Newsy



:Aktualności
.Blog przechodzi obecnie renowację
.Już niebawem pojawią się nowości

:Pogoda
Obecna pora roku ~ Jesień
.Temperatura waha się między 10+ a 0- stopni Celcjusza
.Zmiana pory roku nastąpi 15.12.2022

Liczba wilków ~ 27
Wadery ~ 18 + 1 NPC
Basiory ~ 7 + 4 NPC
Szczeniaki ~ 1
Nieobecni: Brak

~Serdecznie zapraszamy♥~

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czas poznać teściów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czas poznać teściów. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 lutego 2022

Od Atrehu c.d Naharys'a | Piny | Tsumi | Lonyi ~ Czas poznać teściów | W głowie się nie mieści

UWAGA, TYLKO DLA WYTRWAŁYCH CZYTELNIKÓW. JEŚLI INTERESUJE CIĘ GŁÓWNA HISTORIA, POMIŃ PIERWSZĄ POŁOWĘ <3
Minąwszy straż, ruszyliśmy za Naharysem i Lonya przez ziemię ich watahy. Poruszali się żwawo, rozglądając się dookoła. Zapewne nie mogli doczekać się już spotkania z rodzicami. Zazdrościłem im tego, że mają taką możliwość, ale to nie czas i miejsce na takie myśli. Wstyd, że w ogóle o czymś takim pomyślałem. Pokręciłem głową, zerkając na tę dwójkę. Znali te tereny jak własne ogony. Byłem pewien, że również z zamkniętymi oczyma, czy jakąś opaską na oczy dotarliby bez trudu z punktu A do punktu B. I nie zrobiłoby im to większego problemu.
Korzystając więc z tej wycieczki, z uśmiechem na pysku chłonąłem ten niecodzienny krajobraz, gdyż wszystko tu zachwycało swym majestatem. Wsłuchiwałem się w melodyjny śpiew ptaków i wesołą gawędź rozmów i śmiechów, a także motywujących i karcących okrzyków trenujących wraz z ich trenerami. W większości były to samice, co nie tyle mnie zdziwiło, ile zaciekawiło. ~ Takie przecudne widoku już na starcie. - pomyślałem, oblizując lubieżnie swój pysk. Jaki samiec przeszedłby obok tego obojętnie? Byłem ciekaw, kogo jeszcze spotkamy po drodze i czy będzie to równie intrygujące, jak te piękne, ponętne samiczki.
- Fajnie tu macie. - przyznałem, dostrzegając po chwili wartowników na skalnych półkach, którzy dokładnie lustrowali okolicę. Zapewne obserwują każdy na ruch, nawet wtedy, gdy tego nie widzimy.
Ogółem od progu dostrzegłem różnice. Nic tu nie było podobne do tego, co do tej pory znałem. Wadery brały czynny udział w treningach i widać było, że to nie byle panienki, a potężne wojowniczki, które nie jednego dorosłego samca sprowadziłyby do parteru. Na dodatek wiele z nich wyglądało groźnie i nawet śmiem przypuszczać, że potrafiłyby zabić wzrokiem. Mimo tej wiedzy nie przejmowałem się zbytnio i dalej bezczelnie podziwiałem ich wdzięki. Szczupłe, wysportowane dziewczyny o niebywale zróżnicowanym wyglądzie, spoglądały w naszym kierunku z uśmiechem. Uśmiechem, który oczywiście odwzajemniałem, bo czemuż by nie? Naharys widząc, jak przyglądam się ich wojowniczkom, od razu się zatrzymał i spojrzał mi głęboko w oczy.
- To nasze najlepsze wojowniczki. Widzisz te ubarwienia na pysku albo udzie? - ruchem łba wskazał na małą grupkę. Nie od razu dostrzegłem to, o czym mówił, ale aby nie wyjść na jelenia, kiwnąłem nieznacznie głową. - To oznacza, że zasłużyły się w niejednej bitwie. Dlatego radzę ci, gdy przyjdzie ci do głowy zagadnąć którąś, trzymaj ptaszka na uwięzi, inaczej szybko go stracisz. - spojrzałem na niego, jak na idiotę, po czym teatralnie zakryłem dolną część ciała ogonem. Nie, żeby robiło mi to większą różnicę, ale i tak skrzywiłem się lekko. Myśl, że mógłbym stracić swoją męskość... aż mnie ciarki przeszły. Basior poklepał mnie w bok ze śmiechem.
- Wydają się odważne, twarde... - oczywiście, mnie interesują tylko niskie, dość nieśmiałe samice, o delikatnym wyglądzie, aczkolwiek chyba nie miałbym nic przeciwko małemu romansowi z wojowniczką. Byłaby to odmiana od tego, czego już doświadczyłem. Z drugiej strony nie sądziłem, by któraś była mną zainteresowana na tyle, by mi się oddać. Sytuacji nie pomagał fakt, że nawet jakbym chciał, to nie mógłbym ze względu na Tsumi, z którą przecież na tę wyprawę wyruszyłem. Dlatego z ciężkim westchnieniem została mi tylko obserwacja. No i nie oberwę po łbie. Nikt nie zabroni mi patrzeć na zgrabne, spocone ciała wader, sprawnie wymieniające ciosy na arenie. No, może poza wyżej wspomnianą waderą, która jak zauważyłem, zerkała na mnie morderczym wzrokiem. To wcale nie tak, że się obśliniłem na widok ponętnych kształtów... O, nie, co to, to nie, ja się nie ślinię. Ja tylko... podziwiam. Właśnie! Choć nie mogę powiedzieć, że uroda niektórych samic na mnie nie działa. ~ Eh, dlaczego płeć piękna przyciąga mnie jak magnes?
- Nasi wojownicy są najlepsi. Wierzymy bowiem, że śmierć w trakcie walki, to śmierć chwalebna, zapewniająca nam miejsce w niebie, gdzie toczy się wieczna bitwa, a po niej, huczna impreza. Taka myśl sprawia, że nasi wojownicy nie boją się śmierci. A gdy ona nadejdzie, z pasją spoglądają jej w oczy.
- Ciekawe. - tylko to udało mi się powiedzieć, nim z impetem oberwałem po łbie od Tsumi. Ahr, za co!? Spojrzałem na nią z wyrzutem, na co oczywiście nie zareagowała, tylko w dalszym ciągu zabijała mnie wzrokiem. ~ Nigdy nie zrozumiem wader. - pomyślałem, masując obolałe miejsce. Byłem na tym tak skupiony, że dopiero po chwili zrozumiałem sens słów swojego przyjaciela.
- Czyli, że jesteś jakby synem Alfy? - zapytałem, przyglądając się mu. Jeśli jego rodzice są przywódcami, to Naharys automatycznie również przejmuje to stanowisko. No, Naharys'a powinien, gdyż Lonya jest adoptowana. Nie mniej jednak należy do rodziny i z całą pewnością jest jej częścią, więc i jej należy się tytuł. To, skąd pochodzi, nie ma tu najmniejszego znaczenia. W sumie nie wiem, czemu w ogóle o tym myślę. Potrząsnąłem delikatnie głową.
- Nie. Alfy mają w sobie coś, czego nie mają moi rodzice. Nie mają tego, co masz ty, Atrehu. Tej mocy, której używają Alfy, gdy przemawiają w stronę poddanych. - owszem, posiadam ów głos, choć jest to sprzeczne z genetyką, gdyż tylko pierwsze dziecko odziedzicza ten gen, a tak się składa, że ja jestem drugi. Nie wiem do dziś, dlaczego otrzymałem go ja, a nie mój starszy brat. To on jest następcą i Alfą sfory. Po zabójstwie ojca zajął jego miejsce. Nie ważne, że kompletnie się do tego nie nadaje, czemu świadczy, chociaż opowieść Itami i jej matki. Ja miałem być jego betą... właśnie, miałem. To jest dobre określenie.
- Dlaczego więc nie ma u was Alfy?
- Bo poprzedni został zdetronizowany. - odpowiedziała Lonya, odwracając się w moją stronę. Zdetronizowany, oznaczy siłą usunięty ze stanowiska. Cóż takiego zrobił? - Tyranizował i brutalnie zarządzał swą watahą. Uznawał, że jest ponad prawem, gdyż to on je ustala. A robił to tak, aby jemu było najłatwiej. W końcu wilki wkurzyły się, wzięły sprawy we własne łapy i zrzuciły Alfę z tronu, uważając go jednocześnie za niegodnego ich zaufania i poświęcenia. Pewnie teraz gdzieś jego dusza błąka się w czeluściach piekieł.
- Kurcze, wszystko jest tutaj takie różnorodne. - uśmiechnąłem się wesoło, by nieco rozładować napięcie. Chyba podziałało, gdyż dalsza droga minęła nam w ciszy, ale nie była to jakaś nieznośna, czy krępująca cisza. Każdy pogrążony był w swoim świecie. Ja w sumie też. Myślałem, jak by to było, gdybym nie został wygnany. Gdyby ojciec żył. Czy dało się uniknąć tego, do czego doszło? Zapewne nie. Eh, miałem nie myśleć o przeszłości, rzucić ją wstecz i zacząć żyć od nowa. Z nową kartą w nowej watasze. Dlaczego zatem zamiast tego, ciągle powracam do wspomnień, użalając się nad sobą i skamląc jak jakiś zraniony piesek? Owszem, swoje przeszedłem, lecz tego już nie ma. Nie ma co gdybać, trzeba złapać byka za rogi i iść dalej. No cóż... łatwo powiedzieć, trudniej zrobić...
W pewnym momencie dostrzegłem, jak jakiś wielki samiec podbiega do naszej grupki i z siłą niedźwiedzia przytula Naharys'a i Lonye. Miałem wrażenie, że połamie im kości, ale na całe szczęście, nic się takiego nie stało. Nie było słychać charakterystycznego chrupnięcia kości, więc byłem pewny, że nic im nie będzie. To musiał być przywódca stada i ojciec moich przyjaciół. W sumie, jakby się bliżej przyjrzeć, Exan jest do niego podobny. Zwłaszcza spojrzenie mają takie same. Basior zmierzył nas ciekawym wzrokiem, po czym uśmiechnął się delikatnie.
- Miło was widzieć, moje dzieci. Kogo do nas przyprowadziłeś? - jego spojrzenie zatrzymało się na Pinie, która jak to ona, zarumieniła się po koniuszki uszu. Następnie zerknął na mnie, przy czym zmarszczył delikatnie brwi, a uśmiech zamarł mu na pysku. Szybko się jednak otrząsnął, wracając spojrzeniem do swojego syna.
- Tato, chciałbym ci przedstawić moją elskerine. Moją ukochaną Pinę. - starałem się dać im chwilę, gdyż następne wydarzenia z pewnością nie będą dotyczyć mnie, czy Tsumi. Jednocześnie z zazdrością spoglądałem na tę scenkę. Jeszcze nie tak dawno, raptem półtora roku temu, ja sam przedstawiałem swoją narzeczoną rodzicom. Co prawda, nie przyjęli tego tak ciepło... Ojciec wydawał się zły, z widoczną niechęcią zerkał na moją ukochaną. Matka natomiast po raz pierwszy tak jawnie ukazała swoje kły. Stanąłem w jej obronie, zaślepiony uczuciem. Byłem wściekły, że nie przyjęli jej. Pamiętam, jak się wtedy pokłóciliśmy. Ojciec próbował przemówić mi do rozsądku, że to nie dziewczyna dla mnie. Zwyzywał ją, co doprowadziło mnie do szału. Wkurzony odwróciłem się od niego, pragnąc zaczerpnąć świeżego powietrza. Zapomniałem tylko, z kim mam do czynienia. Aaaron nie był tylko moim ojciec, ale również moim Alfą. Przywódcą stada, którego tak jawnie zlekceważyłem. Nie zamierzał się ze mną cackach. Do dziś czuję jego ostre kły, boleśnie wbite w mój kark. Podniósł mnie jak szmacianą lalkę, po czym zamknął w ciemnej celi. Oberwałem po łbie i zostałem skarcony przez matkę. Kilka dni spędziłem jedynie o wodzie. Sam, bez osób trzecich, miałem czas na przemyślenia. Buntowałem się, a jakże. Krążyła we mnie krew Alfy, nie byłbym sobą, gdybym odpuścił. Nie mniej jednak by wyjść, musiałem się ukorzyć. Przeprosiłem więc swoich rodziców, ukazałem uległość. Dopiero po śmierci ojca zrozumiałem, dlaczego się w ten sposób zachował. Wszystko stało się dla mnie jasne w momencie, gdy moja ukochana stanęła u boku mojego brata i bezczelnie mnie wyśmiała. Na oczach całego stada wyraźnie pokazała, że Lupus jest jej, a ona jego. Znienawidziłem ich oboje. Ból jednak przyćmił mi umysł, czułem się upokorzony i zraniony. Zamiast walczyć, poddałem się. Podkuliłem pod siebie ogon, pozwalając na wygnanie mnie. Bez walki, bo jak miałem walczyć? Wszyscy wierzyli, że naprawdę to zrobiłem. Z zawiści i zazdrości...
Głośny śmiech przywrócił mnie do rzeczywistości. Spojrzałem na przywódcę tej watahy oraz jego piękną partnerkę. Od razu dało się dostrzec podobieństwo. Tak, zdecydowanie są rodziną. Uśmiechnąłem się wesoło. Przypomniałem sobie jednak wzrok Romar'a, gdy po raz pierwszy na mnie spojrzał. Serce zabiło mi mocniej. Dziwnie się czułem i nie wiedziałem, co jest tego powodem. Jakbym przeczuwał coś złego, tylko co? Nie byłem pewny, czy to z powodu nowego miejsca, okolic, faktu, że nie znam tu nikogo. Czy po prostu coś ze mną było nie tak. Uczucie zniknęło po dłuższej chwili, ale nie całkowicie. Starałem się o tym nie myśleć, skupiając całą uwagę na tu i teraz.
Po wstępnych uściskach otrzymaliśmy zgodę na zwiedzanie terenów. To znaczy ja i Tsumi, gdyż pozostali jej nie potrzebowali. Rozdzieliliśmy się zatem, ruszając rozbawieni i spragnieni przygód. Pierwszym przystankiem miała być arena, gdzie trenują wojownicy. Nie uszliśmy nawet do połowy, gdy Tsumi szepnęła, że źle się czuje.
- Co się dzieje? - zapytałem, czule liżąc ją po pyszczku. Wadera zrobiła się delikatnie blada, miałem wrażenie, że zaraz zemdleje. Złapałem ją więc, usadawiając ją na mym grzbiecie, po czym spytałem pierwszego napotkanego wilka, gdzie tu mają lecznice. Po wskazaniu miejsca docelowego ruszyłem pędem w tamtą stronę. Panikowałem, jakby nie wiadomo co się działo. Prawdą jest jednak, że martwiłem się o Tsumi. Źle wyglądała. Wolałem zatem dmuchać na zimne. W mig dotarłem do lecznicy, od progu wołając jakiegoś lekarza. Medyk podszedł do nas i od razu zabrał Tsumi na badania. Wadera poprosiła, bym nie czekał na nią, tylko poszedł zwiedzać. Jak mógłbym to zrobić? Zamiast tego, pokiwałem głową na znak, że w porządku, a tak naprawdę wyszedłem z jaskini, by poszukać Piny. Nie chciałem jej martwić, ale tylko ona mogła zadbać o swoją mentalną siostrę. Pomyślałem zatem, że będzie do najlepsza opcja. Wróciłem zatem w miejsce, gdzie się rozdzieliliśmy, ale ich nie było. Zamiast tego spotkałem Eloney, czyli matkę Naharys'a. Wadera wskazała mi kierunek, w jakim udała się nasza parka. Miałem jednak wrażenie, że była nieobecna duchem. Ona również dziwnie zareagowała na moją obecność. Przyglądała się mi z nieukrywaną ciekawością i ciut tak, jakby zobaczyła ducha. Nie wiedziałem, jak mam to wszystko rozumieć, ale nie chciałem też się nad tym rozwodzić. Podziękowałem za informacje, pędem ruszając w odpowiednie miejsce. Oczywiście, jak na złość, nie znalazłem ich w tamtym miejscu. Dowiedziałem się jednak, że Pina źle się poczuła, więc Exan zabrał ją do lecznicy. Czyli wychodzi na to, że mogłem nie ruszać się od Tsumi, sami by przyszli. Nieco już sfrustrowany, ruszyłem w drogę powrotną. Okoliczne wilki obserwowały mnie z zaciekawieniem. Nie przejmowałem się tym jednak. Mijałem każdego z wysoko uniesioną głową i wyprostowanymi plecami.
Tsumi nie chciała wyjaśnić mi, co powiedział jej medyk. Uznała, że to niespodzianka i powie mi dopiero później po imprezie. Jedynie, czego się dowiedziałem to to, że nie jest to nic złego i powinienem być nawet zadowolony. Nie byłem tym zachwycony, nie lubiłem, gdy ktoś coś przede mną ukrywał, lecz co mogłem zrobić? Zgodziłem się więc na taki układ. Po pewnym czasie nawet o tym zapomniałem, skupiając całą uwagę na zwiedzaniu. Chłonęliśmy otoczenie jak gąbka wodę. Wszystko nas zachwycało. W pewnym momencie spotkaliśmy nawet Lonye, która podarowała mojej towarzyszce piękny kwiat.
- To nasz zwyczaj, znany jeszcze z naszych szczenięcych lat. Podczas przyjęć z okazji zaręczyn wadery przyozdabiają swoje głowy kwiatem. Natomiast przyszłe panny młode otrzymują bogato zdobiony wianek. Zapewne Naharys nie wspomniał wam o tym, prawda?
- Musiało mu wypaść z głowy. - Tsumi zaśmiała się delikatnie, po czym spojrzała na mnie. Ja, jak to ja, nie mogłem trzymać języka za zębami i skomplementowałem obie panny. Lonyi pasował ten bukiet, który miała za uszami. Wyglądała naprawdę uroczo, tak niecodziennie. Emanowała z niej jakaś nieznana mi dotąd siła. Podobało mi się to uczucie, a jeszcze bardziej ona sama. Musiałem przyznać, że po raz pierwszy spojrzałem na nią jak na samicę, a nie siostrę mojego najlepszego przyjaciela. Lonya była naprawdę piękną waderą. Do tego jej oczy migotały jak świetliki nocą, a ogony falowały w rytm jej kroków. Pożegnała się z nami, po czym ruszyła w dalszą drogę. Odprowadziwszy ją wzrokiem, nabrałem ochotę na małe tere fere. Bezczelnie zbliżyłem się do Tsumi, liżąc ją za uchem. Spojrzała na mnie tymi swoimi oczyma i już wiedziałem, co zaraz nastąpi. Uwielbiam ją!
OFICJALNE ZAKOŃCZENIE WĄTKU ~ CZAS POZNAĆ TEŚCIÓW | ROZPOCZĘCIE: W GŁOWIE SIĘ NIE MIEŚCI
< Time speed ~ Jakiś czas później >
Było już po zmroku, gdy Pina wraz z Naharysem, pojawili się przy palenisku, by rozpocząć to, co nieuniknione. Coś, co na zawsze zmieni ich świat do góry nogami, z czego nie będą mogli się wyplątać ot, tak. Coś, co połączy ich dusze na zawsze. Oficjalne zamążpójście bądź też tak zwane zrękowiny. Młoda para stanęła przy wielkim palenisku, skąd mieli bardzo dobry widok na całą publiczność. Naharys czule obejmował swoją piękną partnerkę, co rusz muskając zębami płatek jej ucha i szepcząc coś po cichu. Sądząc, po jej reakcji i jego uśmiechu, były to miłosne wyznania. Coś, czego nie widuje się zbyt często, albo to ja jestem jakiś zacofany i nie potrafię obserwować. Nie mniej jednak ich wymiana czułościami była słodka do porzygu. Z jakiegoś jednak powodu nie mogłem odwrócić wzroku. Podobało mi się, że się w ten sposób zachowują. To jest ich noc i ich zasady. Ten widok naprawdę mnie urzekł, wyglądali bowiem tak nieziemsko ze sobą. Oboje emanowali szczęściem i spokojem. Uśmiechnąłem się szeroko. Jeśli oni są szczęśliwi, to ja również jestem. Ich szczęście, to też także i moje. Nie ważne, że mnie to nie dotyczy, jestem ich przyjacielem.
Przywódca watahy stanął na przodzie wszystkich. Każdy bacznie obserwował jego poczynania i czekał z drinkiem, by hucznie rozpocząć imprezę. Romar dumnie się wyprostował i z rozczulonym uśmiechem wygłosił krótką, acz urzekającą mowę, jak to jest szczęśliwy, mogąc mieć tak wspaniałą synową, jaką jest Pina. Wadera stała się nie tylko członkiem ich rodziny, ale także i całej watahy. Została przyjęta ciepło i z uczuciem. Do tego miała u boku swego ukochanego i jak się dowiedziałem, była w ciąży! Szczęka dosłownie mi opadła, myślałem, że będę zbierał ją z podłogi, a w sercu zagościło nieznane mi dotąd ciepło. Pina spodziewa się potomstwa, Naharys zostanie ojcem. Niedługo na świecie pojawią się pierwsze maluchy. Do rozwiązania wprawdzie daleko, ale już teraz miałem ochotę skakać ze szczęścia. Już ja im pokażę, jakim wspaniałym wujkiem potrafię być. Co prawda nie miałem zbytniego kontaktu z maluchami, ale jestem pewny, że z pomocą ich rodziców, nabiorę doświadczenia. Kto wie, może kiedyś sam założę rodzinę.
Z pewnością wyznaczę tę dwójkę jako chrzestnych mych szczeniąt. Może pozwolę im nawet wybrać imiona, jeśli mi się spodobają. No, nie ma co zbytnio wybiegać w przyszłość. Na razie nie zapowiada się, bym miał zostać ojcem. I tu moje spojrzenie powędrowało do Tsumi. Zastanawiałem się bowiem, czy chciałaby mieć ze mną młode. Co prawda nie miała rui i nie jesteśmy parą, nasz związek nie jest zatwierdzony, ani w sumie sami nie wiemy, co nas dokładnie ze sobą łączy poza seksem... z drugiej strony kochaliśmy się wiele razy i to bez zabezpieczeń. Czy jest zatem możliwość, by bez rui Tsumi mogła zaciążyć? Bo jeśli tak, to mogę mieć, delikatnie mówiąc przechlapane. To znaczy, chcę mieć szczeniaki, ale... jeszcze nie teraz. Jest za wcześnie, nie nadaje się na ojca, poza tym mam wiele niedomkniętych spraw. Jestem agresywny i impulsywny, mógłbym zrobić naszemu potomstwu krzywdę.
Westchnąłem ciężko, kręcąc przy tym głową. Serce zabiło mi mocniej, bo jakby... pieprzę się z nią, korzystam z jej ciała, a ona odpłaca mi się tym samym, lecz czy coś poza tym między nami jest? Martwię się o nią, chcę ją chronić i dbać o jej dobro. Nie jestem jednak w stanie stwierdzić, czy ją kocham tak, jak Naharys kocha Pinę. To chyba jeszcze nie to, ale może niedługo. Na razie jest dobrze tak, jak jest. Na samo wspomnienie naszych idealnie zgranych ciał, dostałem przyjemnych dreszczy.
Chcąc nieco ochłonąć, ponownie spojrzałem na swoich przyjaciół, by dokładnie zapamiętać każdy szczegół. Chciałem wspominać tę imprezę jeszcze przez wiele lat, może nawet do później starości.
- Wyglądają razem cudownie. - odwróciłem wzrok od młodej pary, skupiając się na mojej towarzyszce. Była nieco zamyślona i nieobecna. Wszystko zaczęło się od wizyty u medyka. Nie chciała mi powiedzieć, co dokładnie się stało, ale jedno wiedziałem. Było to na tyle poważne, gdyż Tsumi ewidentnie traciła kontakt z rzeczywistością. Widziała, ale nie pamiętała. Piła, ale nie smakowała. Jakby była tu tylko ciałem. Każdą moją próbę poprawienia jej humoru, czy nawet moją troskę, zbywała. Dlatego starałem się nie wracać do tego, aczkolwiek martwiłem się o nią.
Nieznacznie kiwnąłem głową, posyłając jej przy tym perskie "oczko". W pełni zgadzałem się z jej słowami. Nasi przyjaciele stanowili nie tylko piękną, ale i cudowną parę. Niech im się wiedzie. Niech płodzą potomstwo i żyją w dostatku. Tego właśnie im życzyłem.
- Atrehu? - spojrzałem na Tsumi, która z delikatnym uśmiechem, rozglądała się na boki.
- Idę do nich. Jako mentalna siostra, muszę być blisko Piny. I nie chce mi się siedzieć tu jak kołek. - skrzywiłem się lekko na ostatnie zdanie, które mogła sobie jednak darować. Miała co nieco racji, gdyż rzeczywiście staliśmy jak kołki, podczas gdy inni tańcowali, pili i żartowali do rozpuchu. Odprowadziłem zatem wzrokiem tę słodkość, po czym rozglądnąłem się na boki.
Wolno sączyłem swojego drinka, co by mi zbyt szybko do głowy nie uderzył. Nigdy nie piłem, dlatego możliwość uchlania się po kilku kieliszkach była aż nadto pewna. Nie wiedziałem, w jaki sposób będę się zachowywał. Pamiętam jednak, co działo się z moim dawnym znajomym, który na urodzinach swojej kuzynki, upił się do nieprzytomności. Musieliśmy go z ekipą zaciągnąć siłą do jaskini, gdyż wariat kompletnie postradał zmysły. Nie dość, że z nami walczył, kiwając się na wszystkie strony, to jeszcze mówił dziwne rzeczy, które nie mieściły się w głowie. Kompletne bzdury i niezrozumiały bełkot. Do tej zwrócił zawartość swojego żołądka na posłanie, po czym w nim usnął. Przez miesiąc nikt się do niego nie zbliżał, a i on sam unikał kontaktów z innymi. Żenada...
Nie przepadałem za tego typu imprezami. Owszem, lubiłem towarzystwo, muzykę i wygibasy na parkiecie, ale nic tutaj nie przypominało spokojnej balangi. Każdy bawił się na swój sposób. Pary ocierały się o siebie w erotycznym tańcu, wszędzie było widać spocone i splecione ze sobą ciała biesiadujących. To one tak mnie fascynowały. Ponętne kształty piękny wader, wyginających się w rytm muzyki, wręcz ociekających seksem. I, mimo że żadna nie była mną zainteresowana, nie przeszkadzało mi to w gapieniu się na nie. Jedna z nich szczególnie zwróciła moją uwagę. Była to niewielka, biała niczym śnieg waderka o zielonych jak świeżo ścięta trawa oczach. Sama na parkiecie, gdyż odrzucała wszelkie zaloty i próby zaproszenia ją do tańca. Ona sama była sobie partnerem. Wywijała i ruszała się w magicznym tańcu. Szło się cudownie, wręcz nie mogłem odwrócić wzroku.
- Gdzie Tsumi? - wolno obróciłem się w stronę Lonyi, która z błogim uśmiechem przysiadła tuż obok. W jej łapce znajdował się trunek, aczkolwiek różnił się od mojego. Pachniał inaczej i miał inny kolor. Mój był niebieski, a jej ciemnobrązowy.
- Kto wie... może właśnie jest zadeptywana w tym tłumie.
- Powinieneś lepiej jej pilnować. - jej spojrzenie zrobiło się niezwykle figlarne. Ewidentnie robiła sobie żarty. W porządku, podejmę tę grę. - Z jej rozmiarami o to nie trudno.
- Jesteś niewiele wyższa od niej, może uda ci się ją wypatrzeć pod łapami zgromadzonych. - rzuciłem żartobliwie, taksując ją swoimi oczami. I tak jak już wcześniej mówiłem, była naprawdę niezwykle piękna. Na początku naszej znajomości nie widziałem w niej jednak kobiety, a zwyczajnie siostrę swojego przyjaciela. Teraz jednak sytuacja jest z grubsza inna. Jesteśmy sam na sam. No, może nie zupełnie, ale jednak nie ma nigdzie Naharys'a. I nie patrzę na nią pod pryzmatem swojego przyjaciela, a pod zupełnie innym kątem. Wiem, plecę już głupoty. Język mi się plączę, czuję, jak alkohol uderza mi do głowy. Byłem dość śmiały, chociaż ja chyba zawsze taki byłem.
- No, aż się prosisz o kopniaka. - ~ O Ty, Ty! Lisica mnie szturchnęła! Zaśmiałem się głośno, po czym teatralnie się ukłoniłem. Był to niezwykle subtelny gest, ale jednak oznaczał wiele.
- Pani wybaczy, nie zamierzałem urazić.
- W ramach przeprosin oferuję taniec. Prawdopodobnie to pozwoli Ci na odzyskanie mojej sympatii. - ~ T..taniec?! Ja nie umiem tańczyć! Znaczy, kiedyś się uczyłem, ale to było za szczeniaka. Teraz, po tylu latach miałbym ponownie to zrobić?
- Nie często mam okazję tańczyć. Wolę jednak tu posiedzieć. - próbując się jakoś wymigać, uśmiechnąłem się przepraszająco. Wadera jakby jednak tego widząc, perfidnie na mnie spojrzała.
- Nie wydziwiaj. Nie godzi się odmawiać waderze w potrzebie. - z uśmiechem oddaliła się, by po chwili wirować w tańcu w rytm muzyki. Ciało poruszało się z gracją i pewnością siebie. Puchate gony raz przeszywały powietrze niczym bicz, drugim zaś ocierały się o podłoże, wzbijając tumany kurzu. Były to raptem drobinki, tworząc wokół niej ala aureolę. ~ Zjawiskowe. - szepnąłem w myślach, oblizując przy tym pysk. Jej ruchy były płynne i zwinne, a przy tym tak kobiece i wyzywające. Właśnie, ostatnie określenie pasuje tu najbardziej. Wyzywające, a zwłaszcza w momencie, gdy odwróciła się w moją stroną z perfidnym uśmieszkiem. ~ A to przebiegła lisiczka! - pomyślałem ze śmiechem, nie spuszczając z niej oczu. Sam przed sobą musiałem przyznać, że wyglądała naprawdę kusząco. I tylko ślepiec by temu zaprzeczył. Co prawda nie wypada, ale przecież mam z nią tylko zatańczyć. To jeszcze nic nie znaczy, prawda? Przełknąłem ślinę, ruszając w jej kierunku. Kąciki jej warg uniosły się w górę. Wiedziała, wiedziała, że podejdę. W sumie, jak mógłbym nie podjąć się rzuconego mi wyzwania?
- Nie trzeba było Cię długo namawiać.
- Ktoś Cię musi pilnować. Lepiej, żeby i Ciebie nie zadeptano. - szepnąłem jej do ucha, pozwalając, by moje ciało samo prowadziło mnie w tańcu. Na początku szło mi raczej ślamazarnie, nie było co zaprzeczać. Mieszałem ruchy, acz nie wywróciłem się na piaszczystym podłożu ani nie nadepnąłem jej na łapę. Poza tym Lonya to wykwintnie wyrozumiała osoba. Cierpliwie znosiła błędy, które popełniałem. Nie poprawiała mnie, po prostu pozwoliła, bym oddał się całkowicie basom. Bym pozwolił im przejąć kontrolę. Wsłuchałem się, odpłynąłem. Wyluzowałem nieco, pozwalając sobie płynąć. Od razu widać było różnicę. Zmysłowo i erotycznie, coraz bardziej pozwalałem sobie na śmielsze ruchy. Ze zdziwieniem odkryłem, że idealnie się synchronizowaliśmy. Lonya to naprawdę cudowna tancerka. Pełna wdzięku i pasji, która mnie w niej pociągała. Do tego ten jej nieziemski zapach, przyjemnie drażniący wszystkie zmysły. Nasze ciała ocierały się o siebie delikatnie w rytm muzyki. Pieściłem opuszkami łap jej kark, plecy, schodząc kolistymi ruchami ku ogonowi. Pozwalała mi na to. Ba, sama zaczęła przesuwać łapą po mojej piersi i muskać mój pysk swymi ogonami, co rusz zahaczając o wystające wąsiki. Wszystko działo się jakby w zwolnionym tempie.
Nie wiedziałem, co to za piosenka, ale o dziwo potrafiłem się w nią wczuć. Nie dziwota, z taką partnerką to nietrudne. Uśmiechnąłem się tajemniczo, głęboko patrząc w jej oczy. Na chwilę znalazłem się jak gdyby nad Lonya. Niecny plan zagościł w moim umyśle. Wykorzystując tę sytuację, lekko podgryzłem jej płatek ucha, po czym syknąłem do jego wnętrza. Zadrżała, włoski na jej ciele najeżyły się, a oddech nieco przyśpieszył. Jej spojrzenie się zmieniło, stało się tak samo mętne, jak moje. Nie uzyskawszy odmowy, pozwoliłem, by mój język zahaczył o jej policzek. Nie chciałem poprzestać tylko na tym i coś czułem, że Lonya również. Potwierdziła swoje pragnienie, zerkając na moje usta. W jej źrenicach coś błysło, coś, co mnie przyciągało. Czas stanął w miejscu, miałem wrażenie, że jestem tylko ja i ona. Dwoje lisich mieszańców, splecionych ze sobą jak sznur. Otarłem się zmysłowo o jej bok, używając przy tym swoich elektrycznych mocy. Włoski stanęły jej lekko dęba, powodując przyjemne uczucie ciepła. Pozwoliłem, by prąd przebiegł wzdłuż jej kręgosłupa, aż po czubki puchatych ogonów. Jej zapach gwałtownie się zmienił, poczuła to. Jej ciało reagowało na moją bliskość, napięło się w oczekiwaniu. Dostrzegłem też wyraźnie rumieńce na policzkach. Przybliżyłem się jeszcze bardziej, zmniejszając tym odległość między nami. Patrzyła na mnie oczekująco. Była ciekawa, co zrobię i na co sobie pozwolę. Widziałem wyzwanie w jej oczach, dokładnie śledziła każdy mój ruch. Zamarła w oczekiwaniu. Przyciągaliśmy się jak dwa magnesy. Magnesy, które za chwilę połączy coś więcej, niż zwykły dotyk.
- Widzę, że zabawa się podoba. - oboje odskoczyliśmy od siebie gwałtownie, po czym odwróciliśmy się w stronę głosu. Niedaleko nas stał nie kto inny jak Romar wraz ze swoją żoną Eloney. Oboje uśmiechnięci od ucha do ucha, przyglądali nam się w skupieniu. Ojciec Lonyi z delikatną konsternacją, jakby wiedząc, co zamierzaliśmy właśnie zrobić, a raczej, do czego miało dojść. Nie wiedziałem, czy był bardziej zły, zaskoczony, czy zadowolony. Ciężko było to stwierdzić po jego minie. Nikt jednak nic nie powiedział, dlatego nieco uspokojony przysiadłem na ziemi. Lonya tymczasem podbiegła do swoich rodziców, tuląc ich do siebie mocno. Miałem jednak wrażenie, że nie są tu przez przypadek. Z jakiegoś niewyjaśnione dla mnie powodu, ponownie poczułem ten dziwny niepokój. Do tego sposób, w jaki na nas zerkali. No, głównie na mnie, bo ich spojrzenie na Lonyi się zmienia. Staje się ciepłe i takie wzruszone. Nie wiedziałem zatem, czy przypadkiem czegoś nie schrzaniłem. Owszem, przyłapali nas, ale przecież do niczego jeszcze nie doszło. W sensie nie pocałowaliśmy się, acz miałem na to ochotę od dłuższego czasu. Co nie zmienia faktu, że mogło im się to nie spodobać i dlatego nam przerwali, nim doszło do czynu. Mógłbym tak gdybać, ale i tak coś mi tu nie grało. To kolejny raz, gdy tak na mnie patrzą. Jakby coś o mnie wiedzieli, o coś mnie podejrzewali. To było jednak niemożliwe, nikt nie zna mojej przeszłości poza kilkoma wilkami z watahy. Jak mogłoby to wycieknąć, skoro ich tu nie ma?
- Bardzo. Dobry trunek, idealna muzyka i oczywiście towarzystwo pięknej pani. - przy ostatnim mój głos się nieco zmienił. Stał się miękki i kokieteryjny. Wyraźnie słychać było wciąż istniejącą chrypkę w gardle. Wypowiedziałem to zdanie, praktycznie mrucząc, ignorując natarczywy wzrok Romar'a. Spojrzałem na Lonye, która jakby wiedząc, o co mi chodzi, zaśmiała się wesoło. Wiedziała, że to tylko gra i podjęła ją.
- Potwierdzam. - uśmiechnęła się niewinnie w ich stronę i było to ostatnie, co nastąpiło. Nikt się nie odzywał, nikt nic nie mówił. Cisza stawała się powoli krępująca. Patrzyliśmy tylko na siebie, ale nie mogąc tego wytrzymać, podrapałem się za uchem i jakby nerwowo zaśmiałem.
- Więc... Co was do nas sprowadza? - Pytanie zawisło w powietrzu, lecz nie od razu otrzymałem na nie odpowiedź. Na początku Romar i Eloney zerknęli na siebie, jakby potwierdzając, czy na pewno chcą coś zrobić. Przełknąłem gule w gardle, obawiając się tego.
- Ehm... tak, w sumie to tak. Tylko... - basior zacinał się, niepewny tego, co chce powiedzieć. Na pomoc przyszła mu jego żona.
- Czy Twoja rodzicielka nie ma czasem na imię Loravani? - tym razem to mnie kompletnie zatkało. Skąd oni wiedzieli? Skąd znali moją matkę? Czego chcieli? Dlaczego i po co tu przyszli? W pierwszej chwili nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Chciałem potwierdzić, ale mój pysk otwierał się, to zaraz zamykał. W końcu warknąłem na siebie w myślach, przywołując tym samym do porządku.
- Owszem, tak właśnie jej na imię. Skąd ją znacie?
- My... to znaczy. Jesteś jej pierwszy synem? - Lonya patrzyła na nich kompletnie zdezorientowana. Ja krótko mówiąc, także. Nie rozumiałem, o co tu chodziło i dlaczego wypytują o moją matkę.
- Nie, mam starszego brata Lupusa, który po śmierci naszego ojca, przejął jego stanowisko.
- Po śmierci waszego ojca. - Tym razem to oni wyglądali na zdezorientowanych. A im głębiej w las, tym sytuacja stawała się nie do zniesienia. W końcu nie wytrzymałem.
- Przepraszam, ale czy możecie przestać bawić się w te słowne przepychanki i wyjaśnić, skąd znacie moją matkę i dlaczego tak...
- Loravani pochodzi z naszej watahy. - gdyby oczy mogły wyjść z orbit, z pewnością byłyby już gdzieś na drodze mlecznej, wielkie jak spodki.
- Ehm... co? - Eloney westchnęła ciężko, po czym zaproponowała, byśmy odeszli kawałek dalej i porozmawiali. Jak zahipnotyzowany szedłem za nimi, nie bardzo rozumiejąc, co tu się właśnie odwaliło. Co mieli na myśli, że moja matka jest stąd? W sensie wiedziałem, że mama nie urodziła się w Sol Rojo, ale nigdy bym nie przypuszczał, że może pochodzić z watahy Naharysa.

*

Para zatrzymała się pod wielkim dębem, które konary uginały się pod naporem wiosennych liści. Dopiero teraz zwróciłem uwagę na ten drobny szczegół. Było zdecydowanie cieplej, niż kiedy opuściliśmy terytorium watahy. Z tego, co pamiętałem, była wtedy końcówka jesieni. Pierwsze płatki śniegu zaczynały dopiero opadać na naszą krainę. Tu natomiast była już wiosna, ale to nie możliwe, byśmy tak długo podróżowali. Jedyna opcja to taka, że leżą w innym równiku niż my i zimna skończyła się dużo szybciej. Nie wiedziałem zatem, co zastaniemy po powrocie.
- No dobrze, to może ja zacznę i wyjaśnię ci wszystko od podstaw. Prosiłabym, tylko abyś mi nie przerywał i cierpliwie wysłuchał wszystkiego do końca. - spojrzałem na Eloney, ale nie powiedziałem ani słowa. Zamiast tego kiwnąłem delikatnie głową, dając jej tym znać, że nie będę przeszkadzać. Lonya usadowiła się obok mnie i również nastawiła uszu. Wyglądało na to, że zrozumiała już po części, o czym będzie ta rozmowa. - Okey... Loravani urodziła się tutaj kilka wiosen temu i jest córką Embrion'a i Sol, których od dawna tu nie ma, bo opuścili watahę i zamieszkali na drugim krańcu kontynentu. - już chciałem przerwać, ale samica uciszyła mnie łapą. Do tego spojrzała na mnie karcąco, co wcale mi się nie spodobało. Nie byłem przecież małym szczeniakiem. - Nie spotkasz zatem swoich dziadków, ale uwież mi na słowo, nie chciałbyś mieć z nimi kontaktu.
- Dlaczego?
- Tego dowiesz się za chwilę, choć sam musisz odpowiedzieć sobie na to pytanie. Wracając jednak do temu. Nie wiem, czy wiesz, być może Lonya i Naharys opowiadali Ci o Alfie, który wcześniej sprawował tu władzę.
- Owszem, ponoć bardzo źle zarządzał sforą, wręcz ją tyranizował i robił, co chciał.
- Zgadza się. Miał też w zwyczaju wybierać partnerów dla wader, które wkroczyły według niego w wiek rozrodczy i siłą łączył ich w pary.
- Przymusowe śluby?! - myślałem, że takie rzeczy dzieją się tylko w opowieściach dla niegrzecznych dzieci, ale to była jawa, nie bajka. Koszmar. Powoli domyślałem się już, czego się zaraz dowiem,
- Twoja matka została przydzielona jednemu wojownikowi, który za nic zakazy i konstytucję.
- Nie rozumiem.
- Prawo stanowiło, że aż do oficjalnego ślubu samica miała pozostać czysta. - wyjaśniła Lonya, uśmiechając się blado. - Nikt nie mógł jej dotknąć, żaden samiec nie miał prawa jej posiąść. To samo dotyczyło przyszłego partnera. - ~ Hmm... Biel i czystość. Takie prawo ustalono dawno temu i większość władców się z tym zgadzała. Miało to zapobiec gwałtom, porwaniom i rozprzestrzenianiu się prostytucji. Samice były wydawane za mąż, często za dużo starszych od siebie samców. Miało to też podtekst polityczny, polegający na władzy, bo kto ma władzę, będzie w stanie zadbać o wszystkie potrzeby danej wybranki. Zapewni dobrobyt i jako osoba doświadczona, wdrąży w nadchodzące nowe, dorosłe życie. Były jednak tego minusy. O tym jednak za dużo musiałbym myśleć. Muszę się skupić na tu i teraz, by zrozumieć całą tę sytuację.
- W porządku, to ma sens. Jak zrozumiałem, moja matka została oddana jakiemuś gościowi, ale ten za nic miał prawo. Co macie na myśli?
- Abdul zgwałcił Loravani, nim Ci się oficjalnie połączyli. - z wrażenia aż wstrzymałem oddech i Lonya także. Romar natomiast spuścił wzrok i zrobił się jakby mniejszy. - Nie to jednak jest najgorsze. Zrobił to w czasie, gdy była uważana jeszcze za szczeniaka. I, mimo że nie była gotowa, zaszła w ciążę.
- Co takiego!? - tym razem podniosłem się do pozycji pionowej. Najeżony jak jeż, wyszczerzyłem swoje kły. Serce waliło mi w piersi, czułem potworny gniew. Jak on śmiał tknąć moją matkę?! Nie ważne, że nie było mnie wtedy na świecie, zajebie ścierwo, rozszarpie na kawałki! - Gdzie jest ten sukinsyn!?
- Nie żyje, został, jakby to powiedzieć, zdezintegrowany. - spojrzałem niezrozumiale, marszcząc przy tym brwi. - Uśmiercony w potworny sposób.
- Dostał to, na co zasłużył. - szepnąłem już nieco uspokojony. Sprawiedliwości stało się zadość... Moment! - Co? Czekaj, wróć. Moja matka była z nim w ciąży?! - dopiero teraz dotarł do mnie sens tych słów. To by znaczyło, że... Że Lupus nie jest dzieckiem mego ojca. Nie jest Alfą! Dlatego nie posiada głosu, stąd brak zdolności przywódczych. Jest tylko w połowie moim bratem...
- Tak... Loravani opuściła watahę tuż po tym, jak dowiedziała się o ciąży i ślad po niej zaginął.
- Wychodzi na to, że mój starszy brat nie powinien przejmować władzy nad watahą.
- Jaką watahą?
- Sol Rojo. - Romar nabrał głęboko powietrza, jakby od dłuższego czasu nie oddychał.
- Jesteś synem Aarona? - nie zdołałem nic powiedzieć, więc kiwnąłem tylko głową. - Wataha Sol Rojo była naszymi sprzymierzeńcami, a z samym Aaronem łączyła nas przyjaźń. Współczuję Ci jego straty, to był wielki przywódca.
- Dziękuję. - spuściłem głowę od natłoku myśli. Nie chciałem tu być, nie chciałem o tym wiedzieć. Jedyny plus z tego, że puzzle w tej popieprzonej układance, nareszcie zaczynają do siebie pasować. Nadal jednak wciąż mi coś nie pasowało.
- Jaka była moja matka? - zapytałem Eloney, uśmiechając się do niej blado.
- Cóż... nie byliśmy aż tak blisko, bym mogła to dokładnie stwierdzić. Wiem jednak, że wiele osób jej nie ufało, lubiła wodzić za nos i często kłamała. - przekrzywiłem głowę w bok, nieco oszołomiony. To nie był obraz, jaki zapamiętałem. - Nie wiem, co siedziało w jej głowie. Twoja reakcja jednak potwierdza, że zostałeś okłamany. Skoro Loravani wiedziała o ciąży, to dlaczego Twój brat jest przywódcą watahy, skoro nie jest synem Aarona. Co ty tu robisz Atrehu?
- Nie wiem... ja... to znaczy... - łzy napłynęły mi do oczu, ale nie chciałem, by ktoś je dostrzegł. Wciąż jednak widziałem spojrzenia całej watahy. Oskarżające, pełne frustracji i nienawiści.
- Aaron został ponoć zabity w swojej jaskini podczas snu przez kogoś z watahy. Gdzie w tym czasie była Loravani? - zerknąłem na Romar'a z nagłą konsternacją. To pytanie od dłuższego czasu krążyło mi po głowie.
- Była z nim... wi...musiała widzieć sprawcę, ale skoro tak, to dlaczego oskarżyła o to mnie!? - nastała dziwna cisza, przed którą wszyscy znowu wstrzymali oddechy. Dopiero potem zdałem sobie sprawę, że powiedziałem o kilka słów za dużo.
- Nie, Atrehu. Nie ty jesteś mordercą. - spojrzałem na matkę Lonyi jakby nieobecny. Wierzyła w moją niewinność? - Twoja dusza, choć zraniona, nie ma w sobie ciemności. Jest czysta. Gdybyś to ty zabił, z pewnością nie reagowałbyś w ten sposób. Nie brałbyś tego za coś wielkiego i nie przejmowałbyś się losem swojej matki. Wierzymy, że jesteś niewinny.
- Dziękuję. - szepnąłem wzruszony, nie ukrywając już łez. Choć żadna nie opuściła moich oczu, oni widzieli. Eloney podeszła do mnie, zamykając mnie w swym uścisku. Wtuliłem się w nią. Tak mi tego brakowało. Lubiłem to ciepło, które emanuje od matek. Mimo że Eloney nie jest moją mamą, to poczułem miłość, jaką tylko mamy mogą ofiarować. Po dłuższej chwili się odsunąłem.
- Co zamierzasz?
- Jeszcze nie wiem, muszę to wszystko przemyśleć. - uśmiechnąłem się już uspokojony, po czym wyprostowałem dumnie plecy. Byłem Alfą, synem Aaarona z watahy Sol Rojo. Nawet jeśli nie zamierzałem walczyć z bratem o to, co mi się należy, zamierzałem doprowadzić tę sprawę do końca.
Rodzice Lonyi zostawili nas samych. Musieli wrócić do reszty, by doglądać porządków. Stałem na skarpie, z dala od wścibskich spojrzeń innych. Zamyślony wpatrywałem się w okrągły księżyc, jasno oświetlający okolicę.
- Atrehu? - odwróciłem się powoli w stronę mojej towarzyszki.
- Wybacz, nie jestem w nastroju do świętowania i nie wiem, czy będę dobrym kompanem na zabawie.
- W porządku, nie przejmuj się. - uśmiechnęła się delikatnie, po czym przysiadła tuż obok mnie. Stykaliśmy się barkami, co było niezwykle intymne dla nas obu. Powietrze było wręcz nasycone elektrycznością, która między nami przepływała. Żadno z nas nic jednak nie mówiło. Zamiast tego obserwowaliśmy zabawę w dole, która rozkręciła się na dobre. Pijani, rozweseleni biesiadnicy nie widzieli już nic poza swoim trunkiem. Tańczące pary wyginały się w czymś, co miało chyba przypominać taniec, lecz z tej perspektywy, wyglądało to raczej dość zabawnie. Parsknąłem śmiechem, dostrzegając kiwającego się na boki samca.
W pewnym momencie Lonya niespodziewanie przytuliła się do mej piersi. Wyglądało to tak, jakby układała się do snu, a miałem być jej prywatną poduszką. Była tak blisko, że mogłem poczuć jej zapach. W moje nozdrza wdarła się woń cytryny, ale nie to mnie tak zaciekawiło. Wcześniej zdawało mi się, że czułem cytrusy. Teraz jednak udało mi się rozpoznać brzoskwinie i jabłko. Gdzieś w tym wszystkim znalazła się również nutka mięty. Lonya pachniała jak herbata! Aromatyczna herbata, która koiła wszystkie zmysły. Może to głupie, ale właśnie przez jej woń, zacząłem się nagle łasić. Otarłem się o jej łeb, liżąc ją za uszami. Odchyliła delikatnie głowę, dając mi tym samym lepszy dostęp. Czule obejmowałem jej ciało. Chciałem, by była blisko.
- Wiesz, Atrehu... - spojrzenie, jakim mnie obdarzyła, nie widziałem u niej nigdy. Jej oczy były tak samo zamglone. I może tym razem, nikt nam nie przeszkodzi. - pomyślałem, wpatrując się w jej usta. Ona ma zdecydować, czy tego chce.

Lonya? Wybacz, że tak długo. Sama widzisz, nadmiar weny♥

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 6198
Ilość zdobytych PD: 3099 + 60% (1859 PD) za długość powyżej 6000 słów.
Obecny stan: 4958

czwartek, 6 stycznia 2022

Od Lonyi c.d Piny/ Naharys'a / Artehu i Tsumi ~ Czas poznać teściów

Gdy tylko strażnicy przepuścili nas na tereny naszej siedziby, wspomnienia momentalnie uderzyły w serce. Wilki, które znaliśmy nawet przed szkoleniem bojowym, teraz same ich udzielały lub wykorzystywały zdobytą wiedzę, by chronić tych, którzy dopiero odkrywają swoją siłę. Starsza, szara wadera z czerwonymi malunkami na pysku, bacznie przyglądała się młodym adeptom, ćwiczącym znane nam sekwencje walki. Jette, bo tak zwała się owa wilczyca z kamienną twarzą, poprawiała błędy młodzików, pozwalając sobie jedynie na serdeczne skinienie głową na nasz widok. Kilka wiosen temu to właśnie ona poprawiała moje ułożenie łap, czy też postawę Exana, by mógł lepiej wykorzystać swój potencjał.
Piwne oczy Jette odprowadzały nas przez ułamek sekundy, zanim jeden z młodych basiorów nie przywołała swej instruktorki karygodnym rozstawem kończyn.
Każdy wilk, którego mijaliśmy, skinął łbem na nasz widok, posyłając nam słowa powitania znane za czasów bogów, gdy Ci jeszcze stąpali po naszych ziemiach.
***
Tuż po spotkaniu z rodziną, odłączyłam się od grupy, tłumacząc się przygotowaniami na biesiadę, wyprawioną na cześć zaręczyn Exana i Piny. Ci i tak byli za bardzo pochłonięci swoim towarzystwem, by zauważyć, chociażby meteoryt uderzający tuż obok nich, a Artehu i Tsumi... cóż, chyba wiem, co planują, także mam nadzieję, że tym razem nikt im nie przeszkodzi. Nim jednak miałam przyjemność zająć się swoimi sprawami prywatnymi nie mogło się obejść bez spotkania z kilkoma towarzyszami z dzieciństwa.
Celem mojej podróży stała się rozłożysta wierzba rozścielająca parasol podłużnych liści wiele metrów nad ziemią. Miejsce to zawsze było ciche, pozbawione zbędnych gapiów.
Moje oczy przeczesały teren pokryty kamieniami ułożonymi w równych odstępach. Przy niektórych leżały polne kwiaty, świadczących, że pamięć o niektórych wojownikach nadal iskrzy się w sercach tych, którzy zawdzięczają im dostatnie życie.
Dreptałam wzdłuż jednego z rzędów, studiując dokładnie wyryte na nich nazwy.
- Kopę lat, Philis. - przysiadłam przy jednym z kamieni, wcześniej studiując wyryty na nim napis.
Ciężko było wyzbyć się chęci odwiedzenia dawnej towarzyszki i podzielenia się swoją historią od czasu ostatniego spotkania. Ta już dawno zajęła chwalebne miejsce spoczynku po stoczeniu swojej ostatniej bitwy. Nim jednak do tego doszło, zyskała sobie sympatię wielu członków watahy. Często wystawiała swoje zdolności bojowe na próbę, stając do walki z wieloma zasłużonymi wilkami, nie kiedy wygrywając starcie.
Pomimo wielkiego serca do bitw, nie szczędziła sobie okazji do zabaw, także i w tym wypadku pewnie byłaby pierwsza na placu, zanim płomień będący świadkiem wielu biesiad został wzniecony. Wystarczyło zaledwie kilka łyków wcześniej podkradzionego trunku, by zacząć wirować w rytm pieśni wojennych, najczęściej śpiewanych przez połowę stada, podczas gdy druga połowa z większą chęcią oddawała się tańcom. Na samą myśl moje ogony zaczęły merdać jak u rozbrykanego szczeniaka.
Słońce leniwie opadało ku horyzontowi, wyznaczając wilkom czas do rozpoczęcia zabawy z okazji zaręczyn Piny i mojego brata. Nim zapadnie zmrok, miną jeszcze ze 3 godziny, a wtedy zabawa rozpocznie się na dobre.
Nie zwlekając, ruszyłam w stronę placu, zahaczając o odległą część lasu, znajdującą się nieopodal mokradeł. Wilgoć i miękka ziemia są idealnymi warunkami do rozwoju wisterii. Długie pnącza udekorowane białumi, bądź fioletowo. - błękitnymi kwiatami, rozsiane były jak okiem sięgnąc. Nie zwlekałam długo z zerwaniem kilku z nich, aby chwilę później założyć jeden z "bukietów" za prawe ucho.
Po co mi on? Odpowiedź jest prosta i udzieliłam jej Tsumi i Artehu, na których wpadłam w połowie drogi.
- To nasz zwyczaj, znany jeszcze z naszych szczenięcych lat. Podczas przyjęć z okazji zaręczyn wadery przyozdabiają swoje głowy kwiatem. Natomiast przyszłe panny młode otrzymują bogato zdobiony wianek. Zapewne Naharys nie wspomniał wam o tym, prawda?
- Musiało mu wypaść z głowy. - Tsumi zaśmiała się delikatnie.
Wręczyłam waderze jeden z pąków, pozwalając jej na podjęcie decyzji o założeniu go, czy też woli się obejść bez niego.
Z każdą chwilą coraz więcej wilków gromadziło się w miejscu zabawy, czekając na młodą parę, bowiem ta pojawia się tuż po zmroku. Kilka wader radośnie świergoliło przy stole, rozprawiając o wianku i dopieszczając jego wykończenie, ojciec otoczony grupką wilków rozprawiał o czymś energicznie, a jeszcze inni członkowie zaczepiali to Tsumi, to Artehu, wypytując ich o to jak podoba im się owy teren, co jakiś czas zadając pytania dotyczące watahy Rene.
Jeden ze śmiałków nawet odważył się zaproponować przyjacielską potyczkę Artehu, jednak ten nie zdążył odpowiedzieć, bo Exan wraz z Piną pojawili się w zasięgu wzroku pierwszych wilków, a te rozpoczęły wiwatowanie, które jak fala ruszyła w głąb tłumu, docierając i do nas. Zaręczeni stanęli tuż przy wielkim palenisku.
Ramar wygłosił krótką przemowę, dając wilkom okazję do podniesienia pierwszego kielicha. Drugi został wzniesiony zaraz po tym, gdy nasi rodzice wraz z Exanem jak nakazał zwyczaj, wzniecili ogień, który nie potrzebował wiele czasu, by wspiąć się na kilka metrów. Głowa Piny została przyozdobiona wiankiem, co było znakiem, że zabawa rozpoczęła się na dobre. Muzyka rozbrzmiała, wino coraz szybciej znikało z kielichów zebranych, a co za tym idzie, coraz więcej śmiałków odważyło się ponieść tańcom.
- Stało się. Zostałaś podstępnie zwabiona w sidła naszej rodziny. Nie ma już odwrotu Siostr. o- rzuciłam do Piny.
- Nie mam zamiaru uciekać. - odparła, wtulając się w mojego brata.
- Lepiej tego nie rób, bo znam kilku dobrych tropicieli. - Exan zagroził jej żartobliwie, za co dostał pstryczka w nos.
Wkrótce Asdan dołączył do naszej trojki, rzucają się na Naharysa z radosnym okrzykiem.
Ten widocznie spożył sporo trunku, jednak nie ma się mu co dziwić. Wkrótce zostanie ojcem, a więc i okazji do zabaw będzie miał znacznie mniej. Bracia ruszyli w stronę stołu z jadłem, otaczając białą waderę należytą opieką. Kiedy zniknęli w tłumie, mój wzrok utknął na Artehu, który bez nadzoru swojej wybranki wręcz rozbierał wzrokiem samice, sącząc przy tym trunek.
- Gdzie Tsumi?- przysiadłam się do rudego basiora, dołączając się do picia.
- Kto wie... może właśnie jest zadeptywana w tym tłumie. - rzucił żartobliwie
- Powinieneś lepiej jej pilnować. Z jej rozmiarami o to nie trudno. - parsknęłam śmiechem.
- Jesteś niewiele wyższa od niej, może uda ci się ją wypatrzeć pod łapami zgromadzonych.
- No, aż się prosisz o kopniaka. - szturchnęłam go lekko, na co ten się zaśmiał.
- Pani wybaczy, nie zamierzałem urazić. - rzucił ze scenicznym dygnięciem.
- W ramach przeprosin oferuję taniec. Prawdopodobnie to pozwoli Ci na odzyskanie mojej sympatii.
- Nie często mam okazję tańczyć. Wolę jednak tu posiedzieć.
- Nie wydziwiaj. Nie godzi się odmawiać waderze w potrzebie.
Basior nie wyglądał na przekonanego, toteż oddaliłam się nieznacznie od towarzysza pozwalając sobie na samotny taniec. Poruszałam się delikatnie w rytm muzyki, zamiatając ogonami w powietrzu i perfidnie wpatrując się w oczy Artehu. Lepiej wychodzi mi składanie kości, jak taniec, jednak to wystarczyło, aby po chwili pojawił się koło mnie z wyraźnym zadowoleniem.
- Nie trzeba było Cię długo namawiać.
- Ktoś Cię musi pilnować. Lepiej, żeby i Ciebie nie zadeptano.
Pokręciłam jedynie głową, oddając się coraz śmielej tańcom. Zresztą i nie tylko ja pozwalałam sobie na coraz odważniejsze ruchy.

<Artehu? Sory, brak weny >

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1099
Ilość zdobytych PD: 549 + 5% (27PD) za długość powyżej 1000 słów
Obecny stan: 576

niedziela, 26 grudnia 2021

Od Piny c.d Naharys'a/ Atrehu/ Lonyi i Tsumi ~ "Czas poznać teściów"

Chociaż podróż wydawała się jednocześnie dłużyć i mknąć w mgnieniu oka, Pina głównie spędzała ją u boku ukochanego lub na jego grzbiecie, w znacznie mniejszym stopniu z innymi, nawet z Tsumi. Więź z Naharysem była o wiele głębsza i silniejsza niż z jej duchową siostrą, jednak ta nie uważała tego, za co złego, wręcz przeciwnie. Stanowili świeży związek, zatem mieli całkowite prawdo gruchać sobie do obrzydzenia innych i nie widzieć świata poza sobą. Naturalnie, stresowała ją wizja poznania nie tylko jego rodzinnej watahy, ale również, co gorsze, jego rodziców. W takich chwilach odczuwała zdołowanie i niepewność, ponieważ sama została wychowana od maleńkości przez swoich dwóch starszych braci, zatem była w tym temacie równie zielona co dojrzały groszek.
Jak się okazało, niepokój był zbędny, natychmiast została ciepło przyjęta przez jego rodziców do rodziny oraz zgromadzenia, zwłaszcza przez wojowniczki, najpewniej przez jej wygląd. Znacznie wyższe samice ledwo co ją dopadły, zaraz zamknęły w swoim kręgu i radośnie śpiewając, nawet nie wiadomo jakie melodie, każda dawała na jej głowę jakiegoś kolorowego kwiatka, by wkrótce jedna z nich, najwyraźniej najwyższą rangą, zabrawszy wszystkie kwiaty i zręcznym ruchem je powiązała, by zaraz na głowie niskiej wadery spoczywał piękny kolorowy wianek.
Jedyne, o czym myślała to to, jak bardzo teraz przypominały jej Letho i Adgura, zupełnie jakby miała ich żeńskie wersje przed sobą.
Nadejście białego postawnego basiora nieco zmieniło ich zachowanie, ponieważ zaraz dopadły go i po zamknięciu go w kręgu z nich, zaczęły go prowadzić do niej podczas wyśpiewywania głośno miłosnych utworów. Chyba oczywistym ruchem z jego strony było to, iż pocałował z uczuciem swoją ukochaną i to przy ich ucieszenie oraz pozostałych samic.
- Mówiłem, że od razu cię pokochają. - wyszeptał jej czule do ucha. W odpowiedzi wtuliła się w jego futro na klatce. Nawet nie musiała się rozglądać, by wiedzieć, że obserwatorzy tego obrazka mieli raczej chwilę rozczulenia. - Moja matka już cię widzi jak własną rodowitą córkę, podobnie jak ojciec. Teraz wszyscy będą się o ciebie troszczyć i walczyć.
- Powiadasz, że nie ma odwrotu?- Spytała się, żartobliwie spoglądając na niego. Rozbawiony pokręcił głową.
- Pamiętaj, ostrzegałem cię, co cię czeka po związaniu się ze mną.
- Mogłam o tym zapomnieć. - udała rozmarzenie, by zaraz się wspólnie roześmiać. Korzystając z okazji, ze towarzystwo na chwilę miało odwróconą uwagę, zwróciła się do niego cicho. - Możesz mnie zaprowadzić do waszego medyka? Lonya gdzieś zniknęła.
- Źle się czujesz? - Zapytał się zmartwiony po usłyszeniu jej prośby.
- Możliwie to tylko chwilowe osłabienie na zmianę otoczenia. Wiesz, małe ciało i duże z nim problemy. - dodała w celu rozluźnienia napięcia wynikającej z krótkiej rozmowy. Basior kiwnął głową i krokiem przystosowanym do prędkości samicy, poprowadził ją do szukanego zakątka. Ku ich zdumieniu, już tam znajdowała się Tsumi, w trakcie oględzin przez wilka. Ach, sama też coś wspomniała po śniadaniu, że czuje się nieco pozbawiona sił, chociaż trzymała się o niebo lepiej niż jej przyjaciółka.
Podczas zwięzłego przedstawienia celu swej wizyty przez fioletowooką, Naharys na chwilę opuścił jej bok, aby po kilku minutach wrócić z zatroskanymi rodzicami, najpewniej usłyszawszy od niego o nieco gorszej formie ich nowej córce. Zastał ich całkiem ciekawy widok: Tsumi poważna, acz z dziwnym małym uśmieszkiem, który niekoniecznie wydawał się promienistym i Pina, będąca w lekkim szoku, jakby jeszcze układała myśli.
- Co im dolega? - Zapytała się zatroskana biała samica. Medyk spojrzał na nich, podobnie jak wolno wstająca z posłania Pina, podczas gdy Tsumi zgrabnie opuściła ich po uprzejmym kiwnięciu głową.
- To żadna choroba, nie ma wątpliwości. Same szczęśliwe wieści.
W tej samej chwili Pina uniosła wzrok i uśmiechnęła się niepewnie w stronę ukochanego, kładąc łapkę na brzuch.
- Będziemy mieli szczenięta! - powiedziała z nutą niepokoju, gdyż jakaś część mówiła jej, że nie chce mieć z nią młodych. - Jestem w ciąży. Tsumi także.

Lonya, twoja kolej <3

PODSUMOWANIE 
Ilość napisanych słów: 609
Ilość zdobytych PD: 305
Obecny stan: 305

niedziela, 12 grudnia 2021

Od Naharysa c.d / Atrehu / Piny/ Tsumi i Lonyi ~ Czas poznać teściów

Obudziło go głośne ziewanie jego partnerki, ale mimo wszystko, czuł się wypoczęty za wszystkie czasy. U boku tak wspaniałej wadery, jak Pina, wszystko wydawało się piękne. Złożył na jej policzku czuły pocałunek na dzień dobry, a ona zaś zareagowała przyjemnym mruknięciem.
- Wyspana? - mruknął jej do ucha dość uwodzicielskim tonem.
- Jak nigdy. Tylko ból w łapach pozostał po wczorajszym.
- Jak chcesz, mogę cię wziąć na barana, moja panno.
Ich śmiech odbił się od ścian jaskini, ale w tamtym momencie zorientowali się, że zostali sami wśród dziwnych, jaskiniowych kryształów, emitujących intensywnie światłem własnym. Rozejrzeli się dookoła, powstali, przeciągnęli się leniwie, ziewając głośno. W tamtym momencie z ciemnej odnogi jaskini wyłoniła się Lonya z grymasem konsternacji na pysku. -No już myślałem, że nas zostawiliście- Zerknął Naharys na Lonyę z widocznym uśmiechem, ignorując jej wyraz pyska, który zmienił się momentalnie. Odwzajemniła uśmiech, a Pina spojrzała zaś na nią pytająco.
- Gdzie tamta dwójka?
- Penetrują... jaskinię. - Zaśmiała się, jednocześnie Naharys zauważył, że starała się, aby jej śmiech był naturalny, po czym domyślił się o jaką "penetrację" chodziło Lonyi.
- Skoro już nie śpimy, może też nieco pozwiedzamy? Żal nie skorzystać z takiej okazji. - powiedział uśmiechem Naharys,
- Wiecie co... może poczekajmy tutaj na Tsumi i Atrehu?
- Są dorośli, chyba nie potrzebują naszej opieki. - Pina spojrzała na Lonyę zdumiona.
-Niby tak, ale sama miałam przyjemność chwilę pozwiedzać. Jest tam masa korytarzy i myślę, że dobrze, gdybyśmy tu na nich poczekali. Lepiej, żeby żadne z nich nie wpadło na pomysł, aby szukać nas na zewnątrz. Deszcz nadal kropi, więc raczej nie będą się kierować tropem.
-Zaraz wrócimy, chcę tylko zobaczyć, co jest za rogiem- dodała Pina, próbując zaciągnąć ze sobą Naharysa.
-Uwierz mi, jeżeli zobaczysz co jest za rogiem, nie będziesz chciała szybko wracać. Jeśli myślisz, że tu jest ładnie, to jesteś w błędzie. Szczęka Ci opadnie.
- Komu opadnie szczęka? - zabrzmiał w głębi znajomy głos. Znaleźli się nasi zagubieni~ pomyślał Naharys. Atrehu wyłonił się z jaskini, jak zwykle tryskający energią i obłędną aurą, a za nim szła Tsumi - oboje byli dziwnie zadowoleni. Exan spojrzał na nich znacząco, domyślając się już niektórych rzeczy, jakie miał w zwyczaju robić Atrehu, gdy pozostawał sam na sam z waderą.
-Lonya właśnie opowiadała nam, co widziała we wnętrzu jaskini. Podobno obłędny widok.
Parka spojrzała pytająco na Lonyę.
- Łaziliście tam dłużej ode mnie i nie powiecie mi, że to, co tam zastaliście, nie było godne zapamiętania.
- A tak, masz rację! Tej nocy szybko nie zapomnę. - Tsumi zaśmiała się słodko. Exan dałby sobie łeb uciąć, że w tamtym momencie Tsumi puściła Lonyi oczko, co na swój sposób wyglądało przeuroczo.
Basior spojrzał na swą siostrę, uśmiechnął się figlarnie.
- Lonya, coście ćpali?
- O co ci chodzi? - odparła Lonya. - Po prostu widzieliśmy coś, co przykuło naszą uwagę, ale że wy słodko spaliście, więc nie mieliśmy serca was budzić.
- To może wybierzemy się tam w całą piątkę? - zaproponował, ale Atrehu szybko wtrącił, nerwowo myśląc nad argumentem, co utwierdziło w przekonaniu Exana, że basior coś kręcił. - To się pojawia tylko nocą.
~ Ta, jasne. Nie ze mną te numery, Romeo - pomyślał Naharys, śmiejąc się w głębi duszy.
- A mimo to, wyglądacie na wypoczętych. Dobra, nieważne. Idziemy dalej. Czeka nas jeszcze sporo drogi.
I z tymi słowy, wyszli z głębokiej i jakże urokliwej groty, aby ruszyć w dalszą drogę przez leśną knieję, pełną powykręcanych w dziwaczne pozy drzewa. - Pina przyglądała się każdemu drzewu z uwagą i ciekawością, bowiem wyznała Naharysowi, że pierwszy raz znalazła się w takim lesie. Przez środek lasu przepływała szeroka rzeka, a przybrzeżne kamienie zatrzymywały rozmokłe gałęzie i zgniłą roślinność. Naharys pamiętał, że w pobliżu był zawalony pień, służący podróżnym wilkom za most, na tyle długi, że bez problemu łączył oba brzegi. Naharys poszedł pierwszy, a za nim Lonya, która powiodła za sobą Pinę i Tsumi, natomiast kolumnę zamykał Atrehu. Szli gęsiego, powoli, a co niektórzy niepewnie spoglądali na spokojnie płynący nurt czystej, górskiej wody, jakby z jej głębin zaraz miał wydostać się jakaś bestia. Gdy przedostali się na drugi brzeg, Tsumi i Pina odetchnęły z ulgą, a Atrehu oświadczył.
- Ja chcę jeszcze raz! - entuzjastycznie uniósł uszy.
Naharys wiedział, że za ścianą lasu iglastego, u którego byli skraja, skrywała widoki typowo krajobrazu północy. Wysokie góry, rozległe fiordy i dzikie, surowe doliny, ale szkopuł był jeden. Przeprawa przez las wynosiła dzień drogi. Zadarł łeb w górę i wiedział już, że nadchodzi południe, więc przejście na drugą stronę lasu powinno im zająć do północy - o ile nie będą urządzać zbyt częstych przerw na popas. Był to las spokojny, więc poza tym, że po drodze mijali przeróżne stworzenia i wędrujące samotnie, bądź grupy wilków, nie wydarzyło się nic ciekawego, więc północ zastała ich bez jakichkolwiek komplikacji. Wyczerpani dotarli na drugi koniec skraju lasu, po czym nie szukając daleko, zasnęli w cieniu wysokiej sosny.
Sen dla Naharysa był nawet przyzwoity. Śniło mu się, że idzie przez ukwieconą łąkę, a na swym grzbiecie niesie śpiącą Pinę. Po chwili jego oczom ukazuje się źródełko, zasilane wodą rzeczną, a w centrum tego, na małej wysepce rosło sobie drzewo brzoskwiniowe. Różowe płatki kwiatu unosiły się na błękitnej wodzie, w której pływały sumy. Jeden z nich wynurzył swój wąsaty pyszczek, poruszył żuchwą, jakby chciał coś wyszeptać. Naharys nachylił się, aby posłuchać, ale nie dane mu było, gdyż prędko zbudziło go głośne ziewanie Atrehu.
- Jak daleko jeszcze? - spytał
- Już nie długo. Musimy jeszcze przejść przez las między fiordem, a potem pokonać samotne wrzosowisko. I w sumie... jesteśmy na miejscu.
Tak, jak powiedział, tak było. Centrum watahy znajdowało się u podnóża gór, a należące do niej granice, ogrodzone były naturalnym, skalistym murem. Minęli czuwających wartowników, którzy bez problemu przepuścili ich, gdy jeden z nich rozpoznał Naharysa i Lonyę - było to całkiem fajne uczucie, znów spotkać znajome pyski.
- Fajnie tu macie. - przyznał Atrehu, przyglądając się strażnikom, stojącym na skalnej półce i obserwującym okolicę. Szybko utwierdził się w tym przekonaniu, gdy natknął się na grupkę trenujących wojowniczek pod przywództwem tarczowniczki - największy zaszczyt i ranga dla wadery w tej watasze. Basior szybko przebierał wzrokiem po zgrabnych, poruszających się z gracją ciałach wader. Naharys zwrócił się do niego.
- To nasze najlepsze wojowniczki. Widzisz te ubarwienia na pysku albo udzie? To oznacza, że zasłużyły się w niejednej bitwie. Dlatego radzę ci, gdy przyjdzie ci do głowy zagadnąć którąś, trzymaj ptaszka na uwięzi, inaczej szybko go stracisz. - I z tymi słowy klepnął go przyjacielsko w bok, śmiejąc się wesoło.
- Wydają się odważne, twarde... - odezwał się po chwili.
- Nasi wojownicy są najlepsi. Wierzymy bowiem, że śmierć w trakcie walki, to śmierć chwalebna, zapewniająca nam miejsce w niebie, gdzie toczy się wieczna bitwa, a po niej, huczna impreza. Taka myśl sprawia, że nasi wojownicy nie boją się śmierci. A gdy ona nadejdzie, z pasją spoglądają jej w oczy.
- Ciekawe. - skomentował basior, przyglądając się niskiej, młodej, karmelowej waderze z czerwonymi symbolami na pysku, która trenowała z wysoką, szarą wojowniczką. Tsumi, widząc jego zafascynowanie ruchami karmelowej, zdzieliła go w tył głowy, przywołując tym samym do porządku.
- A gdzie mieszka wasz Alfa? - zapytała Pina.
Naharys odwrócił się do swej ukochanej i obdarzył miłym spojrzeniem.
- U nas nie włada Alfa. Władzę i obowiązki przywódcy obejmują generałowie, czyli moi i Lonyi rodzice.
- Czyli, że jesteś jakby synem Alfy? - zapytał Atrehu.
- Nie. Alfy mają w sobie coś, czego nie mają moi rodzice. Nie mają tego, co masz ty, Atrehu. Tej mocy, której używają Alfy, gdy przemawiają w stronę poddanych.
- Dlaczego więc nie ma u was Alfy?
- Bo poprzedni został zdetronizowany. - odpowiedziała Lonya. - Tyranizował i brutalnie zarządzał swą watahą. Uznawał, że jest ponad prawem, gdyż to on je ustala. A robił to tak, aby jemu było najłatwiej. W końcu wilki wkurzyły się, wzięły sprawy we własne łapy i zrzuciły Alfę z tronu, uważając go jednocześnie za niegodnego ich zaufania i poświęcenia. Pewnie teraz gdzieś jego dusza błąka się w czeluściach piekieł.
- Kurcze, wszystko jest tutaj takie różnorodne. - powiedział zafascynowany Atrehu.
Naharys, idąc przodem, minął miejsce, gdzie ciężarne wadery były objęte czułą opieką watahy, pilnując aby nic im nie zabrakło - Wataha ta dbała o swe dzieci, nawet te, co jeszcze się nie narodziły. A potem obrali kierunek na kwaterę główną wojowników, gdzie zazwyczaj przebywali dowódcy - w tym jego rodzice. Na widok rosłego, dobrze zbudowanego basiora o brązowej sierści, Naharys mimowolnie uśmiechnął się szeroko. Ojciec nie wierząc własnym oczom, podbiegł do nich i jednym, mocnym chwytem, mogącym złamać niedźwiedzią kość, uścisnął syna i przybraną córkę, a następnie zmierzył pozostałych dość ciekawym wzrokiem.
- Miło was widzieć, moje dzieci. Kogo do nas przyprowadziłeś? - zapytał, zatrzymując wzrok na Pinie, która nieśmiało wbiła wzrok we własne łapy, zalewając się mocnym rumieńcem.
- Tato, chciałbym ci przedstawić moją elskerine. Moją ukochaną Pinę.
Ojciec ponownie przyjrzał się niskiej waderze, a na jego pysku pojawił się grymas ciepłego szczęścia i czułości, a następnie przywołał do siebie Eloney - Rodzicielka Exana i przybrana matka Lonyi. Pina z podziwem w oczach obserwowała przepełniony gracją chód śnieżnej wadery i zrozumiała już, po kim jej ukochany odziedziczył kolor sierści.
- Czy ty aby nie jesteś za młoda na naszego syna, Pino?- zwróciła się Eloney do Piny, po wstępnym powitaniu.
- Mamo, może przez jej wzrost wygląda, jak wygląda, ale daje wam słowo, że to dorosła i dojrzała wadera.
Rodzice pomimo tego, zaśmiali się głośno, ale nie miało to na celu zadrwienia z Piny, lecz okazać, iż pomimo ciężkiego charakteru, potrafią okazać radość.
- Pino - Eloney zwróciła się do Piny łagodnym, matczynym tonem. - Czy nasz syn jest dla ciebie dobry?
- Cóż... - zaczęła niska wadera, nie bardzo wiedząc, co w stresie powiedzieć. - On... Exan, jest dla mnie najlepszy... traktuje mnie z szacunkiem.
- Jak na wojownika przystało. - odparł Ramar. - A czy ona dla ciebie jest dobra, Exan?
- Codziennie dziękuję bogom, że ją mam. - odpowiedział z pasją Naharys. - Jest kochana.
Trójka w milczeniu przyglądała się tej sytuacji - Eloney, aby błogosławić nowej członkini rodziny, złożyła jej ciepły pocałunek w czoło, a Ramar zaś na znak pokoju i szacunku, naznaczył jej policzki niebieską farbą.
- Witaj w rodzinie, moja droga! - oświadczyła Eloney, a Ramar uśmiechnął się szeroko.
A potem już poszło gładko. Pina poznała mnóstwo znamienitych wojowniczek, otoczyły ją ciepłym towarzystwem, Atrehu i Tsumi pozwolono na zwiedzenie terenów watahy, a Naharys i Lonya mogli w spokoju nacieszyć się rodzinną atmosferą. Na treningu napotkali Asdana - ich starszego brata.
Naharys słyszał, że wzbił się na wyżyny swego stanowiska - w tym momencie uczył młodych wojowników podstaw bojowych i zwyczajów. Obok niego stała obca mu wadera o piaszczystej sierści, przez środek jej kręgosłupa przechodziła brązowa pręga, a policzki zaś zdobiły szkarłatne barwy. Spostrzegli, że była w ciąży.
- Bracie? - odezwali się jednocześnie.
Brązowy basior i jego towarzyszka odwrócili się nagle, szybko. Dla Asdana pewnie było zaskakującym przeżyciem, gdyż po tak sporym czasie w końcu ujrzał brata i przybraną siostrę całych i zdrowych.
- A więc zostałeś kapitanem?
- Tak. Poznajcie Miję, moją ukochaną. Za niedługo będziemy mieć swoje pociechy.
Naharys i Lonya przyjrzeli się waderze o nieśmiałym, ale łagodnym wyrazie pyszczka. I do tego mogła pochwalić się urodą. ~ Będzie z niej wspaniała matka. - Pomyślał Naharys.
Gdy Naharys wrócił do swej ukochanej, zobaczył, że na jej głowie spoczywał pokaźny i różnokolorowy wianek kwiatów, wydzielających przyjemne zapachy, a następnie wojowniczki otoczyły go szczelnym okręgiem i poprowadziły go ku Pinie, wyśpiewując głośno pieśni miłosne.

<Pina | Lonya | Tsumi | Atrehu?> Wiem, opowiadanie nie powala na kolana xD

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1822
Ilość zdobytych PD: 911 +5% (45 PD) za długość powyżej 1000 słów
Obecny stan: 956

piątek, 10 grudnia 2021

Od Lonyi c.d Artehu/ Naharys'a / Piny i Tsumi ~ Czas poznać teściów

Droga ciągnęła się jakby wieczność. Każdy krok przypominał o tym, jak daleką drogę przebyłam z bratem, by w końcu znaleźć swoje miejsce na tym dołującym padole życia. Spędziliśmy wiele tygodni w trasie, a teraz o ironio... Wracamy! W głębi serca czułam ulgę i radość na myśl o spotkaniu z najbliższymi. Chyba tylko to dawało mi siłę, aby na przemian przebierać łapami i wlec wycieńczone ciało dalej. Wszyscy szli w ciszy, chcąc całą energię skumulować w kończynach.
- Zrobimy może przerwę. - głos Artehu niespodziewanie wyrwał mnie z własnej głowy. Kątem oka zerknęłam na basiora, wręcz jak na bohatera. Jego bursztynowe oczy przyglądały się mojej sylwetce. Mimo prób zachowania pozorów niezwyciężonej zdawało się, iż wiedział, jak bardzo potrzebuję, chociaż chwilowego wytchnienia. Gdybym miała siłę, to pewnie wykrzesałabym cichy śmiech, widząc, jak wszyscy padają na ziemię w tym samym momencie. Przyglądałam się obydwu parom. - Naharys z Piną pomimo zmęczenia mieli siłę na żwawą konwersację, natomiast Artehu z Tsumi jak zawsze dogryzali sobie żartobliwie. Oni szczególnie wyglądali na dosyć intrygującą parę. Oczywiście nie ubliżając wybrance brata, ta dwójka tworzyła dosyć specyficzną aurę... niby wiele ich różniło, ale jednocześnie coś nie pozwalało im bez siebie egzystować. Fascynujące, zupełnie jak Philis i... Ech, nie będę więcej do tego wracać. Przeszłość służy tylko do tego, by wyciągać z niej lekcje i siłę.
Wszyscy zgodnie przystaliśmy na propozycje rudego samca o krótkiej drzemce, więc nie minął kwadrans kiedy cała czwórka smacznie spała, wtulona w partnerów. Ja w tym czasie leżałam, przyglądając się każdemu z osobna. Co jak co, ale odwykłam od sypiania pod gołym niebem. Złapałam się na tym, że mój wzrok zaskakująco długo wbity był w Artehu. Wyglądał, jakby nieco cierpiał, jednak zdawał się ignorować bolesny bodziec. Czemu akurat gapię się na niego? Może to dlatego, że tak jak ja dzieli los lisiego mieszańca. Ciekawe czy tak samo jak ja, miał spaprane dzieciństwo?
Bezszelestnie zbliżyłam się do śpiącej pary, próbując wybadać, skąd ta agonia.
- Atrehu? - rzuciłam niepewnie, patrząc wprost na zdezorientowanego samca
- O co chodzi?
- Mogę... To znaczy, czy mogę się położyć obok? - Konsternacja samca uświadomiła mi, jak bardzo moje pytanie było nie na miejscu. Trochę speszona nie wiedziałam jak z tego wybrnąć. - Jest naprawdę zimno...
Serio?! Nie mogłam wymyślić nic innego? Cóż za prostackie kłamstwo, aż walące po twarzy chęcią atencji.
- Pewnie. Śmiało. - Samiec zmienił nieco pozycję, robiąc mi miejsce tuż obok siebie.
Oby tylko Exan nie obudził się przed nami, bo ciężko będzie później się z tego wyłgać, kiedy ten wie, że nawet srogo minusowe temperatury nie robiły na mnie wrażenia, kiedy reszta rodziny nerwowo przebierała łapami, marząc o ciepłej jamie.
Nie mniej na moment delektowałam się tą krótką chwilą kontaktu fizycznego z innym wilkiem- krótką, bo nie trzeba było długo czekać, aż deszcz przeszkodzi nam w drzemce. Wszyscy przemoczeni, brnęliśmy za Artehu, który namierzył schronienie. Nie powiem, dostęp do jamy nie należał do najłatwiejszych, jednak po wejściu do niej mieliśmy pewność, że jesteśmy jedynymi żyjącymi osobnikami w tej części. Ten sektor był średniej wielkości ozdobiony kryształami mieniącymi się różnego rodzaju kolorami. Nikt z nas nie miał zamiaru penetrować dalszych korytarzy, toteż niedługo po wejściu każdy znalazł sobie skrawek podłogi i ponownie oddał się w ramiona Morfeusza. Ja ulokowałam się niedaleko wyjścia, pomiędzy kryształami dającymi kojący blask, a w akompaniamencie kropli deszczu uderzających o skały, nie można było odmówić sobie błogiego i przyjemnego snu. Trwał on dwie.. No może trzy godziny. Niespecjalnie miałam ochotę wnikać w szczegóły.
Rozejrzałam się po wnęce, sprawdzając, czy wszyscy moi towarzysze jeszcze śpią... Brakowało Artehu i Tsumi.
Zapewne postanowili zwiedzić jaskinię i dokładniej przyjrzeć się niecodziennym kamieniom. Sama nie mogąc przepuścić takiej okazji, ruszyłam jednym z korytarzy, podziwiając kolorowe instalacje świetlne.
- Co jest? - zastrzygłam uszami, słysząc jęki w głębi jamy. Kierując się źródłem dźwięku, błądziłam krętymi korytarzami, w końcu docierając do kolejnego sektora. Wyjrzałam zza zakrętu i to, co zobaczyły moje oczy... No tego się nie da odzobaczyć.
Stałam jak wryta z opuszczoną żuchwą, patrząc na powyginane ciała dwójki zakochanych, korzystających z chwili sam na sam. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, nie za bardzo wiedziałam, gdzie mam podziać oczy.
- Ty kretynko! Czemu po prostu się nie wycofałaś?! - skarciłam się w myślach. Dlaczego nie potrafię cofać czasu. Nerkę bym oddała, żeby to odzobaczyć i uniknąć tak niezręcznej atmosfery.
- Korytarz po twojej lewej. Idziesz kilka metrów do przodu, skręcasz zaś w lewo i cały czas prosto. Moja droga... trafisz sama, czy wolisz, żebyśmy Cię odprowadzili? - Artehu szybko odzyskał gardę i jak gdyby nigdy nic rozpoczął krótki instruktaż udania się do miejsca naszego spoczynku.
- Ja.. Nie przeszkadzajcie sobie.. Znaczy, tak pójdę... emmm... Dobranoc. - moje miotanie musiało wyglądać bardzo komicznie, bo gdy tylko zniknęłam za ścianą, cichy chichot Tsumi dotarł do moich uszu.
Całą drogę, próbowałam nie myśleć o tym, co właśnie zobaczyłam. Jak Artehu leżał na Tsumi i... Ku**a to jakiś żart? Po kiego ch**a ja tam poszłam? Parłam naprzód, nie do końca zwracając uwagę na drogę, toteż miałam więcej szczęścia jak rozumu, kiedy dojrzałam Naharysa i jego wybrankę, przeciągających się zaraz po przebudzeniu.
- No już myślałem, że nas zostawiliście. - brat zerknął na mnie z uśmiechem.
- Gdzie tamta dwójka? - Pina zerknęła na mnie pytająco, a ja ponownie miałam przyjemność odtworzyć sobie obrazy, które będą mnie zapewne prześladować do końca tej podróży.
- Penetrują... jaskinie. - zaśmiałam się, próbując być jak najbardziej naturalna.
- Skoro nie śpimy, może też nieco pozwiedzamy? Żal nie skorzystać z takiej okazji. - świetnie, oczywiście głos odkrywcy musiał odezwać się również w moim bracie.
Pina nie potrzebowała nawet mrugnąć, aby przystać na ten pomysł.
- Wiecie co... może poczekajmy tutaj na Tsumi i Artehu.
- Są dorośli, chyba nie potrzebują naszej opieki. - wadera spojrzała na mnie nieco zdumiona.
- Niby tak, ale sama miałam przyjemność chwilę pozwiedzać. Jest tam masa korytarzy i myślę, że dobrze, gdybyśmy tu na nich poczekali. Lepiej, żeby żadne z nich nie wpadło na pomysł, aby szukać nas na zewnątrz. Deszcz nadal kropi, więc raczej nie będą się kierować tropem.
- Zaraz wrócimy, chcę tylko zobaczyć, co jest za rogiem. - dodała Pina, ciągnąć swojego wybranka.
- Uwierz mi, jeżeli zobaczysz co jest za rogiem, nie będziesz chciała szybko wracać. Jeśli myślisz, że tu jest ładnie, to jesteś w błędzie. Szczęka Ci opadnie.
- Komu opadnie szczęka? - usłyszeliśmy w głębi znajomy głos. Artehu wyłonił się z ciemności wraz ze swoją wybranką. Obydwoje wyglądali na zadowolonych.
- Lonya właśnie opowiadała nam, co widziała we wnętrzu jaskini. Podobno obłędny widok.
Para, z którą związała mnie mała pikantna tajemnica, spojrzała na mnie pytająco, nie wiedząc ile, opowiedziałam bratu i mojej przyszłej siostrze.
- Łaziliście tam dłużej ode mnie i nie powiecie mi, że to co tam zastaliście, nie było godne zapamiętania.
- A tak, masz rację! Tej nocy szybko nie zapomnę. - Tsumi zaśmiała się słodko, puszczając mi oczko.

<Exan?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1097
Ilość zdobytych PD: 548+ 5% (27 PD) za długość powyżej 1000 słów
Obecny stan: 575

niedziela, 21 listopada 2021

Od Atrehu c.d Naharys'a / Lonyi / Piny i Tsumi ~ Czas poznać teściów [+18]

Na wszystkie świątynie Boże, nie spodziewałem się takiej propozycji ze strony Tsumi. Co prawda miałem cichą nadzieję, że już niebawem powtórzymy to, co robiliśmy zeszłej nocy. Spodziewałem się jednak, iż to ja będę musiał insynuować ową grę. Hm, nie doceniłem mojej partnerki, która najwidoczniej również miała na mnie ochotę. Ah, na samo wspomnienie wczorajszej nocy poczułem przyjemne ciarki, rozchodzące się wzdłuż kręgosłupa. Prąd przebiegł po całym moim ciele i zatrzymał się w dole brzucha, łaskocząc moje przyrodzenie. Jęknąłem w duchu, czując delikatny gorąc. Oj tak, temperatura mi skoczyła. Zamruczałem seksownie, oblizując swój pysk. Już ja dobrze wiedziałem, czego chciałem. Przygryzłem wnętrze policzka, skupiając swój wzrok na samicy. Jak tak dalej pójdzie, rzucę się na nią przy wszystkich. Tsumi musiała dostrzec iskierki w moich oczach, gdyż otarła się o mój bok. Głowę wtuliła w moją pierś, po czym ruszyła dalej, uprzednio głaszcząc mój nos swoim ogonem. Przez chwilę miałem nieziemski widok na jej kobiecość, a słodki zapach dotarł do moich nozdrzy, powodując zwód. ~ Nosz, dlaczego nie umiem nad tym panować?! - pomyślałem, spoglądając w ślad za waderą. ~ Przebiegła wilczyca, nie ma co. Doprowadziła mnie do tego stanu i zostawiła na pastwę losu. - Nie mogłem się tak pokazać innym, więc zakrywając się ogonem, poczekałem, aż mi przejdzie. Reszta ekipy zatrzymała się, spoglądając pytająco w moją stronę. Musiałem naprawdę dziwnie wyglądać. Siedząc, opatuliłem się ogonem jak kocykiem. Wziąłem głęboki oddech, wyrównałem go. Przymykając oczy, chłonąłem odgłosy natury. Cisza była błoga, acz dziwna, zważywszy na porę roku. Jesień miała się ku końcowi. Liście, całkowicie opadły z drzew, tworząc na ziemi stertę zgniłych kupek. Straciwszy kolory, przestały być tak piękne, jak jeszcze kilka tygodni temu. Chwilę to trwało, nim doszedłem do siebie na tyle, by nie było śladu po niedawnej wpadce.
- Potrzebujesz przerwy? - prychnąłem na słowa Naharys'a, który najwidoczniej bardzo dobrze się bawił moim kosztem. Sądząc po jego zawadiackim uśmiechu, domyślał się, co mi jest.
- Nie, nie potrzebuję przerwy. Co najwyżej czegoś na wstrzymanie. - rzuciłem te słowa lekkim tonem, chociaż w środku wciąż czułem żar. Minę miałem kwaśną jak cytryna, co tylko doprowadziło mojego przyjaciela do szczerego śmiechu. Dosłownie roześmiał mi się w pysk, łapą trzymając się za zapewne bolący brzuch.
- Oh, Atrehu, Atrehu. - basior pokręci łbem z rezygnacją, przysiadając naprzeciwko mnie. Wyglądałby nieco poważniej, gdyby nie zrobił tego tak teatralnie. Tymczasem klapnął na tyłek, aż kurz wzbił się w powietrze.
- Co? - nie do końca wiedziałem, o co mu chodzi, acz że się jawnie ze mnie nabija, tego byłem pewny. Świadczył o tym jego rozbawiony głos i zachowanie.
- Mamy z tobą istny Armagedon. - spojrzałem na niego z mordem w oczach, po czym oboje roześmialiśmy się głośno. Miał wszak rację.
- Nie zaprzeczę, aczkolwiek sami nie mamy z tobą lepiej. - pokazałem mu język, ruszając w stronę czekających wilków. Naharys prychnął tylko niby obrażony, dobiegając do mnie.
- Wszystko w porządku? - Tsumi uśmiechnęła się niewinnie, spoglądając mi głęboko w oczy. ~ Perfidna, słodka samiczka. Niech no tylko zostaniemy sami, już ja jej pokażę, czy wszystko w porządku. Oj tak, biedactwo dostanie za swoje, a jej jęki nie pozostawią złudzeń, jak jest jej dobrze.
- Tak, możemy ruszać dalej. - zakomunikowałem, ruszając żwawym krokiem. Mijając Tsumi, zamruczałem jej do ucha, uprzednio przygryzając jego płatek. Wadera zatrzymała się lekko zdezorientowana. Odwróciłem lekko głowę, posyłając jej szeroki uśmiech. ~ No co, niech wie, że też tak potrafię!

< Time speed ~ kilka długich godzin później. >
Nie, abym i w tej chwili narzekał na zmęczenie i ból w łapach, lecz nie spodziewałem się, aż tak męczącej drogi. Jeszcze tyle przed nami, a ja opadałem z sił. Zresztą widząc po minach wszystkich, oni również mają dość. Na domiar złego byliśmy głodni. Po drodze nie było zbytnio na co polować. Zwierzyna jakby zniknęła z powierzchni planety. Wiem, że brzmię jak zrzędliwy staruch i sam siebie mam dość, ale co poradzić. Pieczenie w opuszkach łap przybierało na sile. Auć, jak to boli!
- Zrobimy może przerwę? - spojrzałem na Lonyi'e, która z trudem stawiała kolejne kroki. Miała minę męczenniczki, która szukała schronienia, przedzierając się przez pustynie. Ten nieobecny wzrok, świadczący o kompletnym wypaleniu. Wiedziałem, że jest naprawdę twarda. Od dłuższego czasu starała się nie okazywać słabości, ale i ona osiągnęła swój limit. Przystanęliśmy zatem na chwilę, a raczej opadliśmy na ziemie, kładąc się na brudnej powierzchni. Obróciłem się na drugi bok i przypatrywałem się Pinie, która z błogim uśmiechem leżała na Naharys'ie jak na dywaniku. Zachichotałem na ten widok. Nagle nabrałem głęboko powietrza, gdy Tsumi nieoczekiwanie położyła się na mnie. Nie byłbym zły, gdyby zrobiła to delikatnie. Nie, ona dosłownie padła na mnie jak długa całym ciężarem swojego malutkiego ciałka. Zdałem sobie wówczas sprawę, że wadera naprawdę mało waży. Nie była wychudzona, ale no, jakoś tak mizernie wyglądała. Przytulając się do mnie, zamknęła swoje słodkie ślepia.
- Prześpijmy się, chociaż z godzinkę. - zaproponowałem, spoglądając na resztę. Mruknęli tylko z aprobatą, oddając się w objęcia Morfeusza. Opatuliłem siebie i Tsumi swoim puchatym ogonem, po czym zamknąłem powieki. Było mi niewygodnie, leżałem na czymś kłującym, lecz nie chciałem przeszkadzać śpiącej na mnie Tsumi.
- Atrehu? - otworzyłem ze zdziwieniem oczy, dostrzegając utkwione we mnie spojrzenie Lonyi.
- O co chodzi?
- Mogę... - przekręciłem łbem na bok, nie rozumiejąc. - To znaczy, czy mogę się położyć obok? - zastrzegłem uszami zdezorientowany. Tego się nie spodziewałem. Co prawda, nie znałem jej zbyt dobrze, ale z jakiegoś powodu miałem wrażenie, że unika zbliżeń. - Jest naprawdę zimno...
- Pewnie. Śmiało. - wadera uśmiechnęła się delikatnie, kładąc w niewielkiej odległości ode mnie. Była dużo mniejsza, więc bez problemu chroniłem ją swym ciałem przed złowieszczym wiatrem. Jej różowo-białe lisie futerko łaskotało mnie w nos. Mogłem poczuć jej delikatny zapach. Coś jak cytrusy z nutką mięty. Ciekawe połączenie. Pachniała tak... świeżo. Bardzo przyjemnie. Zaciągnąłem się tą wonią, zamykając oczy. Powoli odpływałem. Byłem tak blisko uśnięcia, gdy coś spadło na mój pysk. Pokręciłem łbem, ignorując ten drobny detal. Na próżno, gdyż po chwili ponownie tego doświadczyłem. Ja, jak i pozostali. Spojrzałem w zasnute burzowymi chmurami niebo, z którego spadały pierwsze krople wody. ~ Że co do ch*ja?
- No to pięknie, jeszcze deszczu nam tu brakowało! - wszyscy jak na komendę wstali, starając się zlokalizować schronienie. Pomruki niezadowolenia słychać było w próżni, w której się znajdowaliśmy. Była to jakaś duża polana. Pusta, bez ani jednego drzewka. W oddali majaczyły mi niewielkie góry, choć i tak trudno było coś dostrzec przez mgłę, unoszącą się delikatnie nad powierzchnią.
- Nosz cholera jasne, przeklęta pogoda. - Tsumi przylgnęła do mnie całym ciałem. Zdałem sobie wówczas sprawę, że wszyscy jesteśmy przemoczeni do suchej nitki. Dziewczyny trzęsły się jak osiki na wietrze. Było zimno, wiał nieprzyjemny wiatr, świszcząc i gwiżdżąc.
- Co robimy? - zapytał Naharys, zrównując się ze mną. Kątem oka spojrzałem na Pinę i Lony'ie. Patrzyły na mnie wyczekująco, tuląc się do siebie. Choć nie byłem ich alfą, to mnie pozostawili decyzję, więc to na mnie spoczywała odpowiedzialność za znalezienie schronienia. Tylko dlaczego ja? Nie, żebym nie był zadowolony, ale z drugiej strony nie rozumiałem. Szlag by to! Wziąłem głęboki oddech, zamykając oczy. Skupiłem się na swoich mocach. Mogłem się przenieść, gdzie tylko chciałem na niewielką odległość, ale nie mogłem przecież ich tu zostawić. Używając przestrzeni, skoncentrowałem się na otaczającej mnie krainie, starając się wychwycić cokolwiek. Zasięg moich zdolności był jednak niewielki. Miałem się już poddać, gdy nagle poczułem, jak cierpnie mi skóra, a dreszcz przebiega wzdłuż kręgosłupa. Próbowałem zlokalizować źródło. Z nieba wciąż lały się strumienie kropek wody. Musiałem się bardziej skupić. Wyciszyłem wszystkie dźwięki. Moja cierpliwość została nagrodzona. Poczułem zmianę prądów powietrza, a to oznaczało jedno — jaskinia!
- Idziemy dalej! - odpowiedziałam hardo, ruszając pewnym krokiem. Nikt się już nie odezwał i nie zakwestionował mojej decyzji. Biegliśmy przed siebie w stronę wysokiego pagórka, za którym o ile mnie moje moce nie zawiodły, powinna znajdować się grota. Strop był co prawda stromy, lecz za pomocą prędkości, udało nam się wdrapać. To znaczy mi i Naharysow'i, gdyż dziewczyny musieliśmy łapać w powietrzu i ciągnąć w górę. To jednak nie miało znaczenia. Nikt nie zwracał na to uwagi. Skupieni na celu, manewrowaliśmy teraz delikatnie w dół, gdzie ciutkę dalej, dało się dostrzec wejście. Wbiegliśmy do środka z takim impetem, jakby od tego zależało nasze życie. Zmęczeni weszliśmy głębiej, gdzie ciepło opatuliło nas swym płaszczem. Z błogimi uśmiechami, położyliśmy się na ziemi. Rozejrzałem się zaciekawiony. Wnętrze było w kształcie koła, z którego co kilka metrów odchodziły pojedyncze korytarze. Byłem ciekawy, dokąd prowadzą. Zmęczenie jednak było silniejsze.
- To dobranoc wam. - trzęsąc się delikatnie, przyciągnąłem do siebie Tsumi. Zasnąłem.

UWAGA, TREŚĆ TYLKO DLA DOROSŁYCH. CZYTASZ NA WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ♥

sobota, 23 października 2021

Od Tsumi c.d Piny, Atrehu, Naharys'a oraz Lonyi ~ Czas poznać teściów

Zawsze lubiła lekko drażnić basiorów, każdy tracił głowę dla jej flirciarskich psot. Potrafiła niemal każdego oczarować za wyznacznik, nie uważając to za nic złego. Dlaczego? Cały czas szukała w basiorach tej nienazwanej rzeczy, którą czuła u swoich rodziców. Powiedzieć, że była samiczym łamaczem serc, to nie byłby do końca trafiony punkt: fakt, flirtowała, ale nie znajdując tego czegoś, zawsze dawała jasno znaki, że nie będzie rozwinięcia akcji, lecz zawsze darzyła ciepłem każdego.
Atrehu był inny od pozostałych, to można było stwierdzić już na samym początku. Miał w sobie pewnego rodzaju płomień, przy którym nie szło przejść obojętnie. Był nie tylko bardzo atrakcyjny z wyglądu, nawet w brudzie przy pierwszym spotkaniu, w środku coś bez przerwy przyzywało do niego.
Tsumi z przyjemnością nawiązała z nim bliższą relację, która zapowiadała bardzo szybko owoce sukcesów...
Nie była zatem mniej zaskoczona niż on, gdy następnego dnia rano, czy która to była godzina, przed jaskinią zastali Naharysa i Pinę u jego boku. Wieść o ich związaniu ucieszyła dwójkę wilków, do których przyszli. Cudowna nowina dla przyjaciół oraz watahy, albowiem Tsumi nie słyszała tutaj wcześniej o żadnej parze, w końcu coś uległo zmianie! Nawet jeśli jakaś jej część w duchu liczyła na bycie tą pierwszą, nie narzekała. - Pina była dla niej niezmiernie ważna, jej szczęście było także i bursztynookiej. Coś jej nie pasowało do końca w zachowaniu jasnej, wydawała się zupełnie gdzie indziej duchowo, chociaż nikt z basiorów nie mógł tego wyłapać, zapewne to kwestia poznania doskonale na wylot Piny. Dlatego też nie odzywała się też w tym kierunku, radośnie rozmawiała z Atrehu i Naharysem, zerkała kątem oka na drugą waderę, która połowicznie reagowała, ale bez słowa własnego, bardziej zgadzając się na wszystko.
- Awww, to takie rozczulające jak wspólnie odlatujecie z tych cudownych wieści. - zagruchała w pewnej chwili podczas już grupowej wędrówki. Zaraz z Lonyą sobie chichotały między sobą.
To nie tak, że grała na dwa lub wiele frontów, była po prostu bardzo spostrzegawcza i umiała działać jednocześnie w kilku sprawach. Zwłaszcza w rozgryzaniu Piny, coś musiało ją gryźć. Postanowiła zadziałać jako dobra mentalna siostra i pomóc w tym temacie. Dlatego dała się porwać na ubocze i pozwolić, by to Pina zaczęła.
- Ha ha, nie myślałam, że tak szybko będziesz mnie chcieć. - zażartowała w celu rozluźnienia wiszącego w powietrzu napięcia albo niepokoju.
- A daj se spokój. - westchnęła jasna. Wyglądało, że potrzeba więcej zachęty, by sama z siebie to wyrzuciła.
- Co cię gryzie? To samo co wcześniej przed jaskinią?
- Skąd ty...
- Oj Pina, Pina. Przecież jesteśmy mentalnym rodzeństwem i znam cię na wylot. No już, powiedz mi, co ci leży na duszy, bo przysłania ci to radość bycia z ukochanym, czego, nawiasem mówiąc ci zazdroszczę nawet.
- Nie wiem jak ci odpowiedzieć na drugą część... Ale wiesz...- jej zawahanie było jak ta lina, której chcesz się kurczowo trzymać, by nie spaść.
- Tak?
- Chodzi mi, że wychowywali mnie bracia. - w końcu, zaczęła cicho.- Nie miałam żaden ciotki czy coś.
- Nadążam. - odparła kolorowa, słuchając i badając jej ruchy.
- Jestem w tych sprawach całkiem zielona. Nie wiem, co powinnam robić i reagować, o pokazywaniu nie wspominając. - zakończyła, mrucząc.
- Czekaj, niech zgadnę. Mówiąc to, boisz się, że Naharys zrezygnuje z was?
- To tak oczywiste? - Ten nerwowy śmiech aż powodował ból. Tsumi westchnęła.
- I tak i nie. Posłuchaj, to bardzo ważne. Wątpię, by Naharys był znawcą w tych sprawach, bez obrazy dla niego, zatem jesteście na tej samej pozycji. Teraz powiem coś, co chce swoim córkom przekazać: obojgu wam na sobie zależy i to jest ważne. Macie w sobie oparcie i zaufanie. Nie znam nikogo lepszego dla ciebie, serio Pinuś. Musisz zaufać sobie, będzie dobrze.
- A co jeśli...?
- Zawsze możesz z nim porozmawiać, od deski do deski. Jesteście przecież razem. Przecież cię nie zje.
W końcu, na pyszczek Piny zawitał lekki uśmiech.
- Kto by pomyślał, że w końcu zrewanżujesz się podobną mową do tej o wyborze stanowiska. - parsknęła cicho jasna. Faktycznie, Tsumi na start dołączenia panikowała, gdy nie mogła znaleźć odpowiedniego zajęcia sobie w watasze, co w końcu uratowała Pina. Tak, to był niejaki punkt nawiązania serdecznej relacji samic.
- Ha ha, ale dobra, żarty na bok. Jeżeli nasza rozmowa nie pomoże, musisz to z nim obgadać. Szczerze wątpię, żeby Naharys był typem, co wyśmieje podobne myśli. - dodała, patrząc przed siebie. Może i jej przyjaciółka była słodką, acz twardą waderą, ale zdecydowanie nieśmiała w temacie sercowym. Całkiem urocze co trzeba było przyznać przed samym sobą. Dobrze wiedziała, że nie ma sensu zmuszać ją do natychmiastowej rozmowy, w przeciwnym wypadku skończy się to na długiej i bogatej wiązance od Piny, przez co nie tylko uszy mogą zwiędnąć. Nie ma co się martwić, na pewno wkrótce jej niepewność zostanie poruszona i zażegnana z kryzysem.
A jednak Tsumi myślała o nowej sytuacji mentalnej siostry z nutą zazdrości. Oczywiście, że pragnęła poczuć miłość w związku od ukochanego i założyć z nim rodzinę — im większą, tym lepiej. Naturalnie nie zamierzała z pierwszym lepszym zrobić dokładnie to, ale czasem myślała, czy to jakaś złośliwość losu, że jeszcze nie trafił się ten odpowiedni.
I wówczas usłyszała męskie parsknięcie. Spojrzała w tamtym kierunku: Atrehu właśnie odkasłał po usłyszeniu jakieś celnej, acz zabawnej uwagi, sądząc po minie Lonyi. Ponownie skupiła swoją uwagę na rudzielcu i uśmiechnęła się z nutą flirtu. No no, kto wie, może ta znajomość ma jakieś szanse? Patrząc po wczorajszym...
Nim się obejrzała, Pina znikła z miejsca przy jej boku i kierowała się w stronę Exana. "Dajesz dziewczyno" pomyślała Tsumi, po czym sama ruszyła do Atrehu, gdyż Lonya właśnie opuściła jego towarzystwo. Poruszała się stonowanym krokiem z ciepłym wyrazem pyszczka, co Atrehu po zauważeniu tego, uśmiechnął się w swoim standardowym wykonaniu. Przysiadła do niego z ciepło-słodkim uśmiechem, trącając jego silną łapę koniuszkiem własnego ogona.
- Ktoś tu domaga się uwagi? - Cicho parsknął, ale patrzył z lekkim rozbawieniem na niską waderę. Puściła mu oczko.
- Jesteś zbyt pasjonującym wilkiem, to przecież wiesz. - odezwała się gładkim tonem, cały czas nieco łaskocząc go. Pozostała trójca towarzystwa była stosunkowo dalej, więc i tak rozmawiali przyciszonymi głosami. - Pokazałeś to nie raz.
- Do czego zmierzasz? - Basior zniżył głowę bardziej ku poziomu samicy. Bez lęku spojrzała mu prosto w oczy z nutą flirtu.
- Rano nie było możliwości. - zaczęła raczej niewinnie, by zaraz głos zmienił się w obietnicę przyjemności. - Ale kiedy reszta będzie głęboko spać, co powiesz w nocy na powtórkę?

Atreeehuu?

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1032
Ilość zdobytych PD: 516 + 5% (26) za długość powyżej 1000 słów:
Obecny stan: 542

piątek, 15 października 2021

Od Piny c.d Naharysa ~ Czas poznać teściów

Mimo poprzedniego wieczora, porannego zaskoczenia i na dodatek rozmowy podczas kąpieli, do wadery dalej nie docierała pewna bardzo ważna informacja. No przepraszam bardzo, pomyślała w pewnej chwili, jak miałaby przyjąć do wiadomości bycie w związku? Nie, żeby narzekała, oj nie nie nie. Naturalnie, w jej oczach był tak szalenie przystojny, że jak to kiedyś usłyszała od sympatycznej wilczycy z rodzinnej watahy, wybijało wszelkie skale. Zatem czemu postanowił się właśnie z nią związać?
Na pewno jeszcze przez jakiś czas będzie zastanawiać się nad tą kwestią.
Pina, choć świadoma swoich możliwości i ich wykorzystania, nigdy nie uważała się za nikogo specjalnego. Ot, niska sztuka przez żart genetyczny, urocza kulka, umiejąca pyskować, bo nie da sobą nigdy pomiatać, ale czy jakaś wyjątkowa? W formie żartu słodka tykająca bomba z niej jest. Jeden z dwojga starszych braci często ją właśnie tak określał, gdy z dumą patrzył na wykorzystywanie przez nią nauczonego ostrego języka. Obaj bracia samicy nie przyznawali nigdy, że gdyby nie rozczulający wygląd i wysokość ciała, byłaby zdecydowanie jedną z najbardziej męskich wader, jakie dane było poznać. Chociaż chcieli, tylko aby Pina potrafiła sama sobie radzić po opuszczeniu ich stron. Może nawet za bardzo ją wychowali po męsku, skoro finałem było kompletne zagubienie w poważnych sprawach miłosnych i tego, jak z nimi ma funkcjonować. Czuła się kompletnie zielona w tej dziedzinie, że podczas wychodzenia z wody, jej serce nawiedził lęk, iż Naharys po zrozumieniu tego, natychmiast ją porzuci.
Nie dawała po sobie poznać, że podobne myśli ją zadręczają, umysł skupiała na wizji poznania watahy i rodziców Exana, skoro poruszył ten temat. To jemu zostawiła kwestię organizacji wymarszu i dodatkowych wilków w formie towarzystwa, skoro to on wiedział o kierunku i całej trasie do miejsca docelowego. Słysząc, o chęci zabrania, poza jego siostrą, Atrehu i Tsumi, Pina nieco się ożywiła. W takim razie to może poprosi o pomoc właśnie drugą niską waderę? Jej mentalna siostra nie raz jej wspominała, że w tej kwestii jest doskonale obeznana i doświadczona, na pewno wspomoże fioletowooką.
Chociaż była obecna przy zabieraniu całej trójki, niekoniecznie dawała radę zwracać uwagę na prowadzone rozmowy. Dopiero kiedy Exan otoczył ją łapą i ponownie nazwał "Elskirine", jasna zarumieniła się i nieco uciekła wzrokiem w glebę, co nie uciekło Tsumi, która zerkała na nią lekko kątem oka. Ponownie się włączyła na drugą część rozmów przed jaskinią Atrehu.
- Możemy nawet dzisiaj, lecz przedtem pójdziemy jeszcze do Reneesme. Nie wyobrażam sobie, gdyby nagle dowiedziała się, że piątka wilków bez jej zgody opuściła watahę.
- Myślicie, że się zgodzi? Musi wyznaczyć zastępstwa za nas, potrzeba wilków, aby zająć się chorymi, szczeniakami. Lżej jest z tobą i Piną, bo w trakcie pokoju macie nieco luzu.
- Myślę, że... - na chwilę przerwał Exan, spoglądając na swoją ukochaną z namysłem. - Z takiego powodu, spokojnie zgodzi się na nasz niemały wypad.
Złożenie pocałunku na jej policzku było kolejnym powodem, dla którego róż umocnił swoją pozycję na jej pyszczku. Definitywnie nie była do takiej uwagi przyzwyczajona. Takie gesty od początku działały na nią oszałamiająco, co z tego, że początek nastąpił tego ranka. Tym oto sposobem jakoś umysł został zagłuszony przy odwiedzeniu alfy i pokrótce wyjaśnienie grupowego wymarszu. Skrzydlata chyba coś tam złożyła serdeczne życzenia nowej parze i może wyraziła zgodę, skoro niemal od razu ruszyli. Pina do zmysłów wróciła po jakiś pięciu minutach rozpoczęcia wędrówki.
- Moje zmysły doskonale przepowiedziały wasze zejście się, byłam tego pewna. - mówiąc to, Lonya dumnie uniosła głowę. Ach, najwyraźniej rozmowa dalej krąży wokół pary pośród nich.
- Miałam podobnie. - Tsumi zaśmiała się lekko. - Pasują do siebie.
Pina na te słowa jakże ciepłego gratulowania i pokazywania, jak to kibicowali, mrucząc coś niezrozumiałego pod nosem jako forma zawstydzenia, natychmiast czmychnęła na drugą stronę za białym basiorem. Dwie wadery w końcu dały za wygraną, chociaż w duchu na pewno sobie obiecały dalsze przekomarzanie.
Po godzinie chodu Pina złapała Tsumi na osobności.
- Haha, nie myślałam, że tak szybko będziesz mnie chcieć. - zażartowała po zapewnieniu sobie braku słyszenia przez resztę ich rozmowy, jakby to miało oznaczać, że Pina nagle woli swoją płeć.
- A daj se spokój. - westchnęła jasna. Tsumi przyjrzała się przyjaciółce.
- Co cię gryzie? To samo co wcześniej przed jaskinią?
- Skąd ty...
- Oj Pina, Pina. Przecież jesteśmy mentalnym rodzeństwem i znam cię na wylot. No już, powiedz mi, co ci leży na duszy, bo przysłania ci to radość bycia z ukochanym, czego, nawiasem mówiąc, ci zazdroszczę nawet.
- Nie wiem jak ci odpowiedzieć na drugą część... Ale wiesz...
- Tak?
- Chodzi mi, że wychowywali mnie bracia. - zaczęła cicho. - Nie miałam żaden ciotki czy coś.
- Nadążam. - odparła Tsumi, obserwując ją. Pina znowu westchnęła i spojrzała z lekkim przekąsem przed siebie.
- Jestem w tych sprawach całkiem zielona. Nie wiem, co powinnam robić i reagować, o pokazywaniu nie wspominając. - zakończyła, mrucząc.
- Czekaj, niech zgadnę. Mówiąc to, boisz się, że Naharys zrezygnuje z was?
- To tak oczywiste? - Zaśmiała się lekko z kłębkiem myśli.

C.D u Tsumi <3

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 792
Ilość zdobytych PD: 396
Obecny stan: 714

wtorek, 5 października 2021

Od Naharysa c.d Piny, Atrehu oraz Tsumi ~ Czas poznać teściów

Zadała mu zasadniczo proste pytanie, a jedyną jego reakcją był lekki uśmiech, oczy zaś błysnęły w świetle przelewających się słonecznych promieni do jaskini. Pinie z początku począł malować się grymas rozżalenia i już miała coś rzec, gdy Naharys przywarł do jej ust swoje. Swym językiem rozchylił usta Piny, aby spotkać się z jej językiem i zamarli na dłuższą chwilę, samiec zaś rozkoszował się jej smakiem. Łapą przysunął Pinę bliżej pyska, aby wygoda z jej całowania była dość przyjemniejsza.
- Znasz moją odpowiedź. - powiedział, gdy oddalił pysk. - Jesteś teraz moją Elskerine.
- Elskerine? - zapytała Pina, nie wiedząc za bardzo, co Naharys ma na myśli.
- W moich stronach, tak zwie się osobę, którą darzy się nieograniczonym uczuciem i oddaniem. Jesteś moją Elskerine. Miłością i sensem życia.
- Znamy się dopiero... tydzień... - zaczęła niezwykle zarumieniona Pina.
- A już zdążyłem się w tobie zadużyć. - dopowiedział Naharys, opierając głowę o futro, aby bardziej zagłębić się we fiolet jej oczu. Wydawały się płonąć namiętnym ogniem, zaś Naharysowi chciało się wskoczyć w ten płomień i... spłonąć w jego żarze miłości i pożądania. Nigdy wcześniej nie odczuł czegoś podobnego. Poza treningami od świtu do zmierzchu nie istniało w jego życiu nic podobnego. A teraz, w jego życiu nie istnieje nic, poza tym, co czuje do Piny. Czuł, jak w okolicy żołądka, wszystko rozpływa się pod wpływem czarującego blasku oczu wadery. Chciał się w nich zatopić.
- Doprowadźmy twój pokój do porządku, umyjemy się i pójdziemy coś zjeść. Mam nadzieję, że ta sarnina zdatna jest jeszcze do jedzenia. - powiedział po chwili milczenia, które poświęcił na rozkoszowaniu się widokiem i obecnością Piny. W następnej chwili zaczęli doprowadzać jaskinię do jak najlepszego porządku. - Pina swym ogonem ścierała kurze, Naharys zaś zwijał sterty futer, które należało wymienić na coś lepszego. - Następnie, skierowali się szlakiem, zaścielonym upadłymi liśćmi w stronę rzeki, promienie słońca zaś ozłacały okolicę wokół swym ciepłym blaskiem. Pina leżąc zmęczona na grzbiecie Naharysa, nuciła jakąś wesołą melodyjkę. W następnej chwili oboje zanurzeni w wodzie — Exanowi woda sięgała do połowy klatki piersiowej, zaś Pina, ze względu na swój wzrost, musiała być blisko brzegu. - obmywali się z nocnego brudu, ciesząc się nawzajem rozmowami o przeszłości i historiami z życia. Naharys w pewnym momencie dostrzegł, że Pina pomimo zmęczenia, tryskała radością, ponieważ, gdy na niego spoglądała ukradkiem, jego oczom nie umknął znaczący uśmiech na pyszczku wadery. Wstał i zbliżył się do niej, a po chwili ta znalazła się w wysokim cieniu, rzucanym przez basiora, a gdy ta obróciła się w jego stronę, poczuła, jak wilgotna łapa Naharysa przemierza jej grzbiet.
- Pomyślałem sobie, że skoro jesteśmy razem, może wypadałoby, abym przestawił cię mojej rodzinie? - rzekł Naharys, a Pina natomiast przyjrzała się mu z uwagą. Basior nie mógł rozszyfrować malującego się grymasu na jej pysku. Zaskoczenie, strach, niepokój, albo wszystko złączone w jedno skupisko negatywnych uczuć. - Coś nie tak?
- Nie, tylko zaskoczyłeś mnie tym. - odpowiedziała i odwróciła się, aby obmyć pysk i policzki.
- Podróż może potrwać, ale wcale nie musimy iść sami, prawda? - oznajmił basior, pomagając Pinie umyć kark oraz miejsca między uszami i pod nimi. - Weźmiemy ze sobą Lonyę, Atrehu, Tsumi?
- Byłaby z nas niezła ekipa podróżników. - odparła niepewnie Pina.
- Tak czy siak, moja rodzina nie jest taka zła. - mruknął jej do ucha, a po chwili objął ją łapą wokół szyi i przytulił do siebie. - Tam rodzina dba o siebie, a gdy już przedstawię cię mojemu klanowi, ci będą w stanie wskoczyć za tobą w ogień. Tam skąd pochodzę, rodzinność jest zakorzeniona głęboko w każdym. Nie musisz się lękać tego spotkania.
Wydawało się mu, że po tych słowach, Pina stała się nieco bardziej rozluźniona, lecz nie do końca i bardzo dobrze ją rozumiał, gdyż sam wyobrażał sobie sytuację, gdyby zamienili się miejscami. Gdyby to Pina chciałaby przedstawić go swym starszym braciom, którzy zapewne powalali swą muskulaturą. Zapewne odczuwałby, to samo, co Pina, a może jeszcze gorzej? Po kąpieli zgodnie z następnym postanowieniem poszli coś zjeść. Niedojedzona sarna przez noc lekko skruszała, ale mięso było jeszcze lepsze. W trakcie posiłku zorientował się, że Pina nabrała jeszcze większego apetytu, co wskazało, że wcinała kęsy mięsa, aż jej się uszy trzęsły. Nie wydawała się już zmartwiona perspektywą spotkania się z rodziną Naharysa albo miała istny talent do maskowania uczuć. Po chwili zapytała.
- Kiedy wyruszamy w podróż?
- Możemy dzisiaj! - odparł entuzjastycznie Exan, obdarowując ukochaną zmysłowym uśmiechem.
- O matulu! Nie spodziewałam się, że tak szybko podejmiesz decyzję. Musimy poinformować alfę o tymczasowej nieobecności.
- Myślę, że da się to załatwić, skarbie. - oznajmił miłym, spokojnym tonem i złożył pocałunek na głowie Piny, a ta zaś zachichotała cicho. - Ale najpierw zbierzmy ekipę!
- Jaką ekipę? - spytała niepewnie.
- Wskoczymy po Lonyę, a później zapytamy Atrehu i Tsumi, czy nie zechcieliby nam towarzyszyć. Jak widzisz ten pomysł, skarbie?
- Byłoby super. Dobra! - odparła z uśmiechem Pina, a Naharys odpowiedział tym samym, gdyż na to liczył. Następnie po posiłku, nasza zakochana dwójka we wspaniałych humorach, skierowali się w stronę lecznicy, gdzie obecnie znajdowała się siostra Naharysa. Jak się okazało, Lonya zajmowała się dwoma pacjentami z niezbyt poważnymi dolegliwościami.
- Cześć, braciszku! - zawołała, gdy zauważyła ich przyjście. Naharys zawsze, gdy witał się z Lonyą, widział, jak ta porusza entuzjastycznie ogonami. - Jak się masz, psycholu?
- Masz czas, aby wyruszyć ze mną i Piną do watahy naszych rodziców?- zapytał.
Lonya z początku poderwała brew lekko w górę i obdarzyła ich nieco zdziwionym oraz zaskoczonym wzrokiem.
- Po co chcesz tam iść. Ledwo co się stamtąd wydarliśmy, a ty chcesz wracać?
- Nie, nie, nie... chciałbym przedstawić rodzinie moją... Elskerine. - Odpowiedział i spojrzał na Pinę. Lonya na wieść o tym, że od teraz tak mianuję Pinę, ucieszyła się bardzo. Wyściskała nas mocno i serdecznie. Niestety jednak Lonya miała swoje obowiązki i bądź co bądź, ale musiała je wykonać, ale za inicjatywą Piny, poczekaliśmy cierpliwie na nią, aż skończy, a gdy słońce wznosiło się ku najwyższemu punktowi na niebie, całą trójką zmierzali do jaskini Atrehu. Na zawołanie, basior odkrzyknął z głębi jaskini, a po chwili pojawił się przed nimi, nieco w popsutym humorze. Czyżbyśmy mu w czymś przeszkodzili~ pomyślał Naharys. Jednak jego humor odmienił się momentalnie, gdy spojrzał na towarzystwo Exana. Ze zdziwieniem zlustrował Pinę i Lonyę, którą prawdopodobnie pierwszy raz widział na oczy.
- Atrehu poznaj, proszę Lonye, moją siostrzyczkę. - Naharys wskazał na Lonyę. Reakcja Atrehu była natychmiastowa i niespodziewana, lecz po chwili namysłu, Naharys zrozumiał zachowanie basiora, gdyż każdy najpierw wzrokowo porównywał go z Lonyą, aż w końcu każdy dochodził do wniosku, iż to jest biologicznie niemożliwe.
- Wiem, co ci chodzi po głowie. Nie rób takiej miny. Lonya jest moją przybraną siostrą, nierodzoną. - Naharys uśmiechnął się szeroko, zerkając na ową lisiczkę.
Wyobrażali sobie doskonale, że być może tą rewelacją zbili Atrehu z tropu, a jego mina zaś przyprawiała o śmiech.
- Swoją drogą, nie spodziewałem się zastać Cię tak wczesną porą w towarzystwie Tsumi — Basior zerkał to na niego, to na zbliżającą się w ich kierunku Tsumi z figlarnym uśmiechem. Zaciągnął się zapachem, a jego oczy rozbłysły pewnością.
- Co was do nas sprowadza? - zapytał Atrehu.
- Chcieliśmy was zapytać, czy... nie wybralibyście się na podróż do krain, odgrodzonych górami... a mianowicie... czy nie chciałoby się wam pójść z nami do watahy mojej i Lonyi?
- A po co? - zapytali chóralnie Atrehu i Tsumi.
- Chciałbym przedstawić mojej rodzinie Pinę. Została moją Elskerine, czyli moją miłością.
- Cholera jasna, Naharys, a jednak coś między wami zapłonęło! Brawo. I z chęcią się z wami wybierzemy. Mówcie tylko, kiedy?
- Możemy nawet dzisiaj, lecz przedtem pójdziemy jeszcze do Reneesme. Nie wyobrażam sobie, gdyby nagle dowiedziała się, że piątka wilków bez jej zgody opuściła watahę.
- Myślicie, że się zgodzi? Musi wyznaczyć zastępstwa za nas, potrzeba wilków, aby zająć się chorymi, szczeniakami. Lżej jest z tobą i Piną, bo w trakcie pokoju macie nieco luzu.
- Myślę, że... - zaczął Exan, spoglądając na swoją ukochaną. - Z takiego powodu, spokojnie zgodzi się na nasz niemały wypad. - dokończywszy to, złożył pocałunek na policzku Piny.

<Pina, Atrehu, Tsumi, Lonya?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1281
Ilość zdobytych PD: 640 + 5% (32 PD) za długość powyżej 1000 słów
Obecny stan: 672 PD