Newsy



:Aktualności
.Blog przechodzi obecnie renowację
.Już niebawem pojawią się nowości

:Pogoda
Obecna pora roku ~ Jesień
.Temperatura waha się między 10+ a 0- stopni Celcjusza
.Zmiana pory roku nastąpi 15.12.2022

Liczba wilków ~ 27
Wadery ~ 18 + 1 NPC
Basiory ~ 7 + 4 NPC
Szczeniaki ~ 1
Nieobecni: Brak

~Serdecznie zapraszamy♥~

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Naharys Ravennight. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Naharys Ravennight. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 października 2022

Od Naharys'a c.d Amber ~ Zezowate szczęście

- Wszystko w porządku? - zapytała wadera po tym, jak basior został od tyłu zaatakowany... czyimś jęzorem. Naharys odwrócił się momentalnie, był tak zaskoczony całą sytuacją z żabą, że nawet przez myśl mu nie przeszło, że przed nim siedzi całkiem obca mu wadera. Drobna samica o długiej różowej sierści, która zdawała się falować nawet przy najdrobniejszym wiaterku. Z nerwów, nie wiedziała nawet, gdzie oczy podziać, bo miotały się one, jak oszalałe. 
- Wybacz... On nie chciał naprawdę, chciałam się przywitać, a on wszystko zepsuł, eh! - Wadera podrapała się nerwowo za uchem, wbijając w końcu wzrok gdzieś w boczny punkt, obok jej ogona. 
- On? - zapytał zaskoczony basior, rozglądając się przelotnie - Nikogo tu nie ma, prócz nas. 
- No... nie do końca. - Z tymi słowy, różowowłosa wyciągnęła zza swych pleców małą, pulchną żabkę, która wyglądała, jakby ją ktoś w potylicę pstryknął, efektem czego był jej komicznie wyglądający zez. 
- Naucz lepiej swojego... - Naharys dosłownie nie mógł oderwać od powywracanych źrenic płaza, któremu kończyny zwisały ospale, bezwiednie -... towarzysza dobrych manier. I wszelkich zasad dotyczących czyjejś intymności. Cholera, co jest nie tak z tą żabą?
- Nie tak? Przecież wszystko jest z nią w porządku - Po tym, jak obdarowała basiora miłym, urzekającym wręcz, uśmiechu, posadziła swoją żabkę na swojej głowie. Płaz dosłownie opadł na brzuch, rozjeżdżając się na swych drobnych łapkach. 
Naharys nie wiedział sam, co ma o tym wszystkim myśleć, wiedząc, że został dotknięty... jęzorem tego płaza w miejsce, gdzie nawet tutaj, na blogu, nie wypada o nim mówić - bowiem, jak sami wiecie, ta część ciała należy do naszej intymnej strefy i nie bardzo lubimy o niej mówić... ale, możecie sobie wyobrazić Naharys'a, zakłopotanego tą całą sytuacją? Oczy błądziły mu bez przerwy, nie wiedząc, gdzie je podziać.
- Jestem Amber. - Różowowłosa wadera o imieniu Amber podała swą drobną łapę w jego stronę. Ten chwycił ją, jak na dżentelmena przystało, w delikatny uścisk. 
- Naharys. - przedstawił się biały wilk. 
- Miło mi Ciebie poznać, Naharys. - wadera uśmiechnęła się od ucha do ucha. - Kim jesteś w watasze? 
Basior zerknąwszy na Amber, po tym, jak luźno zaproponowała zmianę tematu, na jego skromną osobę, dostrzegł w waderze dopiero teraz - drobne podobieństwo z kimś, kogo kiedyś znał i kochał. Turkusowe sarnie oczy przyglądały się mu z wyraźną ciekawością, różowe futerko - bujne i długie na szyi i ogonie - wydawało się być jedwabne i przyjemne w dotyku - biały wilk jednak nie zamierzał tego sprawdzać, nie chciał naruszać czyjejś strefy osobistej. A owa wadera przypominała mu... Pinę. 
 Ten sam wyraz oczu - łagodny i ciepły. Podobny styl chodu. Pewny i zmysłowy. Trudno podrobić jakąkolwiek cechę, jaką miała jego ukochana, ale Amber najwidoczniej miała wręcz wpojone niektóre z nich... Momentalnie w jego pamięci pojawiła się twarz Piny, jej uśmiech w dniu przed tym, jak widział ją po raz ostatni... to wspomnienie wzbudziło w nim pewną tęsknotę i smutek, który wolał nie uwidaczniać przed Amber. 
- Halo, prze pana, nie śpimy. Bob ma pomóc się obudzić? - zapytała i zachichotała. 
Naharys pokręcił lekko głową, głos Amber wyłonił go z otchłani własnych myśli, jak wędka tłustą rybę.
- Huh, co? - wypalił nagle Naharys. Żabka imieniem Bob wyglądała, jakby ją samą przydałoby się obudzić, bowiem leżała jedynie, rozpłaszczona na głowie Amber. Jedynie, jaką czynność wykonywała, od czasu do czasu, wywalała swój lepki jęzor, gdy w pobliżu pojawiał się jakiś owad.  
- Hah! Tak, pytałam, czym się pan zajmuje, panie Naharys? - powtórzyła z jeszcze bardziej rozszerzonym uśmiechem. 
- Jaki pan?! - zawołał basior, spektakularnie udając wściekłość, a żeby to udowodnić, wykrzywił usta w ciepły uśmiech. - Mów mi po prostu Naharys. Jestem Kapitanem watahy. Szkolę wojowników, a w razie czego, dowódcą wojsk, do usług. 
Usłyszawszy owe słowa, wadera ożywiła się nagłym entuzjazmem i radością, bowiem spojrzała na niego z blaskiem. 
- W takim razie mam prośbę - wypaliła Amber. - Czy mógłbyś mnie i Boba nauczyć samoobrony? Takich podstawowych chwytów i innych. - Amber, kiedy mówiła, z jej ust wręcz wylewało się podniecenie. Jednakże, zanim Naharys zdecyduje się ją uczyć, będzie musiał poddać ocenie jej... budowę anatomiczną. Rzetelnie i skrupulatnie przyglądał się jej umięśnieniu - prawdę powiedziawszy, nie imponowała swą budową, ale basior wierzył, że uda mu się wzbudzić w waderze tyle sił, na ile będzie ją stać. Rzucił okiem na klatkę piersiową wadery, szyję i mięśnie ud. 
- Czemu nie? Pasowałoby nieco popracować nad twoimi... ummmm... mięśniami i nad ich siłą. A potem zobaczymy.
- Super! - z tymi słowy, wadera złapała swojego towarzysza w łapy, uniosła go na wysokości oczu i wręcz wrzasnęła mu w pysk - Słyszysz Bob! Będziemy wojownikami. Pewnie nie tak dobrymi, jak on, ale w mniejszej mierze wojownikami!
- Powiedz tylko, kiedy co i jak ! - spytała nagle Amber. 
- Najpierw sprawdzę, na co cię stać, abym wiedział, z kim mam do czynienia, to po pierwsze. Po drugie, nie szkolę towarzyszy - zmierzył wzrokiem gapiącego się leniwie płaza, który sprawiał wrażenie, że nie docierają do niego żadne słowa. - Po trzecie, wymagam chęci i zaangażowania do treningu, a reszta pójdzie, jak z płatka. 
- Szkoda, że nie będziesz trenować Boba walki - przyznała ze smutkiem Amber. 
- Podejrzewam, że walka twojemu towarzyszowi jest zbędna - skomentował z uśmiechem basior - wydaje mi się, że nie chce mu się nawet mrugać oczami... poza tym, płazy nie mają powiek! Jak to jest, że on mruga? 
- Cóż, mój Bob jest nadzwyczajny i za to go kocham! - Amber entuzjastycznie uniosła lekko głowę, efektem czego, leniwa żabka podskoczyła nieco, zaliczając przy tym delikatny upadek na swój puchaty brzuszek. Bob mrugnął leniwie. 
- Czy chciałabyś rozpocząć trening teraz? - zapytał biały wilk - Czy może chciałabyś się wpierw rozejrzeć, poobserwować? 
Odpowiedź była jednak z góry przewidziana, bowiem Amber była tak nabuzowana ekscytacją, że bez namysłu i wahania odpowiedziała; 
- Chciałabym rozpocząć teraz! 
- Dobrze, w takim razie pokażesz mi, co potrafisz. 
- W sensie? 
- Jak szybko umiesz biegać? 
- A co to ma do samoobrony? - zapytała lekko zdziwiona Amber. 
- Bardzo dużo - odparł tonem przekonującym, unoszący przy tym pysk, przez co wyglądał bardziej dumnie i przekonująco - ucieczka to też w pewnym sensie samoobrona. Nie jest to wstyd uciekać przed czymś, albo kimś, z kim nie możesz sobie poradzić. Samoobrona to nie tylko walka, ale też rozsądek. Jeśli rzucisz się z motyką na słońce, równie dobrze możesz kopać swój grób, gdy nie potrafisz ocenić, czy przeżyjesz starcie, czy też nie. Rozumiesz? 
Amber pokiwała krótko głową, a basior podejrzewał, że owe słowa nie uszczęśliwią waderę - cóż, taki jest rzeczywisty fakt i z pewnością nie zamierzał go przed nikim ukrywać.
Kiedyś znał pewnego wojownika ze swojej watahy, który miał ciekawy styl walki, polegający na gryzieniu i odskakiwaniu, przy niewielkim wykorzystywaniu mocy. Z kocią wręcz gracją potrafił unikać czyichś ciosów, ale zgubiła go pewna wada - zbyt przecenił swoje umiejętności - która doprowadziła do tego, że niedźwiedzia łapa rozpruła mu brzuch. Osobiście nie widział jego śmierci, lecz z opowieści starszych wyobraził go sobie leżącego na dnie leśnego wykrotu, z rozlewającymi się z ziejącej rany wnętrznościami. A to wszystko przez to, że nieszczęśnik nie potrafił ocenić swoich szans na zwycięstwo... czy też na porażkę. 
Wadera pokiwała po chwili głową, uśmiech nie znikał jej ze smukłego pyszczka, a w oczach nadal tryskała energia, która wydawała się rozpierać ją od środka. Widać, że ta mała nie mogła doczekać się akcji. 

 Wadera pokazała mu, jak biega - śmigała, jak wypuszczona gołębica. Jej łapy wydawały się lekko stykać z ziemią podczas pędu, w trakcie, gdy Naharys siedział jej na ogonie. Odskakiwała przed przeszkodami, chyliła głowę nad zawalonymi pniami, wpadała w poślizgi, gdy samo to nie wystarczało. Chwytała się każdej możliwej metody, byleby umknąć białemu basiorowi. 
Trenowali do samego wieczora - Naharys już przechodził powoli transformację koloru swej sierści, lecz Amber na razie tego nie zauważała, gdyż skupiona była na ćwiczeniach. 
 Teraz starała się wychodzić na przeciwko mknącemu nurtowi rzeki, aby usprawnić jej mięśnie łap i piersi. Zdawał sobie sprawę, że poruszanie się, niezgodnie z prądem rzeki jest trudne i męczące, lecz Amber, zanurzona w wodzie po szyję, dawała sobie radę, pomimo wymalowanego zmęczenia na twarzy. 
- Jak mi poszło? - zapytała, dysząc głośno. 
- Sześć minut, nieźle - pochwalił ją Naharys. - zobaczysz, jeszcze popracuję nad twoją budową. A potem przejdziemy do ćwiczeń i podstawowych chwytów, które niechybnie mogą w przyszłości uratować Ci życie. 
- Dlaczego nie przejdziemy od razu do rzeczy? - zapytała Amber, zerkając ciekawsko w stronę basiora, który z chwili na chwilę stawał się coraz bardziej granatowy. 
- Niektóre chwyty będą wymagać od ciebie wykorzystania całej twojej siły ciała, rozumiesz? 
- Tak. Naharys, dlaczego robisz się granatowy? 
Naharys instynktownie zerknął na swoje łapy, ogon i grzbiet, po czym uśmiechnął się ciepło. 
- Nie przejmuj się mną. To u mnie normalne. To jak? Widzimy się jutro na kolejnym treningu, czy wolisz zrobić sobie przerwę? Ostrzegam, jutro mogą dosięgnąć cię zakwasy. 

<Amber?>

PODSUMOWANIE: 
Ilość napisanych słów: 1390 
Ilość PD: 695 + 10% ( 69 PD) za długość powyżej 1000 słów 
Obecny stan: 5735 PD

wtorek, 11 października 2022

Od Naharys'a c.d Yneryth ~ "Pokłosie"

 Naharys zbudził się po chwili, a owym powodem był znajomy chichot i nieustanne szturchanie czyjejś łapy. Dyskretnie rozwarł lekko powiekę i poprzez mgłę zaspanego oka dostrzegł złośliwą minę Yneryth'a, który trącając go w ramię, powtarzał ciągle jedno zdanie. 
- Ej, Naharys, zbudź się! - powiedział przez śmiech Yneryth - Zrzygałeś się. 
- Zaraz ty się zrzygasz, jeśli szturchniesz mnie jeszcze raz! - burknął ponuro Naharys, podnosząc się z miejsca. 
- O, ty już nie śpisz?! - odparł Yn, udając zaskoczenie, niezbyt wprawnie chciałoby się dodać. Naharys niezbyt chętnie rozejrzał się po jaskini, łożu na którym leżał i wnękach wyżłobionych w skalistej ścianie, w których spoczywały kamienne i gliniane naczynia z lekami. Lecznica. Tak, mógł się tego spodziewać po nieznośnym zapachu leków i choroby, roztaczającej się w wilgotniejącym powietrzu. Kiedy chciał usiąść, ból w potylicy odezwał się nagle, tępo, ale na tyle znośnie, że Naharys powstrzymał się od skrzywienia. 
- Co ty tu w ogóle robisz, Yneryth? - zapytał bardziej z ciekawości - Nie powinieneś być na treningu? 
- Chciałem się pochwalić, że przez czas twojej nieprzytomności, jabłoń wyzdrowiała. To wszystko dzięki temu... gęstemu sokowi... 
Naharys pomasował sobie obolałe skronie, ziewnął głośno, drapiąc się leniwie po boku, ale ze zdziwieniem poczuł, że jego futro było czymś przemoczone. Uniósł łapę, powąchał dziwną wydzielinę, która okazała się być tym uzdrowiskowym sokiem ze starodawnego drzewa, który zdobył dla Yneryth'a. Jego konsystencja była tłusta i lepka, dlatego nie zdołała wyschnąć przez tak długi okres czasu, ale pytaniem było... jak się tym zdołał pobrudzić. Potem podejrzliwie zerknął na głupio uśmiechniętego basiora. 
- Długo byłem bez przytomności? - zapytał cicho Naharys, po prostu z czystej niechęci, oszczędził sobie głosu. 
- Noo, przeszło trzy dni. To dość długo. 
- Wspaniale - odparł, wstrząsając łapą, pozbyć się tego lepkiego świństwa, które na nieszczęście Yneryth'a pobrudziło jego futro na szyi. Oczywiście Naharys nie zauważył rzednącej powoli miny towarzysza, bowiem kiedy wstał, od razu ruszył ku odnodze lecznicy na przeciwko, gdzie przesiadywała Lonya, gdy dokonywała segregacji ziół pod względem jakościowym. Zerknąwszy zza rogu waderę, odchrząknął cicho, sygnalizując swoją obecność. Siostra uniosła głowę lekko zaskoczona. 
- Naharys, nie powinieneś leżeć? Twój organizm jest osłabiony. 
- Nic mnie tak nie osłabia, jak leżenie w tym miejscu - przyznał z uśmiechem basior - gdyby nie ty, moja łapa by tutaj nie powstała. 
- Nie wiem, czy mam to uznać za komplement - odparła złośliwie szczerząc zęby - ale chyba z tobą wszystko dobrze, skoro wróciły twoje szczeniackie żarty. A teraz słuchaj, mógłbyś coś dla mnie zrobić? 
- No wiesz, dla ciebie wszystko. 
- Zaniósłbyś te zioła do Nabi? Te lepsze, a te gorsze spal. Żaden z nich pożytek, tylko robią zamęt w magazynie. 
Naharys bez dalszych słów chwycił za wiklinowy koszyk wypełniony po same jego brzegi roślinami - po jednej stronie plątała się świeża lawenda, przemieszana z nagiętkiem i czarnym bzem, a po drugiej smętnie leżały wysuszone, stare i bezużyteczne rośliny, których Naharys nie był w stanie rozpoznać. 
Kiedy jego biała masywna sylwetka wyłoniła się z mroku przedsionka, Yneryth'a już nie było w lecznicy - pewnie pobiegł pod tę swoją jabłoń, aby sprawdzić, czy wszystko z nią w porządku. Naharys westchnął tylko pod nosem, ruszył w drogę przez młody lasek, którego ścieżka doprowadziła go do jaskini watahowej botaniczki. Nabi, jak zwykle krzątała się tu i tam, z nosem uniesionym wysoko, jakby próbowała dotknąć nim snującego się w powietrzu balona, napompowanego helem. 
 Później swą podróż zakończył przy wejściu na poligon - pustym trzeba by dodać, bowiem tam biały wilk nie napotkał ani jednej żywej duszy. W sumie, czemu się miał dziwić - pomyślał, kiedy zadarł głowę do góry. Słońce snuło się już ku zachodowi, oznajmiając że już nadeszło późne popołudnie. Cóż, trening na rozruszanie mięśni o tej porze jeszcze nikomu nie zaszkodził. 

***
(
Czasy obecne)
Drzewa już nabierały ciepłych kolorytów, odkąd nastała pora jesieni - Cynmseis, jak się mawia w jego stronach, a oznaczało to porą płomiennych drzew. Oczywiście, Naharys'owi nic do tego, jak miewała się jabłoń Yneryth'a, ale z wrodzonej ciekawości, biały wilk odwiedził go pewnego jesiennego poranka. Niebo zasnuły bure chmury - podejrzewać można, że niebawem spadnie sporadyczny deszcz. Drzewo, aż miło popatrzeć, wydało na świat soczyste owoce, ale Yneryth'a nie było w pobliżu niego, więc pomyślał sobie, że poczeka na niego... W końcu, na chwilę obecną nie miał nic ciekawego do roboty. 
<Yneryth?>

PODSUMOWANIE: 
Ilość napisanych słów: 685
Ilość PD: 342 PD 
Obecny stan: 4971 PD

poniedziałek, 10 października 2022

Od Naharys'a c.d Belief [cz.10] ~ Pozbawieni snu

 Po tym, jak wadera odeszła za jego polecenie, począł dokładniej przyglądać się rozmytym kształtom, przemykającym między drzewami Haute Forêt. Kiedy jeszcze mieszkał w rodzinnej watasze, wilki miewały - nader dość częste - problemy z istotami, które nam, ludziom, trudno było sobie je wyobrazić, lecz nawet Naharys nie widział czegoś podobnego. Czegoś, co na sam widok, ciarki przeszywały na wskroś. Mimo tego, chciał przyjrzeć się tym istotom z bliska, bowiem miał w zamiarach poobserwować je trochę, wybadać ich słabe punkty, oraz czy stanowią poważne zagrożenie dla istnienia tej watahy. Rene, gdyby tu stała, pewnie kazałaby mu czekać na nadejście posiłków, lecz instynkt podpowiadał mu kompletnie co innego. Lewa, potem prawa i tak łapy niosły go powoli, ku cieniu rzucanym przez drzewa owego lasu - starał się nie wychylać poza obręb wysokiej trawy, aczkolwiek świerzbiło go, aby podbiec bliżej. Na wyprostowanych kończynach. Byłby jednak skończonym głupcem, gdyby tak uczynił... bez dwóch zdań, istoty przyuważyłyby go. Zwlekać też nie zamierzał, bowiem któż mógł wiedzieć, jakie plany wobec tej krainy miały te stwory?
~ To już nawet najwięksi rozkminiacze tego świata nie wiedzieli. 

Zanim jednak zdążył pokonać, choć pół drogi do granicy lasu, spostrzegł dziwną, humanoidalną postać, niosącą się po łące, niczym liść, bezwiednie ciągnięty przez wiatr. Mieniła się barwami czerni, wyglądała, jakby całe jej ciało okrywał przewiewny, delikatny aksamit utkany z mroku. 
I to do niej poczęły się gromadzić rozmyte kształty, które w blasku rozgrzanego słońca, przybierały wilcze formy - w jej obecności nie bały się złotych promieni, ich ciepło nie robiło na nich najmniejszego wrażenia. Z chwili na chwilę, mroczne istoty tłumnie gromadziły się wokół, z uniesionymi wysoko pustymi oczodołami, przyglądały się humanoidowi, jakby wyczekując rozkazów. Ich czarne czaszki w blasku słońca mieniły się srebrzyście, niczym dobrze oszlifowany obsydian. 
~ Chyba powinienem wrócić - mruknął w myślał Naharys. Już miał odwrócić się w drugą stronę, ku swej poprzedniej pozycji, gdy jego uszy posłyszały głośny skowyt. 
Od zachodniej strony Haute Forêt zaczęła nadciągać kolejna fala - czarna, bezmyślnie pędząca w jego stronę horda stworów, skutecznie uniemożliwiła ucieczkę, a jednocześnie spychała go w stronę tej humanoidalnej poczwary. W tej sytuacji już nie wiedział sam, jak potoczy się jego los, który postawił go przed tak patową okolicznością. Mknąca bestia wyskoczyła z zarośli, potknęła się o wystający bark Naharys'a, po czym wyrżnęła szczęką o twardą ziemię. Z szeroko rozwartymi oczami obserwował, jak twór unosi nagle łeb, warczy przeciągle błyszcząc długimi, obsydianowymi zębiskami. Nie czekając na dalszy rozwój wydarzeń, poczęstował potwora sporą dawką ognia, który o dziwo strawił go, jak sok żołądkowy dobre żarcie. Oczywiście szczęście dopisało tym razem Naharys'owi, bowiem reszta stworów, nawet bez kłapnięcia pyskiem, nie zareagowała na śmierć jednego z nich, tylko mknęły przed siebie - co świadczy o tym, że nie mają własnej woli, jedynie działają w imię innych priorytetów, a jednym z nich była ta istota. Gromadziły się wokół niej, jak pszczoły sławiące swą monarchinię, gotowe ją słuchać, pielęgnować i dbać o bezpieczeństwo - właśnie takie skojarzenie miał biały wilk, gdy przyglądał się temu wszystkiemu. 
Wykorzystawszy chwilę nieuwagi bestii, począł szybko skradać się w stronę swej poprzedniej pozycji, skąd odprawił Belief z wiadomością do Alfy.
- Na litość wszystkich wilków na świecie, Naharysie! - szepnął czyiś głos za jego plecami. Naharys, na odzew swego imienia, wykręcił głowę w stronę białego basiora w towarzystwie trzech wilków. Itachi'ego, Lawrenca i Belief - a jednak wykonała zadanie! Powitał ich uśmiechem, ruchem lewego ucha polecił im przyjąć pozycję obok siebie. - Co się tutaj stało? Gdyby nie Belief, nie chcę wiedzieć. jak byś tutaj skończył. 
Stali tak i dopiero wtedy zorientował się, jak bardzo dyszał - cholera, przez napięcie, jakie dopadło go na polu wysokiej trawy, w ogóle jego stan nie zrobił na nim wrażenia, bowiem kierował się jednym celem - znaleźć się w bezpiecznym miejscu. 
- Dobrze, że jesteś cały. - Wyszeptała Belief, nie kryjąc zmartwienia. Naharys obdarował ją ciepłym spojrzeniem - byłaby z niej dobra posłanka, pomyślał ochoczo. Miał ochotę jej pogratulować i podziękować, lecz to nie czas na czułości.  - Pędziłam ile sił w łapach, a teraz powiedz, proszę, co się działo w tym czasie? No i co teraz będziemy robić?
Pozostałe wilki przyglądały się mu, w oczekiwaniu na jego słowa. Początkowo Naharys po krótce opowiedział im, czego doświadczył, w czasie, gdy oni biegli z odsieczą - w trakcie jego opowieści, pozostali słuchali go w ciszy, a wraz z jej ciągiem, ich oczy rozszerzały się z sekundy na sekundę. 
- Więc, co proponujesz, dowódco? - zapytał Hinata. 
- Proponuję odwrót, jest nas zdecydowanie za mało na całą hordę. Musimy zgromadzić więcej sił! Za mało nas, aby ich otoczyć, zdecydowanie też nasze siły są zbyt słabe na frontalny atak, albo na zajście od flanki z którejkolwiek strony. Słyszycie? Odwrót! 
- To czemu kazałeś nas zawezwać? - zapytał zdziwiony Itachi. 
- Bo wcześniej nie byłem świadom ich prawdziwej liczebności! - wyjaśnił Naharys - Spójrz na tę hordę, nie mamy z nimi szans! Musimy ostrzec Alfę, ruchy! 
I z tymi słowy wilki zerwały się z miejsc, sprintem mknąc przez łąkę bogatą we wrzosy, które sięgały im do brzuchów. Kiedy Naharys zrównał się w biegu z Belief, rzekł nad wyraz wdzięcznie. 
- Świetnie się spisałaś. 
- Dziękuję - odparła, odwracając lekko głowę, zapewne w celu ukrycia rumieńców.
- Teraz musimy opowiedzieć Alfie o wszystkim, co widzieliśmy. Ze szczegółami i nie możemy o niczym zapomnieć.  

<Belief?>

PODSUMOWANIE: 
Ilość napisanych słów: 847
Ilość zdobytych PD: 423 
Obecny stan: 4629 PD 

niedziela, 9 października 2022

Od Naharys'a c.d Sininen~ "Zapomniana melodia"

Jemu też nie był na rękę słuchać dokładnej opowieści o porwaniu. Wiedział, że dla Sini to wydarzenie było niemal nie do przeżycia - z tego też powodu chciał zaprotestować. Nie chciał, aby z powodu jakichś trzech obcych typków, podających się za braci jego jedynej miłości, Sini musiała rozdrapywać rany, które ledwo się zasklepiły, lecz nadal krwawiły przy najmniejszym dotknięciu. 

Jeszcze większej wściekłości dostał, kiedy Ci trzej poprosili... nie! Ton ich wskazywał, że nakazywał mu, aby wraz ze swoimi dziećmi, wyruszył z nimi do ich watahy. Obcej watahy, po której nie wiadomo, czego się spodziewać - w tej kwestii, Naharys wolał zachować nieufność. Jeśli ta wataha to zgraja żądnych krwi bandziorów, a Ci trzej podszywają się pod braci Piny, to nie zawaha się dokonać morderstwa, choćby w obronie Sininen, Shori i Ereden'a. Po tym, jak tych trzech opuściło ich jaskinię, Naharys rozluźnił się nieco, ale widząc załamaną Sininen - bardzo dobrze wiedział czym - zbliżył się do niej, otulił silnym ramieniem i przygarnął do siebie. Ereden wyglądał, jakby sam nie wiedział, co miał myśleć o tym zajściu, a Shori w zamyśleniu wpatrywała się w łapy swej przybranej najmłodszej siostry. Nie minęła jednak chwila, gdy cała trójka nagle wzięła pod wzrokowy ostrzał swego rodziciela, który, doprawdy sam nie wiedział, co myśleć o tym wszystkim. 
- Nie mamy pewności, czy Ci trzej mówią prawdę - powiedział po chwili Naharys, tonem pełnym podejrzeń i nieufności. Miał, co do tego pewien powód, gdyż rzadko kiedy się zdarza, że pewnego dnia spotykasz basiorów, podających się za braci twojej ukochanej. Oczywiście, Pina opowiadała mu kiedyś, że wychowywana była  przez starszych braci, co też świadczyło o tym jej zadzierżysty charakter. Dla niego, jak i swoich dzieci, była mimo wszystko, upersonifikowanym ciepłem, synonimem słodyczy i opiekuńczości. Uwielbiała tulić się w futro Naharys'a, rozpieszczać ich szczeniaki, aczkolwiek bywały dni, kiedy wcielał się w nią dowódca, który ustawiałby wszystkich do pionu. 
- Może pójdziemy do nich, na granicę, przyciśniemy ich, czego dokładnie chcą. Jeśli to tylko zawracanie głowy, damy sobie spokój - zaproponował Ereden, przekonująco kiwając głową w stronę ojca. - Jeśli jednak będzie to pułapka, rozwalimy ich na kawałki! 
- Hej, hej, Rambo, nie zapędzaj się tak! - odezwał się Naharys - Wydają się być doświadczonymi wojownikami. 
- Tato, proszę cię! - rzucił beztrosko Ereden - Tacy z nich wojownicy, jak ze mnie śnięty pstrąg! Sininen rzucała tym...Saarielem, czy jak mu tam, jak wypatroszoną wiewiórką. 
 Nieczęsto Ereden chwalił Sini za jej wyczyny w walce, co też sprawiało, że najmłodsza z rodzeństwa lekko unosiła głowę, z lekkim niedowierzaniem zerkała na brata, a potem Naharys widział, jak ponownie spuszcza smutno uszy, wtulając się jeszcze głębiej w płaszcze swego świata, do którego dostęp miała tylko ona. Miał rację, przyznał Naharys - Sini rozprawiła się z tym basiorem zawodowo. 
- Musimy się dowiedzieć jednego od tych typków - odparł po chwili ojciec trójki wilków - O czym oni gadali? To nie Pina była celem porwania, tylko Sini? Jestem zagubiony, jak na razie. Co o tym myślisz, Ereden? 
- Myślę, że oni coś kombinują! - powiedział syn, spoglądając podejrzliwie w stronę trzech punkcików, odchodzących w stronę granicy. 
- A ty, Chmureczko? - zwrócił się Naharys do Shori. 
- Sama nie wiem. Może powinniśmy się przynajmniej dowiedzieć, o co chodzi z porwaniem Sini, dlaczego zamiast tego, mama została porwana?  
- A ty, Sini? - spojrzał na najmłodszą córkę - Co o tym myślisz?  

<Sininen? Wiem, krótkie, ale to z powodu braku pomysłów na dalszy rozwój wydarzeń xD>

Ilość napisanych słów: 533
Ilość zdobytych PD: 266 
Obecny stan: 4206 PD 

czwartek, 6 października 2022

Od Naharys'a ~ Event Wakacyjny (Pisarski -Plażowy dzień)

 Jak to mogło być możliwe? Wydawać się mogło, że zaledwie wczoraj była surowa, bezwzględna zimna, która wystawiała wszystkich na próbę śmierci i przetrwania. A dzisiaj? Słońce, które zaledwie wyłoniło się zza wschodniego widnokręgu, potrafiło przypiec... i to dość konkretnie. Lato to czas, kiedy każdy marzył o wypoczynku na rozgrzanym od promieni piasku, bądź zamoczeniu futerka w przyjemnie chłodnej wodzie, w spokojnie płynącym nurcie rzeki. Na dodatek Alfa, ku spełnieniu owego marzenia o wypoczynku, zorganizowała wspólną, watahową imprezę na Plage Sud. Jak jedna wielka rodzina, nikt dzisiejszego dnia nie miał prawa być sam, a przywilej dobrej zabawy był w zasięgu każdego. Mimo tego, Naharys nie chciał ruszać się z leża, zakopany pod grubymi i wygodnymi futrami, nawet do głowy mu nie przyszło, aby gdziekolwiek iść. Miał ochotę ten dzień przeznaczyć na pełnoprawne leniuchowanie... lecz z drugiej strony, nie wypada odmawiać Alfie towarzystwa na dzisiejszej imprezie. Później jednak, do powstania - co prawda, niechętnego - ostatecznie... szukam słowa... wyperswadowały jego dzieci. Ereden pakując rzeczy do skórzanej torby, napomknął ojcu o dzisiejszym spotkaniu, a Shori zaś, z uroczo wetkniętym białym kwiatem za lewym uchem, oznajmiła melodyjnym tonem. 

- To już dzisiaj! Wakacje już są z nami! 
Naharys nadal udawał, że pogrąża się w przyjemnym śnie, kątem oka zaś, dyskretnie obserwował poczynania wilków. Nie dane mu było jednak nacieszyć się owym stanem zbyt długo, bo syn niecierpliwie szturchnął ojca w ramię. 
- Tato, chodź z nami! Dzień jest ładny, a na plażę zlatuje się cała wataha. Nie gadaj, że będziesz próbował trenować, bo nikogo na poligonie nie spotkasz. 
Naharys mruknął coś niezrozumiale pod nosem, ziewnął głośno ukazując rząd długich zębów. Potarł łapą zmęczone oczy, po czym z uwagą rozejrzał się po wnętrzu jaskini. 
- Gdzie Mystic? - zapytał nagle, jakby ożywiony. 
- Spokojnie, jeszcze sobie śpi w przedsionku obok - odpowiedziała za Ereden'a wesoła Shori, która poprawiając kwiatek za uchem, rozpostarła nagle skrzydła, gotowe do startu. - Będę czekała na was przy granicy Plague Sud z całym jedzeniem. Doprowadźcie tymczasem tatę do porządku. 
- Że co? Jak?! Już wstaję, no już. - odparł Naharys, wstając na równe łapy i przeciągając się z chrzęstem w kościach i kręgach. 
Uroki posiadania dzieci, pomyślał Naharys, ziewając przeciągle. Jednakże za nic, nawet za skarby całego świata, nie oddałbym ich. Za bardzo kocham te urwisy. 
 Leniwymi krokami podszedł do Ereden'a i pomógł mu w pakowaniu rzeczy do skórzanej torby, w trakcie, gdy nagle z przedsionka wyłoniła się granatowo niebieska głowa Mystic, którego zapewne zbudziły odgłosy przygotowań. 
- Jaaaawn! - ziewnął Mystic. - Co się stało? Czemu się pakujecie? Gdzie idziecie? 
Basiorek, jakby dostał nagłego dziecięcego szału, zaczął zasypywać wszystkich pytaniami - jak to szczeniak. 
- A gdzie jest ta Plauge Sud? Co tam będziemy robić? Czy tam będą inne szczeniaki? A czy tam będę mógł się wykąpać?
- Tak, tak będziesz mógł się tam wykąpać - odparł po chwili Naharys, kręcąc dyskretnie oczami - Ereden spostrzegł to jednak i zachichotał cicho pod nosem.  
Swoją ciepłą, przytulną i przestronną jaskinie opuścili dopiero koło wczesnego południa - A gdy Naharys wychylił czubek swego nosa, od razu poczuł na nim przyjemne ciepło prażącego słońca. Niecały kilometr dalej spostrzegli dwójkę wilków, zmierzających na południe - Hinatę i Tarou, którzy szepcząc coś między sobą, nawet ich nie zauważyli. Albo byli tak zajęci rozmową, albo wiejący wiatr był zbyt słaby, aby zapach Naharys'a dotarł wraz z nim do ich nozdrzy. W końcu Hinata spojrzał w ich stronę - Biały wilk pomachał w ich stronę, a oni odwzajemnili się tym samym, krzycząc jednocześnie słowa powitania. Czy istnieje jakieś złe coś, co zakłóci tę wakacyjną sielankę? Czy w tym dniu zaiskrzy coś, co załamie czar letniej imprezy? Tego niebawem się dowiemy. 
Choć Naharys nie zapuszczał się w te strony (nawet w trakcie zwiedzania w dniu jego wcielenia w szeregi watahy), ale musiał przyznać, że plaża robiła zaskakujące wrażenie. Słońce na tle błękitnego, ogołoconego z chmur nieba, rzucało gorące promienie na złoty, spalony ciepłem piasek - woda, czysta jak ten kryształ, odbijała od swej powierzchni słoneczne światło, co dawało efekt połysku w trakcie jej marszczenia. Na brzegu morza można było znaleźć wiele rodzajów muszelek ( które też Mystic zbierał z ogromnym zapałem ), po piasku spacerowały swobodnie morskie kraby, które nie miały nic przeciwko towarzystwa wielu wilków, w górze natomiast kołowały z wrzaskiem białoszare mewy. 
- No i to ja rozumiem! - rzekł z młodzieńczym zadowoleniem Ereden - Słońce, piasek i tak wiele możliwości na odpoczynek. Czego chcieć więcej? 
- Cienia - burknął pod nosem Naharys, kiedy ze zmarszczoną połową pyska, przymrużał oko, bo promienie słońca skutecznie go oślepiały. Shori i Sininen postanowiły poszybować wraz z gromadą mew po niebie, jako element rozgrzewki przed kąpielą. Ereden entuzjastycznie i w podskokach pobiegł do swej ciotki, która zajęta była rozmową ze swoją małą współpracownicą Itami... a gdzie była Itami, tam musiał być i Atrehu. Rudy samiec pojawił się nagle, zza zasłony wysokich krzewów i powitał obie wadery zawadiackim uśmiechem, błyszcząc przy tym bielą swych długich zębów. Dalej, skryty w cieniu palm, wyglądał Yneryth, który swym bystrym wzrokiem obserwował całą plażę, przy odrobinie chłodnego napoju w wyciętej skorupie kokosu. Co jakiś czas potrząsał nim łapą. Po chwili, do beztroskiego lotu Sini i Shori, przyłączył się Niko, a zaraz po nim Noiter i czworga wilków urządziła sobie powietrzny wyścig. Gdzieś z boku, Pawona, ciesząc się w pełni z promieni słońca, wyłożyła się na rozkosznie ciepłym piasku (zgodnie z jej upodobaniami), a kiedy podszedł do niej Ereden, zajęła się również rozmową z nim; Naharys był jednak ciekaw, o czym mogliby tak konwersować z podejrzanie dziwnymi uśmiechami na pyskach. Lonya poszła w ślad za swoim bratankiem i przyłączyła się do dwójki wilków, tym samym Naharys odruchowo wrócił wzrokiem do Atrehu, który tym czasem zajmował Itami namiętnym pocałunkiem - Naharys pokręcił głową, przekręcając oczami ~ Cały nasz Atrehu..
W końcu biały wilk zajął miejsce w cieniu wysokich skał, ostro wystających niczym wyrwane zęby olbrzymiego potwora - ułożył się na wilgotnej, kamienistej ziemi i z satysfakcjonującym uśmiechem obserwował powietrzne zabawy dzieciaków. Mystic zdołał zapełnić torbę muszelkami, co z resztą specjalnie przywędrował do białego wilka, aby się mu nimi pochwalić. 
- Dobra robota... - zaczął Naharys, lecz nadal miewał problemy z wypowiedzeniem jednego, prostego słowa. Prostego, aczkolwiek mocno wiążącego słowa. -... synu - szepnął pod nosem, aby Mystic nie usłyszał. Zawsze tłumaczył sobie, że to sytuacja, która wymaga od niego czasu - sytuacja ostatecznej akceptacji. Nie wahał się natomiast przytulić do siebie basiorka. 
- Tato, idziemy razem poszukać muszelek? - rzucił entuzjastycznie Mystic, zamiatając przy tym piasek swym ogonem - jest ich jeszcze tyle do zbierania! 
- Z pewnością! Zapewne też nie udźwigniemy ich wszystkich - odparł ze śmiechem Naharys. - Na razie ruszaj zbierać samemu, albo poproś Ereden'a, aby ci pomógł. Niebawem do was dołączę. 
- Oh, ale ja chcę, abyś był przy mnie! Mówię Ci, będzie zabawa! 
 Naharys spojrzał znacząco na Mystic'a - musiał przyznać, że źle znosił odmowy, dlatego jedynym jego sposobem na zdobycie tego, co chciał, było trwaniem przy swoim zdaniu, nawet jeśli liczyło się to z kłótnią - biały wilk zaobserwował to w nim już od jakiegoś czasu. 
- Za niedługo dołączę do was - powtórzył mimo tego Naharys, nie tracąc przy tym spokojnego, cierpliwego tonu. - Po prostu muszę pomyśleć. Czy mógłbyś mnie zostawić na chwilę? 
- No dobrze, ale przyjdziesz, dobrze? 
Naharys potwierdził, kiwając pewnie głową. Odstawił skórzaną torbę, wypchaną po brzegi rozmaitymi muszelkami, które z pustym, charakterystycznym stukotem obijały się o siebie, a chwycił za następny i popędził w stronę plaży. Naharys wyczuwał, jak w jego chodzie tryska energia - młodzieńcza energia i szczęście - basior odczuwał wręcz łaskoczącą serce satysfakcję z faktu, że zdołał zapewnić Mystic szczęśliwe, szczenięce życie, pomimo przeżytych strat. 
Po chwili jednak satysfakcja zelżała, ustąpiła miejscu pewnemu uczuciu, którego wcześniej nie miał okazji doświadczyć - być może dlatego, że na co dzień, rutyna watahowego oficera zapełniała jego życie - sam wcześniej nie umiał tego nazwać. Tęsknoty? Za dawnymi szczenięcymi latami? Być może, drogi czytelniku. Szczenięce lata są godne wspomnień i tęsknot, w obliczu dorosłego, niezbyt kolorowego życia, pełnego zmartwień. Niech Mystic cieszy się szczenięcymi latami. 
 Dawniej mawiało się "Tak bardzo chcę być dorosłym!" a nawet nie miało się najmniejszego pojęcia, czego tak na prawdę się życzyło. Uśmiech jednak pojawił się nagle na pysku białego wilka ~ może, iż nie jestem już szczenięciem, drogi Mystic, lecz to nie oznacza, że nie mogę w sobie obudzić jego duszy. Naharys, wstając na równe łapy, wstrząsnął z futra drobinki piasku, po czym chcąc ruszyć w ślad za Mystic, lecz jego oczom ukazał się takowy obraz; Z zachodu i południa poczęły nadciągać czarne, bure i burzliwe chmury, w nienaturalnym i zastraszającym tempie. Były tak gęste, tak czarne, że gdy te przysłoniły swą masą cały talon słońca, wydawać się mogło, iż nastała noc. Wiatr, wcześniej łagodnie powiewający po całej plaży, teraz nabrał porywistego rozpędu, szarpiąc przy tym futrem bez litości. W powietrzu, prócz intensywnej woni niepokoju innych wilków, dało się także wyczuć podejrzliwą moc, która pojawiła się wraz z grzmotem burzy. Naharys zerwał się z miejsca, a jedyne co świszczało mu w głowie, to myśl o młodych; panował tak gęsty mrok, że sprzed oczu praktycznie zniknęła cała plaża... 
 Rozpętał mrok wokół siebie rozbłyskiem płomieni, które wystrzeliły z jego łapy, a rzucany okrągły blask na piasek migotał w rytmie ich tańca. 
- Ereden! Sini! Shori! - krzyknął Naharys, starając się wychwycić jakikolwiek znak, oznakę, że ktoś zebranych na plaży pozostał przy życiu. - Mystic! 
Zamiast odzewu, słyszał niepokojące zawołania członków watahy. Gdzieś, w kotłującej się mieszaninie odgłosów, starał wychwycić ten jedyny - w tamtym momencie myślał o Atrehu. Wiedział, że gdy odnajdzie przyjaciela, z pewnością obaj coś wymyślą, aby dojść do prawdy o dziwnym zjawisku... i co ono może oznaczać. Po chwili, w ślad za jego płomieniami, które stanowiły jedyne źródło światła w tej pogiętej sytuacji, zaczęły schodzić się wilki z watahy. Między innymi Belief, Shani, Atrehu, Noiter, Lawrence, Hinata, Lonya, Itami... spojrzał się im wszystkim w oczy, a jedynie co zdołał ujrzeć, to niepokój w ich odbiciu. Niepokój przemieszany z dezorientacją. Sam Naharys musiał wyglądać podobnie, a nawet czuł się tak samo. Po chwili zjawił się też Niko, Copycat, Attano i Eowina, a także Nabi w towarzystwie Shori, która służyła jej pomocą w obliczu jej ślepoty. 
Gdzie Sininen i Ereden? Gdzie Mystic? Płomień nabrał rozmiarów, aby rzucał większy pierścień światła, by Naharys mógł wśród zebranych spostrzec ich obecność. 
- Ereden! Sini? Odezwijcie się! Mystic! Dajcie jakiś znak! 
- Nie ich tutaj! - odezwał się po chwili Atrehu. 
- Sininen! - zawołała równie przerażona Shori. 

***
 Nawet nie dopuszczał do siebie możliwości, aby z całej watahy, jego dwójka biologicznych dzieci zaginęła, wraz Mystic, którego poprzysiągł strzec własnym życiem. I kochać, jak ojciec. 
Stojąc tak w blasku płomieni, utracił kontakt z całym światem, wydawało mu się, że na całe jego ciało opadła czarna płachta. Momentami przed jego oczami przemijał obraz twarzy Ereden'a, Sininen i Mystic, nawet nie starał się pogodzić z tym, że ich tutaj nie ma. Czyżby wariował? Być może... bowiem, nic, doprawdy nic nie jest w stanie wyprowadzić rodzica z równowagi, jak możliwość zagrożenia zdrowia, czy nawet życia jego dzieci. Uwierzcie mi na słowo, w tamtym momencie Naharys trząsł się z gniewu i rozpaczy. 
- Tato! - odezwała się Shori. Ta słodka, mała Shori, której to oczy potrafiły każdego wprowadzić w stan głębokiego zauroczenia. - Odnajdą się, prawda? Muszą się odnaleźć. 
I tymi słowy zbliżyła policzek do jego szyi, objęła czule łapami masywny kark Naharys'a, któremu ciepło na nowo wlało się do serca. 
- Tak, znajdą się, na pewno - odparł i bez krępacji przygarnął Shori do siebie. 
Nie czekali zbyt długo na zmiany - nastała chwila mroku, aby po chwili niebo zalało się morzem ciemnokarmazynowej czerwieni i wszystkie wilki ujrzały słońce. Nie to samo, złote, rzucające ciepłe promienie na rozgrzany piasek. Było ono czerwone, rzucające krwawe strugi nieprzyjemnego światła, które odbijały się od czarnej morskiej wody, szkarłatnym błyskiem.


Ten widok zostanie nam zapamiętany do końca naszych dni~ pomyślał ze zgrozą Naharys, kiedy skupił wzrok na czerwonym talonie. 
- Co to, do cholery, ma być?! - wydusił z siebie Yneryth.
- Mamo, co mamy robić? - zapytał się Niko stojącej obok Rene. 
- Kochani, utwórzcie dwurzędową kolumnę i wszyscy biegiem w stronę mojej jaskini, tam powiem wam, co dalej! - zawołała do tłumu zmartwiona Rene. 
 W trakcie, gdy reszta wilków posłusznie wykonała polecenie Alfy, Naharys nie mógł ruszyć się z miejsca, nadal ściskając policzek Shori do swej piersi. Piersi, w której serce łomotało o ściany żeber, niczym galopujący ogier. Rene, widząc bezczynność Naharys'a, zwróciła się do niego. 
- Naharys'ie, ciebie też dotyczy to polecenie! 
Basior nie spojrzał nawet na Władczynię - ze wzrokiem wbitym w krwawiące słońce, pokiwał stanowczo głową. 
- Nigdzie się nie ruszę, dopóki nie upewnię się, że trójce moich dzieci nie grozi żadne niebezpieczeństwo! - odwrócił głowę w stronę wadery. - Nikt mnie nie powstrzyma! 
- Naharys'ie, proszę chodź z nami, poszukiwania w pojedynkę nie są bezpieczne. 
- Nie będę stał, ani uciekał jak tchórz, gdy Sini, Ereden i Mystic potrzebują mojej pomocy! Gdzież są teraz?!  
- Nie pomożesz im w pojedynkę! - powtórzyła stanowczo Rene, lecz zaraz obok niej pojawił się rudy basior. Przyjaciel i kompan wielu podróży. 
- Nikt nie powiedział, że sam! - wtrącił Atrehu ochoczo, wypinając przy tym odważnie pierś - Jakim bym był mentorem w oczach mojej uczennicy - kontynuując wypowiedź, zerknął znacząco na przytuloną do piersi białego basiora Shori i puścił jej oczko - gdybym nie pomógł w odnalezieniu jej rodzeństwa! 
- Zdajecie sobie, że to już nie zabawa? - rzuciła ostrzegawczo Alfa - Nie wiemy, co się dzieje i co oznacza ta nagła zmiana słońca... i co też może się z tym wiązać. To już nie zabawa w kotka i myszkę, to poważna sprawa. Jestem za was odpowiedzialna, więc postępujcie według moich poleceń! 
- Shori - zwrócił się Naharys do wadery - Idź z Rene i resztą do jej jaskini, proszę. Ja i wujaszek Atrehu wrócimy z powrotem. Z Ereden'em, Sini i Mystic. 
- Naharysie! - uniosła się Alfa. 
- Z całym szacunkiem, Alfo - odparł odważnie basior - Nie zostawię moich dzieci w potrzebie. 

Alfa, widząc, że nie zdoła pokonać ojcowskiego oporu, westchnęła tylko, smutno kręcąc głową - Naharys mimo tego, rozumiał. Rozumiał, że Rene się martwi - w końcu jestem członkiem jej watahy, a tym samym, jej rodziny. Wilcy mogą być różni - wybuchowi, zbuntowani czy też nawet niezależni - każdy w jednej watasze, zaliczany jest, jak do rodziny i w pełni zgadzał się z Rene, lecz co może począć, kiedy jego najbliższa rodzina jest w opałach? Odwrócić się i ślepo podążać za rozkazem? Nie sądzę, mój drogi czytelniku. Dlatego też, za wymuszonym pozwoleniem Alfy, Naharys i Atrehu ruszyli pierwszym dobrym tropem, który mógłby świadczyć o ostatnim pobycie Ereden'a i reszty jego dzieci. 
Shori zaoferowała też swoją pomoc, ale Naharys miał ku temu pewne zastrzeżenia. 
- Chmurko, nie chcę, aby i tobie coś się stało - powiedział Naharys. W jego tonie wyraźnie dźwięczało zmartwienie, przemieszane z napięciem i lękiem. - Wracaj do Alfy. Czyniąc to, bardzo mi pomożesz, skarbie. 
- Tato, ale też siedząc bezczynnie, nie zdołam pomóc Sini i Ereden'owi. 
- Twój ojciec ma rację - wtrąciła się Rene, kładąc łapę na ramieniu Shori. - Bardziej mu pomożesz, zostając z nami. Liczę, że Naharys i Atrehu szybko uporają się z zadaniem, i wrócą do nas, aby przeczekać to dziwne zjawisko. 
- Słuchaj, co mówi nasza Pani - dołączył się Atrehu - A my wrócimy szybko, niż sobie wyobrażasz. Albo nie jestem synem Alfy. 
Przed wymarszem w głąb mroku i krwawego blasku, Itami podbiegła do rudego basiora, wyszeptała coś do niego, po czym obdarowała go ciepłym całusem w policzek. Basior, w odpowiedzi na ten ciepły gest, pieszczotliwie przejechał łapą po smukłej szyi wadery. Rudy odegrał się swoim, ale dość namiętnym pocałunkiem w usta, które po chwili chłonął, niczym skórę słodkiego owocu. Gdy odsunął od niej pysk, również szepnął coś na ucho drobnej wadery, której policzki spłonęły żywym rumieńcem, jakże widocznym, nawet w czerwonym blasku anomalnego słońca. Nie wiedzieć czemu, pustka jaka pojawiła się w sercu Naharys'a, od czasu utraty Piny, odezwała się nagle nieprzyjemnymi reperkusjami. W tamtym momencie, biały wilk widział Atrehu i Itami, nie jako przyjaciół - lecz jako siebie wraz ze swoją ukochaną, która urodziła mu dwójkę zdrowych i silnych urwisów. Otworzyła swoje serce dla podlotkę Shori, a także zarażała pozytywnym ciepłem basiora, kiedy czuł, że piętno złego humoru odcisnęło się na nim wyraźnie. 
Widok kochanków sprawił, że serce zakrwawiło z rany, jaka zostawiła po sobie tęsknota za waderą jego życia. 
- Atrehu, no chodź już! 
Basior nie był może zachwycony, ale wiedział jaka jest cena, więc pożegnał drobną medyczkę jeszcze jednym pocałunkiem, po czym ruszył w ślad za Naharys'em. 
- Masz pomysł, od czego powinniśmy zacząć poszukiwania? - zapytał Atrehu.  
Naharys zadarł nos do góry, aby móc wychwycić chociaż ślady ostatniego pobytu trójki zagubionych - zapach doprowadził go do cienia wysokiej palmy, w cieniu której parę wyrwanych piór ze skrzydeł Sininen. Leżały wśród plam krwi, które zdążyły wsiąknąć w piasek. To była krew Ereden'a. 
~ Moje dzieci są ranne! - pomyślał z przerazą Naharys. Przeraza, która skutecznie przyciemniała rozsądek, lecz także otwierała go na nową determinację, której nie w sposób mógł zapanować. 
- Oni są ranni! - odezwał się do rudego basiora - Kur*a mać, jakiś drań ich skrzywdził! 
- Uspokój się! To są na razie poszlaki! - odparł Atrehu uspokajającym tonem - Nie zakładaj najgorszego, nigdzie nie widać ciał.
- Nie rozumiesz! Ereden może teraz gdzieś krwawić, albo już wykrwawia się na śmierć! O! bogowie, wskażcie mi jakąś drogę, gdzie oni mogą być... 
- Naharys, uspokój się, mówię Ci, to pomoże. Dobrze, a teraz razem wychwyćmy jakieś nowe ślady. No dalej, węszmy! 
Naharys'owi, pomimo wysokiej samokontroli swych emocji, trudno mu było opanować kotłującą się wewnątrz niego wściekłość i rozpacz, ale z drugiej strony, Atrehu miał rację ~ Muszę się uspokoić i skupić węch na innych śladach. W nerwach nic nie zdziałam. Wziął kilka głębokich wdechów, ciężko wydychał przez usta z donośnym gardłowym warknięciem. Nic to nie dało, wręcz przeciwnie - czas, który zamiast poświęcić na poszukiwania, zmarnował go, usilnie próbując opanować emocje. 
- Nie uspokoję się, dopóki nie zobaczę ich całych i zdrowych! 
W trakcie ćwiczeń oddechowych, jego nos zarejestrował kolejny ślad - w pobliżu Arbre Divin, samotnie rosnące drzewo na środku samotnej wysepki, które otoczone było wodami - przybierającymi w blasku słońca krwawy odcień - jeziora, pełnego ryb. Jednakże to nie był ostateczny cel poszukiwań, bowiem kolejne ślady, jakie odnalazł przy brzegu jeziora - wyglądały one, jakby ktoś kogoś ciągnął po ziemi. Cudze pazury rozorały delikatną ziemię, tworząc w niej długie i zakrzywione szramy. 
- Nos mi podpowiada, że tędy był ciągnięty Ereden - powiedział po chwili Naharys, mierząc wzrokowo długość pozostawionych w ziemi tropów po pazurach - ich trop urwał się dopiero przy granicy wysoko trawiastej łąki. 
- No i? - mruknął Atrehu. - Gdzie oni mogą się znajdować? 
Naharys uniósł powoli głowę, nie spuszczając wzroku ze zdeptanej ścieżki, ciągnącej się w głąb łąki. Ścieżki, prowadzącej do... 
- W Forêt Ombragée - odparł Naharys tonem drżącym z przerazy. 
***
 
Nawet samemu Atrehu wydawała się straszna wizja wędrówki do mrocznego, rzekomo spaczonego mrocznymi siłami lasu - trop do żadnego innego miejsca nie prowadziłUwierzcie mi, Naharys, gdyby mógł, oddałby własne moce, oko i długi puchaty ogon, byleby jego dzieci znajdowały się w o wiele lepszym miejscu, niż samo Forêt Ombragée - las mroku. Nie ma innego wyjścia - musi tam wejść, prawdopodobnie skonfrontować się z mrocznymi siłami, które stoją za porwaniem, uwolnić więźniów i czym prędzej wracać do Rene - chaotyczny, pełen nieprzemyślanych spraw plan, lecz na tylko tyle było stać białego wilka - na improwizację. Nigdy nie przypuszczał, że po raz kolejny będzie musiał przeniknąć w mroki  Forêt Ombragée. W czerni, przemieszanej z czerwienią krwawiącego słońca, drzewa wydawały się być jeszcze bardziej mroczne - i tak, jak to słońce - brudne od krwi. Widok iście przerażający, nawet dla wrodzonych łowców i wojowników, jak Naharys... czy choćby dla potomka wielkiego Alfy, jak Atrehu. Ziemia na tamtym terenie wydawała się sucha, niczym popiół... jak sparzony słońcem piasek. Forêt Ombragée to też synonim śmierci - poza wyprawnych z życia i kolorów drzew, w tym miejscu nie rosło zupełnie nic - ani drobnej paprotki czy nawet małego mchu. Pod łapami czuli gęstą plątaninę grubych korzeni, które przypominały białemu wilkowi wielkie, długie zastygłe w bezruchu ciała węży. Poczuł nieprzyjemny dreszcz wzdłuż kręgosłupa, za każdym razem, gdy kątem oka spoglądał na zakrwawione słońce, którego promienie bez problemu przedzierały się przez korony drzew, zalewając podłoże szkarłatnym światłem. Naharys splunął obok.
- Gdzie oni mogą być? - mruknął Atrehu po lewicy Naharys'a - basior nawet w powietrzu wyczuwał jego napięte mięśnie, gotowe do akcji. 
- Mamy teraz dwa problemy na karku - odparł Naharys. Jego ton był poważny, twardy jak na Kapitana przystało. - Pierwszym jest odnalezienie uwięzionych. Drugim, są mroczne twory, które zamieszkują ten las. Mówiąc wprost - Musimy na siebie uważać, inaczej kolokwialnie i jednoznacznie mówiąc, będziemy mieć przej***ne. 
- Cicho, słyszysz to? - mruknął zaniepokojony Atrehu, zadzierając wysoko lewe ucho. Poruszało się ono, niczym radar, nasłuchując wyraźnie owe szmery, które o dziwo Naharys również usłyszał. Dało się posłyszeć dźwięki, podobne chichotom, jakie wydają z siebie hieny. Nie przywodziły one na myśl niczego pozytywnego... ani tym bardziej wesołego. To był chichot iście złośliwy, nieprzyjemny dla ucha. 
- Co to, do cholery?! - szepnął Naharys
- Demony? - mruknął Atrehu
- Potwory? - rzekł Naharys.
- Problemy? - powiedzieli jednocześnie. 
Mogliśmy wyobrażać sobie, co tylko chcieliśmy, ale zaprogramowany w nas niepokój i stres, dawał o sobie znać!~ pomyślał nagle Naharys, kiedy z każdą chwilą zagłębiali się w mrocznym lesie. Chichot stawał się coraz głośniejszy. Być może i byli na dobrej drodze, lecz nie oznacza to, że prowadzi ona do czegoś dobrego. Im bardziej parli głębiej w trzewia mroku, stawał się on coraz to gęściejszy. Tak bardzo, że stanowił on problem nawet dla ich oczu - co akurat, w gruncie rzeczy, było nienaturalne. Anormalne. 
Naharys słyszał o podobnie głębokim mroku - którego nikt nie jest w stanie przezwyciężyć. Taki mrok ogarnia tych, których dzieli zaledwie kilka sekund od śmierci. Basior próbował rozegnać ciemności płomieniami, lecz marny był tego skutek - ogień rozświetlił jedynie ich twarze, niekoniecznie przestrzeń wokół nich. 
Wkrótce dotarli do głębokiego, poprzebijanego korzeniami drzew wykrotu, na którego dno spadał krwistoczerwony snop światła, a w jego blasku stali... ONI. 
Sininen, Ereden i Mystic. Poza granicami światła, gdzie dalej kłębił się mrok, czaiły się jakieś istoty - Naharys wyczuwał je wyraźnie. Jakby wyczekiwały na jakąś akcję, a niektóre z niecierpliwości syczały coś w niezrozumiałym języku. 
- I co teraz? - wyszeptał Naharys, przylegając do ziemi, aby skryć się w gęstych zaroślach. Atrehu przyjął pozycję obok niego, zerkając jednocześnie przez zasłonę, aby lepiej ocenić sytuację. Ereden, Sini i Mystic stali nieruchomo, a ich oczy tępo wpatrywały się w górę, ku źródłowi światła, jakby byli nim zahipnotyzowani. Naharys nagryzł nerwowo dolną wargę, próbując wymyślić sposób, jak pobiec im z pomocą. Nic z tego, strach i niepokój zakłócały mu skutecznie logiczne myślenie. Nic z tego, gdyby nie... 
- Mam pomysł - odparł po chwili Atrehu. 
Rudy basior po krótce wyjaśnił, jak ma przebiec akcja ratunkowa, według jego pomysłu; sprawa była prosta - w oka mgnieniu przeteleportuje się do dzieci Naharys'a, przechwyci je i z powrotem przeniesie się do białego, aby później ratować się ucieczką. Proste? Nie do końca, gdyż jeszcze trzeba tym istotom uciec. To niemal graniczyło z szaleństwem - chciał powiedzieć Naharys, lecz nim zdążył cokolwiek rzec, Atrehu rozpłynął się w powietrzu. Pojawił się tuż obok trójki młodych wilków, na ten widok, biały wilk wywalił oczy z orbit, jednocześnie niedowierzając. W przestrzeni zatętnił dźwięk setek... być może tysiąca syczących krzyków wściekłości, w uszach wręcz kotłował nieznośnie, zmuszając do ucieczki. Lęku przypisywanego zwierzynie łownej. 
- Jazda! - krzyknął Atrehu z trzema, nieprzytomnymi już wilkami. Pewnie zastanawiałbyś się, drogi czytelniku, jakim cudem rudy basior, z taką łatwością, zdołał unieść na swoim grzbiecie taki ciężar, lecz Naharys, pod wpływem presji, nie mógł zmarnować ani sekundy na to. Bez głębszego rozmyślania, pobiegł za Atrehu. Niemal z wyraźną dokładnością słyszał, jak grupka, licząca sobie kilkadziesiąt istot depcze im po ogonach, basior niemal czuł na sobie oddech jednej z nich - co najgorsze, nie potrafił określić ich kształtu, bowiem idealnie wtapiały się w ogarniający ich mrok. Atrehu biegł niestrudzenie, lecz nawet taki mocarz jak on, musiał kiedyś przekroczyć granicę wytrzymałości. Zwolnił nieco, aż w końcu zatrzymał się przy jarze, przecinającym w poprzek las. 
- Co z tobą, Atrehu, musimy biec! - zawołał, przygarniając samca pod kark i zachęcił do dalszego biegu. 
- Jeśli przeżyjemy, obiecuję sobie, że będę biegał. Codziennie. - Wysapał pod nosem Atrehu, po czym ruszył dalej. Zabrał od niego Ereden'a i Sininen, przyjął na swój grzbiet, aby ulżyć przyjacielowi. 
Kroki mrocznych istot wydawały się coraz głośniejsze - zbliżały się do nas! Atrehu, ruszajmy się, inaczej możemy już kopać własne groby! 
- Jeśli się nie ruszymy, nigdy już nie pobiegasz! - warknął Naharys - Nigdy już nie przytulisz Itami. 
Ten ostatni argument dał Atrehu mocnego kopa. Dosłownie, owe słowa zadziałały na basiora, niczym czerwona płachta na byka. Rudy spiął mięśnie, przyspieszył bieg, jak na półlisa przystało, po czym zorientowali się, że zbliżają się do granicy Forêt Ombragée. Nie wiedział też, że wzmianka o Itami tak na niego wpłynie... owszem, chadzał się z nią, wielokrotnie widział ich namiętne pocałunki... Nah, Exan, to nie czas i miejsce na takie rozkminy! Trwał pościg.  Pościg przed czymś, co z jednej strony wydawało się czymś niematerialnym... a z drugiej zaś, śmiertelnie niebezpiecznym. Stanowczo zbędne myślenie o głupotach i chwile zwłoki mogłyby okazać się ostatecznie gwoźdźmi do dwóch trumien. 
***
Naharys niemal natychmiast poczuł ulgę, kiedy jego łapa stanęła na żywej, zielonej trawie na pobliskiej łące, graniczącej z ów mrocznym lasem. Istoty nie powinny już mieć wstępu na ten teren. Teoretycznie nie powinny, lecz w praktyce, nie zaprzestały pościgu. Nie ubiegli dalej, jak w pół drogi do kolejnej granicy, gdy mroczne istoty zatrzymały się gwałtownie, raptownie i wyraźnie zdezorientowane. To Naharys'owi wyglądało na to, że owe istoty napotkały pewną granicę, której przekraczać nie powinny. A z bezkształtnej mrocznej masy, poczęły wychodzić... 
Zwierzęta. Jelenie, zające, niedźwiedzie, łosie, żubry i inne żyjątka leśne. Szły przed siebie, nie zwracając na wilki najmniejszej uwagi... Naharys w tamtym momencie poczuł kompletną dezorientację, zagubienie w tym wszystkim. Nie potrafił tego pojąć, a tym bardziej wytłumaczyć. Jedyna hipoteza, jaka nasuwała się białemu wilkowi, to skłonność mroku do panowania nad ciałami innych zwierząt, aby wykorzystywać je do swych celów. Ale jakich? Tego Naharys na razie nie wiedział. W tym momencie najważniejszym priorytetem było rychłe dostanie się do jaskini Rene, gdzie jak mniemam, skrywały się wszystkie wilki z watahy. Chmury i słońce nie traciły na barwie, co też wprawiało Naharys'a w nieprzyjemne uczucie... Niepokój? Takowe zjawisko było dla niego w zupełności obce, niewytłumaczalne, normalne więc, że czuł niepokój przed czymś, czego nie znał. My, wszyscy jesteśmy tak zaprogramowani. Żeby strzec się nieznanego. 
Wiedząc już, że nie grozi im kolejny pościg, basiory zwolniły tempo, przechodząc w drobny trucht. Okolica była dziwnie spokojna i cicha, jakby zupełnie została pozbawiona życia - a mimo to, biały basior czuł, że ktoś ich obserwuje. Nie podzielił się swym odczuciem z przyjacielem, bez słów parł na przód, poprawiając co jakiś czas nieruchome ciała swoich dzieci, aby nie zleciały mu z grzbietu. 
- Dzięki bogom, to już koniec - oznajmił z wyraźną ulgą Atrehu. Naharys jednak uważał, iż na tę chwilę to żaden sukces, dopóki na własne oczy nie zauważy jaskini Alfy. 
- Nie chwal dnia przed zachodem słońca - odparł Naharys - One nadal mogą być na naszym tropie. 
- Ale... widziałeś, co się z nimi stało! Te mroczne cosie... zamieniły się w zwierzęta. A raczej wyglądało to tak, jakby ten mrok został zmyty z ich ciała. Nie wydaje Ci się to dość dziwne?
- I właśnie dlatego nie powinniśmy jeszcze zakładać, że nic nam nie grozi. Ruszajmy! - to rzekłszy Naharys, spojrzał instynktownie na krwawiące słońce i orientacyjnie ocenił jego położenie. - Zbliża się późne popołudnie. I musiał też przyznać się przed samym sobą, iż po raz pierwszy w tym dniu, słońce wzbudzało w nim lęk. Dość irracjonalnie dziwny do opisania lęk. 

***
Droga do jaskini Alfy zajęła im niecałe dziesięć minut - i jak dotąd, przez cały ten czas nie natknęli się na żadne niebezpieczeństwo. Mieli, albo sporo szczęścia, albo coś, co kieruje zapędami mrocznych istot, straciło swą moc. Nie można kierować umysłem żywych stworzeń w nieskończoność... Naharys musiał się przygotować też na pomyłkę w tym stwierdzeniu. Mógł jedynie gdybać. 
Wnętrze jaskini Rene, jako jedyne na tym ogarniętym przez ciemność świecie miejsce było jasne od mocnego światła. Na środku groty Alfa usadowiła źródło światła w postaci drobnego klejnotu, wokół którego skupiła się masa wilków. Jeszcze bardzo wczesnym popołudniem, Naharys mógł u każdego spostrzec miłe uśmiechy i radość ze słonecznego dnia, a teraz? - Przygnębienie i niepewność przyszłości wyrażały ich smutne oczy, wpatrzone w blask kryształu. Odstawili nieprzytomne wilki pod ścianą jaskini, nieopodal siedzącej Lonyi, która natychmiast podbiegła do nich. Każdemu, w towarzystwie swej pomocnicy Itami, zbadała funkcje życiowe - żyli, lecz znajdowali się też w stanie głębokiego omdlenia. 
W tej samej chwili, na wysokim wzniesieniu, gdzie zazwyczaj przesiadywała Alfa, gdy udzielała komuś audiencji i zwróciła się do zgromadzonego wokół ugrupowania. 
- Kochani - zaczęła tonem dość spokojnym, starając się jednocześnie zachować entuzjazm w wypowiedzi, pomimo smutnego wyrazu twarzy - Zaprosiłam Was wszystkich na wspólną imprezę wakacyjną na plaży, lecz sami byliście świadkami tej dziwnej anomalii. Podejrzewam, że nie byłoby to zbyt bezpieczne przebywać razem na zewnątrz, dlatego też przyjmijcie moje zaproszenie do wspólnej biesiady, jaka odbędzie się w mojej jaskini. Będzie to niezapomniany dzień w moim życiu, jeśli zgodzicie się zostać u mnie i w miarę możliwości, cieszyć się wakacjami, jakie by one, w tym momencie, nie były. Za niedługo będzie podane jedzenie i picie, abyście nie musieli myśleć o tym, co jest teraz... ani o tym, co być może będzie jutro. Nie myślcie o tym, cieszcie się tą chwilą, to jest dla mnie bardzo ważne. 
- A gdyby komuś doskwierała nuda... - przyłączył się w wypowiedź Niko. Brązowowłosy basior wydawał się być w nieco przyjemniejszym humorze od swej przybranej matki, aczkolwiek błysk w oczach miał przygaszony - Obok dostępna jest biblioteczka, gdzie każdy może znaleźć coś dla siebie... 
W trakcie przemowy Niko, Alfa Reneesme dyskretnie zbliżyła się do Naharys'a i Atrehu - basiorom nie umknęło zmęczenie w jej szmaragdowych oczach. 
- Jak widać, udało się Wam! - powiedziała z zadowoleniem. - Czy nic się im nie stało? 
- Ich stan jest stabilny - oceniła Lonya - lecz ich homeostaza jest nieco osłabiona.
Alfa kiwnęła głową, zwróciła oczy ku Naharys'owi i zamyśliła się przez chwilę. 
- Opowiecie mi, co się wydarzyło w trakcie waszej podróży? 
Basior przytaknął i wraz z Atrehu starali się, wraz ze szczegółami opisać incydent, na jaki się natknęli w Forêt Ombragée, a Reneesme, z uwagą słuchała, w myślach łączyła fakty ze sobą. Jej oczy zdawały się wtedy przesycone mądrością, jakiej większość z nas mogłaby jej pozazdrościć
- Mogę jedynie przypuszczać, że Ombre cudzymi rękami i cudzymi duszami, próbował przełamać łańcuchy. Wyzwolić się z okowy, w jakie zakuł go Soleil. To jedna z metod na jego wyzwolenie, lecz warunek jest jeden. Dusza ta winna być przesycona masowymi pokładami życiowej energii. I na tyle silna, aby były one w stanie przełamać ogniwa łańcuchów. I pewnie udałoby się mu, gdybym Was zatrzymała, a wtedy... nie byłoby dla nas ratunku. Naharys'ie, Atrehu, dziękuję Wam. 
- Za co? 
- Za to, że bez oporu odrzuciliście mój wcześniejszy rozkaz. 
- Ja tylko chciałem ocalić swoje dzieci - odparł z kapitańską powagą Naharys. 
Atrehu i Reneesme nie powiedzieli już nic, tylko zerknęli na białego wilka ze zrozumieniem - tak mocnym, że nie było potrzeby patrzeć im w oczy. 
I wszystkie wilki spędziły noc w jaskini Reneesme, aż do następnego dnia, kiedy to anomalia słońca zniknęła na dobre - znów było jasne, rzucające ozłocone promienie na doliny i lasy. Ereden, Sininen i Mystic odzyskali przytomność dopiero o świcie, Naharys już wtedy nie spał - nie mógł spać w ogóle, nie ze świadomością, że tuż obok jego dzieci leżą bez przytomności. Pierwsza poruszyła się Sini - była kompletnie zaskoczona tym, jak znienacka znalazła się w objęciach Naharys'a - a jeszcze bardziej zaskoczyły ją jego słowa. 
- Myślałem, że już was nigdy nie odzyskam! 
- Tato, ale o czym ty mówisz? - zapytała Sininen - Dlaczego miałbyś nas stracić? 
Naharys zerknął ze zdziwieniem na córkę. ~ Nic nie pamięta? Nie pamięta nic z poprzedniego dnia? Cóż... to może i dobrze, że nic nie pamiętasz, moja droga Sini. Nie był to przyjemny czas ani miejsce. Naharys nie powiedział nic, jedynie co, znów przytulił policzek wadery do siebie, ciesząc się w duchu, że już po wszystkim. Potem zbudził się Mystic, tak samo zdezorientowany, co Sininen, lecz on wydawał się wyssany ze wszystkich sił, a Ereden natomiast nie przejął się niczym. Jakby ta cała sytuacja z anomalią słońca i hipnozą spłynęła po nim, jak woda po kaczce - jedynie, czym obdarzył ojca na dzień dobry, to pytaniem; 
- Gdzie jesteśmy i czemu nie jesteśmy na imprezie wakacyjnej? 
Musicie wiedzieć, że nieprędko zdołał zrozumieć... 

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 5255
Ilość zdobytych PD: 2627 + 50% (1313 PD)
Nagroda za Event: Nagrody zostaną ogłoszenie w innym terminie
Obecny stan: 3940

wtorek, 9 sierpnia 2022

Od Naharys'a c.d Mystic ~ Sen

Naharys po raz ostatni zerknął w stronę ściany lasu, wznoszącej się po drugiej stronie doliny Haute Forêt. Północ zbliżała się drobnymi kroczkami - w tym czasie, sierść basiora przybierała mroczne, granatowe kolory, w oczach zaś błysnął złoty blask. Polowanie okazało się tym razem bezowocną stratą pięknego popołudnia, co też niezwykle popsuło basiorowi humor. Nieobecność dzieci w jaskini również nie poprawiło jego sytuacji, czuł, że ten dzień został skazany na porażkę... Z drugiej strony, Sininen, Shori i Ereden to jego dorosłe już latorośle, nauczył ich w miarę swych wszystkich możliwości, nauczyć radzić sobie w różnych sytuacjach, więc z kolei nie powinien się niczym martwić.

Moc ognia zanikła wraz z nastaniem nocy, rozpalił więc ognisko w palenisku, za pomocą iskrownika - ot, tak nazwał proste uderzanie krzesiw o siebie. Kiedy w końcu płomień zatlił się w zgliszczach nadpalonego drewna, pobudził go delikatnym dmuchaniem, aby mógł po chwili przeistoczyć się w nie dość spore ognisko. Dołożył trochę chrustu i obserwował - lubił spoglądać w ogień, obserwować jego destrukcyjną moc, jednocześnie wyszukał sobie w tym sposób na uspokojenie, wyciszenie swych myśli. Zjadł pozostały po dzisiejszym obiedzie sarni udziec, po czym ułożył się do snu w blasku tańczących płomieni, momentalnie zapominając o dzisiejszym dniu.
*** 

Obudził się z dziwnym, nieodpartym wrażeniem, że ten czwartkowy poranek będzie dla niego niespodzianką - miłą, czy też nie, to już tajemnica, którą niebawem ukaże mu czas. Musiał mocno spać, gdyż nie usłyszał bowiem, jak jego dzieci wkradły się do jaskini, układając się do snu, zaraz obok niego. Sen też miał dziwny, dość dziwny, aby opisać go racjonalnymi słowami;
Gęsty mroczny las, w którym drzewa zostały brutalnie ogołocone ze swych koron, przypominały zaledwie grube, wetknięte głęboko w ziemię spalone filary. Niewyraźny szmer czyjegoś biegu dobijał się do jego uszu, starał się zlokalizować podejrzane znaki, lecz jedynie, co miał przed oczami, to mgła, gęsta niczym lukier. A w tle dobiegło go czyjeś rozpaczliwe wycie, pełne żalu i szaleńczej desperacji - Naharys sporo w życiu przeżył, lecz nigdy nie słyszał, aby jakikolwiek mógłby tak wyć. Obudził się bez zrywu, zlustrował szmaragdowym już wzrokiem wnętrze jaskini, po czym uspokoił się nieznacznie. ~ To był tylko sen - starał sobie tłumaczyć. 
Dzisiaj trening został odwołany, więc Naharys nie miał w planie nic innego, jak wykorzystać wolny czas z rodziną... 
Późnym porankiem zwrócił się w stronę lecznicy, aby tam odwiedzić swoją siostrę, Lonyę. 
Młoda medyczka siedziała w cieniu wysokiej, młodej wierzby, obserwując wypoczywających w spokoju natury pacjentów. Miała szorstką, połyskującą sierść koloru dojrzałej wiśni - Naharys wiedział, jakich specyfików używała jego przybrana siostra, aby utrzymywać włosie w dobrym stanie. Słyszała jego kroki, lecz nie odwróciła się, by upewnić się, że to on - podpowiedź znalazła w jego zapachu, który mknął wraz z delikatnym wiatrem. 
- Dzień dobry, bracie - przywitała się wesoło Lonya. 
- Witam - odparł basior. - Jak się miewają pacjenci? 
- Jak widzisz, jeszcze nikogo nie uśmierciłam. 
Basior zaśmiał się krótko, a Lonya podążyła jego śladem. Przywitał ją skromnym pocałunkiem w policzek, przycupnął w miejscu obok, obserwując jak druga mała medyczka, Itami, rozdaje chorym wilkom leki. Wilk nie tracił uśmiechu z pyska, umiał docenić mroczny humorek wadery, która była całym jej życiem. I światem. Pamięta ten moment, jakby to wydarzenie miało miejsce zaledwie wczoraj; powrót ojca do jaskini późną nocą, jego postać wręcz górowała nad wszystkimi - albo tak mu się wydawało, bowiem jeszcze był szczeniakiem - blask płomieni rozświetlał jego brązowe futro, wraz z brzoskwiniową kuleczką, którą delikatnie trzymał za futerko. Kiedy ujrzał przerażenie i łzy w złotych oczkach, pamiętał słowa, jakie wypowiedział owego dnia. 
- Czy to teraz moja siostra? 
Ojciec przytaknął, a matka zaś ze zdumienia uśmiechnęła się szeroko, aczkolwiek w jej oczach pojawił się pewien rodzaj zmartwienia. Tak samo, jak ojciec, zdawała sobie sprawę, że pod swoją odpowiedzialną opiekę przyjęli nowe życie. Mocne odczucie przywiązania i miłości sprawiło, że przytulił waderę do swego ramienia, na wzmiankę o tym wydarzeniu. Lonya westchnęła tylko zdziwiona. 
- Co Cię tak na emocje wzięło? 
- Wiesz, nawet taki skur**el, jak ja, też ma swoje uczucia. - odparł z uśmiechem basior. 
Ich śmiech rozniósł się po okolicy, jeszcze długo, zanim słońce usadowiło się na najwyższym punkcie nieba. Nastało południe. 

*** 
Przeczucie nie myliło go, ani na jotę. Rzeczywiście ten dzień, zgodnie z zasadą niespodziewanych wydarzeń, okazał się dla niego strzałem w serce. Owe przeczucia z tym związanym, wisiały nad nim już od początku jego przebudzenia. Od czasu, kiedy Naharys, na prośbę swojej siostry, wybrał się do lasu, by zgromadzić dzienny zapas ziół, w towarzystwie uroczej medyczki, zorientował się, że to jest właśnie ten moment. Kiedy nastał moment, że dwójka wilków rozdzieliła swe drogi poszukiwań, Naharys wyczuł czyjąś obecność - powietrze był wręcz przesycone wonią skrzydeł, obcością... 
Ktoś, lub coś, było niedaleko. Na dnie niewielkiego wykrotu, osłoniętego zewsząd krzewami dzikich malin, jego oczom ukazał się niewyraźny kształt... ciemny, idealnie wtapiający się w półmrok. Stał przez chwilę, wyczekując jakichkolwiek oznak, jednocześnie pilnując, aby nie zdradzić swojej pozycji. 
Wyraźnie wyczuwał strach, ten ktoś, mimo swej obecnej pozycji, nie opuścił swojej kryjówki, co więc oznacza, iż nie wiedział o obecności Naharys'a. Basior bezszelestnie przeniknął w grubą warstwę zarośli i wysokiej trawy, jednocześnie starając się, aby mieć na baczeniu resztę okolicy - kto wie, czy w pobliżu nie czaiło się jakieś niespodziewane zagrożenie? 
Był już blisko, podpowiadała mu owa woń - należała do młodego osobnika, bardzo młodego. Wyłonił głowę zza kurtyny krzewów i zdał sobie sprawę, że jego zmysły go nie myliły. W dole, skryty w gęstej zasłonie zieleni, spoglądały na niego dwa małe księżyce, na tle nocnego nieba... lecz to nie były księżyce, lecz źrenice młodego basiorka. Wyglądał na roczniaka. Nie mylił się też, co do niespodziewanego niebezpieczeństwa. Nim Naharys zdążył zająć młodego jakąkolwiek rozmową, z głębi wykrotu wyłonił się kwadratowy łeb żmii, Miała piaskowe ubarwienie łusek i ukoronowaną głowę w kilka drobnych rogów, które zakrzywione na szczytach, rozchodziły się na boki. Z tego też powodu, nadano jej nazwę "królewską". I ta sama żmija zmierzała ku malcowi, wlepiając w nim swe puste, głodne krwi pionowe oczy i wywijając językiem. Naharys widział, że młody nie miał najmniejszej świadomości z zaistniałego zagrożenia, całą swoją uwagę skupiał na nim, wyczekiwał z przestrachem w oczach na jego następny ruch. A był on następujący; Wskoczył do wykrotu, chwycił malca za szyję i z naborem sił w łapach, wyskoczył z niego, zasypując węża warstwą piachu, co też zniechęciło go do dalszego ataku. Kolejny fakt, jaki spostrzegł Naharys, był taki, że malec miał skrzydła, bowiem machał nimi, uderzał w panice. Nie znał Naharys'a, z pewnością obawiał się, że basior może wyrządzić mu krzywdę - szamotał się, wyjękiwał niezrozumiałe słowa, pewnie wypowiadał je pod wpływem strachu. Wyłonił się z głębi lasu, na ozłoconą słonecznym światłem polanę, gdzie odstawił trzęsącego się ze strachu skrzydlatego wilczka. 
- Hej, uspokój się - odezwał się Naharys - nic Ci nie zrobię, nie wyj tyle, bo ściągniesz na nas niebezpieczeństwo. Hej, mały, już cicho... jesteś bezpieczny. 
- Nie ufam Ci! - wykrzyczał malec - Zostaw mnie w spokoju. 
- Gdzie twoi rodzice? - zapytał, ignorując wybuch malca. 
- Zostali zabici... zamordowali ich tacy, jak ty! 
Naharys uniósł brwi ze zdziwienia, stał tak przez chwilę, milcząc i zastanawiając się nad sensem słów basiorka. Jedno wiedział na pewno. Napastnicy byli wysocy i masywni - jak on, stwierdzając to, spojrzał na siebie. Młody wyraźnie wyszukiwał dogodnej okazji, aby zwiać w popłochu, Naharys spojrzał jedynie na malca, pokręcił z dezaprobatą głową, chwytając go łapą za ramię. 
- Ani mi się waż. Pójdziesz ze mną! Nie wolno pozwolić, abyś błąkał się po lesie bez opieki, mały. Zabiorę Cię do mojej Pani, a ona zdecyduje, co z tobą uczynić. 
Zdawał sobie sprawę, że jego ton nie brzmiał zbyt przyjemnie; zimny, stanowczy i poważny ton Kapitana mógłby zmrozić w niejednym krew w żyłach. Po chwili dodał. 
- Nie martw się, nic Ci z nami nie grozi - rzekł, tym razem łagodniej, cieplej, jakby przez niego przemawiał ojciec, niźli Kapitan. 

***
- Ja mam się nim zaopiekować?! - wydał z siebie Naharys, po tym, jak Rene zjawiła się po chwili, ze skrzydlatym malcem u swego boku. Wadera, mimo zaskoczenia basiora, uśmiechnęła się ciepło. 
- Jako jedyny w mojej Watasze masz wysokie doświadczenie rodzicielskie. Zdołałeś wychować już trzy dorosłe wilki, z czego jedno, jeśli dobrze pamiętam, przygarnąłeś do swej rodziny. Czemu więc miałabym Ci nie powierzyć tego malca w opiekę? Wiem, że trafia w dobre łapy. 
- Jesteś dla mnie zbyt łaskawa, Rene - z tymi słowy, zniżył nieco głowę w geście uszanowania jej woli. Jeśli taki jest jej rozkaz, nie widział powodu, aby się sprzeciwiać. - Dobrze, wychowam malca, jak swego własnego syna. - Naharys uniósł głowę, spojrzał z uwagą w szmaragdowe oczy Alfy, po czym przekrzywił nieco usta w grymas zamyślenia. 
- Tylko jak ja to wytłumaczę moim dzieciom?
Alfa uśmiechnęła się jednak, powoli acz z gracją, podeszła do basiora i śmiało ułożyła swą łapę na jego ramieniu. 
- Myślę, że dasz sobie radę, Kapitanie. 
Po chwili jednak, jakby nieszczęście spadło na jej usta, bo jej usta zaczęły rysować się w grymas współczucia i smutku. 
- Wiem, że wychowywałeś dzieci wraz ze swoją miłością - dodała - jeszcze raz łączę się z tobą w cierpieniu, Pina też należała do tej watahy i była jej ważną częścią. Sininen, Shori i Ereden stali się idealnym uzupełnieniem po stracie twojej ukochanej. Niech i ten malec dopełni tę pustkę. 
- Zrobię, co w mojej mocy, aby wychować malca i przygotować do życia. 
- Cieszę się, że to od ciebie usłyszałam, a teraz pozwól, że opuszczę Was teraz. Sprawy watahy wzywają. Bywajcie. 
Popatrzyła jeszcze przez chwilę na malca z ciepłą uwagą, lekko i zachęcająco pchnęła go w stronę basiora, który stał sztywno, nie wiedząc co zrobić. Jakby z takową sytuacją miał do czynienia pierwszy raz w życiu. Strach aż trząsł się w jego oczach, niepewnie stawiał kroki w jego stronę, mięśnie cały czas były napięte. W końcu zatrzymał się przed Naharys'em z wbitym wzrokiem w swoje łapy, widać było, że nie miał odwagi spojrzeć basiorowi w oczy. 
- Jak Ci na imię? - zapytał spokojnie Naharys. 
- My... My... - wyszeptywał malec nieśmiało. 
- Śmiało i głośno. Nic Ci nie zrobię. 
- Mystic - wyrzucił w końcu basiorek. 
- Ciekawe masz imię, Mystic. Ja jestem Naharys - biały wilk zniżył głowę, aby wzrokowo zrównać się z malcem. Ze swoim przybranym synem. - Odtąd, Mystic, będziesz pod moją opieką. Nic się nie martw, dopilnuję, abyś był bezpieczny. Nauczę Cię wszystkiego, co potrafię i sprawię, że wyrośniesz na twardego basiora. 
Naharys chwycił Mystic za podbródek, aby przyjrzeć się jego oczom - nadal kipiały od irracjonalnego lęku. Nie powinien zdradzać już nic więcej na pierwszy raz, aby nie zniechęcić malca do nowego stanu oczywistego. Ważne w tamtym momencie było, aby swą opiekuńczością i ciepłem sprawić, aby malec otworzył się przed nim - tylko wtedy będzie mógł zdziałać nieco więcej. A teraz? Wyraźnie widział, że Mystic był przerażony obecną sytuacją. 
- Chodź. Oprowadzę cię po terenach, zapoznam z wilkami, z którymi będziesz się uczył na co dzień, a także pokażę Ci twój nowy dom. 
- Dobrze - rzucił krótko i pośpiesznie basior. 
***
Pierwszy dzień niespodzianek, a zarazem początek przybranego rodzicielstwa, przyniosły mu kolejną serię problemów. Wydarzyło się to wieczorem, kiedy Naharys wrócił do jaskini z upolowaną kolacją i spostrzegł, że w gronie rodziny kogoś brakowało. Ereden, jak miewał w zwyczaju czynić, siedział zakopany pod stertą zwojów, Sininen leżała na przeciwległym krańcu jaskini, korzystając z zasłużonego spokoju, a Shori zaś, w akompaniamencie nuconej przez siebie melodii, doprowadzała swoje skrzydła do porządku. Nigdzie nie widział Mystic. 
- Wiecie, gdzie jest wasz brat? - zapytał zaniepokojony Naharys. 
Trójka wilków zerknęła w jego stronę, przemierzyli wzrokowo wnętrze jaskini, jednakże bez skutku. Basiorka nie zastali nawet w przedsionku jaskini, jak twierdził Ereden, był pewien, że malec brał kąpiel. Alfa przyznała mi malca pod opiekę, kiedy dowie się, Mystic, że pozwoliłem sobie na chwilę nieuwagi, uzna też, że myliła się, co do mojej osoby. Uzna mnie za nieodpowiedzialnego lekkomyślnego głupca! Lecz nie o to chodzi... jeśli coś Ci się stanie, będzie to również moja odpowiedzialność - pomyślał gorączkowo Naharys. Rzucił upolowane zające na podłoże, bez dłuższego zastanowienia odwrócił się ku wyjściu, by ruszyć w pogoń za malcem. Ereden pobiegł z Naharysem, tuż u jego lewego boku. 
I tak, dwie wilcze sylwetki mknęły przez opanowany nocnym mrokiem polanę, nasłuchując z uwagą i nawołując głośno Mystic. Szukali długo, wytrwale, a jedynym napędem motywacji była myśl, że Naharys przysiągł Alfie, że weźmie odpowiedzialność za życie, które samo nie będzie w stanie się obronić. 
- Ereden, powinniśmy się rozdzielić - oznajmił Naharys, gdy stanęli przy rozdrożach prowadzących do Lac de Cristal i Forêt de Ombree. Przechwycony przez nich zapach, należący do malca, urywał się dokładnie w tamtym miejscu. Naharys czuł to wyraźnie. - Ja pójdę dalej na północ, a ty idź przeszukać okolicę Lac d Cristal.  
Ereden bezdyskusyjnie kiwnął głową - nie martwił się o syna, Ereden wiedział bowiem, jak zadbać o siebie. Pobiegł dalej, w zmierzonym kierunku, ku Forêt de Ombree. Basior zdawał sobie jasno sprawę, że zbliża się pod progi spaczonego przez mrok lasu, lecz Mystic mógł tego nie wiedzieć - mimo wcześniejszej wycieczki po terenach. Nie podszedł jednak bliżej, niż wymagała tego sytuacja - drzewa mrocznego lasu zaszeleściły złowrogo w rytmie spokojnego wicherku. Zwrócił się w lewo, przemierzył wzdłuż granicy lasu Ombree, przez morze wysokiej, sztywnej trawy, która łaskotała go w klatkę piersiową. W powietrzu nie zdołał przechwycić woni malca, zaczął więc zastanawiać się, czy kierował się w dobrą stronę... chyba, że... 
Odwrócił głowę w drugą stronę i z uniesionym wysoko nosem, wietrzył usilnie różne zapachy, jakie dostarczał mu wiatr; świeża polna trawa, przemieszana z aromatem woni zwierzyny łownej, skrytej gdzieś za zasłoną gęstych zarośli. Jednak rzetelne węszenie opłacało się, pomyślał Naharys, gdy w kłębowisku aromatów, wychwycił szczątkową oznakę bliskiej obecności malca. Zwrócił się w stronę mocnej emanacji zapachu. 
- Naharys? - odezwał się niepewnym tonem głosik, wywodzący się zza wysokiej zasłony czarnej, szeleszczącej trawy. Naharys skierował w tę stronę swe bursztynowe, czujne oczy, wpatrując się w srebrne punkciki, błyszczące w ciemności. Westchnął cicho, czując jak napięcie ściskające go w okolicy brzucha i żeber zanikło nagle - Zupełnie, jakby zrzucił z siebie przed chwilą dość spory kamień. Lecz to nie oznacza, że nie czuł gniewu. 
- Mystic! - powiedział, prawie krzyknął Naharys. - Co ty tu, do cholery jasnej, robisz?! Nie powinieneś być w jaskini? 
- No więc... Eee, ja? - Malcowi wyraźnie plątały się słowa, gardło ze strachu miał tak zaciśnięte, że ledwo dawał radę się wysławiać. 
- Jasne, że ty. A kto inny? 
- No tak... ja tu robię, eh. - Młody usilnie ukrywał coś przed czarnym wilkiem, rumieniec wylał się na policzki samczyka tak intensywnie, że Naharys był w stanie go dostrzec przez jego ciemną sierść. Czekał w milczeniu na odpowiedź basiorka, nie próbował go ponaglać. 
- Kiedy jeszcze żyła moja wataha zawsze, gdy pojawiał się księżyc, wyliśmy do niego, a później szliśmy na spacer. – palnął Mystic, spuszczając nieco głowę z wyraźnym zmieszaniem na twarzy. Naharys nie powiedział nic przez dłuższą chwilę, wpatrując się w malca z narastającym współczuciem w bursztynowych oczach. Podszedł nieco do swojego nowego podopiecznego, uniósł łapę, aby go objąć, lecz zawahał się... 
~ Nie jest moim synem... to znaczy.. w tym momencie jest pod moją opieką, potrzebuję czasu, aby potraktować go, jak syna. Musisz dać mi czasu, mały Mystic. Z Shori miałem podobne zahamowania w okazywaniu podobnych uczuć, lecz w końcu przekonałem się do niej, otworzyłem przed nią wrota mojego serca. Przed tobą też otworzę, ale potrzebuję czasu. Czasu. 
Aby usprawiedliwić swój nagły ruch łapy, ułożył ją na głowie malca i poczochrał po grzywce. 
- Ah, nie wiedziałem - powiedział, tym razem łagodniej Naharys. - Dobrze, rozumiem. Jeśli chcesz, możemy codziennie wychodzić na wieczorne spacery, wyć do księżyca, jeśli to pomaga Ci się lepiej poczuć, ale pamiętaj jedno; Proszę Cię, nie wychodź nigdzie sam, dobrze? 
- Oh, no dobrze, zapamiętam. 
- Chodź, wracamy do domu. Dziś upolowałem zające na kolację. Lubisz zające? 
Mystic pokiwał niewyraźnie głową, w oczach młodego, które utkwił przed sobą w punkt przed sobą, spostrzegł tętniącą tęsknotę. W końcu, po dłuższym czasie milczenia, Mystic zwrócił je w stronę Naharys'a. 
- Mogę się Ciebie coś spytać? 
Naharys przyzwalająco pokiwał głową. 
- Jasne, śmiało. 
- Dlaczego jesteś czarny? - To pytanie widocznie wytrąciło czarnego wilka z pantałyku, ale też nie mógł się dziwić malcowi. Młodość była też oznaką ciekawości. 
- To taka przypadłość, którą w mojej rodzinie dziedziczy się, co drugie pokolenie, a moce, w zależności od cyklu dnia, również przechodzą zmianę. Jak zauważyłeś, w dzień moja sierść jest biała i panuję nad ogniem, a w nocy zaś... cóż, mrokiem. 
- Super! - odezwał się młody z wyraźnym zainteresowaniem w tonie, jak i blasku jego oczu, które bez ustanku go śledziły. 
- Patrz przed siebie, bo się wywrócisz. - Powiedział ze śmiechem Naharys, puszczając malca przodem. Niecałe dwie minuty później natknęli się na Ereden'a, który wyraźnie sfrustrowany niepowodzeniem z poszukiwań oraz wściekły na Mystic, za to, że wymknął mu się w czasie, gdy był pod jego i rodzeństwa opieką.  
- No! Jesteś! 
Masywna postać Ereden'a, skąpana w srebrzystym blasku księżyca w pełni, ogarnęła swym cieniem malca, który wyraźnie się skulił pod naporem wściekłego wzroku przybranego, starszego brata. 
- Tyle razy Ci mówiłem, żebyś nie ruszał się z miejsca! Doprawdy nie mam ochoty niańczyć cię nonstop, bo też mam swoje zajęcia. Pech chciał, że do nich doszedłeś jeszcze ty! 
- Ereden, opanuj się! - rzucił stanowczo Naharys, kręcąc głową - Zapomniałeś już, jak ty byłeś mały i zdarzało Ci się, i to nie raz, nabroić, przez co musiałem za ciebie świecić oczami przed twoją matką.
- Kiedy ja byłem w jego wieku - odparł hardo Ereden - byłem w stanie zrozumieć swój błąd! 
- Przepraszam, dobra! - zawołał Mystic wyraźnie wymalowaną rozpaczą na pysku. 
- A co mi po twoich przepro... 
- Dosyć! - warknął Naharys na Ereden'a, na co ten zmierzył ojca wzrokiem pełnym niedowierzania. Pokręcił głową z dezaprobatą. - Mystic zrozumiał już swój błąd, dobrze? Teraz jest twoim przybranym bratem, naucz się wskazywać młodszemu drogę bez agresji, bo to bardziej pomoże, niż bezsensowny krzyk na całe gardło. 
~Ereden, wiem, że wybuchowy z ciebie charakter. Dlaczego musiałeś odziedziczyć po mnie te gorsze cechy, aczkolwiek wiem i zdaję sobie sprawę, że bunt i gniew to wyznaczniki twojej osobowości, rozumiem Cię, synu.
Ereden pokręcił jednak głową z dezaprobatą, mierząc ciągle Mystic wściekłym wzrokiem.
- Nigdy więcej nie waż się odchodzić bez pozwolenia! - Ereden zbliżył wyszczerzony groźnie pysk do ucha Mystic. - Jasne?! 
Mały nie odpowiedział, zmierzył tylko dorosłego brata wzrokiem, pełnym wyrzutu i poczucia winy, po czym z westchnieniem opuścił głowę. Pociągnął nosem. Naharys milczał z zaciśniętymi zębami. 
~ Będę musiał pogadać z Eredenem
Z tymi słowy, Ereden odszedł w stronę jaskini, nie oglądając się już za siebie - w jego krokach, zapachu niesionym przez nocny wiatr, dało się zwietrzyć wściekłość i zawód. 
- Czemu się tak wściekł? - zapytał po chwili Mystic. 
- Nie przejmuj się - odparł łagodnie Naharys - Ereden... cóż, po prostu taki już jest. To dobry wilk, ale miewa problemy z opanowaniem emocji. Bywa wybuchowy, ale możesz zawierzyć mu własne życie, sekrety, bezpieczeństwo. Uwierz mi na słowo. No chodź już, bo nam zjedzą wszystkie zające. 
- Jakoś... nie jestem głody - przyznał Mystic. Naharys wyraźnie wyczuł w tonie malca zakłopotanie, wywołane zapewne niemiłą reakcją Ereden'a. 
- Zjedz chociaż zajęcze udko. Jak chcesz, specjalnie dla ciebie, upiekę je nad ogniem, ot dla zwiększenia smaku. O! Albo, jeśli masz ochotę, możemy jutro zapolować. Co ty na to?

<Mystic?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 3090
Ilość zdobytych PD: 1545 + 30% (463 PD) za długość powyżej 3000 słów
Obecny stan: 2008 PD

czwartek, 21 lipca 2022

Od Naharys'a c.d Belief ~ Pozbawieni Snu

 - Będę zaszczycona, jeśli zechcesz zostać moim nauczycielem. - Powiedziała z miłym, przyjemnym wręcz dla oka uśmiechem, lecz basior wyraźnie uniósł brwi ze zdziwienia na dźwięk słowa "nauczyciel". Naharys nie był żadnym nauczycielem... co najwyżej trenerem walki, gdyż tylko na tym najbardziej się wyznawał. Na prawdziwej, mądrej walce, polegającej na kontroli emocji i zdobyciu, jak największej przewagi nad przeciwnikiem. Co prawda, mógłby nauczyć ją walczyć, lecz ze względu na jej obrany życiowy kierunek, musiałby rozplanować specjalny trening. 
- Nie mam pewności czy sobie poradzę w treningu, ale chciałabym spróbować, przynajmniej nie będę żałować, że nie próbowałam dążyć do spełnienia swoich marzeń - Naharys musiał przyznać, że nie brakowało waderze pewności siebie - szczerze powiedziawszy, mógł podejrzewać u wadery nadmiar pewności, co też nie do końca było dobre. Mogłoby to oznaczać, że w trakcie prawdziwego życia posłańca, zbyteczny nadmiar zuchwałości, mógłby położyć na szali powodzenie Belief. Często wtedy zapominamy o ostrożności, poddajemy się z łatwością przeszkodom, rzucanym nam pod nogi przez los i przeciwników. ~ Przypomniał sobie słowa swojego ojca, który bądź co bądź, wiedział, co mówi. Generałem nie zostawało się dzięki pięknym oczom i wpływowemu wdziękowi. Doświadczenie, wiedza i umiejętności - to czyni z nas mistrzów!
- Chciałbym Ci coś powiedzieć. Nie jestem tu niczyim nauczycielem. Nikogo tu nie oceniam, ani nie krytykuję. Jestem tutaj po prostu, aby trenować przyszłych wojowników i tych, którzy tego potrzebują, aby nie wypaść z formy. Nikogo tutaj nie egzaminuję ani nie poddaję próbom. Robię wszystko, co mogę, aby wskazać właściwą drogę poprzez rady, które wpoił we mnie mój tato. Nie poprzez nudne druczki, wypisane w podręcznikach. A co do treningów, nie przejmuj się nimi. Każdy kto zaczynał, odczuwał pewne hmm... wątpliwości. Trzeba próbować, niż później, jak to ujęłaś, żałować, że się nie spróbowało. Zobaczysz, będzie dobrze. Oho, koniec przerwy. Chodź ze mną, moja droga. 
Z tymi słowy, zachęcająco szturchnął waderę swym ogonem w jej lewy bok, na co Belief zareagowała lekkim zaskoczeniem, ale też niemałym podnieceniem na myśl, że w tym momencie rozpocznie się jej pierwszy trening - tak przynajmniej Naharys wyczytał z twarzy wadery. Nie raz dziękował bogom za dar czytania z czyichś twarzy, jak z rozwiniętego pergaminu. Dobrze, więc, sprawdzę co z ciebie za ziółko, oj sprawdzę, ale najpierw odkryj przede mną, jak szybka jesteś myszką ~ uśmiechnął się wraz z tymi myślami, kiedy prowadząc waderę na poligon, spostrzegł wysokie drzewo, dość pokaźne jak na sędziwego dęba przystało.
- No dobrze, moja droga, zatem... - zrobił pauzę i spojrzał na zawodników. - pokażesz mi, jak szybko biegasz no i jaką masz wytrzymałość. Pobiegniesz, najszybciej jak umiesz, do tego drzewa, co rośnie opodal przed nami. Nie możesz wahać się, ani chwili w trakcie biegu, biegnij jakby zależało od tego twoje życie, jasne? Wyśmienicie! - poszerzył swój uśmiech, ukazując przy tym swoje zęby, gdy wadera przytaknęła mu, wyraźnie nabuzowana adrenaliną i chęciami. Zanim jednak wadera przystąpiła do zaprezentowania swych umiejętności i wytrzymałości w biegu, postanowiła urządzić sobie małą rozgrzewkę - zaczęła od rozciągania mięśni ud i kręgosłupa, rytmicznymi i szybkimi ruchami obrotowymi, rozgrzewała nadgarstki. Naharys dosłownie widział, jak determinacja wylewała się z Bel, z każdym wykonanym ruchem, gracja nie opuszczała jej, ani na jotę - jak na prawdziwą wojowniczkę przystało, jakie miał zaszczyt spotykać tylko w swojej rodzinnej watasze. Czyżby wadera miała w sobie coś z północy? Nie omieszka zapytać ją w wolnej chwili. Wadera trzasnęła jeszcze pod koniec w kręgach szyjnych, westchnęła raźno, przykucając na linii startu z lekko uniesionym zadem. 
- Start! - zawołał Naharys, a tym samym wydawać by się mogło, że koło niego przeleciała mknąca strzała, nie ta zgrabna, miło uśmiechnięta biała wadera. Naharys musiał przyznać przed samym sobą, że Belief potrafiła biec, szybko jak ten zając, zwrotnie niczym pędzący gepard - udowodniła to dość pokaźnie, spektakularnie, kiedy dotarła do swego celu - Belief wiedziała bowiem, jak wykorzystywać sprawność swego ciała. Kiedy dobiegła, zadziwiająco i wręcz z lekkością zarzuciła całym ciałem w sposób taki, że ugięła kolana, wpadając w poślizg i wyrzucając przy tym tuman kurzu. W mgnieniu oka była zwrócona w jego stronę i pędziła, ile sił w łapach - zupełnie tak, jak jej polecił - jakby od szybkiej wygranej zależało jej życie. Zatrzymawszy się w pędzie, zaszorowała łapami po trawiastej ziemi, dysząc przy tym głośno i długo - lecz uśmiech nadal nie zmazywał się jej z pyska. I z równie pięknym uśmiechem przyglądała się basiorowi, jakby na coś czekała. 
Zdołała udowodnić przed nim, że nie boi się pędzić z wiatrem w sierści, potrafiła uwolnić z siebie galopującego rumaka, a jej spięte, spragnione dalszej pracy mięśnie były tego dowodem. Jednakże, to nie był koniec, a zaledwie początkiem startu. To, co Naharys przydzielił Belief, było zaledwie rozgrzewką przed poważnym, bardziej wyczerpującym treningiem. Wadera odezwała się w końcu z napięciem w głosie, jakby drażniła ją otaczająca zewsząd cisza - przerywana jedynie odgłosami trenujących wilków nieopodal.
- Naharysie? Czy według Ciebie, mam jakąś szansę? Choćby maleńką? -Wlepiła pytające i zestresowane spojrzenie w samca. Z początku Naharys uniósł lekko prawą brew, potem zaśmiał się głośno, jakby przed chwilą Belief uraczyła go bardzo dobrym żartem. Przestał, kiedy spostrzegł zakłopotanie i zmieszanie na twarzy wadery. Ugryzł się w wargę, podrapał się nerwowo za uchem, po czym rzekł. 
- Wybacz, moje zachowanie było szczeniackie. To była tylko rozgrzewka. Prawdziwy trening dopiero przed tobą. Dzięki temu dowiem się, czy nadajesz się na posłańca, moja droga. Sprawa jest prosta. Wiem już z kim mam do czynienia. I powiem Ci szczerze, że rzadko który wilk potrafi uwolnić z siebie wszystkie swoje siły w biegu, a to już duży postęp. Kolejny trening będzie mieć na celu sprawdzenia, jak radzisz sobie w sytuacjach stresowych, gdzie wymaga się od ciebie zachowania zimnej krwi - jeśli w prawdziwym życiu posłańca, pozwolisz sobie na chwilę paniki, możesz być pewna, że ta chwila będzie twoją ostatnią. 
Wadera kiwnęła głową, uśmiech nie znikał jej z pyska, a po błysku w jej oczach, Naharys stwierdził, że Belief potrafi uważnie skupić się na rozmówcy, aczkolwiek basior wyczuł lekkie napięcie. ~ Cholera, muszę rozsądnie dobierać słowa. Nie mogę nawijać, co mi ślina na język przyniesie, bo mi się dziewczyna zrazi. Hmmm...
- Kiedy wydam Ci komendę "Uciekaj" biegnij najszybciej, jak umiesz. Przed siebie. Natomiast moim zadaniem będzie, jak najszybsze przechwycenie cię. W tej zabawie wszystkie sztuczki są dozwolone - w prawdziwym życiu, nie będzie czasu ani miejsca na kompromisy czy zasady. Wtedy stawką jest twoje życie i informacje, jakie w sobie trzymasz. Nie daj się mi złapać, wykorzystaj elementy otoczenia, użyj wszystkich swoich silnych stron, jeśli tylko pomogą Ci przeżyć spotkanie.
- Jestem gotowa - oznajmiła zdecydowana Belief, przystając w punkcie, gdzie wcześniej była linia startu. Jej rozgrzewki stawały się coraz intensywniejsze, śmiałość zaś błyszczała w jej oczach, aczkolwiek basior wyczuwał niespokojne oddechy wadery, jakby się czymś stresowała... 
I nie dziwił się jej... sam byłby przerażony, gdyby ktoś mu tak obrazowo i jakże prawdziwie przedstawił realia z życia posłańca. Praca bardzo szanowana i chwalebna, lecz jednocześnie odpowiedzialna i niebezpieczna. W obliczu realizmu, nie można pozwolić sobie na koloryzowanie, że życie w ciągłym ruchu, polegające na pilnowaniu własnego gardła, nie jest kolorowe i usłane różami. Belief musi być przygotowana na tego typu zagrożenia, jeśli pragnie dożyć sędziwych lat... i wychować nowe pokolenie posłańców. 
- Uciekaj! - zawołał basior, dając tym samym waderze szansę na odpowiednie oddalenie dystansu między nimi. Nikt nie powiedział, że Naharys nie może dać Belief lekkich forów. Kiedy basior uznał za stosowne, ruszył za nią w pościg i nie zamierzał dawać, tym razem, żadnej taryfy ulgowej. Wadera wiedziała, co to szybkość, lecz długie, mocno zbudowane w stalowe mięśnie łapy Naharys'a, pędziły w zastraszającym tempie. Pędził niczym głodny gepard, a i tak wadera była w stanie utrzymać się na bezpiecznym dystansie. Wraz z widokiem, wyczuwał wylewającą się z niej energię - pędziła przez gęstą trawę, sprawiając, że prawie niemal zniknęła basiorowi z oczu, lecz prędko odnalazł ją po pozostawionym przez nią zapachu. Kluczył w zaroślach, próbując w jak najbardziej efektowny sposób, skrócić dystans do swej potencjalnej ofiary. Kiedy nadarzyła się po temu okazja, Naharys wybił się w powietrze, bez jakiegokolwiek ostrzeżenia, zaatakował z powietrza, wyprowadzając zdradziecki atak łapą. Wadera oberwała w ramię, lecz i to nie wybiło ją z rytmu. Próbowała różnych technik manewrujących, byleby zniknąć basiorowi z pola widzenia. Wiedział, że nie zrobił jej żadnej krzywdy - specjalnie, w trakcie wyprowadzania ciosu, chował pazury, aczkolwiek gdyby miała do czynienia z prawdziwym wrogiem, zapewne już by krwawiła. Nie odpuszczał łatwo, to samo miało się z Bel. Kiedy, przy gwałtownym skręcie w lewo omal nie wpadła w poślizg, Naharys skorzystał z kolejnej okazji na atak, aczkolwiek wadera wykorzystała wszystkie swoje siły, aby się obronić - musiała wyczuć odpowiedni moment, aby odwrócić się i odepchnąć od siebie Naharys'a kopniakiem w klatkę piersiową, przez co ten wylądował w gęstwiny, a wadera pomknęła dalej przed siebie. 
~ Niezła jest - pomyślał basior, wstając i otrzepując sierść z pyłu. Ona musi mieć coś z północy, Naharys był tego prawie pewien. Ruszała się, jak lisica i walczyła, niczym wściekła kobra. 
W trakcie próby dalszego pościgu, Naharys stracił trop białej wadery, pomimo wyraźnego śladu, pozostawionego po jej woni. Utorowana przez nią ścieżka przez wysoką trawę, doprowadziła go do polany, będącą jedną z granic watahy, gdzie dalej na północ, rozciągało się szerokie pasmo lasu, nieopodal Haute Forêt. 

***

Basior, jeśli miałby być szczery, miał nadzieję, że Bel nie zapuściła się nigdzie głębiej, poza granice Watahy, Modlił się w duchu, aby nadmiar brawury nie doprowadziła wadery do zguby. Była tutaj nowa, więc mogła prawie nic nie wiedzieć o tych terenach. A jedynym wilkiem, który przyjął na swe barki odpowiedzialność i szkolenie Belief, był on i nie wyobrażał sobie, jak straszną reprymendę udzieliłaby mu Alfa, gdyby doszło do jakiegokolwiek incydentu. Naharys starał się uspokoić ~ nerwowo do niczego nie dojdziemy, a jeszcze bardziej pogorszymy sytuację. Ulga nastała, gdy spostrzegł białą głowę wadery, wynurzającą się zza zasłony krzewu dziko rosnących jagód. Po prawdzie nie opuścili terenów Watahy, byli tylko nieopodal północnej granicy, więc mogli kontynuować trening. Ugiął lekko łapy w łokciach i kolanach, aby zrównać się z wysokimi wrzosami, które upodobały sobie ten teren. Jednocześnie musiał pilnować, aby wiejący wiatr nie zdradził waderze jego zapachu... na nieszczęście Belief, on zdradził mu jej własny - delikatny jaśmin, wkomponowany w intensywną woń skoszonej trawy przyciągał uwagę. Przemknął między wrzosami cicho, niemal z kocią wprawą, starając się nie otrzeć o wystający kwiat, czy też złamać drobnej gałązki. Wadera wydawała się nie spodziewać żadnej, niespodziewanej niespodzianki z jego strony, gdyby tak było, wyczułaby coś. Podejrzany ruch, znak, cokolwiek, co wzbudziłoby w niej niepokój... a Naharys zaś był blisko niej, coraz bliżej...
Po niecałej chwili, Belief leżała na miękkiej, nagrzanej od promieni słonecznych ziemi, bezlitośnie przygwożdżona przez Naharys'a, który wraził jej pod brodę, uzbrojoną w długie pazury łapę. Ścisnął mocno, nie za silnie, aby jej nie udusić.
- Mam cię! - powiedział tonem dość surowym, jak na dowódcę przystało. Stanowczość, aż biła w jego głosie. I gdyby stanowczość miała pięści, Belief zapewne leżałaby cała posiniaczona od ciosów. 
- Naharys, co ty robisz?! - wymamrotała niewyraźnie wadera, widocznie zaskoczona nagłą zmianą samca - to już nie był ten sam, ciepły i uczynny basior - jednocześnie podirytowana, że dała się tak łatwo zdekoncentrować. Biały wilk zabrał łapę z jej szyi, spojrzał na Bel karcąco. Jak Kapitan. 
- Dlaczego się tak łatwo zdekoncentrowałaś? Obserwuj okolicę, skup się i wypatruj znaków! Kiedy myślisz, że masz chwilę swobody, niebezpieczeństwo może nadejść znienacka, jasne?
Uniósł wysoko głowę, po czym niespodziewanie uśmiechnął się, ciepło ponownie wróciło na jego wydatne policzki. Zręcznie zszedł z Bel, pomagając jej jednocześnie wstać na równe łapy. 
- Ale tam... w wysokiej trawie, zadałaś mi zaskakująco dobry nokaut. Co też... dla wilka takich gabarytów, jak ja, był zadziwiająco powalający, wiesz?
- Teraz nie byłeś taki...
- Ciepły i łagodny? - przerwał jej basior w pół zdania, uśmiech zrzedł mu nieco pod nosem, zmieszało się z nim zmartwienie, niczym sól z ciepłą wodą. - Twój wróg też nie będzie, a być może... że nawet gorszy ode mnie. Świat jest pełen zwyrodnialców i bezlitosnych maszyn, zaprogramowanych przez naturę do zabijania. Zapewniam Cię z całego serca, bo sam niejedno widziałem i przeżyłem. Słyszałaś kiedyś o "Szkarłatnym incydencie"? 
Musiała słyszeć, jeśli na prawdę pochodzi z północy, każdy wilk z tamtych stron znał tę przeraźliwą historię. Godny pożałowania i przekleństwa akt okrucieństwa, na jaki stać jedynie nas, ludzi, mimo iż w tym świecie nie mamy prawa bytu. 
- Nie musisz mi mówić o okrucieństwie, Naharys'ie - odparła smutno Belief. -Bo sama je doświadczyłam, kiedy moja rodzinna wataha była mordowana przez inną. Mogę cię zapewnić, że również znam definicję okrucieństwa i mogę Ci wskazać niektóre jej przykłady, na podstawie moich doświadczeń, których nie w sposób wymazać z pamięci, ani ze snów. 
- Dlatego rozumiesz, co mam na myśli - stwierdził Naharys ze współczuciem. Chciał, na prawdę miał szczerą ochotę, objąć Belief i przygarnąć do siebie. Chciał w ten sposób jej powiedzieć, jak bardzo jednoczy się w jej bólu, lecz czy ona mu pozwoli na to? Uniósł niepewnie łapę, powoli i czule otulił nią zgrabną szyję wadery, która ze zdziwieniem zareagowała na fakt, że jej policzek zetknął się z twardym ramieniem Naharys'a. On sam był zdziwiony, że posunął się do takiego czynu wobec kogoś, kogo zna dopiero od kilku godzin... można by to nazwać odwagą, albo... 
Żeby nie dać waderze zbędnego powodu do niepokoju, odsunął się po chwili, na bezpieczną odległość i wbijając wzrok w rosnący nieopodal krzew dziko rosnących jagód, nie ośmielił się już nic uczynić. Jedynie zdołał się na takowe słowa. 
- Chciałem tylko powiedzieć, że... - mruknął Naharys, po chwili niezręcznej ciszy. - Bardzo mi przykro. 
- Z powodu moich doświadczeń, czy też dlatego, że mnie przytuliłeś? - zapytała z nagłym śmiechem Belief. Ze szczenięcym wręcz szczęściem stwierdził, że mimo przeżytych wydarzeń, wadera potrafiła się uśmiechnąć do drugiej osoby, lecz co też mogło oznaczać? Wiele; Być może doceniała jego starania, bądź też był wyrazem wdzięczności, za poświęcony czas na treningu. Naharys lubił się chwalić, że czytanie z czyjejś twarzy szło mu równie łatwo, co spacer nartnika po powierzchni wody, lecz w tamtym momencie, jej uśmiech pozostawał dla niego tajemnicą. 
- Opowiesz mi, o co chodziło w tym "Szkarłatnym incydencie"?
~ A jednak nie pochodzisz z moich stron, Bel. Cóż, przynajmniej walczysz, jak na wilka z północy
- To opowieść na inny czas. - odparł zdecydowanie Naharys. - Nie psujmy sobie nią treningu. Jesteś gotowa na powtórkę, czy chciałabyś wrócić na poligon i potrenować wraz z innymi?
- Wiesz co... 
Nie dokończywszy zdania, wadera zerknęła w kierunku północnej granicy, za plecami Naharys'a, który z początku lekko zaskoczony jej reakcją, zerknął za siebie. Z początku nie widział nic podejrzanego; Ot zwyczajny obraz ściany lasu, którego kres z tego położenia był niemożliwy do wypatrzenia. Nagle ta zwyczajność została przerwana wraz z przemykającymi ciemnymi postaciami, kluczącymi między gęsto rosnącymi krzewami - Naharys słyszał ciche szelesty i odgłosy kroków, których nikt nie starał się tłumić. Owe postacie kształtem przypominały wilków, aczkolwiek były one zamazane... jakby tkane z mgły mroku. Naharys z wytrzeszczonymi do granicy możliwości oczami, zaniepokojony dał waderze sygnał, aby padła na ziemię, zajął pozycję obok niej i oboje przyglądali się podejrzanym ruchom zza zasłony kolorowo rosnących wrzosów. 
- Co to takiego? - zapytała cicho wadera, wyraźnie podkreślając w wypowiedzi swój niepokój. 
- Nie wiem... podejrzewam, że to te stwory, które ostatnio zdobyły śmiałość na opuszczanie Vallée Sombre. Belief... - zwrócił się do towarzyszki, tym razem oficjalnym i poważnym tonem. Z uwagą spojrzała na basiora, wyczekując informacji. -... chyba czas, abyś teraz sprawdziła swych umiejętności, jako posłanka. Biegnij pędem do Alfy z takim komunikatem; Od północnej granicy watahy, zauważono obecność postaci nieznanego pochodzenia, w licznie nieznanej, nieopodal Haute Forêt. Kapitan prosi o posiłki, aby zbadać sprawę i ewentualnie spacyfikować możliwe zagrożenie. Zapamiętałaś? Dobrze, a teraz biegnij do Rene!

 <Belief? Żeby też za spokojnie nie było XD

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 2524
Ilość zdobytych PD: 1262 + 20% ( 252 PD) za długość powyżej 2000 słów
Obecny stan: 4848 PD