Newsy



:Aktualności
.Blog przechodzi obecnie renowację
.Już niebawem pojawią się nowości

:Pogoda
Obecna pora roku ~ Jesień
.Temperatura waha się między 10+ a 0- stopni Celcjusza
.Zmiana pory roku nastąpi 15.12.2022

Liczba wilków ~ 27
Wadery ~ 18 + 1 NPC
Basiory ~ 7 + 4 NPC
Szczeniaki ~ 1
Nieobecni: Brak

~Serdecznie zapraszamy♥~

piątek, 22 lipca 2022

Mystic
Dla przyjaciół Mityk.

Płeć: Basior | Wiek: Rok | Rasa: Wilk | 
Ranga: Delta | Poziom: 1 (275/3000 PD) | Stanowisko: Za młody

Właściciel: [DG]: Lovepets441 | [Howrse]:  Magick pets   
Autor: Dezigre


czwartek, 21 lipca 2022

Od Naharys'a c.d Belief ~ Pozbawieni Snu

 - Będę zaszczycona, jeśli zechcesz zostać moim nauczycielem. - Powiedziała z miłym, przyjemnym wręcz dla oka uśmiechem, lecz basior wyraźnie uniósł brwi ze zdziwienia na dźwięk słowa "nauczyciel". Naharys nie był żadnym nauczycielem... co najwyżej trenerem walki, gdyż tylko na tym najbardziej się wyznawał. Na prawdziwej, mądrej walce, polegającej na kontroli emocji i zdobyciu, jak największej przewagi nad przeciwnikiem. Co prawda, mógłby nauczyć ją walczyć, lecz ze względu na jej obrany życiowy kierunek, musiałby rozplanować specjalny trening. 
- Nie mam pewności czy sobie poradzę w treningu, ale chciałabym spróbować, przynajmniej nie będę żałować, że nie próbowałam dążyć do spełnienia swoich marzeń - Naharys musiał przyznać, że nie brakowało waderze pewności siebie - szczerze powiedziawszy, mógł podejrzewać u wadery nadmiar pewności, co też nie do końca było dobre. Mogłoby to oznaczać, że w trakcie prawdziwego życia posłańca, zbyteczny nadmiar zuchwałości, mógłby położyć na szali powodzenie Belief. Często wtedy zapominamy o ostrożności, poddajemy się z łatwością przeszkodom, rzucanym nam pod nogi przez los i przeciwników. ~ Przypomniał sobie słowa swojego ojca, który bądź co bądź, wiedział, co mówi. Generałem nie zostawało się dzięki pięknym oczom i wpływowemu wdziękowi. Doświadczenie, wiedza i umiejętności - to czyni z nas mistrzów!
- Chciałbym Ci coś powiedzieć. Nie jestem tu niczyim nauczycielem. Nikogo tu nie oceniam, ani nie krytykuję. Jestem tutaj po prostu, aby trenować przyszłych wojowników i tych, którzy tego potrzebują, aby nie wypaść z formy. Nikogo tutaj nie egzaminuję ani nie poddaję próbom. Robię wszystko, co mogę, aby wskazać właściwą drogę poprzez rady, które wpoił we mnie mój tato. Nie poprzez nudne druczki, wypisane w podręcznikach. A co do treningów, nie przejmuj się nimi. Każdy kto zaczynał, odczuwał pewne hmm... wątpliwości. Trzeba próbować, niż później, jak to ujęłaś, żałować, że się nie spróbowało. Zobaczysz, będzie dobrze. Oho, koniec przerwy. Chodź ze mną, moja droga. 
Z tymi słowy, zachęcająco szturchnął waderę swym ogonem w jej lewy bok, na co Belief zareagowała lekkim zaskoczeniem, ale też niemałym podnieceniem na myśl, że w tym momencie rozpocznie się jej pierwszy trening - tak przynajmniej Naharys wyczytał z twarzy wadery. Nie raz dziękował bogom za dar czytania z czyichś twarzy, jak z rozwiniętego pergaminu. Dobrze, więc, sprawdzę co z ciebie za ziółko, oj sprawdzę, ale najpierw odkryj przede mną, jak szybka jesteś myszką ~ uśmiechnął się wraz z tymi myślami, kiedy prowadząc waderę na poligon, spostrzegł wysokie drzewo, dość pokaźne jak na sędziwego dęba przystało.
- No dobrze, moja droga, zatem... - zrobił pauzę i spojrzał na zawodników. - pokażesz mi, jak szybko biegasz no i jaką masz wytrzymałość. Pobiegniesz, najszybciej jak umiesz, do tego drzewa, co rośnie opodal przed nami. Nie możesz wahać się, ani chwili w trakcie biegu, biegnij jakby zależało od tego twoje życie, jasne? Wyśmienicie! - poszerzył swój uśmiech, ukazując przy tym swoje zęby, gdy wadera przytaknęła mu, wyraźnie nabuzowana adrenaliną i chęciami. Zanim jednak wadera przystąpiła do zaprezentowania swych umiejętności i wytrzymałości w biegu, postanowiła urządzić sobie małą rozgrzewkę - zaczęła od rozciągania mięśni ud i kręgosłupa, rytmicznymi i szybkimi ruchami obrotowymi, rozgrzewała nadgarstki. Naharys dosłownie widział, jak determinacja wylewała się z Bel, z każdym wykonanym ruchem, gracja nie opuszczała jej, ani na jotę - jak na prawdziwą wojowniczkę przystało, jakie miał zaszczyt spotykać tylko w swojej rodzinnej watasze. Czyżby wadera miała w sobie coś z północy? Nie omieszka zapytać ją w wolnej chwili. Wadera trzasnęła jeszcze pod koniec w kręgach szyjnych, westchnęła raźno, przykucając na linii startu z lekko uniesionym zadem. 
- Start! - zawołał Naharys, a tym samym wydawać by się mogło, że koło niego przeleciała mknąca strzała, nie ta zgrabna, miło uśmiechnięta biała wadera. Naharys musiał przyznać przed samym sobą, że Belief potrafiła biec, szybko jak ten zając, zwrotnie niczym pędzący gepard - udowodniła to dość pokaźnie, spektakularnie, kiedy dotarła do swego celu - Belief wiedziała bowiem, jak wykorzystywać sprawność swego ciała. Kiedy dobiegła, zadziwiająco i wręcz z lekkością zarzuciła całym ciałem w sposób taki, że ugięła kolana, wpadając w poślizg i wyrzucając przy tym tuman kurzu. W mgnieniu oka była zwrócona w jego stronę i pędziła, ile sił w łapach - zupełnie tak, jak jej polecił - jakby od szybkiej wygranej zależało jej życie. Zatrzymawszy się w pędzie, zaszorowała łapami po trawiastej ziemi, dysząc przy tym głośno i długo - lecz uśmiech nadal nie zmazywał się jej z pyska. I z równie pięknym uśmiechem przyglądała się basiorowi, jakby na coś czekała. 
Zdołała udowodnić przed nim, że nie boi się pędzić z wiatrem w sierści, potrafiła uwolnić z siebie galopującego rumaka, a jej spięte, spragnione dalszej pracy mięśnie były tego dowodem. Jednakże, to nie był koniec, a zaledwie początkiem startu. To, co Naharys przydzielił Belief, było zaledwie rozgrzewką przed poważnym, bardziej wyczerpującym treningiem. Wadera odezwała się w końcu z napięciem w głosie, jakby drażniła ją otaczająca zewsząd cisza - przerywana jedynie odgłosami trenujących wilków nieopodal.
- Naharysie? Czy według Ciebie, mam jakąś szansę? Choćby maleńką? -Wlepiła pytające i zestresowane spojrzenie w samca. Z początku Naharys uniósł lekko prawą brew, potem zaśmiał się głośno, jakby przed chwilą Belief uraczyła go bardzo dobrym żartem. Przestał, kiedy spostrzegł zakłopotanie i zmieszanie na twarzy wadery. Ugryzł się w wargę, podrapał się nerwowo za uchem, po czym rzekł. 
- Wybacz, moje zachowanie było szczeniackie. To była tylko rozgrzewka. Prawdziwy trening dopiero przed tobą. Dzięki temu dowiem się, czy nadajesz się na posłańca, moja droga. Sprawa jest prosta. Wiem już z kim mam do czynienia. I powiem Ci szczerze, że rzadko który wilk potrafi uwolnić z siebie wszystkie swoje siły w biegu, a to już duży postęp. Kolejny trening będzie mieć na celu sprawdzenia, jak radzisz sobie w sytuacjach stresowych, gdzie wymaga się od ciebie zachowania zimnej krwi - jeśli w prawdziwym życiu posłańca, pozwolisz sobie na chwilę paniki, możesz być pewna, że ta chwila będzie twoją ostatnią. 
Wadera kiwnęła głową, uśmiech nie znikał jej z pyska, a po błysku w jej oczach, Naharys stwierdził, że Belief potrafi uważnie skupić się na rozmówcy, aczkolwiek basior wyczuł lekkie napięcie. ~ Cholera, muszę rozsądnie dobierać słowa. Nie mogę nawijać, co mi ślina na język przyniesie, bo mi się dziewczyna zrazi. Hmmm...
- Kiedy wydam Ci komendę "Uciekaj" biegnij najszybciej, jak umiesz. Przed siebie. Natomiast moim zadaniem będzie, jak najszybsze przechwycenie cię. W tej zabawie wszystkie sztuczki są dozwolone - w prawdziwym życiu, nie będzie czasu ani miejsca na kompromisy czy zasady. Wtedy stawką jest twoje życie i informacje, jakie w sobie trzymasz. Nie daj się mi złapać, wykorzystaj elementy otoczenia, użyj wszystkich swoich silnych stron, jeśli tylko pomogą Ci przeżyć spotkanie.
- Jestem gotowa - oznajmiła zdecydowana Belief, przystając w punkcie, gdzie wcześniej była linia startu. Jej rozgrzewki stawały się coraz intensywniejsze, śmiałość zaś błyszczała w jej oczach, aczkolwiek basior wyczuwał niespokojne oddechy wadery, jakby się czymś stresowała... 
I nie dziwił się jej... sam byłby przerażony, gdyby ktoś mu tak obrazowo i jakże prawdziwie przedstawił realia z życia posłańca. Praca bardzo szanowana i chwalebna, lecz jednocześnie odpowiedzialna i niebezpieczna. W obliczu realizmu, nie można pozwolić sobie na koloryzowanie, że życie w ciągłym ruchu, polegające na pilnowaniu własnego gardła, nie jest kolorowe i usłane różami. Belief musi być przygotowana na tego typu zagrożenia, jeśli pragnie dożyć sędziwych lat... i wychować nowe pokolenie posłańców. 
- Uciekaj! - zawołał basior, dając tym samym waderze szansę na odpowiednie oddalenie dystansu między nimi. Nikt nie powiedział, że Naharys nie może dać Belief lekkich forów. Kiedy basior uznał za stosowne, ruszył za nią w pościg i nie zamierzał dawać, tym razem, żadnej taryfy ulgowej. Wadera wiedziała, co to szybkość, lecz długie, mocno zbudowane w stalowe mięśnie łapy Naharys'a, pędziły w zastraszającym tempie. Pędził niczym głodny gepard, a i tak wadera była w stanie utrzymać się na bezpiecznym dystansie. Wraz z widokiem, wyczuwał wylewającą się z niej energię - pędziła przez gęstą trawę, sprawiając, że prawie niemal zniknęła basiorowi z oczu, lecz prędko odnalazł ją po pozostawionym przez nią zapachu. Kluczył w zaroślach, próbując w jak najbardziej efektowny sposób, skrócić dystans do swej potencjalnej ofiary. Kiedy nadarzyła się po temu okazja, Naharys wybił się w powietrze, bez jakiegokolwiek ostrzeżenia, zaatakował z powietrza, wyprowadzając zdradziecki atak łapą. Wadera oberwała w ramię, lecz i to nie wybiło ją z rytmu. Próbowała różnych technik manewrujących, byleby zniknąć basiorowi z pola widzenia. Wiedział, że nie zrobił jej żadnej krzywdy - specjalnie, w trakcie wyprowadzania ciosu, chował pazury, aczkolwiek gdyby miała do czynienia z prawdziwym wrogiem, zapewne już by krwawiła. Nie odpuszczał łatwo, to samo miało się z Bel. Kiedy, przy gwałtownym skręcie w lewo omal nie wpadła w poślizg, Naharys skorzystał z kolejnej okazji na atak, aczkolwiek wadera wykorzystała wszystkie swoje siły, aby się obronić - musiała wyczuć odpowiedni moment, aby odwrócić się i odepchnąć od siebie Naharys'a kopniakiem w klatkę piersiową, przez co ten wylądował w gęstwiny, a wadera pomknęła dalej przed siebie. 
~ Niezła jest - pomyślał basior, wstając i otrzepując sierść z pyłu. Ona musi mieć coś z północy, Naharys był tego prawie pewien. Ruszała się, jak lisica i walczyła, niczym wściekła kobra. 
W trakcie próby dalszego pościgu, Naharys stracił trop białej wadery, pomimo wyraźnego śladu, pozostawionego po jej woni. Utorowana przez nią ścieżka przez wysoką trawę, doprowadziła go do polany, będącą jedną z granic watahy, gdzie dalej na północ, rozciągało się szerokie pasmo lasu, nieopodal Haute Forêt. 

***

Basior, jeśli miałby być szczery, miał nadzieję, że Bel nie zapuściła się nigdzie głębiej, poza granice Watahy, Modlił się w duchu, aby nadmiar brawury nie doprowadziła wadery do zguby. Była tutaj nowa, więc mogła prawie nic nie wiedzieć o tych terenach. A jedynym wilkiem, który przyjął na swe barki odpowiedzialność i szkolenie Belief, był on i nie wyobrażał sobie, jak straszną reprymendę udzieliłaby mu Alfa, gdyby doszło do jakiegokolwiek incydentu. Naharys starał się uspokoić ~ nerwowo do niczego nie dojdziemy, a jeszcze bardziej pogorszymy sytuację. Ulga nastała, gdy spostrzegł białą głowę wadery, wynurzającą się zza zasłony krzewu dziko rosnących jagód. Po prawdzie nie opuścili terenów Watahy, byli tylko nieopodal północnej granicy, więc mogli kontynuować trening. Ugiął lekko łapy w łokciach i kolanach, aby zrównać się z wysokimi wrzosami, które upodobały sobie ten teren. Jednocześnie musiał pilnować, aby wiejący wiatr nie zdradził waderze jego zapachu... na nieszczęście Belief, on zdradził mu jej własny - delikatny jaśmin, wkomponowany w intensywną woń skoszonej trawy przyciągał uwagę. Przemknął między wrzosami cicho, niemal z kocią wprawą, starając się nie otrzeć o wystający kwiat, czy też złamać drobnej gałązki. Wadera wydawała się nie spodziewać żadnej, niespodziewanej niespodzianki z jego strony, gdyby tak było, wyczułaby coś. Podejrzany ruch, znak, cokolwiek, co wzbudziłoby w niej niepokój... a Naharys zaś był blisko niej, coraz bliżej...
Po niecałej chwili, Belief leżała na miękkiej, nagrzanej od promieni słonecznych ziemi, bezlitośnie przygwożdżona przez Naharys'a, który wraził jej pod brodę, uzbrojoną w długie pazury łapę. Ścisnął mocno, nie za silnie, aby jej nie udusić.
- Mam cię! - powiedział tonem dość surowym, jak na dowódcę przystało. Stanowczość, aż biła w jego głosie. I gdyby stanowczość miała pięści, Belief zapewne leżałaby cała posiniaczona od ciosów. 
- Naharys, co ty robisz?! - wymamrotała niewyraźnie wadera, widocznie zaskoczona nagłą zmianą samca - to już nie był ten sam, ciepły i uczynny basior - jednocześnie podirytowana, że dała się tak łatwo zdekoncentrować. Biały wilk zabrał łapę z jej szyi, spojrzał na Bel karcąco. Jak Kapitan. 
- Dlaczego się tak łatwo zdekoncentrowałaś? Obserwuj okolicę, skup się i wypatruj znaków! Kiedy myślisz, że masz chwilę swobody, niebezpieczeństwo może nadejść znienacka, jasne?
Uniósł wysoko głowę, po czym niespodziewanie uśmiechnął się, ciepło ponownie wróciło na jego wydatne policzki. Zręcznie zszedł z Bel, pomagając jej jednocześnie wstać na równe łapy. 
- Ale tam... w wysokiej trawie, zadałaś mi zaskakująco dobry nokaut. Co też... dla wilka takich gabarytów, jak ja, był zadziwiająco powalający, wiesz?
- Teraz nie byłeś taki...
- Ciepły i łagodny? - przerwał jej basior w pół zdania, uśmiech zrzedł mu nieco pod nosem, zmieszało się z nim zmartwienie, niczym sól z ciepłą wodą. - Twój wróg też nie będzie, a być może... że nawet gorszy ode mnie. Świat jest pełen zwyrodnialców i bezlitosnych maszyn, zaprogramowanych przez naturę do zabijania. Zapewniam Cię z całego serca, bo sam niejedno widziałem i przeżyłem. Słyszałaś kiedyś o "Szkarłatnym incydencie"? 
Musiała słyszeć, jeśli na prawdę pochodzi z północy, każdy wilk z tamtych stron znał tę przeraźliwą historię. Godny pożałowania i przekleństwa akt okrucieństwa, na jaki stać jedynie nas, ludzi, mimo iż w tym świecie nie mamy prawa bytu. 
- Nie musisz mi mówić o okrucieństwie, Naharys'ie - odparła smutno Belief. -Bo sama je doświadczyłam, kiedy moja rodzinna wataha była mordowana przez inną. Mogę cię zapewnić, że również znam definicję okrucieństwa i mogę Ci wskazać niektóre jej przykłady, na podstawie moich doświadczeń, których nie w sposób wymazać z pamięci, ani ze snów. 
- Dlatego rozumiesz, co mam na myśli - stwierdził Naharys ze współczuciem. Chciał, na prawdę miał szczerą ochotę, objąć Belief i przygarnąć do siebie. Chciał w ten sposób jej powiedzieć, jak bardzo jednoczy się w jej bólu, lecz czy ona mu pozwoli na to? Uniósł niepewnie łapę, powoli i czule otulił nią zgrabną szyję wadery, która ze zdziwieniem zareagowała na fakt, że jej policzek zetknął się z twardym ramieniem Naharys'a. On sam był zdziwiony, że posunął się do takiego czynu wobec kogoś, kogo zna dopiero od kilku godzin... można by to nazwać odwagą, albo... 
Żeby nie dać waderze zbędnego powodu do niepokoju, odsunął się po chwili, na bezpieczną odległość i wbijając wzrok w rosnący nieopodal krzew dziko rosnących jagód, nie ośmielił się już nic uczynić. Jedynie zdołał się na takowe słowa. 
- Chciałem tylko powiedzieć, że... - mruknął Naharys, po chwili niezręcznej ciszy. - Bardzo mi przykro. 
- Z powodu moich doświadczeń, czy też dlatego, że mnie przytuliłeś? - zapytała z nagłym śmiechem Belief. Ze szczenięcym wręcz szczęściem stwierdził, że mimo przeżytych wydarzeń, wadera potrafiła się uśmiechnąć do drugiej osoby, lecz co też mogło oznaczać? Wiele; Być może doceniała jego starania, bądź też był wyrazem wdzięczności, za poświęcony czas na treningu. Naharys lubił się chwalić, że czytanie z czyjejś twarzy szło mu równie łatwo, co spacer nartnika po powierzchni wody, lecz w tamtym momencie, jej uśmiech pozostawał dla niego tajemnicą. 
- Opowiesz mi, o co chodziło w tym "Szkarłatnym incydencie"?
~ A jednak nie pochodzisz z moich stron, Bel. Cóż, przynajmniej walczysz, jak na wilka z północy
- To opowieść na inny czas. - odparł zdecydowanie Naharys. - Nie psujmy sobie nią treningu. Jesteś gotowa na powtórkę, czy chciałabyś wrócić na poligon i potrenować wraz z innymi?
- Wiesz co... 
Nie dokończywszy zdania, wadera zerknęła w kierunku północnej granicy, za plecami Naharys'a, który z początku lekko zaskoczony jej reakcją, zerknął za siebie. Z początku nie widział nic podejrzanego; Ot zwyczajny obraz ściany lasu, którego kres z tego położenia był niemożliwy do wypatrzenia. Nagle ta zwyczajność została przerwana wraz z przemykającymi ciemnymi postaciami, kluczącymi między gęsto rosnącymi krzewami - Naharys słyszał ciche szelesty i odgłosy kroków, których nikt nie starał się tłumić. Owe postacie kształtem przypominały wilków, aczkolwiek były one zamazane... jakby tkane z mgły mroku. Naharys z wytrzeszczonymi do granicy możliwości oczami, zaniepokojony dał waderze sygnał, aby padła na ziemię, zajął pozycję obok niej i oboje przyglądali się podejrzanym ruchom zza zasłony kolorowo rosnących wrzosów. 
- Co to takiego? - zapytała cicho wadera, wyraźnie podkreślając w wypowiedzi swój niepokój. 
- Nie wiem... podejrzewam, że to te stwory, które ostatnio zdobyły śmiałość na opuszczanie Vallée Sombre. Belief... - zwrócił się do towarzyszki, tym razem oficjalnym i poważnym tonem. Z uwagą spojrzała na basiora, wyczekując informacji. -... chyba czas, abyś teraz sprawdziła swych umiejętności, jako posłanka. Biegnij pędem do Alfy z takim komunikatem; Od północnej granicy watahy, zauważono obecność postaci nieznanego pochodzenia, w licznie nieznanej, nieopodal Haute Forêt. Kapitan prosi o posiłki, aby zbadać sprawę i ewentualnie spacyfikować możliwe zagrożenie. Zapamiętałaś? Dobrze, a teraz biegnij do Rene!

 <Belief? Żeby też za spokojnie nie było XD

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 2524
Ilość zdobytych PD: 1262 + 20% ( 252 PD) za długość powyżej 2000 słów
Obecny stan: 4848 PD 

środa, 20 lipca 2022

Od Shani cd. Yneryth'a - Pogrzebać przeszłość

- Pamiętaj, że magia to jakby nie patrzeć, przedłużenie twoich myśli, bądź zatem kreatywna.
Wilczyca przekręciła lekko głowę, a wszystkie trybiki w jej mózgu zaczęły pracować na najwyższych obrotach. Wlepiła spojrzenie w niepozorne źdźbło trawy, które odzyskało dzięki niej zdrowie. Przeanalizowała sposób, w jaki używa magii, patrząc na nią inaczej, niż kiedykolwiek wcześniej – nie jak na zwykłą myśl, a raczej narzędzie, które może nadać jej dziełu dowolny kształt. Sięgnęła do sił witalnych roślinki – nie zostało ich już wiele – i zamiast na uzdrowienie, spróbowała skierować je w innym kierunku.
Jakież było jej zdziwienie, gdy źdźbło wydłużyło się na jej oczach. Ledwie o kilka milimetrów, ale to wystarczyło, by podsycić entuzjazm wilczycy.
- Yneryth, patrz! Urosła! – Wyrwało jej się, jak szczeniakowi, który chwali się przed rodzicem swoim osiągnięciem.
- A więc już chyba rozumiesz – samiec uśmiechnął się, po czym ruszył przed siebie.
Podekscytowana Shani ruszyła truchtem w jego stronę, w biegu rzucając:
- A jak to było na początku u ciebie?
- Moje zdolności to inna sprawa. Uczyłem się wszystkiego w samotności, nie było czasu na popełnianie błędów, więc starałem się nie być do tyłu. Na początku wszystko było przypadkiem. Porem wraz ze wzrostem ciekawości, rósł poziom użyteczności. Pierwszą mocą, która wyszła sama z siebie, była całkiem ciekawa.
W tej chwili grunt pod Shani pokrył się lodem. Wadera, w pierwszej chwili zaskoczona, oderwała odruchowo przednie łapy od ziemi, by po chwili ostrożnie je odstawić i zbadać teren pod sobą.
- To też nie wygląda groźnie, ale wystarcza, by zabić w określonych warunkach.
No tak, pomyślała wadera. Taką moc można wykorzystać na wiele sposobów. Ułatwić sobie nią przejście po rzece, a może nawet zamrozić krew w żyłach napastnika? A jakie było zastosowanie dla jej zdolności? Fakt faktem, korzystała z niej kiedyś, gdy cenne rośliny lecznicze obumierały, a zapasy suszonych kończyły się. Może, w przyszłości, mogłaby skorzystać ze swojej mocy w walce? Pobudzić małe drzewko do wzrostu, by przechodzący nad nim napastnik nadział się na nie, jak na pal? Taka siła była jak na razie daleko poza jej zasięgiem.
A może… może kiedyś odkryje u siebie też inne talenty? Nie, nie chciała teraz o tym myśleć i niepotrzebnie się nakręcać.

*
- Yneryth, widzisz? To wulkan! – Wykrzyknęła Shani, która aż podskoczyła z radości na widok ściętej góry rysującej na horyzoncie gdzieś pomiędzy przerzedzonymi drzewami. – Prawie jesteśmy.
- Nie chcę gasić twojego entuzjazmu, ale to… dość daleko.
- W porównaniu do tego, co już przeszliśmy, to tylko kawałek. Damy radę – zapewniła wadera, choć jej łapy faktycznie odczuwały już zmęczenie. Nie to okazało się jednak najgorsze.
Monotonię wędrówki przerwał bowiem nagły świst. Shani dojrzała tylko szybko poruszający się, czarno-biały kształt przecinający powietrze, co sprawiło, że stanęła jak wryta. Yneryth również zatrzymał się i nastroszył czujnie sierść – wyglądał na równie zdezorientowanego, co wilczyca.
Kolejny świst nie był już jednak tak niespodziewany. Shani zdążyła odwrócić głowę w jego kierunku, by ponownie zobaczyć czarno-biały kształt zbliżający się do niej zbyt szybko, by miała szansę zareagować. Ptak – bo takie zwierzę udało jej się zidentyfikować w owym kształcie – wyciągnął szpony w kierunku szyi wadery, która nie zdążyła odskoczyć, a jedynie zacisnąć powieki w oczekiwaniu na ból. Poczuła jednak jedynie krótkie smagnięcie na szyi oraz masę powietrza wznieconą przez zwierzę. Gdy otworzyła oczy, zobaczyła tylko Ynerytha trzymającego w zębach pojedyncze pióro z ogona. Basior patrzył w niebo, na którym dało się dostrzec sylwetkę ptaka, wielkością przypominającego orła. W jego szponach połyskiwał srebrny haft sakiewki zawierającej cenne prochy starca. Shani stała w osłupieniu dobrych kilka sekund, zanim zdążyła krzyknąć:
- Musimy go dogonić!
Ruszyła przed siebie, nie oglądając się za basiorem. Rytmiczny stukot jego łap utwierdził ją jednak w przekonaniu, że on również biegnie na ratunek prochom.
Pogoń za złodziejaszkiem nie była łatwa – Shani miała wrażenie, że zaraz wypluje płuca i przy okazji zgubi po drodze kończyny. Gdy ptak zataczał w powietrzu nieśpieszne koło, zwiastując, że zaraz umości się w swoim gnieździe, wilczyca zatrzymała się, by złapać oddech. Yneryth, choć również zziajany, zdaje się lepiej zniósł pościg.
Ostatnią prostą pokonali już marszem. W końcu dotarli do celu. Ogromne gniazdo wybudowane w koronie okazałego, leciwego dębu, uginało się pod ciężarem wszelakich błyskotek. Zgromadzone przez ptaka skarby lśniły w świetle słońca tak mocno, że aż ciężko było na nie patrzeć. Na szczycie skarbu siedział jego właściciel. Czarno-biały ptak przypominał aparycją srokę, jednak masą ciała bliżej było mu do wilka. W czarnych szponach jednej łapy trzymał swój nowy nabytek, oglądając go z zainteresowaniem ze wszystkich stron.
Wilki spojrzały na siebie. Nie trzeba było słów, by zrozumieć, jakie pytanie chcą sobie zadać: jak, u licha, odzyskać te prochy?

Yneryth?

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 743
Ilość zdobytych PD: 371
Obecny stan: 1673

Od Hattie c.d. Yneryth'a ~ "Wschód Słońca"

Na pysku Hattie malował się szeroki uśmiech. Przytaknęła na pytanie, które zadał Yneryth i ruszyła pewnym krokiem za basiorem. Przysiadła na brzegu jeziora, podczas gdy samiec o białym (choć aktualnie nieco brązowym i szarawym od błota) futrze wszedł po brzuch do wody. Wilk rozpoczął spokojną kąpiel, dając Hattie znak głową, że może zacząć historie. Wadera umościła się wygodnie, po czym streściła, kim właściwie mniej więcej jest. Yneryth za opowiedział jej o Watasze Renaissance, na której terenie, jak się okazało, Hattie przypadkiem wkroczyła. Dowiedziała się także, że znajdują się aktualnie przy jeziorze Lac de Cristal, którego woda, prawdopodobnie mająca właściwości lecznicze, zachwyciła waderę.
- Życie samotniczki zbyt mocno mnie już przytłaczało. Ciągła wędrówka nie jest dla mnie ulubionym zajęciem. Chciałabym w końcu przynależeć do stada i poznać inne wilki! - westchnęła głęboko kruczoczarna samica.
- Podczas wędrowania przez połowę świata nie poznałaś wielu wilków? Wydawałoby się inaczej. - stwierdził basior, przyglądając się uważnie waderze. Kończył już swoją kąpiel i Hattie zastanawiała się, czy nie byłoby przyjemnie też wskoczyć do jeziora, szczególnie że słońce zaczynało już nieźle grzać po jej czarnych plecach.
- W zasadzie to nie. Zazwyczaj, gdy natrafiałyśmy z matką na trop innego wilka, była to cała wataha. A moja rodzicielka... - Hattie przewróciła oczami, wstając i powolnym krokiem zanurzając się w wodzie. - Raczej nie chciała bezpośredniej konfrontacji z innymi wilkami. Pojedyncze osobniki, jakie miały przyjemność pojawić się na naszej drodze to były zwykle o wiele starsze ode mnie wilki.
Hattie zatrzymała się w półkroku i delikatnie posmutniała. Gdy się rozejrzała, zauważyła, że Yneryth rzuca jej przenikliwe spojrzenie. Wadera od razu się potrząsnęła głową, jakby chciała wyrzucić z niej wszystkie negatywne myśli. Spojrzała z determinacją i iskrą ekscytacji prosto w oczy basiora.
- Powiedz mi, Yneryth'u, czy myślisz, że wasza Alfa rozpatrzyłaby pozytywnie moją prośbę o dołączenie w szeregi watahy? - wyrzuciła na jednym oddechu. Z podekscytowania delikatnie zaczęły jej drzeć łapy.

< Yneryth? Brudna robota dla Ciebie xD >

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 305
Ilość zdobytych PD: 152
Obecny stan: 328

niedziela, 17 lipca 2022

Od Yneryth’a c.d. Hattie ~ ,,Wschód słońca”

Słońce powoli wstawało. Normalnie biały spoczywałby w swoim azylu, niestety było inaczej. Yneryth tak jak zwykle już, został obudzony i ,,obowiązkowo” zaciągnięty na trening. Całych tych zbędnych dla niego ćwiczeń, miał już po dziurki w nosie. Towarzyszące towarzystwo innych wcale nie napawało go optymizmem. Nie cierpiał robić czegoś rutynowego. Szlak go trafiał, gdy znów i znów użerał się z placem. Brakowało mu starych samotnych dni. Życie w stadzie miało jednak jakieś plusy. Może trening był irytujący, ale opcja poznawania zdolności innych znaczenie go rozpalała. Dzisiejszy dzień jednak nie był tak owocny. Przez nieuwagę, samiec wpadł w błotną kałużę. Biała sierść gwałtownie zmieniła swoje ubarwienie. Zdawać by się mogło, że Yneryth dorobił się własnego i neutralnego kamuflażu. Samcowi wcale jednak nie było do śmiechu. Cały upaprany w błocie, bez słowa opuścił towarzystwo, by udać się do najbliższego jeziora. Idąc, pokryty powoli zastygającą cieczą, coraz bardziej się irytował. Czując powoli przystygająca do futra substancje, otrzepał się szybkim ruchem. Błoto w dwóch wachlarzach rozsunęło się po powietrzu, układając się na trawie w prawie dwa kręgi. Z zaciśniętymi zębami, ruszył dalej. Kroki żółtookiego były dość szybkie. Wilka dalej szedł, lecz w dość przyspieszonym tempie. Pod nosem mówił do siebie, a raczej wylewał z siebie swój gniew. Po jakimś czasie przystanął. Z początku stanął w miejscu, ponieważ czuł, jak ciecz zsuwa się mu po ogonie. Z obrzydzeniem, wychylił ogon, tak by nie dotykał on tułowia. Od razu po tym, wrócił głową ku wodzie. Obracając pysk, poczuł dziwny zapach. Nos basiora gwałtownie i naturalnie podniósł się do nieba. Woń, która unosiła się w powietrzu, był inna niż znane przez niego do tej pory. Z fascynacją, postanowił, odłożyć kąpiel na późniejszy termin. Yneryth podążał za zapachem, zamyślony tym, co mogło go wywołać. Idąc wzdłuż smugi zapachowej, zszedł z obranego kursu. Basior czuł, jak zapach rośnie w siłę, co jedno znaczne było, z tym że zbliżał się do nieznajomego celu. Biały myślał, że na końcu spotka coś bardziej nieżywego. Zdziwienie w jego oczach musiało być gromkie. Gdy był już tuż na miejscu. Omal nie wpadł na obcą waderę, tak przynajmniej obstawiał. Może, znów przegapił fakt, że ma nowego członka. Samica od razu po zbyt bliskim kontakcie usiadła. Yneryth zadziwiony całą tą sytuacją nie wiedział jak zareagować.
- Cześć! – Uśmiechnęła się.
Yneryth chcąc przemówić, otworzył lekko pysk, lecz nie zdążył odpowiedzieć. Tę chwilę konsternacji, przeznaczył na przeanalizowaniu wyglądu wadery. Samica miała czarną sierść. Uszy od środka posiadały fioletowe ubarwienie. Tułów nieznajomej kończyły specyficzne szare łaty. Basior jednak najbardziej zwrócił uwagę na coś innego. Fakt, że stali ze sobą nos w nos, pozwolił mu przyjrzeć się jej oczom. Takich jeszcze nie widział u nikogo, miała one oczy w kolorze lawendy. Zdawać by się mogło, że kolor jej oczu zafascynował basiora.
- Nazywam się Hattie i naprawdę nie chciałam wtargnąć na Twój teren, ale nawet nie wiesz, jak się cieszę, że mogłam cię spotkać! Witaj!
- Yyy… Witaj! Miło mi cię poznać Hattie. – Stwierdził, że chyba może sobie pozwolić, aby ominąć nudną gadaninę i formułkę dotyczącą watahy. – Inni mówią mi Yneryth. Nie masz za co przepraszać. – W tym momencie samiec przypomniał sobie, jak wygląda, a przez głowę zaczęło przepływać tysiące myśli. Zmieszany jeszcze bardziej, nie wiedział jak wybrnąć z takiej sytuacji. Chyba nie miał zbytnio innej opcji niż w to brnąć. – Chętnie z tobą jeszcze porozmawiam, ale muszę udać się do jeziorka, w celu pozbycia się tego czegoś, co mnie pokrywa. – Z bólem lekko się zatrząsnął. – Umm… Może chciałabyś opowiedzieć, jak się tu znalazłaś? – Powiedział, powoli ruszając do tafli wody.

Hattie?

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 576
Ilość zdobytych PD: 288
Obecny stan: 986

sobota, 16 lipca 2022

Od Stromy c.d Copycat ~ "Jak kamień w wodę"

Ocknęłam się w jaskini medycznej. Tak, bez wątpienia był to sektor medyczny, o którym wspominała wadera, na którą się nadziałam jakiś czas wcześniej. W głowie mi dudniło, chociaż ból nieco zelżał, zapewne, za sprawą tutejszej opieki lekarskiej. Gdy otworzyłam oczy, od razu dostrzegłam znajomą mi już nieznajomą.
- Widzę, że się obudziłaś. Powiesz mi teraz jak Ci na imię? - Słowa wilczycy o ślepiach niezwykle podobnych, do oczu mego ukochanego, skrzyły się ni to troską, ni to zainteresowaniem. Przeanalizowałam na spokojnie słowa szmaragdowookiej i stwierdziłam, że chociaż tak, na chwilę obecną będę mogła spróbować wynagrodzić cały ten zachód, z powodu mej osoby.
- Stormy. Jestem Stormy, dziękuję za pomoc i... - tu się zawiesiłam. - eh... nie wiem, co mogę więcej dodać. – Wymruczałam drugą część, niezmiernie cicho. Wadera zastrzygła uszami. Uśmiechnęła się pokrzepiająco i skinęła ze zrozumieniem głową.
- Copycat. - Przedstawiła się, po czym dodała jakby mniej pewnie — Możesz mi powiedzieć, Co tu robisz? Dlaczego znalazłaś się... - przyjrzała mi się dokładniej — w takim stanie? - Zmrużyłam oczy i zmarszczyłam brwi. Mogłam spodziewać się takiego pytania, a raczej tego, iż na zwykłej gościnności się nie skończy. Sama doskonale wiedziałam, jak wyglądają procedury postępowania z obcymi, a na dodatek wcześniej dawałam oznaki, że tak to ujmę, waleczności. Nic więc dziwnego, że padło ów pytanie. Skoro już zaczęłam mówić, a sama wilczyca wydawała się dość sympatyczna, mimo wielu blizn, znaczących jej ciało, postanowiłam wyjawić jej historię utraty mego domu. Może będzie mi lżej na sercu, jeśli się komuś niezaangażowanemu w to, wygadam?
- Zaatakowano nas bez wyraźnego powodu, nie wypowiedziano wcześniej wojny... – wychrypiałam, a przed mymi oczami pojawił się obraz tamtejszej nocy. – Nic nie wskazywało na to, by tej nocy, coś się wydarzy. Krew lała się wszędzie. Ci, Ci barbarzyńcy nie mieli litości nawet dla szczeniąt! – Samotna łza spłynęła po moim policzku, gdy powrócił do mnie krzyk agonii mych rodziców i przyjaciół, a wraz z nimi skomlenie szczeniąt. Przez moje ciało przeszedł zimny dreszcz, ale nie pozwoliłam sobie na więcej słabości. Z okrutnych i jakże krwawych retrospekcji wybudził mnie dotyk. Copycat gładziła mnie delikatnie po nieowiniętym opatrunkami ramieniu. Spojrzałam na nią ponownie, w oczach miała wymalowane współczucie i... coś jeszcze. Nie odzywała się, widziała, że nie skończyłam mówić. Wzięłam głęboki wdech i wypuściłam powietrze, po czym kontynuowałam. – Walczyliśmy kilka dni. Bez Alf zostaliśmy już na trzecią dobę. Walki trwały praktycznie bez przerwy. Polegli prawie wszyscy członkowie sfory. Nie mam pojęcia, ilu nas przetrwało. Nie więcej niż kilkoro. Na koniec, by wykończyć tych, którym udało się ujść z życiem, rozpętano magiczną burzę śnieżną... – Powiedziałam, spojrzałam poważnie w oczy wadery i dodałam – Takiej nawałnicy nie mógł stworzyć jeden wilk. Nigdy nie słyszałam i nie widziałam o takiej potędze. Wiało tak bardzo, że... Właśnie gdzie jestem? – Spytałam.
- Znajdujesz się na terytorium Watahy Renaissance. – Oznajmiła szmaragdowooka. Przekrzywiłam nieznacznie pysk, nie mając pojęcia o potencjalnej lokalizacji tego miejsca.
- Daleko macie od Watahy Aldereyn– Spytałam, Copycat przytaknęła skinieniem głowy. – To byli nasi najbliżsi sąsiedzi, jakieś 50 km na południe od nas.
-To spory kawał drogi. Przywiało Cię aż stamtąd? Niebywałe. – Zdumiała się wilczyca. Przytaknęłam.
Milczałyśmy dobrą chwilę. W pewnym momencie przyszła do nas drobna, lekko niebieskawa wadera.
- I jak się ma nasza pacjentka? Widzę, że się ocknęłaś. – Samica uśmiechnęła się miło.
- Dziękuję, nieco lepiej. Chyba podane mi leki działają. Nie odczuwam tak nieznośnego bólu, jak wcześniej. – Przyznałam szczerze.
- Mówiłam Ci – szturchnęła Copycat – że się z tego wyliże. Skuteczność działania leków wiele nam o tym mówi. A teraz przepraszam, muszę wykonać kilka badań. Możesz wpaść najwcześniej wieczorem. Wtedy też zdecydujemy czy... – Wilczyca spojrzała na mnie.
- Stormy – Przedstawiłam się.
- Czy Stormy zostanie w lecznicy na noc, czy będzie w stanie chodzić o własnych siłach i będzie musiała przeczekać gdzieś noc, aż do rozmowy z alfą.
- Jeśli można... Dziękuję za pomoc, ale powinnam jak najszybciej ruszać w drogę. To powiedziawszy, próbowałam się podnieść, jednak szybko grawitacja przypomniała mi o swoim istnieniu. Ostatecznie z niezadowoloną miną zostałam w pozycji siedzącej. Medyczka zaśmiała się cicho.
- Spokojnie, dopiero co Cię poskładałam. Nie wstaniesz wcześniej niż za trzy godziny. – westchnęłam.
-To ja zostawię was same. Przyjdę później. – oznajmiła Copy, po czym uśmiechając się miło, opuściła nas. Medyczka zadała mi kilka pytań odnośnie mojego zdrowia, podała jakąś mieszankę, podejrzanie pachnących ziół do połknięcia oraz kazała wykonać kilka ćwiczeń. Muszę przyznać, że było to spore wyzwanie. Czas do zmierzchu minął dość szybko. Medyczka krzątała się wkoło mnie, a zwłaszcza przy moich skrzydłach. Raz nawet przyprowadziła do mnie lisicę o wielu ogonach, która upewniała się, czy skrzydła dobrze zostały unieruchomione. Zapewne miała ona większe doświadczenie w tych sprawach. Na sam koniec dostałam pozwolenie na wykonanie spaceru próbnego. Toczyłam akurat ósemkę, gdy wyczułam znaną mi już szmaragdowooką.
- Dobru wieczór Copycat. – przywitałam się.
- Dobry wieczór. -O! Witaj Copy. – Itami przywitała wilczycę, zgarniając ją na stronę. – Musimy porozmawiać. – dodała po chwili i obie podeszły do mnie. – Dzięki naszym niezawodnym sposobom oraz lekom, Stormy jest już na chodzie, a to oznacza, że nie może zostać w lecznicy. Do Rene też teraz się nie udacie, tak więc musicie ustalić, co zrobicie. – wyjaśniła wszystko wilczyca. – A Stormy.
- Hm? – Spojrzałam na medyczkę.
- Uważaj na szyny. Musisz je mieć przynajmniej do końca miesiąca, jeśli nie do jesieni. Masz grube kości jak na skrzydlatego wilka. Zrastanie się ich potrwa dłużej. Jeśli chcesz znowu latać, a na pewno tego chcesz, sądząc po budowie Twych mięśni, musisz się oszczędzać. – Powiedziała poważnie. Po czym odeszła kiwając głową na pożegnanie. Zostałyśmy z Copycat same.
- To... Nie puścisz mnie teraz w świat? – spytałam. Copy spojrzała na mnie i pokręciła głową.
- Musimy porozmawiać z Alfą. Ona zdecyduje, ale nie dzisiaj. – Oznajmiła, ale po wyrazie jej oczu stwierdziłam, że to nie wszystko, o czym chciała mi powiedzieć. Wyglądało to tak, jakby biła się z własnymi myślami.
- Możesz to z siebie wydusić. – Powiedziałam prosto z mostu.
-Czy mogłabyś u mnie przenocować? – Wypaliła.
- Nie wiem. Mogłabym? – Spytałam. To nie byłby głupi pomysł. Nabrałabym nieco więcej sił do dalszej drogi, tylko... Dokąd mam iść? Czy jest w ogóle, po co wracać do domu? Czy coś jeszcze się ostało? A Varem? Nie znajdę go bez możliwości lotu. Będę musiała najpierw wyleczyć skrzydła.
Ta i wiele myśli przewinęły się przez moją głowę, a Copycat myślała w tym czasie nad odpowiedzią.

<Copycat?>

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1012
Ilość zdobytych PD: 506 + 5% (25)
Obecny stan: 1004

Od Niko c.d. Sininen ~ "Piórka"

 "Czas opowiadania dzieje się podczas szczenięcych lat"

Niko przez chwilę spoglądał nieśmiało za odchodzącą waderą i jej opiekunem. W duchu miał nadzieję, że to nie ich ostatnie spotkanie i naprawdę będzie miał jeszcze okazję, by pobawić się z nowo poznaną. Co prawda nie wiedział jeszcze, jak dokładniej mogą się wspólnie bawić, ale na pewno postara się, by było to coś naprawdę wyjątkowego i fajnego. Wrócił do swojej opiekunki, gdy tylko zniknęli mu z pola widzenia. Rene uśmiechała się do niego delikatnie, a on pokrył się lekkim rumieńcem, którego z pewnością nie było widać, lecz można było śmiało odczytać z ruchów i mimiki pyszczka.
- Cieszę się, że udało ci się poznać nową przyjaciółkę. - powiedziała samica, kładąc się na ziemi. Niko usiadł przed nią, by móc patrzeć w jej oczy podczas rozmowy.
- Ja również bardzo się cieszę. - odparł z uśmiechem, a jego ogonek zaczął delikatnie poruszać się na boki. - Mam nadzieję, że jej tata zgodzi się na wspólną zabawę. - powiedział wesoło.
- Jestem tego pewna. - powiedziała alfa z uśmiechem.
- A co jeśli się nie zgodzi? - spytał Niko, a po chwili jego uszka złożyły się w geście smutku. - Bardzo chcę, by się zgodził. - dodał. Renesmee lekko trąciła go nosem w geście dodania otuchy.
- No już. Na pewno wszystko pójdzie w dobrym kierunku. - zapewniła.
- Tak myślisz? - spytał znów, lekko się uśmiechając. Wadera skinęła głową, a samczyk poczuł narastającą w nim na nowo radość. Wstał i potruchtał do jaskini. Resztę dnia spędził na planowaniu wspólnych zabaw. Nie miał pojęcia, jak wyglądają wspólne zabawy szczenięce. Tak naprawdę nigdy wcześniej nie miał do czynienia z innymi wilkami w jego wieku. Naturalnie musiały pojawić się obawy, że coś pójdzie nie tak i zrobi złe wrażenie na nowej koleżance. Renesmee nazwała Sininen jego przyjaciółką. Jednak czy tak było naprawdę? Niko wiedział, że tytuł przyjaciela był niezwykle ważny i trudny do zdobycia. Mimo wszystko marzyłby być przyjacielem jak największej liczby wilków. Po chwili myśląc o tym, że gdyby miał wielu przyjaciół wszyscy by na nim polegali, nieco zwątpił i zląkł się owego zadania. Bał się, że może ich zawieźć.
- Dlaczego wciąż muszę się wahać? - mruknął do siebie, gdy leżał na plecach, rozmyślając nad wszystkim. Skrzydła miał rozłożone, lecz nie przejmował się tym, że mogą się pokryć kurzem. I tak nie korzystał z nich prawie wcale.
Minęło kilka dni, a Niko wciąż zaniepokojony spoglądał każdego dnia w kierunku, w którym odeszła Sini i Deus ostatnim razem.
- Bardzo ci zależy na tym, by się z nią bawić, prawda? - spytała Renesmee, wychodząc z ich wspólnego domu. Malec westchnął, kładąc po sobie uszy.
- Jej tata chyba się nie zgodził. - szepnął ze smutkiem.
- Może twoja koleżanka ma wiele do zrobienia?
- Wydaje mi się, że jej tata mógł się nie zgodzić.
- Oj Niko, nie myśl o tym w ten sposób. Jeżeli chcesz, możemy wspólnie udać się do centrum watahy.
- Do centrum? - zdziwił się Niko i jednocześnie lekko przeraził. - To daleko od domu.
- Ależ skąd kochanie. To tylko kawałek drogi. Będziemy na miejscu lada chwila. Pamiętaj, że jesteś bezpieczny na terenie całej Watahy Renaissance. - słowa Renesmee nie uspokoiły go do końca. Jednakże starał się nie dać tego po sobie poznać.
- Dobrze, ruszajmy. - odparł cicho.- Jeśli oczywiście mogę. - dodał, niepewnie spoglądając na Rene. Samica zaśmiała się cicho i skinęła głową.
- Naturalnie kochanie. Przecież sama to zaproponowałam. Ruszajmy więc do centrum. - powiedziała z uśmiechem i ruszyła. Samczyk powolutku i niepewnie szedł za nią. Rozglądał się na wszelkie strony zlękniony. Bał się nowych miejsc, gdyż nigdy nie wiedział, co w nich czeka. Każdy krok był niepewny, lecz po chwili, gdy wciąż nic jeszcze nie zdążyło zaatakować jego osóbki, zrozumiał, że nic mu nie zagraża. Szedł, nieco pewniej stawiając łapki. Jego najdroższa opiekunka miała rację. Nim się obejrzał, znaleźli się w centrum. Poznał je po tym, że roiło się tam od innych wilków. Niko niepewnie skrywał się za łapami alfy. Renesmee uśmiechała się lekko. Wiedziała bowiem, że to nowe doświadczenie, mogło nieco zaniepokoić Niko. W końcu pierwszy raz zabrała go poza jaskinię. Mijające ich wilki witały się z alfą oraz jej podopiecznym. Niko natomiast niepewnie starał się odpowiadać na pozdrowienia, lecz wciąż trzymał się łap Renesmee. Wadera spojrzała w dół, gdzie za widniała maleńka główka samczyka, spomiędzy jej łap.
- Nie wiedziałem, że będzie tu tak wiele wilków.
- To nasze centrum. Tu zawsze roi się od wilków z naszej watahy.
- Znajdziemy tu moją przyjaciółkę lub jej tatę?
- Tak sądzę. Musimy tylko dobrze się rozejrzeć.
- Czyli mamy się rozdzielić? - spytał z lękiem malec. Rene westchnęła i pochyliła głowę.
- Spokojnie skarbie. Nie miałam tego na myśli. Pamiętaj, że co dwie głowy, to nie jedna. Gdy oboje będziemy się rozglądać mamy większe szanse na znalezienie Sininen i jej taty.
- A jak wygląda jej tata? - spytał z zaciekawieniem Niko. Renesmee spojrzała przed siebie.
- Jest to wysoki, biały basior o oczach w kolorze szmaragdu. - powiedziała z uśmiechem. Niko odwzajemnił matczyny uśmiech. Wspólnymi siłami szukali obu wilków. Jako pierwszy zauważył Naharys'a Niko. Gdy tylko dostrzegł go w tłumie innych członków, szturchnął łapkami opiekunkę.
- Mamusiu? Chyba widzę jej tatę. - powiedział niepewnie. Renesmee spojrzała na syna, a następnie podniosła wzrok, tam, gdzie wskazała jego małżeńska główka. Niko faktycznie dostrzegł Naharys'a. Rene uśmiechnęła się i skinęła głową z dumą.
- Tak, masz naprawdę dobre oko Nikoś. - odparła. - Teraz musimy tylko tam dotrzeć. - dodała i pochyliła się, by Niko mógł wejść na jej grzbiet. Samczyk uczynił to, a następnie wspólnie udali się w kierunku basiora.
- Witaj. - przywitała się Renesmee, gdy znaleźli się blisko białego samca. Ten zwrócił się do nich.
- Dzień dobry Renesmee. - odparł, na co samica uśmiechnęła się pogodnie. Niko nieśmiało przywitał się ze starszym.
- Coś się stało? - spytał Naharys, spoglądając na alfę, a następnie na skrytego Niko. Samczyk nabrał powietrza, by powiedzieć, o co chodzi, lecz po chwili, gdy spojrzał na dorosłego samca, stracił pewność siebie i skrył się na nowo na grzbiecie Renesmee.
- Nikoś? - spytała alfa, lecz malec wciąż skrywał się w jej futrze. Naharys z uśmiechem spojrzał na samicę.
- Chyba się mnie obawia.
- Jest nieśmiały w dużej mierze. - odparła z lekkim rozbawieniem. - Jeszcze wiele przed nim.
- A więc cóż was do mnie sprowadza? - spytał, przysiadając.
- Razem z Niko odszukaliśmy cię, by spytać o pewne pozwolenie.
- Pozwolenie? Mnie? - zdziwił się basior. Renesmee z uśmiechem pochyliła się, tak, by Niko mógł zejść z jej grzbietu. Wiedział, o co chodzi opiekunce i niepewnie dążył, by to uczynić. Najpierw zszedł z niej i stanął nieśmiało przed Naharys'em. Następnie postarał się spojrzeć mu w oczy.
- Ja... chciałem Pana spytać, czy mógłbym bawić się razem z Sininen? - powiedział niezwykle cicho. Na szczęście biały samiec usłyszał jego pytanie. Z delikatnym uśmiechem pochylił się, by spojrzeć wprost w oczy Niko. Malec niepewnie stał w miejscu, a jego serce zaczęło znacznie szybciej bić.
- Myślę, że to nie będzie problem. - odparł starszy. Rene siedziała z boku i przyglądała się temu. Natomiast Niko czuł na przemian ulgę i radość.
- Dziękuje Panu. - odparł z wdzięcznością. Naharys uśmiechnął się i wstał.
- Nie ma za co. - odparł, a następnie spojrzał na Renesmee. Wadera zaczęła rozmowę na tematy, które z pewnością dla większości szczeniaków wydawały się niezwykle mało interesujące. Dlatego też Niko oddalił się nieco i zaczął przyglądać terenom.
~ Tak rzadko mam okazję przyglądać się watasze z bliska. - pomyślał. Przez kilka minut spoglądał na tereny z zachwytem. Kilka minut później, Renesmee zawołała go, by udał się z nią do domu.
- O czym rozmawialiście? - spytał, gdy byli właśnie w trakcie powrotu.
- O kilku rzeczach związanych z watahą. Długo by mówić, a ty pewnie byś się zanudził. - odparła, śmiejąc się krótko. - Jutro zabiorę cię w inne przyjemne miejsce. Jeśli będziemy mieć szczęście, spotkasz tam swoją przyjaciółkę.
- O jakim miejscu mówisz? - spytał Niko zaciekawiony.
- Clairière Verte. To przyjemna polanka, gdzie jest wiele miejsca do zabawy.
- Myślisz, że mogę spotkać tam Sininen?
- Nie tylko ją. Inne szczeniaki pewnie też chętnie się tam bawią.
- Myślisz, że ze mną też będą się chętnie bawić? - spytał.
- Oczywiście, dlaczego miałyby nie chcieć?
- Nie jestem stąd...- te słowa sprawiły, że Renesmee zatrzymała się i spojrzała na niego.
- O czym ty mówisz kochanie? - jej głos lekko zadrżał.
- Nie jestem twoim prawdziwym synem... To nie będzie miało wpływu na to, w jaki sposób będą na mnie patrzeć?
- Oczywiście, że nie. Jesteś moim synem Niko. Nieważne, że przybranym. To nie ma najmniejszego znaczenia. Kocham cię najbardziej na świecie i nic tego nie zmieni. Inni też nie będą na to patrzeć. Liczy się to, co masz w sercu, a nie to skąd pochodzisz. - powiedziała i polizała syna po głowie. Niko uśmiechnął się lekko. Po powrocie był na tyle zmęczony, że udało mu się zdrzemnąć.
Następnego dnia, tak jak mówiła Rene, udali się do Clairière Verte. Niko z zaciekawieniem przyglądał się niezwykłemu miejscu. Rene szła przed siebie, czasem kątem oka spoglądając na niego. Wyłapywał takowe spojrzenia i zawsze odpowiadał na nie uśmiechem. Gdy znaleźli się u celu podróży, Niko schował się za jej łapami. Dlaczego? Głosy innych wilków trochę go speszyły. Basiorek był przekonany, że jedynie będzie widział szczenięta, lecz dostrzegał także dorosłe wilki, w tym swego wuja. Renesmee stanęła i spojrzała na syna.
- Proszę, możesz iść i bawić się do woli.
- A ty? - spytał Niko, na co Rene zaśmiała się cicho.
- Pójdę pobawić się z Tarou. - odparła z uśmiechem. - No dalej Niko, miłej zabawy. - zaśmiała się i potruchtała wesoło do swojego kuzyna. Niko niepewnie spojrzał w kierunku centrum. Wtem zauważył swoją przyjaciółkę. Serce zabiło szybciej, napełnione radością. Niepewnie ruszył w jej kierunku. Tysiące myśli przechodziły przez głowę. Szum był nie do zniesienia. W końcu wszystko ucichło, gdy Niko stał zaledwie kilka kroków od Sininen. Spoglądał na nią, czując chęć ucieczki. Nie dlatego, że nie chciał się z nią spotkać. Nie, tu chodziło o strach związany z utratą jedynej przyjaciółki, jaką na ten moment posiadał.
- Witaj Sininen. - przywitał się cicho.


Sininen?




PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1587
Ilość zdobytych PD: 793 + 5% (40 PD)
Obecny stan: 833 PD