Newsy



:Aktualności
.Blog przechodzi obecnie renowację
.Już niebawem pojawią się nowości

:Pogoda
Obecna pora roku ~ Jesień
.Temperatura waha się między 10+ a 0- stopni Celcjusza
.Zmiana pory roku nastąpi 15.12.2022

Liczba wilków ~ 27
Wadery ~ 18 + 1 NPC
Basiory ~ 7 + 4 NPC
Szczeniaki ~ 1
Nieobecni: Brak

~Serdecznie zapraszamy♥~

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prawdziwy dom. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prawdziwy dom. Pokaż wszystkie posty

piątek, 28 stycznia 2022

Od Atrehu c.d Nabi ~ Prawdziwy dom

Po odprowadzeniu Nabi do jej domu i upewnieniu się, że niczego jej nie brakuje, ruszyłem wolnym krokiem na wcześniej umówione spotkanie z naszą Alfą. Miałem co do tego wszystkiego mieszane uczucia. Po pierwsze, Renesmee do tej pory nie wzywała mnie do siebie prywatnie. Wszak jej grota to azyl, w którym nie lubiła przyjmować gości i prawie zawsze organizowała spotkania na wolnym powietrzu. Czasami w jaskiniach członków, jeśli pogoda na zewnątrz nie dopisywała, bo na przykład było wyjątkowo zimno, czy padał deszcz. Co za tym idzie, musi to być naprawdę podbramkowa sprawa, która wymaga złamania dotychczasowych ustaleń. Fakt, że Renesmee nie ujawniła żadnych szczegółów, był niezwykle niepokojący. Nie rozumiałem, co się dzieje. Co wpłynęło na jej decyzję i o czym w sumie chce ze mną porozmawiać? I dlaczego tylko ze mną, nie jestem przecież nikim szczególnym w tej watasze. Od zwykły członek tejże rodzinki. Żyjący w swoim wyimaginowanym świecie, wiecznie zakręcony i... napalony, lecz czy można mnie winić za to, że hormony mi buzują? Jestem młody, pełny życia i wciąż niesparowany. A to, że wszystkich znam, o wszystkim wiem i zawsze wszędzie się pcham, to tylko taki maleńki szczegół... Zawsze pozostawała też jeszcze jedna opcja, aczkolwiek nie wierzyłem, żeby o to właśnie szło. Aczkolwiek malutkie ziarenko zakiełkowało i z pewnością będzie mnie to dręczyć.
To niemożliwe, by nasz przywódczyni miała wobec mnie jakieś szczególne plany, które wymagają mojej skromnej osóbki w jej leżu. Samotne sam na sam z Alfą wydawało mi się tak odległe, ale i niezwykle kuszące. ~ Być może nie chodziło tylko o rozmowę... - pomyślałem, ale tuż potem potrząsnąłem gwałtownie głową. ~ Nie, to z pewnością nie to, Atrehu nie wyobrażaj sobie, Bóg wie czego! Choć z drugiej strony, nie miałbym nic przeciwko. Renesmee to niezwykle piękna wadera, do tej jest Alfą w takim samym stopniu, jak ja. I nie przeszkadza mi nawet to, że jest ciut starsza ode mnie. Wiek nie ma dla mnie znaczenia, o ile ta druga osoba jest dojrzała emocjonalnie i wie, w co się pakuje. Dlatego, gdyby zechciała...
~ Co prawda, z całą pewnością oberwałbym po łbie i na domiar złego mógłbym zostać nawet wygnany, ale jak to się mówi: „Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana!” - zachichotałem cicho, przyśpieszając nieco. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, jakim żółwim tempem szedłem. Nie, żeby mi się śpieszyło, Rene nie podała konkretnej godziny, więc mogłem przyjść, o której chciałem. Oczywiście im szybciej, tym lepiej dla mnie, gdyż będę mógł wrócić do swoich obowiązków. Zaplanowałem jeszcze małe spotkanko z Naharys'em oraz bądź co bądź postanowiłem upolować coś dla Nabi. Nie wiedziałem, jak radzi sobie z podstawowymi umiejętnościami łowieckimi, jednakże sądząc po braku wzroku, może to być problematyczne. Skoro przyprowadziłem ją zatem do watahy, to zadbam, by niczego jej nie brakowało. Będę dla niej polował i poproszę też o to innych. Z pewnością się zgodzą. Wataha to rodzina, a w rodzinie nikogo się nie porzuca i nie odtrąca...
~ Żałuję tylko, że w mojej tego nie było... - skrzywiłem się, jakbym właśnie połknął cytrynę. Niechciane myśli jak zwykle pojawiły się w moim zrytym umyśle. Nie ważne, ile razy próbowałem zapomnieć o przeszłości i żyć dniem dzisiejszym, przeszłość zawsze wracała. Czasami jako koszmary zesłane podczas snu, innym razem są to zwyczajnie myśli. Drażniące i niezwykle bolesne, ale przy tym tak prawdziwe.
~ Eh. - westchnąłem ciężko, przystając na chwilę. Głęboki oddech pomógł mi uspokoić moje skołatane serce. Zamknąłem na chwile oczy, wsłuchując się w odgłosy natury. To zawsze mnie uspokajało. Gdy nic nie widziałem, jedynie słyszałem i czułem. Jak za dawnych lat, gdy stojąc na wysokim klifie zwrócony w stronę zachodzącego słońca, delektowałem się ciepłem i ciszą. No, może niezupełną ciszą, gdyż wszędzie wokół słychać było odgłosy lasu. Śpiew ptaków przyjemnie drażnił moje bębenki, w oddali dało się słyszeć pisk wiewiórek. Tuż nad głową znajdował się natomiast dzięcioł, rytmicznie stukający swoim dziobem o pień drzewa. Wszystkie te detale pozwoliły mi wchłonąć energię natury, a tym samym, zapanowała we mnie harmonia. Już spokojniejszy, otworzyłem powieki, po czym ruszyłem w dalszą drogę.
Na nowo pomyślałem o Renesmee, jako o mojej... hmm... sam nie wiedziałem, jak to nazwać. Ni to kochanka, ni to partnerka. Nie mam drugiej połówki, choć moje serce trzepocze przy kilku samicach, jednakże, czy któraś jest tą jedyną? Tego nie wiedziałem, było na to zdecydowanie za wcześnie, choć nie mogłem niczego wykluczyć. Każda ma w sobie coś, co przyciąga jak magnes. Samice są niezwykłe na swój własny, wyrafinowany sposób. Jedne kuszą swoimi wdziękami, inne zaś podobają mi się za opiekuńczość i charyzmę. Również nasza cudowna przywódczyni. Jest nie tylko niezwykle piękna, o czym już zresztą wspominałem, ale też jej empatia, sposób dowodzenia, czy choćby sam charakter sprawiał, że nie miałbym nic przeciwko małemu romansowi. Nie wiedziałem, że potrafi być taka tajemnicza, to było coś nowego. Nie wszystko o niej wiem. To z kolei sprawia, że mam ochotę poznać ją bliżej. Dowiedzieć się, co skrywa, jakie są jej marzenia, plany i obawy. Mimo iż spędza z nami czas, jest równocześnie bardzo odległa. W większości rozmawiamy tylko o poważnych rzeczach, sprawach watahy, bądź dalekosiężnych planach na ulepszenie życia w sforze. Prywatne pogaduszki jeszcze się nie trafiły, a bynajmniej nie przy mnie.
Z pewnością to, o czym chce ze mną porozmawiać, jest zatem niezwykle ważne. Nie mogłem pozbyć się jednak wrażenia, że mi się to nie spodoba. Jakiś cichutki, ale natrętny głosik dźwięczał mi w głowie. ~ Super, dostanę bólu głowy, nim jeszcze dotrę na to spotkanie. - pomyślałem smętnie, mijając znajome mi miejsca. Szedłem wolnym krokiem, starając się nie wpaść w zaspy. Rozglądając się dookoła, chłonąłem zimowy krajobraz, a raczej to, co z niego zostało. Nagromadzony śnieg powoli topniał, tworząc z podłoża kompletną ciapę. Błoto było wszędzie, dlatego starałem się chodzić po śniegu. Szkoda tylko, że byłem tak ciężki, że się w nim zatapiałem.
Wiosna zbliżała się wielkimi krokami, a co za tym idzie, już niedługo rozpocznie się sezon największej aktywności. Nie będę się nudził, z pewnością ciepło zawita na nasze tereny, wybawiając wilki z ich nor. Będą biwaki, wspólne wypady, zabawy i polowania. Być może uda się zorganizować jakąś wycieczkę nieco dalej od centrum. O tym jednak będę myślał za jakiś czas.
Gdy dotarłem do jaskini Alfy, stanąłem u wejścia, biorąc głęboki wdech. Szykowałem się jak na ścięcie, a to przecież tylko rozmowa. Nic mi nie groziło, Renesmee mnie przecież nie zje. Nie jest taka straszna, choć nie znałem jej prywatnie. ~ Gorzej, jeśli coś przeskrobałem, a o tym nie wiedziałem... - Skrzywiłem się na tę myśl, wyprostowując przy tym grzbiet, po czym wszedłem do środka. Wnętrze było niezwykle przytulne i ciepłe. W rogach stały w prowizorycznych wgłębieniach kolorowe kwiaty. Rośliny rosnące przez cały rok ozdabiały jaskinie, nadając jej przyjemnego wyglądu. Do tego tak ładnie pachniało.
- Atrehu, dobrze, że jesteś. - z bocznych uliczek wyszła nie kto inny, jak Renesmee. W całej swej okazałości i to z delikatnym uśmiechem na pysku. Co sugerowało, że jednak dziś nie umrę. Nie zrobiłem niczego, co mogłoby wywołać jej gniew, aczkolwiek ona się nigdy nie złości. Z tego, co mówiła mi Tsumi, Rene jest niezwykle kochaną i cudowną osóbką i że nie powinienem się jej obawiać.
- Hej szefowo, wzywałaś mnie, więc oto jestem. - teatralnie ukłoniłem się przed jej obliczem, wywołując tym wesoły chichot. Cieszyłem się, że udało mi się ją rozśmieszyć na starcie. Mam nadzieję, że przełamałem pierwsze lody i teraz pójdzie ciut łatwiej. Musiałem jednak przede wszystkim pokonać swoją własną barierę i zasady, by nie mieszać się w romanse z wyżej postawionymi. To źle wróżyło, zarówno dla mnie, jak i dla innych...
- Dziękuję. - wadera podeszła do mnie, trzepocząc delikatnie skrzydłami. Widać, musiała je rozprostować. Dostrzegłem, że były ciut wilgotne, a z ich końcówek kapała woda. Czyżby brała kąpiel, a ja jej przerwałem?
- Wszystko dobrze? - zapytałem, gdy nastała dość długa, niezręczna cisza. Samica pokręciła tylko głową, przysiadając niedaleko mnie. Kiedy westchnęła wyczerpana, nastawiłem wysoko uszy. - Rozumiem... W porządku, w takim razie, co się dzieje? - atmosfera nagle jakby zgęstniała. Rene sposępniała jeszcze bardziej, ale jej spojrzenie stało się twardsze.
- Źle się dzieje, Atrehu. - zerknęła na mnie, a jej głos niósł się echem po wnętrzu. - Nie wiem, czy wiesz... chociaż nie, nikt o tym nie poza mną. - ~ O czym nikt nie wie, poza nią?
- Co się stało?
- IceQueen opuściła watahę. Nie wiem, z jakiej przyczyny, zwyczajnie jej nie ma. - na krótką chwilę zapanowała cisza. Nie wiedziałem, jak mam się do tego odnieść i co to ma ze mną wspólnego. IceQuuen zawsze chodziła własnymi ścieżkami, raczej nie spędzała czasu z watahą. W sumie to nawet jej nie znałem, nigdy nie zamieniliśmy nawet słowa.
- Nie dobrze...
- Mało powiedziane, ale gdyby tylko o to chodziło... - czyli jednak jest coś jeszcze. I tak jak przypuszczałem, dalsze informacje mogą mi się nie spodobać. Już sama wzmianka o Ice była dla mnie szokiem, bo jakby, była jednym z pierwszych członków tej watahy, zawsze u boku Alfy. Jej odejście z pewnością było szokiem dla Renesme... - Na pewno zwróciłeś uwagę na to, że ostatnio jesteś sam na patrolu.
- Owszem, choć myślałem, że Eien jest zwyczajnie chory i nie jest w stanie wykonywać swoich obowiązków.
- Nie, on również postanowił odejść. - w tym momencie dosłownie i dosadnie mnie zatkało. Co? Jak? Kiedy!? Dlaczego Eien zostawił sforę, nic nikomu nie mówiąc? ~ Coś jest nie tak... teraz rozumiem stan, w jakim znajduje się Rene i to, że wygląda na przybitą. Odejście większej ilości członków w krótkim czasie to zawsze znak, że dzieje się coś niedobrego. Miałem cichą nadzieję, że złych wiadomości koniec, ale na to raczej marne szanse. Gdy jest źle, to musi być jeszcze gorzej, inaczej świat by nie istniał. Musi dobić...
- Słucham!? - wydarłem się, gdy w końcu odzyskałem głos. Nie rozumiałem, co się dzieje wokół. Gdzie IceQueen się nie przejąłem, tak zniknięcie Eien'a przyjąłem raczej wkurzony. Nic nie zapowiadało jego odejścia. Owszem nie mieliśmy, nie wiadomo jakich stosunków, gdyż zawsze wydawał mi się taki wycofany, ale żeby zaraz odchodzić? I to z dnia na dzień praktycznie, bez słowa wyjaśnienia?
- To samo BaiLang, a co się z tym wiążę... Tarou... Jest zrozpaczony. Nie wiem, jak sobie z tym poradzi, wszak byli parą.
- Tarou nie chciał iść z BaiLangiem?
- Nie, postanowił zostać, ale z całą pewnością będzie się trzymał w cieniu. - ~ A nie mówiłem, że świat musi dobić? Bez tego nie istnieje i istnieć by nie mógł.
- Rozumiem. - z wrażenia aż przysiadłem, zastanawiając się nad tą sytuacją. Kolorowo nie było. Trzy wilki odeszły w tym samym czasie, nie wiadomo dokąd i dlaczego. Miałem niejasne przeczucie, że ta historia nie skończy się zbyt dobrze.
- Nie wiem, co jest tego powodem Atrehu i wiem, że to ponad Twoje siły... - skupiłem się na Alfie, gdyż w końcu sprawa zaczynała dotyczyć mnie i powodu, dla którego się tutaj znalazłem. - Muszę cię o to prosić.
- O co chodzi?
- Chciałabym, żebyś wybrał sobie kompana do pomocy, który zgodzi się z Tobą patrolować, jako zastępstwo za Eien'a. Nie dasz rady sam ogarnąć całych terenów nawet z twoimi zdolnościami przestrzeni. To niewykonalne. - ~ Cóż, miała w pełni rację. Nie miałbym żadnych szans, chyba że spędziłbym cały dzień na patrolowaniu i to bez przerwy na jedzenie. Nie mówiąc już o sprawach prywatnych... - Do tego dobrze by było, gdybyś wolne chwile spędził na treningu z Naharys'em. Potrzebujemy wojowników, którzy będą w stanie bronić członków watahy. - ~ Zaraz, bronić członków watahy? Chyba nie nadążam za jej tokiem rozumowania. Za dużo informacji w tak krótkim czasie. Mój mózg dosłownie wyparowuje. Szare komórki zaczynają umierać... Skup się, że do cholery jasnej. Nie jesteś jakimś ciotą, by nie być w stanie tego ogarnąć.
- Czy jest jakiś szczególny powód tych decyzji?
- Tak... ostatnio na granicy coraz częściej pojawiają się dziwne stwory. Tak, jak to było na samym początek powstania tej watahy.
- Nie rozumiem.
- Nasza historia jest znana tylko kilku członkom, gdyż oni przy tym ze mną byli. Widzieli, co się działo. - ~ Ale co wiedzieli, a o czym ja nie mam pojęcia? Dlaczego Renesmee jest taka tajemnicza i nie chce mi tego wyjaśnić? Co było na początku? Jak to się zaczęło, dlaczego odeszło, a teraz znów się pojawiło?
- Nadal...
- Na tę chwilę nie mogę Ci nic więcej powiedzieć. Spróbuj zmobilizować się do działania. Siebie oraz tych, którzy będą w stanie walczyć. Zorganizuj wraz z naszymi wojownikach mały sparing, niech się trochę rozruszają. - wadera wydawała się zmęczona całą tą sytuacją. Dopiero teraz dostrzegłem podkrążone, zaczerwienione oczy i delikatne zmarszczki, których wcześniej nie było. Była ewidentnie na granicy. Dopytywanie jej w tym stanie jest bez sensu. Niczego się nie dowiem, a stracę tylko czas. Dam jej spokój, niech odpocznie, a potem sam do niej przyjdę i wypytam o szczegóły.
- W porządku. - choć nie rozumiałem nic z tej sytuacji, nie mogłem sprzeciwić się decyzji Renesmee. To jest jej wataha i jej zasady. Jeśli chce, bym coś zrobił, wykonam to bez mrugnięcia okiem. W zamian za dobro, jakie mi okazała, za to, że pozwoliła mi tu zostać. Dzięki niej mam dom i nową rodzinę, która akceptuje mnie takim, jakim jesteś. Będę ich bronił choćby za cenę własnego życia.
- Dobrze, w takim razie jesteś wolny. - uśmiechnęła się do mnie delikatnie, po czym weszła do jednej z odnóg. Miałem wrażenie, że powłóczy łapami. Niech odpocznie, sen dobrze jej zrobi. W progu zatrzymała się jednak na chwilę. - Przy okazji, nie przyzwyczajaj się do swoich obowiązków, a raczej do tego, że tylko je będziesz miał... - zniknęła tak nagle, jak się pojawiła, zostawiając mnie z tumanem myśli i niezadanych pytań.
Wyszedłem z jaskini Alfy kompletnie pozbawiony rozumu. Mój mózg tym razem naprawdę eksplodował od nadmiaru informacji, a raczej ich braku. Najwidoczniej jestem tumanem, który nie ogarnia tej sprawy. Nie rozumiałem, o co chodziło z historią watahy, ale fakt, że w ostatnim czasie odeszło kilku stałych członków, było dość niepokojące. Gdzie IceQueen znałem tylko z widzenia i to rzadkiego, gdyż mało kiedy się pokazywała, tak odejście BaiLang'a i Eien'a było dla mnie zagadką. Nic nie zapowiadało tych zmian, nie zauważyłem, by inaczej się zachowywali. Naprawdę współczułem Tarou i zastanawiałem się, czy by go przypadkiem nie odwiedzić i jakoś wesprzeć. Miałem jednak wrażenie, że nie byłoby to zbyt pożądane, basior mógłby nie chcieć, aby ktoś się nad nim litował. Do tego to dość świeża sprawa, może jednak lepiej poczekać. Co do Eien'a... tu moje rozumowanie sięgało zenitu. Główkowałem i nic nie przychodziło mi do łba. Znałem go, może nie zbyt dobrze, ale jednak miałem z nim jako taki kontakt. Razem pracowaliśmy, wspólnie ogarnialiśmy patrole. Jakim więc cudem nie zwróciłem uwagi na to, że chce odejść? Z jednej strony nie pytałem, choć widziałem, jak chodzi z głową w chmurach. Nie chciałem być wścibski, ale być może powinienem? Nie, to byłoby zbyt chamskie i niepodobne do mnie. Z drugiej strony... ~~ AH i dostałem bólu głowy! - jęknąłem sfrustrowany, ruszając biegiem przed siebie. Zadanie numer jeden — znaleźć Naharysa. Porozmawiać z nim i wyjaśnić to, czego się dowiedziałem. Następnie umówić się na lekcje walki, zorganizować całe to spotkanie i jakimś cudem wypełnić jeszcze swoje obowiązki. Po prostu świetnie...

< Jakiś czas później > 
Po długich poszukiwaniach, w końcu udało mi się znaleźć cel. Naharys znajdował się w skrzydle szpitalnym, najwidoczniej sprawdzał, co u siostry. Było to niezmiernie naprawdę dużym plusem, gdyż przy okazji przedstawiłem całą sprawę zarówno Lonyi, Itami, jak i Naharys'owi oraz Itachi'emu, który wciąż leżał ze skręconą łapą i kurował się pod czujnym okiem naszych medyczek. Wyglądał dużo lepiej, niż ostatnio, gdy go widziałem. Na dodatek prezent, jaki mu zostawiłem, bardzo się podobał. Więc i ja byłem zadowolony. 
Tyle pieczeni, przy jednym ogniu. Oczywiście tak, jak się spodziewałem, wszyscy zdębieli na wieść o utracie aż trzech członków. Na przemian zaczęli wymieniać powody, dla których Ci opuścili watahę. Nic jednak pewnego nie było, gdyż jedynie co mogliśmy zrobić, to gdybać i mitrężyć nasz czas. O wiele lepiej było przeznaczyć wolną chwilę na ustalenie planu. Na tym musieliśmy się skupić. Aczkolwiek wspólna burza mózgów na temat historii watahy i dziwnym zachowaniu Renesmee zajęła nam pół dnia. Prawie drugą połowę przedyskutowaliśmy, wymieniając się pomysłami. Lepiej być nie mogło. Pod wieczór każdy miał dość. Udało nam się coś wymyślić, a przynajmniej mamy już jakieś podstawy. Wspólnie ustaliliśmy, że trening odbywać się będzie dwa razy dziennie. Czujki noce będą trenować przed swoimi patrolami, ale nie tak intensywnie, co w dni wolne. Podczas wykonywania swoich obowiązków, muszą być w pełni sił, a przede wszystkim skupieni. Naharys obiecał, że przekaże im instrukcje jeszcze tego samego dnia. Podziękowałem mu za to, co oczywiście zbył uśmiechem.
Ja natomiast wraz z wyżej wspomnianym osobnikiem, obejmę wartę w ciągu dnia. Na zmianę będziemy wymieniać się terenami. Ma to zapobiec przyzwyczajeniu się do stałych ścieżek i zachowań. I będziemy trenować z samego rana. Znając mnie, ciężko mi będzie zwlec się o świcie, dlatego już na start otrzymałem groźby od Itami. Samica postanowiła budzić mnie lodowatą wodą...
Lonya natomiast stwierdziła, że chce ze mną walczyć, bo jest ciekawa moich umiejętności. Powiedziała to tak zabawnym tonem, że w pierwszej chwili nie zaczaiłem, że mówiła to na serio. Rozbawiło mnie to ciut, lecz widząc przerażoną minę Naharys'a, uśmiech znikł mi z pyska. Lonya to nie byle chłystek, ale potężna i doświadczona wojowniczka o walecznym sercu. W przeciwieństwie do mnie walczyła wiele razy. Pokonanie jej to nie będzie pikuś... Krzyżyk mi na drogę...
Nasze rozmyślenia i plany przerwała zbliżająca się nagle burza. W oddali niebo rozbłysło i wszystko wskazywało na to, że czeka nas ulewa. Zdałem sobie wówczas sprawę, że nie upolowałem niczego dla Nabi. A miałem u niej być koło południa. Całe szczęście, że Naharys podzielił się ze mną swoją zdobyczą. Oderwał potężny kawał sarniny, który wziąwszy w pysk, zabrałem ze sobą. Biegiem opuściłem jaskinie. Obym dotarł, nim lunie jak z cebra, nie chce być mokry!

< Nabi? Dotarłem suchy, czy wręcz przeciwnie? >

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 2886
Ilość zdobytych PD: 1443 + 10% (144) za długość powyżej 2000 słów.
Obecny stan: 2764

niedziela, 2 stycznia 2022

Od Nabi c.d Atrehu ~ Prawdziwy dom

Poczułam obcy zapach, a wkrótce odbyła się moja pierwsza rozmowa z Alfą mojej nowej watahy. Byłam wdzięczna, że był ze mną Atrehu. Nie czułam może stresu, przygotowywałam się na tę rozmowę, ale nie chciałam zepsuć swojego pierwszego wrażenia. Odetchnęłam z ulgą, kiedy alfa pozwoliła mi zostać. Skupiłam się na jej krokach, kiedy odchodziła i następnie zwróciłam głowę w stronę Atrehu.
– No cóż, w takim razie czas ruszać. Zapraszam! – usłyszałam, jak wstawał. – Pokażę ci twój nowy dom.
– Prowadź! – odpowiedziałam szybko i spokojnie ruszyłam za nim, aby chwilę później się z nim zrównać.
Przez chwilę szliśmy w przyjemnej ciszy, ale zaczęłam się nad czymś zastanawiać.
– Jak wygląda Renesmee?
– Jest wysoka o szarym futrze. Na pewno rozpoznałabyś ją z daleka.
– Ach tak? Teraz mnie zaciekawiłeś – uśmiechnęłam się zachęcająco, aby opowiedział mi więcej.
– Posiada wielkie skrzydła oraz grzywkę w ognistych kolorach, a do tego towarzyszą jej szmaragdowe oczy.
– Nigdy nie widziałam wilka ze skrzydłami – westchnęłam. – Racja, rozpoznałabym ją z daleka. Jako Alfa się wyróżnia.
– O tym samym pomyślałem – uśmiechnęłam się na naszą zgodność.
– Dziękuję, że byłeś ze mną. Czułam się trochę pewniej.
– Nie ma sprawy.
Czułam tyle nowych zapachów, że podekscytowałam się trochę na myśl, że będę tu mieszkać. W końcu doszliśmy na miejsce. Rzeczywiście okolica wydawała się spokojna i pełna różnych ziół. Słyszałam ich szelest przez lekki wiatr, który przemknął między trawami.
– Trafię już do środka, spokojnie – zaśmiałam się cicho. – Leć na spotkanie, dam sobie radę się zaaklimatyzować. Jakby co wiesz, gdzie mnie szukać, na razie – weszłam powoli i zaczęłam nucić sobie, aby wyczuć, gdzie jest koniec jaskini.
– Oczywiście, do zobaczenia – zwróciłam na chwilę uszy w jego stronę, ale szybko powróciłam do zwiedzania jaskini.
Było dużo miejsca na różne zioła czy szyszki albo inne owoce. Znalazłam też miejsce do spania, najgłębiej, aby przypadkiem nie zmarznąć. Westchnęłam głęboko i udałam się na spoczynek. Musiałam odsapnąć, a za zbieranie ziół mogłam zabrać się nawet jutro. Rozluźniłam mięśnie i się położyłam. Przez jakiś czas nie mogłam zasnąć, bo zastanawiałam się, o czym będzie rozmowa Atrehu z Renesmee, ale w końcu zmęczenie wzięło górę i udałam się na drzemkę.

Atrehu?

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 342
Ilość zdobytych PD: 171
Obecny stan: 171

sobota, 6 listopada 2021

Od Atrehu c.d Nabi ~ Prawdziwy dom

~ Biedactwo. - pomyślałem ze smutkiem, spoglądając na towarzyszącą mi waderę, która krocząc obok mnie, nuciła jakąś tylko sobie znaną piosenkę. Ta rozmowa z całą pewnością była odświeżająca, co do tego nie miałem najmniejszych wątpliwości. Choć nasze historie się różniły, po części rozumiałem jej uczucia i to, czego doświadczyła. Zamyśliłem się na chwilę, zdając sobie sprawę, że być może jesteśmy do siebie podobni o wiele bardziej, niż bym sądził. Ona również opuściła rodzinny dom. Z tą różnicą, że z własnej woli. W przeciwieństwie do mnie miała wybór, aczkolwiek przyszłość, jaka ją czekała w rodzinnej watasze, nie zapowiadała się ciekawie.
Moje serce zatrzepotało gwałtownie. W tak młodym wieku doświadczyć odtrącenia i bólu ze strony najbliższych. Może nie fizycznego, bo nikt nie próbował bynajmniej pozbawić jej ducha, lecz to, w jaki sposób próbowano kierować jej osobą... Z góry ustalili całe jej życie. To tak, jakby była marionetką, pionkiem, którego wedle uznania przywódcy, przesuwa się z miejsca na miejsce. Nie zadając sobie trudu, by spytać ją o zdanie. Jakby nie miała własnych uczuć i pragnień. ~ Grr.. Tak być nie powinno! - wkurzyłem się, nie powiem. Nienawidziłem takiego traktowania, a tym bardziej, jeśli dotyczy to samic. Wszak to one dają życie. Powinno się je traktować z szacunkiem i miłością, a nie... Westchnąłem ciężko, spuszczając nieco powietrze. Teraz jest już bezpieczna, z dala od swojej dawnej watahy. Wolna niczym ptak. Choć na pewno tęskni i będzie tęsknić za braćmi, to tutaj jest teraz jej nowy dom. Miejsce, w którym zostanie zaakceptowana taka, jaka jest. I nikt nie narzuci jej swojej woli. Będzie zatem mogła robić to, co kocha i to, co uzna za słuszne. Bardzo przyda nam się jej pomoc i znajomość zielarstwa. W każdej szanującej się watasze powinna znaleźć się taka osoba. A Nabi z pewnością nada się na to stanowisko. Jej doświadczenie i umiejętności, z całą pewnością zostaną docenione. Zerknąłem na nią kątem oka. Wyglądała naprawdę uroczo. Kołysząc delikatnie biodrami, truchtała tuż za mną. Zwolniłem nieco tempo, by się z nią zrównać. Była bardzo silna duchem, czego nie widać na pierwszy rzut oka. Poczułem przyjemne ciepło na sercu. Obiecałem sobie w myślach, że będę chronił członków watahy. Bez względu na wszystko, będę starał się uszczęśliwić każdą istotkę. Z tym postanowieniem, wyprostowałem się dumnie.
- Wiesz... - zatrzymałem się nagle, zmuszając waderę do tego samego. Przypomniało mi się bowiem coś ważnego. Nabi wyraźnie zdziwiona, zwróciła łeb w moim kierunku. - Nie odpowiedziałem Ci wcześniej na pytanie, wybacz. Oczywiście z wielką chęcią, oprowadzę Cię po naszych terenach. - uśmiechnąłem się wesoło, czego, choć nie mogła zobaczyć, to z całą pewnością poczuła to z mojej energii.
- Będę zobowiązana!
- Hmmm... w sumie skoro już idziemy w stronę groty Renesmee, nic nie stoi na przeszkodzie, bym już teraz cię nieco oprowadził.
- Oczywiście, jestem jak najbardziej za. - wadera zamerdała ogonem. Wyglądała przy tym, jak zadowolone szczenię. Rozczulił mnie ten widok. Ruszyłem powolnym krokiem, rozglądając się na boki. Nie za bardzo wiedziałem, od czego mam zacząć. Nigdy bowiem nie oprowadzałem nikogo.
- W porządku. Aktualnie jesteśmy w Forêt de Vie. Jest to las, w którym znajdują się nasze jaskinie. To tu najwięcej polujemy i spędzamy wspólnie czas.
- Chyba wcześniej byliśmy na jakieś polanie? - spojrzałem na waderę z uśmiechem. Spodziewałem się, że będzie tylko słuchać, ale miło mnie zaskoczyła. Im więcej pytań będzie zadawać, tym lepiej dla mnie.
- Zgadza się. Clairière Verte. Najspokojniejsza okolica ze wszystkich i najbardziej bezpieczna.
- Najbardziej bezpieczna?
- Yhym, dokładnie. Na naszych terenach w różnych ich częściach znajdują się mniej bądź bardziej groźne zwierzęta. - poczułem zimny dreszcz, który przebiegł mi po kręgosłupie na wspomnienie tej dziwnej, pełzającej kreatury, którą spotkałem przed dołączeniem. - Jedni są szczególnie na nas uczuleni i zrobią wszystko, by pozbawić nas życia. Polana to tak naprawdę jedyne miejsce, gdzie się ich nie spotyka. Jakby istniała jakaś magiczna bariera, która nie pozwala wrogim jednostkom tam przebywać.
- Rozumiem. Coś jak uświęcone miejsce. - Kąciki moich ust powędrowały do góry. Trafne spostrzeżenie, aczkolwiek dokładnej przyczyny nie zna nikt.
- Prawdopodobnie tak, chociaż nikt nie wie dlaczego. Clairière Verte nie różni się przecież niczym od reszty. Nie czuć w niej nic szczególnego.
- Hmmm... - pogrążeni w zamyśleniu, zatrzymaliśmy się na chwile. Temat był dość mistyczny, gdyż wiele osób zastanawia się, co takiego jest w tej polanie, że jest tak, a nie inaczej. Ja również nad tym rozmyślałem, ale im więcej pytań sobie zadawałem, tym bardziej czułem ucisk w czaszce. Głowa zaczęła mi pulsować.
- Atrehu? - na dźwięk swojego imienia, odwróciłem się w kierunku zarośli. Głos był wyraźny i bardzo dobrze mi znany. Od razu rozpoznałem osóbkę, która kroczyła w naszą stronę. Dumnie wyprostowana pierś, lekkie i spokojne ruchy i ten blask w oczach. Była to Renesmee. Jej się nie da z nikim innym pomylić. Zwłaszcza przez jej tęczową grzywę i ogon. Jakby się dłużej nad tym zastanowić, był to swego rodzaju plus. Alfa musi być rozpoznawalna, wszyscy muszą wiedzieć, o kim mowa. Poczekałem, aż samica zbliży się do nas, po czym delikatnie się ukłoniłem.
- Witaj Alfo, właśnie szliśmy w stronę Twojej groty. - uśmiechnąłem się delikatnie, wskazując łbem na mnie i Nabi. Mniejsza wadera na słowo "Alfo", również schyliła swoją głowę.
- Pani...
- Proszę, mów mi po imieniu. - samica przysiadła na ziemi, zerkając na moją towarzyszkę. Była wyraźnie rozluźniona i zadowolona. Ciekawe, co takiego się stało. Może to nie coś, a ktoś sprawił, że nasza przywódczyni jest szczęśliwa? - Jestem Renesmee, alfa watahy Odrodzenia. Z kim mam przyjemność?
- Mam na imię Nabi. Przybywam z bardzo daleka i w sumie to szukam swojego miejsca w świecie.
- Rozumiem. Nic nie stoi na przeszkodzie, byś dołączyła do naszej społeczności. - uśmiech obydwóch samic był jak lek na zarazę. Rozczulał i poprawiał humor. Lubiłem, gdy kobiety wokół mnie były zadowolone. Sam wtedy odczuwałem z tego przyjemność.
- Naprawdę? Dziękuję, z chęcią zostanę. - Ostatnią kwestią będzie z pewnością wybranie dla niej zajęcia. Miałem już nawet pomysł, co będzie odpowiednie.
- W czasie drogi tutaj, Nabi udowodniła mi swoje umiejętności i doświadczenie w zielarstwie. - Renesme spojrzała na mnie z zainteresowaniem. Lekko zmarszczyła czoło, zastanawiając się nad moimi słowami, po czym dokładnie przyjrzała się mniejszej samicy. Jej łepek przekręcił się na bok. Chyba domyślałem się, o czym myśli. - Mimo iż jest niewidoma, doskonale rozpoznaje rodzaje ziół i ich przeznaczenie. Myślę, że stanowisko z tym związane będzie dla niej najbardziej odpowiednie.
- Nabi?
- Byłabym naprawdę szczęśliwa, mogąc się właśnie tym zajmować.
- Dobrze, więc niech tak będzie. - pokiwała głową na "tak" a następnie spojrzała na mnie. - Atrehu, zapoznaj ją z naszymi zasadami, a następnie zaprowadź do odpowiedniej jaskini. Myślę, że przy polanie będzie najlepiej. Jest tam mnóstwo ziół, a okolica nie stanowi żadnego zagrożenia.
- Oczywiście Alfo, wedle rozkazu. - ukłoniłem się delikatnie na znak szacunku. Mimo iż sam pochodziłem z rodziny alf i kłanianie się innym nie leży w mojej naturze, do Renesmee miałem ogromny szacunek. Wstydem by było nie oddać jej czci.
- I jeszcze jedno. Gdy skończysz, przyjdź do mojej jaskini. - Jej miękki, lekko kokieteryjny głos mnie zszokował. ~Nie, co? Moment, czyżby alfa chciała... nie, to niemożliwe! ~ pokręciłem głową, odpychając te myśli. Z pewnością nie chodzi o to, co mi w głowie siedzi. ~ Wstydziłbyś się zboczeńcu, tylko jedno ci w głowie! - odprowadziłem alfę wzrokiem, nim zniknęła wśród zarośli, po czym zerknąłem na Nabi.
- No cóż, w takim razie czas ruszać. Zapraszam! - z uśmiechem wstałem, kierując się z powrotem w stronę polany. Pokażę ci twój nowy dom.
- Prowadź!

<Nabi? >

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1190
Ilość zdobytych PD: 595 + 5% (30) za długość powyżej 1000 słów.
Obecny stan: 625

poniedziałek, 25 października 2021

Od Nabi c.d Atrehu ~ Prawdziwy dom

Samiec potrafił sprawić, że się zarumieniłam. Było to coś, czego chyba dawno nie doświadczyłam. W takim momencie bardzo żałowałam, że nie mogłam go po prostu zobaczyć. Nie, żebym się nad sobą użalała. Z tego, jak ja i on się opisał, wynika, że jest wyjątkowym wilko-lisem. Pewnie jego kolor futra i oczu wyglądał tak pięknie, jak jesienne liście.
– No, ale mniejsza o mnie, może teraz ty opowiesz coś o sobie? – z myśli wyrwało mnie pytanie rudego wilka.
– Więc z tego, co pamiętam, mam jasne futro – zaczęłam, ale szybko i cicho się zaśmiałam. Atrehu przekazał mi trochę swojej pozytywnej energii, to na pewno. – A tak na poważnie, jeśli mówimy o wyjątkowych oczach, zapewne zauważyłeś, że moje są dwukolorowe. W mojej watasze każdy miał wyjątkowe oczy. Każdy przez to wyglądał ślicznie – uśmiechnęłam się na to wspomnienie. – Ale gdy zachorowałam i... straciłam wzrok – zatrzymałam się na chwilę, westchnęłam na to wspomnienie i ruszyłam dalej. – To moje oczy zbladły i przez to inni członkowie watahy uznali, że to znak od bogów. Albo jakaś kara, w sumie już nie pamiętam. Miałam się oddać modlitwom i zostać kapłanką, co nie było mi na łapę. Chcieli odwieść mnie od mojej pasji.
– Trochę dziwne podejście ze strony twojej dawnej watahy – zatrzymał się na chwilę. – W sumie jestem ciekaw, czym się pasjonujesz – odparł z zainteresowaniem, chyba aby zmienić lekko temat.
– Od zawsze lubiłam wszelkiego rodzaju zioła – chętnie zaczęłam. Wolałam bardziej rozmawiać o moich zainteresowaniach niż o watasze. – Moje moce pomagają mi w zgłębianiu tego tematu. Na przykład – odwróciłam głowę w lewo i pociągnęłam nosem. – Rosną tu rośliny, które pomagają w leczeniu chorób skórnych i na przeziębienie. Gdzieś niedaleko rośnie też coś trującego.
– Skąd to wiesz? Po zapachu?
– Dostaję jakby impuls czasem od zapachu, czasem od dotyku. Znam jedynie właściwości niektórych roślin, ale dalej nie wiem, jak wyglądają czy się nazywają, dopóki bliżej ich nie zbadam. To w sumie nic takiego – odparłam spokojnie, ale lekko się zarumieniłam.
– Myślę, że to przydatna moc – usiadłam nieco bliżej samca.
Zrobiło mi się ciepło na sercu. Naprawdę miło było słyszeć jego akceptujący ton i chęć do rozmowy. Chyba żaden wilk, jeszcze nie sprawił na mnie tak dobrego wrażenia, a znam się z nim krócej niż z niektórymi wilkami z mojego starego domu.
– Dziękuję. Bardzo miło mi to słyszeć, serio – uśmiechnęłam się. – Inni nie byli aż tak dobrzy, ciągle na mnie naciskali. Mówili mi, co mam robić i kim być, więc postanowiłam odejść – nagle znowu jakoś wróciłam do tematu historii.
– Czy było ci ciężko odejść? – jego ton wydał się może bardziej... zamyślony?
– Poza dobrą relacją z moimi braćmi, to nikt mnie tam nie trzymał. Po części było ciężko, bo nie dość, że musiałam zostawić trzech braci, to ymm... bałam się? Nie wiem, jak to inaczej określić, ale przez chwilę czułam, że sama nie dam sobie rady. Chociaż nikomu o tym nie powiedziałam, gdy pewnego dnia po prostu poszłam do lasu i już nie wróciłam – zazwyczaj nie wylewałam z siebie aż tyle przemyśleń, ale poczułam, że samiec mnie zrozumie. Może to też dlatego, że od paru tygodni nie rozmawiałam z drugim wilkiem i przyjemnie było chociaż raz się wygadać.
Zapadła chwila ciszy. Nie wiedziałam, czy powiedziałam coś nie tak, czy samiec na serio się zamyślił. Sama oddałam się w rozmyślania o dawnym życiu. Pamiętam jeszcze uśmiechy moich trzech głupków. Przed chorobą, przed tym całym chaosem. Wyrwałam się jednak od tych myśli. Było, minęło. Nie warto było tego roztrząsać, bo nic mi to nie da. Przydała mi się zmiana otoczenia i wilków, którymi mam nadzieję, będę się otaczać.
– Ta rozmowa była... odświeżająca. Może powinniśmy się zbierać – chrząknęłam i wstałam. – Możemy potem pogadać, jeśli chciałbyś mnie potem oprowadzić po terenach watahy – uśmiechnęłam się zachęcająco.

Atrehu?

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 606
Ilość zdobytych PD: 303
Obecny stan: 664

niedziela, 24 października 2021

Od Atrehu c.d Nabi ~ Prawdziwy dom

Czułem się odrobinkę niezręcznie, gdy maszerując z Nabi w stronę jaskini Rene, panowała przy tym taka cisza. Niby nie było jakoś nieprzyjemnie, ale z drugiej strony czułem coś na kształt niepewności. Serce biło mi odrobinkę za szybko. Zerkając na nią ukradkiem, pilnowałem, by przez przypadek w nic nie uderzyła. O dziwo sprawnie manewrowała między drzewami, choć nigdy nic nie wiadomo. Wolałem dmuchać na zimne. Z tego powodu uważnie obserwowałem okolicę, starając się wyłapać niebezpieczne miejsca, by w razie czego ją ostrzec i być w stanie odpowiednio zareagować. Nigdy jeszcze nie spotkałem niewidomego wilka, a jeśli już, to przez bardzo krótki czas, albowiem nasz ojciec konsekwentnie pozbywał się słabych i chorych osobników. W historii naszej watahy zdarzyły się aż trzy takie przypadki, gdy któraś wadera urodziła chore szczenię. Dla wielu takie maluchy były niepotrzebne. Jedno z nich zostało zabite przez własnego ojca, jak tylko zła diagnoza została potwierdzona. Dwa pozostałe dorastały na końcu łańcucha pokarmowego. Wyrzutki, bądź omegi, tak były zwane. Nikomu nie potrzebne, były marginesem społeczności. Postrzegane jako śmiecie, które nie zasługują na przywileje, bo i tak nie przysłużą się sforze. Ja nie postrzegałem takie wilki za zbyteczne, a wręcz przeciwnie. Uważałem i wciąż uważam, że dzięki takim osobom uczymy się empatii i akceptacji oraz dajemy nadzieję na lepsze jutro. Poza tym wystarczyła dobra edukacja. Słyszałem z opowieść babci, że u naszych sojuszników syn alfy narodził się z wadą uszu. Protegowany, uważany był za słabego. Nauczył się jednak czytać z ruchu pyska, mimiki. Wyostrzyły mu się inne zmysły jak węch. Bez trudu odnajdował to, co nawet ja nie byłbym w stanie. Mój alfa jednak tego nie widział lub nie chciał widzieć. Tym się właśnie różniliśmy z ojcem. Dla niego tylko silne osobniki były coś warte, a cała reszta nie powinna mieć praw do życia. Był dobrym alfą, dbał o watahę najlepiej, jak potrafił. Nie licząc właśnie chorych członków, całą resztę traktował sprawiedliwie. Wysłuchiwał ich próśb i parł do przodu. Wszyscy go szanowali i podziwiali. Wrogowie natomiast kulili ogon na dźwięk jego głosu. Miał wielu wrogów, ale jeszcze więcej przyjaciół. Może właśnie dlatego cała ta sytuacja wydała się taka dziwna.
- Może to dziwne pytanie, ale.. – spojrzałem na waderę, wracając do teraźniejszości. Miałem pilnować jej bezpieczeństwa, a tymczasem odpłynąłem we wspomnienia. Potrząsnąłem łbem, zwalniając nieco tempa.
- Tak?
- Jak wyglądasz? - jej pytanie zbiło mnie z tropu. Szczerze powiedziawszy, nie spodziewałem się, że zacznie taki temat, bo jak ja miałbym siebie opisać, skoro ona i tak nie wiedziałaby, jakiej barwy jest moje futro. - Nie byłam niewidoma od urodzenia, więc możesz mówić różne kolory i tak dalej. Jestem ciekawa. - uśmiechnęła się delikatnie, a mnie było głupio, bo jakby, oceniłem ją, wcale jej nie znając. Od razu założyłem, że nie ma wyobraźni... cóż.. Trzeba to nadrobić.
- Hmmm... jakbym się miał określić, aby zbytnio nie przesadzić? - wadera zaśmiała się perliście, ukazując przy tym rząd ostrych ząbków. Miała ładny uśmiech, to musiałem przyznać. W sumie, jakby się tak dłużej zastanowić, to była śliczna. Nie interesowało mnie, że nie widzi. Miałem wrażenie, że ów relacja z nowo poznaną waderą, z całą pewnością będzie ciekawa i zaprowadzi nas na inny poziom.
- Opisz się tak, jak jest naprawdę. - przystanęła na chwilę, więc i ja się zatrzymałem. Nieco ze zdziwieniem, że zrobiła to tak nagle. Ona jednak ruszyła i okrążyła mnie. Potem przysiadła i z uśmiechem nastawiła uszy ku górze. - Z moich zmysłów wynika, że jesteś naprawdę wysokim i dobrze zbudowanym basiorem. Masz naprawdę długi i puchaty ogon.
- Zgadza się... - odrzekłem po chwili ciszy. Teraz to kompletnie mnie zadziwiła. Nie spodziewałem się, że ma aż tak wyostrzone zmysły orientacji. Owszem, słyszałem o tym, że jeśli jeden współczynnik szwankuje, pozostałe zyskają na sile. Tym samym, mimo iż nie widziała, była w stanie stwierdzić dość istotne rzeczy.
- Słysząc twojego głosu, mogę stwierdzić, że pochodzisz z wysoko postawionej rodziny. Alfa, bądź beta.
- To prawda, mój ojciec był przywódcą stada.
- Był?
- Ja... - k*rwa, Atrehu, po jakiego grzyba zaczynasz w ogóle ten temat. - Tak, był, ale nie chce o tym gadać.
- W porządku, rozumiem. - na nowo skoncentrowałem się na waderze. Nie wyglądała na przejętą tą dziwną wymianą zdań. Ze stoickim spokojem kontynuowała swoje obserwacje. - Twoja aura wskazuje na to, że jesteś, bądź też byłby dobrym przywódcą stada. Już teraz mogę ci powiedzieć, że widzę cię jako opiekuńczego i pewnego siebie samca, który gotowy jest oddać życia za swoich bliskich. - uśmiechnąłem się nieznacznie, słysząc te słowa, po czym napuszyłem się dumnie jak paw. Zresztą, kto na moim miejscu by tak nie postąpił? Usłyszeć taki komplement od obcej osoby?
- Dziękuję, to bardzo miłe. - wadera nagle się zarumieniła Jej początkowa niepewność znikła jak za dotknięciem czarodziejskiego patyka. Nie mniej jednak dopiero teraz chyba zdała sobie sprawę, co takiego powiedziała. - Wiesz... - zacząłem, spoglądając na nią z góry. Była taka malutka przy mnie. Dosłownie jak Tsumi, aczkolwiek jej postura była o wiele drobniejsza niż ów wadery. - Odpowiadając na twoje pytanie... moje ciało pokryte jest czerwono-rudą sierścią. Na pysku, przez pierś i brzuch rozciąga się biszkopt. Tak samo, jak na końcówce ogona. Kolor przypomina coś na kształt strzałki.
- Rozumiem... - uśmiechnąłem się do niej, mimo że nie mogła tego dostrzec. Trochę szkoda, bo jestem ciekaw, co by o mnie powiedziała. - Mało jest wilków o takim umaszczeniu.
- Racja, ale... to przez to, że odziedziczyłem ten kolor od swojej matki, która była lisem.
- Lisem? - zdziwiona, przysiadła na ziemi. Nie za bardzo wiedziałem, skąd ta reakcja. Postanowiłem jednak ciągnąć dalej i wyjawić jej kilka spraw.
- Owszem. Mój ojciec zakochał się w lisicy. Z tego, co wiem, wcześniej miał mate, która przedwcześnie umarła. Długo nie mógł się pozbierać, aż w końcu pojawiła się moja matka. I tak oto narodziłem się ja. Jako jedyny z mojego rodzeństwa odziedziczyłem po niej cechy.
- Jestem pewna, że jesteś bardzo przystojny. - tym razem to ja się zarumieniłem. Odchrząknąłem, by opanować narastające uczucie. ~ O nie, nic z tego, nie chcę o niej w ten sposób myśleć! Nawet o tym nie myśl! ~ pomyślałem, kierując te myśli w stronę pewnej części ciała, która dość często próbuje kierować moim życiem. Opanowując się, zaśmiałem się wesoło.
- Pozostawię tę kwestię ekspertą. - wstałem, po czym dałem do zrozumienia, że czas iść dalej. - wracając do mojego wyglądu i w sumie kończąc ten temat... moje oczy są koloru czerwonego. Wielu nazywa je płomiennymi, gdyż w tęczówkach i za rogówką błyska złoto. Wygląda to zatem jak rozżarzony płomień.
- Oh, to musi wyglądać naprawdę wspaniale.
- Cóż... dla mnie jako posiadacza tych oczu, to nic niezwykłego. Dla innych natomiast jest inaczej. Gdy jestem wkurzony, wzbiera we mnie gniew, czerwień ustępuje miejsca złotu. To tak jakby wymiana kolorami. No, ale mniejsza o mnie, może teraz ty opowiesz coś o sobie?

<Nabi?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1086
Ilość zdobytych PD: 543 + 5% (27) za długość powyżej 1000 słów.
Obecny stan: 2680

Od Nabi c.d Atrehu ~ Prawdziwy dom

– Kim jesteś? – zapytał nieznajomy po krótkiej ciszy.
Przez chwilę nie wiedziałam, co powiedzieć. Tak długo czekałam na tę chwilę, a kiedy w końcu doszło do tego, że spotkałam wilka i to w dodatku samca o mocnym zapachu szczególnie dla mojego nosa, po prostu stałam się nieśmiała a może nawet lekko przestraszona? "Czy mam po prostu się przedstawić?" Przemknęło mi przez myśli. Gdy wilk chrząknął, aby przypomnieć o swoim pytaniu, drgnęłam uchem.
– Ja... jestem Nabi. Zwykła wadera, która poszukuje nowego domu, w którym czułaby się sobą – położyłam po sobie uszy, aby dodatkowo pokazać, że nie mam złych zamiarów.
Chociaż zapewne basior o tym wiedział. Powiedzmy, że poczułam jego spokojniejszą aurę. Nie zaatakował mnie, więc był to dobry znak.
– Ja jestem Atrehu. W porządku, zaprowadzę cię do naszej alfy – odpowiedział pogodnym tonem.
Uśmiechnęłam się delikatnie i wstałam. Mogłam się bardziej rozluźnić i odetchnęłam z ulgą. Zastanawiałam się, kiedy zapyta się o moją niepełnosprawność, ale o dziwo samiec po prostu poczekał, żebym do niego dołączyła. "Miła odmiana." Chociaż gdyby się zapytał, to mogłoby być niezręcznie.
Ruszyłam powolnym i bezpiecznym krokiem przed siebie. Nie chciałam zbytnio się zamyślać, gdyż jednak musiałam skupiać się na chodzeniu. Nastroszyłam uszy i sprawnie wyminęłam drzewo. Przy okazji słyszałam spokojne stąpanie łap Artehu, szum wody tuż za mną i szelest spadających liści. Było tak spokojnie.
W pewnym momencie jeden z liści spadł na mój nos i lekko się wzdrygnęłam. Potrząsnęłam głową i podbiegłam do basiora. Panowała przyjemna przynajmniej dla mnie cisza. Mogłam napawać się dźwiękami lasu, przez który przelatywał wiatr. Pomyślałam jednak, że byłoby dobrze poznać mojego towarzysza.
– Może to dziwne pytanie, ale – zaczęłam i chrząknęłam.
– Tak?
– Jak wyglądasz? Nie byłam niewidoma od urodzenia, więc możesz mówić różne kolory i tak dalej. Jestem ciekawa – przez chwilę pomyślałam, że to głupie, ale nie wycofałam się.
W sumie był jak na razie jedynym wilkiem, którego poznałam na tych terenach. "Być może uda mi się załatwić jakąś wycieczkę po terenach, jeśli alfa zechce, żebym tu została." Na tę myśl znowu lekko się uśmiechnęłam.


Atrehu?


PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 331
Ilość zdobytych PD: 165
Obecny stan: 361

Od Atrehu c.d Nabi ~ Prawdziwy dom

Tego dnia wstałem dość rześki i wypoczęty. Mogło to być za sprawą udanego wieczoru w towarzystwie Tsumi oraz tego, że darowałem sobie kolację. Jedzenie tuż przed snem zawsze kończyło się niewyspaniem. Nieważne, jak bardzo byłbym zmęczony i śpiący, za kija bym nie usnął. Muszę zatem zmienić swój tryb życia i przenieść ostatni posiłek na inną porę dnia. Przeciągnąłem się, wyprostowując wszystkie kości, aż wydały z siebie ten dziwny dźwięk, przypominający chrupnięcie. Ziewając i odganiając resztki snu, z uczuciem spojrzałem na śpiącą waderę. Jak miś, wtulona była w mój bok. Przypatrywałem jej się przez chwilę. Oddychała równo i miarowo, pochrapując delikatuśnie. Uśmiechnąłem się szeroko, liżąc jej uszko. Nie miałem ochoty jej opuszczać, ale obowiązki, to obowiązki. Z westchnieniem podniosłem się z posłania. Zerkając w stronę wyjścia, stwierdziłem, że jest jeszcze dość wcześnie. Było ciemno, wiał nieprzyjemny wiatr, gwiżdżąc przy tym przeraźliwie. Skrzywiłem się na ten dźwięk. Nim wyszedłem z jaskini, dałem mojej małej kulce słodkiego całusa. Mrugnęła tylko coś niewyraźnie przez sen, przewracając się na drugi bok. Parsknąłem przy tym śmiechem. Od razu humor mi się poprawił.
Pogoda na zewnątrz nie napawała optymizmem. Zimno przewiercało moje ciało na wskroś. Słońce dopiero co wychylało się znad horyzontu i choć nie padało, ciemne chmury nieubłaganie zbliżały się w stronę naszych terenów. To kwestia czasu, nim lunie jak z cebra. Lubiłem deszcz, aczkolwiek nie chciałbym zmoknąć na patrolu. Nie dziś, nie w tym mrozie. Tym bardziej pragnąłem mieć już za sobą swoje zadanie. Ruszyłem więc pędem na miejsce spotkania. Sprawnie omijałem chaszcze i zwinnie balansowałem między drzewami. Skacząc nad rozwalonym pniem, gładko wylądowałem na ziemi. ~ Powinienem dostać za to medal, a co! ~ pomyślałem ze śmiechem, będąc już u celu. Zapach mojego towarzysza roznosił się po polanie. Zwolniłem, wychodząc z lasu i gwiżdżąc sobie pod nosem, zbliżyłem się do wilka. Jego biała jak śnieg sierść, rzucała się w oczy. Jesienią trudno go nie dostrzec, choć wszystko się odwróci zimą, gdy spadnie pierwszy śnieg. Eien będzie niewidoczny wśród białego puchu. Idealny kamuflaż zapewni mu powodzenia podczas polowań. Co nieco mu tego zazdrościłem. W tej chwili to ja mieszałem się z otoczeniem. Moja ruda sierść, idealnie komponowała się z opadającymi liśćmi, lecz później będę łatwy do zauważenia. Jak kaczka. ~ No nic, nie można mieć wszystkiego. ~ Z tą myślą, zbliżyłem się do basiora. Samiec spojrzał na mnie i kiwając w moją stronę głową, ruszył przed siebie. Nie potrzebowaliśmy słów. Każdy znał swoje obowiązki. Poza tym było widać, że nie jest w nastroju do rozmów. Chyba tak, jak ja, chciał już wrócić do domu. Rozpoczęliśmy zatem codzienny obchód. Jako czujki dzienne, patrolowaliśmy teren watahy kilka razy dziennie, w różnych godzinach. Z tego względu trudno się komuś prześlizgnąć na nasze tereny. Nigdy bowiem nie wiadomo, kiedy będziemy w pobliżu.
- Proponuje się rozdzielić. - spojrzałem na Eien'a, który stojąc wyprostowany, uważnie obserwował swymi diamentowymi oczami otoczenie. Znajdowaliśmy się właśnie nad wysoko położoną skarpą Pic Céleste, z której rozpościerał się dobry widok na większość naszych terenów.
- Jestem za. Może uda się też po drodze coś upolować. - odrzekłem, kierując się ku Clairière Verte. Basior zdążył tylko coś mruknąć pod nosem, ruszając w stronę jeziora Arbre Divin. Patrol zazwyczaj odbywaliśmy wspólnie. Tym razem jednak postanowiliśmy się rozdzielić, by szybciej skończyć.
Ostrożnie stawiając łapy, w żółwim tempie schodziłem po ostrych zboczach. Wspiąć się nie było wcale tak trudno, wszak porządny rozpęd i kilka długich skoków wystarczyło, by dostać się na ową skarpę, lecz zejście z niej, to już ciężki kawałek mięcha. Gdy w końcu się udało, odetchnąłem z ulgą. Żyje, nie stwierdziłem przy tym żadnego uszczerbku na zdrowiu, łapy również nie są połamane. ~ Ufff... - puściłem się biegiem przez łąkę, nasłuchując i dokładnie obserwując otoczenie. Dość szybko dotarł do mnie nieznajomy zapach. Dziwna, ale przyjemna woń wanilii i truskawki.
- Wilk... - nastroszyłem nieco sierść, przyśpieszając bieg. Z pewnością była to samica. Basiory mają o wiele cięższe zapachy, drażniące w nozdrza. Samcowi mało kiedy podoba się zapach innego samca, chyba że jest on homoseksualny, tzn., odczuwa pociąg fizyczny do osobnika tej samej płci. Wtedy ciężka, samcza woń, wywołuje podniecenie. Wadery natomiast są wyczulone na feromony. To, jaki zapach będzie ich przyciągać, zależy od wielu czynników. Od jednych może zakręcić im się w głowie, od drugich zemdlić. Jeszcze inne wywołują rozdrażnienie. W takich przypadkach lepiej unikać płci pięknej. No, ale mniejsza. Przez to zamyślenie, nie zwróciłem uwagi na to, że zbliżałem się do celu. Byłem już na tyle blisko, że z pewnością mnie wyczuła. Mimo tego nie stwierdziłem, by wilczyca zamierzała uciekać. Wręcz przeciwnie, wyglądało na to, że czeka, nie ruszając się z miejsca. Zwolniłem, wychodząc z zarośli. Moim oczom ukazała się siedząca przy strumyku drobna postać o kremowej, acz puszystej sierści. Ogon wadery oplatał jej małe ciałko, a znad równie małego noska, spoglądały na mnie niebiesko-czerwone oczy. A raczej zwrócone były w moją stronę, lecz jakby nie nieskoncentrowane na mojej osobie. Wyprostowałem się, podchodząc do samicy. Jej postawione wysoko uszy, zdawały się dokładnie rejestrować każdy mój ruch. Będąc już blisko niej, przystanąłem nagle. Drgnęła, wciąż nasłuchując. Zdałem sobie w tej chwili sprawę, że ona jest niewidoma. Nie widziała mnie, lecz czuła i słyszała. Dlatego chyba nie uciekała.
- Witaj... - chrząknąłem, pozbywając się guli w gardle. Spodziewałem się wszystkiego, ale z pewnością nie tego.
- Yhmm... cześć. - niepewność w jej głosie i skulona sylwetka sprawiły, że uspokoiłem swoją aurę. Bała się mnie, choć próbowała to ukryć.
- Kim jesteś? - zapytałem po chwili ciszy, kładąc się na brzuchu po drugiej stronie strumyka.

<Nabi?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 891
Ilość zdobytych PD: 445
Obecny stan: 1585

sobota, 9 października 2021

Od Nabi do kogoś ~ Prawdziwy dom

Obudziłam się raczej wczesnym rankiem. Mroźny wiatr przejechał po moim futrze. Wyszłam z małej jaskini, którą znalazłam parę dni temu. Musiałam się ruszyć, bo jeszcze trochę i łapy by mi zamarzły. Podniosłam uszy i zaczęłam nasłuchiwać otoczenia. Było raczej spokojnie, trochę dalej usłyszałam kroki czegoś większego — być może jeleń albo sarna i szum wody. Wstałam, przeciągnęłam się i mocno ziewnęłam. Nie miałam szansy upolować tak wielkiego zwierza, a akurat zaczęło burczeć mi w brzuchu. Zaczęłam wąchać w poszukiwaniu jakichś malin albo ziół, które zmniejszają apetyt. Ruszyłam powoli, kierując się głównie zapachem. Z każdą sekundą czułam, jak robiłam się coraz bardziej głodna. Miałam nadzieję, że niedługo moje poszukiwania się skończą, że znajdę kogoś, kto będzie mógł zapewnić mi nowy dom. Czy brzmi to samolubnie? Raczej wolę myśleć o tym, że ja pomogę w sprawach zielarskich, a ktoś zaoferuje mi na przykład królicze mięso. Chociaż przebywanie tylko z naturą ma swoje plusy. Zawsze jest tak cicho, słychać przyjemne dźwięki środowiska i nikt nie kłapie mi nad głową, co powinnam, a czego nie powinnam robić.
W pewnym momencie poczułam, że zbliżyłam się do wody. Zniżyłam łeb i się napiłam. Woda była zimna, ale pomogło na poranne suche gardło. Skupiłam się i usłyszałam niedaleko siebie parę ryb. Oblizałam się. "To moja szansa na śniadanie." Przeszło mi przez myśli. Chociaż łowy nigdy nie były moją najlepszą stroną, to ostatnie tygodnie wyraźnie pokazały, że muszę chociaż trochę się tego nauczyć. Przybrałam pozycję łowną i zaczęłam skradać się wzdłuż brzegu. Drgnęło mi prawe ucho i rzuciłam się do wody. Przeszły mnie dreszcze. "Ta woda naprawdę jest zimna!" Udało mi się jednak jakimś cudem złapać jedną z ryb. Bardzo się wyrywała, więc szybko wyszłam na brzeg, aby przypadkiem mi nie uciekła.
– Nie wierzę, że się udało – powiedziałam do siebie, gdy odłożyłam rybę na ziemię.
Otrzepałam się z resztek wody i zabrałam za jedzenie. Nie chciałam więcej odpoczywać, więc zaczęłam dalej maszerować. Szkoda, że nie mogłam podziwiać przyrody, jak normalny wilk, ale las, w którym przebywałam, był wypełniony tyloma zapachami i jak wcześniej wspomniałam — te dźwięki są wspaniałe. Lekko się uśmiechnęłam.
Szłam już trochę czasu i znowu spragniona doszłam chyba do strumyku. Napiłam się wody i usłyszałam szmery z jakiejś odległości. Zaraz po tym poczułam obcego wilka. Drgnęłam uchem i usiadłam nad brzegiem rzeki. Nie było sensu uciekać, bo mógł to być członek jakiejś watahy. Czekałam, aż się do mnie zbliży.

Ktoś? :3

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 392
Ilość zdobytych PD: 196
Obecny stan: 196