Newsy



:Aktualności
.Blog przechodzi obecnie renowację
.Już niebawem pojawią się nowości

:Pogoda
Obecna pora roku ~ Jesień
.Temperatura waha się między 10+ a 0- stopni Celcjusza
.Zmiana pory roku nastąpi 15.12.2022

Liczba wilków ~ 27
Wadery ~ 18 + 1 NPC
Basiory ~ 7 + 4 NPC
Szczeniaki ~ 1
Nieobecni: Brak

~Serdecznie zapraszamy♥~

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą W głowie się nie mieści. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą W głowie się nie mieści. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 kwietnia 2022

Od Atrehu c.d Itami ~ Wzloty i upadki (Dopisek do: W głowie się nie mieści) + "Szał rozpaczy" [+16]

< Dopisek do: W głowie się nie mieści >
W drodze powrotnej było dość... Nerwowo rzekłbym. Szliśmy w kompletnej ciszy. Mało kto z kimś rozmawiał. Nie było to przyjemne. Źle się czułem. I chyba nie tylko ja. Tsumi szła u boku Piny, kompletnie mnie ignorując. Wyglądała na smutną i zmęczoną. Chwiała się lekko na łapach. Oczywiście odmówiła, gdy zaproponowałem, że wezmę ją na grzbiet. Jest uparta jak osioł. Dopóki daje radę, nie pozwoli sobie zanadto pomóc. Pragnąłem ją też pocieszyć i zapewnić, że wszystko się jakoś ułoży. Nie wiedziałem tylko, w jaki sposób. Nie chciałem obiecywać jej za wiele. Nie ma nic gorszego niż fałszywe przysięgi. Wadera wydawała się to rozumieć. Z pewnością jednak rozczarowało ją moje zachowanie. Wcale się nie dziwiłem, sam byłem na siebie zły, wściekły. Nie tak to miało wyglądać. W głowie wszystko wyglądało inaczej. Spokojniej. Bardziej... prostoliniowo. Nie tak zagmatwanie, jak obecnie.
Westchnąłem ciężko, zerkając dyskretnie w jej stronę. Wyczuła to. Mimo tego nie spojrzała mi w oczy. Serce zatrzepotało mi nieprzyjemnie. Liczyłem, że jakoś z tego wybrnę. Potrzebowałem tylko trochę czasu. Wolności, w ciszy. Z dala od problemów. By móc wszystko przemyśleć. Podjąć decyzję. Tylko... jeszcze nie teraz.
Późną nocą dotarliśmy na miejsce. Ucieszyłem się, gdy zobaczyłem znajome tereny. Uśmiech mimochodem zagościł na moim pysku. Byliśmy z powrotem — w domu. Przyjemne ciepło opatuliło mnie jak kocykiem. Zerknąłem na moich towarzyszy. Ciemne worki pod oczyma świadczyły o ich zmęczeniu. Pewnie nie wyglądałem lepiej. Byłem jednak nieco bardziej pozytywnie nastawiony. Miałem nadzieję, że sytuacja się teraz zmieni. Że jutro, maksymalnie za tydzień wrócimy do tego, co było wcześniej. Wiem, że to czcze marzenie, jednak tego właśnie pragnąłem. Najbardziej na świecie. By cofnąć czas i zmienić bieg historii. Gdybym tylko był w stanie to uczynić. Niestety, to nie było w mej mocy. Nie miałem takich zdolności. Pozostało mi zatem starać się zażegnać kryzys.
Naharys i Pina już dawno poszli w swoją stronę. Co będą czekać na innych? Pina jest w bardziej zaawansowanej ciąży. Droga powrotna była niebezpieczna. Męcząca i długa. Nadszarpnęła jej nerwy. Mogło to się skończyć poronieniem. Lepiej tego uniknąć. Nikt nie życzył jej tego cierpienia. Czekanie na Bogini wie jeden co, byłoby zatem bezcelowe. Zresztą, po co mieliby to robić? Nic ich nie trzymało. A w domu czekało na nich miękkie posłanie. I ciepło. Nie to, co tu — na dworze. Mimo wiosny wiatr nie był zbyt przychylny. Z południa nadciągały zimne prądy, targając naszym futrem, niczym liśćmi na wietrze. Robiło się nieprzyjemnie. I ta cisza. Wprawiała w podły nastrój.
Chcąc nieco rozluźnić atmosferę, zaproponowałem Tsumi, że ją odprowadzę. W końcu nie powinna chodzić tak późną porą po lesie. Zwłaszcza że już wcześniej źle się czuła. W jej stanie należy być ostrożnym. Nie darowałbym sobie, gdyby coś jej się stało. O wypadek nie trudno. I zwierzęta. Dziki na przykład albo niedźwiedzie. Mogłyby ją zaatakować i zranić. Lub nawet zabić. Nie mogłem do tego dopuścić. Byłem gotowy się kłócić, byleby się zgodziła. Wadera o dziwo przyjęła moją propozycję od razu. Uśmiechnęła się nawet delikatnie. Wypuściłem powietrze z płuc. Odetchnąłem głęboko. Zrobiło mi się cieplej na sercu. To był dobry znak. Może nie wszystko stracone. Jeśli taki gest sprawił jej radość, to następny również powinien. Krocząc obok niej, celowo ustawiłem się po jej lewej stronie. Właśnie stamtąd wiał najsilniejszy wiatr. Przyjmowałem jego ciosy. Byłem niczym tarcza, zasłaniająca jej drobne ciałko. Choć było mi zimno, nie powiem, ale jej beze mnie byłoby jeszcze zimniej. I to mnie nieco napędzało do działania. Zwłaszcza że w przeciwieństwie do mnie — Tsumi to karzełek. Niziutki i malutki. Nie obrażając karzełków oczywiście. Nic nie miałem do jej wzrostu. Była dzięki temu słodsza. I mogłem ją chronić. Polować dla niej. Już niedługo zresztą wielu rzeczy nie będzie w stanie zrobić sama. Ciąża to w końcu nie tylko przyjemności.
- Atrehu? - zatrzymałem się nagle na dźwięk swojego imienia. Spojrzałem na nią nieco zdezorientowany. Czekała na coś, wpatrzona przed siebie. Chwilę zajęło mi ogarnięcie, o co chodziło. Znajdowaliśmy się już przy jej jaskini. Co było dziwne. Tak szybko szliśmy? Czy to ja tak długo dumałem w obłokach?
- Ah... jesteśmy na miejscu.
- Na to wygląda. - żadne z nas nie wiedziało, co powiedzieć. Chyba. Ja na pewno nie wiedziałem. Było niezręcznie. I nieco nerwowo. Cisza się przedłużała. Nic się nie zmieniało. Mijały kolejne sekundy. Myśl Atrehu. Użyj tego swojego mózgu. Mógłby się czasem na coś przydać.
- To ten, no... - brawo, mistrz operacji pierwszego stopnia. Popisałeś się. Bardzo. Należy się jakaś nagroda. Najlepiej tytuł kompletnego idioty.
- Tak...
- Sprawdzę, czy coś się nie zalęgło. - powinni mi dać medal za pomysłowość. W sumie to bardzo ważna kwestia. Nie było nas bardzo długo, a ten teren nie był chroniony. Mało kto tędy przechodził. Zawsze więc jakiś zwierz mógł wybrać sobie tę norkę, na swój nowy domek. Koniecznie musiałem sprawdzić, czy jest bezpiecznie.
- Nie trzeba, mogę to zrobić sama.
- Nie, ty wejdź tak, by nie było Ci zimno. Ja się zajmę resztą. - nie czekając na jej protesty, wszedłem do środka. Pomimo mroku, idealnie dostrzegałem każdy szczegół. Ściany, podłoże i to, co się na nich znajdowało. Wszelkie przeszkody omijałem bez problemu. Pomagały mi też grzyby, rzucające wątły, zielonkawy blask. Nie pamiętałem ich nazwy. Śmierdziały. Jak to grzyby. Były jednak przydatne. I całkiem przyzwoicie komponowały się w środku. Przytulnie i ciepło. Dlatego z uwagą penetrowałem każdy kąt. Zwinnie i szybko. Nic się przede mną nie ukryje. Stanąłem pośrodku jaskini. Tam, gdzie byłem w stanie wyczuć wszystko. Każde zagrożenie. Nieproszonego gościa. Przede mną rozpościerały się trzy odnogi. Każda do innego pomieszczenia. Zaciągnąłem się nosem. Wziąłem głęboki wdech. Pachniało kurzem. Zdecydowanie dawno nikogo tu nie było. Kręciło mnie w nozdrzach.
- Apsik!
- Na zdrowie. - odwróciłem się w stronę Tsumi z mordem w oczach. Nie powinno jej tu być. Jeszcze nie skończyłem. Co prawda nie wyczułem niczyjego zapachu... Zawsze mi jednak powtarzano, że lepiej dmuchać na zimne. Nigdy nie wiadomo.
- Co ty tu robisz? Kazałem Ci zostać!
- Daj spokój, gdyby coś tu było, wyczułbyś to w promieniu kilometra. I jestem zmęczona. - przyjrzałem się waderze z niepokojem. Rzeczywiście źle wyglądała. Ledwo widziała na oczy. Słaniała się na łapach. Nie powstrzymało jej to jednak. Wyminęła mnie, kierując się do swojego posłania. Runęła na nie, kompletnie wyczerpana. Mój gniew opadł. Westchnąłem przeciągle. Podszedłem ostrożnie, przypatrując się, jak śpi.
- Idź. - szepnęła jeszcze, nim całkowicie oddała się w objęcia Morfeusza. Stałem chwilę nad nią, nie mogąc się ruszyć. W końcu jednak zrobiłem w tył zwrot.

*
Czekała mnie długa podróż do domu. Byłem wyczerpany. I głodny. Jedzenie to jednak najmniejszy problem. Zawsze mogłem coś na szybko upolować. Coś innego jednak zaprzątało mi myśli. A raczej ktoś. Lonya. Martwiłem się o nią. Nie wiedziałem, czy dotarła bezpiecznie. Wyruszyła w końcu przed nami. Sama. Nie usnę, dopóki nie sprawdzę, co z nią. Chcąc jednak oszczędzić na czasie, przymknąłem oczy. Skupiłem się najmocniej, jak tylko w tej chwili byłem w stanie. Poczułem znajome uczucie. Czas i przestrzeń jakby się rozwierały. Łamały na drobniejsze kawałeczki, pozwalając mi na szybką zmianę miejsca. Trwało to może z kilka sekund. Wszystko wróciło do normy. Rozejrzałem się i z uśmiechem stwierdziłem, że się udało. Znajdowałem się blisko jaskini Lonyi. Pobiłem swój rekord teleportacji.
- Super! - Cześć i chwała naszym Bóstwom. Za nasze wszystkie zdolności. Złożyłem szybki ukłon w stronę nieba, po czym żwawo ruszyłem przed siebie. Wystarczyła minutka, a byłem na miejscu. Cicho przemknąłem do wnętrza jaskini. Od razu opatuliło mnie przyjemne ciepło. Zdałem sobie sprawę, jak bardzo padnięty byłem, ale jeszcze nie teraz. To nie miejsce na sen. Potrząsnąłem głową, sunąc niczym cień. Wiedziałem mniej więcej, gdzie ma swój pokój. Wyczuwałem jej obecność. Uśmiech sam zagościł na mym pysku. Serce zaczęło bić szybciej, gdy ujrzałem ją, zwiniętą w kłębek. Wyglądała słodko, gdy spała. Oddychała spokojnie i miarowo. Zbliżyłem się, sprawdzając, czy wszystko w porządku. Nie dostrzegłem ran, zadrapań. Sama wadera wyglądała naprawdę dobrze. Odetchnąłem z ulgą. Nic jej nie było. Dotarła bezpiecznie. Ze szczęścia czule i delikatnie pocałowałem ją w czółko.
- Śpij dobrze. - szepnąłem, zaciągając się jej słodkim aromatem. Cudowna woń herbaty była tak przyjemna. Pobudzała moje zmysły. Oblizałem nieco wyschnięty pysk. Musiałem wyjść. Teraz.
- Atrehu... - spojrzałem na nią, wystraszony, że mogła się obudzić. Nic się jednak nie stało. Tylko... AWWW. Wypowiedziała moje imię przez sen. Myśli o mnie. Jakie to słodkie. Zrobiło mi się zarówno gorąco, jak i zimno. Stan euforii trwał w najlepsze. Nic co dobre, nie może jednak wiecznie trwać. Zmusiłem się, by po cicho opuścić jaskinię. Nim zwariuję z pragnienia i ją obudzę. To byłoby już chore. Nie jestem taki. Świeże powietrze ostudziło nieco moje zapędy. Nic jednak nie mogłem poradzić na uczucia, które się we mnie kłębiły. Powinienem już iść. Zimno mi. Więc co tu jeszcze robię? Z cichym westchnieniem ruszyłem do domu. W samotności. Nie, żeby mi to przeszkadzało. Było dobrze. Tak myślałem. Moimi towarzyszami były dźwięki lasu. Pohukiwanie sowy i świerszcze, śpiewające swą pieśń. Koncertowałem się na nich. Odganiałem nieprzyzwoite myśli. To pomagało.
Przymknąłem na chwilę oczy. Rozkoszowałem się uczuciem spokoju. Głęboki wdech pomógł mi uspokoić skołatane serce. Z zainteresowaniem rozglądałem się na boki. Było... inaczej, niż zapamiętałem. Gdy wyruszaliśmy, panowała chyba jesień. Lub jej początki. Obecnie natomiast była wiosna. Chyba. Nie umiałem dokładnie stwierdzić. Było ciemno. Bardzo. Księżyc stał wysoko ponad chmurami, rzucając wątły blask na otaczający mnie świat. Drzewa szeleściły pod naporem delikatnego wiatru. Liście szumiały wśród ich konarów. Zimne prądy ubiegłej zimy wciąż sunęły w moim kierunku. Czułem, jak wprawiają moją sierść w taniec. Wraz z tym przyszły i wonie. Zapach kwiatów przyjemnie łaskotał moje nozdrza.
- Dość długo nas nie było - stwierdziłem, mijając znajome mi drzewa i krzewy. Uśmiechałem się do nich, jakby były żywymi istotami. Wariowałem. Musiałem być bardziej zmęczony, niż początkowo sądziłem.

**
Droga dłużyła się niemiłosiernie. Byłem wykończony. Wypompowany. Łapy paliły, pragnąc postoju. ~ Jeszcze troszeczkę — myślałem, dostrzegając upragniony cel. Jeszcze tylko kilka metrów. Doczłapałem do swej jaskini, z trudem stawiając kolejne kroki. U wejścia stanąłem, nieco niepewny swego. Tę noc, jak i kolejną spędzę zapewne sam. Tsumi unikała mnie przez całą drogę. Nie chciała rozmawiać, nawet na mnie nie zerkała. Jakbym nie istniał. Wcale jej się nie dziwiłem. Choć to bolało. I nie było przyjemne. Rozumiałem jej zachowanie, a raczej starałem się zrozumieć. Zachowałem się jak kutas. Wyjawiła mi, że jest w nadziei. Ze mną. W jej łonie rosną nasze szczeniaki. Krew z mojej krwi. Powinienem się cieszyć. Wziąć ją w uścisku, zapewniając o swej radości. Bo każda ciąża to powód do świętowania. To cud. Bez tego nie było nas na świecie. Nikogo. Tsumi zapewne miała nadzieję, że wtulę się w nią, pocałuje. Zacznę mówić do jej jeszcze płaskiego brzuszka. Że będzie dobrze. Ja jednak zrobiłem wszystko wspak. Nie spełniłem jej oczekiwań. I nie zrobiłem też niczego, by poprawić nasze relacje. A przecież byłą w ciąży. Z moimi szczeniakami. Co właśnie powtórzyłem po raz kolejny. Jakby nie było to pewne. A przecież jest. Niedługo wadera zostanie matką. Ja ojcem. Będziemy rodziną. To... powinno dać mi do myślenia. Postanowiłem, że porozmawiam z nią nazajutrz. Szczerze, bez ogródek. I, mimo że to nie miłość, zamierzałem się jej oświadczyć. Choć wiedziałem, że nie chce litości. Wiem, że wolałaby, abym zrobił to z miłości. Na tę chwilę jednak nie byłem w stanie. Mogłem zrobić jednak coś innego. Siądę na tyłek i tylko jej będę wierny. Zaopiekuje się nią. Dam dom i bezpieczeństwo. Ptasiego mleczka jej przy mnie nie zabraknie. Może kiedyś pokocham ją tak, jak nasze nienarodzone szczenięta...
Mimochodem wróciłem myślami do swojego przyjaciela. Naharys nie odzywał się w ogóle. Mogłem dostrzec tylko jego złowieszcze spojrzenia i niejednokrotne słyszałem prychnięcia. Ilekroć wymijał mnie bądź był w pobliżu, zachowywał się agresywnie. Nawet Pina nie była w stanie go powstrzymać. Żadne argumenty do niego nie przemawiały. Nienawidził mnie. W końcu zrezygnowana trzymała go z dala ode mnie, rzucając tylko współczujące spojrzenia w moim kierunku. Dziwiłem się, że nikomu o tym nie powiedział. Zapewne nie chciał narażać Tsumi na stres. Wywoływanie kłótni nie leżało w jego naturze. Chyba. Eh, popaprane to wszystko.
- Atrehu? - odwróciłem się, usłyszawszy swoje imię. Nie spodziewałem się nikogo ujrzeć o tej porze. Był środek nocy. I do tego było zimno jak diabli. Kto to mógłby być?
- Kim jesteś? - zapytałem, przyjrzawszy się nieco przybyszowi. Była to wadera. Z pewnością. Stała blisko drzew, opatulona mrokiem. Nie czułem jednak zagrożenia. Nie chciała walczyć. Nie była kimś złym. Zrobiła krok w moją kierunku i w końcu mogłem zobaczyć więcej. Jej futro było w kolorze szarości z domieszką czekolady. Chyba. Tak mi się wydawało. By się upewnić, potrzebowałbym światła dnia. Jedno wiedziałem na pewno. Nie znałem jej. Musiała być nowa. Zresztą, minęło kilka miesięcy, odkąd opuściliśmy watahę. Wiele się musiało zmienić. Tylko, skąd mnie zna?
- Jestem Copycat, nowa czujka nocna i Atakująca w watasze. Jesteś Atrehu, prawda? - nasze spojrzenia się skrzyżowały. Dostrzegłem błysk w zielonych oczach samicy. Gdy podeszła bliżej, moim oczom ukazały się jej rany. Była poraniona w wielu miejscach. Nie wiedziałem, czy odniosła je w walce, czy ktoś zwyczajnie się nad nią znęcał. Nie chciałem jednak wyjść na wścibskiego. Mogłem zrazić ją pytaniami.
- Tak, to ja. Czego potrzebujesz? - Copycat uśmiechnęła się nieśmiało. Musiałem przyznać, miała ładny uśmiech. Taki wesoły. Mimo jej wyglądu. Znaczy, mnie tam nie przeszkadzały jej blizny. I z nimi wyglądała pięknie. W sensie... chodziło mi o to, że atrakcyjna z niej waderka. Puszyste, ostro zakończone uszy sterczały wysoko. Nie była taka wysoka, jak z początku myślałem. Raczej średniego wzrostu. Miała krótki ogon i smukłą sylwetkę. Sposób chodzenia dużo powiedział mi o jej charakterze.
- Alfa prosiła, by przyszedł do niej jutro z samego rana.
- Renesmee Cię przysłała? - głupie pytanie, wiem, ale co poradzić, że nie do końca kontaktuje z rzeczywistością. Byłem śmiertelnie zmęczony i jeszcze zawracają mi tyłek. Jakbym nie miał ważniejszych rzeczy na głowie. Miałem tylko nadzieję, że wyśpię się do rana. Nawet jeśli się nieco spóźnię, nie powinna mnie winić. Rene jest wyrozumiała. Zrozumie.
- Owszem. Wiedziała, że jeśli wrócicie nocą, to będę miała możliwość przekazania Ci wiadomości.
- Rozumiem, dziękuję. - pokiwałem głowę, nie bardzo wiedząc, co teraz zrobić. Copycat mnie jednak ubiegła, żegnając się krótko skinieniem, po czym wróciła do swoich obowiązków. Patrzyłem, jak znika między drzewami. Niczym cień. Była... ciekawą postacią, nie powiem. Nie miałem czasu, zastanawiam się nad czymkolwiek. Zmęczenie mnie dopadło. Dobiło. Wszedłem do domu, rzucając się na swoje posłanie. Dawno mnie tu nie było. Co nieco śmierdziało kurzem. Później to ogarnę. Zamknąłem oczy, zasypiając niemal natychmiast.
***
< Awans na Bete - Nazajutrz ~ Popołudnie >
Po spotkaniu z Renesmee miałem mieszane uczucia. Powiedzieć, że byłem zszokowany, byłoby w tej sytuacji zwyczajnym niedopowiedzeniem. Znaczy, nie że się przestraszyłem. ~ Co to, to nie. Ja się niczego nie boję. - Alfa nie była na mnie zła. Mimo, iż się spóźniłem. Bardzo. Dochodziło południe, gdy wszedłem do jej groty. Ewidentnie potrzebowałem budzika. Sam nie potrafiłem wstać o określonej porze. Może dlatego się ze mną nie cackała. Nie byłem przygotowany na taki zestaw informacji i to tak w krótkim czasie. Było dokładnie tak samo, gdy Tsumi oznajmiła mi, że jest w ciąży. Nie wiedziałem, jak zareagować. Stałem niczym drzewo. Z tą różnicą, że mną nie poruszał wiatr. Dreszcze przebiegały mi wzdłuż kręgosłupa. Myśli krążyły jak szalone, nie mogąc pojąć tego wszystkiego. Teraźniejsza sytuacja była podobna. Nie taka sama, oczywiście. Z Renesmee nic mnie nie łączyło. Choć szkoda, bo piękna z niej wadera. Spojrzenie jej zielonych oczu zawsze jest intensywne. Mocne, twarde i takie zaciekawione. Alfa na swój sposób była bardzo tajemnicza, ale nie sposób odmówić jej uroku. Opiekowała się wszystkimi, dbała o porządek. Miała na głowie więcej, niż ja przez całe swoje życie. Wadera była także bystra i wiedziała, gdzie uderzyć. Co powiedzieć, by wygrać. Wiedziałem o tym. Użyła tej techniki na mnie. I zadziałało. Nie bawiła się ze mną. I z delikatnym uśmiechem oświadczyła swą wolę. Jakby było to oczywiste i tak zawsze miało być. Uznała, że jestem godny i świetnie sobie poradzę. Nie powiem, podniosła mi tym moje i tak duże Ego. Wyprostowałem się dumnie i napuszyłem, jakbym szedł na paradę. Ku prychnięciu Nahary'a, który również tam był i któremu nie było to w smak. No, mniejsza o niego.
Renesmee awansowała mnie na Betę. Swojego doradcę, powiernika i przyjaciela. Od dziś miałem załatwiać wszystkie sprawy z nią. Wspólnie. Być na każde jej skinienie i wezwanie. Do tego podstawowe rzeczy, których musiałem doglądać, jak pilnowanie porządku w watasze i zwiady. Treningi z wojownikami. Miałem też być wszędzie i mieć oczy dookoła głowy. W pierwszej chwili mnie zatkało. Dlaczego właśnie ja? W jaki sposób miałem to wszystko ogarnąć? Nie starczy mi dnia! Niby nic takiego. Nawał obowiązków nie specjalnie mi przeszkadzał. Tylko, gdzie tu czas na jedzenie, czy choćby sen? O odpoczynku mogłem zatem tylko pomarzyć. Nie ma jednak co narzekać. Z pewnością sobie poradzę. Chyba... Prawdopodobnie potrwa, nim wdrążę się we wszystko. To nic takiego. Dlaczego zatem tak dziwnie się czułem? Ten niepokój i kołatanie serca. ~ Dobrze wiesz, dlaczego. - odezwał się cichy głosik w mojej głowie. Tak, mniej więcej wiedziałem, z jakiego powodu jest mi źle. Byłem alfą, synem swego ojca. Co zaznaczam przy każdej możliwej, nadającej się do tego okazji. I nie byłbym sobą, gdybym i teraz o tym nie wspomniał. Wcale tego nie chciałem. Te myśli przychodziły same. Widocznie, takie geny.
Eh. Nie rozumiałem siebie. Nie jestem aż tak nadęty. W sensie o ile moja pozycja tutaj jest daleka do mej wrodzonej, tak moje prawdziwe „ja” ukazuje się co chwilę, próbując dominować. Nie byłem z tego faktu zadowolony. Nie chciałem wracać do przeszłości. Zamierzałem porzucić wspomnienia o pierwszym domu i skupić się na „tu i teraz". Z drugiej strony to po prostu część mnie. Od kiedy dowiedziałem się prawdy o sobie, zastanawiałem się, jakby to było, gdybym wrócił. Jakby skończyło się moje spotkanie z rodziną?
Walka z Lupusem, czy doszłoby do niej? Czy wataha uznałaby mnie za przywódcę? Stanęliby u mego boku? Nie zrobiłem przecież nic złego. Moim jedynym błędem było podkulenie ogona. Gdybym tego jednak nie zrobił, zabiliby mnie. Westchnąłem głęboko w duchu. To nie miało sensu. Nic nie miało. I do tego awans na betę. Nowe obowiązki, które na mnie czekały. Ciąża Tsumi, mój romans z Lonyą i kłótnia z Naharysem...
Na samą wzmiankę o basiorze poczułem ukłucie w sercu. Wciąż mnie nienawidził. Tolerował, bo musiał. Jego spojrzenie było jednak nieprzyjemne. Odczułem to wyraźnie przed chwilą. Renesmee i jego wezwała, by awansować na Gammę. Teraz mieliśmy spędzać ze sobą jeszcze więcej czasu.
To nie będzie łatwe. Mam wrażenie, że rzucimy się sobie do gardeł. No cóż, wciąż nie wybaczył mi romansu z jego siostrą. Byłem zatem bardziej niż pewny, iż zaprzeczy wszystkiemu. Temu, że jestem odpowiednią osobą do tego stanowiska. Myślałem, że powie coś w stylu: „On się nie nadaje na Betę! To pieprzony Kasanowa, który nie potrafi utrzymać kutasa w ryzach". Jakim więc zdziwieniem było dla mnie, gdy niespodziewanie się uśmiechnął? Nie zrobił tego, co myślałem, że uczyni. Ba, pogratulował mi na koniec, gdy Rene wróciła do swoich obowiązków. My również postanowiliśmy to uczynić. Tzn. on wyszedł pierwszy, bez słowa pożegnania. Ja tuż po nim. Ledwo wyszedłem z jej jaskini. Na chwiejnych łapach. Nie zwróciłem nawet uwagi, kiedy znalazłem się na zewnątrz. Z wrażenia pokręciłem łbem, przymykając przy tym oczy. Nie wierzyłem, że ta sytuacja miała miejsce, choć tak właśnie było. To, co się wydarzyło, stało się naprawdę. Nie było tylko snem. Snem, który sobie wymyśliłem. To była jawa. Wciąż to do mnie nie docierało. I nie, że mam coś przeciwko temu awansowi. Stanowisko głównego bety to przywilej, który posiadają nieliczni. Zaufanie Renesmee, jakim mnie obdarzyła, jej pewność w moje umiejętności. W to, że podołam. Powinienem być przecież zadowolony. Ranga wyżej w sforze. Z jednej strony cieszyłem się, że mnie doceniono. Z drugiej, to było... niespodziewane. Ba, byłem kompletnie zdezorientowany. Nie wiedziałem, co mam myśleć i czuć. To, czym mnie uraczono, walczyło z pytaniami, na które nie zyskałem odpowiedzi. Do tego nie zapytała mnie o zgodę. Nie, nasza kochana Alfa podjęła decyzję za mnie. Po prostu oświadczyła mi, że ma być tak, a nie inaczej. Nie wiedziałem nawet, czy tego chcę Teraz to już jednak za późno na rezygnację. Przyjąłem stanowisko, nawet się nie zgadzając i postanowiłem wypełniać swoje obowiązku najlepiej, jak potrafiłem. I to zaczynając od teraz!
****
< Miesiąc później ~ "Szał rozpaczy" >
Miesiąc. Upłynął pieprzony miesiąc od powrotu do watahy. Czas, który przeznaczyłem na wdrążenie się w obowiązki jako Beta. Na treningi z młodocianymi wilkami, na naukę z Shori oraz na penetrowaniu terenów watahy. I rozmowy. Wiele rozmów z naszą Renesmee. O wszystkim i o niczym. O sprawach ważnych i tych małostkowych. Gawędziliśmy nawet o pogodzie. I minionej zimie. I deszczowej wiośnie. O wszystkim, co tylko przyszło nam do głowy. Czas mijał nam w przyjemnej atmosferze. Nie pamiętam już, kiedy byłem taki... zadowolony, szczęśliwy? Wszystko było dobrze, nic złego się nie działo. Nie myślałem i nie czułem. Do tego zbliżyłem się do Renesmee. Polubiła mnie. Chyba. Możliwe, że tak było. Choć niekiedy doprowadzałem ją do gorączki. I to bez erotycznych podtekstów. Co jest dziwne, bo byliśmy naprawdę blisko. Przez długi czas. Zdawałoby się, że coś się skrzyło. Migotało między nami. Do niczego nie doszło oczywiście. Nie próbowałem zaciągnąć Alfy do łóżka. A i ona nie wydawała się chętna. Zwyczajnie dobrze czuliśmy się w swoim towarzystwie. Zdawałem jej też raporty z każdego dnia. O każdej nieprawidłowości, błędzie i wykroczeniu. Wadera okazała się milsza i bardziej przyjacielska, niż na początku się wydawało. Wcześniej była chłodna, nieco zdystansowana. Byłem nowy, nic dziwnego. Nie ufała mi. Teraz jednak byłem jej Betom. Najbliższym przyjacielem. Liczyła się z moim zdaniem i wdrążała w swoje problemy. A ja słuchałem. Dziękowała również za każdym razem, że tak sumiennie wykonuje swoje zadania. Nie wiedziała tylko, z jakiego powodu to robiłem. Nie pytała, więc nie wyprowadzałem jej z błędu. Każdemu wydawało się, że jestem rzetelny. Idealna prawa ręka Alfy. Wierny i pracowity. Spędzałem wiele godzin na wykonaniu wszystkiego. Nieraz ledwo widziałem na oczy. Nikt jednak nie znał prawy. Nikt nawet nie przeczuwał, że to tylko gra. Ucieczka od prawdziwych problemów. Cięższych decyzji. Tych, które niedługo miały zmienić całe moje życie. Bo w końcu dojrzałem do nich. Podjąłem decyzję. Tylko nie wiedziałem, jak mam to zrobić.
Byłem zwyczajnym tchórzem. Omijałem przez długi czas z daleka to, czym powinien zając się już dawno. Od miesiąca bowiem nie widziałem się z Tsumi. Unikałem jej jak ognia. Jakby była pasożytem, czymś złym i niegodziwym. A przecież wcale tak nie było. W niczym nie zawiniła. Nic mi nie zrobiła. To ja zachowałem się jak dzieciak. Kompletny palant. Tchórzliwy szczyl, który nie dorósł. Wziąłem, co chciałem i tak, jak powiedział Naharys: Nie dałem nic w zamian. Bo troska i opieka, to nie to samo, co miłość i wierność. Schrzaniłem po całości. I przyjdzie mi za to płacić. Nie powinien był tak długo zwlekać. Wadera była przecież w ciąży z moimi szczeniakami. To były moje dzieci, które niedługo powitają nowy świat. Jej brzuszek z pewnością jest już widoczny. Musi. A mnie przy niej nie ma. Bo z niepewności nie wiedziałem, co mam robić. Wiem, że plotę bez sensu, ale... Nie kocham jej. Jestem tego świadom. Nie jest to miłość taka, jaka powinna być. Taka, która sprawiłaby, że chciałbym spędzić z nią resztę życia. U jej boku, jako partner. Jestem przegrywem. Śmieciem. Nie tak powinien zachowywać się przyszły alfa. Ale... Lubię ją, owszem. Spędziliśmy razem cudowne chwile. Wspólne spacery, polowania, ale także upojne noce. Zabawy, które skończyły się, jak się skończyły. W ciąży. I nie zamierzałem od tego dłużej uciekać. Byłem gotowy. Spędziłem miesiąc na podejmowaniu decyzji. Jakby to było wielkie halo. Nic złego się przecież nie stanie. Oświadczę się Tsumi. Stanę się jej partnerem. Ona mą Panią. Tylko jej będę wierny.
Na samą myśl poczułem dziwne ukłucie. Me serce należało do innej. Nie do Tsumi. Wiedziałem jednak, że nie mam wyboru. Nie chciałem wyjść na kutasa. Casanowę, który tylko pieprzy. Skoro byłem w stanie się z nią kochać, będę też w stanie zająć się swoim potomstwem. Zaopiekuję się nią i nimi. Będę najlepszym partnerem i tatą, jaki tylko istnieje. Lepszym od mego ojca. Co prawda nie był wcale taki zły, tylko... traktował mnie zupełnie inaczej, niż Lupusa. Ni to jak kogoś gorszego, ni to jak kogoś równego. Raczej tak, jakby był mną rozczarowany. Porównywał mnie do brata i chyba był zły, że to ja odziedziczyłem po nim zdolności. Lupus zaś nie miał nic z alfy. Siła, którą posiadaliśmy, otrzymywało tylko pierwsze narodzone szczenię. A ja byłem drugi. Był tego pewien. Wyszło jednak zupełnie inaczej. Lupus nie był nawet jego dzieckiem. Tylko ja. Byłem pierwszym i to ja... Eh... Zresztą, nie mam czasu się nad tym głowić. To przeszłość. A muszą się skupić na przyszłości. Na tym, co zamierzam zrobić.

*****
Westchnąłem ciężko, siedząc na małej górce nieopodal gór. W dole rozpościerał się przepiękny widok. Tereny watahy, jak okiem sięgnąć, znajdowały się tuż przede mną. Ciągnęły się aż za horyzont. W miejscu, w którym znikało słońce każdego wieczoru. Teraz ta migocząca gwiazda znajdowała się tuż nade mną, przyjemnie muskając mnie swymi językami. Ciepło promieniowało po całym mym ciele, ogrzewając je i pieszcząc. Delikatny wiaterek rozwiewał futro, zmuszając do powolnego tańca. Nabrałem głębokiego wdechu. Wstałem, gotowy do działania. Żadne myśli nie zaprzątały mi już głowy. Miałem czysty umysł, spokojnie sunący po niebie. Puściłem się biegiem, ruszając od razu w stronę mojego przeznaczenia. Ze zdobytych Informacji wynikało, że Tsumi nie opuszczała jaskini przez kilka dni. Dobrze, łatwiej ją znajdę. Przyśpieszyłem. Krok za krokiem, łapa za łapą. Coraz szybciej i coraz dalej. Sprawnie wymijałem drzewa, przeskakiwałem nad rozwalonymi kłodami. Przedzierałem się przez zarośla. Będąc blisko jej jaskini, zaciągnąłem się wonią lasu. Wyczułem ją. Była niedaleko. Błyskawicznie skręciłem w lewo, ku jej zapachowi. Jeszcze tylko chwila. Zwolniłem, wychodząc zza gęstwiny krzewów. Dostrzegłem ją. Uśmiechnąłem się szeroko na jej widok.
- Dzień dobry Tsumi, jak się dziś masz? - zapytałem, podchodząc do niej. Zwolniłem jeszcze bardziej. Coś było nie tak. Nie wyglądała na... szczęśliwą, że mnie widzi. W jej oczach dostrzegłem dziki błysk. Zacisnęła zęby. Z jej gardła wydobył się warkot. Przyjrzałem się jej. Jej brzuch był płaski. Zmarniała. Bardzo. Do tego te cienie pod oczami jakby od płaczu. Czy ona płakała? Może nie jadła? Coś ją dręczyło lub ktoś zrobił jej krzywdę, a ja głupi nic w tym kierunku nie uczyniłem?! A jeśli dzieciom coś się stało? Co, jeśli nie rozwijają się prawidłowo? ~ To nie czas i miejsce na myślenie, ona źle się czuje! - skarciłem się w myślach. Z duszą na ramieniu, zrobiłem jeszcze jeden krok. Tym razem mniej pewny swego. - Martwiłem się, jak przez te kilka dni nie wychodziłaś. Potrzebowałaś nacieszyć się spokojem, prawda?
- Zamilcz. - po raz pierwszy odezwała się do mnie takim tonem. Nie, ona zasyczała. Jej głos nie był jej głosem. Nie przesłyszało mi się. Ten był jakiś... zbyt twardy, lodowaty. Nienawistny. Wzdrygnąłem się. Nieprzyjemny dreszcz przebiegł mi wzdłuż kręgosłupa. Cofnąłem o krok. Czas stanął w miejscu. A wraz z nim także i ja. Niczym zamrożona figura, nie potrafiłem wykonać ruchu. Stałem jak kołek, wpatrując się w nią. Uśmiech zszedł mi z pyska. Serce zaczęło szybciej bić. Nie rozumiałem, co tu się odwala. Złe przeczucia zaczęły krzyczeć mi gdzieś z tyłu głowy. Działo się coś potwornego! Tylko co?!
- To wszystko twoja wina. Jak śmiesz mi się pokazywać na oczy?! Ty męska zdradziecka szujo! Ufałam ci! - krzyk Tsumi niósł się echem po lesie. Zaraz, co? Jaka zdradziecka szujo? Moja wina? Co ja jej niby zrobiłem?! O co tu chodzi? Ma okres, czy to wina hormonów?! Próbowałem jej przerwać, ale uciszyła mnie jednym spojrzeniem. Syknęła na mnie z nienawiścią. Cofnąłem się, znowu. To nie była Tsumi.
- Jesteś łajdakiem. Każdą tak traktujesz? - każd... Nastroszyłem uszu, domyślając się automatycznie, o co chodzi. Czyżby dowiedziała się o moim romansie z Lonyą? Nawet jeśli, nie byliśmy wtedy oficjalnie razem. Nie powinna mieć do mnie o to pretensji. I w jaki sposób ją niby traktowałem? Opiekowałem się nią. Przez cały czas. Dawałem ciepło i bezpieczeństwo!
- Najpierw czułe słówka, a potem do przelecenia na jedną noc, może dwie? Zero odpowiedzialności za swoje czyny. Nawet gdy powiedziałam ci o ciąży, ty... - jej głos się załamał. Spuściłem wzrok. Miała racje, źle wtedy zareagowałem. Byłem tak bardzo zły, wściekły. Wyładowałem na nią swą złość. Nie powinienem był. Chciałem przeprosić, wytłumaczyć się, lecz jej dalsze słowa, głęboko wbiły się w mój umysł.
- Wiem co cię łączy z Itami. - znów poczułem to przedziwne zimno, wzdrygnąłem się. - Wiem, co robiliście. A ja głupia chciałam ci wyznać miłość, podczas gdy ty sobie ją bzykałeś... - spojrzałem na nią nieco z urazą. Po pierwsze, ja pieprzę, a nie bzykam. Albo się kocham. Zależy, czy jest delikatność, czy ostrość. Po drugie, z jakiej racji mi to wypomina? Nie byliśmy i nie jesteśmy parą. Wiedziała, na co się pisze! Nic nas poza seksem nie łączyło! Nic. Dobrze nam było razem, jednakże niczego sobie nie obiecywaliśmy. Nie było szalonych wyznań miłości ani przysięgi wierności. Czego ona zatem oczekiwała?
- Żałosne, doprawdy żałosne. I to nie tylko ja, ale i twoje zachowanie. Każdą kolejną waderę zamierzasz puknąć? Kretynie, czy kiedykolwiek wziąłeś pod uwagę uczucia każdej z osobna? - nie, nie wziąłem, bo żadna nie dała mi do zrozumienia, że chce partnera na całe życie! Myślałem, że to jasne, jak słońce. Widocznie się myliłem. - Myślisz, że każda będzie ucieszona z takiego numerka? Nawet jeśli niską się cenią, dalej chcą więcej. A ty im tego nie dajesz, wręcz odbierasz. Jesteś dokładnym przeciwieństwem tego, co się szuka u drugiej połówki. Nie jesteś wart czegokolwiek. - jej słowa bolały. Nie zgadzałem się z nią. Miałem ochotę warknąć, ale się powstrzymałem. W duchu jednak przewróciłem oczyma. Wyolbrzymia problem. Jesteśmy zwierzętami, w naszej naturze zakodowany jest seks. I zawsze będzie. Nie zmuszałem żadnej z moich przyjaciółek. Wszystkie potwierdziły, że tego pragną. Nigdy nie powiedziały, że chcą czegoś więcej. Na Boginię i Ojca, miałem do tego prawo! Nosz do k*rwy nędzy, cała ta konwersacja nie miała sensu. A nie przepraszam, nie mogę tego nawet tak nazwać, gdyż to ona głównie gada. I mnie wyzywa bez końca, a ja niczego złego nie zrobiłem! Mogła od razu powiedzieć, że chce ze mną być. Zamiast mi teraz wypominać skoki w bok!
- Haha, wiesz co? Nawet nie musisz się martwić o swoje młode. Poroniłam, przez ciebie. Zniszczyłeś mi wszystkie moje najgłębsze marzenia. Odebrałeś mi wszystko, czego pragnęłam, ale hej... - w głowie zaczęło mi szumieć. Ja... k*rwa... Nie... Nie wierzę, to się nie stało. Ona... poroniła. Naszych szczeniąt już nie ma! Nie docierało to do mnie. Słyszałem w umyśle jednak jej słowa. Wciąż i wciąż dźwięczało mi to zdanie „Poroniłam, przez ciebie". Jak to przeze mnie? Co ja takiego zrobiłem? Znaczy, owszem ignorowałem ją przez miesiąc, walcząc z samym sobą... ale to nie ja spowodowałem, że je straciła. To nie moja wina. Nic nie zrobiłem! A może, to był właśnie problem? Nie pomogłem, nie byłem przy niej. Jestem kretynem, idiotą. Łotrem... - Ojej, czyżby cię to bolało? - jak we mgle słyszałem jej szyderczy ton. Przesłodzony, z kpiną wymalowaną na pysku. - Pewnie duma, co? A wiesz co? Gówno mnie to obchodzi. - warknęła na mnie ponownie. Nie zareagowałem. Nie potrafiłem. Zrobić cokolwiek... to było za dużo. Tyle straconych dni na podjęcie decyzji. Chciałem dobrze. Mieliśmy być razem i wspólnie wychowywać nasze młode... A ich już nie ma. Nie ma, nie ma! - Przeleciałeś mnie przynajmniej raz, kiedy już miałeś Itami na boku. A może to ja byłam tą drugą? Bez różnicy. Nawet nie jest mi cię szkoda w tym stanie. Dupcz sobie dalej Itami i kolejne, przecież tylko to się dla ciebie liczy. Żal mi jedynie twoich podbojów, zwłaszcza po zorientowaniu się przez nie co sam sobą reprezentujesz. Ja umywam od tego łapy. Nie zamierzam cię już widzieć na oczy kiedykolwiek. - Ostatnie zdania wypowiedziała z mocą. Nienawiścią i pogardą. Przeszła obok mnie. Zignorowała. Czułem się... pusto... Odeszła. A wraz z nią wszystko, co z nią związane... A mnie poniosły łapy. Jak najdalej. Byle nie myśleć. Byle nie czuć. Moje dzieci nie żyją. Moje maleńkie szczeniaki nie powitały nowego świata. I nigdy już nie powitają.

******
< Wzloty i upadki >
Ból rozsadzał ciało od środka. Głowa pulsowała. Mięśnie błagały o rozluźnienie. Jęczałem głośno, łkając, sapiąc i warcząc. Bezsilność i strach otaczały mnie zewsząd. Czułem, jakby w moim wnętrzu wybuchł wulkan. Było mi na przemian zimno i gorąco. Paliło w gardle, nie mogłem złapać oddechu. Miotałem się w konwulsjach. Łzy ciekły strumieniami, kapiąc i rozbijając się o podłoże. Niknęły błyskawicznie, wsiąknięte przez glebę. Pozostały tylko ślady. Małe kleksy. Nic poza tym. Gdyby tak wszystkie problemy mogły nagle wyparować. Zniknąć i nie wrócić.
Cisza i pustka owładnęły mnie. Szum w uszach zagłuszał wszystkie inne dźwięki. Dusiłem się, szlochając w bezdennej pustce umysłu. Nie wiem, czy kiedykolwiek byłem w takim stanie. Nic do mnie nie docierało. Gniew miotał mną na wszystkie strony. Czułem żal i złość. ~ Nic złego nie zrobiłem! Jestem niewinny! To nie przeze mnie poroniła! - warknąłem, łapiąc głęboki haust powietrza. Byłem taki żałosny. I słaby. Wzrokiem omiotłem okolice. Znałem to miejsce. Chyba. Nie byłem pewny. Drzewa w lesie zawsze wyglądają tak samo. Tu też się nic od siebie nie różniło. No, poza skałką na niewielkim wzniesieniu. W dole rozpościerał się widok na dalsze tereny watahy. Odległe od domu.
Strop nie był stromy, podszedłem do krawędzi. Zamknąłem oczy. To by było takie proste. Po co mi ten ból? Nie jestem nikomu potrzebny, nie mam niczego. Nic mnie już tu nie trzymało. Czułem tylko pustkę. Jakby mi czegoś brakowało. Dlaczego zatem nie potrafiłem ze sobą skończyć? Pomysł niczym zaćma przyszedł i odszedł. Już po chwili nie wiedziałem, co dokładnie chciałem uzyskać. O czym myślałem, podchodząc do krawędzi. Cofnąłem się. Już nie szlochałem. Łzy rozpaczy przestały cieknąć. Zastąpiła je niepohamowana złość. Otarłem oczy wierzchem łapy. Zawarczałem donośnie, a mój głos niósł się echem. Zacisnąłem mocno zęby. Pazury wbijałem głęboko w ziemię przy każdym kroku. Pozostawiałem wyraźne ślady, kręcąc się w kółko.
Czemu zawsze ja? Dlaczego to nie mógłby być ktoś inny? Z jakiej racji to mnie rzucano ciągle kłody pod łapy, jakbym był jakimś popychadłem. Kimś, na kim można się bez przerwy wyżywać! Przeklęty los, cholerne przeznaczenie! Mogliby dać mi wszyscy święty spokój! Najpierw brat wygania mnie z domu, potem dowiaduje się, kim tak naprawdę jestem. Własna matka wyruchała mnie na wszystkie strony. Zdradziła mnie i sforę! Naharys odwrócił się ode mnie, bo spółkowałem z jego siostrą. Jakby miał coś tutaj do powiedzenia, byliśmy dorośli! Renesmee postanowiła obarczyć mnie tyloma obowiązkami, że ledwo dychałem, a sama bawiła się ze swym synem.
Japierdole, a teraz Tsumi poroniła i całą winę zwaliła na mnie, bo przespałem się z Itami w czasie, kiedy MY nie byliśmy nawet razem! O to miała do mnie niby pretensje? Co ona sobie myślała, że oddając swoje ciało, nagle stanę się jej jedynym!? Nic sobie nie obiecywaliśmy! Może jednak od razu powinienem jej się oświadczyć przy naszym pierwszym spotkaniu, ówcześnie wyznając miłość po grób, zamiast bawić się w dżentelmena!? Dobre sobie!
Co rusz odtwarzałem w głowie naszą „konwersację”, a raczej wyzwiska, jakimi mnie uraczyła. I te głupie pytania, które zadawała. Złość buchnęła na nowo. Moje oczy zmieniły kolor. Nie zgadzałem się z jej opinią, w ogóle. Jedynie moja reakcja na wieść o ciąży była przegięciem, cała reszta to stek bzdur! Co ma mój romans z Itami do jej poronienia? Że niby ze stresu straciła młode? Bo nie byłem jej wierny? Jak mógłbym być, skoro nie byliśmy parą!? Tylko się pieprzyliśmy! Nie było wyznań miłości i obietnic! Mogła wcześniej zaznaczyć, że chce mnie dla siebie! A tymczasem ona...
Tsumi była zrozpaczona i wkurzona po utracie dzieci, ale na Boginie, to także były i moje maleństwa! Czy ona myślała, że nie mam uczuć?! Że nic nie znaczyły dla mnie moje szczeniaki? Tak się cieszyłem, że niedługo się pojawią. Przez cały miesiąc przygotowywałem się do roli ojca. Zbierałem wszelaki informacje. Dopytywałem Rene, jak to było, gdy Niko był malutki. Zagadywałem inne samice, a nawet odważyłem się zapytać Naharys'a. Choć ten tylko prychnął tylko na mnie, zaciskając przy tym zęby. I wszystko na nic, bo ta... ught... ~ Nie Atrehu, nie jesteś taki, nie wyzwiesz w swoim marnym życiu żadnej wadery. Miała prawo być wstrząśnięta... Ja rozumiem wszystko, ale nie to, że się na mnie wyżyła! Zawsze się coś musi spieprzyć.
- Jak mogła... Nic jej nie obiecywałem... Nie jestem niczemu winien... - jak mantrę powtarzałem te słowa w kółko. Jakby miało to w czymkolwiek pomóc. Sam siebie próbowałem przekonać, że nie jestem temu winien.
- Atrehu... - super, jeszcze jej tu brakowało. Po jaką cholerę tu przychodziła?! By mnie dobić? Pokazać, że dobrze mi tak? A może zacznie się użalać nad moim biednym losem, bo przecież wielkiemu Atrehu, zawsze mężnemu i silnemu nagle grunt usuwa się spod łap!?
- Czego chcesz? - syknąłem wściekle w jej stronę. Nie byłem w nastroju do pogaduszek. Nie miałem ochoty się z nikim widzieć. Pragnąłem być sam! Dlaczego tak trudno to zrozumieć?! - Niczego od ciebie nie chcę, idź w cholerę i zostaw mnie w spokoju!
- Nigdzie nie pójdę. Nie teraz! - warknąłem na jej słowa, wytrącony z równowagi. Jeszcze będzie mi tu pyskować małolata! Czego ona nie rozumie? Czy nie widzi, co się ze mną dzieje? Wie przecież doskonale, że mogę jej zrobić krzywdę. Byłem wściekły, agresywny. Przeważałem nad nią dosłownie wszystkim. Wystarczyłby jeden cios, nawet nie silny, a leżałaby martwa. Nie zrobiłem tego oczywiście. Nie zrobiłem jej nic. I chyba nie byłbym w stanie. Nigdy nie byłem. Co innego silny basior, z którym można konkurować, a co innego mała, słaba samica. Na dodatek taka, która nie potrafi polować. Poza tym wadery się chroni, one tego potrzebują. Należy o nie dbać i dawać im wszystko, czego zapragną. I nie należy niczego oczekiwać w zamian. Na końcu i tak Cię wyrolują, zmieszają z błotem i jeszcze wytrą Tobą podłogę. Zbyt wiele razy przez to przechodziłem.
Wbiłem puste spojrzenie w jeden punkt. Powrót do wspomnień. Tych sprzed wygnania, w jego trakcie, aż do rozmowy z Tsumi. Obrazy na nowo przelatywały przed oczyma. Zacisnąłem zęby. Jej nienawistne spojrzenie, słowa wypowiedziane z pogardą. K*urwa, ja nie chcę ich widzieć!
- Nic jej nie obiecywałem... - szepnąłem zrezygnowany, zataczając kolejne kółko. Czułem się wyprany, rozmemłany. Zmęczony całą tą sytuacją. Tym bagnem. Jak nikt pragnąłem zniknąć. Otworzyłem oczy, które nie wiem, kiedy zamknąłem. Znikąd na mej drodze pojawiła się Itami. Usiadła jak gdyby nigdy nic. Zatrzymałem się. Spojrzałem na nią z góry, wściekły, że stanęła mi na drodze. Ten upór w jej oczach, zacięta mina. Warknąłem, klnąc przy tym siarczyście. Chyba niedostatecznie się wyraziłem, skoro wciąż tu jest.
- Atrehu, powiedz, co się stało?- Nie twój interes, smarkulo. Zostaw mnie! - z tymi słowami przeszedłem nad nią, ciesząc się w duchu z jej niskiego wzrostu. Serce zabiło mi jednak mocniej. Poczułem dziwny dreszcz. Załaskotało mnie między łapami. Zrobiło mi się goręcej. Płonąłem. Zacisnąłem uda, trąc je o siebie. Niemożliwe. Chyba. Chociaż... Tak, zdecydowanie to było to. Musiałem zahaczyć. Czymś o Itami. Rumieniec wpełzł na policzki. Myśli zmieniły swój tor lotu. Na chwilę wszystko przestało mieć znaczenie. Potrząsnąłem głową, odganiając nieczyste pragnienia. Dawno nie pieprzyłem. Pościłem od tak dawna. Od gorącej nocy z Lonyą. Moje ciało domagało się bliskości. Hormony buzowały w żyłach. Uch, mmmm... Oblizałem pysk. Przełknąłem ślinę. Uf. Musiałem się uspokoić. Natychmiast. Nim zrobię coś głupiego. Nie, żebym nie chciał, ale... nie w tej chwili. Nie w takiej okoliczności. Nie po tych wydarzeniach. Wziąłem głęboki wdech. Niewiele to pomogło, ale zawsze jednak coś...
Znienacka poczułem uderzenie. Niezbyt silne, ale wystarczające. Coś we mnie dosłownie wbiegło. Zachwiałem się, cofając o krok. Mój błąd. Bardzo zła decyzja. ~ Itami, co ty? - chciałem zapytać, lecz zamiast słów, z mojego gardła wydobył się krzyk. Nie zdążyłem chwycić się gałęzi. Sturlałem się po zboczu. Zahaczając o ostre krzewy, wylądowałem pod drzewem. Wszystko trwało może z kilka sekund. Prawdopodobnie. Nie wiem. W głowie mi szumiało, widziałam potrójnie. Okolica wirowała. Obraz był zamazany. Bolało. Gniew za to wyparował. Coś go ze mnie wyrwało. Czułem odrętwienie, dziwny spokój. Wybudziłem się z letargu. Nade mną stała Itami. Kolejny powód mej nieszczęsnej niedoli. Z jakiegoś jednak powodu nie potrafiłem się już gniewać. Byłem spokojny. Niczym wolno płynący strumyk.
- Coś ty mi zrobiła?
- Tśśś... Już dobrze. - nie wiedziałem, co mi zrobiła, ale byłem jej za to wdzięczny. Przewróciłem się na brzuch, pozwalając przyjaciółce na powolne, zmysłowe ruchy. Wadera dosłownie masowała moje obolałe ciało. Rozluźniłem się. Czas jakby się zatrzymał. Nic nie miało znaczenia. Tylko ja i Itami. Wszystko inne odeszło w niepamięć. Zrelaksowałem się. Zamruczałem zmysłowo. Na tyle cicho, by tego nie usłyszała. Kątem oka spojrzałem na nią. Skupiona na swojej pracy, zręcznie naciskała na mięśnie. Wyczułem, jak jej energia faluje. Obudziła w sobie zdolności. Zanim mnie wygnano, jeszcze ich nie znała. Była za mała. Teraz już jest dorosła. I potrafi nad nimi panować. W sumie nie pytałem nigdy, jakie posiadła. Będę musiał to nadrobić. Później. Teraz liczyła się błoga cisza. I masaż. Było tak błogo. Nie chciałem, by to się kiedykolwiek skończyło. Nic co dobre, nie może jednak wiecznie trwać. Ciszę przerwała oczywiście wadera. Wypowiedziała pytająco moje imię. Byłem świadom, o co chce zapytać. Westchnąłem, zakopując pysk w jej miękkie futro. Nie chciałem do tego wracać. Wiedziałem jednak, że nie odpuści.
- Co się stało? Co cię tak wnerwiło? - nie odpowiedziałem od razu. Długo zbierałem myśli. Od czego miałem zresztą zacząć? Nie wiedziałem, co już wiedziała, a co powinna wiedzieć. Czy ujawnianie wszystkiego miało sens? Nie chciałem i jej stracić. Wiedziała o moim romansie z Tsumi. Wszyscy wiedzieli. Czy wiedziała też o Lonyi? I czy mimo tego i ona liczyła na coś więcej? Westchnąłem, patrząc w niebo.
- Ughh... Wszystko moja wina. Opuściła mnie, ale z drugiej strony nic sobie nie przyrzekaliśmy... - szepnąłem, nie bardzo wiedząc, co dalej. Ból powrócił, choć już nie tak silny, jak wcześniej... Żal i smutek w moim głosie były wyraźnie wyczuwalne. Pozwoliłem słowom płynąć. - Najbardziej jednak wściekam się, że nie potrafiłem nic zrobić w kwestii jej poronienia... jakimś cudem udało się dowiedzieć jej o nas i naszym występku. - o ile można to tak nazwać, bo przecież seks to nic złego. - To ją dobiło.
- Więc i ja czuję się winna. - wadera nieśpiesznie zeszła ze mnie, po czym spojrzała na mnie. - Wszystko w porządku? - nie wiedziałem, co odpowiedzieć, bo i po co? Zamiast tego wstałem, uśmiechając się do łagodnie.
- Przeżyję. Jakoś to przeżyję. - niespodziewanie Itami wtuliła się we mnie, kompletnie mnie tym zaskakując. Moje serce zabiło mocniej na ten czuły dotyk. Na chwilę zesztywniałem, po czym przygarnąłem ją do siebie. Ciepło jej ciała było kojące dla duszy. Pozwoliłem nam tak trwać. Nie, ja chciałem, by to trwało. Potrzebowałem tego niczym życiodajnego powietrza. Uśmiechnąłem się nawet, czego zapewne nie widziała. Była taka malutka, drobniutka. Gdy stałem, sięgała mi ledwo do ramienia. Teraz jednak bez problemu wtulała się w mą pierś, muskając mnie przy tym łapami. Cudowne uczucie. Zamknąłem na chwilę oczy.
- Atrehu? - odsunąłem się tylko minimalnie, by na nią spojrzeć. Jej słodki zapach dotarł do moich nozdrzy. Zaciągnąłem się nim. Był subtelny, delikatny. Kojący i uwodzicielski zarazem. Nasze oczy się spotkały. Tylko na chwilę, ale to wystarczyło, by na nowo wzniecić płomień pożądania. Poczułem znajomy gorąc. Zerknąłem na jej wargi. - Wiesz, że... jesteś moim przyjacielem. Niezależnie od tego, co się stało. Współczuję Tobie i Tsumi. Bardzo, ale to bardzo mi przykro. Chciałabym jakoś cofnąć czas. Wiesz, ja również czuję się winna...
- Nie obwiniaj się o to. - przerwałem jej stanowczo, nim powiedziała o kilka słów za dużo. Nie powinna czuć się winna. Nic złego nie zrobiła. - To była moja... Ehhh, nieważne. Zapomnij o tym. - potrząsnąłem łbem, przyciągając ją do siebie mocniej. Chciałem poczuć je ciepło. Ciało przy ciele. Pozwoliłem sobie chłonąć każdą chwilę, nie przejmując się nikim i niczym. Pragnąłem po prostu być. Tu i teraz. Nie ważne, jak długo by to trwało.

*******
Słońce zaczęło zachodzić, zrobiło się zimno. Znaczy nie mnie, lecz Itami. Pomimo darmowej grzałki w postaci mojego ciała, trzęsła się delikatnie. Oddychała bardzo spokojnie i miarowo. Z jej uchylonego pyska wydobywała się para. Polizałem ją za uchem, zamruczała zmysłowo. Otarła się głową o mą pierś, poprawiając swoje ułożenie.
- Czas iść. - szepnąłem, zdając sobie sprawę, że wadera usnęła. Uśmiechnąłem się rozczulony. Również byłem zmęczony, oczy same się zamykały. Nie chciałem jednak spać na zewnątrz. Zbierało się na deszcz. Chłodny wiatr targał naszymi futrami. Słońce już dawno znikło, zasłonięte przez ciemnoszare chmury. Starałem się osłonić jej ciało przed zimnem. Pomyślałem jednak, że nie ma lepszego miejsca na sen, niż sucha, ciepła i przyjemna grota. Tylko w jaki sposób mam ją tam zaprowadzić, jednocześnie jej nie budząc? Nie wiedziałem, ale musiałem chociaż spróbować. I być na tyle szybki, by wszystko przebiegło bez zakłóceń.
Spojrzałem na waderę i okolicę, analizując naszą sytuację. Miałem kilka opcji, lecz tylko jedna wydawała mi się wykonalna. Odsuwając się sprawnie, błyskawicznie znalazłem się pod nią. Pozwoliłem jej głowie opaść na mój kark. Skupiłem swoją energię, przekierowując ją na przyjaciółkę. Używając w niewielkiej ilości elementu przestrzeni, zdołałem teleportować Itami na mój grzbiet.
Miałem ochotę skakać z radości. Udało się, za pierwszym razem! Wiedziałem, że to sukces nad sukcesami. Do tej pory byłem w stanie przenosić tylko siebie z miejsca na miejsce. Widocznie stałe treningi na coś się przydają. Podniosłem się z ziemi, kierując się powoli w stronę jej jaskini. Była dużo bliżej od mojej i z całą pewnością zmieścimy się oboje. Starałem się zbytnio nie wiercić, lecz ciężko utrzymać ciało w pionie, schodząc ścieżką w dół.
Kapło mi na nos. Strzepnąłem kroplę deszczu. Po niej niestety pojawiła się kolejna, beztrosko uderzając o moją głowę. Super. Nie uciekniemy przed deszczem. Spojrzałem w górę. Niebo przecięła błyskawica, rozświetlając okolicę, a po niej nastąpił potężny grzmot. Itami zerwała się z mojego grzbietu z krzykiem. Spadła z mojego grzbietu.
- Spokojnie, to tylko bur... - wadera schowała się pode mną, trzęsąc się jak osika na wietrze. Bała się burzy? Chyba, możliwe. Nie wiem. Wyglądała na przestraszoną. Nie dziwiłem się jej. Obudziła się na zewnątrz przez huk i błyski. Ja sam pewnie bym się bał.
- Za... zabierz mnie stąd, proszę! - rozglądnąłem się dookoła. Wszędzie drzewa, ale nigdzie nie widziałem lepszego schronienia. Westchnąłem nieco zrezygnowany. Gdzie mam ją zabrać? W głowie zaświeciła mi się myśl. Wpadłem na pomysł. Przypomniało mi się, że takowa sytuacja już była. Gdy szliśmy do watahy Naharysa. Zrobiłem po prostu to samo, co poprzednim razem. Zamknąłem oczy, skupiając swoją moc na otoczeniu. Wyciszyłem wszelkie dźwięki. Promień energii wystrzelił, ukazując mi widok, jakby z lotu ptaka. Widziałem każde wgłębienie, dziurkę, a nawet zwierzęta w okolicy. Moc przestrzeni jest potężna i posiada wiele możliwości. Jedną z nich jest wykrywanie suchych miejsc. Błyskawicznie zlokalizowałem niewielką grotę nieopodal. Zapewne pozostawiona przez lisy, stanowiła dla nas jedyną dostępną opcję.
- To nie daleko, dasz radę iść?
- Prowadź, byle szybko! - ruszyliśmy sprintem, a im bliżej byliśmy, tym szybciej pogoda się pogarszała. Byliśmy już nieco zmoknięci, gdy dotarliśmy do celu. Spojrzałem na Itami, wyglądała uroczo. Mokra, woda lała się z niej strumykiem. Wiedziałem, że nie wyglądam lepiej. Nasze spojrzenia się spotkały, oboje zachichotaliśmy. Zaraz jednak Itami zatrzęsła się z zimna. Dreszcz przebiegł jej wzdłuż kręgosłupa.
- Choć, ogrzeje Cię! - sugestywnie położyłem się na grzbiecie, w najcieplejszym kącie jaskini. Spojrzała na mnie z rumieńcem, powoli sunąć w moim kierunku. Ruchy jej bioder były zmysłowe, a oczy utkwione w moich, skrzyły się błękitnym blaskiem. I czymś jeszcze, co znałem aż za dobrze.

Itami? Co ty na to?

PODSUMOWANIE 
Ilość napisanych słów: 7688
Ilość zdobytych PD: 3844 + 70% (2691 PD) za długość powyżej 7000 słów.
Obecny stan: 6535

sobota, 2 kwietnia 2022

Od Lonyi c.d Atrehu | Naharys | Pina | Tsumi ~ W głowie się nie mieści

Tsumi jest w ciąży?! Słowa brata wwierciły się w mój umysł, przez chwilę nie dopuszczając żadnego innego dźwięku, jakby świat wokół mnie zamarł. Łapy nie pozwoliły postąpić kolejnego kroku, a jedyne na co pozwalało mi ciało to bezradne obserwowanie jak Naharys wygraża się leżącemu pod nim Atrehu.
Ostatnie chłodne spojrzenie brata w moją stronę wyrwało mnie z paraliżu. Dlaczego tak się czułam? Dlaczego te słowa tak zabolały? Nie, przecież to nie może być prawda. Atrehu... on nie jest taki, nie może być. Nie zrobiłby jej tego.
- Atrehu? -W głowie miałam pustkę, a jednocześnie miliony myśli, chaotycznie wirujących w umyśle. W tamtej chwili, byłam w stanie jedynie wymówić jego imię.
Basior odpowiedział na zawołanie, kierując na mnie swój wzrok. Nie byłam w stanie jednak spojrzeć w jego oczy. Nie odzywał się, tylko cierpliwie czekał, aż w końcu się wysłowię, ponieważ od dłuższej chwili w mojego pyska nie był w stanie wyłonić się nawet jeden dźwięk. Bezcelowo poruszałam żuchwą, licząc, że to coś da. Trudno było mi zapanować nad zagubionym umysłem i ciałem, którego mięśnie w żaden sposób nie chciały dać się zdyscyplinować. Najtrudniej jednak było zapanować nad sercem, którego od dłuższego czasu uderzało w rytm racic spłoszonego stada saren. Nie wiem ile czasu tak stałam, robiąc z siebie wariatkę, jednak Atrehu w końcu doczekał się reakcji z mojej strony-zbliżyłam się na sztywnych nogach, siadając blisko niego.. - To, co mówił Naharys...To prawda, że Tsumi jest w ciąży z Twoimi szczeniakami?
Teraz to on stał jak wryty. Czułam jego zakłopotanie, a raczej widziała, gdyż mięśnie żuchwy drgały, zaciskając się i na zmianę rozluźniając, jednak nie zajęło mu to tyle czasu co mi, aby opanować nerwy i posadzić zad na ziemi, gdzie jeszcze chwilę wcześniej, mój brat wyrzucał ze swego pyska jad. Nie wiem, czy zrobił to przypadkiem, czy może jednak celowo, ale przytknął swój bark do mojego, dbając o ich zetknięcie. Nie protestowałam, a może jednak powinnam?
- Tak - dodał po chwili.
Poczułam mrowienie wzdłuż kręgosłupa. Nie to, które poprzedniej nocy wprowadzało mnie w euforyczny stan. - I uprzedzając Twoje niezadane pytanie. Dowiedziałem się o tym tuż po tym, gdy odprowadziłem Cię wczoraj do jaskini...
Nie zrobił, więc tego celowo. Serce pierwszy raz od dłuższej chwili spowolniło ten szalony galop w klatce piersiowej. Strach ustąpił teraz miejsca złości. Ogromnej wściekłości, którą pałałam do brata. Uważałam go za rozsądniejszego, a już na pewno nie za kogoś, kto rzuca się z kłami w stronę przyjaciela na podstawie źle wyciągniętych wniosków. Pozwolił, aby emocje wzięły górę. Tak nie powinien robić syn przywódców watahy szczycącej się osiągnięciami bojowymi.
Furia kotłowała się w mnie, zwłaszcza kiedy rudy wilk starał się bronić Exana. Nie miałam zamiaru kryć mojej niechęci wobec brata. Nie po tym, co zrobił. Zrobiło mi się szkoda mojego towarzysza. Poturbowany, zaszczuty przez bliskiego mu wilka, a mimo to nadal pozostał mu wierny, broniąc jego stanowiska.
Teraz również chciał coś powiedzieć, jednak oparł łeb o moją pierś, po czym momentalnie zamilkł. Ponownie ogarnęła nas cisza, którą wykorzystałam na czerpanie przyjemności z czułego dotyku drugiego wilka.
***
Wsłuchałam się w historię Atrehu, który zdecydował się podzielić ze mną swoją przeszłością, która jak można było się spodziewać po poznaniu sekretu jak jego matka próbowała przed nim zataić, nie była usłana różami. Może w fazie wstępu, gdzie jego ówczesna wybranka była dla niego całym światem.
Podstępnie skradła jego serce, wykorzystując uczucie jakim ją obdarzył do pozyskiwania zachcianek. Ciało Atrehu zdradzało jego emocje. Pewnie nawet nie był świadomy, jak w niektórych momentach jego głos wręcz niezauważalnie się załamywał, a pazury wżynały się w ziemię. Ponownie dało się zauważyć jak los skopał basiora. Żył w bańce, którą cała jego rodzina stworzyła wokół niego, tylko po to, by w kluczowym momencie ją rozbić i uświadomić mu, jak długo był robiony w ch*ja.
-... Tsumi... jest w ciąży i nie zamierzam jej zostawiać. Zaopiekuję się nią i szczeniakami. Wezmę odpowiedzialność, za swoje czyny. Nawet jeśli to nie miłość. Jestem pewny, że z czasem się w sobie zakochamy. Może...
-Rozumiem- przerwałam mu, wtulając się w jego łeb. Ostatnie słowa cholernie mnie zabolały. Czemu? Kur*a czemu?! Przecież... nie znamy się. To tylko jeden niezobowiązujący raz... a jednak. Mimo kojącego i ciepłego głosu Atrehu, nie miałam ochoty słyszeć ani jednego słowa.
Patrzyliśmy na siebie przez moment. Żadne z nas nie powiedziało już nic. Patrzył mi prosto w oczy, a ja gapiłam się w jego. Czułam, że samiec podjął już decyzję, w której nie widziałam dla siebie miejsca. Nie odbiorę szczeniakom ojca. Wpiłam się nieśmiało w usta samca, na co ten w jednej chwili nasilił dotyk swoich warg o moje, zamieniając niewinny pocałunek w gorący i jakże namiętny, godny zapamiętania.
Zerknęłam na niego, obdarowując go najcieplejszym spojrzeniem, jaki mogłam z siebie wykrzesać.
- Spotkamy się później. Musimy się powoli zbierać. Renesmee nie będzie czekać na nas w nieskończoność- zerwałam się stanowczo z przysiadu, ruszając w stronę groty.
- Lonya? - jego głos ponownie przywołał moje spojrzenie.
Z trudem kolejny raz spojrzałam w jego stronę. Nie potrafiłam wykrzesać z siebie już żadnego pozytywnego uczucia. Mogłabym przybrać maskę, którymi obdarowywałam mniej znaczące dla mnie wilki, dla zyskania korzyści, ale nie tym razem. Nasze losy splotły się, zostawiając widoczną szramę w moim umyśle... hmm.. a może i nawet sercu. Nie zasłużył, aby kolejny raz ktoś go oszukał.
- Obiecaj, że nie pójdziesz do niego.
- Spokojnej nocy, Atrehu - dodałam łagodnie, zostawiając go za plecami.
Nie odpowiedziałam już na kolejne wołanie. Z każdym kolejnym, szczęki zaciskały się coraz mocniej, nie pozwalając na ujście emocjom, które szaleńczo kotłowały się w moim ciele. Złość, a właściwie szał, dezorientacja, żal, który z każdym krokiem, sekundą zamieniał się w rozpacz.
Powrót miał nastąpić kolejnego dnia zaraz po świcie. Nie mogłam, a w zasadzie nie chciałam zgodzić się na marsz w takim towarzystwie. Na pewno nie teraz, kiedy wszystkie emocje, których w sobie nie znosiłam brały górę.
Drżące łapy kierowały w stronę jaskini, która została mi przydzielona podczas pierwszego dnia. Wieczór był młody, toteż wiele wilków radośnie krzątało się po okolicy, obdarzając mnie wymownym spojrzeniem. Nikt się nie odezwał słowem, ale spojrzenia jasno dawały znać, że wieść o zwadzie rodzeństwa się rozeszła.
Spojrzenia wszystkich skierowane były w moją stronę. Czułam się, jakbym była winna całemu złu, jakie opanowało świat. Kolejny raz stałam się wyrzutkiem, tą która znowu jest wytykana. To pierd***ne uczucie, które towarzyszyło mi w dzieciństwie. Czy ja ku*wa mogę w końcu przestać być stygmatyzowana?! Cholerna wataha, cholerna kłótnia, do diabła z wami wszystkimi! Nie musiałam szukać potwierdzenia w swoim odbiciu- wiedziałam, że moje przeważnie złote tęczówki, skąpały się teraz w karmazynie. Działo się tak zawsze, gdy furia ogarniała moją osobę.
Ciało kipiało ze złości, nie godnej nikogo mojego statusu, czy też profesji. Kipiało kiedy przechodziłam koło gwarzących wilków, jednak te zamilkły, gdy tylko napotkały moją sylwetkę. Kipiało, gdy wkraczałam na ścieżkę, prowadzącą ku grotom, gdzie wilki idące w przeciwnym kierunku schodziły mi z drogi. Kipiało nawet wtedy, gdy przekroczyłam próg jamy, znikając w ciemności przed spojrzeniami gapiów. Stałam na środku, dysząc ciężko i wlepiając spojrzenie we własne pazury, które zaciskałam na skalnym podłożu. Moje mięśnie drżały, niczym u rozdygotanego szczenięcia. Różnica była taka, że w przypadku takiego szczeniaka, robił to z zimna lub ze strachu, mnie od środka rozsadzała wściekłość i rozpacz- obydwie w równym stopniu nieokiełznane, szukające jak najrychlej ujścia.
Emocje przejęły kontrolę nad czynami, siejąc zamęt w jaskini. Wcześniej starannie poukładane pakunki, fruwały niekontrolowanie po grocie, rozsypując swoją zawartość po podłodze, podobnie skończyły gliniane dzbany, które roztrzaskiwały się o skalne ściany, nanosząc na nie kleiste mazie, znajdujące się w ich wnętrzu. Do moich nozdrzy wdarła się silna woń maści mlaskających o skalne powierzchnię i im bardziej zapach stawał się silniejszy tym głośniej wyrzucałam z siebie nieprzyzwoite epitety.
- Wszystko w...
- Won! - ryknęłam dziko na wchodzącego do środka wilka.
Wbiłam rozsierdzone spojrzenie w bursztynowego basiora, który po pobieżnym rzuceniu okiem na stan wnętrza, wycofał się na zewnątrz, nie chcąc skończyć jak ruchomy cel.
- Na ch*j się pyta! - warknęłam poirytowana w myślach, rozprawiając nad irracjonalnym tokiem myślenia samca.
Sam fakt jego wtargnięcia, na nowo rozniecił chęć dalszej destrukcji, czego ofiarami stały się półki z wcześniej równo ułożonymi zwojami ze skór. W tej chwili niczym płatki śniegu wirowały w powietrzu odbijając się głuchym dźwiękiem od wszystkiego co napotkały na drodze lotu.
Gdy każda rzecz, która fizycznie miała możliwość zmienienia swojego stałego miejsca pobytu, runęłam na stertę skór robiących mi za posłanie. Nie, nie po to żeby odpocząć- wyłącznie po to, aby kopać w nie z bezsilności i kontynuować swoje wrzaski, które tym razem były stłumione w materiale.
-Lonya!- znajomy mi głos dotarł do mnie z progu jamy.
W tym momencie chwyciłam najbliżej leżący mnie przedmiot i cisnęłam nim w kierunku brata.
Instynktownie zrobił unik, przed nacierającym w jego stronę ciężki zwojem, który zapewne opisywał wszelkie znane lekarzom mięśnie, ich zaklasyfikowanie i ewentualne formy terapii przy uszkodzeniu.
-Co ty do cholery robisz?!- ryknął zdezorientowany, przybierając pozycję gotową do wykonania ewentualnego uniku.
- Jeszcze krok, a kolejny trafi Cię między oczy - syknęłam w jego stronę, wpatrując się gniewnie w sylwetkę brata.
-Z resztą nieważne, i tak nie przemówię Ci do rozumu- prychnął, zastygając u wejścia.
- Do rozumu? Śmiesz kur*a przemawiać MI do rozumu!? Rzuciłeś się na Atrehu jak bezrozumna bestia! Nie masz prawa "przemawiać" mi do rozumu- chwyciłam kawałek gliny, który jeszcze kwadrans temu był naczyniem i cisnęłam nim o podłogę, nie chcąc, aby w ten sposób skończyła głowa brata.
-Zrobiłem, co musiałem i zabiłbym tego drania za to, co Ci zrobił! Czy ty tego nie widzisz?! Ten suczy syn potraktował Cię, jak pierwszą lepszą. Jeśli myślisz, że przeszedłbym obok obojętnie, to jesteś w srogim błędzie.
-Żartujesz ze mnie?! Jestem dorosła i podjęłam decyzję sama. Przespałam się z nim, bo tak mi było na rękę, bo tego chciałam. A TY zamiast załatwić sprawę między nami, wolałeś zabawić się w troskliwego brata omal nie masakrując go o skały. Co z Tobą do kur*y nędzy kierowało, wiedząc, że Tsumi ma urodzić jego szczeniaki?!
Naharys zacisnął zęby ze wściekłości, aż zadrżały mu żwacze. Widząc, że nie mam pod ręką żadnego przedmiotu służącego za pocisk, podszedł stanowczo w moją stronę. Jego lśniące oczy wisiały nade mną, obdarzając mnie zabójczym spojrzeniem.
- Ty kur*a sama nie rozumiesz co mówisz. Zabiłbym go, BO CIĘ KOCHAM IDIOTKO! Chyba zamieniłaś się z baranem na rozum, jeśli myślisz, że tylko się zgrywałem. A co do Tsumi to nie rozumiesz nadal?! Jak ty zaciążysz , to mu się znudzisz, tak samo jak Tsumi i w podskokach powędruje do innej. Czy ty się w ogóle szanujesz? Z resztą... Jesteś dorosła- dodał z sarkazmem, odsuwając się nieznacznie.
Może i dobrze, bo jego butny ton zaczął na nowo wzbudzać we mnie chęć mordu, którą od samego początku doskonale podsycał. Zmarszczyłam paskudnie nos, ukazując ostrzegawczo zęby i lustrując go wzrokiem z niemała złością.
- Masz rację, jestem dorosła! To chwila, której nie żałuję. Przez moment ktoś się mną zainteresował i nie oczekiwałam niczego więcej. Poczuć chociaż przez moment, że jestem dla kogoś całym światem. Wiedziałbyś o tym, gdybyś ruszył łbem i porozmawiał ze mną, zamiast skakać mu do gardła. Masz Pinę, z którą zapewne niedługo zadbasz o powiększenie swojej rodziny. Ja nie mam nikogo i nawet to mi postanowiłeś odebrać! Jesteś buc... Buc i baran, bo straciłeś przyjaciela, który oddałby za Ciebie życie. Za Ciebie i za te cholerne szczeniaki, dla których będzie z Tsumi, żeby pomóc je wychować...- urwałam na moment, czując, że nawet nie mam już sił na ukrywanie łez, które od pożegnania się z Atrehu cisnęły mi się do oczu. -Gotów jest zrobić dla nich wszystko i zapewnić im normalne dzieciństwo, którego żadne z nas nie miało. Jutro wszystko wróci do normy. Ty z Piną zamieszkacie razem, on zaopiekuje się Tsumi, tak jak na to zasłużyła, a ja wrócę do lecznicy,z której nie będę mieć powodów, aby szybko wychodzić.
- Błagam Cię zastanów się, co ty mówisz. Tak mam rodzinę, do której należysz w równym stopniu i nikt, ani nic tego nie zmieni. Pomyśl też, dlaczego postąpiłem tak, a nie inaczej? Powtarzam: kocham Cię, siostro. Kocham Cię i jesteś całym moim światem. Myślisz, że dla byle łajzy bym poświęcił taką przyjaźń? Przyjaźń, która w ostatecznym rozrachunku okazała się gówno wartą kupą gówna! Jesteś warta kogoś, kto szczerze Cię pokocha, a nie obdarzy złudnym uczuciem na chwilę. Tym kimś nie jest Atrehu. On myśli tylko o sobie i o tym, jak się zaspokoić.
Prychnęłam z bezsilności, wlepiając wzrok w przestrzeń obok basiora.
-Ty naprawdę nie rozumiesz, że podejmujesz decyzję w chwilach, które Cię nie dotyczą. Doprawdy uważasz, że gdyby on mnie wykorzystał dla własnej satysfakcji, uszłoby mu to płazem? Uwierz mi, że gdyby tak się stało, to nie wymyślono jeszcze słów na to jak bardzo by cierpiał. Nie doceniasz mnie braciszku i to nie pierwszy raz w życiu. Dlatego nie zasłaniaj się moim dobrem, angażując się w sprawy, które nie wymagają Twojej ingerencji. Czasy, kiedy byliśmy szczeniakami, a ja nie potrafiłam o siebie zadbać już dawno minęły. Już nie jestem byle psiną, która podkula ogon na widok kpiących spojrzeń. Teraz sama potrafię przejąć kontrolę nad sytuacją. Nikt mnie już nie skrzywdzi, unikając konsekwencji. Będę najgorszym koszmarem tego kto stanie mi na drodze do osiągnięcia celu. Bez wyjątku - ponownie wbiłam spojrzenie w basiora, któremu posłałam jakże wymowne spojrzenie.
- Mówisz, że jesteś twarda, nieustępliwa, umiejąca upomnieć się o swoją krzywdę. Czemu więc tego nie robisz? Czemu nie zareagujesz na to, że olewa Twoje uczucia i wierność Tsumi i powędrował do Ciebie. Pomyśl, że z jego nasienia urodzisz szczeniaki, którymi się nie zainteresuje. Dopiero wtedy zareagujesz?
-Zdaje mi się, czy to chodzi o TWOJĄ krzywdę, bo ja w całej sytuacji nie czuję się jak ofiara. Żadne z nas nie deklarowało sobie związku. Przyszedł tu z Tsumi i z nią stąd odejdzie. Byłam tego świadoma tamtej nocy, jak i teraz, stojąc przed Tobą! Olewa moje uczucia? Które? Wk**wienie, które mną miota od dłuższego czasu? O to uczucie Ci chodzi? Możesz być pewien, że to nie on jest powodem mojej furii. Ubzdurałeś sobie coś i brniesz w ten bezsensowny spór, który nie miałby prawa bytu, gdybyś trzymał swoje nadęte ego na smyczy!
- Moją krzywdę? Że bronię Cię przed pohańbieniem? Przed splamieniem honoru? Zapomniałaś już o naukach naszych rodziców? Oddanie, waleczność, chwała i HONOR!- basior począł wymieniać hasła wpajane nam od dziecka akcentując ostatnie z nich- Wku*wiasz się, że omal nie zabiłem drania, który w moim mniemaniu, potraktował Cię jak... nie wypowiem tego słowa, przez względem na naszych rodziców. Tak, naszych rodziców, a ty jesteś moją siostrą!. Ch*j, że przyszywaną, ale kochamy Cię bardzo, czy to się dla ciebie nie liczy?... Zaczynam już w to powątpiewać. Idź "dorosła" wadero, zostawiam Cię samą ze swym gniewem, ale przemyśl to, co Ci powiedziałem... być może zrozumiesz. A jak nie, to nie... Skończyłem z Tobą rozmawiać.
Mówiąc to, odwrócił się powoli i wyszedł, a raczej wybiegł z jaskini. Ruszyłam za nim, jednak zatrzymałam się w wejściu odprowadzając go wzrokiem i słowami.
-Zrozumiem, o ile ty w końcu pojmiesz, że to moje życie i nie masz prawa się w nie wtrącać!- mój krzyk przeszył okolicę, a spojrzenia wszystkich, do których dotarł owy wrzask, skierowały się na moją sylwetkę. Wszystkich z wyjątkiem brata, który konsekwentnie kłusował przed siebie.
-Nawet się buc nie zatrzymał- prychnęłam do siebie, wodząc na ślepo kółka po grocie. Lawirując tak wśród zgliszczy jamy, analizowałam nasz spór. To na pewno nie pomagało mi ujarzmić nerwów siejących spustoszenie w mojej głowie. Niczym pozbawione rozumu zwierzę, barbarzyńsko potraktowałam wyposażenie mojej nory. Teraz miałam ogromną ochotę zatopić pazury w bracie, który ingerując w moje prywatne sprawy, zanegował tym samym moją wolność i niezależność, jakbym był chłystkiem. Pierwszym lepszym kadetem, który potrzebuje podążać za swym mistrzem, ślepo przyjmując każde polecenie. Ponownie całą złość przelałam na zmięty pergamin, walający mi się pod łapami, precyzyjnie wymierzając w niego kopniaka.
-Kim ja, ku*wa jestem, że możesz się tak do mnie zwracać- ponownie fuknęłam sama do siebie.
Kłótnia pomogła mi podjąć decyzję, która jeszcze kwadrans temu zdawała się tylko kaprysem zrodzonym z emocji. Teraz kipiąca gniewem, nie miałam złudzeń, że ta myśl była jedyną, jaką mogłam obecnie podjąć.
Ponownie ruszyłam w stronę wyjścia, tym razem za cel obierając sobie grotę moich rodziców. Podążałam dobrze znaną mi ścieżką, nie zwracając uwagi na inne osobniki, napotykane na drodze.
- Lonya - głos matki powitał mi w progu.
Starała się, aby był on jak najbardziej naturalny, jednak zatroskanie było wyraźnie wyczuwalne.
- Wyruszam. Tej nocy - spojrzałam w jej oczy, aby chwilę później napotkać wzrok ojca.
- Droga jest długa i na pewno nieprzyjazna nocą. O co wam poszło?- Ramar zrównał się ze swoją partnerką.
- Nie sądzę, że powinniście być zaangażowani w nasz spór. W każdym razie przyszłam się z wami pożegnać. Przykro mi, że w takich okolicznościach, jednak sytuacja nie pozwala mi zrobić tego w inny sposób.
- Nie powinnaś iść sama. To zbyt niebezpieczne- Eloney pokręciła głową, postępując krok w moją stronę.- A tobą kieruje złość. To zły towarzysz w takiej podróży.
-Dobry, czy nie, na pewno jakiś. Mam swoje zobowiązania, których muszę dotrzymać, tego mnie uczyliście prawda? Nie mniej, dziękuję wam za gościnę, miło było was znowu zobaczyć po takim czasie. Do zobaczenia- skłoniłam się w geście szacunku, po czym odwróciłam się zwinnie w stronę wylotu z jamy.
Chociaż zatroskani, nie podjęli próby zatrzymania mnie. Czułam jak ich wzrok odprowadza mnie po ścieżce prowadzącej w dół. Dopiero u podnóża wzgórza usianego jamami, będącymi schronieniem dla watahy, spojrzałam w górę, gdzie nadal stali moi przyszywani rodzice.
Nie wiem czemu, ale wtedy poczułam się jakbym miała pożegnać ich na zawsze.
***
Noc była nieco pochmurna, także księżyc, będący jedynym źródłem światła znikał wśród czarnych peleryn otulających niebo. Zwiastowało to chłodną i wilgotną noc, podczas której przyszło mi podjąć wędrówkę
-Bardziej parszywej aury nie mogłam napotkać- rzuciłam w myślach, jednak stanowczo trzymałam się podjętej decyzji. Nie zważając na warunki atmosferyczne gotowa byłam brnąc w śniegu i ulewie, byle późnym porankiem móc zadekować się w mojej własnej grocie.
-Lonya!
-Co tym razem? -Miałam już dosyć towarzystwa, a tym bardziej opóźniania mojego marszu, dlatego obróciłam się zrezygnowana w kierunku wołającego mnie wilka. Dopiero, kiedy dostrzegłam kim jest ów basior, zaniechałam okazania swojego znużenia towarzystwem.
Ku mnie kroczył Atrehu, zwalniając tempa, kiedy był bliżej mnie.
Serce zabiło mocniej, a kąciki warg uniosły się delikatnie, wysilając moją mimikę na słaby uśmiech.
- Gdzie się wybierasz?- zapytał zdyszany
- Zapewne słyszałeś co zaszło między mną, a bratem
- Chyba każdy słyszał- jego uszy przywarły do boków ciała, a wzrok skierował obok mnie.- Szczerze, nie dało się słyszeć, jeśli było się w okolicy z całkiem dobrym słuchem.
- Więc zapewne nie zdziwi Cię, że wracam.
- Ale.. ale jak to? Nie gadaj głupot, przecież możesz wrócić z nami
-Atrehu- przerwałam mu, patrząc na niego ciepło.- Wiele się dzisiaj wydarzyło. Naprawdę to będzie bardzo niezręczne dla mnie i jestem pewna, że dla Ciebie też. Cudownie było spotkać się z rodziną, a noc z Tobą... Ja... Cieszę się, że tu byłeś. Naprawdę muszę już iść.
- Nie musisz. Nawet nie powinnaś. Nie pozwolę, żebyś plątała się taki kawał sama i to jeszcze w nocy
- I co zostawisz Tsumi samą? Exan jest świetnym wojem, ale na wypadek zagrożenia, nie będzie w stanie odeprzeć wroga i zapewnić bezpieczeństwo dwóm ciężarnym waderom. Tak będzie lepiej. Pamiętaj, że masz zobowiązanie wobec Tsumi. Będę tylko przeszkadzać, więc jeśli będziesz chciał porozmawiać zrobimy to już na terenach Rene, wiesz gdzie mnie szukać.
- Lonya, naprawdę nie ma powodów, żebyś się wymykała w środku nocy. Nie będzie tak źle- basior próbował mnie przekonać, jednak bez skutku.
Wbiłam w niego ślepia, ponownie pozwalając, aby na moim pysku zakwitł uśmiech dedykowany specjalnie dla niego. Nie do końca wiedziałam czemu miał on służyć- jego zadaniem było pocieszenie samca, zapewnienie go, że bez problemu poradzę sobie z trudami podróży w pojedynkę... a może po prostu chciałam zamaskować swoje prawdziwe emocje.
- Powinieneś skupić się na Tsumi. Ona i szczeniaki powinny być dla Ciebie teraz priorytetem. Może nie znam Cię tak dobrze jak mój brat, ale sądzę, że moja obecność będzie dla Ciebie utrudnieniem . Masz sposobność w pełni skupić się na niej i zadbać o wasz związek. Naprawdę muszę już iść, a ty nie powinieneś rozpraszać się przed podróżą. Jeżeli będziesz chciał ze mną porozmawiać, wiesz gdzie mnie znaleźć. Do zobaczenia, Atrehu.
Postąpiłam kilka kroków w tył, nadal wpatrując się w samca. Nie wyglądał, jakby chętnie przystawał na mój pomysł, jednak uszanował moją decyzję.
Będąc pewna, że nie podąży za mną, odwróciłam się energicznie, co pozwoliło mi na uniknięcie kolejnych świadków łez cisnących się do moich oczu. Nabierały na sile, wzbierając się na dolnych powiekach, jednak stanowcze pokręcenie głową na nowo ustawiło je w ryzach, każąc się im wycofać. Dlaczego tak chętnie napierały do ślepi? Przecież nic sobie nie obiecywaliśmy! Nie powinny mnie teraz rozpraszać, tak samo jak nic innego, bowiem przede mną długa i męcząca wędrówka.
Czas wrócić do domu.

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 3417
Ilość zdobytych PD: 1708 + 15% (256 PD) za długość powyżej 3000 słów
Obecny stan: 1964 PD

sobota, 19 marca 2022

Od Atrehu c.d Naharys'a | Lonyi | Piny | Tsumi ~ W głowie się nie mieści

Stało się. Naharys nakrył nas na spółkowaniu. Dowiedział się, że między mną, a jego siostrą do czegoś doszło. I nie był zachwycony. Choć to raczej mało powiedziane. Był wściekły. Wkurwiony mógłbym rzecz. Oczy świeciły się nienaturalnie. Zionęły nienawiścią. Nie były przyjemne. Chciał mnie zabić. Czułem to każdą cząstką siebie. Szarpałem się, próbując uwolnić ciało. Przed chwilą złapał mnie swoimi mocami. Podniósł mnie wysoko nad ziemią. Zawisnąłem nad klifem.
- A teraz podaj mi jeden solidny powód, dla którego miałbym cię nie rozj**ać o skały! - przyjrzałem mu się, wisząc do góry łapami. Z pyska ciekła mu ślina. Nie widziałem go nigdy w takim stanie. Najeżony do granic możliwości. Z wyszczerzonymi kłami i wyciągniętymi pazurami. Mogłem się uwolnić. Z łatwością dałbym radę oprzeć się jego zdolnością. Nie chciałem go jednak ranić. Nawet jeśli wyrzekł się mnie, ja nie uczynię tego samego. Nadal był dla mnie bratem. Rodziną, której nie chciałem skrzywdzić.
- Exan, proszę, wysłuchaj mnie! - na nic zdały się moje tłumaczenia. Basior nie słuchał niczego, co się do niego mówiło. - Ku** mać, stary, Lonya też tego chciała! - stał tam, niedaleko. Wpatrywał z niedowierzaniem w nasze sylwetki na zmianę. We mnie szczególnie. Z rozczarowaniem i bólem. Nie bez powodu mówi się, że siostry przyjaciela się nie tyka. Nie posłuchałem, dałem się ponieść instynktom. Pierwotnym rządzą, które kierują mną od lat. Nie dają spokoju. Powodują ogromną chcicę i nacisk.
Z drugiej strony, gdybym tego sam nie chciał, Lonya nie straciłaby ze mną dziewictwa. Do niczego by nie doszło. Wciąż byłoby tak samo, jak przed tą cholerną wyprawą. Nie dowiedziałbym się prawdy o sobie. O swoim pochodzeniu. Nie miałbym punktu zaczepienia. Tak bardzo chciałem odreagować to, w jaki sposób zostałem wych*jany przez własną matkę. I starszego brata. Kogoś, kogo uważałem za wzór do naśladowania. Lupus był w moich oczach wszystkim. Bohaterem, przyjacielem. Członkiem rodziny. Łączyły nas więzy krwi. Wierzyłem we wszystko, co mówił i robił. Może nawet zacząłem wierzyć, że to prawda. Zabiłem ojca, choć tego nie zrobiłem? Nie wiem. Wszystko przestało mieć znaczenie. Oszukali mnie. On i matka. O ile tę sukę można tak nazwać. Okazała się, być kimś innym niż była. Kłamczuchą, manipulantką. To na mnie spadła wina za śmierć ojca. Nic nie zrobiłem. Wiem o tym. Czasami jednak mam wrażenie, że to prawda. Na przekór mnie. Nie czuję się jednak z tym lepiej. Wciąż boli. Mocno.
Staram się do tego nie wracać. To jednak siedzi mi w głowie. Nie myślę za wiele. Wszystko samo przychodzi. O ile przeszłość nie była moją winą, tak obecna sytuacja miała się z grubsza inaczej. Doprowadziłem do tego. Świadomie przespałem się z Lonyą. Nie byłem z siebie dumny. Powinienem był pomyśleć. To nie leżało jednak w mojej naturze. Jestem impulsywny. Działam pod wpływem chwili. Robię coś, nie bacząc na konsekwencje. Gdzieś z tyłu czaiła się ostrzegawcza lampka. Zignorowałem ją. I teraz patrzę z bólem na swojego przyjaciela, brata.
Nienawidzi mnie. I to moja wina. Zawiodłem. Kiedyś było podobnie. Rozczarowałem ojca. Tak, jak i teraz Naharys'a. Oczywiście, nie było moim zamiarem zaciągnięcie wadery do łóżka. Myślałem raczej o zwykłych przytulasach, pieszczotach. Tego pragnąłem. Jej bliskości, nie ważne, w jakiej formie. Ona jednak chciała więcej. Dużo więcej. Widziałam to w jej oczach i ruchach ciała. Zapach był silny, pragnęła mnie. Ja ją też. Była tak cholernie mokra. Wciąż słyszę w głowie jej jęki rozkoszy. To było przyjemne. Podobało się jej.
Więc czemu on się wtrąca? To była nasza decyzja. Nawet jeśli nie do końca świadoma, to nadal nasza. Oboje byliśmy pełnoletni. Jego to nie powinno obchodzić. Mogłem to po części zwalić na alkohol. Nie byłoby to jednak na miejscu. Pogorszyłbym sytuację. Jednak... nie żałuję. Nie mógłbym. Kochaliśmy się i był to najlepszy seks, jaki doświadczyłem. Zmysłowy i głęboki. Nawet teraz, wisząc nad przepaścią, nie myślałem o konsekwencjach. Nie, myślałem o tym, jak chętnie bym to powtórzył. Wadera jest dorosła! Ma prawo podejmować takie, a nie inne decyzje. Nikt jej nie zabroni zrobić ze swoim ciałem, co zechcę.
Dla Naharysa widać nie ma to znaczenia. I teraz za to płaciłem. Więź z nim pękała niczym bańka mydlana. Kawałek po kawałku rozrywając moją duszę na strzępy. Było to dokładnie to, czego się najbardziej obawiałem. Nie byłem tylko pewien, czy bardziej mnie ten fakt zasmucił, czy wkurzył. Nie miał prawa mnie tak traktować. Mimo wszystko nie byłem wystraszonym gówniarzem. Nie jestem też workiem treningowym, na którym będzie się wyżywał. Rozumiem jego gniew. Przyjaciel przeleciał mu siostrę. Też bym się wkurwił, gdyby on zrobił to z Asui. Z pewnością jednak nie próbowałbym go zabić. Zdzieliłbym go tylko w pysk i kazał się zabezpieczać. By nie było „niechcianej” wpadki. I by traktował moją siostrę jak królową, którą w rzeczywistości dla mnie jest.
To, co jednak robił basior, było irracjonalne. Może se być moim bratem, ale nie będzie wyżywał się na mnie. Gniew zapłonął we mnie głęboko. Nie chciałem warczeć, użycie głosu nie miało sensu. Nie chciałem go atakować. Jeśli doszłoby do konfrontacji, jedno z nas by tego nie przeżyło. Wiedziałem, że jestem od niego trochę silniejszy. Moje moce są w stanie przebić się przez barierę. I to, że jest z rodziny wojowników, by go nie uratowało. Moja furia przeciwko jego. To byłaby rzeź.
- Exan! On mnie do niczego nie zmuszał! - kątem oka spojrzałem na Lonye. Była zdenerwowana nie mniej niż jej brat. Pewna siebie, podeszła do niego. Warknął na jej ruch. Nie zrobił jednak nic więcej, więc śmiało kontynuowała. - Sama też chciałam, jeśli chcesz zabić Atrehu, powinieneś też zabić i mnie! - słowa niezbyt do mnie dochodziły. Choć słyszałem je dokładnie. Nie mogłem się na nich skupić, zbyt pochłonięty swoimi uczucia. Ona mnie ratowała. Chciała dobrze, choć nie byłem tym zachwycony. Nie chciałem pomocy. Byłem za nią wdzięczny, ale... pragnąłem sam rozwiązać ten problem. Tymczasem czułem się słaby. Interwencja wadera z pewnością coś wskórała. Zawsze wiedziała co powiedzieć, by było dobrze. To jej dar i talent. Uwielbiałem to. Westchnąłem w duchu, wciąż nie robiąc nic. Mogłem coś zrobić. Szarpnąć się, chociaż. Zamiast tego, bezwiednie zwisałem na tym klifem. Czułem jak mrowieją mi kończyny. Krew spływała do mózgu. Nie czułem tylnych łap.
Czy się bałem? Trochę tak, lecz na pewno nie o swoje życie. Bardziej o nasze zepsute relacje. Marną przyszłość, która na nas czeka. Gdybym teraz coś zrobił. Zaatakował go. Użył w pełni swych zdolności, sytuacja mogłaby się odwrócić. To on by tak wisiał. Poczułby, co to znaczy. Może nawet przeprosił. Bądź wręcz przeciwnie. Szamotałby się w agonii. Jeszcze bardziej wkurwiony. Pokusa była tak silna. Z trudem powstrzymałem się od tego. Po raz pierwszy odgoniłem od siebie pragnienie zemsty. Nie na nim. Był dla mnie bratem. Nawet pomimo tej całej sprawy. Tego, co robił. Zgasiłem w sobie złość, skupiając się na tej dwójce. Naharys stał, jak stał. Naprężony i zły. Obserwował mnie, zaciskając mocno zęby. Wpatrywałem się w jego oczy. Głęboko. Odwrócił wzrok, przeklinając pod nosem.
Dostrzegłem swoją szansę. Wystarczyło ją wykorzystać. Minęła jednak chwila, a ja nawet nie drgnąłem. W dalszym ciągu nie zrobiłem nic, by się uwolnić. Tylko dlaczego?
Mógł mnie puścić. Nie robiło mi to różnicy. Błyskawicznie bym się teleportował w bezpieczne miejsce. Nie mogłem tego jednak uczynić. Byłoby to jak rzucone wyzwanie, doszłoby do konfrontacji, a ja chciałem tego uniknąć. Walka między nami byłaby krwawa. Moglibyśmy zrobić sobie krzywdę. I nie tylko fizyczną. Nasza psychika była słaba. Widziałem to dokładnie. Na samą myśl o jego krzywdzie z mojego powodu, żołądek podchodził mi do gardła. Czułem gule, nie mogłem przełknąć śliny. To by nas zniszczyło do końca. Mimo jego chłodu, złości wiedziałem, że nie chce mnie zabić. Chciał mnie upokorzyć. Pokazać, że ma racje i jest lepszy ode mnie. Silniejszy. Potwierdziło się to w momencie, gdy mnie uwolnił. Zdecydowanie i mocno. Wcale nie delikatnie. Niespodziewanie runąłem w dół. Celowo mnie tak ustawił, bym nie mógł się uratować. Sturlałem się w dół, uderzając o wystający pień. Zabolało.
Na chwilę straciłem jasność myślenia. Mój błąd. Basior zmaterializował się nade mną. Przycisnął mnie do ziemi. Furia we mnie powróciła. Nie miał prawa mnie dominować! Kim, że on niby jest, by tak mnie traktować?! Obnażyłem kły, starając się uspokoić. Ignorowałem to, co robił. W momencie, gdy kłapnął zębami przy moim pysku, miałem ochotę odgryźć mu te wargi. Wyrwać wszystkie kły i zrobić sobie z nich naszyjnik. O niczym bardziej nie marzyłem.
- Podziękuj mojej siostrze, za uratowanie Ci życia, bo już byś był martwy! - prychnąłem w duchu, patrząc mu głęboko w oczy. Nie dostrzegłem współczucia. Była tam tylko nienawiść. Odzwierciedlało to także i moje uczucia. Wiedziałem, że je dostrzega. Błysk w jego tęczówkach, ból, który tam dostrzegłem. Gdybym tego nie ujrzał, basior byłby już martwy. Powstrzymał mnie jednak ich widok. - To było pierwsze i ostatnie ostrzeżenie, a brzmi ono: Nie zbliżaj się do mnie, mojej siostry i całej naszej rodziny!
- Naharys, ochłoń i pogadajmy! - po raz ostatni spróbowałem przemówić mu do rozumu. Nic złego nie zrobiliśmy. Czemu on tego nie ogarnia? - Sami tego chcieliśmy, nie rozumiem, czemu tak jedziesz po mnie!
- A o czym tu gadać!? Tsumi już Ci się znudziła i postanowiłeś rwać do cudzych sióstr?! - na chwilę mój umysł jakby zwolnił. Że co on gada?! Wcale mi się nie znudziła, o czym on pieprzył? - Jak Lonya zaciąży, to potraktujesz ją tak samo, jak Tsumi?! Nie, wtedy już nie będzie następnego razu, bo wtedy twoje truchło będzie użyźniać glebę od spodu. - jego słowa bolały. Mocno i głęboko. Nie porzuciłem przecież Tsumi. O jej ciąży dowiedziałem się po seksie z Lonyą. Do kurwy nędzy jestem wolnym samcem i jak dotąd żadna nie powiedziała mi wprost, że chcę czegoś więcej. Skąd mogłem wiedzieć, że Tsumi zaciąży?! Nie miał prawa mnie oceniać. Te sprawy się nie łączyły! Jak on w ogóle śmiał o tym wspominać!? Warknąłem cicho, gwałtownie. Jakby wybudzony nagle z głębokiego snu. - Nienawidzę cię i żałuję, że cię kiedykolwiek poznałem, żałosny robalu! - serce przyśpieszyło swoje bicie. Nie chciałem tego słuchać. Wcale nie zasłużyłem na takie traktowanie. Powinienem coś zrobić, ale co? - Robale się rozgniata, ale Lo postanowiła cię uratować. Ciesz się więc swoim życiem, a jeśli ci ono miłe, nie pokażesz mi się już na oczy, w przeciwnym razie, nie będę czuł zapędów. Żadnych wyjątków. - basior zabrał swoją łapę, po czym pognał w dal. Patrzyłem za nim nieco oszołomiony. I wkurwiony.
*
Warczałem pod nosem. Z moich oczu buchał ogień. Miałem ochotę coś rozwalić. Podniosłem się do pionu. Twardo stanąłem na ziemi. Obok mnie zmaterializowała się Lonya. Spojrzała na mnie zaniepokojonym wzrokiem. Wiedziała, że słowa tu teraz nie pomogą. Widziałem, jak bardzo ją to zezłościło. Obawiałem się kłótni, powietrze było nasączone złą energią. Nie chciałem kolejnej konfrontacji.
Znów spojrzałem za Naharysem. Za jego znikającą sylwetką. Czułem... pustkę. Upokorzeniem nie mógłbym tego nazwać, ale jednak bolało mnie to, w jaki sposób zostałem potraktowany. Jak śmieć. I nie to, że coś, lecz właśnie w ten sposób się czułem. Część mnie została praktycznie wyrwana. Pozbawił mnie nadziei, którą jeszcze w sobie posiadałem. Straciłem go. Przez swoją własną głupotę. Być może jednak źle myślałem. I to on się mylił. Miałem prawo przespać się z jego siostrą, jeśli ona tego chciała. Dostałem pozwolenie, więc nic temu tępemu ch*jowi do tego!
- Atrehu? - odwróciłem się w jej stronę z cichym westchnieniem. Wadera unikała mojego spojrzenia. Nastała dość krępująca cisza. Widziałem, jak co rusz otwiera i zamyka pyszczek, próbując coś powiedzieć. Z początku nawet myślałem, że zrezygnuje. Nic nie powie. Nie doceniłem jej jednak. Lonya podeszła bliżej, przysiadając się tuż obok. - To, co mówił Naharys... - serce zaczęło mi mocniej bić. Uważa mnie za winnego? A może żałuję spędzonych ze mną chwil? W najgorszym wypadku zwyczajnie... - To prawda, że Tsumi jest w ciąży z Twoimi szczeniakami? - na chwilę zamarłem, po czym usiadłem. Stykaliśmy się barkami. To... było przyjemne uczucie. Uspokajające. Relaksujące. Stres jakby na chwilę wyparował. Wziąłem głęboki wdech. Mięśnie się napięły. Wypuściłem powietrze ze świstem. Ciało się rozluźniło. Nie miałem już sił.
- Tak... - szepnąłem, patrząc w górę na migoczące na niebie gwiazdy. Jakby szukając w nich ratunku. Ucieczki, od całego tego bagna. - I uprzedzając Twoje niezadane pytanie. Dowiedziałem się o tym tuż po tym, gdy odprowadziłem Cię wczoraj do jaskini. Tsumi podeszła do mnie, zaproponowała spacer. Była nerwowa, ale zganiałem to na efekty imprezy. Była przy Pinie aż do końca i późną nocą. Wcześniej w sumie była u waszego medyka. Nie chciała jednak wyjaśnić, co jej powiedział. Skoro czuła się dobrze, nie drążyłem tematu. I to był mój błąd. Może, gdybym wiedział wcześniej...
- Żałujesz? - z szokiem wymalowanym na pysku, zwróciłem się w jej kierunku. Wszystko, dosłownie wszystkiego bym się spodziewał, ale nie tego. Musiała zobaczyć moją minę. Wyglądałem komicznie. Wadera zaśmiała się nieco nerwowo. Potrząsnąłem głowę, splatając nasze ogony.
- Nie, nie żałuję. To była wspaniała noc i cieszę się, że to właśnie mi zaufałaś. Oddałaś mi swój pierwszy raz. Czułem się cudownie. Lekko, a jednocześnie nieco zestresowany. Nie mniej... nie doszłoby do niczego, gdybym wiedział. Nie jestem kanalią, za jaką uważa mnie Naharys...
- Kochasz ją? - na to pytanie nie znałem odpowiedzi. Uwielbiałem Tsumi. Ją, jej słodki charakter, niewinność, która znikała, gdy tylko była bliżej mnie. Ponętne ciało, które wiedziało, jak mnie zaspokoić. Czy była to jednak miłość? Nie czułem nic subtelnego, a powinienem. Żadne jednak motyle w brzuchu mnie nie dopadły. I.. Jakby to powiedzieć... Potrząsnąłem głową, spoglądając na waderę.
- Nie wiem. Lubię ją. Super się z nią gada i przebywa obok niej. Idealnie się zgrywamy podczas zabaw, ale... ja chyba nie potrafię kochać.
- Atrehu, nie opowiadaj głupot. Gdyby było tak, jak mówisz, nie zareagowałbyś w ten sposób na Naharys'a. - na sam dźwięk jego imienia, poczułem nieprzyjemne skurcze. Nie mogłem go jednak winić. Był, jaki był.
- To co innego. - posmutniałem, kładąc się na ziemi. - Jesteś jego siostrą...
- Nie miał prawa Cię tak traktować! - jej wybuch wydał mi się słodki. Cieszyłem się, że stoi po mojej stronie. Tylko... To jej brat. Powinna stawiać jego ponad wszystko. Tymczasem ona go ewidentnie zdradza.
- Wiem... - przytuliłem się do jej piersi. Zagłębiłem pysk w miękkim futrze. Chłonąć aromatyczny zapach jej ciała. Ufałem jej. Dlatego skoro już tak dużo o mnie, może powinna wiedzieć wszystko. - Wiesz... - wilczyca polizała mnie za uchem. To było cudowne uczucie. Na chwilę zapomniałem nawet, co chciałem powiedzieć. ~ Weź się w garść Atrehu. Teraz albo nigdy! - Kiedyś byłem zakochany. W swojej starej watasze. - poczułem, jak drgnęła niespodziewanie. Dreszcz przebiegł jej wzdłuż kręgosłupa. - Kochałem ją. Mocno i do szaleństwa. Myślałem, że jesteśmy sobie przeznaczeni. W moich oczach była nieskazitelna. Nie miała wad, a nawet jeśli... Akceptowałem je wszystkie. Nie próbowałem nic z tym zrobić. Nie widziałem, jaka jest naprawdę. Wydawało mi się, że jest ze mną szczęśliwa. Byłem na każde jej skinienie. Jak wariat wykonywałem powierzone mi zadania. Kolacja, drogie perfumy. Robiłem za wycieraczkę, bo przecież nie mogła zamoczyć łap w kałuży. Życzyła sobie rzadkich owoców, więc szedłem po nie. Szukałem godzinami. Gdy je znajdowałem, mówiła, że już ich nie chce. Za długo czekała. A ona czekać nie lubiła. Gdy nie udawało mi się znaleźć tego, czego chciała, wyzywała mnie. Godziłem się na to w imię „miłości". - na ostatnie słowa praktycznie prychnąłem. Cieszyłem się, że Lonya słucha. Nie przerywała. Chłonęła każde słowo. Wsiąkały w nią niczym gąbka wodę. - Inni śmiali się ze mnie. Przezywali od pantofla. Mówili, że jestem jej podnóżkiem, nie partnerem. Nie zgadzałem się z tym. Uważałem, że mi zazdroszczą. Jaki ja byłem głupi. Nie widziałem, co ona ze mną robiła. - potrząsnąłem głową, wstając. Spojrzałem na Lonye pustym wzrokiem. - W momencie mojego wygnania czekałem, aż się przy mnie pojawi. Powie, że w to nie wierzy. Poprze mnie. Nie zrobiła tego moja matka. Nikt. Miałem więc nadzieję, że choć ona jedna. Że siła naszej miłości jest na tyle potężna. Że sprzeciwi się mojemu bratu. - westchnąłem ciężko. Powrót do bolesnych wspomnień nie był przyjemny. Widziałem jednak, że Lonya domyśliła się, co stało się potem.
- Nie poparła Cię.
- Nie. Stanęła u mego brata, obwieszczając wszem i wobec, że od dziś jest ich luną. „Byliśmy” ze sobą pół roku. Znaliśmy się od szczeniaka. Byliśmy za młodzi na seks, więc myślałem, że jest „czysta". Ona tymczasem od początku była z Lupusem. Wszyscy o tym wiedzieli. Nawet mój ojciec. Tylko ja ślepy tego nie dostrzegałem. Wyszedłem na jelenia. Kompletnego idiotę. Zdradziła mnie z nim. Była nieletnia, a dała mu dupy jak zwykła zdzira. Na moich oczach pozwoliła, by ją brał. Upokorzyli mnie, zdradzili. Matka oskarżyła mnie o zabicie ojca, a przecież to nie byłem ja. Nie było mnie wtedy. Możliwe, że to Lupus, żądny władzy, dowiedział się prawdy. Tak samo, jak mój ojciec. To on go z pewnością zabił i ona mu w tym pomogła. Nie wiem czemu, skoro Lupus jest dzieckiem z gwałtu. Zawsze go faworyzowała, jakbym ja był gorszy. I wiem, że oni to ukartowali, by się mnie pozbyć. Zabicie mnie było niezgodne z naszym prawem, a zależało mu na poparciu stada. Zostałem zatem wygnany.
- Atrehu, nie obraź się, ale...
- Dlaczego ci to mówię? - wilczyca pokiwała głową, a nasze spojrzenia się spotkały. - Bo w ten sposób chcę w jakiś sposób usprawiedliwić swoje zachowanie. Bo Naharys miał po części rację. Pieprzę wszystko i wszystkich, nie dając nic w zamian. Myślałem, że tak jest dobrze. Że tak musi być. Że to normalne. Tak mi pokazano. Przez lata tkwiłem w tym chorym systemie. Cholernym trójkącie, w którym grałem drugie skrzypce. Przez te lata nie widziałem nic złego w tym, co robiłem i jak się zachowywałem. Dopiero teraz, gdy mi to powiedział... Zdałem sobie sprawę, że jest inaczej. Nic mnie nie usprawiedliwia, ale chciałem, byś to wiedziała. Tsumi... jest w ciąży i nie zamierzam jej zostawiać. Zaopiekuję się nią i szczeniakami. Wezmę odpowiedzialność, za swoje czyny. Nawet jeśli to nie miłość. Jestem pewny, że z czasem się w sobie zakochamy. Może...
- Rozumiem... - Lonya wtuliła się we mnie. Nasze spojrzenia się skrzyżowały. Nie wiem, które z nas wyszło z inicjatywą. Może ja albo jednak ona? Nie potrafiłem stwierdzić. Smakowała tak dobrze. Ten ostatni raz nasze wargi się spotkały. Całowaliśmy się zachłannie, intensywnie. Jakby miało być to pożegnanie. Nie było przecież. Nie wybierałem się na koniec świata. Gdy w końcu oderwaliśmy się od siebie, ciężko dysząc, uśmiechnęła się do mnie. Wydawała się też uspokojona moimi słowami. Nie wiedziałem, czy wierzy mi do końca. Może uznała jednak, że kłamię i tak jak twierdzi Naharys, wykorzystałem ją? Potraktowałem jak dz*wkę? Ze wszystkich sił starałem się przypomnieć sobie choć jeden moment. Sytuację, która wskazywałaby, że tak było. Nic jednak nie przychodziło mi do głowy. - Spotkamy się później. Musimy się powoli zbierać. Renesmee nie będzie czekać na nas w nieskończoność. - coś było nie tak, ale nie potrafiłem stwierdzić, co dokładnie. Jej uśmiech był jakiś dziwny. Nie sięgał policzków. Wadera ruszyła w stronę jaskiń.
- Lonya? - odwróciła się mnie z pytaniem. Nie wiedziałem, co chciałem powiedzieć. Błysk w jej oku, ta zaciętość. Była zła. - Obiecaj, że nie pójdziesz do niego.

Lonya?

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 3072
Ilość zdobytych PD: 1536 + 30% (460 PD) za długość powyżej 3000 słów.
Obecny stan: 30.081 PD

poniedziałek, 7 marca 2022

Od Naharysa c.d Lonyi | Atrehu | Piny | Tsumi ~ W głowie się nie mieści

Wraz z porannym powiewem surowego wiatru, Naharys obudził się z przytłaczającym kacem, ujawniającym się jako nieznośny ból głowy - Ponadto miał ochotę zwymiotować z powodu dojmującego pieczenia w żołądku, jakby kwas zżerał go od środka.
Pamiętał, gdy jeszcze był nastolatkiem, nauczył się od starego znajomego ojca pewnego stwierdzenia - wspominał go, jako wysokiego, postawnego basiora, którego ciężkie życie wojownika pozbawiło lewego oka, oraz wzbogaciło o paskudną szramę na policzku - że ogień należy gasić ogniem. Tu też miał na myśli alkohol, lecz choćby same wspomnienie o miodzie, Naharysowi robiło się niedobrze. Z premedytacją zmusił się do wetknięcia dwóch palców do gardła, aby wywołać wymiotne spazmy i zwrócić to, co zalegało mu w żołądku. Basior przyznał, że to, co przed chwilą zrobił, okazało się dobrą drogą do uzyskania nieodzownej ulgi.
Druga sprawa pozostawała jednak nadal nierozwiązana, toteż pośpieszył do wodopoju, aby ugasić dręczące go pragnienie - czuł dosłownie, jakby jego pysk zamienił się w pustynie - z namiętnością i przyjemnością żłopał wodę, jak komar słodką krwawicę jakiegoś zwierza. Nabrawszy ostatni haust wody, stwierdził, że nie zaszkodzi mu też mała kąpiel w przyjemnie zimnej rzece. Chłód wody orzeźwił jego całe ciało, toteż jego mózg zaczął powoli wybudzać się z resztek snu. Zanurzył się cały i tkwił tak pod wodą, dobre kilkadziesiąt sekund.
W trakcie kąpieli, jego wspomnienie odtworzyło wydarzenie z wczorajszej nocy - dwóch basiorów, rozmawiających przy dobrym miodzie o tym, jakich kłód musiał unikać ten drugi, rzucanych mu przez życie, jako wygnaniec. Spory rodzinne, wynikające z sukcesji nadającej prawo do tronu Alfy oraz to, że Atrehu miał spore powiązania do Watahy Midereweth. Jego rodzinnego stada. I wspomnienie, niczym zapauzowany film, zatrzymał się przy tym, jak Naharys, owładnięty pijacką nieświadomością, całuje zszokowanego basiora, prosto w usta. Strzał w dziesiątkę, nie ma co... dotąd pamięta, jak jego język zetknął się z językiem Atrehu. Aż w końcu zostały siłą rozerwane przez rudowłosego, a w głowie zaś, huczały krzyki zniesmaczonego przyjaciela - cóż, warto było się jednak przekonać, co też ciągnęło wadery do jego ust.
Siedząc tak zgarbiony w wodzie, z opuszczoną nisko głową, zdał sobie wtedy sprawę, jak bardzo ważny stał się dla niego Atrehu - za zamkniętymi powiekami wyobrażał sobie ich, jako braci! Ze szczęścia też nie mógł uwierzyć, iż rudy miał powiązania z tą watahą - Głównie przez jego matkę, która wydała na świat swego pierworodnego ukochanego syna i nieznośnego brata Atrehu, który, jak się później dowiedział, bywał w oczach matki większym skarbem, niźli on - rudowłosa hybryda lisa z wilkiem, w którym płynęła krew władców! Jego matka jednak tego nie doceniła. Swą matczyną miłością otoczyła owoc, zrodzony z gwałtu. Nie z miłości, nie poczucia obowiązku wychowania i wykreowania swego potomka na porządnego wilka. Z gwałtu. Naharys jednak zastanawiał się nad motywem poczynań Lorevani - czy nie powinno być tak, że matka powinna kochać wszystkie swoje dzieci? Na przykładzie postawił swoją matkę - Eloney potrafiła kochać swoje, jak i te porzucone dzieci - w tym przypadku była to Lonya. Podrzutek i do tego mieszaniec - większość wilków nie tolerowała w swej obecności mieszańców - A mimo to, Eloney i Ramar przygarnęli ją i pokochali, jak własną. Wyszkolili na silną wojowniczkę, dali wykształcenie i stała się medyczką.
Naharys uniósł głowę, otworzył lekko oczy.
Ta historia w jego mniemaniu nie trzymała się kupy, ani trochę... chyba, że jest za głupi, aby zrozumieć logikę i sens tego całego burdelu.
Wziął się za szorowanie swojej sierści z pyłu, zebranego przez krótką noc snu oraz wczorajszego brudu i starego potu po żywiołowych tańcach. Nie miał też nic przeciwko, aby podpłynąć blisko pieniącego się wodospadu - woda rozbijała się i pieniła o wystające skały, gdzie można było usadowić się między nie i cieszyć się porządnym prysznicem.
Szum spływającej wody skutecznie zagłuszał jego myśli, ale o to też mu chodziło - głowa bolała go coraz mocniej, gdy rozmyślał o swym przyjacielu.
Wchodząc na brzeg, potrząsnął futrem z nadmiaru wody, która w postaci miliona drobnych kropel, naznaczyła liście krzewów, rosnących zewsząd. Jeśli już mowa o krzakach, to Naharys załatwił też swoją potrzebę fizjologiczną, po czym ruszył w stronę jaskini medyka, aby załatwić sobie coś na ciągle dręczący go kac - miał ochotę rozwalić sobie łeb, byleby już nie czuć tego bólu! - O dziwo spotkał tam krzątającą się między pacjentami Lonyę - nie odpoczywała po imprezie? Naharys z każdą sekundą zaczął ją podziwiać za swe oddanie pacjentom, pomimo dojmującego zmęczenia po imprezie.
- Lonya? Ty już na nogach?
Lonya obejrzała się na brata, po tym, jak oglądała starą ranę po złamaniu otwartym kości ramiennej drobnej młodej wadery.
- Chciałam się na coś przydać, bo samo leżenie i pachnienie do mnie nie pasuje.
Naharys wzruszył ramionami.
- No w sumie racja - odparł i podchodząc do siostry, obdarował się ciepłym objęciem. Wtem poczuł nagle coś, co miało sprawić, iż losy tego dnia niezbyt dobrze się potoczą. Sierść Lonyi, poza aromatycznym zapachem herbaty i urzekającej mięty, nosiła w sobie woń, dziwnie dobrze znanej Naharysowi. Zaciągał się jej zapachem, ale Lo tego nie poczuła. Naharys próbował się uspokajać myślą, że to woń któregoś z pacjentów, albo ta, która ostała się po wczorajszej uroczystości. W końcu jego siostra nie siedziała sama w zamknięciu, mogła mieć kontakt dosłownie z każdym. Odsuwając się od niej, myślami nadal był gdzieś indziej i w efekcie zapomniał, po co się tu znalazł.
- Coś cię sprowadza do mnie? Ciebie też kac dręczy?
Kac, no tak! I do tego upomniał się o swej obecności ból głowy.
- Tak jakby, złotko. Dałabyś mi coś na kaca? Z czymś takim, trudno jest mi cokolwiek zrobić.
Lonya uniosła wysoko brew, udając zdziwienie.
- Tracisz formę, bracie? Odkąd pamiętam, kac nie był dla ciebie taki straszny.
Naharys uśmiechnął się do niej, obrócił oczami i zaśmiał się cicho.
- Wiesz, jak to jest, gdy się robi długie przerwy od imprez. Wychodzi się z wprawy.
Szczerze musiał przyznać, że przez resztę dnia nudziło mu się strasznie, a gdy widział społeczność jego watahy, jak mocno jest pochłonięta przez codzienne obowiązki, aż sam zapragnął znaleźć coś dla siebie. Myśliwi wracali z polowania, kwatermistrz oporządzał zwierzynę - skórował, dzielił mięso na porcje, tyle, na ile przypada każdemu członkowi watahy, a kości oddaje kapłanom na popiół - alchemicy sprzeczali się ze sobą, w sprawie zawartości danych mikstur, botanicy pielęgnowali i opiekowali się leczniczymi ziołami, a wojownicy - jak to wojownicy, poświęcali swój czas na treningach pod surowym okiem generała, czyli jego ojca - Nauczyciele świecili nieskazitelną wiedzą przed swymi uczniami. Krótko rzecz biorąc, wataha powróciła do zwyczajnej codzienności, nie wspominając o zmorze, towarzyszącej im po uroczystości.
Przechodząc dobrze mu znanymi ścieżkami, mijał szczenięta, aplikujących w szkole medycznej, które pochylone nad długimi zwojami pergaminu, były kompletnie pochłonięte przez naukę, a czuwający nad nimi mentor zaś, surowo doglądał, czy każdy jego drogi podopieczny, spełnia swoją powinność. Doświadczeni Łowcy omawiali ze swoimi czeladnikami sposoby i techniki polowania, w trakcie, gdy niektórzy, udając, że słuchają z uwagą, spoglądają bezwstydnie na tyłki trenujących wojowniczek. A jeśli już mowa o wojownikach, Naharys zwrócił się w stronę swego ojca, aby zerknąć, jak idzie mu nauka nowego pokolenia walecznych wilków.
- Cześć, tato - przywitał się z uśmiechem - Jak im idzie?
Ramar wskazał podbródkiem na grupkę młodych basiorów.
- Jak sam widzisz. Próbuję wykrzesać z młodych to, co najlepsze, ale muszę im dać na to więcej czasu. Wiesz? Ci dwaj, to nasz nowy nabytek - wskazał łapą na dwóch, trenujących obok siebie samców - Znaleźliśmy ich błąkających się po lesie. Bracia, rodzice ich porzucili. A tam z tyłu, po lewej, ten niski kremowy, zastąpił w szeregu jednego z moich uczniów. Przykra sprawa... wpadł w szpony gryfa, który za bardzo oddalił się od gór.
Usiadłszy obok ojca, zlustrował trenującą grupkę dość smutnym wzrokiem. Życie wojownika jest śmiertelnie niebezpieczne, ale cóż... Ameryki przez tę myśl, raczej nie odkrył.
U boku ojca spędził czas do późnego po południa, pomagając mu w, jak się wcześnie wyraził, "kształtowaniu i hartowaniu" nowego pokolenia wojowników - polegało to na podzieleniu grupę między siebie na pół i dbano o to, aby wpoić basiorom nawyki bojowe, które kiedyś mogą uratować im życie.
Po odbytym treningu, Naharys zorientował się też, że dzisiaj ani raz nie spotkał się z Piną i nagle począł zachodzić myślami o niej. Jak się czuje? Czy czegoś jej nie trzeba?
W końcu ciężarne wadery miewały jakieś potrzeby, i to jeszcze większe, niż inni, ale co Naharys mógł o tym wiedzieć? Ale żeby się przekonać, zaczął szukać swą ukochaną - o dziwo, daleko szukać nie musiał, gdyż spotkał ją u kapłanki, która częstowała ją, któryś raz z kolei, wodą Midereweth. Jak już wcześniej było omawiane, była niezwykle zdrowa dla wader przy nadziei.
Woda ta mocno różniła się, od byle deszczówki, czy od tej, płynącej w rzece - pochodzi ona ze źródła, które znajdowało się głęboko pod ziemią, a nazwano je Advalentum - źródłem życia. Wypita woda prosto ze źródła, wpływała regenerująco na tkanki i komórki, przyspieszała gojenie się ran - nawet tych najbardziej paskudnych - Ponadto wzmacnia organizm przyszłej matki i jej szczeniąt oraz sprawia, że rodzą się one z zdrowe, bez żadnych wad wrodzonych, silne i wytrwałe.
Naharys podszedł do wadery jego serca i przytulił jej głowę do swej piersi.
- Znalazłem cię, moja droga.
Pina odpowiedziała mu cichym i przyjemnym mruknięciem, po czym z pasją zatopiła swój policzek w jego futro. Następnie uniósł łapą jej pyszczek, aby spojrzeć ukochanej w oczy - były piękne, jak zawsze, aż przyjemne ciarki przeleciały przez całe jego ciało.
- Jak Ci minął czas? - zapytał.
- Byłam trochę tu, trochę tam, głównie szukając ciebie, ale potem zatrzymała mnie twoja matka. Proponowała, abym oddała się w opiekę medykom i kapłanom. No i tak zostałam tutaj.
- Mówiłem Ci, moja wataha wysoce dba o ciężarne, jak i o dzieci w ich łonach. Będzie dobrze, zobaczysz - z tymi słowy, puścił Pinie oczko - Urodzisz nam zdrowe i silne szczeniaki.
- Zdrowe i silne, jak ich tatuś?
- I mamuśka - dokończył ze śmiechem Naharys.
Wieczór nadszedł wielkimi krokami, słońce chyliło się ku zachodowi, barwiąc niebo pomarańczowym kolorytem po jego stronie, a wraz z tym, futro basiora zaczęło przybierać mroczne kolory. Ogień, który płonie w jego piersi za dnia, ustępuje miejsca mrokowi - Zieleń w jego oczach, zamieniała się w złoto, rzucające swym światłem własnym na powieki. Przed zapadnięciem zmierzchu, postanowił odwiedzić jeszcze swego starszego brata, Asdana.
Znalazł go przy miejscu ogniska, którego płomień rzucał złoty blask na biesiadników poprzedniej nocy - teraz zaś siedział przy wybrance jego serca, przytulając jej głowę do swej piersi. Zupełnie, jak on i Pina, tyle, że partnerka Asdana była nieco wyższa o głowę, tak na oko biorąc.
- Cześć bracie - przywitał go ciepło Naharys - mogę się do was przysiąść?
Asdan spojrzał na niego z błyskiem szczęścia.
- Co to za pytanie, bracie? Siadaj i napij się z nami... znaczy się... Vatari niestety nie może.
Naharys usiadł obok basiora, jednocześnie przerzucając wzrok na młodą, bardzo ładną waderę.
- Masz na imię Vatari? Ładne imię, tak samo ładne, jak twoja twarz. Mój brat miał nosa, że wywęszył taką ślicznotkę, jak ty.
Wadera, zwana Vatari, zalała się żywą czerwienią na policzkach, następnie uśmiechnęła się nieśmiało, a potem skierowała swe intrygujące niebieskie oczy ku partnerowi.
- Ty też trafiłeś nieźle, bracie. Całkiem niezła sztuka z twojej Piny... aż by się chciało...
Nie dokończył wypowiedzi, gdyż Vatari trąciła go żartobliwie w ramię, prezentując przy tym udawany gniew na smukłym pyszczku.
- Ja tu jestem, głąbie! - odezwała się wadera ze śmiechem.
- Widzę, ale uwierz mi, że do żadnej się nie wybieram. Moje miejsce jest przy tobie, skarbie.
Do Naharysa dotarły głośne odgłosy pocałunków, jak i przyjemne pomruki zakochanej pary obok.
W tym momencie, przez głowę basiora znów przeleciała myśl o rudowłosym przyjacielu i jego słodkiej partnerce - jak się potem okazało, trzymającej pod sercem owoc ich częstej miłości. Szczerze powiedziawszy, nie spodziewał się, że Atrehu tak szybko uwinie się ze spłodzeniem szczeniaków, ale w końcu... czego się można spodziewać po wilczym Casanovie? Miał w sobie to coś, że przyciąga wilki do siebie, jak magnes - zwłaszcza wadery. Od razu, na pierwszy rzut, nasunęła się mu Itami, najmłodsza z medyczek. Pamiętał to, jak dzisiaj, gdy wracał z wieczornego treningu w towarzystwie rudowłosego basiora - ku jego nieszczęściu, w trakcie treningu z drewnianymi wilkami, poważnie zwichnął sobie łapę w kolanie - i widział, jak ta mała waderka spoglądała na niego. W oczach można było spostrzec tańczące iskierki zauroczenia, a na jej pyszczku pojawiał się momentalnie nieśmiały uśmiech. Bez dwóch zdań, Atrehu umiał wpłynąć na waderę, sprawić, że serce w ich piersiach biją szybciej. Czy pojawi się w życiu basiora jakaś wadera, która zdoła oprzeć się jego wrodzonemu urokowi? Tyle wader żyje na tym świecie, z pewnością któraś się znajdzie, choćby nawet z jego watahy. Nie bez kozery ostrzegał przyjaciela, cytuję " Trzymaj ptaszka na uwięzi" gdy będzie kręcił się wokół którejś z wojowniczek.
- Vatari, możesz zostawić nas samych z bratem? - zapytał Asdan - Chciałbym z nim pobyć sam na sam.
- Dobrze, gwiazdko moja. Z pewnością chciałbyś nadrobić pewne zaległości z nim.
Naharys, poza urodą wadery, spostrzegł, jak kroki stawia z wielce obnażoną gracją i urokiem - niewątpliwie, Asdan trafił na oszlifowany diament. Następnie basior przysunął się blisko swego granatowiejącego już brata i spojrzał mu w oczy - jego grymas mówił Naharysowi, że cieszy się na jego widok, a jednocześnie coś go dręczy. Starał się rozgryźć, co takiego siedziało mu sercu.
- Tęskniłem za wami. Za tobą, Lonyą i za waszymi wygłupami, które jak zwykle stroiliście przed treningiem. Całe szczęście, już dorośliśmy, bo starzy teraz mają okazję zasadzić się na młodszych od nas. Brakuje mi jednak chwili, spędzonych razem na poligonie, wspólnych treningów, a gdy tylko zniknęliście, nie miałem już okazji dowiedzieć się, jak się wam żyje. Trafiliście do jakiejś watahy?
- Tak, nazywa się Wataha Renaisance - prócz ukwieconych równin i gęstych lasów, w niczym nie różni się od naszej, w sensie... poznaliśmy tam wiele miłych wilków. Nasza przywódczyni jest doprawdy wspaniała... gdybyś tylko miał okazję ją poznać. Może wybrałbyś się kiedy do nas, wraz z rodzicami? Choćby na narodziny naszych szczeniąt...
- No właśnie, szczeniąt. A wracając do tematu ciężarnych wader, ta niska z brązową grzywką... jej na imię Tsumi? Tak, pamiętam! Tsumi. Czy ona jest w ciąży z tym rudowłosym basiorem, co przyszedł z wami? - zadał pytanie tonem już nieco mniej przyjemnym... ba! Wręcz z każdą chwilą, tonacja w głosie Asdana przybierała, coraz to poważniejszy charakter, co prawdę powiedziawszy, zaniepokoiło Naharysa.
- No tak. Tsumi jest z Atrehu i to z nim będzie mieć szczeniaki.
Mina Asdana znieruchomiała nagle, twarz zamarła mu w kamiennym wyrazie, po czym spojrzał na blask ognia, tańczącego chaotycznie nad poczerniałymi szczapami.
- Widziałem ich... Widziałem jego z Lonyą. Znaczy się, nie wiem, jakie zwyczaje są w waszej watasze, ale... myślałem, że mając ciężarną partnerkę przy swoim boku, całą swoją uwagę należy skupić się na niej i jej dobru. Czy się gdzieś nie pomyliłem?
- O czym ty mówisz, Asdan!? - zapytał poważnie zaniepokojony Naharys. Bardzo poważnie.
- On... Atrehu kochał się z Lonyą. Widziałem ich razem, jak kochają się na wniesieniu nad biesiadnikami!
To co usłyszał, nie mógł uwierzyć nawet własnemu bratu - a jednocześnie, pewna część jego podświadomości nakazała mu dowiedzieć się całej prawdy. ~ Cholera, jeśli to jest prawda... Atrehu, jeśli mój brat nie kłamie, przysięgam, że cię zabiję! - Z tymi myślami, napiął mięsnie żwaczy, gdy gniewnie zacisnął szczęki. Czuł też, jak sierść jeży się mu w przepływie nieobliczalnej agresji. Miałem go za przyjaciela... prawie, jak brata!~ Wrzeszczał w myślach Naharys, co jeszcze bardziej napędzało adrenalinę, płynącą w jego rozgrzanych od emocji żyłach.
- Gdzie go znajdę?!- wyrwał z siebie Naharys, próbując zapanować nad tonem. W rzeczywistości, chciało się mu krzyczeć.
- Atrehu? Ostatnio widziałem, jak zwlókł się z jaskini późnym popołudniem. A potem skierował się w stronę Zachodniego wzniesienia, pamiętasz? Tam, gdzie Lonya lubiła przebywać za młodziaka.
- Dziękuję ci, bracie. Dzięki, że mi o tym powiedziałeś.
- Hej, gdzie idziesz? - zapytał Asdan zaskoczony, po tym, jak Naharys gwałtownie poderwał się z miejsca.
- Załatwić pewną sprawę.
***
Spotkał ich w takich okolicznościach, w których miał nadzieję nigdy nie znaleźć, a zwłaszcza jego - Atrehu. Samiec pokaźnie górował nad jego siostrą, zatopiony namiętnie w ich ustach, co sam ten fakt udowodnił jego oczom, że Asdan nie kłamał. Ponadto ich ciała, przytulone do siebie, wydzielały mocne zapachy, mieszały się ze sobą, co tylko świadczyło o fakcie, że rozkoszowali się tą przyjemną chwilą.
- Pokur***o was, do reszty?! - warknął Naharys. Cała jego złość, negatywne emocje, jakie kumulowały się w nim z każdą chwilą, w końcu wybuchły wraz z jego wypowiedzią. Lonya i Atrehu odsunęli się do siebie gwałtownie, jakby jeden drugiego poraził piorun - Naharys na wspomnienie o tym, co przed chwilą odkrył, sierść na jego grzbiecie najeżyła się niebezpiecznie, a wzrok - przepełniony chłodną agresją, zwróciły się w stronę Atehu.
- Kiedy miałeś zamiar mi powiedzieć, że wydup***eś moją siostrę? - Naharys nie panował nad słowami i szczerze nie dbał o to. Jego ton można by porównać do lejącej się krwi z otwartych ran, krzyku umierających i blasku zimnej stali, która bez litości zatapiała się w sercu ofiary. Jego brzmienie było straszne, ale jednocześnie na swój sposób spokojne. Uwierz mi jednak, drogi czytelniku, że wewnątrz Naharysa kotłowała się w zastraszającym tempie wściekłość, która niebezpiecznie zbliżała się do granicy czystej furii, a widok zdezorientowanej miny Atrehu działała na niego, jak płachta na byka.
- Exan, bracie...
Naharys jednak nie chciał słuchać, ani jednego cholernego słowa więcej, toteż bez ostrzeżenia utkał z gęstego mroku macki, które owinąwszy się czule wokół tylnych łap Atrehu, z zastraszającą siłą poderwały go w powietrze. Rudy basior krzyknął głośno i w następnym momencie zawisł głową w dół nad nisko rosnącą trawą. Exan, siłą swej mocy, przekierował bezwładnie zwisającego Atrehu nad przepaść, na której dnie wystawały, jak na baczność, ostro zakończone skały.
- A teraz podaj mi jeden solidny powód, dla którego miałbym cię nie rozj**ać o skały!
- Exan, proszę, wysłuchaj mnie!!! Ku** mać, stary, Lonya też tego chciała! - wykrzyczał spanikowany Atrehu, z przestrachem w oczach.
- Exan, co ty robisz, świrze! Odstaw go na ziemię! - krzyknęła poirytowana i również przestraszona poczynaniami brata, ale ten odwrócił się w jej kierunku. Jedynie, co Lonya mogła ujrzeć w oczach brata, była krwawa furia.
- Z tobą policzę się później! A teraz... Atrehu, jakieś ostatnie słowa, zanim rozwalisz się o skały, jak melon?
- Naharys, jesteśmy przyjaciółmi! - Wykrzyczał basior.
- Nie masz prawa tak mówić! Nie jesteś już moim przyjacielem! Powiem ci, czym będziesz... gnijącym ścierwem, leżącym na dnie, w którym i tak się znalazłeś, bo w tej chwili nie znaczysz już dla mnie nic!!
- Exan! On mnie do niczego nie zmuszał! Sama też chciałam, jeśli chcesz zabić Atrehu, powinieneś też zabić i mnie!
Pomimo, że Naharysem trzęsła furia, potrafił zweryfikować słowa siostry, ale wciąż nie potrafił dopuścić do siebie myśli, że tak potraktował Tsumi. Była z nim w ciąży i co w związku z tym? Gdy się okaże, że przyjdzie kolej na Lo na macierzyństwo z nasienia Atrehu, co wtem zrobi on? Znudzi mu się i popędzi do innej, aby zrobić to samo?
W ostatecznym rozrachunku, odstawił Atrehu na ziemię - zrobił to niezbyt łagodnie, bowiem cisnął zszokowanym Atrehu na ziemię, który turlając się w zastraszającym tempie, uderzył grzbietem o pień wysokiego drzewa - przystawił mu mocno łapę do jego klatki piersiowej i przygwoździł do ziemi. Naharys zniżył głowę, aby jego oczy złapały bliższy kontakt z basiorem - w płomiennych ślepiach Atrehu ujrzał tańczące iskry gniewu, strachu i morderczego zapędu, ale Exan nie zwracał na to uwagi.
- Podziękuj mojej siostrze, za uratowanie Ci życia, bo już byś był martwy! To było pierwsze i ostatnie ostrzeżenie, a brzmi ono: Nie zbliżaj się do mnie, mojej siostry i całej naszej rodziny!
- Naharys, ochłoń i pogadajmy! Sami tego chcieliśmy, nie rozumiem, czemu tak jedziesz po mnie! - warknął Atrehu. Naharys zacisnął zęby i warknął mu prosto w pysk ~ Że też masz czelność mówić coś takiego!
- A o czym tu gadać!? Tsumi już Ci się znudziła i postanowiłeś rwać do cudzych sióstr?! Jak Lonya zaciąży, to potraktujesz ją tak samo, jak Tsumi?! Nie, wtedy już nie będzie następnego razu, bo wtedy twoje truchło będzie użyźniać glebę od spodu. Nienawidzę cię i żałuję, że cię kiedykolwiek poznałem, żałosny robalu! Robale się rozgniata, ale Lo postanowiła cię uratować. Ciesz się więc swoim życiem, a jeśli ci ono miłe, nie pokażesz mi się już na oczy, w przeciwnym razie, nie będę czuł zapędów. Żadnych wyjątków.
Zabrał łapę z piersi Atrehu, odsunął się szybko, rzucając w stronę byłego przyjaciela i brata pogardliwe spojrzenie. Był tak wściekły, że nawet nie wiedział, gdzie biegnie - byle by biec i się wyżyć na czymś, albo na kimś i też znalazł coś takiego. Całą swoją siłę, jaką tylko miał, użył do zniszczenia obalonego pnia dębu. Pocięty przez ostrza mroku, widniały na nim głębokie szramy- Potem usiadł wyczerpany przez wściekłość i ból, jaki w tym momencie czuł w okolicy serca.
- Kur*a mać, Atrehu... - wymamrotał, zakrywając łapą usta. Z jego złotych, niczym roztopiony bursztyn oczu, wypłynęła pojedyncza kropla łzy, która później popłynęła po jego policzku. - Kochałem cię, jak brata... Do biesa z tobą... wy wszyscy idźcie do biesa...

<Atrehu? No powrót i rozmyślania zostawiam w twoich łapkach>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 3382
Ilość zdobytych PD: 1691 + 30% (507 PD) za długość powyżej 3000 słów
Obecny stan: 3476 PD