Newsy



:Aktualności
.Blog przechodzi obecnie renowację
.Już niebawem pojawią się nowości

:Pogoda
Obecna pora roku ~ Jesień
.Temperatura waha się między 10+ a 0- stopni Celcjusza
.Zmiana pory roku nastąpi 15.12.2022

Liczba wilków ~ 27
Wadery ~ 18 + 1 NPC
Basiory ~ 7 + 4 NPC
Szczeniaki ~ 1
Nieobecni: Brak

~Serdecznie zapraszamy♥~

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wzloty i upadki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wzloty i upadki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 czerwca 2022

Od Itami c.d Naharys/Atrehu ~ Wzloty i upadki

 Itami, mimo iż zmęczona całym dniem i zakopana pod stertą wygodnych futer w jaskini Naharys'a, nie mogła zasnąć. Wiele razy przychodziło jej obracać się z boku na bok, a przyczyną tego wszystkiego były myśli - myśli natrętne, jak muchy w zadusznym pokoju. Swymi niespokojnymi westchnięciami wypełniała ciche wnętrze jaskini, jednocześnie starając się, aby nikogo nie obudzić. 
~Ten buc przespał się z moją siostrą! Za moimi i mojej rodziny plecami, bezczelnie dobrał się do Lonyi! W czasie, gdy u Tsumi stwierdzono ciążę. Nie wiem, co w tym momencie sobie myślisz, ale ja wiem jedno - potraktował moją siostrę, jak dziwkę, którą można bez zobowiązań wychędożyć, mając jednocześnie ciężarną na boku. Co więc może świadczyć o Atrehu?
Bardzo dobrze znała rudego basiora - miewał różne odskocznie, jeśli chodzi o związki z waderami. Potrafił dla nich zrobić wszystko, a zarazem wymieniał je jak rękawiczki. Uwadze jej nie umknęła pewna wzmianka Naharys'a - że może doświadczyć tego samego losu, co Tsumi. 
- A czemu miałbyś się o mnie martwić?
- Że cię stracę.
Co miał na myśli Atrehu, tego nie wiedziała sama, lecz przekręcając się w leżu na prawy bok, połączyła te dwa fakty razem - Atrehu bał się, że straci ją kiedy ta dowie się, co uczynił. 
~ Boi się, że straci mnie... czy moje ciało, które tak lubieżnie bierze nocami, na swoją własność. Z drugiej jednak strony, Itami nie jest związana z Atrehu więzami partnerskimi, więc w ostatecznym rozrachunku, basior nie jest jej nic winien. W czasie, kiedy Atrehu niczym zauroczony pies, ganiał za Tsumi, nawet nie było w myśli Itami, aby związać się z rudym, choć szczerze powiedziawszy, odczuwała drobną zazdrość. Uważała Tsumi za niechybną szczęściarę, że miewała obok siebie takiego samca, jak Atrehu, choć jak wiadomo każdemu, każda historia ma swoje drugie dno. Itami, z dramatyczną nutką w głosie, westchnęła cicho i przewróciła się na drugi bok, próbowała nawet poprawić sobie zwinięty kawał futra, służący jej za poduszkę, ale nic z tego. Natręctwa myśli dręczyły ją, jak psujące się rany trędowatego. Jak zwykle kolejna nieprzespana noc, a powodem był nie kto inny, jak... Atrehu. Zacisnęła palce na powierzchni futrzanej pościeli, rozmyślając z błogością o dotyku rudego, jego zapachu tak niemal obezwładniającym, że aż same zmysły prosiły o więcej. Tej nocy mogła być jego. Znowu. 
 Kiedy otworzyła, pierwsze co spostrzegła, to bursztynowe oczy wpatrujące się w nią z ciekawością, przebijając się przez mrok. W pierwszym momencie, strach zacisnął się na szyi Itami, ale w czas pojęła, że to nie żadna przerażająca bestia, którą podświadomie wykreowała jej wyobraźnia. Naharys przyglądał się jej badawczo, z intensywną dokładnością. 
- Wszystko w porządku? - spytał tonem zatroskanym, zupełnie jakby przemawiał do wadery jej własny ojciec. Na myśl o nich, zacisnęła niepostrzeżenie zębami z tęsknoty za nim. 
- Nie mogę zasnąć - zwierzyła się Itami, przybierając pozycję półsiedzącą - nie mogę przestać rozmyślać. Basiorowi nie umknęło uwadze, jak wadera kładzie uszy po sobie, spuszczając przy tym smutno oczy na swoje łapy. 
~ Czy się czegoś domyśla? - zanim zdołała w myślach odpowiedzieć sobie na pytanie, Naharys podniósł się z miejsca, aby za moment zniknąć za rogiem wejścia do przedsionka jaskini. Chwilę potrwało, zanim wrócił z powrotem z kamienną misą w pysku, którą później podsunął Itami pod nos. Wadera od razu rozpoznała przenikliwy zapach mięty, przeplatany z koziołkiem lekarskim i melisą. 
- Masz, napij się. To powinno cię uspokoić - powiedział ciepło Naharys - i śpij spokojnie. Musisz wypocząć.  
Wadera wdzięcznie podziękowała i napiła się ciepłego wywaru - jeśli o nią chodziło, smak melisy i mięty idealnie się komponował, a gdyby dodać jeszcze do tego sok jabłkowy, byłby to hit smakowy. Kiedy wypiła prawie wszystko, kiwnęła wdzięcznie głową - wiedziała, że Naharys nie potrzebuje słów, aby zrozumieć przekaz, bowiem ten uśmiechnął się ciepło i zabrał naczynię, przesuwając je gdzieś w mroczny kąt. Następnie ułożył się wygodnie bokiem obok jej prawicy - zaskoczona nieco wadera, zerknęła na basiora lekko sennym wzrokiem - napar zaczął działać. 
- Dziękuję Ci - wymamrotała Itami. 
- Za co? - odpowiedział pytaniem - Ja tylko dbam o ciebie, zgodnie z odwiecznym prawem gościnności. 
- Nie, nie o to chodzi. Chodzi o to, że zdołałeś się podzielić ze mną swoją wersją. No wiesz... 
- Ah, to. No tak, to nic wielkiego, ale jednocześnie proszę cię, Itami. Nie wracajmy do tego. To już przeszłość. 
Zanim zdołała odpowiedzieć, senność nadeszła tak prędko, jak wypiła ten wywar, przygotowany przez basiora - powieki zrobiły się ciężkie, bez problemu opadały na dół - i ścięła ją natychmiast. Przynajmniej myśli przestały mnie dręczyć - mruknęła w duchu Itami, zanim jej głowa opadła na ramię Naharys'a.

***
Obudziło ją zwyczajne poranne odgłosy; śmiałe rozmowy przy śniadaniu, głośne śmiechy dzieci Exan'a. Sam zaś poranek niezbyt dobrze wpłynął na Itami, gdyż mimo że spała, jak zabita, czuła się dość przygnębiona - do tego stopnia przygnębiona, że nie miała ochoty na nic. Nawet na smacznego króliczego udźca, którego zapach wypełnił wnętrze jaskini. Naharys, widząc, że wadera już nie śpi, powitał ją ciepłym uśmiechem i zaprosił do wspólnego śniadania i mimo gorącego namów ze strony Ereden'a, Shori i Sininen, grzecznie i uprzejmie odmówiła, tłumacząc się brakiem apetytu, co było zgodne z prawdą. Lecz, żeby nie zachować się w jakiś sposób niegrzecznie, chętnie napiła się uspokajającej herbatki z melisy i mięty. Podziękowała jeszcze raz za gościnę, skierowała się w stronę wyjścia, po czym zerkając ponownie na ten szczęśliwy obraz rodziny, uśmiechnęła się wdzięcznie i ruszyła w drogę. Wypity nocą wywar oraz poranna herbatka dały jednak się we znaki, kiedy Itami poczuła nieznośne parcie na pęcherz - nie chciała jednak zatrzymywać się na krótki postój pod krzaczkiem, sprawy ją wzywały, lecz siła fizjologii w ostatecznym rozrachunku wygrała to starcie. 
 Dalej łapy powiodły ją do jaskini medycznej, w której miała się znaleźć już kilka minut temu - dopiero po ustawieniu słońca na niebie zorientowała się o swoim spóźnieniu, a wiedziała też, że Lonya nie tolerowała niepunktualności. Cóż, każdemu zdarza się zaspać, jednakże zamiast spodziewać się niemiłej reprymendy, spotkała się z zaskakującą sytuacją. 
Lonya i Atrehu rozmawiali o czymś ściszonym głosem - Itami dostrzegła na uwydatnionych przez uśmiech policzkach wadery niemały rumieniec, co też wzbudziło w niej pewne podejrzenia. Podejrzenia i pewny rodzaj zazdrości? 
Rudy wilk uniósł wysoko głowę, poczuwszy w powietrzu obecność Itami i przywitał ją dość zaniepokojonym spojrzeniem - Gdzie się podziewałaś? - wydawały się pytać. Przygnębienie i obecność tego, czym przed chwilą była świadkiem, odcisnęły swe piętno, bowiem spojrzała na przyjaciela oschle. Wilk zareagował tak, jak się tego spodziewała - jakby dostał mentalnego strzała w pysk. Lonya natomiast przywitała Itami dość ciepło, jednocześnie wyraźnie było widać, jak wadera wynosi na zewnątrz swój dobry humor. Uśmiechała się, śmiała i żartowała, Itami natomiast miała ochotę stanąć gdzieś w kącie i zamknąć się w szczelnej otoczce, której nikt ani nic nie będzie w stanie jej przebić. 
- Cześć, Itami - w podskokach przywędrował do niej Atrehu, chciał ją przywitać miłym pocałunkiem w policzek, lecz wadera wyminęła go zwinnie, przechodząc obok. Możecie sobie wyobrazić, jaką wtedy minę miał Atrehu? Uniósł lekko lewą brew i z niemiłym zdziwieniem przyglądał się odchodzącej Itami. - Itami, dobrze się czujesz? - zapytał zatroskany rudy wilk - gdzie się podziewałaś? Kiedy się obudziłem, nie było cię przy mnie. 
- Musiałam coś załatwić - odparła oschle, tonem wręcz złowróżbnym, wyrażającym niechęć do dalszej rozmowy. Atrehu jednak nie zamierzał odpuszczać tak łatwo, bowiem zaczął wypytywać, drążyć jeszcze głębiej, co nie polepszało sytuacji Itami. Stawała się bardziej drażliwa, zupełnie jakby zbliżały się te chwile, w których faceci raczej uciekają przed zbliżającym się tsunami, w postaci kobiecej furii. Atrehu zbliżył się też nieco - i to był moment, kiedy jego nos zarejestrował u niej czyiś zapach. Zapach, tak znajomy, jak lepka żywica w sosnowym lesie. 
- Byłaś u Naharysa? - jego ton zmienił się diametralnie, nie brzmiał już tak miło, zatroskanie. Wyrażał raczej wściekłość, tak! Wściekłość... w pełnym tego słowa znaczeniu. - Po co z nim byłaś? 
Itami gniewnie wykręciła głowę, obrzucając Atrehu zbuntowanym wzrokiem i mimo, iż była mniejsza od basiora, to wyglądała, jakby zaraz miał wyskoczyć z niej wściekła lwica. 
- To przesłuchanie?! - wycedziła przez zęby - Mogę spotykać się z kim chcę i kiedy chcę, nic Ci do tego, rozumiesz?! 
- Rozumiem, ale tego nie bardzo. Nie chcę, aby spotkała cię z jego strony jakakolwiek krzywda. 
- Tak się składa, że Naharys to mój przyjaciel, który potrafi otworzyć serce na drugiego wilka. Jesteś zdolny do czegoś takiego?! 
No, tutaj musiała przyznać, że to okazał się być chwyt poniżej pasa, ale wadera była tak rozdrażniona, że nie panowała nad słowami. To też sprawiło, że basior zatrzasnął język za zębami, spoglądał na Itami z lekkim wyrzutem i zmartwieniem. Ona także to poczuła i pragnęła to jakoś naprawić, żałowała jednak, że nie potrafiła cofnąć słów, jakie przed chwilą padły. Były mocno przesycone złością, ale nie była pewna, czy chciała dać upust swej frustracji, czy pokazać basiorowi, jak bardzo jest na niego wściekła. Albo jedno i drugie. W końcu westchnęła głośno, opierając czoło o ramię Atrehu i wymruczała zmęczonym głosem, pełnym żalu i skruchy. Dość niespodziewanie z jej strony, ale jedno musicie przyznać, że Itami potrafiła przyznać się do błędu. 
- Przepraszam cię, Atrehu. Po prostu... - uniosła głowę, wbiła już w tym momencie łagodny wzrok w nie do końca przekonane oczy rudego basiora - ... wcale tak nie myślę, poniosło mnie, wybacz, że zachowałam się wobec ciebie, jak suka. Nie musisz nic mówić, zachowałam się, jak wredna suka. 
Basior, którego znała od szczeniaka, kochała jak partnera, a jednocześnie dzieliła się z nim swymi cierpieniami, jak z przyjacielem, objął ją mocno masywną łapą, a w oczach jego zaś dostrzegła przebłysk wyrozumiałości. 
- Nie, to ja zachowałem się, jak ten dupek. Masz rację, możesz spotykać się z kim chcesz i nic mi do tego. Nie mam zamiaru cię zniewalać ani kontrolować, ale... 
- Ale? - powtórzyła wadera, unosząc brew. 
- ... odpowiesz mi? 
- Tylko rozmawialiśmy - dostrzegła, że iskierki zazdrości, które wcześnie tańczyły w rytmie płonących gniewnie płomieni, przygasły miarowo. Itami nie zamierzała zostawić tego bez komentarza. - I nie wyobrażaj sobie zbyt wiele. 
- Skoro tak - odparł basior, nieco spokojniej niż przedtem, ale nadal ton jego wyrażał podejrzenie i niepokój - ale uważaj na siebie, Itami, dobrze? 
Wadera po raz pierwszy w tym dniu zdołała wykrzesać u siebie, choćby minimalny, delikatny uśmiech, który Atrehu tak bardzo lubił oglądać. 
- Jeszcze raz przepraszam. Może dasz się jakoś przekonać na jakieś zadośćuczynienie? 
- Co masz na myśli? - zapytał zaskoczony basior. 
- Zobaczysz wieczorem - mruknęła tak cicho, aby nikt, poza basiorem jej nie usłyszał. 
- W takim razie, już nie mogę się doczekać - Atrehu, jak to on, musiał oczywiście wtrącić swój uwodzicielski, iście pełny energii ton. Charakterystyczna chrypka przy jego barytonie dodawała znacznego uroku - zabójczo ekscytującego uroku. 
***
Po tym, jak rudy wilk wyruszył na swój codzienny patrol z uwidocznionym na pysku uśmiechem - zapewne wyobrażał sobie, jakaż to nagroda może go wieczorem spotkać, za ten nieprzyjemny wybuch agresji Itami - lecz cóż... zanim to wszystko dojdzie do jakiejkolwiek realizacji, Itami musi pogadać z Lonyą, inaczej nici z dalszej operacji. Początek swego planu chciała zacząć od zwyczajnego stwarzania pozoru, że wszystko jest w porządku - zajrzała do kilku pacjentów, wykonała podstawowe badania, podała leki, ale ciągle gdzieś z tyłu głowy układała sobie teksty, jakie mogłaby użyć w trakcie rozmowy z waderą. 
~ Hej, Lonya, masz chwilę? Muszę pogadać z tobą o czymś, co dręczy mnie już od jakiegoś czasu...
Ta wersja brzmiała zbyt oficjalnie. 
~ Hej, Lonya, mogę zabrać ci dosłownie chwilkę? Czy mogłabym pogadać z tobą o Naharys'ie i Atrehu?
Zbyt dokładnie i bezpośrednie. Tyle myśli, tyle możliwości do wyboru, a i tak każda wydawała się w jakiś sposób nieodpowiednia. 
- Itami, uważaj, co robisz! - z gorączkowych rozmyślań wyrwał ją krytyczny ton Lonyi, która akurat przechodziła obok, kiedy Itami przygotowywała lek na zwiększenie krzepliwości krwi - nie dosypuj tyle nasion kozieradki, bo nam pacjentów pozabijasz! Skup się, dziewczyno.
- Ja... wybacz, już poprawiam - odparła pośpiesznie z tonem pełnym pokory - ale dręczy mnie coś. 
Lonya stała przez chwilę nad Itami, badawczo przyglądając się jej zmęczonym, ale też nieco zmartwionym oczom, usiadła więc, spojrzała na waderę nieco łagodniej niż wcześniej i odparła tonem pełnym spokoju. 
- No to wal śmiało, co się takiego stało? 
- Wiesz, zabrzmi to może tak, że wtrącam się w wasze sprawy, oczywiście nie robię tego z powodu mojej ciekawości, tylko zależy mi na zgodzie między Atrehu a Exanem. Pomożesz mi w tym?
Lonya, jak młoda wadera się spodziewała, rzuciła jej mocno zdziwione spojrzenie, nie kryła też przelotnego zastanowienia - Itami doskonale wiedziała nad czym. Wiedziała, że to nie jej sprawa, ani żaden w tym jej interes. 
- Dlaczego uważasz, że powinnaś w to ingerować? 
Itami westchnęła krótko, nadymając przy tym swoje policzki, po czym przyjrzała się Lonyi wzrokiem pełnym szczerości. 
- Naharys i Atrehu to moi przyjaciele - Z czego ten drugi to mój cholerny kochanek - pomyślała przelotnie, ale uznała, że najlepiej będzie, jeśli ten fakt zachowa dla siebie - bardzo cenni dla mnie przyjaciele. Poza tym, Naharys to twój brat. Nie zależy Ci, aby pogodzić ich razem i złączyli przyjaźń na nowo? 
- Oczywiście, że mi na tym zależy - Lonya odparła takim tonem, jakby to, co powiedziała, było szczerą oczywistością. Itami kiwnęła krótko głową - W końcu to najlepsi kumple. Niestety obawiam się, że moja obecność mogłaby pogorszyć sprawę.
Itami przegryzła lekko wargę. Nie była pewna, czy to pytanie, które miała zamiar je zadać, będzie na miejscu, ale tylko w ten sposób może zdobyć wiedzę na ten temat i przygotować odpowiednie argumenty. To będzie dla niej niezbędne przy słownej konfrontacji z Naharysem. 
- Opowiesz mi, jak to było na prawdę? Naharys opowiadał mi, że... noo... ty i Atrehu... wiem, to nie moja sprawa, ale chciałabym usłyszeć twoją wersję wydarzeń. Exan chciał zabić Atrehu za to, co zrobił i gdyby nie ty, pewnie nie byłoby go z nami. Co się tak na prawdę stało?
Z tym pytaniem, Lonya odwróciła głowę w bok, prezentując przed Itami swój surowy, ale też urokliwy profil, przy czym jej kącik ust był wygięty w smutny wyraz. Wadera nie spuszczała z niej wzroku, ani na moment, w cierpliwości wyczekując odpowiedzi. 
 - To się stało, kiedy dotarliśmy w nasze rodzinne strony - zaczęła, nadal nie odrywając oczu od pustej, ciemnej skalnej półki, zawieszonej kilka centymetrów nad ich głowami- Na zaręczynach mojego brata.
Nastała kolejna pauza, jakby Lonya zastanawiała się nad właściwym doborem słów, jej oczy błysnęły groźnie kiedy przenosiła na nią swój wzrok. 
- Spotkaliśmy się praktycznie na miejscu. On i Tsumi towarzyszyli mi przez krótką chwilę, a gdy ponownie mieliśmy przyjemność się spotkać, jego ukochana gdzieś zniknęła. Wtedy z Atrehu byliśmy nieco podpici, zaprosił mnie do tańca i dopiero w trakcie zrobiło się jakoś gorąco. 
Lonya w trakcie wypowiedzi, robiła sporadyczne pauzy, wykrzywiała dziwnie usta, jakby zastanawiała się, czy ryzykować wyjawienie przyjaciółce szczegóły, czy tylko strzępki prawdy. Itami wiedziała, że Lonya ukrywa przed nią niektóre fakty, ale nie zamierzała się o nie dopominać.  
-I wtedy... - Itami chciała dopowiedzieć, ale Lonya szybko przerwała. 
- Nie. Atrehu potrzebował zniknąć z tłumu, potrzebował odetchnąć, więc wzgórze wydało się najlepszym rozwiązaniem. Wtedy się przespaliśmy - ostatnie zdanie zakończyła tonem wielce rozmarzonym, Itami podejrzewała, że ta chwila była godna zapamiętania w rozdziale życia Lonyi.
- Czyli według twojej opowieści, Atrehu do niczego cię nie zmuszał? Zrobiliście to ze zgodą obu stron? Naharys uważa nieco inaczej. Twierdzi, że mając obok siebie ciężarną Tsumi, ciebie potraktował... nooo... haniebnie. Martwi się, że podzielisz los Tsumi, jeśli sytuacja się powtórzy.
Wadera zmazała rozmarzony uśmiech z pyska, lecz ten blask zadowolenia zachował się w jej złotych oczach. Itami była w stanie zrozumieć Lonyę, bowiem ona sama przeżyła mnóstwo chwil spędzonych z Atrehu - wiedział, jak zadowolić waderę i jednocześnie okazać ukojenie sobie. Itami przełknęła ślinę na myśl o gorącu, jakim jej towarzyszył przy każdym elektryzującym zbliżeniu z samcem. 
- Tłumaczenia nic nie dały. Atrehu jest niewinny, to przecież była nasza wspólna inicjatywa, aby spędzić ze sobą nieco czasu. Podjęłam dojrzałą decyzję, tego właśnie chciałam, aby ktoś spojrzał na mnie, nie jak na przyjaciółkę, czy też towarzyszkę podróży, tylko jak na waderę - Lonya opowiadała to wszystko ze słodyczą, wymalowaną w jej oczach, dosłownie iskierki szczęścia tryskały obficie za każdym razem, kiedy Lonya wspominała tę pamiętną chwilę. Kiedy jednak wspomniała o swoim bracie, obraz jej szczęścia rozmył się momentalnie i ustąpił miejscu przygnębieniu.
- Naharys, kiedy się dowiedział, wpadł w furię i omal nie zabił Atrehu. Dosłownie usiłował go zrzucić z urwiska. On cały czas uważa, że chronię Atrehu, który się mną zabawił. Nie potrafi przyjąć do siebie innej opcji. Dlatego sama rozumiesz dlaczego nie powinnam brać w tym udziału. Nie pamiętam, kiedy tak pokłóciłam się z Naharysem. A to była kłótnia dość głośna i poważna. 
- Naharys wskoczyłby za tobą w siódmy płomień piekieł, kocha Cię nad życie, widziałam to wczoraj, kiedy opowiadał mi to wszystko. A mówił to tak, jakby był święcie przekonany, że Atrehu cię skrzywdził. Czy chciałabyś jeszcze coś powiedzieć?
Lonya kręciła głową, nie dlatego aby zaprzeczyć, Itami zrozumiała, że wadera prezentowała w ten sposób dezaprobatę, lecz sama dokładnie nie wiedziała z jakiego powodu. Z początku zakładała, iż Lonyę już nużą te pytania, których w gruncie rzeczy nie powinna ich zadawać. Nie była to jej sprawa. Jednak dodała po chwili, oburzenie i smutek wylewał się z niej potokiem, z każdym wypowiedzianym słowem. 
- Jak mógł to zrobić najlepszemu kumplowi. Nie rozumiem czemu mi nie ufa. Przecież ja i Atrehu... to... - urwała w połowie zdania. Na jej twarzy wyraźnie kreślił się grymas głębokiego zastanowienia, jakby szukała odpowiedniego słowa - Noo... nie deklarowaliśmy sobie niczego. Atrehu i ja chcieliśmy po prostu pobyć ze sobą... w ekscytujący i pełny wrażeń sposób. A on, cóż, pragnął to jakoś odreagować po tym, co usłyszał od moich rodziców. On... Atrehu jest prawie, jak brat z rodzinnej watahy! Okazało się, że jego matka urodziła się w tamtych stronach, zaciążyła poprzez gwałt i uciekła do Sol Rojo. Dowiedział się, kim tak na prawdę jest! Jego brat nie ma w sobie, ani krzty krwi Alfy, gdyż owoc poczęty z gwałtu to on. Atrehu jest pierworodnym synem Alfy, nie on. 
Itami rozszerzyła nieco oczy, choć zdziwienie ukryła głęboko w sobie - W sensie, wiedziała, że Atrehu to syn Alfy, dało się to wyczuć. W jego oczach, mowie i jego stylu bycia - wiecznie dumny, bywa tak, że wysławia się z godnością, tonem godnym podziwu. Lecz fakt, że korzenie matki Atrehu sięgały, aż do granic rodzinnej watahy Lonyi, był dla niej pierwszyzną. Patrzyła bez słów na swoją rozmówczynię, jednocześnie wewnątrz siebie starała ukryć zaskoczenie, które walczyło z nią zapalczywie i bez ustanku. Miała ochotę stanąć, jak belka z rozdziawionym pyskiem. Podsumowujmy to ~ Pomyślała Itami ~ Lupus nie ma jak mierzyć się z Atrehu w pretensji do tronu, gdyż to nie on jest pierworodny Alfy, został poczęty z nasienia gwałciciela. Tym samym nie ma żadnych praw, jako następca władcy, ani tym bardziej do władzy nad watahą. A to takie buty. 
Odstawiła rozmyślania na bok i wróciła do spraw, które obecnie miały miejsce - Naharys i Atrehu, oni są w tym momencie najważniejsi. Oraz to, aby jak najwięcej wyciągnąć od Lonyi, to pomoże jej się przygotować. 
- Jesteś dla niego najważniejsza. Nawet od Atrehu, jakim by on nie był kumplem, czy nawet potomkiem Alfy, dla ciebie jest gotów zrobić wszystko. Spróbuję przekonać Naharys'a. Nie wiem, jakimi siłami i sposobem, ale spróbuję tego dokonać.
Lonya uśmiechnęła się delikatnie, sprawiała wrażenie, jakby chciała nim wyrazić swoje zmęczenie i zmartwienie, ale to tylko przypuszczenia. Wadera uniosła łapę pewnym ruchem, pogładziła nią drobne ramię Itami i spojrzała ciepło na współpracowniczkę. 
- Nie wiem, może Ciebie posłucha, bo ja już nie mam sił do tego barana. 
- Jeśli nie dam rady, to trudno, przynajmniej podjęłam jakieś próby. Dziękuję Ci, Lo. Za zwierzenia i zaufanie. 
Wadera zabrała łapę z ramienia Itami, kontynuując już i tak nużącą dla niej rozmowę o kłótni obu panów, a młodsza zaś słuchała z uwagą, dopóki któryś z pacjentów nie przerwał im konwersacji. Itami wyraźnie posłyszała wołanie wadery ze złamanym obojczykiem, która potrzebowała miski wody. Już miała ruszyć się z miejsca i zainterweniować, lecz Lonya pośpiesznie złapała ją za ogon, aby zatrzymać przy sobie jeszcze chwilę. Itami poszukała wzrokiem jej oczu, były śmiertelnie poważne. Bardzo poważne. 
- Niewielu jest wtajemniczonych w ten incydent i liczę, że mówiąc ci o tym, to się nie zmieni - powiedziała o dziwo tonem dość spokojnym. 
- Spokojnie. Będę milczeć, jak grób i zabiorę tę tajemnicę ze sobą do niego.
***
  Wadera zmysłowymi i iście urzekającymi ruchami łap, zanurzyła się w rudej, gęstej sierści basiora, stojąc za nim, zanurzona po klatkę piersiową w ciepłej, niemalże parującej wodzie. Mruczał cicho, kiedy Itami wykonała płynny, ale powolny ruch wzdłuż jego napiętej szyi, na przemian zwalniała i przyspieszała masaż, uwzględniając inne, bardziej napięte partie ciała Atrehu. Ramiona, szyja, kark - przewijała po nim zręcznie, z klasą swymi drobnymi łapkami, wgniatając się przy tym w przepracowane mięśnie. Przez gęste futro nie było to łatwe zadanie, lecz Itami nabrała wprawy.
- Nie przestawaj - wymruczał tonem błagającym - O tak! Masz talent.
Itami zapłonęła rumieńcem, woda zachlupotała, kiedy ustawiła się do niego bokiem, ustawiła łapy wzdłuż mięśnia naramiennego, delikatnie swymi opuszkami wyczuła napięcie i powtórzyła kombinację masażu, z goła wydającego się na łatwą sztukę. Nic z tych rzeczy.
- Tak dobrze, mojemu Alfie? - mruknęła mu do ucha, uwodzicielskim iście czarującym tonem, a gdyby dodać preferencje jej słodkiego głosu, każdy basior mógłby wpaść w głęboki stan zachwytu. Zwłaszcza Atrehu. Na koniec musnęła swym gładkim językiem jego policzka. Uwierzcie mi, że Atrehu w tamtym wieczorowym momencie, wyglądał wyjątkowo komicznie - siedział kompletnie rozluźniony, z miną osoby chorej na hemiplegię. Oczy powywracane, niczym pijane mrówki, pysk lekko rozwarty z wywalonym błogo językiem. Itami wiedziała, jak podejść do basiora, aby go udobruchać, wybłagać u niego przebaczenie za ten nocny incydent poprzedniego dnia. Był cały jej, owinięty wokół jej palca - typowa wadera wykorzystałaby ten stan, ale nie ona. Cieszyła się, że trafiła w jego łapy. Mogła mu to jakoś wynagrodzić. Typowa wadera zabawiłaby się jego kosztem, obracałaby nim na wszystkie strony, ale nie ona. Itami natomiast zbliżyła usta do jego warg, aby ich języki się spotkały, oplotły się wokół siebie, niczym dwa brakujące ogniwa.
- Jesteś niesamowita - powiedział Atrehu kiedy wadera odsunęła się od niego. Jego ton był rozmarzony, jakby w ukrytym podtekście tego słowa chciał zdradzić, że ma ochotę na więcej. Na dużo więcej.
- Mam nadzieję, że zadośćuczynienie przypadło mojemu Alfie do gustu? - mruknęła zalotnie, pieszcząc jego policzki zewnętrzną stroną łapy. Atrehu potwierdził kiwnięciem głowy, błogo uśmiechając się do niej. Zbliżyła się do niego, aż oparła się o jego szeroką klatkę piersiową. Basior oparł się wygodnie o brzeg basenu źródełka, aż jego ciało ułożyło się pod wodą po czym przygarnął waderę czułym gestem.
- Tym razem nie wypuszczę cię tak łatwo - rzekł Atrehu, uśmiechając się znacząco. Itami wiedziała, co on mógł oznaczać.
- Mówisz? - Itami położyła łapę na jego piersi, bawiąc się niewinnie jego sierścią o ciemno beżowym odcieniu. Była tak gęsta i zdrowa, że aż miała ochotę zatopić w nią swą łapę. Reakcja Atrehu była przewidywalna - Itami w okolicy podbrzusza poczuła jego twardy wzwód. Miała ochotę wessać gwałtownie powietrze, ale ograniczyła się do cichego pisku. Leżeli tak przez chwilę, zanurzeni częściowo w wodzie, która swym ciepłem pieściła ich ciała. Zbliżyła nos do szyi Atrehu, chcąc zaciągnąć się jego zapachem, zatracić się w nim bez opamiętania.
- Idziemy spać? - zapytał Atrehu.
Itami uniosła głowę, aby spojrzeć ukochanemu w oczy - ukochanemu przyjacielowi i kochankowi. Znając Atrehu, pewnie teraz płonęłyby żywym płomieniem pożądania, ogarnięte zamgleniem, łakomie spoglądające na Itami, lecz ona dostrzegła w nich jedynie spokój, ale i zmęczenie ciężarem całego dnia. Itami jednak stwierdziła, że odpoczynek musi poczekać, miała na swym koncie nierozwiązaną sprawę. Ta myśl jednocześnie zadziałała na atmosferę dość spodziewanie - jak szpilka, przebiła ją z trzaskiem, niczym balon. Jednak jej uśmiech trwał nadal. Pocałowała go, Musnęła swymi ustami jego wargi, przyglądając się jednocześnie jego oczom.
- Pójdziemy - odparła łagodnie Itami - mogłabym cię jednak o coś poprosić?
- Co tylko sobie zażyczysz - powiedział Atrehu, unosząc wysoko brwi.
- Byłam u Naharys'a w nocy nie bez powodu. Chciałam dowiedzieć się, co między wami zaszło. Tak samo gadałam z Lonyą i oboje przedstawili mi swoją wersję. Czy ty mógłbyś mi przedstawić swoją?
Mina Atrehu diametralnie zmieniła się o sto dziewięćdziesiąt stopni, co też Itami ze smutkiem się spodziewała. Uniósł głowę wysoko, nerwowo wypuszczając powietrze przez usta. Itami wiedziała, że tym pytaniem zniszczy jego nastrój, ale miała w tym swoje priorytety; między innymi dobro i szczęście Atrehu.
- Miałem nadzieję, że sobie to wszystko wyjaśniliśmy. Po co ci to jest potrzebne?
- Bo nie mogę patrzeć, jak twoja przyjaźń z Naharys'em idzie na zmarnowanie, zwłaszcza, że macie ze sobą bardzo wiele wspólnego.
- Co niby takiego? - odparł pogardliwym prychnięciem. Itami miała ochotę go kopnąć. Tak, właśnie tam.
- A to, że wasi rodzice pochodzą z jednej watahy! Jesteście więc prawie, jak bracia z jednego stada! Nie obchodzi cię to?!
- Nie - odparł natychmiast tonem wyrażającym ignorancję, totalnie jakby tę całą sprawę olewał ciepłym moczem. Itami zacisnęła zęby z gniewu.
- Nie obchodzi cię to, bo chodzi o twoją zranioną dumę? Teraz możesz mieć to gdzieś, ale przyjdzie kiedyś taki czas, a przyjdzie na pewno, że będziesz tego srogo żałować! I albo skończysz się fochać, jak mały niedorostek, albo pokażesz się od tej dorosłej strony i podejdziesz do tematu poważnie.
Temat był równie poważny, co jej ton - zwłaszcza nieustępliwy, a co za tym idzie, basior musiał dostać do rozumu, że wadera nie odpuści mu tak łatwo. Mając w garści pewne argumenty, Atrehu nie będzie w stanie się wymigać - No więc, jak będzie?

<Atrehu?>
PODSUMOWANIE:
Ilość napisanych słów: 4093
Ilość zdobytych PD: 2046 + 40% (840 PD)
Obecny stan: 4655 PD

czwartek, 23 czerwca 2022

Od Naharys'a c. d Itami | Atrehu ~ Wzloty i upadki

 - Jesteś pewna, że to zadziała? - zapytał poważnie Naharys, gdy z uwagą przyglądał się, jak jego siostra, Lonya, bandażuje łapę Ereden'owi. W końcu młody zaliczył swoje pierwsze szycie, a spotkanie z dorosłym odyńcem, co prawda, nie skończyło się dla niego dobrze, ale przynajmniej skończyło się na zdobyciu pamiątki. Naharys był świadkiem tego, jak masywna dzika świnia obeszła się z Ereden'em, dosłownie jak z niedorostkiem i kłem rozorał mu udo. Polało się trochę krwi, owszem, ale szczęśliwie minął tętnicę o cal. O cal od śmierci. 
- A czy ja kiedykolwiek zrobiłam coś, co nie zadziałało? Nie pamiętasz braciszku, ile razy musiałam cię zszywać i co? Jeszcze żyjesz, to Ereden też przeżyje. 
- Nie wiedziałem, że nieprzyjemnie przyjemne może być szycie - skomentował z zaciśniętymi zębami Ereden - to uczucie ciągnięcia i kłucia wywoływały u mnie przyjemne dreszcze, a zarazem nieznośne pieczenie. 
- Powiem Ci, synu, że masz bardzo skomplikowaną budowę - odparł z wyraźnym uśmiechem, poklepał syna pokrzepiająco i usiadł po jego lewicy - Mnie, jak twoja ciotka zszywała pierwszy raz, nie mogłem znieść widoku tej igły, a co dopiero to ciągnięcie. 
- A od kiedy się zrobiłeś taki delikatny? - wtrąciła ze złośliwym uśmiechem wadera, zabezpieczając bandaż, aby się nie pobrudził albo zbyt łatwo się nie zsuwał. 
- Cicho bądź, kiedy syna wychowuję - burknął z komediancką złością, wystawiając na wierzch swój język, lecz prędko schował go, gdy Lonya zagroziła mu swym pazurem. Potem ich śmiech rozniósł się po jaskini, niczym stara dobra muzyka. 
- Dziwną mam rodzinkę - skomentował żartobliwie Ereden - na wszystko, co święte, przysięgam, że się od was wyprowadzę. 
- Nie zapomnij zapakować swojej dziwności, bo to u nas rodzinne - odparła Lonya tonem skorym do żartów. Lonya, zbierając wszelkie bandaże, brudne igły wrzucone do wiklinowego naczynia i kamienną misę, wypełnioną krwistą wodą, usłyszała nagle dziwne odgłosy kłótni na zewnątrz. Uniosła uszy, ostrzeżone gniewnym krzykiem - była nieco zaniepokojona, dlatego poleciła bratu, aby ten pomógł jej w porządkach, a ona tym czasem poszła w stronę wyjścia.
- Co tu się dzieje? - powiedziała, prawie krzyknęła tonem niezwykle stanowczym i ostrym, niczym krawędź pękniętego szkła. Naharys uniósł głowę zaniepokojony - w powietrzu wyczuwał dziwne wibracje, niezwykle znajome i to one wprawiły go w nerwowość. Pośpiesznie, jak to basior, wsunął narzędzia i przybory medyczne do jednego miejsca, miast poukładać je zgodnie z przeznaczonym miejsce, po czym żwawymi krokami zbliżył się do siostry. Kiedy stanął przy jej prawym ramieniu, jego oczom ukazały się dwie osoby; Rozdrażniona czymś Itami i zapewne powód jej gniewu, Atrehu - no tak, mógł się tego spodziewać, że to on! 
Gdyby od niego zależało, wywaliłby tego chędożonego drania z watahy, aby nie musiał codziennie oglądać jego wiecznie szlachetnie dumnej, bezczelnie uśmiechającej się gęby. Na treningach był niekiedy zmuszany do współpracy z nim, bowiem obaj dostali rozkaz od Alfy, aby szkolić rekrutów i uczniów z powodu obaw Rene na dziwne ataki. Jak rozkaz to rozkaz, ale nie oznacza to, że musi wykonywać go z uśmiechem na ustach. Bywały chwile, kiedy widywał go w lecznicy, w trakcie, gdy Naharys był  odwiedzinach u Lonyi - dosłownie furia wyłaziła z niego przez skórę, gdy widział, jak ten bydlak bezczelnie zerkał na jego siostrę - tak było i teraz. Nigdy nawet jej nie przeprosił ani nie okazał jakichkolwiek wyższych uczuć, ale dał mu ostrzeżenie - jeśli zbliży się jeszcze raz do Lonyi, przysiągł sobie, że osobiście wytnie mu krwawego orła i powiesi na drzewie, żeby zdychał powoli, w męczarniach. Pozostawiłby na pastwę głodnych kruków, które wydziobywałyby z niego mięsień po mięśniu - tylko taka wizja sprawiała mu czystą satysfakcję. 
Na widok Itami - słodkiej i uczynnej medyczki - stojącej obok niego, krzyknął w myślach ~ Znalazłeś sobie kolejną ofiarę, którą bez zobowiązań wydu***ysz i pozostawisz z brzuchem?! 
Naharys zmarszczył czoło, pozostawiając w oczach jadowity chłód, nie odwracał ich od Atrehu. Mimo tego, postanowił zachować lodowaty spokój, ale mięśnie były gotowe do ataku. Niech zrobi choćby jeden fałszywy krok, a nie zawaha się użyć pazurów i kłów. 
Atrehu również nie szczędził gniewu w oczach - jego płomienie w oczach wydawały się rzucać na wszystkie strony i gdyby były one prawdziwe, pewnie w tamtym momencie, Naharys spłonąłby żywcem. Przysunął się blisko Itami, z zamiarem obrony jej przed nim ~ W co ty pogrywasz, trefnisiu?!
Nigdy nie okaże mu litości, jeśli Itami podzieli taki sam los, co Tsumi.
- Exan! - głos siostry wytrącił go z morderczego transu, a cios wymierzony w jego ramię, przywrócił do porządku. Nadal nie mógł zrozumieć przychylności swojej siostry wobec Atrehu, a tym samym, nie czuł z jej strony wsparcia, wydawało mu się, że na tym polu bitwy, jest on sam przeciwko dwóm. Lonyi, którą kochał nad życie i Atrehu, którego szczerze nienawidził. Odwrócił się więc w stronę wyjścia, obrzucając rudego na odchodne jadowitym spojrzeniem, po czym skrył się w cieniu jaskini medycznej.

*** 
Naharys skierował wzrok w stronę wyjścia, poprzez tańczące płomienie widział drobną sylwetkę niskiej wadery. Powiem wam szczerze, że basior mocno zaskoczyła ta nieoczekiwana wizyta - był ciepły wieczór, cichy i spokojny, jaskinia przepełniona harmonijnym zaciszem i dosłownie nie spodziewał się tego. Wadera stała przez chwilę w wejściu, rozglądając się wokół niepewnie, jakby dopiero co weszła do jaskini lwa i w sumie, trochę jej się nie dziwił. Pierwszy raz przyszło jej stanąć w progach jego jaskini. 
- Itami? Wejdź śmiało - odparł Naharys, zachęcająco klepiąc miejsce obok siebie przy ognisku - Co cię do mnie sprowadza?
- Cześć - wymruczała nieśmiało pod nosem, podchodząc nieśpiesznie, natomiast Naharys zorientował się, jak bardzo rozczulająca potrafi być Itami, gdy się czegoś waha. Kiedy usiadła po jego lewej stronie, wyraźnie poczuł, jak brzuchem styka się z jego udem, co też dało mu do zrozumienia, jak niska jest Itami. W sensie, już wcześniej postrzegał ją jako taką małą i drobną, ale z tej perspektywy wydawała się być jeszcze mniejsza. Spoglądał na waderę z czystą ciekawością i oczekiwaniem, zastanawiając się jednocześnie, jaki jest powód tej wizyty? Nie chciał obrażać Itami, ani nic w tym stylu, ale wątpił, aby przyszła tu tak dla towarzystwa. 
- No więc... - zaczęła po chwili, lecz niepewność nadal trzymało ją za gardło - ja.. nawet nie wiem, od czego zacząć... 
Naharys wygiął lekko głowę w bok i uśmiechnął się do Itami pokrzepiająco. 
- Spokojnie - odparł tonem pełnym wyrozumiałości - jeśli chcesz, możesz pomilczeć przez chwilę, aby pozbierać myśli. Weź głęboki wdech i wal śmiało. 
Naharys nie spodziewał się, że Itami tak łatwo otworzy się przed nim. Wadera, z racji na różnicę we wzroście, musiała zadrzeć głowę wysoko do góry, aby móc spojrzeć basiorowi w twarz. 
- O co tak na prawdę chodzi między tobą a Atrehu?
Naharys napiął żwacze na dźwięk tego imienia, zmarszczył groźnie czoło i wargi, prezentując waderze rząd długich zębów. Cichy warkot wydobył się z gardła basiora, po czym wzrok przeniósł na tańczące płomienie. 
- Dlaczego o to pytasz? - wbrew temu, jak w jakim stanie znalazł się basior, jego ton był spokojny, ale też groźny, niczym syk stali. Chcąc nie chcąc, w tamtym też momencie poczuł, że futro Itami przesiąknięte jest zapachem Atrehu - niepokoił go fakt, i mówiąc szczerze, nie podobało mu się to, że wadera spędza tyle czasu z rudym wilkiem. Nie oczekiwał na odpowiedź, powoli i znacząco spojrzał w szczelinę w ścianie jaskini, prowadzącej do jej bocznej odnogi. 
- Chodź, tam wszystko mi opowiesz - odparł poważnie, tonem nieznoszącym sprzeciwów. Nie zerknął nawet za siebie, aby sprawdzić, czy wadera podąża za nim. Jego chód przepełniony był gniewem, tak samo jego sierść, która niebezpiecznie nastroszyła się na grzbiecie. Fluorescencyjne grzyby zajaśniały mocniejszym światłem, kiedy wkroczyli do przedsionka, zupełnie jakby były obdarzone świadomością. 
- A więc - zaczął żywo Naharys, wyraźnie z zaznaczającym się zdenerwowaniem w tonie, kiedy wysłuchał relacji Itami - nie wiem, do czego Ci to jest potrzebne i nie mam zamiaru się nad tym zastanawiać, ale powiem ci. 
Lecz zanim powiedział, basior wstał na równe łapy i przeszedł się kilkakrotnie z kąta do kąta, a Itami z niemym smutkiem na ustach, obserwowała basiora bez ustanku. W końcu zatrzymał się, wziął głęboki oddech, zapewne po to, aby zapobiec wybuchowi złości, po czym spojrzał waderze prosto w oczy. 
- Ten buc przespał się z moją siostrą! Za moimi i mojej rodziny plecami, bezczelnie dobrał się do Lonyi! W czasie, gdy u Tsumi stwierdzono ciążę. Nie wiem, co w tym momencie sobie myślisz, ale ja wiem jedno - potraktował moją siostrę, jak dziwkę, którą można bez zobowiązań wychędożyć, mając jednocześnie ciężarną na boku. Co więc może świadczyć o Atrehu? 
- Exan, ale Tsumi wtedy nie była z Atrehu w związku - odparła Itami obronnym tonem - z tego, co mi było wiadomo. 
- Prawda! - wyrzucił gniewnie Naharys - ale pomyśl, jak odniósł się w stosunku do Tsumi. Atrehu nie myśli mózgiem tylko kutasem. Nie potrafi się opanować. I tak... z jednej strony obracał Tsumi, a z drugie... kur*a mać... z drugiej strony dobrał się do Lonyi! Itami, solidarnie cię ostrzegam przed nim. Trzymaj się od niego z daleka, jeśli nie chcesz dożyć dnia, w którym ten drań cię zostawi dla innej. Taki los spotkał Tsumi i żal mi cię będzie, jeśli to samo stanie się z tobą. Ale wiesz co? - Naharys nachylił głowę tak, aby Itami mogła spojrzeć w jego śmiertelnie poważne, a zarazem spokojne oczy - Wtedy to będzie jego ostatni raz. Itami, lubię cię... Lonya bardzo cię ceni i chwali. I też ze względu na ciebie, byłbym gotów zabić Atrehu, jeśli się odważy cię skrzywdzić.  
- Nie, to raczej nie będzie konieczne. Naharys, posłuchaj mnie, wiem że Lonya jest dla ciebie całym światem, ale Atrehu... z pewnością nie myślał, aby w jakikolwiek sposób skrzywdzić Lonyę... 
- Bronisz go? W takim razie nie wiesz nic - odparł tonem chłodnym, niczym północna zamieć - Nie miał prawa jej tykać... Wybacz, Itami, ale są pewne granice, których nie można przekraczać. Atrehu właśnie ją przekroczył z okrągłym naddatkiem i nigdy mu tego nie wybaczę, rozumiesz?! 
Itami nie opuściła wzroku, słuchała go z największą uwagą i starała się nie uwidaczniać strachu, jaki poczuła na wydźwięk chłodu w głosie basiora. On natomiast uniósł wysoko głowę z wymalowaną zapalczywością na twarzy, oczy błysnęły wściekle i wydawać się mogło, jakby należały do rozjuszonego tygrysa. 
- Chcesz coś jeszcze wiedzieć, czy możemy już sobie darować tę rozmowę o niczym? 
- Atrehu to twój przyjaciel - nie odpuszczała Itami. Naharys bardzo lubił i szanował Itami, ale nawet dla jej słów nie szczędził pogardliwych prychnięć. 
- Był moim przyjacielem - poprawił dobitnie i zdecydowanie - jest też Betą, ale dla mnie to nieistotne. Jak dla mnie, może być sobie nawet tym potomkiem Wielkiego Alfy ze swojej watahy. Mi to za jedno, Alfa czy zwyczajny wilk, nie ma granic ani różnic, jeśli chodzi o Lonyę, zabiję każdego, kto ośmieli się ją skrzywdzić. 
- Naharys, widzę wyraźnie, że cierpisz - powiedziała Itami, układając uszy po sobie - zamieńmy ten temat na jakiś inny. 
- Nie widzę przeciwwskazań - odparł Naharys, szorstko i groźnie z początku, lecz luźna rozmowa z Itami, na tematy typowo błahe sprawiła, że basior odzyskał pogodność w głosie. Rozmawiali o czym się dało; o pogodzie, spędzonym dniu pełnym obowiązków czy też polityce Północnych Watah - Itami przyznała, że pyta z czystej ciekawości. 
Czas minął im spokojnie do północy. Przyjemny wietrzyk z południa szeleścił wysoką trawą, porastającą nieopodal siedlisza, aż przyjemnie było posłuchać - co innego jednak odczuwała Itami. Naharys spostrzegł w jej oczach niepokój, zupełnie jakby chciała coś przekazać - ale co? Tego basior zamierzał się dowiedzieć. 
- Coś nie tak? 
Wadera ze zmartwienie i zakłopotaniem, malującym się na smukłym pyszczku, spytała ze wzrokiem wbitym we własne pazury. 
- Czy mogłabym zostać u ciebie na noc? Boję się sama wracać. 
Muszę wam powiedzieć, że Naharys w tamtym momencie wyglądał na dość zdziwionego wyznaniem wadery, lecz widząc, jak bardzo jest zlękniona, nie mógł odmówić jej miejsca na nocleg... chyba, że...
- Chyba, że chcesz abym cię odprowadził? - zaproponował luźno Naharys. 
- Nie chcę robić ci problemu - odparła zakłopotana Itami, masując się łapą po ramieniu - ale, jeśli problemem jest, abym tu została, więc... 
- Nie kończ. Dobrze, zaścielę dodatkową parę futer specjalnie dla ciebie, najcieplejszą jaką mam. Na prawdę, to nie jest problem! Możesz wpadać do mnie i nocować, ile będziesz mieć ochotę. 
- Dzięki - odparła tonem wdzięcznym i wesołym - masz to u mnie zapisane. Odwdzięczę się tak, jak będę mieć okazję i sposobność. 
- Nic nie musisz robić - powiedział ze szczerym uśmiechem basior - to ja powinienem Ci być wdzięczny. Za wszystko, co robisz dla życia i zdrowia innych w watasze. 

<Itami?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1978
Ilość zdobytych PD: 989 + 10% (99 PD) 
Obecny stan: 5444 PD

wtorek, 21 czerwca 2022

Od Itami c.d Atrehu | Naharys ~ Wzloty i upadki

  Czy czuła rozkosz? Skłamałaby gdyby zaprzeczyła, ale trzeba sobie zadać wtedy zasadnicze pytanie - Czy to jest aby ten facet? Ten, facet bliski sercu wadery, który będzie gotów kochać ją, jak swoją wybrankę. Czy Atrehu był jej przeznaczony? Nie miała pojęcia, a już tym bardziej nie mogła się nad tym rozwodzić. Nie w tamtym momencie, gdy basior w korzystny dla obu sposób wykorzystywał swój długi, prężny język. Czuła silny chwyt palców rudego na swych biodrach i świdrujące ją od środka uczucie... 

- Atrehu... - mrucząc, wypowiadała jego imię z miłością i namiętnie zerkała na to, co właśnie działo się za jej plecami... a konkretnie pod puchatym lisim ogonem. ~ O bogowie! - krzyczała w myślach, zachłystując się jednocześnie powietrzem. 

***
 Wtulona policzkiem w jego klatkę piersiową, leżała całkiem bez sił, ale wyjątkowo rozluźniona i spełniona. Czuła miarowy oddech basiora, który w tamtym momencie pieszczotliwie i z wyrafinowaną czułością, gładził jej głowę między uszami. Leżeli tak w gęstwinie zieleni, zaciągnięci powietrzem, przesiąkniętym doszczętnie morską bryzą, a wieczorne bzyki przelatujących nad nimi owadami, były poezją dla ich uszu - tak też rozkoszne były dźwięki natury, przy basiorze którego uważała za przyjaciela, ale i też kochanka. Pod żadnym pozorem nie ukrywała szczęścia z faktu, iż Atrehu to nie tylko powiernik i opiekun, ale przede wszystkim wspaniałym kochankiem. Nie żałowała żadnej nocy, spędzonej z nim w łożu, ale też przyznać musiała, że też bała się... Czego? No właśnie, oto jest pytanie. Bała się tego, czy stworzona jest do związku z Alfą - No, w tym przypadku z Betą, ale mimo tego, w samcu płynęła krew władców. Można to wyczuć na kilometr, tak samo, jak aurę którą on roztaczał... która kazała bić pokłony, zmuszała do uległości. Miłość to też w pewnym sensie wysiłek - Itami zorientowała się, że gdy naciągają chwile smutku czy też kontuzji, trwała czule przy Atrehu, służąc mu wszelką pomocą. Czy to lekarską, czy psychologiczną. Doskonale pamiętała opanowanego przez gniew i rozpacz Atrehu, po tym, jak Tsumi w bolesny sposób zerwała z nim wszelkie kontakty, dając jednocześnie do zrozumienia, jak bardzo się nim rozczarowała. Czuła, iż pomimo niebezpieczeństwa, jakie groziło jej ze strony rozjuszonego basiora, nie odstąpiła go, ani na krok - posunęła się nawet do tego, że się mu postawiła! 
~ I tyle masz mi do powiedzenia? - zapytała spokojnie, bez cienia gniewu, bowiem wiedziała, że Atrehu targała wściekłość. Nie musiała być wojowniczką, ani cieszyć się siłą w łapach, aby zniszczyć kogokolwiek. Słowa potrafią ranić głębiej niż pazury i kły, jeśli się miało odpowiednie argumenty. Mogła liczyć na cios w pysk, nakierowaną przez ślepą furię łapą Atrehu, ale wiedziała też, że samiec nie skrzywdzi nikogo, nawet wadery pod wpływem gniewu. Bywał niebezpieczny i niekontrolowany, jak wzburzone tsunami, ale nie dla niej. Nikt nie rodzi się wojownikiem, ani tym bardziej Alfą - jednakże Atrehu zasługiwał na ten tytuł... no... pomimo tego, że bywały czasem chwile, gdy basior zachowywał się, jak niewyrośnięty młokos - cenił sobie beztroskie i spokojne życie, wolne od zobowiązań, ale bywały też dni, gdy brał odpowiedzialność na własną klatę. Odważnie i bezdyskusyjnie, jak prawdziwy facet - i za to też go kochała. O bogowie, to uczucie dręczyło ją, jak natrętna osa, chciała zadrżeć pod wpływem przeszywającego dreszczu, ale powstrzymała się natychmiast. Nie chciała zwrócić na siebie jego uwagi, przerywając tym samym błogi spokój. 
- O czym tak myślisz? - zapytał Atrehu. 
A jednak. Westchnęła lekko, unosząc głowę, aby zatopić się w szalejących płomieniach, które w tym momencie spoglądały na nią z pożądliwym gorącem - wiedziała, co to znaczy. Przybliżyła się nieco, delikatnie jak trzepot motylego skrzydła i pocałowała go, co ten przyjął go łapczywie. Wiedziała, że tylko on potrafi zapanować nad sytuacją - wystarczyło, żeby tylko zacząć, a Atrehu brał sprawy we własne łapy... a Itami, usta. Całowała go długo, namiętnie aż cały świat nagle przestał istnieć. Szum wiatru, który wcześniej mknął przez pole, nagle jakby stanął w miejscu. Ptaki, gniazdujące pod gęstą zasłoną liści, jakby straciły śpiew. Kochała go za to, że był przy niej. Kiedy odsunęła swoje usta, spostrzegła pragnienie w płomiennym wzroku Atrehu, tak bardzo dobrze jej znane - ale to nie czas i miejsce na zabawy. 
- O niczym, chodź, muszę donieść ten kwiat Lonyi, ona będzie wiedziała, co z tym zrobić. 
- Nie przejmuj się kwiatem - odparł żywo Atrehu - pomogę Ci go zerwać. 
Jak basior obiecał, tak też uczynił - dla basiora była to kwestia zaledwie kilku chwil - używając mocy przestrzeni, aby nagle pojawić się na szczycie wysokiego głazu. Wiedziała, że jakikolwiek kontakt z zielem, wywołują u samca odruchy żywej odrazy, ale... 
~ Zachciało mu się zabaw? - pomyślała z uśmiechem, nadal czując wilgoć jego śliny - niech teraz się postara zrekompensować. 
- I co teraz? - zapytał, gdy nagle wylądował przy niej, sprawnie upadając na silne łapy - aż energia jego aury uderzyła waderę w twarz. Zaprezentował przed nią zdobycz, jak dumny i sprytny kot, demonstruje właścicielom upolowaną mysz... przy czym, Atrehu jeszcze wypiął pierś, śmiejąc się głupkowato. 
~ Atrehu, mój ty głuptasie - mruknęła pieszczotliwie w myślach, zanurzyła się intensywnie w jego oczach, uderzając rytmicznie ogonem o trawiastą ziemię. 
Zarzuciwszy mu łapy na umięśnioną szyję, wtuliła policzek w aksamitne futro Atrehu, a ten natychmiast przycisnął ją do swego gorącego ciała. Przez chwilę odczuła dziwne wrażenie, jakby tuliła się do piersi ojca - on podobnie przygarniał ją do siebie, kiedy chciał okazać wobec niej swą dumę i szczęście. Tego jej trzeba było ostatnimi tygodniami - przytulić się do kogoś, to sprawiało, że chociaż przez chwilę zapominała o szarym świecie. Basior przyłożył nos do jej szyi, aby potem zaciągnąć się jej zapachem, wadera zadrżała lekko. 

***
- Już jesteśmy! - powiedziała z uśmiechem, kiedy stanęli na przeciwko wejścia do lecznicy. Z wnętrza wydobywał się znajomy jej zapach ziół, lekarstw - wiedziała, że nie są to przyjemne wonie, ale do wszystkiego można się przyzwyczaić. Noo... Atrehu miał z tym najwidoczniej problem, bo gdy przyjrzała się mu uważnie, na jego pysku malowała się odraza, zupełnie jakby spoglądał na najohydniejszą rzecz na świecie. Dla niego, może i było ohydne, ale przy tym wyglądał tak komicznie, że Itami parsknęła głośnym śmiechem. 
- No już. Nie musisz ze mną iść, jeśli nie chcesz. 
- Nie no, odprowadzę Cię. Nie zbliżę się po prostu do tych roślin. 
Itami przewróciła szybko oczami - nie znosiła, kiedy basior tak bardzo krytykował rośliny, które... jak dobrze pamiętała, uratowały mu życie. Nie jeden raz. 
- To są zioła, Atrehu. 
- Zwał jak zwał - wzruszył ramionami - Obrzydliwe, śmierdzące rośliny, od których żołądek się przewraca! 
~ No i masz! Musiał zniszczyć tę spokojną chwilę swoim szczeniackim narzekaniem! Jak wspomniano wcześniej, Atrehu nie raz zachowywał się, jak niewyrośnięty młokos, ale w tamtym momencie zasługiwał na godną zapamiętania reprymendę. Itami stanęła mu na drodze, ze zmarszczonymi lekko brwiami i groźnie trzaskającymi iskrami w błękicie jej lśniących oczu. 
- Te, jak określiłeś, obrzydliwe rośliny, uratowały Ci życie. Nie jeden raz! Ty tutaj gardzisz ziołami, a zapewniam Cię, że gdzieś tam, w jakimś zakątku świata, ratują komuś życie! 
Itami miała nadzieję, że przemówi jej buńczucznemu przyjacielowi do rozumu, ale z rozczarowaniem pomyliła się bardzo, bowiem Atrehu prychnął z pogardą. 
~ Dosyć tego, ty niewdzięczny bachorze! - z tymi myślami, Itami zdzieliła Atrehu w łeb. A żeby to uczynić, musiała podskoczyć na wysokość jego policzka - a potem trzasnęło, aż miło! 
Itami nie lubiła stosować przemocy, brzydziła się nią całą sobą, ale Atrehu ostatecznie prosił się o to.
- Czy choć raz możesz docenić To, czym się zajmujemy i przyjąć do wiadomości czyjeś zdanie poza swoim!?
Krzyk gniewu, który wcześniej osiągnął najwyższy poziom, zmalał nagle, a Itami zrozumiała nagle, co zrobiła - nie chciała tego zrobić, a mimo tego, niespodziewanie ją poniosło - przyznać musiała przed samą sobą, że nie przypuszczała, iż stać ją na tak radykalny ruch, lecz zewnętrznie spoglądała na basiora ze wściekłością. 
- Co tu się dzieje? - musieli narobić spory raban, bowiem zwrócili na siebie czyjąś uwagę. Itami, odwracając się powoli, z zaciśniętymi ze strachu zębami, ujrzała stojącą w wejściu zaniepokojoną Lonyę. Wadera nigdy nie była wobec niej surowa ani nadto wymagająca, ale Itami musiała przyznać, że swym stylem bycia mogła wywołać zamęt. Lonya nie była sama i nie spodziewała się, że przez to może dojść do niemałego spięcia. Widmo kłótni i walki zawisło w powietrzu, kiedy Atrehu zauważył stojącego obok Lonyi Naharys'a. 
~ O co może chodzić? - pomyślała z napięciem, kiedy ujrzała dziką furię, malującą się na pysku wysokiego, powoli granatowiejącego już basiora. Jego szmaragdowy - prawie złoty - wzrok, gdyby mógł zabijać, Atrehu pewnie już leżałby trupem. Wściekłość i pogarda trąciła od Naharys'a wyraźnie, a towarzyszyły temu też mocno napięte mięśnie łap. Wyglądał przerażająco - do tego stopnia, że wadera cofnęła się nieco, drżąc z niepokoju. I szczerze? Nie spodziewała się takowego ruchu ze strony przyjaciela, który nagle przysunął się blisko niej, jakby swym ciałem chciał ochronić Itami przed morderczym wyrazem Naharys'a, który niespodziewanie postąpił podobnie. Wyszedł na przeciw o dwa kroki, stanął twardo murem przed Lonyę - zupełnie, jakby mową ciała chciał przekazać Atrehu, aby się nie zbliżał. Silne napięcie wirowało w powietrzu między basiorami - chcąc dodać, że bardzo wściekłymi basiorami. Wystarczyłaby odrobina iskierki, aby panowie skoczyli sobie do gardeł, czuła to wyraźnie, dlatego Itami przyłożyła łapę na piersi przyjaciela, aby go powstrzymać przed możliwym. 
- Exan! - burknęła na niego Lonya, uprzednio uderzając basiora łokciem w ramię i powiedzmy, że to zakończyło sprawę narastającej złości w białym wilku. Odpowiedział siostrze skrytą dezaprobatą, kręcąc pomału głową, lecz zanim skrył się w cieniu lecznicy, na odchodne posłał Atrehu jadowite spojrzenie, które jasno dawało mu do zrozumienia, że nie ma tu czego szukać - tak przynajmniej zinterpretowała Itami. A w rzeczywistości ten wyraz mógł oznaczać na prawdę wiele. 
Atrehu rozluźnił mięśnie i ugasił złowieszczy płomień w swych oczach dopiero, gdy zapach Naharys'a znacznie się przerzedził. 
- Czy nie wspominała, Itami, że masz wcześniejsze wychodne? - odezwała się Lonya, tym razem ze spokojem w głosie, aczkolwiek jednocześnie uśmiechnęła się do małej medyczki - Itami sięgała Lonyi ledwo do ramienia, lecz ta nieszczególnie odczuwała z tego powodu jakiś dyskomfort. 
- Wiem, ale spójrz, co z Atrehu odkryliśmy! - odparła entuzjastycznie Itami, a Atrehu zaś, dumnie zaprezentował medyczce ich rzadką zdobycz. 
- Powiem Wam, że jestem mile zaskoczona! Super, że udało się wam to odnaleźć. Ta roślina niebawem postawi wielu pacjentów na łapy. 
- W pewnym sensie, Itami to odkryła - odparł Atrehu - ja pewnie nie zauważyłbym tego zielska, nawet jakby zatańczyło mi przed oczami. 
- Bo wiemy, jak zioła na ciebie wpływają - odparły prawie jednocześnie, po czym obie wybuchły głośnym śmiechem, a Atrehu zaś, udając wielce podminowanego, uśmiechnął się głupkowato. 
***
- O co chodziło między tobą a Naharysem? - zapytała po chwili Itami, po tym, jak weszła do środka przedsionka jaskini, ugoszczona przez Atrehu. Samiec początkowo spiorunował waderę spojrzeniem, jakby usiłował zakazać jej wymawiać to imię. Potem gniew przerodził się w lekki smutek, aż nagle zmieniła się w chłodną obojętność. 
- Nic poważnego. Nie zawracaj sobie tym głowy. Myśl tylko o tym, co jest tu i teraz. - odparł łagodnie, mimo sceptycznego grymasu. ~ On coś przede mną ukrywa - pomyślała podejrzliwie Itami, racząc się pyszną dziczyzną, którą poczęstował ją samiec. Gryzła i jadła w zastanowieniu, ze wzrokiem wlepionym w częściowo ogołoconą z mięsa kość, w trakcie gdy Atrehu postanowił zawiesić na coś innego - a konkretnie na nią. Powoli przeżuwał kęs mięsa i dosłownie rozbierał ją wzrokiem, a płomienie przy tym stawały się bardziej intensywniejsze. Gdyby mogły, pochłonęłyby ją i spaliły na popiół, ale Itami nie zwracała na to najmniejszej uwagi.  
~ Co takiego ukrywasz, Atrehu? No nic... od ciebie niczego się nie dowiem. Bardzo dobrze znam twoje przekonania i wiem, że nie lubisz się nikomu spowiadać, ale też na miłość bogów, jestem twoją przyjaciółką... kochanką... nic nie stracisz, jeśli zwierzysz się mi ze swoich problemów. 
Natręctwa myśli dręczyły ją bez ustanku - to było niczym zetknięcie się ze świądem świerzbu. I w tamtym momencie przez Itami nie przemawiało wścibstwo ani ciekawość - po prostu martwiła się o Atrehu. A czy on otworzy się na jej pomoc, to już jego sprawa.  
- Pięknie dziś wyglądasz - odezwał się po chwili milczenia, ani myśląc spuścić z niej wzroku - kiedy spotkałem Cię wieczorem z twoją macochą, trudno mi było się powstrzymać. 
Możecie wierzyć lub nie, ale drobne policzki Itami zalały się nagle czerwienią, jak u dojrzałego macintosha. Chciała coś powiedzieć, zakryć się tarczą uprzejmości ale ubiegł ją ruch łapy Atrehu. Jego kciuk dotknął jej dolnej wargi - nawet nie wiedziała, kiedy pojawił się tak blisko niej, aby zdołał się na takich ruch - a dotyk ten był delikatny, bardzo czuły. Patrzył jej prosto w oczy, intensywnie i z gorącym uczuciem, jakim można obdarzyć drogą sercu basiora waderę. ~ Ale jesteśmy tylko przyjaciółmi...
Zanim zdołała pomyśleć o czymś jeszcze, Atrehu dotknął językiem jej podniebienia. 
Zawsze tak zaczynał, gdy miało do czegoś dojść - czuły i namiętny pocałunek, który mógł oznaczać więcej, dużo więcej niż cała spisana powieść uczuć. 
- Atrehu.. - przerwała, odsuwając się od basiora. Na bogów! Jej policzki płonęły! 
- Tak? - wymruczał, prawie wystękał dławiony narastającym pożądaniem - Nie masz ochoty? 
- Mam, oczywiście, że mam, ale... - przełknęła głośno ślinę, zastanawiając się, jakich słów użyć, aby nie rozgniewać Atrehu - dręczy mnie coś. 
- Co takiego? - przejechał zmysłowo kciukiem po jej podbródku - Powiedz tylko, a postaram ci się z tym uporać. 
- Co się stało między tobą a Naharysem? 
To pytanie zadziałało na Atrehu, jak trzask rozbijającej się butelki - wszystkie drobne odłamki romantycznej atmosfery rozprysły się na wszystkie strony. Atrehu lekko zmarszczył czoło, odsłonił lekko zęby, a oczy lekko przygasły.
- Po prostu... pokłóciliśmy się i tyle. Nie chcę w tę noc gadać o Naharysie i proszę cię, nie mieszaj się w tę sprawę! - odpowiedział ze stalową stanowczością, nadal trzymał kciuk na jej podbródku, który nagle zatrzymał się na dolnej wardze Itami. Przemówił ponownie, ale tym razem tonem łagodniejszym, niczym muśnięcie płatka róży - Kiedyś nam przejdzie, nie martw się o to, moja słodka. Wiem, że chcesz pomóc, ale... pomożesz mi, jeśli zostawisz tę sprawę w spokoju. Uwierz mi, że tak będzie najlepiej dla ciebie. 
- Nie patrzę na siebie, tylko martwię się o ciebie - Itami nie ustępowała i chciała znać prawdę - widziałam, co wieczorem zaszło pod lecznicą. Gdyby oczy mogły walczyć, pozabijalibyście się tam! Naharys wręcz patrzył na ciebie z nienawiścią. 
- Do diabła z nim! - warknął basior, podrywając się na równe łapy, a gdy zatrzymał się przed wyjściem do jaskini, jego oczy zatrzymały się na zerkającym zza mrocznych chmur księżycu. 
~ Zbyt szybko to rozegrałam - mruknąwszy w myślach wadera, przegryzła nerwowo wargę. Kiedy podeszła bliżej Atrehu, otarła policzkiem zmysłowo o jego szyję, mrucząc cicho. 
- Czy to grzech, mój drogi, że się o ciebie martwię? 
- A ja martwię się o ciebie - odparł, przygarniając ją do siebie i tak usiedli razem w blasku księżyca, wsłuchując się jednocześnie w nocną ciszę, przerywaną od czasu do czasu, przez pobliską orkiestrę świerszczy. 
- A czemu miałbyś się o mnie martwić? - zapytała wadera z opartą głową o ciepłą pierś Atrehu. 
- Że cię stracę - odparł ciepło. Itami czuła, jak masywna łapa basiora, łagodnymi i czułymi ruchami, masuje jej brzuch - to był bardzo przyjemny masaż, przez co Itami odpłynęła myślami poza kraniec wszystkiego. Byleby trwać przy nim, lecz też pewna część jej osobowości zrugała ją, że tak łatwo odpuszcza. Wiedziała całą sobą, że to nie są sprawy, w które należy się mieszać, ale tu chodzi o Atrehu i Naharys'a - dwóch największych przyjaciół, gdzie jeden za drugim wskoczyłby w ogień piekielny! Nie potrafiła tego zostawić od tak! ~ Kiedyś nam przejdzie, nie martw się o to, moja słodka - wspomniała słowa Atrehu. Przejdzie albo nie przejdzie, to sytuacja wyjątkowo niepewna, a konflikt dość poważny, aby zostawić go bez interwencji. 
*** 
Wadera wymknęła się po kryjomu, gdy wyczuła, że samiec zasnął na dobre. Z początku wyślizgnęła się spod czułego objęcia Atrehu, jakim zamknął ją podczas snu - miała szczerą nadzieję, że nie popełni żadnego błędu, bowiem nie miała ochoty spowiadać się basiorowi ze swojego nocnego wypadu. Pozostało jej też mieć nadzieję, że nie zastanie Naharys'a śpiącego - musiała jednak liczyć się z takim ryzykiem - posada Kapitana musiała być w pełni wyczerpująca, choć w głębi duszy modliła się, aby pozostał przytomny. Szła znajomymi jej wytyczonymi ścieżkami, które z reguły bywały bezpieczne, ale nocą nigdy nic nie wiadomo. Napięcie i niepokój towarzyszyło jej na każdym kroku, mimo znajomych zapachów - tu wszystko było znajome. Zioła, drzewa, zwierzęta na które polowano... nawet wiatr, nadciągający z zachodu, ale jednak bała się nieco. Może to naturalny odruch każdego stworzenia? Odruch, podsycany wyobraźnią i latami kształtowanym zmysłem przetrwania. 
Kiedy dotarła bezpiecznie do celu, odetchnęła z ulgą, z delikatnym uśmiechem wymalowanym na pysku, zerknęła do środka jaskini Naharys'a. Wnętrze było przyjemnie ogrzane, oświetlone też pomarańczowym, żywym fluorescencyjnym światłem, a na środku półokrągłej izby siedział wysoki, granatowy basior. Wpatrywał się, jak zaklęty w tańczący nad zwęglonym drewnem płomień, który sięgał prawie wyrwy w sklepieniu, mający za cel odprowadzać duszący dym na zewnątrz. Itami wykonała kilka niepewnym kroków, rozejrzała się z wahaniem. Niedaleko płomieni spało spokojnie dzieci Naharys'a - Shori leżała skulona w ścisły kłębek, z lekko rozwiniętym lewym skrzydłem, pod którym chrapała sobie słodko Sini. Najmłodszy syn, Ereden zajął miejsce przy przymierającym świetle grzybków fluorescencyjnych, częściowo pochłonięty przez półmrok. Niepewność nie opuszczała waderę, nie ośmieliła się już zrobić ani kroku, dlatego odchrząknęła cicho. Uszy Naharys'a stanęły na baczność i natychmiast zlokalizowały szmer wadery, po czym lekko zaskoczony spojrzał na niezapowiedzianego gościa. Powitał ją uprzejmym i ciepłym uśmiechem. 
- Itami? Wejdź śmiało - basior bez pardonu poklepał miejsce obok siebie, przy cieple płomieni - Co cię do mnie sprowadza? 
- Cześć - wymruczała niepewnie, podchodząc bez pośpiechu do wilka, który był jej, jak przyjaciel - a mimo tego, wahała się każdego kroku. Kiedy usiadła po lewicy basiora, dopiero wtedy zorientowała się, jak bardzo ją przewyższa - czubkiem głowy sięgała mu łokcia, poczuła się wtedy na prawdę mała. Basior mógł być wyższy, ale jego wzrok - tańczący płomień odbijał się niebezpiecznie w jaskrawo płynącym bursztynie, co też nijak nie łączyło się z jego granatową sierścią, aczkolwiek musiała przyznać, że wyglądały groźnie. Wbrew pozorom, basior przyglądał się Itami ciekawie i z oczekiwaniem. 
- No więc... - zaczęła wadera, lecz niepewność nadał chwytało ją za gardło - ja.. nawet nie wiem, od czego zacząć... 
- Spokojnie - odparł ze zrozumieniem - jeśli chcesz, możesz pomilczeć przez chwilę, aby pozbierać myśli. Weź głębokie wdechy i wal śmiało. 
Uśmiechnęła się skrycie, po tym, jak zrozumiała, jak bardzo miłym jest wilkiem. Uniosła powoli głowę, aby przyjrzeć się jego policzkom. 
- O co tak na prawdę chodzi między tobą a Atrehu? 

<Naharys?>

PODSUMOWANIE:
Ilość napisanych słów: 2948
Ilość zdobytych PD: 1474 PD + 20% (295 PD)
Obecny stan: 1769 PD

środa, 15 czerwca 2022

Od Atrehu c.d Itami ~ Wzloty i upadki [+16]

Sytuacja powoli wymykała się spod kontroli. Rene miała rację, coś złego wisiało w powietrzu i czekało na odpowiedni moment do ataku. No i wywołała tym stwierdzeniem wilka z lasu. To, co się stało, wstrząsnęło mną. Do głębi, tak bardzo mocno. Nie mogłem złapać oddechu i wcale nie ze względu na alergię. Nie docierały do mnie informacje, przyniesione przez Itami. Sama była w nie mniejszym szoku ode mnie. Przełknąłem ślinę, oczyma wielkimi jak spodki, wpatrywałem się w jej sylwetkę. To nie powinno się dziać, to nie mogła być prawda. Ze wszystkich sił starałem się wmówić sobie te słowa, byleby nie zaakceptować prawdy. Na zmianę wybuchałem gniewem oraz płaczem, iż mnie tam nie było. Nic nie zrobiłem, a może coś bym zdziałał. Nie wiem jak, lecz z pewnością byłbym w stanie pomóc. Nawet za cenę własnego życia...

*
Otępiałym wzrokiem, wpatrywałem się w niebo. Pina i Tsumi zostały porwane. Jakieś wielkie, mackowate coś wciągnęło je w glebę, niczym życiodajną wodę. I słuch po nich zaginął. Najgorsze, że wszystko działo się na oczach Sininen. Widziała tego potwora i sposób, w jaki porwało jej matkę i ciocię. To musiał być dla niej szok. Z pewnością wspomnienia niejednokrotnie nawiedzą ją w koszmarach. I na zawsze zmienią postrzeganie świata.
Może nie byłem lekarzem, lecz nawet ja dostrzegałem zmianę w jej zachowaniu. Nie, żebym wcześniej ich stalkował. Po prostu... od czasu do czasu spoglądałem w kierunku ich jaskini. Obserwowałem ich kłótnie i złe zachowania, ale też wiele miłości i czułości. Zastanawiałem się często, jakby to było, gdybym i ja się ustatkował. Wybrał w końcu tę jedną jedyną i tylko z nią żył. Budził się wtulony w jej miękką sierść. Zasypiał u jej boku, wdychając cudowny zapach futra. Może gdyby Tsumi nie poroniła, gdybym nie skakał z kwiatka na kwiatek, to dziś byłbym szczęśliwym ojcem. A tak... wciąż jestem sam. I to na własne życzenie. Tylko chyba nie potrafiłbym inaczej.
Dlatego podglądałem Naharysa. Starałem się jakoś zbliżyć. Nieznacznie. Byłem w końcu mentorem Shori. Więc kontakt z jej ojcem był mi pisany. Ah, jak ja zazdrościłem Naharysowi tej sielanki. Mimo iż nie było różowo, dawali sobie radę. Byli szczęśliwi. A mnie to omijało... Jeszcze do niedawna byłem pewny, że będę wujkiem chrzestnym. W sumie od dowiedzenia się o ciąży Piny byłem wręcz przekonany o swojej roli w ich życiu. Tymczasem nasze drogi się rozeszły. Wciąż skłóceni, nie potrafiliśmy znaleźć wspólnego języka. Oboje tak samo uparci. I nie zapowiadało się, by któreś miało wyciągnąć pojednawczą łapę. Ja, bo w sumie nie uważam, żebym coś źle zrobił. Naharys... cóż, chyba tylko on to wie. Wiecznie opiekuńczy braciszek. Tyle że Lonya jest dorosła i sama za siebie decyduje. Chciała tego tak samo, jak ja. Po prostu się stało. Powinien to zaakceptować, a nie stroszyć sierść, bo hurr durr, Atrehu przeleciał mu siostrę. Nie skrzywdziłem jej, nie zgwałciłem. Byłem delikatny, dałem jej przyjemność, uwagę i tyle uczuć, ile tylko byłem w stanie. On to widział jednak inaczej. I przez to nie mogliśmy się pogodzić. Dlatego zamiast być przy nich, obserwowałem wszystko z daleka. Nic innego nie mogłem uczynić.
**
Pokręciłem głową, skupiając umysł na tu i teraz. Ta sielanka się skończyła. Członkinie watahy zaginęły. Już nie będzie tak, jak dawniej. Więc nie czas i miejsce na rozdrapywanie ran. Poza tym wciąż nie wierzyłem w to wszystko, lecz histeryczny płacz Sini w jaskini medyka zdawał się potwierdzać najgorsze. Gdyby nie to... najpewniej nie zareagowałbym tak samo. A tak... Natychmiast zwołałem całą ekipę, zaczęliśmy kopać w miejscu ich zniknięcia. Szło nam to jak po gruncie. Od świtu do zmierzchu z małymi przerwami i na zmianę. Pod powierzchnią natchnęliśmy się jednak na bitą skałę. Żadnej dziury, przez którą to monstrum mogło się przecisnąć, nie było. Jakby nigdy nie istniało.
- Nie poddawajcie się. Musi tu coś być! - z zawieszenia wytrącił mnie błagalny ton Sininen. Pustym wzrokiem spoglądała w tamto miejsce. Nie wyglądała najlepiej. Coś było nie tak. Słyszałem o niedoszłej kłótni z Eredenem. Ten mały diabełek potrafił napsuć krwi. Jego pewność, iż wszystko, co inne od niego, to dziwactwa. Przez skrzydła Sini i Shori był wiecznie naburmuszony. Nie, żebym podsłuchiwał, ale... krzywiłem się za każdym razem, gdy Naharys na niego krzyczał i wyznaczał mu kary. Wzniecał jego nienawiść, przez co było coraz gorzej. Dlatego zmartwił mnie widok malutkiej wilczycy. W sumie wcale się jej nie dziwiłem. Ja sam pewnie nie wyglądałem lepiej. Bałem się też, co będzie dalej. Morale po dwóch tygodniach zaczęły opadać. Traciliśmy nadzieję. A musieliśmy wciąż wypełniać swoje obowiązki. Nic nie mogło stać w miejscu. Pomimo całego zamieszania, życie toczyło się dalej. Szkoda tylko, iż takim kosztem. Nie zasłużyły sobie na to. Ta myśl niczym koło ratunkowe trzymało mnie w pionie. Z trudem funkcjonowałem, wciąż nie pozbierawszy się z choroby, lecz nie mogłem się poddać. Za wszelką cenę pragnąłem je uratować. Mimo całej sytuacji z Tsumi wadera była mi naprawdę bliska. I skłamałbym, gdybym powiedział, że nic dla mnie nie znaczyła. Kątem oka spojrzałem na swego przyjaciela, który desperacko próbował coś uczynić. Ciężko było pogodzić obowiązki z opieką nad dziećmi i dalszymi próbami ich odnalezienia. Naharys stracił ukochaną, matkę swych dzieci. Przyjaciółkę i powierniczkę sekretów. Jego serce z pewnością rozbiło się na milion kawałków... A co ze mną? Mimochodem wróciłem wspomnieniami do wydarzeń sprzed kilku dni.
"Byłem wtedy w lecznicy. Z trudem oddychając i z zakatarzonym nosem leczyłem się z alergii na narcyzy. Pech chciał, że to były właśnie te cholerne kwiaty. Nie tyle byłem zły, ile sfrustrowany. Ich obecność zakłóciła to, co miało się stać. Byłem tak blisko posmakowania Itami. Już dotykałem jej sutków, czując, jak zamglenie zaczyna szaleć wewnątrz mnie. I właśnie w tamtym momencie wciągnąłem nosem powietrze. Wraz z zapachem wadery, dostały się też pyłki. I mój koszmar się rozpoczął. To było na tyle, jeśli chodziło o romantyczną sytuację. Nic nie zdziałałem, do niczego nie doszło. Co prawda nie powinienem narzekać. Zajęła się mną najlepiej, jak umiała. Pomijając przepłukiwanie nosa w rzece i ohydne zioła, które mi podała... było całkiem przyjemnie. Musiałem przyznać sam przed sobą, że nie był to jakoś szczególnie zły okres. Poza informacją, jaką wydobyłem z Itami. Wadera bała się bólu, co wykrzyczała mi w pysk. Może za mocno wtedy ją przycisnąłem, lecz gdybym odpuścił, z pewnością do dziś bym nie wiedział. I no... czyli jednak dobrze myślałem. Skrzywdziłem ją kilka razy i ani razu nie zareagowałem. Idiota, palant! Wyzywałem się w myślach raz po raz. Ona cierpiała, a ja czerpałem garściami przyjemność z erotycznych igraszek. Nie hamowałem się, brałem wszystko, co tylko mogłem. Pieprzyłem ją mocno i gwałtownie, niejednokrotnie dochodząc zanurzony w nią po jaja. Właśnie dlatego postanowiłem zmienić taktykę. Itami, bała się bólu, a tym samym bała się rodzić dzieci. Co za tym idzie, nie mogłem dłużej kończyć w niej. I nie stworzę z nią rodziny, o której tak marzę. Nie zmusiłbym jej do tego ani w żadnym stopniu nie zamierzałem kusić losu. Poza tym już raz straciłem szczeniaki, nie chciałbym powtórki z rozrywki. To nadal bardzo bolało. Myśl, że już ich nie ujrzę. Miałem tylko nadzieję, iż ich maleńkie duszyczki biegają po tęczowym moście. I jest im tam dobrze. Wracając jednak do tematu, spędziłem pod czujnym okiem Itami kilka dni. Doglądała mnie nawet wtedy, gdy zaciekle kopałem w ziemi. Byłem jej niezmiernie wdzięczny. Nie wiem, czy dałbym radę cokolwiek zrobić, gdyby nie ona. Tak wiele jej zawdzięczam. Była przy mnie, w najgorszych chwilach mojego życia. Również wtedy, gdy padły fałszywe oskarżenie, jakoż to ja zamordowałem tatę, ona gdzieś stała w tłumie i mi kibicowała. Wierzyła we mnie i w to, że jestem niewinny. Pocieszała mnie po naszym odnalezieniu i... jest do tej pory u mego boku”.
Patrząc na nią teraz, dostrzegałem jej starania i poświęcenie. Doceniałem wsparcie, jakim mnie obdarzyła. Zaufała mi mimo wszystko. Mimo iż zostałem wygnany z piętnem ojcobójcy. Z blizną, która nie chciała zniknąć. Raną, która... I jest ona obok, gdy cierpię. Pociesza mnie, ale nie matkuje. Wie, że wzburzony bywam niebezpieczny. Nigdy na mnie nie krzyczy, po prostu... pozwala sobie być obok. Uśmiechnąłem się delikatnie, obserwując, jak rozmawia z jednym z naszych. To był chyba Kotori albo Dusław? Nie byłem do końca pewny, lecz to nie miało znaczenia. Liczyła się tylko ona. I uczucia, które do niej żywiłem. No właśnie i tu był cały problem. Nie znałem dokładnej definicji miłości, lecz chodziło chyba o wsparcie, dzielenie się swoimi rozterkami. Wspólne spędzanie czasu, martwienie się, gdy tej drugiej stronie coś dolega. Spędzenia ze sobą czasu, dbanie o bezpieczeństwo i swobodę. Niby to wszystko między nami było. Nawet jeśli nie intensywne, to jednak istniało. Dlaczego zatem nie potrafiłem wypowiedzieć tych dwóch słów? Wszystkie moje problemy by znikły. Ustatkowałbym się, miałbym partnerkę na całe życie. U jej boku bym zasypiał i budził się co dnia. Z nią wychowywałbym szczeniaki i wspólnie polował. To było takie proste. Dwa słowa: Kocham Cię. Wypowiedziane głośno i wyraźnie. Choć wciąż odczuwałem ból po stracie swych dzieci i Tsumi, zdałem sobie sprawę, że życie trwa dalej. Nic nigdy nie stoi w miejscu. Nawet jeśli bym nie chciał, nie uciekłbym przed mijającym czasem. Zresztą, nie o to tu chodzi. Zbytnio odbiegam od tematu. Nie rozumiałem siebie i swoich obaw, lecz na myśl o wyznaniu miłości Itami, poczułem dziwny ucisk w sercu. Jakby jakaś cząstka mnie nie chciała z nią być jakby... Nań poczułem obezwładniający zapach herbaty z miętą. Nim ją dostrzegłem, moje ciało wyczuło, że się zbliża. Odwróciłem się w momencie, w którym wyszła zza drzew. Piękna, lisia i taka ponętna. Podeszła do Itami, szepcząc jej coś na ucho, po czym obie się zaśmiały. Niczego tak nie pragnąłem, jak być obok. Tylko... którą z nich mam na myśli? Mój wzrok przeskanował Lonyę na wskroś. Poczuła to, a gdy nasze spojrzenia się spotkały... czas jakby zwolnił. Zachłysnąłem się powietrzem, uświadamiając sobie, że nie wyznam miłości Itami, gdyż... część mej duszy należy do Lonyi. I część do Itami... Jak mam zatem z tego wybrnąć?!

***
< Czas obecny >
Wszystko stanęło w miejscu. Nasze poszukiwania, problemy i dziwne zjawiska pogodowe. Od momentu porwania Tsumi i Piny, mrok jakby zaczął usypiać. Nie wiedziałem, czy się z tego cieszyć, czy też tym martwić. W każdej chwili mogło się coś zmienić. Wybuchnąć niczym uśpiony przez długi czas wulkan. Żadna siła nie jest i nie byłaby w stanie tego zatrzymać. Stąd moje zmartwienia. W zakazanym lesie uspokoiło się, aż za bardzo. Mroczna energia już nie emanowała spomiędzy drzew, a promienie słońca delikatnie przedzierały się przez gęstwinę liści. Stałem u jego wejścia, wpatrując się nań w środek, doszukując się oznak zła, które tylko czyhało, byśmy spuścili gardę. Kto wie, co też czaiło się między drzewami. Postanowiłem być czujny. Problem w tym, iż przymierałem już głodem. Dochodziło południe, słońce wisiała wysoko nad moją głową, ogrzewając mnie swym ciepłem. Pić mi się chciało, a do tego burczało mi w brzuchu. Sterczałem tu całą noc, aż do teraz czekając na nie wiadomo co. Ilekroć chciałem zawrócić, tylekroć wracałem spojrzeniem. Jakby coś tam było i mnie zatrzymywało. Nieraz wydawało mi się, iż widzę jakieś niewyraźne sylwetki, przemykające między konarami. Jakby się mną bawiły. Sfrustrowany ponownie odwróciłem się w stronę terenów watahy. Nagle usłyszałem szelest liści, lecz gdy zerknąłem za siebie, nie dostrzegłem niczego. Tupnąłem łapą o ziemię, wstając na równe łapy. „W dupie to mam!” - warknąłem do siebie, rozpoczynając swój bieg. Walczyłem, by się nie odwrócić, by nie zerknąć raz jeszcze. Nie, nie mogłem tego zrobić. Ucieczka to najlepsze, co mogłem uczynić. Byle jak najdalej od tego miejsca. Musiałem oczyścić umysł. I to teraz. Im dalej byłem, tym spokojniejszy się czułem. Jakby niewidoczny ciężar, został zabrany z mych barków. Uśmiechnąłem się. Byłem wolny. Jakież to było proste. Odejść, nie przejmując się niczym. Prawie niczym. Zdałem sobie sprawę, iż po raz kolejny zaniedbałem swoje stanowisko. Od dawna powinienem był skontrolować swoją część terenów.
- Hmmm.... - kąciku wilczych warg podniosły się delikatnie. Od czego mam swą moc? Za jej pomocą w mig uporam się z obowiązkami. To pomyślawszy, skupiłem się na przestrzeni. W swym umyśle dostrzegłem jakby zarys całego terytorium wraz z ukształtowaniem terenu. Czując znajome ciepło, uwolniłem zaklęcie, teleportując się. W mig znalazłem się w ważnym punkcie, skąd miałem dobry widok na okolicę. Powąchałem powietrze, nastroszyłem uszu, lecz nie dostrzegłszy niczego, ruszyłem dalej. Nim się obejrzałem, a skończyłem. Zajęło mi to o połowę mniej czasu niż wolnym spacerkiem. Pozostało mi zatem znaleźć się w miejscu spotkania. Przestrzeń wokół mnie się zakrzywiła. Powstał mini wir, wokół którego dostrzec było można wyładowania elektryczne. I dziwne pentagramy w nieznanym języku, które nawet ja, jako posiadacz tejże mocy, nie potrafiłem rozczytać. Tak to mniej więcej wyglądało, gdy używałem teleportacji. Otworzyłem oczy, rozglądając się na boki. Byłem na miejscu tuż przed czasem, a tym samym w idealnym momencie skończyłem zwiad. Uśmiechnąłem się szeroko. Moja narcystyczna dusza cieszyła się jak głupia.
- Znów to zrobiłeś, wujku? - odwróciłem się z cichym chichotem, spoglądając delikatnie w górę. Dumnie wypiąłem pierś, czekając na waderę, która ze sowim podmuchem, sprawnie wylądowała na ziemi. Przyjemne uczucie zagościło w mym wnętrzu. Serce zaczęło szybciej bić. Shori, moja podopieczna i obecnie towarzyszka w patrolu, stała naprzeciwko mnie. Dorosła i piękna. Poruszała się z gracją, trzepocząc przy tym skrzydłami. Duma wypełniła mi pierś. Jeszcze nigdy nie czułem takiego szczęścia.
- Po co pytasz, skoro znasz odpowiedź? - przekrzywiłem delikatnie głowę w bok, przyglądając się blasku w jej szarych oczach. Do dziś nie wiem, co oznaczają te gwiazdki, lecz to nie miało najmniejszego znaczenia. Liczyło się to, iż moja podopieczna dorosła pod moją opieką. Niegdyś niepewna i strachliwa, dziś pewna siebie i elegancka panna, która już niedługo nie jednemu basiorowi zawróci w głowie. Poniekąd martwiłem się tym faktem. Była za młoda na tego typu feneberie. Acz, ja w jej wieku...
- Wiesz, po co pytam, więc po co zadajesz to pytanie? - oboje wybuchnęliśmy cichym śmiechem. Chmureczka jak nic potrafiła zbić mnie z pantałyku. Zawsze ze mną wygrywała, więc albo to ja się starzeje, albo to ona ma to po prostu w sobie. I zakładam, że to drugie jest najpewniejsze. Wszakże nie jestem taki stary. Chyba. Nie czuję się taki, nic mnie niby nie boli. Niekiedy tylko z trudem się ruszam, ale co poradzić? Treningi przeprowadzane są dość intensywnie. - Więc? - spojrzałem na nią przeciągle, po czym poczochrałem tę jej czuprynkę.
- Moja droga, zdania nie zaczyna się od „więc". Jednakże tak, zaś użyłem swych mocy. Muszę je trenować, by poznawać swoje możliwości i przekraczaj limity.
- Phi, to ja przedzieram się przez chaszcze, chociaż mam skrzydła, a ty idziesz na łatwiznę? - prychnąłem na te słowa, wystawiając jej język. Nie powiem, uraziło mnie jej stwierdzenie. To wcale nie tak! Znaczy owszem, ale ma to swoje plusy.
- Nie chmureczko. Używanie zaklęć nie jest wcale takie proste i wymagana dużo siły. Jednakże masz rację, jest to ciut chodzenie na łatwiznę.
- Miałam rację, ha!
- Taaak, ale zauważ, iż mam dużo więcej obowiązków. Samo bycie czujką to jedno, ale ty se teraz wrócisz do domu i masz wolne, a mnie czeka jeszcze wieczorny trening z wojownikami i zdanie patrolu Renesmee.
- Oh, na śmierć zapomniałam! Spotkałam Renesmee, mówiła, że nie będzie jej do jutra, więc nie musisz do niej iść. - na słowa Shori uśmiechnąłem się szeroko. Ogon sam zaczął się poruszać. Drgnąłem zadowolony, wyobrażając sobie, co dziś jeszcze zrobię.
- Yey, wolne popołudnie! W porządku, w takim razie co, idziemy?
- Pewnie! - ramię w ramię ruszyliśmy w drogę powrotną. Delikatny wiaterek przynosił ukojenie od upalnego dnia. Przymknąłem oczy, delektując się melodyjnym śpiewem ptaków i leśną ciszą. - Atrehu? - głos Shori wyrwał mnie z błogiego stanu.
- Ta...? - Otworzyłem oczy, by móc na nią spojrzeć, gdy potykając się o własne łapy, zaryłem pyskiem o ziemie. - Ught!
- Jesteś cały?
- Żyje. - odrzekłem, pośpiesznie wstając, po czym nasze spojrzenia się skrzyżowały. To wystarczyło, byśmy wybuchli śmiechem.
- Wiesz, to było piękne.
- Czyżby? - uśmiechając się przebiegle, otrzepałem futro z piasku. Z satysfakcją obserwując, jak jego drobinki lądują na waderze.
- No wiesz Ty co!?
- Hahha, wybacz. - mój chichot wcale jej się nie spodobał. Gdyby wzrok mógł zabijać, zapewne już bym nie żył. Shori bowiem posłała mi długie spojrzenie, od którego ciarki przeszły mi po grzbiecie. Zaśmiałem się nieco nerwowo. - No już daj spokój.
- Tym razem przeżyjesz.
- Dziękuję, o Ty mój łaskawco.
- Prosisz się o lanie?
- Czy to wyzwanie? - nim zdążyłem przemyśleć swoje słowa, Shori zaatakowała znienacka, powalając mnie przy tym na ziemię. Ze zdziwienia otworzyłem szerzej oczy. Takie to małe, a tak silne! Górując nade mną, rozłożyła dumnie swe skrzydła.
- I co teraz Panie Beto? - wykorzystując chwilę, skumulowałem swą moc, teleportując się nad nią. Z impetem, ale tak, by nie zrobić jej krzywdy, przycisnąłem jej ciało do ziemi.
- Nigdy nie spuszczaj swej ofiary z oczy, bo może się zdarzyć, że ci się wywinie.
- To nie fer!
- No już, już. - puściłem ją, odsuwając się nieznacznie, a gdy wstała, złożyłem delikatny pocałunek na jej czole. Chwilę się dąsała, chyba jak to samica, ale w końcu uśmiechnęła się delikatnie. Śmiejąc się z całej sytuacji, tym razem bez przeszkód wznowiliśmy dalszą drogę.

****
Nie uszliśmy daleko, gdy spomiędzy drzew wyłoniły się dobrze nam znane sylwetki. Itami wraz ze swoją macochą kierowały się wprost w naszą stronę. I Bogini mi świadkiem, Itami wyglądała dziś przepięknie. Jej oczy lśniły delikatnym blaskiem, a sierść mieniła się w promieniach słońca. Poruszała się z gracją gazeli, zmysłowo kręcąc przy tym biodrami. Jej ciało, smukłe i tak idealne do mnie dopasowane... Uhmm... Serce zaczęło mi szybciej bić, a wzrok z uwagą i pragnieniem, dokładnie zlustrował ciało przyjaciółki. Choć chyba powinienem nazywać ją kochanką, a może jednak partnerką? W tej chwili to nie miało znaczenia. Czułem bowiem, jak zamglenie podsyca moje pożądanie. Ogień zaczął się tlić. Wystarczyłaby teraz iskra, bym zapłonął żywym ogień. Kątem oka zerknąłem na idącą obok mnie Shori. Nie, musiałem się uspokoić. Pokręciłem głową, odpędzając to uczucie. Nie przy niej. Jest za młoda na takie widoki. I jakby nie patrzeć, to moja podopieczna. Pełnoletnia, lecz dla mnie wciąż jak małe dziecko, które nie dorosło do tych spraw. Tak bardzo bałem się stracić w jej oczach. Nie przeżyłbym, gdyby przestała mnie traktować jak swego wujka, czy mentora. Zabiłoby mnie na miejscu. Wziąłem głęboki wdech, uspokajając oszalałe ciało. Nie moja jednak wina, że ono pragnęło Itami. Tej, przez którą w ostatnim czasie niejednokrotnie traciłem zmysły. Wszelkie hamulce, od dawna były zwolnione. Nic więc dziwnego, iż reagowałem na nią w ten sposób. Nie mniej nie potrafiłem ukryć ekscytacji. Zamachałem ogonem, szczęśliwy, że ją widzę. Delikatny, acz zawadiacki uśmiech sam wkradł się na mój pysk. Przystanąłem na chwilę, dezorientując tym skrzydlatą waderę, lecz po chwili i ona dostrzegła nowe towarzystwo. Kiwnęła mi szybko głową na pożegnanie, ruszając zapewne do domu. Odprowadziłem ją wzrokiem, nim zniknęła mi między drzewami, po czym podszedłem do wader. Zuri, jak to ona, gdy tylko mnie zobaczyła, pokłoniła się należycie. Nie, żebym tego nie lubił, lecz tu nie było to wskazane. Nie chciałem, by mi się kłaniała, lecz ona sama twierdzi, że jestem jej Alfą mimo wszystko. Bez względu na to, kim jestem teraz. To było... miłe i jednocześnie powodowało dziwne uczucie. Bardzo przyjemne. Dobrze jest wiedzieć, iż jest się dla kogoś ważnym.
- Co za miłe spotkanie, Atrehu — uśmiech Zuri był zaraźliwy i nawet gdybym postarał się bardzo, nie potrafiłbym go nie odwzajemnić.- Jak Ci minął dzień?
- Ah! Nie najgorzej. Akurat mieliśmy spokojny patrol. Nic nie panoszyło się na naszych terenach, więc czas płynął nam dość leniwie. I przyznam, że przez ten czas — dla efektu skierowałem swój wzrok na Itami. Tylko dla niej był zarezerwowany i tylko ona potrafiła go odczytać. Posłałem jej długie, maślane i tęskne spojrzenie, pełne pragnienia i tego, czego w ostatnim czasie mieliśmy w nadmiarze. I czego wciąż mi brakowało. Jej policzki zarumieniły się, co znaczyło, że zrozumiała przekaz. Postanowiłem ciut się zabawić. - tęskniłem za Itami. - uśmiechnąłem się, patrząc jej intensywnie w oczy.
- Rozumiem. Trudno nie tęsknić za kimś, kto jest dla ciebie ważny, mój Alfo. Czy chcielibyście, abym pozostawiła was samych? - O, tak. Bardzo tego pragnąłem. Nie chciałem jednak być niegrzeczny i kazać jej odejść. Zuri mnie jednak zaskoczyła, gdyż nie czekając na odpowiedź, szybko się pożegnała, po czym ruszyła w drogę powrotną. Idealnie. Teraz byliśmy sami. Nikt nam nie przeszkadzał.
- Masz ochotę na spacer?
- Skoro już jesteśmy na powietrzu, to czemu nie. Tylko pamiętaj, z daleka od narcyzów! - w głębi ducha prychnąłem na jej słowa. Mogła mi o nich nie przypominać. Chyba najgorsza z możliwości, to ponowne spotkanie z tymi cholernymi kwiatami. Jak ojca kocham, znienawidziłbym je do końca życia.
- Haha, wiadomo. - przymknąłem na chwilę oczy, delektując się jej zapachem i leśną ciszą. Była obok mnie, szła u mego boku. Nasze ciała ocierały się o siebie delikatnie. Powodowały tarcia. Mmm. Moc we mnie się wzburzyła. Moim żywiołem wszakże była elektryczność i wszystko, co z nią związane, powodowało wzrost energii. Ah, przyjemnie. Czemu nie może tak być zawsze? Z jakiegoś powodu ta myśl spowodowała, że uśmiech zszedł z pyska. Mniej więcej wiedziałem, co jest powodem moich rozterek. Dlaczego tak bardzo boję się wyznać swoje uczucia? Westchnąłem w duchu. Byłem pewny, że Itami czeka, aż powiem te dwa słowa, a ja wciąż nie potrafiłem tego zrobić. Byłem zwyczajnym tchórzem. Oszustem, manipulantem. Nie zasługiwałem na miano Bety, nie powinienem był urodzić się także Alfą. Nieprzyjemny dreszcz zawładnął mym sercem. Potrząsnąłem głową. Nie, nie mogłem tak myśleć. Każdy rodzi się w jakimś celu i wszystko, co go spotyka, to po prostu przeszkody. Przeszkody, które należy ominąć bądź przez nie przejść. W tym wypadku wybrałem to pierwsze. Znowu.
- Jak humorek?
- Nie narzekam. Dzisiejsze słońce i wcześniejsze wychodne sprawiło, że mam więcej czasu dla siebie!
- Haha, zazdroszczę wolnego. Za niedługo noc nas zastanie, a czasu dla mnie niezbyt dużo zostało. Jak sobie pomyślę, że znów będę musiał wcześnie rano wstawać, to aż mnie gęsia skórka łapie.
- Nie gadajmy już o przyziemnych sprawach. Powiedz mi lepiej, jakie masz plany w wolny dzień? - jej uśmiech był taki słodki i uroczy. Gdybym mógł widzieć go codziennie i bez przerwy...
- To, co umiem najbardziej. Czyli lenić się i spędzać czas ze swoją przyjaciółką! - mój żart przeszedł chyba bokiem, pomimo mojego poczochrania jej za uszami. Wadera zwyczajnie zignorowała to, zaintrygowana czymś innym.
- O! Patrz, jakie znalezisko! - wskazała na samotnie rosnący kwiat, którego płatki rozłożone szeroko na boki, przypominały kształtem kocie opuszki. Miały intensywnie jaskrawy kolor. Nic dziwnego, że go dostrzegła. Rzadko spotykany odcień, więc z pewnością i sam kwiat zaliczał się do tego statusu. - To latolista szkarłatna! Bardzo rzadki kwiat, widzisz?!
- Widzę. Chcesz zerwać?
Itami uniosła wysoko uszy, mocno rozentuzjazmowana. Uśmiechnąłem się na ten widok. Wyglądała tak niewinnie w tej odsłonie. I tak diabelsko kusząco. Ah, co ja bym dał, żeby ją teraz... ah!
- Jasne! Ten kwiat to niezwykłe znalezisko. Zaniosę jutro Lonyi. Wiesz, że jeden płatek tego kwiatu magazynuje w sobie odpowiednio dużo soku, którego wystarczyłoby do wyleczenia połowy stada. To bardzo sporo! - nie czekając na mnie, rozpoczęła niebezpieczną wspinaczkę, kompletnie mnie tym nokautując. Martwiłem się, czy czegoś sobie czasem nie zrobi. Z nią nigdy nie wiadomo. Z drugiej zaś, zamiast coś zrobić, stałem jak słup, wpatrując się zahipnotyzowany. Moja głowa poruszała się w rytm ruchów jej ogona. A raczej tego, co znajdowała się za nim. Nie myślałem, szczerze mówiąc nad tym, co robię, to się po prostu stało. Nim zdołałem zorientować się w sytuacji, mój język samowolnie rozpoczął taniec. Przytrzymałem jej biodra łapami, smakując to, co tak nieświadomie mi zaoferowała.
- Ah, Atrehu...

*****
< Time Speed ~ Godzinę później >
Chichocząc i śmiejąc się naprzemiennie, co rusz przewracaliśmy się na ziemię. Spacerowaliśmy po okolicy, kierując się powoli w stronę jaskini medyka. Itami po nieudanej próbie zerwania kwiatu, do czego oczywiście się przyczyniłem, oddała się oferowanym przeze mnie przyjemnością. Po cudownej zabawie nie miałem jednak serca zostawiać ją z niczym. Zwłaszcza, iż jak sama powiedziała, to bardzo rzadki kwiat. Niespecjalnie widziało mi się stykać z ów rośliną, lecz czego się nie robi dla samicy? Zwłaszcza gdy tak zerka na ciebie zamglonym wzrokiem. Całując ją więc przelotnie w policzek, użyłem swej mocy. Teleportując się możliwie blisko celu, chwyciłem kwiat w zęby wraz z patykiem, na którym był zawieszony. Sprawnie wylądowałem na ziemi, uśmiechając się przy tym, jak głupi. Wypiąłem dumnie pierś, prezentując swą zdobycz. Po położeniu trofeum u jej łap czule spojrzałem w oczy. Jak przypuszczałem, Itami patrzyła na mnie intensywnie. Jej ogon uderzał rytmicznie o podłoże, ewidentnie się cieszyła.
- Dziękuję! - rzuciła się do przodu, wtulając się w moje futro. Przygarnąłem jej drobne ciało do siebie. Trwaliśmy tak chwilę, sycąc się swoją bliskością. Wadera w końcu odkleiła się ode mnie. Łapiąc kwiat w pysk, ruszyła przed siebie. I tak oto znaleźliśmy się u wyjścia z lasu. Nasz następny cel, to oczywiście lecznica, gdzie dzisiejszą zmianę miała Lonya. Nie mogłem się doczekać spotkania z nią. Choć było to irracjonalne, wciąż pamiętałem zapach jej futra. Ciche jęki, wydobywające się ze strun głosowych, wciąż dźwięczały mi w uszach. Pokręciłem łbem. Chyba wariuje. Z pewnością. Będąc z Itami, dopiero co z nią kończąc się bawić, zacząłem myśleć o innej? Co jest ze mną nie tak!? Do k*rwy nędzy, ja się chyba muszę leczyć! Byłem na siebie wściekły. Tak bardzo. Mocno. Najgorsze, że nie rozumiałem tego, co czułem i dlaczego moje zachowanie było takie... jakie było... Nie istniało chyba określenie, które w pełni oddałoby to, co odwalałem. Jednego byłem jednak pewien. Nic dobrego z tego nie wyniknie. Wcześniej, czy później stanę pod ścianą, a znikąd pomocy. I co wtedy? Jaką decyzję podejmę? Kim się stanę, jeśli nawet teraz mam problem sam ze sobą!?
- Już jesteśmy! - cichy głos Itami przebił się przez mgłę w mym umyśle. Zlustrowałem zdezorientowany okolicę, zdając sobie sprawę, iż rzeczywiście. Byliśmy na miejscu. Wejście do jaskini medyków stało naprzeciwko nas. Nawet stąd, z większej odległości, mogłem poczuć zapach ziół. Bodźce zareagowały niemal natychmiast. Skrzywiłem się. Musiałem chyba wyglądać śmiesznie, gdy naraz usłyszałem wesoły śmiech wadery. - No już, nie musisz ze mną iść, jeśli nie chcesz.
- Nie no, odprowadzę Cię. Nie zbliżę się po prostu do tych roślin.
- To są zioła Atrehu.
- Zwał jak zwał. - wzruszyłem ramionami, robiąc krok naprzód. - Obrzydliwe, śmierdzące rośliny, od których żołądek się przewraca!
- Te, jak o określiłeś obrzydliwe rośliny, uratowały Ci życie. Nie jeden raz! - w duchu musiałem przyznać jej rację, lecz na zewnątrz prychnąłem tylko pogardliwie. Wiedziałem co prawda, o ich skuteczności, lecz na myśl, iż miałbym zażyć któryś z nich... chyba prędzej wybrałbym drogę na tamten świat. Nim zdążyłem pomyśleć coś jeszcze, Itami zamachnęła się łapą, zdzielając mnie po łbie. - Aua, za co!? - na jej pysku malowała się czysta złość, wargi miała zaciśnięte, a w oczach płynęła pogarda.
- Czy choć raz możesz docenić To, czym się zajmujemy i przyjąć do wiadomości czyjeś zdanie poza swoim!? 
- Co tu się dzieje? - oboje odwróciliśmy się na znajomy dźwięk głosu. U wejścia do jaskini, w swej pełnej krasie stała Lonya, a tuż obok niej... Naharys.

Itami?

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 4361
Ilość zdobytych PD: 2180 + 40% (872 PD)
Obecny stan: 3052

niedziela, 29 maja 2022

Od Itami c.d Atrehu ~ Wzloty i upadki

~ Akcja się dzieje przed wydarzeniami z wątku "Anatomia obłędu" oraz w czasie wątku "Pogardzona niewinność cz. 3 ~
Itami milczała dość długo, dręczona poczuciem paskudnego wstydu i zażenowana, spuściła wzrok na swe drobne łapy. A to wszystko dlatego, że ona nie mogła się powstrzymać... ale przecież większość wader ogląda się we własnym odbiciu w tafli wody, pomyślała. To już jest taki nasz powszechny rytuał, próbowała sobie wmawiać. Czemu, ach, czemu więc czuła się taka zawstydzona? Jej przekonania goniły się nawzajem, w wielkim wyścigu myśli. ~ Jaka ja teraz jestem w jego oczach, skoro zdążył zobaczyć cokolwiek. Nie potrafiła mu spojrzeć w oczy. Wstyd palił jej wnętrze.
- Wszystko w porządku? - zapytał dość niepewnie, co też było nietypowe dla basiora. Atrehu, jak to potomek Alfy, we krwi miał wpojoną śmiałość i płomienną brawurę - to w gruncie rzeczy, podobało się waderom. Jej także, lecz nigdy nie miała odwagi, aby mu to przyznać. W następnym momencie poczuła ciepło jego ciała, tulącego się do jej boku, a także namiętny i czuły pocałunek między uszami. Itami miała dziwne wrażenie, że Atrehu za wszelką cenę chciał jej pokazać, iż przy nim, nie miała się czego wstydzić. Jego aura sprawiała, że powoli zaczęła opuszczać swą tarczę, która skutecznie blokowała Atrehu dostępu do niej.
- Hej, powiedz coś, proszę. - mruknął czule nad jej uchem, obejmując swym silnym ramieniem drobne ciało wadery. Westchnęła cicho, unosząc w końcu głowę, nieśmiało i powoli. Ujrzała blask słońca, odbity w płomiennych oczach Atrehu, które przyprawiały Itami o przyjemne dreszcze, jednocześnie jakby zapewniały, że wszystko jest w porządku. Wszystko w porządku.
- Nic mi nie jest. Po prostu mnie zaskoczyłeś.
Basior zbliżył swój pysk blisko policzka wadery, zdobył się nawet na wilgotne muśnięcie swym językiem, który zatrzymał się dopiero na granicy jej skroni. Itami zadrżała lekko, nie ukrywając nawet, że się jej to spodobało.
- Nie, żeby było ci przykro. Co nie?
- Yhmm... nie? - odpowiedział śmiało i z uśmiechem spojrzał na Itami, która momentalnie zaczęła się śmiać, a on zaraz potem dołączył do niej. Ich śmiechy złączyły się w jeden chór, który rozniósł się po okolicy. Przestawała na chwilę, wytarła oczy z nabiegłych do nich łez, po czym spojrzała ponownie na Atrehu, aby ponownie parsknąć śmiechem. Mimowolnie zakryła usta łapą, a jej puchaty ogon zaś, zamiatał trawiastą ziemię, merdając wesoło. Musiała przyznać, że towarzystwo basiora wpływało na nią dość kojąco - nie czuła już tego palącego wstydu, ani czającego się za jego powłoką dojmującego gniewu. Była już tylko radość i... jakby, pewien rodzaj poczucia bezpieczeństwa.
- Dlaczego mnie szukałeś? - zapytała po chwili Itami, gdy wróciła myślami do rzeczywistości. Przyznać musiała, że rudy basior to osobnik, przy którym nie można mówić o nudzie czy zmartwieniach. Owszem, można mu wyznać wszystkie swe obawy i objawić dręczące każdego problemy. A jednym z problemów był ten, który wyznała jej Zuri. O rodzinnej watasze Atrehu... jej także... O trawiącym ją zniszczeniu i degeneracji, wywoływanej przez jednego wilka. W tamtym momencie myślała, jak delikatnie ubrać w słowa to, co mogłoby okazać się dla Atrehu dość bolesne... Nie oczekiwała, że przyjmie to ze spokojem, wiedziała bowiem, jaki on potrafił być wybuchowy. Atrehu kieruje się emocjami... jest wilkiem, który działa pod ich wpływem, a potem myśli. Już miała otworzyć usta, aby coś powiedzieć, gdy nagle samiec ułożył się przed nią na brzuchu, aby zrównać swe oczy z nią. Wydawały się być pełne emocji - tych ciepłych. Płomień szalał w jego źrenicach, ich wyraz wydawał się być taki zamglony. Itami podejrzewała, że jej przyjaciel odpłynął w świat swych erotycznych fantazji.
- Ej, ziemia do Atrehu!! - zawołała ze śmiechem wadera.
- Huh? - basior potrząsnął swą rudą głową, jakby usiłował odgonić się od natrętnych much - Nic mi nie jest. To tylko... zamglenie.
Z początku myślała, że to, co powiedział jej przyjaciel, to jakiś niewinny żart, bowiem wilk, który urodził się w watasze Sol Rojo, i obecnie przebywa na jej terenie, może stać się ofiarą tak zwanego "zamglenia". Nie bez powodu więc, Sol rojo, nazywa się "Watahą Miłości", miejscem najbardziej dotkniętym przez opatrzność bogini miłości i płodności. Za czasów panowania Alfy Aarona, ojca Atrehu, wataha cieszyła się mnogością szczeniąt. Teraz nie była pewna, jak jest rzeczywistość. Kiedy jednak spojrzała ponownie w oczy Atrehu, zorientowała się, że pożądliwie wpatrują się w jej usta - to był odpowiednio dobry dowód na to, że przyjaciel nie żartował. Itami zerwała się na równe łapy, cofając się szybko, jak porażona prądem.
- Co takiego?! - W jej głowie na nowo pojawiła się myśl o przygodach z lisiej norki, zacisnęła zęby na myśl o bólu, ale jednocześnie rozluźniała mięśnie, czuła przeszywający prąd dreszczy wzdłuż kręgosłupa, gdy pomyślała o przyjemności, jakiej mógłby dać jej Atrehu. Otrząsnęła się jednak, kiedy strach przed bólem okazał się silniejszy. Cofała się, szybko rozglądając się, to na lewo, to na prawo, szukając drogi ucieczki, a Atrehu był coraz bliżej.
- Atrehu? - mruknęła niepewnie. Rudy basior jednak wydawał się nie do zatrzymania. Parł naprzód w jej stronę, ze wzrokiem utkwionym w usta. Po chwili Itami wydawało się przez chwilę, że straciła grunt pod łapami, po czym poleciała do tyłu, lądując głową w gęstwinę kwiatów. Jęknęła cicho, rozchylając niepewnie oczy i zorientowała się, że leży ogonem w górze, biodrami oparta o zwaloną kłodę. A chwilę potem, przed oczami pojawił się on - rudy, dumny i pewny siebie basior, któremu iskry aż sypały się z oczu. Zagórował nad nią, chwytając ją za nadgarstki swymi łapami. Obejrzała się nerwowo, orientując się, że jest całkowicie uwięziona. Całkowicie zależna od Atrehu, który w tym momencie mógł z nią zrobić, co chciał. Z początku, z zaciśniętymi zębami i szokiem w oczach, przyglądała się poczynaniom basiora, który bezceremonialnie zanurzył swój nos w gęstej sierści na jej szyi. Czuła, jak łapczywie wdychał jej zapach, z niepokojem wiedziała, że to może bardziej pobudzić basiora. Chciała krzyknąć, ale suchość w gardle i rodzące się ciepło, w okolicy podbrzusza i piersi, doskonale jej to uniemożliwiały. W tamtym momencie zdała sobie sprawę, że niczego innego nie pragnęła tak bardzo, jak Atrehu. Jego pocałunków, pieszczot i jego siły, która zapewne wypełni jej rozpalone wnętrze.
Kiedy Atrehu wyczuł, że jest całkowicie poddana, zwolnił uścisk z jej nadgarstków, po czym swym wilgotnym językiem, zaczął przemierzać strefy szyi i poleciał w górę, przez podbródek, aż doszedł nim do jej ust. Wiedział, jak zacząć całować, aby Itami poczuła, jak rozpalony płomień rozkoszy pobudzał jej zmysły, kazał zapomnieć o wszystkich i o wszystkim. Czuła też, jak basior napiera na nią czymś twardym i ciepłym... wadera, aż zakrztusiła się na myśl o tym. Znaczy... zakrztusiłaby się, gdyby nie Atrehu, który ją pocałował. Z wyczuciem całował też jej szyję, klatkę piersiową, językiem wytaczał sobie ścieżkę, aby potem chwycić w zęby jedno z wrażliwych miejsc na jej ciele. Przechwycił delikatnie sutkę... i nagle...
- Apsik! - basior kichnął z takim impetem, że aż odrzuciło go od Itami.
- Co się dzieje?! - zapytała, uwalniając swe zmysły spod rozkosznego uroku. Zerwała się szybko na równe łapy, aby spojrzeć na przyjaciela z rosnącym niepokojem, jak ten kicha na wszystkie strony. Jego nos wręcz czerwieniejąc się, wyglądał, jakby miał zaraz eksplodować. Itami ze zgrozą w oczach odkryła, że leżała wśród gęstwiny kwiatów, które akurat one sprawiały, że Atrehu kicha, jak oszalały. Basior z trudem łapał powietrze.
- Atrehu, Atrehu.. powiedz coś! Nic Ci nie jest? - Itami, podchodząc, potrząsnęła lekko basiorem. Nie doczekała się odpowiedzi, lecz kolejnego potężnego kichnięcia. Oczy mu łzawiły, a z nosa skapywał wręcz gęsty, lejący się cięgiem katar - Atrehu... ja... zaraz coś wymyślę, wytrzymaj...
~ Myśl Itami, myśl! - krzyczała na siebie wadera, rozglądając się nerwowo za czymś, co pomogłoby przyjacielowi. Nerwowość jednak nie pomagała jej w jasności myślenia... ich gonitwa sprawiała, że nie była w stanie nic zrobić. Im dłużej się zastanawiała, tym mniej czasu jej zostało, a co z niej byłaby za medyczka, gdyby pozwoliła Atrehu tak po prostu cierpieć? Kręciła głową wokół, szukając jakiegokolwiek sposobu na pomoc, że o mało jej nie odpadła - w końcu oczy zatrzymały się na spokojnie płynącym nurcie rzeki. No tak!
- Atrehu, wstań i zanurz głowę w wodzie! - zawołała żywo wadera, po czym złapała zębami za futro na szyi Atrehu, aby pomóc mu wstać. Niestety, jej próby podniesienia basiora były spalane na panewce, gdyż co też może uczynić jedna drobna wadera, w obliczu takiej masy, jaką ma basior? Ostatecznie podniósł się ledwo, bo łapy zaczęły się pod nim uginać i w końcu dotarł do spadzistego brzegu rzeki.
- A teraz posłuchaj mnie uważnie. Nabierz w pysk powietrze i zanurz głowę. Potem wypuść je pod wodą, przez nos, abyś mógł go wypłukać. Dobrze? No to jazda!
I z tymi słowy, Itami położyła łapki na szczycie głowy Atrehu, aby pomóc mu ją wepchnąć w otchłań wody. Itami zdawała sobie sprawę, że Atrehu musi trochę przecierpieć, ale tylko to wpadło jej do głowy. Nic innego w tej okolicy nie pomoże jej tak dobrze, jak woda. Kiedy basior wyłonił głowę, wcześniej bujna ruda czupryna, opadła mu na oczy i pysk, ale przynajmniej już się nie dusił.
- A teraz, wstrzymaj oddech i chodź ze mną, jak najdalej od tych narcyzów. W lecznicy dam Ci coś na twoją alergię.
- Itami, słabo widzę...
- Podążaj za moim zapachem - poleciła Itami, choć nadal będąc w totalnym szoku, nie wiedziała co czyni.
- Jak mam podążać za zapachem, skoro kazałaś mi nie oddychać! - zauważył Atrehu.
- No tak, idiotka ze mnie... ymmm, to podążaj za moim głosem. O tak! Dokładnie tak, chodź za mną, Atrehu. To już nie daleko. Możesz już oddychać, jesteśmy daleko od narcyzów. Ale cię załatwiły, nie powiem...
- Achooo! - kichnięcie sprawiło, że basior zwalił się zadem na trawiastą ziemię -... mój nos... - wymamrotał takim tonem, jakby katar na dobre zalegał w jego nosie - no pięknie, głowa też zaczęła mnie boleć...
- Już jesteśmy niedaleko - zapewniła spokojnie Itami, choć w głębi dręczyło ją nieprzyjemne przeczucie, że atak alergiczny powróci. Nie można im zwlekać. Na widok zarysowującej się sylwetki jaskini, służącą im za lecznicę, Itami uśmiechnęła się pod nosem - była wręcz uradowana. W trakcie ich wędrówki, Atrehu zdarzyło się kichnąć kilka razy, ale bez wyraźnych symptomów wzmożonej alergii. Wnętrze było prawie puste - to dobrze, przynajmniej nikt mi nie będzie przeszkadzać, pomyślała z nadzieją Itami. Poprosiła Atrehu, aby usiadł na szpitalnym łożu, przy którym zgromadziła wszystko, co jej było przydatne; leki antyalergiczne, maść sosnowo-brzozową na obrzęknięty nos i wonne waciki nasączone wyciągiem z mięty pieprzowej. Poleciła najpierw zjeść zioła, które podłożyła mu pod pysk, ale Atrehu, jak to on, odsunął się z wymalowanym wstrętem.
- No jazda! To Ci pomoże zwalczyć objawy alergii - wyjaśniła szybko Itami.
- Wiesz, jak ja lubię zioła - rzekł marudnym tonem.
- A wiesz, jak ja lubię marudnych pacjentów? Bierz to do pyska i to bez dyskusji - odparła niecierpliwie Itami - Chcesz, żeby katar i kichanie zniknęło? To na co czekasz?
- Normalnie taka nie jesteś - stwierdził z lekkim uśmiechem Atrehu.
- Czyli jaka?
- Taka... stanowcza i pewna swego. Na co dzień jesteś urocza, słodka i delikatna. Czy to praca tak na ciebie wpływa? - po tym pytaniu, wziął do pyska polecane mu zioła, co prawda uczynił to dość niechętnie.
- To znaczy... - mruknęła Itami dość zakłopotana. To prawda, że tutejsza atmosfera wprawia ją w nietypowy nastrój, ale to zwyczaje zawodowe ją do tego przystosowały. Na co dzień miewała różnych pacjentów. Jedni wykonywali polecenia medyczki bez żadnych marudzeń ani tłumaczeń. A bywali też tacy, co pomimo toczącej ich organizm choroby, trzeba było ich zmuszać do przyjmowania leków. Prośbami czy nawet groźbami. Itami opanowała "stanowczą perswazję" do stopnia bliższego perfekcji. Nie dokończyła zdania, wolała pewne fakty zachować dla siebie, po czym nałożyła na wilgotny nos basiora maść i wetknęła waciki w dziurki.
- Noo, za moment powinno ci się polepszyć - oznajmiła w końcu, uśmiechając się na widok swego dzieła. Atrehu miał jednak inne zdanie; siedział z opadłymi ramionami i miną, wyrażającą szczenięcą irytację. Jego oczy natomiast mówiły co innego. Atrehu puścił perskie oczko i obdarował ją wdzięcznym pocałunkiem w policzek.
- Dziękuję Ci. Gdyby nie ty, wolę nie myśleć, co by się ze mną stało.
- I bardzo dobrze, że wolisz nie myśleć. Pewne sprawy należy pozostawić domysłom.
Wraz z pocałunkiem, Itami wróciła do wspomnień z incydentu, który miał miejsce kilka chwil temu... incydentu, który nie powinien mieć w ogóle miejsca. Kochała Atrehu, ale też nie była, co do niego przekonana. Wiedziała, jaki on jest w stosunku do płci przeciwnej - zawsze szarmancki i zawadiacki. W tej jednej kwestii nie mogła nabyć pewności, bowiem... Atrehu to Alfa. Tutaj, obecnie jest Betą, ale mimo wszystko, we krwi ma dominujące cechy władców - To, jak się porusza, jak się zachowuje i jaka energia go otaczała, jest sprawą genu, który posiadają tylko potomkowie Alf. A Itami? Jest zwyczajną waderką z szarej rodziny, niegdyś poddanej jego ojcu. W ogóle fakt, że zwracała się do niego po imieniu, miast tytułować go "Alfą", zasługuje na surową reprymendę. Itami pokręciła głową.
~ Przestań rozwodzić się nad tym! Jesteśmy teraz w innej Watasze. Atrehu to przyjaciel. Ale czy jesteś pewna, czy przyjaciel? Jak myślisz, po co tak usilnie próbował cię odszukać? Aby spędzić z tobą czas, czy tylko wykorzystać twe ciało do swych cielesnych potrzeb?
Na tę myśl zrobiło się jej gorąco... przełknęła sporo śliny, gdy przed oczami przeminęły jej wspomnienia ze wczorajszej akcji w lisiej norze. Jego pewność swych ruchów, ta całość wypełniająca jej wnętrze... i to przyjemne, wilgotne ciepło. Wbiła pazury w skalistą nawierzchnię, usiłując się uspokoić. Ogólnie rzecz biorąc... pragnęła go. Zrobiłaby dla niego wszystko... nie dla przyjaciela. Dla kochanka. Spokojnie Itami, wdech i wydech... rytmicznie oddychaj, tak jak cię uczono w szkole medyków. Spokojny wdech do połowy, pauza i spokojny wydech.. tak, to powinno pomóc.
- Itami? Wszystko w porządku? - zapytał niepewnie Atrehu, zerkając na nią z płonącym zmartwieniem w oczach.
- Tak, wszystko jest w jak najlepszym porządku. - odparła z pokrzepiającym uśmiechem, podchodząc do Atrehu. Oh, coś ty ze mną zrobił? Oszaleję przez ciebie - Po prostu za dużo dzisiaj myślę.
- A o czym tak myślisz? - zapytał spokojnie basior.
- Noo... wiesz... o wszystkim. Opowiem ci o tym kiedyś, ale nie teraz. Muszę się nieco uspokoić. - Dlaczego mnie szukałeś?
- No cóż... - zaczął, ale widocznie pytanie, a raczej ton w głosie Itami, wprawił w wilka dostatecznie duże zakłopotanie, aby odważył się dokończyć zdanie. Wadera nie chciała, aby zabrzmiała tak podejrzliwie. Najwidoczniej nie potrafiła wyrazić tego inaczej -... chciałem się zapytać, czy wszystko w porządku. Byłaś taka niespokojna w nocy, wierciłaś się, wyglądałaś jakby cię coś dręczyło. Powiesz mi, co się stało? Mi możesz powiedzieć.
- No... - Itami urwała, bo myślała, jak wyrazić to, co leży jej na sercu od dość dawna. Nikomu nie miała odwagi powiedzieć o tym, co przez całe jej życie było kompletną zmorą. Kompletny strach przed bólem, który potrafił doprowadzić do szaleńczej paniki, wystarczyła zaledwie iskierka. Może i była twardą waderą, ale o kruchej duszy. W jednej chwili potrafiła być stanowczą i nieustępliwą, a w drugiej... wcielić się w skórę przerażonej myszki... - boję się...
- Czego? Czego się boisz?
- Ciąży... nie, nie przesłyszałeś się. Boję się ciąży i związanej z nią bólem. Nonstop dręczyły mnie myśli o tym, po tym, jak...
- Jak co? - Atrehu nie ustępował, ani na jotę.
- Atrehu, ale ty jesteś głupi! Głupi, głupi... po tym, jak mnie wziąłeś w lisiej norce... Skończyłeś we mnie i boję się, że z tego powodu zajdę w ciążę... boję się tego!
Czara się wylała, Itami napłynęły łzy do oczu, gdy znów nawiedziło ją widmo bólu, bała się go ponad wszystko i myśląc o nim, zaczynała wpadać w niemałą panikę. Tylko towarzystwo przyjaciela powstrzymywało ją od jej wybuchu. Atrehu natomiast miał tęgą minę po tym, co usłyszał. Przyglądał się przyjaciółce z szeroko wytrzeszczonymi oczami, usta miał lekko rozchylone, wydawać się mogło, jakby zamarły w nich wszystkie realne słowa. Po chwili je zamknął, przegryzając nerwowo dolną wargę. ~ Nic nie masz mi do powiedzenia? - pomyślała zrozpaczona Itami.
- Itami, ale przecież... jak nie miałaś rui, to nie powinnaś się niczym martwić...
- A mimo tego czuję, że coś się ze mną dzieje! Może i wydaję się, że za bardzo panikuję, ale... - Jak mu to przekazać, aby jednocześnie nie zdradzić mu swego lęku. Jak? Myśl, Itami...
- Itami, ale na prawdę nie masz się czym bać...
- Owszem, mam czego się bać - odparła z widocznym przestrachem w oczach - Ja się boję...
- Ale czego?! Czego się boisz? Powiedz mi, proszę cię, przecież mogę cię obronić!
- Przed tym nie da się mnie obronić... - Łzy zalały waderze policzki, była bliska szaleńczego płaczu - nikt nie jest w stanie mnie obronić przed tym!
~ Nie panuję już nad sobą, nad myślami, nad własnym ciałem. Chcę zostać sama ze swoim lękiem - z tymi myślami, Itami łkała cicho, ze schyloną nisko głową, tak aby Atrehu nie widział jej łez. Nie potrafiła znieść jego wzroku... ciekawe, co sobie myśli, widząc mnie płaczącą - pomyślała nie mogąc znieść chaosu myśli w głowie. To koniec, wkopała się na dobre i to w dość głęboki dół. Już nie było wyjścia.
- Ale jak to? Co ci tak zagraża, że nie można cię przed tym obronić?! - zapytał Atrehu, prawie krzyknął.
- Bo ja boję się bólu! Panikuję, gdy choćby nawet pomyślę o nim! Nikomu tego nie zdradzałam, bo przyjęłam sobie zasadę, aby nie zdradzać swych słabych punktów. Kiedy twój brat, Lupus, kopał mnie, bił i gryzł, miałam ochotę zwariować, rozumiesz?! Czułam się, jak przerażony zając, który w naturze ma wpojoną ucieczkę. Ja chciałam uciec, ale nie mogłam. Tak samo, boję się, że będąc w ciąży, stanę przed koniecznością rodzenia w bólu. Bólu, którego mogłabym nie przeżyć...
Powiedziała już to, co ciążyło jej na serce przez całe swoje życie. Po czym nie wytrzymała i zaczęła wylewać z siebie potok łez. Widać, że w tym wszystkim, Atrehu siedział, jak sparaliżowany, a po wyrazie jego twarzy, można by rzec, że był mocno zdezorientowany - osobiście, ja jako facet, nie dziwiłem mu się, ale Itami zaś... no cóż... nie miała już na nic ochoty. Na nic, prócz czułego objęcia. Pieszczotliwego ciepła drugiej osoby, które jest tak oczywiste, a mimo tego, trudne do wykonania - Atrehu uniósł łapę, aby ją przytulić, ale jakby zawisła w powietrzu, jak gdyby jej właściciel był niepewny swego ruchu. No dalej! Przytul ją! Jednakże Atrehu cofnął się, spoglądając zmieszany gdzieś w punkt obok siebie. Atrehu, cymbale, obejmij ją! Pokaż, że masz jaja i otocz ją opieką, to jest ten czas, kiedy ona tego potrzebuje! Lecz on siedział bez ruchu, sparaliżowany niemocą, a główną przyczyną jest to, iż nie wiedział, co uczynić. W końcu wykonał ruch, bardziej zdecydowany; uniósł łapę i przygarnął płaczącą Itami do siebie, starając się, aby przy tym być czułym. Itami czuła, że tego jej właśnie było trzeba - przytulić swój mokry od łez policzek do ciepłej piersi basiora, którego bicie serca było jedyną kojącą melodią.
- Niczego się nie musisz bać. Jestem przy tobie - mruknął jej do ucha opiekuńczym tonem - nikt, ani nic nie jest i nie będzie w stanie cię skrzywdzić, dopóki jestem przy tobie.
Nagle w sąsiednim przedsionku obok rozpętało się zamieszanie, zgoła zwiastujące nieszczęście. Itami wytarła i zmyła ślazy łez, aby zostawić Atrehu na chwilę samego i sprawdzić, co się stało.

Pierwsze, co nasunęło się na jej wzrok, to długie lekko zakrzywione rogi Noiter'a w towarzystwie córeczki Naharys'a. Sądząc po jej wyrazie, była przerażona i zrozpaczona - ta mieszanka sprawiała niebezpieczne drżenie jej drobnego ciała. Na miejscu pojawił się też sam ojciec waderki, wraz z niesfornym synem Ereden'em. Wiedziała ze słuchu, że przebywanie blisko siebie tych dwóch brzdąców, to jak postawienie zapałki przy rozlanej benzynie. Potem wybuchła kompletna awantura, z której Itami wychwyciła tylko jeden, szczegółowy fakt; Pina i Tsumi zaginęły! Porwał je jakieś monstrum, z tego, co krzyczała mała Sininen. ~ Och, co ten cholerny dzień jeszcze nam przyniesie?

*** 
~Wydarzenia z wątku "Anatomia obłędu"
 Minęły dwa tygodnie od tajemniczego zniknięcia Piny i Tsumi... a co do Atrehu; odkąd wadera zwierzyła się mu ze swojego najgorszego koszmaru, którego wolała nikomu nie mówić, znacznie zmienił nastawienie do przyjaciółki. Można by rzec, że starał się być delikatny w każdych aspektach jej życia. Nawet, kiedy lądowała z nim w jaskini, basior mimo gwałtownych i agresywnych przypodobań, starał się ją traktować pieszczotliwie i z wyczuciem. A żeby zapobiec powstaniu niechcianego kłopotu, ich igraszki kończyły się w dość niestandardowy sposób. Do tego czasu, Itami zdołała przepchnąć w głąb zapomnienia wydarzenie, wcześniej wspomniane. Jednak, jak się później okazało, po jednej tragedii, nastaje nagła cisza przed burzą, aby potem, znienacka pojawiła się kolejna...
Kiedy Itami zaczynała, z pozoru, swój zwyczajny dzień w lecznicy, nagle pojawił się Naharys, wraz ze swoim synem, Ereden'em. Po wstępnym obejrzeniu malca, wraz ze swoją współpracownicą, Lonyą, zaobserwowały gwałtowne dreszcze i niebezpiecznie grzmiące krwioplucie, połączone z bólem głowy oraz mięśni kręgosłupa - a z dnia na dzień, stan malca symptomy nabierały na sile. Od tamtej pory, chwile spędzone w lecznicy, stawały się dla Itami jakimś koszmarem i psychicznym wysiłkiem - Malec wymagał stałej opieki; A to łączyło się z dokładną higieną, podawaniem leków (które, jak się potem okazało, niewiele dawały, ale pomagały za to podtrzymać funkcje homeostazy), a w trakcie tego, bywały momenty, kiedy Ereden zrywał się z krzykiem, będąc dręczonym przez nieopisane cierpienie. Jego ciało było tak gorące, że wydawać by się mogło, iż swym ciepłem ogrzewał przestrzeń. Sądząc też po szmerach, jakie wydawał malec pod nosem, dręczyły go gorączkowe omamy, zjawy wywołane zaburzeniami funkcji poznawczych i tworem wyobraźni. Atrehu odwiedzał ją prawie codziennie, aby zerknąć, jak sobie radzi przyjaciółka; Prawdę mówiąc, jechała na oparach sił, bowiem musiała zajmować się też innymi pacjentami, którzy w równym stopniu potrzebowali pomocy, co malec. A kiedy odprowadzał ją do jaskini, Itami była tak wyczerpana, że zasypiała na grzbiecie samca. Nie, że Atrehu musiał to robić, po prostu wyznał jej, że podoba mu się to, co robi dla niej. Potrafił przy tym wszystkim okazać serce i wyrozumiałość dla Itami.

***
~ Time speed - Czasy obecne ~
Dzisiejszy dzień był nieco spokojniejszy i bardzo słoneczny, wiatr z południa niósł ze sobą przyjemną morską woń. W pracy nie było zbyt wiele do roboty, więc Itami zwolniła się z lecznicy nieco wcześniej, aby wraz ze swoją macochą, Zuri wybrać się na spacer ścieżką, ciągnącą się wzdłuż ukwieconej łąki, aby do reszty oddać się rozmowom na błahe tematy. Zbliżało się późne popołudnie.
- Itami, czasem mi się wydaje, że za bardzo oddajesz się pracy. Jesteś jeszcze młoda, korzystaj z odrobiny darów, jakie przynosi Ci życie.
- Oh, mamo - odparła Itami, choć w głębi duszy wiedziała, że od życia dostała już wszystko, czego jej trzeba. Marzenie, aby stać się medyczką zostało w końcu spełnione, żyje w spokojnej watasze pod przywództwem miłej i dobrej Alfy, a gdyby jeszcze dodać uśmiech losu w postaci towarzystwa przyjaciela z rodzinnego stada, Itami nie mogła więc narzekać na życie. Choć bywały chwile, kiedy miała ochotę zrobić sobie kilka dni wolnego i przestać żyć wyłącznie lecznicą. Chcąc nie chcąc, spędzała w niej czas od rana do późnego wieczora; niestety, pacjenci wymagają uwagi.
- Aktualnie niczego mi nie brakuje do szczęścia. Mam tutaj zajęcie, o którym marzyłam. Przecież wiesz.
- Tak, tak! Od małego męczyłaś mnie i ojca, abyśmy posłali Cię do szkółki medycznej. Cholercia, odkąd tu jestem, nie robię nic, poza siedzeniem Ci na karku. Tobie i twojemu przyjacielowi. Powinnam się za coś wziąć. a też wataha nie potrzebuje mieć na utrzymaniu zbędnego balastu.
- Mamo, nie mów tak! Alfa dała Ci azyl. Znasz się dobrze na ziołach i alchemii. W końcu jestem z twojej szkoły, prawda? - powiedziała z uśmiechem Itami - Poproś Rene, może znajdzie się praca dla ciebie. Wiem i rozumiem Cię, że trudno trwać w bezczynności, ale przeżyłaś trudny okres, który wymaga odpoczynku.
- Wiem, ale praca pozwoli mi zapomnieć o tym, co już stało się zamkniętym rozdziałem. Nie mogę jednak wytrzymać myśli, że twój ojciec i rodzeństwo nadal tam tkwią, pod butem tego zwyrodnialca. Masz rację, powinnam poprosić twoją Panią o zajęcie.
- Bardzo dobrze! Jeśli chcesz, mogłabym się wybrać z tobą, żeby było ci raźniej.
Zuri zachichotała delikatnie, pocałowała przybraną córkę w policzek i obdarowała ją uczuciowym spojrzeniem.
- Dzięki, słońce, ale jak na swoje lata, umiem o siebie zadbać. Nie chwaląc się, jestem ulepiona nie z gorszej gliny, a co! - I z tymi słowy, wypięła dumnie pierś i przybrała dość odważną, acz teatralną minę wadery niezależnej, po czym obie parsknęły głośnym śmiechem.
Śmiech, jak się później okazało, przyciągnął uwagę samca, którego Itami poznałaby na końcu świata przez tę jego rudą czuprynę. Atrehu wraz z inną dzienną czujką, właśnie kończyli służbę, aby ustąpić ją czujkom nocnym. Mina basiora mówiła wyraźnie, że cieszy się z przypadkowego spotkania z waderami. Zuri zareagowała dość instynktownie; pokłoniła się basiorowi, jak etyka nakazuje, choć wiadomo było, iż na tych terenach, nie obowiązywało ją to. Musiała przyznać, że jej macocha miała dość głęboko zakorzeniony zwyczaj oddawania Alfom należytego szacunku. Atrehu, poprzez grzeczność, odkłonił się i z uśmiechem przywitał się z waderą.
- Co za miłe spotkanie, Atrehu - powiedziała miło Zuri - Jak Ci minął dzień?
- Ah! Nie najgorzej - odpowiedział z uśmiechem basior - akurat mieliśmy spokojny patrol. Nic nie panoszyło się na naszych terenach, więc czas płynął nam dość leniwie. I przyznam, że przez ten czas - tym razem wzrok skierował na Itami, a ona zaś spostrzegła, że ich charakter przemienił się o sto osiemdziesiąt stopni. Były pełne tęsknoty, uczucia i dobrze Itami znanego ciepła - tęskniłem za Itami - dopowiedział ze znacznym uśmiechem.
- Rozumiem. Trudno nie tęsknić za kimś, kto jest dla ciebie ważny, mój Alfo. Czy chcielibyście, abym pozostawiła was samych?
Zuri jednak nie oczekiwała na odpowiedź, wręcz przeciwnie. Pożegnała dwójkę wilków ciepłym wzrokiem i skierowała się z wolna w stronę jaskini Itami. Towarzysząca rudemu basiorowi czujka dzienna, okazała się zniknąć już dawno temu, najwidoczniej wadera tego nie zauważyła.
- Masz ochotę na spacer? - zaproponował po chwili Atrehu.
- Skoro już jesteśmy na powietrzu, to czemu nie. Tylko pamiętaj, z daleka od narcyzów! - ostrzegła teatralnym głosem, po czym zachichotała cicho, choć podejrzewała, że basior odbierze to nieco inaczej - wiedziała o co mogło chodzić. To właśnie tam, w gęstwienie tych pięknych, ale jakże zabójczych dla Atrehu kwiatach, spędziła czas w objęciach nieokiełznanego uczucia.
- Haha, wiadomo - odparł Atrehu, odwzajemniając uśmiech.
Z początku zmiana towarzystwa przyniosła obojgu chwilowe milczenie, ale to pewnie dlatego, że żadna to przyjemność opowiadać drugiej osobie rutynowe wydarzenie z tego samego dnia, więc Itami po prostu wolała milczeć.
- Jak humorek? - basior zdecydował się przerwać tę dość niezręczną ciszę.
- Nie narzekam. Dzisiejsze słońce i wcześniejsze wychodne sprawiło, że mam więcej czasu dla siebie!
- Haha, zazdroszczę wolnego. Za niedługo noc nas zastanie, a czasu dla mnie niezbyt dużo zostało. Jak sobie pomyślę, że znów będę musiał wcześnie rano wstawać, to aż mnie gęsia skórka łapie.
- Nie gadajmy już o przyziemnych sprawach. Powiedz mi lepiej, jakie masz plany w wolny dzień? - zapytała z uśmiechem.
- To, co umiem najbardziej. Czyli lenić się i spędzać czas ze swoją przyjaciółką! - Basior pieszczotliwie poczochrał ją po głowie, w miejscu między jej lisimi uszami.
- O! Patrz, jakie znalezisko! - wskazała na samotnie rosnący kwiat, którego płatki rozłożone szeroko na boki, przypominały kształtem kocie opuszki. Miały intensywnie jaskrawy kolor, który miał za zadanie odstraszać potencjalnych roślinożerców - To latolista szkarłatna! Bardzo rzadki kwiat, widzisz?!
- Widzę. Chcesz zerwać?
Itami uniosła wysoko uszy, mocno rozentuzjazmowana.
- Jasne! Ten kwiat to niezwykłe znalezisko. Zaniosę jutro Lonyi. Wiesz, że jeden płatek tego kwiatu magazynuje w sobie odpowiednio dużo soku, którego wystarczyłoby do wyleczenia połowy stada. To bardzo sporo!
Bez zbędnych słów, Itami zaczęła wspinaczkę po wyrośniętym głazie, gdzie to na jego szczycie wyrastał ten cudowny okaz. Manewrowała na różne sposoby, aby wspiąć się wyżej. Unosiła łapy coraz wyżej, a czasem sytuacja wymagała od wadery, aby unieść ogon nieco wyżej, aby nie stracić równowagi. Jej wzrok był skupiony na jednym celu, więc nie zdawała sobie sprawy, jakie też widoki obnażyła przed Atrehu...

Atrehu?

PODSUMOWANIE:
Ilość napisanych słów: 4463 
Ilość zdobytych PD: 2231 + 20% (446 PD) za długość powyżej 4000 słów
Obecny stan: 3232 PD