Brunatny płyn zabulgotał w drewnianym naczyniu, uwalniając do atmosfery zapach zgniłych jaj. Shani zmarszczyła nos, nie przerywając jednak pracy. Wiedziała, że to obowiązkowy punkt na drodze do uzyskania odpowiedniego wywaru. Cóż, tak przynajmniej mówiły księgi. Wilczyca nigdy wcześniej nie przygotowała tej konkretnej mieszanki, nie widziała bowiem zastosowania dla specyfiku. Pasta z kruszonych ziół, poddanych wspólnej fermentacji, nie miała prawa osiągać lepszego efektu w leczeniu infekcji układu moczowego niż prosty sok z żurawiny. Dziś jednak coś tchnęło medyczkę. Medykament, z wyjątkiem właściwości antyseptycznych, zawierał w sobie również zioła pobudzające produkcję moczu, przeciwbólowe i zmniejszające obrzęki. Shani nie mogła zrozumieć, jakim cudem autor receptury sam nie wpadł na pomysł, który wilczyca zamierzała zrealizować. Przecież dodanie niewielkich ilości belladonny – owocu o właściwościach przeciwskurczowych – uczyniłoby ze specyfiku idealny lek na kolki nerkowe, ułatwiający wydalenie bolesnych kamieni. Wystarczyło tylko…
Wzrok Shani napotkał pustkę. Nie może być! Wśród części roślin (a nawet kilku fragmentów ciał drobnych zwierząt) podwieszonych pod sklepieniem jej norki, w jednym z miejsc panowała ciemność. Nicość. Shani przygryzła język, wypowiedziawszy pod nosem krótkie przekleństwo. Wstyd jej było przed samą sobą. Zawsze tak pieczołowicie dbała o zapasy, a tu proszę! W jej zbiorach brakowało tak podstawowego składnika, jak belladonna.
Wilczyca odstawiła miseczkę ze specyfikiem z powrotem w ciepłe miejsce w rogu swojej jaskini, w specjalnie przygotowanym zagłębieniu omijanym przez wpadający do pomieszczenia wiatr. Nakryła naczynie skórą z królika i przesypała liśćmi, licząc, że pomoże to zachować odpowiednią temperaturę.
Wyszła na dwór. Dreszcz przeszył jej ciało, gdy zimny wiatr spenetrował futro, docierając do skóry. Pogoda nie była ostatnio łaskawa. Ochłodzenie przyszło nagle, nie dając stworzeniom czasu na wytworzenie gęstszej okrywy. Takie warunki atmosferyczne nie zwiastowały sukcesu w kwestii poszukiwania owoców, które najpewniej już dawno opadły. Wadera nie pozwoliła więc sobie na optymizm, co jednak nie przeszkodziło w podjęciu próby. W końcu wiedziała, gdzie szukać tych roślin i nie było to tak daleko.
Gdy dostrzegła cel swej wędrówki na horyzoncie, opuszki jej łap były już zimne i boleśnie zwiastowały, iż niedługo pokryją je drobne pęknięcia. Że też nie posmarowała ich przed wyjściem jelenim łojem… No cóż, przynajmniej będzie miała nauczkę na przyszłość.
Shani pewnym krokiem wkroczyła do małego, wierzbowego zagajnika. Kiedy więc dostrzegła niespodziewany ruch – w jej polu widzenia mignęło coś… różowego? – niezdarnie wskoczyła w krzaki, robiąc przy tym nieco hałasu.
Zwierzę znieruchomiało na chwilę. Ogromny, puchaty ogon, zwieńczony różowym akcentem, zatoczył w powietrzu krąg, odsłaniając jego właścicielkę. Shani przywarła do ziemi, chcąc lepiej się ukryć. Miała przed sobą wilka… chyba. Wiatr jej nie sprzyjał, zanosząc woń medyczki prosto do nozdrzy nieznajomego (tudzież nieznajomej), nie udzielając jednocześnie żadnych wskazówek szarej. Shani widziała kruczoczarne futro pokrywające drobne, zgrabne ciało. Dostrzegła białe i różowe znaczenia oraz… troje oczu, które wpatrywały się prosto w nią. Nie, dwoje oczu i coś pomiędzy, czego medyczka nie była w stanie określić z tej odległości. Shani nigdy nie widziała tak osobliwie wyglądającej wilczycy, nie mogła jednak odmówić jej urody.
- Ekhm. To nieuprzejme tak podglądać – odezwała się nieznajoma.
Futro na jej ciele zmierzwiło się, a na pyszczku wymalowana była podejrzliwość. Jej napuszony ogon zdawał się teraz jeszcze większy, jednak to nie on przykuł uwagę Shani.
- Żmija! – Krzyknęła medyczka, szykując ciało do skoku.
- Wypraszam sob…
Shani już była w powietrzu, by następnie wylądować ze szczękami zaciśniętymi na szyi gada. Jednocześnie poczuła rozdzierający ból w swej lewej łapie, który wytrącił ją z równowagi. Shani, wciąż trzymając żmiję w pysku, przekoziołkowała kilka metrów przed siebie, wpadając do lodowatej wody z głośnym chlupnięciem. Po początkowym szoku podniosła się, otrzepała futro i wyszła na brzeg, gdzie czekała przejęta nieznajoma.
- Wszystko w porządku? – Zapytała, przekrzywiając głowę.
Shani polizała łapę jak kotek, który się myje. Była podejrzanie ucieplona. Medyczka jednak nie chciała się do tego przyznać, unikała więc obciążania kończyny, gdy była obserwowana. Do jej nozdrzy dotarł teraz zapach nieznajomej – wyczuła w nim wilki z watahy. Prawdopodobnie wilczyca była tu nowa.
Shani zdała sobie sprawę, że jej szczęki wciąż mechanicznie trzymają martwego gada. Wypluła go na bok, by uwolnić pysk. Czemu wąż nie hibernował teraz, w środku zimy? Wilczyca nie miała czasu szukać w głowie odpowiedzi na to pytanie.
- Cóż, nie jestem fanką morsowania, ale poza tym chyba wszystko w porządku. Ach, gdzie moje maniery. Jestem Shani. A ty?
Nasari? ^^
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 688
Ilość zdobytych PD: 344
Obecny stan: 344
Newsy
:Aktualności
.Blog przechodzi obecnie renowację
.Już niebawem pojawią się nowości
:Pogoda
Obecna pora roku ~ Jesień
.Temperatura waha się między 10+ a 0- stopni Celcjusza
.Zmiana pory roku nastąpi 15.12.2022
Liczba wilków ~ 27
Wadery ~ 18 + 1 NPC
Basiory ~ 7 + 4 NPC
Szczeniaki ~ 1
Nieobecni: Brak
~Serdecznie zapraszamy♥~
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Shani. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Shani. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 4 grudnia 2022
niedziela, 13 listopada 2022
Od Shani do Ðarögona ~ Zderzenie z rzeczywistością
„Dwie miarki suszonej pokrzywy, jedna miarka liści dziurawca, zagotować, ostudzić, podawać po śniadaniu. Sok z żurawiny po każdym posiłku”. Słowa te wybrzmiewały w umyśle Shani jak mantra. Jesień była w pełni, co oznaczać mogło tylko jedno: sezon na drobne infekcje, a w konsekwencji — pełne łapy roboty. Wilczyca nie mogła przestać myśleć o pracy nawet teraz, gdy planowała wykorzystać wolne popołudnie na leniwy spacer po okolicy. Coś jej nie pasowało w tych zaleceniach, tylko co? Myśli tak bardzo pochłonęły naszą medyczkę, że dopiero w momencie, gdy jej ciało boleśnie zetknęło się z czymś ciepłym i twardym, wróciła do rzeczywistości.
„Niedźwiedź!” - Krzyknęła ta najbardziej pierwotna część jej umysłu, szybsza w swoich osądach niż racjonalne, krytyczne myślenie. Wilczyca odruchowo odskoczyła do tyłu, jeżąc jednocześnie futro na karku i wystawiając na światło dzienne swe śnieżnobiałe, ostre kły.
Czarna masa futra poruszyła się leniwie, jakby zderzenie z ciałem Shani było dla niej jedynie drobną niedogodnością. Kształt zaczął rozwijać się, ukazując w końcu niebieskie uszy i nos. Wadera zorientowała się, że jest to wilk. Napięcie w jej mięśniach trochę zelżało, ale nie zniknęło kompletnie. Wciąż był to nieznajomy, w dodatku wyjątkowo postawny. Shani przełknęła głośno ślinę. Bała się go czy nie, musiała wypełnić swój obowiązek.
- Znajdujesz się na terenach watahy Renaissance. W jakim celu tu przybywasz?
Wilk, nieco jeszcze zaspany, spojrzał na Shani spod powiek, które walczyły, by nie skleić się znowu… Patrzył nie prosto na jej pysk, jak by się spodziewała. Ustawił własną kufę bokiem, tak, że widziała tylko jedną stronę jego twarzy. Wilczyca nie miała pewności, jak zinterpretować ten gest. Czy było to lekceważenie z jego strony? Nieśmiałość? A może chciał patrzeć jednocześnie na nią i coś innego, groźnego? Szara przestąpiła nerwowo z łapy na łapę.
- Watahy? – Głos nieznajomego był melodyjny i przyjemny dla ucha. – Cóż, to chyba nic tu po mnie, przepraszam za kłopot.
Czarny wilk zaczął się podnosić. Jego głowa cały czas pozostawała we wcześniejszej pozycji względem medyczki. Dopiero gdy basior wstał, Shani dostrzegła całość jego sylwetki. Z tak wysokim osobnikiem nie miała jeszcze do czynienia.
- Zaczekaj! Jeśli chcesz, możesz odejść. Nie trzymamy nikogo na siłę. Ale u nas dla każdego znajdzie się miejsce.
Przez twarz (a raczej tę połowę, którą Shani widziała) basiora na sekundę przemknęło coś… jakieś nieuchwytne uczucie, jakby jedna niechciana myśl na ten ułamek sekundy przejęła władzę nad jego ekspresją. Równie szybko jednak pysk wrócił do swego normalnego stanu.
- Nie wiem, czy to dobry pomysł – oznajmił basior, spuszczając nieco głowę.
- Mogę zaprowadzić cię do alfy. Porozmawiasz z nią i zdecydujesz. Bez zobowiązań. Co ty na to? – Wilczyca próbowała sprzedać swą „ofertę” szerokim uśmiechem.
- Mogę spróbować – odparł nieznajomy po chwili jakby bez przekonania.
- Świetnie. To w tę stronę. Jestem Shani, medyczka. A ciebie jak zwą?
- Drago Ergon.
Wilk ruszył za Shani niespiesznie. Nie umknęło jej uwadze, iż tak ustawił swoje ciało względem niej, by podczas wędrówki cały czas widziała tę samą stronę jego pyska, co wcześniej. Zaciekawiło to wilczycę. Co mogła skrywać druga połowa jego oblicza? Czy było to coś niebezpiecznego? A może szpetnego i wstydliwego? Shani nie mogła się powstrzymać przed obmyślaniem sposobów na dojrzenie tajemniczego elementu. Wierzyła, że ma w sobie na tyle przyzwoitości, by nie wcielić ich w życie, choć wiedziała też, że bardzo łatwo byłoby jej przekroczyć tę linię.
- A więc, Drago, skąd przybywasz?
Drago?
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 539
Ilość zdobytych PD: 269 + 200% (538 PD)
Obecny stan: 4962
„Niedźwiedź!” - Krzyknęła ta najbardziej pierwotna część jej umysłu, szybsza w swoich osądach niż racjonalne, krytyczne myślenie. Wilczyca odruchowo odskoczyła do tyłu, jeżąc jednocześnie futro na karku i wystawiając na światło dzienne swe śnieżnobiałe, ostre kły.
Czarna masa futra poruszyła się leniwie, jakby zderzenie z ciałem Shani było dla niej jedynie drobną niedogodnością. Kształt zaczął rozwijać się, ukazując w końcu niebieskie uszy i nos. Wadera zorientowała się, że jest to wilk. Napięcie w jej mięśniach trochę zelżało, ale nie zniknęło kompletnie. Wciąż był to nieznajomy, w dodatku wyjątkowo postawny. Shani przełknęła głośno ślinę. Bała się go czy nie, musiała wypełnić swój obowiązek.
- Znajdujesz się na terenach watahy Renaissance. W jakim celu tu przybywasz?
Wilk, nieco jeszcze zaspany, spojrzał na Shani spod powiek, które walczyły, by nie skleić się znowu… Patrzył nie prosto na jej pysk, jak by się spodziewała. Ustawił własną kufę bokiem, tak, że widziała tylko jedną stronę jego twarzy. Wilczyca nie miała pewności, jak zinterpretować ten gest. Czy było to lekceważenie z jego strony? Nieśmiałość? A może chciał patrzeć jednocześnie na nią i coś innego, groźnego? Szara przestąpiła nerwowo z łapy na łapę.
- Watahy? – Głos nieznajomego był melodyjny i przyjemny dla ucha. – Cóż, to chyba nic tu po mnie, przepraszam za kłopot.
Czarny wilk zaczął się podnosić. Jego głowa cały czas pozostawała we wcześniejszej pozycji względem medyczki. Dopiero gdy basior wstał, Shani dostrzegła całość jego sylwetki. Z tak wysokim osobnikiem nie miała jeszcze do czynienia.
- Zaczekaj! Jeśli chcesz, możesz odejść. Nie trzymamy nikogo na siłę. Ale u nas dla każdego znajdzie się miejsce.
Przez twarz (a raczej tę połowę, którą Shani widziała) basiora na sekundę przemknęło coś… jakieś nieuchwytne uczucie, jakby jedna niechciana myśl na ten ułamek sekundy przejęła władzę nad jego ekspresją. Równie szybko jednak pysk wrócił do swego normalnego stanu.
- Nie wiem, czy to dobry pomysł – oznajmił basior, spuszczając nieco głowę.
- Mogę zaprowadzić cię do alfy. Porozmawiasz z nią i zdecydujesz. Bez zobowiązań. Co ty na to? – Wilczyca próbowała sprzedać swą „ofertę” szerokim uśmiechem.
- Mogę spróbować – odparł nieznajomy po chwili jakby bez przekonania.
- Świetnie. To w tę stronę. Jestem Shani, medyczka. A ciebie jak zwą?
- Drago Ergon.
Wilk ruszył za Shani niespiesznie. Nie umknęło jej uwadze, iż tak ustawił swoje ciało względem niej, by podczas wędrówki cały czas widziała tę samą stronę jego pyska, co wcześniej. Zaciekawiło to wilczycę. Co mogła skrywać druga połowa jego oblicza? Czy było to coś niebezpiecznego? A może szpetnego i wstydliwego? Shani nie mogła się powstrzymać przed obmyślaniem sposobów na dojrzenie tajemniczego elementu. Wierzyła, że ma w sobie na tyle przyzwoitości, by nie wcielić ich w życie, choć wiedziała też, że bardzo łatwo byłoby jej przekroczyć tę linię.
- A więc, Drago, skąd przybywasz?
Drago?
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 539
Ilość zdobytych PD: 269 + 200% (538 PD)
Obecny stan: 4962
wtorek, 1 listopada 2022
Od Shani - Quest II | III | XII ~ W Pułapce | Zaraza | Spojrzenie
"Wdech i wydech. Nie spieprz tego" – powtarzała sobie wadera raz za razem. Miała świetną okazję, by bezszelestnie podkraść się do pasącej się nieopodal łani. Kępy wysokiej, maskującej trawy, ciągnęły się na całym dystansie od drapieżnika do ofiary. Wiatr również przybrał kierunek korzystny dla wilczycy. O ile nie postąpi zbyt gwałtownie, zapowiadał się łatwy obiad. Wystarczyło tylko skierować pierwszy cios na tylną łapę, by przeciąć ścięgna i uniemożliwić skuteczną ucieczkę. Wilczyca robiła to już setki razy, więc co mogło pójść nie tak? Oj, Shani nie przypuszczała nawet, do czego doprowadzi to, wydawać by się mogło, rutynowe polowanie.
W zasadzie powinna była domyślić się już wcześniej – kiedy sarna, zaalarmowana jakimś niespodziewanym dźwiękiem, rozejrzała się nerwowo po otoczeniu, a jej oczy błysnęły czerwienią. Wadera stwierdziła jednak, że musiało jej się przewidzieć. Przeczytała o jeden zwój o niewyjaśnionych zdarzeniach za dużo i umysł musiał płatać jej figle.
Również fakt, iż łania pasła się podejrzanie blisko terenów, gdzie wilki z watahy lubiły spędzać czas (a w konsekwencji przepełniać okolicę swoim zapachem) nie wzbudził u Shani podejrzeń.
Tak właśnie myśliwy stał się ofiarą. I to w ułamku sekundy! Wadera już naprężała mięśnie w łapach, szykując się do skoku, gdy łania odwróciła się w jej stronę i rozpoczęła szarżę.
Wilczyca wykonała szybki unik, po czym wskoczyła na najbliższy pieniek. W tym ułamku sekundy, który miała na ocenę przeciwnika, zdążyła dostrzec czerwień oczu, która okazała się nie być złudzeniem. Z pyska zwierzęcia toczyła się piana, a w jego gardle brzmiał niezwykły jak dla gatunku zwierzęcia warkot.
Łania przeorała kopytem ziemię i ruszyła gwałtownie w kierunku wilczycy, która zaczęła pędzić ile sił w łapach. Świat zawęził się do ledwie kilku bodźców – rytmu jej własnych łap oraz stukotu kopyt, które wcale nie zdawały się niknąć w oddali. Wręcz przeciwnie – każdy kolejny stukot zdawał się wybrzmiewać coraz bliżej. Serce Shani biło jak oszalałe, lecz męczyło się już; podobnie zresztą płuca, w których płonął żywy ogień. Panika narastała w jej ciele w miarę, jak mięśnie zaczynały odmawiać posłuszeństwa. Wiedziała, że napastnika dzieliło od niej ledwie kilka kroków. Już prawie czuła ciepłotę ciała zwierzęcia, gdy nagle… Głośny brzdęk położył kres galopowi łani. Zwierzę wydało z siebie ryk przepełniony bólem.
Shani ostrożnie odwróciła się o sto osiemdziesiąt stopni, by zobaczyć łanię wierzgającą się we wszystkie strony. Jej noga utkwiła w potrzasku, który wyglądał jak zaciśnięte szczęki niedźwiedzia i był zrobiony z metalu. Wadera uznała, że musi czuwać nad nią jakaś opatrzność – w zasadzie tutejsze wierzenia mocno różniły się od jej rodzimych, co wprowadzało medyczkę w lekki zamęt, ale to temat na inną okazję. Teraz przerażenie ustąpiło miejsca ciekawości. Niepokój jednak nie ustąpił całkowicie i wilczyca stanęła tyłem do pokaźnego drzewa, by zminimalizować ryzyko, że ktoś – lub coś – zajdzie ją od tyłu. W czasie, gdy rytm jej serca wracał do normalności, przyglądała się zwierzęciu z oddali. Jego zachowanie nie przypominało wystraszonej łani znajdującej się w śmiertelnej pułapce, o nie. Zwierz wił się wściekle jak bestia na uwięzi, czekająca, aż będzie mogła rozszarpać wszystko wokół.
Shani rozważyła w głowie, jak powinna postąpić. Nie mogła przecież zostawić tej anomalii bez nadzoru i wrócić do porządku dziennego. W końcu doszła do wniosku, że powinna zneutralizować zagrożenie i odkryć jego genezę. Należało też poinformować Renessmee o tym dziwnym zdarzeniu.
Tylko jak miała zabić zwierzę? Bała się użyć do tego zębów. Czytała o chorobach, które prowadzą do agresywnych zachowań – wedle jej wiedzy, wszystkie te choroby były nieuleczalne, śmiertelne i przenosiły się przez kontakt z krwią bądź innymi płynami ustrojowymi. Cóż, nie warto ryzykować.
Chwyciła sporą gałąź, którą niedawna burza musiała strącić z drzewa. Koniec zdawał się w miarę ostry, ale wadera dla pewności oskubała go z wszelkich zbędnych elementów. Prowizoryczna włócznia nie była może idealna, ale w tych warunkach, bez odpowiednich narzędzi, nie mogła liczyć na nic lepszego. Wilczyca wzięła spory zamach i wycelowała broń w klatkę piersiową zwierzęcia. Ostrze wbiło się z nieprzyjemnym, mokrym dźwiękiem. Shani była przekonana, że przebiła płuco. Zmęczona łania walczyła już coraz słabiej, a każdy kolejny jej oddech był płytszy od poprzedniego. Pomimo agresywnego nastawienia zwierzęcia, waderze ciężko było znieść widok jej cierpienia. Nie widziała jednak rozwiązania, jak bezpiecznie mu ulżyć. Dlatego też, choć nie była z tego dumna – odwróciła wzrok.
Wśród leśnego poszycia zauważyła wtedy błysk. Z braku lepszego zajęcia w oczekiwaniu na śmierć sarny, podeszła do jego źródła. W nietypowym przedmiocie rozpoznała to samo narzędzie, które wcześniej schwytało sarnę. Na jego środku, z niewiadomego powodu, rozsypane były ziarna. Medyczka ostrożnie wsadziła patyk między dwa zębate półkola i… brzdęk! Pułapka zamknęła się tak szybko, że Shani, choć wiedziała, co się stanie, odruchowo odskoczyła w tył.
Obrzuciła okolicę uważnym spojrzeniem. Dostrzegła, iż okolica usiana jest drobnymi błyskami zdradzającymi lokalizację licznych, groźnych mechanizmów.
Cóż, dwie zagadki na raz, to trochę za dużo, nawet jak na Shani – choć wilczyca nie mogła się pozbyć przeczucia, że te sprawy są w jakiś sposób ze sobą powiązane. Musiała jednak działać metodycznie i skupić się na jednym zadaniu na raz.
Minęło jeszcze kilka chwil, nim zwierzę skonało – wadera wykorzystała ten czas na przygotowanie prowizorycznej liny z rozmaitych podłużnych kawałków roślin. Gdy przestało oddychać, wilczyca, dla pewności, rzuciła w jego stronę kilka kamieni, a potem przebiegła truchtem przed jego nosem – po jego wcześniejszym zachowaniu spodziewała się, że może to być jakaś sztuczka, a – zdaniem Shani – ostrożności nigdy za wiele. Gdy nabrała pewności, że łania nie żyje, owinęła ostrożnie linę wokół jej szyi i zaczęła taszczyć ciało w kierunku jaskini medyków. Słyszała nieprzyjemny trzask, gdy tkanki uwięzione w pułapce rozrywały się, aż w końcu uwolniły nogę ofiary.
Jasne, może wnoszenie potencjalnie zakaźnej zwierzyny w obszar, gdzie przebywało więcej wilków, nie było bezpiecznym rozwiązaniem, ale to wciąż lepsze, niż pozostawienie jej bez nadzoru. W końcu ktoś mógł zjeść świeżą padlinę… W każdym razie ostatecznie Shani udało się donieść ładunek na miejsce.
Stojąc przed jaskinią medyków, czuła lekki niepokój i ekscytację. Te uczucia pojawiały się u niej już od jakiegoś czasu za każdym razem, gdy stawiała się w pracy. Nie chodziło tu o sam fach – wilczyca nie wątpiła w swoje umiejętności. Musiało tu chodzić o coś innego, czego Shani sama nie była w stanie określić.
Ostrożnym krokiem weszła do środka. Zobaczyła Itami, która przygotowała jakąś ziołową mieszankę; sądząc po zapachu, było to coś przeciwbólowego.
- Itami? Cześć, masz chwilę? Mam tu chyba nagły przypadek. To znaczy nie taki nagły, bo martwy, ale trzeba to zbadać!
- Jasne. Co się dzieje? – Zapytała lisiczka, wyraźnie zdziwiona, że Shani pojawia się w pracy w wolnym dniu.
- To zabrzmi głupio, ale zaatakowała mnie dzisiaj łania. Myślę, że musiała być chora. Zabiłam ją, a ciało przyniosłam tutaj. Chciałabym zrobić jej sekcję.
- Łania? – Do rozmowy dołączył inny, melodyjny głos, a chwilę później w wejściu do jaskini pojawiła się kolejna wilczyca. – To by sporo wyjaśniało. Jeden z pacjentów twierdził, że pogryzła go zwierzyna, ale byłam pewna, że to majaczenie gorączkowe! Rana wygląda naprawdę paskudnie. Biedak, zakażenie rozprzestrzenia się na cały organizm…
Shani poczuła lekkie uczucie smutku, gdy zorientowała się, że również Lonya jest dziś w pracy. To nie tak, że nie przepadała za biało-różową wilczycą. Wręcz przeciwnie. Współpraca z nią była czystą przyjemnością. Po prostu… Szara pracowała tu najkrócej z całej trójki i zdarzało jej się czuć jak przysłowiowe piąte koło u wozu. Być może z czasem, wraz z długimi wspólnymi zmianami i dziesiątkami uratowanych żyć, uda jej się tu całkowicie wpasować? Ale czy to wystarczy, by uczucie zazdrości zniknęło całkowicie? Zaraz, jakiej zazdrości? Przecież tu nie ma o co być zazdrosnym. Shani odpędziła od siebie tę myśl jak natrętną muchę.
- W takim razie tym bardziej musimy dowiedzieć się, co tu jest grane. Łanię spotkałam na granicy Foret de Vie. Zachowywała się jak wściekły niedźwiedź, a z jej pyska toczyła się piana. Goniła mnie aż do Golden Grove, a tam… też wydarzyło się coś dziwnego. Złapała się w pułapkę! I tych pułapek było tam więcej. Zobaczcie, co zrobiła z jej nogą – opowiadała Shani, prowadząc współpracownice do ciała.
- Ała – skwitowała jedna z nich.
- Dokładnie, ała. Muszę jeszcze poinformować o tym Renessmee. Czy mogę liczyć na waszą pomoc? Myślę, że łanię trzeba poddać sekcji i przeszukać dostępną literaturę.
- Poradzimy sobie z tym – zapewniła Itami, a Lonya zawtórowała jej kiwnięciem głowy.
- Dziękuję. Wrócę do was, jak tylko porozmawiam z alfą!
Gdy Shani wróciła do jaskini medyków, zastała niecodzienny widok. Lonya stała nad rozkrojonymi zwłokami łani, a Itami siedziała na podłodze, otoczona zwojami posegregowanymi wedle znanego tylko jej systemu.
- I jak, macie coś?
- Lepiej sama zobacz – odpowiedziała Lonya.
I rzeczywiście, było na co patrzeć. Trzewia wyglądem nie odbiegały od normy, natomiast w czaszce pulsowała dziwaczna, mięsista, struktura, przypominająca wyglądem kraba. Pokrywała mózg niczym peleryna, a jej czerwone wypustki sięgały do oczu (zapewne to one nadały im rubinową barwę), kanałów słuchowych i rdzenia kręgowego.
- Na bogów, co to takiego?!
- Niestety jeszcze nie wiemy – odparła Itami znad kolejnego zwoju. Stosik skryptów, które nie zostały jeszcze przejrzane przez lisiczkę, był już niepokojąco mały.
Z pomocą Shani (Lonya bowiem zajęta była doprowadzaniem siebie i otoczenia do porządku po przeprowadzonej sekcji) szybko zmalał do zera.
Odpowiedzi nigdzie nie było. Tym większy niepokój ogarnął medyczki, gdy w wejściu do jaskini stanęła Belief wraz z wysokim, ale szczupłym wilkiem idącym niepewnie kilka kroków za nią. Od wszelkich „formalności” typowych dla przychodzących do jaskini medyków po pomoc, szybko przeszła do konkretów:
- Ten tu twierdzi, że upolował rano jelonka, który walczył o swoje życie jak wściekła wiewiórka. Jego oczy były czerwone, a z pyska toczyła się piana – zaraportowała wilczyca.
Chuderlawy, młody basior o brązowym futrze, stał tymczasem kilka kroków za nią. Nerwowe przebieranie przednimi łapami, oblizywanie nosa i unikanie wzroku – ten osobnik całym sobą dawał wyraz zakłopotaniu, jakie odczuwał.
- T-to prawda – wydukał w końcu. – A teraz boli mnie brzuch.
- Chodź za mną, zbadam cię. Belief, zostań proszę jeszcze chwilę. Możesz być nam potrzebna, gdy poznamy wynik badania – zaordynowała Shani, ruszając w stronę wolnego posłania. Z trudem przyszło jej odpuszczenie wykładu dla nieostrożnego młodzieńca. – Połóż się, proszę. Czy boli, kiedy tu dotykam? A teraz?
Obraz kliniczny pacjenta nie jawił się kolorowo. Jego brzuch był twardy i bolesny. Błony śluzowe – blade. Skóra – ucieplona i mało elastyczna, wskazująca na gorączkę i odwodnienie. Przyspieszone bicie serca i wzmożony wysiłek oddechowy nawet w spoczynku stanowiły ostrzeżenie, że pacjent w każdej chwili może się pogorszyć.
Shani nie musiała raportować przypadku koleżankom z pracy - wilczyce z pełnym zaciekawieniem uczestniczyły w badaniu. Na koniec pozostało im tylko wymienić spojrzenia pełne determinacji, ale nie pozbawione strachu. Jasne, to mógł być zwykły zbieg okoliczności. Pogryzienie chorego jelonka połączone ze spożyciem innego, nieświeżego posiłku w innym czasie. To tłumaczenie brzmiało jednak dość naiwnie nawet w myślach. Wszystko wskazywało na to, że choroba mogła atakować również wilki. Łagodnie mówiąc, oznaczało to, iż wszyscy mieli przesrane. Jak leczyć chorobę, o której nie wie się zupełnie nic?
- Belief – zwróciła się Shani do białej, zerkając jednocześnie na twarze koleżanek z pracy. – Powiadom proszę Renessmee, że mamy chyba pierwszy przypadek. Sytuacja jest poważna. Nie wiemy jeszcze, co to za choroba, ale nie mów o tym nikomu oprócz alfy. Niech ona zdecyduje, co zrobić. Przyda nam się każda pomoc.
Wilczyca skinęła głową, po czym wyrecytowała wiadomość (zapewne, by lepiej utrwalić ją w pamięci), po czym opuściła jaskinię. Teraz Shani, Itami i Lonya zostały same z problemem.
Brak jakichkolwiek informacji w literaturze sprawiał, że krążyły jak dzieci we mgle. W zasadzie reszta dnia upłynęła im na dyskutowaniu o tym, co powinny bądź nie powinny zrobić z problematycznym pacjentem. Stanęło na tym, że został odizolowany od innych i dostawał napary z ziółek, których efekt, poza tym nawadniającym, mieścił się w granicach placebo. Wraz z narastaniem dolegliwości bólowych, otrzymywał również preparaty analgetyczne, podawane jednak w rozsądnych dawkach.
Ratunek przyszedł w niepozornym przebraniu drobnej, piaskowej wadery, która niosła w pysku opasły zwój. Z oczywistych względów nie mogła mówić, dlatego jej przybyciu towarzyszyła pełna momentu cisza – do czasu, aż przedmiot spoczął na stole.
- Jestem Pawona Shanar – przedstawiła się, chyba tylko wobec Shani; pozostałe wilczyce już raczej ją znały. – I chyba mam rozwiązanie waszego problemu.
Mówiąc to, rozwinęła zwój tak, by ukazał się odpowiedni fragment. Jedna ze znajdujących się obok tekstu rycin wyglądała znajomo. Shani poczuła, jak w jej wnętrzu coś rośnie – mieszanina ekscytacji i… nawet nie wiedziała, jak to możliwe, lecz odczuwała strach i ulgę zarazem. Podniecenie ostygło jednak, gdy spostrzegła, iż tekst napisany jest nieznanym jej językiem. Tu znów pomogła Pawona, która przeczytała całość na głos, tłumacząc na bieżąco:
„Clonorhis eplythicus – przywra, pasożyt wewnętrzny. Jej żywicielem ostatecznym są wilki grzywiaste oraz duże kotowate, których odchody stanowią źródło zakażenia dla żywicieli pośrednich – zwierząt roślinożernych, takich jak kapibary, inne gryzonie, tapiry, nieloty. Pasożyt atakuje układ nerwowy za pomocą wyspecjalizowanych tworów z tkanki łącznej (ryc. 1), zmieniając jego funkcję. Zainfekowana zwierzyna staje się niezdolna do odczuwania stresu, a tym samym nie ucieka przed drapieżnikiem i staje się łatwym łupem. Równocześnie w jej mięśniach wytwarzają się cysty (ryc. 2), których zjedzenie przez drapieżnika skutkuje zakażeniem. Zakażony drapieżnik, w początkowym okresie choroby, doznaje dolegliwości ze strony układu pokarmowego (wymioty, biegunka), co ma na celu zwiększenie rozsiewania jaj przywry. Rozmnażanie pasożyta jest jednak pozbawione mechanizmów samoregulacyjnych – namnaża się on w organizmie nosiciela, zużywając wszelkie zapasy energii i prowadząc ostatecznie do śmierci z wycieńczenia, bądź, w skrajnych przypadkach, niewydolności wielonarządowej spowodowanej zastąpieniem żywej tkanki przez masy pasożytów.
Odnotowano pojedyncze przypadki, w których nosicielem stawał się kręgowiec spoza typowego cyklu życiowego Clonorhis eplythicus. Skutki takiej infekcji potrafią być nieprzewidywalne. W przypadku zakażenia u wilków, należy użyć wysokich dawek leków przeciwpasożytniczych – istnieją pojedyncze doniesienia o sukcesie terapeutycznym po stosowaniu 500 ml naparu z piołunu (1 porcja suszu na 2 porcje rozpuszczalnika) 3 razy dziennie przez okres minimum dwóch tygodni. Należy pamiętać o tym, jak obciążająca jest to terapia i zastosować leczenie wspomagające dostosowane do pacjenta, ze szczególnym uwzględnieniem preparatów osłaniających wątrobę oraz ziół przeciwpsychotycznych”.
- Ile piołunu?! – Wymsknęło się Lonyi, która złapała się łapami za głowę. – Na tego jednego pacjenta zużyjemy całe zapasy.
- Chyba jestem w stanie pomóc – zaoferowała Shani. – Mogę… leczyć rośliny. To nic spektakularnego, ale gdyby tak znaleźć żywe okazy, mogę je leczyć po zbiorach. Nie zagwarantuję sukcesu, bo wykorzystuję do tego energię, którą roślina ma zgromadzoną w swoich tkankach, ale… lepsze chyba to, niż nic.
Shani nie udało się ukryć zakłopotania. Spojrzała na łapy, które jakby żyły swoim życiem, przenosząc ciężar z jednej na drugą. Na pyszczkach koleżanek pojawiło się zdziwienie. Czemu wcześniej nie powiedziała im o swojej zdolności? No cóż, szara nie była z niej dumna i nie czuła, by miała czym się chwalić.
Koniec końców zdolność okazała się jednak rzeczywiście przydatna. W najbliższych dniach nowe przypadki choroby wyrastały jak grzyby po deszczu, ale stosowane leczenie przynosiło odpowiednie skutki. Co najważniejsze, nie doszło do ani jednego zgonu z powodu zarazy. Po kilku tygodniach zrobiło się nawet spokojniej – wilki nauczyły się z daleka rozpoznawać chorą zwierzynę. Tej jednak nie ubywało, co rodziło niepokój – czy groziła im klęska głodu? Nie dość, że zdrowych osobników było zwyczajnie mniej, to konieczność sprawdzenia każdego delikwenta pod kątem objawów choroby często wymuszała zmianę taktyki polowania na… cóż, zauważalnie mniej skuteczną.
Shani, tak jak pozostali medycy, dobrze wywiązywała się ze swoich obowiązków. Mimo wszystko wciąż czuła, jakby robiła zbyt mało. Doszło nawet do tego, że odczuwała wyrzuty sumienia, gdy poświęcała czas na (i tak skrócony) sen. Ponadto, jedna myśl nie dawała jej spokoju. Dzisiaj stała się ona tak nieznośna, że nie pozwalała jej zmrużyć oka przez całą noc. Chodziło, oczywiście, o metalowe pułapki, jakie znalazła w Golden Grove. Cały czas sądziła, że mogą być powiązane ze sprawą. Kiedy już kolejny raz przewróciła się w leżu z jednego boku na drugi, frustracja wzięła górę. Wilczyca przeciągnęła się, przy czym zachrupało jej w kościach aż miło. Wyszła ze swojej norki dość ostrożnym krokiem. Nie, żeby robiła coś złego czy niebezpiecznego, nie miała po prostu ochoty, by tłumaczyć się ze swoich działań przypadkowemu przychodniowi.
Gdy doszła do Golden Grove, pułapki leżały dokładnie tam, gdzie je zastała. Zatrzasnęła jedną z nich, wsuwając patyk w zębatą „paszczę”. „Szczęki” kłapnęły głośno, płosząc jakieś małe zwierzę, które zaszeleściło w krzakach. Shani ostrożnie pochyliła się nad metalowym sprzętem, będąc gotowa w każdej chwili odskoczyć. Nie wyczuła żadnego charakterystycznego zapachu, czego się zresztą spodziewała. Złapała nowy patyk i zaczęła rozgrzebywać nim ziemię wokół pułapki. Konstrukcja była częściowo zagrzebana, ponadto do gruntu mocował ją kołek na łańcuchu. Ktoś musiał zadać sobie sporo trudu, by umieścić tak dużą ilość pułapek w jednym miejscu. Ktoś…
Shani usłyszała trzask łamanej gałązki. Napięła wszystkie mięśnie i ostrożnie, powoli, by nie rzucać się w oczy, rozejrzała się po okolicy. Strach ustąpił miejsca ekscytacji, gdy zobaczyła całkiem zdrową sarnę. Tak, miała pewność, że ona jest zdrowa. Nie zdradzała żadnych objawów choroby – czerwonych oczu, piany z pyska ani charakterystycznego, pewniejszego chodu. Wiedziała, że niezainfekowanej zwierzyny ostatnimi czasy jest mało. Nie mogła przepuścić takiej okazji, zwłaszcza, że czuła bolesne ssanie w żołądku.
Wilczyca, początkowo bardzo ostrożnie, zmniejszała dystans do zdobyczy. Musiała uważać nie tylko na to, by pozostać niezauważoną, ale też wypatrywać porozstawianych na ziemi pułapek. W końcu udało jej się znaleźć w miejscu na tyle bliskim, a jednocześnie wystarczająco bezpiecznym, by rzucić się na ofiarę. Ta niestety w ostatniej chwili zorientowała się w swoim położeniu. Wierzgnęła tylnymi nogami. Czarne, twarde kopyto minęło nos Shani o milimetry; wilczyca poczuła na skórze smagnięcie powietrza. Sarna zaczęła uciekać, a medyczka pobiegła za nią.
Na chwilę świat zwęził się dla niej do dwóch punktów – jej samej i zdobyczy. Biegła, ile sił w nogach, zostawiając w tyle dziesiątki drzew. W końcu jednak nastąpił moment, od którego już każdy kolejny krok i każdy kolejny oddech stawały się coraz to większym wyzwaniem. Shani wiedziała, że może z siebie wykrzesać jeszcze trochę energii, przebiec ostatnie kilkaset metrów… Wiedziała też, że nie ma to już najmniejszego sensu. Sarnie udało się zwiększyć dystans, a w końcu jej biały zad zniknął gdzieś między drzewami.
Shani zatrzymała się na chwilę, by złapać oddech. Dopiero wtedy zdała sobie sprawę, jak ciężkie jest powietrze. Tak jakby ciemność wokół zgęstniała i wdzierała się do płuc. Wilczyca poczuła, jak niepokój narasta jej w piersi. Rozejrzała się i nie potrafiła zlokalizować żadnego charakterystycznego punktu. Spojrzała w górę, lecz księżyc został przesłonięty przez ciemne, ciężkie od deszczu chmury. Cała ta mroczna atmosfera sprawiła, że Shani bała się nawet bardziej, niż podpowiadał rozsądek.
Próbowała wrócić po swoich śladach, jednak podążanie własnym zapachem zawsze było dla niej trudne. W końcu jak miała oddzielić to, co czuje na ziemi, od aromatu otaczającego jej ciało? Niepokój, który odczuwała, nie pomagał w skupieniu. Shani nie mogła pozbyć się wrażenia, że ktoś ją obserwuje… Patrzy na każdy jej ruch z drwiącym uśmieszkiem przyczepionym do pyska. Wilczyca na chwilę zatrzymała się i otrzepała futro, jak gdyby mogła w ten sposób pozbyć się nieprzyjemnego odczucia. Przyłożyła z powrotem nos do ziemi i… nie mogła już wyczuć zapachu! W zasadzie to nic nie czuła. Świat wokół zasnuł się mgłą, a dźwięki zbiły w ledwie słyszalny szum.
Usłyszała kroki, a chwilę później zobaczyła dwa punkciki we mgle; parę oczu wpatrzoną prosto w nią. Nie zdążyła się nawet ruszyć, zanim świat wokół na powrót zniknął, po czym eksplodował tysiącem barw w odpowiedzi na… ból. Straszliwy ból, jakiego wilczyca dawno nie czuła. Rozlał się po jej czaszce, a w miarę, jak schodził coraz to niżej, wyłączał z użytku kolejne elementy jej ciała. Shani jeszcze chciała walczyć, zareagować w jakikolwiek sposób, ale… nie mogła. Zanim wykonała jakikolwiek ruch, jej świadomość odpłynęła w najgłębsze zakamarki umysłu.
Na pierwszy plan wysuwał się zapach. Fetor choroby, fekaliów i strachu tworzył zabójczą wręcz mieszankę. Wilczycy zbierało się na wymioty, ale ilekroć zawartość żołądka podchodziła jej do gardła, wsuwała nos we własne futro, które nie przestało jeszcze pachnieć domem; przynosiło wspomnienia o przytulnej norce i czasie spędzanym wśród ziół. Węch przyniósł jednak choć jedną pokrzepiającą informację – nie była tu sama. Choć, z drugiej strony, może wcale nie był to powód do szczęścia?
Grunt pod łapami był zimny, twardy i wilgotny. Krople wody spadały na ziemię w towarzystwie charakterystycznego pogłosu. Jaskinia? Być może.
Shani postąpiła ostrożnie krok do przodu. Potem kolejny. Następny krok zakończył się już jednak spotkaniem z czymś równie twardym i zimnym jak podłoże, a do tego pionowym. Wadera obmacała strukturę łapami, kilkanaście centymetrów dalej znalazła kolejną. Kraty. Była w klatce?
Zmysły zaczęły powoli przyzwyczajać się do panujących w tym miejscu warunków. Nos nie reagował już tak czule na fetor, za to oczy… zaczęły dostrzegać kształty. Potwierdziły się jej przypuszczenia. Znajdowała się w klatce i nie była jedyna.
Ogarnęło ją przerażenie. Czy to jakieś więzienie? Albo gorzej? Shani ciężko było wyobrazić sobie, co mogłoby być gorsze od więzienia. Czuła, jak szybko bije jej serce. Widziała, jak pręty klatki otaczają ją coraz ciaśniej, odbierając przestrzeń z sekundy na sekundę. W uszach rozległ się ni to szum, ni to pisk. Jej oddech przyspieszył do tego stopnia, że zaczęła widzieć białe punkciki przed oczami. Oddychaj, Shani, mówiła do siebie. Wdech i wydech. Wdeech i wyyydech. Tak, tak dobrze. Coraz wolniej. Ściany jej więzienia zaczęły powoli wracać na swoje miejsce, a wilczyca w szybkim tempie odzyskiwała jasność myślenia.
- A cóż to, nasz nowy nabytek się boi?
Słowa okraszone były śmiechem. Dobiegały z tej samej strony, co… światło! Nadchodzący wilk trzymał w pysku latarenkę zasilaną olejem. Blask niemal oślepił przyzwyczajone do ciemności oczy, pozwolił jednak dostrzec, że ma sąsiada. Nie tylko w tym upatrzyła swoją szansę. Z sufitu zwisał smętny korzeń. Gdyby tak tylko…
- Masz. Nie licz na nic lepszego – kawałek mięsa z mokrym „plask!” spadł na ziemię u łap Shani.
Takie samo mokre plaśnięcie słyszała jeszcze dobrych kilkanaście razy. Powietrze przesycił zapach nieświeżej padliny.
Kiedy „karmiciel” sobie poszedł, usłyszała głos po swojej lewej.
- Dobrze słyszałem? Mamy nową?
Shani postanowiła zignorować zaczepki.
- No masz, już myślałem, że będzie z kim pogadać, a tu niemowa się trafiła!
- Jak tak dalej pójdzie, to ty zostaniesz niemową! – Był to oczywisty blef. Shani czuła, jak pulsuje jej żyłka na czole. Definitywnie nie była w nastroju na żarty.
- Stanowczo odradzam! Oj, uwierz.. kiedy posiedzisz tu tyle co ja, będziesz chciała mieć towarzysza do rozmów. Jestem Fuks.
Cóż, Fuks chyba nie miał zbytniego… fuksa, że tu trafił, pomyślała wilczyca. Widziała jego drobną sylwetkę i duże uszy rysujące się w ciemności. To nie był wilk, ale, skoro mogła się z nim porozumieć – z całą pewnością miała do czynienia z psowatym.
- Jak długo tu jesteś? – Próbowała pociągnąć temat.
- Ciężko liczyć dni, gdy nie widać słońca! Ale dość długo, by doświadczyć na własnej skórze okrucieństwa tego miejsca.
- O czym ty mówisz? – Wilczyca podeszła bliżej kraty, by lepiej słyszeć, co uszaty do niej mówi.
- Tego nie da się opisać! Pierwszy raz jest przerażający, ale z każdym kolejnym jest coraz lepiej. W końcu jakaś rozrywka.
Shani zmroziły te słowa. Nie odezwała się już więcej do Fuksa, nie chcąc pogłębiać swojego strachu. Położyła się na ziemi i oparła głowę na łapach. Jedyną rozrywką było dla niej obserwowanie spowitego mrokiem otoczenia.
Wilczyca wlepiła spojrzenie w miejsce, gdzie majaczył zarys korzenia. Otaczająca ją cisza i ciemność pomagały utrzymać skupienie. Widziała w tej małej roślince swą jedyną nadzieję na ratunek, przyćmiewaną jednak przez brak wiary we własne umiejętności. Mimo wszystko próbowała. Wyobraziła sobie, jak jej świadomość opuszcza granice jej umysłu i sięga do tego wątłego korzenia, w którym wciąż jednak tliło się życie. Wyczuła niewielkie nagromadzenie sił witalnych w koniuszku odgałęzienia. Ruszyła je, z początku niepewnie, pobudzając do działania. Czuła, jak zasoby energii rośliny kurczą się, rozpraszają na coraz to dłuższym odcinku. Shani, zmęczona jak po lekturze wybitnie trudnego tekstu naukowego, dostrzegła sukces. Korzeń wydłużył się o dobre kilkadziesiąt centymetrów. Zachęcona rezultatami, sięgała umysłem do sąsiednich wiązek korzeni, przekierowując ich energię tak, jak chciała, powtarzając ten proces wiele razy. W końcu poczuła, jak tkanki rośliny wrastają w kłódkę, która stanowiła jej barierę do wolności. Napierała dalej, nadbudowując coraz to większą objętość drewna w małym otworze na klucz. Usłyszała delikatny trzask, a zaraz po nim odgłos metalu uderzającego o kamień.
Momentalnie straciła skupienie. Nie widziała już otaczającej jaskinię sieci roślinnej energii; rzeczywisty świat ponownie docierał do jej zmysłów. Nie spodziewała się, że jej plan ma szansę zadziałać – a jednak! Pchnęła kufą drzwiczki – była wolna! Rozejrzała się po klatkach sąsiadujących z jej własnym więzieniem. Sumienie nie pozwalało jej tak po prostu stąd wyjść.
Chwyciła kłódkę w zęby, by na powrót zawiesić ją w pierwotnym miejscu. Wśliznęła się z powrotem do klatki i zamknęła drzwiczki pyskiem. Ponownie rozszerzyła swoją świadomość, kierując korzeń do kłódek na celach współwięźniów. Jedna po drugiej spadały z głośnym, metalicznym dźwiękiem na ziemię.
Shani czuła się wyczerpana jak nigdy w życiu. Choć jej oddech i serce pozostawały spokojne, wilczyca ledwo stała na łapach. Nie sądziła, że używanie mocy może ją tak wykończyć! Ba, wszystkie wcześniejsze eksperymenty z tą formą magii kończyły się co najwyżej zmęczeniem umysłowym, podobnym do tego, jakie towarzyszyło długiej nauce z ksiąg.
Odgłosy poruszenia wywołanego nagłym uwolnieniem współwięźniów ledwie docierały do jej uszu. Podobnie sygnały, które próbowała wysłać do łap, napotykały jakby jakiś opór, popychając kończyny po trajektorii właściwej raczej dla mocnego stanu upojenia alkoholowego. Również kiedy umięśnione ciało strażnika przygniotło ją do ziemi, Shani poczuła jedynie tępy ból, który wydawał się nie być nawet jej własnym… Jak zza ściany słyszała warknięcia i obelgi odbijające się echem w wilgotnej jaskini. Dopiero zastrzyk adrenaliny, wywołany nagłym bólem w okolicy kostki, pozwolił jej odzyskać zmysły.
Wilczyca odwróciła głowę w stronę bolącej łapy. Zobaczyła malutkiego fenka, który próbował ją ciągnąć w stronę, która zdawała się prowadzić do wyjścia. Szara szybko podniosła się na nogi i pobiegła za pozostałymi uciekinierami, czując wzrok strażników na karku. W końcu udało jej się wydostać na zewnątrz. Zmrużyła oczy, odwykłe już od światła i wzięła w głęboki oddech, który napełnił jej płuca świeżym powietrzem i zapachem lasu. Nie mogła jednak pozwolić, by ta chwila zachwytu trwała dłużej. Musiała pozbyć się ogona. Przeliczyła na szybko tych, którym udało się uciec. Wyglądało na to, byli w komplecie.
Jeszcze w jaskini czuła, że formacja trzyma się wyłącznie dzięki korzeniom. Mogła poczuć, z jaką siłą ziemia napiera na każde odgałęzienie, jak tkanki rośliny walczą z tym ciężarem. Wciąż, nie mogła zmusić korzeni, by wycofały się z gleby. Jej moc pozwalała tylko kierować energią w roślinie tak, by rosła w określony sposób… Bingo! W głowie wilczycy zrodził się pomysł, który nawet miał szansę zadziałać. Wysłała silny impuls do zewnętrznych części drzewa, nakazując im rosnąć. Siły witalne opuszczały korzeń, momentalnie czyniąc go bardziej podatnym na złamania. I tak Shani czuła, jak korzenie, jeden po drugim, pękają. Każdy taki uraz bolał ją, jakby sama go doświadczała. Pomysł okazał się jednak skuteczny. Jaskinia zawaliła się, więżąc, a może i nawet zabijając, jej oprawców.
Shani powinna czuć w tym momencie satysfakcję, jednak na jej miejscu znalazł się żal. Stare drzewo, opadając razem z murami jaskini, złamało się w pół, krzycząc bezgłośnie w swoich ostatnich chwilach. Życie prawdopodobnie stracili również jej oprawcy. Żołądek podszedł wilczycy do gardła. Nigdy wcześniej nie zabiła. Ta przerażająca świadomość, wraz z wyczerpaniem, spadły na waderę niczym czarna chmura, posyłając jej świadomość w niebyt.
- Że już na stałe przybędzie wam obowiązków? Spokojnie, nie wybieram się jeszcze na tamten świat – Shani uśmiechnęła się, by złagodzić ton swojej wypowiedzi.
W oczach Itami pojawiła się… troska? Lisiczka bywała dla Shani zagadką, a więc i teraz nie była pewna, co też kryje się za tym spojrzeniem.
- Mieliście sporo szczęścia. Jeden z naszych strażników natknął się na zbłąkanego kojota, co od razu wzbudziło jego ciekawość. W końcu nieczęsto spotyka się je w tych stronach. Ten zaprowadził go do pozostałych i tak wszyscy trafili tutaj. Chyba przy okazji odkryliśmy źródło naszej epidemii… Kilkoro z was było zakażonych. Och, Shani, co ty tam przeżyłaś?
- W zasadzie to… niewiele. Szybko udało mi się uciec. Nie wiem nawet, co tam się działo.
- Może… może to i lepiej – Itami odwróciła wzrok.
- Co tam się działo? – Shani podniosła się na leżance i wbiła w lisiczkę stanowcze, świdrujące spojrzenie.
- W zasadzie to nie do końca to rozumiemy. Renessmee, wysłuchawszy historii twoich towarzyszy niedoli, wysłała patrol w miejsce jaskini. Znaleziono kilka ciał, ale nie mamy pewności, czy wszyscy odpowiedzialni za waszą krzywdę zaznali sprawiedliwości. Próbowaliśmy ustalić ich motywacje, ale cała ta sprawa wygląda dziwnie. Na miejscu było pełno narzędzi, słojów z dziwną zawartością i zaplamiony, kamienny stół. Chyba… chyba prowadzono tam jakieś eksperymenty medyczne. Jakby zarażali was celowo pasożytami czy coś. To znaczy… Ty jesteś czysta, ale nie wszyscy mieli to szczęście. Zbierali różne gatunki psowatych, pewnie chcąc w jakiś sposób porównać działanie stosowanych przez nich „zabiegów”. Tylko po co ktokolwiek miałby to robić?
- Itami, chodź! Potrzebuję dodatkowych łap! – Głos Lonyi dobiegł jakby zza ściany.
Lisiczka rzuciła do Shani szybkie „zaraz wracam” i z gracją oddaliła się z pola widzenia szarej.
Na miejscu spojrzała jeszcze ten jeden raz na Fuksa, małego otocjona, który stał się niepisanym przewodnikiem tej nietypowej grupki.
- Na pewno nie chcesz z nami zostać? Wataha Renaissance zawsze chętnie przyjmie nowych członków.
- Nie, nie. Wiesz przecież, że mam dokąd wracać. Ale nie martw się. Jesteśmy wdzięczni za pomoc. Wiedz, że każdy członek watahy Renaissance może liczyć na schronienie i opiekę w rodzinnych stronach każdego z nas. Żegnaj, Shani. Może nasze ścieżki jeszcze kiedyś się skrzyżują.
Shani usiadła na wydeptanej ścieżce, trochę nie wiedząc, co ze sobą począć. Kiedy już ostatni wilczy ogon zniknął jej z pola widzenia, westchnęła głośno. Chciała – naprawdę chciała! – wrócić prosto do domu. Jej łapy postanowiły jednak za nią i zaprowadziły ją do miejsca, gdzie jeszcze niedawno była więziona. Widok ten automatycznie obudził w niej strach, który jednak odszedł, gdy dostrzegła wiewiórki buszujące po ruinach jaskini. Rude kity spłoszyły się na jej widok. To dobry znak – nie było tu nikogo, kto mógł wystraszyć je wcześniej.
Spojrzała ze smutkiem na dąb, któremu odebrała życie, by ratować własne. Sięgnęła do niego swoją mocą, nie dostrzegła jednak choćby cienia tlącej się energii. Zresztą, nawet gdyby w drzewie pozostała jeszcze choćby odrobinka sił witalnych, Shani wiedziała, że nie będzie w stanie jej ruszyć. Już niejeden raz próbowała powtórzyć swoje ostatnie wyczyny, ale napotykała olbrzymi opór. Nawet to, co wcześniej było dla wilczycy drugiej naturą, stało się dla niej niemożliwe. Próba poruszenia energią najdrobniejszego źdźbła trawy była dla niej jak próba przesunięcia olbrzymiej góry siłą własnych mięśni.
Wadera, obserwując miejsce w zadumie, dostrzegła leżące wśród opadłych liści żołędzie. Chwyciła jeden z nich w pysk, delikatnie i z namaszczeniem. Czy wierzyła, że posadzenie tego małego nasionka w pobliżu jej jaskini w jakiś sposób wynagrodzi krzywdę, którą wyrządziła temu pięknemu drzewu? Nie, Shani dobrze o tym wiedziała. Cóż innego jej jednak pozostało?
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 5208
Ilość zdobytych PD: 2604 + 25% (651 PD) za długość powyżej 5000 słów.
Nagroda za Quest: 900 PD | +3 pkt zwinność | +11 pkt inteligencja | +2 siła | +5 pkt kondycja
Obecny stan: 4155
W zasadzie powinna była domyślić się już wcześniej – kiedy sarna, zaalarmowana jakimś niespodziewanym dźwiękiem, rozejrzała się nerwowo po otoczeniu, a jej oczy błysnęły czerwienią. Wadera stwierdziła jednak, że musiało jej się przewidzieć. Przeczytała o jeden zwój o niewyjaśnionych zdarzeniach za dużo i umysł musiał płatać jej figle.
Również fakt, iż łania pasła się podejrzanie blisko terenów, gdzie wilki z watahy lubiły spędzać czas (a w konsekwencji przepełniać okolicę swoim zapachem) nie wzbudził u Shani podejrzeń.
Tak właśnie myśliwy stał się ofiarą. I to w ułamku sekundy! Wadera już naprężała mięśnie w łapach, szykując się do skoku, gdy łania odwróciła się w jej stronę i rozpoczęła szarżę.
Wilczyca wykonała szybki unik, po czym wskoczyła na najbliższy pieniek. W tym ułamku sekundy, który miała na ocenę przeciwnika, zdążyła dostrzec czerwień oczu, która okazała się nie być złudzeniem. Z pyska zwierzęcia toczyła się piana, a w jego gardle brzmiał niezwykły jak dla gatunku zwierzęcia warkot.
Łania przeorała kopytem ziemię i ruszyła gwałtownie w kierunku wilczycy, która zaczęła pędzić ile sił w łapach. Świat zawęził się do ledwie kilku bodźców – rytmu jej własnych łap oraz stukotu kopyt, które wcale nie zdawały się niknąć w oddali. Wręcz przeciwnie – każdy kolejny stukot zdawał się wybrzmiewać coraz bliżej. Serce Shani biło jak oszalałe, lecz męczyło się już; podobnie zresztą płuca, w których płonął żywy ogień. Panika narastała w jej ciele w miarę, jak mięśnie zaczynały odmawiać posłuszeństwa. Wiedziała, że napastnika dzieliło od niej ledwie kilka kroków. Już prawie czuła ciepłotę ciała zwierzęcia, gdy nagle… Głośny brzdęk położył kres galopowi łani. Zwierzę wydało z siebie ryk przepełniony bólem.
Shani ostrożnie odwróciła się o sto osiemdziesiąt stopni, by zobaczyć łanię wierzgającą się we wszystkie strony. Jej noga utkwiła w potrzasku, który wyglądał jak zaciśnięte szczęki niedźwiedzia i był zrobiony z metalu. Wadera uznała, że musi czuwać nad nią jakaś opatrzność – w zasadzie tutejsze wierzenia mocno różniły się od jej rodzimych, co wprowadzało medyczkę w lekki zamęt, ale to temat na inną okazję. Teraz przerażenie ustąpiło miejsca ciekawości. Niepokój jednak nie ustąpił całkowicie i wilczyca stanęła tyłem do pokaźnego drzewa, by zminimalizować ryzyko, że ktoś – lub coś – zajdzie ją od tyłu. W czasie, gdy rytm jej serca wracał do normalności, przyglądała się zwierzęciu z oddali. Jego zachowanie nie przypominało wystraszonej łani znajdującej się w śmiertelnej pułapce, o nie. Zwierz wił się wściekle jak bestia na uwięzi, czekająca, aż będzie mogła rozszarpać wszystko wokół.
Shani rozważyła w głowie, jak powinna postąpić. Nie mogła przecież zostawić tej anomalii bez nadzoru i wrócić do porządku dziennego. W końcu doszła do wniosku, że powinna zneutralizować zagrożenie i odkryć jego genezę. Należało też poinformować Renessmee o tym dziwnym zdarzeniu.
Tylko jak miała zabić zwierzę? Bała się użyć do tego zębów. Czytała o chorobach, które prowadzą do agresywnych zachowań – wedle jej wiedzy, wszystkie te choroby były nieuleczalne, śmiertelne i przenosiły się przez kontakt z krwią bądź innymi płynami ustrojowymi. Cóż, nie warto ryzykować.
Chwyciła sporą gałąź, którą niedawna burza musiała strącić z drzewa. Koniec zdawał się w miarę ostry, ale wadera dla pewności oskubała go z wszelkich zbędnych elementów. Prowizoryczna włócznia nie była może idealna, ale w tych warunkach, bez odpowiednich narzędzi, nie mogła liczyć na nic lepszego. Wilczyca wzięła spory zamach i wycelowała broń w klatkę piersiową zwierzęcia. Ostrze wbiło się z nieprzyjemnym, mokrym dźwiękiem. Shani była przekonana, że przebiła płuco. Zmęczona łania walczyła już coraz słabiej, a każdy kolejny jej oddech był płytszy od poprzedniego. Pomimo agresywnego nastawienia zwierzęcia, waderze ciężko było znieść widok jej cierpienia. Nie widziała jednak rozwiązania, jak bezpiecznie mu ulżyć. Dlatego też, choć nie była z tego dumna – odwróciła wzrok.
Wśród leśnego poszycia zauważyła wtedy błysk. Z braku lepszego zajęcia w oczekiwaniu na śmierć sarny, podeszła do jego źródła. W nietypowym przedmiocie rozpoznała to samo narzędzie, które wcześniej schwytało sarnę. Na jego środku, z niewiadomego powodu, rozsypane były ziarna. Medyczka ostrożnie wsadziła patyk między dwa zębate półkola i… brzdęk! Pułapka zamknęła się tak szybko, że Shani, choć wiedziała, co się stanie, odruchowo odskoczyła w tył.
Obrzuciła okolicę uważnym spojrzeniem. Dostrzegła, iż okolica usiana jest drobnymi błyskami zdradzającymi lokalizację licznych, groźnych mechanizmów.
Cóż, dwie zagadki na raz, to trochę za dużo, nawet jak na Shani – choć wilczyca nie mogła się pozbyć przeczucia, że te sprawy są w jakiś sposób ze sobą powiązane. Musiała jednak działać metodycznie i skupić się na jednym zadaniu na raz.
Minęło jeszcze kilka chwil, nim zwierzę skonało – wadera wykorzystała ten czas na przygotowanie prowizorycznej liny z rozmaitych podłużnych kawałków roślin. Gdy przestało oddychać, wilczyca, dla pewności, rzuciła w jego stronę kilka kamieni, a potem przebiegła truchtem przed jego nosem – po jego wcześniejszym zachowaniu spodziewała się, że może to być jakaś sztuczka, a – zdaniem Shani – ostrożności nigdy za wiele. Gdy nabrała pewności, że łania nie żyje, owinęła ostrożnie linę wokół jej szyi i zaczęła taszczyć ciało w kierunku jaskini medyków. Słyszała nieprzyjemny trzask, gdy tkanki uwięzione w pułapce rozrywały się, aż w końcu uwolniły nogę ofiary.
Jasne, może wnoszenie potencjalnie zakaźnej zwierzyny w obszar, gdzie przebywało więcej wilków, nie było bezpiecznym rozwiązaniem, ale to wciąż lepsze, niż pozostawienie jej bez nadzoru. W końcu ktoś mógł zjeść świeżą padlinę… W każdym razie ostatecznie Shani udało się donieść ładunek na miejsce.
Stojąc przed jaskinią medyków, czuła lekki niepokój i ekscytację. Te uczucia pojawiały się u niej już od jakiegoś czasu za każdym razem, gdy stawiała się w pracy. Nie chodziło tu o sam fach – wilczyca nie wątpiła w swoje umiejętności. Musiało tu chodzić o coś innego, czego Shani sama nie była w stanie określić.
Ostrożnym krokiem weszła do środka. Zobaczyła Itami, która przygotowała jakąś ziołową mieszankę; sądząc po zapachu, było to coś przeciwbólowego.
- Itami? Cześć, masz chwilę? Mam tu chyba nagły przypadek. To znaczy nie taki nagły, bo martwy, ale trzeba to zbadać!
- Jasne. Co się dzieje? – Zapytała lisiczka, wyraźnie zdziwiona, że Shani pojawia się w pracy w wolnym dniu.
- To zabrzmi głupio, ale zaatakowała mnie dzisiaj łania. Myślę, że musiała być chora. Zabiłam ją, a ciało przyniosłam tutaj. Chciałabym zrobić jej sekcję.
- Łania? – Do rozmowy dołączył inny, melodyjny głos, a chwilę później w wejściu do jaskini pojawiła się kolejna wilczyca. – To by sporo wyjaśniało. Jeden z pacjentów twierdził, że pogryzła go zwierzyna, ale byłam pewna, że to majaczenie gorączkowe! Rana wygląda naprawdę paskudnie. Biedak, zakażenie rozprzestrzenia się na cały organizm…
Shani poczuła lekkie uczucie smutku, gdy zorientowała się, że również Lonya jest dziś w pracy. To nie tak, że nie przepadała za biało-różową wilczycą. Wręcz przeciwnie. Współpraca z nią była czystą przyjemnością. Po prostu… Szara pracowała tu najkrócej z całej trójki i zdarzało jej się czuć jak przysłowiowe piąte koło u wozu. Być może z czasem, wraz z długimi wspólnymi zmianami i dziesiątkami uratowanych żyć, uda jej się tu całkowicie wpasować? Ale czy to wystarczy, by uczucie zazdrości zniknęło całkowicie? Zaraz, jakiej zazdrości? Przecież tu nie ma o co być zazdrosnym. Shani odpędziła od siebie tę myśl jak natrętną muchę.
- W takim razie tym bardziej musimy dowiedzieć się, co tu jest grane. Łanię spotkałam na granicy Foret de Vie. Zachowywała się jak wściekły niedźwiedź, a z jej pyska toczyła się piana. Goniła mnie aż do Golden Grove, a tam… też wydarzyło się coś dziwnego. Złapała się w pułapkę! I tych pułapek było tam więcej. Zobaczcie, co zrobiła z jej nogą – opowiadała Shani, prowadząc współpracownice do ciała.
- Ała – skwitowała jedna z nich.
- Dokładnie, ała. Muszę jeszcze poinformować o tym Renessmee. Czy mogę liczyć na waszą pomoc? Myślę, że łanię trzeba poddać sekcji i przeszukać dostępną literaturę.
- Poradzimy sobie z tym – zapewniła Itami, a Lonya zawtórowała jej kiwnięciem głowy.
- Dziękuję. Wrócę do was, jak tylko porozmawiam z alfą!
*
Rozmowa z Renessmee poszła sprawnie. Przywódczyni zachowała zimną krew i zwołała zebranie, na którym miała zachęcić wilki do ostrożności podczas polowań oraz do zgłaszania wszelkich niecodziennych obserwacji. Jedynie medycy byli zwolnieni z apelu – ich zadaniem było jak najszybsze poznanie przyczyny zjawiska.Gdy Shani wróciła do jaskini medyków, zastała niecodzienny widok. Lonya stała nad rozkrojonymi zwłokami łani, a Itami siedziała na podłodze, otoczona zwojami posegregowanymi wedle znanego tylko jej systemu.
- I jak, macie coś?
- Lepiej sama zobacz – odpowiedziała Lonya.
I rzeczywiście, było na co patrzeć. Trzewia wyglądem nie odbiegały od normy, natomiast w czaszce pulsowała dziwaczna, mięsista, struktura, przypominająca wyglądem kraba. Pokrywała mózg niczym peleryna, a jej czerwone wypustki sięgały do oczu (zapewne to one nadały im rubinową barwę), kanałów słuchowych i rdzenia kręgowego.
- Na bogów, co to takiego?!
- Niestety jeszcze nie wiemy – odparła Itami znad kolejnego zwoju. Stosik skryptów, które nie zostały jeszcze przejrzane przez lisiczkę, był już niepokojąco mały.
Z pomocą Shani (Lonya bowiem zajęta była doprowadzaniem siebie i otoczenia do porządku po przeprowadzonej sekcji) szybko zmalał do zera.
Odpowiedzi nigdzie nie było. Tym większy niepokój ogarnął medyczki, gdy w wejściu do jaskini stanęła Belief wraz z wysokim, ale szczupłym wilkiem idącym niepewnie kilka kroków za nią. Od wszelkich „formalności” typowych dla przychodzących do jaskini medyków po pomoc, szybko przeszła do konkretów:
- Ten tu twierdzi, że upolował rano jelonka, który walczył o swoje życie jak wściekła wiewiórka. Jego oczy były czerwone, a z pyska toczyła się piana – zaraportowała wilczyca.
Chuderlawy, młody basior o brązowym futrze, stał tymczasem kilka kroków za nią. Nerwowe przebieranie przednimi łapami, oblizywanie nosa i unikanie wzroku – ten osobnik całym sobą dawał wyraz zakłopotaniu, jakie odczuwał.
- T-to prawda – wydukał w końcu. – A teraz boli mnie brzuch.
- Chodź za mną, zbadam cię. Belief, zostań proszę jeszcze chwilę. Możesz być nam potrzebna, gdy poznamy wynik badania – zaordynowała Shani, ruszając w stronę wolnego posłania. Z trudem przyszło jej odpuszczenie wykładu dla nieostrożnego młodzieńca. – Połóż się, proszę. Czy boli, kiedy tu dotykam? A teraz?
Obraz kliniczny pacjenta nie jawił się kolorowo. Jego brzuch był twardy i bolesny. Błony śluzowe – blade. Skóra – ucieplona i mało elastyczna, wskazująca na gorączkę i odwodnienie. Przyspieszone bicie serca i wzmożony wysiłek oddechowy nawet w spoczynku stanowiły ostrzeżenie, że pacjent w każdej chwili może się pogorszyć.
Shani nie musiała raportować przypadku koleżankom z pracy - wilczyce z pełnym zaciekawieniem uczestniczyły w badaniu. Na koniec pozostało im tylko wymienić spojrzenia pełne determinacji, ale nie pozbawione strachu. Jasne, to mógł być zwykły zbieg okoliczności. Pogryzienie chorego jelonka połączone ze spożyciem innego, nieświeżego posiłku w innym czasie. To tłumaczenie brzmiało jednak dość naiwnie nawet w myślach. Wszystko wskazywało na to, że choroba mogła atakować również wilki. Łagodnie mówiąc, oznaczało to, iż wszyscy mieli przesrane. Jak leczyć chorobę, o której nie wie się zupełnie nic?
- Belief – zwróciła się Shani do białej, zerkając jednocześnie na twarze koleżanek z pracy. – Powiadom proszę Renessmee, że mamy chyba pierwszy przypadek. Sytuacja jest poważna. Nie wiemy jeszcze, co to za choroba, ale nie mów o tym nikomu oprócz alfy. Niech ona zdecyduje, co zrobić. Przyda nam się każda pomoc.
Wilczyca skinęła głową, po czym wyrecytowała wiadomość (zapewne, by lepiej utrwalić ją w pamięci), po czym opuściła jaskinię. Teraz Shani, Itami i Lonya zostały same z problemem.
Brak jakichkolwiek informacji w literaturze sprawiał, że krążyły jak dzieci we mgle. W zasadzie reszta dnia upłynęła im na dyskutowaniu o tym, co powinny bądź nie powinny zrobić z problematycznym pacjentem. Stanęło na tym, że został odizolowany od innych i dostawał napary z ziółek, których efekt, poza tym nawadniającym, mieścił się w granicach placebo. Wraz z narastaniem dolegliwości bólowych, otrzymywał również preparaty analgetyczne, podawane jednak w rozsądnych dawkach.
Ratunek przyszedł w niepozornym przebraniu drobnej, piaskowej wadery, która niosła w pysku opasły zwój. Z oczywistych względów nie mogła mówić, dlatego jej przybyciu towarzyszyła pełna momentu cisza – do czasu, aż przedmiot spoczął na stole.
- Jestem Pawona Shanar – przedstawiła się, chyba tylko wobec Shani; pozostałe wilczyce już raczej ją znały. – I chyba mam rozwiązanie waszego problemu.
Mówiąc to, rozwinęła zwój tak, by ukazał się odpowiedni fragment. Jedna ze znajdujących się obok tekstu rycin wyglądała znajomo. Shani poczuła, jak w jej wnętrzu coś rośnie – mieszanina ekscytacji i… nawet nie wiedziała, jak to możliwe, lecz odczuwała strach i ulgę zarazem. Podniecenie ostygło jednak, gdy spostrzegła, iż tekst napisany jest nieznanym jej językiem. Tu znów pomogła Pawona, która przeczytała całość na głos, tłumacząc na bieżąco:
„Clonorhis eplythicus – przywra, pasożyt wewnętrzny. Jej żywicielem ostatecznym są wilki grzywiaste oraz duże kotowate, których odchody stanowią źródło zakażenia dla żywicieli pośrednich – zwierząt roślinożernych, takich jak kapibary, inne gryzonie, tapiry, nieloty. Pasożyt atakuje układ nerwowy za pomocą wyspecjalizowanych tworów z tkanki łącznej (ryc. 1), zmieniając jego funkcję. Zainfekowana zwierzyna staje się niezdolna do odczuwania stresu, a tym samym nie ucieka przed drapieżnikiem i staje się łatwym łupem. Równocześnie w jej mięśniach wytwarzają się cysty (ryc. 2), których zjedzenie przez drapieżnika skutkuje zakażeniem. Zakażony drapieżnik, w początkowym okresie choroby, doznaje dolegliwości ze strony układu pokarmowego (wymioty, biegunka), co ma na celu zwiększenie rozsiewania jaj przywry. Rozmnażanie pasożyta jest jednak pozbawione mechanizmów samoregulacyjnych – namnaża się on w organizmie nosiciela, zużywając wszelkie zapasy energii i prowadząc ostatecznie do śmierci z wycieńczenia, bądź, w skrajnych przypadkach, niewydolności wielonarządowej spowodowanej zastąpieniem żywej tkanki przez masy pasożytów.
Odnotowano pojedyncze przypadki, w których nosicielem stawał się kręgowiec spoza typowego cyklu życiowego Clonorhis eplythicus. Skutki takiej infekcji potrafią być nieprzewidywalne. W przypadku zakażenia u wilków, należy użyć wysokich dawek leków przeciwpasożytniczych – istnieją pojedyncze doniesienia o sukcesie terapeutycznym po stosowaniu 500 ml naparu z piołunu (1 porcja suszu na 2 porcje rozpuszczalnika) 3 razy dziennie przez okres minimum dwóch tygodni. Należy pamiętać o tym, jak obciążająca jest to terapia i zastosować leczenie wspomagające dostosowane do pacjenta, ze szczególnym uwzględnieniem preparatów osłaniających wątrobę oraz ziół przeciwpsychotycznych”.
- Ile piołunu?! – Wymsknęło się Lonyi, która złapała się łapami za głowę. – Na tego jednego pacjenta zużyjemy całe zapasy.
- Chyba jestem w stanie pomóc – zaoferowała Shani. – Mogę… leczyć rośliny. To nic spektakularnego, ale gdyby tak znaleźć żywe okazy, mogę je leczyć po zbiorach. Nie zagwarantuję sukcesu, bo wykorzystuję do tego energię, którą roślina ma zgromadzoną w swoich tkankach, ale… lepsze chyba to, niż nic.
Shani nie udało się ukryć zakłopotania. Spojrzała na łapy, które jakby żyły swoim życiem, przenosząc ciężar z jednej na drugą. Na pyszczkach koleżanek pojawiło się zdziwienie. Czemu wcześniej nie powiedziała im o swojej zdolności? No cóż, szara nie była z niej dumna i nie czuła, by miała czym się chwalić.
Koniec końców zdolność okazała się jednak rzeczywiście przydatna. W najbliższych dniach nowe przypadki choroby wyrastały jak grzyby po deszczu, ale stosowane leczenie przynosiło odpowiednie skutki. Co najważniejsze, nie doszło do ani jednego zgonu z powodu zarazy. Po kilku tygodniach zrobiło się nawet spokojniej – wilki nauczyły się z daleka rozpoznawać chorą zwierzynę. Tej jednak nie ubywało, co rodziło niepokój – czy groziła im klęska głodu? Nie dość, że zdrowych osobników było zwyczajnie mniej, to konieczność sprawdzenia każdego delikwenta pod kątem objawów choroby często wymuszała zmianę taktyki polowania na… cóż, zauważalnie mniej skuteczną.
Shani, tak jak pozostali medycy, dobrze wywiązywała się ze swoich obowiązków. Mimo wszystko wciąż czuła, jakby robiła zbyt mało. Doszło nawet do tego, że odczuwała wyrzuty sumienia, gdy poświęcała czas na (i tak skrócony) sen. Ponadto, jedna myśl nie dawała jej spokoju. Dzisiaj stała się ona tak nieznośna, że nie pozwalała jej zmrużyć oka przez całą noc. Chodziło, oczywiście, o metalowe pułapki, jakie znalazła w Golden Grove. Cały czas sądziła, że mogą być powiązane ze sprawą. Kiedy już kolejny raz przewróciła się w leżu z jednego boku na drugi, frustracja wzięła górę. Wilczyca przeciągnęła się, przy czym zachrupało jej w kościach aż miło. Wyszła ze swojej norki dość ostrożnym krokiem. Nie, żeby robiła coś złego czy niebezpiecznego, nie miała po prostu ochoty, by tłumaczyć się ze swoich działań przypadkowemu przychodniowi.
Gdy doszła do Golden Grove, pułapki leżały dokładnie tam, gdzie je zastała. Zatrzasnęła jedną z nich, wsuwając patyk w zębatą „paszczę”. „Szczęki” kłapnęły głośno, płosząc jakieś małe zwierzę, które zaszeleściło w krzakach. Shani ostrożnie pochyliła się nad metalowym sprzętem, będąc gotowa w każdej chwili odskoczyć. Nie wyczuła żadnego charakterystycznego zapachu, czego się zresztą spodziewała. Złapała nowy patyk i zaczęła rozgrzebywać nim ziemię wokół pułapki. Konstrukcja była częściowo zagrzebana, ponadto do gruntu mocował ją kołek na łańcuchu. Ktoś musiał zadać sobie sporo trudu, by umieścić tak dużą ilość pułapek w jednym miejscu. Ktoś…
Shani usłyszała trzask łamanej gałązki. Napięła wszystkie mięśnie i ostrożnie, powoli, by nie rzucać się w oczy, rozejrzała się po okolicy. Strach ustąpił miejsca ekscytacji, gdy zobaczyła całkiem zdrową sarnę. Tak, miała pewność, że ona jest zdrowa. Nie zdradzała żadnych objawów choroby – czerwonych oczu, piany z pyska ani charakterystycznego, pewniejszego chodu. Wiedziała, że niezainfekowanej zwierzyny ostatnimi czasy jest mało. Nie mogła przepuścić takiej okazji, zwłaszcza, że czuła bolesne ssanie w żołądku.
Wilczyca, początkowo bardzo ostrożnie, zmniejszała dystans do zdobyczy. Musiała uważać nie tylko na to, by pozostać niezauważoną, ale też wypatrywać porozstawianych na ziemi pułapek. W końcu udało jej się znaleźć w miejscu na tyle bliskim, a jednocześnie wystarczająco bezpiecznym, by rzucić się na ofiarę. Ta niestety w ostatniej chwili zorientowała się w swoim położeniu. Wierzgnęła tylnymi nogami. Czarne, twarde kopyto minęło nos Shani o milimetry; wilczyca poczuła na skórze smagnięcie powietrza. Sarna zaczęła uciekać, a medyczka pobiegła za nią.
Na chwilę świat zwęził się dla niej do dwóch punktów – jej samej i zdobyczy. Biegła, ile sił w nogach, zostawiając w tyle dziesiątki drzew. W końcu jednak nastąpił moment, od którego już każdy kolejny krok i każdy kolejny oddech stawały się coraz to większym wyzwaniem. Shani wiedziała, że może z siebie wykrzesać jeszcze trochę energii, przebiec ostatnie kilkaset metrów… Wiedziała też, że nie ma to już najmniejszego sensu. Sarnie udało się zwiększyć dystans, a w końcu jej biały zad zniknął gdzieś między drzewami.
Shani zatrzymała się na chwilę, by złapać oddech. Dopiero wtedy zdała sobie sprawę, jak ciężkie jest powietrze. Tak jakby ciemność wokół zgęstniała i wdzierała się do płuc. Wilczyca poczuła, jak niepokój narasta jej w piersi. Rozejrzała się i nie potrafiła zlokalizować żadnego charakterystycznego punktu. Spojrzała w górę, lecz księżyc został przesłonięty przez ciemne, ciężkie od deszczu chmury. Cała ta mroczna atmosfera sprawiła, że Shani bała się nawet bardziej, niż podpowiadał rozsądek.
Próbowała wrócić po swoich śladach, jednak podążanie własnym zapachem zawsze było dla niej trudne. W końcu jak miała oddzielić to, co czuje na ziemi, od aromatu otaczającego jej ciało? Niepokój, który odczuwała, nie pomagał w skupieniu. Shani nie mogła pozbyć się wrażenia, że ktoś ją obserwuje… Patrzy na każdy jej ruch z drwiącym uśmieszkiem przyczepionym do pyska. Wilczyca na chwilę zatrzymała się i otrzepała futro, jak gdyby mogła w ten sposób pozbyć się nieprzyjemnego odczucia. Przyłożyła z powrotem nos do ziemi i… nie mogła już wyczuć zapachu! W zasadzie to nic nie czuła. Świat wokół zasnuł się mgłą, a dźwięki zbiły w ledwie słyszalny szum.
Usłyszała kroki, a chwilę później zobaczyła dwa punkciki we mgle; parę oczu wpatrzoną prosto w nią. Nie zdążyła się nawet ruszyć, zanim świat wokół na powrót zniknął, po czym eksplodował tysiącem barw w odpowiedzi na… ból. Straszliwy ból, jakiego wilczyca dawno nie czuła. Rozlał się po jej czaszce, a w miarę, jak schodził coraz to niżej, wyłączał z użytku kolejne elementy jej ciała. Shani jeszcze chciała walczyć, zareagować w jakikolwiek sposób, ale… nie mogła. Zanim wykonała jakikolwiek ruch, jej świadomość odpłynęła w najgłębsze zakamarki umysłu.
*
Ból. Pierwszym, co poczuła po przebudzeniu, był ból. Z wielką determinacją próbował odebrać wilczycy wolę walki, ale Shani nie zamierzała się poddać. Otworzyła jedno z oczu – powieka drugiego zaprotestowała bolesnym ukłuciem, gdy próbowała ją podnieść. Delikatnie zbadała narząd łapą – był opuchnięty, ale nie wyczuwała nic szczególnie niepokojącego, choć na ten moment ciężko stwierdzić cokolwiek więcej. Mimo wszystko nie widziała niemalże nic. Musiała polegać na innych zmysłach, by zorientować się w swojej sytuacji.Na pierwszy plan wysuwał się zapach. Fetor choroby, fekaliów i strachu tworzył zabójczą wręcz mieszankę. Wilczycy zbierało się na wymioty, ale ilekroć zawartość żołądka podchodziła jej do gardła, wsuwała nos we własne futro, które nie przestało jeszcze pachnieć domem; przynosiło wspomnienia o przytulnej norce i czasie spędzanym wśród ziół. Węch przyniósł jednak choć jedną pokrzepiającą informację – nie była tu sama. Choć, z drugiej strony, może wcale nie był to powód do szczęścia?
Grunt pod łapami był zimny, twardy i wilgotny. Krople wody spadały na ziemię w towarzystwie charakterystycznego pogłosu. Jaskinia? Być może.
Shani postąpiła ostrożnie krok do przodu. Potem kolejny. Następny krok zakończył się już jednak spotkaniem z czymś równie twardym i zimnym jak podłoże, a do tego pionowym. Wadera obmacała strukturę łapami, kilkanaście centymetrów dalej znalazła kolejną. Kraty. Była w klatce?
Zmysły zaczęły powoli przyzwyczajać się do panujących w tym miejscu warunków. Nos nie reagował już tak czule na fetor, za to oczy… zaczęły dostrzegać kształty. Potwierdziły się jej przypuszczenia. Znajdowała się w klatce i nie była jedyna.
Ogarnęło ją przerażenie. Czy to jakieś więzienie? Albo gorzej? Shani ciężko było wyobrazić sobie, co mogłoby być gorsze od więzienia. Czuła, jak szybko bije jej serce. Widziała, jak pręty klatki otaczają ją coraz ciaśniej, odbierając przestrzeń z sekundy na sekundę. W uszach rozległ się ni to szum, ni to pisk. Jej oddech przyspieszył do tego stopnia, że zaczęła widzieć białe punkciki przed oczami. Oddychaj, Shani, mówiła do siebie. Wdech i wydech. Wdeech i wyyydech. Tak, tak dobrze. Coraz wolniej. Ściany jej więzienia zaczęły powoli wracać na swoje miejsce, a wilczyca w szybkim tempie odzyskiwała jasność myślenia.
- A cóż to, nasz nowy nabytek się boi?
Słowa okraszone były śmiechem. Dobiegały z tej samej strony, co… światło! Nadchodzący wilk trzymał w pysku latarenkę zasilaną olejem. Blask niemal oślepił przyzwyczajone do ciemności oczy, pozwolił jednak dostrzec, że ma sąsiada. Nie tylko w tym upatrzyła swoją szansę. Z sufitu zwisał smętny korzeń. Gdyby tak tylko…
- Masz. Nie licz na nic lepszego – kawałek mięsa z mokrym „plask!” spadł na ziemię u łap Shani.
Takie samo mokre plaśnięcie słyszała jeszcze dobrych kilkanaście razy. Powietrze przesycił zapach nieświeżej padliny.
Kiedy „karmiciel” sobie poszedł, usłyszała głos po swojej lewej.
- Dobrze słyszałem? Mamy nową?
Shani postanowiła zignorować zaczepki.
- No masz, już myślałem, że będzie z kim pogadać, a tu niemowa się trafiła!
- Jak tak dalej pójdzie, to ty zostaniesz niemową! – Był to oczywisty blef. Shani czuła, jak pulsuje jej żyłka na czole. Definitywnie nie była w nastroju na żarty.
- Stanowczo odradzam! Oj, uwierz.. kiedy posiedzisz tu tyle co ja, będziesz chciała mieć towarzysza do rozmów. Jestem Fuks.
Cóż, Fuks chyba nie miał zbytniego… fuksa, że tu trafił, pomyślała wilczyca. Widziała jego drobną sylwetkę i duże uszy rysujące się w ciemności. To nie był wilk, ale, skoro mogła się z nim porozumieć – z całą pewnością miała do czynienia z psowatym.
- Jak długo tu jesteś? – Próbowała pociągnąć temat.
- Ciężko liczyć dni, gdy nie widać słońca! Ale dość długo, by doświadczyć na własnej skórze okrucieństwa tego miejsca.
- O czym ty mówisz? – Wilczyca podeszła bliżej kraty, by lepiej słyszeć, co uszaty do niej mówi.
- Tego nie da się opisać! Pierwszy raz jest przerażający, ale z każdym kolejnym jest coraz lepiej. W końcu jakaś rozrywka.
Shani zmroziły te słowa. Nie odezwała się już więcej do Fuksa, nie chcąc pogłębiać swojego strachu. Położyła się na ziemi i oparła głowę na łapach. Jedyną rozrywką było dla niej obserwowanie spowitego mrokiem otoczenia.
Wilczyca wlepiła spojrzenie w miejsce, gdzie majaczył zarys korzenia. Otaczająca ją cisza i ciemność pomagały utrzymać skupienie. Widziała w tej małej roślince swą jedyną nadzieję na ratunek, przyćmiewaną jednak przez brak wiary we własne umiejętności. Mimo wszystko próbowała. Wyobraziła sobie, jak jej świadomość opuszcza granice jej umysłu i sięga do tego wątłego korzenia, w którym wciąż jednak tliło się życie. Wyczuła niewielkie nagromadzenie sił witalnych w koniuszku odgałęzienia. Ruszyła je, z początku niepewnie, pobudzając do działania. Czuła, jak zasoby energii rośliny kurczą się, rozpraszają na coraz to dłuższym odcinku. Shani, zmęczona jak po lekturze wybitnie trudnego tekstu naukowego, dostrzegła sukces. Korzeń wydłużył się o dobre kilkadziesiąt centymetrów. Zachęcona rezultatami, sięgała umysłem do sąsiednich wiązek korzeni, przekierowując ich energię tak, jak chciała, powtarzając ten proces wiele razy. W końcu poczuła, jak tkanki rośliny wrastają w kłódkę, która stanowiła jej barierę do wolności. Napierała dalej, nadbudowując coraz to większą objętość drewna w małym otworze na klucz. Usłyszała delikatny trzask, a zaraz po nim odgłos metalu uderzającego o kamień.
Momentalnie straciła skupienie. Nie widziała już otaczającej jaskinię sieci roślinnej energii; rzeczywisty świat ponownie docierał do jej zmysłów. Nie spodziewała się, że jej plan ma szansę zadziałać – a jednak! Pchnęła kufą drzwiczki – była wolna! Rozejrzała się po klatkach sąsiadujących z jej własnym więzieniem. Sumienie nie pozwalało jej tak po prostu stąd wyjść.
Chwyciła kłódkę w zęby, by na powrót zawiesić ją w pierwotnym miejscu. Wśliznęła się z powrotem do klatki i zamknęła drzwiczki pyskiem. Ponownie rozszerzyła swoją świadomość, kierując korzeń do kłódek na celach współwięźniów. Jedna po drugiej spadały z głośnym, metalicznym dźwiękiem na ziemię.
Shani czuła się wyczerpana jak nigdy w życiu. Choć jej oddech i serce pozostawały spokojne, wilczyca ledwo stała na łapach. Nie sądziła, że używanie mocy może ją tak wykończyć! Ba, wszystkie wcześniejsze eksperymenty z tą formą magii kończyły się co najwyżej zmęczeniem umysłowym, podobnym do tego, jakie towarzyszyło długiej nauce z ksiąg.
Odgłosy poruszenia wywołanego nagłym uwolnieniem współwięźniów ledwie docierały do jej uszu. Podobnie sygnały, które próbowała wysłać do łap, napotykały jakby jakiś opór, popychając kończyny po trajektorii właściwej raczej dla mocnego stanu upojenia alkoholowego. Również kiedy umięśnione ciało strażnika przygniotło ją do ziemi, Shani poczuła jedynie tępy ból, który wydawał się nie być nawet jej własnym… Jak zza ściany słyszała warknięcia i obelgi odbijające się echem w wilgotnej jaskini. Dopiero zastrzyk adrenaliny, wywołany nagłym bólem w okolicy kostki, pozwolił jej odzyskać zmysły.
Wilczyca odwróciła głowę w stronę bolącej łapy. Zobaczyła malutkiego fenka, który próbował ją ciągnąć w stronę, która zdawała się prowadzić do wyjścia. Szara szybko podniosła się na nogi i pobiegła za pozostałymi uciekinierami, czując wzrok strażników na karku. W końcu udało jej się wydostać na zewnątrz. Zmrużyła oczy, odwykłe już od światła i wzięła w głęboki oddech, który napełnił jej płuca świeżym powietrzem i zapachem lasu. Nie mogła jednak pozwolić, by ta chwila zachwytu trwała dłużej. Musiała pozbyć się ogona. Przeliczyła na szybko tych, którym udało się uciec. Wyglądało na to, byli w komplecie.
Jeszcze w jaskini czuła, że formacja trzyma się wyłącznie dzięki korzeniom. Mogła poczuć, z jaką siłą ziemia napiera na każde odgałęzienie, jak tkanki rośliny walczą z tym ciężarem. Wciąż, nie mogła zmusić korzeni, by wycofały się z gleby. Jej moc pozwalała tylko kierować energią w roślinie tak, by rosła w określony sposób… Bingo! W głowie wilczycy zrodził się pomysł, który nawet miał szansę zadziałać. Wysłała silny impuls do zewnętrznych części drzewa, nakazując im rosnąć. Siły witalne opuszczały korzeń, momentalnie czyniąc go bardziej podatnym na złamania. I tak Shani czuła, jak korzenie, jeden po drugim, pękają. Każdy taki uraz bolał ją, jakby sama go doświadczała. Pomysł okazał się jednak skuteczny. Jaskinia zawaliła się, więżąc, a może i nawet zabijając, jej oprawców.
Shani powinna czuć w tym momencie satysfakcję, jednak na jej miejscu znalazł się żal. Stare drzewo, opadając razem z murami jaskini, złamało się w pół, krzycząc bezgłośnie w swoich ostatnich chwilach. Życie prawdopodobnie stracili również jej oprawcy. Żołądek podszedł wilczycy do gardła. Nigdy wcześniej nie zabiła. Ta przerażająca świadomość, wraz z wyczerpaniem, spadły na waderę niczym czarna chmura, posyłając jej świadomość w niebyt.
*
- No, w końcu – melodyjny, znajomy głos dobiegł do uszu wilczycy, zanim jeszcze jej oczy przyzwyczaiły się na nowo do, skądinąd skąpego, światła. – Pozostali już dawno wrócili do formy. Martwiłyśmy się.- Że już na stałe przybędzie wam obowiązków? Spokojnie, nie wybieram się jeszcze na tamten świat – Shani uśmiechnęła się, by złagodzić ton swojej wypowiedzi.
W oczach Itami pojawiła się… troska? Lisiczka bywała dla Shani zagadką, a więc i teraz nie była pewna, co też kryje się za tym spojrzeniem.
- Mieliście sporo szczęścia. Jeden z naszych strażników natknął się na zbłąkanego kojota, co od razu wzbudziło jego ciekawość. W końcu nieczęsto spotyka się je w tych stronach. Ten zaprowadził go do pozostałych i tak wszyscy trafili tutaj. Chyba przy okazji odkryliśmy źródło naszej epidemii… Kilkoro z was było zakażonych. Och, Shani, co ty tam przeżyłaś?
- W zasadzie to… niewiele. Szybko udało mi się uciec. Nie wiem nawet, co tam się działo.
- Może… może to i lepiej – Itami odwróciła wzrok.
- Co tam się działo? – Shani podniosła się na leżance i wbiła w lisiczkę stanowcze, świdrujące spojrzenie.
- W zasadzie to nie do końca to rozumiemy. Renessmee, wysłuchawszy historii twoich towarzyszy niedoli, wysłała patrol w miejsce jaskini. Znaleziono kilka ciał, ale nie mamy pewności, czy wszyscy odpowiedzialni za waszą krzywdę zaznali sprawiedliwości. Próbowaliśmy ustalić ich motywacje, ale cała ta sprawa wygląda dziwnie. Na miejscu było pełno narzędzi, słojów z dziwną zawartością i zaplamiony, kamienny stół. Chyba… chyba prowadzono tam jakieś eksperymenty medyczne. Jakby zarażali was celowo pasożytami czy coś. To znaczy… Ty jesteś czysta, ale nie wszyscy mieli to szczęście. Zbierali różne gatunki psowatych, pewnie chcąc w jakiś sposób porównać działanie stosowanych przez nich „zabiegów”. Tylko po co ktokolwiek miałby to robić?
- Itami, chodź! Potrzebuję dodatkowych łap! – Głos Lonyi dobiegł jakby zza ściany.
Lisiczka rzuciła do Shani szybkie „zaraz wracam” i z gracją oddaliła się z pola widzenia szarej.
*
Shani wyszła z medycznej jaskini i wciągnęła świeże, jesienne powietrze głęboko w płuca. Napawała się zapachem opadłych liści i ziemi świeżo zmiękczonej długim deszczem. Nie przeszkadzało jej nawet, że błoto oblepia jej łapy. Dziś w końcu pierwszy raz pozwolono jej, by wyszła na dłużej. Dziś był też dzień, w którym jej współwięźniowie mieli opuścić tereny watahy Renaissance. Shani w ostatnim czasie zdążyła się z nimi zaprzyjaźnić, w końcu długie dni spędzone w medycznej jaskini nie pozwalały na rozrywki inne niż rozmowy. Dlatego też postanowiła towarzyszyć im do samej granicy.Na miejscu spojrzała jeszcze ten jeden raz na Fuksa, małego otocjona, który stał się niepisanym przewodnikiem tej nietypowej grupki.
- Na pewno nie chcesz z nami zostać? Wataha Renaissance zawsze chętnie przyjmie nowych członków.
- Nie, nie. Wiesz przecież, że mam dokąd wracać. Ale nie martw się. Jesteśmy wdzięczni za pomoc. Wiedz, że każdy członek watahy Renaissance może liczyć na schronienie i opiekę w rodzinnych stronach każdego z nas. Żegnaj, Shani. Może nasze ścieżki jeszcze kiedyś się skrzyżują.
Shani usiadła na wydeptanej ścieżce, trochę nie wiedząc, co ze sobą począć. Kiedy już ostatni wilczy ogon zniknął jej z pola widzenia, westchnęła głośno. Chciała – naprawdę chciała! – wrócić prosto do domu. Jej łapy postanowiły jednak za nią i zaprowadziły ją do miejsca, gdzie jeszcze niedawno była więziona. Widok ten automatycznie obudził w niej strach, który jednak odszedł, gdy dostrzegła wiewiórki buszujące po ruinach jaskini. Rude kity spłoszyły się na jej widok. To dobry znak – nie było tu nikogo, kto mógł wystraszyć je wcześniej.
Spojrzała ze smutkiem na dąb, któremu odebrała życie, by ratować własne. Sięgnęła do niego swoją mocą, nie dostrzegła jednak choćby cienia tlącej się energii. Zresztą, nawet gdyby w drzewie pozostała jeszcze choćby odrobinka sił witalnych, Shani wiedziała, że nie będzie w stanie jej ruszyć. Już niejeden raz próbowała powtórzyć swoje ostatnie wyczyny, ale napotykała olbrzymi opór. Nawet to, co wcześniej było dla wilczycy drugiej naturą, stało się dla niej niemożliwe. Próba poruszenia energią najdrobniejszego źdźbła trawy była dla niej jak próba przesunięcia olbrzymiej góry siłą własnych mięśni.
Wadera, obserwując miejsce w zadumie, dostrzegła leżące wśród opadłych liści żołędzie. Chwyciła jeden z nich w pysk, delikatnie i z namaszczeniem. Czy wierzyła, że posadzenie tego małego nasionka w pobliżu jej jaskini w jakiś sposób wynagrodzi krzywdę, którą wyrządziła temu pięknemu drzewu? Nie, Shani dobrze o tym wiedziała. Cóż innego jej jednak pozostało?
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 5208
Ilość zdobytych PD: 2604 + 25% (651 PD) za długość powyżej 5000 słów.
Nagroda za Quest: 900 PD | +3 pkt zwinność | +11 pkt inteligencja | +2 siła | +5 pkt kondycja
Obecny stan: 4155
czwartek, 6 października 2022
Od Shani - Event Wakacyjny (Pisarski ~ Czas wakacji)
Cały świat wokół zdawał się być ciepłą i miękką chmurką; stanowić małą i bezpieczną przestrzeń wypełnioną błogością i zapachem świeżo wietrzonego jeleniego futra, które wchłonęło aromaty letnich kwiatów i łagodnego wietrzyku. Shani, znajdująca się w rozkosznym stanie gdzieś w połowie drogi między snem a przytomnością, przeturlała się na drugi bok. W rezultacie jedna z jej tylnych łap zastygła pionowo niczym pokryta sierścią iglica, a pyszczek, za sprawą grawitacji, otworzył się nieznacznie, uwalniając różowy język. Wdzierające się do jaskini promyki porannego słońca tworzyły na ciele wilczycy dziesiątki małych wysepek światła, rozgrzewając punktowo jej skórę.
Nagle do jej umysłu wtargnął niespodziewany agresor w postaci jednej, krótkiej myśli: praca! Jej serce zrobiło fikołka, a mgła sennych marzeń rozpłynęła się jak za podmuchem silnego wiatru. Skoro słońce świeciło tak jasno, musiała zaspać. W mgnieniu oka wygrzebała się z plątaniny futer, stanęła na równe nogi, poprawiła rozczochraną sierść na czubku głowy i wytarła łapą strużkę śliny z kącika pyska. Cóż, zwykle wkładała nieco więcej wysiłku w poranne przygotowania, na dziś jednak musiało wystarczyć.
Szybkim – nie po prostu naturalnie energicznym, a nie dającym złudzeń, że bardzo się spieszyła – krokiem opuściła norkę, kierując się w stronę swojego miejsca pracy. Nawet w całym tym pośpiechu zauważyła, że okolica jest… podejrzanie spokojna. Nie słyszała młodzików, którzy o tej porze powinni prowadzić przepełnione śmiechem rozmowy w drodze na trening u Naharysa. Nie widziała też łowców przygotowujących się do polowań. Do jej nosa dochodziło zdecydowanie mniej świeżych zapachów, niż zazwyczaj. Zdawało się, że niezmienne rytuały; procesy składające się wręcz na biologię organizmu, jakim jest Wataha Renaissance, ustały.
Tylko dlaczego? Wilczyca zwolniła nieco kroku i sięgnęła w głąb swojego umysłu, licząc, iż gdzieś w jego odmętach znajdzie odpowiedź. Olśnienie przyszło w momencie, gdy próbowała przypomnieć sobie zadania zaplanowane na dzisiejszy dzień w lecznicy! Otóż – nie było takich zadań! Dziś Renessmee zarządziła dzień wolny.
Naturalnie w lecznicy nie można mówić o całkowitym zwolnieniu z obowiązków. Święto czy nie święto – choroby i urazy nie mają baczenia na kalendarz. Nie znaczy to jednak, że obowiązków nie da się zredukować do minimum. Shani przypomniała sobie, że dziś przypada jej wieczorna zmiana, w trakcie której miała jedynie dopilnować, by każdy z pacjentów przyjął swoją porcję leków, oraz kręcić się gdzieś w okolicy jaskini medyków w razie, gdyby znalazł się ktoś potrzebujący pilnej pomocy.
Wilczyca stanęła na środku wydeptanej ścieżki, nie wiedząc za bardzo, jak się zachować. Ostrożnie rozejrzała się po okolicy i z ulgą stwierdziła, że nikt nie widział, jak spieszyła się tylko po to, by po chwili powolnym krokiem wracać w stronę nory.
Cały dzień wolny! Do zmierzchu było sporo czasu. Tylko jak go wykorzystać? Pierwszym, co przyszło jej do głowy, było zrobienie od dawna odwlekanych porządków w swojej norce. Coś jej jednak podpowiadało, że nie taki zamysł miała alfa, zarządzając to święto. Zbieranie ziół do suszenia czy studiowanie notatek ze swoich zielarskich eksperymentów zdawało jej się równie nie na miejscu. Wyglądało więc na to, że jedynym pomysłem na spędzenie wolnego czasu, był spacer. Zapowiadał się ciepły dzień, toteż Shani stwierdziła, że najlepiej będzie odwiedzić Cascade de Reve. Miała nadzieję, że nawet dzisiaj będzie mogła liczyć tam na taką samą ciszę i spokój, jak zawsze.
Jeszcze zanim dotarła na miejsce, powitał ją szum wodospadu i chłodna, pachnąca świeżością bryza, przynosząca ulgę wobec coraz to wyższej temperatury. W końcu wilczycy ukazała się spieniona woda spływająca z gracją po skalistych schodkach. Shani bardzo lubiła przychodzić tu w wolnym czasie, odkąd pewien staruszek z uporem próbował zaprowadzić ją właśnie w to miejsce… później usłyszała, że wrzucając kamień do tutejszej wody i myśląc w tym czasie życzenie, zyskuje się szansę na jego spełnienie. Szara nie do końca wierzyła w taką możliwość, jednak mimo wszystko ten mały rytuał stał się stałym punktem jej odwiedzin. Życzenie również było to samo, co zawsze – pozwól jednak, Czytelniku, że jego treść pozostanie tajemnicą. W końcu tylko takie życzenia mają szansę się spełnić, a to konkretne z pewnością kiedyś stanie się rzeczywistością.
Wilczyca siedziała tak chwilę w zadumie, chłonąc otoczenie wszystkimi zmysłami. Czuła zimny, wilgotny kamień i mech przyjemnie chłodzący jej łapy. Rześkie, wilgotne powietrze wypełniało jej płuca. Słyszała szum wody i ciche popiskiwanie… Zaraz, popiskiwanie? Shani zaczęła się rozglądać, szukając źródła dźwięku. W końcu jej wzrok, wespół z uszami, skierował się na mały, kolczasty krzaczek rosnący dzielnie za stosem dużych kamieni. Krzaczek ten bowiem ruszał się we wszystkie strony, choć nie było wiatru, który mógł to wywołać.
Szara podeszła do krzaczka - ostrożnie, na napiętych nogach. Rozsunęła pyskiem gałązki, a jej oczom ukazał się smutny widok. Kruk – młody, choć już nie podlot – rozdziawił szeroko dziób, wydając z siebie ostrzegawcze: kraaa! Próbował unieść skrzydła, by wydać się większym, jednak podniosły się one jedynie w niewielkim stopniu, prawe nieco wyżej niż lewe. Ptaka otaczał słaby zapach krwi. Świeżej. Żołądek Shani ścisnął się, jakby chciał przypomnieć o swojej obecności, rozum jednak – a może serce? – nakazał postąpić inaczej.
- Hej, mały, nie bój się – odezwała się wilczyca, rozchylając gałęzie łapą.
Drugą łapą ostrożnie pchnęła ptaka w swoim kierunku. Ten zapierał się łapkami i próbował podskoczyć, lecz jego wysiłki nie przyniosły żadnego rezultatu. Jego dziób okazał się jednak całkowicie sprawny, o czym Shani boleśnie przekonała się, gdy pozwoliła sobie na chwilę nieuwagi. Czarny jak smoła dziób zacisnął się na jej łapie, którą wilczyca odruchowo uniosła w powietrze. Kruk zadyndał jak wahadełko. Shani również ugryzła – ale wnętrze swojego policzka, by choć trochę odwrócić uwagę od bólu i ze spokojem odstawić ptaka na ziemię. Ten błyskawicznie uwolnił chwyt i zaczął dreptać z powrotem w stronę krzaka, z którego to dopiero co został wydobyty.
- Hej, dokąd to?
Wilczyca złapała kruka w pysk, znajdując odpowiedni balans między delikatnością a stanowczym chwytem. Malec wiercił się, nie zdołał jednak wygiąć głowy w sposób, który umożliwiłby jej ponowny atak.
Poszła, a raczej pokuśtykała, w stronę jaskini medycznej. Miała do pokonania spory dystans. W zasadzie powinna dotrzeć na miejsce w porze, która bardziej niż czas wolny, stanowić będzie już preludium do jej zmiany. To jest, biorąc poprawkę na całe to kuśtykanie. Wilczyca czuła, że po ranionej łapie spływa jej strużka krwi.
*
- No już, mały, spokojnie.
Ptak w istocie zachowywał się już całkiem spokojnie. Nic w tym dziwnego – całą swoją energię stracił na bezowocne szamotanie się w pysku wadery. Shani nie wiedziała, jaki był ostateczny powód porzucenia walecznej postawy. Czy malec poddał się, czy też zrozumiał, że nic mu nie grozi? Kruki są ponoć inteligentne, a ten tu świdrował Shani wzrokiem, w którym kryło się zdecydowanie więcej głębi niż w spojrzeniu niejednego wilka. Tak czy tak wilczyca miała wątpliwości, czy aby na pewno postępuje właściwie, przynosząc malcowi tyle stresu. Z drugiej strony… pozostawiony sam sobie, stałby się łatwym posiłkiem dla byle łasicy.
Korzystając z chwili spokoju, Shani zajęła się opatrzeniem swojej rany. Wcześniej nie miała nawet okazji się jej przyjrzeć. Mimowolnie skrzywiła się, gdy zobaczyła różową, przybrudzoną tkankę. Rana zapiekła niemiłosiernie w kontakcie ze środkiem odkażającym. Po chwili było jednak po wszystkim. Shani opatrzyła ranę bandażem i ostrożnie postawiła na ziemię, powoli przenosząc na nią coraz większą część ciężaru ciała. Kończyna była bolesna, ale sprawna.
Nadszedł czas, by zająć się krukiem. Shani pozwoliła sobie zachować mały kęs mięsa z przydziału przewidzianego na pacjentów, licząc na to, że nikt nie zauważy tego drobnego występku. Podała swojemu małemu podopiecznemu wspomniany krwisty kąsek, by miał czym zająć uwagę i przeszła do oczyszczania ran na jego skrzydłach. Okazały się bardzo powierzchowne, jednak medyczka szybko poznała, w czym problem. Zadrapania przecinały skrzydła w taki sposób, że gdy tylko w zgiętej pozycji zdążyły się zasklepić, po rozłożeniu skrzydeł ponownie otwierały się, przynosząc ból.
Rozwiązanie było proste. Shani zmieszała ze sobą maść przeciwbólową i kilka składników przyspieszających gojenie. Otrzymana papka miała zgniłozielony kolor i intensywny, ziołowy zapach. Wilczyca wiedziała, że takie aromaty są raczej powszechnie uważane za nieprzyjemne. Sama kochała jednak ten zapach. Przywoływał najmilsze wspomnienia.
Szara przeszła do nakładania maści na krucze skrzydła. Nie było to takie proste. Podopieczny skończył już skubanie kawałka mięsa i stawiał aktywny opór, próbując machać skrzydłami i sięgnąć łapy wilczycy dziobem. Na szczęście nie był w tym szczególnie zawzięty. Zachowywał się bardziej jak mały, pierzasty szczeniak, który próbuje opóźnić przyjęcie lekarstwa, wiedząc jednak, że tak czy tak będzie musiał je zażyć. Koniec końców wilczycy udało się pokryć wszystkie skaleczenia mazidłem.
Shani odsunęła się na dwa kroki, by przyjrzeć się swojemu dziełu. Kąciki jej ust uniosły się w mimowolnym uśmiechu. Piękną, głęboką czerń kruczych skrzydeł zaburzały teraz nieregularne plamy z zielonej papki, nadając zwierzęciu raczej komiczny wygląd. Wilczyca wiedziała jednak, że to chwilowe. Za jakiś czas maść zaschnie i wykruszy się, a pióra nie będą już posklejane. Po kilku dniach hospitalizacji po urazie nie powinno być nawet śladu.
Szara, nie mając co robić, wyszła przed medyczną jaskinię. Okolica powoli okrywała się złocistym blaskiem zachodzącego słońca. Wilczyca znalazła sobie przyjemnie nagrzany głaz i położyła się na nim. Z przymrużonymi oczami po prostu chłonęła chwilę. Odgłosy ptaków i delikatny szum wiatru wprawiły ją w błogi nastrój. Przekręciła się na plecy, wystawiając brzuch na działanie ostatnich promieni słońca. Pierwszy raz od naprawdę dawna pozwoliła sobie po prostu na taką chwilę beztroski i nic nie robienia… Jej powieki stały się ciężkie i już, już powoli zapadała w sen, gdy usłyszała trzepot skrzydeł. Momentalnie stanęła na łapy, a raczej spadła na nie niezdarnie, ześlizgując się z kamienia.
Było już jednak za późno… Sylwetka kruka tańczyła po błękitno-złotym niebie. Z początku dość niezdarnie, jednak ptak szybko rozruszał swoje skrzydła i z gracją po prostu cieszył się z przebywania w powietrzu. W pewnym momencie zawrócił nawet i z głośnym „kra!” okrążył wilczycę, jak gdyby się żegnał. Później stał się już tylko punktem niknącym na horyzoncie.
Shani stała tak jeszcze chwilę, wpatrując się w punkt, gdzie jeszcze przed chwilą był widoczny jej nietypowy pacjent. Naszła ją refleksja. Czy kiedykolwiek będzie tak po prostu wolna, jak ten ptak, którego nawet rany nie mogły powstrzymać przed lotem? Poczuła ukłucie zazdrości na myśl o krainach, które mógł odwiedzać. O życiu bez obowiązków, bez planów na następny dzień… Jasne, podobało jej się życie w watasze i związane z nim korzyści. Ale gdyby tak…
- Hej, Shani, idziemy na plażę. Dołączysz? – Z zamyślenia wyrwał ją ciepły i pełen ekscytacji głos. Minęła chwila, nim zorientowała się, do kogo należy.
- Tak, jasne! – Odparła z uśmiechem, który miał pozostać przyklejony do jej pyszczka na resztę wieczoru.
Odchodząc w stronę wybrzeża, rzuciła jeszcze tęskne spojrzenie na zostawione w tyle zachodzące słońce.
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1701
Ilość zdobytych PD: 850 + 50% (425 PD)
Nagroda za Event: Nagrody zostaną przyznane później
Obecny stan: 1275
Nagle do jej umysłu wtargnął niespodziewany agresor w postaci jednej, krótkiej myśli: praca! Jej serce zrobiło fikołka, a mgła sennych marzeń rozpłynęła się jak za podmuchem silnego wiatru. Skoro słońce świeciło tak jasno, musiała zaspać. W mgnieniu oka wygrzebała się z plątaniny futer, stanęła na równe nogi, poprawiła rozczochraną sierść na czubku głowy i wytarła łapą strużkę śliny z kącika pyska. Cóż, zwykle wkładała nieco więcej wysiłku w poranne przygotowania, na dziś jednak musiało wystarczyć.
Szybkim – nie po prostu naturalnie energicznym, a nie dającym złudzeń, że bardzo się spieszyła – krokiem opuściła norkę, kierując się w stronę swojego miejsca pracy. Nawet w całym tym pośpiechu zauważyła, że okolica jest… podejrzanie spokojna. Nie słyszała młodzików, którzy o tej porze powinni prowadzić przepełnione śmiechem rozmowy w drodze na trening u Naharysa. Nie widziała też łowców przygotowujących się do polowań. Do jej nosa dochodziło zdecydowanie mniej świeżych zapachów, niż zazwyczaj. Zdawało się, że niezmienne rytuały; procesy składające się wręcz na biologię organizmu, jakim jest Wataha Renaissance, ustały.
Tylko dlaczego? Wilczyca zwolniła nieco kroku i sięgnęła w głąb swojego umysłu, licząc, iż gdzieś w jego odmętach znajdzie odpowiedź. Olśnienie przyszło w momencie, gdy próbowała przypomnieć sobie zadania zaplanowane na dzisiejszy dzień w lecznicy! Otóż – nie było takich zadań! Dziś Renessmee zarządziła dzień wolny.
Naturalnie w lecznicy nie można mówić o całkowitym zwolnieniu z obowiązków. Święto czy nie święto – choroby i urazy nie mają baczenia na kalendarz. Nie znaczy to jednak, że obowiązków nie da się zredukować do minimum. Shani przypomniała sobie, że dziś przypada jej wieczorna zmiana, w trakcie której miała jedynie dopilnować, by każdy z pacjentów przyjął swoją porcję leków, oraz kręcić się gdzieś w okolicy jaskini medyków w razie, gdyby znalazł się ktoś potrzebujący pilnej pomocy.
Wilczyca stanęła na środku wydeptanej ścieżki, nie wiedząc za bardzo, jak się zachować. Ostrożnie rozejrzała się po okolicy i z ulgą stwierdziła, że nikt nie widział, jak spieszyła się tylko po to, by po chwili powolnym krokiem wracać w stronę nory.
Cały dzień wolny! Do zmierzchu było sporo czasu. Tylko jak go wykorzystać? Pierwszym, co przyszło jej do głowy, było zrobienie od dawna odwlekanych porządków w swojej norce. Coś jej jednak podpowiadało, że nie taki zamysł miała alfa, zarządzając to święto. Zbieranie ziół do suszenia czy studiowanie notatek ze swoich zielarskich eksperymentów zdawało jej się równie nie na miejscu. Wyglądało więc na to, że jedynym pomysłem na spędzenie wolnego czasu, był spacer. Zapowiadał się ciepły dzień, toteż Shani stwierdziła, że najlepiej będzie odwiedzić Cascade de Reve. Miała nadzieję, że nawet dzisiaj będzie mogła liczyć tam na taką samą ciszę i spokój, jak zawsze.
Jeszcze zanim dotarła na miejsce, powitał ją szum wodospadu i chłodna, pachnąca świeżością bryza, przynosząca ulgę wobec coraz to wyższej temperatury. W końcu wilczycy ukazała się spieniona woda spływająca z gracją po skalistych schodkach. Shani bardzo lubiła przychodzić tu w wolnym czasie, odkąd pewien staruszek z uporem próbował zaprowadzić ją właśnie w to miejsce… później usłyszała, że wrzucając kamień do tutejszej wody i myśląc w tym czasie życzenie, zyskuje się szansę na jego spełnienie. Szara nie do końca wierzyła w taką możliwość, jednak mimo wszystko ten mały rytuał stał się stałym punktem jej odwiedzin. Życzenie również było to samo, co zawsze – pozwól jednak, Czytelniku, że jego treść pozostanie tajemnicą. W końcu tylko takie życzenia mają szansę się spełnić, a to konkretne z pewnością kiedyś stanie się rzeczywistością.
Wilczyca siedziała tak chwilę w zadumie, chłonąc otoczenie wszystkimi zmysłami. Czuła zimny, wilgotny kamień i mech przyjemnie chłodzący jej łapy. Rześkie, wilgotne powietrze wypełniało jej płuca. Słyszała szum wody i ciche popiskiwanie… Zaraz, popiskiwanie? Shani zaczęła się rozglądać, szukając źródła dźwięku. W końcu jej wzrok, wespół z uszami, skierował się na mały, kolczasty krzaczek rosnący dzielnie za stosem dużych kamieni. Krzaczek ten bowiem ruszał się we wszystkie strony, choć nie było wiatru, który mógł to wywołać.
Szara podeszła do krzaczka - ostrożnie, na napiętych nogach. Rozsunęła pyskiem gałązki, a jej oczom ukazał się smutny widok. Kruk – młody, choć już nie podlot – rozdziawił szeroko dziób, wydając z siebie ostrzegawcze: kraaa! Próbował unieść skrzydła, by wydać się większym, jednak podniosły się one jedynie w niewielkim stopniu, prawe nieco wyżej niż lewe. Ptaka otaczał słaby zapach krwi. Świeżej. Żołądek Shani ścisnął się, jakby chciał przypomnieć o swojej obecności, rozum jednak – a może serce? – nakazał postąpić inaczej.
- Hej, mały, nie bój się – odezwała się wilczyca, rozchylając gałęzie łapą.
Drugą łapą ostrożnie pchnęła ptaka w swoim kierunku. Ten zapierał się łapkami i próbował podskoczyć, lecz jego wysiłki nie przyniosły żadnego rezultatu. Jego dziób okazał się jednak całkowicie sprawny, o czym Shani boleśnie przekonała się, gdy pozwoliła sobie na chwilę nieuwagi. Czarny jak smoła dziób zacisnął się na jej łapie, którą wilczyca odruchowo uniosła w powietrze. Kruk zadyndał jak wahadełko. Shani również ugryzła – ale wnętrze swojego policzka, by choć trochę odwrócić uwagę od bólu i ze spokojem odstawić ptaka na ziemię. Ten błyskawicznie uwolnił chwyt i zaczął dreptać z powrotem w stronę krzaka, z którego to dopiero co został wydobyty.
- Hej, dokąd to?
Wilczyca złapała kruka w pysk, znajdując odpowiedni balans między delikatnością a stanowczym chwytem. Malec wiercił się, nie zdołał jednak wygiąć głowy w sposób, który umożliwiłby jej ponowny atak.
Poszła, a raczej pokuśtykała, w stronę jaskini medycznej. Miała do pokonania spory dystans. W zasadzie powinna dotrzeć na miejsce w porze, która bardziej niż czas wolny, stanowić będzie już preludium do jej zmiany. To jest, biorąc poprawkę na całe to kuśtykanie. Wilczyca czuła, że po ranionej łapie spływa jej strużka krwi.
*
- No już, mały, spokojnie.
Ptak w istocie zachowywał się już całkiem spokojnie. Nic w tym dziwnego – całą swoją energię stracił na bezowocne szamotanie się w pysku wadery. Shani nie wiedziała, jaki był ostateczny powód porzucenia walecznej postawy. Czy malec poddał się, czy też zrozumiał, że nic mu nie grozi? Kruki są ponoć inteligentne, a ten tu świdrował Shani wzrokiem, w którym kryło się zdecydowanie więcej głębi niż w spojrzeniu niejednego wilka. Tak czy tak wilczyca miała wątpliwości, czy aby na pewno postępuje właściwie, przynosząc malcowi tyle stresu. Z drugiej strony… pozostawiony sam sobie, stałby się łatwym posiłkiem dla byle łasicy.
Korzystając z chwili spokoju, Shani zajęła się opatrzeniem swojej rany. Wcześniej nie miała nawet okazji się jej przyjrzeć. Mimowolnie skrzywiła się, gdy zobaczyła różową, przybrudzoną tkankę. Rana zapiekła niemiłosiernie w kontakcie ze środkiem odkażającym. Po chwili było jednak po wszystkim. Shani opatrzyła ranę bandażem i ostrożnie postawiła na ziemię, powoli przenosząc na nią coraz większą część ciężaru ciała. Kończyna była bolesna, ale sprawna.
Nadszedł czas, by zająć się krukiem. Shani pozwoliła sobie zachować mały kęs mięsa z przydziału przewidzianego na pacjentów, licząc na to, że nikt nie zauważy tego drobnego występku. Podała swojemu małemu podopiecznemu wspomniany krwisty kąsek, by miał czym zająć uwagę i przeszła do oczyszczania ran na jego skrzydłach. Okazały się bardzo powierzchowne, jednak medyczka szybko poznała, w czym problem. Zadrapania przecinały skrzydła w taki sposób, że gdy tylko w zgiętej pozycji zdążyły się zasklepić, po rozłożeniu skrzydeł ponownie otwierały się, przynosząc ból.
Rozwiązanie było proste. Shani zmieszała ze sobą maść przeciwbólową i kilka składników przyspieszających gojenie. Otrzymana papka miała zgniłozielony kolor i intensywny, ziołowy zapach. Wilczyca wiedziała, że takie aromaty są raczej powszechnie uważane za nieprzyjemne. Sama kochała jednak ten zapach. Przywoływał najmilsze wspomnienia.
Szara przeszła do nakładania maści na krucze skrzydła. Nie było to takie proste. Podopieczny skończył już skubanie kawałka mięsa i stawiał aktywny opór, próbując machać skrzydłami i sięgnąć łapy wilczycy dziobem. Na szczęście nie był w tym szczególnie zawzięty. Zachowywał się bardziej jak mały, pierzasty szczeniak, który próbuje opóźnić przyjęcie lekarstwa, wiedząc jednak, że tak czy tak będzie musiał je zażyć. Koniec końców wilczycy udało się pokryć wszystkie skaleczenia mazidłem.
Shani odsunęła się na dwa kroki, by przyjrzeć się swojemu dziełu. Kąciki jej ust uniosły się w mimowolnym uśmiechu. Piękną, głęboką czerń kruczych skrzydeł zaburzały teraz nieregularne plamy z zielonej papki, nadając zwierzęciu raczej komiczny wygląd. Wilczyca wiedziała jednak, że to chwilowe. Za jakiś czas maść zaschnie i wykruszy się, a pióra nie będą już posklejane. Po kilku dniach hospitalizacji po urazie nie powinno być nawet śladu.
Szara, nie mając co robić, wyszła przed medyczną jaskinię. Okolica powoli okrywała się złocistym blaskiem zachodzącego słońca. Wilczyca znalazła sobie przyjemnie nagrzany głaz i położyła się na nim. Z przymrużonymi oczami po prostu chłonęła chwilę. Odgłosy ptaków i delikatny szum wiatru wprawiły ją w błogi nastrój. Przekręciła się na plecy, wystawiając brzuch na działanie ostatnich promieni słońca. Pierwszy raz od naprawdę dawna pozwoliła sobie po prostu na taką chwilę beztroski i nic nie robienia… Jej powieki stały się ciężkie i już, już powoli zapadała w sen, gdy usłyszała trzepot skrzydeł. Momentalnie stanęła na łapy, a raczej spadła na nie niezdarnie, ześlizgując się z kamienia.
Było już jednak za późno… Sylwetka kruka tańczyła po błękitno-złotym niebie. Z początku dość niezdarnie, jednak ptak szybko rozruszał swoje skrzydła i z gracją po prostu cieszył się z przebywania w powietrzu. W pewnym momencie zawrócił nawet i z głośnym „kra!” okrążył wilczycę, jak gdyby się żegnał. Później stał się już tylko punktem niknącym na horyzoncie.
Shani stała tak jeszcze chwilę, wpatrując się w punkt, gdzie jeszcze przed chwilą był widoczny jej nietypowy pacjent. Naszła ją refleksja. Czy kiedykolwiek będzie tak po prostu wolna, jak ten ptak, którego nawet rany nie mogły powstrzymać przed lotem? Poczuła ukłucie zazdrości na myśl o krainach, które mógł odwiedzać. O życiu bez obowiązków, bez planów na następny dzień… Jasne, podobało jej się życie w watasze i związane z nim korzyści. Ale gdyby tak…
- Hej, Shani, idziemy na plażę. Dołączysz? – Z zamyślenia wyrwał ją ciepły i pełen ekscytacji głos. Minęła chwila, nim zorientowała się, do kogo należy.
- Tak, jasne! – Odparła z uśmiechem, który miał pozostać przyklejony do jej pyszczka na resztę wieczoru.
Odchodząc w stronę wybrzeża, rzuciła jeszcze tęskne spojrzenie na zostawione w tyle zachodzące słońce.
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1701
Ilość zdobytych PD: 850 + 50% (425 PD)
Nagroda za Event: Nagrody zostaną przyznane później
Obecny stan: 1275
niedziela, 4 września 2022
Od Shani c.d. Ynerytha ~ Pogrzebać Przeszłość
- Mam plan. Byłoby bezpieczniej, gdybyś na chwilę odeszła z okolicy tego drzewa – oznajmił Yneryth.
- Zaraz, jaki plan? Nie chcesz chyba robić wszystkiego sam? Halo? Ja też się mogę przydać! – Wadera mówiła szeptem, nie chcąc spłoszyć ptaka. Jej głos był jednak stanowczy i dało się w nim wyczuć poirytowanie.
Jak grochem o ścianę. Basior zdawał się wyłączyć wszystkie zmysły, choć, znając życie, doskonale słyszał, co Shani próbuje mu przekazać i postanowił mistrzowsko ją ignorować. Stał się tak obojętny, że wilczyca aż czuła bijący od niego chłód… Nie, zaraz! Temperatura powietrza naprawdę malała z każdą chwilą, podczas gdy futro basiora pokrywało się cieniutką warstewką szronu.
Shani, nieco przestraszona, cofnęła się o kilka kroków, aż jej zadek natrafił na coś twardego – najpewniej pień jednego z drzew. Potem… potem sama nie rozumiała, co widzi! Żywioły naginały się do woli Ynerytha, który zaklinał je niczym tancerz podczas występu. Basior wspinał się z gracją na drzewo, na bieżąco wyczarowując wspomagającą go w tym konstrukcję. Serce Shani stanęło, gdy przeskakiwał z jednego drzewa na drugie. Później sprawy potoczyły się zdecydowanie za szybko. Niewiele widziała z poziomu ziemi, jednak odgłosy szarpaniny nie napawały jej entuzjazmem. Krążyła nerwowo wokół pnia, czując się zupełnie bezsilna. W którymś momencie poczuła, że spadają na nią pierwsze krople deszczu… nie, to była krew! Zrosiła jej pysk makabrycznymi piegami. Nie umiała po zapachu rozpoznać, czy to posoka wilka, czy też jego przeciwnika – ich woń zlała się teraz w jedną całość.
W końcu zapadła cisza. Na kilka niesamowicie długich sekund nawet ptaki przestały śpiewać. Całe napięcie zeszło jednak z Shani, gdy zobaczyła Ynerytha stojącego na skraju gniazda. Wypuścił z pyska woreczek z prochami i zaczął schodzić na ziemię.
Wilczyca posmutniała jednak, widząc nieruchome skrzydło smętnie zwisające z krawędzi. Tylko pojedyncze pióra kołyszące się na wietrze tworzyły iluzję tlącego się życia, zbyt słabą jednak, by przekonać obserwatora. Czy ta śmierć była potrzebna? Szara wiedziała, że odpowiedź na to pytanie jest twierdząca. Mimo tego nie mogła nie czuć smutku. Było to nie tyle współczucie, co żal po stracie czegoś niezwykłego. Shani nigdy wcześniej nie natknęła się na podobne stworzenie w żadnym z tekstów naukowych ani nawet w ustnych przekazach. Kiedyś jeszcze na pewno tu wróci i zbada gniazdo, jednak na opisanie zwyczajów zwierzęcia nie miała już szans.
- Zabrałem ci jedno ze świecidełek, o ile chcesz – głos Ynerytha momentalnie wyrwał ją z rozmyślań.
Jej oczy odruchowo skierowały się na przedmiot, który basior trzymał w pysku. Wypolerowany na gładko kamień, w którym tańczyły kolory. Wyglądał na jedyny w swoim rodzaju. Potem dwukolorowe spojrzenie wilczycy przeniosło się na pysk Ynerytha naznaczony nowymi zadrapaniami. Odezwał się w niej jakiś instynkt; przypływ ciepłych uczuć, który chciał nakłonić ją, by oczyściła jego rany. Szara jednak domyślała się, że basior nie będzie chciał przyjąć pomocy.
- Dziękuję – w jej głosie dało się słyszeć zakłopotanie. – Jest piękny. Nie wiem, jak ci się odwdzięczyć.
- Nie trzeba.
- Nalegam.
- Pomyślisz o tym później – uciął Yneryth. – Mamy zadanie do wykonania.
Szara uznała, że nie ma szans wygrać w tej dyskusji. Wsunęła podarunek do torby na leki, gdzie ledwo się zmieścił.
*
Szybko udało im się wrócić na właściwy szlak – wulkan nadal stanowił dla nich drogowskaz na horyzoncie. Dalszy etap drogi upłynął w dużej mierze w milczeniu, przerywanym jedynie krótkimi wymianami zdań. Nie była to niezręczna cisza, a raczej taka, która zostawia bezpieczną przestrzeń na własne przemyślenia. Shani wracała wciąż do wspomnień z ostatnich dni. Starzec z jego dziwnymi wizjami, niespodziewana śmierć i jej konsekwencje, a teraz jeszcze nieznane nauce stworzenia. Natężenie niezwykłych zdarzeń było wręcz zastanawiające. W końcu jednak nawet ta długa wędrówka dobiegła końca.
- Stać, co tu robicie?!
Shani spodziewała się takiego obrotu spraw. Już od dobrych kilkunastu minut, zagłębiając się coraz bardziej w obce tereny, miała wrażenie, że czuje na sobie czyjeś spojrzenie. Taki scenariusz powtarzał się wiele razy, gdy jeszcze błąkała się przed znalezieniem Watahy Renaissance.
Spojrzała nieznajomemu w oczy – bez niepotrzebnego pośpiechu czy emocji. Wiedziała, że nie ma się czego bać. Ani ona, ani Yneryth, nie zachowywali się w ostatnich minutach podejrzanie. Jej spokój wyraźnie kontrastował z napiętą sylwetką basiora, który jeżył futro na całym ciele. Na jego umięśnionym, pokrytym brązowym futrem ciele, pojawiały się już pierwsze siwe włosy.
- Przynosimy wiadomość – złote oczy czujki nadal świdrowały wilczycę, jakby chciały zajrzeć głębiej, przedrzeć się przez jej tkanki i dotrzeć prosto do zamkniętych w głowie myśli. – Szukamy rodziny pewnego starca.
- Starca? – Wyraz pyska brązowego na ułamek sekundy zmienił się, jednak równie szybko zastygł ponownie w gniewnym zmarszczeniu. – Powiedzcie więcej.
- Nie wiemy, jak miał na imię, ale chyba był zakochany w wilczycy o imieniu Donna.
- Zaraz, tak? I co z nim, gdzie on teraz jest? – Strażnik nie umiał już dłużej utrzymać emocji na wodzy i zaczął nerwowo przestępować z łapy na łapę. – Albo zaraz, nie, nie tutaj. Chodźcie za mną.
Shani spojrzała pytająco na Ynerytha. Skinął delikatnie, niemal niezauważalnie głową. Ruszyli za brązowym wilkiem, który co chwilę oglądał się za siebie, najpewniej po to, by upewnić się, że nie robią nic podejrzanego. Okazało się, że celem ich podróży była niewielka norka ulokowana w pustym pniu powalonego, niegdyś z pewnością robiącego wrażenie drzewa, a dokładniej – skrawek ziemi przed ową norką.
Strażnik rozchylił pnącza, które stanowiły zasłonę odgradzającą wnętrze lokum od ciekawskich spojrzeń.
- Etna? Etna, jesteś. Ci tutaj… twierdzą, że wiedzą coś o Pirycie.
Z pomiędzy zielonych liści wyłoniła się wadera o niespotykanym umaszczeniu. Jej ciało zdobiły liczne plamki w rozmaitych odcieniach brązu. Shani przyrównała ją w myślach do sowy, jednak kolory nie układały się na sierści Etny we wzór. Wyglądały raczej jak efekt przypadkowego rozlewania farbek na płótnie.
- Jeśli tak, to gdzie on jest? – Zielone oczy wilczycy skakały pomiędzy sylwetką Shani a Ynerytha.
- Właściwie, to… nie mamy dobrych wieści – odezwał się basior. – Zabraliśmy go ze sobą, ale nie w stanie, w jakim chcielibyście go widzieć, jak sądzę.
Z namaszczeniem - pewnie choć trochę udawanym, pomyślała Shani – położył sakiewkę z prochami w połowie odległości między miejscem, gdzie stał wcześniej, a łapami Etny. Rozchylił nosem materiał, by dało się dostrzec zawartość.
W tym momencie sprawy potoczyły się zbyt szybko, by Shani zdążyła chociażby zarejestrować całą sytuację. „Sowia” wilczyca rzuciła się na Ynertha, który zdążył uskoczyć do tyłu. Shani odruchowo ruszyła na pomoc kompanowi, jednak stanęła w pół kroku. Brązowy strażnik najeżył sierść i zaczął warczeć, lecz sam chyba nie umiał zdecydować, na kogo kierować swoją złość. Przez kilka sekund, które ciągnęły się niczym minuty, tkwili w pełnym napięcia bezruchu. Tę scenkę rodzajową uzupełniał warkot wydobywający się z wielu gardeł, tak że nie dało się nawet przypisać dźwięków do ich właścicieli.
Shani zauważyła jednak, że w całym tym bezruchu jest jedna zmienna. Delikatne błyski światła odbijały się od… łez, spływających po policzku Etny. Szara wiedziała już, że w sprawę zamieszane są silne emocje. Musiała teraz ważyć każde słowo, by nie zburzyć tej kruchej równowagi.
- Był szczęśliwy, kiedy odchodził. Spotkał się ostatni raz z Donną.
- Łżesz! – Samica postąpiła krok do przodu. – Donna nie żyje od wielu lat.
- Mówię prawdę – Shani spojrzała łaciatej w oczy, wkładając spory wysiłek w utrzymanie spokojnego wyrazu pyska. Nie mogła sobie pozwolić, by wilczyca zauważyła jej zdenerwowanie. Mówiła jak do przestraszonego szczeniaka, który w każdej chwili mógł się spłoszyć. – Myślisz, że szlibyśmy taki kawał, gdybyśmy to my przyczynili się do jego śmierci?
W miarę, jak Etna zbliżała się do medyczki, ta zaczynała mówić coraz szybciej, by zmieścić jak najwięcej słów w tym kurczącym się czasie.
- Zgubił się i znalazłam go samego, błąkającego się w lesie. Chciałam pomóc mu wrócić do domu, ale upierał się, że chce iść nad wodospad i zobaczyć się z Donną. Zabrałam go tam i… rzeczywiście się z nią spotkał. W jakiejś wizji czy cholera wie czym. Spędzili razem wieczór i zasnęli. Potem Piryt już się nie obudził. Yneryth pomógł mi z… transportem. Jestem medyczką. Gdyby cokolwiek dało się wtedy zrobić, pomogłabym mu, ale… nie mogłam.
Etna zatrzymała się i przekrzywiła z zaciekawieniem głowę, jednak gniewny grymas nie opuszczał jej pyska. Futro wokół oczu było sklejone przez wyschnięte łzy.
- Kochanie, ona może mieć rację – brązowy basior wtrącił się w rozmowę. Podszedł do wadery i delikatnie otarł się o nią policzkiem w geście wsparcia. - Piryt był stary i chory. Wiesz o tym. I umiał rozmawiać w myślach. Może kiedy był na granicy życia i śmierci, udało mu się porozumieć z Donną?
- Może, może… - wilczyca usiadła. – Ale w takim razie jak tu trafiliście?
- Kamienie. Piryt mi je dał – tłumaczyła Shani, wysypując z woreczka czarne, porowate koraliki. – U nas takich nie ma.
- Ah – odparła wilczyca.
Opuściła głowę i zamilkła na chwilę. Najpewniej musiała to wszystko przetrawić. Ciszę przerwał brązowy strażnik.
- Widzę, że jesteście zmęczeni po podróży. To… skromna propozycja, ale zostało nam pół sarny z porannego polowania. Mogę też porozmawiać z alfą, żeby znalazł dla was nocleg, jeśli chcecie.
Shani spojrzała na Ynerytha. Choć próbował zachować kamienny wyraz pyska, wilczyca spędziła z nim wystarczająco dużo czasu, by dostrzec wkradające się na jego oblicze zakłopotanie. Uznała więc, że pójdzie na swego rodzaju kompromis. Sama również nie uważała, by potrzebowała teraz posiłku, ale rzeczywiście czekała ich długa droga powrotna, a poza tym niegrzecznie byłoby odmawiać.
- Dziękujemy. Myślę, że posiłek to coś, czego teraz potrzebujemy.
- To jak to było? – Zapytała Shani, przeżuwając twarde ścięgno. – Z Pirytem i Donną.
Siedzący nieco na uboczu Yneryth raczej nie wtrącał do rozmowy, ale przysłuchiwał się z zainteresowaniem wymienianym historiom. Medyczka co jakiś czas spoglądała na niego, próbując odczytać emocje na jego pysku. Wilk był dla niej zagadką, ale mimo wszystko przez te kilka dni zdążyła go polubić. Miała nadzieję, że ta znajomość nie zakończy się wraz z ich przygodą.
- Donna to moja matka – odezwała się Etna, gdy tylko przełknęła kęs. – Piryt… był w niej zakochany na zabój. To była zakazana miłość – wilczyca uśmiechnęła się. – Ona była samotniczką mieszkającą poza terenami naszej watahy. Tam, gdzie teraz mieszkacie wy. Naszym wilkom nigdy nie było wolno się tam zapuszczać z uwagi na bliskość Lasu Zbłąkanych Dusz, jak go nazywamy. Piryt był jednak uparty. Wymykał się, by się z nią widywać. Potem z tego związku pojawiły się szczeniaki, to znaczy ja i moje rodzeństwo. Niestety Donna zmarła dość młodo. Słabo pamiętam matkę, w pamięci został tylko zapach… To chyba była jakaś choroba… Ojciec nigdy nie chciał poruszać tego tematu. Po jej śmierci przyniósł nas tutaj no i wiadomo, zestarzał się… Pod koniec już mu się chyba trochę pomieszało w głowie, zresztą wiecie, jak było…
Koniec.
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1691
Ilość zdobytych PD: 845
Obecny stan: 845
- Zaraz, jaki plan? Nie chcesz chyba robić wszystkiego sam? Halo? Ja też się mogę przydać! – Wadera mówiła szeptem, nie chcąc spłoszyć ptaka. Jej głos był jednak stanowczy i dało się w nim wyczuć poirytowanie.
Jak grochem o ścianę. Basior zdawał się wyłączyć wszystkie zmysły, choć, znając życie, doskonale słyszał, co Shani próbuje mu przekazać i postanowił mistrzowsko ją ignorować. Stał się tak obojętny, że wilczyca aż czuła bijący od niego chłód… Nie, zaraz! Temperatura powietrza naprawdę malała z każdą chwilą, podczas gdy futro basiora pokrywało się cieniutką warstewką szronu.
Shani, nieco przestraszona, cofnęła się o kilka kroków, aż jej zadek natrafił na coś twardego – najpewniej pień jednego z drzew. Potem… potem sama nie rozumiała, co widzi! Żywioły naginały się do woli Ynerytha, który zaklinał je niczym tancerz podczas występu. Basior wspinał się z gracją na drzewo, na bieżąco wyczarowując wspomagającą go w tym konstrukcję. Serce Shani stanęło, gdy przeskakiwał z jednego drzewa na drugie. Później sprawy potoczyły się zdecydowanie za szybko. Niewiele widziała z poziomu ziemi, jednak odgłosy szarpaniny nie napawały jej entuzjazmem. Krążyła nerwowo wokół pnia, czując się zupełnie bezsilna. W którymś momencie poczuła, że spadają na nią pierwsze krople deszczu… nie, to była krew! Zrosiła jej pysk makabrycznymi piegami. Nie umiała po zapachu rozpoznać, czy to posoka wilka, czy też jego przeciwnika – ich woń zlała się teraz w jedną całość.
W końcu zapadła cisza. Na kilka niesamowicie długich sekund nawet ptaki przestały śpiewać. Całe napięcie zeszło jednak z Shani, gdy zobaczyła Ynerytha stojącego na skraju gniazda. Wypuścił z pyska woreczek z prochami i zaczął schodzić na ziemię.
Wilczyca posmutniała jednak, widząc nieruchome skrzydło smętnie zwisające z krawędzi. Tylko pojedyncze pióra kołyszące się na wietrze tworzyły iluzję tlącego się życia, zbyt słabą jednak, by przekonać obserwatora. Czy ta śmierć była potrzebna? Szara wiedziała, że odpowiedź na to pytanie jest twierdząca. Mimo tego nie mogła nie czuć smutku. Było to nie tyle współczucie, co żal po stracie czegoś niezwykłego. Shani nigdy wcześniej nie natknęła się na podobne stworzenie w żadnym z tekstów naukowych ani nawet w ustnych przekazach. Kiedyś jeszcze na pewno tu wróci i zbada gniazdo, jednak na opisanie zwyczajów zwierzęcia nie miała już szans.
- Zabrałem ci jedno ze świecidełek, o ile chcesz – głos Ynerytha momentalnie wyrwał ją z rozmyślań.
Jej oczy odruchowo skierowały się na przedmiot, który basior trzymał w pysku. Wypolerowany na gładko kamień, w którym tańczyły kolory. Wyglądał na jedyny w swoim rodzaju. Potem dwukolorowe spojrzenie wilczycy przeniosło się na pysk Ynerytha naznaczony nowymi zadrapaniami. Odezwał się w niej jakiś instynkt; przypływ ciepłych uczuć, który chciał nakłonić ją, by oczyściła jego rany. Szara jednak domyślała się, że basior nie będzie chciał przyjąć pomocy.
- Dziękuję – w jej głosie dało się słyszeć zakłopotanie. – Jest piękny. Nie wiem, jak ci się odwdzięczyć.
- Nie trzeba.
- Nalegam.
- Pomyślisz o tym później – uciął Yneryth. – Mamy zadanie do wykonania.
Szara uznała, że nie ma szans wygrać w tej dyskusji. Wsunęła podarunek do torby na leki, gdzie ledwo się zmieścił.
*
Szybko udało im się wrócić na właściwy szlak – wulkan nadal stanowił dla nich drogowskaz na horyzoncie. Dalszy etap drogi upłynął w dużej mierze w milczeniu, przerywanym jedynie krótkimi wymianami zdań. Nie była to niezręczna cisza, a raczej taka, która zostawia bezpieczną przestrzeń na własne przemyślenia. Shani wracała wciąż do wspomnień z ostatnich dni. Starzec z jego dziwnymi wizjami, niespodziewana śmierć i jej konsekwencje, a teraz jeszcze nieznane nauce stworzenia. Natężenie niezwykłych zdarzeń było wręcz zastanawiające. W końcu jednak nawet ta długa wędrówka dobiegła końca.
- Stać, co tu robicie?!
Shani spodziewała się takiego obrotu spraw. Już od dobrych kilkunastu minut, zagłębiając się coraz bardziej w obce tereny, miała wrażenie, że czuje na sobie czyjeś spojrzenie. Taki scenariusz powtarzał się wiele razy, gdy jeszcze błąkała się przed znalezieniem Watahy Renaissance.
Spojrzała nieznajomemu w oczy – bez niepotrzebnego pośpiechu czy emocji. Wiedziała, że nie ma się czego bać. Ani ona, ani Yneryth, nie zachowywali się w ostatnich minutach podejrzanie. Jej spokój wyraźnie kontrastował z napiętą sylwetką basiora, który jeżył futro na całym ciele. Na jego umięśnionym, pokrytym brązowym futrem ciele, pojawiały się już pierwsze siwe włosy.
- Przynosimy wiadomość – złote oczy czujki nadal świdrowały wilczycę, jakby chciały zajrzeć głębiej, przedrzeć się przez jej tkanki i dotrzeć prosto do zamkniętych w głowie myśli. – Szukamy rodziny pewnego starca.
- Starca? – Wyraz pyska brązowego na ułamek sekundy zmienił się, jednak równie szybko zastygł ponownie w gniewnym zmarszczeniu. – Powiedzcie więcej.
- Nie wiemy, jak miał na imię, ale chyba był zakochany w wilczycy o imieniu Donna.
- Zaraz, tak? I co z nim, gdzie on teraz jest? – Strażnik nie umiał już dłużej utrzymać emocji na wodzy i zaczął nerwowo przestępować z łapy na łapę. – Albo zaraz, nie, nie tutaj. Chodźcie za mną.
Shani spojrzała pytająco na Ynerytha. Skinął delikatnie, niemal niezauważalnie głową. Ruszyli za brązowym wilkiem, który co chwilę oglądał się za siebie, najpewniej po to, by upewnić się, że nie robią nic podejrzanego. Okazało się, że celem ich podróży była niewielka norka ulokowana w pustym pniu powalonego, niegdyś z pewnością robiącego wrażenie drzewa, a dokładniej – skrawek ziemi przed ową norką.
Strażnik rozchylił pnącza, które stanowiły zasłonę odgradzającą wnętrze lokum od ciekawskich spojrzeń.
- Etna? Etna, jesteś. Ci tutaj… twierdzą, że wiedzą coś o Pirycie.
Z pomiędzy zielonych liści wyłoniła się wadera o niespotykanym umaszczeniu. Jej ciało zdobiły liczne plamki w rozmaitych odcieniach brązu. Shani przyrównała ją w myślach do sowy, jednak kolory nie układały się na sierści Etny we wzór. Wyglądały raczej jak efekt przypadkowego rozlewania farbek na płótnie.
- Jeśli tak, to gdzie on jest? – Zielone oczy wilczycy skakały pomiędzy sylwetką Shani a Ynerytha.
- Właściwie, to… nie mamy dobrych wieści – odezwał się basior. – Zabraliśmy go ze sobą, ale nie w stanie, w jakim chcielibyście go widzieć, jak sądzę.
Z namaszczeniem - pewnie choć trochę udawanym, pomyślała Shani – położył sakiewkę z prochami w połowie odległości między miejscem, gdzie stał wcześniej, a łapami Etny. Rozchylił nosem materiał, by dało się dostrzec zawartość.
W tym momencie sprawy potoczyły się zbyt szybko, by Shani zdążyła chociażby zarejestrować całą sytuację. „Sowia” wilczyca rzuciła się na Ynertha, który zdążył uskoczyć do tyłu. Shani odruchowo ruszyła na pomoc kompanowi, jednak stanęła w pół kroku. Brązowy strażnik najeżył sierść i zaczął warczeć, lecz sam chyba nie umiał zdecydować, na kogo kierować swoją złość. Przez kilka sekund, które ciągnęły się niczym minuty, tkwili w pełnym napięcia bezruchu. Tę scenkę rodzajową uzupełniał warkot wydobywający się z wielu gardeł, tak że nie dało się nawet przypisać dźwięków do ich właścicieli.
Shani zauważyła jednak, że w całym tym bezruchu jest jedna zmienna. Delikatne błyski światła odbijały się od… łez, spływających po policzku Etny. Szara wiedziała już, że w sprawę zamieszane są silne emocje. Musiała teraz ważyć każde słowo, by nie zburzyć tej kruchej równowagi.
- Był szczęśliwy, kiedy odchodził. Spotkał się ostatni raz z Donną.
- Łżesz! – Samica postąpiła krok do przodu. – Donna nie żyje od wielu lat.
- Mówię prawdę – Shani spojrzała łaciatej w oczy, wkładając spory wysiłek w utrzymanie spokojnego wyrazu pyska. Nie mogła sobie pozwolić, by wilczyca zauważyła jej zdenerwowanie. Mówiła jak do przestraszonego szczeniaka, który w każdej chwili mógł się spłoszyć. – Myślisz, że szlibyśmy taki kawał, gdybyśmy to my przyczynili się do jego śmierci?
W miarę, jak Etna zbliżała się do medyczki, ta zaczynała mówić coraz szybciej, by zmieścić jak najwięcej słów w tym kurczącym się czasie.
- Zgubił się i znalazłam go samego, błąkającego się w lesie. Chciałam pomóc mu wrócić do domu, ale upierał się, że chce iść nad wodospad i zobaczyć się z Donną. Zabrałam go tam i… rzeczywiście się z nią spotkał. W jakiejś wizji czy cholera wie czym. Spędzili razem wieczór i zasnęli. Potem Piryt już się nie obudził. Yneryth pomógł mi z… transportem. Jestem medyczką. Gdyby cokolwiek dało się wtedy zrobić, pomogłabym mu, ale… nie mogłam.
Etna zatrzymała się i przekrzywiła z zaciekawieniem głowę, jednak gniewny grymas nie opuszczał jej pyska. Futro wokół oczu było sklejone przez wyschnięte łzy.
- Kochanie, ona może mieć rację – brązowy basior wtrącił się w rozmowę. Podszedł do wadery i delikatnie otarł się o nią policzkiem w geście wsparcia. - Piryt był stary i chory. Wiesz o tym. I umiał rozmawiać w myślach. Może kiedy był na granicy życia i śmierci, udało mu się porozumieć z Donną?
- Może, może… - wilczyca usiadła. – Ale w takim razie jak tu trafiliście?
- Kamienie. Piryt mi je dał – tłumaczyła Shani, wysypując z woreczka czarne, porowate koraliki. – U nas takich nie ma.
- Ah – odparła wilczyca.
Opuściła głowę i zamilkła na chwilę. Najpewniej musiała to wszystko przetrawić. Ciszę przerwał brązowy strażnik.
- Widzę, że jesteście zmęczeni po podróży. To… skromna propozycja, ale zostało nam pół sarny z porannego polowania. Mogę też porozmawiać z alfą, żeby znalazł dla was nocleg, jeśli chcecie.
Shani spojrzała na Ynerytha. Choć próbował zachować kamienny wyraz pyska, wilczyca spędziła z nim wystarczająco dużo czasu, by dostrzec wkradające się na jego oblicze zakłopotanie. Uznała więc, że pójdzie na swego rodzaju kompromis. Sama również nie uważała, by potrzebowała teraz posiłku, ale rzeczywiście czekała ich długa droga powrotna, a poza tym niegrzecznie byłoby odmawiać.
- Dziękujemy. Myślę, że posiłek to coś, czego teraz potrzebujemy.
*
- To jak to było? – Zapytała Shani, przeżuwając twarde ścięgno. – Z Pirytem i Donną.
Siedzący nieco na uboczu Yneryth raczej nie wtrącał do rozmowy, ale przysłuchiwał się z zainteresowaniem wymienianym historiom. Medyczka co jakiś czas spoglądała na niego, próbując odczytać emocje na jego pysku. Wilk był dla niej zagadką, ale mimo wszystko przez te kilka dni zdążyła go polubić. Miała nadzieję, że ta znajomość nie zakończy się wraz z ich przygodą.
- Donna to moja matka – odezwała się Etna, gdy tylko przełknęła kęs. – Piryt… był w niej zakochany na zabój. To była zakazana miłość – wilczyca uśmiechnęła się. – Ona była samotniczką mieszkającą poza terenami naszej watahy. Tam, gdzie teraz mieszkacie wy. Naszym wilkom nigdy nie było wolno się tam zapuszczać z uwagi na bliskość Lasu Zbłąkanych Dusz, jak go nazywamy. Piryt był jednak uparty. Wymykał się, by się z nią widywać. Potem z tego związku pojawiły się szczeniaki, to znaczy ja i moje rodzeństwo. Niestety Donna zmarła dość młodo. Słabo pamiętam matkę, w pamięci został tylko zapach… To chyba była jakaś choroba… Ojciec nigdy nie chciał poruszać tego tematu. Po jej śmierci przyniósł nas tutaj no i wiadomo, zestarzał się… Pod koniec już mu się chyba trochę pomieszało w głowie, zresztą wiecie, jak było…
Koniec.
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1691
Ilość zdobytych PD: 845
Obecny stan: 845
środa, 20 lipca 2022
Od Shani cd. Yneryth'a - Pogrzebać przeszłość
- Pamiętaj, że magia to jakby nie patrzeć, przedłużenie twoich myśli, bądź zatem kreatywna.
Wilczyca przekręciła lekko głowę, a wszystkie trybiki w jej mózgu zaczęły pracować na najwyższych obrotach. Wlepiła spojrzenie w niepozorne źdźbło trawy, które odzyskało dzięki niej zdrowie. Przeanalizowała sposób, w jaki używa magii, patrząc na nią inaczej, niż kiedykolwiek wcześniej – nie jak na zwykłą myśl, a raczej narzędzie, które może nadać jej dziełu dowolny kształt. Sięgnęła do sił witalnych roślinki – nie zostało ich już wiele – i zamiast na uzdrowienie, spróbowała skierować je w innym kierunku.
Jakież było jej zdziwienie, gdy źdźbło wydłużyło się na jej oczach. Ledwie o kilka milimetrów, ale to wystarczyło, by podsycić entuzjazm wilczycy.
- Yneryth, patrz! Urosła! – Wyrwało jej się, jak szczeniakowi, który chwali się przed rodzicem swoim osiągnięciem.
- A więc już chyba rozumiesz – samiec uśmiechnął się, po czym ruszył przed siebie.
Podekscytowana Shani ruszyła truchtem w jego stronę, w biegu rzucając:
- A jak to było na początku u ciebie?
- Moje zdolności to inna sprawa. Uczyłem się wszystkiego w samotności, nie było czasu na popełnianie błędów, więc starałem się nie być do tyłu. Na początku wszystko było przypadkiem. Porem wraz ze wzrostem ciekawości, rósł poziom użyteczności. Pierwszą mocą, która wyszła sama z siebie, była całkiem ciekawa.
W tej chwili grunt pod Shani pokrył się lodem. Wadera, w pierwszej chwili zaskoczona, oderwała odruchowo przednie łapy od ziemi, by po chwili ostrożnie je odstawić i zbadać teren pod sobą.
- To też nie wygląda groźnie, ale wystarcza, by zabić w określonych warunkach.
No tak, pomyślała wadera. Taką moc można wykorzystać na wiele sposobów. Ułatwić sobie nią przejście po rzece, a może nawet zamrozić krew w żyłach napastnika? A jakie było zastosowanie dla jej zdolności? Fakt faktem, korzystała z niej kiedyś, gdy cenne rośliny lecznicze obumierały, a zapasy suszonych kończyły się. Może, w przyszłości, mogłaby skorzystać ze swojej mocy w walce? Pobudzić małe drzewko do wzrostu, by przechodzący nad nim napastnik nadział się na nie, jak na pal? Taka siła była jak na razie daleko poza jej zasięgiem.
A może… może kiedyś odkryje u siebie też inne talenty? Nie, nie chciała teraz o tym myśleć i niepotrzebnie się nakręcać.
*- Yneryth, widzisz? To wulkan! – Wykrzyknęła Shani, która aż podskoczyła z radości na widok ściętej góry rysującej na horyzoncie gdzieś pomiędzy przerzedzonymi drzewami. – Prawie jesteśmy.
- Nie chcę gasić twojego entuzjazmu, ale to… dość daleko.
- W porównaniu do tego, co już przeszliśmy, to tylko kawałek. Damy radę – zapewniła wadera, choć jej łapy faktycznie odczuwały już zmęczenie. Nie to okazało się jednak najgorsze.
Monotonię wędrówki przerwał bowiem nagły świst. Shani dojrzała tylko szybko poruszający się, czarno-biały kształt przecinający powietrze, co sprawiło, że stanęła jak wryta. Yneryth również zatrzymał się i nastroszył czujnie sierść – wyglądał na równie zdezorientowanego, co wilczyca.
Kolejny świst nie był już jednak tak niespodziewany. Shani zdążyła odwrócić głowę w jego kierunku, by ponownie zobaczyć czarno-biały kształt zbliżający się do niej zbyt szybko, by miała szansę zareagować. Ptak – bo takie zwierzę udało jej się zidentyfikować w owym kształcie – wyciągnął szpony w kierunku szyi wadery, która nie zdążyła odskoczyć, a jedynie zacisnąć powieki w oczekiwaniu na ból. Poczuła jednak jedynie krótkie smagnięcie na szyi oraz masę powietrza wznieconą przez zwierzę. Gdy otworzyła oczy, zobaczyła tylko Ynerytha trzymającego w zębach pojedyncze pióro z ogona. Basior patrzył w niebo, na którym dało się dostrzec sylwetkę ptaka, wielkością przypominającego orła. W jego szponach połyskiwał srebrny haft sakiewki zawierającej cenne prochy starca. Shani stała w osłupieniu dobrych kilka sekund, zanim zdążyła krzyknąć:
- Musimy go dogonić!
Ruszyła przed siebie, nie oglądając się za basiorem. Rytmiczny stukot jego łap utwierdził ją jednak w przekonaniu, że on również biegnie na ratunek prochom.
Pogoń za złodziejaszkiem nie była łatwa – Shani miała wrażenie, że zaraz wypluje płuca i przy okazji zgubi po drodze kończyny. Gdy ptak zataczał w powietrzu nieśpieszne koło, zwiastując, że zaraz umości się w swoim gnieździe, wilczyca zatrzymała się, by złapać oddech. Yneryth, choć również zziajany, zdaje się lepiej zniósł pościg.
Ostatnią prostą pokonali już marszem. W końcu dotarli do celu. Ogromne gniazdo wybudowane w koronie okazałego, leciwego dębu, uginało się pod ciężarem wszelakich błyskotek. Zgromadzone przez ptaka skarby lśniły w świetle słońca tak mocno, że aż ciężko było na nie patrzeć. Na szczycie skarbu siedział jego właściciel. Czarno-biały ptak przypominał aparycją srokę, jednak masą ciała bliżej było mu do wilka. W czarnych szponach jednej łapy trzymał swój nowy nabytek, oglądając go z zainteresowaniem ze wszystkich stron.
Wilki spojrzały na siebie. Nie trzeba było słów, by zrozumieć, jakie pytanie chcą sobie zadać: jak, u licha, odzyskać te prochy?
Yneryth?
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 743
Ilość zdobytych PD: 371
Obecny stan: 1673
Wilczyca przekręciła lekko głowę, a wszystkie trybiki w jej mózgu zaczęły pracować na najwyższych obrotach. Wlepiła spojrzenie w niepozorne źdźbło trawy, które odzyskało dzięki niej zdrowie. Przeanalizowała sposób, w jaki używa magii, patrząc na nią inaczej, niż kiedykolwiek wcześniej – nie jak na zwykłą myśl, a raczej narzędzie, które może nadać jej dziełu dowolny kształt. Sięgnęła do sił witalnych roślinki – nie zostało ich już wiele – i zamiast na uzdrowienie, spróbowała skierować je w innym kierunku.
Jakież było jej zdziwienie, gdy źdźbło wydłużyło się na jej oczach. Ledwie o kilka milimetrów, ale to wystarczyło, by podsycić entuzjazm wilczycy.
- Yneryth, patrz! Urosła! – Wyrwało jej się, jak szczeniakowi, który chwali się przed rodzicem swoim osiągnięciem.
- A więc już chyba rozumiesz – samiec uśmiechnął się, po czym ruszył przed siebie.
Podekscytowana Shani ruszyła truchtem w jego stronę, w biegu rzucając:
- A jak to było na początku u ciebie?
- Moje zdolności to inna sprawa. Uczyłem się wszystkiego w samotności, nie było czasu na popełnianie błędów, więc starałem się nie być do tyłu. Na początku wszystko było przypadkiem. Porem wraz ze wzrostem ciekawości, rósł poziom użyteczności. Pierwszą mocą, która wyszła sama z siebie, była całkiem ciekawa.
W tej chwili grunt pod Shani pokrył się lodem. Wadera, w pierwszej chwili zaskoczona, oderwała odruchowo przednie łapy od ziemi, by po chwili ostrożnie je odstawić i zbadać teren pod sobą.
- To też nie wygląda groźnie, ale wystarcza, by zabić w określonych warunkach.
No tak, pomyślała wadera. Taką moc można wykorzystać na wiele sposobów. Ułatwić sobie nią przejście po rzece, a może nawet zamrozić krew w żyłach napastnika? A jakie było zastosowanie dla jej zdolności? Fakt faktem, korzystała z niej kiedyś, gdy cenne rośliny lecznicze obumierały, a zapasy suszonych kończyły się. Może, w przyszłości, mogłaby skorzystać ze swojej mocy w walce? Pobudzić małe drzewko do wzrostu, by przechodzący nad nim napastnik nadział się na nie, jak na pal? Taka siła była jak na razie daleko poza jej zasięgiem.
A może… może kiedyś odkryje u siebie też inne talenty? Nie, nie chciała teraz o tym myśleć i niepotrzebnie się nakręcać.
*
- Nie chcę gasić twojego entuzjazmu, ale to… dość daleko.
- W porównaniu do tego, co już przeszliśmy, to tylko kawałek. Damy radę – zapewniła wadera, choć jej łapy faktycznie odczuwały już zmęczenie. Nie to okazało się jednak najgorsze.
Monotonię wędrówki przerwał bowiem nagły świst. Shani dojrzała tylko szybko poruszający się, czarno-biały kształt przecinający powietrze, co sprawiło, że stanęła jak wryta. Yneryth również zatrzymał się i nastroszył czujnie sierść – wyglądał na równie zdezorientowanego, co wilczyca.
Kolejny świst nie był już jednak tak niespodziewany. Shani zdążyła odwrócić głowę w jego kierunku, by ponownie zobaczyć czarno-biały kształt zbliżający się do niej zbyt szybko, by miała szansę zareagować. Ptak – bo takie zwierzę udało jej się zidentyfikować w owym kształcie – wyciągnął szpony w kierunku szyi wadery, która nie zdążyła odskoczyć, a jedynie zacisnąć powieki w oczekiwaniu na ból. Poczuła jednak jedynie krótkie smagnięcie na szyi oraz masę powietrza wznieconą przez zwierzę. Gdy otworzyła oczy, zobaczyła tylko Ynerytha trzymającego w zębach pojedyncze pióro z ogona. Basior patrzył w niebo, na którym dało się dostrzec sylwetkę ptaka, wielkością przypominającego orła. W jego szponach połyskiwał srebrny haft sakiewki zawierającej cenne prochy starca. Shani stała w osłupieniu dobrych kilka sekund, zanim zdążyła krzyknąć:
- Musimy go dogonić!
Ruszyła przed siebie, nie oglądając się za basiorem. Rytmiczny stukot jego łap utwierdził ją jednak w przekonaniu, że on również biegnie na ratunek prochom.
Pogoń za złodziejaszkiem nie była łatwa – Shani miała wrażenie, że zaraz wypluje płuca i przy okazji zgubi po drodze kończyny. Gdy ptak zataczał w powietrzu nieśpieszne koło, zwiastując, że zaraz umości się w swoim gnieździe, wilczyca zatrzymała się, by złapać oddech. Yneryth, choć również zziajany, zdaje się lepiej zniósł pościg.
Ostatnią prostą pokonali już marszem. W końcu dotarli do celu. Ogromne gniazdo wybudowane w koronie okazałego, leciwego dębu, uginało się pod ciężarem wszelakich błyskotek. Zgromadzone przez ptaka skarby lśniły w świetle słońca tak mocno, że aż ciężko było na nie patrzeć. Na szczycie skarbu siedział jego właściciel. Czarno-biały ptak przypominał aparycją srokę, jednak masą ciała bliżej było mu do wilka. W czarnych szponach jednej łapy trzymał swój nowy nabytek, oglądając go z zainteresowaniem ze wszystkich stron.
Wilki spojrzały na siebie. Nie trzeba było słów, by zrozumieć, jakie pytanie chcą sobie zadać: jak, u licha, odzyskać te prochy?
Yneryth?
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 743
Ilość zdobytych PD: 371
Obecny stan: 1673
czwartek, 14 lipca 2022
Od Shani: Quest I ~ Lisek
Shani, jak niemalże każdego dnia, przemierzała spokojnie drogę prowadzącą z jaskini medyków do jej przytulnej norki. Myślami, oczywiście, była zupełnie gdzie indziej – mechanicznie stawiała więc łapę za łapą, nie zawracając w zasadzie uwagi na otoczenie. Na dzisiejsze popołudnie zaplanowała sobie zbieranie dziurawca – w końcu sezon w pełni! Sama nie wiedziała, czy ekscytuje się na myśl o zajęciu, czy raczej wolałaby go uniknąć. Żar lał się z nieba, co skutecznie zabierało wszelki zapał do pracy. Z drugiej strony, w otoczeniu roślin Shani czuła się… po prostu na swoim miejscu. Zapach ziół przywoływał wspomnienia o naukach pobieranych u wymagającego mentora… Ale to nie jedyna rzecz, jaka zaprzątała jej głowę. Już od jakiegoś czasu znajdywała przy swojej norce odciski małych łapek, które z pewnością nie należały do żadnego psowatego. Część jej zapasów też zdawała się znikać…
Wtem! Z zamyślenia wyrwał ją nagły dźwięk. W pierwszej chwili był to tylko szelest dochodzący gdzieś zza krzaków rosnących przy wydeptanej ścieżce. Wkrótce dołączył do niego jednak przestraszony, szczenięcy głosik.
- Wrr! Idź sobie! Sio! Nie zjesz mnie!
Shani, nie czekając ani sekundy, przeskoczyła krzaki, by stać się świadkiem niecodziennej sceny. Mały lisek, przyparty do szerokiego pnia drzewa, z napuszoną sierścią mierzył się wzrokiem z napastnikiem, jakim był… borsuk! Zwierzęta te raczej nie atakują psowatych, chyba że mały rudzielec zbliżył się zanadto do jego młodych… No cóż, cokolwiek się nie zadziało, Shani musiała działać!
Wykorzystując element zaskoczenia, zaszarżowała wręcz w stronę czarno-białego agresora, warcząc jednocześnie tak groźnie, jak tylko umiała. Borsuk w pierwszej chwili odpowiedział nastroszeniem sierści i wysokim, oburzonym piśnięciem. Gdy jednak zdał sobie sprawę z rozmiarów wilczycy, stracił nieco ze swojego wigoru. W zasadzie powinien był już uciec, ale… Tak jak Shani przypuszczała, zaraz obok znajdowała się mała norka, z której wystawało kilka czarno-białych, ciekawskich łepków.
Wilczyca wiedziała, że borsuk nie odpuści, dopóki jego młode nie będą bezpieczne. Zrobiła więc to, co wydało jej się w tej sytuacji jedynym słusznym rozwiązaniem. W dwóch susach doskoczyła do małego liska i złapała go za skórę na karku. Malec wiercił się, krzyczał i próbował sięgnąć skóry Shani, gdy ta biegła z nim co sił w łapach. Nie odbiegła daleko – oddychanie z takim balastem w pysku okazało się trudniejsze, niż przypuszczała. Odstawiła więc liska na ziemię, gdy tylko znalazła się w bezpiecznej odległości od borsuczej norki.
Malec natychmiastowo po odstawieniu na ziemię przybrał obronną pozycję.
- Wrr! Idź stąd! Nie zrobisz mi krzywdy!
- Masz rację, nie zrobię – odpowiedziała Shani, cofając się o krok, by oddać malcowi trochę przestrzeni. – Co więcej, nie mam nawet takiego zamiaru.
- Kłamiesz!
- A to dlaczego? – Przekrzywiła głowę.
- Niesiesz mnie w przeciwnym kierunku, niż mój dom. Na pewno chcesz mnie porwać i zjeść.
- Nie wiem, gdzie jest twój dom. Zgubiłeś się?
- W-wcale nie! Wszystko w porządku. A tak poza tym, to rodzice mówili mi, żeby nie rozmawiać z obcymi! I że wilki są straszne i mnie zjedzą!
- Mogę ci pomóc znaleźć dom. Rozumiem, że znajduje się on gdzieś w przeciwnym kierunku, niż teraz szliśmy?
- T... Nie! Nie powiem ci, bo zjesz moją siostrę!
- Hej, mały. Naprawdę nie chcę cię zjeść – wadera usiadła, licząc, że w ten sposób wyda się mniej groźna. – Co więcej, nie dam ci spokoju, dopóki nie zaprowadzę cię do rodziców. Tu jest niebezpiecznie, zresztą sam to wiesz. Przed chwilą musiałam ratować ci tyłek!
- N-no dobrze… ale na pewno mnie nie zjesz?
- Na pewno – Shani się uśmiechnęła. – To co, idziemy w tę stronę?
- W zasadzie to… w sumie to nie wiem – oczka malca zaszkliły się.
- No już, spokojnie, poradzimy sobie. Pamiętasz, jak wygląda najbliższa okolica twojego domu?
- No… są drzewa… I krzaczki. Obok mojej nory rosną dzikie maliny, wiesz?
- Skup się, mały. Czy jest tam coś, czego nie widziałeś nigdzie indziej?
- Hmm… jest takie przewrócone drzewo, pod którym mama nie pozwala przechodzić, bo opiera się o skałę i może się zsunąć.
- To już jakiś trop. Kojarzysz jeszcze jakieś szczególne obiekty? Jezioro, góry?
- Niedaleko przebiega rzeczka… Ale to niebezpieczna rzeczka. Mama mówi, że zabrała jej brata, gdy była mała.
- Chyba wiem, o którym strumyku mówisz. Pójdziemy tam i będziemy iść wzdłuż, dobrze? W końcu powinniśmy trafić na znajomą ci okolicę.
Shani rozejrzała się po okolicy, szukając oznak lisiej bytności. Nie zauważyła niczego interesującego, jednak udało jej się wychwycić lisi zapach przy ziemi. Tym sposobem już za chwilę znaleźli się przy norce. Na miejscu nie było jednak nikogo.
- Mamo! Tato! – krzyczał lisek, nikt jednak nie odpowiadał.
- Pewnie cię szukają. Zaczekajmy tutaj, ktoś w końcu musi wrócić do domu.
I rzeczywiście – wrócił. Zgrabna lisiczka podeszła do nory z dużą dozą niepewności – w końcu niecodziennie spotykała w swoim domu wilczych intruzów. Gdy jednak zobaczyła małą, rudą kulkę kręcącą się przy łapach Shani, od razu wykrzyknęła:
- Ron!
- Mama! – Krzyknął, a w zasadzie wydarł się mały lisek. Jego głos zachwiał się, a w oczach pojawiły małe łezki.
Shani odruchowo odwróciła wzrok, jakby ta scena rodzicielskiej miłości była zbyt intymna dla jej oczu.
- Dziękuję ci – odezwała się lisiczka o pięknych, zielonych oczach. – Już się bałam, że…
- Nie ma za co – przerwała jej wadera. – Każdy by tak postąpił. Jestem pewna, że pani syn sam znalazł by drogę – wilczyca puściła oczko do malca. – No, to nic tu po mnie.
- Zaczekaj! - Krzyknęła lisiczka, która w mgnieniu oka zniknęła w norze i równie szybko wyskoczyła z niej, niosąc coś w pysku. – To rodzinny talizman. Ponoć ma właściwości magiczne, ale w naszych żyłach dawno przestała płynąć magia. Może tobie bardziej się przyda.
- Nie ma potrzeby – odparła zmieszana wilczyca.
- Nalegam.
- Dobrze. Dziękuję więc… W zasadzie, to mieszkam całkiem niedaleko, między dwoma starymi świerkami na południe stąd. Gdyby młody chciał poznać tajniki zielarstwa, chętnie udzielę mu lekcji.
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 978
Ilość zdobytych PD: 489
Nagroda za Quest: 250 PD + 2 pkt inteligencja, +1 spryt
Obecny stan: 1302
Wtem! Z zamyślenia wyrwał ją nagły dźwięk. W pierwszej chwili był to tylko szelest dochodzący gdzieś zza krzaków rosnących przy wydeptanej ścieżce. Wkrótce dołączył do niego jednak przestraszony, szczenięcy głosik.
- Wrr! Idź sobie! Sio! Nie zjesz mnie!
Shani, nie czekając ani sekundy, przeskoczyła krzaki, by stać się świadkiem niecodziennej sceny. Mały lisek, przyparty do szerokiego pnia drzewa, z napuszoną sierścią mierzył się wzrokiem z napastnikiem, jakim był… borsuk! Zwierzęta te raczej nie atakują psowatych, chyba że mały rudzielec zbliżył się zanadto do jego młodych… No cóż, cokolwiek się nie zadziało, Shani musiała działać!
Wykorzystując element zaskoczenia, zaszarżowała wręcz w stronę czarno-białego agresora, warcząc jednocześnie tak groźnie, jak tylko umiała. Borsuk w pierwszej chwili odpowiedział nastroszeniem sierści i wysokim, oburzonym piśnięciem. Gdy jednak zdał sobie sprawę z rozmiarów wilczycy, stracił nieco ze swojego wigoru. W zasadzie powinien był już uciec, ale… Tak jak Shani przypuszczała, zaraz obok znajdowała się mała norka, z której wystawało kilka czarno-białych, ciekawskich łepków.
Wilczyca wiedziała, że borsuk nie odpuści, dopóki jego młode nie będą bezpieczne. Zrobiła więc to, co wydało jej się w tej sytuacji jedynym słusznym rozwiązaniem. W dwóch susach doskoczyła do małego liska i złapała go za skórę na karku. Malec wiercił się, krzyczał i próbował sięgnąć skóry Shani, gdy ta biegła z nim co sił w łapach. Nie odbiegła daleko – oddychanie z takim balastem w pysku okazało się trudniejsze, niż przypuszczała. Odstawiła więc liska na ziemię, gdy tylko znalazła się w bezpiecznej odległości od borsuczej norki.
Malec natychmiastowo po odstawieniu na ziemię przybrał obronną pozycję.
- Wrr! Idź stąd! Nie zrobisz mi krzywdy!
- Masz rację, nie zrobię – odpowiedziała Shani, cofając się o krok, by oddać malcowi trochę przestrzeni. – Co więcej, nie mam nawet takiego zamiaru.
- Kłamiesz!
- A to dlaczego? – Przekrzywiła głowę.
- Niesiesz mnie w przeciwnym kierunku, niż mój dom. Na pewno chcesz mnie porwać i zjeść.
- Nie wiem, gdzie jest twój dom. Zgubiłeś się?
- W-wcale nie! Wszystko w porządku. A tak poza tym, to rodzice mówili mi, żeby nie rozmawiać z obcymi! I że wilki są straszne i mnie zjedzą!
- Mogę ci pomóc znaleźć dom. Rozumiem, że znajduje się on gdzieś w przeciwnym kierunku, niż teraz szliśmy?
- T... Nie! Nie powiem ci, bo zjesz moją siostrę!
- Hej, mały. Naprawdę nie chcę cię zjeść – wadera usiadła, licząc, że w ten sposób wyda się mniej groźna. – Co więcej, nie dam ci spokoju, dopóki nie zaprowadzę cię do rodziców. Tu jest niebezpiecznie, zresztą sam to wiesz. Przed chwilą musiałam ratować ci tyłek!
- N-no dobrze… ale na pewno mnie nie zjesz?
- Na pewno – Shani się uśmiechnęła. – To co, idziemy w tę stronę?
- W zasadzie to… w sumie to nie wiem – oczka malca zaszkliły się.
- No już, spokojnie, poradzimy sobie. Pamiętasz, jak wygląda najbliższa okolica twojego domu?
- No… są drzewa… I krzaczki. Obok mojej nory rosną dzikie maliny, wiesz?
- Skup się, mały. Czy jest tam coś, czego nie widziałeś nigdzie indziej?
- Hmm… jest takie przewrócone drzewo, pod którym mama nie pozwala przechodzić, bo opiera się o skałę i może się zsunąć.
- To już jakiś trop. Kojarzysz jeszcze jakieś szczególne obiekty? Jezioro, góry?
- Niedaleko przebiega rzeczka… Ale to niebezpieczna rzeczka. Mama mówi, że zabrała jej brata, gdy była mała.
- Chyba wiem, o którym strumyku mówisz. Pójdziemy tam i będziemy iść wzdłuż, dobrze? W końcu powinniśmy trafić na znajomą ci okolicę.
*
- Tak, to tu, już poznaję! – Wykrzyknął malec.Shani rozejrzała się po okolicy, szukając oznak lisiej bytności. Nie zauważyła niczego interesującego, jednak udało jej się wychwycić lisi zapach przy ziemi. Tym sposobem już za chwilę znaleźli się przy norce. Na miejscu nie było jednak nikogo.
- Mamo! Tato! – krzyczał lisek, nikt jednak nie odpowiadał.
- Pewnie cię szukają. Zaczekajmy tutaj, ktoś w końcu musi wrócić do domu.
I rzeczywiście – wrócił. Zgrabna lisiczka podeszła do nory z dużą dozą niepewności – w końcu niecodziennie spotykała w swoim domu wilczych intruzów. Gdy jednak zobaczyła małą, rudą kulkę kręcącą się przy łapach Shani, od razu wykrzyknęła:
- Ron!
- Mama! – Krzyknął, a w zasadzie wydarł się mały lisek. Jego głos zachwiał się, a w oczach pojawiły małe łezki.
Shani odruchowo odwróciła wzrok, jakby ta scena rodzicielskiej miłości była zbyt intymna dla jej oczu.
- Dziękuję ci – odezwała się lisiczka o pięknych, zielonych oczach. – Już się bałam, że…
- Nie ma za co – przerwała jej wadera. – Każdy by tak postąpił. Jestem pewna, że pani syn sam znalazł by drogę – wilczyca puściła oczko do malca. – No, to nic tu po mnie.
- Zaczekaj! - Krzyknęła lisiczka, która w mgnieniu oka zniknęła w norze i równie szybko wyskoczyła z niej, niosąc coś w pysku. – To rodzinny talizman. Ponoć ma właściwości magiczne, ale w naszych żyłach dawno przestała płynąć magia. Może tobie bardziej się przyda.
- Nie ma potrzeby – odparła zmieszana wilczyca.
- Nalegam.
- Dobrze. Dziękuję więc… W zasadzie, to mieszkam całkiem niedaleko, między dwoma starymi świerkami na południe stąd. Gdyby młody chciał poznać tajniki zielarstwa, chętnie udzielę mu lekcji.
*
Wadera umościła się wygodnie na futrach stanowiących jej posłanie. Oglądała podarunek pod różnymi kątami. Mały kryształ, owinięty ozdobnie zwiniętym, miedzianym drucikiem, wyglądał jej na turmalin. Nie miała jednak pewności, czy trafnie oceniła kamień. No, cóż, zajmie się tym jutro, podobnie jak zbieraniem dziurawca – dziś już czas odpłynąć w krainę snów.PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 978
Ilość zdobytych PD: 489
Nagroda za Quest: 250 PD + 2 pkt inteligencja, +1 spryt
Obecny stan: 1302
sobota, 9 lipca 2022
Od Shani do Copycat ~ Niewyjaśnione okoliczności
Shani westchnęła głośno na myśl o zadaniu, którego wykonanie odkładała w czasie najdłużej, jak się dało. Poziom znudzenia stał się ostatecznie na tyle wysoki, że nawet przeprowadzenie inwentaryzacji wśród medykamentów wydawało się ciekawszym zajęciem. Te nocne zmiany już takie po prostu były – zazwyczaj pacjenci nie wymagali ciągłych interwencji, a jedynie obecności medyka w razie, gdyby stan któregoś z nich uległ nagłemu pogorszeniu. Rzadko zdarzało się, że ktoś potrzebował natychmiastowej pomocy po zmierzchu – a i zazwyczaj takie incydenty były niezupełnie groźnymi skutkami alkoholowych libacji. Jako że Shani była najmłodsza stażem wśród medyków – nie marudziła, gdy kolejne dyżury zapełniały jej grafik. Wadera myślała już, czy nie wypełnić wolnego czasu badaniami. Zawsze chciała się jakoś zapisać na kartach historii – wynaleźć nowy lek, opracować lepsze schematy leczenia albo opisać nową chorobę (to ostatnie najmniej ją jednak kusiło, zwłaszcza gdy wyobrażała sobie adeptów medycznego fachu uczących się o „wrzodzie Shani” albo czymś równie nieprzyjemnym, do czego na wieki przylgnęłoby jej imię).
Wadera usiadła przed regałem wypełnionym buteleczkami w najróżniejszych kształtach i rozmiarach. Niektóre z nich zawierały różnobarwne ciecze, inne chroniły suszone zioła przed zwietrzeniem. Shani pieczołowicie zdejmowała każdy flakonik z półki, by odkładać na nią tylko te, których termin przydatności jeszcze nie upłynął. Była już mniej więcej w połowie, gdy usłyszała rytmiczny dźwięk łap uderzających o podłoże. Ich właściciel (a może właścicielka) z pewnością się spieszył – kroki były lekkie, ale szybkie. W dodatku zdawały się rozbrzmiewać coraz bliżej i zwalniać w miarę, jak przybysz zbliżał się do jaskini medyków.
Znajoma mieszanka ekscytacji (nowy pacjent!) i niepokoju (może nic już nie da się zrobić?) przepełniła ciało wadery. Otrzepała – na ile się dało – łapy z kurzu zebranego z regałów i ruszyła w stronę wejścia do jaskini. Nieomal nie wpadła na ciemnoszarą waderę, która właśnie wchodziła do środka.
- W czym mogę pomóc? – Zapytała odruchowo, po czym od razu skarciła się w duchu za to, że zapomniała się przedstawić.
Odruchowo zlustrowała ciało przybyłej – nie tyle dlatego, by ją oceniać, a raczej szukać potencjalnych urazów czy objawów choroby. Nie zauważyła jednak nic niepokojącego – jedynie zaskakująco długie łapy, pod którymi grały twarde mięśnie oraz ciemnobrązowe łaty zdobiące smukłą sylwetkę. Dopiero gdy spojrzała na pysk nieznajomej, zobaczyła znaczące go blizny. Przykuwały wzrok, jednak Shani udało się skupić na zielonych oczach wadery.
- Mam nadzieję, że nie przeszkadzam, ale znalazłam coś… niepokojącego podczas patrolu.
- Opowiadaj – zachęciła Shani, odsuwając się jednocześnie w głąb jaskini i wskazując czubkiem nosa miejsce, gdzie ciemnoszara mogła usiąść.
- Znalazłam martwe ptaki. Dużo martwych ptaków. Wyglądały, jakby same odebrały sobie życie. Ich dzioby były pokryte krwią, a w piersiach ziały puste dziury.
- Dotykałaś ich? – Zapytała Shani, czując jednocześnie ukłucie strachu.
- Nie. Myślałam, żeby jednego z nich przynieść, ale bałam się ewentualnej choroby – spojrzała w ziemię.
- To dobrze. Lepiej być ostrożnym. Czy byłabyś w stanie zaprowadzić mnie do miejsca, gdzie je znalazłaś? Kończę zmianę o świcie i wtedy mogłabym wyruszyć. Teraz nie mogę zostawić pacjentów bez opieki.
- Oczywiście – zapewniła wadera. – To niedaleko Lac dore.
- W takim razie spotkajmy się przy jeziorze. Powiedzmy, przy jego wschodnim brzegu. Po świcie. W porządku?
- Tak.
- Swoją drogą, gdzie moje maniery… Jestem Shani.
- Copycat – przedstawiła się wadera, a na jej pokryty bliznami pysk wkradł się uśmiech.
Copy?
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 519
Ilość zdobytych PD: 259
Obecny stan: 563
Wadera usiadła przed regałem wypełnionym buteleczkami w najróżniejszych kształtach i rozmiarach. Niektóre z nich zawierały różnobarwne ciecze, inne chroniły suszone zioła przed zwietrzeniem. Shani pieczołowicie zdejmowała każdy flakonik z półki, by odkładać na nią tylko te, których termin przydatności jeszcze nie upłynął. Była już mniej więcej w połowie, gdy usłyszała rytmiczny dźwięk łap uderzających o podłoże. Ich właściciel (a może właścicielka) z pewnością się spieszył – kroki były lekkie, ale szybkie. W dodatku zdawały się rozbrzmiewać coraz bliżej i zwalniać w miarę, jak przybysz zbliżał się do jaskini medyków.
Znajoma mieszanka ekscytacji (nowy pacjent!) i niepokoju (może nic już nie da się zrobić?) przepełniła ciało wadery. Otrzepała – na ile się dało – łapy z kurzu zebranego z regałów i ruszyła w stronę wejścia do jaskini. Nieomal nie wpadła na ciemnoszarą waderę, która właśnie wchodziła do środka.
- W czym mogę pomóc? – Zapytała odruchowo, po czym od razu skarciła się w duchu za to, że zapomniała się przedstawić.
Odruchowo zlustrowała ciało przybyłej – nie tyle dlatego, by ją oceniać, a raczej szukać potencjalnych urazów czy objawów choroby. Nie zauważyła jednak nic niepokojącego – jedynie zaskakująco długie łapy, pod którymi grały twarde mięśnie oraz ciemnobrązowe łaty zdobiące smukłą sylwetkę. Dopiero gdy spojrzała na pysk nieznajomej, zobaczyła znaczące go blizny. Przykuwały wzrok, jednak Shani udało się skupić na zielonych oczach wadery.
- Mam nadzieję, że nie przeszkadzam, ale znalazłam coś… niepokojącego podczas patrolu.
- Opowiadaj – zachęciła Shani, odsuwając się jednocześnie w głąb jaskini i wskazując czubkiem nosa miejsce, gdzie ciemnoszara mogła usiąść.
- Znalazłam martwe ptaki. Dużo martwych ptaków. Wyglądały, jakby same odebrały sobie życie. Ich dzioby były pokryte krwią, a w piersiach ziały puste dziury.
- Dotykałaś ich? – Zapytała Shani, czując jednocześnie ukłucie strachu.
- Nie. Myślałam, żeby jednego z nich przynieść, ale bałam się ewentualnej choroby – spojrzała w ziemię.
- To dobrze. Lepiej być ostrożnym. Czy byłabyś w stanie zaprowadzić mnie do miejsca, gdzie je znalazłaś? Kończę zmianę o świcie i wtedy mogłabym wyruszyć. Teraz nie mogę zostawić pacjentów bez opieki.
- Oczywiście – zapewniła wadera. – To niedaleko Lac dore.
- W takim razie spotkajmy się przy jeziorze. Powiedzmy, przy jego wschodnim brzegu. Po świcie. W porządku?
- Tak.
- Swoją drogą, gdzie moje maniery… Jestem Shani.
- Copycat – przedstawiła się wadera, a na jej pokryty bliznami pysk wkradł się uśmiech.
Copy?
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 519
Ilość zdobytych PD: 259
Obecny stan: 563
wtorek, 5 lipca 2022
Od Shani c.d Ynerytha ~ Pogrzebać przeszłość
Niespodziewane pojawienie się młodego basiora z pewnością wywołało u Shani niemałe zakłopotanie. Ba, w pierwszej chwili zdawać by się mogło, że jej serce na moment zapomniało, iż powinno pompować krew – miast tego podeszło jej wysoko do gardła, dając wyraz fali przerażenia, która ogarnęła medyczkę. Co jak co, ale była nowa w stadzie i nie zdążyła jeszcze zdobyć zaufania swojej nowej rodziny, a sytuacja, w której się znalazła, dla osoby niezaznajomionej z poprzednimi wydarzeniami mogła się wydać dość niejednoznaczna.
Na szczęście Yneryth zareagował wystarczająco szybko, by młodzieniec niczego się nie domyślił. Nie dało się nie zauważyć, że dwa wilki dobrze się znają, co z pewnością uśpiło czujność nieznajomego. Nie oznacza to jednak, że spotkanie poszło całkowicie gładko – medyczce nie udało się bowiem uniknąć small talku, co było dla niej dość niezręczne, pomimo iż Noiter wydawał się być zupełnie w porządku. Wilczyca poczuła ulgę, gdy zostali z Ynerythem we dwójkę.
Basior przejął inicjatywę i zabrał się za porcjowanie zwierzyny. Shani całkowicie zaskoczył sposób, w jaki biały podszedł do zadania – użył do tego magii! W jej rodzinnych stronach magia była ledwie dodatkiem do życia i mało kto miał tak imponujące moce, jak Yneryth. Wadera zmrużyła oczy i przyjrzała się basiorowi, zastanawiając się, jakie jeszcze sztuczki ma w zanadrzu.
- Smacznego – powiedział w końcu.
- Dziękuję, tobie również – odparła grzecznie.
Posiłek upłynął im we względnej ciszy. Nie rozmawiali ze sobą, ale dźwięk odkrawanego mięsa i miażdżonych kości tworzył z trzaskaniem ogniska i odległymi nawoływaniami ptaków ciekawą mieszankę.
Po posiłku zmorzyła ich senność (a przynajmniej Shani – Yneryth stanowczo zaprzeczał, jakoby odczuwał jakąkolwiek niedogodność) – ustalili jednak, że będą się wymieniać podczas wypoczynku, by choć jedno z nich miało oko na ogień. Musieli w końcu zebrać siły przed długą podróżą.
*
- Yneryth, wstawaj! – Krzyknęła Shani, w której obudził się zew przygody.
Basior w ułamek sekundy postawił się na nogi, jakby wcale nie spał, a jedynie czuwał z zamkniętymi oczami.
- Ognisko się wypaliło. Zebrałam prochy do sakwy. No, mniej więcej. Część to chyba też popiół z drzewa, ale… to nie powinien być problem, nie? – Kontynuowała wadera, która podekscytowana wpadła w kompletny słowotok. – Jesteś gotowy, by ruszyć? Im szybciej zaczniemy, tym szybciej wrócimy do domu!
Basior przeciągnął się, jakby w ten sposób sprawdzał, czy jego ciało rzeczywiście jest już gotowe do drogi. Shani słyszała, jak kości po nocnym wypoczynku łupią mu w kręgosłupie. Normalna rzecz, jednak mimo wszystko na sam dźwięk wrócił do niej widok kości starca płonących na stosie. Wzdrygnęła się, lecz w ułamku sekundy udało jej się odzyskać opanowany wyraz pyszczka.
- Tak, możemy ruszać. Znasz drogę, więc chyba powinnaś prowadzić – odpowiedział Yneryth.
- Racja! Tylko, hm – zmieszała się wadera. – Kojarzę kierunek. Na pewno widziałam wulkan w drodze na nasze tereny, ale nie przechodziłam bezpośrednio po jego zboczu. Muszę cię poprosić, żebyś był czujny. Wypatruj śladów obcych wilków. Czegokolwiek. Odcisków łap, resztek po posiłku albo przedmiotów codziennego użytku. Inaczej nie znajdziemy jego rodziny – Shani spojrzała na sakwę, którą chwilowo położyła na ziemi.
- Oczywiście.
- Wiesz, jak wygląda wulkan? – Spytała wadera. Zobaczyła, że jego oblicze cały czas trzymało iście pokerowy wyraz. Postanowiła więc, że nie zaszkodzi mu opowiedzieć, niezależnie od tego, czy basior posiadał tę wiedzę. – To taka zwykła góra, ale jakby jej ktoś ułamał czubek. Jest płaska u góry. Rodzice opowiadali mi, że tak naprawdę wulkany nie są płaskie, tylko mają w środku zagłębienie. I że czasem plują ogniem. Wyobrażasz to sobie? – Zaśmiała się. – Góra plująca ogniem. – Mówiła już bardziej do siebie.
Chwyciła sakwę z prochami starca w pysk, stabilizując ją tak, by cenna zawartość nie miała szans się wysypać.
- Nie traćmy czasu! – Wymruczała przez zaciśnięte zęby i ruszyła w drogę. Jej ogon powoli kiwał się na boki, dając wyraz ekscytacji, która budowała się w jej ciele na myśl o przygodzie.
Yneryth?
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 608
Ilość zdobytych PD: 304
Obecny stan: 304
Na szczęście Yneryth zareagował wystarczająco szybko, by młodzieniec niczego się nie domyślił. Nie dało się nie zauważyć, że dwa wilki dobrze się znają, co z pewnością uśpiło czujność nieznajomego. Nie oznacza to jednak, że spotkanie poszło całkowicie gładko – medyczce nie udało się bowiem uniknąć small talku, co było dla niej dość niezręczne, pomimo iż Noiter wydawał się być zupełnie w porządku. Wilczyca poczuła ulgę, gdy zostali z Ynerythem we dwójkę.
Basior przejął inicjatywę i zabrał się za porcjowanie zwierzyny. Shani całkowicie zaskoczył sposób, w jaki biały podszedł do zadania – użył do tego magii! W jej rodzinnych stronach magia była ledwie dodatkiem do życia i mało kto miał tak imponujące moce, jak Yneryth. Wadera zmrużyła oczy i przyjrzała się basiorowi, zastanawiając się, jakie jeszcze sztuczki ma w zanadrzu.
- Smacznego – powiedział w końcu.
- Dziękuję, tobie również – odparła grzecznie.
Posiłek upłynął im we względnej ciszy. Nie rozmawiali ze sobą, ale dźwięk odkrawanego mięsa i miażdżonych kości tworzył z trzaskaniem ogniska i odległymi nawoływaniami ptaków ciekawą mieszankę.
Po posiłku zmorzyła ich senność (a przynajmniej Shani – Yneryth stanowczo zaprzeczał, jakoby odczuwał jakąkolwiek niedogodność) – ustalili jednak, że będą się wymieniać podczas wypoczynku, by choć jedno z nich miało oko na ogień. Musieli w końcu zebrać siły przed długą podróżą.
*
- Yneryth, wstawaj! – Krzyknęła Shani, w której obudził się zew przygody.
Basior w ułamek sekundy postawił się na nogi, jakby wcale nie spał, a jedynie czuwał z zamkniętymi oczami.
- Ognisko się wypaliło. Zebrałam prochy do sakwy. No, mniej więcej. Część to chyba też popiół z drzewa, ale… to nie powinien być problem, nie? – Kontynuowała wadera, która podekscytowana wpadła w kompletny słowotok. – Jesteś gotowy, by ruszyć? Im szybciej zaczniemy, tym szybciej wrócimy do domu!
Basior przeciągnął się, jakby w ten sposób sprawdzał, czy jego ciało rzeczywiście jest już gotowe do drogi. Shani słyszała, jak kości po nocnym wypoczynku łupią mu w kręgosłupie. Normalna rzecz, jednak mimo wszystko na sam dźwięk wrócił do niej widok kości starca płonących na stosie. Wzdrygnęła się, lecz w ułamku sekundy udało jej się odzyskać opanowany wyraz pyszczka.
- Tak, możemy ruszać. Znasz drogę, więc chyba powinnaś prowadzić – odpowiedział Yneryth.
- Racja! Tylko, hm – zmieszała się wadera. – Kojarzę kierunek. Na pewno widziałam wulkan w drodze na nasze tereny, ale nie przechodziłam bezpośrednio po jego zboczu. Muszę cię poprosić, żebyś był czujny. Wypatruj śladów obcych wilków. Czegokolwiek. Odcisków łap, resztek po posiłku albo przedmiotów codziennego użytku. Inaczej nie znajdziemy jego rodziny – Shani spojrzała na sakwę, którą chwilowo położyła na ziemi.
- Oczywiście.
- Wiesz, jak wygląda wulkan? – Spytała wadera. Zobaczyła, że jego oblicze cały czas trzymało iście pokerowy wyraz. Postanowiła więc, że nie zaszkodzi mu opowiedzieć, niezależnie od tego, czy basior posiadał tę wiedzę. – To taka zwykła góra, ale jakby jej ktoś ułamał czubek. Jest płaska u góry. Rodzice opowiadali mi, że tak naprawdę wulkany nie są płaskie, tylko mają w środku zagłębienie. I że czasem plują ogniem. Wyobrażasz to sobie? – Zaśmiała się. – Góra plująca ogniem. – Mówiła już bardziej do siebie.
Chwyciła sakwę z prochami starca w pysk, stabilizując ją tak, by cenna zawartość nie miała szans się wysypać.
- Nie traćmy czasu! – Wymruczała przez zaciśnięte zęby i ruszyła w drogę. Jej ogon powoli kiwał się na boki, dając wyraz ekscytacji, która budowała się w jej ciele na myśl o przygodzie.
Yneryth?
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 608
Ilość zdobytych PD: 304
Obecny stan: 304
czwartek, 2 czerwca 2022
Od Shani ~ Event Wielkanocny ( Pisarski ~ Pisankowe szaleństwo )
- No już, wstawaj, ty wielka kupo futra! – Te właśnie słowa, w akompaniamencie uporczywego ciągnięcia za jedną z przednich łap, wyrwały Shani z głębokiego snu.
Wilczyca otworzyła od niechcenia oczy. Zamrugała kilka razy, a z każdym mrugnięciem obraz zza mgły stawał się wyraźniejszy. Tyle że… to chyba nadal był sen. Sprawcą zamieszania był bowiem zając. Ale nie taki zwykły szarak z przestraszoną miną! Ten tu osobnik był… bardzo dorodny (coby nie powiedzieć – lekko spasiony), miał szaro-białe umaszczenie i… wilczycy się chyba przywidziało! Duży, puchaty ogonek we wszystkich kolorach tęczy.
Medyczka uznała, że pewnie nadal śpi. Wszak takie fałszywe przebudzenia zgadzały jej się dość często. Zamknęła więc ponownie oczy, ignorując całą sytuację i licząc na jeszcze kilka godzin odpoczynku.
Zając nie przestawał jednak szarpać łapy wilczycy i wykrzykiwać nie do końca grzecznych uwag w jej stronę. W końcu Shani zaakceptowała fakt, iż ma do czynienia z rzeczywistym wydarzeniem, jakkolwiek dziwne by ono nie było.
Wyrwała łapę z objęć zajączka i szybko podniosła się do pozycji siedzącej.
- Czego chcesz? – Spytała, nie próbując nawet ukryć irytacji w głosie. Co jak co, ale bardzo ceniła sobie czas snu. Żeby to on jeszcze nie gadał, to może by się nadał na przekąskę, a tak… jakoś byłoby jej niezręcznie go pożreć.
- Wiewiórka! Zaginęła… i… i co ja teraz zrobię? Och, Wielkanoc jest w niebezpieczeństwie! – Krzyczał zajączek, machając przy tym łapkami we wszystkie strony. Już nawet zaczynał się hiperwentylować.
- Zaraz. Zwolnij. Jaka, kurwa, wiewiórka? I jaka Wielkanoc? O co tu chodzi?
- Ojej… - zajączek posmutniał – to ty nie wiesz? Nie wierzysz? Ale jak nie wierzysz w Wielkanoc, to czemu mnie widzisz? Och, to nie tak powinno działać!
- Spokojnie – wtrąciła medyczka, która już zdążyła rozbudzić się na tyle, by nawet w jakimś stopniu zaintrygował ją ten nietypowy przybysz. – Wyjaśnij mi, co się dzieje.
- Zaraz Wielkanoc… Najważniejsze święto w roku! – Zajączek nic sobie nie robił z powątpiewającego, dwukolorowego spojrzenia wilczycy. – Świętujemy wtedy nowe życie. Wiesz, pisklaczki, pisanki, jajka, małe zajączki, kwiatki, te sprawy.
- No właśnie nie wiem – wadera przekrzywiła głowę. – To jakaś coroczna orgia? – Zapytała, z przerażeniem myśląc o tym, iż zajączek wszczął całe to zamieszanie tylko dlatego, że chciał ją wychędożyć.
- Nie, nie, fuj, nie mów tak! – Zając potarł łapkami pyszczek, jakby próbował zmyć z siebie nieczystość słów, które przed chwilą padły.
- No dobrze. Opowiadaj, ale powoli.
- No. Więc Wielkanoc to najważniejsze święto w roku. Najważniejszym elementem świętowania jest szukanie pisanek, które ja chowam! Ale w tym roku nie będzie pisanek, bo Wiewiórka Wielkanocna zaginęła. A bez niej… nie będzie jajek! A w całym tym zamieszaniu zgubiłem moje farbki… Katastrofa! Sam sobie nie poradzę, musisz mi pomóc!
- Brzmi poważnie… ale coś na to poradzimy. Rozumiem, że te pisanki, to farbowane jajka, tak? Widzisz, farbki uzyskuje się z naturalnych składników. Cebulki kwiatów powinny się nadać. Albo kora dębu, szpinak, buraki czy jakieś inne korzonki. Możesz też nazbierać drobnych kwiatków, a przykleimy je dla ozdoby. Ja zajmę się szukaniem wiewiórki. Spotkamy się tutaj najpóźniej o zmierzchu. Może być?
- Tak! Och, dziękuję, uda nam się! – Zajączek, odzyskawszy pozytywny humor, ruszył w las.
- Stój jeszcze na chwilę! Mogę ci zadać jedno pytanie? Dlaczego przychodzisz z tym problemem akurat do mnie?
- Och! Nikogo nie mogłem znaleźć… Byłem sam jak palec… Ale ty tak głośno chrapiesz, że umarłego można by obudzić! No i poszedłem za tym dźwiękiem.
No cóż, myśli o pożarciu zająca wróciły do głowy wadery w ułamku sekundy, równie szybko jednak rozmyły się. Uszak zniknął gdzieś wśród leśnego poszycia, choć nietrudno byłoby go zlokalizować po radosnym podśpiewywaniu.
Wilczyca, miast szukać wiewiórki, postanowiła udać się do alfy. Nadal nie była przekonana do całej idei Wielkanocy i uznała, że przywódczyni nie zaszkodzi poinformować o dziwnym przybyszu.
Shani nigdy nie wiedziała, jak zachować się przy władczyni. Ciepła aura, jaką roztaczała wokół siebie Renesmee, wskazywała, by zrezygnować z formalnego tonu. To wciąż była jednak alfa.
- Tak zrobię. Dziękuję. Nie będę więc zwlekać – odpowiedziała szara, mając nadzieję, iż jej głos nie zdradził, jak niezręcznie się czuła.
Westchnęła głośno, spoglądając na zachodzące słońce. Już czas wracać do Renesmee z pustymi rękami i poczuciem straconego czasu.
Wadera skierowała swoje kroki w odpowiednią stronę. W pewnym momencie jej uwagę przykuł czerwony kwiat, jakiego nigdy wcześniej nie widziała. Doprawdy dziwne zjawisko… Co jak co, ale na roślinach Shani znała się dobrze, a tego konkretnego gatunku nigdy wcześniej nie widziała na oczy.
Roślina była dość niska, a jej zielone liście chowały się między licznymi kwiatami. Każdy żywoczerwony kwiat miał kształt gwiazdy i w zasadzie nie był kwiatem, krwistą barwę miały bowiem liście ułożone na wzór kwiatostanu.
Wilczyca ostrożnie nacięła pazurem krawędź jednego z liści. Charakterystyczny, kwaskowaty zapach oraz mleczny wygląd soku stanowiły jasny sygnał, by nie zrywać rośliny pyskiem. Medyczka rozejrzała się w poszukiwaniu czegoś, co pomogłoby jej zabezpieczyć się przed trującym sokiem. To, że weźmie trującą roślinę i będzie ją badać, nie podlegało bowiem dyskusji.
Wtem! Kolejny kwiat – taki sam, lecz większy – pojawił się w polu widzenia. Wadera zaciekawiona podeszła do niego, a gdy tylko to zrobiła, jej oczom ukazała się jeszcze jedna roślina. Czyżby kwiaty rosły wzdłuż jakiejś linii mocy? A może miały swój długi pęd, z którego wyrastała każda sztuka? Zainteresowana wilczyca zaczęła podążać ich tropem, zapominając o innych obowiązkach.
Z czasem robiło się tylko dziwniej. Gdzieniegdzie zaczęły się pojawiać kupki śniegu – i to na nizinach, o tej porze roku! Nie tylko tajemnicze czerwone kwiaty stanowiły ewenement botaniczny. W okolicy pojawiało się coraz więcej czerwonych kulek ostrokrzewu i zielonych kłębowisk jemioły. Co tu, u licha, było grane? Shani domyślała się już, że cała ta zagadka nie ma natury czysto zielarskiej.
Najdziwniejsze okazały się jednak ślady przecinające ziemię. Idealnie równoległe, ciągnęły się już na dłuższym odcinku, a wokół nich znaleźć można było pełno odcisków kopyt, które wyglądały na jelenie, choć zapach zwierząt sugerował coś nowego, zupełnie nieznanego.
- Pomocy! Czy ty nie wiesz, kim ja jestem? – Usłyszała nagle wilczyca z oddali.
W zasadzie równie dobrze mogło jej się wydawać, że coś słyszała. Postanowiła jednak sprawdzić trop. Szła teraz ostrożnie, trzymając się krzaków, głazów, dużych pni… generalnie rzecz biorąc obiektów, za którymi można się schować. Łapy również stawiała na tyle delikatnie, na ile umiała, żałując w tym momencie, że nie potrafi stawiać tak cichych kroków, jak inne, bardziej filigranowe wilczyce.
W końcu go zobaczyła. Miotający się, jutowy worek złożony wśród innych, bardziej ozdobnych worków i prostopadłościennych obiektów owiniętych ozdobną wstążką. Stos pakunków znajdował się na… Shani nie wiedziała, co to było. Wyglądało jak duże, drewniane naczynie na cienkich, drewnianych, poziomych… nóżkach? Shani nie znała lepszego określenia, domyśliła się jednak, że to ono zostawiło dziwne ślady.
Do obiektu przywiązane były jelenie z zadziwiającym porożem i niespotykanie grubym futrem. Jeden z nich miał czerwony nos, który świecił się w… ciemności. Wilczyca dopiero teraz zdała sobie sprawę z upływu czasu.
- Chodź tu, ty gnoju! Zepsujesz Wielkanoc! – Dźwięk dobiegał z jutowego worka. Czyżby to była wiewiórka wielkanocna?
- O to właśnie mi chodzi! – Usłyszała drugi głos.
Właściciel drugiego głosu był… łasicą ubraną w czerwony strój z białym, puchowym obszyciem. Miał też szpiczastą czapeczkę w tych samych kolorach. Majstrował właśnie coś przy linach, którymi do urządzenia przywiązane były osobliwe jelenie.
Plan wydawał się prosty. Poczekać na nieuwagę łasicy, wykraść Wiewiórkę, oddalić się od tego dziwnego zbiorowiska i dopiero wtedy zastanowić się, co tu w zasadzie zaszło. Jak się okazało, nawet tak prosty plan mógł jednak nie wypalić. Wiewiórka zaczęła bowiem krzyczeć, gdy tylko Shani rozchyliła tkaninę więżącego ją worka. Nie uspokoił jej nawet palec przyłożony do pyska, mający dać sygnał, by rudzielec był cicho.
- Aaa! Wilk! Ładnie to tak, nasyłać większych i silniejszych, co?
Futro zjeżyło się Shani na całym ciele. Chciała chwycić worek z wiewiórką i uciekać, ale jelenie otoczyły ją okręgiem, pod wyraźnym dowództwem łasicy-przebierańca. Mały stworek okrążył kilkukrotnie Shani, trzymając czerwoną wstążkę w pyszczku. Nim Shani się zorientowała, była już związana. Jeden z jeleni, ten z czerwonym nosem, wrzucił ją na sanie pod komendą łasicy. Tak samo postąpił zresztą z Wiewiórką.
- Haha, masz kokardkę na głowie – skomentował rudzielec.
- Zamknij się – odpowiedziała wadera. – Tak się odpłacasz za próbę ratowania ci tyłka? Co tu się w ogóle dzieje?
- To Święty Łasicołaj – wiewiórka splunęła, jakby nie chciała, by ten tytuł dłużej kalał jej język. – Myśli, że jest lepszy od innych. Nie potrafi się pogodzić z tym, że to Wielkanoc jest ważniejsza!
- Bo nie jest! – Krzyknął Łasicołaj, chwytając za liny trzymające jelenie.
Wtem… Wszyscy zaczęli się unosić! Korony drzew zostały daleko w dole. Jelenie machały kopytami w powietrzu, gubiąc złoty pyłek, który najwyraźniej stanowił mechanizm napędowy dla całego przedsięwzięcia. Chłodny wiatr mierzwił futro wadery, a wysokość przyprawiała ją o spory niepokój.
- Co on wyprawia? – Zapytała Shani na tyle cicho, by porywacz jej nie usłyszał.
- Chce nas wywieźć na jakąś bezwilczną wyspę, żeby Wielkanoc się nie odbyła. Ten sierściuch nie zdaje sobie nawet sprawy, jakie mogą być tego konsekwencje… Bez Wielkanocy nie ma nowego życia, nie wyrosną owoce, sarny nie będą mieć młodych… czeka was głód.
Wadera przełknęła głośno ślinę. Cóż, miała teraz dodatkową motywację, by wyciągnąć ich z tarapatów. Zaraz, zaraz… Co w zasadzie było w workach i pudełkach, na których siedzieli? Wygięła nienaturalnie szyję, by rozerwać opakowanie jednego z nich. Ze środka wyłonił się pluszak, który jednak nie mógł jej się w żaden sposób przydać. Wadera próbowała dalej. W kolejnym pudełku znalazła się drewniana figurka wilczego wojownika. Miała chyba podobną jako szczeniak… Bingo! Drewniany basior trzymał w pysku ostrze wykonane z oszlifowanego kamienia.
Wadera włożyła miniaturową klingę pod tasiemkę, którą była związana. Drobnymi ruchami, powoli, udało jej się osiągnąć cel. Jej przednie łapy były wolne, pozostały tylne. Gdy już uporała się z nimi, uwolniła wiewiórkę, która szybko wczepiła jej się w gęste futro na karku.
Teraz to Shani musiała przejąć ster. Zaczęła ostrożnie iść w stronę łasicy, kiedy nagle jej łapa osunęła się na czymś niestabilnym. Wilczyca szybko odzyskała równowagę, jednak widok pakunku pędzącego w na spotkanie z ziemią z zastraszającą prędkością sprawił, że jej żołądek boleśnie się zacisnął.
Dotarła jednak do celu, lecz w tym momencie jej plan ponownie się posypał. Przestraszony Łasicołaj wypuścił wodze i pojazd, na którym się znajdowali, zaczął pędzić w dół równie szybko, jak wcześniej zrobił to pakunek. Jelenie zaczęły w panice fruwać dokoła, jednak nie kwapiły się do pomocy.
Nie było czasu na zastanowienie. Wadera chwyciła zębami pierwszy lepszy element wyposażenia i zaparła się łapami, nie mając jakiejś większej nadziei, iż zwiększy to jej szanse na przeżycie upadku. W myślach już zaczęła żegnać się z życiem. Obraz ukochanej stał się przed jej oczyma tak wyraźny, że niemal czuła sosnowo-ziemisty zapach jej futra.
Kątem oka widziała tylko, jak Łasicołaj otwiera jakąś skrzynkę i gorączkowo rozwiązuje linki. Nagle zawartość skrzynki uciekła na zewnątrz, umieszczając ich w dużej bańce, która, choć wciąż opadała w kierunku ziemi, robiła to znacznie wolniej. Wszyscy wgramolili się na sanie, dysząc ciężko. Można by było nawet popodziwiać widoki, gdyby nie to, że atmosfera pomiędzy całą trójką nadal była napięta, no i – nie zapominajmy – jeszcze przed chwilą ich życie wisiało na włosku. Shani spojrzała tylko w dół, gdzie zauważyła rozpościerający się pod nimi błękit oceanu.
Otaczająca ich bańka pękła w kontakcie z wodą. Brzeg był jednak blisko, więc Shani, kierując się naturalnym instynktem, zaczęła płynąć w jego stronę, a Wiewiór Wielkanocny siedział jej na grzbiecie. Jakoś nie było okazji, by pomyśleć o Łasicołaju, skoro nabrał pokory i nie sprawiał im już problemów.
- Moje jajka! –Krzyknął w pewnym momencie.
- Co z twoimi jajkami? – Zdziwiła się wadera, nie była w końcu ekspertką od fizjologii magicznych wiewiórek.
- Zostały na saniach! W zielonym worku! Musimy je uratować, bo nie będzie Wielkanocy!
Och, więc o takie jajka chodziło. Wadera cofnęła się do miejsca, w którym się „rozbili”. Sanie już zatonęły, jednak część pakunków unosiła się na wodzie. Również i ten zielony na szczęście nie zniknął pod wodą, jednak nie tylko on przykuł uwagę Shani. Wśród rozsypanych paczek dało się zobaczyć czerwoną czapeczkę Łasicołaja, a wokół niej drobne pluski wody. On się topił!
Shani podpłynęła do niego, złapała zębami za kark i posadziła na własnych plecach. Stworek kaszlał przeraźliwie, pozbywając się słonej wody z płuc, jednak jeszcze zanim udało mu się odzyskać miarowy oddech, odezwał się:
- Ja… dziękuję. Mogłaś zostawić mnie tu na pastwę losu. Po tym, jak się zachowałem, byłoby to kompletnie uzasadnione. Ale ty mnie uratowałaś. Dziękuję.
- Nie będę udawać, że nic się nie stało – odparła wadera. – Po prostu nie sprawiaj już więcej kłopotów, dobrze? A ty, rudzielcu, zawiąż mi ten worek z jajkami na szyi. Nie dam rady unieść go w pysku.
- Shani! Shani, czy to ty? – Usłyszała wilczy głos, rozmyty przez wiatr.
Nie miała siły odpowiedzieć. W końcu zobaczyła nad sobą pochyloną sylwetkę innej wilczycy. Shani nie rozpoznała jej, ale domyśliła się, że to członkini jej watahy.
- Shani! Kiedy nie zjawiłaś się na wieczornym spotkaniu, Renesmee kazała nam cię szukać! Jak dobrze, że jesteś. Wszyscy się ucieszą.
Wilczyca zaoferowała medyczce pomocne ramię. Z niewielką pomocą udało jej się iść na własnych nogach, opierając się jedynie bokiem o waderę. Shani czuła, jak morska woda zlepia jej futro w nieestetyczne, sztywne strączki. Wiewiórka wielkanocna nadal kurczowo trzymała się jej karku.
Shani spojrzała do tyłu. Łasicołaj siedział samotnie na piasku i odprowadzał ją wzrokiem.
- Chodź z nami – zaproponowała medyczka.
Łasicołaj uśmiechnął się i pokicał w ich kierunku.
Może nie wszystko wyszło idealnie. Wielkie poszukiwanie jajek odbędzie się dopiero nazajutrz, spóźnione o całą dobę. Czy to jednak najważniejsze? W końcu cała wataha zebrała się razem, a każdy pracował na wspólny cel. O to chyba właśnie chodzi w świętach…
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 2413
Ilość zdobytych PD: 1206 + 50% (603 PD) Booster Eventowy.
Obecny stan: 1809
Wilczyca otworzyła od niechcenia oczy. Zamrugała kilka razy, a z każdym mrugnięciem obraz zza mgły stawał się wyraźniejszy. Tyle że… to chyba nadal był sen. Sprawcą zamieszania był bowiem zając. Ale nie taki zwykły szarak z przestraszoną miną! Ten tu osobnik był… bardzo dorodny (coby nie powiedzieć – lekko spasiony), miał szaro-białe umaszczenie i… wilczycy się chyba przywidziało! Duży, puchaty ogonek we wszystkich kolorach tęczy.
Medyczka uznała, że pewnie nadal śpi. Wszak takie fałszywe przebudzenia zgadzały jej się dość często. Zamknęła więc ponownie oczy, ignorując całą sytuację i licząc na jeszcze kilka godzin odpoczynku.
Zając nie przestawał jednak szarpać łapy wilczycy i wykrzykiwać nie do końca grzecznych uwag w jej stronę. W końcu Shani zaakceptowała fakt, iż ma do czynienia z rzeczywistym wydarzeniem, jakkolwiek dziwne by ono nie było.
Wyrwała łapę z objęć zajączka i szybko podniosła się do pozycji siedzącej.
- Czego chcesz? – Spytała, nie próbując nawet ukryć irytacji w głosie. Co jak co, ale bardzo ceniła sobie czas snu. Żeby to on jeszcze nie gadał, to może by się nadał na przekąskę, a tak… jakoś byłoby jej niezręcznie go pożreć.
- Wiewiórka! Zaginęła… i… i co ja teraz zrobię? Och, Wielkanoc jest w niebezpieczeństwie! – Krzyczał zajączek, machając przy tym łapkami we wszystkie strony. Już nawet zaczynał się hiperwentylować.
- Zaraz. Zwolnij. Jaka, kurwa, wiewiórka? I jaka Wielkanoc? O co tu chodzi?
- Ojej… - zajączek posmutniał – to ty nie wiesz? Nie wierzysz? Ale jak nie wierzysz w Wielkanoc, to czemu mnie widzisz? Och, to nie tak powinno działać!
- Spokojnie – wtrąciła medyczka, która już zdążyła rozbudzić się na tyle, by nawet w jakimś stopniu zaintrygował ją ten nietypowy przybysz. – Wyjaśnij mi, co się dzieje.
- Zaraz Wielkanoc… Najważniejsze święto w roku! – Zajączek nic sobie nie robił z powątpiewającego, dwukolorowego spojrzenia wilczycy. – Świętujemy wtedy nowe życie. Wiesz, pisklaczki, pisanki, jajka, małe zajączki, kwiatki, te sprawy.
- No właśnie nie wiem – wadera przekrzywiła głowę. – To jakaś coroczna orgia? – Zapytała, z przerażeniem myśląc o tym, iż zajączek wszczął całe to zamieszanie tylko dlatego, że chciał ją wychędożyć.
- Nie, nie, fuj, nie mów tak! – Zając potarł łapkami pyszczek, jakby próbował zmyć z siebie nieczystość słów, które przed chwilą padły.
- No dobrze. Opowiadaj, ale powoli.
- No. Więc Wielkanoc to najważniejsze święto w roku. Najważniejszym elementem świętowania jest szukanie pisanek, które ja chowam! Ale w tym roku nie będzie pisanek, bo Wiewiórka Wielkanocna zaginęła. A bez niej… nie będzie jajek! A w całym tym zamieszaniu zgubiłem moje farbki… Katastrofa! Sam sobie nie poradzę, musisz mi pomóc!
- Brzmi poważnie… ale coś na to poradzimy. Rozumiem, że te pisanki, to farbowane jajka, tak? Widzisz, farbki uzyskuje się z naturalnych składników. Cebulki kwiatów powinny się nadać. Albo kora dębu, szpinak, buraki czy jakieś inne korzonki. Możesz też nazbierać drobnych kwiatków, a przykleimy je dla ozdoby. Ja zajmę się szukaniem wiewiórki. Spotkamy się tutaj najpóźniej o zmierzchu. Może być?
- Tak! Och, dziękuję, uda nam się! – Zajączek, odzyskawszy pozytywny humor, ruszył w las.
- Stój jeszcze na chwilę! Mogę ci zadać jedno pytanie? Dlaczego przychodzisz z tym problemem akurat do mnie?
- Och! Nikogo nie mogłem znaleźć… Byłem sam jak palec… Ale ty tak głośno chrapiesz, że umarłego można by obudzić! No i poszedłem za tym dźwiękiem.
No cóż, myśli o pożarciu zająca wróciły do głowy wadery w ułamku sekundy, równie szybko jednak rozmyły się. Uszak zniknął gdzieś wśród leśnego poszycia, choć nietrudno byłoby go zlokalizować po radosnym podśpiewywaniu.
Wilczyca, miast szukać wiewiórki, postanowiła udać się do alfy. Nadal nie była przekonana do całej idei Wielkanocy i uznała, że przywódczyni nie zaszkodzi poinformować o dziwnym przybyszu.
*
- To istotnie niepokojące. Święta zawsze wcześniej organizowały się, że tak powiem, same. Zwołam pozostałe wilki, a ty możesz iść już szukać wiewiórki. Przydzielam ci… północno-zachodni kwartał lasu – alfa wskazała łapą na mapę. – Wieczorem zaraportuj mi, proszę, czy coś znalazłaś.Shani nigdy nie wiedziała, jak zachować się przy władczyni. Ciepła aura, jaką roztaczała wokół siebie Renesmee, wskazywała, by zrezygnować z formalnego tonu. To wciąż była jednak alfa.
- Tak zrobię. Dziękuję. Nie będę więc zwlekać – odpowiedziała szara, mając nadzieję, iż jej głos nie zdradził, jak niezręcznie się czuła.
**
Jakim cudem miała znaleźć jedną, małą wiewiórkę w tak dużym lesie? Shani miała już serdecznie dość poszukiwań. Wszelkie zapachy mieszały się jej w nosie, a każde kolejne napotkane niemagiczne zwierzę przyprawiało o niebywałą frustrację.Westchnęła głośno, spoglądając na zachodzące słońce. Już czas wracać do Renesmee z pustymi rękami i poczuciem straconego czasu.
Wadera skierowała swoje kroki w odpowiednią stronę. W pewnym momencie jej uwagę przykuł czerwony kwiat, jakiego nigdy wcześniej nie widziała. Doprawdy dziwne zjawisko… Co jak co, ale na roślinach Shani znała się dobrze, a tego konkretnego gatunku nigdy wcześniej nie widziała na oczy.
Roślina była dość niska, a jej zielone liście chowały się między licznymi kwiatami. Każdy żywoczerwony kwiat miał kształt gwiazdy i w zasadzie nie był kwiatem, krwistą barwę miały bowiem liście ułożone na wzór kwiatostanu.
Wilczyca ostrożnie nacięła pazurem krawędź jednego z liści. Charakterystyczny, kwaskowaty zapach oraz mleczny wygląd soku stanowiły jasny sygnał, by nie zrywać rośliny pyskiem. Medyczka rozejrzała się w poszukiwaniu czegoś, co pomogłoby jej zabezpieczyć się przed trującym sokiem. To, że weźmie trującą roślinę i będzie ją badać, nie podlegało bowiem dyskusji.
Wtem! Kolejny kwiat – taki sam, lecz większy – pojawił się w polu widzenia. Wadera zaciekawiona podeszła do niego, a gdy tylko to zrobiła, jej oczom ukazała się jeszcze jedna roślina. Czyżby kwiaty rosły wzdłuż jakiejś linii mocy? A może miały swój długi pęd, z którego wyrastała każda sztuka? Zainteresowana wilczyca zaczęła podążać ich tropem, zapominając o innych obowiązkach.
Z czasem robiło się tylko dziwniej. Gdzieniegdzie zaczęły się pojawiać kupki śniegu – i to na nizinach, o tej porze roku! Nie tylko tajemnicze czerwone kwiaty stanowiły ewenement botaniczny. W okolicy pojawiało się coraz więcej czerwonych kulek ostrokrzewu i zielonych kłębowisk jemioły. Co tu, u licha, było grane? Shani domyślała się już, że cała ta zagadka nie ma natury czysto zielarskiej.
Najdziwniejsze okazały się jednak ślady przecinające ziemię. Idealnie równoległe, ciągnęły się już na dłuższym odcinku, a wokół nich znaleźć można było pełno odcisków kopyt, które wyglądały na jelenie, choć zapach zwierząt sugerował coś nowego, zupełnie nieznanego.
- Pomocy! Czy ty nie wiesz, kim ja jestem? – Usłyszała nagle wilczyca z oddali.
W zasadzie równie dobrze mogło jej się wydawać, że coś słyszała. Postanowiła jednak sprawdzić trop. Szła teraz ostrożnie, trzymając się krzaków, głazów, dużych pni… generalnie rzecz biorąc obiektów, za którymi można się schować. Łapy również stawiała na tyle delikatnie, na ile umiała, żałując w tym momencie, że nie potrafi stawiać tak cichych kroków, jak inne, bardziej filigranowe wilczyce.
W końcu go zobaczyła. Miotający się, jutowy worek złożony wśród innych, bardziej ozdobnych worków i prostopadłościennych obiektów owiniętych ozdobną wstążką. Stos pakunków znajdował się na… Shani nie wiedziała, co to było. Wyglądało jak duże, drewniane naczynie na cienkich, drewnianych, poziomych… nóżkach? Shani nie znała lepszego określenia, domyśliła się jednak, że to ono zostawiło dziwne ślady.
Do obiektu przywiązane były jelenie z zadziwiającym porożem i niespotykanie grubym futrem. Jeden z nich miał czerwony nos, który świecił się w… ciemności. Wilczyca dopiero teraz zdała sobie sprawę z upływu czasu.
- Chodź tu, ty gnoju! Zepsujesz Wielkanoc! – Dźwięk dobiegał z jutowego worka. Czyżby to była wiewiórka wielkanocna?
- O to właśnie mi chodzi! – Usłyszała drugi głos.
Właściciel drugiego głosu był… łasicą ubraną w czerwony strój z białym, puchowym obszyciem. Miał też szpiczastą czapeczkę w tych samych kolorach. Majstrował właśnie coś przy linach, którymi do urządzenia przywiązane były osobliwe jelenie.
Plan wydawał się prosty. Poczekać na nieuwagę łasicy, wykraść Wiewiórkę, oddalić się od tego dziwnego zbiorowiska i dopiero wtedy zastanowić się, co tu w zasadzie zaszło. Jak się okazało, nawet tak prosty plan mógł jednak nie wypalić. Wiewiórka zaczęła bowiem krzyczeć, gdy tylko Shani rozchyliła tkaninę więżącego ją worka. Nie uspokoił jej nawet palec przyłożony do pyska, mający dać sygnał, by rudzielec był cicho.
- Aaa! Wilk! Ładnie to tak, nasyłać większych i silniejszych, co?
Futro zjeżyło się Shani na całym ciele. Chciała chwycić worek z wiewiórką i uciekać, ale jelenie otoczyły ją okręgiem, pod wyraźnym dowództwem łasicy-przebierańca. Mały stworek okrążył kilkukrotnie Shani, trzymając czerwoną wstążkę w pyszczku. Nim Shani się zorientowała, była już związana. Jeden z jeleni, ten z czerwonym nosem, wrzucił ją na sanie pod komendą łasicy. Tak samo postąpił zresztą z Wiewiórką.
- Haha, masz kokardkę na głowie – skomentował rudzielec.
- Zamknij się – odpowiedziała wadera. – Tak się odpłacasz za próbę ratowania ci tyłka? Co tu się w ogóle dzieje?
- To Święty Łasicołaj – wiewiórka splunęła, jakby nie chciała, by ten tytuł dłużej kalał jej język. – Myśli, że jest lepszy od innych. Nie potrafi się pogodzić z tym, że to Wielkanoc jest ważniejsza!
- Bo nie jest! – Krzyknął Łasicołaj, chwytając za liny trzymające jelenie.
Wtem… Wszyscy zaczęli się unosić! Korony drzew zostały daleko w dole. Jelenie machały kopytami w powietrzu, gubiąc złoty pyłek, który najwyraźniej stanowił mechanizm napędowy dla całego przedsięwzięcia. Chłodny wiatr mierzwił futro wadery, a wysokość przyprawiała ją o spory niepokój.
- Co on wyprawia? – Zapytała Shani na tyle cicho, by porywacz jej nie usłyszał.
- Chce nas wywieźć na jakąś bezwilczną wyspę, żeby Wielkanoc się nie odbyła. Ten sierściuch nie zdaje sobie nawet sprawy, jakie mogą być tego konsekwencje… Bez Wielkanocy nie ma nowego życia, nie wyrosną owoce, sarny nie będą mieć młodych… czeka was głód.
Wadera przełknęła głośno ślinę. Cóż, miała teraz dodatkową motywację, by wyciągnąć ich z tarapatów. Zaraz, zaraz… Co w zasadzie było w workach i pudełkach, na których siedzieli? Wygięła nienaturalnie szyję, by rozerwać opakowanie jednego z nich. Ze środka wyłonił się pluszak, który jednak nie mógł jej się w żaden sposób przydać. Wadera próbowała dalej. W kolejnym pudełku znalazła się drewniana figurka wilczego wojownika. Miała chyba podobną jako szczeniak… Bingo! Drewniany basior trzymał w pysku ostrze wykonane z oszlifowanego kamienia.
Wadera włożyła miniaturową klingę pod tasiemkę, którą była związana. Drobnymi ruchami, powoli, udało jej się osiągnąć cel. Jej przednie łapy były wolne, pozostały tylne. Gdy już uporała się z nimi, uwolniła wiewiórkę, która szybko wczepiła jej się w gęste futro na karku.
Teraz to Shani musiała przejąć ster. Zaczęła ostrożnie iść w stronę łasicy, kiedy nagle jej łapa osunęła się na czymś niestabilnym. Wilczyca szybko odzyskała równowagę, jednak widok pakunku pędzącego w na spotkanie z ziemią z zastraszającą prędkością sprawił, że jej żołądek boleśnie się zacisnął.
Dotarła jednak do celu, lecz w tym momencie jej plan ponownie się posypał. Przestraszony Łasicołaj wypuścił wodze i pojazd, na którym się znajdowali, zaczął pędzić w dół równie szybko, jak wcześniej zrobił to pakunek. Jelenie zaczęły w panice fruwać dokoła, jednak nie kwapiły się do pomocy.
Nie było czasu na zastanowienie. Wadera chwyciła zębami pierwszy lepszy element wyposażenia i zaparła się łapami, nie mając jakiejś większej nadziei, iż zwiększy to jej szanse na przeżycie upadku. W myślach już zaczęła żegnać się z życiem. Obraz ukochanej stał się przed jej oczyma tak wyraźny, że niemal czuła sosnowo-ziemisty zapach jej futra.
Kątem oka widziała tylko, jak Łasicołaj otwiera jakąś skrzynkę i gorączkowo rozwiązuje linki. Nagle zawartość skrzynki uciekła na zewnątrz, umieszczając ich w dużej bańce, która, choć wciąż opadała w kierunku ziemi, robiła to znacznie wolniej. Wszyscy wgramolili się na sanie, dysząc ciężko. Można by było nawet popodziwiać widoki, gdyby nie to, że atmosfera pomiędzy całą trójką nadal była napięta, no i – nie zapominajmy – jeszcze przed chwilą ich życie wisiało na włosku. Shani spojrzała tylko w dół, gdzie zauważyła rozpościerający się pod nimi błękit oceanu.
Otaczająca ich bańka pękła w kontakcie z wodą. Brzeg był jednak blisko, więc Shani, kierując się naturalnym instynktem, zaczęła płynąć w jego stronę, a Wiewiór Wielkanocny siedział jej na grzbiecie. Jakoś nie było okazji, by pomyśleć o Łasicołaju, skoro nabrał pokory i nie sprawiał im już problemów.
- Moje jajka! –Krzyknął w pewnym momencie.
- Co z twoimi jajkami? – Zdziwiła się wadera, nie była w końcu ekspertką od fizjologii magicznych wiewiórek.
- Zostały na saniach! W zielonym worku! Musimy je uratować, bo nie będzie Wielkanocy!
Och, więc o takie jajka chodziło. Wadera cofnęła się do miejsca, w którym się „rozbili”. Sanie już zatonęły, jednak część pakunków unosiła się na wodzie. Również i ten zielony na szczęście nie zniknął pod wodą, jednak nie tylko on przykuł uwagę Shani. Wśród rozsypanych paczek dało się zobaczyć czerwoną czapeczkę Łasicołaja, a wokół niej drobne pluski wody. On się topił!
Shani podpłynęła do niego, złapała zębami za kark i posadziła na własnych plecach. Stworek kaszlał przeraźliwie, pozbywając się słonej wody z płuc, jednak jeszcze zanim udało mu się odzyskać miarowy oddech, odezwał się:
- Ja… dziękuję. Mogłaś zostawić mnie tu na pastwę losu. Po tym, jak się zachowałem, byłoby to kompletnie uzasadnione. Ale ty mnie uratowałaś. Dziękuję.
- Nie będę udawać, że nic się nie stało – odparła wadera. – Po prostu nie sprawiaj już więcej kłopotów, dobrze? A ty, rudzielcu, zawiąż mi ten worek z jajkami na szyi. Nie dam rady unieść go w pysku.
***
Shani padła na ziemię, gdy tylko dotarła na suchy ląd, całkowicie pozbawiona sił. Przepłynięty przez nią dystans był naprawdę spory, zwłaszcza zważywszy na niespokojne wody morza i na dodatkowy ciężar. Nie mogła się już zdobyć na nic więcej, niż tylko leżenie i dyszenie.- Shani! Shani, czy to ty? – Usłyszała wilczy głos, rozmyty przez wiatr.
Nie miała siły odpowiedzieć. W końcu zobaczyła nad sobą pochyloną sylwetkę innej wilczycy. Shani nie rozpoznała jej, ale domyśliła się, że to członkini jej watahy.
- Shani! Kiedy nie zjawiłaś się na wieczornym spotkaniu, Renesmee kazała nam cię szukać! Jak dobrze, że jesteś. Wszyscy się ucieszą.
Wilczyca zaoferowała medyczce pomocne ramię. Z niewielką pomocą udało jej się iść na własnych nogach, opierając się jedynie bokiem o waderę. Shani czuła, jak morska woda zlepia jej futro w nieestetyczne, sztywne strączki. Wiewiórka wielkanocna nadal kurczowo trzymała się jej karku.
Shani spojrzała do tyłu. Łasicołaj siedział samotnie na piasku i odprowadzał ją wzrokiem.
- Chodź z nami – zaproponowała medyczka.
Łasicołaj uśmiechnął się i pokicał w ich kierunku.
****
Wszyscy zebrali się na polanie. Shani dostała taryfę ulgową – pozwolono jej zmyć sól z sierści i trochę odespać. Pozostali jednak pracowali w pocie czoła, malując pisanki za pomocą barwników uzyskanych z zebranych przez Zajączka kwiatów. Niektóre jajka wychodziły pięknie, inne dość koślawo. Każdy jednak przykładał się do organizacji wydarzenia. Zajączek zbierał gotowe jajka do wiklinowego koszyczka i na bieżąco zanosił w znane tylko jemu miejsca, chowając je przed wilczym wzrokiem. Wiewiór chował się w koszyczku wśród pisanek i gawędził z przyjacielem, w którego oczach cały czas gościła ulga. Nawet Łasicołaj wziął udział w przygotowaniach.Może nie wszystko wyszło idealnie. Wielkie poszukiwanie jajek odbędzie się dopiero nazajutrz, spóźnione o całą dobę. Czy to jednak najważniejsze? W końcu cała wataha zebrała się razem, a każdy pracował na wspólny cel. O to chyba właśnie chodzi w świętach…
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 2413
Ilość zdobytych PD: 1206 + 50% (603 PD) Booster Eventowy.
Obecny stan: 1809
Subskrybuj:
Posty (Atom)



Szczeniaki