Newsy



:Aktualności
.Blog przechodzi obecnie renowację
.Już niebawem pojawią się nowości

:Pogoda
Obecna pora roku ~ Jesień
.Temperatura waha się między 10+ a 0- stopni Celcjusza
.Zmiana pory roku nastąpi 15.12.2022

Liczba wilków ~ 27
Wadery ~ 18 + 1 NPC
Basiory ~ 7 + 4 NPC
Szczeniaki ~ 1
Nieobecni: Brak

~Serdecznie zapraszamy♥~

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Jak kamień w wodę". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Jak kamień w wodę". Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 października 2022

Od Copycat c.d Stormy ~ "Jak kamień w wodę"

Na pysku wadery przewijało się wiele emocji i widać było, że bije się z myślami. Cóż, podobnie było u mnie. Czy powinnam dopuścić kogoś do siebie i pozwolić naruszyć moją bezpieczną strefę, jaką jest własna jaskinia? Chociaż czy o tej grocie mogę w ogóle mówić jako o „bezpiecznym miejscu”? Jest to bardziej własny kąt. Od małego byłam praktycznie zmuszona do spania wśród drzew i śniegu więc posiadanie czegoś na własność to jakaś nowość. Tak czy inaczej, patrząc na Stormy, widzę siebie. Też byłam w takich sytuacjach, gdy z rany leciała krew, a ja leżałam na ziemi i z bólu nie byłam w stanie się bronić. Ale mi nikt nie pomógł. Mnie nikt nie wciągnął na plecy i nie zaniósł do medyczki.
Przestąpiłam z łapy na łapę i machnęłam ogonem, dając tym samym upust negatywnym emocjom zaczynającym gromadzić się w moim ciele.
- Posłuchaj. Jesteś w trudnej sytuacji i wylądowałaś na lodzie. - zaczęłam. - A ja nie pozwolę by ktoś w takim stanie, miał jeszcze szukać noclegu i analizować co zrobić do czasu, gdy będzie miał się spotkać z Alfą.
Usiadłam i westchnęłam do samej siebie. Spojrzałam w oczy wilczycy siedzącej przede mną, mając nadzieję, że mimo braku uśmiechu na moim pysku wychwyci przyjazne intencje z moich oczu.
- Nie chcę być problemem. - powiedziała krótko wadera. Słychać było pewność w głosie, jednak słyszalna była również nuta niepewności. Wadera zdecydowanie zdawała sobie sprawę, że jeśli nie przyjmie tej oferty, to może się cmoknąć.
- Nie będziesz. - pokręciłam głową i lekko się uśmiechnęłam. - Zbierajmy się.
Mówiąc to, podniosłam się i otrzepałam. Gdy moja nowa znajoma się podniosła, przysunęłam się, by służyć jej za ewentualną podporę lub ją łapać, gdy upadnie. W końcu nie chcemy by doznała kolejnych obrażeń.
- Raz jeszcze dziękuję za wszystko. - podziękowała medyczkom Stormy utrzymując pion zadziwiająco długo.
Lonya i Itami dały jeszcze kilka wskazówek waderze i poprosiły by odebrała leki, które za niedługo przyrządzą.
- Ja je później odbiorę. - zapewniłam. - Ja też dziękuję za Waszą robotę dziewczyny. Spokojnej pracy!

*
Kilka minut później, szłyśmy obie do mojej miejscówki. Muszę przyznać, fajnie wyglądała ta Jaskinia Medyków. Mimo wszystko cieszę się, że wyszłam stamtąd, bo ilość zapachów, która się tam znajdowała była przytłaczająca. Na zewnątrz zapachy mieszają się z lekkimi powiewami, które zmieniają je w przyjemną mieszankę aniżeli mocną dawkę uderzeniową. No cóż, co poradzić jak się ma czuły nos?
- To…gdzie mieszkasz? - spytała Stormy, przerywając ciszę.
- Wybacz, zamyśliłam się. - powiedziałam speszona. - To niedaleko, ale muszę Cię przed czymś ostrzec.
Nim zdążyłam wytłumaczyć o co mi chodzi, na pysku wadery pojawiło się zdziwienie połączone z zaciekawieniem.
- Nie w tym sensie! Nie ma tam nic niebezpiecznego ani nic w ten deseń. No…generalnie mało co tam jest - dodałam prędko zakłopotana.
- Dlaczego? To przecież twoja jaskinia, prawda? - zapytała wadera.
- Owszem, ale ja niezbyt mam co posiadać. Nie mam nic dla mnie ważnego. Żadnego pierścionka czy stolika od mamy.
Przez chwilę między nami panowała cisza, którą przerywał tylko równomierny dźwięk łap, uderzających o glebę.

*
Po wejściu do środka stanęłam na środku dużej groty, żałując, że nie sprzątam tu tak często jak powinnam.
- Tu na lewo jest pełno puchatych kocy poukładanych w miękkie legowisko. Możesz tam się ułożyć. - powiedziałam, wskazując ciemne okrycia.
- Przecież nie będę zabierać ci miejsca do spania, coś Ty. - powiedziała wilczyca siadając w progu i obserwując co robię.
- Ja i tak rzadko tam śpię więc śmiało
Przez chwilę w jej oczach widać było podejrzliwość, która wkrótce zniknęła a Stormy kiwnęła głową, zachęcając mnie do dalszego mówienia.
- Tam jest kamienna płyta, którą lekko obrobiłam. - wskazałam na koniec jaskini. - Można na niej bezpiecznie jeść.
- Jak to ,,ją obrobiłaś”? - spytała wadera zerkając na kamienny stół
- Oh, poddałam ją wpływowi ognia, wiatru i wody. Spłaszczyłam ją i wyczyściłam. - odpowiedziałam z lekkim uśmiechem. Jeszcze nie wie, że ja też mam moce. Może nie lodowe szpikulce, ale zawsze coś.
- To wgłębienie na środku to…?
- A tak, to swego rodzaju ognisko. Możesz na nim coś podgrzać, opiec lub się ogrzać.
Za niedługo zachód słońca. Wkrótce powinnam nazbierać drewna na opał i podpalić waderze, bo może być jej tu zimno. Ja ogrzewam się moją mocą, ona niekoniecznie.
- Po prawej stronie masz jakieś moje pierdoły na półkach kamiennych. - odwracając wzrok, dodałam - Nic ciekawego.
Cóż mogę dodać; nie kłamię mówiąc to. Wątpię, żeby interesowało ją jakaś gra, kilka pluszaków i zabawek. W końcu takie rzeczy są dla szczeniaków.
- Rozgość się, ja polecę po to i owo i wrócę za niedługo.
Nie czekając na odpowiedź, ruszyłam w drogę. Wspomagając się swoim wiatrem, popędziłam po lekarstwa, coś na ząb i drewno.

Stormy?

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 740
Ilość zdobytych PD: 370
Obecny stan: 370

sobota, 16 lipca 2022

Od Stromy c.d Copycat ~ "Jak kamień w wodę"

Ocknęłam się w jaskini medycznej. Tak, bez wątpienia był to sektor medyczny, o którym wspominała wadera, na którą się nadziałam jakiś czas wcześniej. W głowie mi dudniło, chociaż ból nieco zelżał, zapewne, za sprawą tutejszej opieki lekarskiej. Gdy otworzyłam oczy, od razu dostrzegłam znajomą mi już nieznajomą.
- Widzę, że się obudziłaś. Powiesz mi teraz jak Ci na imię? - Słowa wilczycy o ślepiach niezwykle podobnych, do oczu mego ukochanego, skrzyły się ni to troską, ni to zainteresowaniem. Przeanalizowałam na spokojnie słowa szmaragdowookiej i stwierdziłam, że chociaż tak, na chwilę obecną będę mogła spróbować wynagrodzić cały ten zachód, z powodu mej osoby.
- Stormy. Jestem Stormy, dziękuję za pomoc i... - tu się zawiesiłam. - eh... nie wiem, co mogę więcej dodać. – Wymruczałam drugą część, niezmiernie cicho. Wadera zastrzygła uszami. Uśmiechnęła się pokrzepiająco i skinęła ze zrozumieniem głową.
- Copycat. - Przedstawiła się, po czym dodała jakby mniej pewnie — Możesz mi powiedzieć, Co tu robisz? Dlaczego znalazłaś się... - przyjrzała mi się dokładniej — w takim stanie? - Zmrużyłam oczy i zmarszczyłam brwi. Mogłam spodziewać się takiego pytania, a raczej tego, iż na zwykłej gościnności się nie skończy. Sama doskonale wiedziałam, jak wyglądają procedury postępowania z obcymi, a na dodatek wcześniej dawałam oznaki, że tak to ujmę, waleczności. Nic więc dziwnego, że padło ów pytanie. Skoro już zaczęłam mówić, a sama wilczyca wydawała się dość sympatyczna, mimo wielu blizn, znaczących jej ciało, postanowiłam wyjawić jej historię utraty mego domu. Może będzie mi lżej na sercu, jeśli się komuś niezaangażowanemu w to, wygadam?
- Zaatakowano nas bez wyraźnego powodu, nie wypowiedziano wcześniej wojny... – wychrypiałam, a przed mymi oczami pojawił się obraz tamtejszej nocy. – Nic nie wskazywało na to, by tej nocy, coś się wydarzy. Krew lała się wszędzie. Ci, Ci barbarzyńcy nie mieli litości nawet dla szczeniąt! – Samotna łza spłynęła po moim policzku, gdy powrócił do mnie krzyk agonii mych rodziców i przyjaciół, a wraz z nimi skomlenie szczeniąt. Przez moje ciało przeszedł zimny dreszcz, ale nie pozwoliłam sobie na więcej słabości. Z okrutnych i jakże krwawych retrospekcji wybudził mnie dotyk. Copycat gładziła mnie delikatnie po nieowiniętym opatrunkami ramieniu. Spojrzałam na nią ponownie, w oczach miała wymalowane współczucie i... coś jeszcze. Nie odzywała się, widziała, że nie skończyłam mówić. Wzięłam głęboki wdech i wypuściłam powietrze, po czym kontynuowałam. – Walczyliśmy kilka dni. Bez Alf zostaliśmy już na trzecią dobę. Walki trwały praktycznie bez przerwy. Polegli prawie wszyscy członkowie sfory. Nie mam pojęcia, ilu nas przetrwało. Nie więcej niż kilkoro. Na koniec, by wykończyć tych, którym udało się ujść z życiem, rozpętano magiczną burzę śnieżną... – Powiedziałam, spojrzałam poważnie w oczy wadery i dodałam – Takiej nawałnicy nie mógł stworzyć jeden wilk. Nigdy nie słyszałam i nie widziałam o takiej potędze. Wiało tak bardzo, że... Właśnie gdzie jestem? – Spytałam.
- Znajdujesz się na terytorium Watahy Renaissance. – Oznajmiła szmaragdowooka. Przekrzywiłam nieznacznie pysk, nie mając pojęcia o potencjalnej lokalizacji tego miejsca.
- Daleko macie od Watahy Aldereyn– Spytałam, Copycat przytaknęła skinieniem głowy. – To byli nasi najbliżsi sąsiedzi, jakieś 50 km na południe od nas.
-To spory kawał drogi. Przywiało Cię aż stamtąd? Niebywałe. – Zdumiała się wilczyca. Przytaknęłam.
Milczałyśmy dobrą chwilę. W pewnym momencie przyszła do nas drobna, lekko niebieskawa wadera.
- I jak się ma nasza pacjentka? Widzę, że się ocknęłaś. – Samica uśmiechnęła się miło.
- Dziękuję, nieco lepiej. Chyba podane mi leki działają. Nie odczuwam tak nieznośnego bólu, jak wcześniej. – Przyznałam szczerze.
- Mówiłam Ci – szturchnęła Copycat – że się z tego wyliże. Skuteczność działania leków wiele nam o tym mówi. A teraz przepraszam, muszę wykonać kilka badań. Możesz wpaść najwcześniej wieczorem. Wtedy też zdecydujemy czy... – Wilczyca spojrzała na mnie.
- Stormy – Przedstawiłam się.
- Czy Stormy zostanie w lecznicy na noc, czy będzie w stanie chodzić o własnych siłach i będzie musiała przeczekać gdzieś noc, aż do rozmowy z alfą.
- Jeśli można... Dziękuję za pomoc, ale powinnam jak najszybciej ruszać w drogę. To powiedziawszy, próbowałam się podnieść, jednak szybko grawitacja przypomniała mi o swoim istnieniu. Ostatecznie z niezadowoloną miną zostałam w pozycji siedzącej. Medyczka zaśmiała się cicho.
- Spokojnie, dopiero co Cię poskładałam. Nie wstaniesz wcześniej niż za trzy godziny. – westchnęłam.
-To ja zostawię was same. Przyjdę później. – oznajmiła Copy, po czym uśmiechając się miło, opuściła nas. Medyczka zadała mi kilka pytań odnośnie mojego zdrowia, podała jakąś mieszankę, podejrzanie pachnących ziół do połknięcia oraz kazała wykonać kilka ćwiczeń. Muszę przyznać, że było to spore wyzwanie. Czas do zmierzchu minął dość szybko. Medyczka krzątała się wkoło mnie, a zwłaszcza przy moich skrzydłach. Raz nawet przyprowadziła do mnie lisicę o wielu ogonach, która upewniała się, czy skrzydła dobrze zostały unieruchomione. Zapewne miała ona większe doświadczenie w tych sprawach. Na sam koniec dostałam pozwolenie na wykonanie spaceru próbnego. Toczyłam akurat ósemkę, gdy wyczułam znaną mi już szmaragdowooką.
- Dobru wieczór Copycat. – przywitałam się.
- Dobry wieczór. -O! Witaj Copy. – Itami przywitała wilczycę, zgarniając ją na stronę. – Musimy porozmawiać. – dodała po chwili i obie podeszły do mnie. – Dzięki naszym niezawodnym sposobom oraz lekom, Stormy jest już na chodzie, a to oznacza, że nie może zostać w lecznicy. Do Rene też teraz się nie udacie, tak więc musicie ustalić, co zrobicie. – wyjaśniła wszystko wilczyca. – A Stormy.
- Hm? – Spojrzałam na medyczkę.
- Uważaj na szyny. Musisz je mieć przynajmniej do końca miesiąca, jeśli nie do jesieni. Masz grube kości jak na skrzydlatego wilka. Zrastanie się ich potrwa dłużej. Jeśli chcesz znowu latać, a na pewno tego chcesz, sądząc po budowie Twych mięśni, musisz się oszczędzać. – Powiedziała poważnie. Po czym odeszła kiwając głową na pożegnanie. Zostałyśmy z Copycat same.
- To... Nie puścisz mnie teraz w świat? – spytałam. Copy spojrzała na mnie i pokręciła głową.
- Musimy porozmawiać z Alfą. Ona zdecyduje, ale nie dzisiaj. – Oznajmiła, ale po wyrazie jej oczu stwierdziłam, że to nie wszystko, o czym chciała mi powiedzieć. Wyglądało to tak, jakby biła się z własnymi myślami.
- Możesz to z siebie wydusić. – Powiedziałam prosto z mostu.
-Czy mogłabyś u mnie przenocować? – Wypaliła.
- Nie wiem. Mogłabym? – Spytałam. To nie byłby głupi pomysł. Nabrałabym nieco więcej sił do dalszej drogi, tylko... Dokąd mam iść? Czy jest w ogóle, po co wracać do domu? Czy coś jeszcze się ostało? A Varem? Nie znajdę go bez możliwości lotu. Będę musiała najpierw wyleczyć skrzydła.
Ta i wiele myśli przewinęły się przez moją głowę, a Copycat myślała w tym czasie nad odpowiedzią.

<Copycat?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1012
Ilość zdobytych PD: 506 + 5% (25)
Obecny stan: 1004

czwartek, 14 lipca 2022

Od Copycat c.d Stormy ~ "Jak kamień w wodę"

Słońce przyjemnie grzało, gdy przechadzałam się leniwie po terenach watahy. Wchodząc na pobliską polanę, zastrzygłam uszami i zaciągnęłam się otaczającym mnie powietrzem. Na otwartym terenie nie ma co ryzykować i lepiej być czujnym. Spokojnie przeszłam parę kroków, gdy nagle do moich nozdrzy dotarły zapachy z pewnością nienależące do okolicznej roślinności. Szybko, acz ostrożnie pobiegłam w stronę nowych woni. Już po chwili byłam w stanie rozróżnić je, co tylko przyspieszyło mój chód. Oprócz 2 jeleniowatych wyczułam również psowatego, jednakże to, co zwiększyło prędkość, z jaką moje łapy niosły mnie po ziemi, był fetor krwi. Nie była to woń słodkiej cieczy lecącej z upolowanej zwierzyny, lecz odór krwi zbrukanej walką a na dodatek wydobywającej się z rannego i konającego wilka. Po kilku chwilach pokiereszowana istota znalazła się w zasięgu wzroku a mieszanka zdziwienia i bólu zagościła w mojej piersi. Żal spowodowany był widokiem widzenia kogoś w takim stanie - mimo wszystko nie jestem pozbawiona uczuć, co nie? Futro szczupłej szarej wilczycy było praktycznie całkowicie zlepione krwią. Tak samo, jak skrzydła, które wisiały bezwładnie pod dziwnym kątem. Poza wonią krwi nieznajomej wyczuwalne były jeszcze inne osocza. Może samica brała udział w jakiejś dużej bitwie? Zdziwienie brało się stąd, że samica próbowała iść. Ignorując emocje, zbliżyłam się na odległość, pozwalającą na swobodne komunikowanie się i usłyszałam krótkie ostrzeżenie.
- Nie podchodź - wykrzyczała chrapliwie wadera i wycelowała we mnie jakimś zmrożonym szpikulcem.
Szybki rzut okiem pozwolił mi na ocenienie, że jej stan był, krótko mówiąc, opłakany. Szybko przeanalizowałam sytuację - mam zranioną, samotną (może porzuconą?) i ledwo żywą waderę. Pewnie się boi, stąd chęć do walki. Nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć lub zaproponować zawieszenie broni, nieznajoma upadła na ziemię. Wraz z nią spadł lód. To oznacza, że szara jest zbyt słaba, by władać mocami. Ewentualnie to podstęp, ale coś takiego bym wykluczyła, bo fakt, że wciąż jest przytomna to cud. Słysząc cichy jęk, obeszłam wilczycę i stanęłam przed nią.
- Wiesz, gdzie jesteś lub kim jesteś? - spytałam, pochylając głowę.
Z bliska zauważyłam, że istota leżąca tuż przed moim nosem ma gdzieniegdzie prześwity niebieskiego koloru. Ciekawe czy cała jest niebieska, ale nie widać tego przez krew i brud?
- Argh… - Wadera wydała z siebie połączenie jęku i warknięcia. Najwidoczniej tylko tyle może z siebie aktualnie wydusić.
- Zabiorę Cię do medyka - powiedziałam stanowczo, patrząc w zamglone z agonii niebieskie oczy. - Nie pozwolę, by ktoś umarł na moich oczach.
Najdelikatniej jak umiałam, wzięłam nieznajomą na własne plecy. Moim nieudolnym próbom łagodnego zmienienia pozycji wilczycy, towarzyszyły jej stłumione oznaki bólu.
- Wybacz - szepnęłam przepraszająco.
Gdy ciało znalazło się już na moim grzbiecie, ruszyłam w stronę Jaskini Medyków. Jak najszybciej chciałam dostarczyć tam nową pacjentkę, aczkolwiek zbyt szybka podróż to chyba nie jest dobry pomysł.
- Wytrzymaj jeszcze chwilę - powiedziałam cicho. Głowa skrzydlatki znajdowała się tuż nad moją, więc nie chciałam mówić głośno. Nie daj Boże, ma wrażliwy słuch lub uszkodzone bębenki…
W trakcie podróży miałam wrażenie, że moje serce boleśnie uderza o klatkę piersiową od wewnątrz. Starałam się zachować spokój, ale w głowie pojawiała się ciągle jedna myśl - co jeśli już za późno? Mój lęk uspokajały w minimalnym stopniu nierówne oddechy, które wydawała ranna wadera. Brzmiały strasznie i w każdym jednym słychać było ból, ale przynajmniej miałam pewność, że oddycha. Gdy na horyzoncie pojawiła się wyczekiwana przeze mnie jaskinia, moje ciało przeszedł dreszcz. Tak blisko do celu a tak wiele może się jeszcze wydarzyć. Co by nie zapeszać, naprędce weszłam do groty.
- Czy jest tu ktoś? Pilnie potrzebuję pomocy! - zawołałam, ostrożnie zdejmując ranną z grzbietu.
- Jestem. Co się stało? - zapytał melodyjny głos, w którym wyczuwalna była nuta niepokoju. Prędkim krokiem zbliżyła się do nas błękitno-biała właścicielka głosu. Była dość szczupła, ale nie ma co oceniać książki po okładce.
- Znalazłam tą tutaj na polanie - wskazałam łapą na poszkodowaną, obserwując, jak medyczka zaczyna diagnozować lub badać swoją pacjentkę. Nie znam się na medycznych sprawach, ale to dopiero diagnoza, co?
Z tego, co udało mi się ustalić, medykami są Tarou, Lonya, Itami i Shani. Z 3 wader, Lonya ma ciekawe ogony, a futro Shani nie pasuje mi do osoby stojącej przede mną. Czyli prawdopodobnie patrzę na Itami.
- To chyba będą złamania? Te skrzydła to… - Nim zdążyłam zadać nurtujące mnie pytania, zauważyłam skupienie wymalowane na pysku wadery. By nie przeszkadzać w pracy, zaczęłam się oddalać.
- Wrócę za jakiś czas, powodzenia - powiedziałam cicho i zaczęłam kierować się w stronę dobrze znanej mi jaskini.
Podczas podróży się nie spieszyłam. Pozwoliłam sobie na spokojne przemyślenia i powolne stawianie kroków.
- Spacer w akompaniamencie promieni słońca to jednak wspaniałe uczucie - westchnęłam. Stres związany z niedawnymi wydarzeniami dalej mi towarzyszył, ale powoli zaczął się ulatniać. Wilczyca jest w dobrych łapach, więc chyba będzie dobrze.

Właśnie wyszłam z Jaskini Alfy. Poinformowałam Renesmee o zaistniałej sytuacji i obiecałam, że dopilnuję by nieznana nam wadera, stawiła się u dowodzącej jak tylko stanie na nogi. Stąpając drogą prowadzącą do lecznicy, czułam, że stres powraca do mego ciała. Gdy mrowienie w mięśniach stało się nie do wytrzymania, przeszłam do biegu - niezbyt szybkiego, by oszczędzać siły na nocny patrol, lecz wystarczająco prędkiego, by w mgnieniu oka znaleźć się w jaskini.
- Jestem - oznajmiłam tuż po wejściu. - Jest tu Ita…medyczka i skrzydlata? - spytałam, karcąc się w głowie za niepotrzebną próbę dodania imienia. W końcu nie jestem pewna czy to na pewno Itami.
- Tu jesteśmy - oznajmił głos z wnętrza groty.
Przeszłam parę kroków i na moment oniemiałam. W dalszej części widoczne były gniazda z liści i świecące rośliny. Czy to grzyby? Ciekawe czy są jadalne.
- Wyliże się? - skinęłam głową na opatrzoną wilczycę, która aktualnie miała zamknięte oczy. Spała lub udawała, że to robi, by uniknąć niewygodnych pytań.
- Tak. Na jej szczęście, żadne ze złamań nie było otwarte - odparła lekarka.
- Przy okazji, jestem Copycat. Nie miałyśmy okazji się jeszcze poznać - lekko odwróciłam wzrok, zmieszana nagłą otwartością skierowaną ku nieznanej i możliwe, że nie zainteresowanej moją osobą istocie.
- Itami, miło mi - odparła zielarka z łagodnym uśmiechem. Chwilę porobiła coś przy kontuzjowanej, po czym odeszła. Pewnie miała coś do zrobienia przy innych pacjentach lub przy lekarstwach.
- Pewnie nie będziesz mogła tu leżeć, nie wiadomo ile. Ale dopóki nie zostaniesz zatwierdzona przez alfę, to nie będziesz miała własnego kąta - mruknęłam do siebie.
Spojrzałam na samicę leżącą przede mną. Wyglądała na dosłownie ciut młodszą ode mnie; dzieliły nas zapewne miesiące.
- Może mogłaby się zatrzymać u mnie? - spytałam cicho, zaskakując sama siebie. Wewnętrzna Copycat właśnie miała minę Pikachu.

Skąd to zainteresowanie? Czy w tej rannej i samotnej waderze zobaczyłam siebie? Nie, to niemożliwe…
Widząc, że wadera zaczyna otwierać oczy, usiadłam przed nią i patrzyłam z góry. Nie wiem, czy powinnam coś powiedzieć w tej sytuacji, czy nie, mam jedynie nadzieję, że nie wyjdę na wredną lub (o zgrozo!) jakąś ciapę. Gdy błękit oczu nieznajomej dosięgnął moich szmaragdowych, zadałam jedno z wielu pytań, które mnie nurtowały.
- Widzę, że się obudziłaś. Powiesz mi teraz jak Ci na imię?

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1116
Ilość zdobytych PD: 558 + 5% ( 28 PD)
Obecny stan: 586

poniedziałek, 11 lipca 2022

Od Stromy do Kogoś ~ „Jak kamień w wodę”

– Stromy za Tobą! – Źrenice wadery zwęziły się, gdy odwróciła się za siebie, a jej oczom ukazały się mknące w jej stronę ostrza. Wypuściła powietrze z pyska, tworząc tym samym barierę z wiatru. Broń opadła, lecz to nie był koniec walk. Dosłownie w ułamku sekundy, wilczycę coś miotnęło kilka metrów dalej, kompletnie zwalając jaz nóg. Na jej szczęście, ciężar, który ją przygniatał, został szybko zrzucony, przez jej ukochanego. Dymny basior rzucił pełne troski spojrzenie swych szmaragdowych oczu w kierunku wadery. Ta sekunda mogłaby trwać w nieskończoność. Niestety brutalna rzeczywistość sprawnie przerwała tę chwilę. Varem zniknął za ścianą z chmur, a wilczyca podniosła się tylko po to, by zaraz doskoczyć do poplamionej krwią jej bliskich rudej wadery. Wilczyce szamotały się przez chwilę, drapiąc się i kąsając na zmianę. Unikały swoich ciosów i ataków magicznych, ale taki stan rzeczy nie trwał długo. Wróg szybko opadł z sił, odsłaniając tym samym podbrzusze. Stormy nie mogła przepuścić takiej okazji. Przywołała lodowe ostrze i w biła je waderze, która zluzowała uścisk, wykrzywiła się w bólu i skomlała. Gwar walki jakby nagle ucichł. Coś się szykowało. Szara wadera odsunęła się i rozejrzała po polu bitwy. Ciała martwych wilków walały się po ogromnej chmurze.
– Co jest? – Wydyszała, nie mogła znaleźć wzrokiem nikogo ze swojej sfory.
– Haha! Przegraliście! – Zaśmiała się ruda, po czym zasyczał z bólu, ledwo wstając na łapy. Ledwie sekundę później ponownie leżała na ziemi, sycząc z bólu, jednak uśmieszek szybko wrócił jej na pysk.
– Łżesz! – Wysyczała Stormy, przyciskając łapę z ostrymi pazurami do szyi wilczycy, tak, że spłynęło po niej kilka kropli krwi.
– To ko…
– To Koniec dla Ciebie! – Przerwała, poderżnąwszy gardło Rudej. Błękitne oczy Si płonęły żądzą mordu. Wadera pokręciła głową, by pozbierać swe myśli. Odsunęła się od trupa i ruszyła biegiem, a raczej lotem, by odnaleźć Varema, albo jakiegokolwiek innego wilka. Gdy na górze nikogo nie znalazła, zleciała na ziemie, gdzie to zaraz znalazła się w uścisku dymnego basiora.
– Jesteś cała? To twoja krew? – Basior zaraz przyjrzał się Si, a gdy nie znalazł żadnych poważniejszych ran, ponownie zamknął wilczycę w uścisku. Stormy przymknęła oczy, wsłuchując się w dynamiczne bicie serca swego ukochanego. Basior gładził ją delikatnie po głowie.
– Wszystko w porządku. Cieszę się, że Ty również jesteś cały. – Odpowiedziała. – Gdzie reszta? Czy wszyscy…?
– Niestety nie udało mi się ich znaleźć. – Pokręcił głową wilk. – Chodźmy, nie możemy tu tak stać. – Ledwo słowa puściły język basiora, gdy otoczenie pociemniało i rozległ się porywisty wiatr. Wilki ruszyły biegiem kierunku pobliskiej groty z ziołami, wiatr jednak z sekundy na sekundę stał się tak silny, że para wilków została podniesiona w powietrze.
– Varem! – Zawołała Stormy, próbując walczyć z siłą tak ogromną, że rozłożenie skrzydeł było niezwykle bolesne, a do tego zniosło ją jeszcze dalej od ukochanego. Na ich nieszczęście basior zrobił podobnie, chcąc dostać się do wadery. Przyniosło to jednak odwrotne skutki. Krzyki wilków zostały zagłuszone hukiem wiatru. Śnieg zaczął padać nagle i gwałtownie, zupełnie pozbawiając widoku otoczenia. Nagły zawrót głowy uświadomił waderze o zmianie ciśnienia i tym iż została poderwana wysoko w powietrze. – KOCHAM CIĘ! – Zawołała, cicho licząc na to, że basior ją usłyszy. Próby lotu na nic się zdały. Wadera szybko opadła z sił, po policzku zaczęły spływać jej łzy żalu i bezsilności. W pewnym momencie jej naszyjnik zaskrzył się niebezpiecznie, a dosłownie ułamek sekundy później Stormy poczuła silne uderzenie w głowę. Straciła przytomność.

*
Nie wiem gdzie i jak długo leżałam. Było mi gorąco, dosłownie wszystko mnie bolało i ledwo potrafiłam złapać oddech. Każda próba otwarcia oczu kończyła się szybkim i ponownym zamknięciem ich. Słońce było tak jasne, że długo nie byłam w stanie ich otworzyć. Gdy w końcu udało mi się to, oblałam się zimnym potem. Gdzie jestem? Leżałam pod jakimś liściastym drzewem, na skraju polany. To miejsce było zdecydowanie daleko za granicami znanych mi terenów. Nie byłam w stanie się jednak zbytnio poruszyć, aby się rozejrzeć. Postanowiłam zebrać w sobie trochę siły i użyć swojej mocy. ~Zbadam tylko, to czy jestem tu chwilowo bezpieczna~ Pomyślałam i tak zrobiłam, nie miałam siły na nic więcej. Wytężyłam słuch i umysł. Zamknęłam oczy, a po chwili poczułam przyjemne, dobrze znane mi mrowienie w klatce piersiowej. Projekcja przedstawiała krzywe terenu, pagórki, jakiegoś jelenia i sarnę oraz… zmierzającego w moją stronę Wilka. O bogowie! Nie byłam w stanie określić ani płci, ani wielkości napastnika. Wiedziałam jednak, że to na pewno nikt z moich. Otworzyłam ponownie oczy, biorąc gwałtownie oddech. Prawie zapomniałam o oddychaniu, używając tej mocy. Nic nowego, jednak tym razem odniosłam wrażenie, iż bardziej odczułam tego skutki. Usiłowałam się podnieść, jednak gwałtownie poderwanie się…
– Agrrr! – Zacisnęłam zęby, by nie zdradzić swego położenia. Ból w skrzydłach i lewej przedniej łapie był tak okropny, że nie chciałam nawet na nie spojrzeć. Próbowałam się podnieść po raz drugi, tym razem mimo bólu udało mi się stanąć na trzy łapy. Spuściłam głowę, próbując oddechami jakoś uspokoić swój krzyczący organizm. Czułam, jak skrzydła ciążą mi, położone na ziemi. Nigdy nie przypuszczałabym, że mogą być aż tak ciężkie. Pamiętając o zbliżającym się psowatym, zmusiłam się do zrobienia kilku kroków naprzód i kolejnego, i jeszcze kilku. Nie przeszłam jednak daleko, gdy znowu zachwiałam się niebezpiecznie. Poczułam pieczenie i ciepłą ciecz spływającą powoli po moim barku. Jedna z wielu ran musiał się otworzyć w czasie wykonywania gwałtownych ruchów. Zacisnęłam zęby i próbowałam iść dalej. Nagle usłyszałam za sobą szelest. Nawet nie zdążyłam się odwrócić, przywołałam ostrego sopla lodu, nie mogąc pozwolić sobie na więcej i skierowałam go w kierunku dźwięku.
– Nie podchodź – Wykrzyczałam zachrypniętym głosem, chociaż chciałam brzmieć groźnie. Postać za mną najwidoczniej się zatrzymała. Nim jednak wykonała następny ruch, opadłam z sił, upuszczając przy tym sopel i lądując znowu na ziemi. Jęknęłam cicho i zaczęłam modlić się o szybką śmierć. Nie otrzymałam jednak żadnego ciosu. Przed moim pyskiem stanęła łapa, a potem…


<Ktosiu?>

Kto pierwszy ten lepszy także no…
Stormy ma połamane skrzydła i lewą przednią łapę. Jest poobijana, poturbowana zadrapana i pewnie coś więcej. Ponadto cios w głowę znacznie spowolnił jej czas reakcji. Hah
To jak? Zjesz ją, zostawisz na pewną śmierć czy pomożesz?

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 946
Ilość zdobytych PD: 473
Obecny stan: 473