Newsy



:Aktualności
.Blog przechodzi obecnie renowację
.Już niebawem pojawią się nowości

:Pogoda
Obecna pora roku ~ Jesień
.Temperatura waha się między 10+ a 0- stopni Celcjusza
.Zmiana pory roku nastąpi 15.12.2022

Liczba wilków ~ 27
Wadery ~ 18 + 1 NPC
Basiory ~ 7 + 4 NPC
Szczeniaki ~ 1
Nieobecni: Brak

~Serdecznie zapraszamy♥~

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lonya. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lonya. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 lipca 2022

Od Lonyi c.d Ereden'a ~ Druga natura

- Pamiętasz tego odyńca, którego spotkaliśmy na polanie, wiesz kiedy? Wiem, że to nie związane ze sprawą. Co go tak rozszarpało?
Spojrzałam na bratanka, nie kryjąc zdziwienia. Wyraz jego pyska jeszcze chwilę był obojętny, jednak po napotkaniu mojego zdumienia, mimowolnie przybrał podobną postawę.
- Jeszcze to pamiętasz? - wydusiłam z siebie, przerywając chwilę, gdzie dało się usłyszeć jedynie koncert świerszczy, rozgrywany na zewnątrz.
- Ciężko zapomnieć to co wtedy zostało z tego dzika.
Musiałam przyznać rację Eredenowi. Wydarzenia, budzące tak silne emocje w wieku szczenięcym nie tak łatwo puścić w niepamięć. Pomimo wieku nie raz nawiedzają mnie wizje z przeszłości, o których wolałabym zapomnieć.
- Jak dobrze pamiętasz, tego nie mógł zrobić jeden, czy dwa wilki. Myślę, że nawet całe stado nie dopuściłoby się tak brutalnego ataku, pozostawiając tyle mięsa. To musiała być brutalna walka, gdzie dzik bronił swojego terenu, albo... stał się zabawką dla czegoś znacznie większego.
- Myślisz o niedźwiedziu? - młody przyglądał mi się badawczo, tym samym przestając bawić się drobnym bukietem suszonego bzu, leżący tu bardziej w celach osobistych, gdyż bez wydzielał niezwykle przyjemną woń dla mojego nosa, przy okazji w nieznacznym stopniu neutralizując zapach nieprzyjemnych maści, które miałam przyjemność wyrabiać kilka godzin temu.
- Niedźwiedź nie zostawia takich śladów. Z resztą, gdyby to o niego chodziło, nie kłopotałabym tym alfy. To musiało być coś znacznie większego i raczej nie myślę tu o czymś co pochodzi ze znanej nam fauny. Wskazywały na to chociażby ślady po ugryzieniach. Znasz jakieś zwierze, posiadające dwa rzędy kłów, z czego te wewnętrzne miały co najmniej siedem centymetrów?
Ereden nie odzywał się przez moment, jakby szukał w umyśle odpowiedzi na moje pytanie, jednak jego wzruszenie ramionami oznaczało, że podobnie jak kilka wtajemniczonych członków watahy nie spotkał się z podobnych zjawiskiem.
- Czyli nie udało się ustalić sprawcy?
- Niestety. Czujki przeczesywały tereny kilkukrotnie i niezwykle dokładnie, ale nie znalazły nic co mogłoby nas naprowadzić na trop tego czegoś. Mam hipotezę, że to coś musiało być z tych północnych lasów. Co dodatkowo, może budzić niepokój, że stworzenia stamtąd tak śmiało poczynają sobie na naszym terenie.
- Przecież sama mówiłaś, że nie było więcej ataków... - basior urwał nagle, na moment coś analizując we własnym umyśle- Chyba nie myślisz, że to coś.. co siedzi w mojej głowie...
Spuściłam uszy, na moment odwracając wzrok od Eredena.
- Nie można tego wykluczyć - wzruszyłam ramionami - Dlatego potrzebujemy dowiedzieć się o tym pasożycie jak najwięcej i jeśli to możliwe rozpocząć testy jak najszybciej.
Ku mojemu zdumieniu biały wilk przyjął to nad wyraz spokojnie. Wypełnił płuca do granic możliwości, po czym wypuścił je głośno, obojętnie wpatrując się w wylot jaskini.
Na ten widok uśmiechnęłam się lekko, co nie uszło uwadze Szramy.
- Z samego rana rozmówię się z ojcem na ten temat.
- Aż tak Ci śpieszno?
- A mam coś innego do roboty? Staruszek i tak katuje mnie treningami i pewnie, gdyby nie sam nie potrzebowałby snu, zmuszałby mnie do nich całą dobę- zażartował, jednak jego oczy zdradzały, że myślami jest gdzie indziej.
- W takim razie proponuję Ci odpoczynek, bo jeśli dostaniemy zgodę na eksperymenty, nie masz co liczyć na łagodniejsze traktowanie. Ja w tym czasie opracuje plan testów psychologicznych, a kiedy nabierzesz sił wdrożymy testy sprawnościowe.
- W takim razie, do zobaczenia rano.
- Dobrej nocy i jeśli mogę zasugerować... przemyśl dobrze, jak chcesz przekonać Naharysa. Na ładne oczy tego nie dokonasz, a jeśli chcesz być traktowany jak dorosły, to nie licz na moją pomoc - uniosłam kąciki warg, dumnie prezentując prawy profil pyska.
- Czasami jesteś gorsza, niż on - zaśmiał się, a po chwili zniknął w korytarzu.

***
Wraz z nadejściem świtu, lecznica zaczęła powoli ożywać. Ja rozpoczęłam poranny obchód, zauważając postępy w leczeniu gorączkującego pacjenta, który tego samego dnia mógł przygotowywać się do wyjścia z niewielkim tobołkiem wypełnionym lekami, aby umożliwić mu dalsze odzyskiwanie sił we własnych kątach.
Moja zmiana dobiegała końca, a świadczyło o tym przyjście wypoczętej i jak to przeważnie bywało, radosnej Itami. Pojawiła się z pękiem ziół, których zaczynało nam brakować do wyrobu kolejnych specyfików. Ich zapach nie należał do najprzyjemniejszych, ale chyba nasze nosy przywykły już do gorszych woni.
Tuż za nią schodzili się pierwsi nowi pacjenci, głównie z niegroźnymi dolegliwościami, a zaraz za nimi Naharys. Był tak zmizerniały, że prawie pomyliłam go z jakimś wycieńczonym obcym.
- Ciężka noc? - westchnęłam, patrząc na podkrążone oczy brata.
- Powiedzmy. Jak młody?
- Całkiem dobrze. Jest młody i silny, także szybko wraca do formy.
Po krótkiej wymianie zdań, basior ruszył do sektora, wydzielonego dla jego syna. Pomimo skończonej zmiany, zdecydowałam się na pomoc mojej zmienniczce, aby pozostać w zasięgu obydwu samców, którzy znając Eredena, są w trakcie rozmowy o wdrożeniu badań nad tym co siedzi w głowie mojego bratanka. W dodatku każda para oczu i łap zawsze się przyda w lecznicy, gdzie zawsze jest coś do zrobienia.
Minęło wiele czasu, zanim obydwoje wyszli, kierując się w moją stronę.
- Możemy porozmawiać? - rzucił Naharys, zatrzymując się metr przede mną.
Skinęłam głową, po czym ruszyliśmy ku wyjściu, żegnając się z kilkoma wilkami po drodze. Szliśmy chwilę w ciszy, zanim ktoś z naszej trójki rozpoczął temat. patrzyłam z ukosa na obydwa basiory i żaden nie był zbyt wyrywny do podjęcia tematu. Ereden również wlepiał spojrzenie w ojca, chłodno analizującego jak zacząć temat. Nie ponaglałam go, toteż w końcu po przejściu dobrego kilometra w bardziej odludną część terenów, zatrzymał się gwałtownie i nabrał powietrza do płuc.
~ No to zaczynamy ~ pomyślałam, stając pewnie na przeciwko brata.

<Ereden? Naharys?>

Ilość napisanych słów: 874
Ilość zdobytych PD: 437 PD
Obecny stan: 437 PD

poniedziałek, 6 czerwca 2022

Od Lonyi c.d Ereden'a ~ Druga natura

 Dzień był ciepły, niezwykle leniwy. Słońce znajdujące się wysoko na niebie, doskwierało każdemu kto zdecydował się na opuszczenie groty. Pomimo zaduchu, w jamie szpitalnej panował przyjemny chłód, niosący orzeźwienie zarówno mi i Itami, jak i naszym pacjentom, których nawiasem mówiąc było wyjątkowo mało. Przechadzałyśmy się z wolna po wnękach, odliczając czas do końca zmiany. Itami z lekkim zniecierpliwieniem wyczekiwała wybicia popołudnia, aby móc cieszyć się wolnym wieczorem. - Aż tak Ci spieszno do wyjścia?- zaśmiałam się, widząc wzdychającą waderę, która stukała pazurami o kamienną posadzkę. Ta zakłopotała się nieco, spuszczając przy tym po sobie uszy.
- Tak, ale czuję, jakby czas się cofał. Ostatni kwadrans trwał wieczność, także ta ostatnia godzina to będzie udręka.
-To uciekaj, jeśli masz jakieś plany. W lecznicy i tak nic się nie dzieje, a ja spokojnie poradzę sobie ze zmianą opatrunków i podażą ziół.
Wilczyca skinęła wdzięcznie głową i energicznie ruszyła ku wyjściu, o mało nie zderzając się z dwoma białymi basiorami. W pierwszej chwili obdarzyłam znajome mi sylwetki ciepłym uśmiechem, jednak, gdy tylko mój wzrok spoczął na bratanku, serce podskoczyło mi do samego gardła. Itami szybko zarejestrowała mój odruch, toteż zawróciła tym samym deklarując swoją pomoc przy opiece nad Eredenem.
- Lo, musisz zerknąć na Ereden'a, z nim jest coś nie tak!- Naharys pchnął w kierunku łóżka swojego syna, stale zapewniającego, że wszystko z nim w porządku.
Nikt nie był gotowy na to co wydarzyło się po przeprowadzeniu wywiadu i podaży leków. W ostatniej chwili zaalarmowałam brata, by ten chwycił osuwającego się na ziemię młodzieńca. Przyjrzałam się oczom nieprzytomnego wilka. Te zalały się czernią, zmieniając wygląd źrenic nie podobny do żadnego znanego mi gatunku, natomiast mięśnie były twarde i sztywne, wręcz na granicy zerwania. Jego stan z każdą chwilą się pogarszał, a mnie kończyły się pomysły jak ustabilizować jego stan.

***

Wypróbowanie niezliczonej ilości substancji i chemikaliów, w końcu odwróciło proces. Ereden leżał wycieńczony, walcząc z opadającymi powiekami. Nawet teraz próbował pokazać, że wszystko z nim w porządku. W międzyczasie udało się dokonać kilka badań w obrębie czaszki młodego basiora. Moje przeczucia co do problemów w obrębie mózgu zostały potwierdzone- niestety.
- Pamiętasz jeszcze tego pasożyta, który zaatakował Cię za szczeniaka? Otóż... gdy byłeś nieprzytomny, zbadałam dokładnie twoje ciało... a konkretnie twoją głowę i... cóż..
Jednym z moich obowiązków medyka jest przekazywanie złych wiadomości. Nigdy nie jest to łatwe zadanie, jednak oswoiłam się z tym. Mimo to przekazywanie ich rodzinie, zawsze jest trudne, niezależnie ile razy powiesz komuś, że jego wzrok nie powróci, albo jego bliskiemu nie pozostało wiele czasu.
- No, wykrztuś to z siebie, ciociu! -Ereden przejęty moim niezgrabnym wstępem, zaczął wykazywać symptomy zniecierpliwienia. Jego jeszcze chwilę temu wiotkie mięśnie, próbowały wykrzesać z siebie odrobinę energii, aby na moment znów się spiąć. Stan, z którego próbowaliśmy go wyrwać znowu próbował dać w kość młodemu.
-... mówiąc wprost. To siedzi w twojej głowie. Druga wersja pasożyta. Dziwnie zmienionego pasożyta... tego samego gatunku, ale przepoczwarzonego. Dzieje się to tak, gdy pierwotna wersja pasożyta złoży w żywicielu " awaryjne jajeczko". Z tego jajeczka wyrasta druga wersja pasożyta, ale mocno odmieniona od poprzednika. Wczoraj, wściekając się na ojca, wiesz dlaczego nagle poczułeś się taki silniejszy i sprawniejszy? Ponieważ ten pasożyt, usadowiony w twoim móżdżku, jest w stanie stymulować wszystkie procesy mięśniowe, powodując, że są one silniejsze, wytrzymalsze i zdolne do nadnaturalnych wysiłków. Stan jego aktywności wzrasta wraz z poziomem adrenaliny i kortyzolu we krwi.
- Skoro ten pasożyt jest dla mnie taki dobry, to dlaczego tak osłabłem po transie? - zapytał niepewnie Ereden.
- Ponieważ, jak sama nazwa wskazuje, pasożyt żywi się energią, wytworzoną w twoim ciele... aby móc funkcjonować, musi się żywić. Im dłużej znajdziesz się pod jego wpływem, tym więcej energii od ciebie zażąda, co też musisz z tym fantem uważać. To się może dość śmiertelnie dla ciebie skończyć. Możesz paść z wycieńczenia.
- A nie możesz go ze mnie jakoś usunąć?
Im więcej Ereden pytał, tym bardziej zaczynał powątpiewać w swoją przyszłość, wraz z otrzymanymi odpowiedziami.|
- Cóż... gdybym to zrobiła... zrobiłabym z ciebie roślinę. Twój mózg i układ nerwowy uzależnił się od woli pasożyta. Gdybym tylko wiedziała, że to się tak może dla ciebie skończyć, wraz z tym pasożytem, usunęłabym też to cholerne jajeczko. Ereden, posłuchaj mnie! Musisz uważać na siebie. Musisz panować nad emocjami, bo to się może dla ciebie skończyć źle.
- To nie będzie takie proste - odparł ze zmartwieniem Ereden - Znasz mnie, ciociu. Bywam wybuchowy.
- Zupełnie, jak twój ojciec -rzuciłam, kręcąc głową - Opowiadałam Ci, jak dla mnie próbował zabić swojego najlepszego przyjaciela?
Ereden pokręcił głową z zaprzeczeniem, uniósł lekko brew, wyraźnie zaciekawiony.
- Opowiesz mi tę historię? - zapytał.
- Może kiedyś... jak będziesz na to gotowy...
- Ale ja jestem gotowy, ciociu. Mam czas, nie mam zajęć. Mogę posłuchać.
- A w kwestii czasu, to mnie jakby go brak. Muszę zająć się pacjentami, ale spokojnie, kiedyś Ci o tym opowiem, ale nie teraz.
Usiadł Ereden z westchnieniem, uderzając ogonem o kamienną posadzkę i przyglądając się, jak sprzątam stanowisko pracy, gdzie znajdowała się masa specyfików
- Skoro tak mówisz- parsknął, wypuszczając ogromne pasy powietrza z płuc- A może mógłbym Ci jakoś pomóc? Tak jak zawsze.
- Pomożesz mi, dochodząc do siebie. Ledwo stoisz na nogach, chłopcze.
- Ale, już Ci mówiłem, że nic mi...
Biały samiec nie dokończył, gdy zlustrowałam go stanowczym spojrzeniem. Opadł ciężko na stosy skór, odpowiadając zrzędliwym jęknięciem.
- I co z nim? Wybudził się? Nic mu nie będzie? - Naharys zaatakował mnie serią pytań, gdy tylko weszłam do głównego holu, gdzie kręcił nerwowo kółka.
- Spokojnie, wyliże się z tego, ale musi odpoczywać. Niestety mam też złe wiadomości. Twój syn jest zainfekowany przez pasożyta i niestety będzie musiał nauczyć się z nim żyć.
- Co to znaczy? - jego oczy wybałuszyły się z przerażenia.
- To znaczy, że jego usunięcie będzie bardzo ryzykowne, wręcz niemożliwe bez szkody dla organizmu. Niestety ma to związek z tym syfem, który się go uczepił za młodu.
- Myślałem, że się tego pozbyłaś.
- Ja też, ale... wybacz, na ten moment nie jestem w stanie zrobić nic więcej. Za mało wiem o tym... czymś.
- To skąd pewność, że nie da się tego usunąć?
- Jajo ma zdolności adaptacyjne. Zawędrowało w obszar bardzo delikatny i podatny na uszkodzenia. Wykluta larwa zagnieżdża się w móżdżku, tam zdaje się jakby kontrolować z niewielkim stopniu układ nerwowy młodzika, przy czym organizm nie traktuje pasożyta jak nieproszonego gościa, a... sprzymierzeńca. Moja teoria może odbiegać od prawdy, jednak tak jak mówię za mało jeszcze wiem o tym czymś. Musiałabym przeprowadzić serię badań, eksperymentów, sekcja byłaby bardzo przydatna, ale to kosztowałoby Eredena życie, a tak się składa, że nie jest on jedynym znanym mi stworzeniem, które jest hostem dla tego syfu.
- To co mam zrobić?! Już raz go prawie straciłem. Obiecałem Pinie, że będę się troszczył o nasze dzieci - Naharys wyglądał w tej chwili niezwykle żałośnie. Zrezygnowany, obdarty z wszelkiej dumy, pozbawiony nadziei. Oddychał ciężko próbując powstrzymać bezsilność cisnącą mu łzy do oczu. Nikt by ich nie zauważył, nawet ja, gdybym nie znała go tyle lat.
- Spokojnie, poradzimy sobie z tym. Nie pozwolę aby cokolwiek mu się stało. Jeśli obydwoje się zgodzicie... chciałabym lepiej poznać z czym mamy do czynienia.
- Co masz na myśli?
- Przede wszystkim potrzebuje go do mojej dyspozycji. Żadnych treningów bez mojej obecności. Chcę lepiej przyjrzeć się zachowaniom Ereden'a, jego zdolnościom... gdy zakończę proces obserwacji, przyjdzie czas na testy.
- Czy mam inne wyjście, aby ratować syna? - szklane ślepia Exana, zwróciły się w moją stronę.
- Może i masz, ale na ten moment go nie widzę. Przemyśl to na spokojnie, ja muszę wracać do pacjentów - otarłam się łbem o szyję brata, by chwilę później ruszyć ku sekcji zakaźnej, gdzie w gorączce zwijał się jeden z członków watahy.
- Pomówię z nim o tym.
- Jasne, byle nie teraz, obecnie musi wypoczywać, więc nie męcz go za bardzo. O północy nie chcę Cię tu widzieć. Pamiętaj, że masz też dwie córki i powinieneś wypocząć.

***

Gorączkujący pacjent po zaaplikowaniu serii ziół, zasnął wycieńczony permanentnie podniesioną temperaturą. Podobnie jak ten, który niefortunnie złamał nogę podczas polowania smacznie spał, ewidentnie przyzwyczajony do usztywnionej nogi, krępującej jego ruchy i pozycje leżącą. Naharys opuścił lecznicę godzinę przed wyznaczonym przeze mnie terminem, toteż w całej jaskini panowała błoga cisza. Panujące warunki idealnie sprzyjały do zagłębienia się w lekturze, umilającym mi doczekanie końca zmiany.
- Już wiem, czemu tak bardzo lubisz nocne zmiany - głos bratanka, oderwał moją uwagę od zwoju, poświęconemu parazytologi.
- Wszystko w porządku?
- Tak, chociaż nie mogę zasnąć. Męczy mnie ta bezczynność- basior podszedł bliżej, skupiając swoją uwagę na wyrytych literach zwoju, który studiowałam.
Zapytany o podanie ziół, pozwalających mu przespać noc, zaprzeczył.
- Rozmawiałem z ojcem - zaczął, nie patrząc mi w oczy. - Wyglądał na zmartwionego.
- Nie dziw mu się. Jesteś mu bliski i boi się Ciebie stracić.
- Już raz prawie tak się stało - westchnął cicho, przywołując wspomnienia.- Kto wie, czy tym razem nie na dobre.
- Nawet tak nie mów. Nie dopuścimy do tego- wbiłam bursztynowe oczy w bratanka, którego ewidentnie coś trapiło, jednak nie był gotowy, aby poruszyć ten temat, albo.. jak go zacząć.
- "Larwy przemieszczające się wraz z krwią, wędrują po ciele, zagnieżdżając się między włóknami mięśni, w rzadkich przypadkach obierając za cel mięsień sercowy, a nawet mózg"- basior przeczytał płynnie jedną z linijek zwoju, ułożonego przede mną.
- Musculus Vernicula. Wyjątkowo zjadliwa zmora- wyjaśniłam, bacznie przyglądając się młodzieńcowi.
- Czy to właśnie to siedzi w mojej głowie?
- Chciałabym powiedzieć, że tak. W przypadku tego pasożyta wystarczy odpowiednia mieszanka leków przeciwzapalnych z wrotyczem, a po kilku dniach, zdrowym upajaniem alkoholowym. Ta paskuda nie znosi wrotyczu, z resztą jak większość owadów i pasożytów. Leki przeciwzapalne są wchłaniane do mięśni, gdzie Vernicula tworzy stany zapalne. Kiedy już nie wytrzymuje tego środowiska, próbuje przeczekać niekorzystne środowisko w układzie krwionośnym, wtedy zainfekowany ma przyjemność pobierania niezliczonych ilości alkoholu, które rozrzedzają krew, upijając przy tym robactwo. Ten się zatruwa i jest wydalany z organizmu.
- Sprytne i niezwykle proste. Może i mi taka kuracja pomoże? Warto spróbować.
- Za mało wiem o tym czymś co w Tobie siedzi. Efekt równie dobrze może być odwrotny. Nie warto w takich sprawach działać na ślepo. Ale nie martw się, znajdziemy sposób. Basior spojrzał na mnie, nie wypowiadając ani słowa. Mimo to wiedziałam, że chodzi mu o rozwinięcie myśli.
- Jak mówiłam, bardzo mało wiemy o tym, co zaatakowało Twój móżdżek, ale... możemy dowiedzieć się więcej. To będzie długi i zapewne ciężki proces, jednak może pozwolić Ci na jako takie funkcjonowanie bez obawy o życie.
- Mam być królikiem doświadczalnym?
- Jeśli tak chcesz to nazwać- zaśmiałam się dla rozluźniania atmosfery.
Wyjaśniłam jak będzie przebiegać proces, dzieląc plan na fazy. Ereden bez słowa przysłuchiwał się temu co mam do powiedzenia, co jakiś czas kiwając głową na znak potwierdzenia.
- Pamiętaj, że to nie będzie byle zabawa, jak z łączeniem składników, aby wyprodukować maść. Będziesz poddawany ciężkim próbom, niekoniecznie komfortowym dla Ciebie czy też mnie. Musimy poznać granice, których nie powinieneś przekraczać, aby możliwe, że z czasem móc je przesunąć.
- Faktycznie nie brzmi to jak spacerek w letni poranek. Cóż mogę powiedzieć... ufam Ci i wiem, że mi pomożesz - pierwszy raz odkąd tu przyszedł, na jego pysku pojawił się uśmiech.
- Skoro mam już Twoją zgodę, musimy poczekać, aż Twój ojciec zgodzi się na mój kontrowersyjny plan.
- Czemu znowu on musi o czymś decydować? Czy możecie przestać mnie traktować jak smarkacza?- Ereden oburzył się, a jego oczy momentalnie zaszły smolistą barwą. Pazury wczepiły się w kamienną posadzkę, zauważalnie przy tym pulsując.
- Nikt Cię tak nie traktuje. Jesteś traktowany jak dorosły osobnik, który jest ważny dla mnie jak i dla Twojego ojca, gotowego oddać za Ciebie życie, a teraz jedyne co może robić to bezczynnie przyglądać i oswoić z myślą, że jeżeli popełnię błąd, coś pójdzie nie tak, to może stracić kogoś kogo kocha, tym samym ja będę odpowiedzialna za Twoją śmierć. Ereden momentalnie spuścił z tonu, jakby wyrwany z transu. Oczy powróciły do pierwotnej formy, a pazury, pulsacyjnie wbijające się w kamień zostały "puszczone" wolno, demonstrując mikroskopijne wgłębienia w kamieniu.
- Znasz swojego ojca. Oddałby życie za bliskich. Po utracie Twojej matki zrobiłby się nieco nadopiekuńczy, ale nie zrozumie tego nikt, kto nie stracił ukochanego. Sama myśl o tym, że ktoś może skrzywdzić jego rodzinę sprawia, że gotowy jest walczyć przeciwko całemu światu sam. Rozumiesz co mam na myśli?
- Chyba tak, wybacz za mój wybuch - spuścił po sobie uszy, wpatrując się we własne łapy.
- Nic nie szkodzi. Widać, że stałeś się dużo bardziej drażliwy niż wcześniej i to jedna z rzeczy, nad którymi już wiem, że będziemy musieli popracować. Natomiast skoro nie jesteś zmęczony, możemy przeprowadzić wywiad, dotyczący tego co stało się teraz i podczas treningu. Opowiedz mi co czułeś, kiedy ten stan się zbliża?

<Ereden? W końcu się doczekałeś>

Ilość napisanych słów: 2052
Ilość zdobytych PD: 1026 + 20% (205 PD) za długość powyżej 2000
Obecny stan: 2750 PD

czwartek, 2 czerwca 2022

Od Lonyi ~ Event Wielkanocny ( Pisarski ~ Pisankowe szaleństwo )

Wiosna już zaznaczyła swoją obecność. - zrodziła do życia pąki na drzewach, udekorowała krzewy forsycji drobnymi płatkami żółtych kwiatów, a także pomogła przebić się wczesnym kwiatom, przez cieniutką warstwę śniegu, niechętnie oddającego pola zieleni traw. Można by rzec, że na dobre rozgościła się w naszej dolinie, przynosząc wiele radości szczeniakom, a raczej młodym wilkom, mogących bez oporu dokazywać na zewnątrz, dopóki zachodzące Słońce nie zagoni ich z powrotem do grot. To właśnie tam spędzały większość zimowej pory, wsłuchując się w opowieści rodziców. Tak przynajmniej zapamiętałam obrazy z własnego dzieciństwa i jednej z wielu wizyt w jaskini brata, opowiadających kolejną historię wielkich wojowników, czy też przygody ze szczenięcych lat.
Jednym ze zwyczajów witania wiosny, jest oczywiście poszukiwanie pisanek. Zajęczak, który ewidentnie musi być nieśmiertelny, odwiedza wszelkie zamieszkałe miejsca i chowa kolorowe jajka, mające być celem corocznych poszukiwań. Oczywiście nie mógł zapomnieć też o naszych stronach, gdzie ku uciesze zauważył rosnącą w siłę watahę.
To były pierwsze święta potomstwa mojego brata, toteż z ekscytacją przyjęły zapowiedź Rene o zbliżającym się poszukiwaniu kolorowych jaj. Zresztą nie tylko one, albowiem większość członków ochoczo podchodziła do zbliżającej się zabawy.
***
- Jest tu ktoś?! - rozdzierający krzyk wybudził mnie ze snu, stawiają niemal na równe nogi.
Znany mi głos należał do mojej błękitnookiej koleżanki po fachu.
- O co chodzi? - wymamrotałam, powoli wracając do żywych.
- Jeszcze śpisz? Zbliża się południe i zaraz zaczynamy poszukiwania — wadera wychyliła łeb, zerkając do części sypialnej, gdzie nadal wylegiwałam się na posłaniu.
- Dobrze, ale dlaczego przychodzisz z tą informacją właśnie do mnie. - uniosłam brwi w geście zdziwienia, wpatrując się w Itami, która stała we wnęce, w pełni prezentując swoją sylwetkę.
- No bo...założyłam się z kimś o znalezienie większej ilości jaj. Ten ktoś powiedział, że choćby mi nos miało urwać od tropienia, to mogę co najwyżej pomarzyć o wygranej. Więc pomyślałam, że możesz mi trochę pomóc. - uśmiechnęła się czarująco, żartobliwie trzepocząc rzęsami.
- Dlaczego uważasz, że dzięki mnie masz szansę na wygraną?
- No chyba jesteś tropicielem, prawda? Weź się zgódź, chyba nie pozwolisz, aby moja reputacja została nadszarpnięta.
- Ech, Nie ma jeszcze południa, a już ktoś coś ode mnie chce w dzień wolny. Dobra, niech Ci będzie, ale wisisz mi przysługę. Tylko nie sądzisz, że szukanie sobie jelenia, który Ci pomoże, nie będzie oszustwem?
- Nie przypominam sobie, żeby wspominał o tym, że nie mogę szukać pomocy.
- Czyli nie łamiemy zasad, których nie ma. - uśmiechnęłam się zawadiacko.
- No więc jak? Idziemy?- Itami przygryzła wargę, ze zniecierpliwieniem czekając na moją decyzję.
Przeciągnęłam się nie śpiesznie, prezentując zęby podczas ziewania. Stając na równe nogi, skinieniem głowy, dałam znak wilczycy, aby ruszyła w stronę wyjścia. Ta tryskając entuzjazmem, wystrzeliła niczym z gałęzi ku wyjściu. Pół przytomna dreptałam za nią, próbując dotrzymać jej tempa. - ewidentnie zależało jej na wygraniu zakładu.
***
Na polanie, zebrała się praktycznie cała wataha. Wszyscy byli w podobnych nastrojach do Itami i radośnie gwarzyli między sobą. Gdzieś w tłumie dostrzegłam bratanka i siostrzenicę, które z podniecenia przeskakiwały z łapy na łapę, nie mogą doczekać się, aż alfa da znak do rozpoczęcia zawodów.
W końcu skrzydlata wadera obrała miejsce na głazie, aby była lepiej widoczna. Gdy tylko się tam pojawiła, wszystkie wilki przerwały rozmowy i skupiły wzrok na Rene, która bacznie przyjrzała się wszystkim. Nikt nie ośmielił się jej przerwać podczas przemowy, rozpoczynającej doroczną zabawę, więc gdy tylko rozbrzmiały słowa „I niech wygra najlepszy”, fala wiwatu otuliła dolinę. W tej samej chwili wszyscy się rozbiegli, a niektórzy nawet trafili na pierwsze jaja.
- Szybko, nie ma czasu do stracenia! - Itami pociągnęła mnie za sobą, dając pole do popisu moim zdolnością.
- Gdzie schowałabym tej jajca, gdybym była zającem? - Itami mamrotała co jakiś czas pod nosem, zaglądając pod każdy krzew i przekopując przegnite sterty liści.
Minęło sporo czasu, a przydzielony nam koszyk świecił ubogą ilością zdobyczy. Zaledwie 3 drobne pisanki obijały się o siebie, co nie napawało moją towarzyszkę optymizmem, zwłaszcza kiedy minęłyśmy Eredena, w którego koszyku było spokojnie z trzy razy tyle, co u nas. Na ten widok momentalnie spuściła po sobie uszy.
- Ej, no chyba nie zamierzasz się teraz poddać? - łypnęłam na nią okiem, na moment wstrzymując się od poszukiwań.
- Idzie nam tragicznie, widziałaś, ile twój bratanek ich znalazł. Może lepiej oszczędźmy sobie kompromitacji i się wycofajmy. Przepraszam, że zajęłam Ci czas.
- Zgłupiałaś? Do końca mamy jeszcze w cholerę czasu, poza tym Ereden, jak wspomniałaś to mój bratanek, więc to oczywiste, że poszukiwania idą mu tak dobrze. Nie rozklejaj mi się tu! Mamy już trzy pisanki.
-Tak i wszystkie trzy znalazłaś ty. Jestem do niczego.
- Po pierwsze nie wszystkie, bo jedną wypatrzyłaś sama, ja się tylko upewniłam, po drugie obiecałam Ci pomóc wygrać i słowa dotrzymam, także dupa w troki, kinol przy ziemi i zasuwaj, albo sprzedam Ci takiego kopniaka w te płaczliwą rzyć, że sama zaczniesz znosić jajka. - posłałam w jej stronę uśmiech. - Leć, sprawdź tego krzaka, ja zerknę tutaj.
Ta wykonała polecenie i chwilę później wróciła do mnie, prezentując nakrapiane jajko. Musiało dać jej to wiele motywacji do działania, bo kilka minut później wróciła z kolejnymi dwoma.
Z każdym kolejnym momentem, kosz stawał się coraz cięższy, dając Itami coraz więcej nadziei na wygranie zakładu.
Podążałyśmy śladami ledwo widocznych zajęczych łap. Ktoś bardzo się starał, aby je zamaskować, toteż momentami długo musiałam dywagować nad obraniem kierunku poszukiwań.
- Podsadź mnie. Czuję, że tu coś znajdziemy. - Itami oparła się o pień małego drzewka, za cel obierając sobie jedną z niższych gałęzi, więc gdy tylko pomogłam jej wgramolić się na górę, ostrożnie ruszyła ku gniazdu uwitemu niedaleko niej.
Jej uśmiech wskazywał, że nawet tam gryzoń zdecydował się schować pisanki przed czujnymi spojrzeniami.
- No brawo, ktoś miał niezłego nosa. - rzuciłam z uznaniem, przyglądając się dwóm kolejnym znajdźkom, zdjętym z drzewa.
***
Bawiłyśmy się przednio przez wiele godzin, wczołgując się w miejsca, w które zapewne nigdy żadna z nas by nie wlazła. Brodząc momentami po szyje w ohydnej maziowatej wodzie, cieszyłyśmy się jak głupie z każdej kolejnej zdobyczy. Gdy zbliżała się godzina zakończenia zawodów, ciężko było nam dociągnąć kosz, wypchany po brzegi kolorową zawartością, toteż co kilkaset metrów robiłyśmy sobie przerwę, podczas których w nadziei rozglądałyśmy się za kolejnym trofeum.
- Powiem Ci, że pomimo brutalnej pobudki, jaką mi zafundowałaś, to świetnie spędziłam ten czas. Nie przypuszczałam, że mogę się tak dobrze bawić, czołgając się pod spróchniałymi korzeniami, albo taplając się w błocie.
- Masz, rację i do tego jestem prawie pewna, że wygramy ten zakład, a może i cały ten konkurs. - Itami machnęła radośnie ogonem, cały czas obserwując kosz. Wyglądała, jakby chciała go chronić za cenę życia.
- Musi Ci bardzo zależeć na wygraniu tego konkursu.
- Aż tak to widać? - spojrzała na mnie z zakłopotaniem, jednak entuzjazm nadal nie zmywał się z jej pyska.
- Gapisz się na ten koszyk jak wygłodniałe cielę na matkę. To albo obsesja, albo masz gorączkę. - rzuciłam żartobliwie, na co Itami nie omieszkała skomentować tego sarkastycznym śmiechem.
Brnęłyśmy w kierunku zbiórki, nadal rozpaczliwie poszukując chociaż jednego jajka. Ewidentnie członkowie wzięli sobie do serca te poszukiwania, bo nie udało się już namierzyć niczego godnego uwagi i chyba nie trudno było zrozumieć czemu, kiedy przyjrzałam się znaleziskom pozostałych.
Większość czekała już na polanie, chwaląc się wypchanymi po brzegi koszami. Zerknęłam z ukosa na młodą zielarkę, wyglądająca czegoś, a raczej kogoś w tłumie.
- Itami, z kim się właściwie założyłaś?
- Cóż... - urwała, śmiejąc się nerwowo.
Jej reakcja trochę zbiła mnie z tropu. Czy ten zakład był prawdziwy?
- No witam, drogie panie. - ku nam zbliżył się Atrehu, z jak zawsze czarującym uśmiechem na powitanie. - Widzę, że jednak udało Ci się coś znaleźć. Chyba Cię nie doceniłem.
- Zaraz, zaraz... To z nim się założyłaś?
- Nooo, Niespodzianka? - wadera ponownie wydała z siebie nerwowy śmiech, nie wiedząc gdzie podziać oczy, jednak w ostateczności postanowiła obrać sobie mnie za cel.
- Zostałaś wtajemniczona w nasz zakład?
- Można tak powiedzieć.
- Czyli Itami tak nie do końca znalazła wszystkie jaja sama. - basior uniósł brew, zerkając na moją koleżankę po fachu.
- Nie było słowa o tym, że nie możemy prosić o pomoc. - stwierdziła, na co ja tylko skwitowałam to wzruszeniem ramion.
Atrehu nie wyglądał na rozgniewanego, wręcz wyglądał, jakby chciał przyznać nam rację, ale... To Atrehu musi trochę poprzeciągać strunę, więc zaczęły się pomiędzy nimi koleżeńskie przekomarzanki. Nie trwały one zbyt długo, gdyż wystąpienie alfy, przerwało ich, jak i wszystkie rozmowy odbywające się na polanie.
- Mam nadzieję, że wszyscy dobrze się bawili. - Rene, zerknęła na wszystkich zgromadzonych, którzy na te słowa wydali z siebie entuzjastyczny okrzyk. - Najwidoczniej każdy z was spędził ten czas bardzo owocnie. Przekonajmy się, czas na liczenie.
Wszyscy nieśpiesznie pochwycili koszyki i ustawili się w kolejce przed skrzydlatą waderą.
- A gdzie podziały się Twoje maniery? - rzuciła kąśliwie Itami w kierunku Atrehu, który bezceremonialnie ustawił się przed nami, sprawiając, że to my zamykałyśmy sznur.
- Zapewne zostały w lesie. Może i dobrze, bo mam dziką ochotę z was poszydzić i spojrzeć wam w oczy, gdy Rene ogłosi, że macie mniej jajek ode mnie, tym samym przyznając mi wygraną w naszym zakładzie.
- Czujesz to? - pociągnęłam nosem, patrząc na Itami.
Ta zrobiła to samo, po czym pokręciła głową. Zerknęłam w międzyczasie na basiora, który w ślad za nią, próbował wychwycić jakąś woń.
- To mi pachnie jak... jak... Nadciągający wpier**l i klęska dla naszego bawidamka. - posłałam w kierunku rudego basiora najsłodszy uśmiech, jaki byłam w stanie z siebie wykrzesać.
Sarkastyczny śmiech Atrehu został zagłuszony przez Itami, która przez moment krztusiła się z rozbawienia, trwającego aż do momentu, w którym nadeszła kolej liczenia basiora.
Wręczył on kosz Rene, a ta delikatnie rozsypała jego zawartość, wcześniej przyglądając się każdemu jajku. Kilka z nich poturlało się w różne strony, jednak szybkie korekty łapą alfy zagoniły je w kupkę. Itami lekko się spięła, gdzieś po 40 pisance. Nie wyglądała teraz na tak pewną zwycięstwa, natomiast Atrehu zerkał tylko na nią z miną " A nie mówiłem?"
- Atrehu zebrał 78 jajek. To daje mu drugą pozycję w naszym konkursie. - Rene ogłosiła wynik, na co wszystkie wilki zaczęły wiwatować i kiwać z uznaniem głowami.
Wszystkie z wyjątkiem mnie i Itami, bowiem patrzyłyśmy na basiora, który usadowił się dumnie koło przywódczyni.
- Wasza kolej. - skrzydlata wadera przywołała nas gestem, przy okazji prosząc o kosz.
Itami niepewnie go oddała i ze zdenerwowaniem obserwowała, jak jaja wypadają ze środka.
Z każdą policzoną pisanką Itami wyglądała na coraz bardziej zdenerwowaną. Dopiero kiedy przekroczona została liczba 65-ciu, jej mina diametralnie się zmieniła. Zerknęłam na basiora, który zdawał się znać wynik tej potyczki.
-Itami i Lonya... 84 jajka. Tym samym zajmują drugą pozycję, zrzucając naszą betę na trzecią pozycję.
Obydwie wydałyśmy z siebie pisk zachwytu. Zwieńczony uznaniem pozostałych członków.
- I co?! - Itami zaprezentowała język swojemu rywalowi, który niechętnie, ale szczerze złożył jej gratulację. - jak to było, mogę co najwyżej pomarzyć o wygranej?
- Co dwie pary oczy, to nie jedna.
- Ale wygrałam zakład. Teraz musisz to odszczekać. PRZY WSZYSTKICH! - Itami nadal skakała wokół nas niczym szczeniak, ciesząc się z wygranej.
- Dobrze, zrobię to podczas uczty wielkanocnej. Pasuje Ci? - westchnął przeciągle, skupiając wzrok na wciąż odbijającej się od ziemi wilczycy.
***
- Przyznaj, że podrzuciłeś nam kilka jaj — zwróciłam się do Atrehu, kiedy mieliśmy przyjemność zostać na chwilę sami.
- Nie wiem, o czym mówisz. - odwrócił głowę, próbując ukryć uśmieszek.
- Myślę, że dobrze wiesz- szturchnęłam go lekko.- Wiesz też, że mnie nie łatwo oszukać, zwłaszcza kiedy widzę, jak ktoś przerzuca pisanki między koszami.
- Dobra, tylko nie mówi Itami. - szepnął, upewniając się, że wokół nie ma nikogo na tyle blisko, aby usłyszał całą naszą rozmowę.
- Zależy, co będę z tego mieć. - przygryzłam wargę, wpatrując się pewnie w jego sylwetkę.
- Myślę, że się dogadamy.
- Tutaj jesteś. Chodźmy, zaraz zaczyna się uczta, lepiej nie rozmawiaj z tym przegrywem. - kąśliwe uwagi Itami miały bardziej charakter żartobliwy, niż złośliwy, toteż nawet rudy basior wykrzesał z siebie krótki śmiech.
- Niech zna nasze dobre serca i pozwólmy mu pójść z nami, żeby mógł z bliska przyjrzeć się zwyciężczyniom.
Itami przystała na moją prośbę, o ile ten wypełni obietnice i publicznie przyzna, że jest jednak zdolną poszukiwaczką, czy na co się tam umawiali. Tym samym wzbogaciłyśmy się o towarzysza do biesiadowania. Ostatni raz zerknęliśmy z Atrehu po sobie, posyłając sobie porozumiewawcze spojrzenia, by chwilę później rozpocząć świąteczną zabawę wśród przyjaciół, którzy już ochoczo wznosili toast za zwycięzcę całego konkursu no i oczywiście za naszą alfę, dzięki której mamy przyjemność bawić się w takim doborowym towarzystwie... A no i za tego długowiecznego zajęczaka. Cholera, że też co roku rozrzuca te jajka po świecie i to w tak sędziwym wieku.

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 2026
Ilość zdobytych PD: 1013 + 50% (506) (Booster Eventowy)
Obecny stan: 1519

poniedziałek, 18 kwietnia 2022

Od Lonyi c.d Ereden'a ~ Ujarzmić diabła

-Czy pan Atrehu to twój chłopak? - chytry uśmieszek zagościł na pysku bratanka.
- A to już nie twoja sprawa, smarku! Zajmij się swoim nosem!
- Widziałem! Jak się całujecie! Błeee, ohyda!
- Już już spać i nie dyskutuj ze mną, bo Ci te wścibskie oczy wykolę, diable! - moja groźba, wywołała u malca krótki chichot, który ucichł, gdy tylko ułożył się do snu.
Nie kręcił się zbytnio, wręcz momentalnie zasnął. Stałam tak chwilę nad nim, przyglądając się jego miarowemu oddechowi, gdzieniegdzie przeplatane z cichym pochrapywaniem.
"Też uwielbiasz wściubiać nos w nie swoje sprawy" pomyślałam o jego ojcu, śmiejąc się sama do siebie.
Pomimo późnej godziny, nie wzięłam przykładu z bratanka, tylko jeszcze raz zajęłam się zwojem, który otrzymaliśmy od Nabi. Kolejny raz przestudiowałam treść genezy skrzydlatych wilków, po to, aby... właściwie nie wiem po co. Nie wiele było informacji o tym, w jaki sposób powstały, a więc każda adnotacja na ich temat przybliży nas do prawdy, chociażby miały być to powieści, gdzie główną rolę grają bogowie. Obecnie wiedza ta pozwoli nam jedynie lepiej zrozumieć ich pochodzenie no i dzięki zwojowi ich anatomię, bez czasochłonnego studiowania zwłok skrzydlatych wilków. Nie, żeby mi ta czynność przeszkadzała, natomiast rzadko udaje się trafić na dobrze zachowane szczątki, a jeszcze rzadziej można robić to za zgodą martwego.
No nic, noc nie była najmłodsza, a mnie po setnym przestudiowaniu ryciny zmógł sen, toteż leniwie ułożyłam się obok malca, wpierw lokując go na jednym z brzegów legowiska, gdyż ten rozłożył się na samym jego środku- do teraz trudno pojąc jak takie małe ciałko, potrafi przejąć aż tak dużą przestrzeń.
***
- Obudź się- kolejne szarpnięcie i jęki Eredena przywróciło mi świadomość.
- Śpij jeszcze. Jest wcześnie — wymamrotałam, przekręcając się na drugi bok.
- Nie chcę!- zaprotestował hardo - Chcę jeszcze dowiedzieć się czegoś o roślinach, zanim ojciec mnie odbierze.
- To wybierz sobie coś z półki i daj mi spać.
Szczeniak nie dawał jednak za wygraną. Koniecznie chciał, abyśmy teorię zamienili w praktykę. Uznał, że zwoje zostawi sobie na deszczowe dni, a teraz woli z bliska przyjrzeć się tojadowi, czy chociażby wawrzynkowi.
- Póki jesteś mały, masz immunitet, ale przysięgam, że gdy dorośniesz, zaznasz wszelkich możliwych tortur, jakie poznałam przez lata- wyszczerzyłam zęby, próbując zadbać, aby mój uśmiech jak najlepiej zamaskował irytację.
Gdy tylko zwlekłam cielsko, ten ochoczo ruszył do wyjścia z dumnie uniesioną głową. Gdy tylko wyłoniłam się za skalnej ściany, promienie Słońca, wdzierające się do groty, rozścielały przyjemny blask na zawieszone susze roślinne. Zdawało się niemal, że dzięki temu wydzielają wdzięczną i słodką woń. A może to tylko halucynacje spowodowane wczesną porą. Nie mniej, widok był zaskakująco przyjemny, toteż nawet przez chwilę przeszło mi przez myśl, że czasem może i warto wcześniej zwlec się ze sterty skór.
- Idziesz?! - szczeniak przebierał niecierpliwie łapami, czekając już na zewnątrz.
- Do czego to doszło, że wykonuje polecenia basiora - parsknęłam, zrównując się z bratankiem.
Ten przekręcił łeb na znak niezrozumienia, ale szybko zmieniłam temat, pytając go o pierwszy napotkany kwiat.
- Proste, wrotycz - zadowolony z siebie, pomachał jedynie ogonem, czekając na uznanie z mojej strony.
- No dobra, a coś więcej? Jak się stosuje, albo chociaż na co? - łypnęłam na niego okiem.
- Em... działa na zatrucia i przeciwbólowo.
- Coś jeszcze?
Ten podumał jeszcze chwilę, wpatrując się w żółte główki kwiatu, jakby miały mu podpowiedzieć kolejne właściwości. Niestety roślina milczała jak zaklęta, pozostawiając malca z jego własną pamięcią.
- Powąchaj- poleciłam, na co szczeniak posłusznie zaciągnął się zapachem- I co?
- Bardzo dziwnie pachnie.
- No i kto nie przepada za tym zapachem? No dawaj, Ereden, mówiłeś, że to łatwe.
- Owady?
- Dokładnie, potrafisz je wymienić?
- Em, no te... Mrówki. Muchy, kleszcze. O! I komary!
- Doskonale! Pamiętaj, że nazwa rośliny nie czyni z ciebie speca. Jeśli chcesz kiedyś parać się zielarstwem, powinieneś poznać przynajmniej ich właściwości. No, skoro rozgrzewkę mamy za sobą, idziemy dalej.
Ten przytaknął tylko i żwawo ruszył za mną, chętnie zadając pytania na temat roślin, jakie poznał z pism. Bardzo interesował się tojadem, jednak każde moje pytanie na temat jego ciekawości tą konkretną rośliną wyjaśniał czystą ciekawością.
- A to jak myślisz? - wskazałam na pęczek drobnych, intensywnie złotych kwiatów.
- Jaskier pospolity. Wywołuje, biegunkę, nudności i zawroty głowy. Po kontakcie ze zranioną skórą może powodować jej swędzenie i wysypkę.
- No jestem pod wrażeniem. A czym się różni od kniecia błotnego, którego zwykle nazywamy...
Ha, wiedziałam, że tu Cię zagnę. Kaczeńcem. No słucham- przysiadłam, cierpliwie czekając na wypowiedź malca.
-Jaskier ma drobniejsze kwiaty, dłuższą łodygę i takie... pierzaste, poszarpane liście. Kaczeń... knieć błotna- poprawił się, widząc mój wzrok- Ma masywniejsze kwiaty i liście. Można je znaleźć na wilgotniejszych terenach, blisko rzek i stawów.
- Brawo. To teraz zrobimy małą przerwę na śniadanie, a w jego trakcie opowiesz mi o zastosowaniu.
Nie trzeba było długo czekać na zgodę ze strony młodego basiorka. Skupiliśmy się na szukaniu tropów jakiegoś drobnego stworzenia, które nadałoby się dla nas na posiłek. Brnęliśmy chwilę w gęstej trawie, próbując zwęszyć jakiś trop. Nos podpowiedział mi, w którą stronę powinnyśmy się udać, jednak kilkanaście metrów dalej, woń stawała się coraz bardziej niepokojąca, zagadkowa. Ślady również nie wskazywały, że to będzie coś zwyczajnego i tak też przedzierając się na skraj polany, udało nam się dotrzeć do miejsca, gdzie kilka dni wcześniej stoczyła się bitwa. Batalia stoczona między pokaźnych rozmiarów odyńcem, leżącym teraz bez życia w trawie, zesztywniałej od jego krwi, a czymś, co było w stanie w pojedynkę go powalić.
Bacznie zlustrowałam wzrokiem truchło zwierzęcia, w którego boku ziajała wielka rana, ukazująca białe kości żeber i jelita, barbarzyńsko wywleczone na wierzch.
- Wszystko w porządku? - Ereden patrzył na mnie z przejęciem.
- Nie sądzę. Musiał zginąć tej nocy. To nie jest robota dla jednego wilka.
-To co to mogło być? - zbliżył się do ciała, badając ślady walki.
Dzik był pokiereszowany, ale nie oddał skóry łatwo. Świadczyła o tym krew na obydwu kłach, w tym jeden został ułamany, możliwe, że podczas starcia i utkwił w ciele bestii zdolnej do powalenia drania. Siła, jak i wielkość szczęk, które wyrwały taki kawał z jego boku, nie łatwo było zaklasyfikować do żadnego znanego mi gatunku, zamieszkującego nasze tereny.
- Nie wiem, ale nie powinniśmy tu dłużej być. Musimy kogoś zawiadomić- rozejrzałam się nerwowo po okolicy, szukając obecności stwora.

<Ereden?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1003
Ilość zdobytych PD: 501 PD + 5% (25 PD) za długość powyżej 1000 słów
Obecny stan: 2490 PD

sobota, 2 kwietnia 2022

Od Lonyi c.d Atrehu | Naharys | Pina | Tsumi ~ W głowie się nie mieści

Tsumi jest w ciąży?! Słowa brata wwierciły się w mój umysł, przez chwilę nie dopuszczając żadnego innego dźwięku, jakby świat wokół mnie zamarł. Łapy nie pozwoliły postąpić kolejnego kroku, a jedyne na co pozwalało mi ciało to bezradne obserwowanie jak Naharys wygraża się leżącemu pod nim Atrehu.
Ostatnie chłodne spojrzenie brata w moją stronę wyrwało mnie z paraliżu. Dlaczego tak się czułam? Dlaczego te słowa tak zabolały? Nie, przecież to nie może być prawda. Atrehu... on nie jest taki, nie może być. Nie zrobiłby jej tego.
- Atrehu? -W głowie miałam pustkę, a jednocześnie miliony myśli, chaotycznie wirujących w umyśle. W tamtej chwili, byłam w stanie jedynie wymówić jego imię.
Basior odpowiedział na zawołanie, kierując na mnie swój wzrok. Nie byłam w stanie jednak spojrzeć w jego oczy. Nie odzywał się, tylko cierpliwie czekał, aż w końcu się wysłowię, ponieważ od dłuższej chwili w mojego pyska nie był w stanie wyłonić się nawet jeden dźwięk. Bezcelowo poruszałam żuchwą, licząc, że to coś da. Trudno było mi zapanować nad zagubionym umysłem i ciałem, którego mięśnie w żaden sposób nie chciały dać się zdyscyplinować. Najtrudniej jednak było zapanować nad sercem, którego od dłuższego czasu uderzało w rytm racic spłoszonego stada saren. Nie wiem ile czasu tak stałam, robiąc z siebie wariatkę, jednak Atrehu w końcu doczekał się reakcji z mojej strony-zbliżyłam się na sztywnych nogach, siadając blisko niego.. - To, co mówił Naharys...To prawda, że Tsumi jest w ciąży z Twoimi szczeniakami?
Teraz to on stał jak wryty. Czułam jego zakłopotanie, a raczej widziała, gdyż mięśnie żuchwy drgały, zaciskając się i na zmianę rozluźniając, jednak nie zajęło mu to tyle czasu co mi, aby opanować nerwy i posadzić zad na ziemi, gdzie jeszcze chwilę wcześniej, mój brat wyrzucał ze swego pyska jad. Nie wiem, czy zrobił to przypadkiem, czy może jednak celowo, ale przytknął swój bark do mojego, dbając o ich zetknięcie. Nie protestowałam, a może jednak powinnam?
- Tak - dodał po chwili.
Poczułam mrowienie wzdłuż kręgosłupa. Nie to, które poprzedniej nocy wprowadzało mnie w euforyczny stan. - I uprzedzając Twoje niezadane pytanie. Dowiedziałem się o tym tuż po tym, gdy odprowadziłem Cię wczoraj do jaskini...
Nie zrobił, więc tego celowo. Serce pierwszy raz od dłuższej chwili spowolniło ten szalony galop w klatce piersiowej. Strach ustąpił teraz miejsca złości. Ogromnej wściekłości, którą pałałam do brata. Uważałam go za rozsądniejszego, a już na pewno nie za kogoś, kto rzuca się z kłami w stronę przyjaciela na podstawie źle wyciągniętych wniosków. Pozwolił, aby emocje wzięły górę. Tak nie powinien robić syn przywódców watahy szczycącej się osiągnięciami bojowymi.
Furia kotłowała się w mnie, zwłaszcza kiedy rudy wilk starał się bronić Exana. Nie miałam zamiaru kryć mojej niechęci wobec brata. Nie po tym, co zrobił. Zrobiło mi się szkoda mojego towarzysza. Poturbowany, zaszczuty przez bliskiego mu wilka, a mimo to nadal pozostał mu wierny, broniąc jego stanowiska.
Teraz również chciał coś powiedzieć, jednak oparł łeb o moją pierś, po czym momentalnie zamilkł. Ponownie ogarnęła nas cisza, którą wykorzystałam na czerpanie przyjemności z czułego dotyku drugiego wilka.
***
Wsłuchałam się w historię Atrehu, który zdecydował się podzielić ze mną swoją przeszłością, która jak można było się spodziewać po poznaniu sekretu jak jego matka próbowała przed nim zataić, nie była usłana różami. Może w fazie wstępu, gdzie jego ówczesna wybranka była dla niego całym światem.
Podstępnie skradła jego serce, wykorzystując uczucie jakim ją obdarzył do pozyskiwania zachcianek. Ciało Atrehu zdradzało jego emocje. Pewnie nawet nie był świadomy, jak w niektórych momentach jego głos wręcz niezauważalnie się załamywał, a pazury wżynały się w ziemię. Ponownie dało się zauważyć jak los skopał basiora. Żył w bańce, którą cała jego rodzina stworzyła wokół niego, tylko po to, by w kluczowym momencie ją rozbić i uświadomić mu, jak długo był robiony w ch*ja.
-... Tsumi... jest w ciąży i nie zamierzam jej zostawiać. Zaopiekuję się nią i szczeniakami. Wezmę odpowiedzialność, za swoje czyny. Nawet jeśli to nie miłość. Jestem pewny, że z czasem się w sobie zakochamy. Może...
-Rozumiem- przerwałam mu, wtulając się w jego łeb. Ostatnie słowa cholernie mnie zabolały. Czemu? Kur*a czemu?! Przecież... nie znamy się. To tylko jeden niezobowiązujący raz... a jednak. Mimo kojącego i ciepłego głosu Atrehu, nie miałam ochoty słyszeć ani jednego słowa.
Patrzyliśmy na siebie przez moment. Żadne z nas nie powiedziało już nic. Patrzył mi prosto w oczy, a ja gapiłam się w jego. Czułam, że samiec podjął już decyzję, w której nie widziałam dla siebie miejsca. Nie odbiorę szczeniakom ojca. Wpiłam się nieśmiało w usta samca, na co ten w jednej chwili nasilił dotyk swoich warg o moje, zamieniając niewinny pocałunek w gorący i jakże namiętny, godny zapamiętania.
Zerknęłam na niego, obdarowując go najcieplejszym spojrzeniem, jaki mogłam z siebie wykrzesać.
- Spotkamy się później. Musimy się powoli zbierać. Renesmee nie będzie czekać na nas w nieskończoność- zerwałam się stanowczo z przysiadu, ruszając w stronę groty.
- Lonya? - jego głos ponownie przywołał moje spojrzenie.
Z trudem kolejny raz spojrzałam w jego stronę. Nie potrafiłam wykrzesać z siebie już żadnego pozytywnego uczucia. Mogłabym przybrać maskę, którymi obdarowywałam mniej znaczące dla mnie wilki, dla zyskania korzyści, ale nie tym razem. Nasze losy splotły się, zostawiając widoczną szramę w moim umyśle... hmm.. a może i nawet sercu. Nie zasłużył, aby kolejny raz ktoś go oszukał.
- Obiecaj, że nie pójdziesz do niego.
- Spokojnej nocy, Atrehu - dodałam łagodnie, zostawiając go za plecami.
Nie odpowiedziałam już na kolejne wołanie. Z każdym kolejnym, szczęki zaciskały się coraz mocniej, nie pozwalając na ujście emocjom, które szaleńczo kotłowały się w moim ciele. Złość, a właściwie szał, dezorientacja, żal, który z każdym krokiem, sekundą zamieniał się w rozpacz.
Powrót miał nastąpić kolejnego dnia zaraz po świcie. Nie mogłam, a w zasadzie nie chciałam zgodzić się na marsz w takim towarzystwie. Na pewno nie teraz, kiedy wszystkie emocje, których w sobie nie znosiłam brały górę.
Drżące łapy kierowały w stronę jaskini, która została mi przydzielona podczas pierwszego dnia. Wieczór był młody, toteż wiele wilków radośnie krzątało się po okolicy, obdarzając mnie wymownym spojrzeniem. Nikt się nie odezwał słowem, ale spojrzenia jasno dawały znać, że wieść o zwadzie rodzeństwa się rozeszła.
Spojrzenia wszystkich skierowane były w moją stronę. Czułam się, jakbym była winna całemu złu, jakie opanowało świat. Kolejny raz stałam się wyrzutkiem, tą która znowu jest wytykana. To pierd***ne uczucie, które towarzyszyło mi w dzieciństwie. Czy ja ku*wa mogę w końcu przestać być stygmatyzowana?! Cholerna wataha, cholerna kłótnia, do diabła z wami wszystkimi! Nie musiałam szukać potwierdzenia w swoim odbiciu- wiedziałam, że moje przeważnie złote tęczówki, skąpały się teraz w karmazynie. Działo się tak zawsze, gdy furia ogarniała moją osobę.
Ciało kipiało ze złości, nie godnej nikogo mojego statusu, czy też profesji. Kipiało kiedy przechodziłam koło gwarzących wilków, jednak te zamilkły, gdy tylko napotkały moją sylwetkę. Kipiało, gdy wkraczałam na ścieżkę, prowadzącą ku grotom, gdzie wilki idące w przeciwnym kierunku schodziły mi z drogi. Kipiało nawet wtedy, gdy przekroczyłam próg jamy, znikając w ciemności przed spojrzeniami gapiów. Stałam na środku, dysząc ciężko i wlepiając spojrzenie we własne pazury, które zaciskałam na skalnym podłożu. Moje mięśnie drżały, niczym u rozdygotanego szczenięcia. Różnica była taka, że w przypadku takiego szczeniaka, robił to z zimna lub ze strachu, mnie od środka rozsadzała wściekłość i rozpacz- obydwie w równym stopniu nieokiełznane, szukające jak najrychlej ujścia.
Emocje przejęły kontrolę nad czynami, siejąc zamęt w jaskini. Wcześniej starannie poukładane pakunki, fruwały niekontrolowanie po grocie, rozsypując swoją zawartość po podłodze, podobnie skończyły gliniane dzbany, które roztrzaskiwały się o skalne ściany, nanosząc na nie kleiste mazie, znajdujące się w ich wnętrzu. Do moich nozdrzy wdarła się silna woń maści mlaskających o skalne powierzchnię i im bardziej zapach stawał się silniejszy tym głośniej wyrzucałam z siebie nieprzyzwoite epitety.
- Wszystko w...
- Won! - ryknęłam dziko na wchodzącego do środka wilka.
Wbiłam rozsierdzone spojrzenie w bursztynowego basiora, który po pobieżnym rzuceniu okiem na stan wnętrza, wycofał się na zewnątrz, nie chcąc skończyć jak ruchomy cel.
- Na ch*j się pyta! - warknęłam poirytowana w myślach, rozprawiając nad irracjonalnym tokiem myślenia samca.
Sam fakt jego wtargnięcia, na nowo rozniecił chęć dalszej destrukcji, czego ofiarami stały się półki z wcześniej równo ułożonymi zwojami ze skór. W tej chwili niczym płatki śniegu wirowały w powietrzu odbijając się głuchym dźwiękiem od wszystkiego co napotkały na drodze lotu.
Gdy każda rzecz, która fizycznie miała możliwość zmienienia swojego stałego miejsca pobytu, runęłam na stertę skór robiących mi za posłanie. Nie, nie po to żeby odpocząć- wyłącznie po to, aby kopać w nie z bezsilności i kontynuować swoje wrzaski, które tym razem były stłumione w materiale.
-Lonya!- znajomy mi głos dotarł do mnie z progu jamy.
W tym momencie chwyciłam najbliżej leżący mnie przedmiot i cisnęłam nim w kierunku brata.
Instynktownie zrobił unik, przed nacierającym w jego stronę ciężki zwojem, który zapewne opisywał wszelkie znane lekarzom mięśnie, ich zaklasyfikowanie i ewentualne formy terapii przy uszkodzeniu.
-Co ty do cholery robisz?!- ryknął zdezorientowany, przybierając pozycję gotową do wykonania ewentualnego uniku.
- Jeszcze krok, a kolejny trafi Cię między oczy - syknęłam w jego stronę, wpatrując się gniewnie w sylwetkę brata.
-Z resztą nieważne, i tak nie przemówię Ci do rozumu- prychnął, zastygając u wejścia.
- Do rozumu? Śmiesz kur*a przemawiać MI do rozumu!? Rzuciłeś się na Atrehu jak bezrozumna bestia! Nie masz prawa "przemawiać" mi do rozumu- chwyciłam kawałek gliny, który jeszcze kwadrans temu był naczyniem i cisnęłam nim o podłogę, nie chcąc, aby w ten sposób skończyła głowa brata.
-Zrobiłem, co musiałem i zabiłbym tego drania za to, co Ci zrobił! Czy ty tego nie widzisz?! Ten suczy syn potraktował Cię, jak pierwszą lepszą. Jeśli myślisz, że przeszedłbym obok obojętnie, to jesteś w srogim błędzie.
-Żartujesz ze mnie?! Jestem dorosła i podjęłam decyzję sama. Przespałam się z nim, bo tak mi było na rękę, bo tego chciałam. A TY zamiast załatwić sprawę między nami, wolałeś zabawić się w troskliwego brata omal nie masakrując go o skały. Co z Tobą do kur*y nędzy kierowało, wiedząc, że Tsumi ma urodzić jego szczeniaki?!
Naharys zacisnął zęby ze wściekłości, aż zadrżały mu żwacze. Widząc, że nie mam pod ręką żadnego przedmiotu służącego za pocisk, podszedł stanowczo w moją stronę. Jego lśniące oczy wisiały nade mną, obdarzając mnie zabójczym spojrzeniem.
- Ty kur*a sama nie rozumiesz co mówisz. Zabiłbym go, BO CIĘ KOCHAM IDIOTKO! Chyba zamieniłaś się z baranem na rozum, jeśli myślisz, że tylko się zgrywałem. A co do Tsumi to nie rozumiesz nadal?! Jak ty zaciążysz , to mu się znudzisz, tak samo jak Tsumi i w podskokach powędruje do innej. Czy ty się w ogóle szanujesz? Z resztą... Jesteś dorosła- dodał z sarkazmem, odsuwając się nieznacznie.
Może i dobrze, bo jego butny ton zaczął na nowo wzbudzać we mnie chęć mordu, którą od samego początku doskonale podsycał. Zmarszczyłam paskudnie nos, ukazując ostrzegawczo zęby i lustrując go wzrokiem z niemała złością.
- Masz rację, jestem dorosła! To chwila, której nie żałuję. Przez moment ktoś się mną zainteresował i nie oczekiwałam niczego więcej. Poczuć chociaż przez moment, że jestem dla kogoś całym światem. Wiedziałbyś o tym, gdybyś ruszył łbem i porozmawiał ze mną, zamiast skakać mu do gardła. Masz Pinę, z którą zapewne niedługo zadbasz o powiększenie swojej rodziny. Ja nie mam nikogo i nawet to mi postanowiłeś odebrać! Jesteś buc... Buc i baran, bo straciłeś przyjaciela, który oddałby za Ciebie życie. Za Ciebie i za te cholerne szczeniaki, dla których będzie z Tsumi, żeby pomóc je wychować...- urwałam na moment, czując, że nawet nie mam już sił na ukrywanie łez, które od pożegnania się z Atrehu cisnęły mi się do oczu. -Gotów jest zrobić dla nich wszystko i zapewnić im normalne dzieciństwo, którego żadne z nas nie miało. Jutro wszystko wróci do normy. Ty z Piną zamieszkacie razem, on zaopiekuje się Tsumi, tak jak na to zasłużyła, a ja wrócę do lecznicy,z której nie będę mieć powodów, aby szybko wychodzić.
- Błagam Cię zastanów się, co ty mówisz. Tak mam rodzinę, do której należysz w równym stopniu i nikt, ani nic tego nie zmieni. Pomyśl też, dlaczego postąpiłem tak, a nie inaczej? Powtarzam: kocham Cię, siostro. Kocham Cię i jesteś całym moim światem. Myślisz, że dla byle łajzy bym poświęcił taką przyjaźń? Przyjaźń, która w ostatecznym rozrachunku okazała się gówno wartą kupą gówna! Jesteś warta kogoś, kto szczerze Cię pokocha, a nie obdarzy złudnym uczuciem na chwilę. Tym kimś nie jest Atrehu. On myśli tylko o sobie i o tym, jak się zaspokoić.
Prychnęłam z bezsilności, wlepiając wzrok w przestrzeń obok basiora.
-Ty naprawdę nie rozumiesz, że podejmujesz decyzję w chwilach, które Cię nie dotyczą. Doprawdy uważasz, że gdyby on mnie wykorzystał dla własnej satysfakcji, uszłoby mu to płazem? Uwierz mi, że gdyby tak się stało, to nie wymyślono jeszcze słów na to jak bardzo by cierpiał. Nie doceniasz mnie braciszku i to nie pierwszy raz w życiu. Dlatego nie zasłaniaj się moim dobrem, angażując się w sprawy, które nie wymagają Twojej ingerencji. Czasy, kiedy byliśmy szczeniakami, a ja nie potrafiłam o siebie zadbać już dawno minęły. Już nie jestem byle psiną, która podkula ogon na widok kpiących spojrzeń. Teraz sama potrafię przejąć kontrolę nad sytuacją. Nikt mnie już nie skrzywdzi, unikając konsekwencji. Będę najgorszym koszmarem tego kto stanie mi na drodze do osiągnięcia celu. Bez wyjątku - ponownie wbiłam spojrzenie w basiora, któremu posłałam jakże wymowne spojrzenie.
- Mówisz, że jesteś twarda, nieustępliwa, umiejąca upomnieć się o swoją krzywdę. Czemu więc tego nie robisz? Czemu nie zareagujesz na to, że olewa Twoje uczucia i wierność Tsumi i powędrował do Ciebie. Pomyśl, że z jego nasienia urodzisz szczeniaki, którymi się nie zainteresuje. Dopiero wtedy zareagujesz?
-Zdaje mi się, czy to chodzi o TWOJĄ krzywdę, bo ja w całej sytuacji nie czuję się jak ofiara. Żadne z nas nie deklarowało sobie związku. Przyszedł tu z Tsumi i z nią stąd odejdzie. Byłam tego świadoma tamtej nocy, jak i teraz, stojąc przed Tobą! Olewa moje uczucia? Które? Wk**wienie, które mną miota od dłuższego czasu? O to uczucie Ci chodzi? Możesz być pewien, że to nie on jest powodem mojej furii. Ubzdurałeś sobie coś i brniesz w ten bezsensowny spór, który nie miałby prawa bytu, gdybyś trzymał swoje nadęte ego na smyczy!
- Moją krzywdę? Że bronię Cię przed pohańbieniem? Przed splamieniem honoru? Zapomniałaś już o naukach naszych rodziców? Oddanie, waleczność, chwała i HONOR!- basior począł wymieniać hasła wpajane nam od dziecka akcentując ostatnie z nich- Wku*wiasz się, że omal nie zabiłem drania, który w moim mniemaniu, potraktował Cię jak... nie wypowiem tego słowa, przez względem na naszych rodziców. Tak, naszych rodziców, a ty jesteś moją siostrą!. Ch*j, że przyszywaną, ale kochamy Cię bardzo, czy to się dla ciebie nie liczy?... Zaczynam już w to powątpiewać. Idź "dorosła" wadero, zostawiam Cię samą ze swym gniewem, ale przemyśl to, co Ci powiedziałem... być może zrozumiesz. A jak nie, to nie... Skończyłem z Tobą rozmawiać.
Mówiąc to, odwrócił się powoli i wyszedł, a raczej wybiegł z jaskini. Ruszyłam za nim, jednak zatrzymałam się w wejściu odprowadzając go wzrokiem i słowami.
-Zrozumiem, o ile ty w końcu pojmiesz, że to moje życie i nie masz prawa się w nie wtrącać!- mój krzyk przeszył okolicę, a spojrzenia wszystkich, do których dotarł owy wrzask, skierowały się na moją sylwetkę. Wszystkich z wyjątkiem brata, który konsekwentnie kłusował przed siebie.
-Nawet się buc nie zatrzymał- prychnęłam do siebie, wodząc na ślepo kółka po grocie. Lawirując tak wśród zgliszczy jamy, analizowałam nasz spór. To na pewno nie pomagało mi ujarzmić nerwów siejących spustoszenie w mojej głowie. Niczym pozbawione rozumu zwierzę, barbarzyńsko potraktowałam wyposażenie mojej nory. Teraz miałam ogromną ochotę zatopić pazury w bracie, który ingerując w moje prywatne sprawy, zanegował tym samym moją wolność i niezależność, jakbym był chłystkiem. Pierwszym lepszym kadetem, który potrzebuje podążać za swym mistrzem, ślepo przyjmując każde polecenie. Ponownie całą złość przelałam na zmięty pergamin, walający mi się pod łapami, precyzyjnie wymierzając w niego kopniaka.
-Kim ja, ku*wa jestem, że możesz się tak do mnie zwracać- ponownie fuknęłam sama do siebie.
Kłótnia pomogła mi podjąć decyzję, która jeszcze kwadrans temu zdawała się tylko kaprysem zrodzonym z emocji. Teraz kipiąca gniewem, nie miałam złudzeń, że ta myśl była jedyną, jaką mogłam obecnie podjąć.
Ponownie ruszyłam w stronę wyjścia, tym razem za cel obierając sobie grotę moich rodziców. Podążałam dobrze znaną mi ścieżką, nie zwracając uwagi na inne osobniki, napotykane na drodze.
- Lonya - głos matki powitał mi w progu.
Starała się, aby był on jak najbardziej naturalny, jednak zatroskanie było wyraźnie wyczuwalne.
- Wyruszam. Tej nocy - spojrzałam w jej oczy, aby chwilę później napotkać wzrok ojca.
- Droga jest długa i na pewno nieprzyjazna nocą. O co wam poszło?- Ramar zrównał się ze swoją partnerką.
- Nie sądzę, że powinniście być zaangażowani w nasz spór. W każdym razie przyszłam się z wami pożegnać. Przykro mi, że w takich okolicznościach, jednak sytuacja nie pozwala mi zrobić tego w inny sposób.
- Nie powinnaś iść sama. To zbyt niebezpieczne- Eloney pokręciła głową, postępując krok w moją stronę.- A tobą kieruje złość. To zły towarzysz w takiej podróży.
-Dobry, czy nie, na pewno jakiś. Mam swoje zobowiązania, których muszę dotrzymać, tego mnie uczyliście prawda? Nie mniej, dziękuję wam za gościnę, miło było was znowu zobaczyć po takim czasie. Do zobaczenia- skłoniłam się w geście szacunku, po czym odwróciłam się zwinnie w stronę wylotu z jamy.
Chociaż zatroskani, nie podjęli próby zatrzymania mnie. Czułam jak ich wzrok odprowadza mnie po ścieżce prowadzącej w dół. Dopiero u podnóża wzgórza usianego jamami, będącymi schronieniem dla watahy, spojrzałam w górę, gdzie nadal stali moi przyszywani rodzice.
Nie wiem czemu, ale wtedy poczułam się jakbym miała pożegnać ich na zawsze.
***
Noc była nieco pochmurna, także księżyc, będący jedynym źródłem światła znikał wśród czarnych peleryn otulających niebo. Zwiastowało to chłodną i wilgotną noc, podczas której przyszło mi podjąć wędrówkę
-Bardziej parszywej aury nie mogłam napotkać- rzuciłam w myślach, jednak stanowczo trzymałam się podjętej decyzji. Nie zważając na warunki atmosferyczne gotowa byłam brnąc w śniegu i ulewie, byle późnym porankiem móc zadekować się w mojej własnej grocie.
-Lonya!
-Co tym razem? -Miałam już dosyć towarzystwa, a tym bardziej opóźniania mojego marszu, dlatego obróciłam się zrezygnowana w kierunku wołającego mnie wilka. Dopiero, kiedy dostrzegłam kim jest ów basior, zaniechałam okazania swojego znużenia towarzystwem.
Ku mnie kroczył Atrehu, zwalniając tempa, kiedy był bliżej mnie.
Serce zabiło mocniej, a kąciki warg uniosły się delikatnie, wysilając moją mimikę na słaby uśmiech.
- Gdzie się wybierasz?- zapytał zdyszany
- Zapewne słyszałeś co zaszło między mną, a bratem
- Chyba każdy słyszał- jego uszy przywarły do boków ciała, a wzrok skierował obok mnie.- Szczerze, nie dało się słyszeć, jeśli było się w okolicy z całkiem dobrym słuchem.
- Więc zapewne nie zdziwi Cię, że wracam.
- Ale.. ale jak to? Nie gadaj głupot, przecież możesz wrócić z nami
-Atrehu- przerwałam mu, patrząc na niego ciepło.- Wiele się dzisiaj wydarzyło. Naprawdę to będzie bardzo niezręczne dla mnie i jestem pewna, że dla Ciebie też. Cudownie było spotkać się z rodziną, a noc z Tobą... Ja... Cieszę się, że tu byłeś. Naprawdę muszę już iść.
- Nie musisz. Nawet nie powinnaś. Nie pozwolę, żebyś plątała się taki kawał sama i to jeszcze w nocy
- I co zostawisz Tsumi samą? Exan jest świetnym wojem, ale na wypadek zagrożenia, nie będzie w stanie odeprzeć wroga i zapewnić bezpieczeństwo dwóm ciężarnym waderom. Tak będzie lepiej. Pamiętaj, że masz zobowiązanie wobec Tsumi. Będę tylko przeszkadzać, więc jeśli będziesz chciał porozmawiać zrobimy to już na terenach Rene, wiesz gdzie mnie szukać.
- Lonya, naprawdę nie ma powodów, żebyś się wymykała w środku nocy. Nie będzie tak źle- basior próbował mnie przekonać, jednak bez skutku.
Wbiłam w niego ślepia, ponownie pozwalając, aby na moim pysku zakwitł uśmiech dedykowany specjalnie dla niego. Nie do końca wiedziałam czemu miał on służyć- jego zadaniem było pocieszenie samca, zapewnienie go, że bez problemu poradzę sobie z trudami podróży w pojedynkę... a może po prostu chciałam zamaskować swoje prawdziwe emocje.
- Powinieneś skupić się na Tsumi. Ona i szczeniaki powinny być dla Ciebie teraz priorytetem. Może nie znam Cię tak dobrze jak mój brat, ale sądzę, że moja obecność będzie dla Ciebie utrudnieniem . Masz sposobność w pełni skupić się na niej i zadbać o wasz związek. Naprawdę muszę już iść, a ty nie powinieneś rozpraszać się przed podróżą. Jeżeli będziesz chciał ze mną porozmawiać, wiesz gdzie mnie znaleźć. Do zobaczenia, Atrehu.
Postąpiłam kilka kroków w tył, nadal wpatrując się w samca. Nie wyglądał, jakby chętnie przystawał na mój pomysł, jednak uszanował moją decyzję.
Będąc pewna, że nie podąży za mną, odwróciłam się energicznie, co pozwoliło mi na uniknięcie kolejnych świadków łez cisnących się do moich oczu. Nabierały na sile, wzbierając się na dolnych powiekach, jednak stanowcze pokręcenie głową na nowo ustawiło je w ryzach, każąc się im wycofać. Dlaczego tak chętnie napierały do ślepi? Przecież nic sobie nie obiecywaliśmy! Nie powinny mnie teraz rozpraszać, tak samo jak nic innego, bowiem przede mną długa i męcząca wędrówka.
Czas wrócić do domu.

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 3417
Ilość zdobytych PD: 1708 + 15% (256 PD) za długość powyżej 3000 słów
Obecny stan: 1964 PD

sobota, 12 marca 2022

Od Lonyi c.d Ereden'a ~ Ujarzmić diabła

Nabi przesiadywała w swojej jaskini, jak zawsze pielęgnując zioła, które niedawno zebrała, jak i te, które były już w różnych etapach suszenia. Była jedną z lepszych zielarek, z jakimi miałam styczność, a można to wywnioskować po intensywnym zapachu roślin, panującym w jej grocie. Chociaż część z nich nie miała już grama wody, nie utraciły swoich walorów zapachowych.
Przyznaję, odrobinę obawiałam się pierwszego spotkania niewidomej wadery z bratankiem, znając jego poglądy na temat "odmienności". Chyba brak wzroku nie był dla niego tak odstręczający, jak skrzydła, bo z entuzjazmem przyjął do wiadomości fakt, jak gospodyni radzi sobie w życiu codziennym.
Wchodząc do środka od razu zaczął pociągać nosem z zainteresowaniem wyłapując dobrze mu znane wonie, jak i te które rejestrował pierwszy raz w życiu. Ostrożnie przeczesywał jaskini, badając każdy zwitek ziół, jaki udało mu się dostrzec.
- Chyba będziesz mieć wkrótce pomocnika. - szepnęłam do Nabi, obserwując zachowanie szczeniaka.
Ta tylko zastrzygła uszami, wodząc małżowinami za ruchami małego basiorka, uśmiechając się przy tym. Rzeczywiście miała bardzo dobry słuch, bo bezbłędnie namierzała każdy jego krok, mimo iż stąpał cicho i jak na szczeniaka z wyjątkową ostrożnością.
Nie czekając, aż malec sam znajdzie sobie zajęcie, a chyba każdy rozsądny osobnik jest w stanie przewidzieć skutki zostawienie krnąbrnego młodzika w jamie z trującymi roślinami, wręczyłam mu kilka zwojów botanicznych.
Chcąc sprawnie załatwić wizytę u zielarki, przekazałam jej listę interesujących mnie produktów. Dumałyśmy jeszcze kilka chwil nad dodatkowymi pozycjami, co jakiś czas zgadzając się na ich przygotowanie. Konwersacja została zakłócona przez obecność kolejnego przybysza. Rejestrując jego sylwetkę, na moim pysku zakwitł mimowolnie uśmiech.
Atrehu zbliżył się do naszej trójki, uprzednio witając się z właścicielką jamy, jak nakazywała kultura, aby zaraz powitać mnie i Eredena, którego obecność odrobinę mogła zdziwić.
- Co tam? Widzę, że nie jesteś sama. - jego wzrok spoczął na synu Exana.
- Obiecałam Naharysowi, że zajmę się dziś jego malcem. Niezły z niego diabeł.
Wypowiadając ostatnie zdanie, zniżyłam ton, jednak nie na tyle, aby specjalnie unikać słuchu Eredena.
- Słyszałem! - fuknął, nadal nie odrywając wzroku od rycin wypalonych na zwojach.
Jak na zawołanie, kąciki ust wszystkich dorosłych obecnych w pomieszczeniu, uniosły się na dźwięk słów białego szczeniaka. Nabi zarejestrowała w głowie wszystkie interesujące mnie pozycje z tylko wydłużającej się listy, więc nieśpiesznie krzątała się po grocie, poszukując ziół, o których rozprawiałyśmy dobre kilka chwil. W tym czasie rudy samiec posłał mi porozumiewawcze spojrzenie.
- Ereden, chciałabym porozmawiać z Atrehu na spokojnie. Masz tutaj jeszcze jeden zwój do przeczytania i bądź grzeczny! Nabi może i jest niewidoma, ale też nie potrzeba jej twoich wybryków!- wyciągnęłam w jego stronę kolejny zwitek, który należał do Nabi.
Swoją drogą ciekawiło mnie, po co niewidomej waderze tyle pergaminów, jednak kiedyś wspominała, że wzrok straciła, będąc dorosłą wilczycą, więc to pewnie pamiątki z przeszłości.
- Tak, ciociu! - rzucił Ereden, nie kryjąc w swoim głosie niezadowolenia.
Przejął kolejny wolumin, aby chwilę później zniknąć w jednej z wnęk obszernej jaskini Nabi, aby skryć się przed ciekawskim bratankiem.
- O co chodzi? - spojrzałam przez ramię na samca, która szedł za mną.
- Już mówiłem, wyłapałem Twój zapach i nie mogłem obojętnie przejść obok. - Atrehu podszedł do mnie, prostując się, aby łeb mieć jak najwyżej. Robił to dosyć często i nawet kilka razy przeszło mi przez myśl, że uwielbia wykorzystywać swój wzrost podczas rozmów ze mną. Z jednej strony nie znosiłam, gdy się tak wywyższał, jednak z drugiej nie wiedzieć czemu, podobało.
- Aż trudne, że wyłapałeś mój zapach, skoro wokół groty jest taka mieszanina zapachów roślin- przysiadłam na ziemi, owijając ogony wokół łap.
- Sugerujesz, że Cię śledzę? - zawadiacki ton samca opuścił jego usta, które ozdobione były podejrzliwym uśmieszkiem.
- Nie sugeruję, ale nie wykluczam. - podjęłam grę Atrehu, oplatając jego twarz przenikliwym spojrzeniem. - Trochę Cię znam, więc podejrzewam, że Twoja obecność nie jest przypadkowa.
- Przypadkowa, czy nie, każda sytuacja jest dobra, aby oderwać się na kilka minut od obowiązków i skraść całusa. - mówiąc to, postąpił kilka kroków, zmniejszając odległość między nami.
Skwitowałam jego wypowiedź krótkim śmiechem, ofiarowując mu to, po co przyszedł.
- Swoją drogą... ciekawie komponujesz się w połączeniu ze szczeniakiem.
Samiec zapewne liczył na widok mojego pyska, zalanego rumieńcem, jednak zamiast tego zetknął się z uniesioną brwią i spojrzeniem, którego nie zostawiało mu złudzeń, że chciałbym mu powiedzieć
"Kpisz sobie, prawda?"
- No co? Nie powiesz mi chyba, że wzięłaś Eredena pod opiekę z ciężkim bólem serca.
- No nie... Uwielbiam tego brzdąca.. znaczy się. To syn mojego brata. Jak mogłabym....
Atrehu wyszczerzył zęby w geście triumfu. Czyli jednak- cała moja gęba zalała się szkarłatem, niczym dojrzały kwiat maku.
- Wal się, Atrehu. Ja i dziecko to dwa przeciwne bieguny, które na dłuższą metę nie są w stanie ze sobą egzystować- odwróciłam wzrok, nadymając policzki.
- No już się tak nie dąsaj. - samiec ponownie postąpił kilka kroków w moją stronę. Cofnęłam się więc pospiesznie, jednak po trzech krokach, spotkałam się ze ścianą, która teraz uwięziła mnie między sobą, a zbliżającym się basiorem. Przywarł do mnie ciałem, muskając wargami moją szyję.
- Nabi i Ereden są za ścianą. Co ty robisz? - szepnęłam pośpiesznie.
- Spełniam prośbę. - rzucił, również dbając o dyskretny ton.
"Że którą prośbę niby?" przeszło mi przez myśl, ale chwilę później zdałam sobie sprawę, że jeszcze kilka sekund temu moje usta wypuściły z siebie "Wal się".
On się chyba nigdy nie zmieni... W sumie nie specjalnie powinnam się nad tym roztrząsać. Nie teraz kiedy całował moją szyję. Skubany zawsze wiedział, jak mnie podejść. W końcu przytknął swoje wargi do moich, nie zadowalając się jednym krótkim pocałunkiem.
- Ciociu? - przysięgam, w tamtym momencie serce na pewno mi stanęło.
Odskoczyłam od Atrehu, który nawet nie protestował. Wbił oczy w malca, który patrzył na nas z otwartą szeroko paszczą, ukazując swoje igiełkowate zęby.
- Ereden, prosiłam cię, abyś został z Nabi i czytał zwoje. - dodałam lekko zmieszana sytuacją.
- Ja... yyy... wiem, ale... chciałem ci zadać kilka pytań... bo... nie bardzo rozumiem... yyy... ja... przepraszam... - malec jąkał się, lustrując na przemian naszą dwójkę wzrokiem.
Atrehu wybuchnął śmiechem, obserwując zakłopotanie malucha, na co mu zawtórowałam.
Chwyciłam malca za kark, rzucając ostatni raz spojrzenie na zadowolonego rudego samca, który z rozbawieniem puścił mi oczko na odchodne.
- Co Ci mam wytłumaczyć, poczwaro ty moja? - westchnęłam z uśmiechem, pochylając się nad treścią zwoju, nurtującą bratanka.
Ereden dźgnął łapą w pergamin, gdzie widniał opis anatomiczny skrzydlatego wilka. Przyjrzałam się dokładnie rycinie, badając cal po calu precyzyjnie wypalone narząd lotu. Zdumiał mnie tego typu rodzaj pergaminu, leżakującego w jaskini zielarki, która z wolna kończyła przygotowywanie zamówienia. Poza samym wizerunkiem skrzydlatego wilka i opisem tego jak ów wilk szybuje, pojawił się też krótki, jednak treściwy opis genezy, pierwszy skrzydlatych psowatych.
- Dobrze, ale umówmy się, że to, co zobaczyłeś, wymażesz z pamięci i ani słowa twojemu ojcu, zgoda?- uniosłam brew, śmiejąc się w kierunku młodzieńca.
Ten kiwnął głową, z zaciekawieniem wyczekując odpowiedzi.
-"Pierwsze skrzydlate wilki zanotowano wiele lat temu. Mówi się, że pojawiły się niedługo po tym, jak jeden z Bogów stworzył ziemię wraz z jej mieszkańcami dla swojej wybranki. Miało to jednak swoją cenę. - wilki nie mogły kontaktować się z mieszkańcami.. O-oazy".. chyba tak się to czyta. - podumałam chwilę, nad ostatnim słowem. Pergamin był stary... bardzo stary, a język, jakiego wtedy używano w piśmie, nie jest już uważany za potoczny. Część z nas nawet zapomniała jak się nim posługiwać. - hmm... ciekawe.
- Co takiego? No powiedz! - szczeniak z niecierpliwieniem marudził mi za uchem, kiedy ja w ciszy studiowałam dalszą część historii.
- Gotowe, chyba zebrałam wszystko, co było Ci potrzebne. - Nabi wtrąciła się nagle, delikatnie odkładając na ziemię sporych rozmiarów pakunek.
Spojrzałam w jej stronę, obdarowują uśmiechem, który mam nadzieję, wyczuła.
- Jestem Ci bardzo wdzięczna. Posłuchaj, czy możemy pożyczyć ten pergamin?
- Jasne. Jeśli chcesz Eredenie, należy do Ciebie. - wadera uśmiechnęła się, strzygąc uszami.
- Naprawdę, jest mój? - ten wybałuszyć oczy, entuzjastycznie łypiąc na waderę.
- Mnie raczej nie będzie już potrzebny. - zażartowała.
***
- Bardzo dziękujemy, za gościnę i prezent, prawda diable? - poczochrałam łeb bratanka, gdy byliśmy już na zewnątrz.
Nabi skinęłam głową i bez zbędnych słów ponownie skryła się w jaskini. Zmierzaliśmy w stronę lecznicy, gdzie ostatnim moim obowiązkiem, miało być dostarczenie roślinnego suszu.
- Opowiesz mi, co tam wyczytałaś? - malec dosyć szybko po opuszczeniu jamy, zaczął drążyć temat.
- Nie wiele, nie przełożę Ci tego teraz słowo w słowo. Było coś mówione o boskich posłańcach, ale jeśli chcesz poczytamy razem po kolacji.
- Mogę u Ciebie zostać?
- A coś myślał? Chyba nie pytałam Nabi o pożyczenie zwoju tylko po to, żeby wylegiwać się z nim sama. Dajmy Twojemu ojcu nieco oddechu od Twoich wybryków, mała bestio. - zmarszczyłam nos, żartobliwie szturchając malca.
Ten momentalnie podjął próby łapczywego chwytania mnie za łapy, machając przy tym ogonem.
***
W lecznicy, była już tylko Itami i może dwójka unieruchomionych pacjentów, którzy potrzebowali zostać na noc, aby nazajutrz wykonać kontrolę po leczeniu. Siedziała w delikatnym świetle kryształu, dającego ciepłe światło, oprawiając przy tym rośliny, wykonując z nich lecznice maści. Ereden, aż palił się do pracy, pomagając nam przy segregacji ziół przyniesionych od kremowej zielarki. Dzięki temu praca szła nieco sprawniej, więc gdy opuszczaliśmy grotę szpitalną, mieliśmy przyjemność zobaczyć już czerwonawe Słońce, która większa część skrywała się za horyzontem.
- Najwyższa pora wrócić do domu. - spojrzałam w stronę Eredena, którego białe futro opatulała złotawa łuna zachodzącego Słońca, nadając mu podobny kolor. - Gotowy na noc wieczór z oprawianym bażantem?
- Ale poczytasz mi, prawda? I opowiesz mi historię o tym wilku.
- Zgodnie z obietnicą. To zbierajmy się, bo nas świt zastanie. - chwyciłam kark malca w zęby i ostrożnie uniosłam ku górze, by zaoszczędzić czasu podczas podróży.
Ruszyłam ścieżką, którą zapewne wydeptałam sama, pokonując tę drogę każdego dnia, zmierzając do lecznicy. Nieskomplikowana trasa, omijająca sporadyczne drzewa, uniemożliwiające podróż w idealnej linii prostej, minęła sprawnie. Nic dziwnego, ponieważ byłam prawie pewna, że potrafiłabym ją przejść wręcz na oślep. Znałam każdą przeszkodę, którą pokonywałam mechanicznie. Ereden miał przyjemność obserwować wszystko, nie męcząc się przy tym spacerem, toteż miał więcej czasu na obserwowanie okolicy, co jakiś czas zadając pytania na temat mijanej flory.
- Czy to dziki bez?
- A to jarzębina?
- Lipa, prawda?
Na każde pytanie potwierdzająco kiwałam głową. Zdaje się, że bardziej pytał dla potwierdzenia swojej wiedzy, niż z niepewności, ale przynajmniej nie marudził przez te kilkanaście minut, wisząc tak w moich zębach.
- No mały, rozgość się, a ja tymczasem przyniosę coś do jedzenia. - rzuciłam od razu, po postawieniu go na progu groty.
Na te słowa z brzucha malca wydobył się charakterystyczny warkot, wskazujący na pusty żołądek, domagający się kalorii. Podobny dźwięk usłyszałam może jeszcze ze trzy razy, w tym raz ode mnie, zanim przystąpiliśmy do jedzenia. Rzuciłam przed szczeniaka pokaźnego ptaka oskubanego, a raczej opalonego z piór. - mówi się, że ogień jest żywiołem destrukcyjnym, ale potrafi uratować od uporczywych piór, utykających między zębami.
Ten kłapnął pyskiem, oblizując się przy tym i podjął się pałaszowania kolacji. Musiał być bardzo głodny, bo z jego pomocą zniknęłam prawie połowa mięsa, krztusząc się przy tym raz czy dwa.
- Zaczynałam się obawiać, że pożresz też mnie. - zaśmiałam się, widząc, jak malec odchodzi od resztek, pocierając wydęty brzuch.
- Nie zjadłbym Cię, nawet gdybyś była ostatnim żywym stworzeniem na ziemi. Kto opowiadałby mi te wszystkie historie? - rzucił, nadal próbując znaleźć pozycję odpowiednią do słuchania historii.
Spojrzałam na niego łagodnie, czule głaszcząc czubek jego łba. Bywał uroczym potworem.
- Uroczy niczym ojciec. To dawaj ten pergamin, obiecałam Ci dokończyć.
Basiorek jęknął cicho, próbując unieść swój obładowany brzuch, jednak chęć poznania dalszej części, była motorem napędowym do dalszego działania. Ostrożnie przyniósł podarek od Nabi, nawet rozwinął go na odpowiednim fragmencie i usadowił się wygodnie wśród końcówek moich kit, które podwinęłam pod same przednie łapy. Zapewnił sobie tym samym wygodne siedzisko do słuchania, a tym samym mógł studiować ryciny.
- Gdzie my to... a tak, już mam "Miało to swoją cenę. - wilki nie mogły kontaktować się z mieszkańcami Oazy.."
- Co to "oaza"?
- To taki obszar przyjazny do zamieszkania.
- Aha, no czytaj dalej. - ponaglał mnie, wlepiając wzrok z powrotem w tekst.
- "Reine zachwycona prezentem od swego wybranka, jednocześnie cierpiała, nie mogąc dokładnie mu się przyjrzeć. Chciała z bliska podziwiać świat stworzony przez Soleil'a, napawać się towarzystwem wilków. Bóg, widząc żal partnerki, stworzył dla niej jeszcze jeden dar. Połączył krew wilka i feniksa, dając życie pierwszemu skrzydlatemu wilkowi. Stał się on... wysłan-nikiem?... Który każdej nocy powracał z ziemi i opowiadał bogini o cudach, mających miejsce na ziemi. - zakończyłam pierwszą część zatytułowaną "geneza" - Widzisz Ereden? W dawnych czasach uważano takich jak Twoje siostry za boskich posłańców.
Spojrzałam na nieprzekonanego do końca szczeniaka. Swoją drogą, historia wydaje się nieco naciągnięta. W końcu to bogowie, na machnięcie ogonem, powinni mieć możliwość stąpania po naszej krainie. No i to połączenie krwi wilka i feniksa. Każdy, kto miał styczność z prastarymi lekturami, spisanymi w pierwszym języku wie, że wilki w tamtych czasach opisywały wiele niezrozumiałych zjawisk jako boską ingerencję.
- Niemożliwe, że feniks zgodził się, na coś takiego. - młody zmarszczył nos, a na jego pysku zakwitł brzydki grymas.
- Wiesz, w końcu to pomysł Boga, chyba taki feniks nie miał wiele do gadania.
- Ten Bóg to jednak jakiś głupi, skoro robi takie rzeczy.. dla wadery.
- Wiesz, dla miłości jesteś w stanie naprawdę dużo oddać. Czasem nawet życie.
- Dorośli to jednak są jacyś dziwni. Ja to się nigdy nie zakocham. - mlasnął językiem, wyglądając, jakby chciał wypluć najpaskudniejszą rzecz na świecie.
Widok ten nieco mnie rozbawił, toteż jaskinia wypełniła się moich śmiechem. Malec spojrzał na mnie obrażony. Nadął się tak bardzo, że jego policzki wyglądały jak u gryzonia, który pakuje w pysk kolejne z rzędu nasiono, aby magazynować zapasy przed zimą.
- No już, nie fukaj tyle. Chcesz, żebym czytała dalej. - zerknęłam łagodnie na bratanka.

<Eredenku? XD>

PODSUMOWANIE:
Ilość napisanych słów: 2202 
Ilość zdobytych PD: 1101 + 10% (110 PD) za długość powyżej 2000 słów
Obecny stan: 2340 PD

środa, 9 marca 2022

Od Lonyi c.d Naharys/Ereden ~ Ujarzmić diabła

Ereden przytaknął, składając mi tym samym obietnicę i wywołując poczucie spełnienia. Wiedziałam jednak, że pierwsze kroki w kierunku zmiany będą dla niego trudne. Nie jest to typ szczeniaka, który potulnie stosuje się do poleceń, jeżeli nie będzie mieć z tego żadnych korzyści.
Znając mechanizm działania bratanka, w nagrodę zleciłam mu przygotowanie niezbędnych przedmiotów do zabiegu, podczas którego konieczne było zszycie łapy jednego z członków watahy. Kim był, ów nieszczęśnik, który za kilka chwil będzie posiadał specjalnie przygotowane igliwie drzewne, mające na celu połączenie rozerwanych tkanek?
- Pamiętaj, co mi obiecałeś. - łypnęłam na bratanka ślepiami, zanim weszliśmy do wnęki jamy, gdzie czekał nasz pacjent.
Gdy tylko Ereden przytaknął, był to znak, że może poznać tajemniczego wilka, kryjącego się za ścianą. Hinata czekał na nas cierpliwie, podtrzymując skaleczoną łapę w powietrzu, prezentując na niej delikatnie owinięty opatrunek, aby zminimalizować ryzyko zabrudzenia po odkażeniu rany, a przy tym, aby nie zapaćkać podłogi. W chwili zarejestrowania przez szczeniaka jego znienawidzonej części aparycji skrzywił się brzydko, za co nie umknęło mojemu spojrzeniu. Wystarczyło uniesienie brwi, aby przypomnieć mu o nieodpowiednim zachowaniu.
Momentalnie spuścił po sobie uszy i przycupnął kawałek od nas, dbając o zapewnienie sobie odpowiedniego widoku.
Tam rejestrował każdą wykonywaną przeze mnie czynność, co jakiś czas podając mi odpowiednie przyrządy i specyfiki.
- To tyle, zapraszam za trzy dni na kontrolę i pamiętaj o maści. Nie nadwyrężaj łapy i staraj się jej nie moczyć. - poinstruowałam Hinatę, na co ten pokornie rejestrował przekazywane mu informacje- Ereden, zajmij się opatrunkiem, ja zaraz wrócę i sprawdzę.
Malec na dźwięk swojego imienia wzdrygnął się lekko, a po usłyszeniu reszty zdania delikatnie zmieszał. Chyba nie do końca uśmiechała mu się współpraca ze skrzydlatym wilkiem, jednak po Naharysie odziedziczył honor, toteż starał się dotrzymać danego mi słowa, dlatego bez obaw zniknęłam za ścianą, pozostawiając ich samych sobie. Wyzwanie przyjął na klatę i ruszył ku białemu wilkowi, aby wykonać moje polecenie, wcześniej nabierając powietrze do płuc. Żaden szczegół z jego postępowania nie umknął mojej uwadze, a to tylko dlatego, że ukradkiem obserwowałam jego poczynania zza ściany.
Hinata zagadywał co jakiś czas Eredena, ale ten tylko odmrukiwał odpowiedzi, co jakiś czas wzruszając ramionami. Łapę owinął w miarę szybko, toteż niewiele później powróciłam do sali, dokładnie oceniając opatrunek wykonany przez Eredena. Dumając chwilę nad materiałem, naniosłam delikatne poprawki, po czym odesłałam Hinatę.
- I jak mi poszło? - podekscytowany podszedł do mnie, wyczekując na werdykt.
- Za mocno zacisnąłeś w kilku miejscach. Pamiętaj, że szyta części ciała często puchnie, a dodatkowy ucisk pogarsza sprawę. W dodatku niedokładnie zabezpieczyłeś koniec opatrunku. Hinata mógł mieć problem ze zdjęciem go, poza tym nie poszło najgorzej.
- Dobrze mu tak. - burknął cicho pod nosem.
Może i cicho, ale na tyle głośno, że dotarło to do moich uszu.
- Ereden! - wycedziłam przez zęby, mierząc dzieciaka wzrokiem.
- No co?! Przecież nie byłem dla niego niemiły.
- I za to należy Ci się pochwała, ale Twoje komentarze są nie na miejscu. Ile winy jest w Hinacie, czy Shori, albo Sinien, że mają skrzydła? Nie wiem, skąd w Tobie tyle nienawiści do ich daru. Potrafią niczym ptaki przemierzać niebo i dotykać czubków najwyższych drzew. Potrafią dotrzeć tam, gdzie ty, czy ja nigdy nie mielibyśmy szansy się wspiąć. Co więc jest dla Ciebie takie odstręczające w skrzydłach?
Już otwierał pysk, aby coś powiedzieć, ale przerwałam mu gestem.
- Dokończ sprzątanie sali. Będziesz mieć dużo czasu, aby dokładnie przemyśleć swoją odpowiedź, a wiem, że jesteś mądrym szczylem. Jak skończysz, przyjdź do mnie i pójdziemy do Nabi po zioła, których mi brakuje do zrobienia maści.
Wróciłam na salę główną, gdzie kilka wilków nadal czekało na opiekę medyczną. Itami krzątała się między nimi, zapewniając każdemu z nich odpowiednią ilość uwagi. Szybko dołączyłam do niej, aby jak najszybciej uporać się z salą pełną chorych. Monotonne wywiady przerwał Ereden, gdzieś przy trzecim wilku, który w tym przypadku potrzebował jedynie naparu na dolegliwości żołądkowe.
- Skończyłem. - Ereden beznamiętnie ogłosił skończenie swojej pracy.
- Zaczekaj na mnie przy wejściu. Zaraz do Ciebie dołączę.
Gdy tylko wilk otrzymał odpowiedni specyfik i jak z nim postępować, poinformowałam Itami, że ta przez chwilę będzie musiała poradzić sobie sama. Wataha nie jest najliczniejsza, a przynajmniej wystarczająco duża, aby jeden medyk na zmianie świetnie sobie poradził z obecną sytuacją panującą w lecznicy.
Ereden wyczekiwał już przy wyjściu, kopiąc drobny kamień dla zabicia czasu. Gdy tylko mnie zobaczył, zaniechał czynności i podążył za mną w kierunku groty Nabi. Szedł bez słowa, a jego mina zdradzała jedynie zadumę wymieszaną z odrobiną zdenerwowania. Pewnie wynikało ono z powodu ciszy panującej między nami od dłuższej chwili. Zerkałam na niego z ukosa, czekając, jak się zachowa. Długą chwilę milczał, próbując znaleźć słowa do rozpoczęcia rozmowy. Przeważnie głośny i energiczny tym razem miał problem z rozpoczęciem tematu.
- Ciociu. -zaczął, aby zwrócić moją uwagę, jednak zanim z jego gardła wydobyło się kolejne słowo, długo poszukiwał odpowiedniego, aby kontynuować swoją wypowiedź. - Ja... No ten... w sprawie tych skrzydeł...
- Nie musisz mi się tłumaczyć, mały diable. - przerwałam bratankowi z uśmiechem, próbując oszczędzić mu dalszego wicia się w monologu, który trudno było mu zacząć. - Trudno jest mi zrozumieć czy to czysta nienawiść, czy może przemawia przez Ciebie zazdrość. Nie będę ingerować w Twoje poglądy, bo masz do nich prawo, nawet jeśli nie są one uargumentowane, dopóki nie szkodzą innym. Jeżeli któregoś dnia, będziesz gotowy ze mną o tym porozmawiać, pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć. W każdym razie jeżeli chcesz mi pomagać, w tej lecznicy uprzedzenia zostawiamy na zewnątrz. Pomagamy każdemu, bez wyjątku.
- Nawet złym wilkom? - przekrzywił głowę.
- Jeśli trzeba. - wzruszyłam ramionami. - I takich zdarzało mi się zszywać. Twoje zdziwienie sugeruje, że ojciec nie opowiadał Ci o pewnym incydencie, który miał miejsce niedługo po tym, jak dołączyliśmy do tej watahy.

<Ereden?>

PODSUMOWANIE:
Ilość napisanych słów: 927
Ilość zdobytych PD: 463 PD
Obecny stan: 1129 PD

sobota, 5 marca 2022

Od Lonyi c.d Atrehu | Naharys'a | Piny | Tsumi ~ W głowie się nie mieści

Noc była ciepła, jednak nie zniechęciło mnie to do wtulenia się w gęste futro samca, który przez długi czas otaczał mnie uściskiem. Przyjemnie było się tak schować w objęciach i chociaż na kilka chwil poczuć, że jestem całym światem. No bo jak można się czuć po pierwszym seksie? Jedne mówiły, że to było podłe, jednak zaraz później z opowieści dało się wywnioskować, że trafiły na niewyżyte warchlaki, którymi głównie kierował "drugi mózg". Ja miałam przyjemność trafić na samca, potrafiącego ofiarować wybrance namiastkę raju.
Czując, do czego zmierza nasza dalsza rozmowa, uniosłam się na równe nogi, za co zostałam nagrodzona przeciągłym jękiem towarzysza. Chyba całus nie był w stanie zrekompensować zawodu, jaki właśnie mu sprawiłam, wyrażając chęć spędzenia jeszcze kilku minut razem w drodze do mojej jaskini.
-Wiesz, że nadal nie jest za późno, żeby zmienić zdanie. - zawadiacki uśmiech rozkwitł na pysku samca, kilkanaście metrów od mojej kwatery.
W odpowiedzi otrzymał jedynie uśmiech i ciche westchnienie, na co po raz kolejny miałam przyjemność usłyszeć westchnienie w głosie rudego basiora. Nie godziło się, jednak odesłać go wyłącznie z kwitkiem, po tym jak zamienił najzwyklejszą noc, we wspomnienie, które będzie mi towarzyszyć przez długi czas. I tu właśnie się ono kończy. - u wejścia do jaskini, której próg stanie się granicą dla Atrehu.
Nim skryłam się w ciemności, jeszcze raz złożyłam pocałunek na jego ustach. Przeciągły i skłamałabym, gdybym wyznała, że to tylko po to, aby nagrodzić go za opiekuńczość, starania i szarmanckie zachowanie wobec mojej osoby.
Serce biło, jak szalone, gdy ów szarmancki basior pozostał na zewnątrz, a ja układałam się wygodnie na miękko wyścielonym legowisku. Waliło nadal nawet rano, a muszę przyznać, że trudno było odpłynąć do krainy snów po tym co się stało, chociaż przez kilka chwil zastanawiałam się, czy wydarzenia z minionej nocy, nie były po prostu snem. Przygryzłam wargę, zdając sobie sprawę, że chociaż raz, coś, co było piękne, może też być prawdziwe.
Mimo niewielkiej dawki snu ochoczo wyłoniłam się z groty, przeciągając się w promieniach Słońca. Jaskinia zlokalizowana była na niewielkim wzniesieniu w sąsiedztwie innych skalnych schronień, a stąd był widok na polanę, gdzie zaledwie kilka godzin wcześniej, członkowie oddawali się zabawie zaprawianej miodem, czego skutki można było obserwować na ich twarzach. Grymas zmęczenia malował się niemalże u każdego napotkanego wilka, jednak nasza wataha pełna jest twardych wader i wytrwałych basiorów. - byle strucie alkoholem nie pokrzyżuje planów i nie zakłóci życia stada. Zresztą kto odmówi tak zacnej biesiady, kiedy syn dowódców będzie się żenić?
A no znam pewną waderę, jednak jej wstrzemięźliwość można wybaczyć ze względu na jej stan. Nie to, co pozostała część rodziny, która dochodziła do siebie z pomocą ziół i litrów wody.
- Jakim cudem ty trzymasz się na nogach? - wybełkotał Asdan, przecierając policzek z taką siłą, że dolna powieka odsłoniła krawędź gałki ocznej, a kącik wargi opadł, jakby się roztapiał.
- Natura poskąpiła mi krzepy, ale nie rozumu, bracie. Jak się nie znasz na ziołach, to przynajmniej naucz się pić. - zaśmiałam się triumfalnie, widząc wręcz agonalny stan najstarszego brata. - Na przyszłość zainwestuj w mięte i rumianek.
Za kilka dni znów nadejdzie czas rozłąki z rodziną, toteż wraz z Naharysem staraliśmy się spędzić wolny czas z bliskimi, starając się przy okazji pomóc w toczącym się życiu watahy. Z racji mojego doświadczenia, pozwoliłam sobie na spędzenie kilku godzin w grocie szpitalnej, jednak i tam podczas natłoku obowiązków, w mojej głowie był Atrehu, a towarzyszył mi nawet kiedy układałam się do snu po ostatniej nocy. Znikał wręcz na ułamki sekund, kiedy chwila wymagała ode mnie czegoś więcej niż wyuczonych procedur medycznych, czy też dłuższej chwili pomyślunku nad znalezieniem odpowiedzi na pytanie nurtujące członka rodziny, czy też pacjenta.
Jak tu poradzić sobie z tym natłokiem myśli, który, o ironio powodował jeden wilk?
Ciężko było nad nimi zapanować, zajmując głowę czymś innym, toteż nadszedł czas, aby skupić się właśnie na nich. Spacer po ścieżkach wyuczonych za szczeniaka okazał się najlepszym rozwiązaniem na dokładne przeanalizowanie sprawy... a raczej naszego momentu sam na sam. Myślami wracałam do uczucia, gdy jego usta dotykały mojej szyi, czy też łapy penetrowały każdy skrawek ciała. Na samo wspomnienie o jego spojrzeniu w tamtym momencie, przechodził mnie przyjemny dreszcz. Każdą sekundę rozkoszy, jaką zapewnił mi basior poprzedniej nocy, kosztowałam w swojej wyobraźni na nowo. Nie wiem ile czasu, spędziłam na tym wzniesieniu, obserwując okolicę, chociaż musiało minąć sporo czasu, bo gdy "oprzytomniałam" Słońce, które wcześniej ogrzewało mi twarz, teraz leniwie kryło się za horyzontem, zostawiając mnie samą ze sobą. No może nie do końca samą, ponieważ z odsieczą przyszedł Atrehu, zajmując miejsce obok mnie.
- Witam piękną panią.
- Witam przystojnego pana. Dobrze spałeś? - basior został obdarzony delikatnym uśmiechem.
Mimo wczesnej pory wyglądał na niezwykle zmęczonego.
- Ja właśnie w tej sprawie. Błagam, powiedz, że masz coś na kaca!
- Ktoś tu się dobrze bawił i teraz cierpi. - musnęłam jego łeb, który chwilę wcześniej ułożył obok mnie.
Basior mruczał, nawet wymsknęło się z jego paszczy jakieś słowo. Nie do końca zrozumiałam jakie, jednak wyglądał, jakby dotyk sprawiał mu przyjemność. Zresztą nie tylko jemu...
- Wybacz, akurat dzisiaj, nie wzięłam ze sobą całej szafki leków, na wypadek gdyby jakiś dogorywający pacjent wspinałby się za mną na wzgórze. Czemu nie przyszedłeś do lecznicy?
Nie odpowiedział, zamiast tego, zrobił to wyraz jego pyska. Coś między "Rzeczywiście", a "Atrehu, ty debilu", co wyglądało nad wyraz zabawnie. Oczywiście nie omieszkałam tego wyrazić, krztusząc się ze śmiechu, aby nim nie wybuchnąć.
- Błagam, zrób coś, bo zaraz łeb mi eksploduje.
- Weź to. - podałam mu niewielkich rozmiarów, zbitek suszonych roślin, które udało mi się zabrać z lecznicy. Swoją drogą ciekawy patent, który muszę przemycić do naszej watahy. - Tutejsi medycy, potrafią ekstrahować właściwości roślin do postaci stałych, dzięki czemu..
- Lonya... - jęknął basior.
- Po prostu połknij.
Basior dokładnie obejrzał specyfik, z wahaniem podejmując się wykonania polecenia. Ból głowy był najwidoczniej dosyć silny, bo obyło się bez czegoś więcej, jak ponaglającego spojrzenia z mojej strony.
- A teraz się połóż i czekaj. Ból powinien wkrótce minąć.
Ten bez słowa sprzeciwu, ułożył głowę na moim boku, czekając, aż krążek wielkości niewielkiego kamyka uśmierzy przykre dolegliwości. Nie minęło wiele czasu, bo zaledwie kilka minut, jak wrócił stary Atrehu. Te kilka minut spędził z zamkniętymi oczami i głową ułożoną na moich żebrach, pozwalając na muskanie go łapą po obojczyku.
Miło tak było zaopiekować się nim w tej chwili, nie tylko jako lekarz. Patrzyłam na jego ciało, miarowo poruszające się w rytm oddechów. Nie wiem czemu, ale jego obecność dawała mi uczucie błogości, ale nie miałam pewności, czy dobrze jest się do tego przyzwyczajać.
Znamy się naprawdę krótko, a jedną z dłuższych rozmów, jakie odbyliśmy, miała miejsce w jamie, podczas gdy nakryłam go z Tsumi, która zresztą jest mu bliska. Dlaczego, więc do czegoś między nami doszło? Czy to przez alkohol? Czy obydwoje wykorzystaliśmy chwilę?
Powinnam się liczyć z tym, że romans, choć intensywny może zakończyć się w dniu, w którym ruszymy w drogę powrotną. Ciężko jednak było odmówić sobie napawania się chwilą, zwłaszcza gdy okoliczności temu sprzyjały. Zachodzące Słońce rozścielające złotą pelerynę nad okolicznymi lasami i jeziorem.
- O czym myślisz? - jego głos przerwał ciszę, panującą między nami.
- Nad niczym konkretnym. - posłałam w jego stronę uśmiech, aby chwilę później skupić wzrok na krajobrazach.- Korzystam z chwili.
Atrehu bez słowa dźwignął się na równe nogi, ponownie skupiając na sobie całą moją uwagę. Jednym płynnym ruchem zawisł nade mną, powoli zbliżając swoje usta do moich. Nawet nie zamierzałam udaremniać mu tej czynności. Wręcz zachęciłam go do tego, układając się na plecach, aby łatwiej przyciągnąć go do siebie.
- Pokurwiło Was do reszty?!
Odsunęliśmy się od siebie w jednej chwili, słysząc znajomy głos postawnego białego basiora, który stał zaledwie kilka metrów od nas.
Exan z wybałuszonymi oczami gapił się na nas, podczas gdy my, obserwowaliśmy jego futro z wolna, przybierające barwę czerni.

<Exan -wzgórze, przemiana. Warunki idealne XD >

PODSUMOWANIE:
Ilość napisanych słów: 1269
Ilość zdobytych PD: 634 PD + 5% (32 PD) za długość powyżej 1000 słów
Obecny stan: 666

niedziela, 27 lutego 2022

Od Lonyi: Quest I ~ Lisek

Ostatnimi czasy, sporo rzeczy się wydarzyło. Kłopoty z Eeredenem, poronienie Tsumi, kilku nowych, Artehu.. i jeszcze te szalone zwierzaki z obłędem w oczach. W jakich czasach przyszło nam żyć, że nawet sarny atakują, nikomu niewadzącego wilka?
Nie mniej, dzień wolny spędzony na świeżym powietrzu, z dala od wszystkich, dobrze mi zrobi. Tak, to nie jest zbyt rozsądne oddalać się od reszty członków, kiedy byle lisurka rzuci się na mój pysk, z chęcią wydrapania mi gałek ocznych, ale czasem każdemu przyda się odrobina dreszczyku, prawda?
Na ów "dreszcz" nie trzeba było długo czekać. Chwilę po tym, gdy zostawiłam ostatniego członka watahy daleko poza zasięgiem wzroku, krzaki zadrżały krótko. Zamarłam w miejscu, próbując wypatrzyć, kto kryje się w liściach.
"Weź się w garść, Lo. Krzaka się boisz?" skarciłam się w myślach, stawiając kolejne kilka kroków. Z ostatnim, krzaki znowu zadrżały, a z wnętrza wydobył się wysoki warkot, godny rozjuszonego szczura. Dobrze znałam ten dźwięk- i to na pewno nie był szczur. Pewnie odgarnęłam zarośla, próbując odnaleźć sprawcę całego zdarzenia.
Zamarłam, widząc przed sobą małą, brudną kulkę, wpatrującą się we mnie szarymi ślepiami.
-Nic Ci nie zrobię, już dobrze- próbowałam uspokoić małego liska, na co ten zaprzestał zdawkowego powarkiwania. Zamiast tego zalał się łzami, nadal nie wykonując żadnego ruchu.
Miałam w tym momencie czas, aby ocenić jego posturę. Na oko 3 tygodnie, wychudzony, brudny i ranny. Cholera wie, ile on tam siedział.
Wyjęłam malca z zarośli, aby wrócić z nim po własnych śladach. Był, a w zasadzie była za lekka jak na swój wiek. Trzeba było jej pomóc i to zaraz.
Wpadłam do jamy, układając starannie lisicę na stercie skór, aby dokładniej ocenić jej obrażenia.
"Złamana noga, stłuczenia, liczne skaleczenia i... ja pier**le"
W uszach zadźwięczało mi jak po oberwaniu przez głowę czymś ciężkim. Brunatne zabarwienie na boku szczeniaka było mieszanką błota i jej własnej krwi. W boku ziajała dziura, a w niej radośnie stołowały się pierwsze larwy.
Porcja makowego naparu trafiła z trudem do pyska małej, aby chwilę później mocno ją znieczulić. Nie na długo, ale wystarczyło, aby oczyścić ranę z robactwa. Każda kolejna czynność wykonywana na małej była dla niej niczym przyjemnym. Mimo to nawet nie miała siły na płacz. Po prostu leżała, patrząc nieobecnym wzrokiem w ścianę.
Próbowałam zagaić do pacjentki, jednak ta nadal wpatrywała się w ścianę, nie fatygując się nawet, aby spojrzeć w moją stronę chociaż raz.
-Jak się nazywasz?
Cisza.
-Skąd wzięłaś się w tych krzakach?
Również cisza.
Niezależnie od pytania, zawsze napotykała mnie ta sama odpowiedź- Cisza.
Cały dzień czuwałam przy małej, namawiając ją, chociaż do kęsa... właściwie czegokolwiek, ciągle próbując wyciągnąć z niej informacje.
-Tara- słaby głosik wydobył się z jej pyska, kiedy świadkiem tego był już księżyc.
-A twoi rodzice?- zapytałam nieśmiało, chwilę po tym, gdy sama przedstawiłam samiczce swoje imię.
-Nie żyją- mała była nadwyraz spokojna. -Matka zagryzła moje rodzeństwo, mnie też próbowała, ale wtedy....
Gestem przerwałam małej, która oficjalnie jest sierotą. Cholera co tu zrobić?
Emocje targały mną, jak młodymi gałązkami na wietrze. Patrzyłam, jak mała leży bez ruchu, tym razem wodząc oczami po grocie, jednak spojrzenie nadal pozostawało puste, bez wyrazu. Zupełnie jakby nie było w nich życia.
Długo zastanawiałam się nad losem Tary, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Nie wiem jeszcze, jak długo myśli krążyły wokół niej, zanim sama zasnęłam. Obudziłam się o poranku, tuż obok niej, nadal leżącej w tej samej pozycji, w której zasypiała. Trąciłam ją lekko, chyba tylko dla pewności... Ciało Tary leżało bez ducha na posłaniu z lekko rozwartym pyskiem. Kolejny kwadrans siedziałam nad jej ciałem, wpatrując się w chłodne, szare oczy.

PODSUMOWANIE:
Ilość napisanych słów: 587
Ilość zdobytych PD: 293
Nagroda za Quest: 250 PD  + 2 pkt inteligencja, +1 spryt 
Obecny stan: 3392 PD