Newsy



:Aktualności
.Blog przechodzi obecnie renowację
.Już niebawem pojawią się nowości

:Pogoda
Obecna pora roku ~ Jesień
.Temperatura waha się między 10+ a 0- stopni Celcjusza
.Zmiana pory roku nastąpi 15.12.2022

Liczba wilków ~ 27
Wadery ~ 18 + 1 NPC
Basiory ~ 7 + 4 NPC
Szczeniaki ~ 1
Nieobecni: Brak

~Serdecznie zapraszamy♥~

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bonus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bonus. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 marca 2021

Od Tsuki do Renesmee

Nie patrzyła na swoje pomoce mierzenia czasu kiedy przychodziła kwestia, od jakiego czasu jest w watasze. Kwartał? Więcej, mniej? Na pewno nie pół roku. Hah, ciężko było to określić, wadera zwyczajnie nie przykładała wielkiej wagi do czasu spędzonego w watasze. Zamiast siedzenia przed jakąkolwiek formą kalendarza, samica żyła sobie praktycznie w tym otoczeniu. Nigdy na nic się nie skarżyła - w sumie dalej aż tak nie wydawała się rozmowna albo to kwestia otaczającej ją aury? Kto wie. Istotne było to, że mogła napawać się normalnym życiem. Normalnym, tak na pewno?
Hah, tylko do pewnego momentu.

To było gdzieś na początku miesiąca. W okolicy południa, Tsuki była w trakcie wypełniania obowiązku związanym ze swoim stanowiskiem, kiedy pojawiła się sylwetka strażnika, jakim był Rodrigo. Zwięźle przekazał szarej waderze informacje, że alfa chciałaby z nią jak najprędzej rozmawiać. Niebieskowłosa myślała, że to może chodzi o jakąś misję czy coś w tym stylu, dlatego zaraz już podążała ku jaskini przywódcy. Niemal będąc na miejscu, Ice Queen ukazała się w progu jaskini i zaraz dała znać, żeby przybyła podążyła za nią.
-Alfa powiedziała, że przybyła para wilków w imieniu watahy z propozycją sojuszu. Mają ten sam znak co ty, więc możesz ich znać- poinformowała ją krótko cichym głosem. Tsu kiwnęła głową.
-Tak więc, Wataha Siły Księżyców... Musimy naradzić się- usłyszała głos samicy alfa.
Oho, czyli jednak ktoś z godnej pożałowania watahy jakimś cudem tu zawędrował. Było to ciekawe bo wadera pamiętała istotną informację, że obecna WSK była oporna na nawiązywanie sojuszów bez wcześniejszego wysyłania zwiadów. Coś musiało być na rzeczy, skoro od razu z propozycją współpracy przyszli. Co to wróżyło?
-Och, jesteście już- skrzydlata wadera skierowała swoje słowa do idącej pierwszej Ice, która weszła do miejsca w którym odbywały się rozmowy. Z tego co kojarzyła szara, była to nieco większa salka jaskiniowa niż zwykła i w zasadzie nie posiadała wystroju.- Myślałam, że może byś chciała...
-Co wy tu robicie?- Tsuki odezwała się po wejściu i zobaczeniu przybyłych tak lodowym głosem, że aż wewnętrznie mogło zmrozić. Tamta dwójka wilków na chwilę straciła pozory bycia poselstwem.
-Co TY tu robisz?- Jej żałosny ojciec gwałtownie wstał i ruszył w kierunku samicy. Tsuki natychmiast zajęła pozycję gotowości, gdy on się zbliżał.- Jak śmiesz pokazywać mi się na oczy?
-Trzymaj język za zębami, to nie jest twój dom- warknęła ostrzegawczo.
-Mero!- Erot tonem głosu zamierzał go jakoś opanować ale duma wzięła swoje.
-Ty mała suko- wysyczał ojciec i zaraz podniósł łapę do wykonania ciosu ale Tsuki byłą szybsza. Gwałtownie pochwyciła jego kończynę w zęby i silnym ciosem rzuciła nim w kierunku ściany.
-Żałosny śmieciu, pożałujesz tego- po czym i Erot zamierzał zaatakować samicę ale i jego natychmiast powaliła jednym ciosem.
-Co to ma być?! Pozwalacie mieć w szeregach szalonego wilka, co postradał rozum?!- Mero udał oburzenie po wstaniu w kierunku najwyższej dwójki wilków w hierarchii. - Nasza wataha nie wybaczy takiej zniewagi w kierunku delegacji!
-Proszę się natychmiast uspokoić- beta podniósł głos, podczas gdy rozdzielano trójce od siebie. Tsuki dobrowolnie poddała się zabiegowi ale cały czas wydawała z siebie warczenie.
Spotkanie postanowiono zakończyć dla stabilizacji sytuacji, wszyscy zaczęli opuszczać lokum. Po wyjściu, bracia cicho coś uzgodnili, przy czym Erot nagle podszedł w kierunku Tsuki i ruchem pozbywania się odpadku, rzucił małe zawiniątko pod łapy samicy.
-To chyba będzie twoje- splunął z szatańskim uśmiechem. "Zachowaj spokój" powtarzała sobie. Była bardziej niż pewna, że naprawdę chcą się jej pozbyć. Patrząc jednak na nieznany pakunek odnosiła wrażenie, że to coś, co bardzo dobrze zna. Prostym ruchem rozwiązała guz, by móc patrzeć na kawałek ucha co zaczął śmierdzieć rozkładem. Świat wtedy ucichł, jakby zmarł. Kolor futra i charakterystyczny znak wyszarpania...
-Ty...- zaczęła szybciej oddychać. Cały widok stał się czerwony. Pamiętała uczucie, że oni się uśmiechali zwycięsko.- Wy... Zabiliście Yamisa... ZAMORDUJE WAS GDNIDY!
W Tsuki wstąpił niby demon, gwałtownie doskoczyła na dwóch krewnych w jasnym celu zaatakowania. Nie pamięta tylko jak długo zajęło kilku członkom watahy odciągnięcie samicy w której, jak się okazało, były potężne siły rodowitego wojownika. Coś chyba brzmiało jak okrzyki pełne nienawiści i chyba wypowiedzeniu wojny, też chyba było o nakazie pozbycia się jej.
To, co pamięta już bardzo dokładnie to siedzenie w kącie najbliższej jaskini i przytulając jak największy skarb ucho jej opiekuna.
-Tsuki, co to było? Co ja mam z tobą zrobić?- Rene westchnęła oddalona o kilka metrów od szarej. Ona to na pewno musiała być osłupiała potęgą tkwiącą w oznaczonej księżycem.
-Nie obchodzi mnie to- powiedziała głucho.- Możecie mnie wyrzucić z watahy, zabić. Cokolwiek. Tylko... Tylko pozwólcie mi pochować, co zostało z Yamisa- spojrzała wzrokiem pełnych szczerych łez na alfę.- O nic więcej nie proszę. Moje życie jest mi obojętne.
-Tsuki... Dlaczego?- Zapytała zaniepokojona skrzydlata wadera robiąc krok ku niej. Z oczu szarej zaczęły kapać łzy.
-Błagam, pozwól mi go pochować- powtarzała jak mantrę tuląc do swej piersi kawałek ucha.
Wkrótce stała nad prowizorycznym i skromnym grobem, który osobiście wykopała. Z największą starannością wygładzała świeżą ziemię i położyła coś na wzór wiązanki nań. Z namaszczeniem pogładziła łapą po małej imiennej tabliczce. Bydlaki zabili jej najdroższego opiekuna. Nigdy im tego nie wybaczy. Z rozkoszą by ich wybiła w pień za to i za tamto, co jej zgotowali z resztą żałosnej rodziny.
Po oddaniu należytej czci pod kontrolą innego członka watahy, w formie zachowania szczególnej ostrożności z nią, mechanicznym krokiem wróciła do alfy. Renesmee miała wydać wyrok nad losem Tsuki i zdecydować o możliwości sojuszu z Watahą Siły Księżyców. Niebiekowłosej było to absolutnie obojętne. Wzrok miała iście martwy, pozbawiony jakiejkolwiek iskry. Zajęła miejsce siedzące po jednej stronie, naprzeciw siedzieli mocno poranieni Mero z Erotem.
-To twój koniec suko. W końcu- zasyczeli. Nie zareagowała. Patrzyła martwo przed siebie. Przynajmniej godnie pochowała co zostało z jej mistrza ale nie obroniła go na schyłku jego egzystencji. I teraz ona siedzi w oczekiwaniu na swój los. Ale czy tak miało być? Czy to był dobry pomysł, by tu faktycznie dołączyć? Co by Yamis w tej chwili powiedziałby? Czy zganiłby ją za pozostawienie go na łaskę wykonania rzeźni jej ojca i wuja? Miałby jej za złe to wszystko? Czy może też by żałował, że pomógł jej wtedy na początku?
Nie prościej było po prostu dać się zabić już dawno?

<Renesmee?>
+1000

poniedziałek, 14 grudnia 2020

Od Kzen'a ~ Legenda alchemika cz.1

Na prawie całych ternach panował spokój lecz jedynie Golden Grove było "głośno". Na środku malutkiej polanki w złotym lesie wir wydawał okropny hałas. Wiatr wiał jak przy wichurze.
Moje łapy ledwo trzymały mnie przed tym wirem. Nie zdążyłem dokończyć jakiegoś eliksiru, a właśnie mi się rozbił. Podobno, gdy nie zostanie dokończony,
po rozlaniu otworzy portal. I ten portal był dość mały, ale wystarczająco duży, by wciągnąć wilka. Nie wiadomo dokąd prowadził. No może tylko to, że na pewno do jakiejś... mrocznej krainy?
Tak mrocznej krainy. Chyba... Raczej tak. Wir stawał się coraz silniejszy. Moje łapy nie mogły już wytrzymać, więc się puściłem. Portal mnie wciągnął do mrocznego lasu. Był on podobny do Vallée Sombre.
Różnił się tylko tym, że niektóre drzewa przeobrażone były w kolce wystające z ziemi. Ten las wyglądał przerażająco. Nie chciałem tam być. Moim marzeniem było wrócić do Golden Grove i na tereny watahy.
Niestety nie było jak. Nigdzie nie było śladów tego teleportu. W krainie było bardzo zimno. Jednak nic nie było zamarznięte. Widocznie zawsze musiała być tam taka temperatura, a wszystko się
do niej przyzwyczaiło. Nie widziałem tam żywego ducha. Zapomniałem powiedzieć, że jedynie na drzewach przysiadały ptaki, które miały na wierzchu kości. Dziwny widok.
Ciekawiło mnie czy poza nimi coś tam jeszcze żyło. Wszedłem pomiędzy drzewa. Wydawały się większe niż patrząc z daleka. Ich liście były szare i suche. Tak samo z pniami. Kora już odpadała.
Kolce zaś, również szare, tępe i grube. Różnej długości. Moim zamiarem nie było zapuszczanie się w głąb mrocznej gęstwiny. Oddaliłem się od niej z nadzieją na spotkanie kogoś.
Szedłem długo, a pogoda robiła się coraz gorsza. Deszcz zaczął lekko kropić. Szara mgła się namnożyła i była już wszędzie. Widoczność spadła do zera. Musiałem zatrzymać się, bo przecież
nie dałbym rady iść w tym szarym kłębie. Jednak miałem też szczęście. Mianowicie deszcz się nie nasilił, a ta okropna mgła rozlazła się. Znów odsłoniły się drzewa i tępe kolce.
Ptaki poodlatywały, a ja ruszyłem na dalsze poszukiwania. Szedłem tak z godzinę i dalej nic. Jedynie mała polanka ukazała mi się przed oczami. Również szara z powiędłymi kwiatkami i z zszarzałą trawą.
Dziwiło mnie też to, czemu przy tych drzewach i kolcach nie było trawy. I jak te kolce wyrosły. Możliwe, że ktoś je tam ustawił i powyrywał tą trawę. Wtedy pewnie zapanowała szarość. Niestety
tego nie wiedziałem. Było tyle pytań, a na żadne z nich ani część odpowiedzi. Przysiadłem na polance, by trochę odpocząć. Zasnąłem, a obudziłem się chyba w nocy. Było o wiele zimniej niż gdy tu dotarłem.
Musiałem znaleźć miejsce, w którym będzie cieplej. Myślałem, że zamarznę. Im bliżej ranka, tym zimniej. W końcu znalazłem jaskinię. Nikogo nie było w środku. Tam było o wiele cieplej. Wyczułem też zapach.
Dosyć świeży. Możliwe, że ktoś tu był przede mną. I tak zasnąłem. Byłem zbyt zmęczony. Spałem aż do południa. Przynajmniej wtedy stawało się cieplej niż w ciągu nocy. Zanim zdążyłem wyjść z jaskini,
usłyszałem głos"
"- Co tu robisz?"
"- A co ty tu robisz?" - po tych moich słowach z cienia wyszedł wilk. Był czarny i tylko jego zielone oczy świeciły
"- Ja tutaj mieszkam i nazywam się Viss"
"- Mieszkasz tu?"
"- Tak. Od narodzenia"
"- Ja jestem Kzen i wciągnął mnie tu portal"
"- Portal?"
"- Tak. Należę do Watahy Renaissance"
"- Aaaa. Wiem jak stąd się wydostać"
"- Jak?"
"- Istnieje portal. Tylko w drugą stronę. Jest on w takim zamku. Niestety niełatwo się tam dostać. Pilnują go Wilki Lazurowej Doliny"
"- Wilki Lazurowej Doliny?"
"- Można uznać to za watahę. Mnie stamtąd wygnali. Nie pytaj się dlaczego"
"- Zabierzesz mnie tam?"
"- Dobra! Ale niczego nie obiecuję" - Viss sięgnął pyskiem w róg groty i wyciągną jednego z tych ptaków przysiadujących na drzewach, tylko martwego. Zjadłem go i był nawet dobry. Po najedzeniu się ruszyliśmy w drogę.
Zapomniałem powiedzieć, że ten wilk, którego spotkałem wyglądał jak szczeniak, ale mniejsza z tym. Zamek był bardzo daleko, a droga dość trudna. Wątpiłem, że dojdziemy tam żywi. Natomiast mój towarzysz twierdził,
iż szedł tędy wiele razy i jakoś dalej nic mu się nie stało. Trochę mnie to pocieszyło. Jednak mina mi zrzedła, gdy zobaczyłem ranę na brzuchu samca. Spytałem się skąd jest, a on odrzekł, że spadł ze skarpy.
Niezbyt mu dowierzałem, ale rana naprawdę wyglądała jakby się uderzył o głaz. Narzuciło mi się jeszcze jedno pytanie: czemu w tej krainie panuje mrok. Viss opowiedział, iż podobno bóg mroku zabił boga natury i zieleni.
Mówił też, że to tylko plotka, ale kto wie. Tylko jak bogowie mogą zabijać się nawzajem? Nieważne, podarowałem sobie to pytanie. Pierwszym naszym przystankiem było Wzgórze Królów. Tam zginął bóg natury
i zieleni. Pewnie dlatego wkoło szczytu rosło kilka zielonych kwiatków. Towarzysz wytłumaczył, że to przez jego szczątki. Zbytnio tego nie zrozumiałem. Wtedy właśnie szliśmy szeroką doliną. Dni były dość krótkie, ponieważ
znów zapadł zmrok. Musieliśmy gdzieś się schronić przed chłodem. Odnaleźliśmy norę. Mój przyjaciel wyciągnął stamtąd lisa i weszliśmy do środka. Przynajmniej mieliśmy kolację. Zwierzę było wychudłe, ale i tak pojedliśmy.
Wtuliliśmy się w siebie, by zachować ciepło i zasnęliśmy. Śnił mi się bóg natury i zieleni, chodzący między drzewami i przechadzający się po kwiecistych polanach. Nagle stanął przed nim bóg mroku. Szybko go zabił.
Na szczęście wybudziłem się z tego koszmaru. Dziwiło mnie tylko to, że zabity bóg nie zginął na Wzgórzu Królów. Przecież to tylko sen, prawda? Viss jeszcze spał. Próbowałem go obudzić, lecz spał za twardo.
Poszedłem więc po śniadanie. Upolowałem królika. Gdy wróciłem, samiec już nie spał. Patrzył się na mnie z uśmiechem na pysku. Jadł szybko. Widocznie bardzo zgłodniał podczas snu. Ja zaś nie byłem głodny, więc
dałem zwierzynę Vissowi. Miałem nadzieję, że tym razem pojadł. Ruszyliśmy w dalszą drogę. Dolina ciągnęła się dalej lecz coraz bardziej się zwężała. W końcu stanęła przed nami góra, kończąca dolinkę.
Wspięliśmy się na nią. Była dość stroma i śliska od wody. Moim zdaniem zejście było o wiele trudniejsze od wejścia. Co chwilę któryś z nas się ślizgał. Na szczęście zeszliśmy bezpiecznie. Przed nami
stanęła jeszcze wyższa góra, której ominięcie zajęłoby 2 dni. No nic, zaczęliśmy wspinaczkę. Ten szczyt nie był taki stromy, lecz lodu było więcej. Viss co chwilę się ślizgał. Natomiast ja trochę mniej.
Dużo zabawy i śmiechu było podczas wchodzenia na wzgórze. Nieźle się uśmialiśmy, a gdy wyszliśmy na sam szczyt prawie nie spadliśmy na sam dół. Przed nami rozpościerała się pustynia.
Zamiast piasku był popiół. Nie było widać jej końca. To jeszcze nic, ale prawie umarłem ze strachu, gdy Viss wskazał na coś za wydmą.

1000+
C.D.N

wtorek, 8 grudnia 2020

Od Raquel - Quest 2

Samica maszerowała spokojnie, nucąc pod nosem. Właśnie mijała Route Fleurie. Było to doprawdy piękne miejsce, przepełnione fioletowymi kwiatami. Raquel czuła ich delikatny zapach. Sprawiał on, że poczuła się niezwykle szczęśliwa. Może kwiaty miały jakieś magiczne właściwości? Wilczyca zerwała jeden i włożyła do jednej z fiolek, którą sobie przygotowała. Mogła zwrócić się potem do Bai Langa i zapytać, o co chodzi. Liczyła na to, że zielarz będzie znał odpowiedź.

Celem wyprawy Raquel był Haute Forêt. Nigdy wcześniej tam nie była i chciała sprawdzić, jakie ciekawe składniki może tam znaleźć. Przekonała się już, że w różnych częściach watahy rosły przeróżne zioła, owoce i kwiaty, które były niezwykle rzadkie. Miała nadzieję, że i ten las pozytywnie ją zaskoczy. Przydałoby się również bardziej poznać okoliczne tereny.

Przeskakiwała z nogi na nogę, mijając jezioro z tajemniczą wyspą, na której rosło drzewo Arbre Divin. Tam wadery też jeszcze nie było, ale jakoś nie spieszyło jej się do zwiedzania wyspy. Można tam było pojawiać się tylko w bardzo ważnych sprawach, a ona nie chciała, żeby jakiś rozwścieczony bóg przemienił ją w dmuchawiec... Oczywiście nigdy nic takiego się tu nie wydarzyło i Raquel nie wiedziała, co mogłoby się stać, ale wolała nie testować cierpliwości bogów.

Znajdowała się już przed lasem. Ogromne wrażenie wywarła na niej wysokość drzew, które tam rosły. Haute Forêt był piękny, jednak w pewnym sensie niepokojący. Wszystko było tak wielkie, że aż przytłaczało malutką Raquel. Wilczyca spoważniała, odrzucając na bok rozmyślania na temat drzew. Skupiła się teraz na ściółce, w końcu to tam miała największe szanse na odnalezienie upragnionych składników. Musiała znaleźć tylko jakieś niezidentyfikowane wcześniej okazy.

Gdy tak szła w głąb lasu, nagle jej uwagę przykuł lśniący przedmiot wystający z ziemi. Zdawało się, że ktoś go zakopał, jednak zrobił to na tyle nieumiejętnie, że rzecz pozostawała widoczna. Samica podeszła do tego czegoś, wystarczył jeden ruch łapą, żeby wydostać to z ziemi.

Jej oczom ukazał się niewielki kryształ o pięknym, bladoróżowym kolorze. Jako waderze Raquel oczywiście spodobała się owa błyskotka, jednak jako naukowcowi postanowiła zbadać ten przedmiot. Zbliżyła do niego łapę i w tym momencie kamień otoczyła biała poświata.

- To jest magiczne... Ciekawe... - powiedziała do siebie.

Powoli dotknęła kryształ, lecz nic więcej się nie stało. Dla bezpieczeństwa zamknęła go w fiolce i czym prędzej udała się z powrotem do laboratorium. Chciała dokładnie zbadać, czym jest tajemniczy przedmiot.

***

W jaskini mogła już "odpakować" dziwny kamień. Delikatnie odłożyła go na stół i zaczęła uważnie go oglądać. Halcón wstał z pozycji leżącej i z zaciekawieniem spojrzał na kryształ. Raquel zbliżyła go do pyszczka smoka, a ten wydał delikatny pomruk.

- Czyli na pewno nie czarna magia. - stwierdziła. - Coś ci się w nim podoba, hę? Mam nadzieję, że nie tylko to, że błyszczy się, kiedy ktoś się do niego zbliża... - zwróciła się do towarzysza.

Odstawiła kamień na stół. Zdjęła z półek kilka fiolek z eliksirami, po czym po kolei wkładała część kryształu do płynu. W pierwszej fiolce nie nastąpiła żadna zmiana. Podobnie w drugiej. Jednak kiedy Raquel zanurzyła różowy kryształ w trzecim eliksirze, mikstura zaczęła bulgotać i zmieniać swój kolor na intensywny róż. Kiedy kamień został wyciągnięty, wszystko powróciło do poprzedniego stanu.

- A to ciekawe. Kryształ reaguje z eliksirem miłosnym!

Halcón znowu zamruczał i wtulił się w futerko Raquel. Ta zmarszczyła brwi.

- Wiem, że normalnie jesteś przytulaśny, ale teraz to już jakoś... Bardziej niż zwykle.

Uniosła kamień, żeby przyjrzeć mu się pod światło. Postanowiła, że przetestuje działanie na wilku, czyli po prostu chciała zbadać czyjąś reakcję. Rodrigo akurat nie było, ponieważ patrolował tereny. Wadera musiała więc poszukać kogoś innego. Wyszła z jaskini i udała się w stronę Douce Cascade, może akurat ktoś poszedł tam, aby zaspokoić pragnienie. Raquel rozejrzała się, ale nikogo nie zobaczyła. Ponownie skierowała kryształ w stronę słońca, żeby się mu przyjrzeć.

- Hej! Oddawaj to! - usłyszała piskliwy głos.

W jej stronę biegło kitsune. Zwierzę miało białe futerko i - jak na jego gatunek przystało - dziewięć lisich ogonków. Stworzonko wyglądało na zdenerwowane. Alchemiczka uniosła kamień w łapie. Kitsune próbowało do niego doskoczyć, jednak było zbyt małe.

- Oddawaj! - powtórzyło.

- Ładne maniery. Dlaczego miałabym ci oddać kryształ? - zapytała chłodnym tonem Raquel.

- Bo jest mój! Kobieto, pewnie nawet nie wiesz, co trzymasz! - kitsune nie przestało skakać. - Cały dzień go szukam, a paraduje z nim jakiś wilk!

Wadera zmarszczyła czoło. Nie chciała przyznać, że kitsune ma rację.

- A skąd mam wiedzieć, że nie kłamiesz? Dlaczego mam uwierzyć, że kryształ jest twój?

- Arghhh! - jedynie tyle samica uzyskała w odpowiedzi.

- Okej, to może powiesz mi w takim razie, co to jest? Jeśli twoja odpowiedź będzie poprawna, oddam ci kamień. - zadecydowała Raquel.

Kitsune przestało skakać w próbie odzyskania domniemanej własności. Westchnęło i usiadło przed wilczycą.

- Ehhh... No dobrze. To Kryształ Amora. - na te słowa Raquel jeszcze bardziej skrzywiła minę. - No czyli taki kamyczek co to powoduje miłość.

- Eliksir miłosny w postaci stałej? - wilczyca przypomniała sobie doświadczenia z miksturami i fakt, że z tym eliksirem zaszła reakcja.

- Nie. Eliksir miłosny powoduje krótkotrwałe zauroczenie, kryształ wywołuje prawdziwą miłość. Obiektem westchnień jest zawsze ten, kto go trzyma na tak długo, ile go posiada. - wyjaśniło kitsune.

"To ma sens..." - zgodziła się w myślach Raquel. Chciała jednak jeszcze sprawdzić liska.

- Tak? Jakoś nie widzę, żebyś pokazywał mi dużo miłości. - powiedziała chłodno.

- Po pierwsze, jestem samicą. - kitsune wydawało się oburzone.

- Oh... - zarumieniła się Raquel.

- Po drugie nauczyłam się już przebywać w jego obecności i chyba dowodzi to temu, że normalnie powinnam być jeszcze bardziej zdenerwowana. To sobie to teraz wyobraź.

Raquel westchnęła. W sumie nie potrzebowała, żeby każdy za nią wzdychał. W pewnym sensie byłaby to klątwa, waderze nie wydawała się to przyjemna wizja. Dziwiła się, że kitsune tak bardzo zależy na tym przedmiocie. Szkoda tylko, że nie mogła dłużej prowadzić badań naukowych. Może udałoby się wytworzyć z niego jakieś eliksiry...

- Dobrze, wierzę ci. Ale nie nadużywaj mocy kamienia. - pouczyła stworzenie wilczyca.

- Okej, przecież mam go od lat... - kitsune przewróciło oczami.

- Proszę. Oto twój Kryształ Amora. - Raquel wręczyła zwierzątku przedmiot.

Lisek od razu się rozpromienił i bez słowa uciekł w las. Najwyraźniej był zbyt przejęty odzyskaniem zguby, żeby choć podziękować alchemiczce. Miała nadzieję, że nie wywoła tym sposobem jakiegoś zamieszania.

"Kryształ Amora..." - pokręciła głową samica i wróciła do jaskini.

1000+

Quest zaliczony!

poniedziałek, 7 grudnia 2020

Od Raquel do kogoś

Wokół panowała ciemność. Nocna cisza aż piszczała w uszach Raquel. Mogła usłyszeć bicie własnego rozszalałego serca i przyspieszony oddech. Trudno było określić jej emocje. Sama nie wiedziała, czy zaliczyć swoje uczucia bardziej do rozpaczy, czy zirytowania.

Przed nią leżał umięśniony basior o czarnym futrze. Jego oczy o dwóch różnych kolorach pozostawały otwarte, podobnie jego pysk ciągle był rozchylony. Mimo to już nie poruszała się jego klatka piersiowa dająca znak o wymianie tlenu. Jego futro było umoczone we krwi, której kałuża rozlewała się po jaskini.

Raquel siedziała przed zwłokami i nie wiedziała, co ma zrobić. Spojrzała w dół na swoje łapy. Były całe we krwi, jakby wróciła z brutalnego polowania. Jednak ona cały czas była przecież przy Ricardo.

Zaczęła łkać. Nie chciała wybuchnąć płaczem, żeby nie było jej zbytnio słychać. Nie chciała w końcu przywołać niezapowiedzianych "gości". Łzy spływały jej po pysku i skapywały na martwe ciało brata.

W pewnym momencie usłyszała głos od wejścia z jaskini.

- Raquel. - głos był donośny, należał do basiora. Słychać było w jego tonie ogromną powagę.

Wadera, której imię padło przed chwilą, uniosła głowę w stronę tajemniczej postaci. Ujrzała silnie zbudowanego samca o czarnym futrze. Spojrzała jeszcze raz na zwłoki i znowu na przybysza. Wilki wyglądały niemal identycznie, znalazłaby pewnie jakieś drobne różnice, gdyby bardziej się przyjrzała. Zrozumiała wreszcie, że przyszedł do niej jej drugi brat, Rodrigo. Otworzyła pysk, żeby się do niego odezwać, jednak wydusiła jedynie jęk i ponownie zaczęła płakać. Żywy brat podszedł do niej i zlustrował ją lodowatym wzrokiem.

- Zabiłaś go. - wydał wyrok.

Raquel chciała zaprzeczyć, o wszystkim opowiedzieć, jednak nadal nie była w stanie się odezwać. Szybko kręciła głową, przynajmniej w taki sposób dając znać, że nie jest mordercą.

- Zabiłaś własnego brata. - surowy głos Rodrigo rozniósł się po jaskini, choć basior nie krzyczał.

Samica przeraziła się. Wreszcie wydukała:

- N-nie... Przecież ja bym go nigdy nie... - jej głos był właściwie szeptem przerywanym przez nadchodzące łzy.

- Milcz! - tym razem Rodrigo wrzasnął uniesiony gniewem.

Raquel skuliła się. Dawno nie była tak wystraszona. Co brat mógł jej zrobić?

- Jak wytłumaczysz swój wygląd? - syknął.

- C-co..? - nie rozumiała wilczyca.

Rodrigo wskazał jej kałużę znajdującą się w rogu jaskini. Raquel powolnym krokiem zbliżała się do zwierciadła. Kiedy znajdowała się tuż przed nim, obróciła się, żeby spojrzeć na braci. Ricardo nadal leżał jak wcześniej. Rodrigo siedział przy nim i bacznie obserwował siostrę. Ponaglił ją wzrokiem. Skruszona samica nachyliła się nad taflą wody.

Już wcześniej była zdezorientowana. Teraz nie rozumiała kompletnie nic. W odbiciu zobaczyła siebie, jednak jej pysk był zmieniony. Oczy były pełne furii. Pysk rozciągał się w uśmiech psychopaty, obnażając wszystkie zęby. Wszystkie były czerwone od krwi, którą był pokryty cały pysk. Wadera wyglądała tak, jakby przed chwilą rozszarpała wnętrzności zmarłego brata. Zupełnie tak, jakby to ona go zamordowała.

Cofnęła się w panice. Nie chciała patrzeć dłużej na tę istotę w zwierciadle. Nie potrafiła uwierzyć, że to jej odbicie. Odwróciła się i skierowała wzrok na Rodrigo. Ten z kamienną twarzą skradał się do niej tak, jakby miał na nią zapolować. Jakby miał zrobić jej to, co ona Ricardo.

- Raquel...? Raquel! Halo, słyszysz mnie? Raqi, popatrz na mnie i powiedz, gdzie jesteś! - z ust brata usłyszała nagle zaniepokojony głos pełen troski.

W jednej sekundzie straszny obraz rozmył się i przed oczami Raquel ujrzała wnętrze swojej jaskini w lesie Forêt de Vie. Ricardo wyglądał na zatroskanego, potrząsał delikatnie waderą. Obok kręcił się Halcón, wydając piski, co oznaczało jego niepokój. Wadera wybuchnęła płaczem.

- Znowu koszmary...? - Rodrigo nie pytał, on dobrze wiedział. Przyciągnął do siebie siostrę i przytulił ją. - Ciii, spokojnie. Jestem tu i już nic ci nie grozi. - wyszeptał jej do ucha.

Raquel powoli zaczynała odzyskiwać panowanie nad sobą. Już nie płakała, próbowała uspokoić rozszalały oddech.

- Spróbujesz znowu zasnąć? - wzrok starszego brata był przepełniony ciepłem i współczuciem.

Wadera pokiwała głową. Zwinęła się w kłębek. Obok niej położył się Halcón.

- Spokojnych snów. - Rodrigo nadal wyglądał na przejętego. Wrócił na własne posłanie.

Raquel zamknęła oczy. Upragniony sen nie przychodził. Spróbowała liczyć, był to sposób, który zazwyczaj ją usypiał. Znała swój organizm na tyle, żeby zorientować się, czy wszystko jest okej. Zazwyczaj zasypiała zanim doliczyła do czterystu, tym jednak razem doliczyła już do tysiąca i nic. Bezskuteczne próby zasypiana były dla niej męczące. Wierciła się, próbując znaleźć wygodniejszą pozycję. Od tego ruszania się aż obudziła małego Halcóna.

- Cii... Śpij dalej, maluchu... - uspokoiła go, ponieważ towarzysz wyglądał na wystraszonego.

Postanowiła, że zrobi sobie mały spacer. W końcu było to coś, co pomagało jej jeszcze zanim zjawił się Rodrigo. Może sposób zadziała i tym razem?

Po cichu wymknęła się z jaskini. Ominięcie małej kulki tworzącej jej smoczego przyjaciela było trudne, Raquel nie chciała znowu go zbudzić. W końcu jednak się udało. Skierowała się na południe.

Szła powoli, nigdzie jej się nie spieszyło. Sama nie wiedziała jeszcze, dokąd idzie. Podziwiała uroki terenów watahy nocą. Wydawało się jej niebywałe, że las po zachodzie słońca może być taki cichy. Za dnia biegało tu pełno lisiurek i jeleni. Można było też spotkać wielu członków watahy. Teraz nie było tu nikogo.

"I dobrze" - pomyślała samica. - "Mogę pobyć tu w ciszy i spokoju"

Nie lubiła okazywać swoich emocji innym, jeśli dotyczyły tak osobistych i delikatnych spraw. Nawet rozmawianie o tym z własnym bratem było dla niej dziwne. Nie pozwalała sobie na rozgrzebywanie ran przeszłości nawet wtedy, kiedy była sama. Ta myśl sprowokowała ją do skierowania wzroku na jej prawe udo. Dużej rany nie było teraz widać spod grubej warstwy futra, była trudna do zauważenia nawet wtedy, kiedy oświetlało ją światło słoneczne. Raquel westchnęła.

Szła dalej przed siebie, a po policzkach spływały jej pojedyncze łzy. Zastanawiała się, co mógł oznaczać jej koszmar. Czy naprawdę obwiniała się o śmierć Ricardo tak bardzo, że bała się, że Rodrigo też uzna ją za winną? Możliwe, że w jakimś sensie była za to odpowiedzialna. Mogła pomóc bratu, jednak nic nie zrobiła. Nie była w stanie.

To jeszcze bardziej pogorszyło nastrój wilczycy. Szła ze spuszczonym łbem, aż jej łapy zaczęły iść po piasku. Podniosła łeb i ujrzała brzeg morza. Kolejny raz wydała z siebie westchnięcie. Szła dalej, nawet przyspieszyła kroku. Zatrzymała się tuż przed wodą i położyła się na plaży. Głowa spoczywała na jej przednich łapach, oczy w dwóch różnych kolorach wpatrywały się w horyzont.

Nagle za pomocą mocy wyczuła obecność innej istoty, która znajdowała się kilka metrów za nią. Istota była wielkości wilka, Raquel zrozumiała więc, że to Rodrigo za nią poszedł. Pociągnęła nosem, chcąc ukryć łzy.

- Rod, proszę... Chciałam pobyć sama... To wszystko mnie przerasta... - powiedziała.

Nie usłyszała żadnej odpowiedzi. Podniosła się do siadu i obróciła łeb w stronę tajemniczej postaci. Wtedy zauważyła, że to nie Rodrigo za nią stał.

<Ktoś?>

1000+

poniedziałek, 30 listopada 2020

Od Ice Queen Cd. Samyi


Nikogo nie było w jaskini, więc i ja zmuszona byłam ją opuścić. Sam poszła chyba się gdzieś przejść lub upolować coś do jedzonka. Tristane widziałam przechodzącą przed jaskinią razem z Tarou. Sądzę że są dość blisko, choć mogę się mylić. Po dłuższych przemyśleniach stwierdziłam że również wylezę z nory i może coś porobię. Moim celem było znaleźć Rene i podpytać co tam u niej słychać. Jednak na pierwszy plan wysunęło się polowanie na jakąś ciekawą zwierzynę. Ponieważ moja ,,bestia'' dała o sobie znać i jej ,,ryk'' odbijał się echem. Zaśmiałam się pod nosem i westchnęłam obracając się na pięcie. Polowanie czas zacząć! Lubiłam te chwile, mogłam się sprawdzić i spodziewać się niespodziewanego ze strony obiadu. Nigdy nie lekceważyłam zwierzyny, nawet jakiejś małej przystawki. W końcu nie wiadomo co może się pewnego dnia przydarzyć, będąc młodsza pamiętam jak musiałam się napocić by upolować coś większego. Aktualnie praktycznie wychodzi mi to bez trudu, jestem spora, barczysta i dość zwinna. A gdy mam gorszy dzień , używam swoich mocy do szybszego upolowania. Jednakże nie lubię odbierać sobie przyjemności z polowania nawet tego najmniejszego. Mój żołądek co jakiś czas dawało sobie znać, a ja miałam nadzieje że gdzieś blisko chodzi mój obiad. Zwłaszcza że często dużo czasu zajmuje mi namierzenie czegoś konkretnego , można by uznać iż jestem troszku wybredna. Często mam tak zwane zachcianki, zjadłabym dzisiaj młodego leśnego byka. Ale w stadzie znajduje same starsze okazy, młode mięso ma o wiele lepszy smak. Takiego właśnie szukam...
Niedaleko wywęszyłam dość spore stado i ruszyłam w tamtym kierunku, będąc na miejscu zobaczyłam trzy młode leśne byki, oblizałam się i mruknęłam cichutko. A moja ,,bestia'' od razu zaczęła ,,ryczeć'' , uciszałam żołądek jak mogłam ale nie zawsze chciał mnie słuchać! Na szczęście nie niosło się to tak wielkim echem, żeby przyszły obiad mógł usłyszeć. Przez chwilę śledziłam wzrokiem jednego z młodych, chciałabym wsiąść tego najsłabszego, by nie było problemu. Bez namysłu zawiesiłam na nim oko i ruszyłam pędem gdy byłam już wystarczająco blisko. Nie zdążył się obrócić a moje kły już były wbite w jego szyję. Szybko znalazłam tętnice a ciało padło drgając ... Wydając z siebie ciche , ostatnie tchnienie. Liznęłam ucho byczkowi i zauważyłam iż rzucając na niego...musiałam mu skręcić też kark. No cóż, czyli jestem dość masywną wilczycą. Ale cóż, taki już mój urok... niestety jestem nijaka, wysoka, spora... Brak mi wdzięku który posiada reszta wilczyc. Mam zwinność, ale zero wdzięku.
Westchnęłam kończąc swe przemyślenia i zaczęłam szarpać skórę zwierzęcia. Rozpoczęło się karmienie ,,bestii''. Zjadając do połowy leśnego byka mruknęłam najedzona. Niedaleko widziałam jak kręci się któryś ze szczeniaków. Więc pewnie się poczęstuje... Lub po tym jak umyję łapy i pysk... pójdę przytachać to do centrum watahy. Może ktoś właśnie ma chęć na młodego byka, kto wie? Oblizując pysk kierowałam się w stronę najbliższego zbiornika wody. Miałam takie szczęście że znajdował się dość niedaleko i był dość spory. Była to bowiem plaża położona na południu Naszej kochanej watahy. Zdecydowanie musiałam umyć lekko moje białe futro , no i oczywiście miałam chęć na małe orzeźwienie. Po takim posiłku pragnienie wzrosło trzykrotnie.
Pogoda nie była idealna, raz po raz wiało chłodem. A gdy dotarłam na plażę zobaczyłam jak spore fale uderzają o siebie raz po raz. Podeszłam by się napić, lecz najpierw pośpiesznie umyłam łapy i pysk. Kiedy spojrzałam w dal, zobaczyłam waniliową postać, zachłysnęłam się wodą którą przed chwilą piłam... Nie wierzyłam własnym oczom, drobna postać walczyła z falami... Wiedziałam że nie da rady. I tylko jedna członkini ma takie futerko, szczerze zazdroszczę że się tak wyróżnia. Dostrzegłam jej oklapnięte uszy i wtedy na 100% wiedziałam że to Sam. Nie wiedziałam tylko dlaczego się nie wycofuje, brnie w to dalej? Czy ona chce zginąć?! Dobra Ice, mówili że nie powinno się pływać po posiłku ale nie mam wyjścia. Tak ogółem to głupi pomysł... kiedy tam dopłynę sama nie będę w stanie wrócić. Warknęłam zła na siebie... Że się tak nażarłam i jestem pełna, po za tym cięższa.
Musiałam działać szybko, musiałam biec...ale.. jak. Chwila woda, lód. No przecież! Wskoczyłam na wodę, choć może to Wam się wydawać największym absurdem, wskoczyłam na nią bez namysłu.. używając przy tym swojej mocy. Każdy krok który stawiałam , miał lodowe podłoże. Dość mocne , dzięki czemu mogłam sunąć bezproblemowo. Zmieniłam się w lodową wilczycę dla szybszego dostania się do Sam. Najgorsze było to że jej nie widziałam, zgubiłam ją dosłownie na chwilę. A niedawno jeszcze była na powierzchni. Nie mogłam w tym momencie panikować , moje serce zaczęło bić mocniej. Na szczęście po chwili ujrzałam ją, po prostu została przykryta przez kolejną falę. Nie mogłam patrzeć jak nieudolnie próbuje płynąć dalej, byłam na tyle blisko by wskoczyć do wody. Podczas gdy będę ją wyciągała muszę mieć normalną postać... Więc przestałam używać swojej mocy, lód pękł a ja wskoczyłam do wody. Widziałam jak Samya tonie, na szczęście była jeszcze świadoma ponieważ w miarę możliwości dryfowała. Złapałam ją mocno za kark i zaczęło się, byłam cięższa ale moje mocne łapy nie dawały nam utonąć. Co dziwne, bez problemu po kilku minutach byłyśmy na brzegu... a ja dyszałam szybko. Moje serce prawie wyrwało się z klatki piersiowej, adrenalina robi swoje. Gdyby mnie tutaj nie było, Sam mogłaby zginąć...Nigdy już bym jej nie zobaczyła. W środku płakałam jak mały szczeniak MOGŁAM JĄ STRACIĆ, NA ZAWSZE , ale nie dawałam po sobie poznać. Zwłaszcza że za dużo emocji naraz kierowało mną w tym momencie. Wadera była wykończona, ja też. Po krótkiej rozmowie , okazało się że samica widziała tam pewną postać i również ruszyła jej na ratunek. Przyznam się iż ja nikogo tam nie widziałam, ani nie czułam woni żadnego osobnika. Coś w tym było nie tak, zwłaszcza że Sam nigdy nie kłamała. A nawet jeśli, od razu było to po niej widać. Albo jej się przewidziało, albo rzeczywiście ktoś musiał tam być. Ale...jak?
Po chwili przemyśleń miałam już tego dość, od razu poszłyśmy do jaskini. Widziałam jak wadera co jakiś czas odwraca się do tyłu, jak gdyby na kogoś czekała... Wiedziała że ktoś tam jest. Przyznam się że to lekko mnie przeraziło , zwłaszcza że pamiętam Halloweenową noc i tą mgłę. Nie wiem do końca czy to przeżycie było prawdziwe, ale wtedy też czułam się bardzo dziwnie. Położyłam się w najbardziej oddalonej części jaskini, przyznam się iż byłam zmęczona. Drzemka po takim obiadku i przygodzie byłaby idealna. Ale muszę pilnować Sam! Jedno oko miałam otwarte, przynajmniej przez następne parę minut... Kiedy wiedziałam że kremowa wadera usnęła, sama padłam jak kawka. Lecz okazało się że ona tylko próbowała usnąć, ponieważ gdy po jakimś czasie otworzyłam jedno z oczu by sprawdzić jej położenie... Totalnie wyparowała! Zerwałam się na równe łapy ziewając przeciągle i szukając jej we wnętrzu jaskini. Nie no...zwariuje z tą kobietą! Zaczęłam węszyć, wyszła jakiś czas temu, miałam nadzieję że bez problemu wpadnę na jej trop. Nie oddaliła się zbytnio, po paru minutach byłam niedaleko miejsca jej położenia. Widząc ją wpatrzoną w pustą przestrzeń... stojącą blisko krawędzi klifu...Chciałam krzyczeć. Jednak mój zdrowy rozsądek podpowiedział mi bym się zbliżyła, tak łatwiej będzie mi ją złapać. Bezszelestnie dostałam się obok niej i spojrzałam na nią z niedowierzaniem... Chciałam by wyjaśniła mi co tutaj się dzieje, zwłaszcza że przed chwilą stwierdziła iż ...To nie jest to, co myślę. Jak ja aktualnie za dużo myślę! Na szczęście przerwała moje bezkresne myśli:
- Myślę jednak, że przyda mi się pomocna łapa.
Teraz totalnie nie wiedziałam o co może jej chodzić, na myśl przychodziła mi jedynie jej profesja. Samya była kapłanką , z tego co kojarzę kapłani zwykle kontaktują się z duchami przeszłości, zmarłymi i Bogami. Po jej kolejnych słowach mój umysł oczyścił się i sporo było dla mnie jasne. Z miłą chęcią pomogę jej w takiej sprawie, jestem dość ciekawska i dała mi ciekawą fuchę . Zwłaszcza że wiem gdzie przebywa stado w którym są jeszcze dwa leśne byki.
- Ohh Sam, masz szczęście że mnie masz. Zanim przyszłam na plażę upolowałam sobie młodego byczka. Dokładnie wiem gdzie ich stado się znajduję...
Przyznałam i spojrzałam na nią, ta akcja naprawdę działa się szybko. Wadera posłała mi ciepły uśmiech i zamachała ogonkiem w odpowiedzi. Kiwnęłam głową i podbiegłam bez słowa upolować kolejnego zwierza. Niestety jednego dnia stado leśnych byków straci dwa młode osobniki. Tym razem wezmę tego najsilniejszego, tylko pozostało znaleźć stado. Przed chwilą w biegu ujrzałam mój obiad, zostały z niego same kości które również były z lekka nadgryzione. Ciekawe kto dokładnie się do tego dobrał... Stada nie było w tym samym miejscu, doskonale wiedziałam że się przeniosło gdzieś dalej. Lecz nie pokopytkowali zbyt daleko. Leśne byki mają to do siebie, że niektóre sztuki nie są zbyt inteligentne , ogółem rasa jest raczej przewidywalna. Więc bez problemów udało mi się zlokalizować ich położenie... Teraz najgorsze, nie mogę używać zbytnio kłów i pazurów ponieważ zwierzę straci dużo krwi. Będę musiała odebrać sobie przyjemność z polowania na zwierzynę...ogółem to raczej nie jest do końca polowanie lecz dostarczenie w inne miejsce w całości. ... Westchnęłam głęboko i podeszłam dość blisko zwierzęcia by zamrozić je na śmierć. Nie straciło krwi, wystarczy odmrozić i będzie wszystko idealnie. Przynajmniej tak mi się wydaje, sporo razy używałam już mojej zdolności do takich czynów. Po chwili byłam już przy Sam , powiedziałam jej że mogę odmrozić zwierzę które i tak jest już martwe kiedy tylko chce. Dotachanie go troszkę mi zajęło, ale chyba było warto. Z niecierpliwością czekałam na dalszy rozwój zdarzeń...

Samya?
Tak średnio mi wyszło ale no jest już 3 w nocy XD

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1535
Ilość zdobytych PD: 767 + 5% (38 PD) za długość powyżej 1000 słów
Obecny stan:

Od Raquel - „Nie uciekniesz przed przeszłością” cz. 3

Wadera usiadła na kamieniu w laboratorium. Naprzeciwko niej siedział Rodrigo. Raquel wybrała tę część jaskini, ponieważ była większa. Nie wiedziała, czy zmieszczą się w jej sypialni, więc postawiła na pewne i wygodniejsze rozwiązanie.

Trzęsła się z emocji. Jeszcze nie doszła do siebie, nie pozbierała myśli. Miała do zadania tyle pytań, jednak nie potrafiła wydusić z siebie nawet jednego. Siedziała więc tak roztrzęsiona i milcząca, wpatrując się w swoje łapy. Co jakiś czas było słychać odgłosy burzy na zewnątrz. W pewnym momencie jej starszy o rok brat chrząknął, przez co samiczka podniosła na niego wzrok.

- Pewnie zastanawiasz się, co tu robię… - powiedział.

- Co tu robisz, gdzie byłeś, co z matką… - zaczęła recytować wadera.

- Należą ci się odpowiedzi na każde pytanie, Raqi. - po tych słowach Raquel poczuła dreszcz przeszywający jej kręgosłup. Nikt nie zwracał się do niej w ten sposób od bardzo dawna.

Rod wstał i podszedł do siostry. Usiadł obok niej.

- Kiedy wyruszyłem… Sześć miesięcy zajęło mi, zanim natrafiłem na jakikolwiek ślad matki. Od handlarza, który odwiedzał różne watahy, dowiedziałem się, że para wilków odpowiadających opisem naszym rodzicom była w tamtej okolicy kilka miesięcy wcześniej.

- Jak to dwa wilki? Ojciec… Ojciec też? - nie rozumiała Raquel.

- Tak. Też mnie to zdziwiło. Wiem, że nie znałaś ojca i miał swoje za uszami, ale mimo wszystko był dobrym wilkiem. Zanim zniknął, był specyficzny, cichy i wydawał się ponury… Ale troszczył się o nas… - w tym momencie zrobił chwilę przerwy, po czym wrócił do opowieści. - Dobre było to, że szedłem we właściwą stronę. Złe było to, że musiałem sporo nadrobić. Następnie dni podróży spędziłem na biegu z krótkimi przerwami, chciałem jak najszybciej zbliżyć się do rodziców. To była mroźna zima, przez co wędrówka nie była przyjemna. Po kolejnych kilku miesiącach znalazłem się przez przypadek na terenach bardzo specyficznej watahy. Strażnicy złapali mnie i po przepytaniu uznali za szpiega. Nie podobał im się opis dwóch zaginionych wilków, który im przedstawiłem, myślałem, że mi pomogą. Zostałem wtrącony do aresztu. - ponownie urwał. - Raqi, to, co ci opowiem, jest dla mnie… Bolesne.

Jego siostra pokiwała łbem w zrozumieniu. Jaskinię rozświetliło światło błyskawicy.

- Kiedy byłem w areszcie, odwiedzała mnie miejscowa wadera, Ana, z początku mi nie ufała, ale z każdym dniem stawaliśmy się sobie coraz bliżsi. W końcu Ana opowiedziała mi, dlaczego zostałem tam zamknięty. Nasi rodzice byli w tamtej watasze, jednak zostali wygnani za zdradę niedługo przed moim przybyciem.

Raquel zmarszczyła brwi.

- Co? Że co mogli im zrobić nasi rodzice? - zapytała z niedowierzaniem.

- Nie wiem. Próbowałem się dowiedzieć wiele razy, tłumaczyłem, że to mogłoby pomóc, ale… Ale mi nie powiedzieli. Tak, jakby czegoś się bali. Właściwie nie jestem pewien, czy rodzice nadal są żywi… - wyszeptał.

Samica chwilę spędziła na zastanawianiu się. Została nagle zalana falą wspomnień i odpowiedzi na pytania, które męczyły ją od lat.

- Czyli nie znalazłeś rodziców… - stwierdziła niepewnie. - To dlaczego nie wróciłeś do mnie?

Rod sapnął i spojrzał w oczy siostry z wyrazem skruchy. W tej chwili rozległ się kolejny grzmot.

- Wypuścili mnie z aresztu, gdy zdobyłem ich zaufanie. Mogłem wrócić, ale…

- Ana… - zrozumiała siostra i prychnęła.

- Raquel, zrozum… - błagał Rodrigo. - Zakochałem się.

- To co się z nią stało? - zapytała nieco bardziej gniewnym tonem.

Ciemnoszara wadera pierwszy raz była naprawdę zazdrosna. Czekała na starszego brata kilka lat, kiedy on spokojnie mógł do niej wrócić. Problem w tym, że wybrał inną waderę. Nastawienie Raquel zmieniło się jednak nieco, kiedy zobaczyła, że w oczach jej brata zbierają się łzy.

- Miała mi urodzić szczeniaki, ale dopadła ją cholerna choroba. Medycy nie potrafili jej pomóc. Zmarła pod koniec ciąży… - głos wyraźnie mu się łamał.

Samica nie wiedziała, jak ma zareagować. Zrozumiała w tym momencie, że każdemu czasem zdarzają się trudniejsze chwile, nawet takie, które zostawiają w nas stały ślad.

- Rod… Tak mi przykro… - wyszeptała i wtuliła się w bok brata.

Ten otrząsnął się i spoważniał.

- Mam nadzieję, że mi wybaczysz… - powiedział.

- Ta historia jest trudna do przyswojenia, to wszystko jest takie stare i nowe zarazem… - Raquel miała mieszane myśli. - Jednego nie umiem ci wybaczyć… Wtedy w nocy… Obudziłam się, Rodrigo, nie chciałam wam przeszkadzać… Ale zabolało mnie to, że mnie nie pożegnałeś.

Starszy brat głośno wypuścił powietrze.

- Byłem… Byłem na to za słaby. Powiedziałem do Ricardo, że nie chcę sprawiać bólu tobie, a tak naprawdę ja nie chciałem cierpieć. Tak bardzo przepraszam, to było niesłychanie samolubne… Ale wiedziałem, że mógłbym nie wytrzymać tego psychicznie. Tuż zanim nakrył mnie Ric, podszedłem do ciebie. Pocałowałem cię w czoło i szeptem przeprosiłem. Nie potrafiłbym patrzeć na twoje łzy…

Raquel posłała mu delikatny uśmiech zrozumienia tuż przed tym, gdy usłyszeli następny huk burzy. Nagle Rodrigo błysnęło w oczach tak, jakby coś go olśniło.

- Raqi… Gdzie jest Ricardo? - zapytał.

Wadera, która wpatrywała się wcześniej w swoje przednie łapy, skierowała teraz wzrok na oczy brata, lecz nie wydała z siebie ani jednego dźwięku.

Czuła się, jakby serce pękało jej od nowa.

- Nie… - prawie wyszeptał basior.

- Tak… - w głosie samicy było słychać ogromny smutek.

- Ale… Ale jak to się stało…?

Raquel ze szczegółami opowiedziała bratu o najstraszniejszej nocy w jej życiu. Pod koniec historii płakała. Rod objął ją.

- Czyli dla nas obu życie nie było specjalnie łaskawe… - powiedział. - Nie wierzę, że straciłem brata… To musi być jakiś zły sen… Mogłem z wami zostać…

- Mogłeś… I do dzisiaj nie rozumiem, czemu tego nie zrobiłeś… - Raquel odsunęła się od niego, wstała i podeszła do stołu z flakonikami.

***

Noc Rodrigo spędził w jaskini Raquel. Spał w laboratorium, chciał dać siostrze przestrzeń i czas na przemyślenie wszystkiego.

Rzeczywiście było o czym myśleć. Wadera wszystkimi czterema łapami broniła się niegdyś przed własną przeszłością, teraz czuła się, jakby została przygnieciona przez lawinę. Długo nie potrafiła zasnąć. Przewracała się z boku na bok, jednak sen nie chciał jej ogarnąć. Sama nie wiedziała już, czy woli to od koszmarów sennych. Cicho westchnęła. Po godzinach męczenia się z własnymi myślami wstała w środku nocy i cichym krokiem zajrzała do laboratorium. Jej brat, jedyny wilk, który jej pozostał, leżał spokojnie przy jednej ze ścian. Miał zamknięte oczy, jego klatka piersiowa unosiła się miarowo. Spał. Raquel wyczuła mocą jego ciepło i uśmiechnęła się pod nosem.

Mimo wszystko od tej pory jej życie miało zmienić się na lepsze.

KONIEC

1000+

środa, 25 listopada 2020

Od Raquel - „Nie uciekniesz przed przeszłością” cz. 1

Wilczyca stała przed wejściem do swojej jaskini. Uważnie przyglądała się urwisku nad nią, w końcu jej dom był ukryty wśród stromych skał. Wejście było niewielkie i jak się wcześniej Raquel wydawało, było też mało widoczne. Jednakże już kilka razy zdarzyło się, że przepędzała z wnętrza lisiurki lub kitsune, które beztrosko balowały w jej jaskini. Główna komnata była przerobiona na laboratorium, przez co znajdowało się tam wiele cennych eliksirów i składników, czasem substancje były niebezpieczne. Wadera nie mogła pozwolić, żeby szkodniki niszczyły jej pracę i przy okazji narażały tereny na niebezpieczeństwo. Kto wie, jakie eliksiry mogły przez przypadek wejść w ich posiadanie. Chciała w jakiś sposób zamaskować wejście do jaskini, żeby nie pojawiali się tam niepożądani goście. Nie potrafiła wymyślić jednak żadnego konkretnego sposobu. Raquel nie znała mikstury, która mogłaby jej w tym pomóc, nie miała też mocy, która jakoś by zadziałała. Nie przypominała również sobie, żeby ktokolwiek z watahy potrafił coś takiego. Co mogła więc zrobić?

Z rozmyślań wyrwało ją burczenie żołądka. Wadera jęknęła, po czym odwróciła się i zaczęła iść głębiej w las. Może po polowaniu będzie potrafiła wpaść na jakikolwiek pomysł. Użyła swojej mocy do wykrycia najbliższych ofiar. Wyczuła, że niedaleko przebywa para wilków, pewnie ktoś z watahy. Dowiedziała się również, że na wschód od niej znajdzie dwa stworzenia większe od wilków, możliwe, że były to leśne byki. Potruchtała w ich stronę, po jakimś czasie natrafiła na zwierzynę łowną i schowała się w zaroślach. Mogła już zauważyć dwie starsze łanie wylegujące się na niewielkiej polanie. Ich łby były zwrócone w przeciwną do Raquel stronę, dzięki czemu ta miała przewagę, dopóki nie wyda z siebie jakiegoś dźwięku. Wadera powoli skradała się do łani po jej prawej stronie, kiedy w jej brzuchu znowu odezwał się wieloryb. Sarny szybko odwróciły głowy i w przerażeniu stanęły na nogi. Ta po prawej, na którą zamierzała rzucić się wilczyca, uciekła bardzo szybko.

- Cholera! - rzuciła przez zęby ciemnoszara samica.

Druga łania zaklinowała raciczkę w wystającym korzeniu, co poskutkowało stratą kilku jej cennych sekund. Raquel skorzystała z tej okazji i zaatakowała zdobycz, powalając z powrotem sarnę na ziemię. Zabiła ofiarę i zabrała się do posiłku.

Pojedzona już wadera powolnym krokiem zaczęła wracać do jaskini. Na niebie zebrały się ciemne chmury zwiastujące deszcz, wkrótce zaczęło kropić. Wiatr zaczął wiać mocniej, przez co mógł być nieprzyjemny, jednak grube futro Raquel chroniło ją przed zimnem. Szła tak, nucąc pod nosem. W pewnym momencie w oddali dostrzegła błyskawicę. Do kilku sekundach usłyszała grzmot. Nadchodziła burza. Wilczyca przyspieszyła do biegu, łapy miała już w całości pokryte błotem. Usłyszała kolejny grzmot.

W końcu dotarła do swojej jaskini, weszła do środka i rzuciła przekleństwo. Fiolki (na całe szczęście puste) były porozrzucane po stole, na którym dostrzec można było ślady ptasich odnóży. Coś musiało tam wlecieć i zrobić zamieszanie. Raquel nie wyczuła jednak obecności żadnego stworzenia w laboratorium. To oznaczało, że cokolwiek tu wleciało, już opuściło jaskinię.

- Muszę wymyślić jakąś osłonę… - sapnęła i zabrała się do zbierania rozrzuconych naczynek.

Podczas sprzątania zaświtała jej pewna myśl. Mogła zabezpieczyć wejście nie używając magii, wystarczyło zrobić coś w rodzaju drzwi. Nadawałby się do tego duży kawałek drewna lub samej kory, żeby z łatwością można było go przesuwać. Wilczyca wychyliła łeb na zewnątrz. Padało coraz bardziej, ale przecież mogła wyjść tylko na chwilę. W końcu mieszkała w lesie, gdzieś blisko musiała znaleźć odpowiednie „drzwi”. Wyszła z laboratorium i szybko podbiegła pod drzewa, które działały jak nieco podziurawiony parasol. Rozejrzała się. Musiała znaleźć starsze drzewo, będzie większe i łatwiej będzie oderwać korę. Niestety w okolicy rosły w większości drzewa iglaste o cienkich pniach. Musiała przejść kawałek, żeby znaleźć się w strefie drzew liściastych. Grzmoty słychać było coraz częściej, pojawiały się tuż po błyskawicach. Burza była więc coraz bliżej. Raquel stwierdziła, że lepiej będzie zawrócić, może w drodze powrotnej zauważy nadające się drewno.

W końcu jej oczom ukazało się obumarłe drzewo. Samica nie miała problemu z oderwaniem części. Kawałek był idealnej wielkości i co najważniejsze - nie był ciężki. Wadera trzymała swoje nowe drzwi w pysku, jednak niesienie ich było troszkę trudne, przez co zwolniła kroku. Była już przemoczona, mokre futro nie osłaniało już jej tak dobrze przed zimnym wiatrem. Ułożyła sobie więc korę na grzbiecie, było łatwiej ją nieść i stanowiła swojego rodzaju tarczę antydeszczową.

Znajdowała się już jakieś trzydzieści metrów od jaskini. Nagle rozległ się najgłośniejszy jak dotąd grzmot. Wilczyca aż podskoczyła, drewno spadło z jej grzbietu na bok. Zrobiła głośny wdech i wydech, żeby się uspokoić.

- Spokojnie Raquel, to tylko burza. - powiedziała do siebie.

Obróciła się, żeby podnieść nowe drzwi. Wzięła je ponownie do pyska, przez co musiała się schylić. Uniosła głowę i momentalnie drewno spadło z powrotem na ziemię, a z ust wilczycy dobiegł krótki krzyk. Serce zabiło jej szybciej, mięśnie odmówiły posłuszeństwa. Zastygła w miejscu, nogi ugięły się pod nią.

Przed Raquel stał wysoki basior o czarnym futrze. Nie byłoby w tym nic dziwnego, ale zawiesiła wzrok na jego oczach. Prawe jego oko miało kolor nocnego nieba, drugie kolor wschodzącego słońca. Wpatrywały się w nią ślepia identyczne do jej własnych.

- Raquel…? Czy to naprawdę ty…? - przerwał milczenie samiec.

Na jego pysku również malowało się zaskoczenie, ale pomieszane z nadzieją. Wadera potrafiła wydusić z siebie jedynie niezidentyfikowane dźwięki.

- Raq, to ja, Rodrigo - wyszeptał.

- Wiem… Przecież wszędzie poznałabym brata… Wiem, dlatego nie umiem uwierzyć - w końcu się odezwała.

Rodrigo lekko się uśmiechnął. Raquel po chwili wybuchnęła płaczem i rzuciła się w objęcia starszego brata.

- Ciiii, już dobrze… - łapą głaskał jej futro.

Po chwili samica uspokoiła się. Dawno nie okazywała słabości. Dawno nie płakała. Dawno nie myślała o swojej przeszłości. Teraz czuła się, jakby została przez coś przygnieciona. Latami nie pozwalała sobie na wracanie do przeszłości, było to dla niej zbyt bolesne. Z nikim nie podzieliła się swoją historią. Odgradzała się od niej jak mogła. A teraz co? Była w kompletnym szoku, że stał przed nią wilk, o którym była przekonana, że dawno nie żyje. Powoli zaczęła zbierać myśli i odsunęła się nieco.

- Może wejdziemy do mojej jaskini? Pada coraz mocniej… - wskazała łapą swoje laboratorium.

- Jasne! Tylko… Chyba przed chwilą widziałem, jak wbiegają tam dwie wiewiórki.

Raquel przymknęła powieki. Wzięła głęboki wdech. Pieprzone szkodniki.

C.D.N.

1000+

wtorek, 24 listopada 2020

Od Samyi do Ice Quenn


Kremowa wadera z nietęgą miną przyglądała się odbiegającej Lisurce. Tego polowania nie mogła zaliczyć do udanych.- No cóż... będę musiała spróbować później. - Stwierdziła z lekkim westchnieniem.
Dzień dopiero co się zaczął, więc Sam wiedziała, że będzie miała jeszcze sporo okazji, aby ponowić swoje łowieckie próby. Nawet jeśli nie należała do najlepszych łowców, to starała się dawać z siebie wszystko. Gdyby jednak te również miałyby skończyć się porażką, Samya była gotowa poprosić kogoś o pomoc. Na razie nie czuła jednak takiej potrzeby. Przyznanie samemu przed sobą, że nie wychodzi jej upolowanie czegokolwiek było trudne i wilczyca wolała aby poczekało jak najdłużej. Nie mając więc obecnie żadnych obowiązków do wypełnienia wilczyca wesoło udała się w okolice Plage Sud. Pogoda nie sprzyjała kąpielom, ale wilczycy nawet przez myśl to nie przeszło. Myślała raczej o krótkim spacerze brzegiem morza i może co najwyżej zanurzeniu na chwilę łap. Sam zaciągnęła się rześkim powietrzem, gdy tylko dotarła na miejsce. Rozciągający się aż po horyzont błękit był widokiem zapierającym dech w piersiach. Wilczyca powoli zbliżyła się do miejsca, w którym woda obmywała piasek. Woda natychmiast sięgnęła jej łap i zimny dreszcz przeszedł przez ciało samicy.
- Tak. Zdecydowanie zbyt zimna. - Stwierdziła, odsuwając się z lekkim grymasem na pysku. - Lepiej, jeśli pozostanę z dala od wody.
Po tych słowach Sam ponownie spojrzała na morze. Ściągnięte brwi i zmrużone oczy wyraźnie wskazywały na wątpliwości wilczycy względem tego, co widzi. Jakaś postać majaczyła jej bowiem w oddali. Sylwetka wilka stojącego na wodzie nawet nie drgnęła. Kremowa wadera stała wciąż niepewna całej sytuacji.
- Hej! - Zawołała.
Widać było poruszenie. Jakby nieznajomy obróciła się, by na nią spojrzeć. Nim jednak zdążyła nastąpić jakakolwiek dalsza wymiana zdań, niesiona przez wiatr woda zupełnie zasłoniła postać wilka, a gdy ponownie opadła po nieznajomym nie było ani śladu. Sam nerwowo przestąpiła kilka razy z łapy na łapę. Nie było wątpliwości, że wilk został pochłonięty przez bezkresną toń. I choć wilczyca nie miała zamiaru wchodzić do wody, nie widziała innego rozwiązania. Stanowiła teraz jedyną pomoc nieznajomemu. Odtrącając więc wszelkie wątpliwości i zdrowy rozsądek przy okazji wbiegła do wody. Morze niemal natychmiast ją zalało, każąc się wycofać. Na przekór temu postanowiła jednak próbować, płynąc dalej. Na nic były boskie znaki w postaci kolejnych fal uderzających w samicę z niemałą siłą. Energia zaczęła opuszczać ciało samicy i coraz trudniej było jej choćby utrzymać się na wodzie. Nim jednak morze zdążyło pochłonąć także ją mocny chwyt i zdecydowane szarpnięcie wydostało Sam na brzeg. Wilczyca zaczęła kasłać, pozbywając się z płuc resztek słonej wody.
- Oszalałaś? - Zapytała biała wilczyca oskarżycielsko. - Co by się stało, gdybym akurat nie była w okolicy?
Samya odwróciła głowę nie chcąc spojrzeć Ice w oczy.
- Chciałam go tylko uratować. - Stwierdziła nieco drżącym głosem długoucha wadera.
- Uratować? Kogo? Przecież nikogo tam nie było...
- Był. Stał na wodzie. A potem przyszła ta fala i... i zniknął.
- Sam... - Zaczęła nieco skonsternowała Ice Queen. - Nikogo tam nie było... wszystko okej?
Kremowa wadera natychmiast spojrzała na swoją wybawczynię. Nie mogła i nie chciała uwierzyć tym słowa. Przecież go tam widziała, ale jeśli nie był prawdziwy to czy to znaczy, że wariuje? Potrząśnięcie głową mające odpędzić te myśli na nic się zdało.
- Chodźmy stąd. - Powiedziała Queen. - Jest zimno, a my obie jesteśmy przemoczone.
Samya zgodziła się skinięciem głowy i posłusznie podążyła za białą wilczycą. Nie chciała w tej chwili o tym rozmawiać i była wdzięczna, że Ice jej do tego nie zmuszała. Obie wadery wróciły do jaskini. Kremowa samica wyglądała na wyraźnie przybitą. Wewnątrz nie zastały Tris. Opiekunka zapewne była zajęta szczeniakami znajdującymi się w watasze. Ostatnie spojrzenie na las znajdujący się z plecami. Sam zachłysnęła się powietrzem. To był on. Ten sam wilk, którego widziała wcześniej na morzu. Wystarczyło jednak jedno mrugnięcie powiek, by nieznajomy rozpłynął się w powietrzu. Ice posłała koleżance zmartwione spojrzenie. Być może były to jedynie zwidy. Nie dawało to jednak odpowiedzi na pytanie dlaczego. Dlaczego teraz? I dlaczego pozostawało to takie dziwne uczucie? SamBo postanowiła się przespać, być może odpoczynek przyniesie strapionemu umysłów i spokój a sen dostarczy jakichś odpowiedzi. Pomimo wszelkich starań kremowa wilczyca nie potrafiła zasnąć. Ponownie opuściła więc jaskinię, aby zaczerpnąć świeżego powietrza. Wśród drzew ponownie zobaczyła jego. Nieznajomego znikającego wraz z mrugnięciem powiek. Instynkt kazał jej podążać za nim. Wadera raz jeszcze znalazła się nad morzem, tym razem jednak na Côte Focheuse. Mogła teraz zobaczyć wilka za znacznie bliższej odległości, mogła zobaczyć mieszające się z jego ciałem powietrze. Nie było już wątpliwości, że nieznajomy jest echem czyjeś przeszłości, która z jakiegoś powodu postanowiła się objawić właśnie jej. Choć nieznajomy zniknął, Sam wiedziała już co robić. Żaden duch nie pozostawał na ziemię bez powodu. Samya znała co najmniej dwa wyjaśnienia tej sytuacji. Duch został uwięziony lub też miał jakieś niedokończone sprawy. Niezależnie od tego Sam postanowiła mu pomóc, w jej opinii każdy bowiem zasługiwał na spokojny spoczynek. Wtedy u boku Sam ponownie zjawiła się Ice.
- Nie będę pytać, co tu robisz, ale może lepiej to przemyśl. - Powiedziała biała wilczyca.
Samya spojrzała na koleżankę lekko zaskoczona. Widząc jej zmartwiony wzrok i dodając do tego fakt, że stoją całkiem niedaleko krawędzi klifu, szybko połączyła elementy układanki i uśmiechnęła się w duchu.
- To nie to, co myślisz. - Powiedziała kremowa wilczyca, Wadera minęła Queen i dodała - Myślę jednak, że przyda mi się pomocna łapa.
Rytuał pozwalający nawiązać kontakt z duchami nie był zbyt skomplikowany. Sam jednak odprawiała go dotychczas zaledwie raz, więc musiała przypomnieć sobie to i owo. Zielarz to punkt obowiązkowy na liście rzeczy. Rytuał wymagał spalenia konkretnej mieszanki ziół i Sam liczyła na to, że znajdzie u Bai Langa większość z nich, o ile nie wszystkie. To nie była jednak jedna rzecz. Ognisko wymagało też krwi zwierzęcia. Najlepiej młodego. Było także coś jeszcze coś, czego Sam nie mogła sobie w tamtej chwili przypomnieć. Kremowa wadera zatrzymała się gwałtownie. Nawet jeśli od razu nie mogła sobie przypomnieć trzeciego składnika, to nie było sensu, aby marnować czas.
- Chciałabym porozmawiać z pewnym duchem. Potrzebuję do tego trochę ziół więc odwiedzę Baia. W tym czasie czy mogłabyś złapać w jakieś? Nie musi być duże, ale dobrze, aby było jak najmłodsze... i aby nie straciło za dużo krwii.
Ice Queen wyglądała na nieco zaskoczoną sytuacją.
- Może przy okazji przypomni mi się, czego jeszcze potrzebuję... - Dodała po chwili Sam.


Ice Oueen?
1000+

sobota, 21 listopada 2020

Od Tsuki ~ "Skrwawiony księżyc", cz. 4 (16+)

Uderzenie łapą w spokojną taflę wody zaburzyło odbicie.
Zacisnęła powieki jak i szczękę a jej usta zmieniły się w cienką linię. Patrzyła na zaburzoną ciecz, która blokowała możliwość dostrzeżenia jej wyglądu w rzece. Nie żeby chciała się oglądać - mogła patrzeć na wodniste zbiorniki tylko jeśli tafla była zaburzona lub uniemożliwiała dostrzeżenie się.
Tsuki stanowczo znienawidziła oglądanie siebie, kim była i jak wyglądała.
Minęło ponad 5 miesięcy od tamtego zmasakrowania jej grzbietu przez starego wuja- Yamis, nie wiadomo jakim cudem, zdołał zszyć jej skórę a rany jakoś szybko się zabliźniły i pokryły się futrem. Młoda wadera w zasadzie nawet nie mieszkała z rodziną, ponieważ wiedziała, że jej ojciec może chcieć zrobić z nią porządek pod osłoną nocy pod pretekstem zemsty za brata. O dziwo, Erot zabronił mu rozprawiać się z najmłodszą córką, gdyż to były ich utarczki. Jak gdyby ten staruch na swój sposób zaczął ją szanować. Dobre sobie. Szara w zasadzie teraz trzymała się tylko swojego opiekuna, przez co jeszcze bardziej skupiała się na naukach.
Szramy dokuczały jej psychicznie.
Najrozleglejsze blizny na grzbiecie niemal wyparły jej emocje, Tsuki zobojętniała niemal doszczętnie. Chociaż może sensowniej stwierdzić, że zwyczajnie zamknęła się w sobie a ukazywała tylko skorupę mającą aurę, która wyraźnie wskazywała na trzymanie się z daleka, zarówno dla niej jak i dla innych członków Watahy Siły Księżyców.
Yamis słabł w oczach. Wiedział, że jego czas dobiega końca. Cały czas jednak powtarzał jej o skupieniu się na tym co ważne. Wielokrotnie wspominał, że obecne przyciśnięcie do nauki to jest finisz. Wilk chciał, by młoda była przygotowana do życia przed ukończeniem dwóch lat. Został mu niecały miesiąc, decydujący o wszystkim.
Dwa tygodnie przed urodzinami trojaczek, coś się posypało.
Tsuki wyraźnie odczuwała niepokój w powietrzu, gdyż w rodzinnej jaskini od tygodnia było zbyt cicho i spokojnie. Coś stanowczo jej nie grało ale nie mogła sklasyfikować, co to za zapowiedź. Starała się tym nie przejmować ale miała to na uwadze i zamierzała zachować dodatkową ostrożność, tak jak w przypadku ciskania w jej kierunku kamieniami lub śmieciami od innych członków watahy. Tsu od razu skierowała się do Yamisa, który leżał tuż przy wejściu do jego jaskini. Od tygodnia widziała, że jego oczy mają coraz mętniejszy obraz. Stary wilk zwyczajnie ślepł na niedługą śmierć. Podniósł ostrożnie głowę w kierunku przybyłej wadery, która stała w milczącym oczekiwaniu.
-Jesteś już gotowa- powiedział po prostu.- Nauczyłem cię wszystkiego co potrafiłem przez życie i co ty możesz. Od ciebie zależy reszta.
-Uważasz, że poradzę sobie?- Zapytała się go cicho. Kiwnął głową.
-Nie patrz na nich, ani na mnie. Ty decydujesz o swoim życiu. Mogę ci jedynie doradzić jak najszybsze opuszczenie tej zapchlonej rudery- splunął. Yamis także nie miał miłego określenia na obecny status watahy.
Wkrótce Tsuki bezszelestnie przemierzała tereny watahy, skutecznie omijając szerokim łukiem jaskinię rodzinną jak i miejsca w których najwięcej i najczęściej bywały inne wilki. Jeszcze dwa tygodnie oficjalnego wytrzymania w tym syfie?
Wtedy właśnie na jej drodze stanął ten wilk.
Jego pewna postawa ciała dobitnie sugerowała, że typ jest przekonany do swego i nie ma opcji na zmianę. Zatrzymała się i patrzyła na niego nieco napięta. Atmosfera wręcz kleiła się obrzydliwie. Obserwując jak na nią patrzył, aż ciągnęło ją na wymioty. Zarechotał i oblizał się z tym paskudnym uśmiechem. Stanęła łapami nawet mocniej w ziemi, czuła nadciągające zagrożenie z jego strony.
-A więc tu jesteś. Świetnie się nawet złożyło, nie miałem ochoty cię szukać wszędzie gdzie leci- odezwał się takim tonem, że u normalnego wilka byłaby aż gęsia skórka. Jednak nie u niej, oj nie. Tsuki mając już swoistą wprawę z radzeniem sobie z okropnościami ze strony innych ku niej, jedynie dodatkowo uzbroiła się w czujność. Wyczuwała, że poza nimi, nikogo w okolicy nie ma, co było aż dziwne. Nie odrywając wzroku od niego, wykonała rucha na bok, ale on zrobił dokładnie to samo. Czyżby bawił się w kotka i myszkę?- Gdzie się wybierasz?
-Tam, gdzie mi się żywnie podoba- powiedziała sucho ale cały czas obserwowała jego poczynania.
-Ah tak? A mnie to nie obchodzi- powiedział w sposób lekceważący. Zaraz jednak spojrzał na nią w taki sposób, że cudem się powstrzymała, by się nie cofnąć.- Nie pozwolę ci teraz odejść. Twój ojciec dał mi zgodę.
Nie zapytała o co chodziło. Sam sposób jak na nią patrzył, sugerował o intencjach. Szczególnie to, co zaraz miało miejsce.
Wilk rzucił się w jej kierunku, ona z kolei go ominęła odskokiem na bok. Nie poprzestawał w skakaniu ku niej a ona w unikach. Widać było, że zamierzał ją zagonić w ślepy zaułek, gdyż nie lekkie szaleństwo nie opuszczało jego oczu. W pewnej chwili musiała zmienić strategię, ponieważ zaganiał ją w kierunku gwałtownego urwiska na skraju lasu- jeśli odskoczy jeszcze raz tak to spadnie.
Ta chwila kosztowała ją to, że dopadł ją. Natychmiast przygniótł ją i obrócił się. Zamierzał ją wykorzystać!
Tsuki natychmiast zaczęła się szarpać, na co on wtopił pazury w jej boki, oczekując, że w ten sposób ją opanuje ale zamiast tego, zażarcie się broniła. Nie przestawała prób ataków na celu oswobodzenia się, tak samo jak on usilnego wejścia w nią. W końcu z całej siły rąbnęła go w łapę a gdy tylko się zachwiał przejechała mu pazurami po pysku, trafiając na linię oka. Basior w odpowiedzi ryknął z bólu i chwyciła w kły jej łapę, która go zaatakowała.
-Ty suko- wycharczał.- Już nie żyjesz!
Tsuki na to gwałtownie drugą łapą uderzyła go w kark, przez co stracił przytomność po głośnym upadnięciu całym ciałem o grunt. Dyszała szybko, mentalność nakazywała jej jak najszybsze opuszczenie tej sytuacji.
Wkrótce z ranną łapą, nie czując bólu, biegła z ziem Watahy Siły Księżyców. Uciekała z rodzinnych stron, nawet nie oglądając się za siebie- zresztą i tak za te dwa tygodnie znikłaby z tych terenów.
W sercu było jej nawet żal, że nie pożegnała się z Yamisem. Ściskało ją to, że w ostatniej godzinie nie będzie przy nim, nawet jeśli sam by jej kazał spieprzać stamtąd.
Nienawidziła swojej rodziny, każdego z osobna i wszystkich jednocześnie. Akelę za totalną zlewkę i przekonania o swoją rację. Acrellę i Thalię za znęcanie się nad najmłodszą. Erota za popieranie przemocy w stosunku do Tsuki i zmasakrowanie jej grzbietu. Mera za jawną agresję na niej i w dodatku za to, że pozwolił na zgwałcenie Tsuki przez jakiegoś typa. Cudem się udało ale sama świadomość, że tylko cudem i naukom od opiekuna wyratowała się z potwornej sytuacji...
W pewnym momencie, już z dala od granic watahy zatrzymała się i spojrzała nienawistnym wzrokiem za siebie.
-Wszyscy jesteście popieprzeni i warci siebie- splunęła. Zaraz spojrzenie jej zrobiło się gorzkawe.- Wybacz mi Yamis, że ci nie podziękowałam wystarczająco za to, jak mi pomagałeś. Wybacz, że nie będę przy tobie w chwili śmierci. Postaram się cię nie zawieść...
Stanęła wyprostowana pyskiem do rodzinnych stron i wydała z siebie długie wycie, wkładając w to wiele sił i niejako emocji. Wyła tak dobre kilkanaście sekund, aż skończyła i ponownie spojrzała twardo w tamtym kierunku. Zaraz odwróciła się i ponowiła bieg, chcąc być jak najdalej od tego miejsca, które zgotowało jej piekło. Spojrzenie jej wówczas z powrotem zobojętniało.
Nawet nie przeczuwała, że po kilku tygodniach biegu z ranną łapą, która się goiła w trakcie, natrafi na watahę, w której rozpocznie nowe życie i zmieni w niej wiele.
Nie będzie wyrzutkiem.
Nie będzie workiem treningowym.
Nie będzie traktowana gorzej niż padlina.
Będzie po prostu waderą, która nie wydaje się, aby martwiła się o cokolwiek, być może na razie.
Spróbuje być sobą.
Będzie Tsuki.

KONIEC

czwartek, 19 listopada 2020

Od Tsuki ~ "Skrwawiony księżyc", cz. 3 (+16)



Wataha Bliźniaczych Księżyców nie istniała, zamiast niej została utworzona Wataha Siły Księżyców.
Alfa w końcu postawił na swoim, tym samym odtrącając dziedzictwo byłej alfy, postąpił jak chciał jego ojciec, wcześniejszy przywódca. To był moment, kiedy wataha podzieliła los Lacrimosy - jej świetność odeszła na dobre. Nawet jeśli wilk powtarzał, że dopiero teraz jest potężna.

Yamis się nie patyczkował.
To właśnie ten stary wilk ukierunkował rozwój wadery, która właśnie weszła w okres nastoletni, mając na koncie okrągły rok egzystencji na ziemi. Basior powtarzał, że nie pozwoli aby nauki jego świętej pamięci siostry znikły bezpowrotnie. Kiedy nie opatrywał jej najnowszych ran od reszty watahy, która uważała ją za wyrzutka, mówiąc najdelikatniejszymi słowami, uczył ją wykorzystywać swoje mocne strony, które posiadała. Nikt by nie zgadł, że natura obdarowała ją znacznie silniejszymi zmysłami, które pod okiem opiekuna nawet zwiększała. Albo moce, które byłyby na wagę złota lub nawet nieocenione w starciu.
-Gdyby Lacrimosa żyła, zdecydowanie chciałaby ciebie w każdej walce. Mogłabyś już na starcie przechylić szalę zwycięstwa po naszej stronie i znacznie skrócić czas walk- powiedział pewnego dnia w trakcie treningu.
Tsuki mogła wtedy śmiało powiedzieć, że tylko Yamis trzymał ją o zdrowych zmysłach dzięki nie mu nie zrobiła sobie krzywdy, jak to często myślała.

*

-Obiad- mruknęła Akela podsuwając kawałek mięsa najmłodszej córce. Część sarny do zaspokojenia głodu, nic więcej. Dorosła już jakiś czas temu stwierdziła, że obowiązkiem rodziców jest zapewnienie dachu nad głową i jedzenia swoim młodym, standardowe potrzeby.
Nie pałała miłością do swojego potomstwa. Tsuki odczuwała to dotkliwie z malutkiego kąta jaskini, który jej przypadł, podczas gdy starsze siostry dostały nieco większe przestrzenie jak i posiłki- to za sprawą ojca. Obiło się jej o uszy, że uważał starsze za pewnik przyszłościowy, dlatego też potrzebowały znacznie więcej niż taka "niedorajda" jak ona. Miała to gdzieś, tak naprawdę. Yamis kilkakrotnie jej wspominał o szybkim opuszczeniu watahy dla własnego dobra. Jednak czy roczny wilk i nie do końca wyszkolony, może przetrwać nieznane warunki świata i potencjalną długą tułaczkę? Nie. Właśnie dlatego Tsuki musiała zagryźć zęby i wytrzymać.
Jeszcze ten jeden rok.
Księżyc zdawał się iskrzyć swym blaskiem.

Obserwowała niedostrzeżona przez Acrellę, jak ćwiczy. Nawet z dużego dystansu widziała jej trudności- najstarsza z ich trójki miała kłopoty z równowagą przy gwałtownych skrętach tułowia w biegu. Średnia z kolei była słaba z kwestią oceny dystansową, ponieważ przykładowy rzut nie umiała nie spartolić. To dodawało poczucia wyższości nad siostrami dla Tsuki, gdyż same jej wyostrzone zmysły umiały jasno i precyzyjnie określać sytuacje.
Słyszała jak Mero i jego znacznie starszy brat Erot ćwiczyli te dwie wadery. Najmłodsza zdawała sobie sprawę, że, o jaka szkoda, Erot ślepł na jedno oko i był coraz łatwiejszym celem. Unikała ich, zwłaszcza basiorów- kontakty rodzinne ograniczyła do absolutnego minimum. Erot był nieobliczalny w obyciu i chociaż starała się być silna to przy nim nie raz mentalnie panikowała.

To wydarzyło się popołudnia w czasie obiadu. Trzy młode wadery miały już po półtora roku na karku i były w okresie nastoletnim. Acrella i Thalia były zajęte rozmową we dwie i olewania istnienia najmłodszej siostry, podczas gdy Tsuki ignorowała ich totalną zlewkę. Stwierdziła, że nie będzie kontaktowała się z osobnikami bez własnego mózgu, jak Thalia która wręcz ślepo naśladowała Acrellę. Smutne to i chore.
Kiedy przybył Erot, wszyscy jak na komendę zajęli dystansowane miejsca na posiłek i w milczeniu jedli. Tuż po tym wyszli i zajęli się sobą. Bracia usiedli obok wejścia do jaskini, Akela z Acrellą i Thalią gdzieś znikły a Tsuki siedziała na uboczu ale wychwytywała wszystko ze swojego położenia.
-Zaczynam tracić resztki cierpliwości do Yamisa- usłyszała słowa wypowiedziane z pogardą od wuja.
-Co znowu?- Mero przewrócił oczyma.
-Po prostu: żyje. Szczerze czekam z utęsknieniem na dzień jego zgonu. Hehe, z chęcią bym dopomógł. To stary, bezwartościowy typ, który jest trzymany tylko ze względu na pokrewieństwo z byłą alfą. Faworyzacja, nie ma co- splunął Erot.
-Aaa, tak. Gdyby nie ona to ojczulek byłby dowódcą- przypomniał sobie Mero, który wstał i kierował się gdzieś.- Masz rację bracie, nic wartego uwagi.
Tsuki aż się wyprostowała na te określenia. Instynkt aż ryczał o bronienie honoru jej opiekuna. Żaden gnój nie będzie obrażał kogoś dla niej ważnego. Wstała i z patrząc spod byka skierowała się głównie w stronę dziada, który właśnie podążał wzrokiem za młodszym bratem. Spojrzał z góry na młodą waderę, która stała wręcz napięta dobre dwa metry przed nim.
"Pamiętaj trzymać jak najkorzystniejszy dystans"- złota zasada przetrwania.
-A ty czego tu?- Zapytał się pogardliwie Erot bratanicę.
-To niesamowite z jaką lekkością i braku szacunku mówisz o kimś, kto przysłużył się watasze przez lata. Uważasz się za lepszego?- Odezwała się spokojnym głosem, chociaż jej oczy mówił co innego. Efekt przypominał jeżdżenie widelca po talerzu.
-Jak śmiesz się tak do mnie odnosić? Nie wiesz kim jestem?- Erot wstał ze zmrużonymi oczyma, chcąc zapewnić sobie wielkość.
-Mówisz o nędznym połączeniu krwią czy o byciu żałosnym staruchem o tak niskim poczuciu własnej wartości, że musi sobie ją podbudowywać terrorem?- Spojrzała na niego kpiąco.- Twój czas się kończy. Stajesz się coraz słabszy.
-Zamknij mordę!- Mero przypomniał o swoim istnieniu ale ucichł na gest brata. Erot zwęził oczy.
-No no. Wyszczekana jesteś jak na bezwartościowego śmiecia.
-Jak słodko, że mówisz o sobie- odparła wręcz cukrowo.
Erot zabronił się wtrącaniu Merowi, chyba tylko przez wzgląd na dumę. Młody tylko patrzył całkiem zdumiony jak ta wilczyca, którą nazywał nikim, rzuciła się na Erota do starcia, bezkonkurencyjnie pogrążając go w zaledwie dwie minuty. Patrzyła twardym wzrokiem na starego pryka, który ośmielił się bluzgać pod adresem jej opiekuna.
-Coś podobnego- splunął Erot.
Oddychał ciężko, gdyż nie spodziewał się takiej prędkości i precyzyjnych ruchów w kierunku jego wszelkich słabości. W życiu by nie powie, że Tsuki faktycznie była dobra w walce. Zamiast tego, postanowił pokazać, że to jednak wygrał ten pojedynek i przywołał spod szarej wadery niejaką sprężynę ziemi, która podbiła młodą w powietrze. W ciągu sekundy zarejestrowała całość sytuacji i wszelkie zakończenia- wszystko dlatego, iż wybicie odsłoniło swoją ostrość.
"Jeśli spadnę na to, to już po mnie" pomyślała. Musiała wybrać mniejsze zło. Dlatego odbiła się i wylądowała bezpośrednio przed Erotem, który na to szybko podciął jej łapy, tym samym powalając na ziemię. Przygwoździł łapą jej kark i natychmiast wgryzł się w jej grzbiet. Atakował kłami skórę, chcąc się przebić jak najgłębiej dla ukarania tej bezczelniej główniary. Tsuki wydawała z siebie dźwięki bólu ale za nic nie zamierzała wierzgać, ponieważ to by tylko pogorszyłoby sprawę. Basior kontynuował niszczenie grzbietu młodej samicy, aż w końcu pociągnął skórę do góry, niemal całkiem odrywając jej sporej wielkości płat. Krew sikała z ran.
-Bracie, wystarczy- przerwał sucho Mero.- Dość ją ukarałeś.
Obaj odeszli jak gdyby nic, zostawiając leżącą i niezmiernie poważnie ranną Tsuki na ziemi w jej własnej krwi. Oddychała bardzo płytko, obraz stawał się rozmazany. Dobrze wiedziała, że rozorany grzbiet jest w stanie makabrycznym, sporą część nie czuła, zatem i nerwy zostały trwale uszkodzone albo całkiem zniszczone. Yamis lada chwila ją znajdzie...
Księżyc został zalany krwistą posoką.

CDN.
1000+

niedziela, 15 listopada 2020

Od Ice Queen Cd. Andzi


Dni w watasze mijały mi dość szybko i beztrosko. Oczywiście miałam swoje obowiązki, lecz nie były dla mnie uciążliwe. Kiedy mieszkałam z ciotką Sally i dziewczynami było o wiele gorzej, w końcu to ja wykonywałam większość obowiązków. Kto wie czy nie wszystkie, ale nie wracajmy pamięcią do tamtych czasów. Teraz tutaj jest mój dom i tutaj zamierzam zacząć nowe życie, wiem że będą gorsze i lepsze chwile bo nie ma miejsca na ziemi które jest idealne. Ale to wataha więc będziemy w tym siedzieć wszyscy razem, nawzajem się chroniąc. Że ja nawet przez pewien okres w swoim życiu gdy tułałam się parę dobrych miesięcy nie pomyślałam o takim czymś. Żeby dołączyć do takiej watahy lub przynajmniej spróbować się gdzieś zaaklimatyzować. Ahhh, miałam szczęście że natknęłam się na te piękne, magiczne tereny.
Było jesienne popołudnie, mój brzuch zaczął głośno burczeć. Byłam razem z Rene obok jej jaskini, mówiła mi o nowych członkach którzy niedawno dołączyli. Lubiłam rozmawiać z Alfą, lecz głód nie dawał spokoju. Więc przeprosiłam grzecznie waderę i wyjaśniłam że idę się przejść w poszukiwaniu jakiejś zwierzyny. Ogółem pytałam również czy nie ma ochoty pójść ze mną, jednak dobrze wiedziałam że aktualnie jest zajęta swoimi spawami i od razu po rozmowie ze mną musi gnać gdzie indziej. Skinęłam głową i z uśmiechem ruszyłam w teren. Jak zwykle od razu nie zaczęłam szukać zwierzyny, lecz rozkoszowałam się pięknem Naszych terenów w jesiennych barwach. One są tak cudowne, te drzewa o żółtych, pomarańczowych i czerwonych liściach. W centrum watahy może to nie wygląda aż tak dobrze, ale kiedy wjedzie się do lasu od razu można dostrzec kolorowy dywan który stworzyła matka natura. To moja trzecia jesień w życiu, chciałabym się nią nacieszyć zanim nastanie zima. Teraz z mojej głowie powstał mały spór, lubię jesień...ale zima to idealna pora dla mojej osoby. Czemu wtedy nie cieszę się tak bardzo? Pewnie dlatego że w zimę często ciotka wysyłała mnie po zwierzynę, a było jej o wiele mniej. Szukałam często po nocach i nie mogłam odnaleźć nawet polnej myszy, nie przemieszczaliśmy się. Ciągle byliśmy w tym samym miejscu, tak znienawidzonym przeze mnie.
Potrząsnęłam łbem by przestać myśleć o starym rozdziale w moim życiu i ruszyłam dalej. Łapa za łapą wlokłam się z lekka, mimo iż jeszcze niedawno mój żołądek nakazywał mi natychmiast ruszać na łowy. Zrozumiałam że jakoś specjalnie mi się nie spieszy, przeszłam się jeszcze nad strumyczek by na początek się dobrze nawodnić przed polowaniem. Woda dodała mi nie tylko energii ale i rozbudziła mnie do działania. Jeszcze tylko wturlałam się we wrzosie który rośnie obok strumyka, ma taki piękny zapach że zwierzyna mnie nie wykryje. Mruknęłam pod nosem i zaczęłam węszyć mój obiadek. Stwierdziłam że jeśli uda mi się trafić na coś większego przyniosę też coś Renesmee. Po paru minutkach dostrzegłam w krzakach ruch, sądziłam ze to zając ale wyskoczył z nich młody sorek . Nie tykałam go, bo chciałam by zaprowadził mnie do całego stada. Bezszelestnie podążając za sorkiem oblizywałam się raz po raz szykując plan działania.
- Idealnie....
Szepnęłam cicho widząc stado saren, piękne sztuki . Nawet nie spodziewały się takiego ataku w samo południe, nie sądziły że któraś z nich zostanie moim obiadkiem. Strzygły uszami raz po raz sądząc że mnie wykryją, gdybym była mniej doświadczona byłoby to możliwe. Ale z moim stażem w polowaniach zdarzają się tylko wpadki raz na jakiś czas. Upatrzyłam sobie jedną z największych saren i bez namysłu rzuciłam się na nią ze zwinnością geparda. Celując w szyję trzymałam się mocno jej boczków, jednak dorosły samiec nie zostawił samicy samej. Gdyby nie on byłaby już na widelcu! Zepchnął mnie porożem z samicy, a ja przewróciłam oczyma po czym użyłam jednej z moich mocy. Nie chciało mi się tracić energii na używanie mocy, ale przynajmniej mięsko będzie upieczone.
- No i bum...
Mówiąc to na niebie pojawiły się dwie piękne błyskawice które uderzyły prosto w dorosłą samicę i samca który mnie bronił. Zginęli na miejscu...wooo ale pychota! Najlepsze jest to... że jest chrupkie i bardziej podpieczone. Doskoczyłam do martwego już ciała sarny i zaczęłam rozkoszować się mięsem, oczywiście nie miałam w planach zjedzenie całej zdobyczy , ale była tak pyszna że przez dwie godziny obgryzałam nawet kostki. Zjadłam około połowę dorosłej samicy sarny, aż mi się odbiło... To nie był dobry pomysł, żeby jeść na zapas. Już chciałam zabierać obiad do centrum watahy i podzielić się z resztą... kiedy w oddali zobaczyłam jakąś postać. Nie była mi znana, ale też nie byłam pewna czy nie jest członkiem watahy. Z takiej odległości jeszcze nie czułam jej zapachu... Zmieniłam się w lodową wilczyce i szybko dostałam się bliżej wadery. Widziałam jak węszy, przybrałam swoją normalną postać żeby jej nie wystraszyć i wyszłam jej naprzeciw po czym warknęłam donośnie:
- Stój!
W tej samej chwili zmierzyłam ją wzrokiem, po prostu zaczęłam ją uważnie obserwować, oglądać. Musiałam w końcu byś uważna, nie wiem kim jest i co tutaj robi. Może jest nawet z watahy a ja się na nią wydzieram jak głupia. W myślach walnęłam się łapą w łeb. Nigdy jej tutaj nie widziałam, ale też mogłyśmy się jeszcze nie spotkać. Była niższa niż ja, ale za to miała bardzo ciekawe umaszczenie. Dość niespotykane, ogółem to chyba tylko ja jestem na tyle ,,zwyczajna''. Każdą waderę coś wyróżnia, a ja nie mam nic takiego jak one. Rene ma piękne skrzydła i grzywkę, Samya urocze uszyska a Attano hipnotyzujące niebieskie paczałki. Ta nowo poznana postać też była dla mnie interesująca, lecz nie wiedziałam do końca co mam z nią zrobić. Zanim otworzyła pysk dodałam:
- Jesteś głodna?
Ona lekko zdziwiona zaczęła się rozglądać, może sądziła że nie jestem tutaj sama. Albo co gorsza, myślała że ja będę jej obiadem?! Szczerze wątpię, nie chciałam jej od razu wypytywać kim jest i co tutaj robi. Stosowałam inną taktykę, trzymałam pozycję bojową ale rozluźniłam poszczególne partie ciała. Była bardzo niepewna , pewnie nie spodziewała się takiego pytania od mojej osoby. Czyli jest obca... Nie zrobiła ani jednego kroku w moją stronę, jej ciało było naprężone, gotowe do ataku we własnej obronie. Uśmiechnęłam się do niej wymownie a ta kiwnęła głową.
- Choć za mną.
Zaprowadziłam ją do zdobyczy , ciągle mając z tyłu głowy że nie znam jej ani jej zamiarów. Jednak moja intuicja podpowiadała mi że wadera jest raczej dobrych zamiarów i szukała tutaj czegoś. Może tego co ja gdy Cap i Rene przyłapali mnie kiedy kicałam sobie po ich terenach. Ja szukałam mojego miejsca na ziemi, przygód. No i chyba znalazłam. Wskazałam jej obiad i usiadłam niedaleko.
- Zjedz tyle ile potrzebujesz....
Powiedziałam bez emocji , nie chciałam żeby wadera od razu mogła mnie rozszyfrować. Lecz ona z lekka zdziwiona spojrzała na mnie pytając:
- A Ty?
Ja westchnęłam , bo wiedziałam że za dużo zjadłam. Wskazałam jej na mój pełen brzuch i kazałam jeść. Po chwili, gdy zjadła już trochę zapytałam:
- Skąd jesteś?

Andzia? Przepraszam że czekałaś tak długo!


PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1117
Ilość zdobytych PD: 558 + 5% (28 PD) za długość powyżej 1000 słów
Obecny stan:

Od Ice Queen - ,,Miejsce w którym mogę być sobą''

Aktualnie znajduje się w sytuacji w której nie wiem jak zacząć i czy ogółem zacząć. Pewnie od razu nasuwa Wam się pytanie: co dokładnie? Ehhh, głównie chodzi mi o mój dalszy żywot, właściwe nowy rozdział w mojej nudnej historii. O dalszą podróż po lepsze życie, którego nawet nie poczułam smaku. Nie pojmuje jak zacząć je od nowa , ciągle wracam pamięcią do dni w których byłam tylko sługą wykonującą sporo poleceń. Moja własna ciotka zniżyła mnie do takiego poziomu, ogółem to chciałabym jej podziękować bo to dzięki niej wiem że życie wcale nie jest łatwe. Nauczyłam się wytrwałości, no i wielu innych czynności które jej córki nie potrafią tylko dlatego że robiłam je ja. A one w tym czasie miały inne zajęcia, nie związane z kształceniem się. Mimo że biegnę , czuję jak przeszłość próbuje mnie dogonić , nie zapomnę tego co było. To już zostanie, chyba że ktoś wymaże mi ten rozdział z pamięci. Myśli kotłujące się z wielką siłą w moim pustym łbie dawały o sobie znać raz po raz, nie czułam się winna ucieczki ni tego iż uwięziłam je w lodzie. Ich charakter zmusił mnie do wykonania takiego bestialskiego czynu, ogółem nie umarły więc niech się cieszą że lód się topi. Jak można chcieć kogoś sprzedać ? Co prawda basior któremu chciała mnie ,,opchnąć'' był przystojny, miał charakter i był bogaty. No ale szanujmy się, on by mnie kupił jako służącą a któraś z jej córek byłaby jego partnerką. Ciotka jest jedną z najbardziej odrażających i tchórzliwych wilczyc jaką kiedykolwiek dane mi było poznać, jakim cudem była spokrewniona z moją matką?! Sally miała piękne imię, ale nic po za tym. Nie grzeszyła rozumem a jej wygląd był dość kontrowersyjny. Nie używała swoich mocy, chociaż były one piękne, naprawiały świat. Ona wolała siedzieć w jakimś zapyziałym lesie i wychowywać swoje okropne córki, nie miała oczywiście partnera. Bo ten zostawił ją po jakimś czasie , gdy dowiedział się jaka jest naprawdę. Niestety wychowywała je sama i kształtowała charakter córek pod siebie, dlatego też obie są lustrzanym odbiciem matki. Ja nie byłam taka sama jak one, Sally próbowała mnie jakoś ukształtować. Ale za każdym razem stawiałam czynny opór, zwłaszcza że miałam swój rozum i to dało mi przewagę. Myślałam inaczej niż one, wyglądałam też inaczej... To nie było tak że od początku traktowała mnie źle. Była bardzo pieszczotliwą zastępczą matką, ciepłą i ukochaną. Aż do czasu... Kiedy zobaczyła we mnie inną osobę. Sama nie wiem kto to był, ale nawet mi się nie wytłumaczyła. Od tak zaczęła mną pomiatać bo wiedziała że mój charakter jest mój i ona tutaj nic nie zdziała. Raz nawet próbowała zabrać mnie do jakiegoś pobliskiego szamana, żeby wmówił mi iż mam się słuchać tylko jej itp. Przeżycie było dość ciekawe, zwłaszcza dla szamana który zwiewał z podkulonym ogonem. Jego pożegnanie ogółem było dosyć elektryzujące... W skrócie, pier***nął go piorun, a ja z szyderczym uśmieszkiem wróciłam z ciotką. Nie było mi z tego powodu przykro, jak on dał się namówić na takie rzeczy Sally, to musiał być bardzo inteligentny. Chyba że dobrze mu zapłaciła... Kiedyś nawet mówiła mi i dziewczynom , iż niedługo posiądzie takie bogactwo że będzie mogła być nieśmiertelna. Nie zrozumiałam tego od razu, ponieważ byłam mało światowa. Ale co daje taka nieśmiertelność? Jeśli jest się wielką jędzą , która nie ma jakiegokolwiek celu w życiu. Nie próbuje nawet polować tylko wysyła mało doświadczone szczenię na spotkanie ze stadem dzików. No nie wiem co ona miała wtedy w głowie, ale pamiętam jej ogromne zdziwienie kiedy wróciłam cała i zdrowa. W dodatku z jedzeniem... Nauczyłam się dość wcześniej używać swoich mocy, dzięki temu nie doświadczyłam rozczarowania na polowaniach. Udało mi się zamrozić 6 dzików w kostkach lodu i przytaszczyć pod same łapy Sally. Coś mi się zdaje że ona czuła się troszkę zagrożona z mojej strony, zwłaszcza w sytuacjach których zaczęła się ze mną kłócić a pogoda zmieniała się przez moje emocje. Wtedy nie panowałam nad nimi prawie wcale, więc niejednokrotnie ciotka została ofiarą klęsk żywiołowych. Co najgorsza, nie było mi z tego powodu jakoś specjalnie przykro...
Moje przemyślenia trwałyby nieskończenie długo gdyby nie zapach który poczułam na terenach w które przed chwilą wkroczyłam. Wzięłam głęboki oddech i rozkoszowałam się świeżym powietrzem, nie wiedziałam kto dokładnie tutaj przebywa. Rozumiałam tylko, że nie jest sam i pewnie nie będą długo zastanawiać się nad tym by mnie zaatakować. Mimo iż wcale nie stwarzam zagrożenia na chwilę obecną , pewnie będą widzieli we mnie wroga. Nie zastanawiałam się zbyt długo i próbując szerokim łukiem ominąć watahę brnęłam do przodu. Tereny wyglądały dość kusząco, pewnie dlatego ktoś je zajął. Rozglądając się uważnie w oddali dostrzegłam coś bardzo oświetlonego, zmrużyłam oczy i ze zdziwieniem kroczyłam ku temu obiektowi. Po chwili byłam już przy moście który aż kipiał jakąś nieznaną mi magią, był dzień a on połyskiwał, błyszczał. Jakby słońce odbijało o most swoje promienie. Może i nie był jakoś specjalnie zadbany ani jego stan nie był najlepszy ale wiedziałam że nie zarwie się jak po nim przejdę. Z cwaniackim uśmieszkiem wskoczyłam na most jak mały szczeniak i zaczęłam po nim biegać. A za mną ciągnęły się jakieś iskry, dość ciekawe zjawisko. Brakowało jeszcze jakiejś głupkowatej zabawy ogonem i osoby które w tamtej chwili mnie oglądały, mogłyby uznać mnie za totalną wariatkę. Na szczęście to nie przyszło mi do głowy , lecz moja czujność gdzieś zaginęła i w tej samej chwili zostałam przygwożdżana do ziemi przez jakiegoś czekoladowego basiora. Wiedziałam że to był głupi pomysł, ale kto by pomyślał że tak skończę? Warknęłam cicho mimo iż nie miałam złych zamiarów, on nie był sam...ja tak. Z krzaków wyłoniła się urocza wilczyca o szarym umaszczeniu , ognistej grzywce i skrzydłach . Samiec warknął na mnie spoglądając się w moje bursztynowe oczy, połaskotałam go ogonem po brzuchu i zrzuciłam jego cielsko z mojej osoby.
- Kim jesteś i czego chcesz?
Usłyszałam tylko jedno zdanie wypowiedziane bez emocji. Neutralność przy poznaniu to dobra cecha, im tego nie brakowało. Też próbowałam to zagrać, ale nie do końca mi to wyszło:
-Nikim ważnym, nie zaprzątajcie sobie mną głowy. Zaraz stąd znikam... Po prostu uciekam przez przeszłością.
Wadera spojrzała na mnie łagodniejszym wzrokiem, lecz basior śledził mój każdy ruch... oglądał mnie z każdej strony jak gdybym była obiektem jego zainteresowań.
- Jeśli nie masz słych zamiarów to nie musisz stąd odchodzić. Mam na imię Renesmee i jestem Alfą tych terenów. A to jest Capitán, samiec Beta.
Oczywiście że w tej chwili zapaliła mi się lampka w głowie...Co by było gdyby? Od razu westchnęłam i usiadłam pokazując że nie mam złych zamiarów. Przedstawiłam się i opowiedziałam im troszkę o mojej historii. Po jakimś czasie na ich pyskach zawitał normalny wyraz, szczery. Nie wiedziałam dokąd idę, ale chyba w tym momencie wiem gdzie zostanę. Minęła godzina a my już zwiedzaliśmy tereny, Rene przydzieliła mi jaskinię i poprosiła żebym dała znać czy chcę dołączyć za parę dni. Lecz nie minęło pół dnia a ja namyśliłam się bardzo dobrze, w końcu nie miałam nic do stracenia. Potuptałam do jaskini Alfy a ta z uśmiechem powitała mnie jako nowego członka, szybko znalazłam z nią wspólny język. Nie ufałyśmy pewnie od razu sobie w 100% ale zgodziłyśmy się na moją posadę. Zostałam obrońcą Alfy, czyli samej Rene . Oczywiście że od samego początku czułam się zaszczycona , ta posada wymaga sprawności fizycznej i inteligencji. No i zgrania z przywódcą.
Wygląda na to że na chwilę aktualną znalazłam swoje miejsce na ziemi, tak przynajmniej mi się wydaje... Czuję się tu obco ale tylko dlatego że znam bardzo mało członków. Pewnie się jeszcze rozkręcę... A mój nowy rozdział zacznie pisać się sam, od nowa... Mam nadzieje że dożyję tutaj spokojnej starości, będę miała kochanego partnera i gromadę szczeniąt. W zupełności byłabym spełniona, kochałabym je z całego serca. Kto wie, może uda mi się tutaj założyć rodzinę...jeśli ktokolwiek się za mną obejrzy...


PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1285
Ilość zdobytych PD: 642 + 5% (31 PD) za długość powyżej 1000 słów
Nagroda za bonus: 
Obecny stan: 

sobota, 14 listopada 2020

Od Ice Queen - ,,The Mist'' (Konkurs)

Smacznie sobie śpiąc śniłam o mojej przyszłości, ponieważ każdej nocy miałam nadzieję że moje życie jakoś się ułoży. Chciałabym tak strasznie mieć kogoś kto mnie pokocha za to jaka jestem , za to że jestem. Wspierałabym tego basiora na wszystkie możliwe sposoby, gdyby tylko istniał ten który zrobiłby dla mnie wszystko. Ten jedyny, na białym rumaku...choć brzmi to dziwnie. Takie przypowieści słyszałam dość często. Mniejsza o białego rumaka. Już teraz marzy mi się gromadka szczeniąt, wiem że byłabym dobrą matką. Ciotka często wykorzystywała mnie przez moją opiekuńczość i wrażliwość. Ten piękny sen o biegających po łące maleństwach przerwał krzyk. Niczym krzyk duszącej się postaci, zerwałam się na równe łapy i zaczęłam nasłuchiwać. Ale pojawiła się cisza jak makiem zasiał, ziewnęłam sądząc że coś musiało mi się zdawać.
- Ice!
I nagle ten głos, głos który wydawał mi się bardzo znajomy. Nie jestem tutaj jakoś bardzo długo, ale moje stanowisko ma to do siebie że sporo czasu spędzam z Rene. Alfą naszych terenów, to ją aktualnie znam najbardziej i jest mi najbliższa. Wiem że w pewnym stopniu mi ufa ze względu na moją posadę. Obrońca Alf- to wcale nie takie łatwe stanowisko, zwłaszcza że przywódca to osoba która jest atakowana na samym początku. Jakoś jeszcze nigdy nam się takie coś nie zdarzyło, aż do teraz. Rozpaczliwy dźwięk pisków Renesmee sprawiał że na początku zaczęłam zwijać się z bólu, moja głowa prawie pękła. Kiedy się otrząsnęłam zaczęłam biec niczym struś Pędziwiatr uciekający przed kojotem. Tylko że ja biegłam na ratunek.... Będąc blisko ujrzałam ciało ognistoskrzydłej wadery leżące w jej jaskini. Bezwładne.... skrzydła miała połamane a ja wpatrywałam się w ten obraz ze łzami w oczach. Nie podchodziłam bliżej, wiedziałam że dałam plamę. Że nie przypilnowałam jej, nie pomogłam....Co mnie opętało. Wokół nie widziałam tak naprawdę nikogo, niczego co mogłoby dopuścić się tak chorego mordu.
- Gdzie jesteś potworze?!
Wydarłam się na całe gardło, sądząc że to coś przyjdzie zabić też mnie. Lecz w promieniu parunastu kilometrów nie czułam niczyjego zapachu, a węch mam naprawdę dobry. Czułam jakbym była pozbawiona mocy ...
-Hahahaha!
Głośny śmiech niósł się po terenach i odbijał echem w tak wielu miejscach. Dopiero teraz spostrzegłam że otula mnie bardzo gęsta mgła...i tylko to. W ten czas otworzyłam oczy i zaczęłam rozpaczliwie wyć....TO BYŁ TYLKO CHOLERNY KOSZMAR! Lecz w jaskini w której zwykle śpią dwie wadery prócz mnie, nie było nikogo. Chciałam się podzielić okropnym koszmarem z nimi by móc spokojnie zasnąć. Jednak nie miałam jak, byłam tylko ja i....MGŁA?! Przez parę pierwszych minut byłam pewna że to tylko moje emocje stworzyły tą pogodę. W końcu mój żywioł jest dość uciążliwy dla mojej osoby jak i dla reszty watahy. Nie zawsze panuje nad swoimi mocami, próbuję trzymać je w ryzach ale czasami od tak nie wychodzi. Wzięłam głęboki oddech i moimi mocami próbowałam przegonić wścibski wymysł mojego żywiołu. W porę zrozumiałam że to dzieło nie należy do mnie, wyszłam powoli z jaskini czując wzrok na swoim ciele. Przeszywał mnie raz po raz , sprawiał że ból głowy był mi bardzo bliski. Coś w niej było, mgła kryła jakieś stworzenia. Lecz nie miałam pojęcia jakie dokładnie. Tej nocy było ciemniej niż zwykle, zmieniłam się w lodową wilczycę i zaczęłam szybciej sunąć po terenach. Najpierw kusiło sprawdzić jaskinię Rene, nie było jej ale czułam jej zapach i byłam pewna że jest cała i zdrowa. Nienawidziłam tego koszmaru, a co jeśli on nie do końca nim był? Sprawdzając resztę jaskiń miałam dziwne podejrzenia. Co jeśli oni się ze mnie nabijają...lub opuścili tereny bo te nie nadają się już do zamieszkania? Nigdy się tego nie dowiem, jeśli nie zacznę szukać czegokolwiek!
- Hej Ice... wierzysz w duchy ?
Ten głos, ten szept, taki cudowny...Niczym osoba którą znałam kiedyś lecz jest mi totalnie obca. Niby była w moim życiu, ale nie uczestniczyła w nim gdy dorastałam.
- Moja Ice...
Teraz byłam pewna że to głos mojej matki, nie wierzyłam w to. Będąc lodową wilczycą zaczęłam się rozglądać, nagle z mgły wyszła postać będąca tylko zjawą. Podobna do mnie wilczyca, sylwetkę miała cudowną. Chuda , mniejsza od mojej osoby. Po chwili zza niej wyszedł postawny basior o mocnej budowie. Jeśli są to jej rodzice, to czemu dopiero teraz i z jakiego powodu ? Czy będzie mogła z nimi porozmawiać , zadać pytania.... Czemu musiała zostać z ciotką Sally i cierpieć przez tyle czasu? Miałam chyba małe rozkminy, kiedy basior odezwał się spoglądając na mnie:
- Moja mała księżniczka.
Wierzyłam w duchy od zawsze, ale nie w duchy moich rodziców. Powiem Wam że nawet nie mam pojęcia jak mają na imię. Stałam niczym posąg z lodu, moja łza skapnęła na ziemię rozbryzgując się na wszystkie strony. Wydałam z siebie tylko ciche.
- Czy Wy naprawdę tutaj jesteście? Mamo...tato?
Oni kiwnęli tylko w odpowiedzi głowami i zerknęli na siebie uśmiechnięci. Mój uśmiech też zawitał na sztywnym lodowym pysku. Jednak rodzice szybko zmienili wyraz twarzy mówiąc zgodnie:
- Jesteśmy tutaj kochanie, ale jest tutaj też ktoś kto chce Wam zaszkodzić....
Szybko dowiedziałam się kto, dusza wilka błąkająca się po naszych terenach uciekła ze swojego grobu i szuka zemsty... Ciekawe który członek Naszej watahy jest jej coś winien. Niby nie ja, ale wiem że muszę to powstrzymać. Wystarczy zagnać go z jego mgłą do grobu nim wybije trzecia w nocy. Nie zadawałam więcej pytań, skinęłam tylko głową mówiąc z dumą:
- Możecie na mnie liczyć.
Moi rodzice rozmyli się we mgle, scalając się z nią w jedno. Przed odejściem mruknęli mi parę słów na do widzenia. Przyznam że w tamtej chwili trudno mi było myśleć... północ wybiła jakieś parę minut temu. Mój mózg kompletnie nie działał, aż do czasu gdy usłyszałam ciche szepty:
- Znajdę Cię ... prędzej czy później.... nie uciekniesz....
Miałam cichą nadzieję że słowa nie są kierowane do mnie, przez parę ostatnich godzin po prostu przeżyłam za dużo! Musi to być ktoś z watahy....byleby nie Rene. Proszę Bogowie...chrońcie Nas przed tym stworzeniem. Zmieniłam się w normalną postać i zaczęłam biec ile sił w łapach. Wiedziałam doskonale gdzie muszę się dostać, drzewo Bogów było dość daleko więc co chwile przyśpieszałam . Znaczy próbowałam, niestety zwykle wychodzi to inaczej. Doskonale wiedziałam że nie powinnam tam wchodzić, bo Rene mówiła mi na samym początku że przebywają tam zaufane wilki i ona...
-Mam nadzieje że mi ufasz Renesmee bo właśnie tam wchodzę!
Krzyknęłam tylko i już byłam przy drzewie, czekałam na jakikolwiek znak od Bogów, bo moi rodzice nie powiedzieli mi jak mam powstrzymać stworzenie...a raczej błąkającą się duszę wilka. Niespodziewanie dojrzałam kogoś we mgle dającego mi jakiś flakon na którym napisane było:,,Złamane serce jest gorsze niż poranione ciało.... Przyszłości nie ma bez miłości...'' Czyli postać która się błąka to wadera....wadera która została zdradzona, odrzucona przez któregoś z Naszych basiorów. No nie.... to nie może być prawda. Sądziłam że znalezienie postaci będzie na tyle trudne iż nie zdążę do godziny trzeciej. Lecz ona sama gdy wyszłam z Arbre Divin ukazała mi się od razu. Ze łzami w oczach, połamanymi żebrami... Piękna wadera o której mówiły różne opowieści... Wojowniczka jak ich mało, skończyła ze złamanym sercem i od tak poddała się bez walki.
- Tak to ja....
Szepnęła do mnie bez żadnych emocji, wiem że nie jestem zagrożona, lecz któryś z basiorów tak. W całym swoim życiu nie sądziłam że spotkam Cassie tutaj, tę postać o której kiedyś było bardzo głośno. Przyjmijmy że jeszcze dwa, trzy lata temu....
- Nie powstrzymasz mnie....on będzie mój!
Wrzasnęła na pożegnanie i pognała w środek watahy. Moje serce biło tak głośno że słyszał je chyba każdy w promieniu paru kilometrów. Mgła poruszała się razem z Cassie, teraz widziałam więcej. Niestety żywej duszy nie było ze mną, teraz wiedziałam że mgła jest jej największą mocą. Przywołałam tornado tak szybko jak tylko potrafiłam, podbiegałam do centrum watahy i położyłam flakon w epicentrum i spojrzałam na niego. Był cudowny, czerwone serce i miecz który je przebijał robiły na mnie wrażenie. Otworzyłam go i tylko czekałam aż tornado będzie blisko. Widziałam jak mgła się rozwiewa a niegdyś piękna wadera ze łzami w oczach wiruje w środku mojego tornada. Nie było łatwo okiełznać jej moce, zwłaszcza że ledwo co już stałam na nogach. Skupiłam całą moc na tornadzie , zamknęłam je razem z waderą i jej mgłą we flakoniku i padłam na ziemię. Fiolka była zamknięta i nie musiałam już powstrzymywać Cassie ani martwić się o dobro członków watahy. Jak gdyby mgła powoli wysysała że mnie życie ... czułam wielkie zmęczenie i głód. Totalnie nie próbowałam nawet powstrzymać uczucia zmęczenia. Poddałam się dość szybko, to było silniejsze ode mnie .
- Jesteśmy z Ciebie dumni KOCHANIE....
Usłyszałam gdy zamykałam oczy, wiedziałam że byli to moi rodzice. Teraz wiem że mnie kochali i nie oddali mnie bez powodu. Może wcale mnie nie zostawili....
- Ice wstawaj!
Pobudka była dość brutalna, słońce było już w epicentrum. Dość późne popołudnie... Rene stała nad moją osobą i śmiała się ze mnie.
- Ale znalazłaś sobie miejsce na drzemkę.
Uśmiechnęłam się do niej i wstałam jak gdyby nigdy nic zaproponowałam jej patrol terenów. W naszym języku to zwykły spacer po terenach watahy. Próbowałam z jednej strony zapomnieć o tej całej przygodzie, w końcu nie byłam pewna czy to wydarzyło się naprawdę.

PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1504
Ilość zdobytych PD: 752 + 5% (38 PD) za długość powyżej 1000 słów
Nagroda za konkurs:
Obecny stan: