Z rozdziawionym pyskiem i szeroko otwartymi oczyma, wpatrywałem się w miejsce uderzenia. Ciało rozpierała duma, puls mi przyśpieszył. Uśmiechnąłem się szeroko, machając ogonem jak wariat. To było właśnie to, czego się po niej spodziewałem. Moja podopieczna jest niezwykle utalentowaną waderą. Wierzę, że kiedyś będzie równie potężna, co mądra. W tak młodym wieku zapanowała nad swoją zdolność. Nawet jeśli to dopiero początek. Wszakże nie znamy wszystkich jej możliwości, lecz na była dobrej drodze. Byłem pewien, iż kiedyś prześcignie siłą również i mnie.
- Niesamowite! - błyskawicznie znalazłem się przy niej, składając całusa na czubku jej głowy. Objąłem ją wujowskim uściskiem, tarmosząc nieco jej grzywkę. - Spisałaś się na medal, jestem z ciebie dumny! - Wadera stanęła pewnie, z wysoko podniesionym łbem. Zaśmiała się perliście, po czym na nowo przywołała świecącą kulkę. Ta, bezzwłocznie pognała w jej kierunku, po czym zaczęła krążyć wokół nas. No, wokół niej, ale, jako że stałem tuż obok, to również i mnie.
- Nazwałam ją kometa. - Shori przysiadła, ogonem opatulając przednie łapy. Ja w tym czasie przyjrzałem się temu czemuś i natychmiast pojąłem, skąd pomysł na imię.
- Kometa, powiadasz? Podoba mi się. Pasuje. - uśmiechnąłem się zaś, odsuwając się na bezpieczną odległość. - Skoro tak dobrze idzie Ci panowanie nad nią, czas najwyższy wypróbować jej możliwości w boju.
- Ale... - Shori chciała coś powiedzieć, lecz zamilkła, przypatrując mi się badawczo. - A co jeśli zrobię Ci krzywdę?
- Nie zrobisz.
- Skąd ta pewność? - nadal nie wydawała się przekonana. Jej strach widać było w źrenicach. Próbowała go ukryć, spuszczając łeb w dół. Westchnąłem ciężko. Jakby jej to wytłumaczyć? Jak podnieść na duchu i przekonać, że nie ma się o co martwić. Wiedziałem, że jeśli coś pójdzie nie tak, może zrobić się gorąco. Nie znałem możliwości Shori, lecz coś mi szeptało, by zaufać instynktowi. Pozwolić jej działać. Jeśli będzie się hamować, jej moc wyrwie się spod kontroli i tym samym, może komuś zagrozić.
- Kochanie, spójrz mi w oczy. - wykonała prośbę. Podniosła głowę, a nasze spojrzenia się spotkały. - Wierzę w Ciebie i Twoje możliwości. Potrafisz nad tym panować. Musisz zaufać sobie i słuchać swego serca. Nie myśl, pozwól sobie czuć. Niech moc przez ciebie przepłynie, niech obejmie twe ciało. Gdy będzie blisko krawędzi, natychmiast to wyczujesz. Postaw granice.
- Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić.
- Skąd możesz to wiedzieć, jeśli nawet nie spróbowałaś? - coś chyba w niej drgnęło. Oczy stały się stalowe. Ogień na chwilę zgasł, lecz już po chwili płonął żywym żarem. Wadera podniosła się, wyprostowała grzbiet.
- Dobra, ale gdyby co, nie przychodź do mnie z płaczem.
- Bez obaw, w razie czego dam Ci chusteczkę. - oboje wybuchliśmy krótkim śmiechem, nim z szerokim uśmiechem, przystąpiliśmy do walki. Przyjąłem pozycję bojową. Moc niczym uśpiony wulkan, natychmiast zaczęła drgać. Skupiłem się na waderze, dokładnie obserwując jej poczynania. Nie zapomniałem także mieć na oku Komety. To ona stanowiła największe zagrożenie. Hmm... jakby tak o tym pomyśleć, Shori idealnie nadaje się do walki długodystansowej. Nie wiem co prawda, jakby poszło jej w zwarciu. Można to w sumie przećwiczyć później.
- Pilnuj siedzenia! - jak na komendę, wystrzeliłem w bok, z trudem unikając świecącej kulki. Pojawiła się tuż za mną znienacka. Minęła mnie ledwo o cal. Otrząsnąłem się, zdając sobie sprawę, jaką gapę zrobiłem. Miałem uczyć, a nie odfruwać myślami. Warknąłem w myślach, rozglądając się na boki. Komety nigdzie nie było. Musiałem przyznać, iż ciężko nadążyć za czymś tak małym i szybkim. Jedyną opcją wydawało się użycie przestrzeni. W ostatnim czasie bardzo ją wzmocniłem. Skupiłem się na otoczeniu, a w umyśle dostrzegłem niebieski pentagram, monitorujący wszystko i wszystkich. W jego okręgu pojawiły się świecące istoty, w tym także i Shori. Wyciszyłem wszystko, co znajdowało się dalej. Błysk przeciął powietrze. Sprawnie uchybiłem się przed atakiem. Niczym w tańcu, wykonywałem koleje uniki. Kometa widać była szybka, lecz zwinnością przeważałem ja. Potrzebuje znacznie mniej czasu, by zmienić kierunek. Zatrzymałem się. Czekając, aż się zbliży. Gdy to się stało, teleportowałem się nad nią, a elektryczny puls, wydobył się z mojego ciała. Kometa rozpadła się w pył.
- O! - zerknąłem na Shori. Wydawała się zdziwiona.
- No, wygląda na to, że twoja broń nie jest odporna na błyskawicę. I ma kiepski refleks.
- Hmmm...
- Spróbujmy czegoś innego. - przysiadłem obok nie, wpatrując się w niebo.
- To znaczy?
- Kometa skupia się na twoich myślach, ale jestem ciekaw, czy może atakować również bezwiednie.
- To... twardy orzech do zgryzienia.
- Zgadzam się. - przytaknąłem, uśmiechając się do niej. - Dlatego poćwiczymy inaczej. Przywołaj kometę i każ jej wzlecieć w niebo. Musimy zobaczyć, jak dalece może się oddalić.
- Dobra. - Shori wzięła głęboki wdech, nim przywołała swoją moc. Zwiesiła się, wpatrując się w Kometę nieobecnym wzrokiem.
- Shori?
Shori? Co cię tak zastanowiło?
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 740
Ilość zdobytych PD: 370
Obecny stan: 370
Newsy
:Aktualności
.Blog przechodzi obecnie renowację
.Już niebawem pojawią się nowości
:Pogoda
Obecna pora roku ~ Jesień
.Temperatura waha się między 10+ a 0- stopni Celcjusza
.Zmiana pory roku nastąpi 15.12.2022
Liczba wilków ~ 27
Wadery ~ 18 + 1 NPC
Basiory ~ 7 + 4 NPC
Szczeniaki ~ 1
Nieobecni: Brak
~Serdecznie zapraszamy♥~
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Atrehu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Atrehu. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 9 października 2022
środa, 15 czerwca 2022
Od Atrehu c.d Itami ~ Wzloty i upadki [+16]
Sytuacja powoli wymykała się spod kontroli. Rene miała rację, coś złego wisiało w powietrzu i czekało na odpowiedni moment do ataku. No i wywołała tym stwierdzeniem wilka z lasu. To, co się stało, wstrząsnęło mną. Do głębi, tak bardzo mocno. Nie mogłem złapać oddechu i wcale nie ze względu na alergię. Nie docierały do mnie informacje, przyniesione przez Itami. Sama była w nie mniejszym szoku ode mnie. Przełknąłem ślinę, oczyma wielkimi jak spodki, wpatrywałem się w jej sylwetkę. To nie powinno się dziać, to nie mogła być prawda. Ze wszystkich sił starałem się wmówić sobie te słowa, byleby nie zaakceptować prawdy. Na zmianę wybuchałem gniewem oraz płaczem, iż mnie tam nie było. Nic nie zrobiłem, a może coś bym zdziałał. Nie wiem jak, lecz z pewnością byłbym w stanie pomóc. Nawet za cenę własnego życia...
Może nie byłem lekarzem, lecz nawet ja dostrzegałem zmianę w jej zachowaniu. Nie, żebym wcześniej ich stalkował. Po prostu... od czasu do czasu spoglądałem w kierunku ich jaskini. Obserwowałem ich kłótnie i złe zachowania, ale też wiele miłości i czułości. Zastanawiałem się często, jakby to było, gdybym i ja się ustatkował. Wybrał w końcu tę jedną jedyną i tylko z nią żył. Budził się wtulony w jej miękką sierść. Zasypiał u jej boku, wdychając cudowny zapach futra. Może gdyby Tsumi nie poroniła, gdybym nie skakał z kwiatka na kwiatek, to dziś byłbym szczęśliwym ojcem. A tak... wciąż jestem sam. I to na własne życzenie. Tylko chyba nie potrafiłbym inaczej.
Dlatego podglądałem Naharysa. Starałem się jakoś zbliżyć. Nieznacznie. Byłem w końcu mentorem Shori. Więc kontakt z jej ojcem był mi pisany. Ah, jak ja zazdrościłem Naharysowi tej sielanki. Mimo iż nie było różowo, dawali sobie radę. Byli szczęśliwi. A mnie to omijało... Jeszcze do niedawna byłem pewny, że będę wujkiem chrzestnym. W sumie od dowiedzenia się o ciąży Piny byłem wręcz przekonany o swojej roli w ich życiu. Tymczasem nasze drogi się rozeszły. Wciąż skłóceni, nie potrafiliśmy znaleźć wspólnego języka. Oboje tak samo uparci. I nie zapowiadało się, by któreś miało wyciągnąć pojednawczą łapę. Ja, bo w sumie nie uważam, żebym coś źle zrobił. Naharys... cóż, chyba tylko on to wie. Wiecznie opiekuńczy braciszek. Tyle że Lonya jest dorosła i sama za siebie decyduje. Chciała tego tak samo, jak ja. Po prostu się stało. Powinien to zaakceptować, a nie stroszyć sierść, bo hurr durr, Atrehu przeleciał mu siostrę. Nie skrzywdziłem jej, nie zgwałciłem. Byłem delikatny, dałem jej przyjemność, uwagę i tyle uczuć, ile tylko byłem w stanie. On to widział jednak inaczej. I przez to nie mogliśmy się pogodzić. Dlatego zamiast być przy nich, obserwowałem wszystko z daleka. Nic innego nie mogłem uczynić.
*
Otępiałym wzrokiem, wpatrywałem się w niebo. Pina i Tsumi zostały porwane. Jakieś wielkie, mackowate coś wciągnęło je w glebę, niczym życiodajną wodę. I słuch po nich zaginął. Najgorsze, że wszystko działo się na oczach Sininen. Widziała tego potwora i sposób, w jaki porwało jej matkę i ciocię. To musiał być dla niej szok. Z pewnością wspomnienia niejednokrotnie nawiedzą ją w koszmarach. I na zawsze zmienią postrzeganie świata.Może nie byłem lekarzem, lecz nawet ja dostrzegałem zmianę w jej zachowaniu. Nie, żebym wcześniej ich stalkował. Po prostu... od czasu do czasu spoglądałem w kierunku ich jaskini. Obserwowałem ich kłótnie i złe zachowania, ale też wiele miłości i czułości. Zastanawiałem się często, jakby to było, gdybym i ja się ustatkował. Wybrał w końcu tę jedną jedyną i tylko z nią żył. Budził się wtulony w jej miękką sierść. Zasypiał u jej boku, wdychając cudowny zapach futra. Może gdyby Tsumi nie poroniła, gdybym nie skakał z kwiatka na kwiatek, to dziś byłbym szczęśliwym ojcem. A tak... wciąż jestem sam. I to na własne życzenie. Tylko chyba nie potrafiłbym inaczej.
Dlatego podglądałem Naharysa. Starałem się jakoś zbliżyć. Nieznacznie. Byłem w końcu mentorem Shori. Więc kontakt z jej ojcem był mi pisany. Ah, jak ja zazdrościłem Naharysowi tej sielanki. Mimo iż nie było różowo, dawali sobie radę. Byli szczęśliwi. A mnie to omijało... Jeszcze do niedawna byłem pewny, że będę wujkiem chrzestnym. W sumie od dowiedzenia się o ciąży Piny byłem wręcz przekonany o swojej roli w ich życiu. Tymczasem nasze drogi się rozeszły. Wciąż skłóceni, nie potrafiliśmy znaleźć wspólnego języka. Oboje tak samo uparci. I nie zapowiadało się, by któreś miało wyciągnąć pojednawczą łapę. Ja, bo w sumie nie uważam, żebym coś źle zrobił. Naharys... cóż, chyba tylko on to wie. Wiecznie opiekuńczy braciszek. Tyle że Lonya jest dorosła i sama za siebie decyduje. Chciała tego tak samo, jak ja. Po prostu się stało. Powinien to zaakceptować, a nie stroszyć sierść, bo hurr durr, Atrehu przeleciał mu siostrę. Nie skrzywdziłem jej, nie zgwałciłem. Byłem delikatny, dałem jej przyjemność, uwagę i tyle uczuć, ile tylko byłem w stanie. On to widział jednak inaczej. I przez to nie mogliśmy się pogodzić. Dlatego zamiast być przy nich, obserwowałem wszystko z daleka. Nic innego nie mogłem uczynić.
**
Pokręciłem głową, skupiając umysł na tu i teraz. Ta sielanka się skończyła. Członkinie watahy zaginęły. Już nie będzie tak, jak dawniej. Więc nie czas i miejsce na rozdrapywanie ran. Poza tym wciąż nie wierzyłem w to wszystko, lecz histeryczny płacz Sini w jaskini medyka zdawał się potwierdzać najgorsze. Gdyby nie to... najpewniej nie zareagowałbym tak samo. A tak... Natychmiast zwołałem całą ekipę, zaczęliśmy kopać w miejscu ich zniknięcia. Szło nam to jak po gruncie. Od świtu do zmierzchu z małymi przerwami i na zmianę. Pod powierzchnią natchnęliśmy się jednak na bitą skałę. Żadnej dziury, przez którą to monstrum mogło się przecisnąć, nie było. Jakby nigdy nie istniało.
- Nie poddawajcie się. Musi tu coś być! - z zawieszenia wytrącił mnie błagalny ton Sininen. Pustym wzrokiem spoglądała w tamto miejsce. Nie wyglądała najlepiej. Coś było nie tak. Słyszałem o niedoszłej kłótni z Eredenem. Ten mały diabełek potrafił napsuć krwi. Jego pewność, iż wszystko, co inne od niego, to dziwactwa. Przez skrzydła Sini i Shori był wiecznie naburmuszony. Nie, żebym podsłuchiwał, ale... krzywiłem się za każdym razem, gdy Naharys na niego krzyczał i wyznaczał mu kary. Wzniecał jego nienawiść, przez co było coraz gorzej. Dlatego zmartwił mnie widok malutkiej wilczycy. W sumie wcale się jej nie dziwiłem. Ja sam pewnie nie wyglądałem lepiej. Bałem się też, co będzie dalej. Morale po dwóch tygodniach zaczęły opadać. Traciliśmy nadzieję. A musieliśmy wciąż wypełniać swoje obowiązki. Nic nie mogło stać w miejscu. Pomimo całego zamieszania, życie toczyło się dalej. Szkoda tylko, iż takim kosztem. Nie zasłużyły sobie na to. Ta myśl niczym koło ratunkowe trzymało mnie w pionie. Z trudem funkcjonowałem, wciąż nie pozbierawszy się z choroby, lecz nie mogłem się poddać. Za wszelką cenę pragnąłem je uratować. Mimo całej sytuacji z Tsumi wadera była mi naprawdę bliska. I skłamałbym, gdybym powiedział, że nic dla mnie nie znaczyła. Kątem oka spojrzałem na swego przyjaciela, który desperacko próbował coś uczynić. Ciężko było pogodzić obowiązki z opieką nad dziećmi i dalszymi próbami ich odnalezienia. Naharys stracił ukochaną, matkę swych dzieci. Przyjaciółkę i powierniczkę sekretów. Jego serce z pewnością rozbiło się na milion kawałków... A co ze mną? Mimochodem wróciłem wspomnieniami do wydarzeń sprzed kilku dni.
"Byłem wtedy w lecznicy. Z trudem oddychając i z zakatarzonym nosem leczyłem się z alergii na narcyzy. Pech chciał, że to były właśnie te cholerne kwiaty. Nie tyle byłem zły, ile sfrustrowany. Ich obecność zakłóciła to, co miało się stać. Byłem tak blisko posmakowania Itami. Już dotykałem jej sutków, czując, jak zamglenie zaczyna szaleć wewnątrz mnie. I właśnie w tamtym momencie wciągnąłem nosem powietrze. Wraz z zapachem wadery, dostały się też pyłki. I mój koszmar się rozpoczął. To było na tyle, jeśli chodziło o romantyczną sytuację. Nic nie zdziałałem, do niczego nie doszło. Co prawda nie powinienem narzekać. Zajęła się mną najlepiej, jak umiała. Pomijając przepłukiwanie nosa w rzece i ohydne zioła, które mi podała... było całkiem przyjemnie. Musiałem przyznać sam przed sobą, że nie był to jakoś szczególnie zły okres. Poza informacją, jaką wydobyłem z Itami. Wadera bała się bólu, co wykrzyczała mi w pysk. Może za mocno wtedy ją przycisnąłem, lecz gdybym odpuścił, z pewnością do dziś bym nie wiedział. I no... czyli jednak dobrze myślałem. Skrzywdziłem ją kilka razy i ani razu nie zareagowałem. Idiota, palant! Wyzywałem się w myślach raz po raz. Ona cierpiała, a ja czerpałem garściami przyjemność z erotycznych igraszek. Nie hamowałem się, brałem wszystko, co tylko mogłem. Pieprzyłem ją mocno i gwałtownie, niejednokrotnie dochodząc zanurzony w nią po jaja. Właśnie dlatego postanowiłem zmienić taktykę. Itami, bała się bólu, a tym samym bała się rodzić dzieci. Co za tym idzie, nie mogłem dłużej kończyć w niej. I nie stworzę z nią rodziny, o której tak marzę. Nie zmusiłbym jej do tego ani w żadnym stopniu nie zamierzałem kusić losu. Poza tym już raz straciłem szczeniaki, nie chciałbym powtórki z rozrywki. To nadal bardzo bolało. Myśl, że już ich nie ujrzę. Miałem tylko nadzieję, iż ich maleńkie duszyczki biegają po tęczowym moście. I jest im tam dobrze. Wracając jednak do tematu, spędziłem pod czujnym okiem Itami kilka dni. Doglądała mnie nawet wtedy, gdy zaciekle kopałem w ziemi. Byłem jej niezmiernie wdzięczny. Nie wiem, czy dałbym radę cokolwiek zrobić, gdyby nie ona. Tak wiele jej zawdzięczam. Była przy mnie, w najgorszych chwilach mojego życia. Również wtedy, gdy padły fałszywe oskarżenie, jakoż to ja zamordowałem tatę, ona gdzieś stała w tłumie i mi kibicowała. Wierzyła we mnie i w to, że jestem niewinny. Pocieszała mnie po naszym odnalezieniu i... jest do tej pory u mego boku”.
Patrząc na nią teraz, dostrzegałem jej starania i poświęcenie. Doceniałem wsparcie, jakim mnie obdarzyła. Zaufała mi mimo wszystko. Mimo iż zostałem wygnany z piętnem ojcobójcy. Z blizną, która nie chciała zniknąć. Raną, która... I jest ona obok, gdy cierpię. Pociesza mnie, ale nie matkuje. Wie, że wzburzony bywam niebezpieczny. Nigdy na mnie nie krzyczy, po prostu... pozwala sobie być obok. Uśmiechnąłem się delikatnie, obserwując, jak rozmawia z jednym z naszych. To był chyba Kotori albo Dusław? Nie byłem do końca pewny, lecz to nie miało znaczenia. Liczyła się tylko ona. I uczucia, które do niej żywiłem. No właśnie i tu był cały problem. Nie znałem dokładnej definicji miłości, lecz chodziło chyba o wsparcie, dzielenie się swoimi rozterkami. Wspólne spędzanie czasu, martwienie się, gdy tej drugiej stronie coś dolega. Spędzenia ze sobą czasu, dbanie o bezpieczeństwo i swobodę. Niby to wszystko między nami było. Nawet jeśli nie intensywne, to jednak istniało. Dlaczego zatem nie potrafiłem wypowiedzieć tych dwóch słów? Wszystkie moje problemy by znikły. Ustatkowałbym się, miałbym partnerkę na całe życie. U jej boku bym zasypiał i budził się co dnia. Z nią wychowywałbym szczeniaki i wspólnie polował. To było takie proste. Dwa słowa: Kocham Cię. Wypowiedziane głośno i wyraźnie. Choć wciąż odczuwałem ból po stracie swych dzieci i Tsumi, zdałem sobie sprawę, że życie trwa dalej. Nic nigdy nie stoi w miejscu. Nawet jeśli bym nie chciał, nie uciekłbym przed mijającym czasem. Zresztą, nie o to tu chodzi. Zbytnio odbiegam od tematu. Nie rozumiałem siebie i swoich obaw, lecz na myśl o wyznaniu miłości Itami, poczułem dziwny ucisk w sercu. Jakby jakaś cząstka mnie nie chciała z nią być jakby... Nań poczułem obezwładniający zapach herbaty z miętą. Nim ją dostrzegłem, moje ciało wyczuło, że się zbliża. Odwróciłem się w momencie, w którym wyszła zza drzew. Piękna, lisia i taka ponętna. Podeszła do Itami, szepcząc jej coś na ucho, po czym obie się zaśmiały. Niczego tak nie pragnąłem, jak być obok. Tylko... którą z nich mam na myśli? Mój wzrok przeskanował Lonyę na wskroś. Poczuła to, a gdy nasze spojrzenia się spotkały... czas jakby zwolnił. Zachłysnąłem się powietrzem, uświadamiając sobie, że nie wyznam miłości Itami, gdyż... część mej duszy należy do Lonyi. I część do Itami... Jak mam zatem z tego wybrnąć?!
***
< Czas obecny >Wszystko stanęło w miejscu. Nasze poszukiwania, problemy i dziwne zjawiska pogodowe. Od momentu porwania Tsumi i Piny, mrok jakby zaczął usypiać. Nie wiedziałem, czy się z tego cieszyć, czy też tym martwić. W każdej chwili mogło się coś zmienić. Wybuchnąć niczym uśpiony przez długi czas wulkan. Żadna siła nie jest i nie byłaby w stanie tego zatrzymać. Stąd moje zmartwienia. W zakazanym lesie uspokoiło się, aż za bardzo. Mroczna energia już nie emanowała spomiędzy drzew, a promienie słońca delikatnie przedzierały się przez gęstwinę liści. Stałem u jego wejścia, wpatrując się nań w środek, doszukując się oznak zła, które tylko czyhało, byśmy spuścili gardę. Kto wie, co też czaiło się między drzewami. Postanowiłem być czujny. Problem w tym, iż przymierałem już głodem. Dochodziło południe, słońce wisiała wysoko nad moją głową, ogrzewając mnie swym ciepłem. Pić mi się chciało, a do tego burczało mi w brzuchu. Sterczałem tu całą noc, aż do teraz czekając na nie wiadomo co. Ilekroć chciałem zawrócić, tylekroć wracałem spojrzeniem. Jakby coś tam było i mnie zatrzymywało. Nieraz wydawało mi się, iż widzę jakieś niewyraźne sylwetki, przemykające między konarami. Jakby się mną bawiły. Sfrustrowany ponownie odwróciłem się w stronę terenów watahy. Nagle usłyszałem szelest liści, lecz gdy zerknąłem za siebie, nie dostrzegłem niczego. Tupnąłem łapą o ziemię, wstając na równe łapy. „W dupie to mam!” - warknąłem do siebie, rozpoczynając swój bieg. Walczyłem, by się nie odwrócić, by nie zerknąć raz jeszcze. Nie, nie mogłem tego zrobić. Ucieczka to najlepsze, co mogłem uczynić. Byle jak najdalej od tego miejsca. Musiałem oczyścić umysł. I to teraz. Im dalej byłem, tym spokojniejszy się czułem. Jakby niewidoczny ciężar, został zabrany z mych barków. Uśmiechnąłem się. Byłem wolny. Jakież to było proste. Odejść, nie przejmując się niczym. Prawie niczym. Zdałem sobie sprawę, iż po raz kolejny zaniedbałem swoje stanowisko. Od dawna powinienem był skontrolować swoją część terenów.
- Hmmm.... - kąciku wilczych warg podniosły się delikatnie. Od czego mam swą moc? Za jej pomocą w mig uporam się z obowiązkami. To pomyślawszy, skupiłem się na przestrzeni. W swym umyśle dostrzegłem jakby zarys całego terytorium wraz z ukształtowaniem terenu. Czując znajome ciepło, uwolniłem zaklęcie, teleportując się. W mig znalazłem się w ważnym punkcie, skąd miałem dobry widok na okolicę. Powąchałem powietrze, nastroszyłem uszu, lecz nie dostrzegłszy niczego, ruszyłem dalej. Nim się obejrzałem, a skończyłem. Zajęło mi to o połowę mniej czasu niż wolnym spacerkiem. Pozostało mi zatem znaleźć się w miejscu spotkania. Przestrzeń wokół mnie się zakrzywiła. Powstał mini wir, wokół którego dostrzec było można wyładowania elektryczne. I dziwne pentagramy w nieznanym języku, które nawet ja, jako posiadacz tejże mocy, nie potrafiłem rozczytać. Tak to mniej więcej wyglądało, gdy używałem teleportacji. Otworzyłem oczy, rozglądając się na boki. Byłem na miejscu tuż przed czasem, a tym samym w idealnym momencie skończyłem zwiad. Uśmiechnąłem się szeroko. Moja narcystyczna dusza cieszyła się jak głupia.
- Znów to zrobiłeś, wujku? - odwróciłem się z cichym chichotem, spoglądając delikatnie w górę. Dumnie wypiąłem pierś, czekając na waderę, która ze sowim podmuchem, sprawnie wylądowała na ziemi. Przyjemne uczucie zagościło w mym wnętrzu. Serce zaczęło szybciej bić. Shori, moja podopieczna i obecnie towarzyszka w patrolu, stała naprzeciwko mnie. Dorosła i piękna. Poruszała się z gracją, trzepocząc przy tym skrzydłami. Duma wypełniła mi pierś. Jeszcze nigdy nie czułem takiego szczęścia.
- Po co pytasz, skoro znasz odpowiedź? - przekrzywiłem delikatnie głowę w bok, przyglądając się blasku w jej szarych oczach. Do dziś nie wiem, co oznaczają te gwiazdki, lecz to nie miało najmniejszego znaczenia. Liczyło się to, iż moja podopieczna dorosła pod moją opieką. Niegdyś niepewna i strachliwa, dziś pewna siebie i elegancka panna, która już niedługo nie jednemu basiorowi zawróci w głowie. Poniekąd martwiłem się tym faktem. Była za młoda na tego typu feneberie. Acz, ja w jej wieku...
- Wiesz, po co pytam, więc po co zadajesz to pytanie? - oboje wybuchnęliśmy cichym śmiechem. Chmureczka jak nic potrafiła zbić mnie z pantałyku. Zawsze ze mną wygrywała, więc albo to ja się starzeje, albo to ona ma to po prostu w sobie. I zakładam, że to drugie jest najpewniejsze. Wszakże nie jestem taki stary. Chyba. Nie czuję się taki, nic mnie niby nie boli. Niekiedy tylko z trudem się ruszam, ale co poradzić? Treningi przeprowadzane są dość intensywnie. - Więc? - spojrzałem na nią przeciągle, po czym poczochrałem tę jej czuprynkę.
- Moja droga, zdania nie zaczyna się od „więc". Jednakże tak, zaś użyłem swych mocy. Muszę je trenować, by poznawać swoje możliwości i przekraczaj limity.
- Phi, to ja przedzieram się przez chaszcze, chociaż mam skrzydła, a ty idziesz na łatwiznę? - prychnąłem na te słowa, wystawiając jej język. Nie powiem, uraziło mnie jej stwierdzenie. To wcale nie tak! Znaczy owszem, ale ma to swoje plusy.
- Nie chmureczko. Używanie zaklęć nie jest wcale takie proste i wymagana dużo siły. Jednakże masz rację, jest to ciut chodzenie na łatwiznę.
- Miałam rację, ha!
- Taaak, ale zauważ, iż mam dużo więcej obowiązków. Samo bycie czujką to jedno, ale ty se teraz wrócisz do domu i masz wolne, a mnie czeka jeszcze wieczorny trening z wojownikami i zdanie patrolu Renesmee.
- Oh, na śmierć zapomniałam! Spotkałam Renesmee, mówiła, że nie będzie jej do jutra, więc nie musisz do niej iść. - na słowa Shori uśmiechnąłem się szeroko. Ogon sam zaczął się poruszać. Drgnąłem zadowolony, wyobrażając sobie, co dziś jeszcze zrobię.
- Yey, wolne popołudnie! W porządku, w takim razie co, idziemy?
- Pewnie! - ramię w ramię ruszyliśmy w drogę powrotną. Delikatny wiaterek przynosił ukojenie od upalnego dnia. Przymknąłem oczy, delektując się melodyjnym śpiewem ptaków i leśną ciszą. - Atrehu? - głos Shori wyrwał mnie z błogiego stanu.
- Ta...? - Otworzyłem oczy, by móc na nią spojrzeć, gdy potykając się o własne łapy, zaryłem pyskiem o ziemie. - Ught!
- Jesteś cały?
- Żyje. - odrzekłem, pośpiesznie wstając, po czym nasze spojrzenia się skrzyżowały. To wystarczyło, byśmy wybuchli śmiechem.
- Wiesz, to było piękne.
- Czyżby? - uśmiechając się przebiegle, otrzepałem futro z piasku. Z satysfakcją obserwując, jak jego drobinki lądują na waderze.
- No wiesz Ty co!?
- Hahha, wybacz. - mój chichot wcale jej się nie spodobał. Gdyby wzrok mógł zabijać, zapewne już bym nie żył. Shori bowiem posłała mi długie spojrzenie, od którego ciarki przeszły mi po grzbiecie. Zaśmiałem się nieco nerwowo. - No już daj spokój.
- Tym razem przeżyjesz.
- Dziękuję, o Ty mój łaskawco.
- Prosisz się o lanie?
- Czy to wyzwanie? - nim zdążyłem przemyśleć swoje słowa, Shori zaatakowała znienacka, powalając mnie przy tym na ziemię. Ze zdziwienia otworzyłem szerzej oczy. Takie to małe, a tak silne! Górując nade mną, rozłożyła dumnie swe skrzydła.
- I co teraz Panie Beto? - wykorzystując chwilę, skumulowałem swą moc, teleportując się nad nią. Z impetem, ale tak, by nie zrobić jej krzywdy, przycisnąłem jej ciało do ziemi.
- Nigdy nie spuszczaj swej ofiary z oczy, bo może się zdarzyć, że ci się wywinie.
- To nie fer!
- No już, już. - puściłem ją, odsuwając się nieznacznie, a gdy wstała, złożyłem delikatny pocałunek na jej czole. Chwilę się dąsała, chyba jak to samica, ale w końcu uśmiechnęła się delikatnie. Śmiejąc się z całej sytuacji, tym razem bez przeszkód wznowiliśmy dalszą drogę.
****
Nie uszliśmy daleko, gdy spomiędzy drzew wyłoniły się dobrze nam znane sylwetki. Itami wraz ze swoją macochą kierowały się wprost w naszą stronę. I Bogini mi świadkiem, Itami wyglądała dziś przepięknie. Jej oczy lśniły delikatnym blaskiem, a sierść mieniła się w promieniach słońca. Poruszała się z gracją gazeli, zmysłowo kręcąc przy tym biodrami. Jej ciało, smukłe i tak idealne do mnie dopasowane... Uhmm... Serce zaczęło mi szybciej bić, a wzrok z uwagą i pragnieniem, dokładnie zlustrował ciało przyjaciółki. Choć chyba powinienem nazywać ją kochanką, a może jednak partnerką? W tej chwili to nie miało znaczenia. Czułem bowiem, jak zamglenie podsyca moje pożądanie. Ogień zaczął się tlić. Wystarczyłaby teraz iskra, bym zapłonął żywym ogień. Kątem oka zerknąłem na idącą obok mnie Shori. Nie, musiałem się uspokoić. Pokręciłem głową, odpędzając to uczucie. Nie przy niej. Jest za młoda na takie widoki. I jakby nie patrzeć, to moja podopieczna. Pełnoletnia, lecz dla mnie wciąż jak małe dziecko, które nie dorosło do tych spraw. Tak bardzo bałem się stracić w jej oczach. Nie przeżyłbym, gdyby przestała mnie traktować jak swego wujka, czy mentora. Zabiłoby mnie na miejscu. Wziąłem głęboki wdech, uspokajając oszalałe ciało. Nie moja jednak wina, że ono pragnęło Itami. Tej, przez którą w ostatnim czasie niejednokrotnie traciłem zmysły. Wszelkie hamulce, od dawna były zwolnione. Nic więc dziwnego, iż reagowałem na nią w ten sposób. Nie mniej nie potrafiłem ukryć ekscytacji. Zamachałem ogonem, szczęśliwy, że ją widzę. Delikatny, acz zawadiacki uśmiech sam wkradł się na mój pysk. Przystanąłem na chwilę, dezorientując tym skrzydlatą waderę, lecz po chwili i ona dostrzegła nowe towarzystwo. Kiwnęła mi szybko głową na pożegnanie, ruszając zapewne do domu. Odprowadziłem ją wzrokiem, nim zniknęła mi między drzewami, po czym podszedłem do wader. Zuri, jak to ona, gdy tylko mnie zobaczyła, pokłoniła się należycie. Nie, żebym tego nie lubił, lecz tu nie było to wskazane. Nie chciałem, by mi się kłaniała, lecz ona sama twierdzi, że jestem jej Alfą mimo wszystko. Bez względu na to, kim jestem teraz. To było... miłe i jednocześnie powodowało dziwne uczucie. Bardzo przyjemne. Dobrze jest wiedzieć, iż jest się dla kogoś ważnym.
- Co za miłe spotkanie, Atrehu — uśmiech Zuri był zaraźliwy i nawet gdybym postarał się bardzo, nie potrafiłbym go nie odwzajemnić.- Jak Ci minął dzień?
- Ah! Nie najgorzej. Akurat mieliśmy spokojny patrol. Nic nie panoszyło się na naszych terenach, więc czas płynął nam dość leniwie. I przyznam, że przez ten czas — dla efektu skierowałem swój wzrok na Itami. Tylko dla niej był zarezerwowany i tylko ona potrafiła go odczytać. Posłałem jej długie, maślane i tęskne spojrzenie, pełne pragnienia i tego, czego w ostatnim czasie mieliśmy w nadmiarze. I czego wciąż mi brakowało. Jej policzki zarumieniły się, co znaczyło, że zrozumiała przekaz. Postanowiłem ciut się zabawić. - tęskniłem za Itami. - uśmiechnąłem się, patrząc jej intensywnie w oczy.
- Rozumiem. Trudno nie tęsknić za kimś, kto jest dla ciebie ważny, mój Alfo. Czy chcielibyście, abym pozostawiła was samych? - O, tak. Bardzo tego pragnąłem. Nie chciałem jednak być niegrzeczny i kazać jej odejść. Zuri mnie jednak zaskoczyła, gdyż nie czekając na odpowiedź, szybko się pożegnała, po czym ruszyła w drogę powrotną. Idealnie. Teraz byliśmy sami. Nikt nam nie przeszkadzał.
- Masz ochotę na spacer?
- Skoro już jesteśmy na powietrzu, to czemu nie. Tylko pamiętaj, z daleka od narcyzów! - w głębi ducha prychnąłem na jej słowa. Mogła mi o nich nie przypominać. Chyba najgorsza z możliwości, to ponowne spotkanie z tymi cholernymi kwiatami. Jak ojca kocham, znienawidziłbym je do końca życia.
- Haha, wiadomo. - przymknąłem na chwilę oczy, delektując się jej zapachem i leśną ciszą. Była obok mnie, szła u mego boku. Nasze ciała ocierały się o siebie delikatnie. Powodowały tarcia. Mmm. Moc we mnie się wzburzyła. Moim żywiołem wszakże była elektryczność i wszystko, co z nią związane, powodowało wzrost energii. Ah, przyjemnie. Czemu nie może tak być zawsze? Z jakiegoś powodu ta myśl spowodowała, że uśmiech zszedł z pyska. Mniej więcej wiedziałem, co jest powodem moich rozterek. Dlaczego tak bardzo boję się wyznać swoje uczucia? Westchnąłem w duchu. Byłem pewny, że Itami czeka, aż powiem te dwa słowa, a ja wciąż nie potrafiłem tego zrobić. Byłem zwyczajnym tchórzem. Oszustem, manipulantem. Nie zasługiwałem na miano Bety, nie powinienem był urodzić się także Alfą. Nieprzyjemny dreszcz zawładnął mym sercem. Potrząsnąłem głową. Nie, nie mogłem tak myśleć. Każdy rodzi się w jakimś celu i wszystko, co go spotyka, to po prostu przeszkody. Przeszkody, które należy ominąć bądź przez nie przejść. W tym wypadku wybrałem to pierwsze. Znowu.
- Jak humorek?
- Nie narzekam. Dzisiejsze słońce i wcześniejsze wychodne sprawiło, że mam więcej czasu dla siebie!
- Haha, zazdroszczę wolnego. Za niedługo noc nas zastanie, a czasu dla mnie niezbyt dużo zostało. Jak sobie pomyślę, że znów będę musiał wcześnie rano wstawać, to aż mnie gęsia skórka łapie.
- Nie gadajmy już o przyziemnych sprawach. Powiedz mi lepiej, jakie masz plany w wolny dzień? - jej uśmiech był taki słodki i uroczy. Gdybym mógł widzieć go codziennie i bez przerwy...
- To, co umiem najbardziej. Czyli lenić się i spędzać czas ze swoją przyjaciółką! - mój żart przeszedł chyba bokiem, pomimo mojego poczochrania jej za uszami. Wadera zwyczajnie zignorowała to, zaintrygowana czymś innym.
- O! Patrz, jakie znalezisko! - wskazała na samotnie rosnący kwiat, którego płatki rozłożone szeroko na boki, przypominały kształtem kocie opuszki. Miały intensywnie jaskrawy kolor. Nic dziwnego, że go dostrzegła. Rzadko spotykany odcień, więc z pewnością i sam kwiat zaliczał się do tego statusu. - To latolista szkarłatna! Bardzo rzadki kwiat, widzisz?!
- Widzę. Chcesz zerwać?
Itami uniosła wysoko uszy, mocno rozentuzjazmowana. Uśmiechnąłem się na ten widok. Wyglądała tak niewinnie w tej odsłonie. I tak diabelsko kusząco. Ah, co ja bym dał, żeby ją teraz... ah!
- Jasne! Ten kwiat to niezwykłe znalezisko. Zaniosę jutro Lonyi. Wiesz, że jeden płatek tego kwiatu magazynuje w sobie odpowiednio dużo soku, którego wystarczyłoby do wyleczenia połowy stada. To bardzo sporo! - nie czekając na mnie, rozpoczęła niebezpieczną wspinaczkę, kompletnie mnie tym nokautując. Martwiłem się, czy czegoś sobie czasem nie zrobi. Z nią nigdy nie wiadomo. Z drugiej zaś, zamiast coś zrobić, stałem jak słup, wpatrując się zahipnotyzowany. Moja głowa poruszała się w rytm ruchów jej ogona. A raczej tego, co znajdowała się za nim. Nie myślałem, szczerze mówiąc nad tym, co robię, to się po prostu stało. Nim zdołałem zorientować się w sytuacji, mój język samowolnie rozpoczął taniec. Przytrzymałem jej biodra łapami, smakując to, co tak nieświadomie mi zaoferowała.
- Ah, Atrehu...
*****
< Time Speed ~ Godzinę później >Chichocząc i śmiejąc się naprzemiennie, co rusz przewracaliśmy się na ziemię. Spacerowaliśmy po okolicy, kierując się powoli w stronę jaskini medyka. Itami po nieudanej próbie zerwania kwiatu, do czego oczywiście się przyczyniłem, oddała się oferowanym przeze mnie przyjemnością. Po cudownej zabawie nie miałem jednak serca zostawiać ją z niczym. Zwłaszcza, iż jak sama powiedziała, to bardzo rzadki kwiat. Niespecjalnie widziało mi się stykać z ów rośliną, lecz czego się nie robi dla samicy? Zwłaszcza gdy tak zerka na ciebie zamglonym wzrokiem. Całując ją więc przelotnie w policzek, użyłem swej mocy. Teleportując się możliwie blisko celu, chwyciłem kwiat w zęby wraz z patykiem, na którym był zawieszony. Sprawnie wylądowałem na ziemi, uśmiechając się przy tym, jak głupi. Wypiąłem dumnie pierś, prezentując swą zdobycz. Po położeniu trofeum u jej łap czule spojrzałem w oczy. Jak przypuszczałem, Itami patrzyła na mnie intensywnie. Jej ogon uderzał rytmicznie o podłoże, ewidentnie się cieszyła.
- Dziękuję! - rzuciła się do przodu, wtulając się w moje futro. Przygarnąłem jej drobne ciało do siebie. Trwaliśmy tak chwilę, sycąc się swoją bliskością. Wadera w końcu odkleiła się ode mnie. Łapiąc kwiat w pysk, ruszyła przed siebie. I tak oto znaleźliśmy się u wyjścia z lasu. Nasz następny cel, to oczywiście lecznica, gdzie dzisiejszą zmianę miała Lonya. Nie mogłem się doczekać spotkania z nią. Choć było to irracjonalne, wciąż pamiętałem zapach jej futra. Ciche jęki, wydobywające się ze strun głosowych, wciąż dźwięczały mi w uszach. Pokręciłem łbem. Chyba wariuje. Z pewnością. Będąc z Itami, dopiero co z nią kończąc się bawić, zacząłem myśleć o innej? Co jest ze mną nie tak!? Do k*rwy nędzy, ja się chyba muszę leczyć! Byłem na siebie wściekły. Tak bardzo. Mocno. Najgorsze, że nie rozumiałem tego, co czułem i dlaczego moje zachowanie było takie... jakie było... Nie istniało chyba określenie, które w pełni oddałoby to, co odwalałem. Jednego byłem jednak pewien. Nic dobrego z tego nie wyniknie. Wcześniej, czy później stanę pod ścianą, a znikąd pomocy. I co wtedy? Jaką decyzję podejmę? Kim się stanę, jeśli nawet teraz mam problem sam ze sobą!?
- Już jesteśmy! - cichy głos Itami przebił się przez mgłę w mym umyśle. Zlustrowałem zdezorientowany okolicę, zdając sobie sprawę, iż rzeczywiście. Byliśmy na miejscu. Wejście do jaskini medyków stało naprzeciwko nas. Nawet stąd, z większej odległości, mogłem poczuć zapach ziół. Bodźce zareagowały niemal natychmiast. Skrzywiłem się. Musiałem chyba wyglądać śmiesznie, gdy naraz usłyszałem wesoły śmiech wadery. - No już, nie musisz ze mną iść, jeśli nie chcesz.
- Nie no, odprowadzę Cię. Nie zbliżę się po prostu do tych roślin.
- To są zioła Atrehu.
- Zwał jak zwał. - wzruszyłem ramionami, robiąc krok naprzód. - Obrzydliwe, śmierdzące rośliny, od których żołądek się przewraca!
- Te, jak o określiłeś obrzydliwe rośliny, uratowały Ci życie. Nie jeden raz! - w duchu musiałem przyznać jej rację, lecz na zewnątrz prychnąłem tylko pogardliwie. Wiedziałem co prawda, o ich skuteczności, lecz na myśl, iż miałbym zażyć któryś z nich... chyba prędzej wybrałbym drogę na tamten świat. Nim zdążyłem pomyśleć coś jeszcze, Itami zamachnęła się łapą, zdzielając mnie po łbie. - Aua, za co!? - na jej pysku malowała się czysta złość, wargi miała zaciśnięte, a w oczach płynęła pogarda.
- Czy choć raz możesz docenić To, czym się zajmujemy i przyjąć do wiadomości czyjeś zdanie poza swoim!?
- Co tu się dzieje? - oboje odwróciliśmy się na znajomy dźwięk głosu. U wejścia do jaskini, w swej pełnej krasie stała Lonya, a tuż obok niej... Naharys.
Itami?
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 4361
Ilość zdobytych PD: 2180 + 40% (872 PD)
Obecny stan: 3052
- Co tu się dzieje? - oboje odwróciliśmy się na znajomy dźwięk głosu. U wejścia do jaskini, w swej pełnej krasie stała Lonya, a tuż obok niej... Naharys.
Itami?
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 4361
Ilość zdobytych PD: 2180 + 40% (872 PD)
Obecny stan: 3052
czwartek, 2 czerwca 2022
Event Wielkanocny ~ Część artystyczna
ITACHI & KOTORI
PAWONA
YNERYTH
środa, 25 maja 2022
Od Atrehu c.d Itami ~ Wzloty i upadki [+16]
Coś było nie tak. Nie dawało mi to spokoju. Czułem dziwny niepokój. Serce biło mi trochę za szybko. Pociłem się. Miałem suchość w gardle, a przecież dopiero co piłem. Westchnąłem zrezygnowany. Podrapałem się po szyi. Z nerwów tupnąłem łapą o ziemię. Byłem na patrolu już drugą godzinę, lecz nie mogłem się skupić. Na niczym. Dosłownie. Coś wzywało mnie. Tylko gdzie? Po co? Dlaczego? Nieprzyjemne uczucie, jakby strach? Nie miałem na to czasu. Ani specjalnej ochoty. Ja się przecież nie boję. Niczego. Czego miałbym się obawiać? To bez sensu, wszystko. Potrząsnąłem łbem, próbując odgonić ten dziwny stan. Nie pomogło. Dręczyło jeszcze bardziej. Przysiadłem na wniesieniu, skąd miałem doskonały widok na okolicę. Tereny watahy, jak okiem sięgnąć, rozpościerały się w dal. Z pewnością się powtarzałem. Już kiedyś była podobna sytuacja. Jeśli nie taka sama. Wcześniej jednak byłem wściekły. Teraz byłem zaniepokojony. I nie miałem pojęcia, czym. Przeskanowałem dokładnie każdy krzaczek, rozglądałem się za każdą nieprawidłowością. Wyczekiwałem, sam nie wiedziałem czego. Czyżbym przeczuwał jakiś problem? Grozę? Zaciągnąłem się powietrzem. Nic w nim nie wisiało. Czyli to nie to. Wariowałem. Kolejny głęboki wdech pozwolił mi nieco oczyścić umysł. Nie, żebym narzekał na brak świeżego powietrza. Byłem na dworze. Tym razem jednak brałem bardzo głębokie wdechy. Przymknąłem oczy. Wsłuchiwałem się w odgłosy natury. Melodyjny śpiew ptaków, uderzanie o siebie rogów jeleni. Wszakże rozpoczynał się okres godowy. Las aż huczał od burzy hormonów. Samce wariowały, konkurując o względy samic. Uśmiechnąłem się delikatnie, usłyszawszy w oddali stukot dzięcioła. Zawsze mnie to odprężało. Najgorsze było jednak to, że nie miałem pojęcia, co się dokładnie dzieje. Dlaczego jestem taki nerwowy? Co jest powodem tego wszystkiego? Od rana, od opuszczenia przeze mnie jaskini czułem się dziwie. Byłem niespokojny.
Zamiast skupiać całą uwagę na Niko. Wprawdzie to jej syn, który kiedyś obejmie tu rządy, lecz... mimo tego powinna więcej czasu poświęcić obowiązkom. Tak, powiem jej to. Wprost, bez ogródek. Wspomnę, jak bardzo jestem zmęczony. Chociaż nie, lepiej nie. Nie będę się ośmieszać. Zwyczajnie dam znać, iż nie podoba mi się nawał obowiązków. Nie mam czasu dla siebie i innych. Zaniedbuje przyjaźnie. I nawet porządnie zjeść nie jestem w stanie. Po całym dniu zresztą odechciewa się jeść. Musi zatem wysłuchać i coś z tym zrobić. Byłem pewny swego. Poznałem już naszą Alfe. Wiedziałem, na co mogę sobie pozwolić. Była wyrozumiała, nie odmówi mi. Zrozumie. Z pewnością. Uśmiechnąłem się sam do siebie. Na spokojnie wszystko jej wyjaśnię. Najlepiej od razu. Z tym mocnym postanowieniem, skierowałem się w stronę jej jaskini. Cieszyłem się, bo było niedaleko. Dosłownie chwila i zaraz będę. Przyśpieszyłem, schodząc ze skałki. Powinienem uważać, wiele tu małych wgłębień. Łatwo o skręconą kostkę. I śmierć.
Sprawnie przeskoczyłem nad urwiskiem, odbijając się od krawędzi. Przez chwilę unosiłem się w powietrzu, jakbym latał. Przyjemne uczucie, nie powiem. W takich chwilach jak ta zazdrościłem wszystkim, którzy mają skrzydła. Wzbijali się w przestworza, nie musząc przedzierać się przez gęstwiny krzaków. Problemy naziemnych stworzeń ich nie dotyczyły. Byli wolni niczym ptaki. Poza tym z góry wszystko wydaje się takie malutkie. No, jedynym zagrożeniem mogła być pogoda. Choć z pewnością i to da się wypracować. Lata nauki. Szybowanie między prądami powietrza. Uch, jak ja tego zazdroszczę!
To nie on zresztą tak mnie zainteresował, tylko... Tsumi... Moja "była" z którą do niedawna planowałem spędzić życie. Była teraz z Ynerythem. Na randce. Siedzieli sami, na opustoszałej polanie. Ich ogony były ze sobą połączone. Czyżby...? Nie, nie może być. Ona, z nim? Przyglądałem im się chwilę. Wyglądali razem... uroczo. Mimochodem wróciłem myślami do naszych utraconych szczeniąt. Czy gdybym pozostał jej wierny, toby się narodziły? Niczego tak boleśnie nie przeżywałem, jak właśnie nich. Moich maleństw. Przełknąłem gulę w gardle. Poczułem, jak w kącikach oczu kumulują się łzy. Pociągnąłem nosem, walcząc z płaczem. Nie chciałem, nie teraz. Nie tu. Odwróciłem wzrok, zacząłem się oddalać. Ostatni raz spojrzałem za siebie. Nieznacznie się od siebie odsunęli, ale nadal stali blisko. Nieprzyjemne ukłucie poczułem głęboko w sobie. I złość... jakim prawem... on... nie ma prawa... Potrząsnąłem gwałtownie głową, przypominając sobie, że ona nie jest moja. Nigdy nie była. I rzuciła mnie. Zwyzywała. Nienawidziła mej osoby. Nie miałem prawa być zazdrosny. I w ogóle nie byłem. Wcale. Ani odrobinkę. W końcu nic nas nie łączyło. Nie licząc dobrego seksu. W tym była naprawdę dobra, wiedziała, jak mnie zaspokoić. I zawsze była chętna, sama niejednokrotnie zaczynała. Ślinka napłynęła mi do pyska na samo wspomnienie. Odgoniłem te myśli. To przeszłość. Już nigdy do tego nie dojdzie. Muszą zapomnieć i dać jej żyć. Choć utrata szczeniąt boli. I wszystkie te chwile spędzone razem. Wspólne wypady, przytulasy, polowania. Romantyczne spacery. Nic już nie miało znaczenia. Nie mniej... Jest dorosła, może robić, co i z kim chce. Mimo tego nie spodziewałem się, że tak szybko znajdzie kogoś na moje miejsce. Acz ja też długo nie rozpaczałem...
- Jawn. - ziewnąłem, przeciągając się i rozprostowując kości. Spędziłem u niej ładną godzinę, gawędząc sobie z Niko. Musiałem przyznać, wyrośnie z niego naprawdę przystojny basior. Jeszcze trochę a samice będą się o niego naparzać. Był przecież przyszłym alfą. Wolnym singlem. Na razie nie ma w czym przebierać, lecz to tylko kwestia czasu. Prawie byłem zazdrosny. Zaśmiałem się dźwięcznie, przypominając sobie błysk w jego oczach. Podobało mi się, że tak dobrze słuchał wszystkiego, co mu mówiłem. Chłonął moje opowieści i wszelkie rady. Jest bystry. I szybko się uczy. Szczwany będzie z niego wilk. Rośnie na porządnego przyszłego przywódcę. Szkoda, że tak rzadko opuszcza leże. To niezdrowe. Powinien się integrować z innymi. Musi też nabrać doświadczenia w zarządzaniu i podejmowaniu decyzji. Gdyby jeszcze treningi szły mu lepiej. Byłoby cacy. Z tego, co wiedziałem, Renesmee trenuje go sama. Nie jest jednak zaprawioną wojowniczką, Niko potrzebuje doświadczonego nauczyciela. Kogoś, kto wdrąży go w ten świat. Nie mam tu na myśli oczywiście siebie. Może... Naharys zgodziłby się zostać jego mentorem? Jest silny, zna się na walce. Nauczyłby go wszystkiego, co potrzebne. Lonya też z pewnością dałaby sobie radę. Choć musiałaby wygenerować czas dla pacjentów i naukę. Z tym może być problem, dlatego jej brat lepiej się do tego nadaje. I tak przecież trenuje z innymi. Jeden wojownik więcej nie zrobiłby mu różnicy. Rene miałaby wtedy czas dla siebie. Mogłaby obserwować i sama się uczyć, lub poświęcić się odpoczynkowi. Przydałby jej się. W końcu zbliża się ten okres, Niko niedługo przejmie jej obowiązki. Będzie miała lżej. Chyba. Nie wiem, nie znam się. Możliwe, że będzie potrzebował pomocy. By nabrać doświadczenia. Do dorosłości wprawdzie mu jednak brakuje. Jeszcze chwila. Najwyższy więc czas. Później może być za późno. Choć uczymy się całe życie, takich rzeczy nie powinno się odkładać na ostatnią chwilę. I oby Renesmee szybko to zrozumiała...
Otworzyłem oczy, uświadamiając sobie możliwy powód. W sumie wszystko zaczęło się wczesnym rankiem. Jeszcze nie świtało, w jaskini wciąż było ciemno. Tylko delikatny blask grzybów rozświetlał wnętrze. Odrobinkę. Nie na tyle, by zobaczyć całość, ale wystarczająco, by dostrzec to, co miałem przed sobą. Obudziłem się po kilku godzinach. Niezbyt wyspany. Zlustrowałem swoje leże. Obok mnie smacznie spała macocha Itami, a obok niej prawdopodobny powód moich zmartwień — Itami. Wadera wierciła się niespokojnie. Jej mięśnie napinały się przy każdym ruchu. Nerwowo drgała, próbując się ułożyć. Wiedziałem, że nie spała. Mamrotała coś do siebie. Sapała i widać było jej złość. A może to był strach? Nie wiedziałem. Obserwowałem ją w ciszy. Idiota ze mnie! Głupi ja, zamiast podejść i się zainteresować, nie ruszyłem się z miejsca. Gdy ona cierpiała, ja na to przyzwalałem. To nie było normalne z mojej strony. Nie potrafię tego wyjaśnić. Zawsze reagowałem, a teraz co? Nie zrobiłem niczego, by jej pomóc. Schrzaniłem i chyba to właśnie mnie dręczyło. Eh, co za kaszana! W końcu zasnęła. I to w czasie, gdy musiałem wyruszyć. Obowiązki wzywały. Znowu. Powinienem zrobić sobie wolne i porządnie odpocząć. Wprawdzie mógłbym, ale... Zamiast tego podniosłem się z miękkiego posłania. Na odchodne złożyłem delikatny pocałunek na jej czole. Liczyłem, że to pomoże. Wyszedłem.
*
- Ught... - warknąłem sam do siebie, zmieniając kierunek. Uśmiechnąłem się dziwnie szczęśliwy. Lekki. Nagle odprężony. Niepokój wyparował. Po raz pierwszy zamierzałem zignorować swoje obowiązki. Pognać, gdzie mnie łapy poniosą. Nie przejmując się nikim i niczym. Co ja jako jedyny pracowałem w tej watasze jako czujka dzienna? W nocy są aż trzy wilki, może by tak kogoś do mnie przenieść. Nie dam rady sam ogarnąć wszystkich tych zadań! Patrol, treningi, reprezentowanie watahy i pilnowanie porządku. Za dużo jak na jednego samca. Jestem takim samym wilkiem jak wszyscy inni. Na miłość wielkiej Matki, nie jestem maszyną. Jeśli Rene nie przydzieli mi innych osób, sama będzie musiała zająć się patrolem. Ma skrzydła, potrafi latać. To, co mi zajmuje cały dzień — jej najwyżej kilka godzin. I to z przymrużeniem oka. Mogła zatem zająć się tym stanowiskiem.Zamiast skupiać całą uwagę na Niko. Wprawdzie to jej syn, który kiedyś obejmie tu rządy, lecz... mimo tego powinna więcej czasu poświęcić obowiązkom. Tak, powiem jej to. Wprost, bez ogródek. Wspomnę, jak bardzo jestem zmęczony. Chociaż nie, lepiej nie. Nie będę się ośmieszać. Zwyczajnie dam znać, iż nie podoba mi się nawał obowiązków. Nie mam czasu dla siebie i innych. Zaniedbuje przyjaźnie. I nawet porządnie zjeść nie jestem w stanie. Po całym dniu zresztą odechciewa się jeść. Musi zatem wysłuchać i coś z tym zrobić. Byłem pewny swego. Poznałem już naszą Alfe. Wiedziałem, na co mogę sobie pozwolić. Była wyrozumiała, nie odmówi mi. Zrozumie. Z pewnością. Uśmiechnąłem się sam do siebie. Na spokojnie wszystko jej wyjaśnię. Najlepiej od razu. Z tym mocnym postanowieniem, skierowałem się w stronę jej jaskini. Cieszyłem się, bo było niedaleko. Dosłownie chwila i zaraz będę. Przyśpieszyłem, schodząc ze skałki. Powinienem uważać, wiele tu małych wgłębień. Łatwo o skręconą kostkę. I śmierć.
Sprawnie przeskoczyłem nad urwiskiem, odbijając się od krawędzi. Przez chwilę unosiłem się w powietrzu, jakbym latał. Przyjemne uczucie, nie powiem. W takich chwilach jak ta zazdrościłem wszystkim, którzy mają skrzydła. Wzbijali się w przestworza, nie musząc przedzierać się przez gęstwiny krzaków. Problemy naziemnych stworzeń ich nie dotyczyły. Byli wolni niczym ptaki. Poza tym z góry wszystko wydaje się takie malutkie. No, jedynym zagrożeniem mogła być pogoda. Choć z pewnością i to da się wypracować. Lata nauki. Szybowanie między prądami powietrza. Uch, jak ja tego zazdroszczę!
**
Będąc blisko jaskini Renesmee, coś śmignęło mi między zaroślami. Zahamowałem gwałtownie. Puls mi przyśpieszył. W głowie zaczęło szumieć. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Stanąłem jak wryty. Patrzyłem w jeden punkt. Przed siebie. Widziałem, ale niedowierzałem. Wszystko jakby zwolniło. Zgubiło swój rytm. Przełknąłem ślinę i marszcząc brwi, zrobiłem krok naprzód. Powoli, chowając się w zaroślach, zbliżyłem się do polany. Na jej środku stały dwa wilki. Jednego znałem z widzenia i wspólnych treningów. Nie zamieniliśmy ze sobą jednak słowa. Yneryth. Basior, który dołączył do nas niedawno. Jego niebieska, puchata sierść mieniła się w słońcu. Był dobrze widoczny na tle zieleni. Oczywiście jest w porządku. Nic do niego nie mam. To nie on zresztą tak mnie zainteresował, tylko... Tsumi... Moja "była" z którą do niedawna planowałem spędzić życie. Była teraz z Ynerythem. Na randce. Siedzieli sami, na opustoszałej polanie. Ich ogony były ze sobą połączone. Czyżby...? Nie, nie może być. Ona, z nim? Przyglądałem im się chwilę. Wyglądali razem... uroczo. Mimochodem wróciłem myślami do naszych utraconych szczeniąt. Czy gdybym pozostał jej wierny, toby się narodziły? Niczego tak boleśnie nie przeżywałem, jak właśnie nich. Moich maleństw. Przełknąłem gulę w gardle. Poczułem, jak w kącikach oczu kumulują się łzy. Pociągnąłem nosem, walcząc z płaczem. Nie chciałem, nie teraz. Nie tu. Odwróciłem wzrok, zacząłem się oddalać. Ostatni raz spojrzałem za siebie. Nieznacznie się od siebie odsunęli, ale nadal stali blisko. Nieprzyjemne ukłucie poczułem głęboko w sobie. I złość... jakim prawem... on... nie ma prawa... Potrząsnąłem gwałtownie głową, przypominając sobie, że ona nie jest moja. Nigdy nie była. I rzuciła mnie. Zwyzywała. Nienawidziła mej osoby. Nie miałem prawa być zazdrosny. I w ogóle nie byłem. Wcale. Ani odrobinkę. W końcu nic nas nie łączyło. Nie licząc dobrego seksu. W tym była naprawdę dobra, wiedziała, jak mnie zaspokoić. I zawsze była chętna, sama niejednokrotnie zaczynała. Ślinka napłynęła mi do pyska na samo wspomnienie. Odgoniłem te myśli. To przeszłość. Już nigdy do tego nie dojdzie. Muszą zapomnieć i dać jej żyć. Choć utrata szczeniąt boli. I wszystkie te chwile spędzone razem. Wspólne wypady, przytulasy, polowania. Romantyczne spacery. Nic już nie miało znaczenia. Nie mniej... Jest dorosła, może robić, co i z kim chce. Mimo tego nie spodziewałem się, że tak szybko znajdzie kogoś na moje miejsce. Acz ja też długo nie rozpaczałem...
***
Wyszedłem z jaskini Renesmee z szerokim uśmiechem. Tak, jak się spodziewałem, wadera bez dyskusji zgodziła się ze mną. Obiecała, że znajdzie kogoś jeszcze, lub sama będzie patrolować. Gdy tylko zorganizuje wolną chwilę. Takich ostatnio było coraz mniej. Wyglądała na zamęczaną, ale i szczęśliwą. Nie spała jednak dobrze. Podkrążone oczy, zgarbiona sylwetka i ogólne zmęczenie. Wrak wilka. Chyba bezsenność udzielała się wszystkim w sforze. Sam najchętniej bym się położył. Tak z godzinkę, albo dwie. Najlepiej trzy.- Jawn. - ziewnąłem, przeciągając się i rozprostowując kości. Spędziłem u niej ładną godzinę, gawędząc sobie z Niko. Musiałem przyznać, wyrośnie z niego naprawdę przystojny basior. Jeszcze trochę a samice będą się o niego naparzać. Był przecież przyszłym alfą. Wolnym singlem. Na razie nie ma w czym przebierać, lecz to tylko kwestia czasu. Prawie byłem zazdrosny. Zaśmiałem się dźwięcznie, przypominając sobie błysk w jego oczach. Podobało mi się, że tak dobrze słuchał wszystkiego, co mu mówiłem. Chłonął moje opowieści i wszelkie rady. Jest bystry. I szybko się uczy. Szczwany będzie z niego wilk. Rośnie na porządnego przyszłego przywódcę. Szkoda, że tak rzadko opuszcza leże. To niezdrowe. Powinien się integrować z innymi. Musi też nabrać doświadczenia w zarządzaniu i podejmowaniu decyzji. Gdyby jeszcze treningi szły mu lepiej. Byłoby cacy. Z tego, co wiedziałem, Renesmee trenuje go sama. Nie jest jednak zaprawioną wojowniczką, Niko potrzebuje doświadczonego nauczyciela. Kogoś, kto wdrąży go w ten świat. Nie mam tu na myśli oczywiście siebie. Może... Naharys zgodziłby się zostać jego mentorem? Jest silny, zna się na walce. Nauczyłby go wszystkiego, co potrzebne. Lonya też z pewnością dałaby sobie radę. Choć musiałaby wygenerować czas dla pacjentów i naukę. Z tym może być problem, dlatego jej brat lepiej się do tego nadaje. I tak przecież trenuje z innymi. Jeden wojownik więcej nie zrobiłby mu różnicy. Rene miałaby wtedy czas dla siebie. Mogłaby obserwować i sama się uczyć, lub poświęcić się odpoczynkowi. Przydałby jej się. W końcu zbliża się ten okres, Niko niedługo przejmie jej obowiązki. Będzie miała lżej. Chyba. Nie wiem, nie znam się. Możliwe, że będzie potrzebował pomocy. By nabrać doświadczenia. Do dorosłości wprawdzie mu jednak brakuje. Jeszcze chwila. Najwyższy więc czas. Później może być za późno. Choć uczymy się całe życie, takich rzeczy nie powinno się odkładać na ostatnią chwilę. I oby Renesmee szybko to zrozumiała...
****
Po załatwieniu sobie dnia wolnego postanowiłem porozmawiać z Itami. Martwiłem się o nią. Pragnąłem dowiedzieć się, dlaczego nie mogła w nocy spać. Co było powodem jej niepokoju? Czy to przeze mnie? Czy uczyniłem coś, czym warto było się przejmować? Czy żałowała nocy spędzonej ze mną? Wcale bym się w sumie nie dziwił. Nie byłem zbyt... subtelny. Teraz gdy o tym myślę, wstyd mi. Bardzo. Zachowałem się niczym spragnione szczenię. Pieprzony desperata. Skuliłem po sobie uszy. Westchnąłem, po czym warknąłem sam do siebie. Nie wiedziałem, co się ze mną wtedy działo. Dlaczego w taki sposób to zrobiłem, przecież nigdy nie byłem tak namolny. Nikogo, z kim spałem, nie musiałem do tego namawiać. Samice same się do mnie garnęły. Wszystko się po prostu stawało. Naturalnie. Bez zahamowań i zbędnych pytań. W jednej chwili patrzyliśmy sobie w oczy, w drugiej poruszałem zmysłowo biodrami. Zawsze dbałem, by to przyjemność samic była na pierwszym miejscu. By to one były zadowolone i prosiły o więcej. Nigdy odwrotnie. Czemuż zatem pomimo jej protestów kontynuowałem? Dlaczego nie przestałem, gdy powiedziała "Nie"? Zamiast tego szeptałem, że może mi zaufać i... wszedłem w nią bez ostrzeżenia. Dostałem to, co chciałem, ale... nie tak, jak chciałem. Mam wrażenie, że zrobiła to wtedy wbrew sobie... I pomimo jej zapewnień, że nie boli, widziałem grymas malujący się na pysku. Miałem ochotę sobie przywalić. Skrzywdziłem ją. Sprawiłem ból. Kurwa, jaki ze mnie idiota! Muszę przeprosić. Oby mi wybaczyła. I mnie nie znienawidziła. A co jeśli jednak? Uch... Nie wiem, mogę sobie gdybać, lub ruszyć tyłek i się dowiedzieć prawdy. Bo może to wpływ czegoś innego, nie dawał jej spokoju? Czym by to nie było, z pewnością dałoby się ogarnąć. Co do tego nie miałem wątpliwości. Uśmiechnąłem się delikatnie.
Oczywiście po drodze musiałem załatwić kilka innych spraw. Najpierw wypadałoby poinformować Naharysa o nieobecności na dzisiejszym treningu. Z pewnością zadziwi go moja odpowiedź, bo rzadko pozwalam sobie na wolne. W zasadzie od przejęcia roli Bety nie miałem ani chwili spokoju. Ciągłe treningi, przygotowywanie się do czegoś, co ma według Renesmee niedługo nastąpić. Co to jednak będzie, tego nie wie nikt, nawet ona... No, ale mniejsza. Nie jestem od dyskutowania.
Gdy tylko załatwię sprawę z Naharysem, zajdę jeszcze do Nabi, by sprawdzić, czy nie potrzebuje pomocy. Wadera coraz lepiej radziła sobie sama. Dotąd nie wiem, jak ona to robiła. Była przecież niewidoma, a i tak świetnie manewrowała po lasach. I nie wpadała w dziury. Znała teren lepiej niż ja sam. Tylko jak? W sumie mógłbym o to zapytać...
Gdy tylko załatwię sprawę z Naharysem, zajdę jeszcze do Nabi, by sprawdzić, czy nie potrzebuje pomocy. Wadera coraz lepiej radziła sobie sama. Dotąd nie wiem, jak ona to robiła. Była przecież niewidoma, a i tak świetnie manewrowała po lasach. I nie wpadała w dziury. Znała teren lepiej niż ja sam. Tylko jak? W sumie mógłbym o to zapytać...
*****
< Time speed ~ kilka godzin później >O dziwo z Naharysem poszło mi sprawnie. Basior nie miał nic przeciwko, że nie będzie mnie na treningu. I chyba raczej nie powinien. Mnie też się należy wolne. Przyjął to zresztą dość... spokojnie. Miałem nawet wrażenie, iż cieszył go ten fakt. Moja nieobecność na treningu nie była czymś nowym, ale też niecodziennym. Jednak najwidoczniej jemu to pasowało. Ulga była widoczna na jego pysku. Kilkakrotnie wzdychał jakby znudzony. Nie patrzył mi w oczy, a jak już, to tylko przez chwilę. Odwracał wzrok. Unikał go. Nie było to przyjemne. Zabolało, ale... cóż poradzić. Ostatnio dziwnie się zachowywał. Był nerwowy. Nieobecny. Niezbyt chętnie trenował. Widać było, że myślami jest gdzieś indziej. Z Piną. Ze swoimi szczeniakami, które miałem przyjemność poznać. Jako Beta stada moim obowiązkiem było powitać nowych członków. Dać im błogosławieństwo na nowej drodze życia. Nie dziwiłem się zatem, że zamiast ćwiczyć, wolałby być w domu. Dlatego nie zatrzymywałem go długo. Z cichym westchnieniem się pożegnał. A raczej nie pożegnał. Skinął głową, odprowadzając mnie wzrokiem, gdy ruszyłem w stronę jaskini Nabi. Dosłownie czułem jego ślepia, zerkające w moją stronę, śledzące. Nie, żeby mi to przeszkadzało. Tylko... Był jakiś taki nieswój. Ewidentnie chciał porozmawiać. Czułem to. Nawet próbował się odezwać, lecz w końcu zrezygnował. Wołali go. Mogłem co prawda pierwszy zacząć. Jakoś... przeprosić? Nie, żeby było za co. Znaczy no, romans z jego siostrą to jedno, a jego zachowanie to drugie. Nie zrobiłem nic złego, nie skrzywdziłem jej przecież. Nie mniej, jemu to nie pasowało. Że przyjaciel przeleciał jego siostrę. Musi się z tym jednak pogodzić. I tym, że być może to nie był tylko jeden raz...
Rozmowa z Nabi nieco mi zaszła. Wadera jak zawsze potrafiła mnie sprawnie uziemić. Tak nam się super gawędziło, że aż ciężko było wychodzić. Na szczęście nie potrzebowała wiele. Jedynie eskorty w te i z powrotem. Musiała zebrać rzadkie zioła z okolic „zakazanego” lasu. Jakieś płatki kwiatów i korzenie. Nie rozumiałem, dlaczego są takie cenne, lecz cóż zrobić. Jak mus, to mus. Sam przecież zaproponowałem swoją pomoc. Nie mogłem zatem narzekać. Poza tym z pewnością się do czegoś przydadzą. Nabi jednak nie chciała wyjaśnić, do czego one służą. Odwracała moją uwagę na różne sposoby. Zagadywała, zmieniała nagle temat i płoszyła się, jakbym pytał o coś strasznego. Dziwne... Bardzo. To nie było do niej podobne. Uśmiechała się też jakoś... nerwowo, niepewnie. I weź, tutaj zrozum samicę!? Ech. Nie chciałem jednak drążyć i niepotrzebnie psuć nam dnia, dlatego zrezygnowałem z pytań. Zamiast tego opowiadałem jej śmieszne żarty, próbując jakoś poprawić sytuację. Nie byłem jednak pewien, czy były naprawdę zabawne, bo jej śmiech nie był zbyt naturalny. Jakby wymuszony. Czymś się stresowała, ale nie chciała powiedzieć, co się dzieje. Sama droga była naprawdę przyjemna. Zadanie poszło nam dość sprawnie, nie napotkaliśmy trudności. Samica poczęstowała mnie też jeleniem, upolowanym rano przez Kotoriego. Nieco mnie zdziwiło, że dla niej zapolował. Nie mniej nie powinno mnie to interesować. Zjadłem ze smakiem, oblizując lubieżnie pysk. Pycha!
Sprintem przemierzałem tereny watahy, co rusz teleportując się na niewielkie odległości. Moja moc w ostatnim czasie bardzo przybrała na sile. Regularne treningi, przeróżne ćwiczenia i próby zaczęły przynosić efekty. Pierwszym z widocznych była akcja z Itami, którą udało mi się przenieść. Nieważne, że tylko odrobinkę i że kosztowało mnie to wiele energii. Sam fakt, iż się udało, był dla mnie ogromnym sukcesem. Takim, który cieszył. Pozwoliłem sobie zatem na kolejne próby. Poszukiwania wadery to idealny sposób na poprawę umiejętności. Skupiłem się, czując, jak dobrze znana mi energia wypełnia moje ciało. Delikatne mrowienie na całym ciele nie było może przyjemne, ale tak to już jest. Każda moc ma swoją cenę. Należy zatem odpowiednio ją dozować. Nikt raczej nie chciałby zasłabnąć. Chociaż... dostrzegając niewielki pagórek, zwiększyłem zasięg teleportu. Uwolniłem energię, pozwalając jej płynąć. Błysk, niczym wyładowanie elektryczne przeniosło mnie dalej.
- Cholera... - zatoczyłem się chwiejnie na łapach. Potrząsnąłem głową, starając się utrzymać równowagę. Nie udało się. Pagórek był za daleko. A ja najwidoczniej nie umiem jeszcze na takie dystanse. Mętnym wzrokiem omiotłem okolicę. Niewiele co prawda brakowało, lecz chyba sobie daruje prób na dziś. To jedno mi wystarczyło. Wykończyło mnie. Byłem wypruty, wymemłany. Czułem się jak g*wno. Teraz żałuję, że to zrobiłem. Chwilę mi zajęło dojście do siebie. Tym razem ruszyłem już o własnych siłach, puszczając się biegiem przez równiny. W którymś momencie pomiędzy drzewami dostrzegłem macochę „Poszukiwanej". Natychmiast pognałem w jej kierunku. Może ona będzie wiedziała, gdzie też jest jej córka. Bardzo przydałaby mi się ta wiedza.
- Dzień dobry. - zwinnie wyskoczyłem zza krzaków, lądując tuż przed waderą. Nagle, bez ostrzeżenia. Pragnąłem przywitać się oczywiście miło i z szacunkiem, ale... Krzyk wadery pomieszany z przerażeniem i skuloną postawą był niczym kubeł zimnej wody. Odskoczyła ode mnie jak oparzona. Natychmiast przybrała uległą postawę. Wielkimi oczyma wpatrywała się w ziemię, trzęsąc się jak osiki na wietrze. Skuliłem po sobie uszy. Co ja narobiłem!? - Przepraszam, nie chciałem Cię wystraszyć. - szepnąłem najłagodniej, jak tylko potrafiłem. Zuri zerknęła na mnie zlękniona. Przełknęła ślinę, chowając pod sobą ogon. Położyłem się na brzuchu, by nie górować tak nad nią. Może pomoże. Nie wiem, nie mam za dużo doświadczenia w takich sprawach. Powinno pomóc. - Naprawdę, już wszystko dobrze. To tylko ja...
- Och, Panie... - chyba dopiero teraz zdała sobie sprawę, kim jest sprawca całego zamieszania. Uspokoiła się nieco, nabierając głębokiego oddechu. - Wybacz, ja... Nie spodziewałam się Ciebie tutaj. Nie byłam przygotowana...
- To... nic takiego. Nie ty zawiniłaś, tylko ja! - przysunąłem się ciut bliżej, nawiązując kontakt wzrokowy. - To ja powinienem przeprosić. Zachowałem się źle. Pojawiłem się znienacka niczym bandzior. Wystraszyłem Cię. Wybacz. - nie wiedziałem, czy mi wierzyła, czy też nie, dlatego uśmiechnąłem się delikatnie. Chyba to ją przekonało. Spojrzała na mnie nieco śmielej.
- Z grzeczności nie zaprzeczę. - oboje wybuchnęliśmy cichym śmiechem. Zerknąłem na nią, dokładnie lustrując jej sylwetkę. Nie, żebym był zainteresowany. Bo nie jestem. W mojej naturze jest jednak podziwianie piękna, jakim jest płeć żeńska. I nie byłbym sobą, gdybym i tym razem tego nie zrobił. Musiałem przyznać, iż była bardzo ładną waderą. Mimo swojego wieku wciąż przyciągała uwagę. Może to na skutek jej zielonych niczym świeżo ścięta trawa oczu? Albo barwy gęstego futra, gdzie dominowały odcienie karmelu, beżu i kremu? Tak czy inaczej, miała w sobie to coś. Zuri wszakże należy kochać i podziwiać. Wychowała tak cudowną córkę, jaką jest Itami. I to, że nie jest jej biologiczną matką, nie ma tu nic do gadania. Dała jej ciepło i bezpieczeństwo. Nauczyła ją wielu rzeczy. No... nie licząc zdolności polowania. Do tego Itami się zwyczajnie nie nadawała. I... może to i dobrze? Samiec powinien polować dla swojej partnerki. Zaspokajać ją w każdym calu i dbać na wszystkie sposoby. Itami z tego, co wiem, nie jest z nikim związana. Nikt jak na razie nie zwrócił jej uwagi. „Nie licząc mnie oczywiście". - dodałem z chytrą satysfakcją. Dobrze, bo nie zdzierżyłbym obcego u jej boku. Poza tym, dlaczego na samą wzmiankę o kimś innym czułem nieprzyjemne kłucie w sercu?
- No, ale teraz już bądźmy poważni. - głos Zuri sprowadził mnie na Ziemie. Drgnąłem lekko, spojrzawszy w jej oczy. Było w nich coś, czego nie do końca potrafiłem zdefiniować. Jakaś tajemnicza iskra, bystrość. Ostrzeżenie? Dosłownie na chwilę w nich błysnęło. Chyba. A może mi się tylko przewidziało?
- Co cię do mnie sprowadza mój Alfo?
- Um... nie musisz mnie tytułować, tutaj jestem Betą. - wciąż nie przyzwyczaiłem się do tego tytułu. W sensie tego wrodzonego. I chyba nigdy do tego nie dojdzie. Wywołuje u mnie dziwny niepokój. Ból w sercu. Niepewność i strach. Tak, zdecydowanie bałem się tego, kim byłem. Albo raczej kim miałem być. Ja się przecież nie nadaje na przywódcę! O wiele bardziej wolę grać drugie skrzypce. Jak tutaj. - Jak się tu czujesz? To znaczy, czy czegoś Ci brakuje? Jeśli tak, wystarczy powiedzieć, a ja załatwię, co trzeba. Dodatkowe skóry, mogę zapolować, zwierzyny jest dużo. Nowa grota da się taką znaleźć na całym terytorium watahy. - paplałem jak najęty, co mi ślina na język przeniesie. Dopiero cichy śmiech Zuri wytrącił mnie z tego stanu. Śmiała się ze mnie. Jawnie się chichrała.
- Powiedziałem coś śmiesznego?
- Ja... wybacz. Wyglądałeś tak uroczo. Chyba nie zdajesz sobie sprawę, jak bezbronnie się ukazałeś.
- Be...bezbronnie? - zamiast odpowiedzieć, wadera podeszła do mnie. Podniosła się lekko w górę, po czym poczochrała mi grzywkę. Poczułem się jak dziecko, które otrzymało dawkę pieszczot. Zdałem sobie sprawę, że nikt nigdy mnie tak nie dotykał. To było... przyjemne, bardzo!
- Niczego nie potrzebuje. Otrzymałam już wszystko, co niezbędne i naprawdę dobrze się tu czuje. To miejsce jest zupełnie inne od domu. Nikt nie zwraca uwagi na tytuły, nie ma rodziny "królewskiej", która wymaga okazywania należytego szacunku. Czyli po naszemu: pokłoń się, ukaż uległość, podwiń pod siebie ogon, niech wiedzą, że...
- Nigdy tego nie akceptowałem i nie chciałem. Ojciec jednak wymagał, bym tak się właśnie zachowywał.
- Wiem, zawsze byłeś inny mój Panie. Czy to dobrze, czy nie, nie ma znaczenia. Dbasz o wszystko i wszystkich, a to... jest najważniejsze. Umiejętność dawania szczęścia to okaz siły.
- Ja... zgadzam się, masz rację. - Zuri pokłoniła się delikatnie, na co odpowiedziałem z uśmiechem. Nie był to wcale przesadny gest. Ot, tak, okaz szacunku.
- No dobrze, powiesz mi w końcu, co cię do mnie sprowadza. Przecież widzę, iż nie jesteś tu ze względu na mnie.
- Yhmm... Wybacz, ja... to znaczy masz rację. Szukam Itami. Widziałaś dziś może swą córkę?
- Hm. - zamyśliła się na chwilę, po czym łapą wskazała kierunek. - Tak, chyba była nad rzeką. A przynajmniej tam planowała się udać. Słabo w nocy spała, obudziła się dość nerwowa. Szum wody ją uspokaja. Tak myślę. Niestety nie wiem, gdzie dokładnie się znajduję.
- Dziękuję. Chyba już wiem, w jakie miejsce poszła. To niedaleko stąd.
- Proszę i... ja również dziękuję.
- Huh? Za co? - spojrzałem na nią zaskoczony. Na jej pysku widniał rumieniec, uśmiechała się w moją stronę. Usiadła sobie wygodnie, otulając się ogonem. To było... dziwne. Serce zabiło mi mocniej.
- Za opiekę nad nią. Dawno nie widziałam jej takiej szczęśliwej. Rozstaliśmy się w strachu i niepewności. W każdej wolnej chwili bałam się o nią. Nie potrafiła i wciąż nie umie polować. A skąd w takim razie znaleźć pożywienie? - westchnęła ciężko. - Cieszę się, iż nic jej nie jest, dlatego dziękuję, że się nią dbasz...
- Nie ma za co. - uśmiechnąłem się szczerze, machając lekko ogonem. - Dorastałem z Itami i wbrew temu, co się mówi, nasza przyjaźń jest silna.
- Jesteś pewny, iż to tylko „przyjaźń"? - ze zdumienia otworzyłem szerzej oczy. W sensie, że co? Że to coś innego? - Widzę, jak na Ciebie patrzy. Nie wiem, jakie masz względem niej plany, ale proszę, nie skrzywdź jej. Od zewnątrz wydaje się silna, lecz w środku jest krucha. Nie chciałabym, aby cierpiała.
- Ja... Nie śmiałbym zrobić jej krzywdy! I... no... znaczy....
- W porządku. Musisz to przemyśleć.
- Tak, chyba masz rację. - gdybym tylko wiedział wcześniej, co Zuri chciała powiedzieć. Inaczej pokierowałbym rozmową. Tymczasem temat zszedł na to, czego od długiego czasu unikałem. Czyli moich dokładnych relacji z waderą. Tego, co nas naprawdę łączy i łączyć będzie. Bo będzie na pewno, tylko co to będzie dokładnie? I jak potężne okaże się to uczucie? Czy zostaniemy przyjaciółmi na zawsze, czy też zwycięży... miłość? Przełknąłem ślinę.
- Alfo?
- Tak?
- Tak przy okazji... Bez względu na to, czy jesteś tu Betą, czy też zwykłym wilkiem... wywodzisz się z rodziny Alf i jesteś moim przywódcą. Moim obowiązkiem jest Cię odpowiednie tytułować. Nic nie zwalnia mnie z tego obowiązków. - na odchodne uśmiechnęła się do mnie delikatnie, kłaniając się nisko. I nim zdążyłem dodać cokolwiek, zniknęła w gęstwinie krzewów. Zostałem sam ze swoimi myślami...
******
Najedzony i w pełni gotowy, po uprzednim pożegnaniu się z waderą, ruszyłem na poszukiwanie Itami. Problem w tym, że nie wiedziałem, gdzie też mogłaby być. Jej plan dnia na dziś zapowiadał się dość odpoczynkowo. Nie miała zbyt wiele do roboty. Więc... mogła być wszędzie. Hmm... jakby się nad tym zastanowić, to jest kilka miejsc, w których bywa przez większość czasu. Biorąc poprawkę na obecną temperaturę, lista automatycznie zwęziła się do kilku punktów. Było zdecydowanie za gorąco, by siedzieć na otwartej przestrzeni. Więc... pozostaje cień, a najlepiej coś blisko wody. Uśmiechnąłem się. Chyba już wiem, gdzie jest. Mniej więcej. Sprintem przemierzałem tereny watahy, co rusz teleportując się na niewielkie odległości. Moja moc w ostatnim czasie bardzo przybrała na sile. Regularne treningi, przeróżne ćwiczenia i próby zaczęły przynosić efekty. Pierwszym z widocznych była akcja z Itami, którą udało mi się przenieść. Nieważne, że tylko odrobinkę i że kosztowało mnie to wiele energii. Sam fakt, iż się udało, był dla mnie ogromnym sukcesem. Takim, który cieszył. Pozwoliłem sobie zatem na kolejne próby. Poszukiwania wadery to idealny sposób na poprawę umiejętności. Skupiłem się, czując, jak dobrze znana mi energia wypełnia moje ciało. Delikatne mrowienie na całym ciele nie było może przyjemne, ale tak to już jest. Każda moc ma swoją cenę. Należy zatem odpowiednio ją dozować. Nikt raczej nie chciałby zasłabnąć. Chociaż... dostrzegając niewielki pagórek, zwiększyłem zasięg teleportu. Uwolniłem energię, pozwalając jej płynąć. Błysk, niczym wyładowanie elektryczne przeniosło mnie dalej.
- Cholera... - zatoczyłem się chwiejnie na łapach. Potrząsnąłem głową, starając się utrzymać równowagę. Nie udało się. Pagórek był za daleko. A ja najwidoczniej nie umiem jeszcze na takie dystanse. Mętnym wzrokiem omiotłem okolicę. Niewiele co prawda brakowało, lecz chyba sobie daruje prób na dziś. To jedno mi wystarczyło. Wykończyło mnie. Byłem wypruty, wymemłany. Czułem się jak g*wno. Teraz żałuję, że to zrobiłem. Chwilę mi zajęło dojście do siebie. Tym razem ruszyłem już o własnych siłach, puszczając się biegiem przez równiny. W którymś momencie pomiędzy drzewami dostrzegłem macochę „Poszukiwanej". Natychmiast pognałem w jej kierunku. Może ona będzie wiedziała, gdzie też jest jej córka. Bardzo przydałaby mi się ta wiedza.
- Dzień dobry. - zwinnie wyskoczyłem zza krzaków, lądując tuż przed waderą. Nagle, bez ostrzeżenia. Pragnąłem przywitać się oczywiście miło i z szacunkiem, ale... Krzyk wadery pomieszany z przerażeniem i skuloną postawą był niczym kubeł zimnej wody. Odskoczyła ode mnie jak oparzona. Natychmiast przybrała uległą postawę. Wielkimi oczyma wpatrywała się w ziemię, trzęsąc się jak osiki na wietrze. Skuliłem po sobie uszy. Co ja narobiłem!? - Przepraszam, nie chciałem Cię wystraszyć. - szepnąłem najłagodniej, jak tylko potrafiłem. Zuri zerknęła na mnie zlękniona. Przełknęła ślinę, chowając pod sobą ogon. Położyłem się na brzuchu, by nie górować tak nad nią. Może pomoże. Nie wiem, nie mam za dużo doświadczenia w takich sprawach. Powinno pomóc. - Naprawdę, już wszystko dobrze. To tylko ja...
- Och, Panie... - chyba dopiero teraz zdała sobie sprawę, kim jest sprawca całego zamieszania. Uspokoiła się nieco, nabierając głębokiego oddechu. - Wybacz, ja... Nie spodziewałam się Ciebie tutaj. Nie byłam przygotowana...
- To... nic takiego. Nie ty zawiniłaś, tylko ja! - przysunąłem się ciut bliżej, nawiązując kontakt wzrokowy. - To ja powinienem przeprosić. Zachowałem się źle. Pojawiłem się znienacka niczym bandzior. Wystraszyłem Cię. Wybacz. - nie wiedziałem, czy mi wierzyła, czy też nie, dlatego uśmiechnąłem się delikatnie. Chyba to ją przekonało. Spojrzała na mnie nieco śmielej.
- Z grzeczności nie zaprzeczę. - oboje wybuchnęliśmy cichym śmiechem. Zerknąłem na nią, dokładnie lustrując jej sylwetkę. Nie, żebym był zainteresowany. Bo nie jestem. W mojej naturze jest jednak podziwianie piękna, jakim jest płeć żeńska. I nie byłbym sobą, gdybym i tym razem tego nie zrobił. Musiałem przyznać, iż była bardzo ładną waderą. Mimo swojego wieku wciąż przyciągała uwagę. Może to na skutek jej zielonych niczym świeżo ścięta trawa oczu? Albo barwy gęstego futra, gdzie dominowały odcienie karmelu, beżu i kremu? Tak czy inaczej, miała w sobie to coś. Zuri wszakże należy kochać i podziwiać. Wychowała tak cudowną córkę, jaką jest Itami. I to, że nie jest jej biologiczną matką, nie ma tu nic do gadania. Dała jej ciepło i bezpieczeństwo. Nauczyła ją wielu rzeczy. No... nie licząc zdolności polowania. Do tego Itami się zwyczajnie nie nadawała. I... może to i dobrze? Samiec powinien polować dla swojej partnerki. Zaspokajać ją w każdym calu i dbać na wszystkie sposoby. Itami z tego, co wiem, nie jest z nikim związana. Nikt jak na razie nie zwrócił jej uwagi. „Nie licząc mnie oczywiście". - dodałem z chytrą satysfakcją. Dobrze, bo nie zdzierżyłbym obcego u jej boku. Poza tym, dlaczego na samą wzmiankę o kimś innym czułem nieprzyjemne kłucie w sercu?
- No, ale teraz już bądźmy poważni. - głos Zuri sprowadził mnie na Ziemie. Drgnąłem lekko, spojrzawszy w jej oczy. Było w nich coś, czego nie do końca potrafiłem zdefiniować. Jakaś tajemnicza iskra, bystrość. Ostrzeżenie? Dosłownie na chwilę w nich błysnęło. Chyba. A może mi się tylko przewidziało?
- Co cię do mnie sprowadza mój Alfo?
- Um... nie musisz mnie tytułować, tutaj jestem Betą. - wciąż nie przyzwyczaiłem się do tego tytułu. W sensie tego wrodzonego. I chyba nigdy do tego nie dojdzie. Wywołuje u mnie dziwny niepokój. Ból w sercu. Niepewność i strach. Tak, zdecydowanie bałem się tego, kim byłem. Albo raczej kim miałem być. Ja się przecież nie nadaje na przywódcę! O wiele bardziej wolę grać drugie skrzypce. Jak tutaj. - Jak się tu czujesz? To znaczy, czy czegoś Ci brakuje? Jeśli tak, wystarczy powiedzieć, a ja załatwię, co trzeba. Dodatkowe skóry, mogę zapolować, zwierzyny jest dużo. Nowa grota da się taką znaleźć na całym terytorium watahy. - paplałem jak najęty, co mi ślina na język przeniesie. Dopiero cichy śmiech Zuri wytrącił mnie z tego stanu. Śmiała się ze mnie. Jawnie się chichrała.
- Powiedziałem coś śmiesznego?
- Ja... wybacz. Wyglądałeś tak uroczo. Chyba nie zdajesz sobie sprawę, jak bezbronnie się ukazałeś.
- Be...bezbronnie? - zamiast odpowiedzieć, wadera podeszła do mnie. Podniosła się lekko w górę, po czym poczochrała mi grzywkę. Poczułem się jak dziecko, które otrzymało dawkę pieszczot. Zdałem sobie sprawę, że nikt nigdy mnie tak nie dotykał. To było... przyjemne, bardzo!
- Niczego nie potrzebuje. Otrzymałam już wszystko, co niezbędne i naprawdę dobrze się tu czuje. To miejsce jest zupełnie inne od domu. Nikt nie zwraca uwagi na tytuły, nie ma rodziny "królewskiej", która wymaga okazywania należytego szacunku. Czyli po naszemu: pokłoń się, ukaż uległość, podwiń pod siebie ogon, niech wiedzą, że...
- Nigdy tego nie akceptowałem i nie chciałem. Ojciec jednak wymagał, bym tak się właśnie zachowywał.
- Wiem, zawsze byłeś inny mój Panie. Czy to dobrze, czy nie, nie ma znaczenia. Dbasz o wszystko i wszystkich, a to... jest najważniejsze. Umiejętność dawania szczęścia to okaz siły.
- Ja... zgadzam się, masz rację. - Zuri pokłoniła się delikatnie, na co odpowiedziałem z uśmiechem. Nie był to wcale przesadny gest. Ot, tak, okaz szacunku.
- No dobrze, powiesz mi w końcu, co cię do mnie sprowadza. Przecież widzę, iż nie jesteś tu ze względu na mnie.
- Yhmm... Wybacz, ja... to znaczy masz rację. Szukam Itami. Widziałaś dziś może swą córkę?
- Hm. - zamyśliła się na chwilę, po czym łapą wskazała kierunek. - Tak, chyba była nad rzeką. A przynajmniej tam planowała się udać. Słabo w nocy spała, obudziła się dość nerwowa. Szum wody ją uspokaja. Tak myślę. Niestety nie wiem, gdzie dokładnie się znajduję.
- Dziękuję. Chyba już wiem, w jakie miejsce poszła. To niedaleko stąd.
- Proszę i... ja również dziękuję.
- Huh? Za co? - spojrzałem na nią zaskoczony. Na jej pysku widniał rumieniec, uśmiechała się w moją stronę. Usiadła sobie wygodnie, otulając się ogonem. To było... dziwne. Serce zabiło mi mocniej.
- Za opiekę nad nią. Dawno nie widziałam jej takiej szczęśliwej. Rozstaliśmy się w strachu i niepewności. W każdej wolnej chwili bałam się o nią. Nie potrafiła i wciąż nie umie polować. A skąd w takim razie znaleźć pożywienie? - westchnęła ciężko. - Cieszę się, iż nic jej nie jest, dlatego dziękuję, że się nią dbasz...
- Nie ma za co. - uśmiechnąłem się szczerze, machając lekko ogonem. - Dorastałem z Itami i wbrew temu, co się mówi, nasza przyjaźń jest silna.
- Jesteś pewny, iż to tylko „przyjaźń"? - ze zdumienia otworzyłem szerzej oczy. W sensie, że co? Że to coś innego? - Widzę, jak na Ciebie patrzy. Nie wiem, jakie masz względem niej plany, ale proszę, nie skrzywdź jej. Od zewnątrz wydaje się silna, lecz w środku jest krucha. Nie chciałabym, aby cierpiała.
- Ja... Nie śmiałbym zrobić jej krzywdy! I... no... znaczy....
- W porządku. Musisz to przemyśleć.
- Tak, chyba masz rację. - gdybym tylko wiedział wcześniej, co Zuri chciała powiedzieć. Inaczej pokierowałbym rozmową. Tymczasem temat zszedł na to, czego od długiego czasu unikałem. Czyli moich dokładnych relacji z waderą. Tego, co nas naprawdę łączy i łączyć będzie. Bo będzie na pewno, tylko co to będzie dokładnie? I jak potężne okaże się to uczucie? Czy zostaniemy przyjaciółmi na zawsze, czy też zwycięży... miłość? Przełknąłem ślinę.
- Alfo?
- Tak?
- Tak przy okazji... Bez względu na to, czy jesteś tu Betą, czy też zwykłym wilkiem... wywodzisz się z rodziny Alf i jesteś moim przywódcą. Moim obowiązkiem jest Cię odpowiednie tytułować. Nic nie zwalnia mnie z tego obowiązków. - na odchodne uśmiechnęła się do mnie delikatnie, kłaniając się nisko. I nim zdążyłem dodać cokolwiek, zniknęła w gęstwinie krzewów. Zostałem sam ze swoimi myślami...
******
Dochodziło południe, gdy w końcu zwietrzyłem jej zapach. Słodka, aromatyczna woń przyjemnie muskała mój nos. Zaciągnąłem się powietrzem, kosztując każdy jej skrawek. I to w taki sposób, by nic nie zostało. Jaśminowa mgiełka z odrobiną róży i lawendy opatulała mnie niczym ciepły kocyk. Tak, to było zdecydowanie to. Czułem się dziwnie, ale nie było to złe uczucie. Tylko przyjemne. Chyba. Nie potrafiłem dokładnie go zdefiniować. Nie byłem też do końca sobą. Nie kontrolowałem siebie i swoich ruchów. Coś mnie ciągnęło. Krętymi ścieżkami cały czas do przodu. Jak zahipnotyzowany poruszałem się po linii, którą pozostawiła po sobie Itami. Balansowałem między drzewami. Raz musiałem przeskoczyć małą rzeczkę. Nie, żeby stanowiło to dla mnie wyzwanie. Nie wiedziałem jednak, co się dzieje. Wzrok miałem nieobecny, zamglony. Ciało napinało się, po czym rozluźniało. I tak w kółko. Czułem gorąc, ale i zimno. Wszystkie uczucia kumulowały się wewnątrz mnie. Napierały na strefy astralne. Naprzemiennie, nie pozwalając mi dość do ładu. Napięcie w podbrzuszu, tak dobrze mi znane, z każdą chwilą rosło. Erotyczne obrazy na chwilę przysłoniły mi widoczność. Zamknąłem oczy, delektując się nimi. Widok, jaki ujrzałem, wzniecił ogień pożądania. Wszystko działo się w zwolnionym tempie. Itami, wypięta swoim tyłeczkiem. Mokra i czekająca na mój ruch. Jej smak wciąż czułem na języku. Jakbym dopiero co ją kosztował.
- Stop! Nie, wróć. Opamiętaj się! - potrząsnąłem głową. To nie miejsce i czas na fantazje. Może później. Jak nie będę w trakcie poszukiwań. Gdy będę sam ze sobą. Najlepiej w jaskini. Nikt by mi nie przeszkadzał. Mógłbym w pełni oddać się wizjom, ale... nie tu! Na Boginię! Oczywiście łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. Zwłaszcza gdy ciało domaga się bliskości. Zamglenie uderzyło we mnie. Poczułem falę gorąca, spociłem się. Dostałem dreszczy. Zacisnąłem uda. To nie powinno się dziać. Przecież jestem daleko poza terenami rodzinnej watahy. Nie powinienem tego czuć. Chyba. Z tego, co kojarzyłem, wynikało, iż ten dziwny, hormonalny stan dotykał tylko członków Sol Rojo, będącymi w obrębie pierścienia. Żadna inna sfora nie słyszała nigdy o zamgleniu. Zresztą nie cierpiałem tego okresu. Ten stan pojawiał się dwa razy do roku. W wiosnę i jesień. I trwał tydzień. Wszystko spoko, ale dlaczego teraz? I to w najmniej odpowiednim momencie. - Cholera, co robić, co robić? - wzrokiem omiotłem okolicę. Z lewej strony dostrzegłem niewielki wodospad. Moje wybawienie. Rzuciłem się przed siebie, tuż pod jego gęsty strumień. Zimny prysznic przyniósł ulgę. Uspokoiłem się. Serce przestało tak gwałtownie bić. Futro przesiąknęło wodą. Byłem mokry jak szczur. W gruncie rzeczy nie wiem, dlaczego tak właśnie się to nazywa, ale... mniejsza. Musiałem się skupić. I modlić się, by wytrwać. Zimno się zrobiło. Wiosna to nie pora jeszcze na kąpiele. Woda nie zdążyła się odpowiednio nagrzać. Wciąż czuć było resztki zimy.
Wyszedłem na „ląd”, ponownie ruszając za zapachem. Był intensywny, zbliżałem się. Uśmiechnąłem się tajemniczo. Chytry plan zaświtał mi w głowie. Przycupnąłem blisko ziemi, zacząłem się skradać. Powoli stawiałem kolejne kroki, wyjrzałem z zarośli. - Co do... - z mojego gardła wydobył się ni to sęk, ni to pisk. To nie był jednak dobry pomysł. Nie powinien jej podglądać. To niestosowne. Głupi ja, zawsze muszę coś spieprzyć, ale z drugiej nie wierzę. Nie, to się nie dzieje. Przełknąłem z trudem ślinę, czując, jak gorąc uderza mnie ponownie. Otwartymi ze zdziwienia oczyma, wpatrywałem się w cel swoich poszukiwań. Itami była sama. I... robiła to, czego robić nie powinna. Coś, co było lepsze od wizji. - dotykała się. Sprawdzała swoje ciało. I wyglądała przy tym tak seksownie. Chciałbym być bliżej. By robiła to dla mnie. Uśmiechnąłem się lubieżnie, przymykając powieki. Obserwowałem każdy jej ruch łap o swoje ciało. Długi, puchaty ogon wił się niczym wąż, zamachała nim w powietrzu. Z uwagą dotknęła pośladów, śledząc opuszkami ich kształt.
- No... do talii osy mało mi brakuje, ale to jeszcze nie to. - zacisnąłem zęby, gryząc się w policzek. Robiłem wszystko, byleby nie jęknąć, gdy samica musnęła piersi. Zarumieniłem się. Podniecenie wisiało w powietrzu. Czułem jego zapach. Przełknąłem znów ślinę. Z trudem. Paliło mnie w gardle. W pysku miałam Saharę. Potrzebowałem ugasić pragnienie, a źródło znajdowało się przede mną. Wystarczyło tylko po nie sięg...
- Ach... - gwałtownie zakryłem pysk łapą. Usłyszała mnie? Bałem się zerknąć. Skupiwszy się na swej woli, podniosłem wzrok. Nie. Uf, na szczęście byłem cicho. Westchnąłem z ulgą. No dalej Atrehu, ogarnij się! Wziąwszy głęboki wdech, podniosłem się. Wyszedł z zarośli dokładnie w tym momencie, gdy Itami pochyliła się nad strumykiem, prezentując mi tym samym swój tyłeczek. Mmmm.
- A kogo tu mamy?! - gdyby wzrok mógłby zabijać, to już byłbym martwy. Uśmiechnąłem się do niej wesoło. Zamerdałem ogonem. - Witaj, Piękna.
- A... Atrehu.
- Tak mam na imię. - zaśmiałem się dźwięcznie, puszczając w jej stronę "perskie" oczko. Zarumieniła się, zawstydziła. Świadczył o tym sposób, w jaki usiadła, okrywając szczelnie ciało ogonem. Unikała także mojego spojrzenia.
- C... Co ty tutaj robisz?
- Szukam Cię.
- Aha. - nastała chwila ciszy. Nieco krępującej. I się przedłużała. Zmarszczyłem brwi. Dziwnie się zachowywała. Była nerwowa. Gryzła wargę. I nie wiedziałem, z jakiego powodu. Co zaś spieprzyłem? Chyba nic złego nie zrobiłem, ale... często nie robiąc nic, sprawiam, że jednak robię coś złego. I inni są na mnie źli. Zazwyczaj. Może i tym razem tak jest. Nie chciałem tego. By była na mnie zła. Nie cierpiałem, gdy ktoś miał do mnie żal, czy mnie nie lubił. Czułem się wtedy źle. Jak robak lub coś gorszego. Musiałem to jakoś... naprostować.
- Wszystko w porządku? - zapytałem niepewnie, podchodząc i przysiadając tuż obok. Swoim ogonem musnąłem jej, starając się zdjąć tarczę, którą się okryła. Bokiem wtuliłem się w jej bok, muskając ustami czubek głowy. - Hej, powiedz coś, proszę. - po cichym westchnieniu Itami w końcu podniosła wzrok.
- Nic mi nie jest. Po prostu mnie zaskoczyłeś.
- Wybacz.
- Nie, żeby było ci przykro. Co nie?
- Yhm... nie? - nasz śmiech rozniósł się echem po lesie. Miała cudowny głos. Taki miękki i melodyjny. Uwielbiałem, gdy się śmiała. Nawet parskanie miała urocze. Mrużyła wtedy oczy, łapą zakrywając pysk. Jej ogon merdał na wszystkie strony. I miała rację, nie było mi przykro. Wcale. Znała mnie na tyle, że dobrze o tym wiedziała. I śmiem twierdzić, iż wie o mnie więcej, niż ja sam o sobie.
- Dlaczego mnie szukałeś? - uśmiechnąłem się, kładąc się na brzuch, by zrównać się z nią spojrzeniem. Gdy nasze oczy się spotkały, ponownie poczułem wewnętrzny ogień. Stwardniałem i oblizawszy się, spojrzałem na jej usta. Na moment straciłem kontakt z rzeczywistością. Przypomniała mi się bowiem noc w lisiej norce. Jej ciało tak blisko mojego. Jej stęki i ruch bioder, występujących mi na przód. Nasze zmieszane oddechy i czułe słówka. - Ey, ziemia do Atrehu?!
- Huh? - potrząsnąłem głową, odganiając nieczyste myśli. - Nic mi nie jest. To tylko... zamglenie.
- Co takiego?! - wadera odskoczyła jak oparzona. Wiedziała doskonale, co to oznacza. I chyba wcale nie zamierzała tak łatwo mi się oddać. Acz czułem wzmacniający się zapach jej feromonów. Pragnęła mnie. Tylko... nie odda się tak łatwo. Musiałem ją złapać, by było moja. Podążyłem za nią, ze wzrokiem utkwionym w jej ustach. - Atrehu. - Itami cofała się coraz bardziej, rozglądając na prawo i lewo, lecz nie widziała tego, co znajdowało się za nią. Kłoda. Duża i długa, ale na tyle niska by... - Ach! - przewróciła się, lądując na grzbiecie. Wprost na kwiaty, których pyłki wzniosły się w powietrze. Jęknąłem na ten widok. Błyskawicznie znalazłem się nad nią, sunąc nosem wzdłuż jej szyi. Jej górna partia ciała znajdowała się niżej od tej dolnej. Tylnymi łapami do góry. Miałem zatem prostą drogę ku najlepszym miejscom. Idealnie. - Mmmm. - musnąłem jej usta, zatapiając swój język w jej gardle. Rozpocząłem taniec oddechów, urywany krótkimi wdechami i jękami. Jej zapach mieszał się z czymś drażniącym mój noc. Wstrzymywałem oddech. Ignorowałem ten fakt, zbyt skupiony na waderze. Całowałem jej ciało, językiem wytaczając ścieżkę ku wrażliwym piersiom. Odsłoniętych na me czyny. Gdy już miałem musnąć sutek...
- Apsik! - cofnąłem się gwałtownie, kichając raz za razem. I romantyczną atmosferę szlag trafił.
- Co się dzieje?! - zaalarmowana Itami, podniosła się błyskawicznie. Widząc, jak z trudem łapię powietrze, jej wzrok omiótł okolicę, zatrzymując się w miejscu swojego lądowania. - O cholera... Narcyzy!
Itami?
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 5293
Ilość zdobytych PD: 2646 + 50% (1323 PD) za długość powyżej 5000 słów.
Obecny stan: 3969 PD
- Stop! Nie, wróć. Opamiętaj się! - potrząsnąłem głową. To nie miejsce i czas na fantazje. Może później. Jak nie będę w trakcie poszukiwań. Gdy będę sam ze sobą. Najlepiej w jaskini. Nikt by mi nie przeszkadzał. Mógłbym w pełni oddać się wizjom, ale... nie tu! Na Boginię! Oczywiście łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. Zwłaszcza gdy ciało domaga się bliskości. Zamglenie uderzyło we mnie. Poczułem falę gorąca, spociłem się. Dostałem dreszczy. Zacisnąłem uda. To nie powinno się dziać. Przecież jestem daleko poza terenami rodzinnej watahy. Nie powinienem tego czuć. Chyba. Z tego, co kojarzyłem, wynikało, iż ten dziwny, hormonalny stan dotykał tylko członków Sol Rojo, będącymi w obrębie pierścienia. Żadna inna sfora nie słyszała nigdy o zamgleniu. Zresztą nie cierpiałem tego okresu. Ten stan pojawiał się dwa razy do roku. W wiosnę i jesień. I trwał tydzień. Wszystko spoko, ale dlaczego teraz? I to w najmniej odpowiednim momencie. - Cholera, co robić, co robić? - wzrokiem omiotłem okolicę. Z lewej strony dostrzegłem niewielki wodospad. Moje wybawienie. Rzuciłem się przed siebie, tuż pod jego gęsty strumień. Zimny prysznic przyniósł ulgę. Uspokoiłem się. Serce przestało tak gwałtownie bić. Futro przesiąknęło wodą. Byłem mokry jak szczur. W gruncie rzeczy nie wiem, dlaczego tak właśnie się to nazywa, ale... mniejsza. Musiałem się skupić. I modlić się, by wytrwać. Zimno się zrobiło. Wiosna to nie pora jeszcze na kąpiele. Woda nie zdążyła się odpowiednio nagrzać. Wciąż czuć było resztki zimy.
Wyszedłem na „ląd”, ponownie ruszając za zapachem. Był intensywny, zbliżałem się. Uśmiechnąłem się tajemniczo. Chytry plan zaświtał mi w głowie. Przycupnąłem blisko ziemi, zacząłem się skradać. Powoli stawiałem kolejne kroki, wyjrzałem z zarośli. - Co do... - z mojego gardła wydobył się ni to sęk, ni to pisk. To nie był jednak dobry pomysł. Nie powinien jej podglądać. To niestosowne. Głupi ja, zawsze muszę coś spieprzyć, ale z drugiej nie wierzę. Nie, to się nie dzieje. Przełknąłem z trudem ślinę, czując, jak gorąc uderza mnie ponownie. Otwartymi ze zdziwienia oczyma, wpatrywałem się w cel swoich poszukiwań. Itami była sama. I... robiła to, czego robić nie powinna. Coś, co było lepsze od wizji. - dotykała się. Sprawdzała swoje ciało. I wyglądała przy tym tak seksownie. Chciałbym być bliżej. By robiła to dla mnie. Uśmiechnąłem się lubieżnie, przymykając powieki. Obserwowałem każdy jej ruch łap o swoje ciało. Długi, puchaty ogon wił się niczym wąż, zamachała nim w powietrzu. Z uwagą dotknęła pośladów, śledząc opuszkami ich kształt.
- No... do talii osy mało mi brakuje, ale to jeszcze nie to. - zacisnąłem zęby, gryząc się w policzek. Robiłem wszystko, byleby nie jęknąć, gdy samica musnęła piersi. Zarumieniłem się. Podniecenie wisiało w powietrzu. Czułem jego zapach. Przełknąłem znów ślinę. Z trudem. Paliło mnie w gardle. W pysku miałam Saharę. Potrzebowałem ugasić pragnienie, a źródło znajdowało się przede mną. Wystarczyło tylko po nie sięg...
- Ach... - gwałtownie zakryłem pysk łapą. Usłyszała mnie? Bałem się zerknąć. Skupiwszy się na swej woli, podniosłem wzrok. Nie. Uf, na szczęście byłem cicho. Westchnąłem z ulgą. No dalej Atrehu, ogarnij się! Wziąwszy głęboki wdech, podniosłem się. Wyszedł z zarośli dokładnie w tym momencie, gdy Itami pochyliła się nad strumykiem, prezentując mi tym samym swój tyłeczek. Mmmm.
- A kogo tu mamy?! - gdyby wzrok mógłby zabijać, to już byłbym martwy. Uśmiechnąłem się do niej wesoło. Zamerdałem ogonem. - Witaj, Piękna.
- A... Atrehu.
- Tak mam na imię. - zaśmiałem się dźwięcznie, puszczając w jej stronę "perskie" oczko. Zarumieniła się, zawstydziła. Świadczył o tym sposób, w jaki usiadła, okrywając szczelnie ciało ogonem. Unikała także mojego spojrzenia.
- C... Co ty tutaj robisz?
- Szukam Cię.
- Aha. - nastała chwila ciszy. Nieco krępującej. I się przedłużała. Zmarszczyłem brwi. Dziwnie się zachowywała. Była nerwowa. Gryzła wargę. I nie wiedziałem, z jakiego powodu. Co zaś spieprzyłem? Chyba nic złego nie zrobiłem, ale... często nie robiąc nic, sprawiam, że jednak robię coś złego. I inni są na mnie źli. Zazwyczaj. Może i tym razem tak jest. Nie chciałem tego. By była na mnie zła. Nie cierpiałem, gdy ktoś miał do mnie żal, czy mnie nie lubił. Czułem się wtedy źle. Jak robak lub coś gorszego. Musiałem to jakoś... naprostować.
- Wszystko w porządku? - zapytałem niepewnie, podchodząc i przysiadając tuż obok. Swoim ogonem musnąłem jej, starając się zdjąć tarczę, którą się okryła. Bokiem wtuliłem się w jej bok, muskając ustami czubek głowy. - Hej, powiedz coś, proszę. - po cichym westchnieniu Itami w końcu podniosła wzrok.
- Nic mi nie jest. Po prostu mnie zaskoczyłeś.
- Wybacz.
- Nie, żeby było ci przykro. Co nie?
- Yhm... nie? - nasz śmiech rozniósł się echem po lesie. Miała cudowny głos. Taki miękki i melodyjny. Uwielbiałem, gdy się śmiała. Nawet parskanie miała urocze. Mrużyła wtedy oczy, łapą zakrywając pysk. Jej ogon merdał na wszystkie strony. I miała rację, nie było mi przykro. Wcale. Znała mnie na tyle, że dobrze o tym wiedziała. I śmiem twierdzić, iż wie o mnie więcej, niż ja sam o sobie.
- Dlaczego mnie szukałeś? - uśmiechnąłem się, kładąc się na brzuch, by zrównać się z nią spojrzeniem. Gdy nasze oczy się spotkały, ponownie poczułem wewnętrzny ogień. Stwardniałem i oblizawszy się, spojrzałem na jej usta. Na moment straciłem kontakt z rzeczywistością. Przypomniała mi się bowiem noc w lisiej norce. Jej ciało tak blisko mojego. Jej stęki i ruch bioder, występujących mi na przód. Nasze zmieszane oddechy i czułe słówka. - Ey, ziemia do Atrehu?!
- Huh? - potrząsnąłem głową, odganiając nieczyste myśli. - Nic mi nie jest. To tylko... zamglenie.
- Co takiego?! - wadera odskoczyła jak oparzona. Wiedziała doskonale, co to oznacza. I chyba wcale nie zamierzała tak łatwo mi się oddać. Acz czułem wzmacniający się zapach jej feromonów. Pragnęła mnie. Tylko... nie odda się tak łatwo. Musiałem ją złapać, by było moja. Podążyłem za nią, ze wzrokiem utkwionym w jej ustach. - Atrehu. - Itami cofała się coraz bardziej, rozglądając na prawo i lewo, lecz nie widziała tego, co znajdowało się za nią. Kłoda. Duża i długa, ale na tyle niska by... - Ach! - przewróciła się, lądując na grzbiecie. Wprost na kwiaty, których pyłki wzniosły się w powietrze. Jęknąłem na ten widok. Błyskawicznie znalazłem się nad nią, sunąc nosem wzdłuż jej szyi. Jej górna partia ciała znajdowała się niżej od tej dolnej. Tylnymi łapami do góry. Miałem zatem prostą drogę ku najlepszym miejscom. Idealnie. - Mmmm. - musnąłem jej usta, zatapiając swój język w jej gardle. Rozpocząłem taniec oddechów, urywany krótkimi wdechami i jękami. Jej zapach mieszał się z czymś drażniącym mój noc. Wstrzymywałem oddech. Ignorowałem ten fakt, zbyt skupiony na waderze. Całowałem jej ciało, językiem wytaczając ścieżkę ku wrażliwym piersiom. Odsłoniętych na me czyny. Gdy już miałem musnąć sutek...
- Apsik! - cofnąłem się gwałtownie, kichając raz za razem. I romantyczną atmosferę szlag trafił.
- Co się dzieje?! - zaalarmowana Itami, podniosła się błyskawicznie. Widząc, jak z trudem łapię powietrze, jej wzrok omiótł okolicę, zatrzymując się w miejscu swojego lądowania. - O cholera... Narcyzy!
Itami?
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 5293
Ilość zdobytych PD: 2646 + 50% (1323 PD) za długość powyżej 5000 słów.
Obecny stan: 3969 PD
sobota, 23 kwietnia 2022
Od Atrehu c.d Itami ~ Wzloty i upadki (Dopisek do: W głowie się nie mieści) + "Szał rozpaczy" [+16]
< Dopisek do: W głowie się nie mieści >
W drodze powrotnej było dość... Nerwowo rzekłbym. Szliśmy w kompletnej ciszy. Mało kto z kimś rozmawiał. Nie było to przyjemne. Źle się czułem. I chyba nie tylko ja. Tsumi szła u boku Piny, kompletnie mnie ignorując. Wyglądała na smutną i zmęczoną. Chwiała się lekko na łapach. Oczywiście odmówiła, gdy zaproponowałem, że wezmę ją na grzbiet. Jest uparta jak osioł. Dopóki daje radę, nie pozwoli sobie zanadto pomóc. Pragnąłem ją też pocieszyć i zapewnić, że wszystko się jakoś ułoży. Nie wiedziałem tylko, w jaki sposób. Nie chciałem obiecywać jej za wiele. Nie ma nic gorszego niż fałszywe przysięgi. Wadera wydawała się to rozumieć. Z pewnością jednak rozczarowało ją moje zachowanie. Wcale się nie dziwiłem, sam byłem na siebie zły, wściekły. Nie tak to miało wyglądać. W głowie wszystko wyglądało inaczej. Spokojniej. Bardziej... prostoliniowo. Nie tak zagmatwanie, jak obecnie.
Westchnąłem ciężko, zerkając dyskretnie w jej stronę. Wyczuła to. Mimo tego nie spojrzała mi w oczy. Serce zatrzepotało mi nieprzyjemnie. Liczyłem, że jakoś z tego wybrnę. Potrzebowałem tylko trochę czasu. Wolności, w ciszy. Z dala od problemów. By móc wszystko przemyśleć. Podjąć decyzję. Tylko... jeszcze nie teraz.
Późną nocą dotarliśmy na miejsce. Ucieszyłem się, gdy zobaczyłem znajome tereny. Uśmiech mimochodem zagościł na moim pysku. Byliśmy z powrotem — w domu. Przyjemne ciepło opatuliło mnie jak kocykiem. Zerknąłem na moich towarzyszy. Ciemne worki pod oczyma świadczyły o ich zmęczeniu. Pewnie nie wyglądałem lepiej. Byłem jednak nieco bardziej pozytywnie nastawiony. Miałem nadzieję, że sytuacja się teraz zmieni. Że jutro, maksymalnie za tydzień wrócimy do tego, co było wcześniej. Wiem, że to czcze marzenie, jednak tego właśnie pragnąłem. Najbardziej na świecie. By cofnąć czas i zmienić bieg historii. Gdybym tylko był w stanie to uczynić. Niestety, to nie było w mej mocy. Nie miałem takich zdolności. Pozostało mi zatem starać się zażegnać kryzys.
Naharys i Pina już dawno poszli w swoją stronę. Co będą czekać na innych? Pina jest w bardziej zaawansowanej ciąży. Droga powrotna była niebezpieczna. Męcząca i długa. Nadszarpnęła jej nerwy. Mogło to się skończyć poronieniem. Lepiej tego uniknąć. Nikt nie życzył jej tego cierpienia. Czekanie na Bogini wie jeden co, byłoby zatem bezcelowe. Zresztą, po co mieliby to robić? Nic ich nie trzymało. A w domu czekało na nich miękkie posłanie. I ciepło. Nie to, co tu — na dworze. Mimo wiosny wiatr nie był zbyt przychylny. Z południa nadciągały zimne prądy, targając naszym futrem, niczym liśćmi na wietrze. Robiło się nieprzyjemnie. I ta cisza. Wprawiała w podły nastrój.
Chcąc nieco rozluźnić atmosferę, zaproponowałem Tsumi, że ją odprowadzę. W końcu nie powinna chodzić tak późną porą po lesie. Zwłaszcza że już wcześniej źle się czuła. W jej stanie należy być ostrożnym. Nie darowałbym sobie, gdyby coś jej się stało. O wypadek nie trudno. I zwierzęta. Dziki na przykład albo niedźwiedzie. Mogłyby ją zaatakować i zranić. Lub nawet zabić. Nie mogłem do tego dopuścić. Byłem gotowy się kłócić, byleby się zgodziła. Wadera o dziwo przyjęła moją propozycję od razu. Uśmiechnęła się nawet delikatnie. Wypuściłem powietrze z płuc. Odetchnąłem głęboko. Zrobiło mi się cieplej na sercu. To był dobry znak. Może nie wszystko stracone. Jeśli taki gest sprawił jej radość, to następny również powinien. Krocząc obok niej, celowo ustawiłem się po jej lewej stronie. Właśnie stamtąd wiał najsilniejszy wiatr. Przyjmowałem jego ciosy. Byłem niczym tarcza, zasłaniająca jej drobne ciałko. Choć było mi zimno, nie powiem, ale jej beze mnie byłoby jeszcze zimniej. I to mnie nieco napędzało do działania. Zwłaszcza że w przeciwieństwie do mnie — Tsumi to karzełek. Niziutki i malutki. Nie obrażając karzełków oczywiście. Nic nie miałem do jej wzrostu. Była dzięki temu słodsza. I mogłem ją chronić. Polować dla niej. Już niedługo zresztą wielu rzeczy nie będzie w stanie zrobić sama. Ciąża to w końcu nie tylko przyjemności.
- Atrehu? - zatrzymałem się nagle na dźwięk swojego imienia. Spojrzałem na nią nieco zdezorientowany. Czekała na coś, wpatrzona przed siebie. Chwilę zajęło mi ogarnięcie, o co chodziło. Znajdowaliśmy się już przy jej jaskini. Co było dziwne. Tak szybko szliśmy? Czy to ja tak długo dumałem w obłokach?
- Ah... jesteśmy na miejscu.
- Na to wygląda. - żadne z nas nie wiedziało, co powiedzieć. Chyba. Ja na pewno nie wiedziałem. Było niezręcznie. I nieco nerwowo. Cisza się przedłużała. Nic się nie zmieniało. Mijały kolejne sekundy. Myśl Atrehu. Użyj tego swojego mózgu. Mógłby się czasem na coś przydać.
- To ten, no... - brawo, mistrz operacji pierwszego stopnia. Popisałeś się. Bardzo. Należy się jakaś nagroda. Najlepiej tytuł kompletnego idioty.
- Tak...
- Sprawdzę, czy coś się nie zalęgło. - powinni mi dać medal za pomysłowość. W sumie to bardzo ważna kwestia. Nie było nas bardzo długo, a ten teren nie był chroniony. Mało kto tędy przechodził. Zawsze więc jakiś zwierz mógł wybrać sobie tę norkę, na swój nowy domek. Koniecznie musiałem sprawdzić, czy jest bezpiecznie.
- Nie trzeba, mogę to zrobić sama.
- Nie, ty wejdź tak, by nie było Ci zimno. Ja się zajmę resztą. - nie czekając na jej protesty, wszedłem do środka. Pomimo mroku, idealnie dostrzegałem każdy szczegół. Ściany, podłoże i to, co się na nich znajdowało. Wszelkie przeszkody omijałem bez problemu. Pomagały mi też grzyby, rzucające wątły, zielonkawy blask. Nie pamiętałem ich nazwy. Śmierdziały. Jak to grzyby. Były jednak przydatne. I całkiem przyzwoicie komponowały się w środku. Przytulnie i ciepło. Dlatego z uwagą penetrowałem każdy kąt. Zwinnie i szybko. Nic się przede mną nie ukryje. Stanąłem pośrodku jaskini. Tam, gdzie byłem w stanie wyczuć wszystko. Każde zagrożenie. Nieproszonego gościa. Przede mną rozpościerały się trzy odnogi. Każda do innego pomieszczenia. Zaciągnąłem się nosem. Wziąłem głęboki wdech. Pachniało kurzem. Zdecydowanie dawno nikogo tu nie było. Kręciło mnie w nozdrzach.
- Apsik!
- Na zdrowie. - odwróciłem się w stronę Tsumi z mordem w oczach. Nie powinno jej tu być. Jeszcze nie skończyłem. Co prawda nie wyczułem niczyjego zapachu... Zawsze mi jednak powtarzano, że lepiej dmuchać na zimne. Nigdy nie wiadomo.
- Co ty tu robisz? Kazałem Ci zostać!
- Daj spokój, gdyby coś tu było, wyczułbyś to w promieniu kilometra. I jestem zmęczona. - przyjrzałem się waderze z niepokojem. Rzeczywiście źle wyglądała. Ledwo widziała na oczy. Słaniała się na łapach. Nie powstrzymało jej to jednak. Wyminęła mnie, kierując się do swojego posłania. Runęła na nie, kompletnie wyczerpana. Mój gniew opadł. Westchnąłem przeciągle. Podszedłem ostrożnie, przypatrując się, jak śpi.
- Idź. - szepnęła jeszcze, nim całkowicie oddała się w objęcia Morfeusza. Stałem chwilę nad nią, nie mogąc się ruszyć. W końcu jednak zrobiłem w tył zwrot.
- Super! - Cześć i chwała naszym Bóstwom. Za nasze wszystkie zdolności. Złożyłem szybki ukłon w stronę nieba, po czym żwawo ruszyłem przed siebie. Wystarczyła minutka, a byłem na miejscu. Cicho przemknąłem do wnętrza jaskini. Od razu opatuliło mnie przyjemne ciepło. Zdałem sobie sprawę, jak bardzo padnięty byłem, ale jeszcze nie teraz. To nie miejsce na sen. Potrząsnąłem głową, sunąc niczym cień. Wiedziałem mniej więcej, gdzie ma swój pokój. Wyczuwałem jej obecność. Uśmiech sam zagościł na mym pysku. Serce zaczęło bić szybciej, gdy ujrzałem ją, zwiniętą w kłębek. Wyglądała słodko, gdy spała. Oddychała spokojnie i miarowo. Zbliżyłem się, sprawdzając, czy wszystko w porządku. Nie dostrzegłem ran, zadrapań. Sama wadera wyglądała naprawdę dobrze. Odetchnąłem z ulgą. Nic jej nie było. Dotarła bezpiecznie. Ze szczęścia czule i delikatnie pocałowałem ją w czółko.
- Śpij dobrze. - szepnąłem, zaciągając się jej słodkim aromatem. Cudowna woń herbaty była tak przyjemna. Pobudzała moje zmysły. Oblizałem nieco wyschnięty pysk. Musiałem wyjść. Teraz.
- Atrehu... - spojrzałem na nią, wystraszony, że mogła się obudzić. Nic się jednak nie stało. Tylko... AWWW. Wypowiedziała moje imię przez sen. Myśli o mnie. Jakie to słodkie. Zrobiło mi się zarówno gorąco, jak i zimno. Stan euforii trwał w najlepsze. Nic co dobre, nie może jednak wiecznie trwać. Zmusiłem się, by po cicho opuścić jaskinię. Nim zwariuję z pragnienia i ją obudzę. To byłoby już chore. Nie jestem taki. Świeże powietrze ostudziło nieco moje zapędy. Nic jednak nie mogłem poradzić na uczucia, które się we mnie kłębiły. Powinienem już iść. Zimno mi. Więc co tu jeszcze robię? Z cichym westchnieniem ruszyłem do domu. W samotności. Nie, żeby mi to przeszkadzało. Było dobrze. Tak myślałem. Moimi towarzyszami były dźwięki lasu. Pohukiwanie sowy i świerszcze, śpiewające swą pieśń. Koncertowałem się na nich. Odganiałem nieprzyzwoite myśli. To pomagało.
Przymknąłem na chwilę oczy. Rozkoszowałem się uczuciem spokoju. Głęboki wdech pomógł mi uspokoić skołatane serce. Z zainteresowaniem rozglądałem się na boki. Było... inaczej, niż zapamiętałem. Gdy wyruszaliśmy, panowała chyba jesień. Lub jej początki. Obecnie natomiast była wiosna. Chyba. Nie umiałem dokładnie stwierdzić. Było ciemno. Bardzo. Księżyc stał wysoko ponad chmurami, rzucając wątły blask na otaczający mnie świat. Drzewa szeleściły pod naporem delikatnego wiatru. Liście szumiały wśród ich konarów. Zimne prądy ubiegłej zimy wciąż sunęły w moim kierunku. Czułem, jak wprawiają moją sierść w taniec. Wraz z tym przyszły i wonie. Zapach kwiatów przyjemnie łaskotał moje nozdrza.
- Dość długo nas nie było - stwierdziłem, mijając znajome mi drzewa i krzewy. Uśmiechałem się do nich, jakby były żywymi istotami. Wariowałem. Musiałem być bardziej zmęczony, niż początkowo sądziłem.
W drodze powrotnej było dość... Nerwowo rzekłbym. Szliśmy w kompletnej ciszy. Mało kto z kimś rozmawiał. Nie było to przyjemne. Źle się czułem. I chyba nie tylko ja. Tsumi szła u boku Piny, kompletnie mnie ignorując. Wyglądała na smutną i zmęczoną. Chwiała się lekko na łapach. Oczywiście odmówiła, gdy zaproponowałem, że wezmę ją na grzbiet. Jest uparta jak osioł. Dopóki daje radę, nie pozwoli sobie zanadto pomóc. Pragnąłem ją też pocieszyć i zapewnić, że wszystko się jakoś ułoży. Nie wiedziałem tylko, w jaki sposób. Nie chciałem obiecywać jej za wiele. Nie ma nic gorszego niż fałszywe przysięgi. Wadera wydawała się to rozumieć. Z pewnością jednak rozczarowało ją moje zachowanie. Wcale się nie dziwiłem, sam byłem na siebie zły, wściekły. Nie tak to miało wyglądać. W głowie wszystko wyglądało inaczej. Spokojniej. Bardziej... prostoliniowo. Nie tak zagmatwanie, jak obecnie.
Westchnąłem ciężko, zerkając dyskretnie w jej stronę. Wyczuła to. Mimo tego nie spojrzała mi w oczy. Serce zatrzepotało mi nieprzyjemnie. Liczyłem, że jakoś z tego wybrnę. Potrzebowałem tylko trochę czasu. Wolności, w ciszy. Z dala od problemów. By móc wszystko przemyśleć. Podjąć decyzję. Tylko... jeszcze nie teraz.
Późną nocą dotarliśmy na miejsce. Ucieszyłem się, gdy zobaczyłem znajome tereny. Uśmiech mimochodem zagościł na moim pysku. Byliśmy z powrotem — w domu. Przyjemne ciepło opatuliło mnie jak kocykiem. Zerknąłem na moich towarzyszy. Ciemne worki pod oczyma świadczyły o ich zmęczeniu. Pewnie nie wyglądałem lepiej. Byłem jednak nieco bardziej pozytywnie nastawiony. Miałem nadzieję, że sytuacja się teraz zmieni. Że jutro, maksymalnie za tydzień wrócimy do tego, co było wcześniej. Wiem, że to czcze marzenie, jednak tego właśnie pragnąłem. Najbardziej na świecie. By cofnąć czas i zmienić bieg historii. Gdybym tylko był w stanie to uczynić. Niestety, to nie było w mej mocy. Nie miałem takich zdolności. Pozostało mi zatem starać się zażegnać kryzys.
Naharys i Pina już dawno poszli w swoją stronę. Co będą czekać na innych? Pina jest w bardziej zaawansowanej ciąży. Droga powrotna była niebezpieczna. Męcząca i długa. Nadszarpnęła jej nerwy. Mogło to się skończyć poronieniem. Lepiej tego uniknąć. Nikt nie życzył jej tego cierpienia. Czekanie na Bogini wie jeden co, byłoby zatem bezcelowe. Zresztą, po co mieliby to robić? Nic ich nie trzymało. A w domu czekało na nich miękkie posłanie. I ciepło. Nie to, co tu — na dworze. Mimo wiosny wiatr nie był zbyt przychylny. Z południa nadciągały zimne prądy, targając naszym futrem, niczym liśćmi na wietrze. Robiło się nieprzyjemnie. I ta cisza. Wprawiała w podły nastrój.
Chcąc nieco rozluźnić atmosferę, zaproponowałem Tsumi, że ją odprowadzę. W końcu nie powinna chodzić tak późną porą po lesie. Zwłaszcza że już wcześniej źle się czuła. W jej stanie należy być ostrożnym. Nie darowałbym sobie, gdyby coś jej się stało. O wypadek nie trudno. I zwierzęta. Dziki na przykład albo niedźwiedzie. Mogłyby ją zaatakować i zranić. Lub nawet zabić. Nie mogłem do tego dopuścić. Byłem gotowy się kłócić, byleby się zgodziła. Wadera o dziwo przyjęła moją propozycję od razu. Uśmiechnęła się nawet delikatnie. Wypuściłem powietrze z płuc. Odetchnąłem głęboko. Zrobiło mi się cieplej na sercu. To był dobry znak. Może nie wszystko stracone. Jeśli taki gest sprawił jej radość, to następny również powinien. Krocząc obok niej, celowo ustawiłem się po jej lewej stronie. Właśnie stamtąd wiał najsilniejszy wiatr. Przyjmowałem jego ciosy. Byłem niczym tarcza, zasłaniająca jej drobne ciałko. Choć było mi zimno, nie powiem, ale jej beze mnie byłoby jeszcze zimniej. I to mnie nieco napędzało do działania. Zwłaszcza że w przeciwieństwie do mnie — Tsumi to karzełek. Niziutki i malutki. Nie obrażając karzełków oczywiście. Nic nie miałem do jej wzrostu. Była dzięki temu słodsza. I mogłem ją chronić. Polować dla niej. Już niedługo zresztą wielu rzeczy nie będzie w stanie zrobić sama. Ciąża to w końcu nie tylko przyjemności.
- Atrehu? - zatrzymałem się nagle na dźwięk swojego imienia. Spojrzałem na nią nieco zdezorientowany. Czekała na coś, wpatrzona przed siebie. Chwilę zajęło mi ogarnięcie, o co chodziło. Znajdowaliśmy się już przy jej jaskini. Co było dziwne. Tak szybko szliśmy? Czy to ja tak długo dumałem w obłokach?
- Ah... jesteśmy na miejscu.
- Na to wygląda. - żadne z nas nie wiedziało, co powiedzieć. Chyba. Ja na pewno nie wiedziałem. Było niezręcznie. I nieco nerwowo. Cisza się przedłużała. Nic się nie zmieniało. Mijały kolejne sekundy. Myśl Atrehu. Użyj tego swojego mózgu. Mógłby się czasem na coś przydać.
- To ten, no... - brawo, mistrz operacji pierwszego stopnia. Popisałeś się. Bardzo. Należy się jakaś nagroda. Najlepiej tytuł kompletnego idioty.
- Tak...
- Sprawdzę, czy coś się nie zalęgło. - powinni mi dać medal za pomysłowość. W sumie to bardzo ważna kwestia. Nie było nas bardzo długo, a ten teren nie był chroniony. Mało kto tędy przechodził. Zawsze więc jakiś zwierz mógł wybrać sobie tę norkę, na swój nowy domek. Koniecznie musiałem sprawdzić, czy jest bezpiecznie.
- Nie trzeba, mogę to zrobić sama.
- Nie, ty wejdź tak, by nie było Ci zimno. Ja się zajmę resztą. - nie czekając na jej protesty, wszedłem do środka. Pomimo mroku, idealnie dostrzegałem każdy szczegół. Ściany, podłoże i to, co się na nich znajdowało. Wszelkie przeszkody omijałem bez problemu. Pomagały mi też grzyby, rzucające wątły, zielonkawy blask. Nie pamiętałem ich nazwy. Śmierdziały. Jak to grzyby. Były jednak przydatne. I całkiem przyzwoicie komponowały się w środku. Przytulnie i ciepło. Dlatego z uwagą penetrowałem każdy kąt. Zwinnie i szybko. Nic się przede mną nie ukryje. Stanąłem pośrodku jaskini. Tam, gdzie byłem w stanie wyczuć wszystko. Każde zagrożenie. Nieproszonego gościa. Przede mną rozpościerały się trzy odnogi. Każda do innego pomieszczenia. Zaciągnąłem się nosem. Wziąłem głęboki wdech. Pachniało kurzem. Zdecydowanie dawno nikogo tu nie było. Kręciło mnie w nozdrzach.
- Apsik!
- Na zdrowie. - odwróciłem się w stronę Tsumi z mordem w oczach. Nie powinno jej tu być. Jeszcze nie skończyłem. Co prawda nie wyczułem niczyjego zapachu... Zawsze mi jednak powtarzano, że lepiej dmuchać na zimne. Nigdy nie wiadomo.
- Co ty tu robisz? Kazałem Ci zostać!
- Daj spokój, gdyby coś tu było, wyczułbyś to w promieniu kilometra. I jestem zmęczona. - przyjrzałem się waderze z niepokojem. Rzeczywiście źle wyglądała. Ledwo widziała na oczy. Słaniała się na łapach. Nie powstrzymało jej to jednak. Wyminęła mnie, kierując się do swojego posłania. Runęła na nie, kompletnie wyczerpana. Mój gniew opadł. Westchnąłem przeciągle. Podszedłem ostrożnie, przypatrując się, jak śpi.
- Idź. - szepnęła jeszcze, nim całkowicie oddała się w objęcia Morfeusza. Stałem chwilę nad nią, nie mogąc się ruszyć. W końcu jednak zrobiłem w tył zwrot.
*
Czekała mnie długa podróż do domu. Byłem wyczerpany. I głodny. Jedzenie to jednak najmniejszy problem. Zawsze mogłem coś na szybko upolować. Coś innego jednak zaprzątało mi myśli. A raczej ktoś. Lonya. Martwiłem się o nią. Nie wiedziałem, czy dotarła bezpiecznie. Wyruszyła w końcu przed nami. Sama. Nie usnę, dopóki nie sprawdzę, co z nią. Chcąc jednak oszczędzić na czasie, przymknąłem oczy. Skupiłem się najmocniej, jak tylko w tej chwili byłem w stanie. Poczułem znajome uczucie. Czas i przestrzeń jakby się rozwierały. Łamały na drobniejsze kawałeczki, pozwalając mi na szybką zmianę miejsca. Trwało to może z kilka sekund. Wszystko wróciło do normy. Rozejrzałem się i z uśmiechem stwierdziłem, że się udało. Znajdowałem się blisko jaskini Lonyi. Pobiłem swój rekord teleportacji. - Super! - Cześć i chwała naszym Bóstwom. Za nasze wszystkie zdolności. Złożyłem szybki ukłon w stronę nieba, po czym żwawo ruszyłem przed siebie. Wystarczyła minutka, a byłem na miejscu. Cicho przemknąłem do wnętrza jaskini. Od razu opatuliło mnie przyjemne ciepło. Zdałem sobie sprawę, jak bardzo padnięty byłem, ale jeszcze nie teraz. To nie miejsce na sen. Potrząsnąłem głową, sunąc niczym cień. Wiedziałem mniej więcej, gdzie ma swój pokój. Wyczuwałem jej obecność. Uśmiech sam zagościł na mym pysku. Serce zaczęło bić szybciej, gdy ujrzałem ją, zwiniętą w kłębek. Wyglądała słodko, gdy spała. Oddychała spokojnie i miarowo. Zbliżyłem się, sprawdzając, czy wszystko w porządku. Nie dostrzegłem ran, zadrapań. Sama wadera wyglądała naprawdę dobrze. Odetchnąłem z ulgą. Nic jej nie było. Dotarła bezpiecznie. Ze szczęścia czule i delikatnie pocałowałem ją w czółko.
- Śpij dobrze. - szepnąłem, zaciągając się jej słodkim aromatem. Cudowna woń herbaty była tak przyjemna. Pobudzała moje zmysły. Oblizałem nieco wyschnięty pysk. Musiałem wyjść. Teraz.
- Atrehu... - spojrzałem na nią, wystraszony, że mogła się obudzić. Nic się jednak nie stało. Tylko... AWWW. Wypowiedziała moje imię przez sen. Myśli o mnie. Jakie to słodkie. Zrobiło mi się zarówno gorąco, jak i zimno. Stan euforii trwał w najlepsze. Nic co dobre, nie może jednak wiecznie trwać. Zmusiłem się, by po cicho opuścić jaskinię. Nim zwariuję z pragnienia i ją obudzę. To byłoby już chore. Nie jestem taki. Świeże powietrze ostudziło nieco moje zapędy. Nic jednak nie mogłem poradzić na uczucia, które się we mnie kłębiły. Powinienem już iść. Zimno mi. Więc co tu jeszcze robię? Z cichym westchnieniem ruszyłem do domu. W samotności. Nie, żeby mi to przeszkadzało. Było dobrze. Tak myślałem. Moimi towarzyszami były dźwięki lasu. Pohukiwanie sowy i świerszcze, śpiewające swą pieśń. Koncertowałem się na nich. Odganiałem nieprzyzwoite myśli. To pomagało.
Przymknąłem na chwilę oczy. Rozkoszowałem się uczuciem spokoju. Głęboki wdech pomógł mi uspokoić skołatane serce. Z zainteresowaniem rozglądałem się na boki. Było... inaczej, niż zapamiętałem. Gdy wyruszaliśmy, panowała chyba jesień. Lub jej początki. Obecnie natomiast była wiosna. Chyba. Nie umiałem dokładnie stwierdzić. Było ciemno. Bardzo. Księżyc stał wysoko ponad chmurami, rzucając wątły blask na otaczający mnie świat. Drzewa szeleściły pod naporem delikatnego wiatru. Liście szumiały wśród ich konarów. Zimne prądy ubiegłej zimy wciąż sunęły w moim kierunku. Czułem, jak wprawiają moją sierść w taniec. Wraz z tym przyszły i wonie. Zapach kwiatów przyjemnie łaskotał moje nozdrza.
- Dość długo nas nie było - stwierdziłem, mijając znajome mi drzewa i krzewy. Uśmiechałem się do nich, jakby były żywymi istotami. Wariowałem. Musiałem być bardziej zmęczony, niż początkowo sądziłem.
**
Droga dłużyła się niemiłosiernie. Byłem wykończony. Wypompowany. Łapy paliły, pragnąc postoju. ~ Jeszcze troszeczkę — myślałem, dostrzegając upragniony cel. Jeszcze tylko kilka metrów. Doczłapałem do swej jaskini, z trudem stawiając kolejne kroki. U wejścia stanąłem, nieco niepewny swego. Tę noc, jak i kolejną spędzę zapewne sam. Tsumi unikała mnie przez całą drogę. Nie chciała rozmawiać, nawet na mnie nie zerkała. Jakbym nie istniał. Wcale jej się nie dziwiłem. Choć to bolało. I nie było przyjemne. Rozumiałem jej zachowanie, a raczej starałem się zrozumieć. Zachowałem się jak kutas. Wyjawiła mi, że jest w nadziei. Ze mną. W jej łonie rosną nasze szczeniaki. Krew z mojej krwi. Powinienem się cieszyć. Wziąć ją w uścisku, zapewniając o swej radości. Bo każda ciąża to powód do świętowania. To cud. Bez tego nie było nas na świecie. Nikogo. Tsumi zapewne miała nadzieję, że wtulę się w nią, pocałuje. Zacznę mówić do jej jeszcze płaskiego brzuszka. Że będzie dobrze. Ja jednak zrobiłem wszystko wspak. Nie spełniłem jej oczekiwań. I nie zrobiłem też niczego, by poprawić nasze relacje. A przecież byłą w ciąży. Z moimi szczeniakami. Co właśnie powtórzyłem po raz kolejny. Jakby nie było to pewne. A przecież jest. Niedługo wadera zostanie matką. Ja ojcem. Będziemy rodziną. To... powinno dać mi do myślenia. Postanowiłem, że porozmawiam z nią nazajutrz. Szczerze, bez ogródek. I, mimo że to nie miłość, zamierzałem się jej oświadczyć. Choć wiedziałem, że nie chce litości. Wiem, że wolałaby, abym zrobił to z miłości. Na tę chwilę jednak nie byłem w stanie. Mogłem zrobić jednak coś innego. Siądę na tyłek i tylko jej będę wierny. Zaopiekuje się nią. Dam dom i bezpieczeństwo. Ptasiego mleczka jej przy mnie nie zabraknie. Może kiedyś pokocham ją tak, jak nasze nienarodzone szczenięta...Mimochodem wróciłem myślami do swojego przyjaciela. Naharys nie odzywał się w ogóle. Mogłem dostrzec tylko jego złowieszcze spojrzenia i niejednokrotne słyszałem prychnięcia. Ilekroć wymijał mnie bądź był w pobliżu, zachowywał się agresywnie. Nawet Pina nie była w stanie go powstrzymać. Żadne argumenty do niego nie przemawiały. Nienawidził mnie. W końcu zrezygnowana trzymała go z dala ode mnie, rzucając tylko współczujące spojrzenia w moim kierunku. Dziwiłem się, że nikomu o tym nie powiedział. Zapewne nie chciał narażać Tsumi na stres. Wywoływanie kłótni nie leżało w jego naturze. Chyba. Eh, popaprane to wszystko.
- Atrehu? - odwróciłem się, usłyszawszy swoje imię. Nie spodziewałem się nikogo ujrzeć o tej porze. Był środek nocy. I do tego było zimno jak diabli. Kto to mógłby być?
- Kim jesteś? - zapytałem, przyjrzawszy się nieco przybyszowi. Była to wadera. Z pewnością. Stała blisko drzew, opatulona mrokiem. Nie czułem jednak zagrożenia. Nie chciała walczyć. Nie była kimś złym. Zrobiła krok w moją kierunku i w końcu mogłem zobaczyć więcej. Jej futro było w kolorze szarości z domieszką czekolady. Chyba. Tak mi się wydawało. By się upewnić, potrzebowałbym światła dnia. Jedno wiedziałem na pewno. Nie znałem jej. Musiała być nowa. Zresztą, minęło kilka miesięcy, odkąd opuściliśmy watahę. Wiele się musiało zmienić. Tylko, skąd mnie zna?
- Jestem Copycat, nowa czujka nocna i Atakująca w watasze. Jesteś Atrehu, prawda? - nasze spojrzenia się skrzyżowały. Dostrzegłem błysk w zielonych oczach samicy. Gdy podeszła bliżej, moim oczom ukazały się jej rany. Była poraniona w wielu miejscach. Nie wiedziałem, czy odniosła je w walce, czy ktoś zwyczajnie się nad nią znęcał. Nie chciałem jednak wyjść na wścibskiego. Mogłem zrazić ją pytaniami.
- Tak, to ja. Czego potrzebujesz? - Copycat uśmiechnęła się nieśmiało. Musiałem przyznać, miała ładny uśmiech. Taki wesoły. Mimo jej wyglądu. Znaczy, mnie tam nie przeszkadzały jej blizny. I z nimi wyglądała pięknie. W sensie... chodziło mi o to, że atrakcyjna z niej waderka. Puszyste, ostro zakończone uszy sterczały wysoko. Nie była taka wysoka, jak z początku myślałem. Raczej średniego wzrostu. Miała krótki ogon i smukłą sylwetkę. Sposób chodzenia dużo powiedział mi o jej charakterze.
- Alfa prosiła, by przyszedł do niej jutro z samego rana.
- Renesmee Cię przysłała? - głupie pytanie, wiem, ale co poradzić, że nie do końca kontaktuje z rzeczywistością. Byłem śmiertelnie zmęczony i jeszcze zawracają mi tyłek. Jakbym nie miał ważniejszych rzeczy na głowie. Miałem tylko nadzieję, że wyśpię się do rana. Nawet jeśli się nieco spóźnię, nie powinna mnie winić. Rene jest wyrozumiała. Zrozumie.
- Owszem. Wiedziała, że jeśli wrócicie nocą, to będę miała możliwość przekazania Ci wiadomości.
- Rozumiem, dziękuję. - pokiwałem głowę, nie bardzo wiedząc, co teraz zrobić. Copycat mnie jednak ubiegła, żegnając się krótko skinieniem, po czym wróciła do swoich obowiązków. Patrzyłem, jak znika między drzewami. Niczym cień. Była... ciekawą postacią, nie powiem. Nie miałem czasu, zastanawiam się nad czymkolwiek. Zmęczenie mnie dopadło. Dobiło. Wszedłem do domu, rzucając się na swoje posłanie. Dawno mnie tu nie było. Co nieco śmierdziało kurzem. Później to ogarnę. Zamknąłem oczy, zasypiając niemal natychmiast.
***
< Awans na Bete - Nazajutrz ~ Popołudnie >Po spotkaniu z Renesmee miałem mieszane uczucia. Powiedzieć, że byłem zszokowany, byłoby w tej sytuacji zwyczajnym niedopowiedzeniem. Znaczy, nie że się przestraszyłem. ~ Co to, to nie. Ja się niczego nie boję. - Alfa nie była na mnie zła. Mimo, iż się spóźniłem. Bardzo. Dochodziło południe, gdy wszedłem do jej groty. Ewidentnie potrzebowałem budzika. Sam nie potrafiłem wstać o określonej porze. Może dlatego się ze mną nie cackała. Nie byłem przygotowany na taki zestaw informacji i to tak w krótkim czasie. Było dokładnie tak samo, gdy Tsumi oznajmiła mi, że jest w ciąży. Nie wiedziałem, jak zareagować. Stałem niczym drzewo. Z tą różnicą, że mną nie poruszał wiatr. Dreszcze przebiegały mi wzdłuż kręgosłupa. Myśli krążyły jak szalone, nie mogąc pojąć tego wszystkiego. Teraźniejsza sytuacja była podobna. Nie taka sama, oczywiście. Z Renesmee nic mnie nie łączyło. Choć szkoda, bo piękna z niej wadera. Spojrzenie jej zielonych oczu zawsze jest intensywne. Mocne, twarde i takie zaciekawione. Alfa na swój sposób była bardzo tajemnicza, ale nie sposób odmówić jej uroku. Opiekowała się wszystkimi, dbała o porządek. Miała na głowie więcej, niż ja przez całe swoje życie. Wadera była także bystra i wiedziała, gdzie uderzyć. Co powiedzieć, by wygrać. Wiedziałem o tym. Użyła tej techniki na mnie. I zadziałało. Nie bawiła się ze mną. I z delikatnym uśmiechem oświadczyła swą wolę. Jakby było to oczywiste i tak zawsze miało być. Uznała, że jestem godny i świetnie sobie poradzę. Nie powiem, podniosła mi tym moje i tak duże Ego. Wyprostowałem się dumnie i napuszyłem, jakbym szedł na paradę. Ku prychnięciu Nahary'a, który również tam był i któremu nie było to w smak. No, mniejsza o niego.
Renesmee awansowała mnie na Betę. Swojego doradcę, powiernika i przyjaciela. Od dziś miałem załatwiać wszystkie sprawy z nią. Wspólnie. Być na każde jej skinienie i wezwanie. Do tego podstawowe rzeczy, których musiałem doglądać, jak pilnowanie porządku w watasze i zwiady. Treningi z wojownikami. Miałem też być wszędzie i mieć oczy dookoła głowy. W pierwszej chwili mnie zatkało. Dlaczego właśnie ja? W jaki sposób miałem to wszystko ogarnąć? Nie starczy mi dnia! Niby nic takiego. Nawał obowiązków nie specjalnie mi przeszkadzał. Tylko, gdzie tu czas na jedzenie, czy choćby sen? O odpoczynku mogłem zatem tylko pomarzyć. Nie ma jednak co narzekać. Z pewnością sobie poradzę. Chyba... Prawdopodobnie potrwa, nim wdrążę się we wszystko. To nic takiego. Dlaczego zatem tak dziwnie się czułem? Ten niepokój i kołatanie serca. ~ Dobrze wiesz, dlaczego. - odezwał się cichy głosik w mojej głowie. Tak, mniej więcej wiedziałem, z jakiego powodu jest mi źle. Byłem alfą, synem swego ojca. Co zaznaczam przy każdej możliwej, nadającej się do tego okazji. I nie byłbym sobą, gdybym i teraz o tym nie wspomniał. Wcale tego nie chciałem. Te myśli przychodziły same. Widocznie, takie geny.
Eh. Nie rozumiałem siebie. Nie jestem aż tak nadęty. W sensie o ile moja pozycja tutaj jest daleka do mej wrodzonej, tak moje prawdziwe „ja” ukazuje się co chwilę, próbując dominować. Nie byłem z tego faktu zadowolony. Nie chciałem wracać do przeszłości. Zamierzałem porzucić wspomnienia o pierwszym domu i skupić się na „tu i teraz". Z drugiej strony to po prostu część mnie. Od kiedy dowiedziałem się prawdy o sobie, zastanawiałem się, jakby to było, gdybym wrócił. Jakby skończyło się moje spotkanie z rodziną?
Walka z Lupusem, czy doszłoby do niej? Czy wataha uznałaby mnie za przywódcę? Stanęliby u mego boku? Nie zrobiłem przecież nic złego. Moim jedynym błędem było podkulenie ogona. Gdybym tego jednak nie zrobił, zabiliby mnie. Westchnąłem głęboko w duchu. To nie miało sensu. Nic nie miało. I do tego awans na betę. Nowe obowiązki, które na mnie czekały. Ciąża Tsumi, mój romans z Lonyą i kłótnia z Naharysem...
Na samą wzmiankę o basiorze poczułem ukłucie w sercu. Wciąż mnie nienawidził. Tolerował, bo musiał. Jego spojrzenie było jednak nieprzyjemne. Odczułem to wyraźnie przed chwilą. Renesmee i jego wezwała, by awansować na Gammę. Teraz mieliśmy spędzać ze sobą jeszcze więcej czasu.
To nie będzie łatwe. Mam wrażenie, że rzucimy się sobie do gardeł. No cóż, wciąż nie wybaczył mi romansu z jego siostrą. Byłem zatem bardziej niż pewny, iż zaprzeczy wszystkiemu. Temu, że jestem odpowiednią osobą do tego stanowiska. Myślałem, że powie coś w stylu: „On się nie nadaje na Betę! To pieprzony Kasanowa, który nie potrafi utrzymać kutasa w ryzach". Jakim więc zdziwieniem było dla mnie, gdy niespodziewanie się uśmiechnął? Nie zrobił tego, co myślałem, że uczyni. Ba, pogratulował mi na koniec, gdy Rene wróciła do swoich obowiązków. My również postanowiliśmy to uczynić. Tzn. on wyszedł pierwszy, bez słowa pożegnania. Ja tuż po nim. Ledwo wyszedłem z jej jaskini. Na chwiejnych łapach. Nie zwróciłem nawet uwagi, kiedy znalazłem się na zewnątrz. Z wrażenia pokręciłem łbem, przymykając przy tym oczy. Nie wierzyłem, że ta sytuacja miała miejsce, choć tak właśnie było. To, co się wydarzyło, stało się naprawdę. Nie było tylko snem. Snem, który sobie wymyśliłem. To była jawa. Wciąż to do mnie nie docierało. I nie, że mam coś przeciwko temu awansowi. Stanowisko głównego bety to przywilej, który posiadają nieliczni. Zaufanie Renesmee, jakim mnie obdarzyła, jej pewność w moje umiejętności. W to, że podołam. Powinienem być przecież zadowolony. Ranga wyżej w sforze. Z jednej strony cieszyłem się, że mnie doceniono. Z drugiej, to było... niespodziewane. Ba, byłem kompletnie zdezorientowany. Nie wiedziałem, co mam myśleć i czuć. To, czym mnie uraczono, walczyło z pytaniami, na które nie zyskałem odpowiedzi. Do tego nie zapytała mnie o zgodę. Nie, nasza kochana Alfa podjęła decyzję za mnie. Po prostu oświadczyła mi, że ma być tak, a nie inaczej. Nie wiedziałem nawet, czy tego chcę Teraz to już jednak za późno na rezygnację. Przyjąłem stanowisko, nawet się nie zgadzając i postanowiłem wypełniać swoje obowiązku najlepiej, jak potrafiłem. I to zaczynając od teraz!
****
< Miesiąc później ~ "Szał rozpaczy" >Miesiąc. Upłynął pieprzony miesiąc od powrotu do watahy. Czas, który przeznaczyłem na wdrążenie się w obowiązki jako Beta. Na treningi z młodocianymi wilkami, na naukę z Shori oraz na penetrowaniu terenów watahy. I rozmowy. Wiele rozmów z naszą Renesmee. O wszystkim i o niczym. O sprawach ważnych i tych małostkowych. Gawędziliśmy nawet o pogodzie. I minionej zimie. I deszczowej wiośnie. O wszystkim, co tylko przyszło nam do głowy. Czas mijał nam w przyjemnej atmosferze. Nie pamiętam już, kiedy byłem taki... zadowolony, szczęśliwy? Wszystko było dobrze, nic złego się nie działo. Nie myślałem i nie czułem. Do tego zbliżyłem się do Renesmee. Polubiła mnie. Chyba. Możliwe, że tak było. Choć niekiedy doprowadzałem ją do gorączki. I to bez erotycznych podtekstów. Co jest dziwne, bo byliśmy naprawdę blisko. Przez długi czas. Zdawałoby się, że coś się skrzyło. Migotało między nami. Do niczego nie doszło oczywiście. Nie próbowałem zaciągnąć Alfy do łóżka. A i ona nie wydawała się chętna. Zwyczajnie dobrze czuliśmy się w swoim towarzystwie. Zdawałem jej też raporty z każdego dnia. O każdej nieprawidłowości, błędzie i wykroczeniu. Wadera okazała się milsza i bardziej przyjacielska, niż na początku się wydawało. Wcześniej była chłodna, nieco zdystansowana. Byłem nowy, nic dziwnego. Nie ufała mi. Teraz jednak byłem jej Betom. Najbliższym przyjacielem. Liczyła się z moim zdaniem i wdrążała w swoje problemy. A ja słuchałem. Dziękowała również za każdym razem, że tak sumiennie wykonuje swoje zadania. Nie wiedziała tylko, z jakiego powodu to robiłem. Nie pytała, więc nie wyprowadzałem jej z błędu. Każdemu wydawało się, że jestem rzetelny. Idealna prawa ręka Alfy. Wierny i pracowity. Spędzałem wiele godzin na wykonaniu wszystkiego. Nieraz ledwo widziałem na oczy. Nikt jednak nie znał prawy. Nikt nawet nie przeczuwał, że to tylko gra. Ucieczka od prawdziwych problemów. Cięższych decyzji. Tych, które niedługo miały zmienić całe moje życie. Bo w końcu dojrzałem do nich. Podjąłem decyzję. Tylko nie wiedziałem, jak mam to zrobić.
Byłem zwyczajnym tchórzem. Omijałem przez długi czas z daleka to, czym powinien zając się już dawno. Od miesiąca bowiem nie widziałem się z Tsumi. Unikałem jej jak ognia. Jakby była pasożytem, czymś złym i niegodziwym. A przecież wcale tak nie było. W niczym nie zawiniła. Nic mi nie zrobiła. To ja zachowałem się jak dzieciak. Kompletny palant. Tchórzliwy szczyl, który nie dorósł. Wziąłem, co chciałem i tak, jak powiedział Naharys: Nie dałem nic w zamian. Bo troska i opieka, to nie to samo, co miłość i wierność. Schrzaniłem po całości. I przyjdzie mi za to płacić. Nie powinien był tak długo zwlekać. Wadera była przecież w ciąży z moimi szczeniakami. To były moje dzieci, które niedługo powitają nowy świat. Jej brzuszek z pewnością jest już widoczny. Musi. A mnie przy niej nie ma. Bo z niepewności nie wiedziałem, co mam robić. Wiem, że plotę bez sensu, ale... Nie kocham jej. Jestem tego świadom. Nie jest to miłość taka, jaka powinna być. Taka, która sprawiłaby, że chciałbym spędzić z nią resztę życia. U jej boku, jako partner. Jestem przegrywem. Śmieciem. Nie tak powinien zachowywać się przyszły alfa. Ale... Lubię ją, owszem. Spędziliśmy razem cudowne chwile. Wspólne spacery, polowania, ale także upojne noce. Zabawy, które skończyły się, jak się skończyły. W ciąży. I nie zamierzałem od tego dłużej uciekać. Byłem gotowy. Spędziłem miesiąc na podejmowaniu decyzji. Jakby to było wielkie halo. Nic złego się przecież nie stanie. Oświadczę się Tsumi. Stanę się jej partnerem. Ona mą Panią. Tylko jej będę wierny.
Na samą myśl poczułem dziwne ukłucie. Me serce należało do innej. Nie do Tsumi. Wiedziałem jednak, że nie mam wyboru. Nie chciałem wyjść na kutasa. Casanowę, który tylko pieprzy. Skoro byłem w stanie się z nią kochać, będę też w stanie zająć się swoim potomstwem. Zaopiekuję się nią i nimi. Będę najlepszym partnerem i tatą, jaki tylko istnieje. Lepszym od mego ojca. Co prawda nie był wcale taki zły, tylko... traktował mnie zupełnie inaczej, niż Lupusa. Ni to jak kogoś gorszego, ni to jak kogoś równego. Raczej tak, jakby był mną rozczarowany. Porównywał mnie do brata i chyba był zły, że to ja odziedziczyłem po nim zdolności. Lupus zaś nie miał nic z alfy. Siła, którą posiadaliśmy, otrzymywało tylko pierwsze narodzone szczenię. A ja byłem drugi. Był tego pewien. Wyszło jednak zupełnie inaczej. Lupus nie był nawet jego dzieckiem. Tylko ja. Byłem pierwszym i to ja... Eh... Zresztą, nie mam czasu się nad tym głowić. To przeszłość. A muszą się skupić na przyszłości. Na tym, co zamierzam zrobić.
*****
Westchnąłem ciężko, siedząc na małej górce nieopodal gór. W dole rozpościerał się przepiękny widok. Tereny watahy, jak okiem sięgnąć, znajdowały się tuż przede mną. Ciągnęły się aż za horyzont. W miejscu, w którym znikało słońce każdego wieczoru. Teraz ta migocząca gwiazda znajdowała się tuż nade mną, przyjemnie muskając mnie swymi językami. Ciepło promieniowało po całym mym ciele, ogrzewając je i pieszcząc. Delikatny wiaterek rozwiewał futro, zmuszając do powolnego tańca. Nabrałem głębokiego wdechu. Wstałem, gotowy do działania. Żadne myśli nie zaprzątały mi już głowy. Miałem czysty umysł, spokojnie sunący po niebie. Puściłem się biegiem, ruszając od razu w stronę mojego przeznaczenia. Ze zdobytych Informacji wynikało, że Tsumi nie opuszczała jaskini przez kilka dni. Dobrze, łatwiej ją znajdę. Przyśpieszyłem. Krok za krokiem, łapa za łapą. Coraz szybciej i coraz dalej. Sprawnie wymijałem drzewa, przeskakiwałem nad rozwalonymi kłodami. Przedzierałem się przez zarośla. Będąc blisko jej jaskini, zaciągnąłem się wonią lasu. Wyczułem ją. Była niedaleko. Błyskawicznie skręciłem w lewo, ku jej zapachowi. Jeszcze tylko chwila. Zwolniłem, wychodząc zza gęstwiny krzewów. Dostrzegłem ją. Uśmiechnąłem się szeroko na jej widok.- Dzień dobry Tsumi, jak się dziś masz? - zapytałem, podchodząc do niej. Zwolniłem jeszcze bardziej. Coś było nie tak. Nie wyglądała na... szczęśliwą, że mnie widzi. W jej oczach dostrzegłem dziki błysk. Zacisnęła zęby. Z jej gardła wydobył się warkot. Przyjrzałem się jej. Jej brzuch był płaski. Zmarniała. Bardzo. Do tego te cienie pod oczami jakby od płaczu. Czy ona płakała? Może nie jadła? Coś ją dręczyło lub ktoś zrobił jej krzywdę, a ja głupi nic w tym kierunku nie uczyniłem?! A jeśli dzieciom coś się stało? Co, jeśli nie rozwijają się prawidłowo? ~ To nie czas i miejsce na myślenie, ona źle się czuje! - skarciłem się w myślach. Z duszą na ramieniu, zrobiłem jeszcze jeden krok. Tym razem mniej pewny swego. - Martwiłem się, jak przez te kilka dni nie wychodziłaś. Potrzebowałaś nacieszyć się spokojem, prawda?
- Zamilcz. - po raz pierwszy odezwała się do mnie takim tonem. Nie, ona zasyczała. Jej głos nie był jej głosem. Nie przesłyszało mi się. Ten był jakiś... zbyt twardy, lodowaty. Nienawistny. Wzdrygnąłem się. Nieprzyjemny dreszcz przebiegł mi wzdłuż kręgosłupa. Cofnąłem o krok. Czas stanął w miejscu. A wraz z nim także i ja. Niczym zamrożona figura, nie potrafiłem wykonać ruchu. Stałem jak kołek, wpatrując się w nią. Uśmiech zszedł mi z pyska. Serce zaczęło szybciej bić. Nie rozumiałem, co tu się odwala. Złe przeczucia zaczęły krzyczeć mi gdzieś z tyłu głowy. Działo się coś potwornego! Tylko co?!
- To wszystko twoja wina. Jak śmiesz mi się pokazywać na oczy?! Ty męska zdradziecka szujo! Ufałam ci! - krzyk Tsumi niósł się echem po lesie. Zaraz, co? Jaka zdradziecka szujo? Moja wina? Co ja jej niby zrobiłem?! O co tu chodzi? Ma okres, czy to wina hormonów?! Próbowałem jej przerwać, ale uciszyła mnie jednym spojrzeniem. Syknęła na mnie z nienawiścią. Cofnąłem się, znowu. To nie była Tsumi.
- Jesteś łajdakiem. Każdą tak traktujesz? - każd... Nastroszyłem uszu, domyślając się automatycznie, o co chodzi. Czyżby dowiedziała się o moim romansie z Lonyą? Nawet jeśli, nie byliśmy wtedy oficjalnie razem. Nie powinna mieć do mnie o to pretensji. I w jaki sposób ją niby traktowałem? Opiekowałem się nią. Przez cały czas. Dawałem ciepło i bezpieczeństwo!
- Najpierw czułe słówka, a potem do przelecenia na jedną noc, może dwie? Zero odpowiedzialności za swoje czyny. Nawet gdy powiedziałam ci o ciąży, ty... - jej głos się załamał. Spuściłem wzrok. Miała racje, źle wtedy zareagowałem. Byłem tak bardzo zły, wściekły. Wyładowałem na nią swą złość. Nie powinienem był. Chciałem przeprosić, wytłumaczyć się, lecz jej dalsze słowa, głęboko wbiły się w mój umysł.
- Wiem co cię łączy z Itami. - znów poczułem to przedziwne zimno, wzdrygnąłem się. - Wiem, co robiliście. A ja głupia chciałam ci wyznać miłość, podczas gdy ty sobie ją bzykałeś... - spojrzałem na nią nieco z urazą. Po pierwsze, ja pieprzę, a nie bzykam. Albo się kocham. Zależy, czy jest delikatność, czy ostrość. Po drugie, z jakiej racji mi to wypomina? Nie byliśmy i nie jesteśmy parą. Wiedziała, na co się pisze! Nic nas poza seksem nie łączyło! Nic. Dobrze nam było razem, jednakże niczego sobie nie obiecywaliśmy. Nie było szalonych wyznań miłości ani przysięgi wierności. Czego ona zatem oczekiwała?
- Żałosne, doprawdy żałosne. I to nie tylko ja, ale i twoje zachowanie. Każdą kolejną waderę zamierzasz puknąć? Kretynie, czy kiedykolwiek wziąłeś pod uwagę uczucia każdej z osobna? - nie, nie wziąłem, bo żadna nie dała mi do zrozumienia, że chce partnera na całe życie! Myślałem, że to jasne, jak słońce. Widocznie się myliłem. - Myślisz, że każda będzie ucieszona z takiego numerka? Nawet jeśli niską się cenią, dalej chcą więcej. A ty im tego nie dajesz, wręcz odbierasz. Jesteś dokładnym przeciwieństwem tego, co się szuka u drugiej połówki. Nie jesteś wart czegokolwiek. - jej słowa bolały. Nie zgadzałem się z nią. Miałem ochotę warknąć, ale się powstrzymałem. W duchu jednak przewróciłem oczyma. Wyolbrzymia problem. Jesteśmy zwierzętami, w naszej naturze zakodowany jest seks. I zawsze będzie. Nie zmuszałem żadnej z moich przyjaciółek. Wszystkie potwierdziły, że tego pragną. Nigdy nie powiedziały, że chcą czegoś więcej. Na Boginię i Ojca, miałem do tego prawo! Nosz do k*rwy nędzy, cała ta konwersacja nie miała sensu. A nie przepraszam, nie mogę tego nawet tak nazwać, gdyż to ona głównie gada. I mnie wyzywa bez końca, a ja niczego złego nie zrobiłem! Mogła od razu powiedzieć, że chce ze mną być. Zamiast mi teraz wypominać skoki w bok!
- Haha, wiesz co? Nawet nie musisz się martwić o swoje młode. Poroniłam, przez ciebie. Zniszczyłeś mi wszystkie moje najgłębsze marzenia. Odebrałeś mi wszystko, czego pragnęłam, ale hej... - w głowie zaczęło mi szumieć. Ja... k*rwa... Nie... Nie wierzę, to się nie stało. Ona... poroniła. Naszych szczeniąt już nie ma! Nie docierało to do mnie. Słyszałem w umyśle jednak jej słowa. Wciąż i wciąż dźwięczało mi to zdanie „Poroniłam, przez ciebie". Jak to przeze mnie? Co ja takiego zrobiłem? Znaczy, owszem ignorowałem ją przez miesiąc, walcząc z samym sobą... ale to nie ja spowodowałem, że je straciła. To nie moja wina. Nic nie zrobiłem! A może, to był właśnie problem? Nie pomogłem, nie byłem przy niej. Jestem kretynem, idiotą. Łotrem... - Ojej, czyżby cię to bolało? - jak we mgle słyszałem jej szyderczy ton. Przesłodzony, z kpiną wymalowaną na pysku. - Pewnie duma, co? A wiesz co? Gówno mnie to obchodzi. - warknęła na mnie ponownie. Nie zareagowałem. Nie potrafiłem. Zrobić cokolwiek... to było za dużo. Tyle straconych dni na podjęcie decyzji. Chciałem dobrze. Mieliśmy być razem i wspólnie wychowywać nasze młode... A ich już nie ma. Nie ma, nie ma! - Przeleciałeś mnie przynajmniej raz, kiedy już miałeś Itami na boku. A może to ja byłam tą drugą? Bez różnicy. Nawet nie jest mi cię szkoda w tym stanie. Dupcz sobie dalej Itami i kolejne, przecież tylko to się dla ciebie liczy. Żal mi jedynie twoich podbojów, zwłaszcza po zorientowaniu się przez nie co sam sobą reprezentujesz. Ja umywam od tego łapy. Nie zamierzam cię już widzieć na oczy kiedykolwiek. - Ostatnie zdania wypowiedziała z mocą. Nienawiścią i pogardą. Przeszła obok mnie. Zignorowała. Czułem się... pusto... Odeszła. A wraz z nią wszystko, co z nią związane... A mnie poniosły łapy. Jak najdalej. Byle nie myśleć. Byle nie czuć. Moje dzieci nie żyją. Moje maleńkie szczeniaki nie powitały nowego świata. I nigdy już nie powitają.
******
< Wzloty i upadki >Ból rozsadzał ciało od środka. Głowa pulsowała. Mięśnie błagały o rozluźnienie. Jęczałem głośno, łkając, sapiąc i warcząc. Bezsilność i strach otaczały mnie zewsząd. Czułem, jakby w moim wnętrzu wybuchł wulkan. Było mi na przemian zimno i gorąco. Paliło w gardle, nie mogłem złapać oddechu. Miotałem się w konwulsjach. Łzy ciekły strumieniami, kapiąc i rozbijając się o podłoże. Niknęły błyskawicznie, wsiąknięte przez glebę. Pozostały tylko ślady. Małe kleksy. Nic poza tym. Gdyby tak wszystkie problemy mogły nagle wyparować. Zniknąć i nie wrócić.
Cisza i pustka owładnęły mnie. Szum w uszach zagłuszał wszystkie inne dźwięki. Dusiłem się, szlochając w bezdennej pustce umysłu. Nie wiem, czy kiedykolwiek byłem w takim stanie. Nic do mnie nie docierało. Gniew miotał mną na wszystkie strony. Czułem żal i złość. ~ Nic złego nie zrobiłem! Jestem niewinny! To nie przeze mnie poroniła! - warknąłem, łapiąc głęboki haust powietrza. Byłem taki żałosny. I słaby. Wzrokiem omiotłem okolice. Znałem to miejsce. Chyba. Nie byłem pewny. Drzewa w lesie zawsze wyglądają tak samo. Tu też się nic od siebie nie różniło. No, poza skałką na niewielkim wzniesieniu. W dole rozpościerał się widok na dalsze tereny watahy. Odległe od domu.
Strop nie był stromy, podszedłem do krawędzi. Zamknąłem oczy. To by było takie proste. Po co mi ten ból? Nie jestem nikomu potrzebny, nie mam niczego. Nic mnie już tu nie trzymało. Czułem tylko pustkę. Jakby mi czegoś brakowało. Dlaczego zatem nie potrafiłem ze sobą skończyć? Pomysł niczym zaćma przyszedł i odszedł. Już po chwili nie wiedziałem, co dokładnie chciałem uzyskać. O czym myślałem, podchodząc do krawędzi. Cofnąłem się. Już nie szlochałem. Łzy rozpaczy przestały cieknąć. Zastąpiła je niepohamowana złość. Otarłem oczy wierzchem łapy. Zawarczałem donośnie, a mój głos niósł się echem. Zacisnąłem mocno zęby. Pazury wbijałem głęboko w ziemię przy każdym kroku. Pozostawiałem wyraźne ślady, kręcąc się w kółko.
Czemu zawsze ja? Dlaczego to nie mógłby być ktoś inny? Z jakiej racji to mnie rzucano ciągle kłody pod łapy, jakbym był jakimś popychadłem. Kimś, na kim można się bez przerwy wyżywać! Przeklęty los, cholerne przeznaczenie! Mogliby dać mi wszyscy święty spokój! Najpierw brat wygania mnie z domu, potem dowiaduje się, kim tak naprawdę jestem. Własna matka wyruchała mnie na wszystkie strony. Zdradziła mnie i sforę! Naharys odwrócił się ode mnie, bo spółkowałem z jego siostrą. Jakby miał coś tutaj do powiedzenia, byliśmy dorośli! Renesmee postanowiła obarczyć mnie tyloma obowiązkami, że ledwo dychałem, a sama bawiła się ze swym synem.
Japierdole, a teraz Tsumi poroniła i całą winę zwaliła na mnie, bo przespałem się z Itami w czasie, kiedy MY nie byliśmy nawet razem! O to miała do mnie niby pretensje? Co ona sobie myślała, że oddając swoje ciało, nagle stanę się jej jedynym!? Nic sobie nie obiecywaliśmy! Może jednak od razu powinienem jej się oświadczyć przy naszym pierwszym spotkaniu, ówcześnie wyznając miłość po grób, zamiast bawić się w dżentelmena!? Dobre sobie!
Co rusz odtwarzałem w głowie naszą „konwersację”, a raczej wyzwiska, jakimi mnie uraczyła. I te głupie pytania, które zadawała. Złość buchnęła na nowo. Moje oczy zmieniły kolor. Nie zgadzałem się z jej opinią, w ogóle. Jedynie moja reakcja na wieść o ciąży była przegięciem, cała reszta to stek bzdur! Co ma mój romans z Itami do jej poronienia? Że niby ze stresu straciła młode? Bo nie byłem jej wierny? Jak mógłbym być, skoro nie byliśmy parą!? Tylko się pieprzyliśmy! Nie było wyznań miłości i obietnic! Mogła wcześniej zaznaczyć, że chce mnie dla siebie! A tymczasem ona...
Tsumi była zrozpaczona i wkurzona po utracie dzieci, ale na Boginie, to także były i moje maleństwa! Czy ona myślała, że nie mam uczuć?! Że nic nie znaczyły dla mnie moje szczeniaki? Tak się cieszyłem, że niedługo się pojawią. Przez cały miesiąc przygotowywałem się do roli ojca. Zbierałem wszelaki informacje. Dopytywałem Rene, jak to było, gdy Niko był malutki. Zagadywałem inne samice, a nawet odważyłem się zapytać Naharys'a. Choć ten tylko prychnął tylko na mnie, zaciskając przy tym zęby. I wszystko na nic, bo ta... ught... ~ Nie Atrehu, nie jesteś taki, nie wyzwiesz w swoim marnym życiu żadnej wadery. Miała prawo być wstrząśnięta... Ja rozumiem wszystko, ale nie to, że się na mnie wyżyła! Zawsze się coś musi spieprzyć.
- Jak mogła... Nic jej nie obiecywałem... Nie jestem niczemu winien... - jak mantrę powtarzałem te słowa w kółko. Jakby miało to w czymkolwiek pomóc. Sam siebie próbowałem przekonać, że nie jestem temu winien.- Atrehu... - super, jeszcze jej tu brakowało. Po jaką cholerę tu przychodziła?! By mnie dobić? Pokazać, że dobrze mi tak? A może zacznie się użalać nad moim biednym losem, bo przecież wielkiemu Atrehu, zawsze mężnemu i silnemu nagle grunt usuwa się spod łap!?
- Czego chcesz? - syknąłem wściekle w jej stronę. Nie byłem w nastroju do pogaduszek. Nie miałem ochoty się z nikim widzieć. Pragnąłem być sam! Dlaczego tak trudno to zrozumieć?! - Niczego od ciebie nie chcę, idź w cholerę i zostaw mnie w spokoju!
- Nigdzie nie pójdę. Nie teraz! - warknąłem na jej słowa, wytrącony z równowagi. Jeszcze będzie mi tu pyskować małolata! Czego ona nie rozumie? Czy nie widzi, co się ze mną dzieje? Wie przecież doskonale, że mogę jej zrobić krzywdę. Byłem wściekły, agresywny. Przeważałem nad nią dosłownie wszystkim. Wystarczyłby jeden cios, nawet nie silny, a leżałaby martwa. Nie zrobiłem tego oczywiście. Nie zrobiłem jej nic. I chyba nie byłbym w stanie. Nigdy nie byłem. Co innego silny basior, z którym można konkurować, a co innego mała, słaba samica. Na dodatek taka, która nie potrafi polować. Poza tym wadery się chroni, one tego potrzebują. Należy o nie dbać i dawać im wszystko, czego zapragną. I nie należy niczego oczekiwać w zamian. Na końcu i tak Cię wyrolują, zmieszają z błotem i jeszcze wytrą Tobą podłogę. Zbyt wiele razy przez to przechodziłem.
Wbiłem puste spojrzenie w jeden punkt. Powrót do wspomnień. Tych sprzed wygnania, w jego trakcie, aż do rozmowy z Tsumi. Obrazy na nowo przelatywały przed oczyma. Zacisnąłem zęby. Jej nienawistne spojrzenie, słowa wypowiedziane z pogardą. K*urwa, ja nie chcę ich widzieć!
- Nic jej nie obiecywałem... - szepnąłem zrezygnowany, zataczając kolejne kółko. Czułem się wyprany, rozmemłany. Zmęczony całą tą sytuacją. Tym bagnem. Jak nikt pragnąłem zniknąć. Otworzyłem oczy, które nie wiem, kiedy zamknąłem. Znikąd na mej drodze pojawiła się Itami. Usiadła jak gdyby nigdy nic. Zatrzymałem się. Spojrzałem na nią z góry, wściekły, że stanęła mi na drodze. Ten upór w jej oczach, zacięta mina. Warknąłem, klnąc przy tym siarczyście. Chyba niedostatecznie się wyraziłem, skoro wciąż tu jest.
- Atrehu, powiedz, co się stało?- Nie twój interes, smarkulo. Zostaw mnie! - z tymi słowami przeszedłem nad nią, ciesząc się w duchu z jej niskiego wzrostu. Serce zabiło mi jednak mocniej. Poczułem dziwny dreszcz. Załaskotało mnie między łapami. Zrobiło mi się goręcej. Płonąłem. Zacisnąłem uda, trąc je o siebie. Niemożliwe. Chyba. Chociaż... Tak, zdecydowanie to było to. Musiałem zahaczyć. Czymś o Itami. Rumieniec wpełzł na policzki. Myśli zmieniły swój tor lotu. Na chwilę wszystko przestało mieć znaczenie. Potrząsnąłem głową, odganiając nieczyste pragnienia. Dawno nie pieprzyłem. Pościłem od tak dawna. Od gorącej nocy z Lonyą. Moje ciało domagało się bliskości. Hormony buzowały w żyłach. Uch, mmmm... Oblizałem pysk. Przełknąłem ślinę. Uf. Musiałem się uspokoić. Natychmiast. Nim zrobię coś głupiego. Nie, żebym nie chciał, ale... nie w tej chwili. Nie w takiej okoliczności. Nie po tych wydarzeniach. Wziąłem głęboki wdech. Niewiele to pomogło, ale zawsze jednak coś...
Znienacka poczułem uderzenie. Niezbyt silne, ale wystarczające. Coś we mnie dosłownie wbiegło. Zachwiałem się, cofając o krok. Mój błąd. Bardzo zła decyzja. ~ Itami, co ty? - chciałem zapytać, lecz zamiast słów, z mojego gardła wydobył się krzyk. Nie zdążyłem chwycić się gałęzi. Sturlałem się po zboczu. Zahaczając o ostre krzewy, wylądowałem pod drzewem. Wszystko trwało może z kilka sekund. Prawdopodobnie. Nie wiem. W głowie mi szumiało, widziałam potrójnie. Okolica wirowała. Obraz był zamazany. Bolało. Gniew za to wyparował. Coś go ze mnie wyrwało. Czułem odrętwienie, dziwny spokój. Wybudziłem się z letargu. Nade mną stała Itami. Kolejny powód mej nieszczęsnej niedoli. Z jakiegoś jednak powodu nie potrafiłem się już gniewać. Byłem spokojny. Niczym wolno płynący strumyk.
- Coś ty mi zrobiła?
- Tśśś... Już dobrze. - nie wiedziałem, co mi zrobiła, ale byłem jej za to wdzięczny. Przewróciłem się na brzuch, pozwalając przyjaciółce na powolne, zmysłowe ruchy. Wadera dosłownie masowała moje obolałe ciało. Rozluźniłem się. Czas jakby się zatrzymał. Nic nie miało znaczenia. Tylko ja i Itami. Wszystko inne odeszło w niepamięć. Zrelaksowałem się. Zamruczałem zmysłowo. Na tyle cicho, by tego nie usłyszała. Kątem oka spojrzałem na nią. Skupiona na swojej pracy, zręcznie naciskała na mięśnie. Wyczułem, jak jej energia faluje. Obudziła w sobie zdolności. Zanim mnie wygnano, jeszcze ich nie znała. Była za mała. Teraz już jest dorosła. I potrafi nad nimi panować. W sumie nie pytałem nigdy, jakie posiadła. Będę musiał to nadrobić. Później. Teraz liczyła się błoga cisza. I masaż. Było tak błogo. Nie chciałem, by to się kiedykolwiek skończyło. Nic co dobre, nie może jednak wiecznie trwać. Ciszę przerwała oczywiście wadera. Wypowiedziała pytająco moje imię. Byłem świadom, o co chce zapytać. Westchnąłem, zakopując pysk w jej miękkie futro. Nie chciałem do tego wracać. Wiedziałem jednak, że nie odpuści.
- Co się stało? Co cię tak wnerwiło? - nie odpowiedziałem od razu. Długo zbierałem myśli. Od czego miałem zresztą zacząć? Nie wiedziałem, co już wiedziała, a co powinna wiedzieć. Czy ujawnianie wszystkiego miało sens? Nie chciałem i jej stracić. Wiedziała o moim romansie z Tsumi. Wszyscy wiedzieli. Czy wiedziała też o Lonyi? I czy mimo tego i ona liczyła na coś więcej? Westchnąłem, patrząc w niebo.
- Ughh... Wszystko moja wina. Opuściła mnie, ale z drugiej strony nic sobie nie przyrzekaliśmy... - szepnąłem, nie bardzo wiedząc, co dalej. Ból powrócił, choć już nie tak silny, jak wcześniej... Żal i smutek w moim głosie były wyraźnie wyczuwalne. Pozwoliłem słowom płynąć. - Najbardziej jednak wściekam się, że nie potrafiłem nic zrobić w kwestii jej poronienia... jakimś cudem udało się dowiedzieć jej o nas i naszym występku. - o ile można to tak nazwać, bo przecież seks to nic złego. - To ją dobiło.
- Więc i ja czuję się winna. - wadera nieśpiesznie zeszła ze mnie, po czym spojrzała na mnie. - Wszystko w porządku? - nie wiedziałem, co odpowiedzieć, bo i po co? Zamiast tego wstałem, uśmiechając się do łagodnie.
- Przeżyję. Jakoś to przeżyję. - niespodziewanie Itami wtuliła się we mnie, kompletnie mnie tym zaskakując. Moje serce zabiło mocniej na ten czuły dotyk. Na chwilę zesztywniałem, po czym przygarnąłem ją do siebie. Ciepło jej ciała było kojące dla duszy. Pozwoliłem nam tak trwać. Nie, ja chciałem, by to trwało. Potrzebowałem tego niczym życiodajnego powietrza. Uśmiechnąłem się nawet, czego zapewne nie widziała. Była taka malutka, drobniutka. Gdy stałem, sięgała mi ledwo do ramienia. Teraz jednak bez problemu wtulała się w mą pierś, muskając mnie przy tym łapami. Cudowne uczucie. Zamknąłem na chwilę oczy.
- Atrehu? - odsunąłem się tylko minimalnie, by na nią spojrzeć. Jej słodki zapach dotarł do moich nozdrzy. Zaciągnąłem się nim. Był subtelny, delikatny. Kojący i uwodzicielski zarazem. Nasze oczy się spotkały. Tylko na chwilę, ale to wystarczyło, by na nowo wzniecić płomień pożądania. Poczułem znajomy gorąc. Zerknąłem na jej wargi. - Wiesz, że... jesteś moim przyjacielem. Niezależnie od tego, co się stało. Współczuję Tobie i Tsumi. Bardzo, ale to bardzo mi przykro. Chciałabym jakoś cofnąć czas. Wiesz, ja również czuję się winna...
- Nie obwiniaj się o to. - przerwałem jej stanowczo, nim powiedziała o kilka słów za dużo. Nie powinna czuć się winna. Nic złego nie zrobiła. - To była moja... Ehhh, nieważne. Zapomnij o tym. - potrząsnąłem łbem, przyciągając ją do siebie mocniej. Chciałem poczuć je ciepło. Ciało przy ciele. Pozwoliłem sobie chłonąć każdą chwilę, nie przejmując się nikim i niczym. Pragnąłem po prostu być. Tu i teraz. Nie ważne, jak długo by to trwało.
*******
Słońce zaczęło zachodzić, zrobiło się zimno. Znaczy nie mnie, lecz Itami. Pomimo darmowej grzałki w postaci mojego ciała, trzęsła się delikatnie. Oddychała bardzo spokojnie i miarowo. Z jej uchylonego pyska wydobywała się para. Polizałem ją za uchem, zamruczała zmysłowo. Otarła się głową o mą pierś, poprawiając swoje ułożenie.
- Czas iść. - szepnąłem, zdając sobie sprawę, że wadera usnęła. Uśmiechnąłem się rozczulony. Również byłem zmęczony, oczy same się zamykały. Nie chciałem jednak spać na zewnątrz. Zbierało się na deszcz. Chłodny wiatr targał naszymi futrami. Słońce już dawno znikło, zasłonięte przez ciemnoszare chmury. Starałem się osłonić jej ciało przed zimnem. Pomyślałem jednak, że nie ma lepszego miejsca na sen, niż sucha, ciepła i przyjemna grota. Tylko w jaki sposób mam ją tam zaprowadzić, jednocześnie jej nie budząc? Nie wiedziałem, ale musiałem chociaż spróbować. I być na tyle szybki, by wszystko przebiegło bez zakłóceń.
Spojrzałem na waderę i okolicę, analizując naszą sytuację. Miałem kilka opcji, lecz tylko jedna wydawała mi się wykonalna. Odsuwając się sprawnie, błyskawicznie znalazłem się pod nią. Pozwoliłem jej głowie opaść na mój kark. Skupiłem swoją energię, przekierowując ją na przyjaciółkę. Używając w niewielkiej ilości elementu przestrzeni, zdołałem teleportować Itami na mój grzbiet.
Miałem ochotę skakać z radości. Udało się, za pierwszym razem! Wiedziałem, że to sukces nad sukcesami. Do tej pory byłem w stanie przenosić tylko siebie z miejsca na miejsce. Widocznie stałe treningi na coś się przydają. Podniosłem się z ziemi, kierując się powoli w stronę jej jaskini. Była dużo bliżej od mojej i z całą pewnością zmieścimy się oboje. Starałem się zbytnio nie wiercić, lecz ciężko utrzymać ciało w pionie, schodząc ścieżką w dół.
Kapło mi na nos. Strzepnąłem kroplę deszczu. Po niej niestety pojawiła się kolejna, beztrosko uderzając o moją głowę. Super. Nie uciekniemy przed deszczem. Spojrzałem w górę. Niebo przecięła błyskawica, rozświetlając okolicę, a po niej nastąpił potężny grzmot. Itami zerwała się z mojego grzbietu z krzykiem. Spadła z mojego grzbietu.
- Spokojnie, to tylko bur... - wadera schowała się pode mną, trzęsąc się jak osika na wietrze. Bała się burzy? Chyba, możliwe. Nie wiem. Wyglądała na przestraszoną. Nie dziwiłem się jej. Obudziła się na zewnątrz przez huk i błyski. Ja sam pewnie bym się bał.
- Za... zabierz mnie stąd, proszę! - rozglądnąłem się dookoła. Wszędzie drzewa, ale nigdzie nie widziałem lepszego schronienia. Westchnąłem nieco zrezygnowany. Gdzie mam ją zabrać? W głowie zaświeciła mi się myśl. Wpadłem na pomysł. Przypomniało mi się, że takowa sytuacja już była. Gdy szliśmy do watahy Naharysa. Zrobiłem po prostu to samo, co poprzednim razem. Zamknąłem oczy, skupiając swoją moc na otoczeniu. Wyciszyłem wszelkie dźwięki. Promień energii wystrzelił, ukazując mi widok, jakby z lotu ptaka. Widziałem każde wgłębienie, dziurkę, a nawet zwierzęta w okolicy. Moc przestrzeni jest potężna i posiada wiele możliwości. Jedną z nich jest wykrywanie suchych miejsc. Błyskawicznie zlokalizowałem niewielką grotę nieopodal. Zapewne pozostawiona przez lisy, stanowiła dla nas jedyną dostępną opcję.
- To nie daleko, dasz radę iść?
- Prowadź, byle szybko! - ruszyliśmy sprintem, a im bliżej byliśmy, tym szybciej pogoda się pogarszała. Byliśmy już nieco zmoknięci, gdy dotarliśmy do celu. Spojrzałem na Itami, wyglądała uroczo. Mokra, woda lała się z niej strumykiem. Wiedziałem, że nie wyglądam lepiej. Nasze spojrzenia się spotkały, oboje zachichotaliśmy. Zaraz jednak Itami zatrzęsła się z zimna. Dreszcz przebiegł jej wzdłuż kręgosłupa.
- Choć, ogrzeje Cię! - sugestywnie położyłem się na grzbiecie, w najcieplejszym kącie jaskini. Spojrzała na mnie z rumieńcem, powoli sunąć w moim kierunku. Ruchy jej bioder były zmysłowe, a oczy utkwione w moich, skrzyły się błękitnym blaskiem. I czymś jeszcze, co znałem aż za dobrze.
Itami? Co ty na to?
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 7688
Ilość zdobytych PD: 3844 + 70% (2691 PD) za długość powyżej 7000 słów.
Obecny stan: 6535
- Czas iść. - szepnąłem, zdając sobie sprawę, że wadera usnęła. Uśmiechnąłem się rozczulony. Również byłem zmęczony, oczy same się zamykały. Nie chciałem jednak spać na zewnątrz. Zbierało się na deszcz. Chłodny wiatr targał naszymi futrami. Słońce już dawno znikło, zasłonięte przez ciemnoszare chmury. Starałem się osłonić jej ciało przed zimnem. Pomyślałem jednak, że nie ma lepszego miejsca na sen, niż sucha, ciepła i przyjemna grota. Tylko w jaki sposób mam ją tam zaprowadzić, jednocześnie jej nie budząc? Nie wiedziałem, ale musiałem chociaż spróbować. I być na tyle szybki, by wszystko przebiegło bez zakłóceń.
Spojrzałem na waderę i okolicę, analizując naszą sytuację. Miałem kilka opcji, lecz tylko jedna wydawała mi się wykonalna. Odsuwając się sprawnie, błyskawicznie znalazłem się pod nią. Pozwoliłem jej głowie opaść na mój kark. Skupiłem swoją energię, przekierowując ją na przyjaciółkę. Używając w niewielkiej ilości elementu przestrzeni, zdołałem teleportować Itami na mój grzbiet.
Miałem ochotę skakać z radości. Udało się, za pierwszym razem! Wiedziałem, że to sukces nad sukcesami. Do tej pory byłem w stanie przenosić tylko siebie z miejsca na miejsce. Widocznie stałe treningi na coś się przydają. Podniosłem się z ziemi, kierując się powoli w stronę jej jaskini. Była dużo bliżej od mojej i z całą pewnością zmieścimy się oboje. Starałem się zbytnio nie wiercić, lecz ciężko utrzymać ciało w pionie, schodząc ścieżką w dół.
Kapło mi na nos. Strzepnąłem kroplę deszczu. Po niej niestety pojawiła się kolejna, beztrosko uderzając o moją głowę. Super. Nie uciekniemy przed deszczem. Spojrzałem w górę. Niebo przecięła błyskawica, rozświetlając okolicę, a po niej nastąpił potężny grzmot. Itami zerwała się z mojego grzbietu z krzykiem. Spadła z mojego grzbietu.
- Spokojnie, to tylko bur... - wadera schowała się pode mną, trzęsąc się jak osika na wietrze. Bała się burzy? Chyba, możliwe. Nie wiem. Wyglądała na przestraszoną. Nie dziwiłem się jej. Obudziła się na zewnątrz przez huk i błyski. Ja sam pewnie bym się bał.
- Za... zabierz mnie stąd, proszę! - rozglądnąłem się dookoła. Wszędzie drzewa, ale nigdzie nie widziałem lepszego schronienia. Westchnąłem nieco zrezygnowany. Gdzie mam ją zabrać? W głowie zaświeciła mi się myśl. Wpadłem na pomysł. Przypomniało mi się, że takowa sytuacja już była. Gdy szliśmy do watahy Naharysa. Zrobiłem po prostu to samo, co poprzednim razem. Zamknąłem oczy, skupiając swoją moc na otoczeniu. Wyciszyłem wszelkie dźwięki. Promień energii wystrzelił, ukazując mi widok, jakby z lotu ptaka. Widziałem każde wgłębienie, dziurkę, a nawet zwierzęta w okolicy. Moc przestrzeni jest potężna i posiada wiele możliwości. Jedną z nich jest wykrywanie suchych miejsc. Błyskawicznie zlokalizowałem niewielką grotę nieopodal. Zapewne pozostawiona przez lisy, stanowiła dla nas jedyną dostępną opcję.
- To nie daleko, dasz radę iść?
- Prowadź, byle szybko! - ruszyliśmy sprintem, a im bliżej byliśmy, tym szybciej pogoda się pogarszała. Byliśmy już nieco zmoknięci, gdy dotarliśmy do celu. Spojrzałem na Itami, wyglądała uroczo. Mokra, woda lała się z niej strumykiem. Wiedziałem, że nie wyglądam lepiej. Nasze spojrzenia się spotkały, oboje zachichotaliśmy. Zaraz jednak Itami zatrzęsła się z zimna. Dreszcz przebiegł jej wzdłuż kręgosłupa.
- Choć, ogrzeje Cię! - sugestywnie położyłem się na grzbiecie, w najcieplejszym kącie jaskini. Spojrzała na mnie z rumieńcem, powoli sunąć w moim kierunku. Ruchy jej bioder były zmysłowe, a oczy utkwione w moich, skrzyły się błękitnym blaskiem. I czymś jeszcze, co znałem aż za dobrze.
Itami? Co ty na to?
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 7688
Ilość zdobytych PD: 3844 + 70% (2691 PD) za długość powyżej 7000 słów.
Obecny stan: 6535
Etykiety:
"Szał rozpaczy",
Atrehu,
W głowie się nie mieści,
Wzloty i upadki
Subskrybuj:
Posty (Atom)



Szczeniaki

