Newsy



:Aktualności
.Blog przechodzi obecnie renowację
.Już niebawem pojawią się nowości

:Pogoda
Obecna pora roku ~ Jesień
.Temperatura waha się między 10+ a 0- stopni Celcjusza
.Zmiana pory roku nastąpi 15.12.2022

Liczba wilków ~ 27
Wadery ~ 18 + 1 NPC
Basiory ~ 7 + 4 NPC
Szczeniaki ~ 1
Nieobecni: Brak

~Serdecznie zapraszamy♥~

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ereden. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ereden. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 listopada 2022

Od Ereden'a c.d Sininen ~ "Tam, gdzie opadnie bitewny pył"

 Ereden w końcu wstał, przeciągnął się leniwie, aż mu w kręgosłupie trzasnęło, lecz Sininen nawet nie drgnęła. Samiec znał swoją siostrę i wiedział, że mimo, iż głowę zaprzątała sobie w tym momencie nauką, jej czujność trwała nadal. Dzisiaj postanowiła nigdzie nie wychodzić - rozpoznał to po jej przemianie. Nie musiał nawet nikogo pytać o zależność jej przemian ze skrzydlatej postaci na tę drugą... obserwacje same wysunęły mu odpowiedź przed nos. Zwinął wszystkie, cenne dla niego zwoje, wsunął je w głąb zakurzonej półki stojaka, tam gdzie ich miejsce, po czym skierował się do odnogi, która prowadziła do części jadalnianej jaskini. Napił się trochę, ukradkiem zaś spojrzał na kamienne naczynie, stojące nieopodal. 
- Przynieść ci coś do picia? - miał ochotę zapytać, lecz wiedział, że Sini nie odpowie. Od czasu porwania ich matki, Sininen nie odezwała się do niego ani słowem. Ba! Gdyby nie rozmowy z ojcem, których był świadkiem, w ogóle zapomniałby, jak brzmi jej głos. Zaspokoiwszy pragnienie, wyszedł z jaskini, mijając swoją siostrę - chyba zorientowała się, że wychodzi, bowiem całe jej ciało rozluźniło się nagle, dostrzegł to dość wyraźnie. 
Spotkał ojca w towarzystwie Belief - Ereden słyszał, że wadera była jego nowym nabytkiem do treningu. Ereden ukłonił się uprzejmie i przywitał waderę ciepłymi słowami - basior nie tylko mógł pochwalić się północną urodą, lecz także bezbłędnymi manierami, o które zadbała Pawona. Odkąd jego spotkania z piaskową fenką rozszerzyły się od jego ostatniego incydentu z nią, jego dawne prostackie zwyczaje poczęły zanikać. 
- Ty jeszcze nie u Nabi? Wspominała coś, że dzisiaj potrzebuje cię u siebie - powiedział ojciec, nie patrząc na niego. Skupiony był na mknących w rzecznej toni rybach, próbował chwycić jedną w pysk. 
- Pójdę do niej za chwilę - odparł bez przekonania Ereden. - Chciałbym z tobą pobyć chwilkę... 
Naharys uniósł lekko brew, kiwnął przyzwalająco po czym poklepał miejsce obok siebie. Wadera oznajmiła, że nie będzie im przeszkadzać, po czym podniosła się z miejsca i potruchtała w stronę poligonu, gdzie zazwyczaj ojciec trenował rekrutów. Ereden usiadł, nie będąc pewien, jak zacząć rozmowę... w sumie, nawet nie zastanawiał się, jak ją zacząć. Wyczekał na odpowiedni moment i zanurzył pysk w rzeczną toń, z sukcesem chwytając mocno w zęby wyrywającą się rybę. Machała szaleńczo płetwą, rozwierała i zamykała na przemian pysk, jakby się dusiła. 
- Nieźle, synu - pochwalił go Naharys. - Czy przyszedłeś tylko po to, aby zdeptać moją dumę? 
Ojciec zaśmiał się, tuląc Ereden'a do siebie. Przyjął od niego rybę, oznajmiając, że będzie z niej wyśmienity obiad. Po schwytaniu trzech bądź czterech ryb, Ereden w końcu wypalił. 
- Tato, jak długo Sini będzie mnie od siebie odtrącać? 
- Ah, ty nadal o tym? - Naharys mruknął cicho, rysując na ustach grymas zmartwienia. - Pamiętasz moją radę? 
- Tak! - rzekł basior, rezygnacyjnie obracając oczami. - Mam dać jej czas, ale... ile? Nie mam zamiaru przez całe życie czuć się winnym za swoje szczenięce wybryki. Chciałbym podejść do niej, powiedzieć te głupie "przepraszam", ale ona mnie odtrąca! 
- Dla ciebie może być to głupie słowo - odparł ojciec. - Dla niej może oznaczać coś więcej. Możesz przepraszać ją, ile chcesz, ale jeśli nie powiesz tego szczerze. Synu, powiem Ci coś... czasami szczere słowa znaczą więcej, o wiele więcej, niż sobie możesz wyobrazić, niż jedno, wypowiedziane dla świętego spokoju. Prawda, szczera prawda, bywa czasem jak cierń w tyłku, a też czasem, niczym iskierka. Prawda boli, prawda ociepla... ale lepsza prawda, niż zwyczajne kłamstwo. 
- Ale... ja chcę jej powiedzieć szczerze, że żałuję! 
- Musisz z tym poczekać. Ostrzegałem cię. Staram się ją poskładać do całości. Każdy kiedyś potrzebuje czasu dla siebie, aby przemyśleć... 
- Więc ile mam czekać, aż ona przemyśli? Aż okulawiejemy  ze starości? 
- Cierpliwości, synu - odparł Naharys ciepłym tonem. - Cierpliwości, ale i też dobrych chęci. Niech Sini zauważy, że się starasz. 
Ereden wciągnął nerwowo powietrze w płuca do granic możliwości, po czym wypuścił je z głośnym, gardłowym warknięciem, spojrzał we własne odbicie w nurcie płynącej rzeki. 
- Tak będzie, tato... 
Naharys uśmiechnął się, przy tym zachichotał pod nosem, obejmując syna wokół szyi, przygarnął go do siebie. Ojciec lubił okazywać ciepło wobec swych dzieci. 
- Brakuje mi mamy - zwierzył się Ereden, odchodząc od tematu. - Nadal zastanawiam się, czy ona...
- ... ja też. - odparł Naharys. Ereden usłyszał, jak na wzmiankę o swej matce, a o jego ukochanej waderze, serce podskoczyło nagle. Jakby ono także tęskniło. Ereden odsunął policzek od piersi ojca, nic już więcej nie powiedział. 

***
Jesień była w tym roku dość spokojna. Ereden dorobił się dodatkowej, grubej warstwy futra w okolicy szyi, tworząc w ten sposób puchaty, biały kołnierz. To samo na klatce piersiowej, grzbiecie i ogonie. 
 Wiatr, ciągnący od zachodu, poganiał puchate chmury na błękitnym niebie, słońce raziło nieubłaganie, liście mknęły w powietrznym tańcu. Ereden zaklął cicho, bo babie lato zaplątało mu się między uszy. 
Sininen siedziała w swej bezskrzydłej formie, zatopiona w lekcjach strategii do tego stopnia, że zdawała się być odizolowana od otaczającego ją świata. Stała się dojrzałą waderą, piękną, zabójczo skuteczną. A jej ciągłe treningi kształciły w niej więcej, niż można sobie wyobrazić. Można by rzec, że Sini sięgała prawie niemal miana "żołnierza doskonałego". 
Obserwował ją nadal, oddalony na pewną odległość, aby nie mogła go dostrzec, ani tym bardziej wyczuć - wiatr pędził w przeciwną stronę. Myśli miał te same, a rezultat niezmienny. Jak podejść do Sini, powiedzieć choćby samo "przepraszam". Serce podskoczyło mu na samą myśl. Wahał się... to posunięcie wręcz graniczyło z panicznym strachem... Nie krył strachu.  
- Bądź basiorem! - warknął sam na siebie w myślach. Jego wewnętrzny ton wręcz zabrzmiał pogardliwie wobec siebie samego. Nadal będziesz skrywał się w krzakach, jak tchórz, czy może coś łaskawie zrobisz, do cholery jasnej!
Nawet to nie pomogło. Miał rację. Jestem tchórzem, pomyślał gorzko. 
Wyszedł z krzaków, lecz nie uczynił tego w celu podjęcia próby zagadania do siostry, lecz skierował się w przeciwną stronę, ze spuszczonymi uszami. Ogon smętnie obijał się, to na lewo, to na prawo, a w głowie Ereden'a zaczęła rodzić się wściekłość. Szaleńcza wściekłość, której nie w sposób mógł kontrolować - jego mięśnie napinały się mocno. Boleśnie wręcz... pasożyt uaktywnił się w jego głowie. Jego wzrok zaczął dostrzegać więcej szczegółów, słuch wyostrzył się kilkukrotnie, a siłą w łapach mógł dorównywać niedźwiedziowi... i gniew, który domagał się wyładowania. 
Pazury cięły raz po raz korę starego dębu... cios za ciosem sprawiał coraz to większą satysfakcję. Gniew marszczył policzki, ukazując długie, śmiertelne kły, błyskały w świetle słońca. Ereden, jak niedźwiedź, stanął dębem na dwóch tylnych łapach i najsilniej, jak potrafił, uderzył w pień, aż większa jej część drewna oderwała się, ukazując wnętrze drzewa. Nie poczuł nawet bólu skręconej kończyny, ale wiedział, że złym pomysłem będzie ponowne uderzenie. Pozostało mu więc dyszeć ciężko... znosić ciążący proces furii, jaki wzmógł u niego pasożyt za sprawą adrenaliny - wręcz buzowała w jego żyłach. 
Uniósł głowę, zerknął na postać, która pojawiła się nagle. Jego oczy, napełnione czernią, wypełnione szaleństwem, które aż wylewało się na porysowane szramami powieki, zarejestrowały obecność Sininen. Cholera! Odwrócił się od niej, próbując powstrzymać dalszy wybuch furii. Nie chciał, aby widziała go w takim stanie. Nie potrafił. 

<Sininen?>

 PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1130
Ilość zdobytych PD: 565 + 200% (1130 PD) 
Obecny stan: 1695 PD

wtorek, 5 lipca 2022

Od Ereden'a do Sininen ~ Tam, gdzie opadnie bitewny pył


 Nutka, która mi dała inspiracyjnego kopa 

Niby uważa się za odważnego, porywczego, pełnego śmiałości, wydawało mu się, iż jego upartość dorównać może tylko siła w mięśniach i umyśle. A mimo tego, ze smutkiem stwierdzał, że nigdy nie odważy się wykonać tego jednego kroku. Kiedy czuł, że jest zbyt słaby, pozostawało mu tylko siedzieć i obserwować. Jego najmłodsza siostra nie zdawała sobie sprawy z jego obecności, siedziała przy spadzistym brzegu spokojnie płynącej rzeki, w spokoju gasząc pragnienie. Była w swojej zmienionej, bezskrzydłej formie, z jej punktu widzenia, będącej niewątpliwą izolacją od tej pierwotnej. Wyraz na pysku Ereden'a nie zmieniał się długo, przyglądał się waderze z tym samym, znajomym u niego grymasem; usta pozbawione uśmiechu, wydatne policzki zastygłe w bez ruchu, jakby sparaliżowane, choć w głębi siebie czuł, że musi w końcu postąpić ten krok. Nie był już tym samym, przesyconym nienawiścią i gniewem szczeniakiem, nie czuł już do Sininen tego, co można by nazwać... odrazą. 

Uwierz mi, drogi czytelniku, łapy go świerzbiły - aby w końcu podejść i rzucić siostrze w pysk... no to może zbyt agresywne stwierdzenie - powiedzieć prosto w oczy, jak bardzo mu przykro. Przykro mu zrujnowanych przez niego jej szczenięce lata. To czas, kiedy powinno się czuć beztroską radość z życia, pełnego przygód i niezapomnianych chwil. A jedynie, co wadera zdołała z tego wyciągnąć, to łzy, ból psychiczny i kompletnie zaniżona samoocena. 
Nie czuł się dumny z tego, co czynił w jej życiu, brat nienawidził siostrę - dopiero choroba otworzyła mu oczy, dała wgląd na to, jakim okrutnym potworem był dla Sininen.
~ Myślałeś o wstręcie, gdy patrzyłeś na swoje siostry! - Omamie głosy dręczyły go nawet we śnie, bo kiedy zamykał oczy, pod powiekami rozrysowywały się mu demoniczne kontury "Satysfakcji" dorosła wersja jego samego. W blasku i mroku, widział zarys jego długich, morderczych zębów, które bez oporu wbijały się w skórę jego siostry, krew strumieniem cieknąca mu brodzie, brudziła kamienistą nawierzchnię jaskini. Zapach juchy i odgłosy rozrywanego mięsa, wkomponowanego w melodię trzaskających kości. Nigdy nie wrzeszczał, gdy wybudzał się z koszmaru. Mięśnie napinały się mocno, niby zmęczone, jakby po ciężkim treningu, a kiedy spoglądał na śpiące spokojnie Shori i Sininen, całe i zdrowe, co najważniejsze, bezpieczne, Ereden ronił kilka łez, drżąc przy tym, jak mały skrzywdzony basiorek. Po prostu zakrywał łapami nos i kwilił - dla niektórych może wydawać się to żałosne, godne śmiechu i pogardy. Prawda jest jednak taka, iż zamiast tak się czuć, jego wnętrze trawił żal. Niczym kwas albo płomień. 
~ Przestań! Przestań to robić! - słyszał te słowa za każdym razem, gdy wybudzał się z koszmaru. 
Wtedy zazwyczaj szukał spokoju i wyciszenia nad ospale płynącym nurcie rzeki. Melodia szumu wody, rozbijającej się o wystające głazy. Spokój też przynosił mu widok płynących w stronę odpływu sumów, które od czasu do czasu, wynurzały swoje wąsate pyski. Pobliska orkiestra świerszczy, nawoływanie sowy w oddali, skrytej wśród mroku drzew - ogólne odgłosy natury, to wszystko, co mu było potrzebne, aby otrząsnąć się ze strachu. Lubił także przesiadywać nad brzegiem czarnego źródełka, nad którym pochylała się samotna topola. Basior lubił zanurzać się w jej cieniu, opierając się plecami o grubą korę i czekać, aż sen ponownie znuży jego powieki. Sielankowy spokój zazwyczaj był przerywany wizytami jego ojca, który niepokoił się nieobecnością syna, kiedy budził się wczesnym rankiem, aby przygotować się do treningu. Ereden często, budząc się, widział zmartwienie w oczach Naharys'a - a to też wzbudzało w nim poczucie irracjonalnego poczucia winy. Wydawało mu się, że nawet dla ojca bywa wielkim rozczarowaniem... albo to tylko jego absurdalne wymysły. 
- Powiesz mi w końcu, co się z Tobą dzieje, synu? - zapytał pewnego dnia Naharys. 
- Nic. - rzekł Ereden. Naharys wyczuł kłamstwo po tym, jak Ereden odwrócił głowę, z głęboko rysującym się zażenowaniem na pysku. 
- Przecież widzę, że coś nie gra - ojciec trzymał się swej pozycji i nie ustępował łatwo. Podszedł, pewny siebie, usiadł po prawicy syna, zmierzył go uważnym wzrokiem. - Nie okłamuj mnie. 
- Po prostu, nie chcę o tym rozmawiać! - odparł Ereden. Jego ton wydawał się rozdrażniony i nic dziwnego, bowiem młody, już od jakiegoś czasu, układał sposób na problem, który według niego, wydawał się niemożliwy do rozwiązania; Pogodzić się z Sininen. Doskonale wiedział, że owa sytuacja wymaga czasu i poświęcenia, zdawał sobie sprawę, że ze starszą siostrą nie pójdzie mu tak łatwo, jak z Shori. Od ponad dwóch miesięcy próbował zbliżyć się do Sini - efekt był, jak można się domyślić, nie był zachwycający. Sininen, na każdą propozycję rozmowy bądź nawiązanie rodzinnych relacji, odtrącała oschle i traktowała zimnym spojrzeniem - gdyby wzrok mógł zabijać, Ereden już dawno użyźniałby glebę, dwa metry pod powierzchnią. 
- Synu - odparł ojciec. Jego ton zmienił się diametralnie. Już nie dźwięczał tak troskliwie i ciepło, lecz stanowczo i poważnie. Jakby w tym momencie nie przemawiał do niego ojciec, lecz Kapitan. - Możesz mi powiedzieć, to ułatwi nam obu sprawę. Ja dowiem się, o co chodzi, aby w razie możliwości, wspomóc cię, a tobie ulży na sercu. 
- Wspominałeś, że w razie możliwości, wspomożesz mnie - mruknął Ereden, kręcąc głową. - Lecz nie wiem, czy jest ktoś, kto jest w stanie mi pomóc. Zwłaszcza ty, tato. 
Ereden, w tamtym momencie mógł spodziewać się wszystkiego, nawet karcącego krzyku ojca, bo lubił karać za podobne odzywki, lecz nie tego, że wybuchnie nagłym śmiechem. Naharys po prostu zadarł głowę do tyłu i zaśmiał się z szeroko otwartym pyskiem, jakby przed chwilą usłyszał od syna bardzo dobry żart. A kiedy przestał, na jego twarzy ponownie pojawiła się powaga, zimna i bezlitosna. W bursztynie jego oczu zachowały się ciepłe płomienie. Troska i ojcowska miłość. 
- Jesteś moim synem. Wiedz, że zrobię wszystko, aby Ci pomóc. Ale nie pomogę Ci, jeśli nie wiem o co chodzi. Mów więc. 
- Chodzi o Sininen. - zwierzył się w końcu Ereden, choć w głębi, nie wiedział sam, czy dobrze zrobił, że otworzył przed ojcem swoje problemy. Zazwyczaj rozwiązywał je sam, lecz stojąc przed obliczem jednego z nich, czuł się bezsilny. Mały i bezbronny. 
- Ah. Nie dziwię Ci się. Dawałeś jej popalić za szczeniaka. - stwierdził ojciec. Ereden zmarszczył czoło, wyczuł w tonie ojca oskarżenie, choć ze strony Naharys'a brzmiało to kompletnie inaczej. 
- Jeśli twoja pomoc ma polegać na dołowaniu mnie, to już wolę, abyś zostawił mnie w spokoju. - powiedział zrażony Ereden, nie spoglądając na ojca. 
- Nie chcę cię zdołować, niech mnie bogowie pokarają, jeśli kłamię - odparł Naharys, kręcąc głową. Uniósł powoli łapę, czule owinął syna pod szyję i przygarnął do siebie. Młody posłyszał spokojny rytm serca i ciepło piersi ojca. - Wybacz, jeśli cię tym skrzywdziłem, synu. 
- Nic się nie dzieje. - odpowiedział Ereden. 
- A jeśli chodzi o sprawę z Sini... 
- Tak? 
- Daj jej chwilę - odparł po dłuższej chwili milczenia, którą Naharys poświęcił na obserwacji samotnie płynącego nartnika po powierzchni ciemnej wody źródła. - Odkąd wasza matka zaginęła, wydaje się być roztrzaskana. Staram się ją jakoś poskładać, ale z marnym skutkiem i tobie radzę, nie wyręczaj mnie w tym, bo uwierz mi, przegrasz starcie. Sini po prostu... potrzebuje czasu. Próbuję uszczęśliwić ją wspólnym treningiem, spacerami czy podróżami, ale zawsze gdy spoglądam jej w oczy, widzę tylko... hmmm... obojętność? Sam nie wiem, jak to nazwać. 
- Jak do tej pory, skutecznie skrywała swoje uczucia. - odezwał się Ereden spokojnym tonem. 
- Przede mną, synu - Naharys uniósł łapą jego podbródek, aby pochwycić kontakt wzrokowy z synem - nie ukryje się nic. Możesz ukrywać emocje, choćbyś nie wiem, jak się starał, twoje oczy powiedzą mi prawdę, a tym bardziej łzy. Oczy i łzy nie potrafią kłamać. 
- Co mam więc zrobić?! 
- Powiedziałem już - Naharys wypuścił syna z objęcia - daj Sininen czasu. 

***
 Ereden uniósł leniwie głowę znad starego woluminu - opisującego morfologię i działanie posoczniarza - strzelił kręgami w szyi, aż miło i ziewnął przeciągle. Potem drugie, co zrobił, to wyjrzał na granatowiejące niebo przez otwór w sklepieniu - przez który odprowadzany był dym z paleniska - i stwierdził, że to już czas spać. Lecz zanim ułoży się do snu, pomyślał o ciepłej kąpieli - wydawać się mogło, że to jego jedna z najbardziej znienawidzonych czynności w rutynie, lecz ojciec skutecznie wpoił mu do głowy podstawowe zasady higieny - i wtedy do jaskini weszła Sininen. Nie uraczyła go nawet przelotnym spojrzeniem, potraktowała go niczym powietrze, minęła bez słowa. Basior wcale się jej nie dziwił. Miała prawo go nienawidzić, ale na bogów ~ Wiem, że nie istniejecie - nie można do końca życia gniewać się o jedno. 
~ Daj Sininen czasu - przypomniał sobie słowa ojca, jego głos odezwał się w jego głowie, jakby Naharys był tuż obok niego. Usłuchał i nawet nie myślał już o tym, aby podejść do siostry. Spuścił wzrok, udając że zajmuje się lekturą.

           "Posoczniarz zalicza się do grona śmiertelnie trujących roślin z rodziny psiankowatych, najszerzej rozpowszechnionych na południowych i wschodnich krańcach kontynentu. Liście, kształtem podobne do grotu strzały, magazynują w sobie ilości trucizny, odpowiednio dużo, aby powalić dorosłego jelenia. Toksyna z przerażającą prędkością i skutecznością paraliżuje ośrodkowy układ nerwowy, doprowadzając do śmierci ofiary poprzez uduszenie. Są to rośliny obupłciowe, rzadko zdarzają się te, wyposażone w męskie gamety. Kwiat uformowany jest z pojedynczego, grubego płatka, uformowanego w szeroki dzban z umiejscowionymi na jego środku pręcikami. Po sukcesywnym zapyleniu, wyrasta i rozwija się pojedynczy owoc o słodkim, łagodnym smaku.,,"

Sininen westchnęła ciężko, jakby zmęczona po całym dniu nauki i treningu. Słyszał o jej osiągnięciach w dziedzinie strategii wojennej, wiedział że jest w tym dobra. Zatracała się w dalszej nauce, chłonęła wiedzę, niczym młody kormoran soczyste ryby. Wydawać się mogło, że właśnie w ten sposób próbuje zakłócić dojmujący w jej wnętrzu żal po stracie matki. Ereden również go czuł - pomimo, że była dla niego strasznie surowa, za to, jak traktował Sininen za szczeniaka, brakowało mu jej bardzo. Matka to najwyższa świętość, szanować i kochać ją trzeba. Oraz dobrze wspominać. 
Zakłuło go nieprzyjemnie w sercu, kiedy pomyślał o Pinie - może to ukłucie tęsknoty? Sininen przesunęła coś po nawierzchni, dźwięk podsuwał mu, że to kamienne naczynie, wypełnione jakimś naparem - melisy i koziołka z tego, co podpowiadał mu węch. Środek uspokajający, który też dobrze wspomagał sen, jeśli wierzyć naukom Cioci Lonyi. 
~ Nie zamierzam reagować. Jeszcze nie - mruknął w myślach basior i z takową intencją, wstał, bez słowa wszedł do odnogi jaskini, gdzie mógł w spokoju zażyć kąpieli. 

<Sininen?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1634
Ilość zdobytych PD: 817 + 5% (41 PD) za długość powyżej 1000 słów
Obecny stan: 858

poniedziałek, 20 czerwca 2022

Od Ereden'a c.d Lonya ~ Druga Natura

 Ta noc stała się dla Ereden'a nużącą zagadką - głównie przez to, co ciotka Lonya powiedziała mu o jego... głównym problemie, natury czysto biologicznej. Czuł się dziwnie, wręcz irracjonalnie kiedy dopadała go myśl, że coś w nim tkwi. 
~ Właśnie jakiś pasożyt przyczepił się mi do czerepu! - myślał na okrągło Ereden, nie mogąc zasnąć. Wpatrywał się badawczo w migoczące pomarańczowe światło fluorescencyjnych grzybków, które porastały wysokie sklepienie lecznicy. Powiedziałoby się wręcz, że Ereden wpadł w przeświadczenie, iż to, co tkwi wewnątrz niego, obserwuje każdy jego ruch. Każdą jedną myśl. To nie dawało mu spokoju - te myśli były, jak trąd! Ciężkie do zniesienia i zwalczenia. W końcu podniósł głowę lekko sfrustrowany z bezowocnej bezczynności, otrząsnął futro z zaległego piasku i pyłu - w trakcie tego poczuł lekki zawrót głowy, po czym zachwiał się lekko na słabych łapach. Kiedy wyszedł z przedsionka, wyłonił ciekawsko głowę zza skalnej ściany, aby rozejrzeć się po lecznicy. Nocną porą, po zaspokojeniu wszystkich potrzeb, pacjenci pozasypiali w spokoju, a tym samym, ciotka Lonya miała czas wolny, który jak się później okazało, poświęcała go na studiowaniu zwojów. Pochylając się nad nimi, wadera wydawała się być odizolowana od doczesnego świata - Ereden zaś nagle wyobraził sobie, że w tym momencie ma przed sobą małą waderkę, a obok niej wetknięta w skalną szczelinę tabliczka z napisem "nie przeszkadzać, bo zatłukę". Kiedy Ereden zbliżał się powoli, Lonya ani rusz nie odrywała wzroku od pergaminu, jakby jej cały świat został zamknięty w drobnym tekście wypalonych runicznych znaków. 
- Teraz już wiem, dlaczego lubisz nocne zmiany - powiedział Ereden, tym samym wyrywając Lonyę z nurtu lektury. Jej wzrok wydawał się być zmęczony i senny, ale jednocześnie młodzik dostrzegł w nich siłę i gotowość do działania. Zawsze uważał ciocię za twardą waderę. 
- Wszystko w porządku? - zapytała tonem równie miłym, co wyraz jej pyska - uśmiechała się lekko, jakby chciała mu powiedzieć, że dobrze go widzieć w pełni sił. 
- Tak, chociaż nie mogę zasnąć. Męczy mnie ta bezczynność - odparł basior i po tych słowach, podszedł bliżej, aby skupić uwagę na wypalonym runicznym piśmie. Miały bardzo staranny i schludny charakter - ten, kto je wypalał, wiedział jak dotrzeć do czytelnika. Jednak myśli kręciły się wokół innego tematu, aby całkowicie skupić się na piśmie. Westchnął cicho. 
- Rozmawiałem z ojcem - powiedział z pozoru spokojnie Ereden, nie wiedząc czemu wtedy nie spojrzał ciotce w oczy. Może za wszelką cenę chciał ukryć przed nią fakt, że dręczy go wspomnienie jego wyrazu. Jego mina była świadectwem jego przeświadczenia, że pewnego dnia straci też i syna. Pamiętał doskonale dzień... co ja bredzę... miesiące, gdy Naharys - jego ojciec witał i żegnał dzień wyprany z chęci do czegokolwiek... podejrzewał, że gdyby nie on, Shori i Sininen, kompletnie zwariowałby z rozpaczy... albo skończyłby jeszcze gorzej. - Wyglądał na zmartwionego. 
- Nie dziw mu się. Jesteś mu bliski i boi się Ciebie stracić - odparła z żywym przekonaniem Lonya. 
- Już raz prawie tak się stało - westchnął cicho. Z tymi słowy pamięcią przeniósł się do wspomnień sprzed kilkunastu miesięcy, kiedy jeszcze czubkiem głowy sięgał Lonyi ledwo do łokcia. To wywołało bestię z lasu. Oczywiście, jako szczeniak, ile mógł zapamiętać z pamiętnego wydarzenia, kiedy to leżał bez sił i świadomości, zupełnie jakby zamienił się w mały worek mięsa i kości. Przypuszczał, że ojcu po stracie Piny, nie trzeba było wielu ciosów, aby załamać go kompletnie - Ale przecież Naharys to twardy i nieustępliwy wilk! Ten, kto nie stracił kogoś ukochanego, kogoś z kim wiązał cały swój żywot i przysięgał dozgonną wierność, miłość, nie zrozumie nigdy. 
- Kto wie, czy tym razem nie na dobre - dopowiedział po chwili, wykrzywiając usta w nieco zmartwiony grymas. Ciotka Lonya zareagowała tak, jak się tego spodziewał Ereden - wczepiła w niego swe bursztynowe oczy, piękne i lśniące w półmroku, ale nawet wtedy młodzik dostrzegł w nich powagę. Miał ochotę wtulić czoło w aksamitne futro ciotki, lecz jedynie, co uczynił, to spuścił nisko głowę, aby ukryć się przed jej wzrokiem. Po co? Sam nie wiedział... Jego oczy znów napotkały jedną z linijek tekstu, który szczegółowo opisywał pasożytniczą egzystencję Musculus Verniculi, jak nazwała ją ciocia. 
- Wyjątkowo zjadliwa zmora - wyjaśniła, ale nie spuściła z wodzy swego wzroku, nadal przyglądała się mu badawczo, co lekko niepokoiło Ereden'a. Zupełnie, jakby chciała mu coś powiedzieć, lecz zastanawiała się nad odpowiednim doborem słów... Ereden oderwał oczy ze zwoju. 
- Czy to właśnie to siedzi w mojej głowie? - zapytał dość niepewnie, dało się to wyczuć, niczym aromat miodu, wylewającego się z ulu, pełnego wzburzonych pszczół. 
- Chciałabym powiedzieć, że tak. W przypadku tego pasożyta wystarczy odpowiednia mieszanka leków przeciwzapalnych z wrotyczem, a po kilku dniach, zdrowym upajaniem alkoholowym. Ta paskuda nie znosi wrotyczu, z resztą jak większość owadów i pasożytów. Leki przeciwzapalne są wchłaniane do mięśni, gdzie Vernicula tworzy stany zapalne. Kiedy już nie wytrzymuje tego środowiska, próbuje przeczekać niekorzystne środowisko w układzie krwionośnym, wtedy zainfekowany ma przyjemność pobierania niezliczonych ilości alkoholu, które rozrzedzają krew, upijając przy tym robactwo. Ten się zatruwa i jest wydalany z organizmu - Ciotka Lonya w swej wypowiedzi rozluźniła w tonie nieco atmosferę, a zwłaszcza robiła znaczące uśmieszki, gdy wspominała o alkoholu - a w tym przypadku, sfermentowanym soku z owoców.
- Sprytne i niezwykle proste. Może i mi taka kuracja pomoże? Warto spróbować.
 Ciocia dość niepewnie - co też w jej przypadku było dziwne, bowiem Ereden zawsze znał ją z tej zdecydowanej strony - odpowiedziała mu, że prawie nie wie nic o tym, co w nim tkwi... być może to jeden wielki, przepoczwarzony pasożyt, który tylko z pozoru jest jego sojusznikiem - jeśli tak to można nazwać - a w rzeczywistości doczeka się dnia, gdy ten skur**el wpędzi go do piachu, ale nagle przypomniał sobie nauki Ciotki za czasów jego szczenięcych lat. 
- Pamiętać musisz jedno, że pasożyt, jaki on by nie był, nie dopuści do śmierci żywiciela. Wiesz dlaczego? - spojrzała mu w oczy pytająco. 
- No bo... - zaczął wtedy Ereden, wbił oczy we własne łapki, zastanawiając się nad odpowiedzią. Był szczeniakiem, miał dopiero kilka miesięcy, ale nie był głupi. - Jak nie ma tego, co go żywi, no to... sam sobie robi krzywdę? 
- Dokładnie! - z pochwałą Lonya poczochrała malca po drobnej białej grzywce. Ereden uśmiechnął się lekko, po czym z uwagą zmierzył Lonyę wzrokiem, Po pewnym czasie, Ereden wywnioskował też z rozmów, że ciotka coś planuje w kierunku jego stanu - nie powiedziała tego wprost, kluczyła w słowach i gołym okiem było widać, że starała się dobierać ostrożnie słowa. W końcu młodzik powiedział. 
- Mam być królikiem doświadczalnym?
Wadera zaśmiała się pod nosem, lekko przymrużając oczy. 
- Jeśli tak chcesz to nazwać. Na początek chciałabym poznać objawy tego stanu, w jakim znalazłeś się po treningu z ojcem, potem będziemy badać, jakich granic trzeba się trzymać, aby do tego nie dopuścić... ale jeszcze wcześniej będę chciała poznać, jakie sytuacje i wpływy temu sprzyjają... jedno wiem na pewno, że to coś uaktywnia się tylko wtedy, gdy jesteś wściekły. I pamiętaj, że to nie będzie byle zabawa, jak z tworzeniem maści na hemoroidy. Będziesz poddawany ciężkim próbom, niekoniecznie komfortowym dla Ciebie, czy też mnie. 
- Faktycznie nie brzmi to jak spacerek w letni poranek. Cóż mogę powiedzieć... ufam Ci i wiem, że mi pomożesz.
- Skoro mam już Twoją zgodę, musimy poczekać, aż twój ojciec zgodzi się na mój kontrowersyjny pran.
- Jasne... - wymamrotał Ereden z irytacją i szczerze nie krył się z nią. Zmarszczył twarz, uderzył energicznie pięścią w posadzkę i warknął głośno - Czemu znowu on musi o czymś decydować? Czy możecie przestać mnie traktować jak smarkacza? Odkąd stałem się starszy, ani ojciec ani ty, nie traktujecie mnie poważnie. Jestem na tyle dorosły, że jestem w stanie wziąć odpowiedzialność za swoje zdrowie i życie... nie potrzebuję do tego ojca! 
- Nikt Cię tak nie traktuje. Jesteś traktowany jak dorosły osobnik, który jest ważny dla mnie jak i dla Twojego ojca, gotowego oddać za Ciebie życie, a teraz jedyne co może robić to bezczynnie przyglądać i oswoić z myślą, że jeżeli popełnię błąd, coś pójdzie nie tak, to może stracić kogoś kogo kocha, tym samym ja będę odpowiedzialna za Twoją śmierć.
Ereden'owi upadła sierść, która wcześniej gniewnie się nastroszyła i postawiła na sztorc, zorientował się, że z nerwów pazury powbijały się w szczeliny skalne, tworząc w ich miejscu drobne wgłębienia. Basior zdawał sobie sprawę, że wadera miała rację - ufał jej, jak matce i nic nie powinno tego zmienić. 
W każdym zdaniu, Lonya podkreślała basiorowi, jak cenny jest dla niej on sam, poza tym źle znosiła myśl, że i Ereden'a mógłby spotkać los równie marny.
- Znasz swojego ojca. Oddałby życie za bliskich. Po utracie Twojej matki zrobił się nieco nadopiekuńczy, ale nie zrozumie tego nikt, kto nie stracił ukochanego. Sama myśl o tym, że ktoś może skrzywdzić jego rodzinę sprawia, że gotowy jest walczyć przeciwko całemu światu sam. Rozumiesz co mam na myśli?
- Chyba tak, wybacz za mój wybuch - basior ze skrytą pokorą spuścił po sobie uszy, ale wpatrując się we własne łapy, zrozumiał że wcześniej taki nie był... agresja to u niego charakterystyczna cecha, ale nigdy nie stosował jej wobec Lonyi - no, wobec Naharys'a się zdarzało, lecz zazwyczaj robił to skrycie. Rzucał ciche przekleństwa pod nosem, wyładowywał złość na bogu ducha winnej ziemi, którą traktował pięścią. Zdawał sobie sprawę ze swojej impulsywności, ale i też z tego, że przestał nad nią panować.
- Nic nie szkodzi. Widać, że stałeś się dużo bardziej drażliwy niż wcześniej i to jedna z rzeczy, nad którymi już wiem, że będziemy musieli popracować. Natomiast skoro nie jesteś zmęczony, możemy przeprowadzić wywiad, dotyczący tego co stało się teraz i podczas treningu. Opowiedz mi co czułeś, kiedy ten stan się zbliża?
 Ereden podniósł głowę znad pergaminu z zapisaną wiedzą o pasożytach, aby utkwić wzrok w zerkający na ogarniętą mrokiem dolinę sierp księżyca, chcąc przypomnieć sobie wydarzenie ze wczorajszego dnia. Początkowo błądził we mgle swego umysłu, jakby to, co chciał przed chwilą odtworzyć, wydarzyło się wiele lat temu. Jakby tego w ogóle nie przeżył. 
- Nie pamiętam - odparł po chwili Ereden, kręcąc smutno głową - nie mogę sobie przypomnieć. Wszystko widzę, jak przez mgłę. 
- Spokojnie, Ereden. Nikt cię nie popędza ani nic na tobie nie wymusza. Na spokojnie przypomnij sobie. 
- Nie wiem, czuję się, jakby ten pasożyt miał też wpływ na moją pamięć, bo kompletnie... - I tak młody zaczął chodzić z kąta w kąt, usilnie przypominając sobie wszystkie szczegóły, nawet te najdrobniejsze, które mogłyby się okazać trafem w dziesiątkę. Czegoś takiego nie da odczuć się z dnia na dzień... Ereden czuł się przez chwilę, jakby przekopał się do dna swej pamięci, a skutek tego wysiłku był taki, że przywołał wspomnienia o mięśniach, napiętych niczym fortepianowe struny. Mocne, zdolne do ponadnaturalnego wysiłku, twarde od najlepszej stali. Poza fizyką jego ciała, pasożyt miewał doskonały wpływ na psychikę młodego - to poczucie doskonałości, siły we własne możliwości, aż rozpierało go od środka. Lonya słuchała go uważnie, pomimo tak późnej pory - kiwała otwarcie głową, potwierdzała skinięciem powiek, przy czym, ku zdumieniu młodego, wadera nie okazywała ani chwili zmęczenia. Kiedy skończył, wadera nie odezwała się przez jakiś czas, zniżyła nieco głowę, podpierając podbródek łapą, jakby w głowie starała posortować sobie wszystkie swoje przemyślenia. Ereden natomiast siedział cierpliwie, nie starał się jej popędzać ani przeszkadzać - od czasu do czasu zerkał na zażywających odpoczynku pacjentów albo obserwował leniwy lot świetlików nad ich głowami. 
- Czujesz jakieś symptomy związane ze zmianami? Kiedy twoje oczy stają się czarne, na powiekach rysują ci się szramy, czujesz jakiś ból? 
Ereden pokręcił żywo głową, przyjął wygodniejszą pozycję siedzenia, a kiedy Lonya zadała kolejne pytanie, młody słuchał z uwagą. 
- Czy jesteś w stanie kontrolować ten stan własną wolą?
- W pewnym sensie... chyba tak. Kojarzę, że gdy się gniewam czy coś, to samo się pojawia, bez jakiegokolwiek sygnału czy impulsu. Kiedy się uspokoję, wszystko wraca do normy. Można by powiedzieć, że emocje w tym wszystkim odgrywają rolę. 
- I działanie neuroprzekaźników, towarzyszących tym stanom. 
- Nie wiem, o jakich neuroprzekaźnikach mowa, ale chyba masz rację - odparł z lekkim uśmiechem Ereden - Boję się nawet pomyśleć, co by było, gdyby przyszedł taki czas, że zwyczajna wściekłość zamieni się w furię... 
- Podejrzewam, że wtedy nie tylko stwarzałbyś zagrożenie dla siebie samego, ale także dla innych... ślepa agresja bywa niebezpieczna - odparła tym razem poważnie, a dowodem tego był fakt, że kąciki ust Lonyi nie uniosły się, ani na jotę. 
~ Śmiertelnie niebezpieczna - pomyślał Ereden, drapiąc się nerwowo w skroń. 
- Zorientowałam się, że lekka dawka gniewu w niczym ci nie grozi - rzekła Lonya - tak, jak przed chwilą, gdy wspomniałam o twym ojcu i jego zgodzie na nasz eksperyment. Kiedy twój stan wrócił do normy, nie osunąłeś się na ziemię, pozbawiony sił, ale! Nie czułeś chociaż lekkiego zmęczenia? 
- Nie - odparł natychmiastowo Ereden - podejrzewam, że to jest coś takiego, jak dreszcz. Pojawi się i przeminie bez jakichś tam groźnych zmian. Ale to tylko moje podejrzenia, ciociu. 
- Czy chcesz mi coś jeszcze powiedzieć, zanim przejdziemy do dalszego etapu badań? - zapytała Lonya, choć Ereden nieco zaskoczony oficjalnym tonem cioci, zerknął gdzieś w boczny kąt, przegryzając wargę. 
- Chyba nie. To tyle.,, chociaż... mam jedno. 
- Tak? 
- Pamiętasz tego odyńca, którego spotkaliśmy na polanie, wiesz kiedy? Wiem, że to nie związane ze sprawą. Co go tak rozszarpało? 

<Lonya?>

Ilość napisanych słów: 2122
Ilość zdobytych PD: 1061 PD +10% (106 PD) za długość powyżej 2000 słów
Obecny stan: 1167 PD

czwartek, 2 czerwca 2022

Event Wielkanocny ~ Część artystyczna

 ITACHI & KOTORI

BELIEF

PAWONA

YNERYTH


SININEN

EREDEN

ATREHU


CUAN

SUSLON 

Komentarz: Kochana osóbka może i nie jest członkiem bloga, ale otrzymaliśmy od niego taką prackę ♥ 

czwartek, 19 maja 2022

Od Ereden'a c.d Pawona ~ "Więcej niż myślisz"

  Pierwsze promienie słońca oślepiły momentalnie Ereden'a, po tym jak rozwarł leniwie powieki. Zasyczał krótko i wycofał głowę poza granicę słonecznego światła. Dzisiaj, o ile jego pamięć go nie zawodzi, jego ojciec dał mu dzień wolny od wyczerpujących treningów, a tym samym dał możliwość na naukę tego, co lubił najbardziej. I dobrze, pomyślał przelotnie Ereden. Mięśnie ud, brzucha i przednich łap, czule dawały się we znaki tępym, dokuczliwym bólem. Kwas mlekowy zbytnio się w nich nagromadził - wypadałoby coś z tym zrobić, powiedział sam do siebie w myślach.
Wpierw jednak, zanim przystąpił do rozmasowywania obolałych mięśni, wziął się za żucie liści rozmarynu wraz z zielem kofeinowym, aby pobudzić swój organizm do całodziennej aktywności, bowiem nie czuł się zbyt wypoczęty. Nie po tych wszystkich treningach do późnej północy. Zioła te pomagały mu w równym stopniu, co nam, ludziom mały kubek mocnej parzonej kawy. Kiedy tak mielił pyskiem, rozejrzał się po wnętrzu jaskini i rychło zorientował się, że jest sam, wśród blasku pomarańczowego blasku fluorescencyjnych grzybek, które służyły wilkom za źródło światła. Kiedy zbyt gwałtownie ruszył łapą, ból upomniał się znacząco, Ereden zaklął cicho w myślach, zaciskając mocno szczęki. 
~ Będę musiał nieco zwolnić z treningami - pomyślał gorzko. To prawda, Naharys potrafił wytrząść z niego wszystkie poty, że aż nie jeden raz obudził się na drugi dzień suchy, jak pustynia Nigearra. Wiedział, że czynił to wyłącznie dla jego dobra, lecz bywały takie momenty, gdy Ereden uważał, że jego ojciec nieco przesadzał. Jak w znanych mu czasach szczenięcych, gdy wraz z Shori i Sininen, uczył się pod jego okiem pisma i czytania. Żmudnie mu to szło, w przeciwieństwie do jego sióstr. Sininen potrafiła w szybkim tempie opanować alfabet i najważniejsze zasady gramatyki, a Shori... cóż... z jej umiejętnościami, była w stanie ułożyć własne Haiku. Co do Ereden'a - Naharys poświęcał synowi trzy godziny dziennie na naukę pisania i czytania, aż basior nie pojął podstawowych symboli i cyfr. Ciężko było mu się skupić, łatwo wytrącał się z równowagi, ale w ostatecznym rozrachunku, udało się! Osiągnął to, co wydawało się mu, nie do zdobycia. Potem już tylko zagłębiał się w przeróżnych lekturach, traktujących o ziołach, ich właściwościach - zwłaszcza tych trujących - pióra najmądrzejszych i najwybitniejszych autorytetów w dziedzinie zielarstwa. W nocy, przed snem z zamkniętymi oczami powtarzał sobie nazwy - zwłaszcza te skomplikowane, a co dopiero trudne do zapamiętania - trucizn i wymieniał po kolei objawy ich toczenia się w organizmie nieszczęśnika.  
Marzył o tym, aby zostać paladynem - ale czemu miałby nie udoskonalać swego fachu? Trucizny są bardzo przydatne w walce, choć zdawał sobie sprawę, iż było to "nieczyste" posunięcie. Cały ich wilczy los potrafił być niesprawiedliwy. Kłody rzucane im pod łapy, często sprawiały, ba! Motywują ich do radzenia sobie w świecie, który opiera się na "nieczystych" zasadach. Taką filozofię obrał sobie Ereden.  
Kiedy przełknął mocno pogryzione i przeżute liście, wszedł do przedsionka jaskini. Tam mieściło się niewielkie źródełko, gdzie można było spokojnie wziąć kąpiel. Ciepła woda spływała ze sklepienia groty z głośnym chlupotem.
~ Ciekawe, co tym razem ciotka Lonya dla mnie zaplanowała? - pomyślał Ereden, gdy z pazurami z pasją szorował gęste, białe futro na karku. Następnie ze staranną precyzją nałożył jabłkowy balsam na grzywkę, natarł nim miejsce za uszami i pod pachami - może wygląda to dość dziwnie, ale basior też musi jakoś o siebie zadbać, prawda? Ereden jednak nie był typem basiora, który lubił na sobie stary odór potu. Po załatwieniu wszystkich swoich potrzeb, Ereden opuścił jaskinię z typowym dla niego nastroju - ciekawym dzisiejszych wydarzeń, pełen energii i wyrwy. Wyrwy odziedziczonej po ojcu, rzecz jasna. Droga ciągnęła się mu dość krótko - w sumie, to bardzo dobrze. Nie lubił bowiem dłuższego przebywania na słońcu. 
 Kiedy zza wysokiego, ukwieconego w żółty dywan mleczy pagórka, ujrzał pierwsze kontury jaskini medyczki, nowy uśmiech kreślił się mu pod nosem. Uśmiech należący do kogoś, kto nie boi się wyzwań. Zanim zdążył przekroczyć próg lecznicy, dotarł do niego nieprzyjemny zapach leków i choroby, co też zareagował w dość osobliwy, opracowany przez siebie Eredeński sposób; Lewe ucho opadło mu nagle, a pysk wraz z prawym policzkiem zmarszczył się znacznie, przez co dolna powieka zasłoniła pół jego zielonego oka. Mimo wszystko, wstrzymując oddech, wszedł do środka. Połowa łóżek - bez zaskoczenia dla Ereden'a - była zajęta, a pacjentami zaś były różne wilki - wojownicy, którym nie poszczęściło się na treningu, ofiary bakterii wilczego tężca, czy też nieostrożni spacerowicze, którym los postanowił połamać im kilka kończyn, spadając z wysokości. Niefortunne stawianie kroków też wchodziło w grę. 
 Jednakże nie przyszedł tutaj, aby oglądać rannych i chorujących - kiedy w oczy rzuciła się mu para puszystych ogonów, popędził za nimi, aż do przedsionka, gdzie Ciocia Lonya magazynowała w nim zapas ziół. 
- Ereden! - powitała siostrzeńca z szerokim uśmiechem - Co tam, byku? Cholera jasna, pamiętam, jakby to było wczoraj, jak plątał mi się pod łapami taki mały szczyl! A teraz? Spory kawał chłopa z ciebie wyrósł. 
- Staram się nie zawieść cię, ciociu - odparł, zamykając waderę w silnym, szczerym uścisku - Trzeba Ci czego? 
- Skoro już tu jesteś... trzeba pójść do Nabi. Skończył się nam zapas lawendy i słoiczków z sosnową żywicą. Ponadto wspominała coś, że potrzebna jej pomoc przy inwentaryzacji ziół. Jest niską waderą, więc ma problem z wysokościami. Dasz sobie z tym radę?  
- Udam, że nie słyszałem tego pytania. Jasne, że dam radę - odparł z entuzjazmem Ereden. 
- Krew ojca - skomentowała z uśmiechem Lonya - No, jakbyś był jego kopią. 
- Nie zapominaj, że cięty język mam po matce. Słowa potrafią ciąć równie dobrze, co pazury i kły. 
- Jasne, jasne, twardzielu. A teraz ruszaj! 
 I tak zaczęła się dzisiejsza przygoda Ereden'a. Wybiegł z lecznicy - będąc jednocześnie szczęśliwy, że nie musi znosić już tego wstrętnego zapachu lecznicy. Czasami zastanawiał się, jak Ciotka Lonya wytrzymuje w takich warunkach - i skierował się w stronę zagajnika, gdzie po jego drugiej stronie, mieściła się jaskinia botaniczki - Nabi. 
 Tam zapachy były nieco inne - w przeciwieństwie do woni w lecznicy, te w jaskini botaniczki, były dość łagodne, aromatyczne i doskonale zachodziły w pamięć. Zapach lawendy idealnie komponował się z wonią polnego bzu i parzonej mięty. Doznania stawały się dla basiora tak przyjemne, że mimowolnie zaczął merdać ogonem. 
- Nabi?! - zawołał Ereden - Przysłała mnie Lonya! Mówiła, że masz problem z ziołami! 
Nabi - drobna, niska wadera o pięknej kremowej sierści, wyłoniła się zza kamienistego filara. Jej urokliwe, naznaczone bielmem oczy miały wyjątkowo łagodny wyraz, który trafnie komponował się z delikatnym uśmiechem na smukłym pyszczku.
- Z kim mam... - zaczęła wadera, ale urwała w połowie zdania, po czym powiodła swym czułym nosem w powietrzu, aby przechwycić zapach basiora - Ah, to ty, Ereden. Miło, że przyszedłeś. Nie zabiorę Ci zbyt dużo czasu, obiecuję... no dobrze, może jestem niewidoma, ale kłamać nie potrafię... z tobą minie to szybciej, niż zwykle, ale i tak będziemy mieć sporo na głowie. Trzeba wyrachować, ile zostało nam sadzonek ziół, ale niektóre zawieszone są na górnych półkach jaskini, do których niestety nie dosięgnę. 
- Nie ma sprawy, jakoś damy sobie radę - odparł pokrzepiająco Ereden - to od czego zaczniemy? 
- Może najpierw przeliczmy, ile tej wiosny wyrosło ziół. Ile pozostało nam z poprzedniego roku. Ile nam pozostało suszu i z jakich roślin. Myślę, że do popołudnia damy radę. 
- To na pewno. No to, ja biorę się za swoją część pracy - oznajmił basior, podchodząc do rzędu, gdzie Nabi z pełną pieczołowitością hodowała wrotycze. 
W trakcie, gdy ten zajmował się tym, co mu przydzieliła Nabi, w pamięci recytował właściwości i wpływ na organizm chorego. Ereden lubił zajmować się dwoma rzeczami naraz. Łączyć przyjemne z pożytecznym. Wydawało mu się, że gdy zajmował czymś swoje myśli, wtem czas przemijał mu, niczym spadająca gwiazda. Nabi natomiast w tym czasie wzięła się za liczenie suszu. Ze względu na jej drobną posturę oraz niesprawność wzrokową, szło jej to nieco dłużej niż Ereden'owi, ale wadera mimo przeszkód, dawał sobie radę. Bo czemu nie? 
- Ereden! - usłyszał nagle głos Nabi. W kierunku jej głosu, Ereden uniósł lewe ucho, które o dziwo zarejestrowało też jakiś nowy, obcy szmer. Młody basior odszedł od sadzonek wrotyczu i wyłonił się z półmroku, panującego w przedsionku. Jego czujny i surowy wzrok zarejestrował drugą waderę, drobnością dorównującą Nabi. Miała krótkie włosie, mieniąca się piaskową barwą, która też mocno przywodziła na myśl świecące słońce. Ponadto Ereden przechwycił jej woń, niebywale słodką i rozkoszną, dość nietypową w tych stronach - woń przepełniona była tropikami i soczystymi owocami, których Ereden jednak nie znał. Gdy podszedł bliżej, młody ściągnął oczy w dół, aby zachować kontakt wzrokowy z nową waderą. Lubił widzieć swoją rozmówczynię, a także w ten sposób okazywał, iż nie da się go tak łatwo owinąć wokół palca. Stwierdził jednak, że jej fiołkowe, przepełnione pewnym urokiem oczy, potrafiły zainteresować, przykuć do siebie uwagę. Oczarować, zahipnotyzować. 
- Ereden'ie, spotkamy się następnym razem. Pomożesz naszej nowej alchemiczce. - oznajmiła niewidoma Nabi. 
- A co z tobą? Dasz sobie z tym wszystkim radę? - zapytał Ereden, ześlizgując oczy z drobnej, piaskowej wadery na niewidomą botaniczkę. 
- Ja... Poproszę o pomoc kogoś innego. Tak czy siak, dam sobie radę w niektórych sprawach.
- Dobrze - mruknął spokojnie Ereden, po czym znów obdarował piaskowowłosą waderę swym przenikliwym wzrokiem. Nabi zabrała jednak kilka chwil Ereden'owi, aby pomógł jej ściągnąć pozostałe warkocze suchych ziół, które zwisały z górnej części jaskini, po czym zostawiła dwójkę wilków samych w jaskini. 
- Możemy ruszać? - zapytała prosto z mostu wadera o pięknych fiołkowych oczach. Czekała cierpliwie przed wejściem, spoglądając ciekawie na ruch Ereden'a, Przytaknął jedynie ruchem głowy, po czym bez słowa ruszył pewnymi krokami. Niezbyt wiele rozmawiali w trakcie wędrówki, która okazała się dla Ereden'a kolejnym obowiązkiem do spełnienia - w końcu dostał konkretne polecenie. Czas milczenia wykorzystywał na badawczej obserwacji nowo zapoznanej wadery. Poruszała się dość dumnie - co niezbyt spodobało się basiorowi. Zazwyczaj podobne zachowania kojarzyły mu się z czymś, co starsze wilki nazywają "wygórowane poczucie własnej wartości", ale ona nie wyglądała na taką. Owszem, w swym wyglądzie mogła się czym pochwalić - jej piękny, długi ogon, pieczołowicie zadbany i zaskakująco prężny. Czarujący wzrok fiołkowych oczu, które aż lśniły zachęcająco - zapewne każdy basior odczułby chęć zatopienia się w nich, gdyby okazały się one wodami bezkresnego morza na tle zachodzącego słońca. Wydawać się mogło, ale podziw, w jaki wprawiła go wadera swą urodą, przyniosła mu pewną ulgę - w sensie czuł się rozluźniony i spokojny. Każde towarzystwo wader tak działało na młodzieńca. W szczególności tych pięknych. 
~ Ereden, ogarnij kuper, ona wygląda na starszą od ciebie!! Ona jest w wieku twojej matki, gdy cię rodziła! - skarcił się w myślach basior, po czym wstrząsnął energicznie głową. Myśli rozmyły się natychmiast. Wadera swym podziwem i fascynacją, wymalowanymi na smukłym pyszczku, dawała świadectwo Ereden'owi tego, że była oczarowana cudem natury, otaczającym ich zewsząd. Ereden widział, jak fiolet jej oczu zalśnił na widok rozpościerającej się złotej rzeki kwiecistości.
Ereden przyznał jednak, że mimo wszystko ciekawego towarzystwa, chciałby już wrócić do swych spraw. Kiedy zbliżali się do celu, na pysku Ereden'a nakreślił się widoczny uśmiech. 
- To tutaj - oznajmił Ereden, wyciągając szyję, aby przeczesać wzrokiem głębokie dno boru, którego zbocze zaścielała leśna ściółka i wyrastające spod jej warstwy kwiecistości, nie zawierające w sobie żadnych leczniczych wartości. Na jego dnie zaś rósł cenny skarb i cel ich poszukiwań - melissa, dziko rosnąca w dodatku, a takie były najlepsze.
- Mógłbyś mi pomóc? - zapytała... Ereden z początku wziął to za pytanie, lecz po chwili zdał sobie sprawę, co wadera chciała mu przekazać -Potrzebuję większych zapasów, a szkoda iść kawał tylko po kilka gałązek. 
 Ereden nic nie mówiąc, kiwnął jedynie głową. Napiął mięśnie i w prężnym skoku znalazł się na dnie boru, lądując z gracją na lekko zgiętych łapach. ~ Ereden, nie popisuj się, tylko bierz, co masz brać i kończ już - Skarciłem go bez cienia litości. 
Niebawem wadera dołączyła do niego. Ereden dostrzegł kątem oka jej poczynania; Oczy, dopiero teraz spostrzegł, że kryją się w nich zmęczenie... jakby wadera nie mogła ich zmrużyć od kilku dni. Wydawała się też niespokojna i uszczypliwa - wyczuwał to w jej głosie. Powiedzmy, że Naharys nauczył go pewnej sztuki rozpoznawania emocji, zaszyfrowanych w słowach. Była też tak mała, że bywały momenty, kiedy gęsta szata ziół pochłaniała ją całkowicie. Wyłaniała też od czasu do czasu głowę, z coraz to większym zbiorem melissy w smukłym, drobnym pyszczku... A gdyby Ereden położył się na niej, prawdopodobnie zakryłby ją całkowicie, swym stosunkowo większym ciałem. Ogonem też, gdyby się postarał... No, ale nic... kiedy uzbierali zadowalającą piaskowowłosą ilość zioła, nasza parka wilków skierowała się do jaskini mieszkalnej. A mianowicie, to była norka - prawdę mówiąc, to był cud, iż Ereden bez problemu zmieścił się w przejściu. 
- Swoją drogą, nie przedstawiłem Ci się - zaczął basior, przerywając w końcu tę niezręczną ciszę między nimi - Jestem Ereden, uczę się tutaj na paladyna. 
- Na paladyna? - odparła zaskoczona wadera - Co w takim razie robiłeś u botaniczki? 
- Lubię łączyć obie pasje razem - powiedział tajemniczo uwodzicielskim tonem, który zaszyfrował w lekko znaczącym uśmiechu - A ty widzę, jesteś alchemiczką. Pociąga cię to, prawda? 
- Tak, jest to mój i wyłącznie wybór. A tak poza tym, jestem Pawona Shanar. - przedstawiła się dumnie unosząc swój podbródek. Widział, że Pawona była dumna z tego, kim jest i skąd pochodzi. Ereden uśmiechnął się znów, choć w środku odczuł dość nieprzyjemne ukłucie. 
~ Widzę, że i ona nie da sobie w kaszę dmuchać. Dumna i jakże zabójczo piękna. Pan Atrehu uważa, że o każdą waderę należy dbać, pieczołowicie spełniać każde ich zachcianki. Ja uważam jednak, że ta mała bestia, bez dyskusyjnie nie potrzebuje niczyjej opieki. Dumna, piękna i niezależna... 
- No dobrze, Pawona - odparł po chwili Ereden. Jego oczy błysnęły dziko w umierającym świetle tlącego się ogniska - Gdzie mam Ci odstawić te zioła? 
Pawona bez zbędnych słów, jednym ruchem swego uroczo pokaźnego ucha, wskazała młodemu schody na piętro, odsuwając jednocześnie kotarę z cienkiej jagnięcej skóry. Ereden nie rozglądał się zbytnio - do czasu oczywiście - aż spostrzegł kątem oka pokaźny zbiór zwojów, ułożonych jeden na drugim w starannie wyciętej wnęce skalnej w ścianie. Kiedy odstawił zbiór melisy we wskazane miejsce, postanowił przyjrzeć się bliżej biblioteczce Pawony, oczywiście jeśli nie miała ku temu nic przeciwko. Nie zauważył jednak, że towarzyszka, a zarazem Pani tej jaskini znajdowała się tuż za nim. 
- To półka z powieściami - odezwała się, na co, Ereden zareagował dość nerwowo. Wzdłuż jego grzbietu przepłynął zimny dreszcz, a serce podskoczyło mu niebezpiecznie. Odwróciwszy się w stronę wadery, przez moment zajaśniał mu strach w oczach, lecz opanował się nagle. Wrócił do pewnej postawy; wyprostował się - był wcześniej skulony, bowiem ze strachu, uderzył głową o niskie sklepienie - a wzrok na nowo powrócił do poprzedniego wyrazu; surowego i przenikliwego. 
- Wiem. Tylko się rozglądam - odparł spokojnie i zdecydowanie - Ładna kolekcja. 
- Dziękuję. Może kiedyś pożyczę Ci jakiś łapopis - odpowiedziała po chwili. - To wszystko. Możesz iść. Dziękuję za pomoc. - I z tymi słowy, ułożyła swoją głowę na wygodnych futrach, wzdychając cicho. Zasnęła nagle, szybko, jak po zażyciu melisy, którą właśnie nazbierali. Leżała wyczerpana, pozbawiona sił i jakiejkolwiek świadomości. Normalnie, jak nakazuje zasada dobrego wychowania, Ereden powinien zabrać się stąd już dawno, ale nie mógł. Stał i przyglądał się drobnej sylwetce Pawony, na jej miarowo unoszącą się klatkę piersiową, rozczulająco zamknięte oczy. Jednakże siła ciekawości przyciągała młodzieńca, niczym magnez, ku pokaźnemu zbiorowi łapopisów wadery... W końcu, bez jakiegokolwiek namysłu, chwycił jeden na chybił trafił i zabrał się stąd. Nieelegancko, pomyślisz czytelniku. Ereden, owszem, czuł, że źle zrobił, ale ciekawość była silniejsza... która, ogólnie rzecz biorąc, popchnęła go do kradzieży. 
~ Przecież nie zamierzam tego zabierać... przyjrzę się tylko i oddam jej to - starał sobie tłumaczyć Ereden. Z tymi myślami przemknął się do wyjścia, bezszelestnie niczym duch, tak jak uczył go ojciec. Po drodze minął starannie ułożone w tajemniczych naczyniach substancje i mikstury, zapewne znane wyłącznie Pawonie, bowiem nie potrafił porównać ich koloru, ani tym bardziej woni, do tego, co Ereden już znał. A uwierzcie lub nie, wiedział dość sporo, jak na swój niewyrośnięty wiek. Lecz sporo, czasami może nie wystarczać, bowiem gdy nadarzyła się Ereden'owi spokojna okazja, rozwinął skradziony pergamin i to, co wtedy tam ujrzał, nie zrozumiał z pisma ani słowa. W ogóle pismo, symbole miały inne kształty od tych, które znał; mógłby spokojnie nazwać je robaczkami, bo tylko z nimi skojarzyły się basiorowi owe szlaczki. W końcu wpadł na pewien pomysł! Porwał długi kawał skóry w pysk i popędził z nim, ile sił w nogach do jaskini. Tam znalazł swoją skórzaną torbę, opartą o jeden ze stalagmitów, po czym przerzuciwszy ją sobie przez szyję, obrał kierunek w stronę samotnie rosnącego dębu. Z rozłożystymi szeroko starymi gałęziami, górował nad doliną - można by pomyśleć, iż drzewo było starsze od samej doliny. Liście zaszeptały coś pod wpływem zachodniego spokojnego wiatru, szeleszcząc charakterystycznie. Ereden zbliżył się powolnymi, ale pewnymi krokami do giganta, wypatrując wzrokiem niewielkiej dziupli. 
- Kra kakamiri - zawołał Ereden. Nie minęła chwila, a z mroku dziupli w pniu starego dębu, wyłoniła się sędziwa głowa białoczarnego kruka. Ptak przekręcił z ciekawością głową, spoglądając na młodzieńca, który cierpliwie czekał na odzew. 
- Kraa! - wykrakał ptak. 
- Yyyy... kakri kraa ma krakari kre korr kree... - urwał Ereden, szukając słowa w kruczym języku - który wbrew pozorom, wcale łatwy nie był. Cóż z tego, że prawie każde słowo zaczyna się na "k"? Szkopuł polegał na tym, że każde jedno słowo trzeba odpowiednio zaakcentować. Inaczej kruk nie zrozumie przekazu. Basior zrzucił z siebie torbę i wyłonił z jej trzewi długi rulon pergaminu. Szybkim ruchem łapy rozwinął skórę i przejeżdżając palcem po wypalonym piśmie, szukał zgubionych słów -... kreke kreem mokori... - dokończył.    
 Kruk zakrakał głośno, jako odzew akceptacji, po czym schował się we wnętrzu dębu, by pojawić się ponownie, z grubym starym rulonem jeleniej skóry. Od strony licowej wyścielona była gęstym brązowym futrem - był to oczywiście element dekoracyjny. Kruk złożył pismo u łap Ereden'a, po czym wrócił na swoje miejsce. 
- Kra! - zaalarmował kruk. 
- Dobrze, oddam Ci to w całości - odpowiedział wymijająco Ereden, po czym zwrócił się do ptaka w kruczym języku, aby podziękować i ukłonić się nisko. Sędziwy ptak odkłonił się, kiwając dziobem i skrył się w mroku dziupli. 
- No dobrze, co my tu mamy - mruknął pod nosem basior, rozwijając pokryty starą sierścią wolumin, który skrywał w sobie teorię gramatyki języka Griffolk. Pod zawiłą teorią, został wypisany alfabet, mocno różniący się od tego, co znał. Wyobrazić więc sobie możecie, ile czasu młodemu zajęło nad rozszyfrowaniem tajemniczego zwoju. Na górnej części starej skóry był wypalony wizerunek małego jabłka z czaszką - już sam obraz mówił sam za siebie. To był złowieszczy zwój. Nie spodziewał się szczerze, że tak długo zajmie mu tłumaczenie traktatu - gdy skończył, uniósłszy głowę ku niebu, zdziwił się bardzo, widząc zniżające się słońce ku zachodowi - które i tak przyniosło mu połowiczne zwycięstwo. Za pomocą alfabetu Griffolk zdołał odczytać, że miał do czynienia z woluminem, opisującym najbardziej trujące drzewo na świecie, zwane przez botaników Manchineel, czyli "Drzewo śmierci". Mówi się, że jakikolwiek kontakt z nim, może grozić poważnym zatruciem... 
~ To jak? Nawet patrzeć na nie nie można? - parsknął pod nosem Ereden, pocierając łapą zmęczone oczy. O bogowie... wydawało się, że mu czaszka paruje - przyznać musiał, że to wymagało sporego wysiłku umysłowego. 
- Dobrze, że nie dostałem wodogłowia - mruknął do siebie, zabierając w pysk zwędzony Pawonie zwój, po czym szybkim truchcikiem zmierzał w do jej jaskini. 
~ Jak mówiłem. Zamierzam jej to zwrócić - powiedział do siebie w myślach młodzik. Jednak... gdy wkroczył bez pardonu do jaskini Pawony (miał nadzieję, że wadera jeszcze śpi) gdzie stała ona. Fiołkowooka wadera o piaskowej barwie futra. Nie wyglądała na zachwyconą, widząc Ereden'a z jej własnym łapopisem w pysku. Można by powiedzieć... była wkur***na. Stał tak naprzeciw niej, bez słowa, wpatrywał się w skrzące agresywnie oczy Pawony, aż w końcu bezwolnie wypuścił wolumin z pyska. 
- Pawona... - chciał zacząć, ale wadera przerwała mu, unosząc łapę. 

<Pawona? Proszę, nie bij xD> 

Ilość napisanych słów: 3182
Ilość zdobytych PD: 1591 + 15% (239 PD) za długość powyżej 3000 słów
Obecny stan: 1830 PD

sobota, 7 maja 2022

Od Ereden'a c.d Lonyi ~ Ujarzmić diabła | Druga natura

Lonya po chwili stała się niespokojna - a pomyśleć, że jeszcze przed chwilą, mały Ereden świetnie się bawił, udając zielarza. Co prawda lubił się o nich uczyć, ale w szczególności upodobał sobie te trujące - to pewnie przez tę woń, którą również poczuł malec. To była dość skondensowana energia mroku i tajemniczej furii, sterowanej przez nią - oczywiście, Ereden był zbyt mały na tak rozłożoną diagnozę. Jedynie, co mógł stwierdzić po zapachu, to fakt, że od samego początku się mu nie podobał. Ani trochę. Dokładnie obserwował poczynania Lonyi, która właśnie zniżyła pysk ku dziwnym tropom, odciśniętym w miękkiej, wilgotnej ziemi. Węszyła długo, ale dokładnie - wydawało się malcowi, że jego ciotce nie może umknąć żaden, nawet mało znaczący szczegół. Nawet mało znaczący szczegół, może mieć wpływ na wiele wydarzeń Kiedy wadera uniosła głowę, chwyciła malca za jego chudy kark, usadowiła go na swym grzbiecie, po czym szybkimi krokami, poprzez wytyczoną, zawijaną między krzewami ścieżkę, Lonya dotarła na skraj polany. Ereden wspiął się po jej karku, aby potem wyjrzeć zza jej głowy, układając swe łapki między jej lisimi uszami. To, co wtedy zobaczył, nie był w stanie pojąć, nawet w najmniejszym stopniu. Ziemia śmierdziała dziwnym, metalicznym fetorem, ponadto była ponaznaczana wieloma śladami walki. Trawa, zamiast świeżą i żywą zielenią, mieniła się szkarłatem i czernią - i gorsza, ona też cuchnęła, pomyślał Ereden - a w niej, leżało ogromne truchło monstrualnego potwora z wystającymi kłami.
- Ciociu, co to takiego? - zapytał dość niepewnie malec.
- Odyniec, samiec dzika - odpowiedziała poważnie Lonya, po czym zaczynała się mu przyglądać dość badawczo.
- Wszystko w porządku? - zapytał, spoglądając na ciocię z przejęciem.
- Nie sądzę. Musiał zginąć tej nocy, to nie jest robota dla jednego wilka.
Skoro nie zrobił to wilk, w takim razie, to musiało być coś silniejszego i groźniejszego, skoro zostawił w zwierzęciu potworną dziurę w klatce piersiowej i brzuchu. Ereden spojrzał na rozwleczone jelita, jak na coś okropnie paskudnego, wzdrygnął się tylko, po czym odbił wzrokiem na groźnie wyglądające kły odyńca.
- To, co to mogło być?
Z tymi słowy zjechał z grzbietu ciotki i jak na malca, zleciał na lekko ugięte łapki - Lonyi oczywiście nie uszło to jej uwadze, wyglądała, jakby zakładała, że młody zaryje pyskiem o ziemię - po czym zbliżył się powoli do ciała, aby przyjrzeć się bliżej ranom na udzie i brzuchu odyńca.
Kiedy tak kroczył wokół martwego zwierza, odkrył, iż jego łapki są lepkie i brudne od starej, wsiąkniętej w ziemię juchy, na co zareagował cichym burknięciem.
- Hmm, nie wiem, ale nie powinniśmy tu dłużej być. Musimy kogoś zawiadomić - Ciocia Lonya uniosła głowę, wysoko jak mogła, zaczęła obserwować bacznie poszycie terenu, jakby swym czujnym wzrokiem szukała, choćby najmniejszych oznak czegoś, co mogłoby wydawać się niebezpieczne. Nic. Nie ujrzała, ani nie posłyszała - Malec słyszał, jak pisklaki jaskółek drą się w niebogłosy, domagając się pokarmu, w wysokich krzewach, ptaki urządzały sobie konkurs na piękniejszy trel, w oddali zaś jelenie przygotowywały się do rykowiska - ot, zwyczajne odgłosy natury, nic nadzwyczajnego. A mimo, pod tą iluzją naturalnego spokoju i harmonii, dało się wyczuć coś osobliwego - Ereden niestety tego nie potrafił wyczuć. Brak mu doświadczenia.
- Chodź Ereden, zaprowadzę Cię bezpiecznie do ojca, a potem będę musiała to komuś zgłosić.
Ereden jednak zatrzymał się na chwilę. Miał nadzieję ubłagać Ciotkę, aby ta zajęła się nim, przynajmniej jeszcze przez kilka godzin. Jednakże w tamtym momencie, Lonya nie przyjmowała odmów.
- Chcę zostać z tobą, chociaż na chwilę!
- Ta sprawa nie podlega dyskusji! Wracamy do twojego ojca!
W tonie poczuł, że nie warto było dyskutować z ciotką, więc nie pozostało nic innego, jak bez słowa zgodzić się na zamierzenia wadery. W trakcie ich długiej drogi, ciotka nie odzywała się słowem, chyba, że musiała odpowiedzieć bratankowi na typowo młodzieńcze pytania. Ruszyli spokojniejszą dla nich drogą, która wyprowadziła ich na skraj łąki, na której to wszystko się wydarzyło - a stamtąd do domu, to już prosta ścieżka, przechodząca przez zagajnik. Naharys czekał przed wejściem do lecznicy z wyraźnie zniecierpliwioną miną - bądź, co bądź, musiał zostać kilka chwil dłużej, aby odebrać syna, ale cóż...
- No już myślałem, że zamierzałaś go adoptować - powitał ich Naharys z teatralnie naburmuszoną miną, ale w rzeczywistości cieszył się, że zobaczył ją całą i zdrową, wraz z jego synem - Ereden był grzeczny?
Z tym pytaniem, Naharys spiorunował syna groźnym spojrzeniem, jakby z oczu szczeniaka wyczytał, że cała ta przygoda, to było jedno wielkie utrapienie dla siostry, jednakże wadera miała inne zdanie.
- Cały czas siedział przy mnie w lecznicy i bez narzekania zajmował się tym, co mu dawałam do pracy, z chęcią, sumiennie i bez narzekań. Po południu zabrałam go ze sobą do Nabi, aby poszukać odpowiednich ziół, jakich brakowało nam w składziku, a Ereden czytał sobie botaniczne zwoje, żeby się chłopakowi nie nudziło. Oczywiście, bywały chwilę, gdy musiałam go zrugać, ale poza tym, był grzeczny... - po zdanej relacji, Lonya uśmiechnęła się psotnie - Szczeniak zachowuje się lepiej, niż ty, powinieneś wziąć przykład z własnego syna.
- Ereden był grzeczny? - zapytał z niedowierzaniem Naharys, po czym znów wzrok przeniósł na swego syna - Młody, ile dałeś ciotce w łapę, za opowiadanie takich bzdur?
Ereden na widok uśmiechającego się lica ojca, zakołysał się wesoło, wyszczerzając swe szczenięce, niedorośnięte kiełki.
- Poza tym... - tutaj Lonya zmieniła nieco ton, wesoła i żartobliwa nutka, ustąpiła tory powadze i stanowczości. Ereden z początku myślał, że to nadal dotyczy jego sprawę - w końcu bywały chwile, gdy Ereden niezbyt dobrze się zachowywał przy pacjentach, odbiegających w jego mniemaniu, od normy wyglądu prawdziwego wilka, ale odetchnął z ulgą, gdy Lonya zaczęła nagle.
- Musisz coś zobaczyć! Myślę, że Alfa też to powinna zrobić. Nieopodal lasu stało się coś złego i podejrzanego, trzeba się tym zająć natychmiast, póki nie jest za późno.
Naharys kiwnął z powagą, po czym przemówił do Ereden'a stanowczo, uderzając ogonem o ziemię - zawsze tak robił, gdy ojciec chciał pokazać, że w tamtym momencie nie przyjmuje odmów.
- Synu, w jaskini jest Noiter, który opiekuje się dziewczynkami. Zostaniesz z nimi, a jeśli usłyszę znowu, że wykręciłeś numer z jakimś trującym zielem, osobiście wygarbuję Ci skórę!
- Nie krzycz na mnie, tato! Już nic takiego nie zrobię.
- Racja! Nie zrobisz już czegoś takiego, bo jak się ośmielisz...
- Naharys, może to nie czas i miejsce na reprymendę, ale musimy ruszać! - ponagliła go Ciotka Lonya.
- Zaniosę tylko małego do jaskini i możemy iść!

< Koniec wątku "Ujarzmić Diabła, czas zacząć nowy, pod tytułem "Druga Natura" >

<Ereden w wieku nastoletnim> 

Znowu to samo! Pomyślał wściekle Ereden, gdy rozmasowywał sobie miejsce upadku. To miał być ten sprawdzian siły, tato? ~ Pomyślał Ereden, gdy spojrzawszy na smętnie zwisające jabłko, zawieszone za ogonek na cienkim rzemyku, tupnął nerwowo łapą. Kiedy w końcu pomoże mu ktoś odkryć w sobie tę część mocy? Sini na okrągło jej używa, zupełnie, jakby chciała przypomnieć bratu, że to ona wcześniej odkryła swoją, a on? Jak dotąd nigdy nie udało się mu żadnej poznać i okiełznać - I jak na razie, jego życie toczyło się wokół ciągłych treningów. W tamtym momencie miał trzepnąć ogonem o konar i iść sobie stąd, ale ojciec patrzył i raczej nic nie wskazywało na to, aby się znudził. Spróbuj jeszcze raz! - mówił jego wzrok. Do zdobycia jabłka miał czystą drogę - jak to wyraził się Naharys.
Miał rozpędzić się w stronę wysokiego głazu, z którego później miał wybić się w prężnym skoku, aby później wczepić się długimi pazurami w miękką korę młodej, wysokiej jabłoni, po czym musiał całą skondensowaną siłę w mięśniach ramion i ud wykorzystać do odbicia w lewo, ku wiszącemu owocu - Jak dotąd, przy ostatnich czterech razach, udawało się mu dotknąć go czubkiem nosa - Ciekawe, jak wypadnie mu następnym razem? Najważniejsze są te trzy albo cztery głębokie wdechy przed startem - Nie miał pojęcia, ale ten sposób oddychania pozwalał się mu odprężyć i spojrzeć na to ćwiczenie, z dość innej perspektywy. Powinno się udać! Kiedyś musi!
Z tymi myślami popędził w wiadomym celu, ku rosłemu głazowi, doskoczył do niego w trzech susach, po czym zwinnie i z kocią gracją, wdrapał się na szczyt, nie tracąc pędu. Następnie napiął mięśnie do granic możliwości swych tylnych łap i jak młoda pantera, wybił się od szorstkiej nawierzchni skały, aby potem wbić się pazurami w pień drzewa. Z zaciśniętymi mocno zębami próbował utrzymać się na pozycji - mięśnie niestety wydawały się mu zaraz trzasnąć, jak gumowy węzeł, a moc przyciągania ziemskiego, wcale nie poprawiała jego sytuacji. Ani na jotę. Ereden z trudem wymalowanym na pysku, wykręcił głowę w stronę jabłka, którym lekko kołysał popołudniowy, łagodny wiaterek. Jakby owoc, dyndając, chciał powiedzieć "Juhu! Tutaj jestem i czekam na ciebie!" Jak się można było oczywiście spodziewać, Ereden zleciał z drzewa, zanim zdążył się wybić. Nie próbował nawet krzyczeć, ale zamknął oczy, nim kolejny raz, jego bok zaliczył bolesne spotkanie z glebą. Ereden zaklął siarczyście, na głos, co nie uszło to słuchowi Naharys'a, który właśnie schodził do syna, z kamienistego wzniesienia - skąd miał dobre wejrzenie na trening basiora.
- Przekleństwa nic tu nie dadzą! Próbuj dalej!
- Ty też się tego uczyłeś?! Bo nie wierzę, że potrafiłbyś zdobyć się na taki wyczyn. Tego, to nawet sama ciotka Lonya nie umie!
Ku zdziwieniu Ereden'a, jego ojciec uniósł lekko brew, jakby nie przejął się wyznaniami syna.
- Ja nie potrafię? No to patrz i ucz się, młody, jak twój stary to robi! - odparł hardo Naharys.
Powtórzył całą trasę. Ereden jednak zauważył, jak jego ojciec wybijając się z kamienia, robi to z nadzwyczajną gracją i siłą, a gdy zaczepiwszy pazurami o pień, wykręcił zwinnie swój grzbiet, niczym rzucony w powietrze łosoś, po czym pochwycił owoc w stalowy uścisk swych szczęk. Całość zadania zakończył lądowaniem na lekko ugięte łapy, a zrobił to z taką finezją, że Ereden wręcz nie mógł wyjść z podziwu... a jednocześnie był wściekły. Naharys, trzymając w pysku owoc, poruszył prowokująco brwiami.
- Nie mówiłeś, że po skoku na drzewo, mam zrobić od razu! - warknął Ereden.
- Bo nie pytałeś - odparł Naharys, wypluwając owoc - masz, zjedz jabłko.
- Nie chcę twojego zasranego jabłka! - kłapnął wściekły Ereden.
Naharys, lekko zaskoczony wybuchem agresji syna, przekrzywił lekko głowę, wygiął usta w grymas zastanowienia.
- Synu, nie udało Ci się dzisiaj, uda się jutro. Albo pojutrze. Nie od razu watahę zbudowano, przecież wiesz.
- Nie o to chodzi! Ciągle każesz mi skakać po drzewach i zrywać owoce, przeskakiwać przez durne kamienie nad rzeką albo ciągle walczyć z głupimi badylami, w trakcie, gdy Shori i Sininen rozwijają swoje moce!
- Ah, tu cię boli - odparł przekonany Naharys - Nie odkryłeś swych mocy, bo to nie jest jeszcze czas.
Wiesz, ile ja miałem lat, kiedy odkryłem swoje pierwsze moce? Dwa lata!
- Ciotka powiedziała, że nieco młodziej, przed wiekiem nastoletnim.
Naharys opuścił ramiona przegrany, podrapał się powoli w szczękę.
- Powinienem dłużej z tobą spędzać czasu, niż wysyłać Cię do Lonyi.
Naharys oczywiście rzekł to w geście żartu, lecz Ereden był już tak wściekły, że każde inne słowo brał na poważnie - po prostu nie miał już nawet sił, aby zastanawiać się nad przekazem.
- Ciocia Lonya nic nie zrobiła! Nie zakażesz mi się z nią widywać!
Łaził w kółko, rzucając pod nosem przekleństwa, tak paskudne, że nawet sam Naharys się dziwił, skąd też poznał tak nieprzyzwoity zasób słów. Naharys wstał, spokojnym, aczkolwiek stanowczym krokiem, zbliżył się do syna. Objął go silną łapą wokół dobrze umięśnionego karku, ale Ereden strząsnął ją bezceremonialnie.
- Ereden, o co chodzi? - zapytał Naharys, tym razem stanowczym, dość surowym tonem dowódcy - Odpowiedz mi!
- A co Cię to obchodzi?! - warknął młodzieniec, obrzucając ojca gniewnym spojrzeniem, które nieco go przeraziło. Nie przez wyraz jego oczu, gdyż normalnie, nie zawracałby sobie tym głowy, lecz tym, co się z nimi stało; Zielonozłote pierścienie tęczówek zatopione były we wściekłej smolistej czerni. Na powiekach zakreślały się dziwne mroczne szramy, które jedynie podkreślały makabryczny charakter jego oczu - Interesuje cię tylko to, ile zrobię pompek, albo... czego się tak na mnie patrzysz?!
- Ereden, Co ci się stało? - zapytał zaniepokojony ojciec, zbliżając się do młodzieńca. Nakazał mu się nie ruszać, aby mógł palcami odgarnąć nieco powiekę z lewego oka, żeby się móc dokładnie przyjrzeć. Gałka oczna była kompletnie czarna, co jeszcze bardziej wprawiło w niepokój Naharys'a. Przyjrzał się dokładnie szramom na powiekach - w dotyku i wyglądem przypominały one, jakby naczynka wokół oczu basiora, wypełnione były roztopioną smołą, miast krwi.
- Co jest? - zapytał ożywionym tonem Ereden.
- Jak się czujesz? Boli cię coś?
- Nie. Czuję się tylko... jakby bardziej ożywiony i... silniejszy - Ereden odpowiadał lakonicznie, dość niepewnie, ale jedno, co było dla niego pewne, to to, że nie czuł żadnego bólu ani zmęczenia tym stanem. Poruszył żywo mięśniami ramion - wydawały się mu takie elastyczne i silne, mogące znieść największe obciążenia i wykonać dość spory wysiłek. Dziwne, że jakoś wcześniej nie zwrócił na ten stan żadnej uwagi, prawdopodobnie za bardzo był skupiony na swym gniewie.
- Idziemy do Lonyi. Ona cię zbada i stwierdzi, co Ci się mogło stać.
- Tato, nic mi nie jest! Czuję się wręcz znakomicie!
I z tymi słowy pobiegł z nową siłą w kierunku młodej jabłonki, z której miał zerwać wiadomy owoc - a zrobił to z przekonaniem, że tym razem nic nie stanie mu na przeszkodzie. Dotąd nie czuł się tak silny, niepowstrzymany! Niepokonany! Przekonał się na tym, gdy wybijając się od wyrastającego głazu - i Naharys mógł przysiąc, że widział, jak Ereden bez trudu wykonał kilka kroków wzdłuż pnia, tym samym zdołał złapać w zęby kolejne jabłko. Kiedy upadł na ziemię, zrobił to miękko i z gracją, godną mistrza zabójców. Kiedy młody potrząsnął swym futrem, w powietrzu dało się wręcz wyczuć elektryzującą energię, wylewającą się wraz z falującą na wietrze sierścią. Naharys zamrugał ze zdziwienia oczami, jakby usiłował upewnić się, że to, co przed chwilą zobaczył, nie jest wymysłem jego wyobraźni. Ereden wziął potężny kęs owocu, zmrużył lekko oczy, jakby rozkoszując się jego słodkim smakiem, po czym oblizał się z jego soku, który ściekał mu obficie z podbródka.
- Na ogon Soleil'a, Ereden, coś ty zrobił! Ja... o żesz...
Ereden spojrzawszy na ojca hardym spojrzeniem, wyrzucił jabłko za siebie, które głucho poturlało się z trawiastego pagórka.
- Nie trzeba czekać do jutra, czy na pojutrze, aby Ci pokazać, że potrafię, tato!
- Mimo tego chciałbym, aby twoja ciotka Cię obejrzała. Martwię się o ciebie, synu!

*** 
Ereden, po raz któryś z kolei próbował wytłumaczyć ojcu, że wszystko jest w jak najlepszym porządku - gotów był nawet nazwać go histerykiem, ale prędko powstrzymał swój wściekły język. Opuścili więc dość młody lasek jabłoni, aby potem zawiłą ścieżką, kreślącą się wzdłuż dzikiego ostępu, dojść na niezbyt wysokie wzgórze, z którego to grzbietu, dostrzegli dokładny zarys lecznicy, gdzie obecnie krzątała się Lonya. W ten wiosenny kolorowy dzień, miała pod swym skrzydłem tylko dwóch, ale ciężko chorych pacjentów - jeden z poważnie złamaną kością udową, a drugi zaś zwijał się w gorączce pod stertami futer. Jednakże to nie był powód, aby młoda medyczka nie znalazła chwili na obserwację bratanka. Moment, kiedy Lonya z szokiem w oczach, dostrzegła w basiorze pewnych "zmian w wyglądzie", Ereden zapamięta na dość długo. To moment, kiedy nie widzi się już dobrej, bliskiej jemu sercu wadery, lecz kogoś, kto właśnie stanął oko w oko z najgroźniejszą bestią.
- Lo, musisz zerknąć na Ereden'a, z nim jest coś nie tak! - powiedział z nieudawanym przejęciem Naharys, a Lonya potrafiła wyczuwać takie rzeczy.
- Tato, setny raz, już sam nie przeliczę, mówię Ci, że nic mi nie jest! Czuję się zajebiście! - powiedział, prawie warknął Ereden, ale ten, jakby nie słuchając, pchnął go lekko w stronę ciotki.
W następnej chwili, Lonya przyglądała się badawczo jego źrenicom na tle smolistej czerni, zbadała palpacyjnie mięśnie, które w dotyku okazały się mocno napięte i równie twarde, co stop wytrzymałej stali, a oddech zaś był niewiarygodnie przyśpieszony, jakby Ereden właśnie dopiero co przebiegł dość spory maraton. Całokształt niespecjalnie napawał optymizmem, biorąc też pod uwagę fakt, iż tętno Ereden'a można by porównać do galopującego ogiera, któremu właśnie podano sterydy.
- Kiedy to się zaczęło u niego objawiać?
- Normalnie ćwiczyliśmy, niestety Ereden nie mógł sobie poradzić, więc zaprezentowałem mu na swym przykładzie, jak to się powinno robić... nie wiem, czy to ma jakieś znaczenie, ale Ereden wściekł się jakoś i to dość mocno. Dopiero w trakcie, gdy chciałem przemówić mu do rozumu, on spojrzał na mnie i... to już mu zostało, aż do teraz.
- Czyli myślisz, że mogło mu się to pojawić w trakcie gniewu? Hmmm... Ereden, jak się czujesz?
Ereden znudzony już tym pytanie, przewrócił zirytowany oczami.
- Ile razy mam powtarzać?! Czuję się dobrze! - warknął i tupnął wściekle łapą - zaczynacie mnie denerwować!
- Podniesiony poziom adrenaliny i kortyzolu - powiedziała Lonya, nie przestając się mu badawczo przyglądać - dawka oksytocyny powinna Ci pomóc, młody! Itami! Mamy jeszcze w zapasie leki stymulująco- uspokajające?
- Myślę, że mamy jeszcze w zapasie - odparła młoda, niska wadera, która pojawiła się nagle za rogiem wejścia do przedsionka jaskini.
- Zaaplikuj młodemu średnią dawkę, tak dla pewności, że to zadziała. Gdyby nie, wiesz co masz robić? Podwoić dawkę.
Ereden'owi było nie w smak, gdy kazano mu żuć te wszystkie ohydne zioła, połączone z jakimiś alchemicznymi wyciągami z dziwnie wyglądających alembików i flakoników - a czuł się przy tym niezwykle żałośnie, bowiem już jako nastolatek, czuł że potrafi już zadbać o siebie i swoje sprawy, co też nie powinno nikogo interesować ani przejmować. Wiedział jednak, że z własnym ojcem oraz ciotką dyskutować nie można, gdyż to wilki wielce uparte. Nie minęła nawet dobra minuta, jak mięśnie młodzieńca zaczęły się rozkurczać - wydawało mu się, jakby miękły - oddech stał się uregulowany, spokojny. Mimo wszystko, na ciało młodzieńca spadło ogromne zmęczenie - o dziwo fizyczne, jak i te psychiczne - czuł, jakby został wyprany ze wszystkich sił i energii życiowej. Kiwając głową na boki, przed oczami widział zdwojony obraz, mroczki i wszystko wydawało się takie zamazane, pozbawione szczegółów i konturów.
- Nie rozumiem - powiedziała po chwili Lonya - powinien się uspokoić, a wygląda, jakby miał zaraz paść z wycieńczenia... Naharys, łap go!
Biały wilk pochwycił Ereden'a w ostatniej możliwej chwili - młody dosłownie osunął się z łap, nie czując nawet, że traci kontrolę nad swym ciałem. Opadł ciężko w objęcia Naharys'a, który później, na polecenie Lonyi, załadował go na szpitalne łózko i zakopał pod stertę czystych futer.
Kiedy się ocknął, nie był pewien z początku, gdzie jest, lecz silny zapach ziół i lekarstw, chyżo mu o tym przypomniały. Lecznica wydawała się być zatopiona w lekkim letargu, albo to tylko sprawiała takie wrażenie, bowiem prócz głośnych i miarowych oddechów pogrążonych we śnie pacjentów, nie słyszał nic. Być może percepcja jego zmysłów została skutecznie przytępiała, albo na świecie panuje noc, w trakcie gdy inne wilki korzystają z zasłużonego odpoczynku. Nie był już pewien tego wszystkiego... Rozejrzał się wokół, mając jednocześnie ochotę wyskoczyć spod warstwy futer, lecz zmęczenie nadal odzywało się wyraźnie w bolących mięśniach. Kiedy chciał mrugnąć, potworne pieczenie odezwało się w oczodołach, więc szybko zamknął oczy, mając jednocześnie wielką ochotę, aby je potrzeć.
~ Cholera, co jest ze mną nie tak!? - pomyślał Ereden. W końcu dał za wygraną i ułożył głowę na prostych łapach, próbując zatopić się w objęcia morfeusza. Na próżno starał się zasnąć, więc w ciągu nocy, wiercił się z boku na bok, szukając dogodnych pozycji, lecz żadna inna nie wydawała się mu wygodna. W końcu trzasnął gniewnie ogonem i postanowił poszukać czegoś, co pomoże mu zasnąć. Niestety, na jego nieszczęście - bowiem piekące oczy łzawiły mu i cały ten obraz widział w zamazanych konturach - błądząc w mrocznym korytarzu, strącił na siebie flakon z podejrzanie śmierdzącą substancją. Zamroczyło basiora, gdyż naczynie roztrzaskało się w drobny mak na jego głowie, zatoczył niepełne koło w miejscu, po czym runął jak długi na kamienistą posadzkę.

***
- Doprawdy masz niezłego guza! - skomentowała dość ostro ciotka Lonya, przykładając młodemu spory kawał lodu na miejsce między jego uszami - Co ci strzeliło do głowy, żeby kręcić się w medycznych zapasach, ty mały gnomie?
- Szukałem czegoś na sen - odparł ponuro basior, zaciskając zęby z bólu, tępo odzywającego się na czubie głowy.
- I w tym celu rozwaliłeś sobie na głowie pojemnik z olejkiem rycynusowym? Młody, teraz to Ci sierść wyrośnie, tak bujnie, jak w ogrodzie jordanowskim krzewy winogron!
- To chyba dobrze, prawda?
- O ile marzysz o czuprynie, to raczej dobrze - odparła ciepło Lonya - poza tym będziesz mieć zdrową skórę i włosy... ale o tym później. Chciałabym, abyś o czymś wiedział, Ereden.
Ereden uniósł głowę, chciał się uśmiechnąć, lecz pewna część duchowego siebie, skutecznie mu to uniemożliwiała. Miał złe przeczucia.
- Pamiętasz jeszcze tego pasożyta, który zaatakował Cię za szczeniaka?
Młody pokiwał głową z wyraźnie malującym się niepokojem na pysku.
~ Jakbym miał zapomnieć? Przez niego omal nie przekręciłem się na tamten świat! - pomyślał zaniepokojony Ereden.
- Otóż... gdy byłeś nieprzytomny, więc zbadałam dokładnie twoje ciało... a konkretnie twoją głowę i... cóż...
- No, wykrztuś to z siebie, ciociu! - powiedział Ereden, nie tracąc z wadery swych przenikliwych oczu.
-... mówiąc wprost. To siedzi w twojej głowie. Druga wersja pasożyta. Dziwnie zmienionego pasożyta... tego samego gatunku, ale przepoczwarzonego. Dzieje się to tak, gdy pierwotna wersja pasożyta złoży w żywicielu " awaryjne jajeczko". Z tego jajeczka wyrasta druga wersja pasożyta, ale mocno odmieniona od poprzednika. Wczoraj, wściekając się na ojca, wiesz dlaczego nagle poczułeś się taki silniejszy i sprawniejszy? Ponieważ ten pasożyt, usadowiony w twoim móżdżku, jest w stanie stymulować wszystkie procesy mięśniowe, powodując, że są one silniejsze, wytrzymalsze i zdolne do nadnaturalnych wysiłków. Stan jego aktywności wzrasta wraz z poziomem adrenaliny i kortyzolu we krwi.
- Skoro ten pasożyt jest dla mnie taki dobry, to dlaczego tak osłabłem po transie? - zapytał niepewnie Ereden.
- Ponieważ, jak sama nazwa wskazuje, pasożyt żywi się energią, wytworzoną w twoim ciele... aby móc funkcjonować, musi się żywić. Im dłużej znajdziesz się pod jego wpływem, tym więcej energii od ciebie zażąda, co też musisz z tym fantem uważać. To się może dość śmiertelnie dla ciebie skończyć. Możesz paść z wycieńczenia.
- A nie możesz go ze mnie jakoś usunąć?
Im więcej Ereden pytał, tym bardziej zaczynał powątpiewać w swoją przyszłość, wraz z otrzymanymi odpowiedziami.
- Cóż... gdybym to zrobiła... zrobiłabym z ciebie roślinę. Twój mózg i układ nerwowy uzależnił się od woli pasożyta. Gdybym tylko wiedziała, że to się tak może dla ciebie skończyć, wraz z tym pasożytem, usunęłabym też to cholerne jajeczko. Ereden, posłuchaj mnie! Musisz uważać na siebie. Musisz panować nad emocjami, bo to się może dla ciebie skończyć źle.
- To nie będzie takie proste - odparł ze zmartwieniem Ereden - Znasz mnie, ciociu. Bywam wybuchowy.
- Zupełnie, jak twój ojciec - skwitowała Lonya - Opowiadałam Ci, jak dla mnie próbował zabić swojego najlepszego przyjaciela?
Ereden pokręcił głową z zaprzeczeniem, uniósł lekko brew, wyraźnie zaciekawiony.
- Opowiesz mi tę historię? - zapytał.
- Może kiedyś... jak będziesz na to gotowy...
- Ale ja jestem gotowy, ciociu. Mam czas, nie mam zajęć. Mogę posłuchać.
- A w kwestii czasu, to mnie jakby go brak. Muszę zająć się pacjentami, ale spokojnie, kiedyś Ci o tym opowiem, ale nie teraz.
Usiadł Ereden z westchnieniem, uderzając ogonem o kamienną posadzkę i przyglądając się, jak jego ciotka zbiera bandaże, leki przeciwbólowe i wiklinowe naczynie z lodem.
- Skoro tak mówisz.

<Lonya?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 3711
Ilość zdobytych PD: 1855 + 15% (278PD)  za długość powyżej 3000 słów
Obecny stan: 2133 PD

niedziela, 3 kwietnia 2022

Od Ereden'a c.d Noiter'a ~ Rogata znajomość

Pieczenie jamy ustnej, a potem swędzenie całej skóry, poprzedzane drętwieniem i mrowieniem kończyn. A później występują dreszcze z zimnym potem, źrenice zwężające się i rozszerzające, zaczynają powoli reagować na światło, co skutkuje powstanie światłowstrętu i zaburzenie widzenia. Takich objawów spodziewał się Ereden u opiekuna, gdy ten, bez cienia podejrzeń - co z resztą było błędnym posunięciem - przyjął od niego tę niepozorną, niewinnie wyglądającą "Puszkę Pandory". Ereden, udając, że sprząta bałagan, który sam narobił, ukradkiem spoglądał na opiekuna, doszukując się wyżej wymienionych objawów - choćby drobny ślad, świadczący o zatruciu tojadem. Nie może być, gdyż Noiter trzymał kwiat w zębach przez dobrą minę, przyglądając się fioletowym, pięknie ułożonym płatkom - no i szczerze powiedziawszy, doczekał się ich. Noiter począł oddychać z widocznym trudem, a na łapach utrzymywał się sztywno, chwiejnie, a jego wzrok stał się niewyraźny i zmęczony.
- Wiesz co, Shori? Chyba miałaś rację – powiedział ostatkiem sił. – Chyba potrzebna mi pomoc.
Z tymi słowy, wykonał jeszcze kilka chwiejnych kroków, opierając się lewym skrzydłem o zimną ścianę jaskini. Potknął się o wystający kamień, zwalił się ciężko na ziemię, rąbiąc głową o wystającą część skały w ścianie. Zastygł w bezruchu.
- No i leżysz, rogaczu! - zawołał dumny z siebie Ereden, wskakując na nieprzytomnego Noitera i wykonując taniec zwycięstwa.
- Coś ty narobił, potworze! - krzyknęła przez łzy Shori - Zabiłeś go!
Ereden przestał tańczyć i spojrzawszy na bladość, która aż przebijała się przez granat sierści Noiter'a, przekrzywił usta nieco. Potem wzruszył ramionami i odparł z dumą.
- Dostał to, na co zasłużył!
- Czy Noiter nie żyje? - zapytała wystraszona Sininen - Zabiłeś go!
Prawdę mówiąc, Ereden nie myślał o żadnym zabijaniu, a krzyki sióstr sprowadziły go twardo na realistyczny grunt. ~ A co, jeśli na prawdę zabiłem tego dziwaka? - pomyślał po chwili Ereden, z nutką grozy.
- Dobra, Shori, trzeba lecieć po ciocię Lonyę! - rzucił pośpiesznie, zeskakując z brzucha opiekuna.
- Szkoda, że nie pomyślałeś o tym wcześniej, leszczu! - warknęła Shori.
- Byłem na niego wściekły! Nie prosiłem się o jego opiekę, już wolałem, żeby nas pilnowała wiewiórka, niż... on! - wrzasnął Ereden, spoglądając z pogardą na nieprzytomnego Noitera - A poza tym, im dłużej się kłócimy, tym niewiele czasu mu zostało. No leć, na tych swoich ohydnych skrzydłach i sprowadź tu ciocię Lonyę! I pamiętaj, jeśli powiesz cokolwiek cioci, albo rodzicom, wyprę się wszystkiego i zrzucę winę na ciebie!
- Na mnie, jak niby? - warknęła Shori.
- Co taka głupia, skrzydlata myszka, jak ty, może mieć pojęcie o roślinach. Nie wiedziałaś, że to trujące, więc zerwałaś i dałaś Noiterowi. Inscenizacja piękna, ale tylko wtedy, gdy się na mnie poskarżysz, rozumiesz?! - syknął groźnie Ereden na swą przybraną siostrę - Ruszaj!
Shori zmarszczyła pysk i czoło, okazując niezadowolenie ze słów brata, ale nie miała zamiaru sprzeczać się z tym nieznośnym, małym demonem - wybiegła z jaskini, powarkując pod nosem szczenięce wyzwiska. Następnie basiorek spojrzał groźnie na Sininen, skrytą gdzieś w mroku, trzęsąc się na widok nieprzytomnego ciała Noiter'a.
- Ciebie to też dotyczy. Spróbuj pisnąć rodzicom albo ciotce, choćby słówko, a pożałujesz! - wycedził przez zęby malec, zbliżając pysk do ucha siostry.
                                                                                                                                                    ***
<Akcja się dzieje po wydarzeniach z wątku "Anatomia obłędu"> 

Wydarzenia, jakie miały miejsce sprzed kilku dni, mocno odbiły się na Ereden'ie, ale czy na dobre? Z tym będzie musiał się niewątpliwie zmierzyć. Nastały nowe zmiany i nowe obietnice, złożone siostrom i samemu sobie - Nigdy więcej pogardy. Pierwszą próbę przemiany zaliczył w jaskini medycznej, owego dnia, gdy odzyskał władzę ciała i świadomość. Spodziewał się odrzucenia ze strony Shori - tyle czasu przez niego, wraz z Sininen wycierpiała i nie spodziewał się, że z aprobatą przyjmie jego przeprosiny - ale miło został zaskoczony. Co prawda, nie dostał od przybranej siostry natychmiastowego przebaczenia, ale dała mu sporo powodu, aby zacząć zmianę na lepsze.
Nabrał porządny haust powietrza w płuca, stojąc tak przed wejściem do jaskini Noiter'a. Ereden już nieco podrósł, mierzył już sześćdziesiąt centymetrów w kłębie i przybrał nieco mięśni, jak na nastolatka przystało. Westchnął jeszcze raz, przygładził łapą lekko rozczochraną grzywkę do tyłu, po czym wkroczył do norki opiekuna. Pomieszczenie było dość przytulne, intensywnie oświetlane przez grzyby fluorescencyjne - z początku musiał pokonać wąski korytarz wejściowy, który doprowadził go do jaskini głównej - co prawda, dość zagracony przez drewniane zabawki, którymi Noiter bawił Shori i Sini... i pamiętał też, jak nimi obrywały, gdy Ereden wpadał we wściekłość.
Bez słowa ominął leżące na podłodze drewniane imitacje zwierząt i ruszył w stronę odnogi, gdzie Noiter sypiał. Zastał go zwiniętego w kłębek, dodatkowo z pyskiem skrytym pod jednym ze swoich skrzydeł, zakopany pod stertą futer.
Ereden usiadł na moment, wpatrując się w smacznie śpiącego Noiter'a z miejsca, okrytego gęstym mrokiem. ~ Myślę, że nie będzie zły z niezapowiedzianej wizyty - pomyślał z uśmiechem Ereden.
Minęło niecałe półgodziny, gdy Noiter wybudził się ze słodkiego snu, przeciągnął się pod futrzaną kołderką i ziewnął głośno.
- Jak się spało? - zapytał łagodnie Ereden.
Mina opiekuna była nieziemska; Z pozycji leniwego przeciągania, wyprostował się nagle, jakby ktoś zmusił go przed chwilą, do połknięcia długiego patyka i wytrzeszczając szeroko oczy, rozglądał się za źródłem dźwięku.
- Kto tu jest? - zapytał zaniepokojony Noiter.
Ereden wyłonił się z mroku, powoli i spokojnie, zaczął zbliżać się do opiekuna, który powitał go niezbyt pewnym spojrzeniem, ale potrzebna mu była chwila, aby się opanować. Usiadł po chwili, ale jego skrzydła, nagle opadły na ziemię, z szelestem szurając piórami.
- Witaj, Ereden - powiedział Noiter, ale nastolatek wyczuł w głosie pewną dawkę urazy, w pełni uzasadnioną - bowiem niezbyt dobrze zakończyło się ich spotkanie.
- Nie będę owijał bez sensu w bawełnę - zaczął Ereden, siadając przed basiorem, wpatrując się bez przerwy w jego jasnobłękitne oczy - Wiesz dlaczego tu jestem?
Noiter, jak to on, przekrzywił nieco usta w grymasie nieufności, mrugnął podejrzliwie oczami, ale nic nie odpowiedział, bowiem wyczuł retorykę w pytaniu.
- Zapewne pamiętasz to wydarzenie z tojadem, to jakim nieznośnym bachorem byłem... znaczy się, co nieco zostało po staremu, ale zmieniłem się tu i ówdzie... - Ereden nie był przyzwyczajony do wygłaszania dłuższych wypowiedzi, a także trudno było mu wykrzesać je prosto z serca, dlatego urwał w połowie zdania. Westchnął ciężko, zastanawiając się nad dalszym ciągiem - Noiter, chciałbym cię bardzo przeprosić za ten incydent. Jeszcze mocniej chciałem cię przeprosić, za to, jak jechałem po twojej odmienności... znaczy się, nie to, że jesteś inny... ale... cholera! No wybacz. I nie, nie mam nigdzie ukrytego podejrzanego kwiatka, ani innych pachnideł - dodał pośpiesznie machając wolnymi łapami przed oczami Noitera - Tym razem szczerze proszę cię o wybaczenie. No więc? Jak będzie? Sztama? - Ereden wyciągnął w stronę basiora swą łapę.

<Noiter?>

Ilość napisanych słów: 1046
Ilość zdobytych PD: 523 + 5% ( 26 PD) za długość powyżej 1000 słów
Obecny stan: 1134 PD