Ocknęłam się w jaskini medycznej. Tak, bez wątpienia był to sektor medyczny, o którym wspominała wadera, na którą się nadziałam jakiś czas wcześniej. W głowie mi dudniło, chociaż ból nieco zelżał, zapewne, za sprawą tutejszej opieki lekarskiej. Gdy otworzyłam oczy, od razu dostrzegłam znajomą mi już nieznajomą.
- Widzę, że się obudziłaś. Powiesz mi teraz jak Ci na imię? - Słowa wilczycy o ślepiach niezwykle podobnych, do oczu mego ukochanego, skrzyły się ni to troską, ni to zainteresowaniem. Przeanalizowałam na spokojnie słowa szmaragdowookiej i stwierdziłam, że chociaż tak, na chwilę obecną będę mogła spróbować wynagrodzić cały ten zachód, z powodu mej osoby.
- Stormy. Jestem Stormy, dziękuję za pomoc i... - tu się zawiesiłam. - eh... nie wiem, co mogę więcej dodać. – Wymruczałam drugą część, niezmiernie cicho. Wadera zastrzygła uszami. Uśmiechnęła się pokrzepiająco i skinęła ze zrozumieniem głową.
- Copycat. - Przedstawiła się, po czym dodała jakby mniej pewnie — Możesz mi powiedzieć, Co tu robisz? Dlaczego znalazłaś się... - przyjrzała mi się dokładniej — w takim stanie? - Zmrużyłam oczy i zmarszczyłam brwi. Mogłam spodziewać się takiego pytania, a raczej tego, iż na zwykłej gościnności się nie skończy. Sama doskonale wiedziałam, jak wyglądają procedury postępowania z obcymi, a na dodatek wcześniej dawałam oznaki, że tak to ujmę, waleczności. Nic więc dziwnego, że padło ów pytanie. Skoro już zaczęłam mówić, a sama wilczyca wydawała się dość sympatyczna, mimo wielu blizn, znaczących jej ciało, postanowiłam wyjawić jej historię utraty mego domu. Może będzie mi lżej na sercu, jeśli się komuś niezaangażowanemu w to, wygadam?
- Zaatakowano nas bez wyraźnego powodu, nie wypowiedziano wcześniej wojny... – wychrypiałam, a przed mymi oczami pojawił się obraz tamtejszej nocy. – Nic nie wskazywało na to, by tej nocy, coś się wydarzy. Krew lała się wszędzie. Ci, Ci barbarzyńcy nie mieli litości nawet dla szczeniąt! – Samotna łza spłynęła po moim policzku, gdy powrócił do mnie krzyk agonii mych rodziców i przyjaciół, a wraz z nimi skomlenie szczeniąt. Przez moje ciało przeszedł zimny dreszcz, ale nie pozwoliłam sobie na więcej słabości. Z okrutnych i jakże krwawych retrospekcji wybudził mnie dotyk. Copycat gładziła mnie delikatnie po nieowiniętym opatrunkami ramieniu. Spojrzałam na nią ponownie, w oczach miała wymalowane współczucie i... coś jeszcze. Nie odzywała się, widziała, że nie skończyłam mówić. Wzięłam głęboki wdech i wypuściłam powietrze, po czym kontynuowałam. – Walczyliśmy kilka dni. Bez Alf zostaliśmy już na trzecią dobę. Walki trwały praktycznie bez przerwy. Polegli prawie wszyscy członkowie sfory. Nie mam pojęcia, ilu nas przetrwało. Nie więcej niż kilkoro. Na koniec, by wykończyć tych, którym udało się ujść z życiem, rozpętano magiczną burzę śnieżną... – Powiedziałam, spojrzałam poważnie w oczy wadery i dodałam – Takiej nawałnicy nie mógł stworzyć jeden wilk. Nigdy nie słyszałam i nie widziałam o takiej potędze. Wiało tak bardzo, że... Właśnie gdzie jestem? – Spytałam.
- Znajdujesz się na terytorium Watahy Renaissance. – Oznajmiła szmaragdowooka. Przekrzywiłam nieznacznie pysk, nie mając pojęcia o potencjalnej lokalizacji tego miejsca.
- Daleko macie od Watahy Aldereyn– Spytałam, Copycat przytaknęła skinieniem głowy. – To byli nasi najbliżsi sąsiedzi, jakieś 50 km na południe od nas.
-To spory kawał drogi. Przywiało Cię aż stamtąd? Niebywałe. – Zdumiała się wilczyca. Przytaknęłam.
Milczałyśmy dobrą chwilę. W pewnym momencie przyszła do nas drobna, lekko niebieskawa wadera.
- I jak się ma nasza pacjentka? Widzę, że się ocknęłaś. – Samica uśmiechnęła się miło.
- Dziękuję, nieco lepiej. Chyba podane mi leki działają. Nie odczuwam tak nieznośnego bólu, jak wcześniej. – Przyznałam szczerze.
- Mówiłam Ci – szturchnęła Copycat – że się z tego wyliże. Skuteczność działania leków wiele nam o tym mówi. A teraz przepraszam, muszę wykonać kilka badań. Możesz wpaść najwcześniej wieczorem. Wtedy też zdecydujemy czy... – Wilczyca spojrzała na mnie.
- Stormy – Przedstawiłam się.
- Czy Stormy zostanie w lecznicy na noc, czy będzie w stanie chodzić o własnych siłach i będzie musiała przeczekać gdzieś noc, aż do rozmowy z alfą.
- Jeśli można... Dziękuję za pomoc, ale powinnam jak najszybciej ruszać w drogę. To powiedziawszy, próbowałam się podnieść, jednak szybko grawitacja przypomniała mi o swoim istnieniu. Ostatecznie z niezadowoloną miną zostałam w pozycji siedzącej. Medyczka zaśmiała się cicho.
- Spokojnie, dopiero co Cię poskładałam. Nie wstaniesz wcześniej niż za trzy godziny. – westchnęłam.
-To ja zostawię was same. Przyjdę później. – oznajmiła Copy, po czym uśmiechając się miło, opuściła nas. Medyczka zadała mi kilka pytań odnośnie mojego zdrowia, podała jakąś mieszankę, podejrzanie pachnących ziół do połknięcia oraz kazała wykonać kilka ćwiczeń. Muszę przyznać, że było to spore wyzwanie. Czas do zmierzchu minął dość szybko. Medyczka krzątała się wkoło mnie, a zwłaszcza przy moich skrzydłach. Raz nawet przyprowadziła do mnie lisicę o wielu ogonach, która upewniała się, czy skrzydła dobrze zostały unieruchomione. Zapewne miała ona większe doświadczenie w tych sprawach. Na sam koniec dostałam pozwolenie na wykonanie spaceru próbnego. Toczyłam akurat ósemkę, gdy wyczułam znaną mi już szmaragdowooką.
- Dobru wieczór Copycat. – przywitałam się.
- Dobry wieczór. -O! Witaj Copy. – Itami przywitała wilczycę, zgarniając ją na stronę. – Musimy porozmawiać. – dodała po chwili i obie podeszły do mnie. – Dzięki naszym niezawodnym sposobom oraz lekom, Stormy jest już na chodzie, a to oznacza, że nie może zostać w lecznicy. Do Rene też teraz się nie udacie, tak więc musicie ustalić, co zrobicie. – wyjaśniła wszystko wilczyca. – A Stormy.
- Hm? – Spojrzałam na medyczkę.
- Uważaj na szyny. Musisz je mieć przynajmniej do końca miesiąca, jeśli nie do jesieni. Masz grube kości jak na skrzydlatego wilka. Zrastanie się ich potrwa dłużej. Jeśli chcesz znowu latać, a na pewno tego chcesz, sądząc po budowie Twych mięśni, musisz się oszczędzać. – Powiedziała poważnie. Po czym odeszła kiwając głową na pożegnanie. Zostałyśmy z Copycat same.
- To... Nie puścisz mnie teraz w świat? – spytałam. Copy spojrzała na mnie i pokręciła głową.
- Musimy porozmawiać z Alfą. Ona zdecyduje, ale nie dzisiaj. – Oznajmiła, ale po wyrazie jej oczu stwierdziłam, że to nie wszystko, o czym chciała mi powiedzieć. Wyglądało to tak, jakby biła się z własnymi myślami.
- Możesz to z siebie wydusić. – Powiedziałam prosto z mostu.
-Czy mogłabyś u mnie przenocować? – Wypaliła.
- Nie wiem. Mogłabym? – Spytałam. To nie byłby głupi pomysł. Nabrałabym nieco więcej sił do dalszej drogi, tylko... Dokąd mam iść? Czy jest w ogóle, po co wracać do domu? Czy coś jeszcze się ostało? A Varem? Nie znajdę go bez możliwości lotu. Będę musiała najpierw wyleczyć skrzydła.
Ta i wiele myśli przewinęły się przez moją głowę, a Copycat myślała w tym czasie nad odpowiedzią.
<Copycat?>
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1012
Ilość zdobytych PD: 506 + 5% (25)
Obecny stan: 1004
Newsy
:Aktualności
.Blog przechodzi obecnie renowację
.Już niebawem pojawią się nowości
:Pogoda
Obecna pora roku ~ Jesień
.Temperatura waha się między 10+ a 0- stopni Celcjusza
.Zmiana pory roku nastąpi 15.12.2022
Liczba wilków ~ 27
Wadery ~ 18 + 1 NPC
Basiory ~ 7 + 4 NPC
Szczeniaki ~ 1
Nieobecni: Brak
~Serdecznie zapraszamy♥~
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stormy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stormy. Pokaż wszystkie posty
sobota, 16 lipca 2022
poniedziałek, 11 lipca 2022
Od Stromy do Kogoś ~ „Jak kamień w wodę”
– Stromy za Tobą! – Źrenice wadery zwęziły się, gdy odwróciła się za siebie, a jej oczom ukazały się mknące w jej stronę ostrza. Wypuściła powietrze z pyska, tworząc tym samym barierę z wiatru. Broń opadła, lecz to nie był koniec walk. Dosłownie w ułamku sekundy, wilczycę coś miotnęło kilka metrów dalej, kompletnie zwalając jaz nóg. Na jej szczęście, ciężar, który ją przygniatał, został szybko zrzucony, przez jej ukochanego. Dymny basior rzucił pełne troski spojrzenie swych szmaragdowych oczu w kierunku wadery. Ta sekunda mogłaby trwać w nieskończoność. Niestety brutalna rzeczywistość sprawnie przerwała tę chwilę. Varem zniknął za ścianą z chmur, a wilczyca podniosła się tylko po to, by zaraz doskoczyć do poplamionej krwią jej bliskich rudej wadery. Wilczyce szamotały się przez chwilę, drapiąc się i kąsając na zmianę. Unikały swoich ciosów i ataków magicznych, ale taki stan rzeczy nie trwał długo. Wróg szybko opadł z sił, odsłaniając tym samym podbrzusze. Stormy nie mogła przepuścić takiej okazji. Przywołała lodowe ostrze i w biła je waderze, która zluzowała uścisk, wykrzywiła się w bólu i skomlała. Gwar walki jakby nagle ucichł. Coś się szykowało. Szara wadera odsunęła się i rozejrzała po polu bitwy. Ciała martwych wilków walały się po ogromnej chmurze.
– Co jest? – Wydyszała, nie mogła znaleźć wzrokiem nikogo ze swojej sfory.
– Haha! Przegraliście! – Zaśmiała się ruda, po czym zasyczał z bólu, ledwo wstając na łapy. Ledwie sekundę później ponownie leżała na ziemi, sycząc z bólu, jednak uśmieszek szybko wrócił jej na pysk.
– Łżesz! – Wysyczała Stormy, przyciskając łapę z ostrymi pazurami do szyi wilczycy, tak, że spłynęło po niej kilka kropli krwi.
– To ko…
– To Koniec dla Ciebie! – Przerwała, poderżnąwszy gardło Rudej. Błękitne oczy Si płonęły żądzą mordu. Wadera pokręciła głową, by pozbierać swe myśli. Odsunęła się od trupa i ruszyła biegiem, a raczej lotem, by odnaleźć Varema, albo jakiegokolwiek innego wilka. Gdy na górze nikogo nie znalazła, zleciała na ziemie, gdzie to zaraz znalazła się w uścisku dymnego basiora.
– Jesteś cała? To twoja krew? – Basior zaraz przyjrzał się Si, a gdy nie znalazł żadnych poważniejszych ran, ponownie zamknął wilczycę w uścisku. Stormy przymknęła oczy, wsłuchując się w dynamiczne bicie serca swego ukochanego. Basior gładził ją delikatnie po głowie.
– Wszystko w porządku. Cieszę się, że Ty również jesteś cały. – Odpowiedziała. – Gdzie reszta? Czy wszyscy…?
– Niestety nie udało mi się ich znaleźć. – Pokręcił głową wilk. – Chodźmy, nie możemy tu tak stać. – Ledwo słowa puściły język basiora, gdy otoczenie pociemniało i rozległ się porywisty wiatr. Wilki ruszyły biegiem kierunku pobliskiej groty z ziołami, wiatr jednak z sekundy na sekundę stał się tak silny, że para wilków została podniesiona w powietrze.
– Varem! – Zawołała Stormy, próbując walczyć z siłą tak ogromną, że rozłożenie skrzydeł było niezwykle bolesne, a do tego zniosło ją jeszcze dalej od ukochanego. Na ich nieszczęście basior zrobił podobnie, chcąc dostać się do wadery. Przyniosło to jednak odwrotne skutki. Krzyki wilków zostały zagłuszone hukiem wiatru. Śnieg zaczął padać nagle i gwałtownie, zupełnie pozbawiając widoku otoczenia. Nagły zawrót głowy uświadomił waderze o zmianie ciśnienia i tym iż została poderwana wysoko w powietrze. – KOCHAM CIĘ! – Zawołała, cicho licząc na to, że basior ją usłyszy. Próby lotu na nic się zdały. Wadera szybko opadła z sił, po policzku zaczęły spływać jej łzy żalu i bezsilności. W pewnym momencie jej naszyjnik zaskrzył się niebezpiecznie, a dosłownie ułamek sekundy później Stormy poczuła silne uderzenie w głowę. Straciła przytomność.
– Agrrr! – Zacisnęłam zęby, by nie zdradzić swego położenia. Ból w skrzydłach i lewej przedniej łapie był tak okropny, że nie chciałam nawet na nie spojrzeć. Próbowałam się podnieść po raz drugi, tym razem mimo bólu udało mi się stanąć na trzy łapy. Spuściłam głowę, próbując oddechami jakoś uspokoić swój krzyczący organizm. Czułam, jak skrzydła ciążą mi, położone na ziemi. Nigdy nie przypuszczałabym, że mogą być aż tak ciężkie. Pamiętając o zbliżającym się psowatym, zmusiłam się do zrobienia kilku kroków naprzód i kolejnego, i jeszcze kilku. Nie przeszłam jednak daleko, gdy znowu zachwiałam się niebezpiecznie. Poczułam pieczenie i ciepłą ciecz spływającą powoli po moim barku. Jedna z wielu ran musiał się otworzyć w czasie wykonywania gwałtownych ruchów. Zacisnęłam zęby i próbowałam iść dalej. Nagle usłyszałam za sobą szelest. Nawet nie zdążyłam się odwrócić, przywołałam ostrego sopla lodu, nie mogąc pozwolić sobie na więcej i skierowałam go w kierunku dźwięku.
– Nie podchodź – Wykrzyczałam zachrypniętym głosem, chociaż chciałam brzmieć groźnie. Postać za mną najwidoczniej się zatrzymała. Nim jednak wykonała następny ruch, opadłam z sił, upuszczając przy tym sopel i lądując znowu na ziemi. Jęknęłam cicho i zaczęłam modlić się o szybką śmierć. Nie otrzymałam jednak żadnego ciosu. Przed moim pyskiem stanęła łapa, a potem…
<Ktosiu?>
Kto pierwszy ten lepszy także no…
Stormy ma połamane skrzydła i lewą przednią łapę. Jest poobijana, poturbowana zadrapana i pewnie coś więcej. Ponadto cios w głowę znacznie spowolnił jej czas reakcji. Hah
To jak? Zjesz ją, zostawisz na pewną śmierć czy pomożesz?
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 946
Ilość zdobytych PD: 473
Obecny stan: 473
– Co jest? – Wydyszała, nie mogła znaleźć wzrokiem nikogo ze swojej sfory.
– Haha! Przegraliście! – Zaśmiała się ruda, po czym zasyczał z bólu, ledwo wstając na łapy. Ledwie sekundę później ponownie leżała na ziemi, sycząc z bólu, jednak uśmieszek szybko wrócił jej na pysk.
– Łżesz! – Wysyczała Stormy, przyciskając łapę z ostrymi pazurami do szyi wilczycy, tak, że spłynęło po niej kilka kropli krwi.
– To ko…
– To Koniec dla Ciebie! – Przerwała, poderżnąwszy gardło Rudej. Błękitne oczy Si płonęły żądzą mordu. Wadera pokręciła głową, by pozbierać swe myśli. Odsunęła się od trupa i ruszyła biegiem, a raczej lotem, by odnaleźć Varema, albo jakiegokolwiek innego wilka. Gdy na górze nikogo nie znalazła, zleciała na ziemie, gdzie to zaraz znalazła się w uścisku dymnego basiora.
– Jesteś cała? To twoja krew? – Basior zaraz przyjrzał się Si, a gdy nie znalazł żadnych poważniejszych ran, ponownie zamknął wilczycę w uścisku. Stormy przymknęła oczy, wsłuchując się w dynamiczne bicie serca swego ukochanego. Basior gładził ją delikatnie po głowie.
– Wszystko w porządku. Cieszę się, że Ty również jesteś cały. – Odpowiedziała. – Gdzie reszta? Czy wszyscy…?
– Niestety nie udało mi się ich znaleźć. – Pokręcił głową wilk. – Chodźmy, nie możemy tu tak stać. – Ledwo słowa puściły język basiora, gdy otoczenie pociemniało i rozległ się porywisty wiatr. Wilki ruszyły biegiem kierunku pobliskiej groty z ziołami, wiatr jednak z sekundy na sekundę stał się tak silny, że para wilków została podniesiona w powietrze.
– Varem! – Zawołała Stormy, próbując walczyć z siłą tak ogromną, że rozłożenie skrzydeł było niezwykle bolesne, a do tego zniosło ją jeszcze dalej od ukochanego. Na ich nieszczęście basior zrobił podobnie, chcąc dostać się do wadery. Przyniosło to jednak odwrotne skutki. Krzyki wilków zostały zagłuszone hukiem wiatru. Śnieg zaczął padać nagle i gwałtownie, zupełnie pozbawiając widoku otoczenia. Nagły zawrót głowy uświadomił waderze o zmianie ciśnienia i tym iż została poderwana wysoko w powietrze. – KOCHAM CIĘ! – Zawołała, cicho licząc na to, że basior ją usłyszy. Próby lotu na nic się zdały. Wadera szybko opadła z sił, po policzku zaczęły spływać jej łzy żalu i bezsilności. W pewnym momencie jej naszyjnik zaskrzył się niebezpiecznie, a dosłownie ułamek sekundy później Stormy poczuła silne uderzenie w głowę. Straciła przytomność.
*
Nie wiem gdzie i jak długo leżałam. Było mi gorąco, dosłownie wszystko mnie bolało i ledwo potrafiłam złapać oddech. Każda próba otwarcia oczu kończyła się szybkim i ponownym zamknięciem ich. Słońce było tak jasne, że długo nie byłam w stanie ich otworzyć. Gdy w końcu udało mi się to, oblałam się zimnym potem. Gdzie jestem? Leżałam pod jakimś liściastym drzewem, na skraju polany. To miejsce było zdecydowanie daleko za granicami znanych mi terenów. Nie byłam w stanie się jednak zbytnio poruszyć, aby się rozejrzeć. Postanowiłam zebrać w sobie trochę siły i użyć swojej mocy. ~Zbadam tylko, to czy jestem tu chwilowo bezpieczna~ Pomyślałam i tak zrobiłam, nie miałam siły na nic więcej. Wytężyłam słuch i umysł. Zamknęłam oczy, a po chwili poczułam przyjemne, dobrze znane mi mrowienie w klatce piersiowej. Projekcja przedstawiała krzywe terenu, pagórki, jakiegoś jelenia i sarnę oraz… zmierzającego w moją stronę Wilka. O bogowie! Nie byłam w stanie określić ani płci, ani wielkości napastnika. Wiedziałam jednak, że to na pewno nikt z moich. Otworzyłam ponownie oczy, biorąc gwałtownie oddech. Prawie zapomniałam o oddychaniu, używając tej mocy. Nic nowego, jednak tym razem odniosłam wrażenie, iż bardziej odczułam tego skutki. Usiłowałam się podnieść, jednak gwałtownie poderwanie się…– Agrrr! – Zacisnęłam zęby, by nie zdradzić swego położenia. Ból w skrzydłach i lewej przedniej łapie był tak okropny, że nie chciałam nawet na nie spojrzeć. Próbowałam się podnieść po raz drugi, tym razem mimo bólu udało mi się stanąć na trzy łapy. Spuściłam głowę, próbując oddechami jakoś uspokoić swój krzyczący organizm. Czułam, jak skrzydła ciążą mi, położone na ziemi. Nigdy nie przypuszczałabym, że mogą być aż tak ciężkie. Pamiętając o zbliżającym się psowatym, zmusiłam się do zrobienia kilku kroków naprzód i kolejnego, i jeszcze kilku. Nie przeszłam jednak daleko, gdy znowu zachwiałam się niebezpiecznie. Poczułam pieczenie i ciepłą ciecz spływającą powoli po moim barku. Jedna z wielu ran musiał się otworzyć w czasie wykonywania gwałtownych ruchów. Zacisnęłam zęby i próbowałam iść dalej. Nagle usłyszałam za sobą szelest. Nawet nie zdążyłam się odwrócić, przywołałam ostrego sopla lodu, nie mogąc pozwolić sobie na więcej i skierowałam go w kierunku dźwięku.
– Nie podchodź – Wykrzyczałam zachrypniętym głosem, chociaż chciałam brzmieć groźnie. Postać za mną najwidoczniej się zatrzymała. Nim jednak wykonała następny ruch, opadłam z sił, upuszczając przy tym sopel i lądując znowu na ziemi. Jęknęłam cicho i zaczęłam modlić się o szybką śmierć. Nie otrzymałam jednak żadnego ciosu. Przed moim pyskiem stanęła łapa, a potem…
<Ktosiu?>
Kto pierwszy ten lepszy także no…
Stormy ma połamane skrzydła i lewą przednią łapę. Jest poobijana, poturbowana zadrapana i pewnie coś więcej. Ponadto cios w głowę znacznie spowolnił jej czas reakcji. Hah
To jak? Zjesz ją, zostawisz na pewną śmierć czy pomożesz?
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 946
Ilość zdobytych PD: 473
Obecny stan: 473
Subskrybuj:
Posty (Atom)



Szczeniaki