Newsy



:Aktualności
.Blog przechodzi obecnie renowację
.Już niebawem pojawią się nowości

:Pogoda
Obecna pora roku ~ Jesień
.Temperatura waha się między 10+ a 0- stopni Celcjusza
.Zmiana pory roku nastąpi 15.12.2022

Liczba wilków ~ 27
Wadery ~ 18 + 1 NPC
Basiory ~ 7 + 4 NPC
Szczeniaki ~ 1
Nieobecni: Brak

~Serdecznie zapraszamy♥~

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Więcej niż myślisz". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Więcej niż myślisz". Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 lipca 2022

Od Pawony c.d Ereden ~ Więcej niż Myślisz

Po jakże udanym śnie, który trwał dobrych kilka godzin, piaskowa wadera obudziła się praktycznie przed zachodem słońca. Przeciągnęła się leniwie, ziewając przy tym niemo i wyginając swoje ciało w spory łuk. Zrobiła jeszcze kilka ćwiczeń rozciągających, po czym miała zejść na dół, ale jej fioletowym oczom ukazała się półka z pismami. Najpierw chwila paniki, a później złość opanowały umysł piaskowej wadery. Świecące pustką miejsce doskonale znała.
- Jak mógł?! - Wycedziła przez zaciśnięte zęby. Trzepnęła ogonem niczym biczem, po czym zeszła piętro niżej, kierując się do wyjścia. Zamierzała udać się do Nabi, albo poszukać Sininen lub Shori, gdyż były to jedyne opcje na znalezienie basiora złodziejaszka. Miała właśnie wyjść, gdy siwy basior wparował z jej łapopisem, o drzewie śmierci, w pysku. Przez chwilę wpatrywali się w siebie. Pawona nie ukrywała złości, którą aż kpiła. Jej oczy skrzyły się złowrogo, mięśnie napięły się na widok osobnika, którego najwidoczniej niesłusznie uznała za ułożonego. Basior był ewidentnie spięty i zaskoczony widokiem wadery. Zapewne obstawiał, iż fenkowa wilczyca jeszcze smacznie śpi. Nie ma tak dobrze! Ereden wypuścił wolumin z pyska i pewnie chciał się tłumaczyć.
-Pawona... - Nie dokończył. Wadera w mgnieniu oka doskoczyła do niego, podniosła się na tylnych łapach i strzeliła mu z liścia, dając upust swej złości. Basior przyłożył łapę w piekące miejsce, znosząc karę w milczeniu.
- Nigdy więcej nie sięgaj po nic bez wyraźnej zgody. - Wysyczała Pawona. Zgarnęła łapą zwój i miała zamiar go odnieść, jednak coś ją powstrzymało. Odłożyła pismo na kamiennym stole i nie odwracając się do basiora, spytała już bardziej spokojnie, jednak nie wyrażając większych emocji.
- Co wyczytałeś? - Było to pytanie kluczowe, bowiem w tejże watasze, z tego co było waderze wiadomo, wilki nie posługują się Griffolk. Basior milczał chwilę, ale odpowiedział zdecydowanym i pewnym siebie tonem.
- By lepiej nie zbliżać się do Manchineel. - Gniew wilczycy w dużej mierze ustąpił miejsca skrytemu uznaniu. Przytaknęła skinieniem głowy i odwróciła się do Eredena, mierząc go wzrokiem. Mimo swego nagannego zachowana basior zaimponował waderze znajomością jej rodzinnego języka. ~Tylko... Skąd on go zna?~ Zastanawiała się chwilę. Wadera westchnęła ciężko, by po chwili marszcząc brwi, masowała sobie okolice nasady nosa.
– Zejdź mi z oczu. Zwój jest cały, więc nie poniesiesz już żadnych konsekwencji. – Powiedziała, sama nie wierząc, że po prostu puszcza już młodszego od niej wilka. Basior wpatrywał się w piaskową przez chwilę, po czym dalej milcząc, wyszedł z jej miejsca zamieszkania i odszedł w swoją stronę.

***Timeskip – Koniec Wiosny***

Minęło trochę czasu odkąd Ereden i Pawona się poznali. Przez ostatnie tygodnie jakimś dziwnym trafem dość często się ze sobą stykali, ale szczerze mówiąc, nie wyszło im to gorsze. Pawona w końcu przebaczyła wilkowi nieprzyjemną sytuację i nawet przyznała, że mu się nie dziwi. Gdyby miała podobną okazję, pewnie sama zrobiłaby coś podobnego. Sam basior dostał nawet propozycje przeczytania dwóch innych, ciekawych zdaniem Pawony, łapopisów, tym razem jednak spisanych tutejszym dialektem. Nie trzeba nawet mówić, że siwy basior był z tego faktu zadowolony. Cóż, nie okazywał tego zbytnio, ale gdy dostał pod łapy dwa, zwinięte pasma skóry, w jego oczach pojawiły się tańczące ogniki. Spokojny tryb życia watahy niestety zaburzyła tajemnicza sytuacja…
Piaskowa wadera siedziała wyprostowana, przed Grotą Alf i oczekiwała na zjawienie się skrzydlatej wadery. Rene wyszła po chwili z groty w towarzystwie medyczki Lonyi. Wstałam, a gdy wadery zatrzymały się tuż przede mną, Alfa zaczęła rozmowę.
– Cieszymy się, że tak szybko udało Ci się tu dotrzeć Pawono Shanar. Wybacz, że tak nagle przerwałyśmy Ci pracę, ale zaistniała pewna sytuacja niecierpiąca zwłoki. – Powiedziała śmiertelnie poważnie Skrzydlata. Przytaknęłam ze zrozumieniem głową, dając niemy znak do kontynuowania wypowiedzi. Rozmowę ciągnęła Lisica.
– Widzisz, jakiś czas temu zaobserwowaliśmy pojawienie się dziwnych zachowań wśród części zwierzyny. Czujki zaalarmowały również o podejrzanych obcych kręcących się niedawno przy północno-zachodniej granicy, a także o specyficznym zapachu, wyczuwalnym głównie w jej okolicach. Wraz z Itami oraz Nabi wykonałyśmy kilka badań, sama pomagałaś w przygotowaniu odczynników. Temat nie jest Ci obcy, ale…
– Nie udało Wam się określić, co to spowodowało, a podejrzani zniknęli, nie pozostawiając konkretnego śladu. – Dokończyła piaskowa. Nie podobało jej się to, zwłaszcza że dziwna woń, którą wyczuła ostatnio bliżej jej miejsca zamieszkania, była podejrzanie znajoma, a jednocześnie obca. Wyznała nawet swe obawy Rene, gdy tylko zaangażowano ją w tę sprawę.
– Pomyśleliśmy, że skoro jako jedyna kojarzysz ten zapach, byłabyś w stanie zlokalizować jego pochodzenie oraz zebrać informacje o potencjalnym niebezpieczeństwie. Nie mamy pewności, czy cokolwiek uda nam się dowiedzieć o tym zjawisku, ale musimy być przygotowani na najgorsze. Czy zgodzisz się ruszyć na misję? – Dokończyła wypowiedź medyczka. Wadery trwały chwilę w napięciu. Błyszczące oczy piaskowej wilczycy po chwili zmieniły wyraz i pociemniały. Pełne były powagi i zaciętości, bardziej dociekliwi mogli już znać odpowiedź na pytanie.
– Dobrze. Mam pewne przypuszczenia co do miejsca, które na pewno trzeba będzie sprawdzić. – Powiedziała pewnie Pawona, patrząc w oczy Rene. Na pyskach wader widać była lekką ulgę.
– Dostaniesz wilka do pomocy i eskorty. – Oznajmiła Alfa. – Przyjdę z nim do Ciebie wieczorem, by omówić szczegóły. – Skinieniem głowy, Pawona potwierdziła, zakodowanie informacji. Trójka wader pożegnała się krótkimi słowami, po czym każda ruszyła wykonać swoją pracę. Fioletowo oka, po półgodzinnej drodze, do swego domu, zaczęła przygotowywać niezbędne, jej zdaniem rzeczy do misji. Specjalna skórzana torba, która zbierała kurz odkąd, zadomowiła się w tym miejscu, znowu została wyposażona w niezbędne drobiazgi. Wilczyca wyglądała dość komicznie, nosząc ją, jednak ważne było to, iż torba była praktyczna. Nie przeładowana umożliwiała nawet walkę w razie konieczności, bez obawy o to, że spadnie i starci cenny bagaż. Wyposażona była w dwie spore kieszenie, umieszczone po bokach oraz uchwyty na niewielkie buteleczki wypełnione różnymi substancjami. Obowiązkowo w torbie znalazło się wyposażenie apteczki, mieszanki ziół wzmacniających oraz na podstawowe dolegliwości. Zapas kłębków pajęczyny, liście herbaty oraz parę niezbędnych rzeczy, które Shanar od wieków znanymi jej tradycjami, używała do przygotowania podstawowych opatrunków. Poza tak istotnymi rzeczami musiało znaleźć się miejsce na krzesiwo, kamienie grzewcze, kryształowy nożyk, zabezpieczony futrem królika, sporą buteleczkę wody z Lac de Cristal oraz zestaw eliksirów Pisakowej. Wśród nich znalazły się same najważniejsze substancje, przeznaczone do samoobrony. Bomby dymne, gaz usypiający i obezwładniający, a także łatwopalne olejki, do odcięcia drogi. Przez ułamek sekundy, Shanar rozważała nawet butelkę „dynamitu”, ale szybko zrezygnował z niej, z powodu dużej niestabilności gazów. ~Tak. Będę musiała nad tym popracować.~ Stwierdziła. Przygotowała zapas nowych fiolek na przyszłość i nim się obejrzała, nadeszła godzina spotkania.
– Ciekawe kogo wybrano do towarzyszenia mi. – Piaskowa zastanowiła się na głos, a już po chwili do jej czułych uszu dotarły ciche szmery rozmowy. Wadera wyszła naprzeciw przybywającym i skrycie wyklinała wszystkich bogów, jakich znała za to kogo zobaczyła. Nie, żeby miała coś do idącego obok Rene basiora, ale nie wyobrażała sobie dłużej wędrówki w towarzystwie Eredena. Jak to by miało wyglądać? W sensie siwy jest dobrze zbudowanym wilkiem, zapewne świetnie wyszkolonym w swym fachu, ale charaktery basiora i wadery gryzły się ze sobą, o czym mieli już nie jedną możliwość się przekonać. Dłuższe przebywanie ze sobą skutkowało irytacją obu stron, mimo iż nie robili sobie specjalnie na złość. Tak działały ich charaktery i nic na to nie poradzili zaradzić.
Wilki stanęły przed sobą. Po przywitaniu się piaskowa gestem zaprosiła zgromadzonych do siebie.
– Trochę tu ciasno, ale przyjemnie ciepło. – Skwitowała Pawona, prosząc gości do stołu. Tak, jak pewnie można się domyślić, Shanar to niezły zmarzluch i nawet 16°C To dla niej zimno.
– Więc tak, rolę eskorty wykonywać będzie Ereden. Zważywszy między innymi na to, że już się znacie. – Wyjaśniła Rene. ~I nikt inny nie mógł iść.~ Skwitowała w myślach fioletowo oka.
– Gdzie znajduje się to miejsce, które musisz sprawdzić? Ile nam to zajmie i kiedy będziesz gotowa? – Spytał prosto z mostu basior. Najwidoczniej podchodził do tego jak do kolejnego obowiązku, który zmuszony był wykonać. Po chwili zamyślenia Piaskowa odpowiedziała.
– Powinniśmy sprawdzić Moczary Umbrae et Tempestatis. Niecałe 5 dni drogi, na południowy zachód stąd. Oczywiście zakładając, że noce będziemy przesypiać, by zachować odpowiednie siły na przeprawę po mokradłach wieczorem, dnia czwartego. To dość niebezpieczna okolica i wolałabym byśmy byli w pełni sprawni. – Wyjaśniła Shanar. – Wiem, że to kompletnie inny kierunek, niż ten, z którego pojawił się zapach, ale to właśnie w tamtejszym „Przytułku” miałam styczność z podobnym. – Po plecach piaskowej przeszedł nieprzyjemny dreszcz, na wspomnienie tego odrażającego miejsca. Miała nadzieję, nie odwiedzać go już nigdy więcej, nawet jeśli oznaczałoby to wędrówkę na drugi koniec świata po pożądane składniki. Sytuacja jednak zmusiła ją do podjęcia takiego kroku, zwłaszcza że przywiązała się do swojej nowej watahy. Miała złe przeczucia i nie chciała, by któreś z nich okazało się prawdą. Musiała to koniecznie sprawdzić.
– To te rozległe bagna, o których myślę? – Spytała Rene. –To nie tam mieszkają jedni z bardziej znanych rabusi i wyjętych spod prawa psowatych? Dalej kwitnie tam handel niebezpiecznych i nielegalnych towarów? Już z kilkoma bandziorami mieliśmy niestety styczność. Jesteś pewna, że to tam znajdziesz jakąś wskazówkę, albo odpowiedź? – Przytaknęłam skinieniem głowy. Rene westchnęła. Jak można było wywnioskować, doskonale znała ów miejsce, choćby ze słuchu. Sądząc jednak po wyrazie pyska basiora, nie bardzo wiedział, o czym mówimy. Mimo tego zmarszczył brwi, słysząc nasze podejście do omawianego obszaru.
– Jeśli chodzi o oszacowany przeze mnie czas, na wykonanie tej misji, to na pewno potrzebne będą dwa tygodnie, może nieco dłużej. – Głos Pawony, brzmiał zdecydowanie. – Nie jestem pewna, czy uda nam się dość sprawnie uzyskać pożądane informacje. Natomiast jeśli chodzi o gotowość, to jestem w stanie wyruszyć już po świcie.
– Doskonale. Ruszymy spod Groty medycznej, o wschodzie słońca. – Oznajmił basior.
– To wszystko. Dziękuję za poświęcenie i powodzenia. – Głos Rene, miał pokrzepiające brzmienie.
– Dobrej nocy. – Powiedzieli wszyscy chórem, po czym Piaskowa odprowadziła wilki przed grotę. Gdy zniknęli w ciemnościach lasu, wadera wygasiła palenisko i udała się na spoczynek.
***
Kolejnego dnia, Shanar obudziła się tuż przed świtem. Udała się nad jezioro, by zapolować na młodego bażanta, którego wcześniej miła możliwość obserwować. Po jakże udanym śniadaniu i zajęciu się poranną toaletą zasłoniła skórami otwory swego domu, zabrała torbę, do której wrzuciła jeszcze, starannie plecioną linę, po czym ruszyła w umówione miejsce. Przyszła dokładnie w tym samym czasie, co Ereden. Skinęła głową na przywitanie. Basior odpowiedział tym samym. Gdy w końcu stanęli obok siebie i spojrzeli razem w dal z ust Pawony padło pytanie.
– Gotowy? – Wadera odwróciła się i zadzierając nieco głowę do góry, przyglądała się wyrazowi pyska samca. Wyglądał na zrelaksowanego i zupełnie nieprzejętego misją, na którą właśnie ruszali.
– Zawsze. – Uśmiechnął się zawadiacko, po czym zerkając na waderę, dodał. – Panie przodem.
Shanar uśmiechnęła się delikatnie w odpowiedzi. Ruszyła żwawym krokiem, prowadząc w wyznaczonym kierunku. Idąc przez las Golden Growe, wadera z przyjemnością nasłuchiwała śpiewu ptaków. Otoczenie było tak spokojne i czarujące, zupełnie nieświadome potencjalnego zagrożenia. Nie minęło wiele czasu, gdy opuścili granice watahy, a wraz z krańcem lasu w waderze pojawił się niepokój. Za tymi rozległymi polami i pagórkami znajdował się cel ich podróży. Początkiem lata trawy znacznie tu urosły. Wadera Ledo sięgała pyskiem ponad bujna roślinność.
– Nie przewidziałam tego. – Wymruczała do siebie, przedzierając się przez gęstwiny kolejnego już pagórka. Komentarz wadery nie pozostał jednak bez odpowiedzi. Za nią rozległ się cichy chichot Eredena.
– Mówisz? – Basior wyrównał krok z wilczycą, a w odpowiedzi uzyskał żądne mordu spojrzenie. – No już! Nie ma co się dąsać. – Zaśmiał się wilk, dostrzegając reakcję wadery.
– Łatwo Ci mówić wielkoludzie. Widać już koniec tego dziadostwa? – Spytała, przystając przy kałuży i biorąc kilka łyków wody. Całe szczęście, że parę dni wcześniej padało, a woda nie zdążyła całkiem wyparować, czy też. Basior zatrzymał się i rozejrzał. W oddali, na horyzoncie malowała się ciemna plama mieszanych drzew. Zapewne będą nocować właśnie w ich cieniu.
– Wieczorem powinniśmy dotrzeć do tamtego lasu. – Stwierdził. Basior obdarzył fenka tajemniczym spojrzeniem. Pawona nie dostrzegła tego, a gdy swą uwagę skierowała na wilka, ten jakby nigdy nic odwrócił wzrok. Po chwili szli już dalej. W powietrzu unosił się ciepły zapach lata, niesiony przez lekki wietrzyk. Nad głowami wilków przeleciał klucz szpaków, a niebo stopniowo zaczynało ciemnieć. Pojawiło się również kilka niewinnych obłoczków. Wraz z upływem czasu i skracaniem dystansu do gąszczu drzew, powietrze się schładzało i zaczęło wypełniać nozdrza wilków zapachami wszelakiej zwierzyny. Na szczęście podróżujących, nie było w okolicy innych psowatych, a ponadto teren nie został przez nikogo, w żaden sposób oznakowany. Oznaczało to, że mogli bez obawy o złamanie prawa i zasad dobrego wychowania, zapolować w tym miejscu. Słońce ledwo zaszło, gdy para wilków zanurzyła się w mroku drzew. Księżyc i gwiazdy gdzieniegdzie wyglądały już, zza ciemnozielonych liści, a z oddali można było dostrzec świecące się, złote oczy sowy uszatki. Stary ptak, zatrzepotał leniwie skrzydłami, pobudzając do ruchu mniejsze gałązki i zahuczał donośnym głosem. Piaskowa wilczyca przystanęła pod starym dębem i zadzierając pysk wysoko, przypatrywała się pierzastemu strażnikowi nocy. Widziała dokładnie obrys sylwetki zwierzęcia, a gdzieniegdzie nawet jaśniejsze i ciemniejsze plamy jego umaszczenia, chociaż nie była w stanie stwierdzić jakiego koloru one były. Księżyca przybierało każdej nocy. Nocą, w którą planowała, że dotrą do celu, będzie pełnia. Większość drogi minęła podróżnikom w milczeniu, aż do momentu, w którym nie zatrzymali się pod ów dębem. Gdy Wadera poczuła ciepło Eredena, stojącego obok niej, zadarło lekko błysk do góry i wpatrując się w lśniące oczy basiora, zwróciła się do niego.

– Niedaleko jest strumień. Poszukaj go. Idąc wzdłuż niego, powinieneś trafić na starą borsuczą norę. Nocowałam tam ostatnio. Przy niej się spotkamy. – Zameldowała piaskowa i nie czekając na odpowiedź ze strony wilka, wskoczyła na pień dębu, wbijając w niego swoje ostre pazury. Już po chwili skakała z gałęzi, na gałąź, zgrabnie balansując, nad ziemią. Z oddali można było tylko usłyszeć imię wadery i niezadowolone pomruki wydawane przez basiora.
Pawona bez problemu znalazła gniazdo parki bażantów. Ptaki spały w najlepsze, zupełnie nie spodziewając się ataku, w tak spokojnej, niezamieszkałej przez psowate, okolicy. Wielki błąd! Zawsze trzeba spodziewać się najgorszego, zwłaszcza gdy jest się na samym dole łańcucha pokarmowego. Sprawnym ruchem wadera pozbawiła życia dwójkę zwierząt. W powietrzu roznosił się cichy szum wody z pobliskiego potoku. Shanar zeskoczyła zgrabnie na ziemię i węsząc, ruszyła za jabłkowym zapachem swego kompana. Gdy wyłoniła się zza sporego krzewu, dostrzegła, jak wilk, sprawnym ruchem przerzucił sporą gałąź, odsłaniając wejście do borsuczej jamy. Fioletowe oczy wadery dokładnie zarejestrowały ruchy dobrze zbudowanych mięśni basiora. ~Ciekawe jak by to było się do niego przytulić?~ Zastanowiła się, po czym wstrząsając głową, odpędziła te myśli gdzieś w kąt, swego umysłu. Poprawiła futro oraz swe zdobycze, po czym podeszła do wilka. Położyła większą sztukę przed Eredenem, po czym usiadła naprzeciwko niego.
– Smacznego. – Powiedziała, uprzednio wypuściwszy swoją porcję z pyska. Ereden zmierzył bażanta wzrokiem, po czym przerzucił uwagę na wilczycę. Po krótkiej chwili usiadł i zwracając się do piaskowej, powiedział:
– Dziękuję i nawzajem. – Czyżby nie dowierzał własnym oczom? Możliwe, przecież ptaki te nie prowadzą nocnego trybu życia. Shanar zignorowała wszystko prócz słów basiora, ktore gdy tylko dotarły do jej czułych uszu, sprawiły, iż na jej pysk wkradł się mimowolny uśmiech. Po posiłku wadera oblizała się dokładnie. Wykopała niewielki dołek, po czym wrzuciła do niego resztki ptaka. Ostrożnie ściągnęła torbę i położyła ją obok wejścia do Borsuczej Nory. Na koniec zasypała jeszcze dołek z resztkami i poszła obmyć się w potoku. Noc była ciepła, a nurt był dość spokojny. Pawona bez żadnego problemu weszła do wody, która sięgała jej aż po brodę. Wilczyca przeszła kawałek, ukrywając się za sporymi krzakami i wierzbą, tworzącą jakby baldachim nad zakolem potoku. Obrazek można było opisać słowami "ustronne miejsce". Było idealne na kąpiel i relaks po dniu drogi. Shanar chwilę zajęło dbanie o higienę, ale gdy w końcu skończyła, czuła się o niebo lepiej. Piaskowa zgrabnie wskoczyła na brzeg, po czym gestem ogona, zebrała z siebie wodę. Płynem podlała okoliczne drzewa i jakby nigdy nic ruszyła do miejsca spoczynku. U wejścia dostrzegła leżącego basiora. Jego przenikliwe, świecące się w mroku oczy, bacznie obserwowały okolicę. Gdy siwy zarejestrował waderę, przesunął się, robiąc jej miejsce. Wilczyca weszła do dość płytkiej jamy. Położyła się, praktycznie zwijając się w kłębek. Było na tyle miejsca, by mogła się odwracać, a jednocześnie było tak ciasno, że musiała nieco ocierać się o basiora. Gdy po kilku sekundach ułożyła się już wygodnie, podniosła nieco głowę i zwróciła się ze spokojem i cichym śmiechem do basiora.
- Eredenie. Nie musisz dzisiaj czuwać. Odpocznij. W promieniu 30 km nikogo prócz nas i zwierzyny nie spotkasz. - Jej głos był łagodny. Shanar czekała na reakcję basiora, która o dziwo nieco ją przygnębiła. Większy wilk po prostu zwrócił uszy w jej kierunku, mrucząc coś niewyraźnie, a że Shanar ma świetny słuch, to faktycznie musiało być coś niewyraźnego. Wadera westchnęła tylko niemo, po czym kładąc pysk na swe łapy, powiedziała jeszcze "Dobranoc". Nie słyszała już nic, od razu zasnęła, snem na tyle twardym, że późniejsze ruchy Eredena jej nie wybudziły.
******
Następnego dnia, tuż po śniadaniu składającym się z upolowanego przez basiora zająca, nieco po wschodzie słońca wilki ruszyły w drogę przez las. Idąc wzdłuż potoku, mieli marne szanse na zgubienie się. Szli, i szli. Milczenie było dość przyjemne, a przerywanie go raz na jakiś czas, sensownym pytaniem, było nawet miłe. Czas mijał Shanar dość szybko, gdy obserwowała otoczenie, odświeżając sobie trasę. Z nieukrywaną przyjemnością rozkoszowała się aromatycznymi zapachami kwitnących roślin i chłonęła miły dla ucha śpiew ptaków oraz spokojny szum drzew. Nic dziwnego, że zdębiała, gdy usłyszała trzask łamanych gałęzi, kilka do kilkunastu metrów na lewo od niej i Eredena. Dźwięk również nie uszedł uwadze basiora. Ten od razu przybrał postawę bojową i nakazując gestem ciszę, ruszył w kierunku hałasu. Gdy basior zniknął w krzakach, pozostawiając waderę samą, nad wilczycą rozległ się ponowny trzask. Shanar odskoczyła spod buka, na którym stał przerośnięty ryś. Dosłownie sekund później dotarły do niej odgłosy walki ze strony, z w którą udał się Ereden. Shanar nawet nie myślała o tym, by wołać go na pomoc. Piaskowa wysunęła pazury, nastroszyła sierść i szczerząc swoje ostre zęby, wysyczała:
- Nie podchodź! - Rysia jednak słowa i postawa Pawony nie ruszyły. Zeskoczył jakby nigdy nic i wylądował jakiś metr przed waderą. Kotowaty był na oko 4 cm wyższy od wilczycy, nie licząc uszu.
- Nie tak agresywnie kochanie... - wymruczał. Ja tylko po Twoje skarby. - Głos rysia był tak przesłodzony, że aż odrażający. Kot chciał sięgnąć łapą w kierunku paska na piersi Paskowej, lecz nie było mu to dane. Sprawny ruch wilczej łapy mu w tym przeszkodził. Ruś syknął wściekle, na co wadera odpowiedziała mu warknięciem. Fioletowe oczy wadery zaskrzyły się złowrogo, a z kieszonki wyleciała buteleczka z pomarańczowym proszkiem. Nim Ryś zareagował, wadera zrzuciła korek i dmuchnęła substancje w pysk Rysia, wywołując tym samym pysk pieczenie jego skóry i oczu. Napastnik zapiszczał, cofając się nieznacznie i zaczął przecierać łapami pysk. Wadera wykorzystała chwilę i zrobiła taktyczny odwrót w kierunku, z którego dobiegały odgłosy walki. Jeszcze tylko pięć metrów i znalazłaby się obok basiora, który sprawnie uporał się z dwójką rysi. Nie mogło być jednak tak pięknie. Nim piaskowa wybiegła z chaszczy, coś, zbliżonego do niej wzrostem skoczyło na nią z impetem, popychając ją na pobliskie drzewo. W powietrzu słyszeć można było trzask tłuczonego szkła. Wszystkie fiolki prócz tych zabezpieczonych dodatkowo futrami, w bocznych kieszeniach, roztrzaskały się pod siłą uderzenia, uwalniając przy tym różne substancje. Shanar ledwo wstała. Cios był sporym szokiem, który spowodował, że nadal brakowało jej tchu. Dodatkowo jej piersi oraz łapy poranione były odłamkami kryształu, który jednak dość szybko zamienił się w proszek, pozostawiając po sobie jedynie dość płytkie rany, do których zaczęły dostawać się rozmaite mieszanki ziół. Kątem oka Shanar dostrzegła, że ryś, który wcześniej się jej uczepił, wykonał szybki odwrót, z mieszaniną złości, smutku oraz strachu na pysku. Gdy wadera zarejestrowała już jedną z możliwych przyczyn strachu kotowatego, sama się przeraziła. Chmura granatowego dymu podniosła się wkoło niej. Intensywne zapachy ziół obezwładniających zaczęły wypełniać jej drogi oddechowe, a te, które dostały się już do krwioobiegu, zaczynały działać. Świat zaczynał wirować, a łapy zginały się, odmawiając jej posłuszeństwa. Piaskowa upadła, oddech zwolnił, oczy same się zamknęły, a Shanar zaczęła odpływać. Nim całkiem straciła przytomność, do jej uszu dotarł ledwo słyszalny krzyk, szukającego jej basiora. ~I na co mi były te moje ziółka?~ Z tą myślą odpłynęła już całkiem. Nie czuła i nie słyszała już nic.
- Pawona?! - Gdy siwy wilk wyłonił się po chwili zza krzaka, dostrzegł potrzaskaną i poobijaną, nieprzytomną waderę, z porozcinanymi szelkami plecaka. Leżała ona w podejrzanej, granatowej kałuży i błyszczących proszkach.

<Ereden?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 3306
Ilość zdobytych PD: 1653 + 15%  (248 PD) za długość powyżej 3000 słów
Obecny stan: 1901 PD

czwartek, 19 maja 2022

Od Ereden'a c.d Pawona ~ "Więcej niż myślisz"

  Pierwsze promienie słońca oślepiły momentalnie Ereden'a, po tym jak rozwarł leniwie powieki. Zasyczał krótko i wycofał głowę poza granicę słonecznego światła. Dzisiaj, o ile jego pamięć go nie zawodzi, jego ojciec dał mu dzień wolny od wyczerpujących treningów, a tym samym dał możliwość na naukę tego, co lubił najbardziej. I dobrze, pomyślał przelotnie Ereden. Mięśnie ud, brzucha i przednich łap, czule dawały się we znaki tępym, dokuczliwym bólem. Kwas mlekowy zbytnio się w nich nagromadził - wypadałoby coś z tym zrobić, powiedział sam do siebie w myślach.
Wpierw jednak, zanim przystąpił do rozmasowywania obolałych mięśni, wziął się za żucie liści rozmarynu wraz z zielem kofeinowym, aby pobudzić swój organizm do całodziennej aktywności, bowiem nie czuł się zbyt wypoczęty. Nie po tych wszystkich treningach do późnej północy. Zioła te pomagały mu w równym stopniu, co nam, ludziom mały kubek mocnej parzonej kawy. Kiedy tak mielił pyskiem, rozejrzał się po wnętrzu jaskini i rychło zorientował się, że jest sam, wśród blasku pomarańczowego blasku fluorescencyjnych grzybek, które służyły wilkom za źródło światła. Kiedy zbyt gwałtownie ruszył łapą, ból upomniał się znacząco, Ereden zaklął cicho w myślach, zaciskając mocno szczęki. 
~ Będę musiał nieco zwolnić z treningami - pomyślał gorzko. To prawda, Naharys potrafił wytrząść z niego wszystkie poty, że aż nie jeden raz obudził się na drugi dzień suchy, jak pustynia Nigearra. Wiedział, że czynił to wyłącznie dla jego dobra, lecz bywały takie momenty, gdy Ereden uważał, że jego ojciec nieco przesadzał. Jak w znanych mu czasach szczenięcych, gdy wraz z Shori i Sininen, uczył się pod jego okiem pisma i czytania. Żmudnie mu to szło, w przeciwieństwie do jego sióstr. Sininen potrafiła w szybkim tempie opanować alfabet i najważniejsze zasady gramatyki, a Shori... cóż... z jej umiejętnościami, była w stanie ułożyć własne Haiku. Co do Ereden'a - Naharys poświęcał synowi trzy godziny dziennie na naukę pisania i czytania, aż basior nie pojął podstawowych symboli i cyfr. Ciężko było mu się skupić, łatwo wytrącał się z równowagi, ale w ostatecznym rozrachunku, udało się! Osiągnął to, co wydawało się mu, nie do zdobycia. Potem już tylko zagłębiał się w przeróżnych lekturach, traktujących o ziołach, ich właściwościach - zwłaszcza tych trujących - pióra najmądrzejszych i najwybitniejszych autorytetów w dziedzinie zielarstwa. W nocy, przed snem z zamkniętymi oczami powtarzał sobie nazwy - zwłaszcza te skomplikowane, a co dopiero trudne do zapamiętania - trucizn i wymieniał po kolei objawy ich toczenia się w organizmie nieszczęśnika.  
Marzył o tym, aby zostać paladynem - ale czemu miałby nie udoskonalać swego fachu? Trucizny są bardzo przydatne w walce, choć zdawał sobie sprawę, iż było to "nieczyste" posunięcie. Cały ich wilczy los potrafił być niesprawiedliwy. Kłody rzucane im pod łapy, często sprawiały, ba! Motywują ich do radzenia sobie w świecie, który opiera się na "nieczystych" zasadach. Taką filozofię obrał sobie Ereden.  
Kiedy przełknął mocno pogryzione i przeżute liście, wszedł do przedsionka jaskini. Tam mieściło się niewielkie źródełko, gdzie można było spokojnie wziąć kąpiel. Ciepła woda spływała ze sklepienia groty z głośnym chlupotem.
~ Ciekawe, co tym razem ciotka Lonya dla mnie zaplanowała? - pomyślał Ereden, gdy z pazurami z pasją szorował gęste, białe futro na karku. Następnie ze staranną precyzją nałożył jabłkowy balsam na grzywkę, natarł nim miejsce za uszami i pod pachami - może wygląda to dość dziwnie, ale basior też musi jakoś o siebie zadbać, prawda? Ereden jednak nie był typem basiora, który lubił na sobie stary odór potu. Po załatwieniu wszystkich swoich potrzeb, Ereden opuścił jaskinię z typowym dla niego nastroju - ciekawym dzisiejszych wydarzeń, pełen energii i wyrwy. Wyrwy odziedziczonej po ojcu, rzecz jasna. Droga ciągnęła się mu dość krótko - w sumie, to bardzo dobrze. Nie lubił bowiem dłuższego przebywania na słońcu. 
 Kiedy zza wysokiego, ukwieconego w żółty dywan mleczy pagórka, ujrzał pierwsze kontury jaskini medyczki, nowy uśmiech kreślił się mu pod nosem. Uśmiech należący do kogoś, kto nie boi się wyzwań. Zanim zdążył przekroczyć próg lecznicy, dotarł do niego nieprzyjemny zapach leków i choroby, co też zareagował w dość osobliwy, opracowany przez siebie Eredeński sposób; Lewe ucho opadło mu nagle, a pysk wraz z prawym policzkiem zmarszczył się znacznie, przez co dolna powieka zasłoniła pół jego zielonego oka. Mimo wszystko, wstrzymując oddech, wszedł do środka. Połowa łóżek - bez zaskoczenia dla Ereden'a - była zajęta, a pacjentami zaś były różne wilki - wojownicy, którym nie poszczęściło się na treningu, ofiary bakterii wilczego tężca, czy też nieostrożni spacerowicze, którym los postanowił połamać im kilka kończyn, spadając z wysokości. Niefortunne stawianie kroków też wchodziło w grę. 
 Jednakże nie przyszedł tutaj, aby oglądać rannych i chorujących - kiedy w oczy rzuciła się mu para puszystych ogonów, popędził za nimi, aż do przedsionka, gdzie Ciocia Lonya magazynowała w nim zapas ziół. 
- Ereden! - powitała siostrzeńca z szerokim uśmiechem - Co tam, byku? Cholera jasna, pamiętam, jakby to było wczoraj, jak plątał mi się pod łapami taki mały szczyl! A teraz? Spory kawał chłopa z ciebie wyrósł. 
- Staram się nie zawieść cię, ciociu - odparł, zamykając waderę w silnym, szczerym uścisku - Trzeba Ci czego? 
- Skoro już tu jesteś... trzeba pójść do Nabi. Skończył się nam zapas lawendy i słoiczków z sosnową żywicą. Ponadto wspominała coś, że potrzebna jej pomoc przy inwentaryzacji ziół. Jest niską waderą, więc ma problem z wysokościami. Dasz sobie z tym radę?  
- Udam, że nie słyszałem tego pytania. Jasne, że dam radę - odparł z entuzjazmem Ereden. 
- Krew ojca - skomentowała z uśmiechem Lonya - No, jakbyś był jego kopią. 
- Nie zapominaj, że cięty język mam po matce. Słowa potrafią ciąć równie dobrze, co pazury i kły. 
- Jasne, jasne, twardzielu. A teraz ruszaj! 
 I tak zaczęła się dzisiejsza przygoda Ereden'a. Wybiegł z lecznicy - będąc jednocześnie szczęśliwy, że nie musi znosić już tego wstrętnego zapachu lecznicy. Czasami zastanawiał się, jak Ciotka Lonya wytrzymuje w takich warunkach - i skierował się w stronę zagajnika, gdzie po jego drugiej stronie, mieściła się jaskinia botaniczki - Nabi. 
 Tam zapachy były nieco inne - w przeciwieństwie do woni w lecznicy, te w jaskini botaniczki, były dość łagodne, aromatyczne i doskonale zachodziły w pamięć. Zapach lawendy idealnie komponował się z wonią polnego bzu i parzonej mięty. Doznania stawały się dla basiora tak przyjemne, że mimowolnie zaczął merdać ogonem. 
- Nabi?! - zawołał Ereden - Przysłała mnie Lonya! Mówiła, że masz problem z ziołami! 
Nabi - drobna, niska wadera o pięknej kremowej sierści, wyłoniła się zza kamienistego filara. Jej urokliwe, naznaczone bielmem oczy miały wyjątkowo łagodny wyraz, który trafnie komponował się z delikatnym uśmiechem na smukłym pyszczku.
- Z kim mam... - zaczęła wadera, ale urwała w połowie zdania, po czym powiodła swym czułym nosem w powietrzu, aby przechwycić zapach basiora - Ah, to ty, Ereden. Miło, że przyszedłeś. Nie zabiorę Ci zbyt dużo czasu, obiecuję... no dobrze, może jestem niewidoma, ale kłamać nie potrafię... z tobą minie to szybciej, niż zwykle, ale i tak będziemy mieć sporo na głowie. Trzeba wyrachować, ile zostało nam sadzonek ziół, ale niektóre zawieszone są na górnych półkach jaskini, do których niestety nie dosięgnę. 
- Nie ma sprawy, jakoś damy sobie radę - odparł pokrzepiająco Ereden - to od czego zaczniemy? 
- Może najpierw przeliczmy, ile tej wiosny wyrosło ziół. Ile pozostało nam z poprzedniego roku. Ile nam pozostało suszu i z jakich roślin. Myślę, że do popołudnia damy radę. 
- To na pewno. No to, ja biorę się za swoją część pracy - oznajmił basior, podchodząc do rzędu, gdzie Nabi z pełną pieczołowitością hodowała wrotycze. 
W trakcie, gdy ten zajmował się tym, co mu przydzieliła Nabi, w pamięci recytował właściwości i wpływ na organizm chorego. Ereden lubił zajmować się dwoma rzeczami naraz. Łączyć przyjemne z pożytecznym. Wydawało mu się, że gdy zajmował czymś swoje myśli, wtem czas przemijał mu, niczym spadająca gwiazda. Nabi natomiast w tym czasie wzięła się za liczenie suszu. Ze względu na jej drobną posturę oraz niesprawność wzrokową, szło jej to nieco dłużej niż Ereden'owi, ale wadera mimo przeszkód, dawał sobie radę. Bo czemu nie? 
- Ereden! - usłyszał nagle głos Nabi. W kierunku jej głosu, Ereden uniósł lewe ucho, które o dziwo zarejestrowało też jakiś nowy, obcy szmer. Młody basior odszedł od sadzonek wrotyczu i wyłonił się z półmroku, panującego w przedsionku. Jego czujny i surowy wzrok zarejestrował drugą waderę, drobnością dorównującą Nabi. Miała krótkie włosie, mieniąca się piaskową barwą, która też mocno przywodziła na myśl świecące słońce. Ponadto Ereden przechwycił jej woń, niebywale słodką i rozkoszną, dość nietypową w tych stronach - woń przepełniona była tropikami i soczystymi owocami, których Ereden jednak nie znał. Gdy podszedł bliżej, młody ściągnął oczy w dół, aby zachować kontakt wzrokowy z nową waderą. Lubił widzieć swoją rozmówczynię, a także w ten sposób okazywał, iż nie da się go tak łatwo owinąć wokół palca. Stwierdził jednak, że jej fiołkowe, przepełnione pewnym urokiem oczy, potrafiły zainteresować, przykuć do siebie uwagę. Oczarować, zahipnotyzować. 
- Ereden'ie, spotkamy się następnym razem. Pomożesz naszej nowej alchemiczce. - oznajmiła niewidoma Nabi. 
- A co z tobą? Dasz sobie z tym wszystkim radę? - zapytał Ereden, ześlizgując oczy z drobnej, piaskowej wadery na niewidomą botaniczkę. 
- Ja... Poproszę o pomoc kogoś innego. Tak czy siak, dam sobie radę w niektórych sprawach.
- Dobrze - mruknął spokojnie Ereden, po czym znów obdarował piaskowowłosą waderę swym przenikliwym wzrokiem. Nabi zabrała jednak kilka chwil Ereden'owi, aby pomógł jej ściągnąć pozostałe warkocze suchych ziół, które zwisały z górnej części jaskini, po czym zostawiła dwójkę wilków samych w jaskini. 
- Możemy ruszać? - zapytała prosto z mostu wadera o pięknych fiołkowych oczach. Czekała cierpliwie przed wejściem, spoglądając ciekawie na ruch Ereden'a, Przytaknął jedynie ruchem głowy, po czym bez słowa ruszył pewnymi krokami. Niezbyt wiele rozmawiali w trakcie wędrówki, która okazała się dla Ereden'a kolejnym obowiązkiem do spełnienia - w końcu dostał konkretne polecenie. Czas milczenia wykorzystywał na badawczej obserwacji nowo zapoznanej wadery. Poruszała się dość dumnie - co niezbyt spodobało się basiorowi. Zazwyczaj podobne zachowania kojarzyły mu się z czymś, co starsze wilki nazywają "wygórowane poczucie własnej wartości", ale ona nie wyglądała na taką. Owszem, w swym wyglądzie mogła się czym pochwalić - jej piękny, długi ogon, pieczołowicie zadbany i zaskakująco prężny. Czarujący wzrok fiołkowych oczu, które aż lśniły zachęcająco - zapewne każdy basior odczułby chęć zatopienia się w nich, gdyby okazały się one wodami bezkresnego morza na tle zachodzącego słońca. Wydawać się mogło, ale podziw, w jaki wprawiła go wadera swą urodą, przyniosła mu pewną ulgę - w sensie czuł się rozluźniony i spokojny. Każde towarzystwo wader tak działało na młodzieńca. W szczególności tych pięknych. 
~ Ereden, ogarnij kuper, ona wygląda na starszą od ciebie!! Ona jest w wieku twojej matki, gdy cię rodziła! - skarcił się w myślach basior, po czym wstrząsnął energicznie głową. Myśli rozmyły się natychmiast. Wadera swym podziwem i fascynacją, wymalowanymi na smukłym pyszczku, dawała świadectwo Ereden'owi tego, że była oczarowana cudem natury, otaczającym ich zewsząd. Ereden widział, jak fiolet jej oczu zalśnił na widok rozpościerającej się złotej rzeki kwiecistości.
Ereden przyznał jednak, że mimo wszystko ciekawego towarzystwa, chciałby już wrócić do swych spraw. Kiedy zbliżali się do celu, na pysku Ereden'a nakreślił się widoczny uśmiech. 
- To tutaj - oznajmił Ereden, wyciągając szyję, aby przeczesać wzrokiem głębokie dno boru, którego zbocze zaścielała leśna ściółka i wyrastające spod jej warstwy kwiecistości, nie zawierające w sobie żadnych leczniczych wartości. Na jego dnie zaś rósł cenny skarb i cel ich poszukiwań - melissa, dziko rosnąca w dodatku, a takie były najlepsze.
- Mógłbyś mi pomóc? - zapytała... Ereden z początku wziął to za pytanie, lecz po chwili zdał sobie sprawę, co wadera chciała mu przekazać -Potrzebuję większych zapasów, a szkoda iść kawał tylko po kilka gałązek. 
 Ereden nic nie mówiąc, kiwnął jedynie głową. Napiął mięśnie i w prężnym skoku znalazł się na dnie boru, lądując z gracją na lekko zgiętych łapach. ~ Ereden, nie popisuj się, tylko bierz, co masz brać i kończ już - Skarciłem go bez cienia litości. 
Niebawem wadera dołączyła do niego. Ereden dostrzegł kątem oka jej poczynania; Oczy, dopiero teraz spostrzegł, że kryją się w nich zmęczenie... jakby wadera nie mogła ich zmrużyć od kilku dni. Wydawała się też niespokojna i uszczypliwa - wyczuwał to w jej głosie. Powiedzmy, że Naharys nauczył go pewnej sztuki rozpoznawania emocji, zaszyfrowanych w słowach. Była też tak mała, że bywały momenty, kiedy gęsta szata ziół pochłaniała ją całkowicie. Wyłaniała też od czasu do czasu głowę, z coraz to większym zbiorem melissy w smukłym, drobnym pyszczku... A gdyby Ereden położył się na niej, prawdopodobnie zakryłby ją całkowicie, swym stosunkowo większym ciałem. Ogonem też, gdyby się postarał... No, ale nic... kiedy uzbierali zadowalającą piaskowowłosą ilość zioła, nasza parka wilków skierowała się do jaskini mieszkalnej. A mianowicie, to była norka - prawdę mówiąc, to był cud, iż Ereden bez problemu zmieścił się w przejściu. 
- Swoją drogą, nie przedstawiłem Ci się - zaczął basior, przerywając w końcu tę niezręczną ciszę między nimi - Jestem Ereden, uczę się tutaj na paladyna. 
- Na paladyna? - odparła zaskoczona wadera - Co w takim razie robiłeś u botaniczki? 
- Lubię łączyć obie pasje razem - powiedział tajemniczo uwodzicielskim tonem, który zaszyfrował w lekko znaczącym uśmiechu - A ty widzę, jesteś alchemiczką. Pociąga cię to, prawda? 
- Tak, jest to mój i wyłącznie wybór. A tak poza tym, jestem Pawona Shanar. - przedstawiła się dumnie unosząc swój podbródek. Widział, że Pawona była dumna z tego, kim jest i skąd pochodzi. Ereden uśmiechnął się znów, choć w środku odczuł dość nieprzyjemne ukłucie. 
~ Widzę, że i ona nie da sobie w kaszę dmuchać. Dumna i jakże zabójczo piękna. Pan Atrehu uważa, że o każdą waderę należy dbać, pieczołowicie spełniać każde ich zachcianki. Ja uważam jednak, że ta mała bestia, bez dyskusyjnie nie potrzebuje niczyjej opieki. Dumna, piękna i niezależna... 
- No dobrze, Pawona - odparł po chwili Ereden. Jego oczy błysnęły dziko w umierającym świetle tlącego się ogniska - Gdzie mam Ci odstawić te zioła? 
Pawona bez zbędnych słów, jednym ruchem swego uroczo pokaźnego ucha, wskazała młodemu schody na piętro, odsuwając jednocześnie kotarę z cienkiej jagnięcej skóry. Ereden nie rozglądał się zbytnio - do czasu oczywiście - aż spostrzegł kątem oka pokaźny zbiór zwojów, ułożonych jeden na drugim w starannie wyciętej wnęce skalnej w ścianie. Kiedy odstawił zbiór melisy we wskazane miejsce, postanowił przyjrzeć się bliżej biblioteczce Pawony, oczywiście jeśli nie miała ku temu nic przeciwko. Nie zauważył jednak, że towarzyszka, a zarazem Pani tej jaskini znajdowała się tuż za nim. 
- To półka z powieściami - odezwała się, na co, Ereden zareagował dość nerwowo. Wzdłuż jego grzbietu przepłynął zimny dreszcz, a serce podskoczyło mu niebezpiecznie. Odwróciwszy się w stronę wadery, przez moment zajaśniał mu strach w oczach, lecz opanował się nagle. Wrócił do pewnej postawy; wyprostował się - był wcześniej skulony, bowiem ze strachu, uderzył głową o niskie sklepienie - a wzrok na nowo powrócił do poprzedniego wyrazu; surowego i przenikliwego. 
- Wiem. Tylko się rozglądam - odparł spokojnie i zdecydowanie - Ładna kolekcja. 
- Dziękuję. Może kiedyś pożyczę Ci jakiś łapopis - odpowiedziała po chwili. - To wszystko. Możesz iść. Dziękuję za pomoc. - I z tymi słowy, ułożyła swoją głowę na wygodnych futrach, wzdychając cicho. Zasnęła nagle, szybko, jak po zażyciu melisy, którą właśnie nazbierali. Leżała wyczerpana, pozbawiona sił i jakiejkolwiek świadomości. Normalnie, jak nakazuje zasada dobrego wychowania, Ereden powinien zabrać się stąd już dawno, ale nie mógł. Stał i przyglądał się drobnej sylwetce Pawony, na jej miarowo unoszącą się klatkę piersiową, rozczulająco zamknięte oczy. Jednakże siła ciekawości przyciągała młodzieńca, niczym magnez, ku pokaźnemu zbiorowi łapopisów wadery... W końcu, bez jakiegokolwiek namysłu, chwycił jeden na chybił trafił i zabrał się stąd. Nieelegancko, pomyślisz czytelniku. Ereden, owszem, czuł, że źle zrobił, ale ciekawość była silniejsza... która, ogólnie rzecz biorąc, popchnęła go do kradzieży. 
~ Przecież nie zamierzam tego zabierać... przyjrzę się tylko i oddam jej to - starał sobie tłumaczyć Ereden. Z tymi myślami przemknął się do wyjścia, bezszelestnie niczym duch, tak jak uczył go ojciec. Po drodze minął starannie ułożone w tajemniczych naczyniach substancje i mikstury, zapewne znane wyłącznie Pawonie, bowiem nie potrafił porównać ich koloru, ani tym bardziej woni, do tego, co Ereden już znał. A uwierzcie lub nie, wiedział dość sporo, jak na swój niewyrośnięty wiek. Lecz sporo, czasami może nie wystarczać, bowiem gdy nadarzyła się Ereden'owi spokojna okazja, rozwinął skradziony pergamin i to, co wtedy tam ujrzał, nie zrozumiał z pisma ani słowa. W ogóle pismo, symbole miały inne kształty od tych, które znał; mógłby spokojnie nazwać je robaczkami, bo tylko z nimi skojarzyły się basiorowi owe szlaczki. W końcu wpadł na pewien pomysł! Porwał długi kawał skóry w pysk i popędził z nim, ile sił w nogach do jaskini. Tam znalazł swoją skórzaną torbę, opartą o jeden ze stalagmitów, po czym przerzuciwszy ją sobie przez szyję, obrał kierunek w stronę samotnie rosnącego dębu. Z rozłożystymi szeroko starymi gałęziami, górował nad doliną - można by pomyśleć, iż drzewo było starsze od samej doliny. Liście zaszeptały coś pod wpływem zachodniego spokojnego wiatru, szeleszcząc charakterystycznie. Ereden zbliżył się powolnymi, ale pewnymi krokami do giganta, wypatrując wzrokiem niewielkiej dziupli. 
- Kra kakamiri - zawołał Ereden. Nie minęła chwila, a z mroku dziupli w pniu starego dębu, wyłoniła się sędziwa głowa białoczarnego kruka. Ptak przekręcił z ciekawością głową, spoglądając na młodzieńca, który cierpliwie czekał na odzew. 
- Kraa! - wykrakał ptak. 
- Yyyy... kakri kraa ma krakari kre korr kree... - urwał Ereden, szukając słowa w kruczym języku - który wbrew pozorom, wcale łatwy nie był. Cóż z tego, że prawie każde słowo zaczyna się na "k"? Szkopuł polegał na tym, że każde jedno słowo trzeba odpowiednio zaakcentować. Inaczej kruk nie zrozumie przekazu. Basior zrzucił z siebie torbę i wyłonił z jej trzewi długi rulon pergaminu. Szybkim ruchem łapy rozwinął skórę i przejeżdżając palcem po wypalonym piśmie, szukał zgubionych słów -... kreke kreem mokori... - dokończył.    
 Kruk zakrakał głośno, jako odzew akceptacji, po czym schował się we wnętrzu dębu, by pojawić się ponownie, z grubym starym rulonem jeleniej skóry. Od strony licowej wyścielona była gęstym brązowym futrem - był to oczywiście element dekoracyjny. Kruk złożył pismo u łap Ereden'a, po czym wrócił na swoje miejsce. 
- Kra! - zaalarmował kruk. 
- Dobrze, oddam Ci to w całości - odpowiedział wymijająco Ereden, po czym zwrócił się do ptaka w kruczym języku, aby podziękować i ukłonić się nisko. Sędziwy ptak odkłonił się, kiwając dziobem i skrył się w mroku dziupli. 
- No dobrze, co my tu mamy - mruknął pod nosem basior, rozwijając pokryty starą sierścią wolumin, który skrywał w sobie teorię gramatyki języka Griffolk. Pod zawiłą teorią, został wypisany alfabet, mocno różniący się od tego, co znał. Wyobrazić więc sobie możecie, ile czasu młodemu zajęło nad rozszyfrowaniem tajemniczego zwoju. Na górnej części starej skóry był wypalony wizerunek małego jabłka z czaszką - już sam obraz mówił sam za siebie. To był złowieszczy zwój. Nie spodziewał się szczerze, że tak długo zajmie mu tłumaczenie traktatu - gdy skończył, uniósłszy głowę ku niebu, zdziwił się bardzo, widząc zniżające się słońce ku zachodowi - które i tak przyniosło mu połowiczne zwycięstwo. Za pomocą alfabetu Griffolk zdołał odczytać, że miał do czynienia z woluminem, opisującym najbardziej trujące drzewo na świecie, zwane przez botaników Manchineel, czyli "Drzewo śmierci". Mówi się, że jakikolwiek kontakt z nim, może grozić poważnym zatruciem... 
~ To jak? Nawet patrzeć na nie nie można? - parsknął pod nosem Ereden, pocierając łapą zmęczone oczy. O bogowie... wydawało się, że mu czaszka paruje - przyznać musiał, że to wymagało sporego wysiłku umysłowego. 
- Dobrze, że nie dostałem wodogłowia - mruknął do siebie, zabierając w pysk zwędzony Pawonie zwój, po czym szybkim truchcikiem zmierzał w do jej jaskini. 
~ Jak mówiłem. Zamierzam jej to zwrócić - powiedział do siebie w myślach młodzik. Jednak... gdy wkroczył bez pardonu do jaskini Pawony (miał nadzieję, że wadera jeszcze śpi) gdzie stała ona. Fiołkowooka wadera o piaskowej barwie futra. Nie wyglądała na zachwyconą, widząc Ereden'a z jej własnym łapopisem w pysku. Można by powiedzieć... była wkur***na. Stał tak naprzeciw niej, bez słowa, wpatrywał się w skrzące agresywnie oczy Pawony, aż w końcu bezwolnie wypuścił wolumin z pyska. 
- Pawona... - chciał zacząć, ale wadera przerwała mu, unosząc łapę. 

<Pawona? Proszę, nie bij xD> 

Ilość napisanych słów: 3182
Ilość zdobytych PD: 1591 + 15% (239 PD) za długość powyżej 3000 słów
Obecny stan: 1830 PD

czwartek, 5 maja 2022

Od Pawony do Eredena ~ "Więcej niż myślisz"

Piaskowa wadera mruczała pod nosem najróżniejsze przekleństwa w swoim ojczystym języku. Dlaczego? Otóż w natłoku nowych obowiązków stłukła bardzo ważne flakoniki z silnymi substancjami odurzającymi i musiała zrobić nowe.
– Fumps kopo! – Rzuciła gniewnie w stronę wiklinowej misy z wodą, znajdującej się nad paleniskiem, która nie chciała się zagotować. Niewysoka wadera nie spała już od trzech dni, a wiszący wysoko na niebie księżyc wiedział, iż fioletowo oka nie zaśnie, póty nie skończy swojej roboty. Wilczycę przepełniała frustracja z powodu dorzucenia sobie pracy. Energicznie machając ogonem, Shanar chodziła z jednej strony jaskini, na drugą, w poszukiwaniu potrzebnych jej składników. Nazwy? Po co komu nazwy? Kto by pomyślał, że jakieś głupie oznaczenia mogłyby jej znacząco ułatwić sprawę. Poza tym, co niechętnie lubi przyznawać, Pawana nie ma głowy do nazw, czy imion. Pamięta świetnie wygląd, zapach i przede wszystkim właściwości. Nie potrzebowała dotąd zapisków, chyba że pisała nowe zwoje. Oczywiście, gdy nadzieje się na nazwę jakiejś rośliny, o ile ją zna, będzie wiedziała, o co chodzi, jednakże wadera nigdy nie przykłada do tego większej wagi.
– Gdzie jest ten zielony, aksamitny proszek? Przecież jeszcze wczoraj go tu widziałam. – Rzuciła w powietrze, zatrzymując się przy wyżłobionej w ścianie półce. Przymrużając oczy, w końcu dostrzegła poszukiwaną przez siebie substancję. Używając swej zdolności, ostrożnie wyciągnęła kryształowe naczynie i ruszyła z nim w stronę misy z gotującą się wodą. Najdelikatniej jak potrafiła, odłożyła naczynie obok pozostałych składników, które niestety musiały poczekać, aż woda zacznie wrzeć. Nie chcąc marnować czasu, wilczyca sięgnęła po moździerz i cztery ogniste fasolki, po czym starannie zaczęła je rozcierać, tak że w powietrzu unosił się ostry aromat przypominający swym zapachem pieprz. Pawona z trudem powstrzymała się od kichnięcia. Na całe szczęście intensywna woń ulotniła się szybko, z powodu nagłego przeciągu. Zaniepokojona takowym zjawiskiem wadera po sprawnie zakończonym działaniu, ruszyła w kierunku wejścia do swej jaskini. Przez ciało wilczycy przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Wiatr przygnał chmury, jednak nie zapowiadało się na deszcz. Zjawisko to zwiastowało, iż noc będzie zimna, a dzień chłodny, czyli coś, czego kuzynka fenków nie cierpiała najbardziej. Zasłoniwszy wejście kotarą ze skór, Pawona wróciła do pracy. Woda właśnie się zagotowała i można było dodać starannie odmierzone składniki. Stara, wystrugana z udowej kości łosia chochla, była idealnym narzędziem do wolnego mieszania wywaru, który już samym swym zapachem zachwycał. Wilczyca miała wielką ochotę spróbować swego produktu, jednak wiedziała, że nie może sobie na to pozwolić, nie w czasie pierwszych tygodni w watasze. ~ Co sobie Alfa pomyśli? ~ zganiła się w myślach wadera. Shanar nie zamierzała się od razu pokazywać od tej złej strony. Propozycja relaksu była jednak bardzo kusząca i Pawona już wyobrażała sobie błogi sen, po zażyciu jakiegoś ze swych wyrobów i zakopaniu się w stosie puszystych futer, na piętrze nowego domu. Dla lepszego snu przeczytałaby jeszcze jakąś fajną powieść, spisaną na jednym ze zwojów z rodzinnej watahy.
– Mrr – pomruk rozkoszy wydobył się z pyska Pawony, gdy tylko zdecydowała, które romansidło będzie jej ofiarą, a zarazem towarzyszem wyprawy do krainy morfeusza.

< Rano >
Z dobrym nastawieniem czas szybko minął, a praca dobiegła końca. Była jakaś godzinka po wschodzie słońca, gdy Shanar sięgnęła łapą po mieszankę mięty, melisy, zielonej herbaty oraz suszonych pomarańczy. Jakaż rozpacz i złość ogarnęły zmęczone ciało wadery, gdy ta znalazła miskę z dosłownie jednym listkiem herbaty.
– To już herbaty mi zrobić nie dają?! Skąd mam teraz wytrzasnąć choćby melisę?! – Pawona niewiele myśląc, cisnęła naczyniem o najbliższą ścianę. Kryształ rozpadł się z głośnym trzaskiem tłuczonego szkła, a to, co po nim zostało to tylko listek i perłowy proszek. Wadera stała cała nastroszona, wpatrując się w to, co zrobiła, jak w jakiś najpiękniejszy obrazek, by po chwili jej oddech zwolnił, a sierść opadła. Gdy napięcie powoli opuściło jej ciało, piaskowa hybryda fenka i wilka sprzątnęła bałagan, po czym wyszła na zewnątrz, aby zaczerpnąć świeżego powietrza i choć odrobiny promieni słonecznych, którym co jakiś czas udawało się przebić przez gęstniejące chmury. Shanar usiadła, szukając w swej pamięci informacji o jakimś zielarzu, bądź zielarce. Jej oczy zabłysły, gdy znalazła słowa pasujące do klucza. Od razu poderwała się i truchtem ruszyła w kierunku jaskini niewidomej, kremowej wadery, której imię brzmiało prawdopodobnie Nabi. Z tego, co wspominała wadera, przy ich pierwszym spotkaniu, kremowa zajmowała się roślinami. Shanar jednak nie mogła dać sobie za to łapy uciąć. Gdy zbliżała się do mieszkania poszukiwanej wilczycy, wadera wyczuła aromatyczne zapachy ziół, ale i również świeży zapach innego wilka. Ewidentnie był to basior. Mieszanina gruszki i kwaśnego jabłka wyjątkowo dobrze się ze sobą komponowała, sprawiając przyjemne wrażenie. ~ Czyżby wilczyca miała gościa?~ Zastanawiała się piaskowa. Przed wejściem do jaskini postanowiła zawołać jej właścicielkę, aby nie doszło do niekomfortowej sytuacji.
– Nabi? Hej, tu Shanar. Nie przeszkadzam? – Spytała i chwilę czekała na odpowiedź, aż z pogrążonego mrokiem korytarza wyłoniła się kremowa sylwetka.
– Witaj. Co cię do mnie sprowadza. – Spytała. Pawona nie wiedziała, jak wilcza siostra to robi, ale swoje oczy miała skierowane wprost w kryształowe patrzałki pisakowej. Potrzebowała krótkiej chwili, by dobrać słowa. Zmęczenie dawało o sobie znać, jednak nic oprócz przekrwionych oczu i nieco wolniejszych reakcji nie dawało o tym znać. Pawona wzięła wdech, po czym niechętnie przyznała, czego poszukiwała.
– Nie masz może zapasu melisy? Albo, czy mogłabyś mi zdradzić, gdzie ją znajdę? Jeszcze nie odnajduję się zbyt dobrze w okolicy. – Przyznała jak szczerej przyjaciółce. Kremowa wilczyca jednak pokręciła głową.
– Niestety, nie mam wystarczających zapasów w jaskini, ale Ereden mógłby Cię zaprowadzić w odpowiednie miejsce. – Oznajmiła ze spokojem niewidoma. Pawona zastrzygła uszami, słysząc nowe imię. – Eredenie? Spotkamy się następnym razem. Pomożesz naszej alchemik. – Oznajmiła, gdy tylko sylwetka basiora zaczęła wyłaniać się z jaskini. Pawona zwróciła swój wzrok w kierunku zdecydowanie wyższego od niej basiora. Przedstawiciel płci przeciwnej miał niemalże śnieżną sierść, zdobioną z rzadka czarnymi znaczeniami i waniliową „maską” na pysku. Jego świecące oczy zmierzyły Pawonę. Wilk musiał opuścić nieco pysk, by dokładnie jej się przyjrzeć, z kolei wadera musiał swój zadrzeć do góry.
– Dobrze – Mruknął do Nabi. Zapewne milczałby, gdyby nie fakt, iż wadera była niewidoma. Milczenie wilka było nawet Shanar na łapę, byle by dostała to, czego szukała. Po chwili przypatrywania się sobie i szufladkowania na różne sposoby nadszedł czas by wrócić do ważniejszych spraw.
– Możemy ruszać? – Spytała prosto z mostu piaskowa, gdyż Nabi opuściła dwójkę wcześniej. Czekała na ruch basiora, gdy ten przytaknął ruchem głowy i ruszył w tylko sobie znanym kierunku. Shanar dumnym, jak to ma w zwyczaju, krokiem ruszyła za nim. Para wilków szła przez zielony las. Zbliżało się lato, a sam obraz był piękny, mimo iż słońce praktycznie nie wyłaniało się zza chmur, czy też gałęzi. Pawona skrycie podziwiała i fascynowała się tutejszą przyrodą. Klimat umiarkowany jest dla niej czymś nowym i fascynującym. Chłodne pory roku nie przeszkadzały jej tak bardzo, gdy mogła podziwiać takie cuda natury. Wadera musiała jednak przyznać, że obawiała się zimy, o której tyle słyszała, a nie miała nigdy z nią odczynienia. Wilki szły w ciszy. Wadera pogrążona w swych myślach i fantazjach, które zapobiegały jej zaśnięciu na łapach, a młody basior z czujnie postawionymi uszami. Ereden nie oglądał się za siebie. Chciał mieć już to zadanie z głowy. Jakaż była jego ulga, gdy dotarli na miejsce.
– To tutaj – Oznajmił wilk, zatrzymując się przed niezbyt stromym zboczem boru, którego podłoże wyścielał dywan z melisy lekarskiej. Zamierzał odejść, jednak głos wadery zatrzymał jego działanie. Ereden spojrzał na Wilczycę, która skupiwszy swój wzrok na roślinach, zwracała się ewidentnie do niego.
– Mógłbyś mi pomóc? Potrzebuję większych zapasów, a szkoda iść taki kawał tylko po kilka gałązek. – Było to raczej stwierdzenie niżeli pytanie, jednak głos wilczy miał w sobie coś takiego, że basior bez sprzeciwu przytaknął ruchem pyska i dumnym, acz energicznym krokiem zabrał się do zbierania roślin. Piaskowa wadera, zadowolona z takowego przebiegu sytuacji, również ruszyła do pracy. Zanurzyła się niczym rekin, w morze ziela, tak że tylko głowa wystawała jej od czasu do czasu ponad busz. Wyćwiczonymi ruchami ogona, zebrała rosę z okolicznej roślinności i splotła z niej coś na kształt sieci, do której to wrzucała zerwane przez siebie gałązki z dorodnymi liśćmi. Gdy sieć się zapełniła i pyski wilków również, nasi bohaterowie udali się wolnym krokiem w kierunku jaskini wadery. Zbliżało się południe, a piaskowa wilczyca niezależnie od woli od czasu do czasu uginała się na łapach. Nie uniknęło to uwadze basiora, jednak ten, milczał, widząc, iż Shanar uparcie szła dalej.

< Na miejscu >
Po dotarciu do jaskini wilczycy, palenisko nadal lekko się tliło, uwalniając przyjemny żar, grzejący wnętrze. Dom wadery składał się z dwóch poziomów. Parteru, gdzie to znajdowało się palenisko nieopodal szczeliny (wentylacji), wyżłobiona kamienna misa, do której zbierała się deszczówka, kąt ze stołem oraz półkami, na których stały kryształowe naczynia, w większości wypełnione różnymi substancjami oraz coś, co miało przypominać i pełnić funkcję schodów. Parter wyposażony był w otwór przypominający okno (obok misy z wodą), przez który Pawona zaopatrywała się w deszczówkę oraz wejście. Oba otwory obrobione zostały w taki sposób, by można było je zasłonić grubymi skórami. Na piętrze z kolei dwie ściany wypełnione były różnymi zwojami spisanymi na skórach (w tym znaczna część na skórach aligatora) oraz ogromne posłanie leżące w centrum. Legowisko skonstruowane było ze sporej ilości, grubych i miękkich futer, głównie w białych, kremowych oraz piaskowych barwach. Uroku temu miejscu dodawały suszące się wiązki ziół oraz grzybów, a także coś na kształt niewielkiej norki, w której to poukrywane były różne pióra, zwierzęce nóżki, łuski i inne cudactwa. Gdzieniegdzie mrok jaskini rozświetlały fluorescencyjny mech lub porosty. Całość wkomponowana została w spory klif znajdujący się w lasku, dosłownie pięć minut od Jeziora Lac de Cristal. Dość daleko od jaskiń pozostałych członków watahy, jednak owo miejsce było specjalnie wyproszone u władz. Argument, który przemówił to wyjątkowe właściwości tutejszej wody, po którą trzeba by było pofatygować się przez większość terenów watahy.
Wadera odgarnęła łapą kotarę ze skory i wpuściła basiora do środka, po czym sama wkroczyła za nim. Sufit był dość wysoki, głównie przez wzgląd na bogactwo aromatów, które musiały się tu pomieścić. Pawona ruchem uszu wskazała Eredenowi schody prowadzące na piętro. Gdy ten nieco niechętnie poszedł w wyznaczonym kierunku, Shanar ugięły się łapy, sprawiając, że z cichym jękiem wylądowała w niezbyt zgrabnej pozycji leżącej. Wykończona pozwoliła sobie na chwilę odpoczynku. Wzięła kilka wdechów i wydechów po czym, wykrzesała z siebie resztki energii na dotarcie do miejsca docelowego. Nim zwróciła uwagę na poczynania basiora, odstawiła cały zapas melisy w kąt, a wodę wyprowadziła pod krzak na zewnątrz. Opadła jak długa, na swoje legowisko, po czym odwróciła pysk w stronę basiora.
– To pólka z powieściami – Wymruczała, a basiora przeszedł ledwo zauważalny dreszcz. Odwrócił się podenerwowany w stronę właścicielki tejże kolekcji.
– Wiem. Tylko się rozglądałem. – Powiedział zdecydowanie, choć wilczycy coś podpowiadało, że był podejrzany. Olała swoją intuicję, chcąc na chwilę zregenerować siły na tyle, by móc w znośny sposób podziękować wilkowi za pomoc. – Ładna kolekcja. – Przyznał po chwili basior. ~ Oczywiście. W końcu moja. ~ Pomyślała.
– Dziękuję. Może kiedyś pożyczę Ci jakiś łapopis. – Odpowiedziała po chwili. – To wszystko, możesz iść. Dziękuję za pomoc. – Nie czekała jednak na to, co zrobi wilk. Oczekiwała, iż był on na tyle ułożony, że się zmyje. Zasnęła, wykończona trzema dniami pracy. Ereden jednak nie opuścił jaskini piaskowej wilczycy. Stał i przez chwilę mierzył każdy jej centymetr wzrokiem, by po chwili podejść jeszcze raz do półek ze zwojami i zabrać jeden z nich. Wypalona była na nim obrazkiem małego jabłka z czaszką w środku. Ów piktogram wyraźnie zaciekawił młodzika. Był to zwój o Hippomane mancinella, jednak spisany został w ojczystym dialekcie Shanar, czego nie był jednak świadomy wilk. Ereden ostrożnie opuścił progi jaskini, po drodze przyglądając się kolekcji składników na parterze. Basior spacerkiem udał się, w sobie znanym kierunku, pozostawiając śpiąca alchemiczkę i jej dom, daleko w tyle.


<Eredenie?>

Jak Ci pójdzie odczytywanie „szyfru”? Myślisz, że Pawona zauważy brak, zwoju, czy pożyczenie go uszło Ci płazem? Nazwa rośliny nie jest napisana wprost. Ona również została zaszyfrowana ;3
Dla chętnych dodam, że oprócz różnicy języka używany jest też inny alfabet ;)

PS. (przerywniki i dopiska do słów „uszło Ci płazem?” mają łącznie 21 słów ;3)

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1903
Ilość zdobytych PD: 951 + 5% (47 PD) za długość powyżej 1000 słów.
Obecny stan: 998