatura waha się między 10+ a 0- stopni Celcjusza
.Zmiana pory roku nastąpi 15.12.2022

Liczba wilków ~ 27
Wadery ~ 18 + 1 NPC
Basiory ~ 7 + 4 NPC
Szczeniaki ~ 1
Nieobecni: Brak

~Serdecznie zapraszamy♥~

niedziela, 12 września 2021

Od Piny c.d Naharys'a ~ Zostajemy tu

Mała uśmiechnęła się szczęśliwie.
- Tak się cieszę! Na pewno nie pożałujecie tej decyzji — powiedziała ucieszona po usłyszeniu deklaracji rodzeństwa. Nawet nie zorientowała się, że zaczęła machać ogonem z radości.
- Jesteś przeurocza — nowa członkini zachichotała. - Słodki z ciebie szczeniak.
- Emmm... Nie jestem dzieckiem — powiedziała, leżąc po zakasłaniu, który najpewniej miał tłumić śmiech.- Jestem dorosła.
- Ahaha... Zaraz, co? - Oboje spojrzeli na fioletowooką.
- Wiem, genetyka ssie. Nie jesteście pierwsi ani ostatni.
- Potwierdzam. Gdy wczoraj ją poznałam, to pierwsze co zapytałam, to, czy się zgubiła rodzicom - zaśmiała się niezręcznie przechodząca Renesmee. Pina już nawet się tym nie przejmowała, nie miała wpływu na swoją wysokość, więc umiała z tego żartować. Alfa zwróciła się do drugiej samicy w jaskini.- Lonya, mogę cię prosić na słowo? Po wyjściu obu, jedyny basior zwrócił się do rannej.
- To moja wina, że jesteś ranna. Przepraszam.
- Dlaczego?- Spojrzała na niego pytająco. Było to na tyle ciekawe, ponieważ od razu poczuła z nim więź i dlatego zachowywała się bardziej uroczo, acz dziecinnie. Same problemy z tą płcią, nie próbujcie nawet jej zrozumieć.
- Dlatego, że to ja stworzyłem tę pułapkę. Dlatego przepraszam — skierował swe spojrzenie na opatrzoną kończynę wadery. Kontuzja nie była aż tak poważna, jednak medyk wolał nie narażać jej na większe ryzyko, stąd wzięła się decyzja o opatrunku u Piny.
- Ale uratowałeś mi życie — przekrzywiła nieco w bok swoją głowę. Zaraz się zaśmiała.- Lepsze stłuczenie niż bycie potrawką dla niedźwiedzia.
- Ale jak to się stało? Z czystej ciekawości.
- Z czystej ciekawości to powiem, że biegnąc, gleba mnie oszukała i wpadłam w jego legowisko. To chyba była niedźwiedzica, bo zaraz z furią chciała zrobić ze mnie chodniczek.
Exan zaśmiał się cicho, słysząc jej poczucie humoru, którego nawet nie ukrywała. Zaraz jednak ucichł, ponieważ Pina położyła głowę na swe przednie łapy i przy tym wtuliła się w jego bok.
- Uratowałeś mnie. Dziękuję ci bohaterze - powiedziała cicho, by zaraz oddać się w objęcia snu po nadmiarze emocji z tej całej przygody.

Naharys?

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 317
Ilość zdobytych PD: 158

Od Tsumi c.d Atrehu ~ Początek przygody

Drzemała sobie w znalezionym zacisznym kącie w swojej ulubionej pozie dla odbicia sobie dziennej drzemki. Mała wadera rozkosznie się przeciągała, z przyjemnością napawając się ciepłym dniem i błogim spokojem a przy tym ciesząc się z faktu, że dane było jej dołączyć do watahy. To był już jej trzeci dzień? Chyba tak, ale samica niekoniecznie lubiła przywiązywać wagę do upływającego czasu, nawet mimo swoich celów, które chciała realizować. Mimo drzemania doskonale zdawała sobie sprawę z tego narastającego hałasu, ale liczyła, że ją to ominie. O jakże mogła się mylić. Zaraz poczuła silny nacisk na swój brzuch, przez który otworzyła oczy. Uniosła głowę i w niejakim osłupieniu spoglądała na wilka, który wylądował na niej, ale sam przy tym również był w szoku. Biedny, na dłoni było widać, że nie kontaktuje z rzeczywistością, ale próbuje do niej wrócić. To prawdopodobnie dlatego nie pisnęła słowem, gdy badał dotykiem swoje podłoże, czyli w tym wypadku jej brzuch. Zdanie zmieniła jednak tuż zaraz, kiedy to wysunął język i polizał ją. Dopiero wtedy wrzasnęła i całkowicie odruchowo kopnęła go w podbródek.
- Boże, za co... - wymamrotał obcy, cofając się i pocierając bolesne miejsce. Tsumi w tym czasie wycofała się na dobre dwa metry do tyłu. Basior zaraz otworzył oczy i widząc samicę oraz jej reakcję, w mig pojął, co się właśnie stało. - O mój...
- Co się stało?!- Alfa zaraz przybiegła, najpewniej na usłyszany krzyk mniejszej samicy. Widząc obcego, zasłoniła sobą Tsumi. - Kim jesteś i co zrobiłeś Tsumi?
- To był wypadek! Potknąłem się i wylądowałem na niej...
- To prawda. - przekazała cicho niska. Po kilku minutach wyjaśnień z obu stron i osiągnięciu spokoju alfa pewnie zaproponowała mu dołączenie, ale tego Tsumi nie była już pewna, gdyż awaryjnie musiała zniknąć na dłuższą chwilę. Kiedy wróciła, on stał tam dalej, a skrzydlata zniknęła.
- Przepraszam za tamto - mruknął nagle, podchodząc bliżej z opuszczonymi uszami i wkładając jej za ucho trzymanego kwiatka. Dopiero wtedy mogła mu się przyjrzeć: zdecydowanie był jednym z najwyższych wilków, jakie dane było jej poznać, gdyż musiała zadrzeć głowę do góry. - Nie chciałem ci zrobić krzywdy.
- Nic się nie stało - pokręciła głową z lekkim rumieńcem. Zaraz uśmiechnęła się do niego słodko. - Jestem Tsumi, a ty?
- Atrehu.
- No więc Atrehu, jeśli dalej się gryziesz mimo moich słów, to możesz zabrać mnie na wspólny posiłek i będziemy kwita.
- Kolacja wchodzi w grę? - Postawił uszy na jej propozycję.
- Jak najbardziej - ponownie się uśmiechnęła.

Atreeeehu? XD

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 390
Ilość zdobytych PD: 195 

Od Naharys'a do Piny ~ Zostajemy tu

Było wczesne popołudnie. Drzewa w oddali przybierały złocistą barwę, pomieszaną z czerwienią oraz brązem. Koniec lata już nadszedł, drobnymi kroczkami zbliżała się jesień, a za nią czaiła się sroga, nieprzewidywalna zima. Taki obraz malował się mi przed oczami, gdy przystanąłem na wysokim szczycie skalistego wzgórza. Nieopodal w dole, rozciągało się wielobarwne wrzosowisko, sięgające niemalże prawie do kolan.
- Widzisz coś ciekawego? - zapytała moja, w tym momencie, najbliższa mi rodzina. Moja przybrana siostra stanęła obok mnie, pociągając przeciągle nosem.
- Nie, po prostu podziwiam widoczki - odpowiedziałem dziarsko.
- Uuu, nie wiedziałam, że z ciebie taki wrażliwiec, braciszku. - odparła Lonya udawaną ironią, po czym, jak to miała w zwyczaju, trąciła mnie lekko swym ogonem w brzuch.
- Błagam cię, wiedz, że nawet taki skurczybyk, jak ja, ma w sobie minimum uczuć. - parsknąłem wesoło. Ruszyliśmy dalej przed siebie. Drugi dzień mijał nam sprzed nosa powolnym, ślamazarnym tempem, a niebo powoli ogarniała kołdra granatu. Blask księżyca padał słabo na moje, stopniowo ogarniane przez czerń, bujne futro na szyi.
- Nadal nie mogę przyzwyczaić się do twojej nocnej metamorfozy - przyznała Lonya.
- A co? Jestem straszny? - zapytałem z uśmiechem, lustrując lisicę swymi oczami, które przybierały powoli złocisty kolor.
- Nie. Bardziej dziwny i porąbany. Ale takiego cię własne lubię, bracie.
- Nie martw się, rankiem znów zaświecę ci przed oczami śnieżnym tyłkiem. Polanę przeciął nasz głośny, przeciągły śmiech. Początek ranka rozpoczął się wesołym, melodyjnym trelem słowików wśród drzew, a gdy niezbyt szeroko otworzyłem oczy, w niewyraźnym obrazie dostrzegłem upolowaną zdobycz, obok czekającą na mnie Lonyę.
- Pobudka śpiochu! - zawołała wesoło i wetknęła mi w pysk spory kawał króliczego udźca. Uśmiechnąłem się tylko i zaczęliśmy poranny, dość skromny posiłek.
Wraz z południem nadszedł lekki, wschodni wiatr, który niósł ze sobą mnóstwo zapachów. Wilczych zapachów. Czyżby wataha? Chwilę później zrobiliśmy postój do wczesnego popołudnia. Ten czas poświęciłem na realizacji mojego pomysłu na pułapkę. Wiem, wiem, że ta pułapka była stara, jak sam grzech, jednakże z małym, drobnym dodatkiem. Wykopałem głęboki dół, kosztem niewielkiego, wręcz bajecznie niskiego wysiłku. Zanim słońce minęło najwyższy punkt na niebie, pułapka była już gotowa. Przyjrzałem się swemu dziełu z wielu stron. Z dwóch stron, biegnącą leśną ścieżkę przecinały drobne linki aktywacyjne, które po zerwaniu, obojętnie z której strony, zrzucały na głęboki, zakryty liśćmi i mchem dół, po tym, jak ofiara wpadnie do środka. Idealny sposób na przechwycenie grubego zwierza. Nie dane mi jednak będzie przetestować jej skuteczności, gdyż musieliśmy ruszać dalej. Nie pokonaliśmy nawet dziesięciu metrów, gdy nagle usłyszeliśmy głośny ryk, przywodzący na myśl wściekłego niedźwiedzia oraz krzyk strachu. Pobiegliśmy w stronę pułapki i zauważyliśmy uciekającą przed niedźwiedziem drobną postać, która szarpnęła niewidoczną linkę. Niespodziewanie dla niej, wpadła, jak piłka w dołek. Wedle mego planu, pień idealnie zablokował wylot. W głębi duszy czułem nieopisaną dumę ze skuteczności własnego dzieła, ale po chwili zrozumiałem też, że owa postać została bezpiecznie oddzielona od niedźwiedzia. Wraz z Lonyą ruszyliśmy szarżą na dziką bestię...
Zwierzę ranne, wściekłe, umknęło w głąb lasu ze śladami oparzeń, a w powietrzu roznosił nieznośny fetor palonego futra.
Po chwili nadszedł ten moment, gdy wilka opuszcza napięcie, a w sercu gości spokój. Moment, w którym należy zerknąć, co też wpadło w moją pułapkę. Wspólnymi siłami, ja i Lonya, odciągnęliśmy zawalony pień. Na dnie widzieliśmy skuloną, drobną wilczycę, pozornie wyglądającą na szczeniaka.
- Wszystko w porządku? - zapytała Lonya, gdy ja wpatrywałem się w samicę z oszołomieniem w oczach. Otrząsnąłem się lekko, po czym zaproponowałem swój ogon, jako linę ratunku. Wadera złapała się mocno zębami, aż stłumiłem jęk bólu. No zgryz, powiem wam moi drodzy, że ta maleńka miała dość odczuwalny, nawet dla takiego kawału chłopa, jak ja. Gdy wciągnąłem wyderkę na brzeg, straciłem nagle równowagę i wyrżnąłem szczęką o ziemię. Odwróciłem się, pomasowałem podbródek i spojrzałem najpierw na siostrę, która próbowała zagadać do pokrzywdzonej wadery.
Następnie podniosłem się na równe łapy i stanąwszy przed nią, zapytałem uprzejmym barytonem.
- Nie zrobiłaś sobie czegoś? - Wadera zadarła głowę do granic możliwości w górę, a w jej fioletowych, pięknych oczach błysnął zachwyt.
- Ale jesteś ogromny - powitała mnie z podziwem.
- Też miło mi cię poznać. Masz w pobliżu jakąś rodzinę? Watahę, może trzeba się tobą zaopiekować.
- Wataha, niedaleko stąd. Chodź, zaprowadzę... AAA! - krzyknęła z bólu wadera, po czym spojrzała na swe stłuczone kolano, które z chwili na chwilę, nieprzyjemnie puchło.
- Wiesz, w tym stanie, to ty nigdzie nas nie zaprowadzisz - skomentowała Lonya oficjalnym tonem.
- Zaufaj jej. Jest utalentowaną medyczką. Chodź! - Złapałem waderę bez ostrzeżenia i starałem się, jak mogłem, aby przerzucić ją na grzbiet w miarę z zachowaniem delikatności i ostrożności.
- Mów teraz, gdzie mamy iść. - zakomunikowałem. - Tak przy okazji, to moja siostra, Lonya, a na mnie możesz mówić Exan.
- Pina, miło mi. To twoja siostra? Nie wyglądacie podobnie.
- Jestem jego przybraną siostrą - dodała Lonya. Wataha, jak mówiła Pina, nie była daleko, skierowaliśmy się w kierunku punktu medycznego, gdzie mogliśmy się zaopiekować naszą nową, piękną nieznajomą. Nagle drogę zagrodziła nam wadera z bajeczną, kolorową grzywą.
- Co się stało? - zapytała kolejna nieznajoma.
- Reneesme, miałam wypadek, a oni mi pomogli - powiedziała Pina. Wadera, nazwana przed chwilą Reneesme, zmartwiła się nieznacznie, po czym zdecydowała się towarzyszyć nam w drodze do medyka. Tam zaopiekowano się Piną, a ja byłem przy niej, gdyż byłem jej to winien. W końcu, to w moją pułapkę miała pecha wpaść, ale z drugiej strony, uratowałem ją. Po chwili Lonya wróciła do mnie z uśmiechem.
- Reneesme złożyła nam propozycję dołączenia do watahy. Zgadzamy się?
- Pewnie, czemu nie - odpowiedziałem spokojnie.
- To oznacza, że zostajecie z nami? - zapytała Pina. Sam byłem zadziwiony, że dałem radę podjąć tak ważną decyzję bez namysłu. To wiązało się z tym, że czekają nas pewne obowiązki wobec watahy, ale zawsze w czymś jest jakiś plus. W końcu znaleźliśmy ostoję, jakiś punkt zaczepienia, w którym poczujemy się, jak w domu.
- Tak, zostajemy.

<Pina? >

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 935
Ilość zdobytych PD: 466
Obecny stan: 159 + 466 = 625

Od Atrehu do Tsumi ~ Początek przygody

< Środek zimy >
Drzewa straciły liście, a grube konary pokrył puszysty, biały szron. Pod delikatnymi promieniami zimowego słońca, błyskał najróżniejszymi kolorami. Wpatrywałem się w ten cud natury, nie mogąc się nadziwić, że coś takiego jest możliwe. I im dłużej tak siedziałem na mokrej, gołej ziemi, tym coraz to więcej pytań sobie zadawałem. Jedne były proste, nienadające niczemu sensu. Inne zaś, trudne i filozoficzne, zaprzątały moje myśli i powodowały niemały chaos. Były też i takie, nad którymi można by myśleć dniami i nocami, lecz odpowiedzi zawsze była błędne. Niestety tak został stworzony ten świat i nic tego zmieni. Nie mamy wpływu na zdarzenia, które nas dotykają i nie zmienimy przeznaczenia, a jedynie możemy naginać rzeczywistość. Starać się wybierać te drogi, które doprowadzą nas do celu. Nie zawsze jednak to, co łatwe, jest właściwe. Chodzenie drogą na skróty, unikanie trudności, częściej bywa zbyteczne, niż myślimy. Przed tym nie ma ucieczki. Czy tego chcemy, czy nie, problemy życiowe i tak nas kiedyś dopadną. Nieważne, jaką wtedy drogę wybierzemy. Rezultat będzie ten sam.
~ Tak jest przynajmniej w moim przypadku, a to czy moje rozmyślenia są słuszne... kij go wie — pomyślałem, wstając i rozprostowując obolałe kości. Noc dobiegła końca, ale nie powiem, by spanie pod drzewem, bez dachu nad głową, było czymś przyjemnym. To przeraźliwe, obezwładniające twoje ciało zimno i głucha cisza, jaka panuje naokoło, jest okropna. Nic dziwnego, że po czymś takim wszystko boli. Każdy centymetr ciała i każda kosteczka. I aby polepszyć swoje samopoczucie, ruszyłem wolno przed siebie ku ciemnemu, mrocznemu lasowi, który dla mnie byłby domem, gdybym tam został.
~ Ale czy zostanę? - zapytałem siebie, wydymając śmiesznie pyszczek i cicho westchnąłem, podnosząc oczy ku niebu. Nad moją głową latały, nie wiadomo skąd, przebrzydłe sępy. Czyhające na śmierć śmiertelnika, który wszedł na ich terytorium. Uśmiechnąłem się delikatnie, przyśpieszając do truchtu.- Nie dam się zabić, o nie. Jak chcą, niech idą żerować gdzie indziej. Nie stanę się ich śniadaniem. Nie zginę, dopóki dopóty nie wbiję swych kłów w gardło tego przebrzydłego Lupusa! - fuknąłem, wchodząc coraz głębiej w las. A im dalej byłem, tym coraz inaczej się czułem. Nie koniecznie za sprawą zapachów, chociaż skrzekliwy odór śmierci, drażnił moje nozdrza, powodując palące uczucie bólu. Starałem się nie wdychać tych śmierdzących oparów, które były nasączone w powietrzu. Kroczyłem wolnym chodem, rozglądając się na wszystkie boki i nasłuchując odgłosów. Nic, tylko cisza i mój nierówny oddech.
- Gdzie ja jestem? - pomyślałem z kwaśną miną.
- No, pięknie Atrehu. Wspaniała orientacja w terenie, po prostu bosko. Właśnie się zgubiłeś — powiedziałem z kpiną sam do siebie, przysiadając pośrodku jakiejś niekończącej się drogi. Rozglądnąłem się lekko zdezorientowany, zdając sobie sprawę, że wszystko wygląda tak samo! Z każdej strony las i drzewa, które niczym się od siebie nie różniły. Prychnąłem na swoją niedolę i głupotę, która zaprowadziła mnie w samo bagno. Bycie wygnanym jest do bani.

< Time speed — Końcówka lata >
Upłynęło kilka miesięcy, a ja wciąż jestem w bagnie! Z tą różnicą, że ziemia jest trwalsza, nie ma błota. Nie mniej jednak to wciąż jest bagno, gdzie ogromne drzewa zasłaniały słońce. Wszystkie strony wydawały się identyczne. Gdzie nie spojrzałem — drzewa, uformowane w identyczny sposób. Straciłem orientacje w terenie. ~ Od kilku dni nic nie jadłem! Mamy już wiosnę, a może lato? Nie wiem. Cholerny labirynt, przeklęte drzewa! Powietrze przeszył głośny ryk, zagłuszając moje myśli. Mimowolnie zakryłem łapami uszy, w których od tego zrywu, zaczęły bić mi dzwony. Mądrzejszy wilk odwróciłby się pewnie i uciekł, ale ja nie byłem ani wilkiem, ani tym bardziej lisem, choć tego drugiego właśnie przypominałem. Byłem za to cholernym mieszańcem, tak niepodobnym do żadnego gatunku. Przez moją odmienność, nigdzie nie mogłem zagrzać miejsca. Wilki unikały mnie bądź obnażając kły, wyganiały ze swoich terytoriów, bo wyglądem przypominałem lisa. Lisy zaś uciekały przede mną, syczały, nie akceptowały mojej obecności, bo mam w sobie gen wilka. Byłem większy od nich, silniejszy, z rodowodowej Alfiej rodziny. Świat nie jest sprawiedliwy. Nie prosiłem się o to. Rodziny się nie wybiera! - chcąc zagłuszyć bolesne wspomnienia, ruszyłem w stronę, z której dobiegał ów ryk. Im bliżej byłem, tym odgłosy zdawały się przybierać na sile. Nastawiłem uszy, gdy obok mnie zatrząsało się drzewo. Z niepokojem spojrzałem na spadający prosto na mnie, wielki konar. Odskoczyłem gwałtownie w bok, cudem unikając zmiażdżenia. Z drugiej strony mogłem przecież użyć elementu przestrzeni, by teleportować się w bezpieczne miejsce. ~ Widać, muszę jeszcze poćwiczyć — pomyślałem, spoglądając na roztrzaskane drewno.
Takie szkody nie wyrządziłoby małe stworzenie. Myślałem, że gorzej już być nie może, gdy wielki cień przesłonił moją osobę. Niepewnie, przełykając gulę w gardle, spojrzałem w groźne ślepia, żółtookiej bestii. Stwór obnażył ostre kły. Z jego pyska co rusz wychodził długi, zakończony jakby strzałką język. Ryknął, przeszywając powietrze swoim matowym, ciężkim brzmieniem i zbliżył się do mnie jeszcze bardziej. ~ Wąż, który wcale nie wyglądał na przyjaźnie nastawionego — przeszło mi przez myśl, przyjmując pozycję obronną. Ni stąd, ni zowąd, nad moją głową przeleciała jakaś niewielka sylwetka. Rzuciła się z pazurami w stronę potwora, próbując go powalić. Ten jednak prawdopodobnie znając jej zamiary, złapał ją w powietrzu i cisnął w drzewo. Głuche uderzenie i pisk dudniło mi w uszach. Wykorzystałem swoją szansę. Nagle błysnęło światło, bestia zamknęła oczy. Nie zastanawiając się, aktywowałem błyskawicę, kierując ją w to pełzające stworzenie. Energia precyzyjnie trafiła w serce. Wąż jeszcze chwile się rzucał, lecz w końcu runął jak długi. Stałem w miejscu przez kilka minut, lecz nic się nie wydarzyło. Westchnąwszy, rzuciłem okiem na nieznaną postać. Przypominało, zdaje się jakiegoś wyrośniętego kota. Ojciec opowiadał kiedyś o mitycznych potworach, zamieszkujących magiczne krainy. W tamtych czasach nie dawałem jednak wiary w ów istnienie takich istot. Teraz z czystym sumieniem mogłem rzec, że nic mnie już nie zaskoczy. Z duszą na ramieniu, ominąłem oba truchła. Robiąc następny krok, usłyszałem szelest krzewów.
- Co znowu!? - jęknąłem, przygotowując się na ponowną konfrontację. Czekałem, czekałem, lecz... wszystko jakby ucichło. <Świst!> - ryknąłem, obnażając ostre kły. Przede mną wyskoczył... królik! Brązowy, średniej wielkości, z długimi uszami. Taki słodki i z pewnością smakowity. Zatrzymał się tuż przede mną. Dostrzegł mnie. Nie zdążyłem zareagować, gdy wystraszony czmychnął mi z oczu. Jak idiota stałem i gapiłem się w miejsce, w którym przed chwilą stał. Głód dał o sobie znać. Wybałuszyłem oczy i z pewnością zmienił się ich kolor, ślina napłynęła mi do pyska. Rzuciłem się za uciekającym obiadem. A może kolacją? To nie było teraz ważne. Liczyło się to soczyste mięsko, pod grubą warstwą futra i ciepła, cieknąca i soczysta krew! Biegłem na oślep, nie zwracając na nic uwagi. Mijałem drzewa i krzewy, przedzierałem się przez dziwaczne pnącza. Nie zwróciłem nawet uwagi, gdy las się przerzedził. Słońce przedzierało się przez grube konary. Słychać było śpiew ptaków. To wszystko było jednak gdzieś wokół mnie jakby ciut z tyłu. Nie patrząc pod łapy, nie dostrzegłem wyrastającego korzenia. Czas jakby zwolnił, w tle coś gruchnęło. Nie zdołałem wyrównać lotu, poleciałem w przód jak długi.
Przez chwilę zobaczyłem swoją przeszłość. Słodki uśmiech mamy, pewny i dumny wzrok ojca, całą moją rodzinę, jakby na obrazku. Na obrazku, który po chwili zajął się żywym ogniem. Ogniem, który pochłonął wszystkich mi bliskich. Zamknąłem oczy, czując przeszywający ból. ~ Ich już nie ma, przecież pogodziłem się z ich stratą. Dlaczego demony atakują właśnie teraz? - teraźniejszość uderzyła we mnie nagle, spędzając wszystko inne na boczne tory. Albowiem łbem przywaliłem w twardą ziemię, chyba przekoziołkowałem kilka metrów. Przygotowałem się na twarde lądowanie, o ile do czegoś takiego dałoby się przygotować. Zacisnąłem mocniej kły. Strzyknęło mi w kościach, na chwilę pozbawiając tchu. I... poczułem, jak o coś się obijam! O dziwo, wylądowałem na czymś miękkim. W głowie mi szumiało jak po karuzeli. Niezdarnie próbowałem się cofnąć, łapami badając to, na czym leżałem. Było miękkie i puszyste. I cudownie pachniało. Powoli wracały mi zmysły. Cofnąłem się jeszcze bardziej, gdy do moich nozdrzy dotarł słodki zapach. Miałem go tuż przed nosem. Pół-tomny, zbliżyłem się do niego. Zaciągnąłem się nim, jak narkotykiem. Mój język nie wiadomo kiedy się wysunął. W jednej chwili przejechałem po tym językiem, drugim...
- AAAAAAAA! Złaź ze mnie!

Tsumi? Może nie tego się spodziewałaś, ale uniżona prośba ode mnie. Nie wykastruj mnie, ja wcale nie chciałem źle. 
P.S - cudnie pachniesz♥

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1302
Zdobyta liczba PD: 650 + 5% (32 PD) za długość powyżej 1000 słów.
Obecny stan: 682

sobota, 11 września 2021

Od Tarou Cd. Bai Langa ~ Los naszym panem

 

Tarou z zaniepokojeniem spoglądał na swojego przyjaciela. Chciał mu pomóc, jednak nie był pewny, czy powinien się zbliżać do brzegu. Na szczęście nie było to potrzebne i już po chwili Bai stał zaraz przy medyku.
- Jesteś cały? - spytał z zaniepokojeniem, oglądając zielarza z każdej strony. Po chwili spojrzał prosto w jego oczy.
- Tak, nic mi nie jest. - odparł Bai. Obaj spoglądali na siebie przez krótką chwilę. Następnie gwałtownie zwrócili głowy w różnych kierunkach.
- Myślę, że możemy powoli wracać. Hanako dziś chce nam pokazać niektóre zioła.
- Zgoda. - odparł Bai. Obaj wracali, milcząc. Tao czasem zerkał na przyjaciela kątem oka. Czuł się dosyć dziwnie. Towarzyszyło mu od jakiegoś czasu dziwnie miłe uczucie w obecności Bai Langa. Czasem w jego umyśle rodziła się myśl, lecz szybko ją od siebie odganiał. Uważał, że to niedorzeczne. On... i Bai? Nie, nie, nie. To nie jest rozsądne. Poza tym Bai z pewnością widzi w nim tylko przyjaciela. Tarou nie mógł robić sobie zbędnych nadziei. To tylko bardziej pogorszy sytuację, w jakiej się znalazł.
W jaskini znaleźli się kilka minut później. Hanako leżała opierając się o swojego partnera. Tao uśmiechnął się, a jego wyobraźnia znów pognała, nie w tym kierunku co należy. Szybko się otrząsnął i spojrzał na ciocię, która powoli wstawała.
- Już idę kochani. - powiedziała wesoło i delikatnie liznęła Guree w czubek głowy. Następnie podeszła do Bai Langa i Tarou. Razem ruszyli w kierunku południowej części lasu. Drzewa spokojnie kołysały się na lekkim wietrze.
- W tym roku zima może być bardzo sroga. - zauważyła.
- Masz rację. Powinniśmy jak najszybciej skończyć naukę i wracać. - odparł Tarou.
- Należałoby zebrać więcej ziół na zimę. - zauważył Bai. Po chwili między trójką wilków narodziła się żywa rozmowa. Każdy wyrażał swoje zdanie na temat zbliżających się dni. Gdy dotarli na miejsce, Han zatrzymała się w środku kamiennego kręgu.
- To miejsce jest szczególnie ważne dla mnie i Guree. To tutaj raz na jakiś czas kwitnie kwiat, który jest w stanie zapewnić nam ochronę, przed paskudnym robactwem. Nie mam pojęcia, skąd się to wzięło, ale zapach tego kwiatu je odstrasza.
- Brzmi ciekawie i męcząco. - zauważył skrzydlaty samiec. Hanako z uśmiechem skinęła głową i się rozejrzała.
- Może na początek sprawdzę waszą znajomość odnajdywania ziół w terenie. - odparła. Po chwili wymieniła kilka ziół, a zadaniem basiorów było odnalezienie ich w okolicy. Ważnym elementem była znajomość warunków, w których dane zioło lubiło rosnąć. Po kilku minutach obaj zjawili się przy białej samicy. Pokazali swoje znaleziska.
- Pięknie. Jestem z was dumna. - odparła, merdając wesoło swoim puszystym ogonem. Następnie zaczęła prowadzić ich przez gęstwiny. Tłumaczyła, skąd należy zdobywać poszczególne zioła. Zobrazowała także różne przypadki chorób i wyjaśniła, jakie zioła należałoby w takim przypadku podać choremu. Tarou starał się zapamiętać jak najwięcej z wykładu Hanako. Wadera mówiła wszystko z pasją, ponieważ od zawsze pragnęła zostać medyczką. Tao rozumiał ją bez słów. Sam od szczeniaka chciał ratować innych. Zaczął zastanawiać się, co słychać u Shi. Jego ojciec nie był zadowolony z odejścia syna. Tarou martwił się, że przez swoje postanowienie zniszczył więź, która ich łączyła. Tak czy siak, była ono mocno naderwana, przez to, że młody samiec nie czuł pociągu do walki i szkolenia wojennego. Medyk tak mocno pogrążył się w swych myślach, że nie zauważył stojącego Langa. Wpadł w niego, co za skutkowało upadkiem na trawę obu samców. Tarou pokręcił głową i spojrzał na basiora, który leżał pod nim.
- No, jeśli wy na siebie nie lecicie, to ja nie mam szczeniąt. - odparła z boku Hanako. Tym samym przywróciła w Tao trzeźwe myślenie. Samiec szybko wstał z przyjaciela i zaczął go przepraszać. Jego wzrok unikał spojrzenia Bai Langa, a dusza paliła się z zawstydzenia. Bogom dzięki za sierść.
- No już, już gołąbeczki. Ruszajmy, ponieważ czekają nas łowy obiadu. - odparła Hanako, idąc przodem.

Bai? ^^


PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 610
Ilość zdobytych PD: 305

Atrehu [Atreju]
Nie posiada zdrobnień.
Płeć: Basior | Wiek: 3 lata | Rasa: Wilko—lis | Ranga: Beta |
Poziom: 18 (2562/4700 PD) | Stanowisko: Dowódca skrytobójców | Czujka dzienna |
Właściciel: [Discord] Mooniś aka Kopciuch#5324 / [DG] Evanescence | 
Autor — art należy do właściciela postaci. 


Od Naharysa do Lonya ~ Zakute łby

Świt sprawił, że niebo powoli zrzucało swą nocną kołdrę, a gdy słońce wyjrzało zza horyzontu, moja sierść przybrała śnieżną biel. Obudziłem się kilka minut po wschodzie słońca i pierwsze, co mi się nasunęło, to myśl, aby coś zjeść. Smętnie przysiadłem obok niedokończonego wczorajszego wieczoru królika, którego upolowałem późnym popołudniem, po czym wziąwszy kęs mięsa, leniwie przeżuwałem pokarm. Następna myśl w trakcie jedzenia, nasunęła mi się niemalże bez namysłu - Odwiedzić moją przybraną siostrę. Siedziałem tak przez chwilę, nad truchłem zwierzęcia, wpatrując się tępo w bruzdę po wydartym mięsie. Chol*ra może powinienem się jeszcze przespać? Przecież nie pokażę się jej, jak półżywy zombie. Wtrząchnąłem jeszcze trzy kęsy króliczego mięsa, po czym ułożyłem się spać aż do dziewiątej rano. Przenikliwy śpiew ptaków przedarł się przez mój średnio mocny sen, ale to i tak odpowiednia pora, aby wypakować swe leniwe du*sko z tej jaskini. Przed wejściem przeciągnąłem się leniwie, słysząc też donośne strzały w stawach. Swoją siostrę znalazłem w swojej jaskini, jak z wywalonym w górę brzuchem spała sobie w najlepsze. Ogólnie przed wejście do jaskini, musiałem nieźle zmoczyć sobie futro, gdyż przed nią rozciągała się rzeczna woda, która częściowo wpadała do wlotu jaskini. Sam nie wiem, co też moja kochana siostra widziała w tej jaskini.
- Lonya?
- Eghh.. jeszcze pięć minut!- odburknęła Lonya, po czym odwróciła się na lewy bok.
- Lonya, szczur ci w lekach grasuje! - zawołałem. Medyczka zerwała się, jak poparzona, wydała z siebie tylko. - Co, gdzie? Chol*ra, tylko nie leki dla pacjentów!
- Żartuję, chodź przejdziemy się.
- Exan, zabiję cię! - krzyknęła na mnie, gniewnie, co niespecjalnie jej to wyszło. Od razu poznałem, że ostatecznie nie pała do mnie wściekłością. Powitałem ją krótkim, mocnym i ciepłym uściskiem.
- Dobrze, skoro mnie już obudziłeś, to teraz nie odczepię się od ciebie. Szybko coś zjem i idziemy snuć plany.
- Jakie plany? - zapytałem
- Hmm, bo ja wiem. Plany rozwalenia, jak najwięcej zakutych łbów?
- I taką to ja cię zapamiętałem, siostrzyczko. Pewnie, że tak.

<Lonya?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 318
Ilość zdobytych PD: 159