Newsy



:Aktualności
.Blog przechodzi obecnie renowację
.Już niebawem pojawią się nowości

:Pogoda
Obecna pora roku ~ Jesień
.Temperatura waha się między 10+ a 0- stopni Celcjusza
.Zmiana pory roku nastąpi 15.12.2022

Liczba wilków ~ 27
Wadery ~ 18 + 1 NPC
Basiory ~ 7 + 4 NPC
Szczeniaki ~ 1
Nieobecni: Brak

~Serdecznie zapraszamy♥~

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Początek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Początek. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 lipca 2022

Od Naharys'a cd Yneryth~ Początek/Pokłosie


(Muza, która okazała się moim źródłem weny, a także idealnie nadaje się do klimatu :D)

- Znasz kogoś, kto opanował wiedzę na temat natury? A mianowicie kogoś, kto umie leczyć drzewa? - zapytał nagle Yneryth. To pytanie było tak nagłe, a jednocześnie zadziwiające, bowiem zmuszało ono do pewnych rozmyślań. Może i znam owe miejsce, ale czym ono miałoby Ci służyć, Yneryth? ~ Pomyślał Naharys, przekrzywiając ze zdziwienia lekko głowę. Yneryth jednak, po zerknięciu na wyraz czarnego już wilka, z początku chciał zrezygnować, ale Naharys, przez wzgląd na swoje zainteresowanie, nie odpuszczał łatwo. 

- Mogę Ci pomóc, jeśli tego chcesz. - powiedział Naharys, postępując odważne kilka kroków do przodu. - Ale, zanim to zrobię, powiedz mi, czemu Ci tak bardzo na tym zależy? 
Yneryth sprawiał wrażenie, w oczach Naharys'a, kogoś kto nie zwykł tłumaczyć się byle komu. Wątpił, czy nawet przyjaciołom - o ile takowych posiadał - zechciałby uchylić choćby nawet urąbek tajemnicy. Twoja sprawa, kolego ~ Pomyślał Naharys - Milczeniem nic nie wskórasz, gdyż przysięgłem, że nie zdradzę nikomu tajemnicy, bez poważnej przyczyny. Po chwili niezręcznego milczenia, srebrnowłosy wilk kiwnął w końcu głową, choć jego mina wyraźnie zdradzała niechęć, a słowa z trudem przedzierały się przez zaciśnięte gardło. 
- Zależy mi na uzdrowieniu tej jabłoni. - powiedział w końcu Yneryth, wskazując wysuniętym podbródkiem samotnie rosnące drzewo, które w świetle srebrzystego blasku księżyca, rzeczywiście sprawiało wrażenie umierające. Zniszczone. Zrujnowane. Korona jabłoni była niemal kompletnie obdarta z zielonych liści, przypominała prędzej wzniesione ku granatowemu niebu, mnóstwa wychudzonych rąk jakichś humanoidalnych istot, które o coś błagały. 
- To jedyne drzewo na tej polanie, jedyne, które miało jakieś znaczenie dla okolicy. Wcześniej ptaki urządzały sobie gniazda na jego zdrowych gałęziach, skryte pod bujnie rosnącą zasłoną liści. To drzewo kiedyś rodziło pyszne i słodkie owoce, którymi mógł poczęstować się każdy. Dawniej można było skryć się w cieniu tej jabłoni, przed promieniami parzącego słońca... a teraz, spójrz, co pozostało z drzewa. Nędzna karykatura zaledwie. Naharys długo spoglądał na rysujące się kontury drzewa, na tle nocnej kurtyny, ogarniającej resztę polany w mroku. Nadszedł czas, abym i ja pomógł Yneryth'owi, nawet jeśli, w głębi serca, nie potrzebuje tego, ale zrobię to. Zrobię to w podzięce za wsparcie, kiedy moje szczeniaki były zagubione. Czarny wilk kiwnął głową, błysnął bystrymi złotymi oczami. 
- Zgoda, pomogę Ci - z tymi słowy, skinięciem głowy poprosił basiora, dając mu jasno do zrozumienia, aby podążył za nim. - Droga nie będzie długa. 
Basior nie odpowiedział nic, wydawał się być niewzruszonym chęciami czarnego wilka, a mimo tego powstał na równe łapy i poszedł w ślad za nim. Niechętnie, Naharys czuł to wyraźnie, ale nie miał zamiaru narzekać. Nie w jego to było interesie, aby uzdrowić jabłoń... Jabłoń, o której mówił, jak o czymś niezwykłym i pięknym. Nie, żeby Naharys był zdziwiony tym faktem, gdyż nic mu do aspiracji basiora, ale z tego tytułu, powinno mu zależeć na dobru tej jabłoni. Zbliżyli się do spokojnie szumiącej rzeki. Naharys dokładnie przeczesał ją wzdłuż swym bystrym, przystosowanym do nocnego trybu wzrokiem, próbując przechwycić płytką część pływu, aby móc przeprawić się bez problemu. Liczył się z tym, że gdy pokona rzekę i przejdzie na drugi brzeg, jego sierść będzie zamulona, pokryta błotem i bogowie wiedzą jeszcze czym. Nie przeszkadzało mu to, lecz po odgłosach irytacji, jakie wydawał Yneryth, odniósł wrażenie, że przeprawa nie była dla niego dobrym pomysłem. Zignorował to.   
- Hmm dokąd zmierzamy? – Zapytał Yneryth z nutką ciekawości.
Naharys nie spuszczał basiora z oczu, zastanawiał się bowiem, jakich użyć słów. Wiedział, że tam, dokąd zmierzają, to teren całkowicie odcięty od reszty świata, pozostając w niewiedzy reszty wilków. Wiedzą o tym tylko Reneesme, Atrehu no i... Naharys. Odkąd Atrehu został mianowany przez Alfę jej zaufanym Betą, basior poznał wiele tajemnic Watahy. Tajemnic tak ściśle strzeżonych przed światłem dziennym, że istniały tylko trzy wilki, którym zostały one zdradzone. A jedna z nich opowiada o prastarych - prawie wymarłych - drzewach, w których ponoć - według legend - płynie krew. Krew, sok- Naharys sam nie wiedział, jak to nazwać - o niezwykłych właściwościach leczących. Inni też prawią, że owe drzewo posiada także własną duszę. Naharys znalazł się w posiadaniu tej wiedzy, dzięki Atrehu, który, pod przysięgą, kazał nikomu jej nie zdradzać. Uświadamiał go, że gdyby ta wiedza wpadła w niepowołane łapy, zaistniałoby ryzyko zagrożenia dla Nethereth - tak dawni mieszkańcy tej doliny nazwali to drzewo, które też było obiektem ich czci. Chcąc nie chcąc, musiał to zrobić. 
- Jesteśmy już prawie blisko, lecz zanim dojdziemy do celu, muszę przytępić twoje zmysły. - Ton Naharys'a był spokojny, jednocześnie śmiertelnie poważny, stanowczy przede wszystkim. - To konieczne, jeśli mam Ci nadal pomagać. 
- Czy nie możemy pominąć tego? - zapytał Yneryth, widocznie ukazując niezadowolenie z pomysłu Naharys'a. Czarny wilk pokręcił głową, dając mu do zrozumienia, że bezdyskusyjne spełnienie jego prośby jest warunkiem do kontynuacji podróży. Yneryth nie miał innego wyjścia. 
- No dobrze, miejmy to już za sobą! - odparł po chwili niezadowolony basior.    
Po uzyskaniu pozwolenia, co prawda wymuszonego, Naharys nie krępował się już. Posłał w stronę Yneryth'a wiązkę mroku, która na określony czas miała upośledzić jego zmysły. Nie mógł już między innymi widzieć, słyszeć ani czuć jakiegokolwiek dotyku. Czarny wilk spodziewał się tej reakcji. Yneryth z początku mrugał nerwowo, ocierał łapami oczy, obracał się wokół, ale Naharys wiedział, że jedynym obrazem, jakim basior musiał się zadowolić, była ciemność. Wrażenia dźwiękowe obierał, jakby w tym momencie, cała otaczająca go polana była jedną wielką próżnią - niewyraźne, przytłumione, znikome. Czarny wilk chwycił kompana lekko za skórę na szyi i zaczął go prowadzić, według szlaku, stopniowo niknącego wśród gęstwin i wysokich drzew. 
- Co się dzieje?! - powtarzał bez ustanku Yneryth, tonem wyraźnie podenerwowanym. 
- Wybacz, musiałem. - Wiedział, że basior go nie usłyszał, po prostu, wyrwało się mu. 
Ścieżka przeprowadziła ich przez długi bor, wyścielony leśną ściółką, okryty dywanem zaschłych liści, które opadły poprzedniej jesieni. Bor ten zamieniał się powoli w wysoki, skalisty wąwóz, w którym było nieco cieplej niżby na otwartym polu. Odgłosy lasu towarzyszyły im cały czas - donośne odzewy sowy, skrytej gdzieś wśród gałęzi, południowy wiatr szemrał coś wśród liści okolicznych drzew, a niekiedy ciche, szeleszczące odgłosy kroków docierały do uszu Naharys'a, choć Yneryth nadal nie zwracał na nic uwagi. Ślepy, głuchy, sparaliżowany czuciowo, podążał za czarnym wilkiem z niezadowoleniem wymalowanym na twarzy. 

Kilka metrów dalej, oczom Naharys'a ukazała się trójkątna szczelina w skalistej ścianie wąwozu, odpowiednio szeroka, aby mogła wprowadzić do trzewi ziejącej mrokiem jaskini, nawet dorosłego ogiera. Dotarli na miejsce. Atrehu pokazał mu kiedyś to przejście, tak, jak to przed nim zrobiła Reneesme, zapewniał, że jest ono w pełni bezpieczne, oświetlone blaskiem fluorescencyjnych grzybków - choć Naharys, nie wiadomo, jakby musiał wysilać wzrok, nie dostrzegł ani drobnego punkciku w nieprzeniknionym mroku gardzieli jaskini. Czyżby mu się coś pomieszało? Tam nie było żadnych fluorescencyjnych grzybków.
Ruszyli więc do jaskini. Yneryth'owi i tak było w tej chwili wszystko jedno, Naharys natomiast wystawiał swój wzrok na ognistą próbę. Mimo, iż jego oczy były przystosowane do nocnych warunków, nawet w takim mroku, nie potrafił dostrzec wszystkich konturów i szczegółów jaskini. To się miało zmienić, choć jeszcze o tym nie wiedział. 
 Przed pyskiem Naharys'a nagle rozbłysło bladobłękitne światło, a w następnej chwili, wśród oślepiającego blasku, dostrzegł zarys motylich skrzydeł, które delikatnie, z gracją trzepotały w powietrzu. Z sekundy na sekundę, z każdym uderzeniem serca wilka, w lot wprawiało się coraz więcej motyli, rozświetlając zewsząd wnętrze jaskini. "Budziły się" z każdego mrocznego zakątka, rozwiewały ciemność w popłochu, umykały przed dotykiem Naharys'a, a jednocześnie robiły to tak delikatnie, tak sprawnie, że basior nie potrafił wyjść z podziwu. Po niecałej minucie, jaskinia była kompletnie oświetlona, pełna od świecących owadów. 
- Co się dzieje? - wymruczał Yneryth, zaniepokojony tym, że stanęli w miejscu. Naharys potrząsnął głową, po czym ponownie chwycił Yneryth'a i poprowadził w głąb jaskini, ku kolejnej szczelinie, do której prowadziły go motyle, ćmy, nawet sam nie wiem, jak mam je nazywać, drogi czytelniku. 
Korytarz był krótki, niezbyt zawiły, a on doprowadził ich do ogromnej komnaty - Naharys zorientował się, że stoi na wąskim, skalistym paśmie, po bokach zaś błyszczała w świetle motylich skrzydeł ciemna woda. Kiedy Naharys zadarł głowę do góry, spostrzegł długie, szpiczasto zakończone stalaktyty, wokół których czule owijały się stare, grube korzenie. Cała powierzchnia ściany komnaty była nimi okryta. I gdyby nie to, że owe korzenie poruszały się, niczym pulsujące naczynia krwionośne żywej istoty, Naharys nie poczułby się, jak w żołądku. W centrum wysokiej komnaty pięło się w górę opiewane w starych legendach drzewo, wygięte w pochylonej pozie, jedna z jego grubych gałęzi niemal stykała się z powierzchnią wody. Przez otwór w sklepieniu przelewało się srebrzyste światło księżyca, opadając na sędziwe gałęzie i rozorany pręgami pień drzewa, które wydawało się... poruszać. Poruszać, albo sprawiało takie wrażenie. Kiedy podeszli bliżej, Naharys rozwiał swoje wątpliwości. Tak, to drzewo się ruszało. Kora delikatnie, miarowo pulsowała, jak przy swobodnym oddechu, srebrne liście zaś ukształtowane były na wzór grotu włóczni, wydawały się być ostre, niebezpieczne. Szeleściły przy choćby drobnym ruchu gałęzi. 

***     
 Kiedy stanął przed obliczem drzewa, które widział dopiero pierwszy raz w życiu, sam nie wiedział, co uczynić najpierw. Pamiętał dokładnie, jak Atrehu opowiadał mu, że jedynym sposobem na pobranie życiodajnego soku, jest delikatne nacięcie sędziwej kory bądź zerwanie kilku srebrnych liści. 
Chciał utkać z mroku drobne ostrza... utkałby, gdyby nie wszechogarniające światło, przy którym mrok nie miał żadnego prawa bytu. Ostatecznie zdecydował, że zrobi niewielkie nacięcie przy użyciu swego pazura. Wystarczy odrobinę naciąć, powtarzał sobie słowa Atrehu w pamięci, jak dobrą mantrę. Wystarczy naciąć - im dłużej to sobie powtarzał, tym bardziej zdawało mu się absurdalne. Wątpię, czy stara, dobrze zakonserwowana przez wiele wieków kora ugnie się pod moim pazurem ~ Pomyślał Naharys. Ku zdziwieniu basiora, wystarczyło drobne nakłucie, aby z otworu, niczym z otwartej rany, wyciekł gęsty, bursztynowy sok. Basior podsunął szybko kamienne naczynie, które kurzyło się przy jednym z grubych, tętniących korzeni pradawnego drzewa, lecz zanim zdążył jeszcze cokolwiek uczynić, obraz przed oczami zawirował gwałtownie, wraz z powstałym ostrym bólem w potylicy. Zamglenie spadło na jego oczy znienacka, nagle i gwałtownie, jakby przed chwilą co uderzył się głowę z potworną siłą. Skondensowana siła przeszyła boleśnie wzdłuż kręgosłupa basiora, powodując, że zgiął się w pół i upadł na ziemię. Próbował wstać, ale bez jakiegokolwiek efektu, w uszach mu szumiało, krew podbiegała do nosa, nasilając stopniowo ból w zatokach. ~ Bogowie, jak to boli! 
 Z każdą urojoną bursztynową krwią prastarego drzewa, tortury zyskiwały na sile. 
~ Nethereth odebrał od ciebie dług - Coś zaszeptało w przestrzeni. Setki, tysiące... miliony głosów, połączony w jeden chóralny gwar unoszących się nad nimi motyli. Mięśnie nadal spinały się, jak struny - zupełnie, jakby Naharys przebiegł wykańczający maraton, bądź podniósł coś, co swym ciężarem wykraczało poza granicę logicznego rozumowania. Zdołał się podnieść, ale przyjął pochyloną pozycję, do czasu, aż ból nie minął. Krew skapywała z jego nosa powoli, drobnymi kroplami, które później trafiały do ciemnej wody. Dyszał głośno, ciężko, zastanawiając się nad tym, co właśnie się zdarzyło. Obraz z chwili na chwilę odzyskiwał ostrość, ból i skurcze mięśni zanikały stopniowo, chciał wytrzeć krew grzbietem przedramienia, lecz zobaczył, że łapy... w jakiś sposób straciły na swej sile, wydawały się słabe, łamliwe i delikatne. ~ To nie może być możliwe... mam nadzieję, że to tylko halucynacja wywołana szokiem. Niemal zapomniał o Ynerycie. 
- Naharys? Gdzie jesteś? - powtarzał basior z napięciem. 
Basior nie odezwał się, wiedział, że to nic nie da. Złapał więc za kamienne naczynie, pełne już pradawnym sokiem. Zauważył także twarde, wypukłe zasklepienie w ranie kory, ślad po krzywdzie, której wyrządził sędziwemu drzewu. Naharys zdjął blokadę słuchu Ynerythowi i powiedział słabym, drżącym głosem, nad którym nie potrafił zapanować. 
- Chodź ze mną. Podążaj za moim głosem. 
Ledwo trzymał się na prostych łapach, niekiedy słaniał się na boki, ale momentalnie starał się odzyskiwać równowagę, jednocześnie mając baczenie, aby nie uronić ani kropli świętego soku. 
***
 Naharys zdjął zaklęcie z Yneryth'a całkowicie, kiedy przekroczyli granicę lasu i wstąpili gęsto zarośniętą polanę. Basior nie krył ulgi i drobnej urazy do czarnego basiora za odebranie mu zdolności zmysłowych, lecz kiedy po raz kolejny, od dłuższego czasu, ujrzał Naharys'a, pojawiło się jeszcze niemałe zaskoczenie na jego obliczu. 
- Wszystko dobrze? - zapytał swoim typowym tonem. Pozbawionym troski, barwy czy też ciepła. Po prostu, zapytał od niechcenia. Naharys jednak nie miał zamiaru się nad tym teraz zastanawiać. Zdobył to, czego Yneryth w tym momencie potrzebował, aby uzdrowić jabłoń. Masz to, czego chciałeś, a teraz potrzebuję odpoczynku. Padam z nóg... Naharys namoczył opuszki łapy sokiem pradawnego drzewa, przyłożył całą jej powierzchnią do kory jabłoni i powolnymi, czułymi ruchami, wcierał go w głąb. 
- Z tego, co wiem, musisz tak robić kilka razy dziennie. Przed spaniem także - Naharys tłumaczył słabym głosem, w tamtym momencie swą przytomność podtrzymywał resztkami swych sił. Zawroty głowy nie opuszczały go, ani na moment. Nim na dobre ją straci, wolał upewnić się, że Yneryth będzie wiedział, jak posługiwać się bursztynowym sokiem. Yneryth milczał, przyglądał się z uwagą na poczynania czarnego basiora, również zanurzył łapę w naczyniu i w ślad za nim, wcierał sok w korę drzewa. 
- Tak.. będzie dobrze... z pewnością... - Naharys osunął się na ziemie bez przytomności.

<Yneryth? Co teraz zrobisz?>

 PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 2096
Ilość zdobytych PD: 1048 + 20% (210 PD) za długość powyżej 2000 słów
Obecny stan: 3334 PD

poniedziałek, 6 czerwca 2022

Od Yneryth’a c.d. Naharys’a ~ Początek

Samiec przesiadywał tam, gdzie zawsze, gdy tylko mógł. Polana pośrodku lasu była dla niego jak nowy dom, którego już dawno nie miał. To miejsce było dla niego, czymś więcej niż samotnią. Cała energia miejsca potrafiła wpłynąć na jego nastrój. Zwykle przebywanie tu, poprawiało mu humor. Jednak od czasu, gdy jabłoń zaczęła umierać, on również czuł się wypalany od środka. Zastanawianie się nad ewentualnym planem uratowania go, pogrążały go całkowicie. Rozmyślania dziś zostały przerwane. Znajomy wilkowi zapach dochodził do jego nozdrzy, zanim źródło zdążyło wyjść z lasu. Jego kroki również pozostawiały wiele do życzenia. Dźwięki natury gięły się pod jego łapami, kształtując w pofalowaną falę. Naharys znajdował się już tak blisko, że zaczął przemawiać. Ciekawość i irytacja przelewała się w głowie samca, zamierzał jednak wysłuchać jego słów. Niezbyt miał dokąd uciec. Ciemny teraz wilk usiadł naprzeciwko Yneryth’a. Biały nie do końca rozumiał, co ten drugi ma na celu. Rozumiał, że chce podziękować, ale po co przyszedł teraz w nocy, gdy Yneryth pławił się w widoku nieba. Żółtooki musiał odłożyć leniuchowanie na potem.
- Chyba muszę się zgodzić, na przyjęcie podziękowań. – Wstał i ułożył się w bardziej komfortowej dla siebie sytuacji. – Mówisz, że nie łatwo cię oszukać, ale trochę ci zajęło, zanim tu przyszedłeś. Pewnie musiałeś być zajęty.
- No niby racja, ale to dlatego, że niezły z ciebie aktor, to ci muszę przyznać.
Yneryth nie do końca wiedział co na to odpowiedzieć. Zastanawiał się, czy celem samca było mu dopiec, czy też go pochwalić. Jedno było niezmienne. Ego żółtookiego nie potrzebowało pochwał innych, czasem wręcz przeciwnie. Pochwały odbierał ze zmieszanymi uczuciami. Tak było i teraz. Basior zadecydował, co zrobi. Nie kontynuował, poruszonego tematu. Po zdatnej do odczucia przerwie, zapytał Naharysa, czy zna kogoś, kto potrafi działać i współpracować z naturą. Drugi znacznie zainteresował się tym pytaniem. Tak czy siak, chyba kogoś znał. Nie był jednak skory, do współpracy bez wyjaśnienia, skąd to pytanie. Niechętnie, lecz Yneryth skinął głową w kierunku jabłoni, znajdującej się za jego plecami. Wytłumaczył też, że ów drzewo ma znaczenie dla pobliskiego otoczenia. Słowa te nie były jednak do końca kłamstwem. Wcześniej na drzewie przesiadywały ptaki oraz budowały gniazda w jego gałęziach. W cieniu chowały się robaki i inne robactwo. Drzewo naprzykrzało się jedynie trawie, rosnącej w jego cieniu. Naharys po wyjaśnieniu, dalej wydawał się zdziwiony. Coś jednak zdawało się nie grać. Samiec zgodził się pomóc w tej sprawie. Powiedział, że chyba zna kogoś, parającego się naturą. Ciemny wstał i poprosił, by Yneryth udał się wraz z nim w bliżej nieokreślonym kierunku. Biały wcale nie miał na to ochoty, chęć ocalenia drzewa jednak wygrała. Wstał i standardowym krokiem ruszył w bezpiecznej odległości od drugiego. Nie podobało mu się to, że musiał kogoś prosić o pomoc. Ten jeden raz jednak musiał jakoś znieść. Może wcale nie będzie tak, źle, jak sobie to wyobraża.
Zatrzymał się gwałtownie, widząc, gdzie zmierza Naharys. Samiec ewidentnie nie miał pojęcia, co robi. Przeszedł przez rzekę, nawet się nie zastanawiając. Nieznacznie, lecz widocznie, biały spojrzał na swoje futro i ruszył do pobliskiego cieku wodnego. Przechodząc przez niego, przypomniał sobie o prowadzonych przez siebie treningach. Wyłaniając się z wody, liczył, że muł nie pozostawił na nim takiego śladu, jak na Naharysie. O tym mógł jednak tylko pomarzyć. Łapy i brzuch były umazane, ciemnobrązowym mułem. Gęsta substancja zaczęła od razu zmieniać stan skupienia i gwałtownie zlepiając futro. Zdawać by się mogło, że Yneryth czuł każdą część swojej sierści. Od razu otrzepał się, nie czekając na zatrzymanie się przodującego. Drugi spojrzał za siebie z lekkim zdziwieniem. Yneryth nie zamierzał jednak się tłumaczyć. Właściwie dopiero teraz pomyślał o tym, by zapytać, dokąd zmierzają.
- Hmm dokąd zmierzamy? – Zapytał z nutką ciekawości.

Naharys?

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 600
Ilość zdobytych PD: 300
Obecny stan: 300

czwartek, 12 maja 2022

Od Naharys'a c.d Yneryth ~ Początek

  Każda minuta wzbudzała w Naharysie poczucie piekielnej desperacji - a ona zaś podsuwała mu dość niepokojące myśli. W głowie zaczęły się mu kształtować różne wersje tego, co mogło się wydarzyć jego córkom. Utknęły gdzieś w nieznanej nikomu szczelinie z połamanymi kończynami, albo zaatakowało je jakieś dzikie zwierzę; niedźwiedzi o tej porze roku nie brakuje. Jednak surowo warknął na siebie w duchu, zganił się za takie myślenie i natychmiast zaczął szukać w tym pewnych pozytywów - córki nie mogły spaść gdzieś daleko. Usilnie próbował zwietrzyć ich zapach, wydawało się mu jednak, że powietrze było kompletnie puste. Puste w sensie, nozdrza Naharys'a nie były w stanie zarejestrować jakiegokolwiek zapachu, pozostawionego przez Shori czy Sininen. Noiter, po tym, jak skrupulatnie przeszukał teren nieopodal, nie odstępował wściekłego i zdesperowanego Naharys'a. Chętnie służył pomocą swym nosem oraz sugestiami. Naharys, wiedząc, iż to do skrzydlatego basiora należało dbanie o bezpieczeństwo jego szczeniąt, nie był na niego wściekły, nie umiał, bowiem przypadki w pracy zdarzają się każdemu. Tylko pytanie brzmi, czy przez takowy przypadek, nie grozi dziewczynkom jakieś potencjalne niebezpieczeństwo? Jeszcze bardziej wnerwiło go wspomnienie o reakcji Yneryth'a na wieść o jego nieszczęściu... mógł pomóc, bowiem należał do watahy, a wataha, oznaczała też przynależność do rodziny. Rodziny, opierającej się na wzajemnej pomocy. Wzajemnym wsparciu. 
~ Eh, skoro nie chce pomagać, dobrze, że chociaż nie przeszkadza... - pomyślał gorzko Naharys, gdy obserwował spokojnie odchodzącego basiora, który zanikając za kurtyną wysokiej trawy, nawet nie obejrzał się za siebie. Złote ślepia błysnęły wściekle w blasku pełnego talonu księżyca. 
- Noiter, spróbuj jeszcze poszukać na południe, ja wezmę się za północną stronę watahy. One nie mogły po prostu zniknąć - oznajmił Naharys dość stanowczo - Opiekun musiał mu wybaczyć ten ton, lecz w chwili obecnej, na żaden inny nie było go stać. Zdołał się jedynie na pokrzepiające słowa. - I nie przejmuj się, znajdą się całe i zdrowe, nie traćmy nadziei. 
Basior jednak westchnął cicho, kiwając smutno głową, po czym rozpostarłszy szeroko skrzydła, wzbił się wysoko ku granatowemu niebu, ku pięknym gwiazdom rozmigotanym jasno, niczym rozsypane diamenty. Pozostał sam, na środku polany, ogarniętej mrokiem i uzależniającą ciszą - dla skołatanych uszu po całym dniu, taka melodia to poezja. Nie czas jednak na radość obecnym stanem, ktoś bowiem potrzebuje jego pomocy... no kur*a mać, Naharys serio? Oazy nie odkryłeś. 
Z gniewnymi i zdesperowanymi myślami, ruszył w dalszą drogę, szukając jakichkolwiek tropów, pozostawionych przez córki. 

< Jakiś czas później> 
 Trudno w to uwierzyć, lecz misja poszukiwawcza trwała drugi dzień. Drugi dzień! I dotąd Naharys nie zdobył, choćby nawet szczyptę informacji o losie waderek. Szaleństwo i desperacja zaczęły zagłębiać się w nim, jak popękane szkło w delikatne mięso. Niczym zębiska odrażającego potwora, szarpiące skórę, miażdżące kości i mięśnie. A najgorsza jednak była myśl, jaka niedawno narodziła się w szalejącej głowie basiora; ~ Dotąd nie odnalezione, musiało im się przytrafić coś strasznego. Bogowie, miejcie je w swojej opiece. Ten dzień wydawał się być wydany na kolejne straty, gdyby nie to, że przed wieczorną chłodną porą, przyszedł do niego Noiter... ze szczeniakami na swym grzbiecie. 
Możecie sobie wyobrazić, jaka ulga spadła na basiora? Jakby właśnie zrzucił z siebie ciężki głaz, dźwigany od dwóch dni. Złapał obie waderki i zamknął je w mocnym uścisku. Z kołatającym ze szczęścia sercem i uśmiechem wycałował każdą po kolei, następnie zasypywał je potokiem pytań. 
- Gdzieście były? Jak się wam udało przeżyć? Gdzie nocowałyście? Jesteście zapewne głodne, chcecie kawałek królika? 
- O, znalazłeś swoje skarby - zabrzmiał głos za nim. Naharys zaskoczony lekko, odwrócił się szybko, aż w szyi mu strzeliło i ujrzał... Noiter'a? 
- Jak to? Przecież to ty je znalazłeś, nie pamiętasz?
- Właśnie, Noiter. Przecież siedziałyśmy Ci na grzbiecie - odparła równie zdziwiona Shori. 
 Uwierzcie mi, bądź nie, ale w tamtym momencie Noiter zrobił iście komiczną minę; Oczy wywalił szeroko, które przeskakiwały z białego (prawie już granatowiejącego) basiora, na szczeniaki, będąc jednocześnie przepełnione niezrozumieniem i iskierkami zakłopotania.
- To nie są żarty. Ja poleciałem na zachód i wznowiłem poszukiwania... gdy przyleciałem, zobaczyłem ciebie ze szczeniakami. Nic nie zdziałałem. 
- Teraz to ty nie żartuj z nas. Przecież widziałem, jak szczeniaki zeskakiwały Ci z grzbietu... Noiter, czy aby wieczorne powietrze Ci nie zaszkodziło? Nieważne... dziękuję! - Naharys objął wdzięcznie zszokowanego Noiter'a - dzięki tobie, dziewczynki są znów bezpieczne! 
- Nie ma za co... Naharys... dusisz mnie... - wystękał Noiter. 
- Ups... wybacz. - odparł krótko Naharys, odsuwając się nieznacznie.     
Noiter złapał kilka głębokich haustów powietrza, odchrząknął cicho i powiedział po chwili. 
- Mówię prawdę, nie mam nic wspólnego z odnalezieniem twoich dzieci. Ze szczęścia może coś Ci się pomyliło i nawet cię rozumiem. Dwa dni szukać swych pociech bez cienia rezultatu, to prawdziwe piekło... Cieszę się, że mogłem ci pomóc. Muszę już jednak iść... 
- A co powiesz, Noiter, że w podzięce za pomoc... zjesz z nami? 
Basior z uśmiechem przyjął propozycję. Nie wiedząc dlaczego, Naharys jednak nie był w stanie przepchnąć przez siebie, ani kęsa pożywienia - z dwóch spraw. Pierwsza; był pod wpływem takiej euforii, związanej z odnalezienia dziewczynek, że gardło miał dziwnie spięte. Jakby wokół szyi zacisnęła się pętla wisielca. Z drugiej; Noiter nonstop mawiał, że nie maczał swych palców w odnalezieniu waderek. Powtarzał to, jak zacięty gramofon, i do tego takim tonem, że Naharys'a zaczęły nawiedzać pewne wątpliwości. 
~ Skoro to nie on odnalazł moje córki, w takim razie kto mógłby być tak bezbłędnie podobny do Noiter'a? Iluzja? Hmmm ale kto, poza mną, panuje nad iluzją... 
Myśl o tej sprawie stała się dla niego zagadką, której być może nigdy nie odkryje? Będzie musiał zweryfikować pewne okoliczności. 
~ Noiter... Noiter... gdyby tak spojrzeć, dziwnie się poruszał, gdy niósł Sini i Shori na swym grzbiecie. Jakby się bał, że zaraz jego ciało się rozsypie na drobny piach - Ale hej! Przecież to jeszcze o niczym nie świadczy... tylko, że... Noiter nie porusza się, na co dzień, w tak dziwaczny sposób. 
W trakcie, gdy Noiter zabawiał szczeniaki jednym ze swoich sztuczek, z wykorzystaniem skrzydeł, Naharys, będąc gnębiony natrętnymi myślami o Ynerycie, ruszył więc pozostawionym przez niego tropem - zapach basiora na tutejszej łące był bardzo mocny. Musiał przesiadywać tutaj niedawno... tak... jadł tutaj zająca. Zostawił po sobie tylko zajęcze uszy. Na niebie zagościł księżyc, a wraz z nim, futro basiora przybrało mroczne kolory. Płomień zgasł, nastał mrok. 
- A więc to tobie należą się podziękowania - powiedział Naharys, gdy spostrzegł błysk oczu basiora, przesiadującego w gęstej, wysokiej trawie. Mina Yneryth'a była niezmienna; ten sam grymas dumy i pewności siebie. 
- Jak się tego domyśliłeś? - zapytał spokojnie. 
- Nie tak łatwo mnie oszukać. Niezależnie od tego, jakie miałeś intencje, chciałem Ci podziękować za pomoc. Oczywiście, jeśli można - odparł Naharys. Usiadł bez krępacji na przeciwko basiora, podwijając ogon blisko swych łap. 

<Yneryth?> 

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1074
Ilość zdobytych PD: 573 +10% (67 PD) za długość powyżej 1000 słów
Obecny stan: 630 PD

środa, 30 marca 2022

Od Yneryth’a c.d Naharys'a ~ Początek

Świetnie. – Pomyślał Yneryth. Tylko tego mi tu brakowało. Zmieszany wilk miał tysiące różnobarwnych myśli. Od środka zżerały go myśli o jabłoni. Z zewnątrz nie było lepiej. Wolny wilk znów stał przed wyborem, który wcale mu się nie podobał. Uważał, że nic nie łączy go ze szczeniętami, więc nie ma wobec nich żadnych zobowiązań. Nie do końca jednak podobał mu się plan zostawienia ich ewentualną śmierć lub poważniejsze problemy zdrowotne. Gdzieś tam czuł, że przydałoby się pomóc zdesperowanemu ojcu. Nie znał uczucia, że ktoś bliski może ucierpieć. Nigdy jakoś bardzo nie myślał nad takimi możliwościami. Zazwyczaj był sam w ciężkiej sytuacji. Jednak gdy był z kimś, było to coś innego. Dalej nie obawiał się porażki, lecz złe zakończenie gdzieś czyhało. Rozmyślenia przerwał mu pojawiający się Noiter. Jego pytanie odbiło się echem w głowie białego. Chyba nie miał już wyjścia, należało pomóc. Yneryth nie miał jednak w planach jawnie pomóc.
- Nie widziałem ich. Wybaczcie, ale muszę coś załatwić, jak skończę, to może pomogę.
Wiedział, że te słowa na pewno zostaną dobrze zapamiętane. Chciał jednak jak najbardziej uchować się od słabości, od uczuć. Odszedł od pobratymców spokojnym krokiem, w kierunku strumienia. Teraz gdy już zadbał o swój wizerunek, mógł zacząć poszukiwanie waderek. Według słów Noiter’a spadły one z nieba wprost w liściaste objęcia. Stąd pewnie wzięły się te połamane gałęzie. Biały musiał jeszcze zadbać o jedną rzecz. Lekko okłamał Naharysa i Noiter’a, a więc musiał dalej się trzymać swojego sprytnego kłamstewka. Pomyślał, że młodziaki najlepiej zareagowałyby na zobaczenie Noiter’a, Naharysa, albo Piny. Pina niestety albo stety była już nieosiągalna. Naharys chyba też by się z orientował, o dziwnym pojawieniu się jej znikąd. Sam siebie chyba też pozna. Dzisiejszym nośnikiem musiał być czarny. Żółtooki skupił się na wspomnieniach z Noiter’em i na jego charakterze. Piasek powoli zaczynał pokrywać ciało Yneryth’a. Wyglądał on wtedy jak babka z piasku. Piaskowy wilk wyglądał komicznie. Oczy basiora otworzyły się, lekko rozbłyskając. Iluzja zaczęła zmieniać jego wizerunek. Po chwili nie było już Yneryth’a, w jego miejscu stała kopia czarnego. Basior, chcąc upewnić się, czy wszystko poszło zgodnie z planem, poszedł spojrzeć w tafle wody. Udało się, metamorfoza za pomocą iluzji zadziałała wybornie.
Nie tracąc czasu, od razu udał się śladami gałęzi i pozrywanych liści. Gdzieś w oddali słyszał nawołującego Naharysa. Skrzydlaty był gdzieś indziej, co stanowczo ułatwiało zadanie. Kopia czarnego przemierzała gaj w poszukiwaniu tropów. Zapach wader nie był dla niego wyczuwalny, prawie w ogóle go nie znał. Ślady łapek też odpadały. Poszukiwanie wyglądało jak szukanie igły w stogu siana. Pozostawały dwa problemy. Pierwszy z nich był bardzo oczywisty, znalezienie maluchów. Ten drugi jednak był gorszy. Poszukiwanie zagubionych wcale nie martwiło żółtookiego. Trapiło go jednak cos innego. Jak znajdzie dziewczynki, o ile się uda, będzie musiał udawać Noiter’a. Zdając sobie z tego sprawę, zatrzymał się na chwilę w miejscu.
- Co zrobiłby Noiter? – Pomyślał na głos.
Hmmm, gdybym był nim, to pewnie pomógłbym, byłbym miły. Martwiłbym się o nie i nie zabrakłoby pośpiechu.
- Aaaaa to nie będzie łatwe. – Westchnął zmarnowanym głosem.
* (jakiś czas potem)
Los znów nie stał po jego stronie, a może wręcz przeciwnie. Z odległości wiedział już 4 małe skrzydełka. Zatrzymał się w miejscu, by zastanowić się, jak dobrze udawać Noiter’a. Po nieco dłuższym niż chwila zastanowieniu ruszył gotowy na większość dialogów. Podbiegł szybkim susem, tak by oddać zaaferowanie sprawą. Od razu zaczął mówić.
- Jesteście całe? Nawet nie wiecie, jak bardzo się martwiłem. Wasz ojciec tak bardzo się wystraszył. – Cała ta sztuczna słodycz z jego ust, bardzo go bolała. – Chodzicie, musimy wracać, zanim zrobi się ciemno i niebezpiecznie. – Nie czekając na odpowiedź, wrzucił małe na siebie i pędem pognał w stronę krzyków Naharysa.
- Naharys Naharys, znalazłem je! Sam zobacz. – Yneryth ostrożnie obrócił się, by nie zepsuć iluzji, po czym ściągnął waderki.
Poczuł w oddali zapach prawdziwego Noiter’a, jego zapach znał bardzo dobrze. Wiedział, że to czas by czmychnąć. Pożegnał się krótko i powiedział, że musi coś załatwić, po czym uciekł.
*
< Chwilę po zniknięciu Yneryth’a >
- Ooo znalazłeś swoje szczęścia. – Powiedział uradowany Noiter.

Naharys ?

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów:663
Ilość zdobytych PD: 331 PD
Obecny stan: 1692 PD

wtorek, 29 marca 2022

Od Naharysa c.d Yneryth'a ~ Początek

- Wydaje mi się, że nie mam już ochoty na wygłupianie się z zabawkami. – Szorstko odparł biały. W oczach Naharysa, basior wyglądał na zmęczonego, ale i odrobinę sfrustrowany tą całą sytuacją. Wścieka się, bo oberwał od manekina? Śmiechu warte - no cóż, Yneryth widocznie był osobnikiem, który aż nadto przywiązał się do zwycięstw, że nie potrafił znieść porażki. Basior wstał, zamiatając wściekle ogonem, co skutkowało wzbiciem się piasku, które później, uformowało się w gęstą zasłonę, a w niej, kontury Yneryth'a zamazały się przed oczami Naharysa. Już miał wściekle przywołać go do siebie, ale z drugiej strony, nie miał zamiaru łazić za rozwydrzonym samcem, więc odmachnął tylko łapą i powrócił do grupy. Swój obowiązek względem Yneryth'a wykonał bez dyskusji, a czy to się mu spodobało, czy nie, średnio go to interesowało. Ponadto, Yneryth to dorosły wilk i swą niekompetencję bierze na własną odpowiedzialność. Kiedy powrócił, zastał Atrehu wśród trenujących wader - a ten oczywiście swoje - pomyślał przelotnie Naharys, kręcąc z uśmiechem głową. I tak popołudnie przeminęło im w słonecznej atmosferze, pełnej śmiechu - a zwłaszcza wśród płci pięknej, będące zasypywane puszczanymi oczkami ze strony Atrehu - więc wszyscy rozstali się z uśmiechami na pyskach. Lecz tamten moment był jednak końcem szczęścia, a przedsmakiem złych wieści.
Noiter zastał go w drodze do swej jaskini, z wyraźnie przerażoną miną i zadyszką - musiał pędzić, co sił w łapach, ale Naharys'a zastanawiało jedno - po co biegł, skoro mógł przylecieć? Jednak takowa myśl momentalnie wymazała się mu z głowy, po tym, co od niego usłyszał.
- Sini i Shori... one... zaginęły!
Naharys, jak na rozkaz przybrał stanowczą postawę, napiął mięśnie od narastającego niepokoju, ale starał zachować trzeźwy umysł.
- Że co? Jak do tego doszło? - zapytał stanowczo.
- Uczyłem Shori latać, Sini też chciała, więc się zgodziłem, ale... wiatr był zbyt mocny i spychał je na wschodnią stronę. Shori zderzyła się z Sininen w powietrzu i obie spadły, z bardzo dużej wysokości! Korony drzew zamortyzowały jednak upadek, ale nigdzie nie mogłem je znaleźć! Naharys, ja strasznie cię przepraszam...
- Nie przepraszaj, każdemu może się zdarzyć. Chodź, poszukamy je razem - odparł pokrzepiającym tonem Naharys, klepiąc Noiter'a po ramieniu - Może nie upadły gdzieś daleko.
Jednak Naharys nie wiedział, jak bardzo, w tamtym momencie się mylił, bowiem srebrny talon księżyca zastał ich na granatowym niebie, a oni zaś nie zdołali odnaleźć ani jednej waderki.
- Co się mogło z nimi stać?- rzekł zrezygnowany Noiter.
- Rozdzielmy się - odparł Naharys - Idź przeszukać wschodnią część lasu, ja zajmę się na zachodnią, a potem przeczeszemy teren na północy, gdy nie złapiemy żadnego tropu.
Potem, jak się okazało, Naharys za bardzo poszedł na zachód, przez co wytyczona przez siebie ścieżka, wypchnęła go na skraj lasu, gdzie stamtąd rozciągał się piękny widok, zatopionej w srebrzystym księżycowym blasku łąki. A na tej łące, wśród samotnie rosnącego głogu, stał nie kto inny, jak Yneryth. Prawdę powiedziawszy, Naharys myślał, że ten basior to ostatnia osoba, z którą chciałby się teraz widzieć. Powiedzmy sobie, że nie wilk niezbyt dobrze wpływał na jego humor, ale nie zamierzał zwracać na niego uwagi. Do czasu, aż ten coś powiedział, ale Naharys nie bardzo słuchał.
- Co tu robisz i co to był za hałas ? – zapytał ze zdenerwowaniem.
Exan zmierzył go jedynie, swymi bursztynowi oczami i już miał coś odpowiedzieć, ale nagle jego nos zarejestrował znajomy zapach, i odwrócił głowę w jego kierunku. Wyminął Yneryth'a, który zaczął przyglądać się mu, ze zdezorientowaną miną i nie wiedzieć czemu, pognał za Naharysem.
- Shori!? Sini? - zawołał Naharys.
- Czego się tak wydzierasz?! - zawołał za nim.
- Córki mi zniknęły! - warknął gniewnie Naharys.
Sam nie wiedział, po co ten wilk za nim biegł, ale nie interesował się tym - najważniejszy był teraz los jego córek. Jednak zapach, który wcześniej zwietrzył, stał się nieco słabszy... jakby trochę mętny i niewyraźny, a przez co Naharys zyskiwał na niepewności. Zatrzymał się nagle i rozejrzał się wokół - skalował wszystko dokładnie wzrokiem, ale poza wysoką trawą, kołyszącą się w rytmie zachodniego wiatru, samotnie rosnących jesionów i krzewów głogu, i ostrokrzewu, nie widział nic.
- Shori! Sini! - zawołał znowu Naharys - Sini! Shori... Cholera! Gdzie one są?!
Po chwili pojawił się Noiter.
- I co? Znalazłeś jakiś trop? - zapytał Naharys.
- Niestety nie. Jakby zamiast spaść, rozpłynęły się w powietrzu. Oh! Yneryth, nie zauważyłem Cię! Nie natknąłeś się może na córki Naharysa? Dwie skrzydlate waderki. Widziałeś je?

<Yneryth?> 

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 701
Ilość zdobytych PD: 350 
Obecny stan: 5502 PD

sobota, 19 marca 2022

Od Yneryth’a c.d Naharysa ~ Początek

- Widziałeś sam. W walce liczy się skupienie i obserwacja. Jak już to opanujesz, resztę roboty zostaw swej sile. Chciałbyś jeszcze potrenować na manekinie, czy wolisz sprawdzić coś nowego?
- Wydaje mi się, że nie mam już ochoty na wygłupianie się z zabawkami. – Szorstko odparł biały.
Yneryth zmęczony treningiem, nie miał już ochoty na kolejne wygłupy. Pytanie, czy chce jeszcze potrenować, potraktował jako nieśmieszny żart. Biały wilk nie zamierzał czekać na pozwolenie. Zaraz po wypowiedzeniu słów, zamiótł ogonem, wzbijając w powietrze piach. Kruszywo wzniosło się, a następnie rozproszyło, jak fala uderzeniowa. Piaskowa zasłona pozwoliła mu umknąć. Kontury wilka zniknęły Naharysowi z oczu. Dosłownie w ułamek sekundy basior zmył się w niewiadomym nikomu kierunku. Ocierając oczy z pyłu, widać było na jego pysku niezadowolenie.
Żółtooki szedł tam gdzie zwykle. Jego łapy zmierzały tam, gdzie znajdowało się jego serce. Wzrok i słuch kierował go w oczywistym kierunku. Yneryth zmierzał na polanę, tam, gdzie zaczęła się jego przemiana. Dawniej zgryźliwy i pełny pogardy wobec innych, był teraz nieznacznie milszy. Sam wilk nie dostrzegał tego, lecz był już inny. Mentalna przemiana omal nie została przyczyną jego śmierci. Zdrada i podstęp, ujawniły mu jego nową słabość. Uczucia wypełniały i jego. Akt kanibalizmu, nie pomagał mu, a wręcz przeciwnie, wszystko pogorszył. Ostatecznie zaczął uważać, że tamten posiłek miał przeciwstawić się emocjonalnej słabości, była to jednak tylko wymówka. Większość uczuć była niezrozumiała. Nie wiedział, czemu zaufał Noiter’owi, jednak tej decyzji nie żałował.
Zmęczony i wyczerpany ułożył się przy drzewie. Spoglądał dookoła siebie. Przyglądał się naturze i jej rozkwitaniu. Widział już wiele, ale natura zawsze go rozweselała. Tętniące życiem lasy, wraz z kwiatami w kolorze tęczy, malowały niezapomniany widok. Zieleń wraz z błękitem idealnie wywarzały kolorystykę. Jabłoń rosnąca na polanie, nie tętniła życiem. Yneryth nie był pewien czy to jego wina. Widok umierającego drzewa, jednak go wypalił. Zadowolenie zniknęło, a na jego miejsce wstąpił smutek i zaniepokojenie. Zastanawiając się nad sposobem ratowania rośliny, zasnął.
*
Księżyc powoli pojawiał się na widnokręgu. Gwiazdy powoli zaczynały świecić. Powietrze było chłodne i wilgotne. Na trawie osadzały się małe kropelki. Nocną ciszę, a zarazem sen wilka przerwał nagły odgłos. Yneryth zerwał się ze snu. Od razu zaczął lokalizować źródło dźwięku. Chwilę po tym już biegł w tamtym kierunku. Delikatnie błękitny wilk przemieszczał się szybko, jednocześnie wymijając przeszkody. Drogę jednak spowolniła nie byle jaka przeszkoda. Wilk prawie wywrócił się na gałęzi. Tym razem miał jednak szczęście. Wypuścił ciężko powietrze i wznowił podróż, zwiększając swoją ostrożność.
Dotarł już do źródła dźwięku. Widząc przyczynę, nie był zadowolony. Sytuacji nie poprawiało to, że stał tam i on. Tego wilka już znał. Naharys stał przed nim. Jego mina również nie była zadowolona widokiem błękitnego.
- Co tu robisz i co to był za hałas ? – Zapytał ze zdenerwowaniem.
Drugi jednak nie miał czasu odpowiedzieć. Od razu udał się szlakiem połamanych gałęzi.

Naharys ?

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 460
Ilość zdobytych PD: 230
Obecny stan: 1361

sobota, 12 marca 2022

Od Naharys'a c.d Yneryth'a ~ Początek

Basior miotał się i miotał, w wirującym tańcu z drewnianą kukłą, a Naharys już wiedział, w czym rzecz. Yneryth miał widoczne problemy ze skupieniem się na oponencie, co też czyniło z niego łatwym celem - a to zaś sprawiało, że basior był zbyt wolny, a jego reakcje opóźnione. Z drugiej strony, wiadomo było, że walka, posiłkując się przy tym mocami, bywała nieco łatwiejsza - Naharys jednak wiedział, że nie zawsze moc bywa skuteczna w pewnych okolicznościach. Na swoim przykładzie może śmiało stwierdzić, że jego moc ognia, na nic zdałaby się w środowisku wodnym. Moc płomieni by osłabły, a ataki stałyby się bezcelowe, dlatego też starał się wpoić swoim podopiecznym, że dar w niektórych okolicznościach, może okazać się kompletnie bezużyteczny.
- Dałem jakoś radę - powiedział po chwili Yneryth, ale Naharysowi nie umknęła uwaga pewnej kombinacji basiora, która miała zamaskować ból. Exan kiwnął z aprobatą głową, ale jednocześnie przekrzywił usta.
- Dałeś, ale na polu bitwy byłbyś już martwy, albo co najwyżej umierający, z wywalonymi wnętrznościami na ziemi. W trakcie walki, nikt ani nic, nie może zakłócić twojego skupienia - mówił basior z powagą, bowiem wiedział, ile teraz zależy od niego i jego treningów. Bywał świadkiem wielu bitew i sam też brał udział w niektórych, jako element zdobycia pewnego doświadczenia. Miewał widoki, które wolał zatopić w wodzie zapomnienia i usunąć w głąb podświadomości, ale te wspomnienia trwały w jego pamięci, jak ropiejące wrzody u trędowatego.
- Pokażę Ci, co mam na myśli - dopowiedział Naharys i zbliżył się do hebanowego drewna - wilk drgnął ponownie i skierował bezwładnie swą głowę ku niemu.
- Zmierz się ze mną! - powiedział biały wilk.
~ A teraz oddychaj i skup się! - szepnął głos ojca w głowie Naharysa. Skupienie pozwalało mu się odizolować od reszty świata - istniał tylko on i jego przeciwnik. Jego oczom nie umykał nawet najmniejszy ruch drewnianego manekina.
Jego sztywne łapy wyprowadzały coraz to szybsze ciosy - które Naharys omijał, albo blokował - nie szczędząc przy tym kłapania pokaźnymi zębami. Taktyka działania manekina opierała się na atakach i odskokach, aby zapobiec ewentualnym kontratakom, a także szybkim zmianom pozycji - czyli, krótko mówiąc, jego drewniany przeciwnik był bardzo ruchliwy, ale Naharys miał takową przewagę, że on kierował się umysłem, a manekin zaś, bezmyślnym, magicznym algorytmem. Manekin uniósł łapę, aby wyprowadzić szybki i zdecydowany cios, świsnął pazurami przed twarzą Naharysa, który w porę odskoczył. Stawał na tylnych łapach, szeleszcząc rosnącymi gęsto liśćmi bluszczu, próbował wszelkich możliwości, aby trafić Naharysa - Biały basior, będąc w tak zwanym transie, w miarę możliwości, z gracją i klasą umykał przed ciosami, bywało też i tak, że gdy miał sposobność zajścia przeciwnika od boku, śmiało wyprowadzał atak na brzuch, jednocześnie przyjmując pozycję, dzięki której mógłby wybronić się przed odwetem manekina - a robił to niestrudzenie i bez wytchnienia.
Postępując kilka kroków do tyłu, Naharys nie tracił przeciwnika ani na moment. Drewniany wilk stosował także elementy zaskoczenia - przyjmował pozycje przygotowawcze do ataku, mające na celu zmylenie przeciwnika i zmuszenia go, do zbyt wczesnej reakcji, co może przysporzyć manekinowi sporo szans na cios - ale Naharys był trwale skupiony na ruchach oponenta. W końcu Naharysowi udało się także przechytrzyć drewniaka. Kiedy sam zaczął krążyć wokół manekina, który starał nie spuszczać go z wyimaginowanych oczu, stanął kilka metrów za górską ścianą, a gdy ten chciał przypuścić atak, Naharys odsunął się w bok, chwytając kukłę za szyję. Napiąwszy mięśnie szyi i ramion, przerzucił oponenta na drugą stronę, ciskając w nim o skały - liście bluszczu zaszeleściły głośno, a drewno w miejscu spoideł kończyn, zaskrzypiało donośnie - po czym przygwoździł go mocno swoim ciałem do ziemi.
- Koniec walki! - zawołał Naharys. Imaginacja wilka znieruchomiała, stając się już jedynie zwyczajną hebanową rzeźbą, nie wyróżniającą się niczym w swym zachowaniu ani kształcie - tak nagle, po prostu. Yneryth przez cały etap walki, siedział w cieniu sosny, obserwując całe to wydarzenie ze skrytymi uczuciami. Co, jak co, ale w skrywaniu emocji, Yneryth nie miał sobie równych - no powiedzmy, że zdradzał go jedynie nieprzyjemny grymas bólu.
- Widziałeś sam. W walce liczy się skupienie i obserwacja. Jak już to opanujesz, resztę roboty zostaw swej sile. Chciałbyś jeszcze potrenować na manekinie, czy wolisz sprawdzić coś nowego?

<Yneryth? Jaka jest twoja decyzja?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 664
Ilość zdobytych PD: 332 PD
Obecny stan: 3808 PD

niedziela, 6 marca 2022

Od Yneryth’a c.d Naharysa ~ Początek

- Możesz jeszcze trenować? Jeśli tak, wiesz, co trzeba powiedzieć?
Przez głowę wilka przeszło wiele myśli. Pierwszą z nich był wstyd związany z oberwaniem od kukły. Wszystko, co zyskał w zabawie z wahadłem, wisiało teraz na włosku. Basior był lekko wyczerpany fizycznie, nie był też zbyt szybki bez wzmocnienia się za pomocą magii. Walka z kukłą była dla niego zaskakująca. Kawał drewna działał podobnie do wahadła. Napędzał się z biegiem czasu. Pytanie pozostawało jedno, jak osiągnąć sukces. Podczas walki z hebanowym wilkiem Yneryth zbyt bardzo skupił się na przyszłości, odkleił swoje myśli od aktualnej sytuacji. Przeciwnik wykorzystał to z precyzją, jeden cios w brzuch starczył na przerwanie walki. Biały wilk upadł kawałek dalej, czuł ból wypełniający go od środka. Był przyzwyczajony do bóli różnego pokroju, takiego jednak nigdy nie uświadczył. Wściekły i unoszony własnym gniewem, wstał i oddalał myśli od swojego brzucha. Musiał jednak opróżnić swój żołądek.
Po wypuszczeniu pawia na wolność wrócił lekko zmieszany. Myślami miał ochotę rozszarpać kukłę, jednak gołymi pazurami i kłami nie było to możliwe. Uśmiechnął się lekko, miał walczyć jak jakiś barbarzyńca, jak jakiś wilk, który bazował na pierwotnych instynktach. Yneryth nie potrafił odnaleźć się w świecie bez używania daru. Wychodząc zza krzewu, naciągnął szyję. Wiedział, że teraz nie ma już innej opcji. Musi wygrać za wszelką cenę, przegrana nie wchodziła w rachubę. Głosy zaczęły lekko wibrować, podsycając jego przeczucia. Kolejna tura mogła skończyć się wizytą u jednej z wader, które zajmowały się pomocą medyczną. Biały wilk nie zamierzał kończyć uzależniony od jakiegoś innego wilka. Ten pojedynek był dla niego, już nie tylko walką o honor, ale też o mentalną wolność i samodzielność.
- Możesz jeszcze trenować? Jeśli tak, wiesz, co trzeba powiedzieć? – Zapytał Naharys.
- Mogę, dopóki potrafię chodzić, nie odmawiam. – Z lekką agresją dorzucił.
Yneryth miał teraz już jakiś plan. Pomysł był głupi i ryzykowany. Polegał on na wyautowaniu przeciwnika, zanim zdąży się rozpędzić. Sztuczny wilk działał przeciwnie do wahadła, choć główna mechanika była podobna. Zdaniem czworonoga trzeba było tutaj wrócić do podstaw. Zdać się na to, czego nie nawiedził. Pierwotną siłę i zwinność.
- Zmierz się ze mną. – Zawarczał zza zamkniętych zębów.
Kawałek drewna powstał. Wstając, wizualizował się. Mech na plecach jednak nie znikał. Yneryth pomyślał o innym sposobie. Teraz jednak ciężko był myśleć. Ryzyko rosło z każdą sekundą. Nowa myśl wilka była związana z mchem. Ów mech musiał rosnąć bezpośrednio na drewnie, w jakiś sposób osłabiając jego strukturę. Myśli miotały mu się po głowie. Znów zamyślony oberwał po tułowiu. Ciężko przesunął się po ziemi, wciąż stojąc. Naharys drgnął nerwowo, widać było u niego lekkie zaniepokojenie. Yneryth jednak nie poddał się tak łatwo. Ból powoli wypełniał jego ciało. Teraz miał już gdzieś plan i taktykę. Pełny był jeszcze jednej rzeczy, w głowie rozchodziła się złość i agresja. Bezwładnie otwierając swoje oczy, znów to zrobił. Głosy wyciszyły wszystkie jego myśli. Oczy lekko, lecz widocznie bardziej się skupiły. Futro jakoś dziwnie zareagowało. Nie tak jak w pełnię, lecz mimo wszystko, końcówki futra się przebarwiły. Wilk szedł zdecydowanym krokiem wprzód. Zdawać się mogło, że skupił się teraz tylko na jednym, na swoim celu. Kroki zmierzały prosto na kukłę, ona nie próżnowała, znów zaczynała wszystko od nowa. Pojedynek był teraz znacznie bardziej dynamiczny. Oboje okładali się łapami. W pewnym momencie biały uderzył łapą w omszałą cześć. Drewno cicho zatrzeszczało. A manekin przesunął się gwałtownie do tyłu, zderzając z drzewem za sobą. Kukła jakby się deaktywował. Mięsna iluzja, znów wróciła w postać drewna. Yneryth jednak, jakby tego nie dostrzegł. Dalej szedł w jej kierunku. Zdążył ją jednak uderzyć tylko raz nadprogramowo.
- Koniec. – Wykrzyknął Naharys.
Yneryth jakby się otrzepał. Wrócił do swojego pierwotnego koloru. Oczy nie lśnił jak wcześniej. Wilk patrzył na leżący kawałek drewna. Nie do końca wiedział, co się stało. Nie marudził jednak z wyniku treningu. Trochę uprzykrzał mu życie, ból żołądka, oraz nie wiedzieć skąd prawej część ciała. Ból tej części ciała był dla niego zastanawiający. Na kawałku drewna był widoczne wgniecenie, mech jednak przykrywał to miejsce, ukrywając skazę na narzędziu treningowym.
- Dałem jakoś radę. – Mówił, obracając się, jednocześnie hamując ból brzucha.

Naharys?

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 663
Ilość zdobytych PD: 331
Obecny stan: 331

piątek, 25 lutego 2022

Od Naharysa c.d Yneryth ~ Początek

Ostatni taki wyczyn na treningu widział, już jako nastolatek, gdy jeden z młodych wojowników, którego, jak to według prawa rozwojowego, rozpierała niesamowita energia, dosłownie mocą ognia spopielił masywne wahadło, po którym pozostał jedynie smętnie zwisająca liana i kupka popiołu. Podobnie było z Ynerythem, tyle że ten egzemplarz skończył nieco gorzej. Naharys ukrył jednak podziw pod maską niczego niewzruszonego basiora, kiwnął tylko głową, prezentując Yneryth'owi aprobatę.
- Widzisz te kukły treningowe? - zapytał Naharys, wskazując łapą na nieruchomą drewnianą imaginację wilka. Yneryth spojrzawszy niepewnie na rzeźbiony twór, mruknął powątpiewająco i stanął na przeciwko kukły. Drewniany wilk drgnął. Wpierw poruszył swym ogonem, skrzypienie i trzaskanie jego kończyn brzmiało, jak pękające gałęzie i wysypująca się ziemia. Potrząsnął łbem, jakby chciał wstrząsnąć z futra długoletni pył czasu i zalegający w przestrzeniach pęknięć zielony mech. Jednakże miast futra, jego ciało pokrywała gruba warstwa bluszczu. Stanął na przeciwko Ynerytha, przekrzywił łeb, jakby się mu dokładnie przyglądając, a potem znieruchomiał, czekając na polecenie.
- Co mam teraz zrobić? - zapytał niepewnie, przyglądając się manekinowi.
- Powiedz "zmierz się ze mną". Na początku manekin będzie dawał Ci fory, abyś wpadł w rytm bojowy i przyzwyczaił się do niego, a potem trening stanie się coraz intensywniejszy. Staraj się go pokonać, bez używania mocy i bezwzględnego niszczenia. Proces tworzenia tych manekinów jest niezwykle trudny i czasochłonny.
- Zmierz się ze mną! - powtórzył basior. Manekin z początku nie zareagował od razu - postąpił wpierw kilka kroków do tyłu, zaszeleścił liśćmi dzikiego bluszczu, jakby sygnalizował, że zaraz przystąpi do ataku. Następnie zaczął powoli zachodzić Ynerytha z lewego boku, obserwując go bez przerwy. Chwilę później rzucił się do ataku, z początku robił to, jakby ospale i powoli, ale jak Naharys zaznaczał, to tylko spokojny początek. Manekin przystępował do ataku, a potem szybko odstępował, bawił się z Ynerythem, aby go zmęczyć i rozproszyć jego skupienie. Basior natomiast odskakiwał i gotował się do uników, ale gdy walka powoli przybierała coraz to intensywniejszy charakter, manekin nie litował się już nad Ynerythem. Szybkimi i silnymi ciosami okładał basiora, a on miał za zadanie obronić się przed nimi, a także, wyczuć odpowiedni moment na kontratak. Walka z manekinem wydawała się być banalnie prosta i przyjemna, ale w rzeczywistości oberwać drewnianą łapą przez łeb, to jak zarwać rzuconym kamieniem. Naharys pamiętał swą pierwszą potyczkę z podobnym tworem w swej watasze, to przez tydzień szumiało mu w stłuczonej na kwaśny melon głowie. Nie wspomni też godzin spędzonych u medyka, bowiem raz czy dwa, zakończył potyczkę z podejrzeniem o wstrząśnienie mózgu.
W końcu Yneryth wyczuł odpowiedni moment i przygotował się do kontrataku, ale to też nie było takie proste, gdyż drewniany wilk wykonywał zręczne uniki, a jeszcze szybciej wyprowadzał kontrataki w czułe punkty trenującego. Łapa drewnianego wilka zaliczyła spotkanie z odsłoniętym miękkim miejscem na brzuchu Ynerytha, co niestety skończyło się bolesnym urazem.
- Wszystko okej? - zapytał Naharys, pomagając Ynerythowi powstać na równe łapy, ale przez dojmujący ból, kulił się z wyraźnym wymalowanym gniewem na pysku.
- A to diabelstwo... - skomentował Yneryth.
- Koniec walki! - krzyknął biały wilk w stronę manekinu, który momentalnie znieruchomiał i znów stał się tylko kawałkiem oskrobanego drewna. Następnie zwrócił się do Ynerytha.
- Jesteś za wolny. Będziemy musieli popracować nad twoją zwinnością.
- Jestem zwinny! - sprzeciwił się Yneryth - Ale ten drewniany szmaciarz mnie przechytrzył.
- Nie powinieneś się przejmować. To tylko kawałek drewna, zasilany magią i niczym innym więcej.
- Nie przejmuję się! - odparł Yneryth - Chcę spróbować jeszcze raz.
Naharys uniósł lekko brew zdziwiony.
- Nie potrzebujesz iść z tym do medyka? Wiesz... brzuch, a zwłaszcza jeśli jest pełny, może być w opłakanym stanie.
Yneryth jednak, nim przystąpił do kolejnego treningu, musiał pobiec w krzaki, bowiem cios manekina był tak mocny, że musiał zwrócić śniadanie. W trakcie tego wszystkiego, Naharys z niepokojem przyglądał się drewnianej kukle - To ma aż taką moc? ~ Pomyślał z niedowierzaniem.
- Cholera, dopiero co się najadłem... - poskarżył się Yneryth.
- Noo, to przynajmniej dokończysz tę sarnę, co ją tak porzuciłeś, o ile wcześniej nie ubiegną cię kruki.
- Jakiej sarny... a tę sarnę... no jasne.
Naharys podszedł do znieruchomiałej w miejscu kukły, przyjrzał się zadrapaniom po pazurach i zębach Ynerytha na drewnianej szyi i ramieniu, po czym zwrócił się do basiora.
- Powiem Ci, że ty masz uzębienie. To drewno jest strasznie twarde - z tymi słowy, zapukał kostkami w drewno. - Hebanowe drzewa do miękkich nie należą.
- Cóż, najwidoczniej nie tak twarde dla moich zębów.
Yneryth błysnął swymi białymi zębami, gdy jego usta wykrzywiły się niesforny uśmiech.
- Możesz jeszcze trenować? Jeśli tak, wiesz, co trzeba powiedzieć?

<Yneryth?>

Ilość napisanych słów: 723
Ilość zdobytych PD: 361 PD
Obecny stan: 11185 PD

czwartek, 10 lutego 2022

Od Yneryth’a c.d Naharysa ~ Początek

Jeden leżał, drugi stał lekko za nim, po lewej. Ich oczy zderzały się i wymieniały niepewnymi uczuciami. Stojący wyglądał na lekko pobudzonego zaistniałą sytuacją i brakiem porządku. Leżący czekał na rozwijające się myśli i słowa. Nie chciał poddawać się bez próby oporu. Czekał, wpatrując się w oczy, wyglądające teraz, jak iskrzący szmaragd. Po chwili blask lekko przeminął, a one nabrały odcieni jadeitu. Nastało to chwilę po tym, jak Yneryth zgodził się na trening z innymi. Oczy białego były inne, spokojne, wydawało się, że panuję nad sytuacją. Wilki jednak się dogadały, a raczej jeden z nich ustąpił. Spór był bezsensowny, opór mógł tylko zaszkodzić, o ile alfa naprawdę nakazała treningi. Co prawda biały trenował nieustannie, tamtego dnia, gdy tu przybył, coś w nim pękło. Czuł potrzebę trenowania, a zarazem katowania się. Dziś jednak czeka go runda druga. Wstał i pewnym krokiem udał się do wahadła. Ta sytuacja była wyśmienita. Na szali było dużo do zyskania, a zarazem wiele do stracenia. Wszystkie wilki widziałyby porażkę. Każdy na pewno miałby jakieś negatywne odczucie. Kto traktowałby poważnie wilka oglądającego treningi, jak by wszystko miał już opanowane. Gdyby prawda była taka, że dostał cios od wiszącego kawałka drewna.
Schodzili na plac. Yneryth czuł, że wilk chce się odwdzięczyć, co najmniej za siniaki. Obserwowanie nauczyło go już dość dużo. Widział, że pień nie gra fairplay, więc czemu miałby sobie utrudniać życie. W głowie białego basiora znajdował się już genialny plan. Nie był pewien czy to zadziała, warto jednak było spróbować. Nie był zbyt szybki, nadrabiał jednak kondycją. Ona miała być kluczem do wykonania zadania. Oboje stali już przed wahadłem, Naharys lekko skinął głową do przodu, jakby chciał powiedzieć „do dzieła”. Yneryth naprężył wszystkie mięśnie jednocześnie, wbił przednie pazury w ziemie, jak by chciał je naciągnąć, po chwili zrobił to samo z tylnymi. Był już gotowy do zabawy z wahadłem. Ono już wyczuwało wilki i zaczynało kołować, wykonując nieprostolinijne ruchy. Biały wilk wypuścił ciężko powietrze przez nozdrza. Ziemia i kamienie pod wahadłem pokryły się dość grubą warstwą lodu. Powłoka odbijała promienie świetlne i błyszczała. Lód przykuł na pewno spojrzenie nie jednego pobratymca. Basior spojrzał na Naharysa, mówiąc tylko:
- Chyba już mogę zacząć. - Powiedział głosem stanowczym i zdecydowanym.
Wiszący konar znacznie przyspieszył po magicznej sztuczce. Zdawać by się mogło, że nie polubił pomysłu na oszukanie go. Biały wilk rozpędził się, nie biegł jednak prosto. Jego ruchy były schematyczne, biegł łukiem. Liczył, że przeskoczy przed wahadłem przyspieszony śliską powierzchnią i je wyminie. Nie mylił się, pierwszy unik był idealny. Kawał drewna nie zdążył nawet zmienić rotacji w kierunku przeskakującego wilka. W otoczeniu było słychać dźwięk ciętej trawy i ziemi, kończący się piskiem pazurów przejeżdżających po kamieniu. Zadowolony Yneryth nie zamierzał przestawać, kontynuował bieganie przez wahadło. Pokazał co prawda nie wiele. Zwiększył swoją mobilność za pomocą lodu. Przyczepność była lekkim problemem, aczkolwiek biały miał to już opanowane. Używał swoich keratynowych przedłużeń jako stabilizatora. Kilka uników potem znudziła mu się monotonność. Na krawędzi lodu błyskawicznie wyrosły dwie ściany z kamiennych kolców. Uśmiechnięty basior spoglądał tylko, jak wahadło ponownie gwałtownie przyspiesza, niemal rozbijając kolcowe ściany w pył. Znów się rozciągnął. Rzucił spojrzeniem na Naharysa, mówiąc:
- Teraz będzie ciekawiej. Nie przegap tego. - Powiedział pełny dumy i pewności siebie.
W głębi wiedział, że jeśli mu się nie uda, to konar rozmaże go o ścianę, jak kamień spadający na biedronkę. Cała niepewność i ryzyko nakręcały go. Teraz sama myśl o treningu sprawiała mu przyjemność. Po co trenować łatwe rzeczy, nie wysilając się, skoro można się męczyć i udoskonalać. Ruszył na wahadło. Początek biegu zaczął od lodowej nawierzchni. Kawał drewna błyskawicznie go wyczuł, od razu skierował się ku niemu. Tętno i ciśnienie w ciele Yneryth’a skakało i osiągało wysoki poziom. Presja była duża. Nie poddał się jednak bez walki, odskoczył w bok na kamienną ścianę, unikając prawie pewnego zderzenia. Myślał, że już mu się udało, prawda była inna. Wahadło w mgnieniu oka zawróciło. Rozległ się trzask. Kawał ściany dosłownie rozpadł się w pył. Odłamki ściany odleciały na koniec pola treningowego. Wszyscy nagle zamilkli. Nikt nie wiedział, czy biały basior jeszcze żyje. Gdy pył, po zderzeniu opadł, wszystko było już jasne. Wilki rozglądały się za Yneryth’em, a raczej szukały jego resztek. Prawda był oszałamiająca. Biały basior pokryty teraz piaskiem i kurzem stał na wprost za lodowym polem. Z uśmiechem i dumą przyglądał się innym. W tunelu nie wiele brakowało, by stracił życie, jednak jego intuicja go nie oszukała, zaraz po zetknięciu ze ścianą odbił się na lód. Gdy wisiał w powietrzu między ścianą a lodem, nastąpił trzask. W ten sposób udało mu się w dość pokazowy sposób, zaprezentować się. Spojrzał tylko w kierunku zwisającego drewna. Wykonywało teraz szybkie ruchy, kto wie, do czego byłoby teraz zdolne. Yneryth uwolnił kamienie i lód spod swojej władzy. Kolce zamieniły się w piasek i opadły na ziemie. Lód stopniał, a woda wsiąkła w ziemie. Po pokazie nie było już ani śladu. Powolnym krokiem wilk kierował się w stronę zdziwionego i zaskoczonego Naharysa. Czuł, że jego prezentacja zwróciła sporo uwagi, nie rzucił teraz więc jakimś aroganckim tekstem. Bardzo miał ochotę na dumną wypowiedź, nie kusił jednak losu. Zapytał tylko:
- Okej, myślę, że ten kawałek drewna mam z głowy. Co teraz ?
- Widzisz tamte kukły treningowe, spróbuj tego.
Yneryth nie wiedział dużo o tym, co go czeka, było to dla niego dość świeże. Jedyne co wiedział, to to, że czasem przybierają one formę innych wilków, a czasem są z drewna. Cieszył się, że ostatnie dni spędził, trenując w nurcie rzeki. Teraz może mu się to przydać. Sama myśl o możliwości walczenia z imitacją wilka był dla niego podniecająca. Stanął na wprost kukły i zapytał:
- Co mam teraz zrobić ? - Zapytał z niepewnością, spoglądając na kolejny kawałek drewna.

Naharys?

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 934
Ilość zdobytych PD: 467
Obecny stan: 2635

sobota, 5 lutego 2022

Od Naharys'a c.d Yneryth'a ~ Początek

Odkąd Naharys został kapitanem, na jego barki opadły nowe obowiązki związane z trenowaniem wojowników i kształtowanie w nich zdolności, które pewnego dnia mogłyby nie jednemu uratować życie. Skorzystawszy z okazji wysokiego stanowiska, postanowił uczyć swoich wojowników ( z rozkazu Rene, wraz z Atrehu mieliśmy trenować także najemników i szpiegów) sztuki militarnej, jakiej nauczył się na północy. Od doświadczonych i mądrych oficerów, jakimi byli jego rodzice, oczywiście. Pięć dni w tygodniu, zwoływano wilki na plac treningowy, gdzie przy pomocy rudego basiora, starał się pomóc usunąć złe nawyki bitewne, nauczyć nowych postaw i trików bojowych. Jednym przychodziło to z łatwością, a niektórym trzeba było poświęcić anielską cierpliwość, ale Naharys wiedział, że nie każdy rodzi się do wojaczki. Na ten przykład więcej uwagi poświęcał Noiterowi (rozkaz Rene był też taki, aby wziąć pod swe skrzydła wilki, niekoniecznie trudniące się walką. Opiekun, w razie nagłego wypadku, powinien umieć się bronić, jak i szczeniaki, których bezpieczeństwo i życie wziął na własną odpowiedzialność).
- Zrób większy rozstaw łap, wtedy praca nóg będzie sprawniejsza przy wykonywaniu uników. - tłumaczył Naharys skrzydlatemu basiorowi o charakterystycznych rogach, wieńczących jego głowę. Noiter wybrał miejsce treningu przy kukle bojowej, chcąc spróbować swych możliwości w sztuce uników. Dzięki poradom Naharysa basior przestał tak częściej obrywać, ale co niektóre błędy powinno się poprawić ~ Pomyślał basior, po tym, jak Noiter oberwał od kukły po głowie. Następnie przyszła pora pokazać basiorowi wszystkie możliwe techniki blokowania ataków kukły, która z chwili na chwilę, przybiera coraz to bardziej zawrotną prędkość.
We wczesne przedpołudnie zabrał swoją grupę na ćwiczenia sparingowe w towarzystwie drewnianych rzeźb, wyobrażających swym kształtem wilki, które uaktywniały się za pomocą magii, gdy ta wyczuła w pobliżu trenującego. Drewno poruszało się, jak żywe zwierzę jedynie bez wyrazu twarzy, ani uczuć. Nic nie mówiło ani nie czuło, z drugiej strony manekin był też lekko zużyty. - gdzieniegdzie na drewnianej powłoce porastał mech, a wokół łap i szyi wilczej imaginacji, oplatał się czule dziki bluszcz. Zwyczajnie był niegroźnym tworem, ale dopiero po wypowiedzeniu słów „Walcz ze mną” można było przystąpić z nim do treningu. Magia, kierująca drewnem, była równie wyrozumiała, co w bojowych kukłach, albowiem z początku dawała trenującemu dość spore fory, aby zaznajomić się z walką. Naharys w trakcie sparingu z kukłą, wskazywał błędy i pomagał je poprawiać, prezentował, jak należy atakować w niektórych sytuacjach, sam przy tym obrywając od zaczarowanej imaginacji. Każdy trening to nowy siniak, a każdy siniak, to nowa lekcja, jak mawiał Ramar, jego ojciec. Przyszedł też czas na sparing między dwoma trenującymi, a kukłę odstawiono na bok, aby dalej mogła nieruchomo spoglądać w dal, będąc poddanym bezlitosnemu kurzu czasu.
Wszystko było super, pięknie i fajnie, ale ani Naharys, ani Atrehu nie widzieli nigdzie Ynerytha. Cóż, bądź co bądź, ale jego też dotyczyła obecność na treningach, tak, jak zażyczyła sobie tego Alfa.
- Przypilnujesz ich, ja pójdę rozejrzeć się za Ynerythem.
Rudy basior przytaknął i powrócił do instruowania grupy wader, co z resztą robił z gorejącą chęcią. Cóż, płeć piękna też musi umieć się bronić. Rozkaz Alfy.
Z takowymi też zamiarami, Naharys ruszyły w drogę w kierunku polany, skąd wychwycił pierwszy trop obecności basiora. ~ Tutaj Yneryth musiał polować. - pomyślał wilk, gdy przyjrzał się krwawym śladom, pozostawionym po porzuconej na poboczu sarnie. Zwierzę było dosłownie rozszarpane, ziemia już wchłonęła ilości juchy do swego wnętrza, albowiem była od niej cała mokra! Oczy martwej sarny, utkwione martwo w punkt, ziały pustką, pozbawione blasku życia. Flaki były wywalone na trawę, a nad niebem zaczęły krążyć stado kruków.
~ Co za marnotrawstwo. - pomyślał zirytowany Naharys i podążył ku kolejnym szlakom, świadczącym o wczesnej obecności Ynerytha. Przynajmniej kruki dokończą resztę. Dokładnie zbadał węchem miejsce, gdzie trawa była wyraźnie wygnieciona, przesiąknięta jego zapachem. Tutaj musiał spać.
Dalsze poszukiwania doprowadziły go do punktu, położonego powyżej placu treningowego, gdzie basior przyglądał się grupce z góry.
- Czemu się tak przyglądasz? - zapytał Naharys.
- Patrzę, jak trenują. Dawno nie widziałem wilka, więc korzystam z okazji. - odparł, ale Exan wyczuł nutkę zniechęcenia, co z resztą zignorował kompletnie. Czy mu się to podoba, czy nie, Yneryth jest skazany na Naharysa i Atrehu. Bywały nawet chwile, gdy Yneryth miał okazję uwidaczniać w swym zachowaniu, choćby śladowe ilości niechęci, dumy czy nawet pogardy, Naharys starał się traktować to obojętnie, choć druga część jego osobowości, spoglądała na to z ukrytym politowaniem.
- Nie chcesz czegoś spróbować? Mamy tutaj dużo opcji treningu. - powiedział Naharys.
- Wiesz co? Nie dzięki.
- To nie było pytanie. - odparł poważnie Naharys.
Yneryth spojrzał na niego z oczami, pełnymi dziwnego spokoju, ale też iskierkami sarkazmu.
- A jak ty to zwiesz? - zapytał równie spokojnie Yneryth.
- Rozkazem Alfy. - wycedził Exan.
Ich oczy przez jakiś moment nie traciły ze sobą kontaktu ani na moment, a Naharys cierpliwie czekał, aż wilk ruszy swój ogon i pójdzie z nim na trening. W końcu obrócił tylko oczami i wstał z miejsca, spoglądając na Exana wyczekująco.
- No to idziemy? - zapytał Yneryth.
- No to idziemy. - potwierdził basior i oboje w nieskazitelnym milczeniu, dotarli do placu treningowego. Biały basior przystanął przy zwisającym z grubej gałęzi pniu, robiący za wahadło. Ten sam, od którego pewnego dnia oberwał, gdy stracił skupienie. Teraz smętnie zwisało niewzruszone niczym, nawet łagodnym, południowym wiatrem, ale gdy wahadło wyczuło obu basiorów, drgnęło niebezpiecznie.
- Pokaż mi, co umiesz. - powiedział Naharys.

Yneryth? 

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 847 
Ilość zdobytych PD: 423 PD
Obecny stan: 5050 PD

niedziela, 30 stycznia 2022

Od Yneryth’a c.d Naharysa ~ Początek

Słońce było już w połowie drogi. Wokół wzgórza na środku polany, nie było już śniegu. Trawa nabierała pięknego koloru zieleni, a kwiaty powoli wzrastały. W środku całego tego zjawiska znajdował się właśnie on. Basior, który nawet nie widział, co tu robi i po co tu jest. Słodko spał, myślami był oddalony o setki kilometrów drogi od miejsca, w którym spoczywał. Wszystkie myśli tego dnia wracały do początku jego istnienia, a raczej tego, co pamięta. Był to dzień, który pozostawił mu w głowie jeden obraz, grzmoty i błyski, malowały się w jego podświadomości. Yneryth’a obudził nagły hałas. Dźwiękiem, który usłyszał była chyba spadająca gałąź z drzewa, pod którym spał. Zaczął jak zwykle swoją codzienną rutynę. Wylizał się, aby jego futro było czyste, następnie wstał ze smutkiem, kierując swoje oczy ku słońcu. Pomyślał:
- Kolejny dzień, ugh jak ja ich nie cierpię.
Opuścił głowę i wszedł w gaj.
Podczas powolnego i mozolnego spaceru po lesie zgłodniał. Zastanawiał się, co dziś zaoferuje mu natura. W pewnym momencie natrafił na jakiś trop. Zatrzymał się i przyglądał się dziwnym odciskom, pozostawionym na krawędzi kałuży pośniegowej. Te odciski były mu już znane. Podążył za nimi bez namysłu. W końcu czego miał się obawiać? Basior polował już na wiele. Sam już nie był pewien czy jakieś dzikie zwierzę może mu zagrozić. Zbliżał się już do swojej ofiary. Słyszał jej odgłosy, jej tuptanie, oraz dźwięk skubania trawy. Wilk znikł w iluzji i zaczął się skradać. Widząc sarnę, mianowicie jego dzisiejsze śniadanie, rozmyślał już nad sposobem jej śmierci. Przez głowę przechodziło mu wiele pomysłów. Jednym z nich było zwyczajne magiczne rozpłatanie. Najśmieszniejszym dla niego samego było jednak prymitywne rozszarpanie jej żywcem. Tak też zrobił. Zaszedł sarnę od tyłu i uderzył ja łapą z całej siły. Sarnę lekko odrzuciło w bok. Z jej boku zaczęła wypływać krew, mięso było rozcięte od pazurów, zwisało i rozpalało apetyt wilka. Zwierzę rzuciło się do ucieczki. Yneryth ucieszył się, nie dość, że zje, to jeszcze zrobi poranny trening. Dwie pieczenie na jednym ogniu bardzo go ucieszyły. Zaczął biec, rozpędzał się, wciąż był lekko w tyle za sarną. Po kilku minutowej gonitwie znudziło mu się gonienie jej. Widząc wilgotną powierzchnię przed nimi, błyskawicznie ją wykorzystał. Teren przed sarną błyskawicznie zamarznął. Łania nie miała szans. Pośliznęła się na nim i upadła. Basior zaraz po jej upadku zmienił lód z powrotem do naturalnego stanu. Skoczył z otwartym pyskiem bezpośrednio na zwierzynę. Było słychać tylko piski umierającej zwierzyny.
Pożywiony podziwiał plamę krwi pozostawioną po uczcie. Resztki i kawałki mięsa leżały dookoła niej. Yneryth upaprany czerwonym sarnim sokiem powoli wstał i krwawym szlakiem zaczął wracać na polanę. Po drodze pomyślał, że trening przydałby mu się. Magia dawała mu niezłe fory, ale nie chciał liczyć tylko na nią. Przypomniał sobie bolesny widok Naharysa leżącego w śniegu i udającego, że nic mu nie jest.
- Ciekawe jakie to uczucie. – Pomyślał na głos.
*
Leżał na ziemi, lekko zdenerwowany, tym, że już się ubrudził. Samo leżenie już wystarczyłoby miał dość siedzenia tu. Znajdował się na skraju miejsca, gdzie inne wilki trenowały. Yneryth tym razem bez iluzji, leżał i przyglądał się im. Widział, że wahadło, którym oberwał Naharys, nie jest łatwe do pokonania. Większość kandydatów obrywała i lądowała na ziemi kilka metrów dalej. W głowie układał plan jak je przechytrzyć. Jego kontemplację przerwał jednak niespodziewany głos za ogona.
- Czemu się tak przyglądasz?
Zapytał go, już dobrze znany mu głos. Basior nie cieszył się, że znów go słyszy. Niestety jest skazany na nich wszystkich. Jego samotność, oaza spokoju, a zarazem święty grał, już nie istniał. Nie było już ciszy. Po krótkim namyśle odpowiedział: 
- Patrzę, jak trenują. Dawno nie widziałem wilka, więc korzystam z okazji. - odpowiedział od niechcenia.
Basior wspominał dobrze swoje treningi. Najbardziej napawały go myśli o biegu z wymijaniem przeszkód, drzew wyrw w ziemi, a nawet kolczastych krzewów. Niestety siły nigdy nie mógł poćwiczyć, zwyczajnie nie miał możliwości. W końcu, jaki głupi musiałby być, by ładować się pod groźne zwierzęta leśne po prostu, by potrenować. Nie próżnował jednak z trenowaniem tkania piasku, lodu i ziemi. Miał wiele ciekawych technik, pozwalających wykorzystać brak skupienia rywala. Najczęściej jednak była to dla niego zabawa, czuł przewagę, rozpruwając, oraz zabijając zwierzęta ich własną masą ciała i szybkością. Niestety pojedynku z wilkiem nigdy nie przeżył, nie miał nawet pojęcia, czy one też są tak nieostrożne. Do tej pory zauważył, że Kotori działa pod wpływem emocji co czyniło go podatnym na popełnianie błędów. Naharys jednak potrafił się skupić na celu, myślami jednak błądził, myśląc o rodzinie i przyjaciołach. Yneryth’owi wydawało się, że samo wspomnienie sarkastycznym tonem o jego rodzinie, wystarczyłoby, żeby stracił na chwilę skupienie. Jego rozmyślanie przerwała odpowiedź wilka.
- Nie chcesz czegoś spróbować? Mamy tu dużo opcji treningu.

Naharys ?

PODSUMOWANIE 
Ilość napisanych słów: 769
Ilość zdobytych PD: 384
Obecny stan: 4423

czwartek, 27 stycznia 2022

Od Naharysa c.d Yneryth ~ Początek

Naharysowi wydawało się, że całe to zajście, było jedną zaplanowaną farsą - zdradzał to nawet dumny chód odchodzącego Ynerytha...
~ Nie wiem, co chce tym pokazać, ale nieważne.
Na swej drodze życiowej spotykał wiele wilków - wszyscy byli inni, a mimo wszystko wydawać się mogło, że jedno, co mieli wspólnego ze sobą, były te kroki przepełnione dumą. Niektórzy z nich, do tej pory, użyźniają glebę swymi kośćmi i gnijącymi szczątkami. Kośćmi, które je do tej gleby wprowadził.
Naharys pokręcił głową i wrócił do treningu, ale jedno, co mu nie dawało w tym momencie spokoju, był ból po uderzeniu wahadłowca, który z każdą chwilą nasilał się coraz bardziej.
~ Cholera, starzeję się... - pomyślał żartobliwie Naharys i pozwolił sobie na drobny uśmiech. Cholera jasna, ale jak to uderzenie mogło doprowadzić do poważnego, groźnego pęknięcia jakiegoś organu, mógłby być skazany tym samym na długotrwały pobyt u siostrzyczki w lecznicy. Mówiąc wprost - zirytowało go to.
Opuścił plac treningowy i od niechcenia, powędrował w stronę, gdzie wszyscy potrzebujący i ranni zmierzali, niezależnie od pory dnia, czy roku - do lecznicy. W drodze jednak zaczął żałować, że dał się tak łatwo zdezorientować, jak szczeniak - rodzice nie byliby zadowoleni~ Pomyślał z przekąsem, gdy minął granicę zagajnika i przed jego oczami, rozpościerał się widok na zasłaną szronem polanką. Promienie słoneczne odbijały się od drobnych, lodowych kryształów wyraźnym blaskiem - dosłownie, jakby dolinę spowijała kołderka, utkana z diamentów. Trawa chrzęściła donośnie pod naciskiem jego łap, a powietrze zaś niosło ze sobą arktyczny powiew z północy, który bez problemu przenikał przez futro i szarpał nim, jak chorągwią.
Po chwili na swej drodze spotkał tego samego basiora, co kiedyś - ten typ śledzi mnie, czy co? - burknął przez myśl Naharys, ale zdołał ukryć zaniepokojenie. Mógł maskować uczucia równie dobrze, co ten cały Yneryth.
- Cześć znowu... słuchaj...- zaczął basior, ale Naharys nie skupiał się na jego słowach, lecz na tym, co skrywały jego oczy, bo jak mawiała jego matka, oczy są odzwierciedleniem czyjejś duszy. - Nie widziałeś może Tsumi gdzieś w pobliżu?
Naharys stanął mu na przeciwko, ale nie odpowiedział od razu. Mięśnie pod skórą Ynerytha wydawały się być napięte, jakby osobnik spodziewał się konfrontacji z jego strony... - niech będzie spokojny. Naharys nie będzie walczył, jeśli nie uzna tego za konieczność, ale nadal dręczyło go wspomnienie jego dumy, gdy odchodził w trakcie jego treningu.
- Wiesz co? Widziałem ją, jak szła w tamtą stronę. Spotkasz ją wraz z Eienem. Podejrzewam, że się już znacie?
- Jeszcze nie. - odparł Yneryth, a w trakcie tego, Naharys starał wychwycić się w jego głosie jakąś nutkę czegoś podejrzanego. - Pogardy, ironii czy nawet dumy. Jednakże nic takiego nie miało miejsca. - I dziękuję Ci.
Z tymi słowy, wyminął basiora, jak gdyby nigdy nic - Naharys oczywiście obejrzał się za siebie, będąc pewnym, że po raz kolejny ujrzy dumę w chodzie, prezentowaną przez basiora. Tego też nie zdołał zauważyć. Naharys zdał sobie wtedy sprawę, że ma do czynienia z kimś, kto skutecznie maskuje swe emocje.
- Siema, braciszku! - usłyszał głos Lonyi, gdy wkroczył do ciepłego wnętrza lecznicy, przepełnionej zapachem ziół, leków i ciężkim odorem chorób - jak to w lecznicy - Czego twa dusza pragnie?
- Cześć, Lo! Jak Ci idzie z pacjentami?
Wadera uśmiechnęła się złośliwie.
- Jak na razie wszyscy żyją. Na razie! - powiedziała z podkreśleniem na ostatnie zdanie, po czym zaśmiała się głośno. - Ulala... Naharys, kto cię tak sprał?
- Wahadło - odpowiedział Naharys - w trakcie treningu.
- No wierzyć się nie chce. Mój braciak zebrał wpiernicz od głupiego pniaka? Tracisz formę, bracie?
Naharys pokręcił oczami.
- Nie w tym rzecz. Rozproszył mnie ten nowy... Boli mnie, jak cholera. Podejrzewasz, że mogłem zaliczyć jakieś pęknięcie wewnętrzne?
- Nie sądzę. To jedynie twoje mięśnie są tak napięte w fizjologicznej reakcji obronnej. Zaraz dam Ci coś na stłuczenie. A poza tym, to co za świeżak?
- Jakiś basior... cholera, nie mogę zapamiętać jego imienia. Ma takie oryginalne imię na "Y" Y,y,y... Yneryth? Tak, właśnie! Yneryth. Podejrzewam, że specjalnie odwrócił moją uwagę, żebym oberwał. Albo mnie prowokuje, albo miał w tym jakiś cel.
Lonya natomiast, wyciągnęła nieco szyję, aby zerknąć przez szczelinę jaskini - zmrużyła lekko oczy i powiedziała z niepewnością.
- Ten Yneryth, to on? - ruchem podbródka wskazała na maszerującego w śniegu basiora, któremu towarzyszyła niska, znana im wadera. Tsumi.
- Ta, to on.
Lonya parsknęła cicho.
- Bracie, dawałeś sobie radę z większymi i gorszymi, a ten Yneryth nie wydaje się być uzdolniony w boju. - oceniła wzrokowo wadera.
- Nie zapominaj, co nam rodzice wpajali przez całe nasze szczenięce lata. Nie możemy lekceważyć nikogo. Trzeba być gotowym, nawet na te ruchy, które mogą okazać się tymi brutalnymi. - odparł stanowczym tonem, gdy wzrokiem odprowadzał idącego w oddali Yneryth'a w kierunku jaskini botaniczki.
- Nie przejmuj się nim. Najlepiej nie zwracaj uwagi, a jak znowu zacznie coś kręcić koło ciebie, zadaj mu jedno pytanie. - Lonya zbliżyła się nieznacznie i powiedziała teatralnie zmienionym groźnym głosem Naharysa. - O co Ci chodzi, typie?!
Dwójka rodzeństwa wybuchła głośnym śmiechem, tak donośnym, że część pacjentów z niepokojem spoglądała na nich jeszcze przez jakiś czas.
- Dzięki, siostra! Poprawiłaś mi humor.
Na te słowa, Lonya odpowiedziała dość humorystycznym tonem.
- Polecam się na przyszłość!
Wyszedł z jaskini na dalszą część treningu, ale tym samym towarzyszyło mu niemiłe przeczucie, że ten dzień nie zakończy się na jednym incydencie. Wolał jednak wyprzeć je myślą, że mimo wszystko, nie zdarzy się już nic złego.


<Yneryth?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 859
Ilość zdobytych PD: 429 PD
Obecny stan: 3886 PD

Od Yneryth’a c.d Naharysa ~ Początek

Yneryth poznał już Kotoriego. Był to bardzo ciekawy wilk, podobny do niego samego. Wilk jednak wyglądał na porywczego i pewnego siebie. Na pewno będzie jednym z bardziej interesujących pobratymców, pomyślał Yneryth. Wracając do centrum, siedliska wszystkich tutaj wilków, rozmyślał. Nie mógł z krótkich wskazówek Renesmee, czyli jego alfy, wybrać następnego wilka do odhaczenia z listy. Wspomniał krótko Kotoriego i jego oddanie w sprawie „Taki mam obowiązek”, z uśmiechem o tej sytuacji dalej szedł. W połowie drogi pomyślał:
- Hmm ciekawe gdzie podział się Naharys.
Basior po nie długiej przeprawie przez las doszedł z powrotem do centrum. Usłyszał w oddali głos Naharysa i Dusława. Czuł też zapach świeżej krwi ? Szedł teraz za zapachem, by zobaczyć, co się stało. Dookoła niego były jeszcze resztki śniegu, który próbował omijać. Niepokoiły go też brudne kałuże, wynikające z topniejącego śniegu. Zbliżał się już do miejsca, z którego pochodził zapach i odgłosy. Wilk nie namyślając się zbytnio, zaczął znikać w piaskowej iluzji. Robił to już odruchowo, gdy czuł, że to może się przydać. Znajdował się już przy polu treningowym, położył się na jego skraju i obserwował swoich pobratymców. Dusław wraz z innymi wilkami się pożywiali. Naharys nic nie zjadł, od razu przystąpił do urządzenia treningowego. Było to wahadło, czyli zawieszony na linach pniak najeżony cierniami. Basior zaczął swój taniec, unikając pnia. Wyglądało to na trening zwinności, szybkości, a zarazem taktyki. Yneryth obserwując pniak, zauważył, że nie porusza się on naturalnie, coś nim kierowało w kierunku wilka. Naharys stosował rozmaite uniki, udawało mu się go unikać, ale czy musiał się nad tym skupiać ? Yneryth postanowił sprawdzić skupienie wilka, wyszedł niespodziewanie z iluzji, zza drzewa i się przywitał. Naharys ewidentnie się zaskoczył, zajęło to sekundy, aż pniak w niego uderzył. Lekko mówiąc, trzepnął nim jak szmacianą lalką. Wyglądał tak bezsilnie, wlatując z impetem w zaspę. W głębi serca Yneryth uśmiechnął się, lecz nie mógł dać po sobie tego zobaczyć. Na szczęście zaspa zamortyzowała odrzut. Yneryth z lekkim poczuciem winy przeprosił.
Ich krótka rozmowa nie miała większego znaczenia, przynajmniej tak się zdawało basiorowi. Naharys próbował nakłonić Yneryth’a do zaufania alfie oraz badał teren na temat poglądów wilka. Yneryth’owi wydawało się, że pobratymiec nic nie zinterpretował, ale czy tak było naprawdę ?
Po krótkiej rozmowie z Naharysem Yneryth udał się dalej w poszukiwaniu innych wilków. Odchodząc od Naharysa, szedł dumnym krokiem, był to jego mały sukces, udało mu się zobaczyć możliwości Naharysa, a przynajmniej ich część. W głowie chciał, by utkwiło jedno wspomnienie, wilka, gdy się rozprasza, gubi się wtedy w swoich posunięciach. Jest wtedy nastawiony na szybki kontratak. Czuł, jak wilk patrzy się na niego, ale celu tej czynności nie mógł poznać. Znów zniknął w iluzji i kontynuował spacer po terenie watahy. Jego następnym celem był Atrehu, lecz wilk potrzebował chwili dla siebie, męczyły go te całe wilcze sprawy, szczególnie że był to dzień. Nie mógł niestety położyć się i zasnąć. Miał misję, może nic ona dla niego nie znaczyła, ale cel to cel. Kim stałby się dla siebie wilk, który całe życie ma zasady i nimi się kieruje, po czym nagle, o wszystkich zapomina. Yneryth był inny, miał cele i nigdy nie odpuszczał.
*
Po rozmowie z resztą wilków została mu tylko jedna wadera. Tylko gdzie mógł spotkać Tsumi, nie miał bladego pojęcia. Wchodząc na teren watahy, znów go spotkał, Naharysa, miał wrażenie, że śledzony zmienił się w śledzącego. Postanowił zapytać go o miejsce pobytu wadery. Yneryth był ciekaw, co tym razem się wydarzy.

Naharys?

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 565
Ilość zdobytych PD: 282
Obecny stan: 4039

wtorek, 25 stycznia 2022

Od Naharysa c.d Yneryth ~ Początek

Po zaprowadzeniu nowo zapoznanego basiora, Naharys nie miał, co zwlekać z czekaniem, bowiem musiał wracać do obowiązków. Poza tym, po co miałby czekać? Chciał wreszcie zaliczyć następny dzień ciężkiego treningu i wrócić do domu. - ciepłego domu, gdzie czekaj na niego Pina wraz ze szczeniakami. Poza tym, ten basior o oryginalnym i trudnym do zapamiętania imieniu, wyglądał na dość podejrzanego. - Takie przynajmniej było zdanie Naharysa. Samotnie ruszył przed siebie w stronę polany, a w drodze do niej, musiał pokonać wijącą się ścieżkę, mknącą ku zagajnikowi. W trakcie, udało się mu spotkać z Eienem w towarzystwie Tsumi. - wyglądała na dość przybitą i przygnębioną po ostatnim wydarzeniu związanym z jej poronieniem. - nie wątpliwie potrzebowała towarzystwa i takowe u śnieżnobiałego basiora jej pasowało. Rozmawiali o czymś, przy czym nie tłumili śmiechów i żartów. Naharys przywitał ich jednym skinieniem głowy i ruszył dalej. - był już blisko skraju zagajnika.
Przecisnął się przez zawalony pień, bowiem był za wysoki i gruby, aby się na niego po prostu wspiąć. Takie przeciskanie się od razu przywołało w jego pamięci wspomnienie ze szczenięcych lat. - długi i szeroki poligon, najeżony od początku do końca przeszkodami i pułapkami, które zasadzili dla niego rodzice. Chcieli wykrzesać z niego i rodzeństwa, jak najwięcej, starali się, aby stali jak najlepsi. - no i może w pewnym sensie udało się im. ~ Pomyślał z uśmiechem Naharys. Efektem był rozrywający ból w mięśniach, ciężka praca łap przy treningach bojowych robiły swoje. - nie brak zręcznej gracji i siły w walce, aczkolwiek bywały dni, gdy po prostu miał już tego wszystkiego dosyć. Czasami nachodziły go marzenia nad zmianą dotychczasowego zajęcia na coś przyjemniejszego. - na przykład wziąłby przykład z Nabi i nauczył się co nieco o zielarstwie, przebranżowiłby się na botanika? Spokojna, przyjemna praca bez stresu i krzyków dowódcy nad głową. Z uśmiechem rozkoszował się wizją, którą stworzył w swym umyśle, jakby to była ulepiona śnieżka. - która w pewnym sensie jest po to, aby nią w coś rzucić. Został stworzony do walki i trudno mu było jednak zmienić przyzwyczajenia. W następnym momencie, w powietrzu roztoczył się zapach mięsa i świeżej juchy. - Jak się później okazało, Naharys nakrył trenujących na małym co nieco. Siedzieli w kręgu, a w centrum jego martwy jeleń leżał w zaplamionym we krwi śniegu.
- Co robicie? Czemu nie trenujecie? - zapytał Naharys.
- Dowódca jeszcze nie przyszedł, więc korzystamy z wolnego. Chodź, przysiądź się do nas! - Powiedział nowy wilk Dusław i poklepał wolne miejsce obok.
Basior odmówił jednak wspólnej biesiady, bowiem nie odczuwał zbytniej potrzeby zbytecznego zapełniania żołądka, więc postanowił potrenować w samotności. Naharys, aby nie marnować czasu, wziął się za trening na wahadle. - czyli takim watahowym pniaku, uwiązanym lnianą za grubą gałąź wysokiego dębu, najeżony od góry do dołu z pozoru ostrymi kolcami. - była to bowiem iluzja. Naharys wiedział też, że trening na wahadle nie polegał też na zwyczajnych unikach, gdyż czary władające nad pniem, wyczuwały położenie trenującego i nakierowywały je w jego stronę długie ciernie. Przy każdym ataku wahadła, Naharys wykonywał to bardziej wyrafinowane uniki, czynione z kocią gracją i precyzją. - czuł się w tym najlepszy. Zwinne przewroty i szybkie susy kojarzyły się mu bowiem ze szczenięcymi latami. Rodzice nie dawali mu nawet pomyśleć o chwili wytchnienia i w trakcie treningów, sporo było takich zajęć.
- Cześć. - odezwał się głos za nim, który wytrącił go z rytmu. Zdekoncentrowany Naharys oberwał pniakiem w brzuch i odrzucony na kilka metrów, wylądował w głębokiej śnieżnej zaspie. Jak się okazało, był to nie kto inny, jak Yneryth.
~ Osz ty w d**ę kopany, ale to wahadło ma obryw... - pomyślał oszołomiony Naharys i wygrzebał się spod grubej warstwy śniegu.
- Wybacz, ja nie chciałem. - dodał zaraz basior, który wyglądał na nieco zmieszanego.
- Nie ma co wybaczać, nic się nie stało... o cholera, ale oberwałem.
~ Dobrze, że nie miałem zapełnionego żołądka tamtym jeleniem.. inaczej już bym to zwracał. - pomyślał z przekąsem Naharys.
- A ja myślę, że jednak potrzebny ci jest medyk. - przyznał basior. Exan pozwolił sobie na zignorowanie tejże uwagi, bowiem nie raz obrywał w życiu, i to mocniej niż przed chwilą. Bywało nawet tak, że pod wpływem mocnego bólu, był bliski omdlenia. - O ile dobrze pamiętał, stało się tak, gdy złamał piszczel, przy jego nastawianiu zaś, niemal widział przed oczami mroczki i gwiazdy, a coraz to większą część obrazu ogarniała ciemność. Piekielnie nieprzyjemne uczucie. - więc powiedzmy, że cios w brzuch od wahadłowca przy tym, to jak pieszczotliwe muśnięcie.
- Nie trzeba, dzięki. - odparł Naharys, zbliżając się do basiora. - I co? Alfa zaakceptowała cię? Należysz do watahy?
- Tak, powiedzmy że tak, mam zapoznać się z każdym.
- I jak Ci idzie? - zapytał, przekrzywiając lekko głowę w bok.
- Cóż... wolałbym nocą chodzić po lesie, ale cóż... rozkaz to rozkaz.
Naharys wykrzywił usta w łagodny uśmiech, aczkolwiek nie wyrażał jakichś zbytnich emocji.
- Rene nie jest złą Alfą, przekonasz się o tym.
Yneryth pokiwał głową dość powoli, jakby od niechcenia. - Naharys dostrzegł też błysk niechęci w oczach basiora, ale ten fakt wolał zatrzymać dla siebie. Nie umiał wymawiać myśli głośno, jak to mają w zwyczaju inne wilki, ale zastanawiało go też, z jakiego powody ta jego niechęć. Być może kryła się za tym jego życiowa historia. - bądź co bądź, każdy jakąś miał. Czy to dobrą, czy też złą. Naharys podejrzewał jednak, że stanowczo to drugie. - coś złego musiało się mu przytrafić, ale co? Tego już nie potrafił wyczytać z jego oczu.
- Mam nadzieję. - odpowiedział zdawkowo Yneryth - Więc ehmm...
- Tak? - mruknął Naharys.
- ... może ja już pójdę. Pewnie zabrałem ci i tak zbyt dużo czasu.
Z tymi słowy odwrócił się w przeciwną stronę i powędrował w nieznaną Exanowi stronę, a on sam, stał jak te wbite widły w twardą ziemię, z zaskoczeniem w zielonych oczach, przyglądał się Ynerythowi.

<Yneryth?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 924
Ilość zdobytych PD: 462 PD
Obecny stan: 2617 PD

środa, 12 stycznia 2022

Od Yneryth’a c.d Naharysa ~ Początek

Yneryth nie wiele spał, myśl o tym, gdzie jest, nie dawała mu spokoju. Zamiast spać, dobrze zaplanował każdy ruch, na nie znanym terenie. W planach na ten dzień miał dość dużo, był przyzwyczajony, że robi, co mu się podoba i kiedy chce. Wilk wcześniej sam był kowalem swojego losu, los jednak mu nie sprzyjał, wystawiał na próby każdego pojedynczego dnia, a teraz, teraz los sobie z niego kpi, pogrywa mu na nosie. Basior znalazł wilki, wcześniej myślał, że jest chociaż wyjątkowy, niestety mylił się jak zwykle. Nowo poznany wilk imieniem Naharys też miał własne zdolności, których Yneryth nie rozumiał.
Widząc brata swojego kompana w podróżach, był rozczarowany, widząc słońce, lekko się uśmiechnął. To było coś wyjątkowego, nowy wilk, którego poznał, miał umiejętności, słońce, dawno już niewidziane przez wilka, to zapewne przez jego nocny tryb życia. Basior czym prędzej wyszedł z przyjemnego pół mroku na blask słońca. Wsłuchał się w otoczenie, słyszał dużo, co najmniej 10 wilków w okolicy, od razu poszedł je po podglądać, szukając odpowiedzi na nowo powstałe pytania. Po drodze rozglądał się, ile tylko się dało, chciał dobrze zapamiętać teren, przy okazji przyglądał się tutejszej florze, podobał mu się wygląd roślin i kwiatów za dnia, było to coś zupełnie innego, w nocy są one zupełnie inne, tak jakby miały dwa oblicza. Myśląc nad motywem dwóch stron medalu, pomyślał o 2 formach Naharysa, nie wiedział, co to zmienia. Wilk miał wiele teorii, jedną z nich było, że Naharys jest jakiegoś typu mieszańcem, inna, że jego wygląd zależy od emocji, najbardziej prawdopodobną była jednak forma dzienna i nocna. Yneryth potrzebował więcej czasu na analizę jednego wilka, tamta chwila nie starczyła mu, aby móc określić charakter i zdolności wilka. Szedł tak zamyślony, miał wiele nie jedno kierunkowych myśli.
Znalazł się, jakby na placu treningowym, inne wilki pokonywały przeszkody, sparingowały się, niektóre używały dziwnych zdolności. Basior miał ochotę skoczyć w sam środek i zacząć rywalizować, po chwili zauważył jak jeden z nich, łapą od niechcenia wywraca drugiego, nie chciał ryzykować upokorzenia 1 dnia, więc pozostał w ukryciu. Wszystko, co zobaczył w tamtym momencie Yneryth zmroziło go, przerastała go myśl, że nie jest wyjątkowy. Miał ochotę coś zabić, po prowokować pobratymców, wszystko, czego teraz chciał, to odciąć się od swoich emocji i myśli, chciał być jak maszyna, idealny i zabójczy. Yneryth nie tolerował myśli, że jakiś wilk mógłby go pokonać. W głowie zaczął układać plan, jak wspiąć się w hierarchii, tak by go to zadowalało. Jedną z rzeczy, które uważał za obowiązkowe, to pokonać dość silnego wilka, by pokazać, co potrafi, niestety nie miał jeszcze planu jak walczyć z magicznymi wilkami, a jego umiejętności bardziej służyły do obrony lub atakowania z zaskoczenia. Powoli kreował mu się pomysł, jak może to wykorzystać, w zasadzie jego plan opierał się na agresji i sile przeciwnika, to nawet lepiej. Teraz wystarczało znaleźć odpowiedniego kandydata.
Wracając do jaskini, aby przeleżeć resztę dnia, spotkał go Naharys. Wilk nawet nie pamiętał jego imienia. Normalnie Yneryth czułby się obrażony, ale po co, szkoda było czasu na wilka, który nie miał żadnych planów. Szybko porozmawiali, uzgodnili między sobą, ze Naharys zaprowadzi go do alfy. Po drodze zrozumiał, że alfa to chyba wilk, a w tej sytuacji akurat wilczyca. Pomyślał, że jeżeli ona tu rządzi, musi być potężna, zaczął się lekko obawiać, tym razem nie mógł sobie pozwolić na bycie niegrzecznym. Mogło, by to być dla niego fatalne w skutkach.
Basior gdy ujrzał waderę, bardzo się zdziwił, ona miała skrzydła, jego intuicja czuła, jak parząca jest jej aura, wyglądało na to, że jej zdolności są oparte na ogniu, co potwierdzał jej wygląd, była ona istnie gorąca. Podczas rozmowy z alfą, Yneryth dostał polecenie, by poznał swoich nowych kompanów. Szczerze próbował się sprzeciwić, ale nie wiele to dało. Jego zajęciem w watasze od teraz było pilnowanie jej terenów w nocy. Ponoć drugim nocnym strażnikiem jest nieobliczalny Kotori. Yneryth z samej opowieści o nim go polubił, stwierdził, że albo będą się lubić, albo będą skakać sobie do gardeł przy każdej okazji. Po wyjściu z jaskini alfy Naharys i Yneryth musieli się rozdzielić, gdyż Naharys miał własne zadania. Yneryth cieszył się z tego, że zostaje sam, nie miał ochoty na towarzystwo, aczkolwiek nie podobało mu się, że musi z każdym teraz pogadać. Wilk zaczął swoją wycieczkę po obszarze, pierwszym z odwiedzonych przez niego wilków był Kotori, a ostatnia Tsumi.

<Naharys?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 714
Ilość zdobytych PD: 357 PD
Obecny stan: 2738 PD

wtorek, 11 stycznia 2022

Od Naharysa cd Yneryth' a ~ Początek

  Yneryth nie wydawał się mu zbyt groźną osobą, ale życie nauczyło go, że nawet takie pozory trzeba brać pod uwagę, nieważne czy one są mniej czy bardziej istotne. Nie miałby nic przeciwko, aby basior przespał się u niego, ale... 
Gdy Pina urodziła mu dwa zdrowe i piękne szczeniaki, na dodatek pod swe skrzydła przygarnęli podrzutka, Naharys nie mógł mieć pewności, czy w obecności Yneryth'a poczuliby się bezpiecznie, ale też nie pozostawił obcego bez schronienia. Znaleźli po drodze jakiś pustostan, nieużywany już od zamierzchłych czasów, a mimo tego, Yneryth nie miał nic przeciwko. 
W drodze powrotnej, Naharys marzył już tylko o tym, aby zakopać się pod ciepłe futra i przytulić ucho do piersi Piny, aby posłuchać pieśni jej serca.
Szczeniaki po wieczornym karmieniu, spały spokojnie przytulone do matki, Pina natomiast leżała z grymasem zmęczenia... - jakby przebiegła całodniowy maraton, ale gdy jej partner stanął w wejściu, uniosła głowę i nie musiała nic mówić, że tęskniła za nim. Jej wzrok mówił wszystko. "Czekałam na ciebie". 
Shori tymczasem wróciła z dodatkowych zajęć u Atrehu, bowiem lisi basior poza rzetelną nauką, zapewniał jej wiele rozrywek - dosłownie, jakby waderka miała wielu ojców - pomyślał i zaśmiał się wesoło. 
W tamtym momencie żadna inna myśl, nie miała miejsca w jego głowie, poza rodziną i ich bezpieczeństwie. 
Naharys opowiedział Shori przed snem ciekawą bajkę o " Lisie i jaskółce", wiedział bowiem, że to jej ulubiona i uwielbiała ją słuchać, a Naharys zakładał, że to jedyny sposób, aby waderkę złożył spokojny, szybki sen. Shori przymykała powoli oczy, basior po skończonej opowieści, uraczył przybraną córkę ciepłym pocałunkiem w czoło, po czym wtulił policzek w ciepłą pierś Piny. 
Nie śniło się mu nic specjalnie dziwnego ~ sen mógłby potraktować jako retrospekcję z dzieciństwa. Mile przebiegnięte na poligonie u boku jego przybranej siostry, a potem scena treningu walki pod czujnym okiem mistrza bitwy i ojca. Ojciec był w szczególności dla nich bardzo surowy, jeśli chodziło o nieudolność - nie karał ich biciem, ale kazał biegać po skalistym, nierównym terenie, zwanym Torem Skał, gdzie nie trudno było o złamaną łapę.
 Obudził go świt, a wraz z nim pierwsze oznaki wschodzącego słońca - niebo na wschodnim horyzoncie poczęło jaśnieć, przybierając złoto żółtą barwę. Ziewnął cicho, ale przeciągle i rozejrzał się wokół. Shori wraz z Eredenem i Shininem jeszcze spali, a Pina zaś gdzieś zniknęła. Okazało się, że oprawiała wczoraj upolowanego zająca na śniadanie, więc nie martwiąc się zbytnio, postanowił, że prześpi się jeszcze trochę. 
Pomijając rodzinne rytuały i codzienną rutynę, Naharys wyszedł wczesnym rankiem z jaskini w kierunku, gdzie wojownicy zazwyczaj trenowali swe zdolności. Po drodze natknął się na tego basiora, którego spotkał wczoraj... jak on miał na imię? Miał takie krótkie, ale niezwykle oryginalne imię, zaczynające się na "Y". 
- Cześć ponownie...Yyyy- zaczął Naharys, ale nadal szukał w pamięci jego imienia.
- Yneryth. - przypomniał mu żółtooki basior. 
- Chcesz, mogę ci towarzyszyć w drodze do Alfy. 


<Yneryth?>


PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 467
Ilość zdobytych PD: 233 PD
Obecny stan: 550

sobota, 8 stycznia 2022

Yneryth c.d Naharys'a ~ Początek

- Idziemy. To tylko taka nostalgia. Nie przejmuj się mną.- odpowiedział szybko i celnie, bez chwili zawahania.
Yneryth szedł za nowo poznanym wilkiem, oglądał go i analizował jego wygląd. Idąc, za Naharysem, resztę drogi w ciszy, chyba że nowy basior o coś pytał, wtedy Yneryth odpowiadał wymijająco. Wilk nie mógł zrozumieć jakim cudem zgubił wilka i jak od razu go nie wyczuł. Stwierdził, że musi wrócić do treningów nad skupieniem, ewidentnie dziś się rozkojarzył, a na to nie ma tutaj miejsca, w innej sytuacji mógłby już leżeć w śniegu, którym niestety już jest pokryty. Po pewnej chwili wymyślił pomysł, czemu zgubił wilka, mianowicie może on też posiada jakieś umiejętności. Świat Ynerytha stanął do góry nogami, nie dość, że nowy wilk to jeszcze z mocami. Basior nigdy się tak nie cieszył, że nie zaczął walki. Nowo poznany wilk starał się, być dla niego miły, nawet obiecał pomóc, ale była jedna rzecz, która bardziej go zmartwiła niż to, że dziś poniósł klęskę, okazało się, że idą do stada, co gorsza będzie musiał porozmawiać z alfą, czym, kimkolwiek jest. Księżyc już zachodził, a futro wilka zmieniało kolor, szukając, nowo poznanego wilka zauważył, że on też zmienił kolor. Wtedy był pewien w 100%, ten wilk też ma zdolności.
- Dziękuję, ci bardzo za pomoc. – Powiedział cicho, lecz z odrobiną emocji Yneryth.
- Nie ma za co, tutaj możesz przenocować. Tylko bez numerów. - Kiwnął głową w kierunku jaskini.
- Oczywiście, nic nie będę kombinował. Dobranoc.
- Miłych snów.
Basior położył się w rogu, jak najdalej od środka, dalej robił te same czynności, nawet przed głupim snem, próbował się ukrywać. Leżąc na zimnych skałach, rozmyślał o jutrzejszym dniu i o tym, co go spotka. Myślał, czym do diabła jest alfa. Nic dla niego nie było już pewne. Jedyną rzeczą jak coś mu teraz da to przespanie nocy i ponowienie działań o wschodzie słońca, a dokładniej za parę godzin. Zwinął się w kłębek i próbował zasnąć. Ostatnią myślą przed zaśnięciem, było czy są inni tacy jak on, czy jest ich więcej, ilu ich jest, do czego są zdolni. Yneryth tego dnia nie poznał na nie odpowiedzi.

Naharys?

PODSUMOWANIE 
Ilość napisanych słów: 344
Ilość zdobytych PD: 172
Obecny stan: 358

piątek, 7 stycznia 2022

Od Naharysa c.d Yneryth ~ Początek

Nastał późny wieczór, a wraz z nim północny wicher, który wstrząsał gałęziami okolicznych drzew. Naharys już jakiś czas przebywał w jaskini Nabi w usilnym poszukiwaniu wspomnianych przez Lonyę ziół, potrzebnych dla pacjentów. Głównie dla jakiegoś nowego basiora - Itami przedstawiała go, jako Itachi, który stale potrzebował leków na złamaną kość. Nabi, mimo, że niewidoma, to idealnie radziła sobie w poszukiwaniach - wydawałoby się, że wadera zna tę jaskinię, jak własną kieszeń. Przetrząsnęli całą jaskinię, ale w końcu znaleźli. Tuzin lubczyku, pęczek mięty pieprzowej oraz mendel rozmarynu. Przyjął zbiór ziół, podziękował jej kiwnięciem głowy, ale w porę zorientował się, że wadera tego nie widziała, więc powiedział.
- Dziękuję ci. W imieniu pacjentów też. - dodał z uśmiechem.
Nabi zachichotała uroczo i cicho. Przed wejściem pożegnała go jeszcze krótkim pachnięciem łapą, po czym wróciła do swych obowiązków.
Słońce już zanikało za linią horyzontu. Wtedy Naharys odniósł nieprzyjemne wrażenie, że wokół niego roznosiła się nieprzyjemna aura. Starał sobie tłumaczyć tym, że to było naturalne, że odczuwał dyskomfort ze spaceru po lesie, którego ogarniał z chwili na chwilę coraz głębszy mrok - lecz ostatecznie zmienił nastawienie, gdy niedaleko niego usłyszał dziwny szelest i chrzęst śniegu.
~ Ktoś sobie jaja ze mnie robi? - pomyślał z przekąsem i rozejrzał się dokładnie. Swym powoli złotym wzrokiem lustrował okolicę. Futro na czubku ogona zaczynało przybierać granatowy kolor, wypierał powoli biel i począł rozprzestrzeniać się dalej. Przyspieszył kroku, aby zgubić dowcipnisia, którego z resztą zdążył wyczuć w powietrzu, wskoczył bezszelestnie w cień głębokiego jaru i wypatrywał jakiejś sylwetki. Zapach, roztoczony przez wilka wydawał się mu nieznajomy - obcy! Nieproszony gość rozglądał się, jakby nerwowo, po czym obrał kierunek na wschód. Naharys napiął mięśnie, zmrużył lekko oczy i zaczął podążać za nieznajomym, a robiąc to, nie wydawał z siebie żadnego dźwięku, jakby jego łapy były zbudowane z mroku. Mroku, którym właśnie się stał, a pomimo tego, wilk wyczuł jego obecność i spanikowany puścił się biegiem.
Naharys instynktownie ruszył w pogoń za obcym, zręcznie lawirując między drzewami pod postacią niematerialnego mroku. ~ Nie uciekniesz mi... - pomyślał Naharys, gdy nagle zobaczył, że wilk zaniechał dalszej ucieczki. Basior przybrał materialną formę, odstawił na bok zioła i wyłonił się z mroku, stając oko w oko z wilkiem. Nie był zbyt spokojny, bowiem Naharys słyszał wyraźnie rytm jego serca... Czyżby zgubił się? Jakie to miało teraz znaczenie? Naharys przyłapał go na śledzeniu.
Następnie, co obcy basior ujrzał, to rozpływającego się w mroku Exana, a po chwili jakaś siła przygwoździła go do ziemi.
- Co ci strzeliło do głowy, co? - spytał z napięciem basior. - Dlaczego mnie śledziłeś?
- Nie śledziłem... chciałem tylko wiedzieć, gdzie idziesz. Chcę poznać waszego przywódcę.
Naharys poderwał brew i wyzwolił basiora spod swego uścisku, pomógł wstać, po czym zapytał.
- Chciałbyś do nas dołączyć?
- W pewnym sensie. - odparł nieznajomy.
- Dlaczego w pewnym sensie?
- W sensie... chciałbym przenocować, a następnego dnia udać się do waszej Alfy.
- Rozumiem cię. No dobrze, powiedzmy, że ci wierzę, bo w takim razie nie mam już podstaw, żeby podejrzewać cię o cokolwiek. Chodź ze mną, pokażę ci miejsce, gdzie mógłbyś przenocować, a jutro, jeśli będziesz chciał, zaprowadzę cię do Renee. Ona zdecyduje, czy cię przyjąć. W porządku?
Nieznajomy kiwnął głową na znak, że zrozumiał. Zanim Naharys wziął z powrotem zioła, dokładnie zlustrował basiora złotymi oczami. Był z lekka mniejszy od niego, sierść nieco krótsza i połyskująca w świetle księżyca, nabierająca błękitu, a łapy zaś wyglądały na mocno zbudowane, co oznaczało, że jego mięśnie pamiętały niejedno starcie. Żółte drobne oczy obserwowały Naharysa badawczo, jakby chciały wyczytać następny jego ruch.
- Naharys jestem. Dla przyjaciół Exan.
Nieznajomy kiwnął głową.
- Może teraz ty się mi przedstawisz, czy wolisz zachować swe imię w tajemnicy?
- Mów mi Yneryth.
- Hmmm... skąd jesteś? Bo przyznam ci, że imię masz dość unikatowe.
Basior, jakby próbując uniknąć tematu, spojrzał z utęsknieniem na księżyc w drugiej kwadrze.
- Wolałbym ominąć ten temat.
- Rozumiem cię. Twoja wola. Idziemy, czy chcesz, abym usiadł i podziwiał księżyc wraz z tobą?

<Yneryth?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 635
Ilość zdobytych PD: 317 PD
Obecny stan: 317 PD