Newsy



:Aktualności
.Blog przechodzi obecnie renowację
.Już niebawem pojawią się nowości

:Pogoda
Obecna pora roku ~ Jesień
.Temperatura waha się między 10+ a 0- stopni Celcjusza
.Zmiana pory roku nastąpi 15.12.2022

Liczba wilków ~ 27
Wadery ~ 18 + 1 NPC
Basiory ~ 7 + 4 NPC
Szczeniaki ~ 1
Nieobecni: Brak

~Serdecznie zapraszamy♥~

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zakute łby. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zakute łby. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 marca 2022

Od Naharys'a/Ereden'a c.d Lonyi ~ Zakute Łby | Ujarzmić diabła

- Masz rację - powiedział Naharys po krótkim czasie namysłu. Ereden nie potrafi panować nad emocjami przy Sini i Shori, a całym powodem tego wszystko, były skrzydła u obu dziewczynek ~ Jakby one były temu wszystkiemu winne. - Ale jesteś tego pewna? Ten szczeniak to diabeł wcielony. Dyskryminuje kogo tylko się da, jeśli w swym wyglądzie ma choćby ćwierć skrzydła, albo wyrastające rogi. Jeszcze trochę, a nazwałby Rene i jej podopiecznego... masakra, aż trudno o tym pomyśleć, a co dopiero wymówić. Lo, Ereden ma problem, a ja nie jestem w stanie mu pomóc. Prosiłem, groziłem, a nawet dawałem mu kary, a ten nic. Owszem, zrugałem go ostro ostatnio, to zapewniłem sobie tydzień spokoju, a potem wszystko od nowa.
- Spokojnie, bracie! Zabiorę go do lecznicy, dam mu jakieś zajęcie... dopilnuję, aby nie zabrakło mu ziół do podzielenia - powiedziała Lo z demonicznym uśmiechem, co stanowczo można by rzec, że to było w jej stylu - Pogadam z nim, może ja wpłynę na tego malca.
- Co ty masz w sobie, że ciebie jedną słucha? - zapytał z niedowierzaniem Naharys - Bądź co bądź, nie wyglądasz, jak inne wilki. Mieszanka ras i do tego te ogony. Dlaczego Ereden się na ciebie nie zawziął, tylko potulnieje, jak baranek.
- Bo mnie się nie da nie lubić, jeszcze tego nie pojąłeś, braciszku? - zachichotała Lonya.
- Dobra, jest twój. Ale jedna sprawa. Nie lituj się nad nim, dopilnuj, żeby nie zabrakło mu zajęcia.
Wadera uniosła lewą brew wysoko, do granicy możliwości.
- Wątpisz w moje możliwości ujarzmiania? Daj mi go, a tak go wytrenuję, że następnego dnia nie będzie wiedział, kim jesteś!
- Ok, już się boję o jego szczenięcą psychikę - zaśmiał się Naharys - dziękuję, że mnie wspomagasz, Lo.
- Nie dziękuj mi. Jeszcze nie. - Mogłoby się wydawać, że wadera wykrzywiła usta w tajemniczy uśmiech, za którym mogło się kryć coś... niezbyt przyjemnego, ale to jedynie pozory. Na szczęście.
Następnie Naharys przywołał malca do siebie, aby powiedzieć mu, iż ten dzień spędzi u boku swej ciotki, na co mały zareagował ogłuszającym piskiem szczęścia, co niezbyt spodobało się basiorowi. " Powinien ponieść za to karę, ale mam nadzieję, że Lonya wie, co robi~ Pomyślał Naharys, drapiąc się za uchem. Przed odejściem jednak, Lo spędziła nieco czasu z córkami Naharysa - Shori bawiła się ogonami ciotki, a Sini zaś wysłuchiwała krótkiej bajki, którą słyszeli razem w Watasze Midereweth.
Przed wybiciem południa, Lonya zabrała ze sobą małego Eredena - chwyciła go w zęby, za kark, następnie usadowiła go na swym grzbiecie, po czym zmierzając w stronę wiadomego celu, wadera pomachała ostatni raz bratu i waderkom, które na wyczerpanie gardła, wykrzykiwały słowa pożegnania.
Naharys zwrócił się wtedy do córek.
- Chodźcie, skarby moje. Ereden zszedł mi z głowy, to teraz możemy pobawić się w spokoju. Na jakiej to zabawie stanęliśmy, Sini?
- Na wykrywaniu kłamstwa, tato - odpowiedziała raźno waderka. Odkąd zniknął ich brat, jego córki stały się spokojniejsze i weselsze, co niezmiernie go cieszyło.
- Dobrze, ale najpierw pójdziemy posprzątać jaskinię, bo jak to wasza mama zobaczy, to raczy mnie zdekapitować.
- Co to znaczy zde... zde... zdekapitować? - Spytała Shori, mając jednocześnie wyraźne problemy z wymową.
- Nic takiego, skarbie. Chodźmy.
W tym czasie Ereden, uczepiony mocno grzbietu swojej ciotki, obserwował świat otaczający go wokół - Widział kroczące stado jeleni wśród wysokiej trawy, podziwiał mknące w powietrzu jaskółki, a jeszcze dalej dostrzegł szybującego sokoła i nagle zawołał.
- O nie! Chowajcie się jaskółki! Chowajcie się!
Jaskółki natomiast, rzecz jasna, nie potrzebowały głośnego ostrzeżenia, gdyż w porę dostrzegłszy niebezpieczeństwo i wystrzeliły w powietrzu, jak strzały, w oka mgnieniu, zniknęły z pola widzenia basiorkowi. Lonya zachichotała cicho, gdy tylko Ereden zawołał oczarowany powietrznym tańcem ptaków.
- Powiedz mi, ty zawsze jesteś takim diabłem, czy tylko w domu? - zapytała ze śmiechem ciotka Lo.
- Ja... sam nie wiem. - Powiedział po chwili zmieszany Ereden.
- Wiem, co twój tata mówił. Niezły z ciebie rozrabiaka, z tego co słyszałam. Lubisz dokuczać siostrom.
- Co to są za siostry... gdyby były moimi siostrami, nie miałyby tych ohydnych skrzydeł! To odmieńcy!
Lonya spojrzała na bratanka - z jej oczu dało się wyczytać zrozumienie pewnej kwestii. Ereden bardzo łatwo dzielił się z kimś swymi poglądami - dość poważnym wyrazem, przekrzywiła nieco usta z dezaprobatą.
- Pogadamy o tym w wolnej chwili, ale najpierw pomożesz mi w mega ważnej sprawie. Chcesz?
Ereden rozentuzjazmowany zamerdał swym puchatym, białoczarnym ogonem.
- Pewnie! Bardzo chcę!
Lonya obdarzyła bratanka miłych uśmiechem. Następnie posłała mu oczko.
- Zmotywowany i gotowy do dzieła! To ja rozumiem. No to chodźmy, zanim pacjenci totalnie umrą z tęsknoty za nami.
Od kiedy weszli do lecznicy, robota Lonyi nie bardzo paliła się w łapach, więc spokojnie przydzieliła Eredenowi bezstresowe i przyjemne zadanie - basiorek miał oddzielić kwiaty rozmarynu i od owoców czarnego bzu, a potem pilnować płomienia, nad którym bulgotał przyjemnie pachnący wywar na bazie ziół; Krwawnika pospolitego, Agrestu i kwiatu lipy. Od czasu do czasu zaglądała do niego Itami, aby sprawdzić, czy młodzieniec dobrze sobie radzi. Mały taki był zdeterminowany i pomocny, że zaznaczał, iż nie potrzebuje niczyjej kontroli, bowiem mocno wierzył we własne możliwości. Skończywszy rozdzielanie ziół, Lonya odciągnęła szczeniaka od płomieni i prosiła, aby asystował jej przy drobnej, niewymagającej względnego skupienia operacji, polegające na usunięciu cierni z ciała czarnego skrzydlatego basiora o niebiesko-białym upierzeniu. Lonyi nie umknęło oczywiście uwadze wrogiego spojrzenia Eredena, utkwionego w pacjencie, dobrze przynajmniej, że ograniczył się do tego, aczkolwiek basiorkowi ciskały się na język nieprzyjemne słowa. Po usunięciu wszystkich cierni, Ereden odstawił tacę, a następnie podał ciotce balsam, który jak tłumaczyła mu ciotka " Sprawia, że skóra mniej piecze i rany szybko się goją" . Poza tym miał orzeźwiającą i mocną woń żywicy, połączonej jeszcze z jakimś ustrojstwem, którego Ereden nie znał. Gdy Lo odprawiła pacjenta, obdarowała szczeniaka pochwalnym uśmiechem, ale sprawą tego incydentu wolała zostawić na poważną rozmowę, która jak się okazało, nadeszła wczesnym wieczorem, gdy lecznica była praktycznie prawie opustoszała. Itami poszła w towarzystwie Atrehu do swej jaskini, więc Lonya mogła w spokoju porozmawiać z malcem.
- Ereden, twój tata dużo mi opowiadał o tobie - zaczęła ciocia Lonya.
- A co takiego, ciociu? - zapytał zaciekawiony Ereden, nawet przez myśl mu nie przeszła myśl, że chodzi o jego negatywne stosunki z siostrami.
- No, wiesz... głównie to, że często dokuczasz swoim siostrom, nie słuchasz się i straszny z ciebie diabełek. Zanim zaczniesz, pozwól mi coś powiedzieć. Skrzydła u twoich sióstr to na prawdę nie jest powód, abyś im dokuczał. Odmieńcy, jak to wcześniej ująłeś, nie istnieją w tym przypadku - wiesz, ile wilków rodzi się ze skrzydłami? Czują i są tacy, jak ja czy ty, Ereden. Wyobraź sobie tylko, jaką przykrość sprawiasz swoim siostrom, dla których powinieneś być wsparciem, nie udręką.
- Dlaczego wsparciem? - zapytał zdziwiony.
- Jesteś ich bratem, to przecież oczywiste. Ereden, zrobisz coś dla mnie?
Ereden z wahaniem pokiwał główką, nie tracąc ciotki z oczu.
- Obiecaj mi, że nie będziesz tak dawał popalać swojemu tacie i siostrom. Mój brat, wiesz, bywa czasem nieogarnięty, ale to w dechę wilk, tak samo, jak twoje siostry, one na prawdę nie są niczemu winne, że urodziły się ze skrzydłami. Jesteś w stanie mi to obiecać?
Ereden przekrzywił usta w typowy dla niego, Eredeński grymas. Wygiął kąciki ust w dół, opuszczając lewą brew, zmrużył oko, jakby chciał Lonyi powiedzieć " O co ci chodzi?!"
- No nie wiem...
Lonya stanowczo tupnęła łapą.
- Ereden, bo się zaraz pogniewamy...
- No dobrze, dobrze. Zacznę siostry nieco lepiej traktować. Tatę też, ale proszę nie gniewaj się na mnie! - powiedział pośpiesznie Ereden,
- Obiecujesz mi to? - dopytała Lonya.
- Obiecuję.
- To dobrze. Obiecałeś mi coś, a wiesz, że tym samym, przede mną, zobowiązałeś się do dotrzymania słowa? Naharys nie chce dla ciebie źle, a siostry niczemu nie są winne, pojąłeś?
Ereden pokiwał głową, choć w głębi siebie, gdzieś z tyłu jego głowy, nadal utrzymuje w sobie przekonanie sprzeczne o swych siostrach. Na dodatek Shori, ta ohydna Shori, nie jest jego rodzoną siostrą. Przybłęda i podrzutek - Ereden rozpoznał to od razu, choćby nawet po barwie jej futra. Wiedział, że Lonya postawiła przed nim, niezwykle trudne zadanie.

<Lonya, ciociu? xD> 

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1283
Ilość zdobytych PD: 641 PD + 10% (63 PD) za długość powyżej 1000 słów
Obecny stan: 704 PD

sobota, 26 lutego 2022

Od Lonyi c.d Naharys ~ Zakute Łby

Młody Niko wrócił następnego dnia do swojej prawowitej opiekunki, która zdumiona patrzyła to na rozgadanego szczeniaka, to na nas, nieco spiętych jej spojrzeniem. Mały basior zdawał się nie zauważać tego w spojrzeniach, bowiem cały czas, zdawał relację z pobytu pod naszą opieką.
- ... Lonya wtedy musiała zniknąć i Naharys nauczył mnie jak kłamać... znaczy, jak wykrywać tych, co kłamią.... A potem Lonya nauczyła mnie robić napar z maków... - młody zasypywał Alfę potokiem słów, na co ta przytakiwała, próbując dojść do słowa.
Na marne zdały się jej próby, dlatego z cierpliwością wysłuchała raportu malca, a ja w duszy błagałam, aby Niko nie poruszył historii o intykorze. Jakżeby mógł tego nie zrobić? Oczywiście, że musiał dodać "I kiedy Lonya bandażowała Naharysa, opowiedzieli mi, jak zabili intykorę.."
"No to mogiła! Ona nas wypatroszy sarnią racicą"
Alfa uciszyła malca. W końcu jej się to udało, bo ten na moment zamilkł, aby nabrać kolejny haust powietrza. Obiecała wysłuchać całej historii wieczorem, bo teraz miała sprawę do nas.
Niko powędrował kawałek dalej, oczywiście nie zapominając pożegnać się z nami, jak towarzysze żegnają się po wspólnej przygodzie.
- Widzę, że jednak nie najgorsze z was niańki. - zaśmiała się. - Może powinnam poprosić Tsumi, aby przyuczyła was swojego fachu.
- Twierdzisz, że jeden z dwóch lekarzy i palladyn powinni się przebranżowić, aby na zmianę pilnować jednego szczeniaka? - Exan podłapał żart wadery, jednak ta, zamiast kontynuować, ponownie pokazała swoją twarz przywódczyni.
- Mam nadzieję, że czegoś was ta lekcja nauczyła. Mimo iż był to rodzaj kary, powinnam wam też podziękować. Niko nigdy nie mówił tak wiele w obecności innych wilków. No nic, pora na mnie, ta sławna opowieść o intykorze nie może czekać. - westchnęła cicho, jakby właśnie dowiedziała się o nadprogramowym obowiązku, który zburzył jej plany na przyjemny wieczór w kadzi z ciepłą wodą i muzyką przygrywaną przez najsławniejszych wykonawców.
Nie pozostało nam nic, jak pokłonienie się alfie i odetchnięcie po dobie opieki nad szczeniakiem, który kto wie... może w przyszłości zajmie miejsce Rene i to on będzie sprawował rządy nad przyszłymi pokoleniami.

***

Nadeszła długo wyczekiwana wiosna. Spotkania moje i brata stały się nieco rzadsze, jednak podczas nich staraliśmy się tak nie rozrabiać w obawie przed kolejną życiową lekcją, jaką zgotowaliby nam inni. Już ta jedna z opieki nad szczenięciem nam wystarczyła i.. O jakże się przydała, ponieważ mój brat doczekał się potomstwa. - jeden z powodów, dla których mój brat nie często miał przyjemność odwiedzać mnie sam. Trudno było mi oswoić się z myślą, że zostałam ciotką dwóch.. A raczej trzech malców, nad którymi piecze sprawował Exan wraz ze swoją partnerką. Obydwoje zmęczeni chociaż szczęśliwi cieszyli się z roli bycia rodzicami.
- Po raz ostatni mówię, Ereden uspokój się! - wzburzony głos Naharysa była słychać nawet na zewnątrz groty, w której po dźwiękach można było wnioskować, że toczy się.. Dosłownie mała wojna domowa.
Cicho weszłam do środka, cudem unikając lecącego w moją stronę poroża. Niemalże brakowało tego epickiego ujęcia, gdzie ostre końce wbijają się w skalną ścianę, dygocząc jeszcze przez kilka chwil.
- Znowu rozrabiasz, mały potworze? - zaśmiałam się, widząc mojego jedynego bratanka.
Oczy wszystkich obecnych w jamie, skierowały się w moją stronę. W oczach brata przez moment dostrzegłam ulgę, ale jednocześnie zawstydzenie, całą sytuacją. Sinien i Shori pomachały radośnie ogonami, jednak nie odważyły się podejść w moją stronę, bo ich brat już radośnie biegł ku mnie.
Mimo że cała ta radosna gromadka była dla mnie ważna, to Ereden zajmował szczególne miejsce w moim sercu. Ten nieznośny mały szczeniak, za nic miał zdanie innych członków stada i zawsze szukał okazji, aby dać innym w skórę swoimi wybrykami, chociaż zdarzało się, że robił to nieświadomie.
- Jesteś w końcu, myślałem, że już do mnie nie przyjdziesz! - Ereden skakał wokół mnie, dopraszając się o uwagę.
- Jak mogłabym o Tobie zapomnieć? Chcesz dzisiaj iść do lecznicy?
Maluch wydał z siebie okrzyk zachwytu, ale ten zaraz został stłumiony, przez oburzonego Exana.
- Nigdzie dzisiaj nie wyjdziesz!
- Ale tato..
- Żadnych "ale"! Jaskinia wygląda, jak chlew i już Ci zapowiedziałem, że za takie zachowanie wobec sióstr masz szlaban, dopóki ich nie przeprosisz. - zagrzmiał, marszcząc brwi.
-Naharys, pomówimy, przez chwilę? - wkroczyłam do rozmowy, prosząc brata na zewnątrz. - SAMI!
Ostatnie słowo rzuciłam dobitnie w kierunku bratanka, który już gotowy był wyjść za nami. Naburmuszony, klepnął zadem o podłoże, z trudem przyjmując odmowę.
Exan zaraz po zejściu z pola widzenia swoich pociech, wypuścił głośno powietrze z płuc. W jednej chwili na jego twarzy pojawił się ledwo widoczny grymas, który zdradzał zmęczenie i może... odrobinę rezygnacji.
- Nie mam już sił do tego szczeniaka. - zaczął pierwszy.
- Ereden to trudny, ale dobry dzieciak.
- Zgodzę się, ale nie potrafię nad nim zapanować od kiedy nauczył się chodzić. Dokucza dziewczynom, nie słucha się... o reszcie nawet nie wspomnę. Już nie wiem jak mam do niego dotrzeć, a jest coraz gorzej. On ma zaledwie kilka tygodni, a co będzie, gdy skończy 6 miesięcy? - gdyby mógł, zapewne uderzyłby łapą w pień, tak, że skruszyłoby korę, albo kończynę. Chwała za brak drzewa w promieniu metra.
- Nie mogę obiecać Ci, że będzie dobrze. Sam dobrze wiesz, ile kłopotów było z nami i Asdanem.
- Lonya, on nie ma pohamowań. W porę go uciszyłem, zanim nazwał Rene... ech, nawet lepiej nie powtarzać. I tylko dlatego, bo ma skrzydła. Rozumiesz? Renesmee. Któregoś dnia chyba tak mu przegarbuję skórę, że będzie przez miesiąc chodzić z podkulonym ogonem.
- I co to zmieni? Chcesz go zastraszać, czy wychować? - brat widocznie wziął sobie do serca moje słowa, bo na moment spuścił wzrok ze wstydu. - Widać, że jesteś już tym wszystkim zmęczony, dlatego tak mówisz. Wezmę go do lecznicy na trochę, potem może zostać u mnie na noc.
- Mam go nagradzać, za takie zachowanie?! Zapomnij, on dzisiaj nigdzie nie idzie.
- Posłuchaj, jesteś jego ojcem, więc zrobisz, co uważasz za słuszne. Wezmę go do lecznicy, tam mały czymś się zajmie, trochę wyciszy. Porozmawiam z nim w wolnej chwili o tym incydencie. Jemu chyba też dobrze zrobi noc poza domem. Przemyśli wszystko na spokojnie, wiesz, że tak będzie, to mądry szczyl. Na pewno nie zmieni swojego postępowania diametralnie, ale przynajmniej może nie będzie wykazywać takich destrukcyjnych poczynań, jeżeli nadal będzie chciał mi pomagać. Ten mały diabeł, nie będzie słuchać nikogo, w kim nie widzi autorytetu, a ty ten autorytet stracisz, jeżeli nie pozwolisz sobie pomóc.
- Ech, sam nie wiem... dlaczego akurat Ciebie tak się słucha? - przewrócił oczami, dumając nad tym co powinien zrobić.
- Może to dzięki mojemu urokowi osobistemu? - zaśmiałam się, trącając brata. - Zastanów się. Wiesz, że da wam dzisiaj popalić, jeśli go uziemisz. Tak będziesz miał szansę trochę odpocząć psychicznie z dziewczynami.
- Wiesz, że nie cierpię, kiedy masz tyle racji, prawda? - na pysku Exana, pierwszy raz zagościł uśmiech.
- Wiem, ale i tak nie potrafisz beze mnie żyć. Jeśli potrzebujesz czasu do namysłu, przejdź się, a ja zajmę się całą trójką.

<Exan?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1104
Ilość zdobytych PD: 552 + 5% (28 PD) za długość powyżej 1000 słów
Obecny stan: 2849 PD

środa, 9 lutego 2022

Od Naharysa c.d Lonya ~ Zakute Łby

- Oh, to nie było takie proste, Niko - odparł Naharys i zorientował się, że Lonya ostatecznie doprowadziła do końca szycia jego rany. Siostra z satysfakcją spojrzała na swoje dzieło, lecz potem dotarło do niej, że miała łapy kompletnie zabrudzone od jego krwi, więc cmokając pod nosem z niezadowolenia, poszła się umyć. - Gdy ta bestia w końcu już skonała, byliśmy kompletnie wyczerpani. Rana na udzie, uniemożliwiała Lonyi swobodnie chodzić, a ja wykończony większą częścią walki, mięśnie dosłownie odmówiły mi posłuszeństwa, więc nie pozostało nam nic innego, jak zostać z Lonyą, przynajmniej do rana. Przekonaliśmy się też, że mięso intykory jest bardzo pożywne i smakuje całkiem, jak kurczak, gdyby się uprzeć. Ponadto Lonya wiedziała, że ślina bestii ma właściwości mocno antyseptyczne, to oznacza, że nadaje się do oczyszczania ran. Dlatego intykory szybko, dosłownie wylizują się z poważniejszych ran. Dlatego zgromadziłem trochę śmierdzącej wydzieliny bestii i nałożyłem na krwawiące udo. Nie miałem wtedy, jak zaszyć to paskudne rozcięcie, więc nie pozostało mi nic innego, jak stworzyć opaskę uciskową, która miała zapobiec krwawieniu. Zjedliśmy trochę mięsa intykory i tak, leżąc obok siebie wtuleni, i dzieląc się między sobą ciepłem swych ciał, dotrwaliśmy do rana.
Naharys, gdy tak opowiadał, zauważył, że Niko z nieodpartym zdumieniem wchłaniał owe opowiadanie, jak gąbka słodką wodę. Nie w myśl mu było przerywać, ani na sekundę. Leżał wśród ciepłych futer, z podpartą brodą o łapki i nie spuszczał z wilków wzroku. Nawet nie mrugnął swymi fioletowymi oczami. Wydawać się mogło, że zdolne są do uważnego badania wszystkiego i wszystkich... był tak zafascynowany opowieścią, że nawet jego słodkie gały zdawały się ich słuchać.
- Gdy nastał ranek, odzyskałem części sił i zarzuciłem ranną Lonyę na swój grzbiet. Kruki i czarne chmury zebrały się nad truchłem intykory, jakby w ten sposób chciały obwieścić światu, że prawdziwy tyran doliny został pokonany! W tyle zostawiliśmy bestię, a przed nami zaś rozciągała się myśl o tym, jakie wyróżnienie i nagrody dostaniemy od rodziców i watahy. Cóż... wpierw dostaliśmy tęgie lanie od starszych, bowiem byli na nas wściekli. Wiedzieliśmy, że mocno się o nas martwili, ale wilki w naszej watasze spoglądali na nas z podziwem, na wieść, że to nam się udało położyć kres panowania potwora. A rodzice? Cóż, powściekali się, wyszło z tego, że przez ich lanie, z tydzień nie mogliśmy zapomnieć o bólu du... znaczy się... pośladków. Potem, gdy emocje opadły, rodzice mimo wszystko pochwalili nas, bo z drugiej strony, wiedza, jaką starali się nam przekazać od małego, nie poszła w las i mieli też potężny powód do dumy.
- Nie rozumiem... najpierw dostaliście... ała od rodziców, a potem was nagrodzili? Trochę bez sensu.
Naharys spoważniał lekko na wydźwięk uwagi z ust małego basiorka.
- Pamiętaj, Niko. Teraz jesteś pod opieką naszej pani Alfy i wiedz, że cokolwiek by się nie stało, będzie się o ciebie bać. Bierze za ciebie odpowiedzialność, czyli wzięła na siebie obowiązek strzeżenia twego życia i zdrowia, bowiem jesteś jeszcze za mały na to, aby obronić się samemu. I to samo czuli nasi rodzice. Bali się o nas, myśleli, że ta bestia nas pozabijała i daliśmy im powód do zmartwień, a to z kolei sprawiło, że... lekko mówiąc, rozzłościliśmy rodziców. Co prawda, ojciec z okazji zabicia bestii i też z naszego powodu, zorganizował huczną uroczystość, którą na zawsze zapamiętamy. Pamiętasz, Lonya? Płomień ogniska był tak wysoki, że wydawało się nam, że sięga aż pod niebo.
- Tak, pamiętam! To był cudny dzień. Bawiliśmy się do bladego rana. Dostaliśmy nawet miesiąc wolnego od treningów. Wilki z północnych watah zlatywały się do naszej, aby nas osobiście poznać i pogratulować zwycięstwa i złożyć swe dary. Były to skóry, kolorowe i drogocenne kamienie szlachetne, zioła... a raz jeden, chciał oddać swą córkę Naharysowi, ale z racji tego, że była zbyt młoda, nie udało się jej rodzinie związać ją z moim bratem.
- I tak do niej nie czułem nic. - skomentował nagle Naharys z krzywym grymasem na pysku. - Miała dziwne, rozwalone futro, jakby dopiero co przeżyła spotkanie z huraganem.
- Co to jest huragan? - zapytał Niko.
- Dowiesz się w swoim czasie, mały - zachichotała Lonya - A teraz jemy i szykujmy się do spania.
- Oh nie! Opowiedzcie mi coś! Kolejną opowieść z waszego życia! Proszę, proszę, proszę! - zawołał basiorek błagalnie, spoglądając na nich z rosnącym smutkiem. Mimo rozczulenia i żalu, że ich słuchacz domagał się od nich jeszcze większej dawki opowiadań, Naharys wstał i podszedł do małego Niko, spoglądając mu prosto w oczy.
- Zróbmy więc tak. Zjesz teraz i pójdziesz grzecznie spać, a ja i Lonya opowiemy Ci historię mojej i Lonyi walce z wilkami południowej watahy.
- A co te wilki wam zrobiły, że się z nimi biliście? - zapytał z rozpaloną ciekawością Niko. - Pokonaliście ich? Jak oni walczyli? Czy oni też są tacy odważni, jak wy?
- Hola, hola, zwolnij mały - wtrąciła się Lonya - Co ci Naharys powiedział? Jak zjesz z nami i pójdziesz spać, opowiemy Ci wszystko ze szczegółami. Obiecujemy.
- No dobrze... - odparł Niko z lekkim rozczarowaniem i zabrał się do posiłku, upolowanego przez Naharysa i można by rzec, że zjadł wszystko ze smakiem. Lonya pomogła malcowi umyć się i zakopała go pod ciepłe i wygodne futra. ~ Nam wystarczy, że my sami się ogrzejemy - pomyślał z uśmiechem Naharys, po czym wraz z Lonyą, zamknęli malca między siebie. Przed zaśnięciem, jedynie co basior zobaczył, w blasku pomarańczowego światła fluorescencyjnego, to uśmiechnięta i podniecona twarz szczeniaka, którego nakarmili opowieścią z ich życia, co w efekcie była dla niego sporą dawką smacznej rozrywki.
- Dobranoc - mruknął z zamkniętymi oczami malec.
- Śpij dobrze - odparli równocześnie Lonya i jej brat, na co oni, spojrzeli po sobie i zaśmiali się cicho, układając swe podbródki na łapach. Poczuli też, jak napięcie całego dnia, jak woda, spływa z ich ciał, po czym zasnęli w spokoju.

~ Jakiś czas później, wiosną ~

Już niemal każdy wilk wytrącił ze swojej pamięci o zimie, surowej i bezwzględnej, która już i tak zbyt długo trwała. Naharys nigdy nie mógł pojąć, od czego zależy długość zimy, ale ta była najdłuższa. Od tamtego zimowego wieczoru, gdy to Niko, zafascynowany opowieściami i zabawami, znanymi tylko wilkom z północy, zaczął coraz więcej czasu spędzać z Exanem i Lonyą, bowiem strasznie polubił towarzystwo dwóch młodych wilków. Odkąd jednak Naharys został kapitanem, a Lonya zyskiwała w swej lecznicy kolejne nawały pacjentów, młody nie miał już wielu okazji na zabawę.
~ Jest wiosna. Z pewnością będzie mieć wiele okazji, aby zabawę " łapacza", rozrywki polegającej na wykorzystywaniu własnej wyobraźni, przeistoczyć w realne zajęcie, bowiem wraz z nadejściem pory, pojawiło się wiele stworzeń, w tym małe myszki, które będzie mógł łapać dowoli.
Pewnego dnia, w późne popołudnie, Naharys wraz ze swoim rannym towarzyszem - nie kto innym, jak znana watahowa maskotka i najlepszy przyjaciel, Atrehu. - kierowali się w stronę lecznicy, aby Lonya wraz z Itami mogły spojrzeć, na jego rozharatane udo, z rany sączyła się gęsta, ciemnoczerwona krew. Basior wspierał się o kompana, bowiem aktualny stan nie pozwalał mu na normalne poruszanie, toteż droga do celu zajęła im, nieco więcej czasu.
- Tyle razy ci mówiłem - zaczął Exan - skup się na trenowaniu grupy, a nie ślinieniu się na widok tyłków ćwiczących wader. I teraz masz! Mam nadzieję, że to wahadło dało Ci nauczkę! - urwał ostro reprymendę, po czym spojrzał na Atrehu powątpiewająco - chociaż szczerze to wątpię. Nigdy się nie zmienisz.
- Drogi Naharysie - zaczął Atrehu tonem osobnika, który niezbyt bardzo przejmuje się swym stanem, ani słowami Exana - Jestem typowym samcem, który zachwyca się podobnymi widokami. Nic nie poradzę, że tak łatwo tracę przez to koncentrację.
- Celibat dobrze by ci zrobił
Z tymi słowy, Atrehu odchylił do tyłu głowę, aż w szyi mu strzeliło i wybuchł głośnym śmiechem.
- Ja i celibat? Wadery od północy, aż po zachód rozpłakałyby się z tego powodu.
- Racja. Co niektóre nawet ze śmiechu. I znalazłyby się też takie, co ze zdziwienia, musiałyby zbierać szczęki z ziemi. No! Już jesteśmy na miejscu.
Po wejściu do lecznicy, w ich nozdrza uderzył znajomy zapach ziół i lekarstw - niektóre były przyjemne dla nosa, a bywały też takie, co zmuszały wilki do myślenia o fakcie, że lepiej by było zapaść w głęboką anosmię*.
- No witam stałych pacjentów - przywitała ich Lonya, a zza jej pleców wyłoniła się jej słodka pomocnica, Itami. Atrehu na jej widok wyszczerzył się nieco i powitał ją, uwodzicielsko mrugając do niej oczkiem. Naharys udał, że nie zauważył tego, jedynie pokręcił lekko głową.
- Coś ty z nim zrobił? - zapytała Itami, spoglądając na krwawiące udo Atrehu z wyraźnym niepokojem.
- Sam sobie zrobił - skomentował Naharys, ale nie musiał już więcej dodawać - po prostu.
Lonya i Itami wyglądały, jakby nie bardzo chciały dawać wiary temu, co powiedział Naharys, ale Itami zgłosiła się, że zajmie się Atrehu w bocznej jaskini. Exan i jego siostra zostali po chwili, wśród potrzebujących stałej uwagi i opieki pacjentów o różnych schorzeniach i urazach. Ostatnimi czasy, Lonya napotykała się na kontuzjowanych wojowników i paladynów, którzy akurat wracali z jego treningów. Naharys rozumiał, że odkąd został oficerem i wziął na swe brzemię obowiązek trenowania wojowniczego kwiatu watahy, ale nie przepuszczał, iż wprowadzając metody znane im na północy, doprowadzi do powstania, tak wielu kontuzjowanych.
- Nieźle się załatwił... co zrobił? - zapytała Lonya, odprowadzając wzrokiem rannego basiora w towarzystwie młodej medyczki.
- Dostał wahadłem - odparł Naharys, a jego ton brzmiał, jakby należał do wilka, który właśnie się tego spodziewał - Skupił się, nie na tym, co trzeba i proszę. Efekt końcowy widoczny.
Lonya parsknęła krótkim śmiechem i wracając do pacjentów, musnęła brata jednym ze swoich długich ogonów w szyję.
Naharys, drapiąc się w ciemię, zaczął zachodzić w myśl, co z rannym Atrehu, także też powstał z miejsca i ruszył w kierunku odnogi jaskini, gdzie akurat przebywała ta dwójka. Samiec obserwował bacznie, jak młoda medyczka z niemalże profesjonalną wprawą, zszywa paskudną ranę na jego udzie. Dodatkowo Atrehu nie szczędził ciepłych i uwodzicielskich spojrzeń, od czasu do czasu, syczał z bólu, gdy Itami niechcący mocno zaciągnęła dratwą.
- Wszystko dobrze? - zapytał Naharys. Wszystko stało się nagle, a mianowicie, Atrehu po usłyszeniu głosu Naharysa, wyprostował się, jak na baczność, a Itami zmazała ze swojego pyszczka uroczy uśmiech. Naharys porównał tę sytuację do wielkiej bańki mydlanej, która wytworzyła się wokół nich - bańka przyjemnej i sprzyjającej atmosfery, mogąca doprowadzić do czegoś. Do czego? Naharys uśmiechnął się tajemniczo. Wiedział, że między tą dwójką coś jest, bowiem Atrehu opowiadał mu kiedyś, iż znają się jeszcze ze starej watahy. Więc stara dobra przyjaźń nie rdzewieje nigdy, ale czy ta przyjaźń, to jedynie kurtyna sceniczna, która skrywa za sobą coś jeszcze? Pewne sprawy i sytuacje należy zostawić domysłom.
- Będzie żył, prawda Atrehu? - powiedziała Itami, na nowo wykrzywiając usta w delikatny uśmiech.
- Oczywiście - odparł samiec, dumnie wypinając pierś. - Nie jestem z byle jakiej gliny zbudowany.
- Oj, to widać - przyznała samica, spoglądając na jego wypiętą, dobrze zbudowaną klatkę piersiową.
- No co tam, gołąbeczki? - wtrąciła się Lonya, która przyniosła ze sobą pleciony koszyk, wypełniony przeróżnymi ziołami, których Naharys w większości nie kojarzył. ~ Będę musiał poprosić Lonyę, aby wyłożyła mi wykład o ich nazwach i zastosowaniach. Nie, żeby mu się to kiedyś przydało, ale po prostu był ciekawy. Następnie jego siostra podeszła, obejrzała miejsce zszycia i z aprobatą kiwnęła głową, klepiąc Itami po ramieniu, z pochwałą w oczach.
- Wyrabiasz się, młoda!
- Itami ma dobrą nauczycielkę. - skomentował z zadziornym uśmiechem Atrehu.
- Czas praktyki, Atrehu - rzekła Itami z aksamitem w dziewczęcym głosie. Itami była już dojrzałą samicą, zdolną do stania się mamą, mimo tego, pewne rzeczy pozostały jej ze szczenięcych lat. Między innymi był właśnie jej głos, który tak bardzo kręcił rudowłosego samca.
- No i co powiesz, Itami? - zaczął Naharys - Atrehu nadaje się jeszcze do treningów?
Samica, jakby upewniając się, czy dostatecznie dobrze zajęła się raną samca, spojrzała na niego badawczo i z takimi słowy, usiadła z uśmiechem.
- Spokojnie. Jest na tyle silny, że i z dwoma rannymi łapami, prześcignąłby nas wszystkich.
Atrehu w przepływie jeszcze większej dumy, wyszczerzył się szeroko.
- Jak nie, jak tak!
- No! Żeby jemu tak dobrze szedł trening, jak spoglądanie na...
W tym samym momencie, basior sprowadził na siebie spojrzenie wilków; Atrehu zmierzył go z przestrogą w oczach - widać to było po szalejących płomieniach lęku, Itami i Lonya zaś spoglądały na niego z ciekawością.
- ...na nic... nic, kompletnie nic a nic... - wydukał pośpiesznie Exan, drapiąc się w potylicę, na co reszta przyjaciół zareagowała śmiechem.
- Ale, że nic a nic? - mruknęła Itami. Naharys nie wiedział, czy dobrze zrozumiał, ale wadera w tamtym momencie rzuciła teatralne podejrzenie, gdyż odrobinę wykrzywiła usta w uśmiech. - Ciekawe, co jest ciekawego w tych treningach, że Atrehu nie skupił się na najważniejszym.
- Chyba wiemy co. - Naharys i Lonya wymienili się szeptami z paskudnymi uśmieszkami.

*Anosmia - Czyli choroba upośledzająca zmysł węchu.

<Lonya?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 2039
Ilość zdobytych PD: 1019 PD + 20% (204 PD) za długość powyżej 2000 słów
Obecny stan: 6273 PD

czwartek, 3 lutego 2022

Od Lonyi c.d Naharys'a ~ Zakute Łby

Oczywiste wydało się, że Exan nie chce wchodzić w szczegóły przy malcu, toteż prędko zajął się rozmową o chwili obecnej. - o kontuzji.
Podejmując temat, szybko pochwyciłam zestaw do szycia, aby zająć się zatamowaniem krwawienia z barku basiora, przy czym pokazując rozentuzjazmowanemu Niko, jak wygląda taki zabieg. Młody jednak bardzo szybko pożałował widoku i mogłabym przysiąc, że przez moment zrobił się zielony na pysku.
Pięknie, nie dość, że muszę połatać brata, to jeszcze będę cucić młodego, po którym najprawdopodobniej zaraz będę ścierać rzygi.
I w tym przypadku Naharys przyszedł z odsieczą, bowiem zajął małego rozmową o naszej przeszłości.
- I nie pierwszy i nie ostatni będzie tak, że ja będę zszywał Lonyę, a ona mnie. Prawda, siostrzyczko? - uśmiechnął się, kryjąc dyskomfort, związany z ukłuciem.
- To nie pierwszy raz, kiedy masz zakładane szwy? - Niko wybałuszył oczy, wlepiając je w czarnego basiora, niczym w kawał świeżej młodej dziczyzny, która nadal ocieka ciepłą posoką.
- A skąd! Zszywałam go, więcej razy, niż wszystkich łącznie w całym naszym stadzie- zachichotałam, na krótko odrywając wzrok od rany brata.
- Nie zapominaj, że i ty nabawiłaś się kilku ran, które bohatersko musiałem zszywać.
- Tak....Dziękować za Twoje bohaterstwo, bo gdyby nie ono...- w tym momencie przerwałam, aby spojrzeć na oboje samców. Młody z zapartym tchem wsłuchiwał się w nasze przekomarzanki, natomiast Naharys, wyprostował się delikatnie, a jego twarz zdradzała nutkę dumy. - Do dziś nie miałabym szramy na udzie, jakbym pozwoliła się oskalpować wilkowi z padaczką w trakcie ataku, a za medyka służyła mi pijana paproć.
Niko zachichotał cicho, a sam Exan wyglądał na nieco oburzonego, że po raz kolejny wypominam mu tę przygodę, gdzie pierwszy raz oddałam się w ręce brata.... Oczywiście jako pacjenta, a nie wybranka!
- No weź! - szturchnęłam delikatnie mojego pacjenta. -Tak naprawdę, jest to moja ulubiona blizna, a do tego świetna pamiątka po walce z Intykorą.
Mówiąc to, delikatnie otarłam się o żuchwę brata w geście zadość uczynienia.
- Intykora? A co to takiego?
- To krwiożercza bestia, tak samo niebezpieczna jak i paskudna. Nie wielu śmiałków podejmuje się walki z nimi, a jeszcze mniej uchodzi z nich z życiem. - Naharys, podjął się wyjaśnienia malcowi terminu, którym w naszych stronach określa się te bestie.
Jak zawsze dbając o zapewnienie wyjątkowo ciekawego wstępu do historii.
Ja na dowód jego słów, oderwałam się od opatrywania brata, aby ukazać podopiecznemu ranę, którą owa bestia pozostawiła mi na tyle uda. Gruba, nierówna szrama w ciemnym kolorze, ciągnęła się, aż do stawu skokowego.
- Byliśmy świeżo po zakończeniu treningowi, który kończył każdy z członków naszej watahy i pragnął wieść życie najsławniejszych wojowników. Jak to dwa głupie młodziki, ja i Lonya poczuliśmy, że jesteśmy w stanie pokonać wszystkich, w końcu nasi rodzice to dowódcy jednostek, a więc i w nas musiała płynąć krew niezwyciężonych. Co więc mogą zrobić dwa niezwyciężone wilki, aby zapisać się na kartach historii i stać się bohaterami pieśni, które będą śpiewane przez stulecia po każdej zwyciężonej bitwie?
- Zabić bestię? - Niko rzucił niepewnie, wsłuchując się w opowieść mojego brata.
- Dokładnie. Od kilku miesięcy dochodziły do nas słuchy, że jakaś bestia grasuje po dolinie i zabija swoje ofiary z wyjątkowym okrucieństwem. Żaden wilk, żaden niedźwiedź nie przetrwał starcia z tym monstrum. Najlepsi szpiedzy i zwiadowcy ostrożnie postępowali, aby zdobyć jakiekolwiek informacje, o tym co za kreatura mrozi krew w żyłach wszystkich klanów, mieszczących się na rozległych terenach potwora. Pamiętam, że właśnie wtedy kilka z nich postanowiło zawrzeć sojusz, aby wymienić się zdobytymi spostrzeżeniami na temat tej istoty. Minęło kilka długich tygodni, zanim tożsamość bestii została odkryta. Żaden z przywódców watah nie chciał zdradzić swoim członkom, kim jest tajemniczy morderca. Nawet nam nie chcieli nic powiedzieć, dlatego zakradłam się na wiec starszych, aby podsłuchać, co też nasi rodzice chcą uczynić...- przerwałam, pozwalając bratu na kontynuowanie historii. Ja dzięki temu mogłam większą uwagę skupić na dokończeniu szycia.
- Lonya doniosła mi, jak rodzice debatowali coś o Intykorze. Znaliśmy tę kreaturę jedynie z powieści, ale wtedy wydawało nam się, że możemy ją zabić, bowiem pieśni, którymi karmiliśmy się za młodu opowiadały jak pewna Delphia wraz ze swym postawnym kompanem Belmonthem zdołali poskromić bestię. Wiedzieliśmy, że to podstępny stwór, działający jedynie nocą oraz potrafił tworzyć iluzje, którymi mógł zaskoczyć niczego niepodejrzewającą ofiarę.
Nie zwlekając, ruszyliśmy w ostatnie znane nam miejsce ataku napastnika. Było to kilka dni wcześniej, jednak trawa nadal była mokra od krwi, a przy dokładniejszym zbadaniu terenu, zauważyć można było skrawki ciała zabitego wtedy gryfa.
- To coś.. zabiło gryfa!? - Niko, aż zadrżał, wypowiadając te słowa, jednak brat nadal nie przerywał opowieści.
- Było to na skraju lasu, gdzie nie każdy chciał się zapuszczać nocami. Tej nocy była pełnia, jednak w lesie panowała wyjątkowa ciemność. Parliśmy przed siebie w ciemności, nie zważając na nieznane nam dotąd odgłosy, aż trafiliśmy do miejsca, gdzie znajdowała się łąka z sadzawką w jej centralnej części. Tam pierwszy raz od dłuższego czasu mieliśmy przyjemność zobaczyć księżyc, jednak nie to skupiło naszą uwagę. Na brzegu sadzawki siedziała do nas tyłem smukła postać humanoidalna. Bawiła się swoimi długimi brązowymi lokami, opadającymi na mokre ramiona. Na jej błękitnawej skórze można było dostrzec granatowe cienkie pasy, otaczające jej ramiona niczym bransoletki, a wzdłuż kręgosłupa ciągnęła się pręga w tym samym kolorze. Spojrzeliśmy zdezorientowani po sobie, po czym ponownie wbiliżmy wzrok w kobiecą sylwetkę. Ta nuciła kojącą pieśń, przypominającą jakby... kołysankę? Trudno to opisać, mały Niko, ale słuchając jej, czuło się spokój, jakby wszystkie troski nagle opuściły twoją głowę, a ciało wyzbyło się całego napięcia. Zbliżyliśmy się cicho, zmniejszając dystans do jakiś trzydziestu, może dwudziestu metrów. Trudno teraz to stwierdzić. W każdym razie coraz śmielej zbliżaliśmy się do postaci, kiedy ta nagle odwróciła głowę. Jej oczy były czarne i duże, jakby źrenica zajmowała całą gałkę oczną. Śpiew momentalnie ustał, a ona gapiła się na nas bez słowa...
- Wtedy postać machnęła kończynami znajdującymi się w wodzie, delikatnie mącąc spokojną do tej pory taflę. Zerknęłam bowiem wtedy mimowolnie w miejsce, skąd powinny wystawać jej stopy, a zamiast nich, dostrzec można było ogon. Zamarłam, tym samym zatrzymując samym brata
- Przestraszyłaś się syreny?
- Nie do końca syreny, a tego, w jakim miejscu się znajdowała, bo widzisz... syreny raczej preferują słone zbiorniki wodne, a sadzawka, która znajduje się w środku lasu, z dala od mórz i oceanów, nie może być słona. W takich miejscach prędzej zamieszkałabym nimfa lub inny leśny duch, ale na pewno nie kobieta z rybim ogonem, a więc co to takiego mogło być? - spojrzałam, na szczeniaka, wyczekując odpowiedzi.
Niko zamyślił się na moment, po czym zerknął na nas, jakby coś go olśniło.
- Iluzja!
- Iluzja, właśnie... ale zanim my do tego doszliśmy, syrena rozpłynęła się, a zamiast niej pojawiła się blada paskudna bestia o wielkim jaszczurzym pysku. Jej przednie kończyny były długie i wyglądały jak u modliszki, a każda łapa zakończona była dwoma brudnymi, zakrzywionymi pazurami. Tylne nogi stwora były umięśnione i dwa susy wystarczyły, by zwierze podbiegło do nas, machając w szale swoimi łapami, które jeszcze kilka chwil temu przypominały dłonie syreny. Jedyne co pozostało z poprzedniej iluzji to te czarne, bezduszne oczy. Oboje jak oparzeni odskoczyliśmy na boki, cudem unikając rzędu długich szablastych kłów. Nie wiem jak mój brat, ale ja wtedy byłam przerażona, widząc, z czym przyszło nam walczyć. - na samą myśl o tym wspomnieniu, włoski na karku delikatnie się uniosły.
- Nie do końca wiedzieliśmy jak mamy powalić tego osobnika. Był szybki, silny, a do tego wcale nie wyglądał, jakby się męczył. Nie skłamałbym, gdybym powiedział, że bawił się nami w najlepsze, rozstawiając po kątach polany. Plan, który przygotowaliśmy wcześniej, kompletnie nie miał prawa się ziścić. Co nam pozostało? Szukaliśmy jakichkolwiek słabych punktów bestii, jednak nawet po ich zlokalizowaniu trudno było zbliżyć się do stwora na więcej, niż metr nie tracąc przy tym głowy. Ta intykora była dorosła i wielkością dorównywała leśnemu bykowi, a jej ryk nie przypominał żadnego dźwięku, jaki wydają znane nam zwierzęta. Bardziej przypominało wrzask dzika połączony z rykiem wielkiego kota. W końcu bestia popełniła błąd i zamachnęła się nad moją siostrą swoimi potężnymi szponami. Wtedy Lonya uskoczyła przed ciosem w bok, a pazury bestii zahaczyły o grupy pień, robiąc w nim wgłębienie na kilka cali, jednak to kupiło nam dodatkowe kilka sekund na zaatakowanie. Wtedy wbiłem zęby w łydkę przeciwnika, rozdzierając jego ciało. Z gęby stwora wydobył się agonalny ból, ale dopiero teraz zrozumieliśmy, dlaczego Intykory są tak groźne. Pomimo urazu, stwór podniósł nogę, w której nadal miałem zatopione zęby i zaczęła nią kopać, próbując tym samym mnie zrzucić lub przy odrobinie szczęścia rozedrzeć ciało pazurami. Lonya próbowała mi pomóc, ale w tym momencie puściłem nogę stwora, lądując prosto na siostrze. Tak też przekoziołkowaliśmy spory odcinek, zatrzymując się dopiero w wodzie. Umorusani od błota i mokrzy, wygramoliliśmy się niezdarnie na brzeg. Tam bestia niespiesznie zbliżała się w naszą stronę, kulejąc na zakrwawioną nogę. Mieliśmy zaledwie kilka chwil na podjęcie jakichkolwiek działań, ale zapewne wiesz jak ciężko się myśli, próbując pozbyć się wody z płuc, czy błota z oczu. Byliśmy w opłakanej sytuacji, ale coś wtedy w nas tknęło. My byliśmy w dwójkę, a bestia jedna i do tego ranna. Znaliśmy swoje mocne strony i tylko dzięki nim byliśmy w stanie wyjść cało z opresji...
- Mój brat to silny i postawny basior, a ja zwinna i mała, przez co trudniej było mnie trafić. Więc to ja robiłam za przynętę, a mój brat atakował. I tak też udało nam się wyprowadzić kilka ciosów, kiedy intykora skupiona na mnie, kompletnie zapomniała o Exanie, który właśnie dobierał się jej do du... ekhem.. do dużego kupra. Kąsał dotkliwie raz za razem w newralgiczne miejsca, które mogły spowalniać przy tym ruchy przeciwnika. Jak więc łatwo się domyślić, za cel obierał to stawy, to ważne mięśnie kończyn.
- Niestety to mądre bydle i po trzecim takim ugryzieniu, za czwartym oberwałem w pysk, prawie tracąc przy tym oko. Z łuku brwiowego ściekała mi krew, a która na policzku powiewała jak chorągiewka na wietrze. Myśląc, że to najgorsze co mnie mogło czekać, nie przewidziałem, że druga łapa tej paskudy, przygniotła mnie do podłoża. "Uciekaj" zdążyłem z siebie wydusić okrzyk w stronę siostry, po czym przyglądałem się mojemu katowi. Spojrzeliśmy sobie prosto w oczy. Pokiereszowana bestia, zbliżyła pysk, otulając moje nozdrza cuchnącym smrodem. Nie przypuszczałem, że zginę tak szybko. Kiedy stwór z wolna otworzył pysk, tak szeroko, że byłem w stanie policzyć wszystkie zęby, jakie znajdowały się w tej śmierdzącej gębie, i kiedy myślałem, że zaraz stracę łeb, intykora zachwiała się, kwicząc jak zarzynane prosie. Lonya wisiała na grzbiecie stwora, wbijając zęby w kark, przeszywając raz za razem boki swoimi ogonami, na których końcach były lodowe ostrza. Na ziemie i na mnie kapała gęsta jucha, sącząca się z ran. Zwierz miotał się jak oszalały, próbując zrzucić tę rudą wszę z siebie.
- W końcu stwór wbił mi w udo swój pazur i szarpnął z taką siłą, że do teraz nie wiem jakim cudem mam jeszcze nogę. Rzucił mną jak kawałkiem mięsa. Leżałam tak z rozpłatanym udem, próbując nie zemdleć z bólu. Krew sączyła się z mojej kończyny i sądzę, że nieco głębsze nacięcie odsłoniłoby moją kość. Wtedy Naharys chwycił Intykorę za krtań i z równie wielką siłą zacisnął na niej szczęki, zgniatając gardło stwora. Ten zatoczył się, nieskutecznie łapiąc hausty powietrza, które uciekało przez wielką dziurę, jaką zostawił mój brat. Zmęczona i poważnie ranna intykora padła martwa bez sił na ziemię z hukiem, a jej ciałem jeszcze sporadycznie napadały drgawki. - zakończyła opowieść, podobnie jak opatrywanie brata, na co ten, jak to zwykle miał w zwyczaju obejrzał dokładnie ranę, na tyle ile pozwalała mu możliwość, po czym ostrożnie pokręcił barkiem, sprawdzając, czy opatrunek nie krępuje jego ruchów.
Niko wydał z siebie dźwięk podziwu, nie szczędząc przy tym okrzyków zwycięstwa.
- Ale historia! Chciałbym kiedyś być tak silny jak wy. Ja też kiedyś zabije intykorę! - entuzjazm szczeniaka, był tak samo słodki, jak i naiwny. Przypominał ten sam, kiedy wspólnie zdecydowaliśmy, że to najwyższa pora uwolnić naszą krainę przed tyranią tego paskudztwa.
- Wolałabym, żebyś był dużo bardziej rozsądny niż my i nigdy, ale to przenigdy nie wybierał się na takie walki w pojedynkę. Zwycięstwo osiągniesz tylko wtedy, kiedy obok Ciebie będą bliskie i zaufane osoby. - mówiąc to, spojrzałam na brata, którego tamtej nocy mogłam stracić.
Nie byłam w stanie pojąć, dlaczego to właśnie on i właśnie teraz, na moich oczach miał oddać ostatnie tchnienie. Wbiłam pazury w ziemię, obserwując ostatnie chwile brata. Nie! to nie mogło się tak skończyć. Przecież... to mój brat. Jedna z czterech osób, która stworzyła dla mnie dom. Jak spojrzałabym rodzicom w oczy, gdybym wróciła bez niego? Nawet nie wiem , czy miałabym prawo ich tak nazywać od tamtej pory. Jak mogłam uciekać? To niedorzeczne!
- I nie możesz zapominać o treningach... o wielu treningach. - Naharys łypnął okiem na malca. - Inaczej skończysz jak karma dla kruków, albo będziesz zmorą swojego medyka.
- A właśnie... jak udało wam się wrócić do rodziców? - Niko zerknął na nas, wyczekując, jak dwaj bohaterowie powieści powrócili do swoich pomimo tak dotkliwych ran.

<Naharys?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 2108
Ilość zdobytych PD: 1054 + 10% (105 PD) za długość powyżej 2000 słów.
Obecny stan: 1159

środa, 26 stycznia 2022

Od Naharysa c.d Lonya ~ Zakute Łby

- Komuś odezwał się instynkt. - powiedziała Lonya dość żartobliwie, wykrzywiając jednocześnie uśmieszek na swój sposób dość prowokujący. Naharys już miał powiedzieć coś, ale ugryzł się momentalnie w język - nie chciał bowiem, aby mały to usłyszał, więc wedle dobrego wychowania wolał nie komentować złośliwości przybranej siostry. Ograniczył się jedynie do przewrotu oczami.
- Nauczyłem się rozpoznawać kłamcę! - Pochwalił się z radością w głosie, gdy ujrzał zbliżającą się Lonyę.
- Naprawdę? A kto Cię tego nauczył? - Naharys pierwszy raz dostrzegł coś takiego w Lonyi - gdy utkwiła wzrok w malcu, przybrał on bardzo ciepły wyraz, co prawdę mówiąc, nie każdy mógł na to zasłużyć. Wyjątkiem mógł być Naharys, ale on sam przyglądał się tej uroczej scenie z wyraźnym uśmiechem.
- Naharys oczywiście! Pokazać Ci? - Niko demonstrujący swój entuzjazm i podnietę, zamachał ogonem.
- No jasne! Ale ostrzegam cię, że jestem w tym świetna. - Lonya wyraźnie okazała, że rzuca malcowi wyzwanie. - Utalentowana ze mnie kłamczucha. - dodała wadera, gdy zbliżyła pysk do ucha malca.
- Co powiecie na to, że pobawimy się wspólnie w jaskini? Robi się ciemno, a wtedy trudniej będzie odkryć kłamstwo. - Zaproponował Naharys i żartobliwie puścił Niko oczko.
- Jesteś pewien, że nie chcesz iść? - zapytała Lonya.
- Miałem dzisiaj wieczorem spotkać się z Piną, ale zrozumie to. Jestem pewien, że Tsumi już doniosła do niej, że kibluję z tobą za aferę w gaju jabłoni. - odparł z przekonaniem.
Tak więc zgodnie z nadchodzącym zmierzchem, futro basiora przybierało mroczne kolory i odcienie, począwszy od czubka długiego ogona, po szczyt jego wrażliwych uszu. Niko dosłownie nie mógł się nadziwić, jakim sposobem Naharys to uczynił, a on z uśmiechem zdradził mu, że jego futro jest nadnaturalne, na co Lonya odpowiedziała cichym parsknięciem.
I tak dalsza droga do jaskini Lonyi potoczyła się dość spokojnie: Niko zajęty swą zabawą w łapanie wyimaginowanych myszek, Lonya na dodatek, jako część zabawy, pokazała mu pozycje łowieckie, przydatne w prawdziwym życiu.
- To ja może pójdę. - zaczął Naharys, ale dalszą część przerwała złośliwość Lonyi.
- Co? Jednak dezerterujesz?
Naharys zmrużył oczy w teatralnej złości. Wystawił język.
- Nie, idę coś upolować! Młody coś musi jeść, co nie?
Lonya wybuchła długim śmiechem, zarzucając głowę do tyłu.
- Przecież żartuję... - burknęła i odwracając się w stronę wylotu swojej jaskini, dodała głośno, specjalnie, aby basior usłyszał - ...tatuśku.
I prędko, jak mała waderka, po uczynionym psikusie, pobiegła do wejścia. Naharys z uśmiechem pokiwał głową. ~ Ja ci dam tatuśku, mała żmijeczko. - Parsknął na tę myśl i pognał w kierunku lasu - w stronę gdzie krwisto-pomarańczowy talon słońca już zanikał poza granice widnokręgu.

~ Jakiś czas później~

Naharys gwałtownie odwrócił głowę, trzymając w pysku dwa dorodne króliki za ich długie, pokaźne uszyska. Jakaś część jego podświadomości podpowiadała mu, że to jedynie szmer zza krzaków wywołany wiatrem, ale zapach podpowiedział mu co innego. Gdyby nie typowa ciekawość, Naharys odwróciłby się na pięcie i powlókłby mięso z powrotem do siostry, ale nie, oczywiście musiał sprawdzić, co się stało. Gdy tak przepychał się przez krzaki, zza kurtyny suchych gałązek, ujrzał wilka rozprawiającego się nad martwym ciałem dzika. Po zapachu stwierdził też, że takowy osobnik nie pochodził z watahy, wręcz przeciwnie - cuchnęło od niego obcością. Basior upuścił dwa martwe zające, które pacnęły z chrzęstem na śnieg, jak dwa worki wypełnione pluszem.
Obcy wilk rwał łapczywie mięso, nie zwracając uwagi na ulewającą się z podbródka gęstą, śmierdzącą czarną juchę, która następnie brudziła biel śniegu obok swych łap. Naharys odkrył wtedy, że dzik nie był do końca martwy - miał przetrącony kark i makabrycznie rozerwany brzuch, z którego wilk wyrywał kawałki wątroby - żył i dogorywał w męczarniach.
Exan wyłaniał się powoli zza krzewu, czarny jak to nocne niebo, złote oczy, wypełnione zapalczywością, jak to zawsze bywa u niego, błysnęły w świetle srebrzystego światła księżyca w pełni. I wtedy obcy go dostrzegł. Na jego widok, wilk zamarł w bezruchu, jakby mu się uważnie przyglądał. Potem mlasnął, pociągnął krwawym językiem po policzku, z podbródka spadł mu fragment odgryzionej wątroby.
- Czego tu?! To moja padlina, nie tykaj! - wymruczał obcy. Naharys nie ruszył się, ale badawczo przyglądał się obcemu. W jego pięknych, aczkolwiek mętnych szarych oczach spostrzegł iskierki szaleństwa - wystarczyło, że wilk popatrzył się chwilę, aby wywołać w kimś niepokój.
- Z tego, co widzę, dzik jeszcze nie jest padliną. - zauważył Naharys, spojrzawszy na fakt, że zwierzę w tym momencie wydawało ostatnie w swoim życiu tchnienia. A potem zamarło.
- Matka z ojcem nie uczyli cię, żeby nie wpier****ć się w czyiś posiłek? Można sobie napytać biedy, frajerze! - skomentował ostro uwagę Naharysa i zarechotał opętańczo. Basior zaczynał zyskiwać na pewności, że w tym momencie miał do czynienia z szaleńcem. Zaiste z prawdziwym, niebezpiecznym szaleńcem.
- Nie, ale matka z ojcem nauczyli mnie, jak radzić sobie z takimi owcoje***mi, jak ty - W jego głosie nie brzmiała irytacja. To nawet nie nazywała się agresja. Naharys mówił spokojnie, aczkolwiek instynktownie zmarszczył policzki, aby zaprezentować przeciwnikowi rząd długich i ostrych zębów.
- No proszę, wilczek potrafi odpysknąć! - warknął szaleniec, plując pod łapami Naharysa krwawą śliną. Odsunął się od świeżo zabitego dzika, nie spuszczając Exana z oczu - obserwował i obliczał swoje szanse, Naharys zaś oceniał wiek obcego - na oko dałby mu sześć albo siedem lat, czyli zakładając, że ma do czynienia z życiowym wilkiem to i walka nie będzie z nim łatwa. - Wypier****j stąd, inaczej urwę ci łeb, a potem naszczam do gardła, cwaniaku. Masz ostatnią szansę.
- Czemu miałbym ustępować ci miejsca w watasze, do której należę. Wiesz, że mam prawo Cię zabić? Nie chcesz chyba się ze mną mierzyć?
- Ty mi grozisz? Mi nie można nikim ani niczym grozić, szczeniaku! Chodź do papy Hugosha. Pokażę ci, s**o kto tu rządzi. Grrraaarr!!!
Wilk zwany Hugosh wykonał sus w jego stronę z obnażonymi zębiskami i odsłoniętymi pazurami, a czarny basior natomiast odsunął się na bok, ale stary wilk wiedział, co w tej sytuacji zrobić - zdezorientował Naharysa ciosem swego ogona w nos. Nasz bohater potrząsnął głową i przegapił okazję na kolejny unik, bowiem jego przeciwnik wczepił się swymi zębami w bok jego karku. Wykorzystawszy siłę swych wiekowych, aczkolwiek nadal mocnych mięśni, cisnął młodym basiorem o pień drzewa. Naharys prócz promieniującego bólu w karku, odczuł też silne uderzenie w bark, które doprowadziło go do szaleńczej wściekłości.
~ Oddychaj i skup się! - przypomniał sobie słowa ojca, zanim totalnie zatracił swój umysł w gniewie.
- Hahaha... coś kiepsko cię starzy nauczyli walki! Może w rzeczywistości ojciec to nieudacznik, a matka dzi**ą, którą być może kiedyś miałem! Ciekawe, czy to ona tak piszczała, gdy ją ostro brałem, jak gorący ogier swoją klacz. No przyznaj się, frajerze!
~ Oddychaj i skup się! - powtórzył, tym razem głośniej baryton ojca. Naharys odetchnął głęboko i nie spuszczał wilka ze swych złotych oczu.
- Masz jeszcze szansę, aby się poddać, młokosie! No dalej! Czemu nie uciekasz?! - warczał wilk.
Naharys podniósł głowę wyżej, wyszczerzył się w złowrogim uśmiechu.
- Nie nauczono mnie uciekać. - odparł Naharys.
Gdy wróg zaatakował po raz kolejny, Naharys był gotowy na obronę - stary wilk, mknąc ku niemu z wystawionymi pazurami, basior stanął dęba, jak wściekły ogier i wykonał cios w miejsce poniżej szyi przeciwnika, tym samym zyskując nad nim przewagę. Stary zwalił się na grzbiet z donośnym łoskotem, do tego przygnieciony łapą oponenta, nie miał możliwości aby się podnieść. Naharys uniósł łapę i zaczął okładać starego basiora ciosami, wspomaganymi cięciami ostrych, jak skalpel pazurami. Raz za razem, cios stawał się coraz to silniejszy. Gdy przerwał, policzki, pysk i czoło przeciwnika były rozorane krwawymi pręgami po pazurach i posiniaczone w miejscach, gdzie Exan włożył solidną porcję siły.
- Masz już dość?! - zapytał Naharys - Mogę tak całą noc i następny dzień!
Wilk charknął gardłowo.
- Chędoż się!
I splunął mu obficie prosto w oczy śliną, zmieszaną z krwią z przegryzionego języka. Naharys jednak nie dając mu możliwości przewagi, na oślep wczepił się zębami w ciało starego. Jak się okazuje, złapał go za szyję, więc wykorzystując resztki sił, jakie skondensował w swych mięśniach i jednym, zdecydowanym, mocnym szarpnięciem, skręcił mu kark. Głowa wykręcona w nienaturalnej pozycji zamarła bez ruchu, wpatrzone puste szare oczy zastygły w punkcie, gdzie dzik miał rozerwany brzuch.
Nie muszę dodawać, że Naharys, mimo wyśmienitej kondycji, dyszał ciężko i łapczywie chwytał powietrze, jakby mu miało go zaraz zabraknąć. Następnie spojrzał na dwa, upuszczone wcześniej króliki, po czym skierował się ku nim.

~ Jakiś czas później~

Naharys starał się nie zwracać najmniejszej uwagi na ból stłuczonego barku, ani na fakt, że cała sierść na karku była wilgotna i ociekająca szkarłatną posoką.
~ Jak dojdę na miejsce, Lonya zajmie się tym... Cholera jedna wie, co od ugryzienia tego starego szczura mogę złapać! - pomyślał ponuro Naharys, króliki dyndały w rytmie spokojnego chodu basiora, co jakiś czas jedno obijało się o drugie. Gdy basior wkroczył do ciepłego i oświetlonego wnętrza jaskini siostry, pierwsze, co usłyszał, to jej zmartwiony głos.
- Co się stało? - ruszyła w jego stronę.
- Damy Ci napar z maku. Lonya mówi, że niedługo będzie gotowy- Niko przysiadł koło Exana, najwidoczniej próbując go pocieszyć, na co ten zareagował wymuszonym uśmiechem.
- Pokaźne stłuczenie. Coś ty za królikami po drzewach łaził? - patrzyła wyczekująco na brata.
Spojrzał na waderę znacząco.
- Nie. Poobijałem się z jakimś śmierdzącym szczurem. Ale już po wszystkim - I wyminął Lonyę wzrokiem, spojrzał na wyciekającą krew z ugryzienia w barku.
- No wiesz? Bijatyki urządzasz sobie beze mnie? A więc tak pamiętasz o mnie! Poczekaj, będziesz chciał, aby ktoś nastawił ci obojczyk czy inną kość, to wiesz, co ci powiem? "A nastawiaj se sam!" Ulalala... ale ten szczur cię pokąsał. Masz cały kark i szyję mokrą od juchy. Zaczekaj, zszyję ci to. Niko, pokażę ci, jak się zszywa rany po ugryzieniu!
- Huraaa! - zawołał basiorek, ale zaraz potem pożałował swej wyrywności. - Ale to paskudnie wygląda! Łeee!
- Ja i Lonya miewaliśmy paskudniejsze rany, mały. Przeżyję. - odparł pocieszająco wilk i puścił oczko w stronę malca. - I nie pierwszy i nie ostatni będzie tak, że ja będę zszywał Lonyę, a ona mnie. Prawda, siostrzyczko? - zwrócił się do Lonyi z szerokim uśmiechem.

<Lonya?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1601
Ilość zdobytych PD: 800 PD + 5% (40 PD) za długość powyżej 1000 słów.
Obecny stan: 3457 PD

niedziela, 23 stycznia 2022

Od Lonyi c.d Naharysa ~ Zakute łby

Naharys nie był zadowolony z mojego planu, jednak wiedział, że moja praca pochłania sporo czasu, nawet jeśli alfa poleci nam pilnowanie jego podopiecznego. Ruszyłam w stronę szpitala, układając w głowie listę obowiązków i organizowanie ich tak, by uporać się z nimi w jak najkrótszym czasie.
Kto miał przyjemność obserwować życie, toczące się na izbie chorych, ten wie, że jest to jedna wielka niewiadoma, więc w jednej chwili pacjent, który dobrze rokował, nagle może zarzygać pół sali, albo wymagana jest dodatkowa zmiana opatrunków. - nie wspominajmy też o nagłych przypadkach. Toteż mój plan na szybsze wyjście został szybko poddany próbie. Itami i ja miałyśmy czas tylko na szybką wymianę informacji, co która ma zrobić i czy udało się to zrobić. W duchu dziękowałam, że Nabi zgodziła się nam asystować przez podaż odpowiednich ziół i wyrabianie z nich maści.
- Dzięki za pomoc. Gdyby nie ty, pewnie wszystko puściłabym z dymem. - zażartowałam do białej wadery.
- Naprawdę nie ma o czym mówić. To drobiazg, poza tym może lepiej, żeby pacjenci nie nabawili się dodatkowo poparzeń. O tej porze roku, ciężko o bez, czy rumianek. - Nabi przysiadł obok, uśmiechając się delikatnie.
- Lonya chyba nie jest typem, któremu przeszkadzałby brak rumianku i bzu. - wtrąciła Itami, która właśnie odprawiła ostatniego pacjenta.
Wyraz twarzy pyska Nabi przybrała dosyć specyficzny wyraz. Mieszanka zdumienia i przerażenia wybornie komponował się z próbą usilnego uwierzenia, że obydwie żartujemy.
Spojrzałyśmy z Itami na siebie, próbując jak najdłużej wytrzymać z wybuchem śmiechu. Pękłam pierwsza, gdy niewidoma wadera gorączkowo próbowała ukryć swoje emocje, natomiast jej mimika, ani trochę nie chciała współpracować. Parsknęłam śmiechem, niemal zmuszając ją do mimowolnego wzdrygnięcia, na co Itami także dołączyła się do mojej salwy śmiechu.
- Aż tak źle ze mną nie jest, spokojnie. Lubię tak czasem niezobowiązująco sobie ponarzekać- wyjaśniłam, gdy tylko mój maniakalny śmiech ustał, pozwalając na zachowanie wyraźnej mowy.
- Każdy ma jakiś sposób, żeby nie zwariować. - Itami wzruszyła ramionami, po czym zwróciła się do Nabi. - Jeszcze raz wielkie dzięki za asystę. Bardzo nam dziś pomogłaś. Gdybyś miała ochotę, możesz czasem wpaść.
- Nie obrazimy się, gdybyś zaoferowała nam pomoc.
- Zapamiętam. Ale skoro na dzisiaj macie już wolne, jakie plany na wieczór?
- Ja jeszcze żadnych, może skoczymy gdzieś w trójkę? - Itami zerknęła na nas, wyglądając na nieco podekscytowaną.
- Ja niestety odpadam. Mam dziś wartę przy Niko, ale wam życzę miłego wypadu.- skinęłam głową w stronę wilczyc i ruszyłam w miejsce, gdzie ostatnim razem pożegnałam brata i podopiecznego Rene.
Czułam, jakby ktoś walnął mnie w łeb sporych rozmiarów pniakiem. Wrzawa w lecznicy długo szumiała jeszcze w mojej głowie, a wzrok delikatnie się mącił po długim czasie dłubania przy ranach pacjentów. Nie mniej po wejściu w zasięg wzroku brata wysiliłam się na uśmiech.
- No to co? Zmiana warty, bracie? Maszeruj do tej swojej Piny, a ja zajmę się malcem.
- Nie ma mowy. Zostanę z tobą, bo siedzimy w tym razem. - brat zaprotestował, na co od razu wzbudził we mnie konsternację.
- Prawda, ale nie tak się umawialiśmy. Ja i tak nie mam planów, także zajęcie się Niko, nie koliduje z resztą moich obowiązków. Poza tym chyba nie będziesz ze mną spać w jaskini.
- A jaki to problem? Co prawda przystosowałaś jamę pod siebie, ale powinna pomieścić szczeniaka i basiora.
- Komuś odezwał się instynkt. - zażartowałam. Exan zapewne chciał w tym momencie powiedzieć coś, czego nie powinien mówić żaden dobrze wychowany wilk w obecności szczeniaka, toteż tylko ugryzł się w język i przewrócił oczami.
- Nauczyłem się rozpoznawać kłamcę! - Niko podbiegł uradowany w naszą stronę, gdy tylko mnie zauważył.
-Naprawdę? A kto Cię tego nauczył? - moje spojrzenie utkwiło na malcu i przybrało najcieplejszy wyraz jaki kiedykolwiek mogłam wykrzesać.
- Naharys oczywiście! Pokazać Ci? - młody zaczął machać ogonem, zapewne licząc na kontynuacje zabawy, którą Exan zorganizował podczas mojej nieobecności.
- No jasne! Ale ostrzegam, że jestem w tym świetna. - rzuciłam szczeniakowi wyzwanie.
- Co powiecie na to, że pobawimy się wspólnie w jaskini? Robi się ciemno, a wtedy trudniej będzie odkryć kłamstwo.
Niko przytaknął na propozycję brata. Tak, więc basior, który jeszcze kilka chwil temu był śnieżnobiały, bezceremonialnie wygrał dyskusję i wprosił się do mnie do jamy, aby dalej opiekować się brązowym malcem. Ruszyliśmy, więc w stronę mojej jaskini, obserwując jak Niko co jakiś czas nadal próbuje złapać wyimaginowane stworzenie, ćwicząc tym samym techniki łowieckie.
Nim dotarliśmy, ustaliłam z bratem, że ten zorganizuje coś do jedzenia dla malucha, a ja tym samym zostanę na ten moment z podopiecznym.
- Czuj się jak u siebie. - rzuciłam, kiedy weszliśmy do jaskini, a wtedy Niko momentalnie wybałuszył oczy.
Od razu po wejściu pociągnął kilka razy nosem, do którego dotarł zapach mieszanki różnych ziół. Idąc za tropem, dotarł do niewielkiej skalnej półki, gdzie te się mieściły. Kroki stawiał niepewnie, jednak chęć odkrycia, była silniejsza od strachu.
Ułożyłam się na kamiennej posadzce, obserwując poczynania małego wilka. Ten dokładnie badał wszystko po cichu. Kiedy tylko Exan zniknął, maluch ponownie stał się nieco skryty, mniej pewny. W sumie spędził z nim więcej czasu, dlatego musiałam sama zadbać, aby wypracować z nim więź.
- To są owoce bzu czarnego. - wtrąciłam ciepło, kiedy maluch na dłuższą chwilę, zatrzymał się przy misie wysuszonych czarnych kulek. - pomaga przy drogach oddechowych, ale trzeba na niego uważać, bo jeśli się przesadzi, można kogoś otruć.
Niko popatrzył na mnie z zaciekawieniem, przytakując po mojej wypowiedzi.
- A ten tu obok. - podeszłam do malca. - to suszony mak. Robi się z niego napar, który może uśmierzyć ból.
- Na przykład taki, kiedy się przewrócisz i łapa Cię boli? - przekrzywił łeb, badając wysuszone główki czerwonych kwiatów.
- Zgadza się, chociaż w takich przypadkach często stosuje się nieco łagodniejsze środki. Chciałbyś mi pomóc taki zrobić?
Szczeniak entuzjastycznie pokiwał głową, nie mogąc się doczekać podjęcia pracy przy tworzeniu leku. Basiorek wedle wskazówek, precyzyjnie oddzielił płatki od nasion, aby następnie wrzucić makowe kuleczki do wrzątku. Kiedy wywar, mozolnie uzyskiwał swoje właściwości, a my zaczęliśmy łapać wspólny język, Exan wrócił w dwoma królikami, delikatnie kulejąc na przednią lewą nogę.
- Co się stało? - ruszyłam w stronę brata.
Nie czekałam na odpowiedź, aby zając się oglądaniem kończyny. Skóra na łopatce była rozcięta. Nie była to poważna rana, jednak przy dalszym oglądaniu nogi, brat wykazywał dolegliwości bólowe w okolicy nadgarstka
- Damy Ci napar z maku. Lonya mówi, że niedługo będzie gotowy. - Niko przysiadł przy moim bracie, próbując go pocieszyć, co wyglądało nad wyraz cudownie.
-Pokaźne stłuczenie. Coś ty za królikami po drzewach łaził? - patrzyłam wyczekująco na Exana

<Naharys?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1036
Ilość zdobytych PD: 518 + 5% (25 PD) za długość powyżej 1000 słów.
Obecny stan: 1451 PD

sobota, 15 stycznia 2022

Od Naharysa c.d Lonya ~ Zakute łby

Naharys mógłby się założyć, że Lonya bardziej odczuła karę niż on sam, bowiem wiedział, iż jego przyszywana słodka siostra nie miała zbyt dobrych relacji ze szczeniakami - Ale z drugiej strony, Niko nie był wcale takim złym młodzieńcem. Owszem, był jakiś taki wycofany, wstydliwy, ale próbował nawiązywać z nimi konwersacje, jednakże bawić się, to już wolał jednak w samotności. "Łapacz" czy "Odkrywca" - Naharys podejrzewał, że owe zabawy autorstwa tego małego smyka, polegają na samotnej rozgrywce, ale ani on, ani Lonya nie chcieli mu w tym przeszkadzać. Okres poważnego skomplikowania nadszedł, gdy wadera zapowiedziała mu, że musi odbyć tę karę samemu przez dwie godziny.
- Exan, przepraszam, ale nie mogę zajmować się dłużej małym.
- Żartujesz sobie? Zostawiasz mnie samego?!
- Mam pacjentów. Nie mogę go ze sobą zabrać do lecznicy. Zarazi się czymś, a wtedy Renee urwie nam te zakute łby. Poza tym nie będę młodemu ryć psychiki flakami i wystającymi kości. Nie zostawię Itami samej. Jest dobra, ale nie da rady ogarnąć wszystkiego sama.
- Ech... rzeczywiście to są argumenty nie do podważenia. - Naharys wiedział, że jego pozycja jest dość kiepska.
- Zróbmy tak. Zajmij się małym jeszcze przez dwie godziny, postaram uwinąć się, jak najszybciej i Cię zmienię. W ramach zadośćuczynienia biorę brzdąca do siebie na noc.
- Na noc? Od kiedy jesteś taka hojna wobec dzieci? - Naharys zaśmiał się głośno.
- Powiedzmy, że jestem miłośnikiem kompromisów.
Zanim jednak dotarło do basiora, że w późnym popołudniu jest jednak większa szansa, że raczej lecznica jest wolna od pacjentów i w pewnym momencie, Naharys ostro wkurzył się na Lonyę, że go tak wkręciła. Z drugiej strony, to że była wolna od pacjentów, nie oznacza, że Ci, co wymagają większej opieki, nie zwalnia ją z obowiązków. W ostatecznym rozrachunku wybaczył siostrze i spojrzał na bawiącego się w najlepsze małego brzdąca.
- No dobrze, co więc chciałbyś robić, Niko?
Mały wilk spojrzał na niego w lekkiej zadumie, jakby szukał w pamięci sposobu na dobrą zabawę.
- Sam nie wiem. Pobawię się może w tego " Łapacza" to jest mega wciągające.
- A może tym razem ja zaproponuję jakąś zabawę? - wtrącił się Exan dość łagodnym tonem, ale także z nutką luźnego przekonania. - Znam dobrą, idealną dla dwóch wilków zabawę, którą znam ze swoich stron. Nazywa się " Prawdy i kłamstwa". Polega to na odgadnięciu, czy dana osoba kłamie, czy też mówi prawdę.
- A skąd ja mogę wiedzieć, kiedy będziesz kłamał? - zapytał Niko.
- Można się tego nauczyć. Pokażę Ci, jak rozpoznać kłamcę. Chcesz? - Naharys zniżył się, aby wzrokiem dorównać oczom Niko. Miały piękną, ametystową barwę.
Szczeniak podrapał się chwilę po głowie, westchnął cicho, zastanawiając się chwilkę, ale Naharys był pewien, że nie będzie musiał zbyt długo czekać, bo Niko odparł.
- Zgoda!
Naharys zapoznał szczeniaka z zasadami i dla przykładu zademonstrował mu, jak powinna ona wyglądać. Uczestnicy nie spuszczają z siebie wzroku, bowiem na tym to polega - rozpoznać kłamstwo.
- Jeśli utracisz ze mną kontakt wzrokowy, mogę mieć pewne wątpliwości, że nie mówisz mi całej prawdy. - wytłumaczył Naharys cierpliwie. - A resztę dowiesz się w trakcie zabawy. Gotowy?
- Tak! - zawołał rozentuzjazmowany Niko.
- Pamiętaj! Kontakt wzrokowy. - upomniał go spokojnie Exan, gdy ten zauważył, że szczeniak pokierował wzrokiem gdzieś indziej.
- A więc... Gdy byłem mały, jadłem sporo jagód po których bardzo bolał mnie brzuch. - powiedział basior, będąc ciekaw, czy Niko będzie miał na tyle bystre oko, że dostrzeże jakiś znak, świadczącym o kłamstwie.
- Hmmm... kłamstwo?
- Dlaczego tak uważasz?
- No bo... skoro bolał cię po nich brzuch, to czemu więc jadłeś je i jadłeś?
- Noo... słuszna uwaga, ale to nie na tym to polega. Masz odczytać z ruchów mego ciała, czy mówię prawdę. Ale tak! Masz rację, to było kłamstwo. Teraz ty.
Basiorek zastanowił się chwilkę, przymrużając lekko lewe oko i westchnął cicho.
- Lubię stokrotki - powiedział, nie spuszczając oczy z Naharysa, który badawczo się mu przyglądał, starał się wychwycić coś, co da mu powody do podejrzeń. Jednak nic takiego nie ujrzał.
- Prawda? - spytał więc, gdyż taka była zasada.
- Tak! To prawda!
Naharys i Niko migiem złapali wspólny język, nawet był z siebie dumny, że zdołał zapewnić brzdącowi popołudnie pełne rozrywki i ciekawej zabawy. Długo wymieniali się słowami, za którymi stało kłamstwo, czy też szczera prawda, ale basior lubił myśleć, że dzięki temu, przyswoił młodemu ważną lekcję.
- A teraz uważaj: W trakcie polowania udało się mi ujrzeć białego kruka, który z wyczekiwaniem spoglądał na możliwy posiłek. Kruk ten miał czarne końcówki na piórach, a na nóżce widniała szrama.
Niko, w czasie, gdy Naharys opowiadał to i owo, starał coś wyczytać z jego mowy ciała. Naharys przebierał łapami, kręcił oczami od czasu do czasu - to jednak wystarczyło, aby Niko rozpoznał w nim kłamcę.
- Kłamstwo! Ty kłamiesz!
- A dlaczego? - zapytał Naharys, wyczekując w duchu prawidłowej odpowiedzi ze strony malca.
- Nie utrzymywałeś kontaktu wzrokowego, a twoje łapy jakoś tak dziwnie się wierciły.
- Dobrze! - zawołał i poczochrał młodego po brązowej czuprynce. - Teraz twoja kolej.
Naharys, tym razem dostrzegł sygnały, jakie wysyłał mu szczeniak. W trakcie swej przemowy, lekko poczerwieniały mu policzki, jego kontakt wzrokowy, a kącik ust po lewej stronie, dziwnie się unosił.
- Kłamiesz. Wiesz dlaczego? Czerwienisz się, nie patrzysz na mnie, wiercisz się niespokojnie.
- Kurczę pieczone, muszę poćwiczyć.
Naharys zaśmiał się wesoło.
- Mam nadzieję, że będziesz ćwiczył, jak rozpoznać kłamcę, a nie, jak być kłamcą?
- No, jak rozpoznać właśnie. - odparł żywo basiorek.
- I znowu kłamiesz! - roześmiał się basior.
- Kurczę pieczone, razy dwa! - burknął Niko.
W ramach końcowych, wymienili się jeszcze dwoma zdaniami i wyszło, że obaj kłamali, ale było przy tym mnóstwo śmiechu i zabawy, a uśmiech na pyszczku Niko sprawił, że Naharys w pewnym sensie był dumny z siebie, że sprostał wyzwaniu, jakie wiąże się z opieką nad szczeniakiem. Stwierdził, że nie to proste zadanie, ale przyznasz mój czytelniku, że Naharys poradził sobie całkiem, całkiem. Wiedział bowiem, że opieka, to nie tylko zapewnienie Niko wyżywienia i spokojnego snu - to też odpowiedzialność za jego bezpieczeństwo. Za bezpieczeństwo osoby, która nie jest w stanie się obronić.
Gdy skończyli zabawę, Naharys spoważniał i spojrzał Niko prosto w oczy.
- Niko, chcę, abyś wiedział, że nie bez powodu nauczyłem cię tej zabawy. Życie każdemu z nas, prędzej czy później, nakazuje kroczyć ścieżkami nie do końca bezpiecznymi i prostymi, jakbyśmy sobie tego życzyli. Wiedz, że w swoim życiu spotkasz wiele wilków, ale to od ciebie zależy, czy rozpoznasz w nich prawdziwych przyjaciół, czy przebiegłych kłamców, a uwierz mi, że tych dwóch jest znacznie więcej.
- Dobrze, postaram się uważać...
- Nie masz się starać. - odparł stanowczo basior. - Musisz na siebie uważać. Zgoda?
- Tak. Zgoda.
Lonya wróciła pod wieczór nieco zrezygnowana po południowej, skończonej pracy, a że starczyło jej energii, aby zająć się młodym, rzekła z usilnym entuzjazmem.
- No to co? Zmiana warty, bracie? Maszeruj do tej swojej Piny, a ja zajmę się malcem.
- Nie ma mowy. Zostanę z tobą, bo siedzimy w tym razem.

<Lonya?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1100 
Ilość zdobytych PD: 550 PD + 5% (27 PD) za długość powyżej 1000 słów.
Obecny stan: 1660 PD

poniedziałek, 10 stycznia 2022

Od Lonyi c.d Naharysa ~ Zakute łby

Decyzja alfy zamurowała mnie tak samo jak Exana. Staliśmy tak zerkając na siebie, licząc, że Renee zaraz się zaśmieje i powie, że to tylko żart mający dać nam nauczkę, która przestrzeże przed kolejnymi głupstwami. Niestety skrzydlata wilczyca mówiła śmiertelnie poważne, więc aby oszczędzić sobie kłopotów, przerwałam tłumaczenia brata, zgadzając się na zaopiekowanie malcem.
Kompletnie zieloni w opiece nad szczeniętami, zbliżyliśmy się do młodego samca, który brykał radośnie wśród trawy.
- Cześć. Jesteś Niko, prawda? - zaczął Naharys.
- W co się bawiłeś? - podjęłam kontynuację rozmowy.
- Ja... tak jestem Niko... właśnie bawiłem się w "Łapacza" - dodał niepewnie
- A na czym ta zabawa polega?
- Na łapaniu... rzecz jasna. Wyobrażam sobie myszkę, którą później muszę złapać... -
- Nie musisz się nas bać. Chciałbyś, abyśmy ci pomogli złapać myszkę?
- Jesteście... dorośli, złapiecie ją bez problemu. To na mnie spoczywa obowiązek w jej złapaniu.
- No w sumie... trafna uwaga, Niko. - rzekł Naharys. - Nie będziemy ci więc przeszkadzać.
- Tak po prawdzie to... trochę zgłodniałem... - mruknął Niko.
Zerknęłam lekko przerażona na brata. Jak mogłam zapomnieć, że szczenięta również potrzebują się posilać. To doskonale świadczyło o tym, jak tragiczne zdolności posiadam w opiece nad szczeniakami. Gdyby nie Tsumi, oferująca nam w tym momencie pomoc pewnie bylibyśmy zmuszeni położyć Niko do spania na głodnego, o ile, któryś z bogów nie ulitował się nad nami, i zesłał nam ranną sarnę tuż pod nasze łapy.
Nie zwlekając ruszyliśmy za waderą do jamy, gdzie szczeniak od razy rzucił się na oferowaną porcję zwierzyny.
- Dziękujemy Tsumi. Ratujesz nam życie. - dodałam, nie spuszczając podopiecznego alfy z oczu.
- Nie ma o czym mówić. Nadal jednak się zastanawiam, dlaczego to właśnie wy opiekujecie się młodym. - wadera westchnęła cicho, obdarzając nas lekkim uśmiechem.
- Powiedzmy, że trochę narozrabialiśmy i... niepotrzebnie zaczęliśmy mówić o więzi rodzinnej. - dodałam zakłopotana.
- Było się nie odzywać i sprzątać sarnie bobki. - Exan jęknął, wbijając wzrok w waderę.
- Przynajmniej poćwiczysz. - puściłam mu oko, na co ten parsknął przekornie.
- Najedzony? - uśmiechnęłam się delikatnie do brązowego wilczka, który podszedł do nas, oblizując pyszczek.
Ten skinął delikatnie głową, tym samym dając znać, że możemy opuścić jamę, aby nie nadużywać gościnności i dobroci Tsumi.
- Co chcesz teraz robić, mały? - mój brat położył się na trawie, by zrównać się ze szczeniakiem.
- Chyba... chyba, pobawiłbym się w "odkrywcę"
- Brzmi ciekawie. A na czym ta zabawa polega? - spytałam, rzeczywiście zaintrygowana.
- Na odkrywaniu oczywiście. Będziemy szukać skarbu. Muszę tylko... złapać tę myszkę... ma mapę.. ona. - szczeniak wyraźnie miał trudności w rozmowie z obcymi, toteż jego zdania były nieco dziwnie złożone.
- Zdaję mi się, że ta myszka czai się w tych krzewach. Spróbuj cichutko się do niej podkraść, tylko stawiaj łapki bardzo ostrożnie, żeby jej nie spłoszyć. - szepnęłam malcowi do ucha, wskazując na krzaki znajdujące się kilka metrów od nas. - My nie podejdziemy, bo jesteśmy za duzi i myszka od razu nas zauważy.
Maluch skinął głową i według wskazówek zaczął zbliżać się do wyimaginowanej myszki, pozwalając mi na chwilę rozmowy z bratem.
- Exan, przepraszam, ale nie mogę dłużej zajmować się małym
- Żartujesz? Zostawisz mnie z nim samego?!
- Mam pacjentów. Nie mogę go ze sobą zabrać do lecznicy. Zarazi się czymś, a wtedy Renee urwie nam te zakute łby. Poza tym nie będę młodemu ryć psychiki flakami i wystającymi kośćmi. Nie zostawię Itami samej. Jest dobra, ale nie ogarnie wszystkiego sama.
- Ech.. rzeczywiście to są argumenty nie do podważenia. - Naharys wiedział, że jest na straconej pozycji. Z takimi argumentami nie dało się dyskutować.
- Zróbmy tak. Zajmij się małym jeszcze przez dwie godziny. Postaram się uwinąć jak najszybciej i Cię zmienię. W ramach zadośćuczynienia biorę brzdąca do siebie na noc.
- Na noc? Od kiedy jesteś taka hojna wobec dzieci? - zaśmiał się.
Brat doskonale wiedział, że nie pałam wielką sympatią do młodzików. Zapewne wywodzi się to stąd, że nie posiadam genetycznie wbudowanej instrukcji obsługi szczeniąt. Mimo to Niko nie wydawał się kłopotliwym w opiece szczeniakiem. Wyglądał na nieco zagubionego w rozmowie z obcymi, jednak stawiał czoła wyzwaniu, podejmując z nami próbę konwersacji.
- Powiedzmy, że jestem miłośnikiem kompromisów, poza tym ty możesz bajerować Pinę przez całą noc, która może zakończyć się w jej objęciach. - wystawiłam mu język.

<Naharys, Niko?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 662
Ilość zdobytych PD: 331 PD
Obecny stan: 907 PD

niedziela, 12 grudnia 2021

Od Naharysa c.d Lonyi/Reneesme ~ Zakute Łby

- Chyba przyszedł czas, abym ja się teraz wytłumaczył. - zaczął Naharys po chwili ciszy, jaka nastała po tym, jakże niewinnym żarcie Lonyi na temat jej umaszczenia.
- Exan, ale ty... - Lonya zaczęła, ale przerwał jej natychmiast.
- Teraz ty siedź cicho. Lonya nie ma racji. Moja wina jest tak samo wielka, jak jej, ale szczerze powiem... Nie żałuję zajścia wczorajszego wieczora. Mojej siostrze zagroził basior, a mnie wpojono pewne zasady, których trzymam się po dziś dzień i z jednej wczoraj właśnie się wywiązałem. Obroniłem moją siostrę. Zabiłbym nawet, gdyby jej choć jeden rudy włos spadł z głowy, nie żałuję, że sprałem tych dwóch... zasłużyli. - Zatrzymał się na moment, jak gdyby zastanawiał się nad dalszymi słowami, westchnął cicho i znowu zwrócił się do alfy. - Nie jestem za przemocą. Problemy wolę rozwiązywać, jak na pacyfistę przystało; słowami, argumentami, ale w tamtym momencie, taki rodzaj ugody był niemożliwy. I niech inni spłonął w pył, a świat rozpadnie się na części, nikt ani nic, nie będzie ważniejsze od Lonyi.
Zakończywszy swą wypowiedź, szczerą aż do bólu, uwierzcie mi, moi drodzy, jakże prawdziwą, dotknął nosem policzka Lonyi.
- Mocne słowa. - skomentowała Alfa, wodząc swymi szmaragdowymi oczami nich, po czym wykrzywiła usta w łagodny uśmiech. - Doceniam i podziwiam twoje zamiłowanie do rodziny. Doceniam, że jest ci ona milsza, nawet jeśli masz się liczyć z koniecznością rozlewu krwi. Jeszcze zdecyduję, co z wami zrobić, a tymczasem cieszcie się sobą. Jak brat i siostra, bez znaczenia, czy jesteście powiązani więzami krwi, czy też nie... chrońcie się nawzajem, nie zostawiajcie się w potrzebie. Moja wataha potrzebuje takich wilków, jak wy. Do zobaczenia.
Naharys i Lonya z szacunkiem pokłonili się Alfie na do widzenia, a wychodząc, basior czuł się, jak całe napięcie i zdenerwowanie, spływają z niego wodospadem.
- No, powiem ci, żeś niezłe przemówienie strzelił. Doceniam, że jestem dla ciebie taka ważna.
- A ja doceniam, że jesteś. Moja ty zwariowana świrusko. - To rzekłszy, roześmiał się krótko.
Odpowiedź od Alfy dostali wczesnym popołudniem, gdy Naharys skończył obowiązkowe treningi, a Lonya była wolna od większości pacjentów. Gdy słońce powoli przesuwało się po pomarańczowym niebie ku zachodowi, ci szli w przeciwnym kierunku, w stronę miejsca, wyznaczonego przez Rene. A owym miejscem okazała się rozległa, wiosną mieniąca się orgią kwiecistych barw, a obecnie okryta śnieżną kołderką polana, gdzie zazwyczaj bawiło się młodsze pokolenie watahy. Rene spostrzegli siedzącą na szczycie niewielkiego pagórka i spoglądała z góry, na skrzydlatego młodzieńca, który bawił się w najlepsze. Naharys, widząc wesoły grymas, a w oczach lśniącą energię w fioletowych oczach, przypomniały się mu szczenięce czasy, gdy to wraz z Lonyą wywijali po poligonie, ku szczenięcej uciesze - pomimo potu, wyciskanego przez wojskowych rodziców, zawsze w przerwie od treningów, pozwalali im na chwilę zabawy.
- Chciałaś się z nami widzieć. - to było bardziej potwierdzenie, niż pytanie. Alfa obdarzyła ich spokojnym, aczkolwiek Naharys czuł, że za tym nie kryje się nic przyjemnego.
- Umiecie zadbać o bezpieczeństwo. Bezpieczeństwo wspólne, ale brak wam odpowiedzialności. Jednakże wiedzcie, że wam ufam. Bo wszyscy jesteśmy, jak rodzina. Ufacie sobie, mimo, że nie dzielą was żadne więzy krwi, jeden za drugiego skoczyłby w ogień. - Z tymi słowy spojrzała na bawiącego się w dole Niko. - Mam ważne sprawy do załatwienia, a was postanowiłam nie zostawić bez konsekwencji. Zaopiekujecie się Niko pod moją nieobecność. Myślę, że zaopiekujecie się nim równie dobrze, jak o siebie samych. Myślę, że to was nauczy odpowiedzialności.
Zaskoczenie odebrało Naharysowi mowę, pomimo, że chciał zaprotestować. Nie miał zielonego pojęcia o opiece nad szczeniakami, a tym bardziej cudzymi! Lonya zareagowała podobnie - spojrzawszy z rozdziawioną gębą na Niko, zastygła w niemym krzyku.
- Ale... my nic nie wiemy o...- zaczął Naharys. Alfa przerwała mu uniesioną łapą.
- No dobrze. Zajmiemy się malcem. - Oznajmiła Lonya, lecz brat widział w jej oczach pewien rodzaj załamania i żalu.
- Dobrze. Jutro w południe powinnam wrócić do watahy. Wy tymczasem przypilnujcie Niko. Liczę, że z wami będzie bezpieczny.
Z tymi słowy, rozpostarła szeroko swe skrzydła o jaskrawych kolorach, wzbiła się w powietrze, niczym smoczyca i odleciała w kierunku zachodzącego słońca. Schodząc ze zbocza pagórka, Naharys zaczął się zastanawiać, jak malec zareaguje na nowinę - zakładał, że malec nieśmiało będzie podchodzić do tej sprawy - że ma nowych, tymczasowych opiekunów. Nie miał żadnego pojęcia o opiece nad szczeniakami, o ich wychowywaniu już nie wspominając. Stanęli przed malcem, który na ich widok, przestał brykać po zaśnieżonej łące i nieśmiało zwinął swe małe skrzydełka, wbił swe fioletowe oczka w ziemię, nie odezwał się ani słowem.
- Cześć. Jesteś Niko, prawda? - zaczął Naharys.
- W co się bawiłeś? - spytała Lonya.
- Ja... tak jestem Niko... właśnie bawiłem się w "Łapacza"
- A na czym ta zabawa polega?
- Na łapaniu... rzecz jasna. Wyobrażam sobie myszkę, którą później muszę złapać... - basiorek był tak nieśmiały, że z trudem panował nad słowami. Albo gubił literki w wypowiedziach, jąkał się strasznie, a na dodatek, dygotał cały, jakby z zimna.
- Nie musisz się nas bać. - oznajmiła Lonya. - Chciałbyś, abyśmy ci pomogli złapać myszkę?
- Jesteście... dorośli, złapiecie ją bez problemu. To na mnie spoczywa obowiązek w jej złapaniu.
- No w sumie... trafna uwaga, Niko. - rzekł Naharys. - Nie będziemy ci więc przeszkadzać.
- Tak po prawdzie to... trochę zgłodniałem... - mruknął Niko.
W tamtym momencie, Naharys wpadł w totalne zakłopotanie, bowiem nic nie mieli dla malucha, a na polowanie już było zbyt późno. Po zmroku trudno będzie o zwierzynę, a w spiżarni nie zostało prawie nic. Spojrzawszy znacząco na Lonyę, podrapał się w potylicę, a wadera zaś odezwała się szybko.
- Na mnie mnie patrz. Nie mam nic do jedzenia.
- A co tu się dzieje? - odezwał się za ich plecami znajomy głos, a gdy Naharys spojrzał za siebie, pierwsze, co wpadło mu w oko, to niezwykle bujna i długa grzywka Tsumi. Ukochana Atrehu i opiekunka szczeniąt. Pewnie niezbyt pozytywnie zareaguje, że on i Lonya ośmielają się zastępować ją w obowiązkach.
- Alfa kazała się nam zaopiekować Niko. I tak też czynimy. - oznajmił Naharys.
- Ale to leży w moim obowiązku!
- I nie mamy nic do twoich obowiązków! - wtrąciła się Lonya. - Nie mogliśmy odmówić Rene.
- Tsumi, nie masz u siebie jakiegoś jedzenia dla małego? Późno się robi.
- Widzę, że ani trochę nie macie pojęcia o opiece nad szczeniakami. - stwierdziła z satysfakcjonującym uśmiechem Tsumi. - Ale nie wiem, co Alfa powie, że wyręczam was z zadanej wam kary.
- Nikt nie musi wiedzieć, prawda? - powiedziała Lonya.
- Atrehu chyba ma u siebie kilka kąsków, których udało się mu upolować rankiem. Idziecie ze mną?
- Czemu nie. Jeśli oferujesz nam pomoc, nie będziemy odmawiać.

<Lonya/Tsumi?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1044
Ilość zdobytych PD: 552 + 5% (26 PD) za długość powyżej 1000 słów
Obecny stan: 1534

sobota, 6 listopada 2021

Od Lonyi c.d Naharysa/Renesmee ~ Zakute łby

Złoty wilk został odprawiony wraz z falą obelg, jakie posłałam w jego stronę. Żal mi było tylko haka, który radośnie sterczał w jego ciele. Wykopując basiora z jamy, wcale nie pozbyliśmy się kłopotów, bowiem te wtargnęły cicho do środka wraz z pojawieniem się naszej alfy.
Już od progu nie wyglądała na zadowoloną, jednak po zobaczeniu nas umorusanych krwią i połatanego obcego samca była gotowa posłać nas do piachu. Staliśmy tak w bezruchu, dopóki nie rozpoczęła się jedna z głośniejszych awantur, jakie nam sprawiono.
- Czy wasza dwójka zwariowała... no tak! Czuć od was alkohol! Czy gorzała wam, do reszty cymbały zryła?! Z lecznicy urządzacie sobie rzeźnię?! Doszły mnie słuchy, że bez mojego pozwolenia opuściliście teren watahy, urządziliście istną rozróbę w sadzie jabłkowym, a teraz sprowadzacie obce wilki! Co macie na swoją obronę?!
Pierwszy raz widziałam Rene tak poirytowaną... prawda, nie miałam z nią zbyt częstej styczności, poza formalnym spotkaniem dotyczącym dołączenia do watahy, czy przygotowaniem dla niej kilku wywarów, po które się zjawiła raz czy dwa.
- To nie wina mojej siostry! To mój pomysł, aby ich tutaj ściągnąć, ale byliśmy im to winni. Musieliśmy połatać ich do kupy!- Naharys jako pierwszy przypomniał sobie o języku w gębie, podczas gdy ja cały czas gapiłam się na waderę, której oczy były gotowe przerobić nas na karmę dla ryb.
- I dlatego postanowiliście zmarnować zapasy leków na poczet jakichś oberwańców, zamiast wykorzystać je dla dobra watahy! Powinnam wam teraz spuścić tęgie lanie, ale nie uciekam się do przemocy! Mam nadzieję, że tygodniowa kara naleje wam oleju do mózgu, a tego oberwańca, macie się jak najszybciej pozbyć, jasne?!
Posyłając nam ostatnie mordercze spojrzenie, opuściła jamę, obijając skrzydłami jej ściany.
- Nooo... takiego opierd**u, to nam nawet rodzice nie urządzali. - skomentował po chwili Naharys.
- Żebyś wiedział, bracie. - wypuściłam powietrze, które przez dłuższy czas zalegało mi w płucach. - Noo... nic tu już po tobie. Zabieraj się stąd, zanim nasza Alfa zmieni zdanie i dojdzie do przemocy. No jazda!
Bertho posłusznie ruszył ku wyjściu, gdzie przystanął na chwilę, rozglądając się za sylwetką Renesmee. Chyba myśl o kolejnym przetrzepaniu skóry mu nie odpowiadała. Próbując zająć czymś myśli, podjęliśmy próbę ogarnięcia tego burdelu, jaki pozostał po ostatnich zabiegach.
- Zauważyłem, że zdążyłem wytrzeźwieć po tej akcji! - zaśmiał się Exan, opadając na świeżo oczyszczone legowisko.
- Co ty chcesz! Napracowaliśmy się sporo przy tych zakutych łbach, bracie!. Ciekawe, co za kara czeka nas jutro.
- Miejmy nadzieję, że nie będzie się ona łączyć ze sprzątaniem jelenich g**ien w lesie.
-Myślę, że to będzie najłagodniejsze, co byłaby w stanie wymyślić. Ujęła to tak, że mamy jeszcze bardziej przej***ne niż przypuszczaliśmy. Ale... żeby picie było taką zbrodnią?
-Może abstynentka?- brat zaśmiał się, próbując nieco rozładować atmosferę.
-Mi bliżej do alkoholika, więc następnym razem weźmiemy na wynos, zanim ktoś się zorientuje. No dobra, to skoro już tam leżysz, to bierzemy się za zszywanie Twojego tyłka.
-Może lepiej poczekać do jutra, skoro tak źle wróżysz naszemu losowi.
-Weź, nie mów mi tu teraz, że się szycia boisz. Obić mordę to sobie pozwoliłeś, ale kilku ukłuć nie wytrzymasz?
-Kto powiedział, że się boję!? Po prostu... myślę racjonalnie. I szkoda zapasów, skoro jutro będziesz musiała mnie łatać od nowa.
-Dobra, nie wydziwiaj, tylko pokaż mi to ramię. Tyle razy Cię już składałam do kupy, a ty nagle mi tu będziesz z zapasami wyjeżdżać, zobaczmy... uuu, nie dobrze.
-Coś nie tak? Tylko nie mów, że to mięśnie.
-Gorzej. To tylko... nieco głębsza, ale powierzchowna rana. Trzynaście szwów powinno załatwić sprawę- zaśmiała się, widząc minę brata.
-Jest takie pewne obraźliwe określenie samic psowatych...- fuknął Naharys, ale nie byłam w stanie wymyślić żadnej riposty, bowiem nadal dusiłam się ze śmiechu.
Nawet jedna łza zjechała gładko po policzku, zanim podjęłam się założenia pierwszego szwa. Oczywiście Exan jak na prawdziwego członka rodziny wojskowych nawet nie połasił się na grymas bólu. Już lata temu przywykł do bólu i związanych z nim zabiegami. Faktycznie przejął się uszczupleniem naszych medycznych zapasów i wiedział, że najprawdopodobniej to ja za to oberwę. Ech, braciszku... kiedy ty się nauczysz, że już nie jestem małą waderą, którą trzeba chronić przed większymi?
-Myślisz, że możemy mieć spore kłopoty przez to co się stało?-podjęłam temat, chcąc zająć czymś myśli mojego pacjenta.
-Oby nie. Zadomowiłem się już tutaj i niespecjalnie mam ochotę na opuszczanie tych terenów.
-Sugerujesz, że może nas nawet wyrzucić?- łypnęłam na brata lekko przejęta.
-Obawiam się, że i to nas czeka. Opuściliśmy obóz, podjęliśmy walkę z nieprzyjacielem, po czym mu pomogliśmy, narażając stado na utratę zasobów. Za coś takiego w domu już chyba lepiej gdybyśmy zdezerterowali.
-Renesmee nie jest chyba, aż taka zła. Jest twarda, musi budzić respekt no i nie mogła okazać słabości przed tamtym. Dodatkowo ją zaskoczyliśmy. Ale trzyma nas tu wszystkich w kupie, jutro emocje opadną... oby.
-Może i masz rację. Jeżeli pozwoli nam na wyjaśnienia, może dostaniemy łagodniejszy wyrok.
-Nie mniej, na wszelki wezmę proszki uspokajające. Szczęściu czasem trzeba pomóc- zaśmiałam się, odkładając cały sprzęt. Naharys przyjrzał się dokładnie ranie. Przez moment poczułam się jak na egzaminie potwierdzającym moje zdolności, jednak to mój brat, więc tu zawsze mam lekkie obawy, czy wszystko jest zrobione prawidłowo.
-Wytrzymają?
-Jak nie będziesz próbował zadowolić Piny, to są szanse- ponownie parsknęłam śmiechem, na co Naharys zaserwował mi przyjacielskiego kopniaka w kolano.
-Zobaczymy czy Ci będzie tak do śmiechu jak ja zacznę Cię zszywać- jego zawadiackie spojrzenie spoczęło na mojej klatce piersiowej, gdzie ziała pokaźna rana. W jednym miejscu skóra luźno zwisała, co oznaczało dla mnie mniej przyjemny zabieg, niż dla mojego brata.
Wcześniejsze szkolenia okazały się nie pójść w las. Wszystkie moje polecenia Exan wykonywał bezbłędnie. Nawet przy odcinaniu kawałka skóry, który był już nie do odratowania, samiec zrobił to wyjątkowo delikatnie. Co prawda cały zabieg trwał nieco długo, jednak on jest od dziurawienia innych, a nie zszywania.
-Chyba gotowe- dodał, polewając ranę resztką Sylfionu. -Gorzej, jak ten złoty dureń wyglądać nie będziesz.
-Nie przypominaj mi o nim, bo aż mi szwy ściska na samą myśl. No no, spisałeś się. Gdyby znudziła Ci się fucha łamignata, to zapraszam do mnie. Szepnę alfie co nieco o Twoich zdolnościach.
-Mówiąc o niej... Chyba najwyższa pora się nieco zdrzemnąć, zanim do niej pójdziemy.
-Prawda, za trzy godziny zacznie świtać. Odpocznijmy, a potem będziemy się martwić.
Exan już chyba nawet nie miał siły iść do swojej jaskini. Zasnął momentalnie na jednym z leż, toteż i ja oddałam się w objęcia snu.
Mimo to nie czułam się wypoczęta. Rana zszywana przez brata nieco mi dokuczała, a sama długość odpoczynku trwała co najmniej o połowę za krótko. Dodatkowo to uczucie suchości w paszczy... Idealny poranek na opier**l.
Wraz z bratem powłóczyliśmy się zrezygnowani życiem w stronę jaskini Alfy, która już wyczekiwała naszego przyjścia, wygrzewając się w pierwszych promieniach.
Gdy tylko nas zobaczyła, skinęliśmy głowami w jej stronę na znak powitania, na co ona zrobiła to samo. Z gracją zeskoczyła z kamienia, na którym wcześniej pochłaniała promienie słoneczne. Próbowałam rozgryźć jej intencję, jednak twarz miała poważną, a jednocześnie łagodną. Ciężko było przewidzieć, czy znienacka strzeli nas w te zakute łby, czy jednak nam odpuści, widząc nasze zwłoki stojące przed nią.
-Ciężka noc?- odezwała się ironicznie.
-Myślę, że jedna z cięższych, skoro pytasz- westchnęłam, patrząc w jej stronę.
-Długo myślałam co z wami zrobić. Przyznam szczerze, że nie spodziewałam się po was czegoś tak głupiego. Co jak co, ale takiego zachowania nie oczekuje się od dorosłych wilków... Nie wiem nawet, czy jestem gotowa, żeby usłyszeć, co wami kierowało.
-Mówiłem Ci, że Lonya nie jest....
-Exan, dość- przerwałam bratu- Szczerze mówiąc, to chyba nie ma sensu, żeby się usprawiedliwiać. Nie ma ku temu podstaw. Prawda jest taka, że to z mojej winy tak się stało. Pozwoliłam sobie na rozpoczęcie tej bójki. Byłam pijana, a tamten basior był zbyt nachalny, aż prosił się o wybicie kilku zębów. Exan chciał mnie bronić, jak to zwykle ma w zwyczaju. Jest dobrym bratem i wiem, że pójdzie za mną w ogień. Dał tamtym solidny wycisk, ale zna umiar, natomiast ja, jak to ja, przegięłam i prawie wysłałam tego oblecha na drugą stronę. Jestem medykiem i powinnam ratować życia, a nie je odbierać. Naharys wie o moich psychopatycznych zapędach, kiedy wpadnę w szał i nie chciał, żebym znowu popełniła błąd.
-Co chcesz przez to powiedzieć?- Rene przyjrzała mi się zaciekawiona.
-Powiedzmy, że mam na swoim koncie niewielki cmentarzyk. Jak mówiłam, jestem medykiem i moim obowiązkiem jest pomagać wszystkim, którzy tego potrzebują. Przeze mnie polała się wczoraj krew i to przeze mnie ktoś mógł zginąć. To nie jest wina mojego brata, dlatego jeśli chcesz nas ukarać, to nie sądzę, żeby on miał ucierpieć tak samo jak ja. Jesteśmy jedną rodziną i członkami tej samej watahy, a tam nauczono nas pomagać sobie nawzajem. On nigdy nikogo nie zostawi, więc bez namysłu rzuci się w wir walki, by ratować swoich. Nie każ go za to co jest w nim tak cudowne.
-Czyli mówisz, że to nie z powodu Exana rozpętało się tam wczoraj piekło. Kto by się spodziewał, że winowajcą całego zajścia będzie ruda, niewielkich rozmiarów wadera.
-Jak to mówią... rudemu nigdy się nie ufa- skusiłam się na niewinny żarcik.
Alfa pierwszy raz od wczoraj pozwoliła sobie na ledwo zauważalny uśmiech, który w mgnieniu oka zniknął, zaraz po tym gdy westchnęła, przyglądając się nam z miną "I co ja mam z wami teraz zrobić?"
Spuściłam wzrok w trawę, czekając na wyrok wadery.

<Renesmee, Exan?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1538
Ilość zdobytych PD: 769 + 5% (38) za długość powyżej 1000 słów.
Obecny stan: 807

poniedziałek, 1 listopada 2021

Od Naharysa c.d Lonyi ~ Zakute Łby [+12]

Tej wietrznej, aczkolwiek przyjemnej nocy, w lecznicy u Lonyi dało się słychać przerażające krzyki już w promieniu kilku kilometrów. Naharys, przygniatając najmłodszego do podłoża, w trakcie, gdy Lonya przypalała mu rozwalony pysk, nie wyobrażał sobie, że jeszcze kiedyś usłyszy podobny krzyk cierpienia. Niech się cieszy, bo przynajmniej zostanie mu jakaś blizna~ pomyślał przelotnie Exan, który nie zamierzał mu odpuszczać. Ostatnio takie krzyki, on i Lonya, słyszeli w rozłożonym nieopodal bagien, szpitalu polowym, gdzie znajoma medyczka i przyjaciółka rodziców, łatała rannych wojowników. Lejąca się krew z brutalnie rozciętych ran, widok rozszarpanego mięsa i krzyki rannych, zapadły się im głęboko w pamięci. Exan pamięta też, że tamten znany dzień, był też zaczątkiem kariery medycznej Lonyi. Kręciła się koło medyczki, pomagała opatrywać rannych, a przy okazji, przyswajała cenną wiedzę i zdobywała doświadczenie. To było w trakcie zajadłej bitwy ich watahy z grasującą na tamtych terenach Klanem wyjętych spod prawa wilków, które zagrażały wszystkiemu, co żywe. Ich przekonania? Wierzenie? Albo sama dzika natura, napędzała je do tego? Nigdy się nad tym nie zastanawiał. Po bolesnym zabiegu przypalania żuchwy, Lonya dała do żucia pewne ziele, a następnie zwróciła się do nieprzytomnego weterana. Młodzik żuł wedle zalecenia, wykrzywiając pysk w grymasie obrzydzenia, albowiem ziele magazynowało w sobie nieprzyjemnie gorzki sok.
- Jak ci na imię? - zapytał Naharys o dziwo przyjaznym głosem.
- Bertho! - odpowiedział tonem, pełnym bólu i niesmaku.
- Nie przejmuj się, Bertho! Przynajmniej zostanie ci ładna blizna, pamiątka po walce i symbolika, że nie jesteś już jakimś gołowąsem! Noś ją z honorem i dumą.
Z tymi słowy, Naharys klepnął wilka w ramię, a Bertho zaś jęknął z bólu, ale jednocześnie podniesiony na duchu, kiwnął głową z wdzięcznością.
Po szczegółowych oględzinach ciała weterana, Lonya i Exan zaczęli zbierać potrzebne do zabiegu materiały. Naharys przyznał, że na zakończenie dnia, latanie, jak kot z pęcherzem, za niezbędnymi ziołami i lekami, było dość męczące... ale nie powinien narzekać. W końcu to jego pomysł, aby wziąć oberwańców do watahy i połatać ich do kupy.
- Od czego zaczynamy? - zapytał Naharys.
- Wrzuć igły sosnowe do soku z Sylfionu... do białej, cuchnącej mazi. - Naharys miał przed sobą ustawione wszystkie potrzebne leki, ale z konsternacją przyglądał się temu wszystkiemu. Owszem, dzięki Lonyi, mógłby się pochwalić, chociażby podstawami medycyny, ale jedno trzeba mu było zarzucić. Totalną niewiedzę botaniczną. Lonya, w trakcie łatania barku weterana, wiedziała, że Exan nigdy nie przepuści okazji, aby się czegoś nauczyć. Zajmując się rannym, wyłożyła samcowi luźny, aczkolwiek długi wykład o tym, co robi obecnie, a gdy przyszedł czas na zszywanie, Lonya była na tyle dobra dla brata, że dała mu możliwość założenia kilku nieskomplikowanych szwów i nałożenia na nie wosku. Naharys, zaangażowany i skupiony na tym, co robił, czuł, że rośnie w nim radość i duma z samego siebie.
- Jeszcze trochę i pozwolę Ci szperać w moich zapasach. - zaśmiałam się Lonya.
- Chyba będziesz musiała, bo ty też wymagasz opatrzenia. - ku ich zdziwieniu złoty basior przemówił w końcu, odzyskując świadomość. -Doceniam, że najpierw zajęłaś się mną.
- Te byle draśnięcia u mnie mogą poczekać, Twoje obrażenia już nieszczególnie. - prychnęłam, patrząc na swoją pierś. - Możesz już iść, ale nie próbuj nawet wysilać rannego barku. Z czymś takim, nie powalczysz zbyt długo. Zabieraj się stąd!
Basior syknął z bólu, dotknął łapą oderwanego miejsca na wardze i zaklął cicho, po czym wygramolił się ze stołu operacyjnego, ale za nim odszedł, musiała odezwać się w nim ta romantyczna część, gdyż przybliżył się niebezpiecznie do Lonyi i szepnął jej do ucha.
- Zawsze marzyłem o kochance, która łatałaby moje rany po każdej chwalebnej walce, a uwierz mi, że w zamian, potrafię zadowolić waderę...
Exan miał przemiłą chęć, aby wykastrować weterana za te jego zbereźne teksty, skierowane w stronę Lonyi, ale powstrzymywał się myślą, że Lonya poradzi sobie doskonale sama. O dziwo zaskoczył ją manewr zaskoczenia, gdyż ta, mruknęła do niego uwodzicielsko, odwróciła zmysłowo głowę w stronę złotego basiora, po czym swym językiem przejechała delikatnie po jego umięśnionym policzku. Naharys przyznał, że kopara opadła mu szeroko na ten widok. Na pysku weterana pojawił się nagle zadziorny uśmiech i już miał złożyć pocałunek na ustach Lonyi, gdy nagle w blasku płomieni, błysnęła stal rzeźniczego haka, który wbijając się głęboko w zdrowe ramię basiora, zakleszczył się gdzieś w kości, po czym wyprowadziła go siłą z jaskini.
- I nie myśl, że ci tę ranę opatrzę, chory zboku! - zawołała za nim Lonya, wściekle ciskając w niego także kilka przekleństw.
Bertho widocznie chciał wyśmiać swego starego kompana, ale jakakolwiek próba rozwarcia pyska, kończyła się dla niego bolesną sensacją. Nagle do lecznicy wpadła nieoczekiwanie Alfa, a wyraz jej smukłego pyska dawał do wiadomości, iż nie jest w najlepszym humorze. Zmierzyła ich wszystkich swymi szmaragdowymi oczami, skrywającymi w sobie gniew, po czym odezwała się nieprzyjemnym tonem.
- Czy wasza dwójka zwariowała... no tak! Czuć od was alkohol! Czy gorzała wam, do reszty cymbały zryła?! Z lecznicy urządzacie sobie rzeźnię?! Doszły mnie słuchy, że bez mojego pozwolenia opuściliście teren watahy, urządziliście istną rozróbę w sadzie jabłkowym, a teraz sprowadzacie obce wilki! Co macie na swoją obronę?!
Trudno nie wyobrazić sobie wyrazu konsternacji na pyskach dwójki naszych bohaterów, drogi czytelniku. Patrzyli się osłupiali na waderę, od czasu do czasu, spoglądając na siebie bez słowa, a w tle zaś rozbrzmiewało pojękiwanie basiora z przypaloną mordą. I rozbrzmiałby dźwięk świerszcza, gdyby nie Naharys, który zabrał głos.
- To nie wina mojej siostry! To mój pomysł, aby ich tutaj ściągnąć, ale byliśmy im to winni. Musieliśmy połatać ich do kupy!
- I dlatego postanowiliście zmarnować zapasy leków na poczet jakichś oberwańców, zamiast wykorzystać je dla dobra watahy! Powinnam wam teraz spuścić tęgie lanie, ale nie uciekam się do przemocy! Mam nadzieję, że tygodniowa kara naleje wam oleju do mózgu, a tego oberwańca, macie się jak najszybciej pozbyć, jasne?!
- Tak jest... - odparli jednocześnie.
Na niemiłe pożegnanie, posłała im surowe spojrzenie, a rannego obcego cichym i przeciągłym warknięciem, po czym odeszła, obijając skrzydłami ściany jaskini.
- Nooo... takiego opierd**u, to nam nawet rodzice nie urządzali. - skomentował po chwili Naharys.
- Żebyś wiedział, bracie. - dodała Lonya, po czym zwróciła się oficjalnym tonem do rannego. - Noo... nic tu już po tobie. Zabieraj się stąd, zanim nasza Alfa zmieni zdanie i dojdzie do przemocy. No jazda!
Po chwili dwójka bohaterów tej opowieści została sama, pośrodku sali lecznicy, w samym środku północy. Lonya zaczęła sumiennie porządkować miejsce operacyjne, a Naharys służył jej chętnie pomocną łapą, natomiast gdy wszystko zdołali doprowadzić do jak najlepszego porządku, opadli na ziemię i zaczęli żartować.
- Zauważyłem, że zdążyłem wytrzeźwieć po tej akcji! - powiedział Exan.
- Co ty chcesz! Napracowaliśmy się sporo przy tych zakutych łbach, bracie! - odparła Lonya. - Ciekawe, co za kara czeka nas jutro.
- Miejmy nadzieję, że nie będzie się ona łączyć ze sprzątaniem jelenich g**ien w lesie.


<Lonya, Reneesme?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1091
Ilość zdobytych PD: 545 + 5% (27) za długość powyżej 1000 słów
Obecny stan: 572 PD